Zawsze będziemy razem - Gabriela Gargaś - ebook + audiobook

Zawsze będziemy razem ebook i audiobook

Gabriela Gargaś

4,4

Opis

Drogi, które rozdzielił los, tak trudno połączyć na nowo.

Choć Teresa i Kateryna mają wspólną siostrę, to koleje ich losów były zupełnie różne. Bolesna przeszłość sprawiła, że nigdy nie miały okazji lepiej się poznać. Czy jako dorosłe kobiety będą potrafiły od nowa zbudować rodzinne więzi, a podobne problemy zbliżą je do siebie?

Teresa jako młoda żona czuje się coraz bardziej samotna. Jej mąż angażuje się w politykę, a odmienne poglądy stają się zarzewiem kłótni. Maksymilian spędza sporo czasu poza domem i poznaje fascynującą kobietę, z którą wiele go łączy. Niejeden mógłby stracić dla niej głowę…

Kateryna próbuje ułożyć sobie życie u boku Gustawa. Ukochany mężczyzna, dzieci i praca w szpitalu sprawiają, że wreszcie może zaznać spokoju i szczęścia. Do czasu. Czy zazdrość i intrygi zniszczą wszystko, co razem zbudowali?

Od książek Gabrieli Gargaś nie sposób się oderwać. Jej poruszające i pełne emocji opowieści sprawiły, że stała się czarodziejką kobiecych uczuć.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 363

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 22 min

Lektor: Paulina Holtz

Popularność




Copyright © Gabriela Gargaś, 2020

Copyright © by Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o., 2020

Redaktor prowadząca: Adriana Biernacka

Marketing i promocja: Aleksandra Wolska, Katarzyna Schinkel

Redakcja: Karolina Borowiec-Pieniak

Korekta: Marta Akuszewska

Projekt okładki i stron tytułowych: Magda Bloch

Fotografie na okładce: © foodfotus / Adobe Stock, © aniana / Shutterstock

ISBN 978-83-66553-46-0

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fre­dry 8, 61-701 Po­znań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

Czemu zawsze wracasz, skoro nie masz zamiaru zostać? Bo nawet, jeśli odchodzisz, nigdy nie odchodzisz do końca.

Brodi Ashton, Podwieczność

Prolog

— To ty? — Janka nie mogła uwierzyć, że patrzy w te znajome oczy. Oczy, w których widziała kiedyś miłość. — To ty? — zapytała jeszcze raz ni to siebie, ni to stojącego przed nią mężczyznę. W jej sercu, które w tym momencie biło jak oszalałe, kłębiło się mnóstwo emocji. Nie mogła złapać tchu.

— Tak, to ja. — Franek opuszkiem palca dotknął jej ust.

Wyglądał tak jak wtedy, podczas pierwszego spaceru nad Wisłą. I tak jak wtedy, kiedy go pocałowała, a on po prostu stał oniemiały.

Chwila była cała nabrzmiała od napięcia.

I nagle ona zaczęła okładać go pięściami.

— Wiesz, co ty mi, do cholery, zrobiłeś? — Waliła na oślep, a on pozwolił, by wyładowała swój gniew. — Czy ty wiesz, co ze mną zrobiłeś?

— Nie chciałem… Musiałem, Janka. Wytłumaczę ci to.

— Nie chcę żadnych tłumaczeń. — Odwróciła się. Chciała jak najszybciej od niego odejść i znaleźć się w bezpiecznych czterech ścianach, daleko…

Choć tak naprawdę wcale tego nie chciała. Pragnęła natomiast złapać jego twarz w swoje dłonie i całować jego usta. Pełne usta, teraz lekko chropowate i spierzchnięte. Usta, które kiedyś powiedziały jej tyle cudownych rzeczy.

Ale ona… ona była jeszcze wtedy mężatką. I nie mogła. Oczywiście, że go pragnęła, ale nie mogła z nim być. Na romans była nazbyt lojalna. Przysięgała innemu mężczyźnie, z którym wspólnie wychowywała dwójkę dzieci. Mimo to cała ta sytuacja nie mieściła jej się w głowie.

— Dlaczego mi nie dałeś żadnego znaku, że żyjesz? — zapytała drżącym głosem. Sądziła, że Franek zginął podczas strzelaniny kilka lat temu. — Myślisz, że to w porządku? — Spojrzała mu w oczy.

On delikatnie dotknął jej brody.

— Wiem, że nie. Musiałem tak zrobić. Musiałem zniknąć. Już nie chodzi o to, że ja sam byłem w poważnych tarapatach, chodziło o moją rodzinę — mówił na jednym wydechu. — Myślałem o mamie i moim bracie. Byłem im to winien. Nie mogłem dopuścić do tego, by moim bliskim stała się krzywda.

— A mnie? Mnie niczego nie byłeś winien? — Janka spojrzała mu wyzywająco w oczy. Przez chwilę milczał, jakby nie mogąc znaleźć słów. — Tadeusz zmarł — wyznała nagle, pragnąc za wszelką cenę przerwać tę ciężką ciszę. Poza tym chciała, by wiedział, że jest wdową. Jakby to wszystko miało jakiekolwiek znaczenie.

— Wiem… — rzucił tylko cicho. — Przykro mi.

— Mnie także. — Znów ta cisza. — Skąd wiesz?

— Mam swoich ludzi.

Przez chwilę tylko patrzyła na niego wymownie. Wreszcie wyraźnie ogarnęła ją rezygnacja.

— No tak… Masz swoich ludzi. Ty zawsze miałeś swoich ludzi, swoje układy…

— Janka, spotykamy się po takim czasie, a ty mi robisz wyrzuty?

Brzmiał, jakby go zraniła. Zrobiła krok do tyłu. Peszyła ją ta bliskość. Czuła, że jeśliby się od niego nie odsunęła, mogłaby zrobić coś nieodpowiedniego, coś, czego potem mogłaby się wstydzić lub — co gorsza — żałować.

To zadziwiające, jak między dwiema osobami może iskrzyć. Nawet po takim czasie.

— A gdybyś ty był na moim miejscu? — zaatakowała go. — Gdybym umarła, a potem powstała z grobu? Nie masz pojęcia, co czułam, kiedy dowiedziałam się o twojej śmierci! Moje serce rozpadło się na tysiąc maleńkich kawałków!

— Miałaś Tadka, dzieci…

— Co nie znaczy, że przestałam cię kochać. — Odwróciła wzrok.

Sama siebie zaskoczyła tym wyznaniem, ale ze zdumieniem odkryła, że właśnie taka była prawda. Nie przestała go kochać. Może to uczucie przyblakło w codziennym życiu, ale nigdy się nie skończyło.

Franek spojrzał na nią. Pod jej powiekami zebrały się łzy. Wciąż była piękna. Dojrzała. Na jej twarzy malowała się siateczka zmarszczek, ale dla niego ona zawsze była doskonała. Nie widział się z nią od tak dawna, tak często pragnął wziąć ją w ramiona! Teraz też miał ochotę po prostu ją przytulić, wiedział jednak, że wzbierają w niej sprzeczne emocje i na jakiekolwiek formy bliskości jest jeszcze stanowczo za wcześnie. Musi ją do siebie przyzwyczajać powoli, krok za krokiem. A wtedy…

Po tym, jak spotkały się po raz pierwszy, Janka nie poczuła do siostry zupełnie nic. Owszem, Kateryna była odbiciem ich matki, co ją szalenie poruszyło, ale oprócz tego wizyta siostry nie sprawiła, że Janka nagle zapałała do niej jakąś wielką miłością.

