Jeden miesiąc na miłość - Gabriela Gargaś - ebook + audiobook + książka

Jeden miesiąc na miłość ebook i audiobook

Gabriela Gargaś

3,9

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

18 osób interesuje się tą książką

Opis

Któregoś dnia na progu mieszkania Kseni zjawia się jej przyjaciel gej Daniel i oznajmia, że został wyeksmitowany ze swego lokum. Ksenia przyjmuje go pod swój dach. Oboje są na życiowym zakręcie – pragną się zakochać z wzajemnością. I wpadają na pomysł zakładu: w ciągu miesiąca znajdą miłość. Rozpoczyna się czas randek z Tindera, mężczyzn, którzy może są i fajni, ale niezbyt odpowiedni, spotkań z podejrzanymi typami, którzy wysyłają swoje nagie zdjęcia… Jeden delikwent nawet ucieka z restauracji, zostawiając do zapłacenia gigantyczny rachunek. Kiedy sprawa zaczyna wyglądać beznadziejnie, okazuje się, że czasem najlepiej chwilę poczekać i dać szansę uczuciu, by samo nas znalazło…

Kolejny brawurowo napisany tytuł autorki bestsellerów i bijącego rekordy popularności podcastu Jak baba z chłopem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 279

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 30 min

Lektor: Katarzyna Węsierska

Oceny
3,9 (65 ocen)
27
17
10
9
2
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Jolzer

Z braku laku…

Bardzo słaba, nieciekawa. Odnoszę wrażenie, że każda kolejna książka Gabrysi Gargaś jest coraz mniej wciągająca i krótsza:( Nie polecam.
00
Han_Mar

Z braku laku…

Jakaś taka rozczarowująca w porównaniu do innych książek Pani Gargaś. Za dużo wątków, za dużo pomysłów. Autoreklama. Momentami miałam wrażenie jakbym czytała jakiś pamiętnik albo artykuł w gazecie. Temat raczej na zestaw felietonów niż na książkę. Szkoda.
00
kasiula0411

Z braku laku…

błędy się pojawiają np. scena sprzątania mieszkania
00
Hapsik20

Nie polecam

Dno, masa błędów, amatorszczyzna.
00
phunwone

Nie oderwiesz się od lektury

Fajna, taka coolowa
00

Popularność




Prolog

– Nie wie­rzę w to, co robię – powie­działa Kse­nia, poda­jąc rękę Danie­lowi.

– Przy­ję­łaś zakład.

– Mam nadzieję, że mi się poszczę­ści – uśmiech­nęła się z bły­skiem w oku.

– Kocha­nie… A ja mam nadzieję, że to ja wygram zakład – Daniel puścił do niej oko, po czym odwró­cił się i odpły­nął. Szyb­kimi ruchami prze­ci­nał taflę wody. Jego ciało było pięk­nie wyrzeź­bione, a ramiona musku­larne.

Kse­nia sączyła sok z czer­wo­nych grejp­fru­tów. Miała podły nastrój. Doszła do wnio­sku, że przez ostat­nie tygo­dnie w ogóle ma zły humor. Zaczęło ją to już męczyć i uwie­rać.

Patrzyła na przy­ja­ciela, który wynu­rzył się z wody na dru­gim brzegu. Rękoma zła­pał murek, pod­cią­gnął się i spraw­nym ruchem wysko­czył z basenu. Nie umiała ode­rwać od niego wzroku. Z wia­do­mych przy­czyn nie mogła z nim być, ale było na czym oko zawie­sić.

Mieli mie­siąc, aby odna­leźć miłość. Szcze­rze wąt­piła, że jej się uda, ale zro­biła to z prze­kory. Nie sądziła też, że Daniel się w kimś zako­cha. Wie­działa, że pod tymi cud­nie wyrzeź­bio­nymi mię­śniami kryje się wraż­liwy facet, który niczego tak nie pra­gnie, jak kochać i być kocha­nym.

Ona też chciała kogoś poznać. Nie­ko­niecz­nie od razu na zawsze i na wielką miłość. Ot, po pro­stu niech by to była przy­ja­zna dusza, osoba, która poszłaby z nią do kina, do któ­rej mogłaby zadzwo­nić, poga­dać o wszyst­kim i o niczym. Ktoś, kto by ją przy­tu­lił. A reszta wyj­dzie w pra­niu.

Takie rze­czy zawsze wycho­dzą w pra­niu.

Wczo­raj­szego wie­czoru za dużo wypili. Od słowa do słowa i… Zało­żyli się o to, które z nich pierw­sze znaj­dzie swoją miłość. Mieli na to trzy­dzie­ści jeden dni. Nie­wiele. Ale…

Wszyst­kie chwyty były dozwo­lone. Kse­nia uśmiech­nęła się do sie­bie. Ona i te jej chwyty. Prze­cież nie wie­działa nawet, jak zacząć poszu­ki­wa­nia chłopa na randkę. Wie­działa jedno, face­tów nie szuka się już na por­ta­lach inter­ne­to­wych, a na Tin­de­rze. Tylko o co tam cho­dziło? Będzie musiała nad tym popra­co­wać i to nie sama, a zapewne z Blanką.

Rozdział 1

Wyglą­dała jak panda. Gdyby wie­działa, że tak poto­czy się ten wie­czór, posta­wi­łaby na lep­szy tusz do rzęs. A tak czarne smugi wokół jej oczu mówiły: jesteś kró­lową dram, tylko taką w wer­sji budże­to­wej. Fakt, mascara była z prze­ceny, zdaje się za jakieś 7,99 zło­tych. Ale warta chyba jesz­cze mniej. Co jej, eks­pertce od maki­jażu, przy­szło do głowy, żeby sma­ro­wać się czymś tak tan­det­nym…?! Kse­nia w tej chwili w ogóle czuła się jak bez­war­to­ściowa tan­de­ciara. Facet, z któ­rym chciała wyje­chać w wyma­rzoną podróż po Peru, wybrać się na kon­cert Harry’ego Sty­lesa do Paryża i zro­bić sobie córeczkę, wła­śnie jej powie­dział, że jest jego wielką pomyłką. Zawsze cze­kał na inną. A teraz wła­śnie ją odna­lazł. Ona uro­dziła się, żeby być z nim. Taka świeża i młoda, że nawet nie musi się malo­wać… On prze­gląda się w jej oczach i widzi tylko miłość. Pew­nie. On by odróż­nił miłość od miło­ści do pozo­wa­nia na ścian­kach, laj­ków na Insta i kon­trak­tów z fir­mami kosme­tycz­nymi. Aku­rat. Co naj­wy­żej gówno by odróż­nił od kremu nawil­ża­ją­cego, choć i to nie na pewno.

Kiedy poznała Matiego, wie­działa, że to ten. Nie żeby był wybit­nie przy­stojny, raczej inte­re­su­jąco brzydki. Byli razem na sesji zdję­cio­wej, oby­dwoje zro­bili sobie prze­rwę w pracy i w tym samym momen­cie się­gnęli po tę samą tar­ta­letkę z kozim serem. I stało się coś, co zda­rza się tylko w szmi­ro­wa­tych kome­diach roman­tycz­nych: ich palce się spo­tkały, a Kse­nię prze­szedł dreszcz. Aż pisnęła „auć!”.

