Zostań moim aniołem - Gabriela Gargaś - ebook

Zostań moim aniołem ebook

Gabriela Gargaś

4,3

Opis

Czasem  o szczęściu decydują drobiazgi: pocałunek pod jemiołą skradziony na moment przed wyjściem, kubek gorącej herbaty w mroźny wieczór, dłoń troskliwie poprawiająca zawiązany w pośpiechu szalik.

Marietta zapomniała już, jak wiele znaczą drobne gesty. Znużona rutyną, która niepostrzeżenie wkradła się w jej związek, coraz chętniej ucieka do świata swoich małych dzieł sztuki. Pewnego dnia próg jej maleńkiego sklepu z rękodziełem przekracza Anioł. Chłopięcy urok i zawadiacki błysk w jego oku sprawiają, że Marietta zaczyna wątpić w swoje dotychczasowe wybory.

Berenika całe serce oddała pracy. Każdy pacjent spotykany na oddziale intensywnej terapii to nowa historia, która na dobre zapisuje się w jej pamięci. I choć nic nie daje jej takiej radości jak ratowanie ludzkiego życia, czasami trudno w pojedynkę stawiać czoła całemu światu. Niespodziewane spotkanie z intrygującym sąsiadem przypomina jej, że istnieje życie poza szpitalem.

Boże Narodzenie to czas cudów. Tych małych, codziennych, i tych, które mogą na dobre odmienić przyszłość. Poznaj historię sióstr, którym w te święta los podaruje kolejną szansę na szczęście.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 347

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (558 ocen)
278
174
87
16
3

Popularność




Copyright © Gabriela Gargaś, 2020

Copyright © by Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o., 2020

Redaktor prowadzące: Monika Długa, Agata Ługowska

Marketing i promocja: Katarzyna Schinkel-Barbarzak, Aleksandra Wolska

Redakcja: Karolina Borowiec-Pieniak

Korekta: Marta Akuszewska

Projekt okładki i stron tytułowych: Magda Bloch

Fotografie na okładce: © Lilia Alvarado | Trevillion Images

ISBN 978-83-66570-91-7

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fre­dry 8, 61-701 Po­znań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

Życie gna w szalonym tempie. Ludzie pędzą gdzieś przed siebie, ignorując to, co się dzieje wokół. A wokół przecież zdarzają się codzienne cuda.

Nie zauważył tej pięknej ekspedientki, która uśmiechnęła się do niego promiennie, bo był wpatrzony w telefon. Wysyłał emotikonkę osobie, którą nawet niespecjalnie lubił.

Nie zauważyła tego, że mężczyzna podniósł rękawiczkę, która jej upadła, bo myślała o tym, że tego dnia będzie musiała zostać w pracy po godzinach. Skinęła tylko głową i ruszyła dalej.

Nie chciała widzieć piękna tego świata. Śniegu, który sypał grubymi, ciężkimi płatkami, sikorek w karmniku, psa, który lizał ją po ręce. Ona miała swój czarny świat, bez tego wszystkiego, co ją otaczało. Świat bez barw, dźwięków. Świat o smaku tektury.

Grudzień był dla tej starej kobiety jednym z piękniejszych miesięcy. Widziała więcej niż inni ludzie. Nie tylko pięknie przystrojone drzewka bożonarodzeniowe. Nie tylko migoczące światełka i skrzący od ulicznych latarni śnieg.

Ona miała to szczęście, że widziała anioły!

A wiesz, że anioły też czasem płaczą… I kobiety… One dużo płaczą, może dlatego, że mają w sobie coś z aniołów.

Święta są dla rodzin. Dla szczęśliwie zakochanych. Samotni, kochankowie, rozwodnicy, wdowcy – ci jakby sami są sobie winni. Napiętnowani, oflagowani. W tych radosnych dniach tyle jest miejsca na wspólną radość, na miłość, co na cierpienie, niemiłość.

Tylko w święta ona go tak nienawidzi, bo go nie ma… Bo on jest poza nią…

Prolog

Są takie noce, kiedy człowiek budzi się, patrzy w sufit i myśli sobie: co dalej? Czy będzie jakieś dalej?

I takie noce grudniowe, podczas których tęskni się do ciepłych majowych dni. Takich, gdy ona ma tę zwiewną niebieską sukienkę, o której on powiedział, że pasuje do błękitu jej oczu. On zrywa dla niej bez, a ona patrzy na fioletowe ukwiecone gałązki z czułością. Żaden mężczyzna przed nim nie wiedział, że ona kocha bez.

Są też noce zimne, zaśnieżone, kiedy on otula ją kocem, gdy ona zasypia zwinięta w kłębek na kanapie. Ona nie ma o tym pojęcia. Ale on wie, jak bardzo ją kocha.

Są noce, kiedy ona wstaje, podchodzi do okna i patrzy gdzieś w dal. I tęskni za tamtym mężczyzną tak bardzo, że wydaje jej się, że jej serce rozpadnie się zaraz na milion kawałeczków.

– Nie śpisz? – pyta ją mężczyzna, obok którego sypia od dziesięciu lat.

– Jakoś nie mogę – odpowiada ona.

– Połóż się… Bo jutro będziesz nieprzytomna.

Ona zdaje sobie wówczas sprawę, że to ten mężczyzna się o nią troszczy, że tamten nawet nie pamięta pewnie, jak miała na imię i jaki kolor lubi. Ani tego, co ją cieszy… Wie też, że tamten nie zasługuje na jej miłość, na czułość ani na żadne jej westchnienie. A mimo to nie potrafi przestać go kochać.

Kilka tysięcy kilometrów stąd..

Noce, kiedy on wspomina swoje dawne życie. Czasami mu się wydaje, że każdy ma takie swoje dwa życia. To jedno sprzed jakiegoś ważnego wydarzenia. I to drugie, gdy już wydarzyło się owo brzemienne w skutki coś.

Minęło tyle lat… Z jego poszukiwań nic nie wyszło. Szukał jej – zaczął jej szukać, kiedy tylko zniknęła. Kiedy powiedziała: „żegnaj”. Gdyby tylko pozwoliła mu się odnaleźć. Gdyby zostawiła jakiś namiar albo przynajmniej powiedziała, jak się nazywa… Mógł ją zatrzymać. Mężczyzna zawsze może zatrzymać kobietę. One na to czekają, na jakiś znak, na zapewnienie: „jesteś dla mnie ważna. Najważniejsza…”. Jego uśmiech jest już na wpół martwy i jego oczy już tak nie błyszczą, ale na myśl o niej krew nadal wrze mu w żyłach.

Od tamtej pory, kiedy ona zniknęła, nie mógł sobie ułożyć życia. To kara. Kara za to, co jej zrobił. Śniła mu się niemal każdej nocy, a żadna kobieta, której po niej dotykał, nie była nią. Tymczasem on pragnął tylko jej. Czy to możliwe, by mężczyzna tak bardzo pożądał tylko jednej kobiety? Możliwe. Oczywiście. Kiedy tylko w niej się zakocha.

Pokochał ją za jej cudowne podejście do życia. Za jej zawirowania i zwariowanie, i za to, że potrafiła dla niego zrobić tyle rzeczy, których on nie docenił.

