Mafia nigdy nie zapomina - Agnieszka Kura - ebook
NOWOŚĆ

Mafia nigdy nie zapomina ebook

Agnieszka Kura

3,4

224 osoby interesują się tą książką

Opis

Miłość bywa najgorszym narzędziem w rękach wroga. 

Trzecia część serii mafijnej

Zamach na Zoe i Alessia zmienia wszystko. Dziewczyna uczy się żyć na nowo w świecie pełnym sekretów i przemocy.

Walcząc z bólem, strachem i własnymi demonami, musi stawić czoła przeciwnościom losu oraz chronić to, co jest dla niej najcenniejsze – syna, którego nosi pod sercem.

Każdy krok może oznaczać ocalenie albo kolejną stratę.

Czy podejmowane wybory okażą się jej ratunkiem, czy doprowadzą do tragedii?

W mafii nie ma litości.

Są tylko decyzje i ich konsekwencje. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 348

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,4 (5 ocen)
3
0
0
0
2
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Hanka_097

Nie oderwiesz się od lektury

💥Opinia recenzencka💥 🫆 50/100 „Mafia nigdy nie zapomina” – Agnieszka Kura Hej! Właśnie przeczytałam swoją 50. książkę w tym roku, więc jestem dokładnie w połowie celu, który sobie wyznaczyłam. To naprawdę daje ogromną satysfakcję! Na kwiecień mam jednak nowe postanowienie – czytam wyłącznie książki z własnej półki. Bez presji, bez terminów, bez gonienia za nowościami. Po prostu dla przyjemności, tak jak robiłam to kiedyś, zanim odkryłam bookstagrama. Są takie książki, które przeskakują całą kolejkę do czytania – takie, na które czeka się z ogromną niecierpliwością. Ta była właśnie jedną z nich. Książka przyszła do mnie w poniedziałek, a dziś jest środa… i już jest przeczytana. Dlaczego tak szybko? Bo historie mafijne to coś, co wciąga mnie bez reszty. Przy żadnym innym gatunku nie potrafię aż tak zanurzyć się w fabule. „Mafia nigdy nie zapomina” już samym tytułem sugeruje, że będzie to historia, która zostaje w głowie na dłużej. Autorka ponownie zabiera nas w świat napięcia, ...
10
FascynacjaKsiazkami

Nie oderwiesz się od lektury

Emocje na najwyższym poziome👌Tego się nie spodziewałam i czekam na więcej🔥Czytajcie
11
nocne_czytanki

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna kontynuacja.❤️ Trzyma w napięciu do ostatniej strony! Uwielbiam całą serię! Czekam na ostatni finałowy tom!❤️
00
egrambor

Nie polecam

Totalna porażka
01
samawdomu

Nie polecam

jestem rozczarowana
01



AGNIESZKA KURA

MAFIA NIGDY NIE ZAPOMINA

© Agnieszka Kura, Lublin 2026

ISBN 978-83-971201-8-1

Wydanie pierwsze

Redakcja

Paulina Zyszczak – Zyszczak.pl

Skład DTP

Andrzej Zyszczak – Zyszczak.pl

Korekta

Marta Tojza – Zyszczak.pl

Projekt okładki

Melody M. (melodygraphicsdesigner12)

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani jej części nie mogą być przedrukowywane ani w żaden inny sposób reprodukowane lub odczytywane w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody autorki.

Na dobre chwile, na trudniejsze dni i na wszystko pomiędzy. Miłej lektury <3

Nowy rozdział życia

Nie powinno mnie tu być. A jednak stałam po drugiej stronie ulicy, ukryta w cieniu budynku, ściskając poły płaszcza. Serce waliło mi jak szalone, oddech przyspieszał z każdą sekundą.

Dwie istotki, które kiedyś były częścią mojego świata, śmiały się, biegały nieświadome, że ktoś na nie patrzy.

Czy mnie jeszcze pamiętały? Czy chociaż przez chwilę zastanawiały się, gdzie jestem?

– Czas na nas…

Drgnęłam, gdy niski, ciepły głos rozbrzmiał tuż przy moim uchu. Mocne dłonie, które ostatnio dodawały mi tak dużo otuchy i siły, spoczęły na moich barkach. Niegdyś tą otuchą napełniała mnie ona – kobieta, która właśnie wysiadła z samochodu. Nie przyjechała sama. Stanęła obok ojca dziewczynek, a sposób, w jaki na siebie patrzyli, nie pozostawiał wątpliwości. Byli razem.

Alessio miał rację. Zawsze miał. Przymknęłam oczy, przygryzając mocno dolną wargę.

– Tak – wyszeptałam ledwo słyszalnie. Nie było już dla mnie miejsca w ich życiu. Pogodziłam się z tym, co nie oznaczało, że tęsknota mniej bolała. Objęłam się ramionami, kiedy wiatr porwał mi włosy i smagnął mnie nimi po twarzy. Angielska pogoda zdawała się równie surowa co szalejące w głowie myśli.

Męska dłoń ujęła moją, odgadując, czego potrzebowałam. Przeprowadził mnie przez ulicę do małej, przytulnej kawiarni. Wewnątrz unosił się zapach świeżo mielonej kawy i wanilii, a ciepło, którego tak bardzo pragnęłam, natychmiast nas otuliło.

Pomógł mi zdjąć płaszcz, po czym zajął miejsce przy stoliku. Ja skierowałam się do toalety. Gdy z niej wychodziłam, wpadłam na coś małego.

– Ciocia? – rozległ się dziecięcy pisk.

Zamarłam.

– Wiedziałam, że wrócisz. – Starsza z sióstr patrzyła na mnie z szerokim uśmiechem. – Też będziesz miała dzidziusia? – Jej spojrzenie powędrowało w stronę mojego brzucha.

Nie powinniśmy byli tu przychodzić, a już na pewno nie powinniśmy się znaleźć tak blisko szkoły. Było jednak za późno…

– Susan? – Dołączyła do nas moja terapeutka.

– Jesteś w ciąży? – Bardziej stwierdziłam, niż zapytałam, wlepiając wzrok w jej zaokrąglony brzuch.

– Ty też? – Z zakłopotaniem popatrzyła na moją twarz, a potem na brzuch.

– Nadal lubicie ciasto marchewkowe? – zwróciłam się do dziewczynek, chcąc nas uratować z opresji.

– Tak! – przytaknęły obydwie.

– To biegnijcie do taty. – Spojrzałam ponad nimi na Mikiego. – I koniecznie zamówcie też dla mnie! – zawołałam, a wtedy mężczyzna odwrócił głowę. Nasze spojrzenia skrzyżowały się na krótką chwilę. Był równie zaskoczony moją obecnością co jego partnerka. Pomachałam mu, uśmiechając się przyjaźnie. Nigdy nie czułam do niego nic oprócz przyjaźni i wdzięczności za pomoc, jaką mi zaoferował.

– Sus… – zaczęła, ale szybko urwała, jakby nie wiedziała, jak wybrnąć z tej kłopotliwej sytuacji.