– Nie no, bierz, ale są jesz­cze te z serem – zaczął się tłu­ma­czyć Mati, po czym spoj­rzał jej w oczy i zamilkł. On też zro­zu­miał, że w tym zetknię­ciu nie cho­dzi o ciastko z wytraw­nym nadzie­niem, tylko o kobietę, męż­czy­znę i ich przy­szłość. Tego samego dnia wylą­do­wali w łóżku. Nie było dru­giego lun­chu, trze­ciej kola­cji, cze­ka­nia na tele­fon, tylko cudowny seks. A kiedy Kse­nia obu­dziła się obok Matiego, poczuła, że nie musi się wsty­dzić tego, że jest roz­czo­chrana i ma resztki roz­ma­za­nego make-upu. Ten chło­pak miał w sobie coś takiego, że przy nim mogła czuć się sobą. Tylko tyle i aż tyle. Dla­tego kiedy powie­dział jej: „To była pomyłka”, roz­bo­lał ją brzuch. Jakby ktoś wymie­rzył jej pro­sto w żołą­dek silny, celny cios, od któ­rego ją zemdliło. Wszyst­kiego mogła się spo­dzie­wać, ale nie tego. Facet jej życia patrzył jej w oczy i z bez­pre­ten­sjo­nalną szcze­ro­ścią pomie­szaną z dumą samca, który upo­lo­wał naj­bar­dziej atrak­cyjną samicę w oko­licy, zwie­rzał się z nowego, cudow­nego związku z dziew­czyną, która szła do pod­sta­wówki, kiedy Kse­nia robiła maturę. Nic dziw­nego, że nie musiała się malo­wać.

– Będziesz teraz pil­no­wał, żeby twoja narze­czona grzecz­nie myła zęby przed snem? – zapy­tała. Chciała być zło­śliwa, wyszło dość żało­śnie.

– Kse­niu, daruj sobie uszczy­pli­wo­ści. Tyle cudow­nych wspo­mnień nas łączy, zostaną prze­cież z nami na zawsze. Ale nic nie trwa wiecz­nie. Jestem pewien, że polu­bisz Amandę. Jest słodka. A do cie­bie pew­nie stoi już kolejka napa­lo­nych mło­dzień­ców z błysz­czą­cymi od oliwki tor­sami. Bawmy się, póki możemy! – rzu­cił rado­śnie i chwy­cił torbę od Guc­ciego, do któ­rej wcze­śniej zgar­nął kilka par bok­se­rek, dwa T-shirty, łado­warkę do tele­fonu i ulu­biony wło­ski eks­pres do kawy, taki na jedną fili­żankę espresso. Były to ostat­nie dowody, że ich intymna rela­cja nie była wytwo­rem wyobraźni Kseni. Potem wyfru­nął z jej miesz­ka­nia tak rado­śnie, jakby dostał zle­ce­nie na zdję­cia do Vogue’a od samej Anne Win­tour.

Kse­nia czuła pod powie­kami pie­kące łzy, któ­rym wresz­cie mogła pozwo­lić pły­nąć. Kiedy już zalały jej twarz i zaczęły spły­wać po dekol­cie, usły­szała, jak ktoś prze­kręca zamek w drzwiach.

Sta­nął w nich Mati, z tym swoim sek­sow­nym uśmie­chem sur­fera.

– Malutka… – zaczął, a Kse­nia pomy­ślała, że zaraz jej powie „To wszystko pomyłka, kocham cię, zostań moją żoną”. – …zapo­mnia­łem oddać ci klu­cze… Strasz­nie się roz­ma­za­łaś.

Kiedy zamy­kał za sobą drzwi, Kse­nia spoj­rzała w lustro.

Wyglą­dała jak roz­pacz.

Czyli ade­kwat­nie.

***

Twi­sted była nie tylko miej­scem, gdzie ser­wo­wano wyśmie­nitą kawę, ale także wspólną prze­strze­nią Kseni i jej przy­ja­ció­łek. Lubiły to indu­strialne wnę­trze, miej­scami surowe, ale też bar­dzo cie­płe. Kawiar­nia mie­ściła się w przed­wo­jen­nej kamie­nicy, pomiesz­cze­nie było wyso­kie, cha­rak­teru doda­wały mu ściany z odsło­nię­tymi cegłami i meble z kutego metalu, a także szczot­ko­wa­nego drewna. A nastrój budo­wały poroz­miesz­czane spryt­nie kolo­rowe lampki, otu­la­jące prze­strzeń cie­płym świa­tłem, poduszki w kolo­rach musz­tardy, czer­wieni i tur­kusu oraz kilka prze­pa­ści­stych foteli obi­tych barw­nymi tka­ni­nami w stylu lat 60. Na rega­łach stały książki, bo do Twi­sted przy­cho­dziło się z kimś, ale i samemu, a wtedy też można było zająć myśli czymś faj­nym, na przy­kład dobrą powie­ścią.

Kse­nia usia­dła przy sto­liku obok okna, w kawiarni, w któ­rej już od lat spo­ty­kała się z przy­ja­ciół­kami, i zamó­wiła latte z syro­pem kar­me­lo­wym. Patrzyła w okno, przez które obser­wo­wała prze­cho­dzą­cych ludzi i War­szawę, żyjącą swoim tem­pem. Chil­lo­utowa muzyka i stu­kot fili­ża­nek two­rzyły har­mo­nijną melo­dię. Dookoła uno­sił się zapach świeżo mie­lo­nych zia­ren kawy.

Kse­nia przy­szła pięt­na­ście minut przed cza­sem. Nie lubiła się spóź­niać. Blanka na pewno pod­je­dzie pod kawiar­nię swoim nowym audi TT kilka minut spóź­niona, a Nati wej­dzie punk­tu­al­nie, roz­ta­cza­jąc wokół sie­bie silną woń cięż­kich per­fum i przy­cią­ga­jąc spoj­rze­nia. Kse­nia przy­je­chała na ści­ga­czu i zdą­żyła się już prze­brać. Zdjęła w łazience kom­bi­ne­zon i wsko­czyła w sukienkę, wkła­da­jąc na nią gruby kolo­rowy kar­di­gan.

Pode­szła do baru. Za ladą stał jej ulu­biony bari­sta Michał. Jeśli przy­cho­dzisz gdzieś od tylu lat, pozna­jesz prze­cież nie tylko miej­sce, lecz także ludzi, któ­rzy je two­rzą.

– Jak tam leci? – Michał nie odry­wał wzroku od fili­żanki z kawą i spie­nio­nym mle­kiem, na któ­rym malo­wał jakiś wzo­rek.

– Jakoś.

– Oj, te słowa brzmią nieco zło­wiesz­czo – uśmiech­nął się. – Kawa? – zapro­po­no­wał i spoj­rzał na Kse­nię. Podo­bała mu się od dawna, cho­ciaż łączyły ich tylko kum­pel­skie sto­sunki. Męż­czyźni zbyt czę­sto pozo­stają w rela­cjach kum­plow­skich z kobie­tami, na któ­rych im zależy. Wie­dzą, że i tak z nimi im nie wyj­dzie, ale nie chcą, aby te dziew­czyny znik­nęły z ich życia na zawsze, godzą się więc na taki pseu­do­przy­ja­ciel­ski układ.

– Naj­pierw kawa z cyna­mo­nem i spie­nio­nym mle­kiem.

– A potem cze­ko­lada? Dla całej waszej trójki.

– A potem cze­ko­lada. I świat sta­nie się pięk­niej­szy.

– I zde­cy­do­wa­nie słod­szy – dodał. – Na czym teraz jeź­dzisz? – dopy­tał jesz­cze.

– Ducati.

– Och, ele­gancki wybór! – Michał wzru­szył ramio­nami, poda­jąc Kseni kawę. – Widzę, że wciąż trzy­masz się moto­cy­kli. Jak tam twoje przy­gody na dwóch kół­kach?

– Fan­ta­stycz­nie. To dla mnie nie tylko spo­sób na prze­miesz­cza­nie się, lecz także na ode­rwa­nie się od rze­czy­wi­sto­ści. Czu­jesz ten przy­sło­wiowy wiatr we wło­sach, moc pod sobą… To jest taka chwila tylko dla mnie. Im wię­cej jeż­dżę, tym bar­dziej się w to wcią­gam.

– A ryzyko? – patrzył jej pro­sto w oczy. Kto jak kto, ale Michał też kochał eks­tre­malne sporty. Męż­czy­zna miał pew­ność, że praw­dziwa przy­goda zaczyna się tam, gdzie koń­czy się grunt. To motto spraw­dzało się dosko­nale w jego życiu wspi­na­cza skał­ko­wego. Spę­dzał wiele czasu na tre­nin­gach i zdo­by­wa­niu coraz trud­niej­szych szla­ków wspi­nacz­ko­wych. Uwiel­biał wyzwa­nia, jakie sta­wiała przed nim góra, i satys­fak­cję z osią­gnię­cia szczytu.