Nie doceniał jej…

Dwa lata wcześniej

Rozdział 1

Ludzie z reguły myślą, że większość ich znajomych i nieznajomych ma cudowne, magiczne święta i odlotową zabawę sylwestrową. Ale tak naprawdę niektóre rodzinne imprezy kończą się katastrofą, a zabawy sylwestrowe są denne… albo wcale nie ma żadnych zabaw, jest za to spędzanie czasu w domowych pieleszach, z koncertem na Dwójce albo Polsacie. Tak właśnie pomyślała tego dnia Berenika.

Śnieg zaczął padać na kilka godzin przed wigilią. Z matowego, szarego nieba posypały się wielkie płatki śniegu. Berenika stanęła na chodniku i po prostu zachwyciła się aurą. Przez chwilę obserwowała, jak ostre podmuchy wiatru wzniecają śnieżne fale. Skojarzyła je sobie z pianą Bałtyku. Gałęzie drzew momentalnie zaczęły pokrywać się śnieżnobiałym puchem.

Powietrze, które owiało jej twarz, było mroźne i przyjemnie rześkie. Przypomniała sobie pewne święta kilka lat temu, kiedy była tak bardzo zakochana. Żałowała, że to wszystko minęło.

Pamiętała tamten wieczór. Siedziała przy kominku i piła kakao. On zaś wziął kilka suchych szczap i wrzucił do paleniska. Szybko zajęły się ogniem. Lubiła kominki. Kiedyś powiedziała sobie, że będzie miała swój domek z kominkiem. Grudniowymi wieczorami będą razem siadać przy ogniu, opatuleni ciepłym kocem, i rozmawiać, wtuleni w siebie i wpatrzeni w harcujące w kominku płomienie.

Usiadł obok niej i otoczył ją ramieniem, a ona pocałowała go w policzek.

O takich świętach zawsze marzyła…

Ale teraz miało być inaczej. Ona była samotna, zła i rozgoryczona. Pójdzie do rodziców na wieczerzę i będzie udawała, że wszystko w porządku. Ciotka Krysia zapyta ją, czy już kogoś znalazła, bo przecież czas najwyższy, a ją będzie tak cholernie boleć. Dobrze, że ma tego wieczoru dyżur. Udawanie będzie trwało tylko kilka godzin. Trzy. Jakoś to przetrwa.

Było po północy. Krzysztof odwiózł mamę do domu.

Ida miała ochotę sięgnąć po wódkę, ale wiedziała, że nie może tego zrobić, nie w tym stanie. Nie powinna pić, ale nie mogła już tego wytrzymać. Zamoczyła tylko usta w trunku, a potem wylała go do zlewu. Nie mogła już znieść tych kłamstw. Siebie nie mogła znieść. A ludzie przecież upijają się, kiedy jest im smutno… Z reguły tak jest. Nawet jeśli mówią, że idą do pubu czy klubu odreagować ciężki tydzień po pracy, to przecież robią to ze smutku, bo im ciężko. Jakby alkohol choć na chwilę mógł wymazać im wszystko w pamięci, pozwolić skupić się na czymś innym.

Była już w koszuli nocnej. Włożyła buty, chwyciła kluczyki do samochodu i wyszła z mieszkania. Na klatce spotkała sąsiadkę, która obrzuciła ją dziwnym spojrzeniem.

Jak w transie wsiadła do samochodu. Odpaliła silnik. Pamiętała, że ruszyła i przywaliła w latarnię. Sama nie wiedziała, jak do tego doszło i dlaczego nie widziała tej cholernej lampy. Po prostu wyrosła jej na drodze w jakiś cudownie magiczny sposób. Gdyby stała tam wcześniej, dostrzegłaby ją, prawda?

Na szybie pojawiła się pajęczyna pęknięć. Ida dotknęła ręką czoła. Poczuła ciepłą krew. To nic. To tylko trochę krwi, zaczęła uspokajać samą siebie.

Wyszła z samochodu na drżących nogach. Podbiegł do niej jakiś mężczyzna.

– Nic się pani nie stało? – zapytał łagodnym tonem, podtrzymując ją za rękę.

Gdyby tylko wiedział, jak wiele w jej życiu się wydarzyło… Stało się wszystko. Jej serce pękło. W tej chwili jej serce pękło.

– Może wezwać karetkę? – zapytał łagodnie.

– Nic mi nie jest. Nie o to chodzi – mówiła niczym obłąkana.

W tej chwili podjechał jej mąż. Stanął na ulicy i wybiegł z samochodu.

– Co się stało?

– Nic – odpowiedziała. Uliczne latarnie oświetlały jej zakrwawioną twarz.

– Rozwaliłaś samochód.

– Tak jakoś wyszło. – Wzruszyła ramionami.

– Piłaś? – Podszedł do niej, ale nie poczuł zapachu alkoholu.

– Nie. – Pokręciła głową. – Ale czasami tak byłoby lepiej… Upić się. – Oddychała równo i powoli.

Mężczyzna, który jej pomógł, patrzył na nich i nie wiedział, co robić. Czuł się tam dziwnie nie na miejscu.

– Wszystko w porządku – zapewniła go Ida. – Proszę się nie martwić.

Odszedł. Małżonkowie zostali sami. Krzysztof dotknął jej ramienia, a ona zdała sobie sprawę, że ten dotyk ją boli.

– Przywiozłem sałatkę od mamy… – powiedział ni z tego, ni z owego.

Oboje lubili sałatkę śledziową jego matki.

– Ostatnia rzecz, która nas łączy – zauważyła Ida.

Dostrzegła napięcie na jego twarzy.

– Dlaczego to powiedziałaś?

Wzruszyła ramionami.

Następnego dnia nie wracali do tematu. Udawali znów szczęśliwe małżeństwo, jak miliony innych par… Takie sobie ludzie szczęście niekiedy sami wymalują. Udają, że wszystko w porządku, podczas gdy tak naprawdę w każdym momencie coraz bardziej się od siebie oddalają.

W Wigilię mąż został u mamy na noc. Teściowa źle się czuła. Ona też mogła zostać, ale wymigała się jakoś. Po mszy, na której ksiądz mówił o aniele Gabrielu, który zwiastował Maryi niepokalane poczęcie, pojechała do domu.

Na pasterce poczuła mdłości, ale to tylko potwierdziło to, o czym już wiedziała. W poprzednim miesiącu nie dostała okresu.

Co ona teraz zrobi? Jeszcze nie wiedziała, ale miała pewność, że już kocha to dziecko, owoc szczęścia. Uczucia wydostawały się z niej jak sok dojrzałej pomarańczy. On… On wyciskał taki dla niej, patrząc jej głęboko w oczy tak, jak nie patrzył przed nim nikt inny.

Przez tyle lat starali się z Krzysztofem o dziecko – i nic. Wierzyła w to, że każde maleństwo przychodzi do nas w określonym czasie i z określonego powodu. I oto zdarzył się cud. Tego dnia o północy, kiedy według wiary katolickiej narodził się Jezus Chrystus, ona poczuła coś niesamowitego pod sercem.

