Kiedyś się odnajdziemy - Gabriela Gargaś - ebook

58 osób właśnie czyta

Opis

Nowa, poruszająca saga rodzinna czarodziejki kobiecych uczuć!

Janka ucieka z ogarniętego wojną Wołynia i musi zostawić młodszą siostrę u obcej rodziny. Obiecuje, że po nią wróci, lecz w tamtym czasie każde pożegnanie może być już na zawsze. I wtedy los stawia na jej drodze inną małą dziewczynkę, która została na świecie zupełnie sama. Czy Janka pokocha ją jak własną siostrę?
W Warszawie Tadek poznaje Annę, w której niebieskich oczach można się zatracić. Rodzące się uczucie wystawi na próbę więź łączącą go z najlepszym przyjacielem. Jaką cenę zapłaci za podjęte decyzje?
Po latach drogi Janki i Tadka się połączą. Tych dwoje doświadczyła wojna, ale przed nimi jeszcze całe życie…
Kiedyś się odnajdziemy to opowieść o miłości, która potrafi przetrwać największe cierpienie, stracie, której nie można przeboleć, i błędach, które trudno wybaczyć.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 385

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Gabriela Gargaś, 2019

Copyright © by Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o., 2019

Redaktor prowadząca: Adriana Biernacka

Redakcja: Karolina Borowiec

Korekta: Ewelina Chodakowska

Projekt okładki: Magda Bloch

Fotografie na okładce: © foodfotus / Adobe Stock, © aniana / Shutterstock

ISBN 978-83-66381-54-4

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fre­dry 8, 61-701 Po­znań

tel.: 61 853-99-10

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Prolog

Dlaczego ich zamordowali? To pytanie, powtarzane po wielokroć, kłębiło się w głowie jedenastoletniej dziewczynki. Janeczka nie mogła tego pojąć. Skoro tatuś dał Olegowi w prezencie ślubnym trzy morgi ziemi, to czemu on tatusia zabił? Czy można zabić kogoś, kto jest twoim przyjacielem? Kogoś, kto ci pomaga? Janeczka wiedziała, że była wojna. I że Niemcy napadli na Polskę, i że oni byli źli… ale Ukraińcy? Przecież zawsze żyli ze sobą w zgodzie. Polacy i Ukraińcy. Chodzili do tych samych szkół, spotykali się na różnych uroczystościach.

Dziewczynka wbiła paznokcie w szmacianą lalkę.

Jak on mógł im wszystkim to zrobić? Zaufali mu, pokochali go, a on… Janeczka zacisnęła mocno szczęki. Nienawidziła ich wszystkich, a Olega to kiedyś sama zabije. Takie postanowienie powzięła. Wtedy, tam w pociągu…

Janeczka stała w wagonie obok swojej ciotki. W rękach trzymała szmacianą lalkę, która była niemal cała czarna. Gdy tylko pociąg ruszył, poczuła, jak ogarniają ją strach i panika. W pierwszym odruchu miała ochotę uciec.

Ciotka Bronia westchnęła.

— Byle jak najdalej stąd. — Przycisnęła do piersi zawiniątko.

Ciotka długo tłumaczyła Janeczce, że z Wołyniem muszą się pożegnać, że Wołyń już do nich nie należy. Czy cioteczka chociaż trochę rozumiała, co ona czuła? Tam było wszystko, co Janeczka miała i kochała. Jej dom, jej rzeczy, jej znajomi. A teraz jedzie w nieznane. Z ciotką, której tak naprawdę prawie nie znała, i z małym dzieckiem, które nie było ich, w zawiniątku.

— Pamiętaj, co ustaliłyśmy. — Ciotka nachyliła się w jej stronę. — To jest Tereska. — Ruchem głowy wskazała zawiniątko. — To jest twoja siostra, zrozumiałaś?

Janeczka skinęła głową. Mamusia powtarzała jej, że nie wolno kłamać, i dziewczynka powiedziała o tym wczoraj ciotce, ale ta ją skarciła.

— Dziecko, nie wolno kłamać, ale czasami okoliczności nas do tego zmuszają.

Janeczka nie chciała dopytywać, co to są te okoliczności, ale wiedziała, że musi zataić prawdę. Co się stało z jej malutką siostrzyczką, tą prawdziwą? Czy żyje? Czy ci niedobrzy Ukraińcy i ją zamordowali, tak samo jak zabili mamusię i tatusia?

Na samo wspomnienie mamusi zachciało jej się płakać; odwróciła głowę w stronę okna. Została sierotą… W dodatku będzie musiała pokochać to obce dziecko, które wcale nie jest jej siostrą…

Zabrali jej wszystko. Dom jej zabrali. Jej życie…

Janeczka mieszkała w majątku ziemskim u podnóża skalistej góry. Ze swojego pokoiku widziała te surowe skały, które przypominały jej starca wspartego o laskę. Mieszkali w pięknym dworku, to była spuścizna po dziadkach. Mieli gospodarstwo ziemskie, dwadzieścia hektarów. Janeczka pamiętała dokładnie, że w tym gospodarstwie pracowało dużo Ukraińców. Rodzice zawsze byli dla nich dobrymi ludźmi, a przynajmniej tak mówili o „państwu” w okolicy.

— To opatrzność Boża sprawiła, że ta dziewczynka, że to dzieciątko trafiło w twoje ręce — powtarzała ciotka do znudzenia. Tylko że Janeczka nie widziała wcale w tym wszystkim opatrzności Bożej, bo który Bóg pozwoliłby na to wszystko? Ani ich Bóg, ani nasz!

Dziewczynka zacisnęła piąstki. Co ona dałaby za to, by cofnąć czas! Mamusia wprawdzie powtarzała jej, że czasu nie da się cofnąć, ale ona bardzo by tego chciała. Chciałaby odwrócić bieg zdarzeń.

Kilka dni później Janeczka podsłuchała rozmowę cioteczki z wujaszkiem. „To biedne dziecko nie ma nic” — stwierdziła ciocia Bronisława. „Dobrze, że przeżyła. Ile naszych zamordowali?” — replikował wujek. Cioteczka, jakby go nie słuchała, mówiła dalej: „Jedna sukieneczka — to cały jej dobytek”.

Janeczka przypomniała sobie, jak jeszcze przed wojną mama ją stroiła. Niekiedy czuła się jak jakaś księżniczka, w tych wszystkich falbankach i tiulach. Najbardziej lubiła swoją czerwoną sukieneczkę z aksamitu i kapelusik z czerwoną wstążką. Wyglądała w nich jak laleczka. I tatuś mówił do niej: „Moja laleczko”. Mama też ubierała się pięknie. Kupowała suknie u Waleriana Szurowskiego, w jednym z najszykowniejszych sklepów. Jak ona strojnie wyglądała w tych swoich sukienkach i butach na obcasie. Miała takie pantofelki z aksamitu w kolorze śliwek, z kokardkami. Janeczka czasem je przymierzała, kiedy nikt nie patrzył.

A teraz tego nie ma. Nie chciała tych sukienek, wstążek, koralików, pragnęła tylko mieć na powrót swój dom, swoją rodzinę. Chciała poczuć tę miłość. „Miłość, Janeczko, jest w życiu najważniejsza. Nie ma nic ważniejszego od miłości, nic” — mówiła do niej mamusia. A teraz i miłości nie było.

Janka wiedziała, że musi w końcu zasnąć, ale naszło ją kolejne wspomnienie.

Przypomniał jej się tamten dzień weselny w cerkwi. Co to było za przeżycie, kiedy Oleg poślubił Kasieńkę! Oleg był Ukraińcem, Kasieńka Polką. Janeczka była na tym ślubie z rodzicami. Oleg, w pięknie wyszytym kaftanie, wraz z innymi mężczyznami udał się z orszakiem po pannę młodą, a potem wspólnie przyjechali pod cerkiew, gdzie czekał na nich pop. Jakże się Janeczce ta ich cerkiew podobała! Najbardziej wieża, na której szczycie umieszczona była złota kula. W środku też było pięknie. Wszystkie rzeźby, płaskorzeźby i obrazy mieniły się złotem. Janeczka zawsze się zastanawiała, czemu jej rodzina chodzi do kościoła, skoro to w cerkwi jest tak pięknie, bajkowo i magicznie. Druhna panny młodej niosła obraz Pana Jezusa. Janka pamiętała dokładnie, że ten obraz ją przerażał, bo Pan Jezus miał serce na wierzchu. Jak to tak? — pomyślała. Przecież jakby miał to serce na zewnątrz, toby umarł. To nie może być prawda.