– Życie ma wpi­sane w swój prze­bieg ryzyko. Trzeba po pro­stu być odpo­wie­dzial­nym.

– I nie doci­skać gazu? – puścił do niej oko.

– Powiedzmy – Kse­nia odwza­jem­niła się tym samym. Michał, kawa i ulu­biony temat nastro­iły ją ciut lepiej. – Cho­ciaż przy­znam, że jazda na ści­ga­czu ma to do sie­bie, że pod­nosi adre­na­linę. To jest jedno z tych uczuć, dzięki któ­rym czuję, że żyję.

– Szybko? – Michał nie odry­wał od niej oczu.

– Praw­dzi­wie – roze­śmiali się, a Kse­nia pocią­gnęła kolejny łyk kawy i powie­działa: – Pójdę do sto­lika i pocze­kam na dziew­czyny.

– Kse­nia… – bari­sta poło­żył rękę na jej ramie­niu.

– Tak?

– Jeśli będziesz potrze­bo­wała się wyga­dać.

– Wiem, gdzie cię szu­kać.

– Wła­śnie.

– Ale ja…

– Ale ty? – Michał nie prze­sta­wał się do niej uśmie­chać.

– Wola­ła­bym prze­le­cieć się z tobą… – zro­biła wymowną pauzę.

– Brzmi zachę­ca­jąco.

– Na para­lotni.

– Jestem otwarty na pro­po­zy­cje.

– To może kie­dyś…

Na zewnątrz zaczął padać deszcz. Tak jak wtedy, te dwa lata temu, kiedy Kse­nia szła w stru­gach desz­czu, a po policz­kach spły­wały jej łzy.

Wtedy pierw­szy raz spóź­niła się na spo­tka­nie z przy­ja­ciół­kami. Nogi miała jak z waty. Myślała, że nie doj­dzie do celu. Była już przed kawiar­nią i usia­dła na mokrym chod­niku. Tak po pro­stu. Chwilę potem poczuła ramiona, które mocno ją otu­lały.

– Kse­nia, kochana, co się stało? – usły­szała głos Blanki, która zaczęła odgar­niać jej włosy z policz­ków. Te oznaki tro­ski wywo­łały nowy stru­mień łez.

– Kochana – przez szum desz­czu prze­bi­jał się też głos Nati. – Ode­zwij się do nas. Co jest nie tak?

– Mok­niemy – powie­działa Kse­nia.

– I chuj z tym – rzu­ciła Blanka. – Co ci jest?

– To koniec – wydo­była z sie­bie żało­sny jęk.

– Z czym?

– Z kim! – zawyła. – Mate­usz mnie zosta­wił.

– Prze­cież byli­ście zarę­czeni – zauwa­żyła Nati.

Blanka spoj­rzała na przy­ja­ciółkę z wyrzu­tem.

– Byli­śmy, czas prze­szły – odparła Kse­nia.

– Musisz się pod­nieść – Nati podała jej rękę. – Wej­dziemy do Twi­sta. Wytrzemy cię papie­ro­wymi ręcz­ni­kami.

Kse­nia podała im ręce i jakoś we trzy doczła­pały się do kawiarni. Uprzejmy bari­sta podał im kilka świe­żych ser­we­tek, któ­rymi kobiety wysu­szyły tro­chę Kse­nię, a potem sie­bie.

Chwilę potem sie­działy przy sto­liku, popi­ja­jąc gorącą cze­ko­ladę z kar­da­mo­nem i cyna­mo­nem.

– Opo­wia­daj – zaczęła Blanka.

Blanka też lubiła ostrą jazdę, ale prócz szyb­kich pojaz­dów sta­wiała także na przy­gody na chwilę. Wycho­dziła z zało­że­nia, że nie ma co inwe­sto­wać czasu w związki, gdyż wcze­śniej czy póź­niej wszystko skoń­czy się jak zawsze, czyli jed­nym wiel­kim roz­cza­ro­wa­niem. Odgar­nęła do tyłu swoje dłu­gie blond włosy i poło­żyła dłoń na ramie­niu Kseni.

– Co mam ci powie­dzieć, że jest młod­sza, zgrab­niej­sza i że ma gigan­tyczne piersi?

– Praw­dziwe? – rzu­ciła Nata­lia, która otwo­rzyła sze­roko wiel­kie zie­lone oczy.

– Wyglą­dają jak praw­dziwe.

– Nie­ważne, Kse­niu. Nie mówmy o tym. Co ten dupek ci zro­bił?

– Gdyby ją tylko prze­le­ciał.

– Zakła­dasz, że to zro­bił.

– Przy­znał się – Kse­nia ciężko wes­tchnęła. – On się w niej zako­chał – dodała na wyde­chu, pod­no­sząc na przy­ja­ciółki swoje zaczer­wie­nione od pła­czu oczy.

– A to kutas! – powie­działa Nati, do któ­rej prze­kleń­stwa w ogóle nie paso­wały. Przy­gry­zła dolną wargę, jak miała w zwy­czaju. O ile Blankę Kse­nia znała ponad dekadę, o tyle Nata­lię poznała pięć lat temu, na jakimś even­cie. Ona była jedną z orga­ni­za­to­rek, a Nata­lia przy­szła jako gość ze swoim chło­pa­kiem, a teraz przy­szłym mężem Artu­rem. Artur był total­nym dup­kiem, z czego Blanka i Kse­nia zda­wały sobie sprawę. Nato­miast przy­szła panna młoda sama sie­bie oszu­ki­wała, że tak nie jest. – Ale powiedz coś wię­cej.

– Co mam powie­dzieć? Zdra­dził mnie, zako­chał się, a ona jest taka śliczna.

– Ma pro­fil na Insta? Na Tik­Toku?

– Dżi­zas, pew­nie, że ma. W jej wieku każda dziew­czyna ma.

– To podaj na nią namiary, zaraz ją obcza­imy.

– Nie chcę jej obcza­jać!

– Daj spo­kój. My zro­bimy to za cie­bie – powie­działa Blanka.

– I ją tro­chę obga­damy.

– Ma na imię Amanda.

– Dobrze, że nie Dże­sika. Amanda i jak dalej?

– Nie mam poję­cia. I to mi wystar­czy – powie­działa Kse­nia, która sama już nie wie­działa, czy chce coś wie­dzieć o tej dziew­czy­nie, czy jed­nak woli nie wie­dzieć. Mati poka­zał jej zdję­cia nowej uko­cha­nej. Ich wspólne zdję­cia.

– A on? – zapy­tała Nati. – Dawaj. Wyrzuć z sie­bie wszyst­kie złe myśli. Posłu­chaj, on musiał mieć mnó­stwo wad, musisz je wszyst­kie teraz na głos wypo­wie­dzieć. Będzie ci łatwiej.

– Pro­szę cię…

– No co? – Blanka była lekko poiry­to­wana. – Może ma pro­blem z poten­cją?

– Nie – zaprze­czyła Kse­nia.

– Może bekał? Albo nie wiem, obsi­ki­wał deskę klo­ze­tową?

– Nie.

Kse­nia zer­k­nęła na swoje przy­ja­ciółki, a w ich spoj­rze­niach dostrze­gła bez­gra­niczne wspar­cie i goto­wość słu­cha­nia o jej dra­ma­cie choćby do rana. Miała dość łez, dość roz­cza­ro­wań. Na chwilę zamy­śliła się, a potem zaczęła opo­wia­dać, wydo­by­wa­jąc z sie­bie wszystko, co leżało na dnie jej serca.