Zwierzyła się ze związanych z tym rozterek swojej znajomej, Elżuni, która jak zwykle przywitała ją promiennym uśmiechem. Kobieta wyglądała na jeszcze drobniejszą niż miesiąc wcześniej. Przez ostatnie tygodnie jakby starzała się w zastraszającym tempie. Kurczyła się w sobie, co bardzo bolało Jankę.

Zawsze miała zadbane, równo obcięte białe włosy. Kiedy Miłosz był mały, zachwycał się nimi. Mówił, że są białe jak śnieżny puch. Nie siwe, ale właśnie białe.

— Nie wiem, co mam robić — powiedziała bezradnie Janka tego dnia. Nie potrafiła poradzić sobie z własnymi emocjami.

— Niekiedy największe rzeczy przychodzą z czasem — zauważyła łagodnie Elżunia.

— Myślałam, że kiedy ją po tylu latach zobaczę, to zaleje mnie fala czułości.

— Jesteście związane więzami krwi, niczym innym. Smutne to, co teraz powiem, ale tak naprawdę jesteście dla siebie obcymi osobami. A taka prawdziwa więź to coś, co buduje się latami, czasem całymi dekadami…

Jesteśmy obce — dudniło w głowie Janki. Były dla siebie obce.

— Jaka ona jest? — zapytała Elżunia.

— Hmmm… — Młodsza z kobiet podkuliła nogi i nakryła się kocem. Po jej ciele co chwila przebiegały dreszcze. — Wydaje się miła. Stwarza dystans. Jest ode mnie młodsza o jedenaście lat, a mimo to w jej sposobie bycia jest coś takiego, że człowiek ma wrażenie, jakby była dużo starsza. Na pewno starsza od Tereski, choć przecież są równolatkami.

— A co ty w tej chwili do niej czujesz? Co o niej myślisz?

Janka zrobiła głęboki wdech. Sama nie potrafiła określić swoich uczuć, co dopiero opowiedzieć o nich komuś. W jej duszy i sercu panował istny rozgardiasz.

Mieszkanie Maksa i Teresy regularnie przetrząsała milicja, a funkcjonariusze SB w kółko urządzali naloty i prowokacje. Wielokrotnie też bili Maksymiliana w obecności jego żony. Wszystkiemu winna była opozycyjna działalność mężczyzny. Ciągle ktoś na niego donosił, nieważne, czy miał dowody, czy nie.

Gdy któregoś razu szczególnie znęcano się nad jej mężem, Teresa chciała go osłonić, jednak otrzymała potężny cios w sam środek brzucha. Aż zgięła się wpół. Skutego Maksa katowało sześciu esbeków, a potem sponiewieranego wywiozło w nieznanym kierunku. Wszystko na oczach młodej kobiety. Teresa zwykle stała za ukochanym murem, ale także jej cierpliwość miała swoje granice. I nie tylko cierpliwość — żona Maksa najzwyczajniej w świecie się bała. Wiedziała, co złego może ich spotkać. Budziła się nocami z krzykiem, codziennie wstawała z myślą, że nadchodzący dzień może być dla nich ostatnim. Nie tego oczekiwała od swojego mężczyzny. Maks był od niej sporo starszy, miała nadzieję, że przy nim będzie bezpieczna, że mąż się nią zaopiekuje. Chudła, mizerniała, rzadko już w jej pięknych oczach pojawiał się dawny blask.

— Nie tak wyobrażałam sobie życie! — krzyknęła któregoś dnia, opierając się o zlew. Po jej policzkach popłynęły łzy.

CZĘŚĆ I

Rozdział 1

Kiedy Aleks usłyszał pukanie do drzwi, wstał od biurka i cichutko skierował się w stronę korytarza. Rzadko miewali gości, dlatego był zwyczajnie zaciekawiony. Ukucnął i wysunął delikatnie głowę na zewnątrz.

Mama wyszła na korytarz z Zuzią na rękach. Otworzyła drzwi i z miejsca zamarła. Aleks od razu zauważył, że z dzieje się z nią coś dziwnego.

— Dzień dobry, Kateryno — przywitał się stojący w progu mężczyzna.

Aleks uświadomił sobie, że gdzieś już słyszał ten głos i że przybysz nie mówił po polsku, tylko językiem, którym do chłopca zwracano się od jego najmłodszych lat. Matka nic nie odpowiedziała; stała nieruchomo.

— Nie przywitasz się? — Mężczyzna postąpił krok do przodu. Mama nagle odwróciła się i pobiegła do pokoju. Odłożyła małą do łóżeczka.

Kiedy wyszła na korytarz, mężczyzny już tam nie było.

Aleks schował się za szafę, bo wiedział, czuł swoim małym, dziecięcym serduszkiem, że dzieje się coś dziwnego, złego. Bardzo chciał, żeby to wszystko już się skończyło, postanowił to przeczekać, nie rzucając się nikomu w oczy, ale jednocześnie tak, by samemu widzieć wszystko. Bacznie obserwował dorosłych zza szafy.

Matka weszła do kuchni. Mężczyzna siedział rozparty na krześle.

— Iwan — szepnęła i spojrzała za siebie. Nigdzie nie dostrzegła syna. — Czego ode mnie chcesz? — zapytała. Głos jej się trząsł; cała się trzęsła.

— Hmmm. — Na jego ustach pojawił się kpiący uśmieszek. — Jak to: czego? — Potarł dłonią skroń. — Ciebie chcę. Chcę też odzyskać nasze dziecko. Ale widzę, że świetnie sobie tutaj radzisz… Najwyraźniej znalazłaś sobie jakiegoś nowego gacha, bo ten dzieciak, którego jeszcze przed chwilą trzymałaś, na pewno nie jest mój. No? Puszczasz się?

— Nie twój pierdolony interes.

Aleks aż zatkał uszy. Jeszcze nigdy nie słyszał, by jego mama, mamusia, odzywała się w taki sposób, to było dla niego nie do pomyślenia.

— Puszczasz!!! — Mężczyzna zerwał się na równe nogi. — Ty szmato, do kurwy nędzy, jesteś moją żoną!

Mama działała jak w amoku. Mężczyzna się zamachnął, ale ona była szybsza. Aleks zobaczył ostrze noża, które zamigotało w promieniach słońca, a potem zanurzyło się w piersi gościa z jakąś taką łatwością.

Wyszedł zza szafy i wtedy — zupełnie nagle — wszystko do niego wróciło. Spojrzał na twarz wykrzywioną cierpieniem i w tej jednej chwili zrozumiał, do kogo należała.

— Tatuś! — krzyknął.

Ranny zacharczał.

Mama krzyknęła.

Ojciec upadł z łoskotem na podłogę.

Kolejne godziny zlewały się w jakąś dziwną, mroczną całość. Aleks wiedział tylko, że rodzina ustaliła jakiś plan. Przyszli do nich ciocia Janka oraz wujek Maksymilian i szeptali coś w gościnnym pokoju. Wcześniej byli panowie z pogotowia i milicjanci, którzy stwierdzili zgon, zadawali mnóstwo pytań.