Czy to ma znaczenie, kto będzie ojcem? To dziecko. Jej dziecko. Krew z krwi.

A może anioły jednak istnieją?

W tym samym czasie, gdzieś indziej.

Konrad leżał na kanapie i rozmawiał ze swoim kotem, kiedy do mieszkania wparował jego przyjaciel, Robert.

– Moja matka cię nasłała? – zapytał bełkotliwym głosem Konrad.

– Czeka na ciebie z kolacją wigilijną. Zapomniałeś? Mamy święta.

– Nie chcę żadnych jebanych świąt.

– Spójrz w lustro. – Robert szarpnął go za ramię.

Ale Konrad nie chciał patrzeć w lustro, bo wiedział, co tam zobaczy. Zrujnowanego życiem faceta. Podkrążone, opuchnięte oczy, usta zaciśnięte w grymasie bólu. Puste spojrzenie.

Robert zmarszczył czoło i spojrzał na niego przenikliwie. Konrad wiedział, że przyjaciel za chwilę wypowie słowa, które mu się nie spodobają, i miał tylko nadzieję, że uda mu się nie wybuchnąć. Ostatnio wszyscy mieli dla niego same dobre rady, każdy mówił mu, co powinien robić, a czego nie. Z własnym życiem nie potrafili sobie radzić, ale mieli się za specjalistów od jego uczuć.

– Posłuchaj… Minął już rok.

– Wciąż mało.

– Musimy poważnie porozmawiać. – Robert usiadł obok Konrada. Kot nastroszył sierść. – Nigdy mnie nie lubił. – Robert wskazał głową zwierzaka.

– Koty znają się na ludziach. Wiedzą, że jesteś przemąd­rzałym dupkiem.

Robert uśmiechnął się. Skoro Konrada trzymały się żarty, nie było najgorzej.

– Chcę z tobą porozmawiać.

– Mówisz to za każdym razem, kiedy tutaj przychodzisz.

Mężczyzna spojrzał za okno. Było już ciemno, jak to zwykle bywa zimowymi popołudniami. Przyjaciel mieszkał w takim miejscu, z którego nie widać było iluminowanych lampkami uliczek miasta. Jakby w odcięciu od całego świata. Robert nie chciał pozwolić, by Konrad w zasadzie pogrzebał się żywcem, ale brakowało mu już argumentów, bo nic go nie przekonywało, żeby wreszcie wychynął z tej swojej nory w celach innych niż praca i zaczął po prostu żyć.

– Twoja matka na to nie zasługuje.

– A ja? Czy ja na to zasłużyłem? – zapytał Konrad z pretensją w głosie.

– Pozwól sobie pomóc. – Robert był stanowczy. Jak zawsze. Znali się od małego i to on zawsze był przywódcą. Na podwórku i w klasie. Ale to był dobry przywódca. Bo przecież można mieć cechy przywódcze, ale być do dupy człowiekiem. On taki nie był; stawał w obronie słabszych i starał się jakoś łagodzić zwaśnione strony.

Gdyby jeszcze tylko nie wściubiał nosa w nie swoje sprawy, pomyślał z żalem Konrad.

– Kot mi pomaga.

– A, idź już z tym kotem.

Konrad głęboko nabrał tchu.

– Słuchaj… chodzę do pracy, jestem w stanie opłacić sobie mieszkanie i żarcie.

– I tyle, Konrad, i tyle. Wracasz z pracy, walniesz się na łóżko i gadasz z kotem.

– Skąd wiesz, że z nim gadam?

– Bo twój kot mi o tym powiedział.

Obaj zmusili się do uśmiechu, ale po chwili Robert spoważniał.

– Czasami też pijesz. Twoja matka umiera z niepokoju o ciebie. Słuchaj, stary, rozumiem, że nie jesteś już tą samą osobą, że straciłeś cząstkę siebie, ale musisz nadal żyć.

Konrad zamyślił się. Jak miał dalej żyć? Do tej pory, kiedy zamykał oczy, widział jej usta, oczy, piękne włosy. Niemal czuł jej dotyk…

Zapachu już nie pamiętał. Ten ulotnił się pierwszy. Denerwowało go to, że nie pamiętał już jej zapachu, magnolii i czegoś jeszcze. Że to coś uleciało. Nienawidził się za te chwile słabości, kiedy w bezsenne noce leżał sam w pościeli na łóżku, które jeszcze tak niedawno dzielili, i usiłował zatrzymać dawno już przebrzmiałe słowa. Przecież na początku byli tacy szczęśliwi!

A jego dziecko… Jego synek. Pozwolił na to.

Powiedziała: „Tam czeka go lepsza przyszłość”.

Spojrzał raz jeszcze na przyjaciela. Przez trzy miesiące po tym, jak Agnieszka z Oskarem odeszli, to mama i on przy nim trwali; dzień w dzień, kiedy serce pękało mu z bólu. Nie opuścili go, choć był dla nich przykry. Matkę na pewno też bolało to, że niemal przestała widywać wnuka, a małżeństwo syna się rozpadło.

Może był im winien choć próbę pogodzenia się z tym wszystkim. Jedną. Jeśli nie wyjdzie, trudno. Ale przynajmniej nikt mu nie powie, że się nie starał.

Rozdział 2

Sam nie wiedział, czy bardziej czuł się Hiszpanem czy Polakiem. Jego matka przybyła do tego słonecznego kraju z Polski w latach osiemdziesiątych. Pracowała na czarno i tu właśnie poznała José, jego ojca. On urodził się już tam i do pewnego czasu Jamie czuł się Hiszpanem. Tylko Hiszpanem. Dopóki nie poznał pięknej Polki.

Ach, te Polki potrafią nieźle namieszać w głowie i zauroczyć faceta, myślał, wpatrując się w rozgwieżdżone hiszpańskie niebo.

Nic jej nie obiecywał, a ona nie żądała nic w zamian. Świetnie się ze sobą bawili.

Wiedział, że jest mężatką, chociaż nie pytał jej o to. Dawała mu niezapomniane orgazmy, wiele szczęścia, śmiech. O nic nie pytała. Niczego nie wymagała. I chyba jej się to podobało.

Mylił się, myśląc, że są w stanie oboje po prostu cudownie się razem bawić, spędzając razem każdą wolną chwilę. Przeżyć po prostu krótką, szaloną ucieczkę od codzienności i po tym wszystkim zachować piękne wspomnienia i wrócić do dawnego życia. Tak byłoby najprościej, ale przekonał się już nie raz, że w życiu nie ma prostych rozwiązań. Takie układy z góry skazane są na niepowodzenie. Ludzie się w którymś momencie zakochują. A już najgorzej, kiedy tylko jedna ze stron zaczyna chcieć czegoś więcej.

To ona się zakochała.

– Zostanę – powiedziała wówczas.