– Mati zawsze wyda­wał się taki pewny sie­bie, tak oddany… – zaczęła. – Byli­śmy zarę­czeni, pla­no­wa­li­śmy przy­szłość, a on opo­wia­dał mi te wszyst­kie dyr­dy­mały, które chcia­łam usły­szeć. Nawet tydzień temu, kiedy dopy­ty­wa­łam go, czy jest ze mną szczę­śliwy, bez mru­gnię­cia okiem powie­dział, że tak. A teraz… teraz czuję, że wszystko było tylko ilu­zją. I nie wiem, co ze sobą zro­bić.

Blanka poło­żyła dłoń na ramie­niu Kseni i poki­wała głową, jakby chciała prze­ka­zać, że jest z nią. Nati wzięła kolejny łyk gorą­cej cze­ko­lady, a potem spoj­rzała na Kse­nię wzro­kiem peł­nym współ­czu­cia.

– To rze­czy­wi­ście trudne, ale naj­waż­niej­sze, że nie jesteś w tym sama – powie­działa Nati. – My jeste­śmy tu dla cie­bie. Rozu­miesz, co mówię?

– Dzięki, dziew­czyny – Kse­nia wcią­gnęła do płuc powie­trze i zaczęła: – Mati był pato­lo­gicz­nym kłamcą.

– Dla­czego my wie­rzymy w te wszyst­kie zapew­nie­nia, które oni, faceci, nam rzu­cają? – zadała pyta­nie Nati. Chyba sama chciała sobie na nie odpo­wie­dzieć.

– Nie wie­rzymy – odparła Blanka. – My do końca się łudzimy, że sza­nowny mąż, kocha­nek, part­ner, chło­pak, narze­czony mówi nam prawdę.

– I dajemy kolejne szanse – Kse­nia potarła dłońmi skro­nie.

– Oooo… – Blanka dokoń­czyła gorącą cze­ko­ladę i wpa­try­wała się w przy­ja­ciółkę, cie­kawa, co jej opo­wie.

– Łapa­łam go bar­dzo czę­sto na tym, że jego opo­wie­ści mijały się z prawdą. Dwa tygo­dnie temu dzwo­nił do mnie po sesji zdję­cio­wej. Opo­wia­dał, jak go ta sesja wymę­czyła – mówiła Kse­nia.

Mati był foto­gra­fem. Mimo że miał tylko trzy­dzie­ści sześć lat, rekla­mo­dawcy uwiel­biali go zatrud­niać do sesji zdję­cio­wych. Miał w sobie jakiś zwie­rzęcy magne­tyzm, to coś, co tak kocha świat mody. „Dzi­siaj każdy, kto ma tele­fon, może robić zdję­cia. Ja sprze­daję nie foto­gra­fie, tylko obiet­nicę pracy z naj­sek­sow­niej­szym foto­gra­fi­kiem w tym kraju”, mawiał, pusz­cza­jąc oko. Niby skrom­nie, a jed­nak pod­kre­śla­jąc swoją wyjąt­ko­wość. I to przy­naj­mniej było prawdą…

– Teraz wiem, że to nie sesja go wymę­czyła.

– Wtedy tego nie wie­dzia­łaś… – stwier­dziła Nati, spo­glą­da­jąc przy­ja­ciółce w oczy.

– Tydzień póź­niej poka­zał mi zdję­cia z tej sesji i wiesz co? Sko­ja­rzy­łam, że już je widzia­łam. Nie mógł ich zro­bić wtedy. To była sesja sprzed pół roku. Mati sądził, że się nie zorien­tuję, bo tyle tego robi, że cza­sem sam zapo­mina, co i kiedy foto­gra­fo­wał. Ale ta sesja utkwiła mi w pamięci: model wyglą­dał jak James Dean.

– I co zro­bi­łaś?

– Nie przy­zna­łam mu się, że wiem.

– Dla­czego? – Blanka nie mogła zro­zu­mieć.

– Bo nie chcia­łam wpra­wiać go w zakło­po­ta­nie.

– O, kurwa, mocne – powie­działa Blanka.

– A ja ją rozu­miem – rzu­ciła Nati. – Cza­sami lepiej nie wie­dzieć.

– Nie pieprz bzdur.

Kse­nia pamię­tała, jak się wtedy czuła. Jak kobieta oszu­kana. Kiedy zaczęła skła­dać puz­zle z obra­zem jej byłego związku, zdała sobie sprawę, że Mati ją noto­rycz­nie oszu­ki­wał. Kłamca! – się­gnęła po szklankę i trza­snęła nią o pod­łogę, choć już po chwili żało­wała swo­jego wybu­chu zło­ści. Sta­ran­nie zebrała szkło, papie­rem toa­le­to­wym starła resztkę soku. Swo­isty sym­bol czte­rech lat związku, który spły­nął ze ście­kami w nie­znane. Była wście­kła na sie­bie, na niego. Rzu­cała wyzwi­skami, by po chwili znowu pła­kać, przy­po­mi­na­jąc sobie te cudowne momenty, które prze­żyli. Kiedy zapy­tała go, od jakiego czasu ją zdra­dzał, on bez zaże­no­wa­nia odpo­wie­dział jej, że od pół roku. „Sku­uur­wiel!” – wykrzy­czała mu w twarz. Kiedy ona zama­wiała skrzy­paczkę na ich ślub, on posu­wał już Amandę. „Nie, zako­chi­wa­łem się w niej” – odpo­wie­dział, a Kse­nia o mało nie rzu­ciła się na niego w furii, żeby okła­dać go pię­ściami.

„Nie, zako­chi­wa­łem się w niej” – te słowa, jakby ostrza wbite w serce, wra­cały do niej jak bume­rang. Kse­nia pamię­tała każdy szcze­gół tego strasz­nego dia­logu, jakby były wypa­lone w jej umy­śle.

„Czyli w niej się zako­chi­wa­łeś, a ze mną pla­no­wa­łeś ślub?” – zapy­tała.

„Nie potra­fi­łem ci powie­dzieć. Wyplą­tać się z tego. Prze­cież kie­dyś… byłaś dla mnie kimś waż­nym” – powie­dział, a ona zauwa­żyła z gory­czą, że nie użył słów: „Kocha­łem cię”.

Cóż. Męż­czyźni mają cudowny dar dzie­le­nia sumie­nia na osobne, cał­ko­wi­cie szczelne komórki. Dzięki temu bez strat moral­nych mogą jed­nej kobie­cie wrę­czyć pier­ścio­nek zarę­czy­nowy, prze­ko­nu­jąc w tym cza­sie inną, że jest miło­ścią ich życia i tylko wyjąt­kowo par­szywy zbieg oko­licz­no­ści spra­wia, że jesz­cze nie biega im po domu gro­madka wspól­nych bąbel­ków. Kse­nia przy­po­mniała sobie, jak malo­wała kie­dyś do zdjęć znaną aktorkę.

– Jesteś chora? – zapy­tała ją, widząc głę­bo­kie sińce pod oczami.

– Tak, złotko. Jestem chora na serce – odparła.

– To coś poważ­nego? – szcze­rze zanie­po­ko­iła się Kse­nia, bo lubiła tę uta­len­to­waną i cha­rak­terną kobietę, choć wielu uwa­żało ją za roz­ka­pry­szoną gwiazdę ze skłon­no­ścią do fochów.

– Nie umiera się od tego, choć żyć dalej też nie­ła­two – wyja­śniła jej dość enig­ma­tycz­nie i popro­siła, żeby się pośpie­szyła z tym maki­ja­żem, bo je wie­czór zasta­nie. Była dzie­wiąta rano i Kse­nia musiała przy­znać, że aktorka rze­czy­wi­ście była trudną osobą. Podzie­liła się tą reflek­sją z Domi­niką, sty­listką, z którą czę­sto spo­ty­kały się na pla­nie. A ta aż się żach­nęła.

– Nie wiesz, co się jej przy­da­rzyło?! Wczo­raj rano ode­brała tele­fon od jakiejś dziew­czyny, która powie­działa, że jest w szczę­śli­wym związku z jej mężem i ma dość cze­ka­nia na ich roz­wód. Z dal­szej roz­mowy wyni­kało, że ona i on byli razem przed ich ślu­bem, w trak­cie i są do teraz!