— To był włamywacz. Żona tylko się broniła, bo nie wiadomo, do czego jeszcze mógłby się posunąć. Niech panowie milicjanci spojrzą na drzwi — powiedział Gustaw.

Aleks, który stał na korytarzu, spojrzał na wyłamany zamek. Kto to zrobił? Przecież nie ten pan, który przyszedł, nie tatuś. To wszystko nieprawda. To wszystko nieprawda — krzyczał jego wewnętrzny głosik.

— Moja żona działała w obronie własnej — zapewniał Gustaw jednego z milicjantów. Tego grubego, który nie miał szyi.

— Nigdy obywatelka nie widziała tego człowieka? — zapytał starszy milicjant jego mamę. Aleks wstrzymał oddech.

— Nie. — Mama pokręciła głową.

— Czy obywatel Gustaw Kotyniak był świadkiem zdarzenia? — zwrócił się do Gustawa starszy rangą milicjant.

— Nie. W mieszkaniu oprócz żony był wtedy tylko nasz syn.

Po ślubie z Kateryną Gustaw zaadoptował Aleksa. Dla chłopca był on obecnie jedynym ojcem, jakiego znał.

— Ale… — Chciał coś dodać, jednak milicjant wyszedł na korytarz i ukucnął obok chłopca.

— Co widziałeś? — zapytał.

— Schowałem się za szafę. Przestraszyłem się łomotu. Mama była w kuchni, a on wyłamał zamek — powiedział bez zająknięcia Aleks.

— Co się działo potem? — Milicjant bacznie obserwował chłopca, który wykręcał sobie palce.

— Zakradł się do pokoju siostry, wtedy z kuchni wyszła mama. On ją dostrzegł, przestraszył się i ruszył za mamą do kuchni, tam się… sza-mo-ta-li.

— Dlaczego nie zareagowałeś?

— Bałem się. — Aleks ściszył głos, spuścił powieki.

Milicjant zmarszczył brwi, ale w jego postawie nie nastąpiła żadna zmiana.

— Czy chciałbyś nam jeszcze o czymś powiedzieć? — Mężczyzna ani przez moment nie spuszczał z chłopca wzroku.

— On chciał zabić mamusię! Wziął nóż… Ale mama była szybsza! — Aleks został przeszkolony, co ma mówić o nożu.

— I coś jeszcze?

— Chyba nie.

— Na pewno? — Milicjant świdrował chłopca wzrokiem.

— Nie…

Funkcjonariusz spojrzał na chłopca, wstał i odszedł. Aleks cały drżał. Wydawało mu się, że w tamtej właśnie chwili rozsypuje się w drobny pył.

Kiedy milicjanci odjechali, dorośli znowu zaczęli o czymś szeptać w pokoju. Aleks usiadł skulony w kąciku. Nikt go o nic nie pytał. Chłopiec czuł, że cały się trzęsie. Zacisnął piąstki i zamknął powieki. Znów zobaczył mężczyznę, który upada na posadzkę, a potem mamę. Pamiętał dokładnie trzęsące się dłonie i strach w jej oczach. Zrobiło mu się niedobrze, zaczął płytko oddychać, wręcz zachłystywać się powietrzem.

Teraz ogarnął go też niewyobrażalny smutek, a spod przymkniętych powiek zaczęły spływać łzy. I nagle poczuł, jak ktoś go obejmuje.

— Synku… — Głos mamy, który zawsze koił jego nerwy, teraz był jakiś chrapliwy. — Synku… — Przytuliła chłopca do piersi.

Malec cały zesztywniał, a potem zapłakał żałośnie. Trwali tak razem przez kilka chwil. Aleks oblizał koniuszkiem języka spierzchniętą wargę.

— To był… tatuś… — wyjąkał.

Mama zamarła. Nie mogła go oszukać.

— Tak.

— Dlaczego to zrobiłaś? — zapytał cicho.

— Kiedyś ci o tym opowiem.

W oczach Aleksa błysnęła złość. Wygiął usta w podkówkę i krzyknął:

— Teraz!

— Twój tatuś był pogubionym człowiekiem — powiedziała tylko.

— Mamo… Ja dla ciebie skłamałem. Wiesz, że nigdy tego nie robię. Nie wolno kłamać, sama mi to zawsze mówiłaś.

Kateryna przytuliła synka jeszcze mocniej.

— Nie musiałeś.

— Nie musiałem. Ale chciałem. Bo cię kocham.

Takich właśnie słów użył Gustaw. „Jeśli kochasz mamusię — zaczął, kiedy rozmawiali jeszcze przed przybyciem milicji — to powiesz tak…”

A Aleks kochał mamę. Jak nikogo na świecie.

W tym samym momencie do mieszkania ponownie weszli milicjanci.

— Przyszliśmy po panią — powiedział ten bez podbródka.

— Nieeeeee! — Aleks zaczął przeraźliwie krzyczeć. — Nieeeeee!

…i wtedy się obudził.

Rozdział 2

Oddaliliśmy się od siebie — pomyślała Teresa, leżąc na wznak na łóżku i gapiąc się w sufit.

Oddaliliśmy się od siebie — pomyślał Maksymilian, który zacisnął mocniej powieki. — Ona mnie nie rozumie.

On mnie nie rozumie — rozpaczała Teresa.

Rok wcześniej wzięli ślub. To powinien być dla nich okres największego szczęścia, ufnego spoglądania w przyszłość, cieszenia się sobą na przekór wszystkiemu i wszystkim. A już po sześciu miesiącach zaczęły się zgrzyty. Ogień szaleństwa szybko gaśnie, płomień uczucia należy podsycać umiejętnie, by nie zniknął lub nie strawił tego, co między zakochanymi. Nie zawsze się to udaje — im jak dotąd po prostu nie wychodziło.

— Maks? — odezwała się cicho Tereska tego wieczoru.

— Tak?

— Ja już nie wytrzymam dłużej tych nalotów w domu. Musisz skończysz ze swoją działalnością. Chcę mieć dziecko…

Maks uniósł się na łokciu.

— Jak mam z tym skończyć?

— Normalnie.

— Ja to wszystko robię z myślą o naszej przyszłości. Nie widzisz, co w Polsce się dzieje? — Maks spojrzał na żonę, jakby ją widział pierwszy raz w życiu. Miał ochotę nią potrząsnąć, żeby zrozumiała.

— I myślisz, że coś zmienisz? Aresztują cię, i tyle z tego. — Teresa naciągnęła kołdrę pod samą szyję. Maksymilian znów tak na nią spojrzał, jakby właśnie pomyślał, że jest straszną egoistką, miała na uwadze tylko siebie i swoją wygodę.

Ostatnio często to wypominał — jej egoizm. Patrzył na nią spod na wpół przymkniętych powiek. Znała to spojrzenie pełne pogardy; spojrzenie, które mówiło: jesteś młodą, niedojrzałą kobietą. Co ty wiesz o życiu? Czy ty nie masz żadnych wyższych celów? Kiedyś mówił jej o tym otwarcie. Teraz milczał.

Tereska miała już tego wszystkiego dość — tej jego działalności opozycyjnej, zebrań, tekstów pisanych ukradkiem i publikowanych w podziemiu pod pseudonimami. Chciała po prostu mieć normalną rodzinę, na tyle normalną, na ile było to możliwe w tych nienormalnych czasach.

— Boję się, że bezpieka odbierze nam dziecko — wyznała cicho.

— Na razie to dziecko jeszcze się nie poczęło.

— Maks!!! — Tereska poczuła, jak jakaś niewidzialna ręka zaciska się wokół jej szyi, a ona nie może złapać oddechu. — Bo nie ma nawet kiedy się począć. Ciebie nigdy nie ma w domu.

— A ty ciągle masz do mnie o coś pretensje — wysyczał Maksymilian. — A to przecież nie tak!

— Zmieniłeś się.

— A ty? Ty to niby nie?

Teresa zgasiła lampkę i odwróciła się na drugi bok. Oczywiście, że Janka ostrzegała ją przed zmianami, jakie nastąpią, kiedy opadną pierwsze poślubne emocje, ale nie przypuszczała, że ta zmiana nastąpi tak szybko i będzie tak diametralna. Teraz Maks nigdy nie miał dla niej czasu. Liczyła się tylko jego walka, jego związkowcy i jego praca. Ona była gdzieś daleko z tyłu. To bolało. Kiedy tylko zaczynała temat powiększania rodziny, z miejsca go ucinał, mówiąc, że nie ma teraz do tego głowy, że to nie miejsce ani czas na dziecko. Teresa natomiast czuła, że jej czas właśnie przyszedł, że właśnie nadszedł właściwy moment. Ale mąż musiałby najpierw skończyć ze wszystkim, co narażałoby ich trójkę na niebezpieczeństwo.

Maksymilian już dawno zasnął, gdy ona rozpłakała się z bezsilności. Ostatnio zbyt dużo w jej życiu było łez…

Jej rodzinny dom to mieszkanko w tej kamienicy, do którego zawsze wracała z rozrzewnieniem. Miejsce, gdzie czuła się potrzebna, kochana, gdzie czekały na nią szeroko otwarte ramiona. Gdziekolwiek by była, jakkolwiek by zawiodła, wiedziała, że może tutaj przyjść i zostanie wysłuchana. Mimo iż z Janką Maliszewską, de domo Dobrzyńską, nie łączyły jej więzy krwi, to właśnie Janka ją wychowała i Teresa traktowała kobietę nie tyle jak starszą siostrę, ile jak mamę, tak też się do niej zwracała. Kiedy biologiczna mama Teresy wręczyła Jance piszczące zawiniątko, ta druga sama była jeszcze dzieckiem. Trwała wojna… Ludzie uciekali przed oprawcami — żołnierzami, ale też sąsiadami, z którymi do niedawna żyli w pokoju. Początkowo Teresę wychowała Janeczka z ciocią, a kiedy ciotka zmarła, osiemnastoletnia dziewczyna przejęła pieczę nad Teresą. Z biegiem czasu ta ostatnia zaczęła doceniać poświęcenie przybranej siostry. Była młoda, a musiała mierzyć się z trudami macierzyństwa.

Weszła na palcach do mieszkania. Mimo że wyprowadziła się z domu, wciąż jeszcze miała klucze. Wcześniej kupiła na targu ogórki, bo były tanie, i dwa kilogramy wiśni. Zakupy postawiła w kuchni. Dłonie piekły ją od dźwigania. Roztarła je, a następnie przeszła do pokoju.

W mieszkaniu pachniało drożdżowym ciastem i kakao. W pokoju paliła się lampka. Na wersalce zwinięta w kłębek leżała Janka. Z jej nosa zsuwały się okulary. Przyszywana córka pamiętała, jak Maliszewska denerwowała się, kiedy musiała zacząć je nosić. „Jeszcze nie oślepłam” — psioczyła pod nosem. Ale niestety do szycia musiała je zakładać.

Zajmowała się szyciem od kilkunastu lat. Obecnie realizowała zamówienia głównie dla żon partyjnych dygnitarzy. Zarabiała dość dobrze, ale największą satysfakcję sprawiało jej zadowolenie klientek.

Teresa okryła ją kocem, jednak Janka, która miała czujny sen, od razu otworzyła oczy.

— Cześć. — Uśmiechnęła się do Teresy.

Jej przyszywana córka była niezwykle piękną kobietą i Janka patrzyła na nią z podziwem. Gdyby tylko biologiczna matka mogła ją teraz zobaczyć, na pewno byłaby z niej dumna. Szczupła, z zielonymi oczami, nakrapianymi bursztynowymi cętkami, wysoka, o uśmiechu, który zwalał z nóg. Z bujnym biustem i wciętą talią. Większość dziewczyn z pewnością uważała ją za zbyt atrakcyjną, żeby z nią się przyjaźnić, a mężczyźni zapewne jej pożądali, ona jednak kochała Maksymiliana, który nie poświęcał jej tyle czasu, ile mąż powinien poświęcać żonie — szczególnie że byli świeżo po ślubie. Janka zdawała sobie sprawę, że Tereska przez niego cierpi, i to bolało ją najbardziej. Dziewczyna nigdy się jej nie żaliła, ale matki wyczuwają takie rzeczy.

— Śpij. Ja zjem trochę ciasta. — Na samą myśl o Jankowym cieście Teresie napłynęła ślinka do ust.

Obie się roześmiały, a Janka dźwignęła się na łokciu.

— Czyli ja mam spać, kiedy ty będziesz wyjadać ciasto? — zapytała.

— O to mi chodziło. Mogę wtedy jeść zupełnie bezkarnie.

— Podgrzeję ci kakao.

— Mamo… — Teresę zawsze rozczulała troska Janki. — Nie zapomniałaś, że jestem już dorosłą kobietą? Naprawdę sama mogę sobie to kakao podgrzać.

— Hmmm… Czasami zapominam. Lubię was rozpieszczać.

Tereska westchnęła i pokręciła głową, jakby nie mogła przejść nad tym do porządku dziennego.

— Wiem, ale uwierz mi, nadszedł czas, kiedy i my możemy ciebie rozpieszczać.

— Uważasz mnie za starszą panią? — Janka skrzywiła się z niedowierzaniem.

— Wcale nie. Masz w sobie więcej energii ode mnie.

— Pewnie. I dlatego ucinam sobie popołudniową drzemkę.

— Mnie się też zdarza. — Teresa puściła do niej oko i wyszła do kuchni. Ukroiła drożdżowca, podgrzała kakao.

Chwilę później obie siedziały przy stole, skubiąc ciasto.

— Dobre. Puszyste. I dodałaś dużo skórki cytrynowej.

— A wiesz, że Pielakowej udało się dorwać gdzieś cytryny. Przyniosła mi dwie.

— Z tej Pielakowej mimo wszystko dobry człowiek.

— Jak się człowiek do niej przyzwyczai, to nawet jej plotkowanie nie przeszkadza. — Janka oderwała kawałek ciasta i włożyła go do ust.

— Z nią trzeba umieć postępować.

— No trzeba, trzeba…

Siedząc tak, wspominały stare czasy, kiedy to wścibska sąsiadka usiłowała swoimi dobrymi radami pouczać Maliszewską, jak ma wychowywać dwójkę dzieci, i reagowała świętym oburzeniem, gdy młoda matka nie chciała się stosować do tych zaleceń.

Kobiety skończyły jeść i przeszły do kuchni. Janka spojrzała na wypchane siatki.

— No zgłupiała mi Terenia — lamentowała. — Po coś ty tego tyle nakupowała?