– Miałaś wyjechać – odpowiedział. Zaczął tracić grunt pod nogami. – Masz męża. – Nie wiedział, dlaczego jej o tym przypomniał; przecież ona musiała wiedzieć, że to nie ma sensu. Musiała. Kiedy zaczęli się spotykać, powiedziała mu, że szuka przygody, wytchnienia, że chce na kilka, może kilkanaście dni przełamać rutynę swojego życia. A potem wróci do kraju nad Wisłą, do szarej rzeczywistości, pełna nowych sił.

Uwierzył jej, bo dlaczego miał jej nie wierzyć? Sam był poszukiwaczem przygód, więc z radością rzucił się w kolejną jak w następny piękny eksperyment. I było pięknie, dopóki nie zaczęła wymagać większego zaangażowania. Wtedy przypomniał jej, że na to się nie pisał. Tak po prostu.

I wyjechała. Złamał jej serce, widział to w jej oczach.

Oczywiście, że też cierpiał. Ze zdumieniem odkrył, że zaangażował się o wiele bardziej, niż zamierzał. Tylko że on nie chciał się zmieniać dla tej kobiety. Wolał prowadzić życie bez zobowiązań. Tak było wygodniej i w jego przekonaniu prawdziwiej.

Pojawiła się u niego przedwczoraj. Szykował się na przyjęcie sylwestrowe. Miał spędzić je w gronie najbliższych znajomych.

– Przyleciałam na kilka godzin – powiedziała. – Odlatuję za… – Spojrzała na zegarek. – O siedemnastej. Za kilka godzin nowy rok. – Uśmiechnęła się, ale jakoś tak ze smutkiem. – Chciałam ci o czymś powiedzieć jeszcze w starym roku.

Wystraszył się. Bał się oskarżeń, że złamał jej serce. Dlatego powiedział szybko:

– Nic sobie nie obiecywaliśmy.

– Faceci… Wy lubicie mówić takie wytarte frazesy. Nie obiecywałeś mi nic, ale dawałeś mi swoją czułość, upojne noce, które zapierały dech w piersiach. Śmiech do łez. Wschody słońca, które z tobą tak szybko przechodziły w zachody. Dawałeś mi siebie… Czy to mało?

Podniosła rękę. On przeczesał palcami swoje czarne włosy.

– Taka fajna kobieta jak ty nie zasługuje na faceta takiego jak ja. Zniszczyłbym cię. Nie potrafiłbym ci dać tego, na co zasługujesz… Rozumiesz, o czym mówię? – Patrzył na nią tymi swoimi ciemnymi oczami i chciał, by wszystko zrozumiała. Ona nie rozumiała nic. Nie chciała rozumieć jego słów, które zadawały jej ból.

– Nie wiesz, jaka jestem i na co zasługuję. Nie wiesz… Pozwól, że tylko o czymś ci powiem.

– Tak? – poczuł zniecierpliwienie. – Mów…

Przez chwilę zbierała się w sobie.

– Jestem w ciąży – wydusiła wreszcie.

– Gratuluję.

– Z tobą.

Nie musiała tego mówić. Zrozumiał wszystko, kiedy tylko pojawiła się w jego progu.

– Skąd ta pewność?

– Żartujesz sobie ze mnie?

– Niczego ci nie obiecywałem. Nic.

Czuł się poirytowany. To miała być tylko przygoda. Zawarli przecież umowę! Jak w ogóle mogła mu to zrobić?

– Chciałam usłyszeć, że nic to dla ciebie nie znaczy. Żebyś powiedział mi to prosto w twarz. – Patrzył na nią oniemiały, a ona miała zaczerwienione od płaczu oczy. Pojedyncza łza wisiała na końcówce jej rzęs. W obawie przed tym, że gdyby spadła, narobiłaby więcej szkód niż pożytku.

Odwróciła się na pięcie i odeszła.

O siedemnastej, wchodząc do mieszkania znajomych, spojrzał na zegar. Jednocześnie miał nadzieję, że wsiadła do tego samolotu i więcej jej nie zobaczy, jak i zrobiło mu się dziwnie żal. Dlaczego kobiety zawsze muszą wszystko komplikować?

Przez cały wieczór był rozkojarzony.

Ida wróciła do Polski przepełniona beznadziejną miłością, tłukącą się w jej sercu jak wygłodniałe zwierzę w pobliżu siedzib ludzkich. Wydawałoby się, że to, co daje szczęście, jest na wyciągnięcie ręki, tuż za murem – a mimo to wciąż okazywało się jednakowo nieosiągalne.

Czasami zastanawiała się nad swoją poczytalnością – bo kto o zdrowych zmysłach tak beznadziejnie się zakochuje? Dlaczego sobie na to pozwoliła? A jednak właśnie teraz, kiedy jednocześnie przepełniały ją bezbrzeżny smutek i miłość do tej małej istoty, która w niej rosła, czuła, że żyje, bardziej niż w ciągu kilku ostatnich lat.

– Wychodzę pobiegać, a potem jedziemy na przyjęcie do mamy – usłyszała głos Krzyśka. Tego sylwestra postanowili spędzić kameralnie, rodzinnie.

Idź, pomyślała. Idź i o nic nie pytaj. I tak to ty zawsze decydujesz.

Odkręciła wodę, udając, że nie słyszy. Bała się, że się rozpłacze. Siedziała na skraju wanny i bała się poruszyć, aby przypadkiem coś w niej nie pękło. Ta delikatna nić, która trzymała jej ciało, jej duszę w całości. Gdyby tylko się rozerwała, ona też by się rozsypała. I trudno by jej było się pozbierać. Czasami pozbieranie się w całość wymaga wiele cierpliwości.

Ze zduszonym jękiem ukryła twarz w dłoniach. Woda leciała, bulgocząc w wannie. Sinoszare kafelki pokryły się kropelkami pary.

Na jej policzkach pojawiły się inne kropelki. Łzy.

Ida pamiętała ten moment tuż po tym, jak zrobiła test ciążowy. Położyła się na łóżku. Lampka ćmiła się na nocnym stoliku i oświetlała obraz anioła, który dostała od teściowej. Nie wiedziała, czy kobieta wierzyła w anioły, czy nie. Ona miała do nich neutralny stosunek. Chociaż gdyby istniały… Chciałaby mieć takiego swojego jednego na wyłączność. Mogłaby mu teraz powiedzieć o swoich rozterkach. Poradzić się. Może by zrozumiał. Może wskazałby drogę, powiedział, co zrobić, żeby nie dać się zranić.

Teraz nie mogła uwierzyć w to, co tego dnia zrobiła. Jeszcze kilka godzin wcześniej była w Hiszpanii, w swoim azylu, gdzie spędziła w tym roku tyle pięknych chwil, by zaraz wrócić do Polski i odgrywać przykładną żonę i synową.

Nie sądziła, że będzie się cieszyć mimo smutku, ale teraz radosne podekscytowanie zaczęło ogarniać jej ciało. Z lubością zanurzyła się w wannie wypełnionej wodą z aromatycznym olejkiem. Da sobie radę. Jeszcze będzie szczęśliwa.

Rozdział 3

Berenika oglądała koncert sylwestrowy owinięta ciepłym kocem. O północy na ekranie wystrzeliły korki szampana i konfetti.