– Jak to, on wziął ślub, a kochanka uwie­rzyła w te jego bzdety?! – Kse­nia dla odmiany nie mogła uwie­rzyć w to, co wła­śnie usły­szała. – Prze­cież to tak głu­pie, że się w gło­wie nie mie­ści!

– On cią­gle powta­rzał, że musi się żenić, bo to za daleko zaszło i ta wariatka znisz­czy mu życie. Jak myślisz, kto roz­pusz­czał plotki o wstręt­nym cha­rak­te­rze naszej gwiazdy? Kto prze­ko­nał pół świata, że jest nie­zrów­no­wa­żona psy­chicz­nie? A w tym samym cza­sie wyda­wał spo­koj­nie jej pie­nią­dze…?

– A ona się nie zorien­to­wała?

– Jak ci ktoś cią­gle wma­wia, że jesteś nie­zrów­no­wa­żona, w końcu sama zaczy­nasz w to wie­rzyć – przy­tom­nie zauwa­żyła Domi­nika.

Kse­nia była w szoku. Po powro­cie z pracy zadzwo­niła do Blanki, żeby opo­wie­dzieć jej tę nie­wia­ry­godną histo­rię.

– I wyobraź sobie, on cały czas miał dwie kobiety, dwa domy, dwa zestawy kapci…

– Psy­cho­lo­gia nazywa to syn­dro­mem gib­bona – wyja­śniła Kseni spo­koj­nie Blanka. – Gib­bon to małpa, która poru­sza się, chwy­ta­jąc gałę­zie raz jedną, raz drugą ręką. Są faceci, któ­rzy mają tak samo z part­ner­kami.

– Jak to, uży­wają ich naprze­mien­nie?! – Kse­nia naj­wy­raź­niej chciała mieć o męż­czy­znach lep­sze zda­nie, niż na to zasłu­gi­wali. – Gdy­bym ja odkryła coś podob­nego, nie chcia­ła­bym takiego chujka wię­cej na oczy widzieć!

– Tego ni­gdy nie wiesz – zauwa­żyła Blanka filo­zo­ficz­nie. – Nie­któ­rzy faceci naprawdę są jak zło­śliwe, ale cwane małpy. Zro­bią z tobą, co chcą. Dla­tego musimy być od nich spryt­niej­sze… – wes­tchnęła.

– Mój na pewno taki nie jest! – zazna­czyła z god­no­ścią Kse­nia.

Blanka nie odnio­sła się do tego, tylko życzyła przy­ja­ciółce dobrego wie­czoru.

Rozdział 2

Po fali gniewu, smutku i roz­cza­ro­wa­nia przy­szła fala złu­dzeń. Kse­nia łudziła się, że Mati do niej zadzwoni. Przy­zna się do błędu. Może nawet będzie bła­gał o prze­ba­cze­nie. I zapyta, czy ona przyj­mie go z powro­tem. Godzi­nami gapiła się na wyświe­tlacz tele­fonu.

– Nie zadzwoni! – powie­działa do niej Blanka.

– Teraz nie. Teraz raczej jest na sesji. Ale po połu­dniu na pewno – mówiła Kse­nia. A Blanka w tym cza­sie nale­wała jej zupę do tale­rza. A potem ją kar­miła.

Mati nie zadzwo­nił żad­nego popo­łu­dnia ani wie­czoru, ani przez kolejne poranki. A Kse­nia czuła taki ból, jakby ktoś wyry­wał jej serce. To Nati i Blanka były z nią w naj­trud­niej­szych momen­tach. To Nati nie pozwo­liła jej wyrzu­cić przez okno zarę­czy­no­wego pier­ścionka.

– Kosz­to­wał sporo, sprze­dasz go. Coś ci się należy – powie­działa. Wtedy Kse­nia nie chciała, by coś jej się nale­żało. Chciała, by dusza prze­stała ją tak kurew­sko boleć.

Jej emo­cje pły­nęły jak fale, uno­sząc ją na swoim grzbie­cie, by potem bru­tal­nie opu­ścić na dno, gdzie były muł i wodo­ro­sty, które oble­piały jej pora­nione serce.

Wtedy myślała, że tego nie prze­trwa. Ale… Ból mija. A może ina­czej, ni­gdy nie boli z takim samym natę­że­niem. Kiedy wali ci się świat, ból jest nie do znie­sie­nia. I myślisz, że tego nie prze­trwasz. Jed­nak czło­wiek wiele potrafi znieść, mimo że cza­sem tak kurew­sko boli życie.

Jego zako­cha­nie miało imię. O dziwo, nie było har­pią, a Mati się w niej do sza­leń­stwa zako­chał. Może jesz­cze go odzy­skam, pomy­ślała Kse­nia, która usia­dła na łóżku i wybrała numer byłego już chło­paka. Przez kil­ka­na­ście sekund słu­chała sygnału w słu­chawce, by po chwili usły­szeć pocztę gło­sową.

– Dzwo­nię, bo… – urwała, nagry­wa­jąc się. – Bo może jesz­cze nie wszystko stra­cone – jej słowa były bła­galną wia­do­mo­ścią. Skom­lącą o uwagę. – Chcę z tobą poroz­ma­wiać i się spo­tkać – zakoń­czyła. Jesz­cze przez chwilę wga­piała się w tele­fon. Musiała zasnąć, bo obu­dziła się obo­lała na sofie. Spoj­rzała na ekran, na któ­rym migała ikonka. Czuła, że jest od niego. Odczy­tała: „Prze­stań do mnie wydzwa­niać. Powtó­rzę ostatni raz: to, koniec!”.

Opa­dła na poduszkę, która nie­mal natych­miast zro­biła się mokra od łez. Czuła się, jakby prze­je­chał po niej walec. Da radę, pomy­ślała. Bo jeśli nie, roz­pad­nie się na drobne kawałki, a wtedy trudno już ją będzie poskła­dać.

– O czym tak myślisz? – zapy­tała Blanka, cału­jąc przy­ja­ciółkę w poli­czek. I tym samym wyry­wa­jąc ją z zamy­śle­nia.

– O moim roz­sta­niu z Matim.

– To już za tobą.

– Na szczę­ście.

***

Sie­działy we trzy przy gorą­cej cze­ko­la­dzie i roz­ma­wiały o życiu. Two­rzyły już zgrane trio, gdy dołą­czał do nich Daniel, któ­rego do towa­rzy­stwa zapro­siła Kse­nia. Śmiały się, że były jak Aniołki Char­liego, za sobą poszłyby w ogień i sto­czyły nie­jedną bitwę, cho­ciaż nie zawsze zwy­cię­ską. I jak ich fil­mowe odpo­wied­niki nie tylko wyglą­dem się róż­niły. Kse­nia była jaj­carą. Poza tym w jej życiu pano­wał chaos i bała­gan, ale ona jakoś się w tym wszyst­kim odnaj­dy­wała. Blanka chciała, by widziano w niej kon­kretną, nie­wzru­szoną dzien­ni­karkę. Dziew­czyny podej­rze­wały, że jej sto­su­nek do face­tów (zna­czyli dla niej tyle co doda­tek do życia) był zasłoną dymną i szcze­pionką, która miała chro­nić przed cho­robą zwaną zako­cha­niem. Nato­miast Nata­lia wie­działa, czego chce, a mia­no­wi­cie dobrze sytu­owa­nego męża, a potem dziecka. To były jej prio­ry­tety.

Roz­mowy w Twi­sted były każ­dej z nich potrzebne. To Daniel, w końcu jedyny męski czło­nek (jak­kol­wiek to brzmiało) ich spo­tkań powie­dział, że to gada­nie działa jak naj­lep­sza tera­pia. Dla­tego choć dziew­czyny naj­chęt­niej spo­ty­kały się tylko we trzy, były i takie dni, kiedy dopusz­czały do ich eks­klu­zyw­nego grona Daniela, bo miał w sobie kobiecy pier­wia­stek. I jak nikt znał się na face­tach.