— Zrobimy na zimę przetwory. A wiśnie i ogórki dobre były, żal nie wziąć. Wiesz, że to nigdy nie wiesz, jak trafisz…

— Mogłam wysłać z tobą Miłosza.

— A gdzie on się w ogóle podziewa? — Teresa uśmiechnęła się na samo wspomnienie o bracie. Wiedziała doskonale, że w sobotnie popołudnie na pewno w domu go nie zastanie. Kochała go bezgranicznie. Odkąd pamiętała, miała z nim dobry kontakt. Ale Miłosz wyrósł na buntownika. Był podobny do zmarłego Tadka i trochę do Maksa. Miał w sobie tę samą zadziorność, a w jego oczach o kształcie migdałów tliły się chochliki.

— A gdzieś się włóczy z kolegami — stwierdziła Janka.

— Czyli i tak by nie przyszedł mi pomóc — roześmiała się Teresa.

— Kiedy go przyciśnie głód, w końcu zjawi się w domu. — Janka również się śmiała.

— Gdybym miała polegać na swoim młodszym braciszku, tobyśmy głodowały. A tak kompocik z wiśni i kiszone ogórki zrobimy.

— Mam sporo kopru — stwierdziła Janka. — I chrzan mam od jednej klientki, co to jej sukienkę uszyłam.

— No widzisz, czyli jest co robić, a w zimę przyjemnie będzie jeść.

Zabrały się do roboty. Teresa wymyła słoiki, Janka pokroiła chrzan, opłukała i wydrylowała wiśnie.

Po dwóch godzinach pracy Teresa wreszcie poczuła się rozluźniona. Cały stres zaczął z niej uchodzić. Tego dzisiaj potrzebowała — prostych, powtarzalnych czynności, niewymagających zbytniego myślenia, tylko bycia tu i teraz. Soku plamiącego palce, intensywnego zapachu chrzanu. Poczucia, że jest komuś potrzebna.

Oby więcej takich chwil w jej życiu — modliła się po cichu, zalewając równo ułożone w słoikach ogórki.

Rozdział 3

On i Ona. Mężczyzna po przejściach. Kobieta z przeszłością. Spotkali się na strychu, gdzie mieszkał Franek. Janka do końca nie wiedziała, jak to się stało, że ten mały pokoik na poddaszu w kamienicy na Targowej stał się jego mieszkaniem, i chyba nie chciała pytać.

— Nie powinnam — powiedziała na wpół szeptem, siadając przy drewnianym stole naprzeciwko Franciszka. — Ty też nie powinieneś. Wciąż się ukrywasz.

— Moi najwięksi wrogowie już o mnie zapomnieli. Poza tym — wskazał na swoją bujną brodę i wąsy — wyglądam trochę inaczej.

— Nie powinnam — powtórzyła Janka.

— Jesteś wdową…

— To nie znaczy, że mogę się z tobą spotykać.

— Kupiłem w cukierni ciasto. Szarlotkę — powiedział, żeby zmienić temat. Nie chciał jej wątpliwości, wyrzutów, nie chciał rozdrapywania starych ran. Wolał, żeby po prostu zdała się na los i pozwoliła mu być obok siebie.

— Ty wciąż myślisz, że wiesz, co jest dla mnie dobre. — Janka spuściła wzrok. Czuła się jak pensjonarka, kiedy tak rumieniec wpełzał na jej policzki.

— Wcale tak nie myślę.

Franek postawił przed nią talerzyk z ciastem. Janka sięgnęła po łyżeczkę i zanurzyła ją w szarlotce, w delikatnym, kruchym spodzie i jabłkowej masie. Włożyła zawartość łyżeczki do ust. Ciasto smakowało wybornie — latem i tajemnicą.

Franek nachylił się nad nią i pocałował jej dłoń, tę, która trzymała łyżeczkę. Zastygła niczym posąg. Wciąż nie wiedziała, co powinna, a czego nie powinna robić. Co wypada, a czego nie. Janka w jednej chwili przestała racjonalnie myśleć. Odłożyła łyżeczkę i nachyliła się w stronę Franka. Ich usta się spotkały.

Przytrzymał dolną wargę kobiety swoimi wargami. Było to tylko muśnięcie, a jednocześnie tkwiła w nim jakaś nieokiełznana siła. Z takich pieszczot powinno składać się życie — przemknęło przez myśl Jance.

— Nie mogę. Nie teraz… — Pokręciła głową. Czuła, że brakuje jej tchu, że zaczyna żałować tego, iż na moment straciła nad sobą kontrolę.

— Rozumiem.

Franek wrócił na swoje miejsce, a potem urywkami zdań zaczął opowiadać Jance o sfingowanej śmierci, o tym, że nie miał wyjścia. Gdyby tego nie zrobił, SB zemściłaby się na jego rodzinie, a do tego nie mógł dopuścić ze względu na mamę i brata.

— Mam fałszywe papiery — wyznał, wzruszając ramionami.

— Ale wciąż nie możesz żyć normalnie.

— W tym kraju nie.

Spojrzała na niego na poły badawczo, na poły nieśmiało.

— Nie mogłeś uciec?

— To byłoby trudne, ale nie niemożliwe. Mogłem… — znacząco zawiesił głos. — Ale nie chciałem. Miałem nadzieję, że jeszcze kiedyś się odnajdziemy.

— To, co zrobiłeś… — Janka wyginała palce. Była zdenerwowana i zaskoczona całą tą sytuacją. Serce waliło jej jak młot; jakby odmłodniała pod naporem jego wzroku.

— Ile razy mam ci powtarzać, że to było koniecznością?

— Mnie mogłeś powiedzieć. Mogłeś mi zaufać. Sądziłam… — Urwała.

Pokręcił przecząco głową i westchnął, jakby z trudem nad sobą panował. Miał wrażenie, że odbywają tę samą rozmowę kolejny raz i w żaden sposób nie może się przebić przez tarczę jej niezrozumienia i żalu. W myślach policzył do trzech.

— Nie wiedzieli ani moja mama, ani mój brat, ani Tadek — wyjaśnił spokojnie. — Nikt. I tak było lepiej.

— A teraz zmartwychwstałeś i sądzisz, że jeszcze wszystko się ułoży?

Przez chwilę milczeli, unikając spojrzenia tej drugiej osoby. Kiedy cisza stawała się nieznośna, wreszcie ośmielił się zapytać:

— Wybaczysz mi?

Janka wyglądała, jakby toczyła wewnętrzną walkę. Miała w sobie wiele gniewu na tego człowieka, któremu wiele zawdzięczała, ale który też swoją decyzją złamał jej serce.

— Nie wiem, Franek — powiedziała w końcu. — Naprawdę na ten moment nie mogę ci nic obiecać. Za dużo w moim życiu się wydarzyło i już sama nie wiem, jak te wszystkie nowe wiadomości, które wywracają mój poukładany świat do góry nogami, mam przyjmować. A poukładanie go też zajęło mi mnóstwo czasu. Zwłaszcza od śmierci Tadka…

— Opowiedz mi o tym. — Franek złapał ją za rękę i pogładził po wewnętrznej stronie dłoni.

— Tadeusz… odszedł nagle — powoli zaczęła się przed nim otwierać. Jego dotyk działał na nią kojąco. — Nie mogłam sobie z tym wszystkim poradzić, ale musiałam jakoś stanąć na nogi, dla dzieci. Miłosz zaczął się buntować. Dobry z niego dzieciak, ale straszny buntownik, wykapany tata. Boję się, żeby czegoś nie zmalował.