Cała uroczystość zaślubin jej się dłużyła.

Pamiętała te korony, które swaci trzymali nad głowami młodych. Mama powiedziała, że to na znak nadchodzącego królestwa. Janeczki nie interesowało królestwo, nadchodzące bądź też nie. Ona chciała jak najszybciej znaleźć się na weselu, gdzie będzie biegała z innymi dziećmi wokół stołu.

Kiedy wszyscy dojechali na biesiadę, rodzice usiedli przy stole. Wszyscy zaczęli śpiewać regionalne pieśni. Stoły uginały się od jedzenia. Tato podarował Olegowi dwa prosiaki, które — teraz upieczone — stały na stołach, a także kilka morg ziemi. Cenił Olega jako swojego zarządcę. Było mnóstwo konkursów, śmiechu i picia gorzałki. Janeczka patrzyła na rumiane twarze mężczyzn, którzy co rusz wznosili toasty.

Pamiętała teraz doskonale to szczęście i Olega wpatrzonego w swoją żonę. I Olega dziękującego jej rodzicom. Pamiętała, jak trwał w uścisku z jej tatkiem…

CZĘŚĆ I

Rozdział 1

Dziś Janka pamięta jak przez mgłę występ chóru polsko-ukraińsko-żydowskiego. Tak pięknie śpiewali! I ona z rodzicami na tym koncercie była, w cerkwi prawosławnej. To było jeszcze przed wojną. Bo teraz ludzie dzielili swoje życie na to przedwojenne i na to wojenne, teraźniejsze.

Janka w tym swoim przedwojennym życiu zaczęła uczęszczać do szkoły w Krzemieńcu, tak zdecydowali rodzice. Było ich w klasie czterdzieścioro. Piętnaścioro polskich dzieci, dwadzieścioro ukraińskich, czworo żydowskich i jedno czeskie. Wszyscy bardzo się lubili. Dziewczynka pamięta nauczyciela, pana Pokorę, którego słowo było święte. Surowy był, ale sprawiedliwy. Miał kijek z trzcinki, którym bił dzieci po rękach za przewinienia. Na przykład za nieodrobioną pracę domową. Janka zawsze miała odrobioną, już mamusia tego dopilnowała. Powtarzała jej, jak ważna w życiu jest nauka.

Wioska, w której mieszkali Dobrzyńscy, położona była niedaleko Krzemieńca, u podnóża góry. Przez sam środek wsi płynął strumyk niczym srebrnoniebieska wstęga. Ówczesny Wołyń zamieszkiwali Polacy, Ukraińcy, Rosjanie, Czesi i Żydzi. Jeszcze przed wojną żyli ze sobą w zgodzie, a przynajmniej tak się Janeczce wydawało.

Dziewczynka zapamiętała także to, że ukraińskie dzieci dłużej zostawały po lekcjach w szkole. Na początku wydawało jej się, że to za karę. Potem mamusia wytłumaczyła jej, że dzieci uczą się języka ukraińskiego.

— A dlaczego ja nie mogę? — Janeczka oczywiście znała język ukraiński ze słyszenia, umiała też co nieco w nim powiedzieć, ale chciała się go też uczyć, tak porządnie. Czytać po ukraińsku i pisać.

— Bo jesteś Polką.

Nie wystarczyło jej takie wytłumaczenie, ale już więcej nie odezwała się na ten temat.

Żyła swoim dziecięcym życiem. Codziennie przed lekcjami wraz z innymi dziećmi odmawiała modlitwę Ojcze nasz, najpierw w języku polskim, potem po ukraińsku. Następnie miała lekcje, a na przerwach bawiła się z dziećmi z klasy. Wszystko, co najpiękniejsze, odbywało się po lekcjach. A najbardziej to Janka lubiła wakacje. Lato… Nie wyobrażała sobie, żeby ktoś mógł nie lubić lata, kiedy życie było w rozkwicie! Tak myślała: że to życie kwitło. Łąki upstrzone były niebieskimi chabrami, makami, stokrotkami i rumiankiem.

Lubiła też chodzić na pole i patrzeć, jak praca wre. Na roli i w gospodarstwie pracowali głównie Ukraińcy. Janeczka wiedziała, że tatuś jest dla nich dobry. Niektórzy polscy gospodarze nie byli dla swoich pracowników tak dobrzy jak tatuś. Kazali im harować po dwanaście godzin, także w największy upał. A tatuś dobrze płacił i był wyrozumiały. Nieraz zwalniał swoich pracowników wcześniej do domu, nie obcinając im przy tym dniówki. Pamiętała, że, kiedy ukraiński gospodarz miał święto, to tatko nie młócił ani nie rąbał drewna w poszanowaniu święta ukraińskiego. I ten Ukrainiec odwzajemniał się podobnie polskim sąsiadom.

— Pójdziesz z torbami za twoje dobre serce — psioczyła nieraz ciocia Bronia, siostra mamy. Ciocia mieszkała w sąsiedniej wsi z wujkiem Leszkiem i synem Maksymilianem. Była podobna do mamy z wyglądu, ale miała inny charakter. Bardziej zadziorny.

— Oni mnie za to szanują, a ja ich. Bądź dobry dla innych, to dobro do ciebie wróci. Bronisławo, chodzimy do kościoła, jesteśmy katolikami. Co mówi Pismo Święte? I co nam nakazuje zwykła ludzka przyzwoitość?

— Nie sądzę, żeby ci to wyszło na zdrowie. — Ciocia odstawiła filiżankę na spodeczek. — Ukraińcy nie lubią Polaków.

— Droga szwagierko… — Józef chodził po salonie. — To takie uogólnienie. Jedni lubią, inni nie lubią.

— Na Wołyniu już robi się nieciekawie, słychać o różnych zamachach na Polaków.

— U nas jest spokojnie. My tutaj wszyscy żyjemy w zgodzie.

— Obyś się nie mylił! — W oczach cioteczki malował się strach.

Janka stała za drzwiami i podsłuchiwała. Jednak gdy po kilku minutach niczego ciekawego się nie dowiedziała, wzuła trzewiki i pędem puściła się na pole. Podbiegła do Antona, z którym przyjaźniła się od najmłodszych lat. Mama jej powiedziała, że znali się od kołyski, stąd ta wielka przyjaźń między nimi.

Borys, ojciec Antona, akurat uczył chłopca, jak wyklepać kosę. Dzień wcześniej Anton opowiadał Janeczce o orce, a ona słuchała z wielkim przejęciem: „Musisz utrzymać pług na odpowiedniej głębokości i szerokości skiby. Nie możesz doprowadzić do tego, by się zapadł. Za niedługo też młocka”. „Młocka wydaje mi się jakoś prostsza od orki” — powiedziała Janka, chociaż sama nie wiedziała, na czym dokładnie to polega. „Oj, jak ty nic nie wiesz o życiu!” — odpowiedział z powagą Anton. „Musisz trzymać nieruchomo dzierżak cepa, a jednocześnie kręcisz bijakiem w prawo i lewo. Nie za mocno, ale zdecydowanie, żeby ziarna się zbytnio nie rozpryskiwały”. Tak to opowiadał jej, na czym polega ich praca.

Teraz zaś ojciec Antona zmierzył Jankę nieprzychylnym spojrzeniem.

— Czego tu szukasz? — zapytał ostro.

— Przyszłam popatrzeć. — Dziewczynka skuliła się, schowała głowę między ramionami. Rzeczywiście lubiła patrzeć na umięśnione ramiona Antona. Chłopiec miał zaledwie dziesięć lat, ale jego ramiona były twarde niczym stal.

— A nie lepiej by ci było pojechać z mamusią do sklepu po jakieś ładne sukieneczki? — zakpił mężczyzna. Całe towarzystwo, które pracowało na roli, wybuchło gromkim śmiechem. Janeczka poczuła się jak intruz, ale nie zamierzała odchodzić. Poczeka na Antona, zresztą stała na swoim kawałku ziemi.

Rozejrzała się dookoła. Łany złotego zboża falowały na lekkim wietrze. Łąka mieniła się tęczowymi barwami. Dla niej popołudnie było wręcz sielankowe, ale czy dla ludzi, którzy pracowali w polu, również? Ich kaftany lepiły się od potu. Wierzchem dłoni ocierali zroszone czoła.

Janka usiadła w cieniu rozłożystej wiśni i patrzyła na kobiety o dłoniach twardych od pracy w polu. Nigdy nie zapomni chwili, kiedy mama Antona pogładziła ją po policzku, dawno, dawno temu. Dziewczynka się wzdrygnęła, chociaż wiedziała, że nie powinna. To nie było odpowiednie. Mamusia zawsze jej powtarzała, że należy szanować wszystkich ludzi, którzy ciężko dla nich pracują. Ale tamta dłoń była twarda od odcisków, szorstka i niezbyt przyjemna w dotyku. Dłoń jej mamy była zaś mięciutka i gładka niczym jedwab. Tak sobie pomyślała Janka.

Teraz pani Lena, matka Antona, też ciężko pracowała. Kobiety żęły sierpem zboża lub podbierały za kosiarzem. Nieraz Janka słyszała rozmowy, że im ciężko, ale pani Lena nigdy się nie żaliła. Chociaż pracowała w polu, pomagała również w obejściu: doiła krowy, karmiła drób. W domu przygotowywała posiłki, prała, cerowała. Janka ją podziwiała, tak jak podziwiała swojego przyjaciela.

Rozdział 2

Zbliżały się trzydzieste urodziny Józefa. Euzebia postanowiła wyprawić mężowi huczne przyjęcie. Janka patrzyła na tatusia z uśmiechem, kiedy wzbraniał się przed tym pomysłem.

— W powietrzu czuć wojnę. Wszyscy o niej mówią — stwierdził.

— Ale jeszcze żyjemy. Jak położymy się w trumnie, to wtedy nie będzie przyjęć. — Euzebia była zawsze taka wesoła, promienna i miała w sobie tyle energii. Janeczka patrzyła na mamę i myślała wówczas, że ona też taka chciałaby być.

— No dobrze, ale nie zapraszaj wielu gości…

— Tak jest. — Euzebia puściła oczko do Janki.

Kiedy jej mąż wyszedł, kobieta nachyliła się nad córką.

— Zrobimy tatusiowi takie przyjęcie, że zapamięta do końca życia.

Przygotowania ruszyły pełną parą. Janka pomagała Euzebii, w czym tylko mogła. Zrobiły dla gości kotyliony, udekorowały dom kwiatami i wstążkami. W kuchni rządziła Maryla, ich kucharka, tęga kobieta o rumianej, przyjaznej twarzy i rękach, które wyrabiały istne cuda. Maryla miała ukraińskie korzenie, ale czuła się Polką. Zresztą, jak powtarzała, nie narodowość, nie korzenie świadczą o tym, jakimi jesteśmy ludźmi.

Na płycie z fajerkami bulgotał rosół. W spiżarce na paterach stały kołacz, tort orzechowo-kawowy z bezą, sernik, kruche ciasteczka. Jance dwa razy udało się wślizgnąć do spiżarni i podkradła kilka ciasteczek. Za trzecim razem Maryla zauważyła ją i trzepnęła ściereczką Janeczkowe dłonie. Euzebia tylko wybuchnęła śmiechem i pogroziła córce palcem.

— Oj, panienko, nie przeszkadzać mi tu ani nie podkradać. — Maryla była już tak rumiana, że Jance wydawało się, że jej policzki zapłoną żywym ogniem.

— Marylko — odezwała się Euzebia — mamy tyle jedzenia, że dla wszystkich wystarczy.

— Pani Euzebio, a jak nie starczy? — Maryla lepiła właśnie kulebiaki z mięsem. — A jak nie starczy? To co ludzie powiedzą?

— Kochana moja, nic nie powiedzą.

— A jak nie starczy… — lamentowała Maryla.

Po południu Euzebia nie miała już na nic sił. Usiadła na szezlongu i zmrużyła oczy.

Uśmiechnęła się pod nosem. Wspomnienia tamtego dnia powróciły…

Po maturze Euzebia wyjechała z rodzinnego Otwocka do Warszawy. O niczym tak nie marzyła jak o tym, by się kształcić. Rodzice też gorąco zachęcali ją do dalszej nauki, mimo że posag miała zapewniony i ich przyjaciele nie mogli się nadziwić, że posyłają córkę na uniwersytet. Dziewczyna na okres studiów miała zamieszkać u ciotki i kuzynki w Warszawie. Euzebia pamiętała to uczucie zachwytu stolicą, która w okresie międzywojennym prężnie się rozwijała.

Któregoś dnia kuzynka Brygida, na którą wszyscy wołali Brita, zabrała ją do parku rozrywki. Gdzieś pomiędzy lodami a karuzelą Euzebia zapomniała o bożym świecie i o tym, że jest damą. Krzyczała, że jest szczęśliwa, jadąc na siwym koniu to w górę, to w dół. Rozpościerała szeroko ręce, śmiała się wniebogłosy i łapała każdą szaloną chwilę. Kosmyki włosów powypadały jej z warkocza i przyjemnie tańczyły na wietrze z każdym jego podmuchem. Kiedy zsiadła z konia, Brygida patrzyła na nią oniemiała. Obok niej stał blondwłosy młodzieniec, który uśmiechał się do niej szeroko. Brygida ich sobie przedstawiła.

— Józef Dobrzyński. — Nieznajomy delikatnie uchwycił jej dłoń w swoją dużą, silną rękę i ją pocałował.

— Euzebia.

— Niespotykana jest panienki radość.

Euzebia poczuła lekkie zakłopotanie.

— Na chwilę się zapomniałam.

— Oby więcej takiego zapominania się. — Młodzieniec nie przestawał się uśmiechać, a ona poczuła, jak rumieniec wpełza na jej policzki.

Zaczęli rozmowę, zwyczajną dla młodych ludzi.

— Jest pan z Warszawy? — zapytała nieśmiało Euzebia.

— Proszę mi mówić po imieniu. I będę wdzięczny, jeśli i panienka pozwoli tak się do siebie zwracać.

Niepewnie skinęła głową w odpowiedzi.

— Nie — podjął Józef. — Nie pochodzę stąd, tylko z Wołynia. Moi rodzice mają tam majątek ziemski.

— Co więc pan… co tutaj robisz?

— Jestem na szóstym trymestrze, studiuję na Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu Warszawskiego.

— Nie do wiary! — Euzebia się uśmiechnęła.

— A Ty?

— Mieszkam pod Warszawą, w Otwocku. Złożyłam dokumenty na Wydział Matematyczno-Przyrodniczy, na filozofię. — Potarła ręką przedramię. — W październiku zaczynam studia. Teraz przyjechałam trochę lepiej poznać Warszawę.

— Musisz zatem poznać też nocne uroki stolicy!

— Nocne…? — Euzebia wydawała się zbita z tropu.

— Tak, kuzyneczko. — Brita się uśmiechnęła. — Dopiero nocą zobaczysz jej drugą twarz, którą pokochasz. A teraz przepraszam, ale was opuszczę. — Uśmiechnęła się jeszcze szerzej. — Odprowadzisz Euzebię do domu?

— Ależ oczywiście! — Józef skłonił się w pas.

Dziewczyna poczuła lekkie zakłopotanie, ale już po chwili rozmawiali niczym dawni znajomi.

Józef był dla Euzebii jakąś tajemniczą mieszanką. Łączył w sobie cechy staroświeckiego dżentelmena ze sztubacką figlarnością. Niekiedy był wylewny w słowach i gestach, innym razem skryty, a ona chciała go odkrywać. Tak sobie pomyślała: że jest to mężczyzna, którego chciałaby odkryć.