Wow, mamy kolejny rok, pomyślała. Nowy rok. Jest o rok starsza i kilka kilo grubsza. Przez ostatni miesiąc opychała się czekoladą, lodami i spaghetti. Zaczęło się w listopadzie, wtedy bardzo odczuła własną samotność. Potem w grudniu uczucie to jeszcze się pogłębiło, kiedy patrzyła na rodziny wybierające choinki, ludzi kupujących prezenty. Marietta powiedziała jej, żeby za bardzo nie wierzyła w tę całą iluzję szczęścia, bo za fasadą czułych uścisków na ulicy kryją się często urazy i złośliwości. Ale ona chciała w coś wierzyć. To dawało jej też wiarę, że i ona odnajdzie szczęście. Może. Kiedyś.

Pół roku wcześniej rozstała się z Krystianem. Miał podobne poczucie humoru do niej, identyczne spojrzenie na świat, uwielbiała z nim rozmawiać. Wydawało się, że są na dobrej drodze do stworzenia nie tylko związku, ale i rodziny. Problem w tym, że wyłącznie ona miała takie odczucia. Krystianowi zależało mniej niż jej.

Czasem Berenika dochodziła do wniosku, że kobietom ogólnie zależy bardziej. Szczególnie na początku znajomości. Starają się, chcą wyglądać ładnie, usiłują przewidzieć, na co mężczyzna może mieć ochotę, co sprawi mu radość. Jednocześnie próbują stworzyć wrażenie, że to wszystko jest takie naturalne, niewymuszone, żadna wielka sprawa. Ulubione ciasto na stole? Och, akurat przechodziła obok tej cukierni i pomyślała, że kupi kawałek. Że kolejka długa na pół godziny, już nie wspomni. Pyszna zupa na stole? „Cieszę się, że smakuje, ale to naprawdę nic takiego”, choć spędziła w kuchni cztery godziny, żeby danie było idealne. A mężczyzna nie domyśli się, że może rzeczywiście wymagało to od niej trochę zachodu. Albo więcej niż trochę. Że ona to wszystko specjalnie dla niego.

Krystian się nie domyślił. Sam też nie próbował jej zaskakiwać.

A teraz co? Nowy Rok, a ona siedziała z tłustymi włosami upiętymi wysoko, z plamami po lodach na koszulce.

Do oczu napłynęły jej łzy. Rozejrzała się po mieszkaniu. Zamglony wzrok wyłowił rozgardiasz, tony papierków po czekoladach, chipsach, ciastkach. Mieszkała jak w wielkim śmietniku. Zupełnie przestała się starać, nawet tylko dla siebie.

W pewnym momencie ktoś otworzył drzwi. Do środka weszła Marietta, jej siostra.

– Co ty tu robisz? – Berenika spojrzała na nią zdziwiona.

– Wpadłam z tobą posiedzieć.

Berenika omiotła ją wzrokiem. Była w obcisłej czarnej sukience z cekinami. We włosy miała wpiętą atłasową spinkę w kształcie muszli, a na szyi błyszczał wisiorek przypominający delfinka. Skromnie, ale z klasą. Cała Marietta. Ubrana była tak, jakby wybierała się przynajmniej na jakąś domówkę. Może nawet bardziej na jakąś imprezę zorganizowaną. Co więc robiła teraz u niej?

– Gdzie twój chłopak? – zapytała Berenika.

– Pokłóciliśmy się…

– Znowu?

– Oboje mamy wybuchowe charaktery.

Berenika westchnęła i spojrzała na nią z troską.

– Marietta, wy do siebie pasujecie jak pięść do oka.

– A ty wyglądasz koszmarnie. – Siostra nie lubiła rozmawiać o Arturze, którego nikt z jej rodziny nie znosił. Nie wiedziała dlaczego. A może wiedziała, ale wolała o tym nie myśleć. Dla niej był czuły… zazwyczaj. Zdawała sobie sprawę, że pozostałym ludziom mógł się wydawać trochę zarozumiały. Mama z tatą go tolerowali, ale za nim nie przepadali, a siostra wprost mówiła o tym, że go nie lubi. Marietta widziała, że Berenika często hamowała się, żeby nie powiedzieć mu niczego przykrego, zwłaszcza że po każdej awanturze siostra to do niej biegła się wypłakać czy wyrzucić z siebie złe emocje.

Ale teraz nie chodziło nawet o ostatnią kłótnię, pomyślała Marietta. Nikt nie powinien spędzać tej nocy sam przed telewizorem, a już zwłaszcza nie taka szczera i wesoła na co dzień osoba jak Beri. Teraz wyglądająca jak kupka nieszczęścia.

– Powiedz coś, czego nie wiem.

– Każdy czasami wpada w dół.

– Wow! To żeś teraz zabłysnęła!

Marietta usiadła na kanapie obok siostry. Jej ręka dotknęła czegoś lepkiego.

– Niech to jasny szlag trafi – nie wytrzymała. – Co za chlew!

– Nie chce mi się sprzątać.

Głos młodej kobiety brzmiał pusto. Jakby rzeczywiście nie zależało jej nie tylko na porządku w domu, ale też w ogóle na niczym.

– Zauważyłam – rzuciła Marietta. – Berka… Tak nie można. Rozumiesz, nie można. Trzeba jakoś iść do przodu.

– Jakoś… – westchnęła Berenika i wtuliła się w siostrę. – Jakoś – powtórzyła i się rozpłakała.

Czasem wystarczy obecność kogoś gotowego wysłuchać, co tak naprawdę gra nam w duszy, i choćbyśmy nie wiem jak grubą maskę obojętności przybierali, w końcu ona pęknie, uwalniając łzy.

Czasem wystarczy kogoś chwycić za rękę i posłuchać, jak klnie na wszystko dookoła.

Czasem wystarczy po prostu być. Tyle i aż… tyle.

Ida spojrzała na swojego męża i zdała sobie sprawę, że nie może go na nowo pokochać. Już nie, nie teraz, kiedy poznała, co naprawdę może być między mężczyzną a kobietą. Może pomyliła tamto zauroczenie z miłością. Na pewno. I nie chciała żyć tak, jak żyła z Krzysztofem.

On ją kochał, tego była pewna. Kochał ją za bardzo. Niekiedy ją wręcz zagłaskiwał. Chciał z nią nieustannie spędzać czas. Nieustannie. Usuwać wszystkie ciernie na drodze jej życia. Każdą przeszkodę pokonywać za nią. Nie można tak. Czuła, że od tego ciepła się rozpuszcza.

Fajerwerki sylwestrowej nocy rozświetlały niebo, a w jej sercu panował mrok.

– Co się ostatnio z tobą dzieje, Ida? – Krzysiek podał jej kieliszek szampana, ale ona pokręciła głową. Postawił kieliszek na stole.

– Jestem zagubiona.

– Jak ci pomóc?

– Sama muszę sobie pomóc. Niekiedy, Krzysztof, ludzie muszą sami coś zrobić. Podjąć własną decyzję, zmierzyć się z trudnością jeden na jeden.

– Ale ja bym chciał zrobić dla ciebie coś dobrego.

– Czyli co?

– No właśnie zastanawiam się, co mogę zrobić, żebyś mnie mocniej kochała. – Spojrzał na nią z gorzką tęsknotą. – Myślisz, że nie wiem, że po twoim powrocie z Hiszpanii coś się zmieniło? Że tego nie widzę?

– Proszę, nie drąż tematu.

Ida poczuła, jak prawda pali ją gdzieś w trzewiach. Niewygodna prawda. Wiedziała, że łatwo go zranić, a tego nie chciała. Kiedyś kochała tego mężczyznę… Kiedyś to on biegł dla niej po sok malinowy w środku nocy do apteki, kiedy złapał ją kaszel. To on otulał ją kocem, kiedy zasnęła na kanapie. To on zrywał dla niej bez, który ona tak bardzo kochała. To on…

To on zabrał jej całą wolność. Osaczył ją. Chciał ją zamknąć w złotej klatce i karmić samymi słodyczami. Być stale obok, zagłuszając nie tylko te złe myśli, ale wręcz wszystkie. Pochłaniał ją kawałek po kawałku, tak że z dawnej Idy nie zostało już niemal nic.

– Jestem w ciąży – powiedziała. – To prezent dla ciebie.

Zwalczyła pokusę, by zakryć usta dłońmi. Nie przemyślała tego. Postąpiła perfidnie. Samolubnie. A jednak wiedziała, że on pokocha to dziecko. On – tak. Chciał tego przecież, bardzo pragnął mieć syna lub córkę, maleństwo, które mógłby obdarzyć uczuciem. Może tak było lepiej. Może w nim było za dużo czułości, może kiedy podzieli ją między żonę a dziecko, wszystkim będzie jakoś łatwiej żyć. Chciałaby w to wierzyć.

Ale nie potrafiła. Odkąd wróciła z Hiszpanii, to Krzysztof był dla niej tym drugim. A nikt nie chce być dla kogoś opcją, wyjściem ewakuacyjnym. Powinna odejść z godnością. Nie wmawiać mu, że to jego dziecko. A jednak zrobiła to. Trudno, mleko się rozlało. Zresztą przecież nie mogłaby ukrywać przed nim ciąży.

Dlaczego zdecydowała się z nim zostać? Bo bała się, co pocznie sama z dzieckiem. Jaką pieprzoną egoistką się stała? Już po chwili żałowała tych wypowiedzianych słów. Jak bardzo ich żałowała.

– To cudownie! – usłyszała głos Krzyśka. – To cudownie! – Był taki szczęśliwy. – Damy sobie drugą szansę i zaczniemy wszystko od nowa. Rozumiem, że po takim czasie starania się mogłaś w nas zwątpić, ale to maleństwo znów nas do siebie zbliży i…

Nie słuchała go. To nie będzie łatwe, pomyślała Ida. Nie ma leku, by uzdrowić ten związek. A podobno myślenie, że dziecko coś naprawi między dwojgiem ludzi, to najgorszy błąd, jaki para może popełnić. Zwłaszcza w takiej sytuacji.

Zamiast wizji szczęśliwego małżeństwa zobaczyła Jamiego stojącego na nabrzeżu i patrzącego, jak znika z jego życia. Oddałaby wszystko, by próbował ją zatrzymać. Gdyby tamtego sylwestrowego wieczoru dał jej jakikolwiek znak, że chce walczyć o nią i ich dziecko, Krzysztof nigdy więcej by jej nie zobaczył. Kiedyś zrozumiałby w końcu, że tak będzie lepiej. Może nawet zdołałby jej wybaczyć.

Ale Jamiemu nie zależało. A lepiej, by dziecko dorastało w pełnej rodzinie.

ROK TEMU

Rozdział 4

Trzeba być skończonym idiotą, żeby się na to wszystko zgodzić. I Konrad właśnie tak się czuł: jak skończony debil. Kto przychodzi na jakieś sesje terapeutyczne w sobotę rano? Nie ma nic ciekawszego do roboty? Terapeutka, która wyglądała jak jego profesorka od historii w szkole średniej – a szczerze tamtej kobiety nie cierpiał – przechadzała się po sali i rozwodziła się nad tym, że w przedświąteczny czas zdarzają się cudowne ozdrowienia dusz.

Jakie cuda? – chciał krzyczeć. To jakaś farsa. Że też dał się wmanewrować w to swojej byłej żonie, która orzekła, że on potrzebuje terapii i powinien zrobić to dla syna, z którym zobaczy się w Nowy Rok. Aga postawiła sprawę jasno: albo coś ze sobą zrobi, albo ona z żalem zacznie jeszcze bardziej ograniczać jego kontakty z synem. Ostatnio podobno Oskar był bardzo wstrząśnięty tym, co się stało z jego tatą.

Więc siedział teraz pośród tych wszystkich odmieńców, popaprańców, ludzi, którzy nie potrafią sobie sami poradzić z własnym życiem, i czuł się nie na miejscu. Nienawidził tego wrażenia, utraty kontroli, spojrzeń osób siedzących w tej samej sali, piskliwego tonu prowadzącej spotkanie. Robię to dla Oskara, powtarzał sobie, próbując zapanować nad nerwami.

Nagle kobieta klasnęła w ręce i kazała im wstać z krzeseł. Wstał posłusznie z szeroko otwartymi oczami i zastanawiał się, co teraz. Złapią się za ręce i będą wznosili modlitwy ku niebu? Albo…

Terapeutka włączyła muzykę. Z głośników poleciał Chris Rea, śpiewający Driving home for Christmas.

–Tańczymy! Szalejemy! Obracamy swojego partnera – zaszczebiotała.

Kurwa, jeszcze gorzej, niż sądził. To jakaś popieprzona sekta.

Zaczął przestępować z nogi na nogę. Nie cierpiał tańczyć, śpiewać ani robić jakichś wygibasów. To dobre dla dzieci w przedszkolu, nie dla poważnego faceta mającego poważne życie i poważne problemy.

– Dalej, żwawiej! – Profesorka podeszła do niego i chwyciła jego dłoń, chcąc z nim zatańczyć. Wzdrygnął się.

– Nie lubię! – powiedział.

– Polubisz – odpowiedziała z dobrotliwym uśmiechem, jakby karciła ucznia, którego trzeba namówić, by spróbował wykonać jakieś skomplikowane obliczenie na samym środku klasy. – Tylko się temu poddaj.

Czuł się jak skończony głupek, który robił wszystko, żeby nie nadepnąć na palce terapeutce. W pewnym momencie zaczął się zastanawiać, co by zrobiła, gdyby jednak trafił podeszwą na jej stopę. Zaczęłaby krzyczeć? Zdzieliłaby go po głowie? A może uśmiechnęłaby się sztucznie i tym swoim słodko-pierdzącym głosem oznajmiłaby mu, że ależ-ależ nic się takiego nie stało, to nie szkodzi?

Korciło go, żeby spróbować, ale ostatecznie uznał, że tylko by się pogrążył. Już pewnie i tak wyglądał niedorzecznie, tak wirując z nią niezgrabnie na samym środku parkietu.

– Podoba ci się? – zapytała terapeutka jakby nigdy nic, wyrywając go z rozmyślań.