— Łobuz z niego? — Franek zmarszczył brwi.

— Nie. To znaczy… — Janka westchnęła. — Mówi, że w szkole uczą ich bzdur.

— Bo uczą.

Zerknęła na niego z wyrzutem, jakby miała pretensje, że przerwał jej wywód.

— No tak, ale wiesz, jak to może się skończyć. A ja zostałam z tym wszystkim sama. Chłopcy w jego wieku potrzebują męskiej ręki, a przez głupią złośliwość losu akurat w tym momencie zabrakło mu ojca.

Franek przycisnął jej dłoń do swoich ust.

— Janka, ja…

— Nie — przerwała mu stanowczo, wyrywając mu swoją rękę. — My nie będziemy razem.

— Dlaczego?

Złagodniała. Nie chciała być wobec niego taka obcesowa, po prostu wciąż jeszcze nie przyzwyczaiła się do myśli, że wrócił zza grobu — wrócił do jej życia.

— Nie teraz. Teraz o tym nie mówmy.

— Tak. Masz rację. Zobaczymy, co przyniesie los.

Znów uśmiechnęli się do siebie nieśmiało.

— A co u Teresy? — Mężczyzna był naprawdę żywo zainteresowany losami jej rodziny.

Janka z miejsca się rozluźniła. Nie była jeszcze gotowa, by rozmawiać o nich, o tym, co ich łączyło, i tym, co mogłoby ich połączyć, ale chciała się z nim podzielić swoimi bieżącymi troskami. Łatwiej było mówić o rodzinie niż o własnych uczuciach, nawet jeśli i tu nie we wszystkich sferach miała do zdradzenia tylko wesołe nowiny.

— Teresa wyszła za Maksa… — zaczęła.

— Między nimi jest spora różnica wieku.

— Rzeczywiście. Pasują do siebie jak pięść do nosa. Z tego nic nie będzie. — Janka ze smutkiem pokręciła głową.

— Patrzysz na nich z perspektywy matki. Jeśli ludzie się kochają, to jakoś wszystko się ułoży.

— Oj, Franek. — Zerknęła na mężczyznę z czułością. — Kto jak kto, ale ty powinieneś wiedzieć, że sama miłość nie wystarczy, aby stworzyć dobry związek. Dobre małżeństwo to suma kompromisów.

— Może masz rację… — Zamyślił się głęboko.

— To nie wszystkie wiadomości.

— Mów.

— Teresa się odnalazła.

— Teresa? — Franek nie mógł za tym wszystkim nadążyć. W końcu dopiero co o niej rozmawiali, a Janka słowem nie wspomniała, że jej córka zaginęła.

— To znaczy Kateryna — poprawiła się szybko. — Obecnie Katarzyna Kotyniak. A tak naprawdę Teresa, Teresa Dobrzyńska. Moja siostra, z Wołynia.

— To cudownie! — Franek nie mógł się powstrzymać i uściskał Jankę z całej siły. Naprawdę był wzruszony tym, że odnalazła siostrę. Wiedział, jak bardzo tego pragnęła. Sam też przecież swego czasu usiłował jej w tych poszukiwaniach pomóc. — Po tylu latach… — przerwał.

— Tak. — Janka pokiwała głową, ale w jej oczach nie było takiego blasku, jakiego się spodziewał. Zaraz zresztą sama przyznała, że to spotkanie nie spełniło jej oczekiwań. — Cóż… nie jest tak, jak myślałam.

— A co myślałaś?

Janka wstała, podeszła do niewielkiego okna. Oparła ręce o parapet. Miasto powoli zasypiało. Jak dobrze, że Miłosz był u Teresy, nie musiała nigdzie się spieszyć.

Zaczęła opowiadać. Wprawdzie wierzyła Elżuni, pamiętała, że każdą więź trzeba wypracować, ale chyba wciąż miała wyrzuty sumienia, że nie potrafiła tak po prostu otworzyć się na tę niby obcą młodą kobietę, a jednak krew z krwi jej ojca i matki, żywe ogniwo łączące ją z jej wołyńską przeszłością.

— Może to przyjdzie z czasem? — zasugerował Franek.

— Może… — zgodziła się zrezygnowana.

Było jej naprawdę ciężko. Wszystkim się zamartwiała, bo była pewna, że w jej życiu nic nie układało się, jak powinno. A może właśnie taka jest istota życia, że wszystko układa się na przekór naszym planom? — pomyślała.

— A jak nic takiego się nie pojawi? Nigdy? — Janka odwróciła się w stronę gospodarza.

Wróciły wspomnienia. Żaden z mężczyzn, których spotkała na swojej drodze, nigdy nie rozumiał jej tak jak Franek. Franciszek był jej przyjacielem. To jemu zwierzała się ze swoich uczuć, których doświadczyła po stracie rodziców i siostry. To on zorganizował jej wyjazd do ZSRR. I co z tego, że wtedy się nie udało? Że to Kateryna ją odnalazła? Poza tym nawet jeśli wyprawa na Wołyń nie przyniosła efektu, nie znaczy to, że nie miała wobec tego mężczyzny długu wdzięczności. Zwłaszcza że to on przyczynił się do uwolnienia Tadeusza z więzienia.

Teraz ten człowiek też usiłował wczuć się w jej sytuację, zrozumieć jej dylematy.

— Jeśli nic się nie pojawi… — zastanowił się. — Cóż. Będziesz musiała z tym żyć.

— Jak ze wszystkim, Franek. — Uśmiechnęła się gorzko. — Jak ze wszystkim. Człowiek to ciekawe stworzenie. Nawet ból, który wydaje się mu trudny do zniesienia, musi jakoś przetrwać.

Na chwilę zamilkli. Ona pożałowała, że przed chwilą nie ugryzła się w język. Popatrzyli na siebie zakłopotani, kolejny raz tego dnia.

— Kochałem cię — powiedział w końcu Franek. Jakby te słowa wszystko wyjaśniały, jakby miały w czymś pomóc, coś zmienić.

— W pewnym momencie życia też cię kochałam — odpowiedziała Janka.

Między nimi znów pojawiła się czułość. Ona uświadomiła sobie, że wreszcie znalazła się w odpowiednim miejscu, że w tym momencie życia, tutaj, na tym poddaszu, znalazła się nieprzypadkowo, zjawiła się po coś. Franek też tutaj pojawił się po coś. Po to, by ona mogła się wygadać? A może po to, by znów mogła to wszystko na nowo poczuć?

Znów podszedł do Janki. Wziął ją za rękę. Razem usiedli na wersalce, z której wystawały sprężyny. Na twarz kobiety padały cienie. Jej usta były zaciśnięte, a oczy załzawione. Franek modlił się w duchu, żeby do niego przemówiła, żeby mu wybaczyła. On patrzył na nią roziskrzonymi oczami. Nie potrafił ukryć, że czas przeszły w jego wcześniejszej wypowiedzi był tylko zmyłką, maską, żeby ona poczuła się przy nim bardziej komfortowo.

W pewnym momencie Janka odwróciła w jego kierunku głowę. Przyłapała go na gorącym uczynku, kiedy tak się w nią wpatrywał.

— Nie mogę w to wszystko uwierzyć — powiedziała.

— Ani ja.

— Ja i ty… Po tylu latach!

Miłosz wpadł jak rażony piorunem do mieszkania wujka Maksa.

— A ciebie ktoś goni czy co? — Maksymilian spojrzał na chłopaka, który ledwo mógł złapać oddech.

— Zrobiliśmy to… — powiedział Miłosz. — Musiałem uciekać.

— Co zrobiłeś? Usiądź. — Maksymilian zmarszczył brwi. Miał już dosyć kłopotów.

— Obrzuciliśmy pomnik czterech śpiących koktajlami.

— Dlaczego?

Miłosz wstał z krzesła tak samo szybko, jak na nim usiadł.

— Jak to dlaczego? Kto jak kto, ale ty, wujku, powinieneś zrozumieć. Ten pomnik to było wymierzenie nam, Polakom, policzka. Od lat powojennych komuniści chcą nas zniszczyć. My wcale nie odzyskaliśmy wolności po wojnie.

— Wiem. — Maks potarł ręką brodę. — Ale nie powinieneś się w to angażować.

— Ty jesteś zaangażowany.

— Ale ja jestem ponad dwa razy starszy od ciebie.

— To był zamach na całą tę ideologiczną treść, jaką przekazują nam komuniści. — W oczach Miłosza Maks dostrzegł żar. Znał ten zapał, on też taki był. A jednak martwił się o syna Janki. Obawiał się, że koledzy mają na niego zbyt duży wpływ i chłopak nie potrafi należycie ocenić niebezpieczeństwa.

— I co teraz? — zapytał.

— „Czarnego” zwinęli — rzucił krótko Miłosz.

Maks westchnął ciężko. Wiedział, jak to się skończy. Przesłuchania, i to brutalne, a złapany wsypie innych, którzy brali udział w tej akcji.

— Pomogę ci się ukryć. Musisz na jakiś czas zniknąć.

— Nie zniknę. Nie mogę. „Czarny” nic o mnie nie wie. Zna tylko mój pseudonim, nic więcej. Na co to komu?

— Znajdzie się ktoś, kto może cię wsypać.

— Obiecaj, że nie powiesz matce. — Miłosz złapał wujka za rękę. — Muszę wrócić do domu i udawać, że nic się nie stało.

Maksowi na moment odjęło mowę. Czuł, że w środku cały aż się gotuje.

— Jak ty to sobie wyobrażasz?!

— Ona i tak się o mnie martwi.

— A jak coś ci się stanie? — Wuj próbował przemówić mu do rozumu. — Jak cię wsadzą, to będę czuł się za ciebie odpowiedzialny.

— Nie dam się złapać!

— Wiesz, ilu ludzi przed tobą i ile pewnie po tobie będzie tak twierdzić? Nie angażuj się w to, Miłosz.

Chłopak aż się zapowietrzył, w oczach błysnęły mu iskry złości. Liczył na pochwałę, na docenienie, na słowa wsparcia, a nie na reprymendę. Nie od Maksymiliana!

— Wiesz co… To jest jednak hipokryzja. Może zróbmy tak: jeśli ty mi obiecasz, że nie będziesz się angażował w sprawy polityczne naszego kraju, też tak zrobię.

Przez chwilę mierzyli się wzrokiem.

Po kim on jest taki uparty? — zastanawiał się Maks.

Miłosz nieraz zastanawiał się, co u „Czarnego”, gnębiło go to. Jednak nie mogli mu pomóc. Wiedzieli, że jest przesłuchiwany i te przesłuchiwania są ciężkie. Miłosz nie miał komu się zwierzyć. Miał tylko pewność, że kolega nie wie o nim nic. Ani do jakiego liceum uczęszcza, ani gdzie mieszka. Kiedy zakładali swoją organizację, ustalili: „Nie mówimy o sobie nic, żeby w razie przesłuchań któryś z nas nie wydał drugiego”.

Miłosz nadal działał w opozycji. I… stracił czujność.

Był październik. Na dworze lało jak z cebra. Mama wyszła zanieść sukienki do jakiejś klientki, a on przygotowywał się do wyjścia na Targową, gdzie w piwnicy drukowali zakazane przez komunistów książki.

W pewnej chwili usłyszał łomotanie do drzwi, które przerodziło się w mocne walenie.

— A panowie tutaj czego? — dobiegł go głos Pielakowej na korytarzu.

Miłosz domyślił się, kim są „panowie”. Wybiegł na balkon, skąd przeskoczył do sąsiadów. Funkcjonariusze już znaleźli się w mieszkaniu. Jeden z nich krzyczał, że widzi go na pierwszym piętrze.

Dalej pamiętał krzyki, kroki po schodach, swój strach, trzęsące się ręce i myśli, nie o sobie, ale o matce. Jak ona sobie z tym wszystkim poradzi, kiedy go złapią?

Teresa była zdziwiona widokiem Janki. Rozmawiały dzień wcześniej i wiedziała, że mama miała ważny dzień, robiła przymiarki jakimś zagranicznym klientkom. Nie powinno jej tutaj być o tej porze — pomyślała.

— Co się stało? — zapytała.

Twarz Janki była zarumieniona, a na czole zebrały się kropelki potu. Dyszała.

— Biegłaś? — zapytała ponownie.

Teresa wstała i podeszła do niej.

— Co się stało? — Teresa czuła, że coś się wydarzyło. Zresztą Janka cała drżała.

— Miłosz… Miłosz…

— Co z nim?

Naszły ją złe przeczucia. Przycisnęła rękę do klatki piersiowej, gdzie szybko biło jej serce.

— Na Boga, mamo, co się stało?

Janka otworzyła usta, żeby wszystko odpowiedzieć, ale z jej krtani dobył się tylko świst.

— Miłosza aresztowano.

— Za co?

Niemożliwe, żeby historia się powtórzyła. Ojciec, a teraz Miłosz. Teresa poczuła, jak narasta w niej złość. Prosiła brata, by w nic się nie pakował, mówiła, że ani ona, ani matka tego nie zniosą.

Janka zaczęła opowiadać, czego się dowiedziała o działalności Miłosza. Ręce jej drżały i co chwilę oddychała głęboko, jakby brakowało jej tchu. To ze zdenerwowania.

— Nic się nie martw. Maksymilian ma znajomości.

— Nie po tej stronie, co trzeba — odpowiedziała smutno Janka.

— Wyciągniemy go, rozumiesz?

Przytuliła Jankę. Stały tak objęte, a Teresa błagała Boga, by to wszystko, o czym powiedziała jej mama, było nieprawdą.

Zdała sobie sprawę z tego, jak bardzo w ciągu ostatnich miesięcy oddaliła się od brata. Niby wpadł do niej kilka razy z wizytą, ale ona wtedy albo składała pranie, albo gotowała. A potem wychodził. Teraz złożyła wszystko w jedną całość i zdała sobie sprawę, że brat był jakiś niespokojny. Może chciał jej o czymś powiedzieć? Może to jej wina, że to wszystko potoczyło się właśnie w taki sposób?

Poczuła ucisk w sercu.

— Nie wiem, co robić. — Janka stała z opuszczonymi ramionami naprzeciwko Franka.

— Pomogę ci. — Franek przytulił ją. Czuł jednak z jej strony opór przed bliskością.

Janka taka była. Po śmierci Tadka stała się niezależna i niczego od nikogo nie potrzebowała. Bała się prosić o pomoc. Bała się odrzucenia.

— Niby jak?

— Na tyle, na ile będę mógł.

— Muszę już iść.

— Wszystko się ułoży, Janka.

— Mam taką nadzieję.

Odwróciła się od niego i wyszła z jego pokoiku. Franek wiedział już, że w takich chwilach kobieta chce być sama. Miłosz był zbuntowany jak Tadek. W ogóle kiedy patrzył na chłopaka, widział w nim jego ojca. Miał te same ruchy, ten sam sposób bycia, nawet wyglądał jak młody Tadek, tylko oczy i usta miał po Jance.

Obserwował go kilka razy. Nie mówił nic o tym matce chłopaka, żeby jej nie denerwować, ale chciał poznać syna przyjaciela — choć może „poznać” to za duże słowo. Chciał się o nim czegoś dowiedzieć. Widział, że zadaje się z innymi chłystkami, którzy chcieli naprawić świat, tak jak kiedyś on z Tadkiem. A przez wzgląd na przyjaciela czuł się za Miłosza odpowiedzialny.

Franek przymknął oczy, powróciły mgliste wspomnienia. On i Tadek jako mali chłopcy biegają po plaży nad Wisłą, łowią ryby, bawią się w berka, w końcu strzelają z procy. On i Tadek, nastolatkowie, działają w podziemiu, biorą udział w powstaniu. On i Tadek… Kochają te same kobiety. Najpierw Annę, potem Jankę. Kiedy widzą się ostatni raz, wybaczają sobie wszystko, bo są braćmi. Może nie łączy ich braterstwo krwi, ale coś więcej. I o to więcej chodzi. Czy Tadek chciałby, aby Franek zaopiekował się jego rodziną? Możliwe. Byłby na pewno zazdrosny, ale chyba by tego chciał.

Złapali go. Był bity, poniżany, torturowany.

— Wiesz, dlaczego tutaj jesteś?

Kopniak, uderzenie o ścianę. Splunięcie w twarz.

Ustawiło się przed nim trzech funkcjonariuszy SB. Jeden jednym ciosem powalił go na podłogę. Miłosz usłyszał dźwięk rozpinanych suwaków. Znał ten dźwięk, jego mama była w końcu krawcową. A potem funkcjonariusze oddali mocz wprost na jego głowę. Zrobiło mu się niedobrze. Zwymiotował. Jeden z mężczyzn, który mógł mieć góra dwadzieścia dwa lata, podniósł głowę Miłosza i włożył ją w wymiociny.

A potem spadły na niego ciosy. Każdy chciał uderzyć mocniej. Bili gdzie popadnie. Kopali, okładali pięściami. A on powtarzał w myślach, że musi to znieść. Po prostu musi.

— Nic na niego nie mają — pocieszał Jankę Franek. Przytulał ją do piersi. Kobieta zupełnie się rozkleiła. — Wyjdzie.

— Czy oni… — Głos jej się łamał. — Czy oni torturują mojego synka?

— Nie. Z tego co wiem, nie. — Franek kłamał jak z nut. Wiedział, że nic nikogo nie obchodzi fakt, że Miłosz jest jeszcze taki młody.

— Kiedy wyjdzie?

— Niedługo. Niedługo, Janeczka.

Dwa miesiące później odbyła się rozprawa. Sprawa była dla komunistycznego systemu bardzo delikatna, bo przybyli na nią dziennikarze nie tylko z Polski — tych można było jakoś uciszyć, zagrozić im — ale także i zza granicy.

Janka siedziała w pierwszej ławce, obok niej Teresa, która trzymała matkę za rękę.

— Jeśli go skażą… Ja tego nie przeżyję — mówiła przyciszonym głosem Janka.

— Mamo, wszystko będzie dobrze, zaufaj mi…. — Teresa przełykała wolno ślinę. Była pełna niepokoju i obaw.

W co on się, do cholery, wpakował? Dam mu popalić, jak tylko wyjdzie. Dam mu popalić. Gówniarz jeden — złościła się w duchu Teresa. — Ale niech tylko wyjdzie. Niech wyjdzie.

Wprowadzili na salę jakiegoś zmizerniałego chłopca. Przygasłego. Jance po dwóch miesiącach trudno było rozpoznać w tym człowieku swojego synka. Zamknęła na moment powieki. Wróciły wspomnienia. Miłoszek z pulchnymi policzkami, słodko gaworzący… A teraz? Otworzyła oczy. Jego twarz nie była poobijana. To dobrze. Jakby był bity, miałby na niej siniaki — pomyślała Janka.

Oni biją tak, by nikt o tym nie wiedział — pomyślała z kolei Teresa. Serca obu kobiet ścisnęła jakaś niewidzialna obręcz. Oj, zabolało, i to bardzo…

Spojrzał na nie. Janka niewyraźnie się uśmiechnęła. Chciała dodać mu otuchy.

W czasie rozprawy padało mnóstwo pytań, o zbrodnię, którą popełnił, i o zeznania, które obciążały innego chłopaka, przywódcę całej akcji na pomnik Braterstwa Broni.

— Czy przyznajesz się do winy?

— Przyznaję się do oblania pomnika Braterstwa Broni farbą — głos Miłosza był mocny, aczkolwiek łamiący się. — To jest cała moja wina. Nic więcej.

— Działałeś też w bandyckiej organizacji. — Sędzia celowo podkreśliła słowo „bandyckiej”.

— Nic mi na ten temat nie wiadomo — spojrzała buńczucznie w oczy kobiety.

Janka poczuła, jak świat wiruje. Jestem silna, taka jak mój syn. Jestem silna — powtarzała sobie. Serce matki pękało z każdym wypowiedzianym słowem jej dziecka.

— Za składanie fałszywych zeznań możesz pójść za kratki — syknęła sędzia.

— Mówię prawdę. Ludzie, którzy mnie przesłuchiwali, byli w stosunku do mnie… — przełknął ślinę. Było mu ciężko o tym mówić. — Brutalni. Chcieli, bym się przyznał.

— Czy znasz nazwiska ludzi, którzy cię rzekomo torturowali?

— Nie. Ale wiem, że oni nie chcą dla mnie dobrze.

Z matczynej krtani wydał się żałosny skowyt.

Wyszedł na wolność. Nikt nie mógł w to uwierzyć, że Miłosza wypuścili. Czyżby polska prokuratura wystraszyła się zagranicznej reakcji na proces? Tego nikt za bardzo nie wiedział. Miłosz jakoś ucichł, posmutniał.

— Co oni ci, synku, tam robili… — Janka nie wypuszczała go z objęć.

Miłosz nie chciał opowiadać matce o przesłuchaniach.

— To już za mną, mamo — powtarzał jak automat za każdym razem, kiedy go o to delikatnie pytała.

Bał się, że mogą go zabić. Kiedy wychodził z aresztu, jeden z esbeków rzucił złośliwie, że śmierć w więzieniu byłaby zbyt oczywista, ale tam, na wolności, wszystko może się zdarzyć. Dla nastoletniego chłopca to był szok.

Miłosz nie powiedział o tym matce. Długo jednak rozmawiał z Maksem, który powiedział mu, żeby niczego się nie obawiał. Chłopak jakoś trochę się uspokoił, chociaż zapewnienia wujka według niego były jedynie czczą gadaniną.

Mijał jednak dzień za dniem, a on wciąż żył.