Tym razem były tylko we trzy, ponie­waż ich przy­ja­ciel miał jakieś miesz­ka­niowe pro­blemy.

– Roz­ma­wiała któ­raś z Danie­lem? – zapy­tała Blanka.

– Dzwo­ni­łam do niego wczo­raj, ale powie­dział, że ogar­nia temat i się ode­zwie – rzu­ciła Kse­nia.

– Jak to Daniel… – dodała Nata­lia, wyja­da­jąc łyżeczką roz­pusz­czone pianki.

– Chyba nie mogą go tak z dnia na dzień wywa­lić z miesz­ka­nia?

– Nie, no co ty.

– Zde­cy­do­wa­nie nie. Czy­ta­łam, że to nie takie pro­ste – potwier­dziła Kse­nia. – Muszą być speł­nione pewne pro­ce­dury, a pro­ces sądowy w takich spra­wach podobno trwa bar­dzo długo.

Blanka wzru­szyła ramio­nami, na­dal tro­chę zanie­po­ko­jona.

– Mam nadzieję, że Daniel sobie z tym pora­dzi. To nie jest wesoła sprawa. A jak tam przy­go­to­wa­nia do ślubu? – zapy­tała Nata­lię.

Przy­ja­ciółki spoj­rzały na sie­bie wymow­nie. Nata­lia od trzech mie­sięcy żyła pla­no­wa­niem tego wiel­kiego wyda­rze­nia. Kseni cza­sami wyda­wało się, że Nati bar­dziej cie­szy się samymi przy­go­to­wa­niami niż unie­sie­niami, które towa­rzy­szyły jej związ­kowi. W końcu nie bez powodu dziew­czyny mię­dzy sobą (gdy Nati nie sły­szała) okre­ślały Artura nie ina­czej niż „dupek”. Cho­ler­nie przy­stojny, uwo­dzi­ciel­ski, ale wciąż dupek. Co cie­kawe, Nata­lia dosko­nale zda­wała sobie sprawę, że jej wybra­nek ją zwo­dzi, zdra­dza i nią mani­pu­luje. Ale uwa­żała, że mał­żeń­stwo jest kon­trak­tem. Daje sta­bi­li­za­cję, a w jej wypadku jesz­cze bar­dzo solidny udział w majątku Artiego.

– Wspa­niale – Nata­lia się roz­pro­mie­niła. Posta­wiła na pełną prze­py­chu uro­czy­stość, zatem i poprze­dza­jące ją dzia­ła­nia były spek­ta­ku­larne. Nati otwo­rzyła maila od wed­ding pla­nerki i poka­zała dziew­czy­nom symu­la­cję wystroju pomiesz­czeń, w któ­rych odbę­dzie się wesele.

Sala pre­zen­to­wała się jak pała­cowa kom­nata, kre­mowo-białe kom­po­zy­cje kwia­towe i gir­landy z euka­lip­tusa wple­cione mister­nie w sznury krysz­ta­łów zaj­mo­wały tyle miej­sca, że trudno było sobie wyobra­zić, gdzie wła­ści­wie mieli podziać się nie tylko pań­stwo mło­dzi, ale i ich goście.

– Wcho­dząc na salę, goście przejdą przez alejki z róż­nych odmian orchi­dei, kwia­tów lilii, rodo­den­dro­nów – zachwy­cała się. – Będą two­rzyły magiczny kory­tarz. Świa­tła wiszące na tych deli­kat­nych gir­lan­dach oświe­tlą białą pod­łogę ze zło­tymi dro­bin­kami. Ale patrz­cie tutaj – wska­zała na salę, w któ­rej usta­wione były sto­liki. – Kse­nia i Nata­lia zbli­żyły głowy do moni­tora tele­fonu. Na sto­li­kach wśród kolej­nej por­cji krysz­ta­łów pysz­niła się srebrna zastawa i kan­de­la­bry na sie­dem świec. Bla­sku doda­wało także świa­tło jedwab­nych lam­pio­nów.

Naj­bar­dziej impo­nu­ją­cym ele­men­tem deko­ra­cji była jed­nak scena, gdzie miała odbyć się cere­mo­nia ślubna. Kwia­towa per­gola, stwo­rzona była z maleń­kich róż i hor­ten­sji.

– I co o tym myśli­cie? – zapy­tała Nata­lia.

– Nie mój kli­mat – odpo­wie­działa szcze­rze Blanka. – Ale na bogato.

– Tak jak chcia­łam.

– Tak jak chcia­łaś – rzu­ciła Blanka chłod­niej, niż zamie­rzała.

– O co cho­dzi? – naje­żyła się Nata­lia.

– Po co ty to robisz? – Blanka pokrę­ciła z dez­apro­batą głową, a Kse­nia czuła, że za chwilę w kawiarni może dojść do spię­cia.

– Dziew­czyny… – jęk­nęła.

– Po pro­stu chcę wie­dzieć, po co Nati ta szopka – odpo­wie­działa Blanka.

– Bo lubię takie życie – ucięła Nata­lia.

– Ale już chyba mniej lubisz swo­jego przy­szłego mał­żonka. Wiem, że to brzmi bru­tal­nie, ale… – Blanka nie dokoń­czyła, bo poczuła kop­nię­cie w łydkę. Wie­działa, że to Kse­nia. Obie były prze­ciwne związ­kowi Nata­lii, ale Kse­nia twier­dziła, że każdy decy­duje za sie­bie i wybiera takie życie, jakie chce, i nic nikomu do tego. To prawda, ale Blanka nie mogła patrzeć za każ­dym razem, kiedy Nati pła­kała przez Artiego. Przez jego „potknię­cia”. I słynne powroty, pod­czas któ­rych zapew­niał, jak bar­dzo kocha Nata­lię. I robił wszystko, by w to uwie­rzyła. A Nati wie­rzyła. Albo chciała uwie­rzyć.

– Mąż jest od tego, by zapew­nić ci dostat­nie życie – powta­rzała. – A kocha­nek od kocha­nia.

W wypadku Nata­lii takie rozu­mo­wa­nie nie było praw­dziwe. Ona nie umia­łaby zdra­dzić Artura. Była zbyt lojalna. Dla­tego Blanka popa­trzyła na nią z poli­to­wa­niem.

– Aku­rat. Powiem to raz, bo czuję taką potrzebę, i nie będę powta­rzała. Ty i Artur ni­gdy nie będzie­cie szczę­śliwi, a na tym eta­pie two­jego wiel­kiego zaan­ga­żo­wa­nia nie znaj­dziesz sobie kochanka, bo wie­rzysz, że kochasz jego. On cię nie kocha, ale…

– Zejdź już ze mnie – odcięła się Nata­lia. – Nie chcę tego słu­chać. Zresztą cokol­wiek powiesz, i tak będę to miała w nosie, bo żadna z cie­bie eks­pertka od związ­ków. A już na pewno nie od mał­żeństw. No wła­śnie, może teraz poroz­ma­wiamy o tobie…?

– O, a co u cie­bie, Blanka? – pod­chwy­ciła Kse­nia, dzię­ku­jąc w duchu, że zmie­niają temat, bo kon­wer­sa­cja w tem­pie szyb­szym niż jej moto­cykl zmie­rzała ku kata­stro­fie.

– Praca w radio, w tv, eventy, spo­tka­nia.

– I zapewne faceci – odgry­zła się Nati.

– Widzisz – Blanka dopiła swoją cze­ko­ladę. – Faceci dzi­siaj są, jutro ich nie ma. Podob­nie sprawa się ma z pie­niędzmi. Nie ten, to kolejny. Kasa wycho­dzi, a jak się czło­wiek postara, to i do cie­bie przyj­dzie. Tak jak męż­czy­zna.

– W końcu się zako­chasz.