– Nie – odburknął zgodnie z prawdą.

– Jeszcze nie raz z nami zatańczysz. – Psorka nie traciła wigoru.

Akurat, pomyślał. Nigdy więcej… Gdyby tylko nie te głupie warunki dyktowane przez Agnieszkę, jego noga w życiu by tu nie postała. Jak niby wirowanie z podstarzałą matroną w objęciach ma mu pomóc się ogarnąć i lepiej przygotować na wizytę syna?

Po piosence, która ciągnęła się w nieskończoność, usiedli na krzesłach w kręgu, jak na terapii anonimowych alkoholików. Nieraz widział takie kręgi w serialach: ludzie po kolei opowiadali, jak długo są w trzeźwości i jaka jest ich historia. Ale jego życie to nie serial. Tutaj siedzieli anonimowi popaprańcy, z nim na czele. Popapraniec, który poszukuje ukojenia w tańcach wygibańcach, podskokach i kamiennych kręgach. Ostro mnie popieprzyło, uznał.

Miejsce koło niego zajęła kobieta około pięćdziesiątki. Była jakaś taka dziwnie wystraszona. Szybko okazało się, że tak mu się tylko zdawało, bo kiedy odwróciła się w jego stronę, zaczęła trajkotać, jakby byli najlepszymi kumplami i znali się co najmniej pół życia.

Musi stąd uciekać. Po prostu musi… Wymknie się do toalety, a potem przez korytarz do frontowych drzwi.

– Jaka jestem podekscytowana! Przyszłam tutaj, bo nie radzę sobie z problemami. Wszystko mi się ostatnio wali na głowę. – Zamrugała szybko. Zachichotała. Wzięła głęboki wdech, po czym znów mrugnęła. Konrad ochrzcił ją w myślach Panną Migotką, bo kojarzyła mu się z bohaterką dobranocki, którą oglądał jako dziecko. Nawet figurę ma podobną, pomyślał złośliwie.

– Mhm – odrzekł tylko. Tak naprawdę nic go to nie obchodziło, kto i po co tu przyszedł. Nie był zainteresowany zawieraniem jakichkolwiek znajomości, a szczególnie z tą kobietą. Chciał odbębnić kilka sesji i stąd prysnąć. Proste.

– A ty?

– Sam nie wiem.

– Oj, wydobędą to z ciebie.

Matko, już jej nie lubił. Nie znał jej, ale wiedział, że jest niestabilna emocjonalnie. Musiała być. Ponoć on był zbyt stabilny i nie potrafił okazywać uczuć, ale ta baba przebijała go we wszystkim. Tylko że w drugą stronę.

Zdawało mu się, że kobieta celowo lekceważy jego brak zainteresowania. Ewidentnie potrzebowała rozmowy, tylko trafiła pod adres najgorszy z możliwych.

– Moja córka zmarła na raka – podjęła. – Nie mogę sobie z tym poradzić. Opiekuję się wnukiem i…

– Przykro mi. – Naprawdę było mu przykro. Nie był przecież skończonym sukinsynem bez uczuć, ale już nie chciał więcej słyszeć jej wynurzeń.

Terapeutka znów klasnęła w ręce. Przywitała się.

– Mam na imię Zofia i będę prowadziła te warsztaty. O wybaczeniu sobie i innym. Ale przede wszystkim sobie. Dzisiaj są pierwsze zajęcia, ale po świętach będziemy spotykać się na sesjach trzydniowych. Będziemy pracować w parach.

Konrad automatycznie odwrócił się w prawo, gdzie siedział facet z sumiastym wąsem, który wyglądał na równie niezainteresowanego tymi zajęciami jak on. Ale terapeutka już zaczęła ich rozdzielać w taki sposób, że jego partnerką została Panna Migotka, siedząca po jego lewej stronie.

– Tak się cieszę, że jesteśmy razem – paplała, jakby cierpiała na ciszowstręt. – Czuję, że jesteśmy po jednych pieniądzach.

– Mhm – mruknął na odczepnego, chociaż chciał jej wykrzyczeć, że nie jest z nią po żadnych pieniądzach.

– Jesteśmy tutaj, by wybaczyć sobie, by rozpocząć nowy rozdział – nie dawała za wygraną Panna Migotka.

Czy ona w ogóle przestaje mówić? – jęknął w duchu. Zastanawiał się, czy to już jest ten moment, kiedy uszy mogą zacząć puchnąć, czy może dojdzie do tego dopiero wtedy, kiedy już wyczołga się z tej sesji? Bo że nie zdoła stąd wyjść o własnych siłach, tego był w stu procentach pewny. Zwłaszcza kiedy terapeutka poleciła, żeby opowiedzieć coś o sobie swojemu partnerowi.

Panna Migotka się przedstawiła.

– Mam na imię Agata i mam pięćdziesiąt sześć lat. Jestem wdową, jak już ci powiedziałam chwilę temu, moja córka zmarła rok temu. Opiekuję się wnukiem, który nie może pogodzić się ze stratą matki. Jestem zagubiona. Niekiedy samotna… – Dalej już nie słuchał. – A ty? – wyrwał go z zamyślenia jej głos.

– Mam na imię Krzysiek i pieprzę to wszystko.

– Ooo… Też coś. – Migotka się uśmiechnęła. Był zaskoczony jej reakcją. Chyba wręcz liczył na to, że go obsztorcuje, ofuknie, ewentualnie będzie zgorszona tym, że dorosły facet, który dobrowolnie, jak mniemała, przyszedł na spotkanie grupy terapeutycznej, zachowuje się na niej jak zbuntowany nastolatek pragnący wszystkim wokół pokazać, że jest ponad to.

A ona tylko się uśmiechnęła i tak długo wpatrywała się w niego bez słowa, aż w końcu wydukał coś o sobie. Nie wiedział, czym jest bardziej zdumiony – tym, że ona była w stanie tak długo milczeć, czy tym, że jednak się przełamał.

Zaraz potem poczuł jednak złość, kiedy uraczyła go gadką motywacyjną pod tytułem „Zobaczysz, razem ze wszystkim sobie teraz poradzimy”. Nie potrzebował jej współczucia. Nie potrzebował rozmowy. Chciał tylko w spokoju odsiedzieć swoje i wrócić do domu.

Kolejne spotkania były dla Konrada koszmarem, nie umiał inaczej tego określić. Drażniła go prowadząca, która głosem ociekającym miodem wciąż i wciąż wmawiała im, że znaleźli się w tym miejscu, by poczuć się lepiej.

– Większa część z was jest tutaj ze strachu przed życiem.

Dobre sobie, pomyślał. Ale tak naprawdę, w głębi siebie, wiedział, że to była prawda: bał się. Życia, konfrontacji z synem, swoich decyzji i ich konsekwencji. Tego, że jeśli przyzna na głos, że jest z nim źle, wszyscy to zobaczą, będą go oceniać, a wtedy on nie zdoła się pozbierać.

– Skoro już tu jesteśmy, wynieśmy z tych spotkań coś dobrego – powiedziała Panna Migotka. – Masz to w głębokim poważaniu, ale sądzę, że coś mógłbyś też wykroić z tego dla siebie. Popatrz, spotkałeś mnie.

– Tak, spotkałem ciebie – odezwał się Konrad i mimowolnie się uśmiechnął. Im dłużej o tym myślał, tym częściej dochodził do wniosku, że w jego partnerce jest coś niesamowitego. Może to, jak kolorowo się ubierała. I jak sobie radziła ze swoimi problemami: potrafiła się uśmiechać, podczas gdy on burczał. Nie zmieniało to faktu, że była irytująca.

Po kolejnych spotkaniach czuł gniew i rozgoryczenie otaczającym go światem. Czuł wściekłość na wszystko i wszystkich. Zastanawiał się właśnie, czy nie powinien rzucić tego wszystkiego, skoro każda sesja wyzwalała w nim przede wszystkim agresję, kiedy poczuł czyjąś dłoń na swoim przedramieniu.

Migotka. Matko, znowu. Ta baba się na niego uwzięła.

– Jesteś świetną kobietą, ale nie musisz za mną chodzić po zajęciach. – Naprawdę nie chciał, by Panna Migotka zdominowała jego życie.

– Wiem, że jest ci ciężko.

Zatrzymał się i spojrzał na nią. Na jej roztrzepanych na wszystkie strony włosach osadzały się duże płatki śniegu.

Westchnął, starając się uspokoić oddech.

– Posłuchaj, tobie też jest ciężko.

– Tylko że ja próbuję sobie jakoś z tym poradzić, a ty, jak widać, nie potrafisz.

– Kiedy wstaję rano, czuję, jakby na mojej klatce piersiowej ktoś położył wielki ciężar, który ją zgniata. Czuję się tak, jakbym nie mógł oddychać – wyjaśnił. – Dokonałem w życiu złych wyborów, za które teraz pokutuję. Żyje skopało mi nie tylko dupę, ale i jaja.

Agata obdarzyła go smutnym uśmiechem i podniosła rękę, zupełnie jakby zamierzała go poklepać policzku, ale w ostatniej chwili się wycofała. Był jej za to wdzięczny. Nie chciał, żeby inni się nad nim litowali, a już zwłaszcza ona.

Po chwili jej spojrzenie się rozpogodziło, a Konrad dostrzegł w jej oczach wesołe iskierki.

– Zapraszam cię do mnie w sobotę. Upieczemy razem czekoladowe ciasteczka. Poznasz mojego wnuka. Bez dyskusji – rzuciła i zanim zdołał w jakikolwiek sposób zareagować, po prostu sobie poszła.

Ze zdumieniem uświadomił sobie, że kąciki jego ust powędrowały w górę. Po chwili w jego kieszeni zapikał telefon. Nie miał zielonego pojęcia, skąd Agata wzięła jego numer – pewnie wydębiła go od Psorki, która najwyraźniej uważała, że RODO to taka wyspa na Morzu Egejskim – ale właśnie wpatrywał się w SMS-a z adresem nowej znajomej.

No cóż, pomyślał, po raz pierwszy od dawna prawdziwie rozbawiony. Lubił czekoladowe ciasteczka. Daje radę na sesjach, i tę wizytę jakoś zniesie.

Rozdział 5

Marietta w zamyśleniu wpatrywała się w lodowe sople zwisające z dachu domu stojącego naprzeciwko. Topiły się w zastraszającym tempie. Od dziecka fascynowało ją to, że w zależności od tego, pod jakim kątem ułoży głowę, światło będzie wydobywać z nich zupełnie inne barwy. Wpatrywanie się w lodowe stalaktyty zawsze ją uspokajało – w zasadzie było jedyną rzeczą, którą lubiła w tej koszmarnej porze roku – a ostatnio często potrzebowała takiej odskoczni od codzienności.

Chyba się starzeję, pomyślała. Z tygodnia na tydzień coraz więcej rzeczy ją irytowało.

Marietta od zawsze nie cierpiała swojego imienia – to był fakt. Faktem było też, że jest zaręczona z nieodpowiednim mężczyzną. Zresztą może i narzeczony jest odpowiedni, myślała zgryźliwie, ale jego nawiedzona mamuśka, która ma na niego wpływ, nie bardzo.

Wiedziała, że matki potrafiły być przytłaczające – miała tego świadomość jak nikt inny. Jej matka za wszelką cenę usiłowała wyswatać jej siostrę. Do tego stopnia, że Marietta nieraz łapała się przy tym za głowę, pani Brzezińska nie była bowiem wcieleniem subtelności. To, co w jej mniemaniu było delikatną sugestią, brzmiało niemal jak nakaz, a znaczące chrząknięcia wydawane przy stole, przy którym siedział mężczyzna wręcz idealny, jej zdaniem, dla córki, sprawiały, że potencjalny kandydat na zięcia spoglądał na nią, jakby właśnie się czymś dławiła, i gotów był w jednej chwili ruszyć jej na pomoc. Ale nie tylko pod tym względem wydawała się niemożliwa. Była też notoryczną palaczką, która ukrywała się przed światem ze swoim nałogiem. Wszyscy o nim wiedzieli, ale przed mamą udawali, że nie wiedzą, zwłaszcza że kiedy Marietta i Berenika były młodsze, nieraz wysłuchiwały wykładów o szkodliwości nikotyny.

Czasem Marietta uznawała, że jej ojciec musi być aniołem, a już na pewno miał do żony anielską cierpliwość. Pan Brzeziński, emerytowany nauczyciel geografii i mechanik amator, był zresztą jedną z najcieplejszych i najbardziej wyrozumiałych osób, jakie Marietta znała. Sądziła, że Berenika, która została pielęgniarką, to właśnie po nim odziedziczyła empatię.

Marietta postawiła kołnierz płaszcza. Nie miała pojęcia, co matce chodziło po głowie, gdy nadawała córkom tak dziwaczne imiona. Berenikę przez całe życie ludzie przemianowywali na Weronikę, a Marietta do dziś się zżymała na wspomnienie tego, jak chłopcy w podstawówce biegali za nią na przerwach po korytarzu, krzycząc: „Skarpetta, Skarpetta!”. Cokolwiek matką kierowało, na pewno nie chciała źle. Widocznie te imiona miały dla niej niezwykłą wartość, choć Marietta nie pogniewałaby się, gdyby ochrzczono ją Małgorzatą lub Katarzyną.

Siąpił deszcz. Szlag by to, zaklęła w duchu, kiedy weszła nogą w kałużę. Była zła – na pogodę, na siebie, no i na Artura. Całe szczęście, że Berenika do niej zadzwoniła i zaprosiła siostrę na wino. Wino jest dobre na wszystko. Ostatnio nie miały dla siebie wiele czasu, brakowało jej tych długich, spokojnych rozmów, podczas których żadna nigdzie nie musiała się spieszyć.

W tej samej chwili, w której o tym pomyślała, ochlapał ją jadący samochód.

– Kurwaaa! – wykrzyknęła teraz głośno. – Zawsze coś.

Kilka minut potem stała w przedpokoju mieszkania siostry i wycierała się ręcznikiem.