Tydzień później Józef zaprosił Euzebię i Brygidę na dancing. Dziewczyna długo zastanawiała się, czy powinna przyjąć taką propozycję. Mama była przeciwniczką dancingów. Załamywała ręce, że nastały takie dziwne czasy, kiedy panienki z dobrych domów szwendają się nocą po lokalach. Bale to ona rozumiała, ale dancingi? Toż to bezeceństwo! Ciocia Zofia była bardziej postępowa i pozwoliła dziewczętom iść potańczyć, tym bardziej że znała wujostwo Józefa.

We trójkę weszli do nowo otwartej klubokawiarni o dźwięcznej nazwie Mabera, w której podziemiach mieściła się sala dancingowa z parkietem na środku i dwoma ciągnącymi się od ściany do ściany barami. Było dość tłoczno, ale nie na tyle, żeby nie znaleźć wolnego miejsca. W drugiej sali, gdzie można było usiąść, znajdowały się stoliki. Grano muzykę jazzbandową. Pary na obrotowej podłodze tańczyły charlestona, fokstrota i lambeth-walka. Czerwone obicia kanap i foteli połyskiwały w przyćmionym świetle. Ściany osłonięte były ciemnobrązowym materiałem. Euzebia kątem oka obserwowała przystojną twarz Józefa i jego starannie zaczesane do tyłu włosy, które lśniły od brylantyny. Dopasowana dwurzędowa marynarka podkreślała jego szczupłą, lecz mocną sylwetkę.

Brygida i Euzebia usiadły przy stoliku, a Józef poszedł złożyć zamówienie na napoje alkoholowe, a także coca-colę i ice-cream sodę, specjały baru amerykańskiego. Obok nich przy stoliku siedziało dwóch mężczyzn w garniturach, już na lekkim rauszu; co rusz wybuchali gromkim śmiechem. Pod ścianą siedziała samotna kobieta w sukience do kolan. Zbyt krótkiej, jak pomyślała Euzebia. Brygida rozglądała się na boki.

— Szukasz kogoś? — zapytała ją kuzynka.

— Umówiłam się tutaj ze znajomymi. Chyba nie sądzisz, że będę całą noc waszą przyzwoitką? — Puściła do niej oko.

— Ależ… — wydukała Euzebia. Dobrze, że było ciemno, bo dziewczyna zrobiła się pąsowa niczym piwonia.

— To widać gołym okiem, że podobasz się Józkowi — stwierdziła Brita.

— Tylko że my się wcale nie znamy…

— To się poznacie. — Brygida uśmiechnęła się do kuzynki i przeczesała palcami swoją nową fryzurę. Nosiła krótkie włosy, obcięte do wysokości połowy szyi, z równą grzywką nad czołem, z przedziałkiem z boku. Modna ostatnio fryzura wyjątkowo elegancko prezentowała się na czarnych włosach, dlatego też Brygida chętnie przefarbowała swoje, koloru blond, na kruczą czerń, ku zgorszeniu ciotki z Otwocka. Euzebia ze swoimi długimi blond włosami czuła się przy niej jak pensjonarka.

— Są! — Brygida pomachała ręką do znajomych i wstała od stolika. — Baw się dobrze!

Euzebia chciała jeszcze coś powiedzieć, zatrzymać ją, ale Brygida szybko podeszła do swoich znajomych, nie obracając się za siebie. I już jej nie było.

Józef przyniósł napoje. Zostali z Euzebią sami, na co bardzo liczył, na razie jednak panowało między nimi milczenie; byli całkowicie skrępowani swoją obecnością. Młodzieniec gorączkowo zastanawiał się, jak przełamać tę ciszę. A może teraz to ona powinna się odezwać? Zerknął na nią z ukosa.

Dziewczyna zamoczyła usta w alkoholu. Nie smakował jej.

— Moja mama by tego nie pochwaliła — zwróciła się wreszcie do Józefa.

— Ale ciocia nie ma nic przeciwko temu, a teraz jesteś u niej.

— Tak. Masz rację…

Tak naprawdę Euzebia nie mogła uwierzyć, że tutaj jest, w Warszawie, w tym lokalu. Wszystko wydawało jej się takie nierealne. Powietrze przesiąknięte było duszącym papierosowym dymem. Światło było przytłumione, ludzie radośni, a jej kolano dotykało kolana młodego, przystojnego mężczyzny. W Otwocku, w domu rodzinnym, pochwalano rozrywki zupełnie innego typu!

Zabawa była przednia, parkiety szły w drzazgi, a zarumieniony, spocony tłum ludzi wirował w tańcu. W powietrzu fruwały wyrzucane do góry ręce i nogi.

Euzebia znów poczuła na języku smak alkoholu. Nigdy wcześniej żadnego nie kosztowała, dlatego to palące wrażenie najpierw na języku, a potem w gardle, przełyku i jeszcze niżej było dla niej zaskakującym odkryciem. Miała wrażenie, że odkąd przyjechała do Warszawy, stale kosztuje czegoś po raz pierwszy, jakby dopiero co się narodziła.

Wyszli z Józefem na parkiet. Euzebia musiała przyznać, że bawiła się niesamowicie i niemal zapomniała już o poprzednim skrępowaniu.

Nagle ręka Józefa objęła ją w talii i dziewczyna oprzytomniała. Co ona wyprawia? Co on wyprawia? Lekko go odepchnęła.

— Józef… przestań.

Chłopak zreflektował się.

— Tak, przepraszam, nie chciałem… — Zachwiał się na nogach.

Czyżby się upił? Ogarnęła ją złość. Pijaństwo? To dobre dla chamów i prostaków, ale nie dla dżentelmenów, tym bardziej że paniczyk Dobrzyński powinien się nimi opiekować. Euzebia odszukała wzrokiem Brygidę, która dała się ponieść muzyce. Kuzynka w ogóle nie zwracała na nią uwagi.

I co ona teraz pocznie?

Przebiła się przez tłum roztańczonych par i niemal siłą zmusiła Britę do wyjścia.

— Ale… co z Józefem? Myślałam, że się dobrze bawicie — powiedziała zaskoczona kuzynka, kiedy wyszły z lokalu. — Miał nas przecież odprowadzić do domu, obiecał to papie.

— Ale nie odprowadzi — syknęła Euzebia i pociągnęła ją za rękę.

— Co się stało? — Dziewczyna niemal biegła za szybko idącą kuzynką.

— To gbur, prostak i cham, ot co!

— O co chodzi?

— Obłapiał mnie. Upił się — wyrzucała z siebie gniewnie Euzebia.

— Józef ma słabą głowę — zaśmiała się Brita. — Nie bądź taką cnotką.

Jej kuzynka parsknęła oburzona.

— Jestem, jaka jestem. I nie odpowiada mi takie zachowanie.

Następnego dnia Euzebia postanowiła udać się na poranny spacer. Omal się nie przewróciła na schodach o czyjeś wyciągnięte nogi. Zamarła, kiedy zobaczyła, że nogi należą do Józefa.

— Co ty tutaj robisz? — zapytała oburzona.

— Przyszedłem do ciebie.

— Niepotrzebnie.

— Czekam od trzech godzin.

— Na co? — Spiorunowała go wzrokiem.

— Na to, aż w końcu wyjdziesz z domu. Założyłem, że kiedyś gdzieś się wybierzesz.

— Idę na spacer. — Euzebia wyminęła skonsternowanego Józefa.

Nieśmiało uniósł swoje ramię, jakby chciał jej je zaoferować.

— Czy mógłbym ci potowarzyszyć?

— Dobrze — odpowiedziała po chwili, nieznacznie mrużąc oczy.

Tak naprawdę, sama nie wiedząc dlaczego, ucieszyła się, że przyszedł. Poprzedniego wieczoru… Nie to, że nie chciała, by ją objął, bo tak naprawdę tego pragnęła. Ale uważała, że znali się zbyt krótko, a on pozwolił sobie na zbyt wiele. A wiadomo, jak to jest z mężczyznami, poza tym prawdziwa dama powinna się szanować.

Poszli w stronę parku. Pogoda była piękna, słoneczna. Ptaki na drzewach ćwierkały i od razu jakoś tak się człowiekowi jaśniej robiło na duszy.

— Chciałbym cię przeprosić. Jest mi bardzo przykro. Nie będę się tłumaczył, że to wina alkoholu, ale bez niego byłbym bardziej wstrzemięźliwy — mówił Józef z pięknym akcentem wyniesionym z dobrej szkoły.

Jak mogłaby się na niego dłużej gniewać?

— Przeprosiny przyjęte. Coś jeszcze? — Euzebia odwróciła się w jego stronę. Spojrzeli na siebie. Oczywiście, że oboje wiedzieli, że nie są sobie obojętni, że coś zaczyna między nimi kiełkować; wystarczyło tylko dać temu szansę.

— Tak… Chciałbym cię teraz pocałować. Na trzeźwo.

Euzebia na chwilę poczuła, że traci grunt pod nogami.

— Słucham? — wydukała. Wpatrywała się w niego szeroko otwartymi oczami i nie wiedziała, co o tym wszystkim myśleć.

— Wiem, że znamy się krótko.

— My się w ogóle nie znamy. — Nadal patrzyła na niego, niemal oniemiała.

— Ale ja czuję, że chcę się z tobą ożenić.

No, tego to było już Euzebii za wiele. Uznała, że musiała się co do niego pomylić, to niemożliwe, by dżentelmen był tak bezpośredni. Już prędzej człowiek niespełna rozumu.

— Wracam do domu — oświadczyła gotowa w jednej chwili obrócić się na pięcie i zniknąć mu nie tylko z oczu, ale i z życia.

— Czyli za swoją szczerość zostanę ukarany?

Zatrzymała się i spojrzała na niego raz jeszcze. Miał takie smutne oczy, że Euzebię z miejsca naszła ochota go przytulić. Ale to byłoby niewłaściwie — od razu przypomniała sobie wszystkie napomnienia matki i guwernantki. Ona nie była jedną z tych wyzwolonych dziewczyn. O co w ogóle chodziło z tą emancypacją kobiet, nad którą rozkładała ręce jej biedna mama?

Ale czy wszystko, co jej się przydarzyło w domu, naprawdę było takie wspaniałe? Ile razy chciała coś zmienić? Doskonale pamiętała te wszystkie proszone kolacje i obiady, podczas których musiała siedzieć cicho, bo jako mała dziewczynka nie liczyła się w towarzystwie dorosłych. Siedziała na krzesełku bez ruchu i czekała, aż ktoś dopuści ją do głosu. Tak była wychowana. „Przyzwoicie”. Miała być „przyzwoitą młodą damą”.

A co, jeśli choć raz nie zechce być przyzwoita?

W tej samej chwili podjęła decyzję, która — jak się miało później okazać — zaważyła na jej całym późniejszym życiu.

Wbrew wszystkim przestrogom, nakazom i zakazom, które miała wpajane od dzieciństwa, podeszła do Józefa i go pocałowała. Był tak zdziwiony, że nie wiedział, jak zareagować, i tylko oddawał jej pocałunki. I tak trwali w uścisku, pośród szczebiotu ptaków, wśród lekkiego szumu młodych, zielonych listków wysokich olch.

Pobrali się jeszcze w trakcie studiów — Euzebia ostatecznie zdecydowała się przerwać naukę — i wrócili na Kresy. Mieli inne plany, pragnęli osiąść w Warszawie, ale zmarł ojciec Józefa, a chłopak był jedynym spadkobiercą.

Kiedy Euzebia wyszła za Józefa i zamieszkała w podkrzemienieckim dworze, pierwszą jej wizytą była ta w… kuchni. Zawsze fascynowało ją to pomieszczenie i to, co się tam dzieje. Sama wywodziła się ze szlacheckiej rodziny, ale już jako mała dziewczynka uwielbiała spędzać czas z kucharką Barbarą. Ileż ta sympatyczna, okrągła kobieta przekazała jej kulinarnej wiedzy! Nauczyła ją przyrządzać i piec mięsa tak, że pozostawały soczyste. Piec ciasta. Robić do nich takie kremy, żeby nie było maślanych grudek. O nie, Euzebia nie była paniusią, która nic nie potrafiła. Zresztą nigdy nie uważała się za lepszą od kogokolwiek innego.

Pani Dobrzyńska otworzyła oczy. Jak dobrze, że wtedy pocałowała Józefa! Dzisiaj była szczęśliwą żoną i matką. Nie sądziła, że może być tak szczęśliwa. Nie chciała tego szczęścia zapeszać, bo najgorzej coś zapeszyć, ale czuła, że jeśli kiedyś przyjdzie im się rozstać, to tylko na łożu śmierci.

Rozdział 3

Był piękny, sobotni poranek, kiedy do dworu przyjechał brat Euzebii, Witold. Studiował w Warszawie, tam też miał narzeczoną. Był wulkanem energii, młodości, emanował męskością i jakąś taką siłą. Euzebia określiłaby brata mianem nierozsądnego lekkoducha. Kochała go bardzo, ale przerażało ją to, jak żyje. Nie wyobrażała go sobie jako ojca i męża. Józef był taki opiekuńczy, zaradny. On na pierwszym miejscu stawiał rodzinę, a Witold na pierwszym miejscu stawiał siebie. Był dobrym człowiekiem, aczkolwiek egoistycznym.

Tego dnia Euzebia przywitała go serdecznie. Również Janka nie mogła odkleić się od wujaszka, który chwycił ją w objęcia i zaczął się z nią kręcić. Gołym okiem było widać, że Witold uwielbiał swoją siostrzenicę.

Krzyków i pisków było co niemiara.

— Zaraz przyślę kogoś do ciebie, by pomógł ci się rozpakować.

— Ależ droga siostro, dziękuję, ale mogę zrobić to sam!

— Skoro nalegasz… W takim razie zrób to, a ja zejdę pomóc Marylce.

— Odkąd pamiętam, lubiłaś urzędować w kuchni! Aż dziw bierze, że jesteś taka szczupła!

Euzebia dała bratu kuksańca, po czym zeszła po schodach. Była w swoim królestwie.

Spojrzała na dwa piece z pięknymi, biało-niebieskimi kafelkami, biały kredens, w którym pyszniła się porcelanowa zastawa. Z prawej strony kuchni znajdowała się spiżarnia, a po lewej schodziło się do piwniczki z winami. Och, jakże była zadowolona ze swojej kuchni!

Maryla i jej siostrzenica Zosia, pomoc kuchenna, od rana uwijały się jak w ukropie. Zosia była ślicznym, radosnym, osiemnastoletnim dziewczęciem z burzą brązowych loków, które wychodziły jej niekiedy spod czepka. Euzebia zastanawiała się, jak to możliwe, że ta dziewczyna ciągle się śmieje. Jeszcze wtedy, w tamtym momencie, było nie do uwierzenia, że ta tak słoneczna, żywiołowa, promieniejąca szczęściem dziewczyna straci radość życia.

A tracimy ją tylko z jednego powodu: kiedy ktoś złamie nam serce.

Tak naprawdę zaś właśnie wtedy to wszystko się zaczęło, tego pamiętnego dnia. Takie rzeczy się zdarzają… Fascynacje, odurzenia, zadurzenia. Ot, codzienność, ale właśnie codzienność przecież nasycona jest dramatami.

Po przyjęciu Zosia padała ze zmęczenia, postanowiła jednak wyjść na spacer, rozprostować kości. Doszła do pobliskiej łąki. Już się ściemniało. Usiadła na kamieniu i zapatrzyła się gdzieś w dal.

Nagle z zamyślenia wyrwał ją głos:

— Panna Zosia, jak sądzę?

Odwróciła się pospiesznie. Jej serce mocniej zabiło. Przestraszyła się intruza, zwłaszcza że głos był przecież męski.

— Tak. — Wstała gwałtownie.

— Proszę siedzieć. Przepraszam, jeśli panienkę wystraszyłem.

— To proszę na drugi raz się tak nie zakradać! — powiedziała Zosia, ostrzej, niż zamierzała.

Mężczyzna uśmiechnął się promiennie. Podobała mu się impertynencja dziewczyny. Tchnęła świeżością i szczerością.

— Postaram się.

— Kim pan w ogóle jest?

— Mam na imię Witold, jestem bratem Euzebii.

Zosia szerzej otworzyła oczy. Starała się odzyskać kontrolę nad sobą, ale jakoś z trudem jej to przychodziło. W końcu cała spąsowiała, poniewczasie zorientowawszy się, jakim tonem przemawiała do brata chlebodawczyni.

— Proszę mi wybaczyć.

— Nie mam panience nic do wybaczenia.

— To… dobrze, dziękuję — odpowiedziała po chwili. — A teraz przepraszam, dawno już powinnam być w domu. — Ruszyła. Chciała go wyminąć, ale on delikatnie złapał ją za przedramię.

Spojrzała na Witolda. W całej jego postawie i mowie znać było to, że pochodzi z wyższych sfer. Miał roześmiane oczy i przystojną twarz. W takiej twarzy można było się zakochać.

— Naprawdę muszę już iść — powiedziała.

— Nieprawda, nie musi panienka.

I została.

Przez kolejne dwa tygodnie Zosia nocą wymykała się do Witolda. I było jej tak dobrze!

Tak dobrze…

— Musimy porozmawiać. — Euzebia chwyciła Zosię za rękę i zaprowadziła ją na górę, do salonu. Kiedy się tam znalazły, pani Dobrzyńska usiadła, a dziewczyna stała zakłopotana.

— Usiądź — nakazała jej Euzebia.

— Mogę postać, proszę pani.

— Zosieńko, usiądź.

Dziewczyna posłuchała i przycupnęła na brzegu szez­longu. Na jej wiecznie roześmianej buzi od kilku dni nie było uśmiechu. Tak to działa. Człowiek się zakochuje i wszystko się u niego zmienia. Siostrzenica Marylki schudła, a na jej twarzy pojawiły się sińce, które sięgały do połowy policzków.

— Nie możesz w nocy spać? — zapytała ją pani Euzebia.

Zosia od razu się zmieszała.

— Wezwała mnie pani tutaj, aby porozmawiać o moich problemach ze snem? — zapytała nieufnie.

W tej dziewczynie jest jakaś buńczuczność, jakiś sprzeciw wobec świata — pomyślała Euzebia. — To urzekło w niej mojego brata. On ciągnął do przygód. A ta dziewczyna była nie tylko światłem, ale i przygodą.

— Nie. Wezwałam cię tu po to, aby z tobą porozmawiać jak kobieta z kobietą.

— Słucham…?

— Wiem, jak to się skończy, więc nie chcę, byś cierpiała.

— Pani wybaczy, ale nie wiem, o co pani chodzi. — Zosia momentalnie poczerwieniała.

— A mnie się wydaje, że wiesz. Nie złapałam cię za rękę, ale widzę, jak na siebie z Witoldem patrzycie. Widzę, jak on zatrzymuje swoje spojrzenie na twojej talii. Widzę też, że ty jesteś inna, zamyślona. I sińce pod oczami też zauważyłam. Takie rzeczy źle się kończą. Świat nie działa na naszą korzyść. A ja znam mojego brata. On… Lubi młode dziewczyny. Wyjeżdża za dwa tygodnie, nie chcę, byś została ze złamanym sercem. I… — Euzebia naprawdę nie chciała dokładać zmartwień biednej Zosi, ale musiała powiedzieć także to. — …on ma narzeczoną. Może raczej kogoś, kto go opłaca, tak, uczciwiej tak właśnie byłoby nazwać ten układ, ale to wciąż narzeczona.

— Niepotrzebnie się pani o mnie martwi — powiedziała szorstko Zosia.

Euzebia uśmiechnęła się tylko. Wiedziała, że na tym właśnie polega zauroczenie: nikt nie wbije ci do głowy niczego sensownego, dopóki sama pewnych rzeczy nie zrozumiesz.

— Może niepotrzebnie, ale za bardzo cię lubię i stwierdziłam, że powinnaś być przygotowana.

— Mogę już odejść? — Zosia była naburmuszona niczym mała dziewczynka, której ktoś próbuje zabrać zabawkę. Jej twarz była rozogniona, a każdy mięsień napięty.

— Tak. Możesz.

Dziewczyna prężnym krokiem wyszła z salonu, by już tuż za drzwiami załamać się i rozsypać na drobne kawałki. Cóż ona, do diabła, sobie wyobrażała? Że Witold się w niej zakocha, rzuci studia, swoje — bez wątpienia bujne — życie towarzyskie i ożeni się ze służącą? Dobre sobie. Była zauroczoną idiotką, która wyobrażała sobie Bóg wie co. Wymykała się do jego łóżka niczym jakaś panna lekkich obyczajów, jak nierządnica, ba, gorzej, bo takie kobiety przynajmniej na tym zarabiały, a ona oddawała mu swoje ciało zupełnie za nic, z własnej woli.

Musi z tym skończyć.

Starała się. Przez kolejne dni naprawdę starała się unikać Witolda, dopóki środowego poranka ciotka nie kazała jej iść na górę, bo panicz zażyczył sobie kawy.

— No rusz się, co tak stoisz — gderała Maryla.

— Nie, nie pójdę do niego! — broniła się Zosia.

— A to niby czemu?

— On… on chce mnie uwieść — wyznała wreszcie. Zamiast słów wsparcia usłyszała jednak tylko połajankę:

— Nie bądź głupia, dziewucho, jak mu się nie dasz, to siłą cię nie weźmie! Nie panicz Witold. Jest na to zbyt honorowy.

W sypialni go nie odnalazła. Kręciła się chwilę z tacą, dopóki nie usłyszała stłumionego, złowrogiego głosu Witolda z salonu. Zdała sobie sprawę, że rozmawia przez telefon. Państwo Dobrzyńscy mieli telefon jako jedyni w okolicy.

Stanęła w progu. Kiedy już miała zawracać, Witold na nią spojrzał i zamachał ręką. Zosia podeszła do stolika i delikatnie postawiła na nim tacę z filiżanką. Witold, jak się domyśliła, rozmawiał z narzeczoną.

— Ależ mówiłem ci, że zatrzymały mnie pewne sprawy…

Pewne sprawy — pomyślała z drwiną Zosia. Tymi sprawami były igraszki z nią, a może i ona sama. Teraz była po prostu „pewną sprawą”. O, jakże była głupia!

— Nie. Nie wiem — rzucał do słuchawki urywane zdania. Tymczasem Zosia stała oniemiała i zamiast odejść, patrzyła na Witolda.

— Daj spokój… Dobrze. No to do zobaczenia — rzucił gniewnie, po czym odłożył słuchawkę.

— Przepraszam, nie chciałam panu przeszkadzać — powiedziała Zosia.

— W nocy mówisz mi po imieniu. — Uśmiechnął się pod nosem, podchodząc do niej.

— Pójdę już.

Odwróciła się, ale Witold zatrzymał ją, kładąc rękę na jej talii. Nie potrafiła przed sobą kłamać: sprawiło jej to przyjemność.

— Przejedźmy się — zaproponował łagodnie.

Witold był właścicielem samochodu CWS-T1, który pędził po drogach jak burza. Zosia zastanawiała się, czy to bogata narzeczona sprawiła mu to cacko. Podobno często obdarowywała go drogimi prezentami, a on nie oponował.

Ona postanowiła spróbować.

— Nie mogę. Pracuję — rzuciła słabo.

— Załatwię to. Powiemy, że… — Potarł dłonią twarz. — Powiemy, że jedziemy po sprawunki.

— Ale wszyscy się domyślą!

— Niech myślą, co chcą. Jedźmy przed siebie. Musimy stąd wyjść, bo się udusimy.

— Przepraszam, ale nie mogę…

Zosia się skłoniła. Już chciała odejść, ale Witold przytrzymał ją, kładąc drugą rękę na jej talii. Było coś hipnotyzującego w jego spojrzeniu, któremu Zosia się poddawała.

To nie może się dziać naprawdę — pomyślała, zanim Witold ją pocałował. A jednak działo się. To wszystko między nimi działo się od kilku tygodni.

— Kocham cię, Zosiu, bądźmy razem! — Witold był pełen entuzjazmu.

— Masz narzeczoną. — Odsunęła od siebie jego ręce. Do głosu ponownie doszedł rozsądek. — Pochodzisz z innych sfer. Nawet gdybyś się ze mną ożenił, wcześniej czy później takie życie zaczęłoby cię uwierać. Nie mam odpowiedniego wykształcenia ani majątku, a ty jesteś przyzwyczajony do innego życia.

— Nie obchodzi mnie to wszystko. Ty mnie obchodzisz! — Tak się zapalił do tej miłości, że jego oczy skrzyły się niezwykłym blaskiem.

Chciała mu wierzyć, naprawdę chciała mu wierzyć…

Dwa dni później do dworu przyjechała narzeczona Witolda. I wtedy właśnie mieszkańcy cichego domostwa państwa Dobrzyńskich stali się widzami iście dantejskich scen. Między narzeczonymi wybuchła taka kłótnia, że wszyscy bali się, że bez rzucania talerzami się nie obejdzie, a pani Euzebia była bardzo przywiązana do swojej zastawy odziedziczonej jeszcze po dziadkach. Zosia obawiała się, że Witold wyjawi wszystko swojej narzeczonej. To znaczy z jednej strony chciała, by jej powiedział o ich związku, z drugiej nie. Oj, jakie to wszystko było trudne! Tego dnia przemykała po majątku jak cień.

Było już późne popołudnie, a ona wyszła na zewnątrz zaczerpnąć świeżego powietrza, kiedy usłyszała za sobą kobiecy głos.

— Dzień dobry.

Odwróciła się i stanęła twarzą w twarz z panną Magdaleną, narzeczoną Witolda. Kobieta była od niego starsza. Mogła mieć koło trzydziestu lat, a może trochę więcej. Zamożna, co można było wywnioskować po perłach w uszach i na szyi. Elegancka. Kostium w kolorze écru był dopasowany. Spódnica odkrywała zgrabne łydki, a marynarka przylegała do szczupłej talii. Nosiła się zgodnie z modą. Na głowie miała toczek z woalką, zmyślnie wpięty we włosy.

— Dzień dobry — odpowiedziała Zosia. Czego ta kobieta od niej chciała? A więc wie. Wie, jakie sprawy zatrzymały jej ukochanego na Wołyniu. I nie wyglądała na taką, która miała zamiar ustąpić.

Oczy Magdaleny świdrowały Zosieńkę. Choć na jej twarzy pojawił się uśmiech, był on wymuszony i sztuczny, a spojrzenie warszawianki mroziło.

— Chciałam z tobą porozmawiać jak kobieta z kobietą.

— Słucham panią. Wyszłam tutaj tylko na chwilę, chciałam zaczerpnąć świeżego powietrza. Pracuję. — Chciała zaakcentować słowo „pracuję”, żeby Magdalena zdała sobie sprawę, że nie wszyscy są spadkobiercami fortun i prowadzą próżniaczy tryb życia. Zosia może nie powinna jej oceniać, wiedziała, że nie ma do tego prawa, a jednak jakoś podskórnie czuła, że jeśli dwie kobiety kochają tego samego mężczyznę, to zawsze nawzajem będą się porównywać, wytykając sobie w myślach wady tej drugiej. Może więc ta sytuacja dawała jej do tego prawo?

Dziewczyna zdziwiła się, kiedy panna Magdalena ujęła ją pod ramię. Miała żelazny uścisk jak na tak kruchą kobietę.

— Musimy sobie coś, złociutka, wyjaśnić… — zaczęła. Jej głos przypominał syk. — Musisz wiedzieć, jacy są mężczyźni. Jaki jest Witold. Ceni sobie młodość i jej uroki, ale to ja jestem jego narzeczoną. Nawet jeśli w tej chwili wydaje mu się, że się w tobie odrobinkę zadurzył, to chcę, żebyś wiedziała, że to minie. Już struchlał na myśl, że mogę odebrać mu jego samochodzik, jego zabaweczkę. Zaczął skomleć niczym piesek. Widzisz? On jest jak mały chłopiec, a ty byłaś tylko chwilowym kaprysem. Za kilka miesięcy bierzemy ślub i nie przeszkodzi nam w tym żadna miłostka i dziewczyna taka jak ty, która rozkłada nogi przed mężczyzną takim jak on.

Zosia poczuła, że robi jej się niedobrze, a nogi się pod nią uginają.

Gwałtownie wyrwała rękę z uścisku panny Magdaleny i pobiegła przed siebie. Była rozżalona, zła i smutna. Świat na chwilę stracił dla niej sens.

Wszyscy dookoła mieli rację.

Witold wyjechał, a ona została ze złamanym sercem. Sama.

Nadchodzące Boże Narodzenie odpędziło od Euzebii wszelkie obawy. Cztery tygodnie przed świętami Józef zlecił zabicie kilku wieprzy i bukatów. Nastąpił czas wyrabiania wędlin, pieczenia mięsiwa. Wędzono szynki i kiełbasy, a zapach jedzenia roznosił się po całym gospodarstwie. Mężczyzna nakazał kucharce przyrządzenie kilku pakunków mięsa dla swoich pracowników. Marylka wypiekała chleby, lepiła kulebiaki. Janeczka jej pomagała, głównie wyjadając farsz. Nieraz kucharka musiała gasić jej zapędy zwiniętą ściereczką.

Maryla jak co roku psioczyła pod nosem, że się nie wyrobi i że wszystko na jej głowie.

— Jeszcze rybę muszę zrobić i makiełki….

— Już ci pomagam. — Euzebia zawiązała fartuch.

— Oj, ja to nie lubię, jak mi się w kuchni przeszkadza… — Maryla lubiła za to narzekać, ale robiła to tak słodko, że wszyscy tylko się do niej uśmiechali. — No dobrze, niech pani przetrze żurawinę, zrobimy z niej kisiel.

— A jak u Zosi?

Po historii z Witoldem Zosia odeszła z dworu. Choć Euzebia starała się jej pomóc na wszystkie możliwe sposoby, ona nie chciała przyjąć pomocy. Ta prosta dziewczyna miała w sobie na to zbyt wiele dumy.

Marylka przez chwilę milczała.

— Źle u niej.

— Mówią, że wyszła za mąż.

— Tak, za Ukraińca. Nie kocha go. Wyszła, bo ją zechciał, a ona… Ona, pani Euzebio, naprawdę kochała panicza Witolda…

Mama Janeczki poczuła ucisk w sercu. Żal jej było tej biednej dziewczyny i wstydziła się za brata. Kochała go, ale się za niego wstydziła. Nie powinien rozkochiwać w sobie biednej Zosi.

— Takie zakochania są niepotrzebne. Nie powinny się nam przydarzać, kiedy wiemy, że i tak są skazane na klęskę.

— Nie powinny! — westchnęła Marylka i zabrała się do mieszania ciasta.

Boże Narodzenie było tak piękne, jakby każdy z mieszkańców dworku robił wszystko, by we wspomnieniach było tym najpiękniejszym. Za oknem padały duże płatki śniegu, trzaskał siarczysty mróz. W domu było ciepło i przytulnie. Mama i Marylka nalepiły pierogów, nagotowały kapusty z grochem. Na wielkiej, rozłożystej choince skrzyły się ozdoby, niektóre wykonane przez dzieci, jak ludziki ze słomy czy łańcuch z bibuły. Wisiały rumiane jabłka i orzechy.

Józef odmówił modlitwę i podzielił się z domownikami opłatkiem. Janka do końca życia nie zapomni jego słów: „Daj Boże za rok doczekać”. Śpiewali polskie kolędy, ile tylko sił im w płucach starczyło, a potem saniami pojechali na pasterkę. Janeczka pamięta, że tato się śmiał, że mama się w kożuch dopiąć nie może, bo taki ma już pękaty brzuch z przejedzenia. Mama też się śmiała, a ona, Janeczka, złapała ich oboje za ręce i chciała, by ta chwila ich rodzinnego szczęścia trwała jak najdłużej.

Takie były ostatnie święta Bożego Narodzenia „przed”.

Rozdział 4

Tak jak niektórzy przepowiadali, wreszcie wybuchła wojna. Po ponad dwóch tygodniach od wdarcia się sił niemieckich na tereny zachodniej Polski wojska rosyjskie wkroczyły na Wołyń, który został przyłączony do Związku Sowieckiego.

— Armia Czerwona idzie na pomoc zagrożonej Polsce — powiedziała Euzebia do Józefa.

— Nie wierzę w to. Armia Czerwona ma w tym ukryty cel. Sami chcą polskich ziem.

— Ludzie mówią… — zaczęła jego żona, ale spojrzała na wymowną minę Dobrzyńskiego i zamilkła.

— Ludzie mówią wiele rzeczy. Widziałaś tych chłopaków, wychudzonych, obdartych, którzy tak naprawdę sami nie wiedzą, po co tu są.

— Byłam z Marylką w piekarni, kiedy rosyjscy sołdaci rzucili się na bułki, jakby w życiu ich nie widzieli!

— Karolakowa, właścicielka sklepu, mówiła, że masowo wykupują słodycze. I to na kilogramy, i wszystko od razu zjadają. Płacą rublami, co jest dla nich korzystne.

— Ale nie dla nas.

— Ale nie dla nas. I tak nic z tym nie zrobimy; jaki najeźdźca, taka polityka.

Z czasem było coraz gorzej z żywnością. Rodzina Dobrzyńskich na szczęście nie głodowała, dzięki gospodarstwu mieli co jeść. Gorzej było w miastach, gdzie ludzie sprzedawali kosztowności, złoto, aby mieć na woreczek kaszy czy fasoli.

Wkrótce rozpoczęła się wywózka Polaków na Sybir. Wywieziono również grupę Ukraińców, którzy liczyli na niepodległą Ukrainę i oficjalnie zabierali głosy w tej sprawie.

Józef w tym czasie się ukrywał. Janka nieraz pytała mamę o tatusia, ale Euzebia mówiła córce, że wyjechał w sprawach służbowych. Część polskich dworów została skazana na zagładę. Ich właściciele w dużej części zginęli z rąk oprawców stalinowskich, chłopów sympatyzujących z „czerwonymi”, w więzieniach NKWD lub na syberyjskim zesłaniu. Dwór Dobrzyńskich z Bożą pomocą przetrwał.

O tej Bożej pomocy Janeczka słyszała od dziecka. Od małego z kuchni dobiegały ją pomstowania Marylki i modlitwy o pomoc przy niemal każdej możliwej okazji. Marylka wzywała też Najświętszą Panienkę, a nawet samego Pana Boga niemal nieustannie, co dziwiło Janeczkę, bo przecież nic się takiego nie działo. Ale któregoś dnia, a dokładnie po jej dziewiątych urodzinach, kiedy ciężko zachorowała, mateczka siedziała przy jej łóżku i modliła się żarliwie, aby Bóg dopomógł Janeczce wyzdrowieć . I wyzdrowiała, z Boża pomocą. I wtedy nawet Janeczka zaczęła mocniej w Bożą pomoc wierzyć.

Po pierwszej wywózce następowały w różnych miejscowościach kresowych kolejne. Janeczka pamiętała po latach, jak całe rodziny przygotowywały się na to, że mogą znaleźć się w następnym transporcie. Drżeli o własny los. Robiło się zapasy żywności, a przede wszystkim suszonego pieczywa, i czekało na swoją kolejkę.

Janka podsłuchała kiedyś rozmowę mamy i cioci Broni. Domyśliła się, że jej tematem był przede wszystkim jej tatuś.

— Dobrze, że się ukrył.

— Gdzie? — zapytała ciocia.

— Lepiej tego nie wiedzieć. Sama nie wiem. Nie powiedział mi. Przysłał do mnie posłańca i powiedział, że wszystko jest dobrze.

— Widziałam wczoraj, jak brali całą rodzinę urzędników, Michalaków — wyszeptała ciocia Bronia pobladłymi wargami. — Dyrektora szkoły i doktora Drabika.

— Dokąd brali?

— A któż to wie… Któż to wie, droga siostro.

— Co z nami będzie, kochana? — Euzebia załamała ręce. — Śniła mi się mamusia. A wiesz, że miewam prorocze sny. Powiedziała, że najgorsze dopiero nadejdzie.

— Ale co może być gorszego? Rosyjscy sołdaci to bydło. Pani Kuśnierska, wiesz która, powiedziała, że chcieli się najeść wiśni. Nie miała nic do gadania, tylko skinęła głową. I wiesz, co zrobili? — Bronisława miała oburzoną minę. — Oni wyrwali całe wiśniowe drzewo!

— Jak to: wyrwali? — Euzebia podniosła na siostrę przerażone spojrzenie.

— Przyjechali jakąś ciężarówką, zawiązali powróz dookoła pnia wiśni i wyrwali drzewo z korzeniami.

— Bydlaki!

W majątku cioci Broni stanął jakiś ważny dowódca, którego nowe władze zakwaterowały w ich domu. Wujek Lech znał bardzo dobrze język rosyjski, więc przydawał się jako tłumacz. I tak został skreślony z listy ludzi do wywózki, co uchroniło rodzinę cioci przed Syberią.

Najbliżsi Janeczki nie mieli takiej gwarancji.

Józef czasami odwiedzał Euzebię nocą. Kobieta zawsze drżała na myśl o tym, że ktoś może o tym donieść i wywiozą jej męża, a tego by nie przeżyła. „To niebezpieczne” — mówiła do niego. „Umieram bez ciebie” — odpowiadał Józef. I jakoś udało im się ten okres przetrwać.

Pewnej pamiętnej czwartkowej nocy Euzebia nie mogła zasnąć. W ogóle żyła w ciągłym strachu, wciąż mając w pamięci sen o matce. Nagle usłyszała jakieś trzaski. W pierwszej chwili pomyślała, że to Józef, ale ten ktoś na dole narobił strasznego hałasu. Była już pewna, że to nie mąż, tylko ktoś inny wdarł się do domu. Józef byłby ostrożniejszy.

Zamarła. Włożyła podomkę i zbiegła po schodach na dół.

Jeśli kogoś zabiją, to niech to będzie ona, a nie jej córeczka czy Marylka.

Było ich około dwunastu. Wiedziała, że rosyjscy sołdaci są nieobliczalni. Spod ich rozczochranych, bujnych grzyw spoglądały na świat złowrogie oczy. Mieli na sobie brudne łachmany i wysokie buty. Na ramionach trzymali broń. Euzebia była przerażona.

— Czego chcecie? — Kobieta zacisnęła mocniej poły podomki. Jej serce biło jak szalone. Patrzyła w oczy najbardziej rosłemu osiłkowi, który splunął pod jej stopy. Czuła, że on tutaj dowodzi.

— Przyszliśmy się rozejrzeć. — Zaczął chodzić dookoła niej.

W panią Dobrzyńską wstąpiła jakaś siła. Byle nie dziecko, byle nie dziecko — powtarzała w duchu. Nie zniosłaby, gdyby ta swołocz miała skrzywdzić jej dziewczynkę.

— Niczego tutaj nie znajdziecie — rzuciła hardo.

— Gdzie twój mąż?

— Wyjechał.

— A wiec jesteś sama? Chętna do zabawy?

Euzebia nic nie powiedziała. Zbladła tylko, dobitnie uświadamiając sobie, że nie ma nikogo, kto mógłby je w tej chwili obronić.

— Sprawdzić dom! — zarządził mężczyzna, którego przepełniała nienawiść.

— Tam jest moje dziecko!

Żałowała teraz, że nie nocowały w dworku Bronisławy i Lecha. Wprawdzie stacjonowali tam wrogowie, ale wyższy rangą oficer chyba by jej nie skrzywdził, musiał mieć jakieś resztki honoru! Inaczej niż ten obmierzły wieprz, który co jakiś czas popatrywał na nią lubieżnie.

— No i? — warknął w stronę swoich podkomendnych.