– Nie, kochana – Blanka nachy­liła się w stronę Nata­lii. – Wiem, z czym się wiąże uczu­cie zako­cha­nia, i w to nie brnę. Naukowcy porów­nują zako­cha­nie do zabu­rzeń obse­syjno-kom­pul­syw­nych. Nie chcę tego prze­ży­wać.

– Tylko że to jest fajne uczu­cie – powie­działa Kse­nia.

– Serio tak myślisz? – Blanka wycią­gnęła się na krze­śle.

– Te motyle w brzu­chu…

– I goni­twa myśli. Budzisz się z myślą o nim. Jedziesz do pracy, on przy­cho­dzi ci na myśl. Na kawie on z tobą. Oczy­wi­ście nie sie­dzi z tobą przy sto­liku, jest tylko w two­jej gło­wie, ale jak żywy. On z tobą pod prysz­ni­cem, na zebra­niu, w kan­ty­nie. Podąża z tobą, za tobą, przy tobie. Nie możesz się sku­pić, bo myślisz o nim. Zasy­piasz, albo i nie, bo cza­sami ma się pro­blemy z zaśnię­ciem: bo w myślach jest on. Wypeł­nia cały twój świat. Po pro­stu ci go roz­je­buje. Jesteś roz­ko­ja­rzona, szczę­śliwa, kiedy go zoba­czysz. A potem ogar­nia cię bez­brzeżny smu­tek, kiedy twój wyśniony książę na chwilę znika, bo mówi na przy­kład, że musi kupić pastę do zębów. A ty myślisz i zasta­na­wiasz się, gdzie i z kim coś robi – powie­działa Blanka, przy­gry­za­jąc dolną wargę. – I zacho­wu­jesz się, jak­byś była naćpana. A cza­sem, jak­byś odle­ciała na inną pla­netę. Twój umysł się wyłą­cza na inne bodźce, poza dopa­miną, którą dostar­cza ci rze­czony obiekt two­jego pożą­da­nia. I widzisz jego same zalety. I to, jaki jest boski, cho­ciaż cza­sami wcale taki nie jest.

– I po co nam to? – zaśmiała się Kse­nia.

– Wła­śnie.

– A mnie się wydaje, dziew­czyny, że chce­cie, ale się boicie – stwier­dziła Nata­lia, odgar­nia­jąc swoje rude loki ufar­bo­wane przez jed­nego z droż­szych sty­li­stów fry­zur w War­sza­wie. Wcale nie dla­tego, że tak go ceniła, po pro­stu asy­stentka Artiego ją tam zapi­sy­wała.

– Ja już się niczego nie boję – ode­zwała się Kse­nia.

– No tak. Ty i te twoje ści­ga­cze, loty na para­lotni i balo­nem – zaczęła Nata­lia.

– Ponie­waż kocham adre­na­linę.

– O nie, kochana – Nati pogro­ziła jej pal­cem. – Ty ucie­kasz przed kon­fron­ta­cją ze sobą.

– Przed chło­pami ucieka – zaśmiała się Blanka.

– Mam dosyć chło­pów na kilka lat – Kse­nia mach­nęła ręką.

– Dopóki nie spo­tkasz tego jedy­nego – powie­działa Nati.

– Nie sądzę, że chcia­ła­bym być taką szczę­ściarą jak ty – we trzy wybuch­nęły śmie­chem.

– À pro­pos chło­pów. Ostat­nio słu­cham faj­nego pod­ca­stu: Jak baba z chło­pem – zaczęła Blanka – Może­cie go zna­leźć na stro­nie Eska.pl lub Spo­tify.

– I?

– Pro­wa­dząca tak ich roz­wala, że mówią jej dokład­nie to, co chce, żeby powie­dzieli.

– Oooo… – Kse­nia się uśmiech­nęła. – Też chcia­ła­bym mieć taką magiczną moc. Niech chłop mi mówi, co chcę, by mi powie­dział. Nie­złe.

– Wie­cie, na czym to wszystko polega? – zapy­tała Blanka.

– Mów.

– Naj­pierw ty mówisz im to, co chcą usły­szeć, a potem oni odwdzię­czają ci się z nawiązką. Męż­czyzn łatwo jest zacza­ro­wać, a jak wiemy, prak­tyka czyni mistrza.

Zaśmiały się.

– I jesz­cze jeden patent – powie­działa Kse­nia, która coś na ten temat wie­działa. – Face­towi w jakiś dziwny spo­sób zaczyna na tobie zale­żeć, kiedy ty go sobie total­nie odpusz­czasz. Zle­wasz go i o nim zapo­mi­nasz.

– Masz rację – Blanka potarła dłoń o dłoń. – Oni mają jakiś radar, kiedy wyczu­wają falę typu: „Ta laska już mnie nie chce”. I wtedy taki deli­kwent zaczyna się zasta­na­wiać: „Jak to, mnie nie chce? Mnie? Prze­cież ja byłem jej księ­ciem, co prawda rumaka nie mia­łem, ale byłem”. I wraca niczym bume­rang. Chce uczest­ni­czyć w jej życiu i być jego czę­ścią.

– U mnie, jak pamię­ta­cie, zaczęło się od wia­do­mo­ści – zaśmiała się Kse­nia.

– Całe jedno „hej” – dodała Nati.

– Dwa dni póź­niej Mati się bar­dziej wysi­lił i napi­sał „Hej, co sły­chać? Gdzie można kupić tę książkę na temat spo­koju ducha?”.

– To było, kurwa, dobre – Blanka zaczęła się w głos śmiać. – Mati i jego wielki powrót z pla­nety Amanda. Książka o wyci­sza­niu i spo­koju ducha pre­tek­stem do naprawy tego, co spie­przył.

– Ale potem przy­słał ci emo­ti­konkę serce – dodała Nata­lia pod­eks­cy­to­wana roz­mową o byłym Kseni.

– Był nawet niedź­wiedź z ser­cem jadący na rowe­rze.

– Ja pie­przę – Nata­lia otwo­rzyła sze­roko oczy. – Ten niedź­wiedź z ser­cem był syno­ni­mem żenady.

– A potem były żało­sne tele­fony – zaczęła Kse­nia. – I skam­le­nie, że chce wró­cić.

– Przy­jeż­dżał w miej­sca, gdzie pra­co­wa­łaś przy sesjach.

– Dżi­za­aaas, to prawda. Ale naj­lep­sze było, kiedy wysiadł z samo­chodu, sta­nął naprze­ciwko mnie i stał. Po pro­stu sobie stał, mając nadzieję, że rzucę się w jego ramiona i szepnę: „To ty wró­ci­łeś…?!”.

– A ty prze­szłaś obok, nie odzy­wa­jąc się sło­wem.

– A co mia­łam mu powie­dzieć? Skoro on też się nie odzy­wał.

– Wmu­ro­wało chło­pinę na twój widok – Blanka śmiała się tak, że łzy pły­nęły jej po policz­kach.

– Ale potem to już się odpier­dzie­lało, coraz częst­sze nacho­dze­nie i roz­pacz­liwe: „Wróć do mnie”. To było osiem mie­sięcy po naszym roz­sta­niu, kiedy poukła­da­łam sobie życie, zaczę­łam się nim cie­szyć. Wtedy wła­śnie Mati powró­cił.

– Dodajmy jego słynne: „Bo zro­zu­mia­łem” – powie­działa sar­ka­stycz­nym tonem Blanka.

– Ale ty mu nie­źle odpo­wie­dzia­łaś – Nati dotknęła ręki przy­ja­ciółki. – „Ja też już zro­zu­mia­łam”.