Wróciłam wzrokiem do kobiety.

– Nie mam ci tego za złe – odparłam. Ulga, jaka pojawiła się na twarzy Emmy, mówiła wszystko. – Pasujecie do siebie. – Posłałam jej lekki uśmiech. Naprawdę tak myślałam. – Nam nigdy nie było razem po drodze.

– Tak bardzo chciałam to od ciebie usłyszeć. Jak się masz?… Jak się macie?

– Dobrze. – Delikatnie się uśmiechnęłam, kładąc dłonie na brzuchu. – Wszystko jest w porządku – dodałam. Nie do końca tak było, ona jednak nie musiała o tym wiedzieć.

– Usiądź z nami – zaoferowała. – Przyszłaś tu sama?

– Nie – odpowiedziałam, patrząc na mężczyznę zmierzającego ku nam.

– Jesteście razem? – zapytała niepewnie. Choć żadne imię nie padło na głos, obydwie wiedziałyśmy, o kogo chodzi.

Alessio.

Za każdym razem, gdy ktoś o nim mówił, moje serce znów pękało na milion kawałków. Wspomnienia naszych wspólnych chwil powracały jak fale, bezlitośnie rozbijając się o skały rzeczywistości. Mój umysł uparcie wypierał to, co się wydarzyło kilka miesięcy temu, lecz prawda była brutalna.

– Coś nie tak? – zmartwiła się terapeutka. – Nagle zbladłaś – powiedziała z przejęciem, dotykając nieśmiało mojego łokcia.

– W porządku? – spytał zatroskany mężczyzna, obejmując mnie ramieniem.

– Tak. – Posłałam mu nikły uśmiech, kiwając nieznacznie głową. – To Emma, poznajcie się. – Przeniosłam wzrok na skrępowaną kobietę. – Emmo, to Bazyl.

Zmarszczka na jej czole nieznacznie się pogłębiła. Terapeutka wyglądała na skołowaną. Spodziewała się kogoś innego u mojego boku?

– Miło mi poznać. – Wyciągnęła ku niemu rękę. On zrobił to samo i uścisnęli sobie dłonie.

– Mnie również – mruknął bez entuzjazmu.

– Dołączycie do nas? – zapytała Emma, przerywając krępującą ciszę.

– Bardzo chętnie. – Posłałam jej pokrzepiający uśmiech.

– Dasz nam chwilę? – wtrącił Bazyl, zwracając się do niej.

– Tak. – Kiwnęła energicznie głową. – Oczywiście. Do zobaczenia niedługo. – Ruszyła w stronę stolików.

– Nie musisz tego robić – zapewnił mnie. – Możemy stąd wyjść. Nie jesteś im już nic winna, oddałaś to, co zabrał Alessio.

– Wiem – przerwałam mu i zerknęłam na roześmiane dziewczynki. Chciałam z nimi posiedzieć ten ostatni raz, chociaż przez krótki moment. – Chodźmy. – Skierowałam się do kobiet, a Bazyl podążył za mną.

– Ciocia, usiądź obok nas. – Dziewczynki przesunęły się na ławie, robiąc nam miejsce. – My już zjadłyśmy swoje porcje.

Spojrzałam na puste talerzyki, na których pozostały jedynie okruszki, a następnie na swoje ciasto. Nie miałam na nie ochoty.

– Dacie radę zjeść też moją? – zapytałam.

Popatrzyły na ojca, szukając w jego oczach aprobaty.

– Wyjątkowo tylko dziś.

Posłałam mu lekki uśmiech. Pamiętam, że kiedyś ograniczał im słodkości.

– Hura! – zawołały wesoło, chwytając za mój talerzyk. Zaaferowane pałaszowaniem nie zawracały na nas uwagi.

– Cieszę się, że widzę cię całą i zdrową – zaczął Miki. – To twój mąż? – Spojrzał niepewnie na Bazyla, jakby chciał mnie ochronić przed całym złem tego świata, choć nie musiał. Nic mi nie groziło.

– Tak – potwierdziłam, patrząc na swoją dłoń leżącą na kolanie. Odruchowo przekręciłam obrączkę na palcu. – Pobraliśmy się niedawno.

Pierwsza pogratulowała nam Emma, następnie zrobił to Michael. Rozmowa była sztywna, atmosfera zaś – napięta. Mimo to zaprosili nas do siebie. Bazylowi nie spodobał się ten pomysł, a jednak następnego dnia pojechaliśmy do nich.

***

Dziwnie było widzieć Emmę w tym domu, zwłaszcza w roli gospodyni. Wcześniej spotykałyśmy się jedynie u niej w gabinecie.

Dostrzegałam jej dyskomfort spowodowany moją obecnością, przez co sama czułam się skrępowana. Przyjechałam tu jedynie ze względu na dziewczynki. Chciałam spędzić z nimi trochę czasu, zanim wrócę do domu. Niczego więcej nie potrzebowałam, więc nie musiała się obawiać. Formalnie firma była ich, wyrównaliśmy rachunki.

– Niepotrzebnie tu przyjechaliśmy – szepnęłam do Bazyla, kiedy gospodarze zostawili nas na chwilę samych, aby przygotować napoje.

– Od początku to mówiłem – syknął. – Nie powinnaś się denerwować. – Położył dłoń na moim brzuchu, a ja przykryłam ją swoją.

– Wypijemy herbatę, zjemy ciasto i wrócimy do domu – zapewniłam. – Nic więcej nie oczekuję od tego spotkania.

– I dobrze. – Odgarnął mi włosy z twarzy. – Nie podoba mi się ten kraj.

– A więc o to chodzi. – Parsknęłam śmiechem. – Tu jest dla ciebie za zimno i za wilgotno.

– Uwielbiam ciepło, a wilgocią nie pogardzę. – Pochylił się ku mnie. – Ale w innych okolicznościach.

– Domyślam się. – Uśmiechnęłam się, wiedząc, do czego zmierza.

Do salonu wbiegły dziewczynki, przynosząc ze sobą uśmiech i dziecięcą radość. Miałam nadzieję, że ta mała istota w moim brzuchu rozjaśni mrok, w którym się obecnie znajdowałam.

Zaraz po herbacie i deserze Michael zaprosił nas do gabinetu, żeby porozmawiać na osobności. Albo raczej podziękować.

– Dziękuję za zwrócenie firmy – zagaił nieśmiało.

– Ona nigdy nie należała do nas – odparłam ze spokojem. – Alessio ci ją odebrał, a ja mogę się jedynie domyślać, jakie miał ku temu powody. Nigdy się tego nie dowiemy, bo nie żyje. – Głos uwiązł mi w gardle.

– Bardzo mi przykro, nie wiedziałem. – Niepewnie zerknął na Bazyla. – Moje kondolencje.

– Dziękuję. – Z całych sił starałam się zapanować nad płaczem. Kobieta w ciąży reaguje emocjonalnie z byle powodu, lecz ten był o wiele poważniejszy. Niemniej Miki nie musiał widzieć moich łez. – Nie mogłabym jej zatrzymać, to dorobek twojej rodziny, nie mojej – dodałam. – Dużo dla ciebie znaczyła.

– Nie tyle co rodzina – wtrącił. – Majątek jest bezwartościowy, jeśli nie masz bliskich. Dom, dzieci i kochająca osoba są warte więcej niż jakakolwiek kasa. Bogactwo jest niczym, jeśli nie masz z kim się nim dzielić.

Miał rację. Sama oddałabym wszystkie pieniądze tego świata, żeby odzyskać to, co straciłam.

Kiedy zbieraliśmy się do wyjścia, swoją obecnością zaskoczył nas Jack. Zrzedła mu mina na widok mojego brzucha.

– Zaciążyłaś? – rzucił bez ogródek. Nim zdążyłam zareagować, padło kolejne pytanie: – Kto jest ojcem?

Złapałam Bazyla za dłoń, żeby milczał. Mógł go w każdej chwili zaatakować, a nie było sensu wszczynać awantury.

Widziałam Jacka pierwszy raz, odkąd zwiał z pieniędzmi. Miałam do niego żal – nie o kradzież, tylko o to, że mnie wykorzystał.

– Z całym szacunkiem, ale to nie twoja sprawa – odparłam sucho. – Jak widzisz, wszystko u mnie w porządku. – Ruszyłam w stronę drzwi, ciągnąc Bazyla za rękę.

– Nie da się pomóc komuś, kto nie potrzebuje pomocy.

Stanęłam gwałtownie i się odwróciłam.

– Miło, że zauważyłeś. – Puściłam dłoń męża i zrobiłam krok ku byłemu. – Mogłeś to rozegrać inaczej. – Chociaż starałam się tego nie pokazać, moje słowa podszyte były żalem. – Powiedzieć, że zmieniłeś zdanie, cokolwiek, byleby mnie nie okradać, i to w tak perfidny sposób, czy kłamać na temat mojego brata. Zagrałeś mi na emocjach.

– Wiele poświęciłem – rzekł śmiertelnie poważnie. – Musiałem się nieźle natrudzić, żeby do ciebie dotrzeć. Uruchomiłem wszystkie kontakty. Zainwestowałem mnóstwo pieniędzy i czasu…

– Nie prosiłam cię o to – weszłam mu w słowo. – Wielokrotnie ci o tym mówiłam.

– Teraz to wiem. – Nieco złagodniał. – Nie cofniemy czasu, możemy jedynie spróbować się uporać z konsekwencjami. – Spojrzał na Bazyla stojącego za mną.

– To mój mąż – wyjaśniłam, choć nie pytał.

– Co? – Skrzywił się, jakby zjadł najkwaśniejszą cytrynę na ziemi. – Lubisz skakać z kwiatka na kwiatek. – Zaśmiał się perfidnie pod nosem.

– Słuchaj, koleś! – Bazyl nie wytrzymał. – Mam w dupie kasę, którą od niej wyciągnąłeś, ale jeśli jeszcze raz postawisz nogę na włoskiej ziemi, nie przeżyjesz tego.

– Nie boję się ciebie.

– Uwierz mi, nie chcesz sprawdzać, czy blefuję.

– To zaszło za daleko – zainterweniował Miki. – Cokolwiek się między wami wydarzyło, grożenie komuś śmiercią jest karalne.

– Już nie pamiętasz, że przedstawiłam ci członków najbardziej wpływowej mafii we Włoszech? – powiedziałam, Jack jednak wyglądał na niewzruszonego. – Oni stoją ponad prawem.

Nieco zbladł, nabierając wody w usta.

– Rozumiem, że po śmierci mężusia to wy przejęliście obowiązki tej mafii – stwierdził z pogardą. – Jak długo byłaś mężatką, zanim zastrzelili ci pierwszego małżonka i wzięłaś sobie drugiego? Pięć minut?

– Jeszcze słowo – włączył się znów Bazyl, lecz Jack paplał dalej.

– Stary, słyszałeś kiedyś takie powiedzenie? – zwrócił się do Mikiego. – „Mówiły jaskółki, że niedobre są spółki”. Po cholerę się w to pchałeś? Pojawił się inwestor, a gdy ma się pomysł, nie patrzy się na nic innego niż na zysk. Tak właśnie miało być z wami. Czysty zysk, zero ryzyka.

– Poniosłem tego konsekwencje – opowiedział Michael ze smutkiem.

Wszyscy ponosimy konsekwencje naszych czynów, pomyślałam.

– Mówiłem, żebyś się dwa razy zastanowił – przypomniał z dumą Jack.

– Tylko że nie przewidziałeś jednego.

– Czego?

– Że Elena zwróci mi firmę. Wszystko znów należy do mnie.

– No tego faktycznie się nie spodziewałem. – Jack pokiwał głową z uznaniem. – To co wy tu tak właściwie robicie? – Przeniósł wzrok na mnie i Bazyla.

Dobre pytanie. Zależało mi tylko na tym, żeby popatrzeć z daleka na Evę i Ruth, nie chciałam konfrontacji, a już na pewno nie z byłym.

– Elena przyjechała tu dla dziewczynek – wyjaśnił za mnie Miki.

Jack nie wyglądał na przekonanego. Zmarszczył brwi zdziwiony.

– A jak się miewa Flavio? – zmienił nagle temat.

– Nie żyje – odparłam, czując spływający po plecach pot. Wracanie w kółko do tych samych wspomnień przyprawiało mnie o mdłości.

– Kto go zabił? Kiedy go ostatnio widziałem, był cały i zdrowy.

Brat

– Mówiłem, kurwa, że to był zły pomysł – dotarł do mnie ledwo słyszalny głos Bazyla. – Samolot ma być gotowy na już!

– Co się stało z jej bratem? – drążył zaciekawiony Jack.

– Nie teraz – zbył go Bazyl.

Otworzyłam oczy. Leżałam na łóżku w swojej starej sypialni.

– Bazyl! – zawołałam zdezorientowana. Mąż natychmiast pojawił się obok, powstrzymując mnie przed wstaniem.

– Leż, kochana. – Przytknął dłoń do mojego spoconego czoła.

– Co się stało?

– Zemdlałaś od nadmiaru stresu.

Zacisnęłam powieki, powstrzymując łzy radości. W sercu pojawiła się iskra nadziei, że Flavio jednak żyje.

Pomimo protestów Bazyla podniosłam się do pozycji siedzącej. Zamierzałam pogadać z byłym.

– Nic mi nie jest – zapewniłam, rozglądając się po pomieszczeniu. Obok drzwi stali Miki i Jack. – Muszę z nim porozmawiać. – Przeniosłam wzrok na Bazyla.

– Tylko krótko – zaznaczył stanowczo. – Jeszcze dziś wracamy do domu. Bella już zadzwoniła do twojego lekarza, ma być na miejscu, gdy tam dotrzemy. I nie chcę słuchać żadnych wymówek.

Nawet nie próbowałam protestować. Zdrowie dziecka było priorytetem.

– Zostawcie nas na chwilę samych – poprosiłam.

Michael wyszedł, ale Bazyl okazał się zbyt uparty, żeby to zrobić. Nie kłóciłam się z nim, ufałam mu.

Jack usiadł na materacu po drugiej stronie łóżka.

– Jak się czujesz? – Wyglądał na przejętego. Wcześniejsza buta nagle gdzieś uleciała. Stał się czuły i troskliwy. – Nie chciałem cię zdenerwować. Gdybym tylko wiedział… – Zawiesił głos.

– Czy on żyje? – Miałam nadzieję, że nie zaprzeczy. – Gdzie go widziałeś po raz ostatni?

W mojej głowie kotłowało się wiele pytań. Tak bardzo chciałam otrzymać choćby ochłapy informacji o miejscu pobytu Flavia.

– Przed powrotem tutaj ugadałem się z pewnym ochroniarzem, a on mnie do niego zaprowadził. Więzili go, ale nie znam dokładnej lokalizacji. Wszystko było strzeżone.

– Rozmawiałeś z nim? – Nie mogłam opanować emocji.

– Tak, ale… – Uciekł wzrokiem do Bazyla pilnującego mnie niczym stróż. – Nie chciał cię widzieć.

Moją klatkę piersiową jakby przeszył sztylet.

– Dlaczego?

– Nadal ma do ciebie żal. Proponowałem mu pomoc, ale ją odrzucił. Zupełnie jak ty. Obydwoje jesteście cholernie uparci. Nie mam w zwyczaju być tam, gdzie nie jestem mile widziany, dlatego wróciłem. Pieniądze, które mi dałaś, przeznaczyłem na spotkanie z Flaviem. Byłem przekonany, że go odnajdziesz.

Poczułam nieznaczną ulgę pomieszaną ze strachem. Nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego wolał umrzeć, niż poprosić o pomoc. Bo właśnie to go czekało: śmierć.

– Nie odnalazłam. Alessio mi powiedział, że on nie żyje.

– A ty mu uwierzyłaś po tym, co ci zrobił?

– Nie znasz całej prawdy, nie osądzaj go. Ettore miał wypadek.

– Wcale nie jest mi go żal. Zasłużył na wszystko, co go spotkało. Mam nadzieję, że też nie żyje.

– Tego nie wiem. Trafił do szpitala i zaraz z niego zniknął. Nadal próbujemy ustalić, gdzie teraz jest. Jakby zapadł się pod ziemię.

– Dlaczego nie jestem zdziwiony? – Pokręcił głową z dezaprobatą.

– Myślę, że Flavio miał być jego kartą przetargową, gdybym nie zgodziła się mu pomóc. Zawarliśmy pewien układ – wyjaśniłam lekko zakłopotana. Chłopacy mogli to teraz źle odebrać. Wtedy jednak robiłam to, co musiałam.

Jack uśmiechnął się pobłażliwie.

– Dlaczego tym faktem również nie jestem zaskoczony? Na ile frontów działałaś?

– Nie wiesz, o czym mówisz. Czasami złe decyzje owocują czymś dobrym. Alessio podejrzewał Ettorego o zdradę, mieliśmy go przechytrzyć. Nie zdążyliśmy…

– Jaki jest wasz plan? – zapytał z powagą.

Obszerny, zagmatwany. Ale nie mogłam zdradzić szczegółów Jackowi. Nie powinnam mu ufać.

– Chcę znaleźć i zabić tego drania. Osobiście wrzucę go do basenu z jego pupilami. Zapłaci za wszystko, co mi zrobił. To on stał za postrzałem Alessia – powiedziałam. Nie były to potwierdzone informacje, jedynie moje podejrzenia.

– A kto stał za jego wypadkiem? Wy?

– Nie. – Pokręciłam głową. – Nie wiemy kto. Alessio szykował dla niego coś znacznie gorszego.

– Miał jakichś wrogów? – Jackowi włączył się instynkt ochroniarza. – Musiał nadepnąć komuś na odcisk.

– Zapewne nie byliśmy jedynymi, których zamierzał oszukać. Uknuł misterną intrygę w celu przejęcia naszych interesów. Zdecydowanie miał nierówno pod sufitem.

– Co zrobisz w związku z Flaviem? Odszukasz go?

– Oczywiście, że tak. – Teraz, gdy dostrzegłam choćby nikłą szansę na odnalezienie brata, uczynię wszystko, co w mojej mocy, żeby do niego dotrzeć. Nie potrafiłabym spojrzeć w lustro, wiedząc, że nie zrobiłam nic, by go uratować. – Pomożesz mi?

– Ja? – zdziwił się.

– Prawdopodobnie widziałeś go jako ostatni.

– Elena. – Pokręcił głową. – Jest wiele spraw, o których jeszcze nie wiesz.

– W takim razie opowiedz mi o wszystkim. Co może być gorszego od śmierci?

– Śmierć daje początek nowemu życiu. – Spojrzał wymownie na mój brzuch.

Komórka Bazyla wydała dźwięk nadchodzącej wiadomości.

– Samolot już czeka. Wracamy.

– Dobrze. – Ostrożnie zsunęłam stopy na podłogę, a on użyczył mi swojego ramienia i pomógł wstać. – Wiesz, jak się ze mną skontaktować – zwróciłam się do Jacka. – Przyślemy po ciebie samolot, jeśli zdecydujesz się pomóc.

– Pomyślę nad tym. Uważaj na siebie, miej oczy dookoła głowy. To, że cię nie zastrzelono, nie oznacza, że możesz czuć się bezpieczna.

Wiedział coś, co i ja powinnam wiedzieć?

Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, z czym musiał się mierzyć każdego dnia Alessio. Ile wysiłku wkładał w to, by mnie chronić przed niebezpieczeństwem ze strony mafii. Wcale się nie dziwiłam, że Bazyl nie chciał mieć z tym światem nic wspólnego. Odszedł od niego, lecz później do niego wrócił z mojego powodu i czułam się paskudnie z tą świadomością.

***

We Włoszech miał czekać na mnie lekarz, zastaliśmy jednak innego gościa.

– Nie mogłam go nie wpuścić – szepnęła przejęta Bella w korytarzu.

– Damy radę – zapewniłam i wymieniłam z Bazylem porozumiewawcze spojrzenie.

– Gotowa? – zapytał z troską. W odpowiedzi kiwnęłam głową.

Weszłam do salonu pewnym krokiem, z podniesionym czołem.

– Giovanni Gatti z Guardia di Finanza – przestawił się mężczyzna, wstając.

– Wiem, kim pan jest – odparłam niezbyt miło. To on mnie aresztował za domniemane morderstwo Georgii.

– Jak możemy panu pomóc? – wtrącił uprzejmie mój mąż.

Usiedliśmy wszyscy na kanapie. Po chwili służąca przyniosła nam kawę i rogaliki.

– Chciałbym porozmawiać z pańskim ojcem – zwrócił się Gatti do Bazyla.

Strzelanina ujawniła szczegół, który miał pozostać tajemnicą, a mianowicie, że ich ojciec żył. Wieść rozeszła się błyskawicznie, wywołując poruszenie zarówno w półświatku przestępczym, jak i wśród zwykłych obywateli. Nic więc dziwnego, że policja również nie przeszła obojętnie obok tej informacji.

– To niemożliwe. Od wielu lat nie ma z nim kontaktu.

– Mimo to chciałbym spróbować.

– Nie ma takiej opcji. – Bazyl się podniósł, dając mężczyźnie do zrozumienia, że wizyta dobiegła końca. Ten jednak nie zamierzał się tak łatwo poddać.

– Mamy podstawy twierdzić, że pani mąż żyje.

– Wcale się pan nie myli. – Wstałam, a w ślad za mną zrobił to funkcjonariusz. – Stoi tutaj. – Objęłam Bazyla.

– A czy jest również ojcem dziecka?

– Nie pańska sprawa. – Ton Bazyla stawał się coraz bardziej nieprzyjemny. – Proszę zostawić moją żonę w spokoju, jeśli nie ma pan nic sensownego do powiedzenia. Ochroniarz odprowadzi pana do drzwi. – Spojrzał na Kamila stojącego nieopodal.

– To jeszcze nie koniec.

– Czy pan nam grozi?!

– W żadnym razie. – Giovanni uśmiechnął się przebiegle i poprawił marynarkę. – Wrócimy tu z nakazem sądowym.

– Wobec tego czekamy. – Mój mąż zaśmiał się pogardliwie.

Czułam wdzięczność, że mieliśmy po swojej stronie sądy oraz policję. Wszyscy o tym wiedzieli, dlatego nie mogłam zrozumieć, czego od nas chciał ten człowiek. Prowadził bardzo nierówną walkę. Po co się angażował w sprawę, która była z góry przegrana?

Ten dzień totalnie wyssał ze mnie energię. Miałam ochotę położyć się spać i obudzić, dopiero kiedy rozwiążą się wszystkie problemy.

Tęskniłam za dniami, gdy żyłam w niewiedzy, a jedyne moje zmartwienie stanowiły humory Alessia…

Mój mąż

– Jesteś tu? – dobiegł mnie cichy głos Bazyla zza drzwi. Byłam świeżo po prysznicu. Osuszałam mokre włosy ręcznikiem, stojąc przed lustrem. Moja twarz zrobiła się nieco pełniejsza, podobnie jak inne części ciała. Kochałam te nowe krągłości.

– Tak. Daj mi chwilę. – Chwyciłam koszulkę nocną i szybko ją na siebie narzuciłam. – Właśnie się ubieram.

– Mogłem nie pytać, tylko wejść. – Rozległ się zduszony śmiech.

Otworzyłam drzwi.

– Mogłeś. – Ja również pokusiłam się o żart. Zrzedła mi mina, kiedy ujrzałam męża wystrojonego w garnitur. – Dokąd się wybierasz? – Poczułam woń jego perfum. Na początku ciąży przeszkadzały mi wszelkie zapachy, teraz było zdecydowanie lepiej.

– Mam coś do załatwienia na mieście. Co powiedział lekarz? – Zwinnie zmienił temat. Zaraz po wyjściu Gattiego zjawił się doktor i jeszcze nie zdążyliśmy o tym porozmawiać.

– Nic mi nie jest. – Ominęłam go i podeszłam do stolika. Sięgnęłam po szklankę z sokiem pomarańczowym i upiłam łyk, nie spuszczając wzroku z Bazyla. – Omdlenie było spowodowane stresem. Z dzieckiem wszystko dobrze, nie musisz się martwić. – Odstawiłam naczynie.

– Nie chcę się powtarzać, ale powinnaś o siebie dbać. – Zbliżył się do mnie. – Więcej odpoczywać.

– Tak jak ty? – zapytałam sarkastycznie. Podejrzewałam, po co właśnie wychodził: żeby zaspokoić męskie żądze.

– Jesteś zazdrosna? – Kąciki jego ust drgnęły w uśmiechu. – Nie masz powodu. Jako moja żona zawsze stoisz na pierwszym miejscu.

– Ha… Zabawne. – Usiadłam na fotelu. Ostatnio męczył mnie ból pleców. Bazyl oczywiście o tym nie wiedział, bo inaczej kazałby mi leżeć. – Jedź już, załatwiaj sobie te swoje sprawy w miasteczku.

– Jutro porozmawiamy. – Pocałował mnie w czoło. – Nie siedź za długo.

– A ty uważaj na siebie.

– Bezpieczeństwo to zawsze sprawa pierwszorzędna. – Puścił mi oko, po czym wyszedł, zostawiając mnie samą.

Od razu skierowałam się w stronę drzwi prowadzących na sekretne piętro. Dawniej należało do ich ojca, lecz teraz tkwił tutaj przykuty do łóżka Alessio.

Gdy weszłam do pokoju, pielęgniarka i dwaj ochroniarze bez słowa opuścili pomieszczenie.

Podeszłam bliżej. Wyglądał, jakby po prostu spał. Miałam wrażenie, że ten koszmar nigdy się nie wydarzył. Jedynie cienka rurka wystająca z ust oraz aparatura obok przypominały, że to nie sen, tylko rzeczywistość, od której nie mogłam uciec.

Przez pierwsze miesiące wylałam tu morze łez, szukając śladu życia, które znałam. Nie potrafiłam się pogodzić z tym, co się stało. Dlaczego ktoś zaplanował ten brutalny zamach akurat w dniu, który miał być dla nas najważniejszy?

Kula trafiła Ala w ramię, przeszła na wylot i przypadkowo raniła mnie. Uszkodziła jego układ nerwowy, przez co zapadł w śpiączkę.

Powinnam się cieszyć, że przeżył. Jego serce nadal biło, a płuca same wypełniały się powietrzem. Wciąż tu był, nie odszedł. Tak długo sobie powtarzałam, że tylko śpi, aż zaczęłam w to wierzyć. Każdego dnia, gdy tu przychodziłam, karmiłam się nadzieją, że wreszcie otworzy oczy. Uśmiechnie się w ten swój rozbrajający sposób, przyciągnie mnie i powie, że wszystko będzie dobrze.

Przejechałam dłonią po jego szorstkim zaroście.

– Cześć, skarbie – wyszeptałam, po czym pochyliłam się nad nim i musnęłam go delikatnie wargami. Momentalnie zadrżałam, kiedy moje gorące usta zetknęły się z jego chłodnymi. Nie odwzajemnił pocałunku. Zacisnęłam powieki. Nie chciałam płakać. Lekarz kazał mi unikać stresu. Ale jak? Przecież to niewykonalne.

Ponieważ przed ślubem podpisałam dokumenty, które podsunął mi Alessio, stałam się właścicielką wszystkiego, co należało niegdyś do niego. Tego legalnego, jak również nielegalnego.

W sprawach zgodnych z prawem pomagała mi Bella. Zamach stanowił przełom nie tylko dla mnie, lecz także dla niej. Dojrzała i postanowiła iść własną drogą. Ani ja, ani Bazyl nie ingerowaliśmy w jej zamiary. Od teraz sama decydowała o swoim życiu. Nawet matka, której wcześniej nie umiała się przeciwstawić, straciła nad nią władzę.

Świetnie się odnajdywała w prowadzeniu hotelu i winiarni. Doskonale dogadywała się z innymi, do tego miała wrodzony talent organizatorski. Była stworzona do zarządzania personelem i przewodzenia ludziom.

W kwestiach mniej legalnych zaś działał w moim imieniu Bazyl. Lata temu odciął się od mafii i pozornie usunął w cień. Alessio pozwolił mu wrócić, ale jego brat wybrał kucharzenie, bo sprawiało mu ono radość. Podobno największą wtedy, gdy gotował dla mnie.

– Mam dość tego teatrzyku – sapnęłam zrezygnowana.

Wgramoliłam się obok na łóżko, po czym delikatnie się w niego wtuliłam. Przytknęłam ucho do jego klatki piersiowej.

Dopóki biło serce, istniała dla nas nadzieja.

– Nie chcę dłużej udawać, że Bazyl jest moim mężem – poskarżyłam się cicho. Nie miałam pojęcia, czy moje słowa do niego docierają. Podobno osoby w śpiączce słyszą, co do nich mówimy, i pragnęłam się tego trzymać. – Ty nim jesteś. – Delikatnie wodziłam palcem po jego torsie, odrysowując kontur tatuażu kruka. – Wiem, że to dla naszego dobra. Nikt nie może się dowiedzieć, że dziecko jest twoje.

Żal wymieszany z rozpaczą ścisnął mi gardło. Co jeśli Alessio nigdy nie pozna swojego potomka? Wolałam zostawić te obawy ukryte głęboko w głowie. Podobno to, co wypowiadamy na głos, lubi się urzeczywistniać.

Cała ta szopka miała nas chronić, bo nadal nie wiedzieliśmy, kto odpowiada za zamach. Pierwsze podejrzenia padły na Ettorego, lecz nie znaleźliśmy jednoznacznych dowodów. Nie tylko on ostrzył sobie zęby na majątek i interesy Corvonerów. Poszukiwanie prawdy było jak błądzenie we mgle.

Od kiedy stałam się oficjalną częścią tych wydarzeń, postanowiłam pomścić męża.

– Wciąż nie wiemy, gdzie jest twój dziadek – powiedziałam.

Podczas strzelaniny zniknął. Skoro nie znaleziono ciała, istniało przypuszczenie, że żył. Ta nadzieja motywowała mnie do wstawania każdego ranka i mierzenia się ze światem. Kiedy zaś kładłam się spać, ta sama nadzieja dawała mi szansę na lepsze jutro. – Jakby tego było mało, policja znów węszy. Bazyl obiecał się tym zająć.

Jego brat stał się dla mnie podporą. Gdyby nie on, już dawno bym się załamała i poddała.

Przymknęłam ciężkie powieki. Doskwierało mi ogromne zmęczenie.

Zły sen

Lewitowałam nad ziemią lekka jak piórko, jakby grawitacja przestała mnie dotyczyć. Wokół rozciągała się nieskończona biel, łagodna i uspokajająca. Skoczyłam, a moje stopy zanurzyły się w puszystych chmurach. Były miękkie, ciepłe, przesiąknięte znajomym zapachem – jak wspomnienie domu. Uniosłam ramiona, oddychając głęboko. Czułam się wolna, jakbym nareszcie pozbyła się ciężaru wszelkich trosk.

Czy tak właśnie wyglądało niebo?

Gdy przeskoczyłam na następną chmurę, wszystko diametralnie się zmieniło. Nagle zrobiło się ciemno. Nieprzyjemny chłód przeszył całe moje ciało. Objęłam się ramionami. Spojrzałam w dół. Stopy miałam zanurzone w czerwonej cieczy. Chmura, na której wcześniej stałam, teraz przypominała morze krwi.

– Nie! – krzyknęłam, bo coś szarpnęło mnie za kostkę i brutalnie pociągnęło w dół.

Zatapiałam się coraz głębiej, brodziłam w lepkiej, ciepłej cieczy. Szarpałam się, desperacko próbując wyswobodzić ciało z niewidzialnego uścisku, ale to coś okazało się silniejsze. Im zacieklej walczyłam, tym dalej wpadałam, jakby obłok otwierał się i pochłaniał mnie bezlitośnie. Mięśnie zaczęły odmawiać posłuszeństwa. Ręce robiły się ciężkie, oddech rwał się w chaotycznych, płytkich haustach. Coraz głębiej. Coraz ciemniej. Z każdą sekundą traciłam nadzieję, aż w końcu się poddałam. Nie było już ratunku.

I wtedy usłyszałam znajomy głos przebijający się przez mgłę.

– Obudź się…

– Bazyl! Pomóż mi!

Otworzyłam oczy. Siedziałam na jego kolanach w pogrążonym w półmroku pokoju.

– Bazyl… – wyszeptałam, wtulając się w niego i drżąc. Moje oblane potem ciało pamiętało to przerażające uczucie bezsilności. Miałam w głowie obraz krwi i straszliwej siły, która mnie wciągała. – To było…

– Jestem przy tobie – rzekł łagodnie. – To był tylko zły sen, Zoe.

Zanurzyłam palce we włosach Bazyla.

– Dlaczego są mokre? – zapytałam cicho, wsłuchując się w miarowy rytm wystukiwany przez jego serce.

– Dopiero co wziąłem prysznic. Znowu tu zasnęłaś. Miałaś odpoczywać dla dobra dziecka.

– Opowiadałam mu, co się wydarzyło. Musi być na bieżąco – wyjaśniłam już spokojnie. Przychodziłam do tego pokoju codziennie, od kiedy Al został przykuty do łóżka.

– On może nawet cię nie słyszeć.

– Słyszy mnie – odpowiedziałam ze złością, chcąc zejść z kolan Bazyla. Nie pozwolił mi na to.

– Jesteś uparta jak osioł – mruknął, podnosząc się ze mną w swoich ramionach.

Nie opierałam się, gdy położył mnie w pościeli. Przyciągnęłam poduszkę ciążową i wsunęłam sobie między kolana i pod głowę. Nie miałam siły na kłótnie. Dzisiejszy koszmar był męczący i taki realny.

– Położysz się dziś ze mną? – zapytałam błagalnie. – Nie chcę zostać sama.

– Tylko bez numerów – rzucił wesoło, by rozluźnić atmosferę.

Odwróciłam się do niego z uśmiechem, by obserwować, jak zdejmuje koszulkę.

– Bez obaw – zapewniłam, moszcząc się wygodniej. Poczułam, jak materac ugina się pod jego ciężarem.

– Mogłabyś wkładać majtki do snu?

Poruszyłam się niespokojnie, wzdychając, bo musnął ustami mój pośladek.

– Nie lubię spać w bieliźnie. – Poprawiłam spodenki, które za mocno podjechały w górę, ukazując tatuaż kruka. Zrobiłam go niedługo po wypadku, jeszcze zanim dowiedziałam się o ciąży. Szkoda, że Alessio nie mógł go zobaczyć. – Bazyl. – Westchnęłam ostrzegawczo. – Przestań.

– Co mam przestać? – zapytał niewinnie, wsuwając mi dłoń pod górę od piżamy. – Nie robimy nic złego.

Niby miał rację, w końcu każdego dnia głaskał mnie po brzuchu, tylko że teraz leżeliśmy w łóżku. Pierwszy raz mieliśmy razem spać, a takie niedwuznaczne gesty wydawały mi się niewłaściwe.

– A jeśli on się nie obudzi? – wypalił Bazyl, a ja zastygłam w bezruchu.

– Wiesz, że mnie wkurza takie gadanie – warknęłam przez zaciśnięte zęby. – Dlaczego do tego wracasz?

– Bo chyba nie zdajesz sobie sprawy z takiej ewentualności.

Odepchnęłam jego dłoń i poprawiłam piżamę.

– Jest w śpiączce od pięciu miesięcy – dodał. – Im dłużej to trwa, tym gorzej dla niego. Wszystko może się stać. Chcę, żebyś była tego świadoma. Martwię się o was.

– Myślę o tym nieustannie – syknęłam, zaciskając dłonie w pięści. – Za dnia walczę ze strachem, że Alessio już się nie obudzi, a w nocy nawiedzają mnie związane z tym koszmary, takie jak dziś.

Zawisła między nami gęsta cisza, jakby powietrze nagle stało się cięższe. Przymknęłam powieki, chcąc odgonić ponure wizje. On musi się obudzić.

Bazyl westchnął cicho za moimi plecami. Po chwili położył mi dłoń na biodrze.

– Przepraszam – odezwał się skruszony. – Po prostu boję się, że jeśli się nie obudzi, ty tego nie udźwigniesz.

Nie odpowiedziałam od razu. Najpierw przełknęłam gulę goryczy zalegającą w gardle.

– On się obudzi – zapewniłam po raz nie wiem który. Tym razem nie podważył moich słów.

– Spróbuj zasnąć. – Objął mnie ramieniem, by dodać mi otuchy w nowej rzeczywistości, w której oboje tkwiliśmy. – Dobranoc. – Oparł brodę o czubek mojej głowy i zaczął leniwie głaskać po plecach.

Napięcie i lęk stopniowo ustępowały miejsca senności. Pozwoliłam sobie uwierzyć, że wszystko może jeszcze być tak piękne jak dawniej.

– Bazyl! – zawołałam, podchodząc do łóżka. Leżał na boku, tyłem do mnie. Rąbek białej pościeli zakrywał jego nagie pośladki. – Bazyl! – powtórzyłam głośniej.

Odpowiedziała mi głucha cisza.

Położyłam dłoń na odkrytych plecach. Skóra była lodowata. Cofnęłam rękę, jakbym się sparzyła, lecz po chwili znów go dotknęłam. Potrząsnęłam nim lekko, ale nie zareagował.

– Bazyl… – jęknęłam desperacko, szarpiąc go za ramię. Ciało przewróciło się bezwładnie na plecy.

Odskoczyłam od niego z piskiem, zobaczywszy pokryte krwią twarz i poduszkę. Ciszę przeszyło krakanie kruków. Spojrzałam w górę. Krążyło nade mną stado ptaków. Upadłam na kolana, próbując osłonić głowę, bo jeden z nich postanowił mnie zaatakować.

Ocknęłam się gwałtownie. Leżałam w swoim łóżku otoczona ciemnością. Odrzuciłam poduszkę, po czym spojrzałam za siebie.

– Bazyl! – Z moich ust wydobyło się coś na kształt pisku, gdy zobaczyłam puste miejsce.

Zsunęłam się z materaca i dotarłam na drżących nogach do sypialni męża. Znajdowała się tuż obok mojej, dzieliły nas jedynie drzwi.

Ujrzałam go leżącego pod kołdrą, dokładnie jak w tamtym śnie. Czułam paniczny lęk przed wypowiedzeniem jego imienia.

– Zoe? – Odwrócił się, jakby wyczuł, że jestem w pobliżu. Kiedy zobaczył, że stoję w drzwiach, wyskoczył spod pościeli jak oparzony. – Źle się czujesz? – Złapał mnie w pasie. – Jesteś blada jak ściana. Coś cię boli?

Nie mogłam wydobyć z siebie ani słowa.

– Powiedz coś. – Pogłaskał czule mój policzek. – Wezwać lekarza?

– Nie trzeba… – wydusiłam wreszcie. – Miałam koszmar.

– Skarbie. – Przytulił mnie. – Ostatnio nawiedzają cię coraz częściej.

– Dlaczego nie spałeś ze mną? – zapytałam z wyrzutem.

– Strasznie się wierciłaś. – Pocałował moją głowę. – Chciałem, żebyś się wyspała.

– Nie zostawiaj mnie więcej samej – załkałam, dygocząc.

Nadal przeżywałam ten sen. Strach przed samotnością, który mnie w nim ogarnął, był przytłaczający, niemal namacalny.

– Nie zostawię. Zawsze będę przy was.

***

Drzwi windy rozsunęły się z cichym szumem. Zamarłam, ale tylko na moment, bo zaraz rzuciłam się do przodu.

– Co ty robisz?! – krzyknęłam, pędząc w stronę łóżka Alessia, gdzie jego szalony ojciec dusił go poduszką. – Natychmiast przestań!

Szarpałam Mattea za ramię, próbując odciągnąć go od syna. Nagle poczułam piekący ból. Trafił mnie łokciem prosto w twarz. Zamroczona upadłam na podłogę.

– Tato! – Pełen przerażenia głos Bazyla przedarł się przez szum w głowie. Chłopak doskoczył do ojca.

To miał być piękny dzień. Wstałam we względnie dobrym humorze pomimo okropnej nocy i starałam się odgonić złe myśli. Przespałam resztę nocy u boku Bazyla, czując się bezpiecznie, tymczasem jego staruszek postanowił to wszystko zrujnować.

– Co w ciebie wstąpiło?! – wrzasnął Bazyl z niedowierzaniem.

Matteo nadal był w amoku. Jego oczy wydawały się puste, nieobecne.

Z trudem się podniosłam i podeszłam do łóżka.

– Kochanie… – Drżałam od nadmiaru emocji. – Już dobrze. – Oparłam czoło o jego klatkę piersiową. Cieszyłam się, że przyszliśmy na czas. Nawet nie chciałam się zastanawiać, co mogłoby się wydarzyć, gdybyśmy dotarli minutę później. – Gdzie lekarz? – spytałam rozemocjonowana, rozglądając się po pomieszczeniu. – Gdzie pielęgniarka i ochrona? – Byłam bliska furii. – Gdzie są wszyscy?!

– Pozwólcie mi dokończyć to, co zacząłem – przemówił niespodziewanie Matteo. – Zostawcie mnie! – Starał się wyrwać z uścisku syna.

– Ogarnij się! – Bazyl usiłował go uspokoić.

Stary Corvonero nie dawał za wygraną.

– Muszę dokończyć to, co zacząłem! – wrzasnął ogarnięty obłędem. Nie miałam wątpliwości, on naprawdę był szalony.

Winda znowu się otworzyła i wyszedł z niej Kamil.

– Co się stało? Gdzie reszta? – Zdezorientowany patrzył na naszą trójkę.

– To ja pytam: gdzie oni, do cholery, są? – Podniosłam głos, podczas gdy Matteo powtarzał swoje słowa jak mantrę. – Gdzie twoi ludzie? Za co im płacę? Mieli tu być dwadzieścia cztery godziny na dobę! Dopóki nie rozkażę, mają nie odstępować mojego męża na krok! Czy to jest jasne?

– Oczywiście – odpowiedział szybko, wyciągając z kieszeni krótkofalówkę. – Zaraz się dowiem, gdzie i dlaczego poszli.

– Zabiję cię! – Wycelowałam palec w stronę teścia. – Rozumiesz? – Zmniejszyłam odległość między nami.

– Nie denerwuj się – łagodził sytuację Bazyl. – Zabiorę go stąd – obiecał, kierując się z ojcem do windy.

Naprawdę miałam ochotę zabić tego podłego starucha.

Jak się później okazało, Matteo poprosił lekarza, pielęgniarkę i ochronę o chwilę sam na sam ze starszym synem. Choć mężczyzna był niezrównoważony psychicznie, nikt się nie spodziewał takiego obrotu spraw. W końcu Alessio trwał przy ojcu wtedy, kiedy on sam tu przebywał.

Rozemocjonowana zjechałam na parter. Minęłam Bellę przy drzwiach prowadzących do oranżerii. Teść siedział na wózku inwalidzkim obok fontanny i relaksował się, słuchając szumu wody, co jeszcze bardziej mnie rozjuszyło. Nie wiem, skąd znalazłam w sobie tyle siły, żeby zrzucić go na ziemię.

– Dobrze się czujesz? – Zmierzył mnie surowym wzrokiem, zbierając się z posadzki.

– Masz czelność pytać, czy dobrze się czuję, po tym, co zamierzałeś? – Wskazałam na siebie palcem. Jego kpiący uśmiech doprowadzał mnie do furii. – Przysięgam, oddam cię do wariatkowa, gdzie twoje miejsce. Już dawno powinnam była to zrobić. Jakim człowiekiem trzeba być, żeby chcieć zabić własnego syna? On tyle dla ciebie poświęcił, podczas gdy ty siedziałeś sobie w spokoju, na górze. Jesteś chory!

– No jestem – odparł ze stoickim spokojem, jeszcze bardziej nakręcając moją złość.

– Ta twoja choroba nie istnieje, rozumiesz?! Jest wyimaginowana!

Zaczęłam go okładać pięściami. Nie wyrządzałam mu realnej krzywdy, lecz wiedziałam, jak bardzo nie lubił dotyku innych osób. Tak naprawdę dopiero od niedawna przebywał na zewnątrz. Bazyl poniekąd go do tego zmusił. Matteo postawił jeden warunek: nikt nie mógł się do niego zbliżać. Obydwoje zgodnie stwierdziliśmy, że choroba teścia to jedynie wymysł. Żaden lekarz nie potrafił stwierdzić, co mu jest. Może dlatego, że nic mu nie było i dręczyła go tylko skrzywiona wyobraźnia. Dopóki nie sprawiał problemów, miałam to gdzieś, bylebyśmy nie wchodzili sobie wzajemnie w drogę. Dziś jednak przekroczył granicę.

– Zostaw mnie! Zostaw! – Machał rękami, mimo to nie ustępowałam.

– Będę robić, co mi się podoba. – Uśmiechnęłam się perfidnie.

– Wystarczy. – Bazyl zamknął mnie w ramionach.

– Zabierz ode mnie tę żmiję! – wrzasnął staruszek jak bezbronne dziecko.

– To ty zostaniesz zabrany! – wykrzyczałam mu w twarz. – Nie chcę cię tu więcej widzieć! Masz kategoryczny zakaz zbliżania się do mnie i Alessia!

Matteo uniósł wzrok i uśmiechnął się kpiąco.

– To mój syn – powiedział tak, jakby nic się nie stało. – Nie możesz mi zabronić odwiedzania go.

– Chcesz się założyć? Kamil!

Gdy ochroniarz się pojawił, kazałam mu zabrać teścia jak najdalej od siebie. Jeszcze nie wiedziałam, co z nim zrobię.

– Dom wariatów – skomentowała pod nosem Bella. Spojrzałam na nią. – Masz rozciętą wargę. – Wskazała palcem na usta. Przejechałam językiem po swoich i poczułam metaliczny smak. – Potrzebujesz pomocy?

– Nie. Puść mnie, Bazyl.

Wyswobodziłam się, skierowałam do gabinetu i poszłam prosto do windy, by wrócić na górę. Poprosiłam ochronę o zostawienie mnie samej z Alessiem. Usiadłam na krześle koło niego, po czym chwyciłam go za rękę. Czule gładziłam kciukiem wierzch jego dłoni.

– Kochanie, przepraszam. Miałam ci zapewnić bezpieczeństwo, tymczasem twój własny ojciec chciał cię skrzywdzić. Jak mogłam do tego dopuścić? – wyszeptałam z zaciśniętym gardłem.

– To nie twoja wina.

Zerknęłam przez ramię i zobaczyłam Bazyla.

– Musimy coś zrobić z Matteem – zaczęłam. Miałam świadomość, że ta rozmowa nie będzie łatwa, lecz postanowiłam jej nie odkładać.

Bazyl kiwnął lekko głową, przysunął sobie krzesło i usiadł.

– Co proponujesz? – Położył ramię na oparciu za mną, a ja splotłam nasze palce.

– On musi zniknąć z tego domu. Nie ma tu miejsca dla nas dwojga. Nie po tym, co dziś odwalił.

Przez chwilę milczał, wpatrując się w nieokreślony punkt na ścianie.

– Mimo wszystko to mój ojciec i twój teść – rzekł ostrożnie. – Dom jest duży, jakoś zorganizujemy przestrzeń.

– Przez cały czas będę się bała, że tu przyjdzie i dokończy to, co zaczął.

– Nie dokończy. Podwoimy ochronę, nikt oprócz nas nie będzie miał prawa tu wejść.

Wzmocniłam uścisk na dłoni męża.

– Dlaczego próbował zrobić coś tak okropnego? – Spojrzałam na niego.

– Wiem, jak to zabrzmi, ale chciał mu pomóc.

– Pomóc? On go dusił, nie reanimował.

– Wiem. – Kiwnął głową zrezygnowany. – Chciał skrócić mu cierpienie. Nie mógł oglądać syna w takim stanie.

Ja też z trudem patrzyłam na Alessia, nie pragnęłam jednak jego śmierci. Trzymała mnie przy życiu nadzieja.