– Cza­sami chcia­ła­bym powie­dzieć wszyst­kim dziew­czy­nom świata: on nic nie zro­zu­miał, jemu żal poślady ści­ska, bo ty o nim już nie myślisz, masz go gdzieś i żyjesz swoim życiem, dobrze się bawiąc. Speł­niasz się, wyci­skasz z życia wszystko, co naj­lep­sze. I wtedy poja­wia się na nowo on. Wyła­nia się ze swo­jej pie­czary z okrzy­kiem czło­wieka pier­wot­nego: „Jestem, bier mnie, kobito”. What the fuck? Teraz sobie o mnie przy­po­mnia­łeś? Po tym wszyst­kim? Po nocach, które przez cie­bie prze­pła­ka­łam. Po tych tysią­cach pytań, które sama sobie zada­łam: „Co ze mną jest nie tak?”, „Dla­czego mnie zosta­wił?”, „Czy ja mu się w ogóle podo­ba­łam”, „Czy mnie pożą­dał”. Teraz niech spada na drzewo, na bam­bus lub gdzie tam sobie chce. Zro­zu­mia­łaś, że życie bez niego też jest piękne, a cza­sami i nawet bar­dziej eks­cy­tu­jące niż z nim. Poukła­da­łaś swój świat, swoje podwórko zamio­tłaś pięk­nie i nie chcesz, by on ci na nowo je roz­wa­lał. Nie pozwól już na to. Jesteś już innym czło­wie­kiem i on też jest inny.

– A wra­ca­jąc do pod­ca­stu, to musi­cie koniecz­nie posłu­chać odcinka z Racjo­nal­nym Psy­cho­lo­giem pod tytu­łem: Jak zako­chują się faceci, a jak kobiety. W roz­mo­wie Gabrysi Gar­gaś z psy­cho­lo­giem poru­szane są cie­kawe wątki o tych pierw­szych fazach zako­cha­nia, tych wszyst­kich ochach i achach, jakie wyda­jemy z sie­bie na początku każ­dej zna­jo­mo­ści. Psy­cho­log prze­cho­dzi też do tematu doj­rza­łego związku i koń­czy na roz­sta­niu. I świet­nie o tym mówi, że my, kobiety, wie­rzymy w niego, nawet jeśli zwią­zek chyli się ku upad­kowi. On napi­sze wia­do­mość albo zrobi coś miłego, a u nas momen­tal­nie wyrzut dopa­minki i już na nowo mu wszystko wyba­czamy.

– Ale to jakby obse­sja? – dopy­tała Kse­nia.

– Wła­śnie, psy­cho­log pod­kre­śla, że łatwo się zatra­cić w miło­ści. Miłość do dru­giego czło­wieka nie może prze­ro­dzić się w obse­sję.

– Dobrze, że kiedy Mat powró­cił, potra­fi­łam powie­dzieć: Stary, za późno.

– To też pewna doj­rza­łość i prze­pra­co­wa­nie nie­któ­rych spraw.

– A ja chęt­nie prze­słu­cham pod­cast – powie­działa Nati.

– Myślisz, że… – zaczęła Blanka, patrząc na przy­ja­ciółkę.

– Ciii… Po pro­stu prze­słu­cham.

Rozdział 3

Była szó­sta rano, kiedy Kse­nia wsia­dła do pociągu. Nie miała ochoty jechać na ten event. Nie­stety jej kole­żanka, Mal­wina, roz­cho­ro­wała się i padło na nią. Wyda­rze­nie, przy któ­rym Kse­nia miała pra­co­wać, odby­wało się w luk­su­so­wym hotelu w cen­trum Gdań­ska. Spo­dzie­wano się tam tłumu cele­bry­tów i gwiazd show-biz­nesu zna­nych z tego, że zawsze wyglą­dały per­fek­cyj­nie – każdy detal ich maki­jażu musiał być dopra­co­wany w naj­drob­niej­szym szcze­góle.

Kse­nia miała dopil­no­wać, by gwiazdy wyglą­dały olśnie­wa­jąco na czer­wo­nym dywa­nie i pod­czas wystą­pień na sce­nie. Dosko­nale wie­działa, ile dram ją czeka, i na samą myśl o tym wzdry­gnęła się.

Pociąg z piskiem wto­czył się na sta­cję War­szawa Cen­tralna. Wsia­dła do wagonu z kub­kiem kawy i walizką. Pró­bo­wała się usa­do­wić na swoim sie­dze­niu, ale cały czas jej coś prze­szka­dzało, a to płaszcz, który w końcu zdjęła, a to książka, która wypa­dła jej z kie­szeni walizki. Gło­śno wes­tchnęła, kiedy za jej ple­cami roz­legł się głos:

– Czy mogłaby pani zabrać te toboły z mojego sie­dze­nia?

Męż­czy­zna, który zadał jej pyta­nie, wyda­wał się mocno roz­draż­niony. Kse­nia znała takich nie­cier­pli­wych face­tów i wie­działa, że podróż do Gdań­ska nie będzie nale­żała do naj­mil­szych. Odwró­ciła się, żeby zoba­czyć, kto wścieka się za jej ple­cami, i zamarła. Naprze­ciw stał jej sąsiad. Naj­więk­szy gbur, jakiego mogła sobie wyobra­zić. Aktor i tan­cerz w jed­nym, gwiazda na nie­bie nie­jed­nej nasto­latki. Potrze­bo­wała spo­koju, a zja­wił się ten czło­wiek. Nie prze­pa­dali za sobą, odkąd Robert Pyrzyń­ski wpro­wa­dził się naprze­ciwko niej. To był ten sam czło­wiek, który nie omiesz­kał wytrą­cić jej z rów­no­wagi nie­mal w każ­dej sytu­acji, w któ­rej tylko mogli się spo­tkać.

W sumie sama nie wie­działa, o co im poszło. Czy o to, żeby ona nie wysta­wiała worów ze śmie­ciami przed drzwi, bo z nich śmier­dzi. Czy o to, że jego pies obsi­kał jej drzwi. Oczy­wi­ście boski Robert temu zaprze­czył. Zwa­lił winę na psa tej sym­pa­tycz­nej star­szej pani spod sió­demki. Kie­dyś Kse­nia szła z zaku­pami, a on nie przy­trzy­mał jej drzwi. Potem prze­pra­szał, że jej nie zauwa­żył, a ona była wręcz pewna, że zro­bił to spe­cjal­nie.

Kiedy zor­ga­ni­zo­wała kame­ralną imprezę w miesz­ka­niu, nie minęło dużo czasu, kiedy on włą­czył swoją ulu­bioną muzykę tak gło­śno, że sły­chać ją było przez zamknięte drzwi. Prawdę mówiąc, Kse­nia nie pozo­sta­wała mu dłużna. Cza­sami trza­skała drzwiami w sobotę o szó­stej rano, albo osten­ta­cyj­nie prze­cho­dziła obok niego, nie mówiąc „dzień dobry”. W końcu nie musiała go wcale dostrzec…

Takie drobne „przy­padki” i „zbiegi oko­licz­no­ści” stały się ich codzienną grą. Kse­nia i Robert weszli w pewien rodzaj nie­pi­sa­nej rywa­li­za­cji: każde z nich sta­rało się dać wyraz swo­jej iry­ta­cji i nie­chęci. I żadne z nich nie zamie­rzało dać za wygraną.

– To ty – powie­dział z kpią­cym uśmiesz­kiem, kiedy ona wzięła kubek w swoje dło­nie.

– Nie wie­rzę…

– …w swoje szczę­ście… – zakpił, wga­pia­jąc się w nią.

– Nie wiem, jak się zmie­ścisz obok mnie – powie­działa, a jej głos ocie­kał sar­ka­zmem.

– Nie rozu­miem? – zmarsz­czył czoło, a Kse­nia uśmiech­nęła się z satys­fak­cją. Mam go, pomy­ślała.

– Ty i twoje roz­bu­chane ego będzie­cie mieli pro­blemy, by zmie­ścić się na jed­nym sie­dze­niu – powie­działa z prze­ką­sem.

– A wiesz, że masz rację – odrzekł spo­koj­nym gło­sem. – I tak się dzi­wię, jak to się stało, że zmie­ści­łem się do wagonu, z moim ego oczy­wi­ście. Dodam, że roz­bu­cha­nym.

Kse­nia cał­kiem wbrew sobie par­sk­nęła śmie­chem. Dupek, a jed­nak nie­po­zba­wiony krzty auto­iro­nii.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki