Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
233 osoby interesują się tą książką
Zamiana miejsc miała być tylko chwilowa. Teraz przypomina wyrok.
Madison chciała jedynie odkryć prawdę o śmierci siostry. Zamiast tego trafiła do miejsca, z którego nie ma ucieczki – do świata, gdzie każdy błąd może pozbawić wolności, a każdy sekret może zabić.
Uwięziona, odcięta od Ryana i przyjaciół, walczy nie tylko o przetrwanie, lecz także o to, by nie postradać zmysłów. Wie jedno: jej ojciec nie cofnie się przed niczym, by ukryć swoje winy.
Tu nie ma już miejsca na łzy ani słabość. Madison nie chce być ofiarą. Pragnie sprawiedliwości. Bo gdy odbiorą ci wszystko, co kochasz – zostaje tylko gniew. A ona w końcu nauczyła się, jak z niego korzystać.
Trzeci tom bestsellerowej serii o kłamstwach, zemście i miłości, która potrafi przetrwać nawet szaleństwo.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 508
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: Mad Love
Redaktorka inicjująca: Agnieszka Mazurkiewicz
Tłumaczenie: Ewa Rosa
Redakcja: Olga Gorczyca-Popławska
Korekta: Kamila Recław
Konsultacja językowa: Izabela Wiechnik
Projekt okładki: Eliza Luty
Opracowanie graficzne i skład: Elżbieta Wastkowska
Redaktor prowadzący: Marcin Kicki
Producent: Agora Książka i Muzyka sp. z o.o.
ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa
www.wydawnictwoagora.pl
Copyright © by Hannah McBride, 2022
Copyright for the Polish translation © by Ewa Rosa, 2026
Copyright for this edition © by Agora Książka i Muzyka sp. z o.o., 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)
Niniejsza publikacja jest chroniona prawem autorskim. Publikacja może być zwielokrotniona i wykorzystywana wyłączenie w zakresie dozwolonym przez prawo lub umowę zawartą z Wydawcą. Zwielokrotnianie i wykorzystywanie treści publikacji w jakiejkolwiek formie do eksploracji tekstów i danych (text and data mining) lub do trenowania modeli sztucznej inteligencji, bez uprzedniej, wyraźnej zgody Wydawcy jest zabronione.
Warszawa 2026
ISBN: 978-83-8380-315-9
Wydanie pierwsze
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Szanujmy cudzą własność i prawo!
Polska Izba Książki
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej
Od autorki
Rozdział pierwszy. Ryan
Rozdział drugi. Ryan
Rozdział trzeci. Ryan
Rozdział czwarty. Ryan
Rozdział piąty. Maddie
Rozdział szósty. Ryan
Rozdział siódmy. Ryan
Rozdział ósmy. Maddie
Rozdział dziewiąty. Ryan
Rozdział dziesiąty. Maddie
Rozdział jedenasty. Maddie
Rozdział dwunasty. Ryan
Rozdział trzynasty. Ryan
Rozdział czternasty. Maddie
Rozdział piętnasty. Maddie
Rozdział szesnasty. Maddie
Rozdział siedemnasty. Maddie
Rozdział osiemnasty. Ryan
Rozdział dziewiętnasty. Ryan
Rozdział dwudziesty. Maddie
Rozdział dwudziesty pierwszy. Maddie
Rozdział dwudziesty drugi. Maddie
Rozdział dwudziesty trzeci. Maddie
Rozdział dwudziesty czwarty. Ryan
Rozdział dwudziesty piąty. Ryan
Rozdział dwudziesty szósty. Maddie
Rozdział dwudziesty siódmy. Maddie
Rozdział dwudziesty ósmy. Maddie
Rozdział dwudziesty dziewiąty. Ryan
Rozdział trzydziesty. Maddie
Rozdział trzydziesty pierwszy. Maddie
Rozdział trzydziesty drugi. Maddie
Rozdział trzydziesty trzeci. Maddie
Rozdział trzydziesty czwarty. Maddie
Rozdział trzydziesty piąty. Maddie
Rozdział trzydziesty szósty. Ryan
Rozdział trzydziesty siódmy. Maddie
Rozdział trzydziesty ósmy. Maddie
Rozdział trzydziesty dziewiąty. Maddie
Rozdział czterdziesty. Ryan
Rozdział czterdziesty pierwszy. Maddie
Rozdział czterdziesty drugi. Maddie
Rozdział czterdziesty trzeci. Ryan
Rozdział czterdziesty czwarty. Maddie
Rozdział czterdziesty piąty. Ryan
Rozdział czterdziesty szósty. Maddie
Rozdział czterdziesty siódmy. Maddie
Rozdział czterdziesty ósmy. Maddie
Rozdział czterdziesty dziewiąty. Maddie
Rozdział pięćdziesiąty. Maddie
Rozdział pięćdziesiąty pierwszy. Ryan
Rozdział pięćdziesiąty drugi. Maddie
Rozdział pięćdziesiąty trzeci. Maddie
Rozdział pięćdziesiąty czwarty. Maddie
Rozdział pięćdziesiąty piąty. Maddie
Rozdział pięćdziesiąty szósty. Maddie
Rozdział pięćdziesiąty siódmy. Ryan
Rozdział pięćdziesiąty ósmy. Maddie
Rozdział pięćdziesiąty dziewiąty. Maddie
Rozdział sześćdziesiąty. Maddie
Rozdział sześćdziesiąty pierwszy. Maddie
Rozdział sześćdziesiąty drugi. Maddie
Rozdział sześćdziesiąty trzeci. Maddie
Rozdział sześćdziesiąty czwarty. Maddie
Rozdział sześćdziesiąty piąty. Maddie
Rozdział sześćdziesiąty szósty. Maddie
Rozdział sześćdziesiąty siódmy. Maddie
Epilog. Maddie
Podziękowania
Dla Sherry
Hej, przyjaciółko!
Jeśli to czytasz, BARDZO CI DZIĘKUJĘ! To ostatnia książka z cyklu o Ryanie i Maddie, więc jestem pewna, że nie muszę cię ostrzegać przed potencjalnymi niepokojącymi treściami, które mogłyby wzbudzić twoje negatywne emocje.
I jak zawsze, jeśli należysz do mojej wspaniałej rodziny... po prostu tego nie czytaj, okej? Albo okłam mnie i powiedz, że nie czytałaś.
Domagam się prawnika – rzuciłem, przeciągając samogłoski.
Zabębniłem palcami o krawędź metalowego stołu i spojrzałem na policjanta, który właśnie wszedł do pokoju przesłuchań. Miał co najmniej pięćdziesiąt lat, rzednące, przetłuszczone siwe włosy i kałdun świadczący o tym, że przywykł do uganiania się raczej za pączkami i kawą niż za przestępcami. Na zaśniedziałej plakietce przypiętej byle jak do jego piersi widniało nazwisko BURKE.
Spędziłem już czterdzieści godzin w celi na komisariacie i miałem tego, kurwa, dość. Policjanci prężyli te swoje małe muskuły i próbowali mi udowodnić, że mogą mnie tu trzymać przez pełne dwie doby, zanim zostanę oficjalnie oskarżony o to bzdurne przestępstwo.
Okej, może nie do końca bzdurne, jako że zdecydowanie przyczyniłem się do śmierci Adama Kindella, ale oni nie mogli o tym wiedzieć. Nie istniały na to żadne dowody, bo moja ekipa nie popełniała błędów.
Funkcjonariusz Burke oparł się o ścianę i posłał mi drwiący uśmieszek, jakby sprawował tutaj władzę absolutną.
– Pomyślałem, że pewnie ucieszy cię wiadomość, że przenosisz się do aresztu tymczasowego.
Wyszczerzyłem zęby w uśmiechu i napiąłem ramiona, przez co przypadkiem szarpnąłem metalowymi kajdankami, którymi byłem przykuty do stołu. Dłonie zaczęły mi drętwieć ponad godzinę temu, ale nie zamierzałem pokazać temu dupkowi, że cierpię. Poza tym wolałem pokój przesłuchań od celi dzielonej z sześcioma innymi kolesiami.
– Fantastycznie. Kiedy przyjedzie moja bryka?
Ściągnął krzaczaste drzwi.
– Nie wrócisz do domu dziś wieczorem.
– Tak, pojąłem to, gdy wspomniałeś o areszcie – wypowiadałem powoli słowa, jakbym rozmawiał z debilem.
Ale tętno mi przyspieszyło. Kurwa. Powinienem szukać Maddie, a nie siedzieć w pieprzonej ciupie.
– Śmierdzi tu rzygami i rybą – dodałem. – Serio, nie macie w budżecie kasy na odświeżacz powietrza? Z radością kupię kilka puszek, jeśli was na to nie stać.
To pomieszczenie naprawdę, kurwa, cuchnęło, a byłem przecież przyzwyczajony do szatni śmierdzących potem. Wolałem to jednak niż smród szczyn, gówna i niemytych ciał w celi, w której spędziłem niemal dwa dni.
Pulchne policzki gliniarza poczerwieniały.
– Pieprzony bogaty kutas. Myślisz, że pieniądze tatusia wszystko załatwią?
Uniosłem palec.
– O nie, nie. Zapłacę za to z własnej kieszeni. – Omiotłem wzrokiem jego znoszony workowaty mundur i brudne buty. – Do licha, nawet dorzucę trochę ekstra, żeby mógł pan sobie kupić dopasowane ciuchy, funkcjonariuszu Burke. No, chyba że woli pan wyglądać jak namiot cyrkowy...
Wygiąłem usta w paskudnym uśmiechu, gdy zobaczyłem, jak jego twarz pokrywa się czerwonymi cętkami.
Z warknięciem okrążył stół, złapał mnie za przód koszuli i poderwał z krzesła. Kajdanki wpiły się mocniej w moje nadgarstki, do końca odcinając dopływ krwi do palców, ale pozwoliłem na to w nadziei, że policjant mnie uderzy. Chętnie zniósłbym lanie, gdyby to oznaczało, że będę mógł opuścić ten posterunek z kilkoma siniakami i zająć się szukaniem Maddie.
Poza tym nie było mowy o tym, by zdołał mnie uderzyć mocniej niż Court albo Royal, a oni nie raz dali mi po gębie w minionych latach.
Uśmiechnąłem się złośliwie do funkcjonariusza, po czym zmarszczyłem nos i odwróciłem twarz.
– Wie pan co? Postawię panu również butelkę płynu do płukania ust.
Policjant ryknął i zacisnął dłoń w pięść, a ja się, kurwa, uśmiechnąłem.
„Zrób to, dupku”.
Wiedziałem, że jeśli mnie uderzy, wyjdę stąd, zanim mój prawnik zdąży wypowiedzieć frazę „brutalne zachowanie policji”.
Drzwi do pokoju przesłuchań otworzyły się z impetem.
– Burke! – warknął mężczyzna, który stanął w progu. – Idź się przejść!
Policjant uśmiechnął się do mnie szyderczo i popchnął mnie na krzesło z taką siłą, że zakołysało się na tylnych nogach. Westchnąłem i przewróciłem oczami. Gdyby stracił panowanie nad sobą chociaż na sekundę, wręczyłby mi bilet na wolność.
No cóż.
Uśmiechnąłem się ironicznie i nawet zdołałem do niego pomachać.
– Do zobaczenia później, Burke.
Spiorunował mnie wzrokiem, jakby próbował napędzić mi stracha, i wypadł z pokoju.
Mężczyzna, który wszedł do środka, wyglądał na kogoś ważniejszego od zwykłego krawężnika. Miał nażelowane włosy, trzyczęściowy garnitur i mokasyny, które naprawdę lśniły.
Spojrzałem mu w oczy.
– FBI?
Posłał mi bezbarwny uśmiech.
– Agent Paulson. Mogę usiąść?
– Ależ proszę bardzo. – Rozejrzałem się po surowej przestrzeni, ścianach z pustaków, poodpryskiwanych płytkach na podłodze i podejrzanej plamie w kącie w pobliżu drzwi. – Zaoferowałbym panu drinka, ale mój lokaj ma dziś wychodne.
– Do licha – mruknął i usiadł z westchnieniem. – A marzyłem o wódce z tonikiem.
Uśmiechnąłem się szerzej.
– Dziwne. Jeszcze nigdy nie spotkałem agenta federalnego z poczuciem humoru.
Cmoknął cicho z dezaprobatą.
– Za to ja spotkałem wielu bogatych smarkaczy, którzy myślą, że wystarczy wypisać czek, by pobyć się problemu. Ale przyszedłem tutaj, by udzielić ci przyjacielskiej rady.
Uniosłem brew.
– Czyżby?
To powinno być zabawne. Ten koleś nie miał pieprzonego pojęcia, kim jestem.
Agent splótł dłonie i pochylił się ku mnie, jakby dzielił się ze mną pikantnym sekretem.
– Nie sądzę, abyś to ty zabił Adama Kindella.
Szczęka mi opadła w udawanym szoku.
– Naprawdę? Przybył pan tutaj, żeby mnie uratować, Agencie Dupek?
Skrzywił się w reakcji na moje zachowanie.
– Myślę, że twój teść się wkurwił, że zbezcześciłeś jego piękny, mały kwiatuszek, i postanowił cię wrobić. Nie żebym ci się dziwił... Widziałem jej zdjęcie.
Zmrużyłem oczy.
Przechylił głowę na bok.
– Madelaine, zgadza się? Przepiękna blondynka o wielkich niebieskich oczach i nogach...
– Zmierzasz, kurwa, do czegoś? – warknąłem.
Mógłbym udawać obojętność i znudzenie w obecności tych kutasów przez cały dzień, ale wystarczyła jedna wzmianka o Maddie, żebym zamienił się we wściekłego psa próbującego się zerwać ze smyczy.
– Zmierzam do tego, że chcę ci zaproponować układ – mruknął agent Paulson, wciąż poufnym tonem, jakbyśmy byli kumplami. – Śledzę interesy twojego ojca od lat. SEC...
– SEC nie ma nic na mojego ojca ani na Cain Industries – wycedziłem.
To nie była dla mnie nowość; Komisja Papierów Wartościowych i Giełd nieustannie polowała na grube ryby w sektorze finansowym, a Cain Industries było pieprzonym wielorybem. Ale nie mogli nic na nas znaleźć, bo CI było chyba jedynym biznesem, którego mojemu ojcu nie udało się zniszczyć rozmaitymi przekrętami i korupcją. A to tylko dlatego, że zarząd cały czas patrzył mu na ręce. Trudno łamać prawo, gdy dziesięciu białych staruchów liczy każdego centa wpływającego do firmy i z niej wypływającego.
– Jeszcze nie – przyznał agent Paulson. – Ale z twoją pomocą...
– Chcesz, żebym doniósł na ojca? Na firmę, której dyrektorem generalnym właśnie zostałem? – prychnąłem i pokręciłem głową.
Ostatnie, co zamierzałem zrobić, to doprowadzić do tego, by mój ojciec wylądował na dziesięć albo piętnaście lat w więzieniu federalnym dla białych kołnierzyków, z dostępem do prywatnego kucharza i pieprzonego pola golfowego.
Nie, ja chciałem, żeby Beckett Cain zapłacił krwią za to, co zrobił, a potem planowałem poddać jego szczątki kremacji i spuścić z wodą w urynale przydrożnego zajazdu dla kierowców ciężarówek. Bo właśnie na to zasłużył.
Zerkałem na zegar wiszący za plecami Paulsona.
– Jestem tu od niemal dwóch dni. Gdzie jest mój cholerny prawnik?
Agent zerknął na swoją podróbkę rolexa.
– Hm. Chyba coś go zatrzymało.
Powolny uśmiech wypłynął mi na twarz.
– Wiesz, kim jestem, prawda? Naprawdę uważasz, że to gówno ujdzie wam na sucho? Zarzuty są bezpodstawne, sam to potwierdziłeś. Moi prawnicy będą mieli używanie, gdy już wasi ludzie przestaną ich zwodzić.
Agent zacisnął usta.
– Hej, ja pracuję dla rządu federalnego. Jeśli ty pomożesz mnie, może ja będę w stanie zrobić coś dla ciebie w sprawie zarzutów stanowych, ale...
– Jasne. – Pokiwałem głową. – Cóż, nie powiem ani słowa bez obecności prawnika, więc zarówno ty, jak i LAPD możecie zwalić sobie konia.
Ściągnął brwi ze zirytowaną miną. Wyglądał, jakby cierpiał na zaparcie.
– Panie Cain, nie sądzę, by pan rozumiał...
– A ja myślę, że to ty nie rozumiesz, Agencie z Gównem Zamiast Mózgu – warknąłem. – Odpieprz się ode mnie, okej? I wpuść tutaj mojego cholernego prawnika, zanim załatwimy was wszystkich pozwem o nękanie, który sprawi, że jeszcze twoje wnuki będą musiały obciągać na rogu ulicy, żeby zarobić na czynsz.
Agent Paulson przyjrzał mi się chłodno, po czym wstał i poprawił rękawy marynarki.
– Popełniasz błąd.
– A jednak gówno mnie to obchodzi. – Pochyliłem się ku niemu z błyskiem w oczach. – Domagam się prawnika, dupku.
Posłał mi blady uśmiech.
– Jasna sprawa, panie Cain. Zaraz się do tego zabierzemy.
Kipiałem ze złości, patrząc, jak opuszcza pokój przesłuchań. Zacisnąłem dłonie w pięści i zanim zdołałem się powstrzymać, szarpnąłem kajdanki. Metal wpił mi się w posiniaczone nadgarstki, ale miałem to gdzieś.
Odgrywanie rozpuszczonego dupka to było dla mnie chleb powszedni. Trenowałem do tej roli całe życie, ale to była maska, która z każdą chwilą pękała coraz bardziej.
Potrafiłem myśleć tylko o Maddie.
O tym, jak powoli mrugała, rozglądając się nieprzytomnie po sali sądowej.
Jak wprowadzono ją na wózku inwalidzkim, bezwładną i milczącą.
Wiedziałem, jak wygląda kobieta odurzona narkotykami, i piekielny gniew zawrzał w mojej krwi, gdy zobaczyłem ją w takim stanie.
Ale to było nic w porównaniu z bezradnością, jaką czułem teraz. Nie mogłem do niej dotrzeć, żeby ją uratować.
Pochyliłem głowę i wziąłem głęboki wdech, próbując zachować cierpliwość.
I, kurwa, poniosłem porażkę.
Nie żebym był zaskoczony; ostatnimi czasy porażka stała się moją bliską przyjaciółką.
I nienawidziłem tej suki.
Minęły kolejne dwie godziny, zanim dopuszczono do mnie prawników. To znaczy prawnika mojego dziadka oraz Courta. Ledwie drzwi się za nimi zamknęły, a wbiłem spojrzenie w jednego z moich najstarszych przyjaciół.
– Gdzie ona jest? – zażądałem odpowiedzi, gdy tylko zajął miejsce po drugiej stronie stołu.
Court się skrzywił.
– Nie wiemy.
Panika przeszyła moją pierś niczym szpikulec do lodu.
– Co to, kurwa, znaczy? Minęły dwa pieprzone dni!
Przeczesał włosy dłonią.
– To znaczy, że Gary wszystko zaplanował. Podczas gdy my byliśmy skupieni na twoim aresztowaniu, wyprowadził Maddie bocznymi drzwiami i wywiózł stamtąd nieoznakowanym samochodem.
– I Ash nie potrafi go wyśledzić? – Popatrzyłem na przyjaciela z niedowierzaniem.
Ash umiał zhakować niemal każdy system, a w budynku sądu musiało być przecież mnóstwo kamer monitoringu. W środku i na zewnątrz. Jak trudno było zauważyć niemal nieprzytomną kobietę wpychaną do auta?
– Nagrania zostały wymazane – wyjaśnił Court. – Ash skorzystał z materiałów zarejestrowanych przez kamery należące do banku po drugiej stronie ulicy i udało mu się ustalić, że zabrali ją czarną toyotą camry. To najpopularniejszy samochód w kraju, człowieku. A jakby tego było mało, tak się złożyło, że w ciągu dziesięciu minut parking sądu opuściło aż dwadzieścia sześć takich aut.
– Kurwa. – Uderzyłem pięścią w stół i kajdanki wpiły mi się głębiej w nadgarstki. – Wytropcie każde z nich. Chcę wiedzieć...
– Ry... – przerwał mi. – Robimy to, stary. Ale to trochę potrwa. Kto wie, jak długo Gary planował to gówno.
Przeniosłem wzrok na prawnika, człowieka nazwiskiem Clover, którego znałem od dziecka. Linus był zaledwie kilka lat młodszy od mojego dziadka i uchodził za jednego z najlepszych specjalistów w całym stanie. A do tego mogłem liczyć na jego lojalność, bo nienawidził mojego ojca.
– Kiedy możesz mnie stąd wydostać? – zapytałem.
– Dowody, które zgromadzili przeciwko tobie, są marne – odparł, kręcąc głową. – Niestety, ponieważ to rok wyborów, władze stanu chcą pokazać, że nikt nie stoi ponad prawem. Już złożyłem skargę do sądu, bo pogwałcono twoje prawo do porady prawnej i nie przestrzegano stosownych procedur.
Niski warkot wyrwał się z mojej piersi.
– Nie obchodzą mnie skargi. Muszę się stąd wydostać i znaleźć żonę.
Court i Linus wymienili skrępowane spojrzenia.
– O co chodzi? – zapytałem.
Linus odchrząknął.
– Gary Cabot złożył do sądu wniosek o unieważnienie waszego małżeństwa. Psycholożka, która badała Maddie, podpisała pod przysięgą oświadczenie, w którym stwierdziła, że Maddie najprawdopodobniej została zmuszona do poślubienia ciebie.
Krew się we mnie zagotowała i spojrzałem na Courta.
– Znajdź Gary’ego. Chcę, żeby...
Linus uniósł dłoń.
– Muszę poprosić, abyście powstrzymali się od snucia jakichkolwiek... planów w mojej obecności. Mimo wszystko jestem urzędnikiem sądowym i mam obowiązek zgłaszać pewne rzeczy...
I właśnie dlatego Linusa nie dało się przekupić. Był po prostu dobrym człowiekiem. Gówno go obchodziły pieniądze, łapówki albo szantaż. Zawsze postępował słusznie.
To była cudowna cecha, jeśli tylko nie przeszkadzała mi w planowaniu zamordowania teścia.
– Ry, zajmujemy się tym – zapewnił Court i podtrzymał moje spojrzenie.
Zrozumiałem, że moi przyjaciele naprawdę robią, co mogą, ale to nie zmieniało faktu, że ból przeszywał moją pierś na myśl o tym, jak bardzo zawiodłem Maddie.
– Nie mogę jej stracić – wyszeptałem łamiącym się głosem, na moment ujawniając emocje, które mną targały, zanim znowu zdusiłem je w sobie.
– Nikt z nas nie może – odparł Court. – Maddie jest jedną z nas. Wiesz, że ją znajdziemy.
Pokiwałem głową i znowu popatrzyłem na Linusa.
– Więc co się teraz wydarzy?
Staruszek się skrzywił.
– Teraz trafisz do aresztu tymczasowego. Jest piątek wieczorem i sądy będą zamknięte przez weekend. Rozprawa o wyjście za poręczeniem majątkowym odbędzie się w poniedziałek z samego rana, ale dwa najbliższe dni będziesz musiał spędzić w celi.
Prychnąłem i odchyliłem się na krześle, zadzierając głowę, by spojrzeć na poplamiony podwieszany sufit.
– Po prostu, kurwa, świetnie. – Przeniosłem wzrok z powrotem na prawnika. – Jakie w ogóle dowody mają przeciwko mnie?
Linus ściągnął brwi.
– Znaleźli świadka, który twierdzi, że ktoś widział, jak majstrujesz przy aucie Adama Kindella. Najwyraźniej jego samochód był widziany na terenie Pacific Cross kilka godzin przed wypadkiem.
– Nie tknąłem jego auta – wycedziłem.
To była prawda; to Linc pogrzebał w silniku i zamontował tam przekaźnik zaprojektowany przez Asha, dzięki któremu można było zyskać zdalny dostęp do systemu elektrycznego za pomocą apki na telefonie. W tym czasie ja byłem z Maddie i wspierałem ją po tym, jak Kindell ją obmacał i wystraszył.
– Kindell był zboczeńcem – warknąłem. – Ten obleśny chuj pojawił się na kampusie tylko po to, żeby napastować Maddie.
Linus uniósł brwi.
– Czy zgłosiła sprawę na policję?
Zacisnąłem zęby.
– Nie.
Nawet nie zasugerowałem, żeby to zrobiła, bo wiedziałem, że sam to załatwię.
– Istnieją te stare nagrania – przypomniał Court.
– Jakie nagrania? – zapytał Linus.
Westchnąłem i wykonałem kilka krążeń głową, aż strzeliło mi w karku.
– Adam Kindell wykorzystywał seksualnie Maddie, to znaczy Madelaine, od kiedy miała trzynaście lat. Zakradał się do jej pokoju nocami.
Linus wyglądał, jakby zrobiło mu się niedobrze.
– Mój Boże.
– Gary o tym wiedział – dodałem. – Więc jeśli sąd uważa, że Maddie naprawdę będzie bezpieczniejsza właśnie pod jego opieką...
– Powiedziałeś, że istnieją nagrania? Macie na to dowody? – Linus przeniósł wzrok ze mnie na Courta i z powrotem.
Court zacisnął usta.
– To stare nagrania z kamer monitoringu z czasów, gdy Madelaine była dzieckiem. Widać na nich, jak Kindell wchodzi nocami do jej pokoju.
– Czy było na nich cokolwiek innego? Czy ona opowiedziała komuś, co się tam działo? Chociażby komuś z personelu pracującego w domu? – naciskał Linus.
– Nie – przyznałem. – Ale to był pieprzony dorosły facet. Co miałby robić nocami w pokoju trzynastolatki.
– Prześwietliłem Kindella, gdy tylko dowiedziałem się o tej sprawie. Przez wiele lat pełnił funkcję opiekuna Madelaine i zajmował się nią, gdy Gary wyjeżdżał w interesach... – zaczął Linus ostrożnie.
– No i co z tego? – Spiorunowałem go wzrokiem.
– To, że oficjalnie zastępował jej rodzica, więc z łatwością można by wysunąć argument, że na przykład odwiedzał ją w sypialni, bo cierpiała na nocne lęki i potrzebowała pocieszenia – wyjaśnił.
– Mówisz, kurwa, serio? – zapytałem z niedowierzaniem.
– On ma rację – wtrącił Court. – Nie mamy jak tego udowodnić, a jeśli teraz poruszymy tę sprawę, wyjdzie na to, że próbujemy manipulować wydarzeniami i oczernić zmarłego.
– W porządku – wycedziłem przez zęby. – W każdym razie nawet nie tknąłem pieprzonego samochodu Kindella. Maddie zadzwoniła do mnie tuż po jego wyjściu i od razu do niej pojechałem. A wcześniej przebywałem w towarzystwie co najmniej dziesięciu kolesi w domu bractwa. Oglądaliśmy mecz. Widzieli, jak odbieram telefon i wychodzę. Zostałem z nią całą cholerną noc. Nagrania z kamer monitoringu to potwierdzą. Jak również to, że Kindell wyszedł i odjechał, zanim ja tam dotarłem.
To była prawda.
Linc pojechał za Kindellem aż do stacji benzynowej w miasteczku. Ash anulował temu zboczeńcowi karty kredytowe, więc koleś musiał wejść do środka, by zapłacić gotówką. W tym czasie Linc umieścił przełącznik pod maską, a Ash zapętlił nagrania z kamer na stacji, żeby po obecności Linca w tym miejscu nie został żaden ślad.
Wzięliśmy pod uwagę każdą ewentualność.
Court nieznacznie skinął głową, jakby czytał mi w myślach.
Linus westchnął.
– Słuchaj, te zarzuty się nie utrzymają. Dowiem się, kim jest ich świadek. To pewnie ktoś, kto był winien Gary’emu Cabotowi przysługę albo chciał się zemścić na tobie. Ale bez twardych dowodów to będzie jego słowo przeciwko twojemu. Zarzuty zostaną oddalone.
– Akurat tym się w ogóle nie przejmuję – odpowiedziałem. – Gary zaplanował to wszystko, by chwilowo wyłączyć mnie z gry i wywieźć moją żonę Bóg wie gdzie. A teraz jeszcze twierdzi, że zmusiłem ją do tego, by mnie poślubiła? – prychnąłem z niedowierzaniem.
Gary miał pieprzone jaja, ale ja zamierzałem mu je obciąć zardzewiałą żyletką i wepchnąć do tego kłamliwego ryja.
Linus zaczął się wiercić na krześle.
– Niestety rozwiązanie tego problemu zajmie nieco więcej czasu, Ryan. Ta psycholożka...
– Pieprzyć ją – syknąłem. – Jestem gotów się założyć, że była winna Cabotowi przysługę czy coś. Nie ma mowy, żeby Maddie była szalona.
– Udowodnienie tego trochę potrwa – ostrzegł mnie Linus. – Będziesz musiał zachować cierpliwość...
– Nic z tego – wypaliłem. – On mi ją odebrał. Zabrał ją, otumanił narkotykami, a teraz gdzieś przetrzymuje. Jest szalony, a do tego zdesperowany. Znajdę ją i odzyskam.
– Masz sądowy zakaz zbliżania się do niej – przypomniał Linus, ściągając brwi.
Court zaśmiał się i potarł szczękę, po czym spojrzał na staruszka.
– Naprawdę myślisz, że jakiś papierek go powstrzyma?
– Nic mnie nie powstrzyma – oświadczyłem. – Odzyskam ją. Nie obchodzi mnie, kogo będę musiał przekupić, by do tego doprowadzić.
– W porządku – zgodził się Linus i zgarbił ramiona. – Ale teraz musisz się przygotować na to, co się wydarzy. Zostaniesz zabrany do...
– ...aresztu tymczasowego. – Spróbowałem lekceważąco machnąć dłonią. – Wiem, wiem.
Linus spojrzał na mnie twardo.
– Ty chyba nie rozumiesz, Ryan. Będziesz miał tam do czynienia z najgorszymi kryminalistami. Mordercami, dilerami narkotyków, gwałcicielami... To nie będzie łatwe.
Wyszczerzyłem zęby w uśmiechu, bo doskonale wiedziałem, że muszę wyglądać jak szaleniec. Kipiałem z wściekłości i nie miałem problemu z tym, by wyżyć się na kimś, kto pomyśli, że może sobie zrobić popychadło z bogatego dzieciaka.
Skierowałem uwagę na Courta.
– Jak się miewa Bex?
Mięsień jego szczęki zadrgał.
– Nie za dobrze. Uważa, że to wszystko jej wina.
Pokręciłem głową.
– To nie jest jej wina.
– Spróbuj jej to powiedzieć – burknął. – Jest również przekonana, że to przez nią przegraliśmy mecz.
Po tym, jak Maddie nie wróciła na trybuny, Bex przedarła się na linię boczną i zdołała przykuć moją uwagę akurat w momencie, w którym wchodziliśmy na boisko po przerwie. Prowadziliśmy 21 do 3 i w zasadzie mieliśmy zwycięstwo w kieszeni, dopóki Bex nie powiedziała, że Maddie zaginęła.
Wszyscy czterej zeszliśmy z murawy bez wahania, porzucając zespół i trenerów. Słyszałem, jak policjanci rozmawiali o meczu, więc znałem wynik.
Przegraliśmy 23 do 33.
To oznaczało koniec sezonu dla naszej drużyny.
Ale to nie miało dla mnie znaczenia. Nigdy nie zamierzałem się zajmować futbolem zawodowo. Uwielbiałem ten sport i, owszem, byłem dobry, ale profesjonalna kariera mnie nie interesowała.
Przez ostatnie trzy lata wierzyłem, że moim ostatecznym celem jest Phoenix. Firma, którą zbudowałem z przyjaciółmi, miała stanowić naszą spuściznę i pozwolić nam naprawić wszystkie błędy i potworności popełnione przez nasze rodziny.
Teraz jednak wiedziałem, że to też nie jest dla mnie najważniejsze.
To Maddie była moją przyszłością. Moim wszystkim. Bez niej...
Ciarki przeszły mi po kręgosłupie.
Nie było żadnego „bez niej”.
Linus westchnął ciężko.
– Słuchaj, doprowadzę do tego, że zarzuty zostaną oddalone w poniedziałek, a tymczasem ty spróbuj nie zabić nikogo w areszcie w ten weekend, okej? To znacznie skomplikowałoby sytuację.
Court uniósł oczy ku sufitowi, ale nic nie powiedział. Obaj wiedzieliśmy, że gdybyśmy zamienili się miejscami – gdyby to Bex została porwana – też potrzebowałby ujścia dla frustracji i agresji.
Wzruszyłem ramionami, wciąż czując wściekłość krążącą mi w żyłach.
– Postaram się nikogo nie zabić.
Więcej nie mogłem mu obiecać.
Gdy strażnicy prowadzili mnie do celi, koleś z krwawiącą kaczką wytatuowaną na twarzy posłał mi całusa.
Odpowiedziałem mu ironicznym uśmieszkiem. Miał nade mną przewagę dobrych dwudziestu pięciu kilogramów i był może kilka centymetrów wyższy, ale gdyby przyszło co do czego, cała ta masa by go spowolniła. Poza tym trudno było traktować poważnie kogoś, kto wydziarał sobie na dziobatej skórze dupę cholernej kaczki.
– Co się tak uśmiechasz, chłoptasiu? – zawołał koleś z sąsiedniej celi. Objął kraty żylastymi ramionami i obserwował mnie oczami podkreślonymi konturówką. Wyszczerzył zęby w uśmiechu i oblizał usta. – Mniam. Masz niezły tyłeczek, pięknisiu.
– Dzięki. – Puściłem do niego oko, bo nie zamierzałem okazać ani odrobiny strachu.
Kilku innych więźniów zaczęło pohukiwać i szarpać za kraty, tymczasem strażnik popchnął mnie, żebym się pospieszył, i zgromił wzrokiem wyjącą bandę.
– Zamknijcie się, kurwa.
Już po chwili złapał mnie za poliestrowy pomarańczowy materiał na plecach i zatrzymał przed jedną z cel. Zwalisty koleś, który miał więcej wytatuowanej skóry niż tej wolnej od tuszu – nawet jego powieki były ozdobione rysunkami – spiorunował mnie wzrokiem.
– Nie chcę tutaj żadnego świeżaka – warknął i splunął na ziemię.
Czarne włosy miał związane w niski kucyk, a kilkudniowy zarost powoli przechodził w pełnoprawną brodę.
Strażnik stojący za mną – ten, który leniwie przeglądał telefon, podczas gdy robili mi rewizję osobistą – tylko prychnął. Odwrócił głowę i zawołał:
– Otwórz celę pięćdziesiąt osiem!
Drzwi odblokowały się i otworzyły ze zgrzytem, a mój nowy współlokator spojrzał na mnie wilkiem, gdy wszedłem do środka spacerowym krokiem. Strażnik zamknął za mną drzwi i zamek znowu się zablokował do wtóru kolejnego głośnego sygnału.
Rozejrzałem się po niewielkiej przestrzeni. Piętrowe łóżko przytwierdzone śrubami do ściany z pustaków, metalowy kibel oraz umywalka stanowiły jedyne wyposażenie celi. Jęknąłem w myślach, bo robienie kupy na oczach innych ludzi nie znajdowało się wysoko na liście rzeczy, które chciałem osiągnąć przed ukończeniem college’u.
– A więc... – zacząłem, opierając się o kraty i krzyżując nogi w kostkach – wolisz być na górze czy na dole? – Wskazałem palcem na prycze.
Koleś obnażył zęby.
– Możesz spać w mojej mosznie, dziwko.
Uniosłem brew.
– Niezbyt miły z ciebie współlokator.
Uderzył masywną pięścią we wnętrze drugiej dłoni.
– Pieprzony bogaty gnojek. Myślisz, że jesteś lepszy ode mnie? A może otworzę ci ten śliczny tyłeczek stopą?
– Brzmi perwersyjnie – odparłem nonszalanckim tonem, obserwując go uważnie, na wypadek gdyby postanowił się na mnie rzucić. W tej chwili tylko szczekał. – Powiesz mi chociaż, jak masz na imię, nim przejdziemy do rzeczy?
Popatrzył na mnie, jakbym zwariował. Najwyraźniej nie tego się spodziewał.
Cóż, jeśli miał nadzieję, że trafi na mazgaja, który będzie kulił się w kącie i robił mu loda w zamian za ochronę, to się, kurwa, mylił.
– Nazywają mnie Grinder – zagrzmiał.
– A niech mnie. I nie możesz ich zmusić, żeby przestali?
Cmoknąłem językiem i pokręciłem głową z udawanym współczuciem.
– Myślisz, że jesteś zabawny, gnojku. – Zbliżył się do mnie z szyderczym uśmiechem.
Wyprostowałem się, gotowy na cios.
– Czasami.
Pochylił się ku mnie i jego oddech owiał mi twarz.
– A może pokażę wszystkim, którzy się nam przyglądają, jaką dziwką naprawdę jesteś?
Nawet się nie wzdrygnąłem, gdy spojrzałem mu w oczy.
– A może ja złożę ci lepszą ofertę?
– Jaką? Chcesz mi dać trochę pieniędzy tatusia? – Uśmiechnął się drwiąco.
– E tam. Raczej skopię ci tyłek i pomaluję ściany celi na czerwono. Planowałem zmienić wystrój.
Rzucił się na mnie. Poruszał się odrobinę szybciej, niż się spodziewałem, jeśli mam być szczery, ale byłem pewien, że nie trenował pod okiem czołowych mistrzów sztuk walki w kraju. Musiałem przyznać, że ja też nie, ale Court owszem i nauczył mnie wystarczająco wielu chwytów, bym mógł zapewnić sobie przewagę w tej bójce.
Zacisnąłem dłoń na jego nadgarstku i pociągnąłem go na siebie, po czym wykręciłem się w ostatniej chwili, tak że wpadł twarzą na metalowe kraty. Potem wpakowałem mu kolano w nerkę, a on padł na ziemię i łapał powietrze jak ryba wyrzucona na brzeg.
Wykręciłem nadgarstek mocniej i wpiłem kciuk w skórę po wewnętrznej stronie. Próbował wstać, ale uniosłem mu ramię wyżej, przez co niemal wybiłem bark.
– Wyluzuj, kurwa – warknąłem, pochylając się nad nim. – Czy teraz będziesz grzeczny, Ben?
Znieruchomiał pode mną, chociaż kolesie z celi naprzeciwko szydzili i zachęcali mnie, żebym kazał mu się wypiąć i udowodnił, kto tu rządzi.
– Benjamin Jones – mruknąłem, tak żeby tylko on mnie słyszał. – Dołączyłeś do Rippers MC tuż po ukończeniu liceum, po tym jak twoja siostra padła ofiarą zbiorowego gwałtu dokonanego przez członków rywalizującego z nimi gangu. Doszło do tego, gdy wracała do domu z podstawówki. Zyskałeś ksywkę Grinder kilka lat później, po tym jak odciąłeś kutasy kolesiom, którzy ją zaatakowali, przepuściłeś je przez maszynkę do mielenia i wysłałeś szefowi ich klubu. Jak mi idzie?
Ledwie obrócił głowę.
– Jesteś pieprzonym agentem federalnym czy co?
– Nie, tylko kolesiem, który odrabia prace domowe – odparłem.
Gdy się dowiedzieliśmy, że trafię do Twin Towers Correctional Facility, Ash zdołał się włamać do ich systemu i przypisał mi odpowiedniego współwięźnia. Takiego, któremu mogliśmy pomóc w zamian za to, że nie obudzę się z kosą przy gardle albo kutasem w ustach. Court przekazał mi wszystkie informacje na jego temat w ciągu pięciominutowej rozmowy telefonicznej, którą odbyliśmy, zanim zostałem tu przewieziony. To, że oficjalnie należał do zespołu moich prawników, okazało się kurewsko pomocne.
– Ale przegapiłeś jednego – kontynuowałem. – Bruno Wattsa.
Court streścił mi historię Bena. Jego mama ledwie wiązała koniec z końcem, pracując na trzech etatach po tym, jak jej spłukany mąż zaciągnął tysiące długów na karcie kredytowej i uciekł z miasteczka. Ben wypruwał sobie flaki w szkole, a jednocześnie grał w piłkę nożną w nadziei, że zdobędzie stypendium do UCLA. Wszystko zmieniło się w dniu, w którym jego młodsza siostra, Carissa, została zaatakowana przez czterech kolesi z gangu Crenshaw Point Devils, gdy wracała do domu ze szkoły. Court nie wdawał się w szczegóły, ale przekazał mi wystarczająco dużo, żebym wiedział, że te zwierzęta zasłużyły na to, co je potem spotkało. Ben rzucił szkołę i dołączył do Rippers, żeby chronić mamę i siostrę. Zabicie mężczyzn, którzy skrzywdzili Carissę, stało się jego misją. Nie udało mu się dopaść tylko wiceszefa CPD, Bruno Wattsa. Koleś wymknął mu się i ukrył w północnym oddziale swojego gangu.
Kurwa, nawet gdyby Grinder nie zechciał ze mną współpracować, Watts był już martwy. Nikomu nie mogło ujść na sucho krzywdzenie w taki sposób kobiet, a już tym bardziej dzieci.
Grinder syknął.
– Wiesz...
– Wiem, gdzie on jest – przerwałem mu. – I mogę ci powiedzieć dokładnie, gdzie ta gnida się ukrywa.
– I co za to chcesz?
– Odrobinę wytchnienia – przyznałem. – Wyjdę stąd w poniedziałek i wolałbym nie spędzić następnych dwóch dni na zastanawianiu się, kiedy się na mnie rzucisz.
Rozluźniłem uścisk i się cofnąłem, a on wstał i obrócił się na pięcie.
– Powiem ci, gdzie go znajdziesz, gdy tylko wyjdę. Do licha, nawet narysuję ci pieprzoną mapkę.
Dyszał ciężko, obserwując mnie przez chwilę, a potem splunął na ziemię.
– Zajmiesz górną pryczę. – Zrobił krok w moją stronę. – Ale jeśli mnie wydymasz...
– Nie jesteś w moim typie – zapewniłem go. – A w ramach gałązki oliwnej dodam, że już zająłem się długiem, który twój ojciec zostawił matce.
Zamarł i szczęka mu opadła.
– Co takiego?
– Twoja mama i siostra już nie muszą się martwić o pieniądze – zapewniłem go cichym głosem. – A ty wkrótce się dowiesz, gdzie ukrywa się Watts.
– Nie potrzebuję jałmużny – warknął.
– Zatem potraktuj to jako opłatę za pilnowanie mojego tyłka przez następne dwa dni – odparłem, po czym wspiąłem się na górną pryczę i położyłem.
– Dlaczego to robisz?
Odwróciłem głowę i zobaczyłem, że patrzy na mnie z autentycznym zaciekawieniem.
– Bo nie jestem twoim wrogiem, a ci skurwiele zasługują na znacznie więcej za skrzywdzenie niewinnego dziecka.
– Skoro tak twierdzisz, Robin – wymamrotał, kładąc się na pryczy pode mną.
– Ryan – poprawiłem go.
Ryknął śmiechem.
– Nie, będę cię nazywał Robin. Jak Robin Hood. Ja pierdolę. Bogaty dzieciak z kompleksem bohatera. Za co ty w ogóle tu trafiłeś? Nielegalnie zaparkowałeś auto, żeby pomóc staruszce przejść przez ulicę?
Przez chwilę gapiłem się w sufit.
– Zabiłem kolesia, który napastował moją żonę.
Grinder zamilkł.
– Serio? – zapytał w końcu.
Powolny uśmiech rozciągnął moje usta.
– W sensie: rzekomo.
Dwadzieścia minut, panienki! – warknął strażnik, gdy już zostaliśmy zapędzeni pod prysznice w grupie pięćdziesięciu chłopa.
Strażnicy zajęli pozycje w kątach prostokątnego pomieszczenia z deszczownicami zamontowanymi na ścianach i obserwowali z obojętnymi minami, jak zaczynamy się rozbierać. Nie mieliśmy tu zapewnionej żadnej prywatności.
Nie myłem się niemal od czterech dni i naprawdę potrzebowałem kąpieli, ale powinienem dostać pieprzonego Oscara za to, jak mistrzowsko ukryłem obrzydzenie na widok tego miejsca. I nie chodziło tylko o to, że większość kolesi tutaj wyglądała mniej więcej równie seksownie jak Pani Mikołajowa w stringach. Byłem całkiem pewien, że zielony kolor fug nie został wybrany przez projektanta.
Obiecałem sobie, że gdy już stąd wyjdę, nigdy więcej nie wezmę czystej kabiny prysznicowej za pewnik.
Większość mężczyzn rozebrała się bez wahania i skierowała pod prysznice. Wkrótce pomieszczenie wypełniła kakofonia strumieni wody uderzających o zagrzybione płytki.
Z grymasem ściągnąłem ciuchy i wszedłem pod najbliższy natrysk, żałując, że nie zostałem po prostu w celi. Niestety kąpiele były obowiązkowe ze względu na panujące w więzieniach problemy z zachowaniem higieny, chociaż smród bijący od ścian, posadzki, a nawet wody kazał mi wątpić w higieniczność tej łazienki.
Wycisnąłem trochę żelu z plastikowego pojemnika zamontowanego obok kurków i szybko namydliłem włosy. Nagle usłyszałem, jak któryś strażnik krzyczy coś z drugiej strony pomieszczenia. Odwróciłem się nieco i zobaczyłem, że zaczęło się tam zbiegowisko. Między gołymi tyłkami i włochatymi udami dostrzegłem tamtego kolesia z konturówką wokół oczu. Klęczał na ziemi i obciągał fiuta jednemu z więźniów, podczas gdy drugiego zaspokajał ręką. Trzeci klęczał za nim i dymał go w tyłek. Strażnicy zaczęli krzyczeć, żeby przerwali to widowisko, ale gdy nikt ich nie posłuchał, porzucili swoje posterunki i dołączyli do tłumu obserwującego coś, co powoli przeradzało się w orgię.
Pokręciłem głową i odwróciłem wzrok od tego przedstawienia w samą porę, by kątem oka zauważyć jakiś błysk.
Odskoczyłem i poślizgnąłem się na brudnej posadzce. Poczułem, jak palący ból przeszywa mi bok.
„Ja pierdolę”.
Otarłem wodę z oczu i zobaczyłem kolesia ściskającego w pięści kawałek szkła owinięty w stary T-shirt. Wyszczerzył do mnie zęby w uśmiechu i zamajtał fiutem na boki.
– Pokroję cię jak pieprzonego indyka – oświadczył chełpliwie.
Wyglądał na zbyt uszczęśliwionego tą perspektywą.
Odsunąłem się tylko po to, by zaskoczył mnie kopniak wymierzony w krzyż. Jakby tego było mało, z prawej nadciągał trzeci napastnik. Musiałem wybierać, czy mam się obronić przed kosą, czy nieoczekiwanym ciosem w szczękę.
Machnąłem energicznie ramieniem do przodu i ostry kawałek szkła przeorał mi rękę, zamiast wbić się w trzewia. Oberwałem po gębie tak mocno, że głowa poleciała mi na bok, a skurwiel z kosą cofnął się o kilka kroków w oczekiwaniu na kolejną okazję.
Rozejrzałem się i policzyłem w myślach.
Trzech na jednego. Bywało gorzej, ale ci kolesie mieli nade mną przewagę w kilku kwestiach. Po pierwsze, doskonale znali to pomieszczenie, o czym przekonałem się, gdy zapędzili mnie w kąt poza zasięgiem wzroku strażników.
Nie żeby strażnicy patrzyli na cokolwiek innego poza darmowym więziennym porno rozgrywającym się właśnie w realu... Albo miałem wyjątkowego pecha, albo grupowy seks po drugiej stronie pomieszczenia był zaplanowaną dywersją, która miała odwrócić ich uwagę od ataku na mnie.
Gdybym zaczął się bronić tak, jak chciałem, ryzykowałem, że któregoś zabiję. A te nowe zarzuty mogłyby się faktycznie utrzymać.
„Kurwa”.
A miałem się po prostu nie wychylać przez weekend i czekać, aż Court i Linus mnie stąd wyciągną. Tych trzech ogromnych, wytatuowanych dupków mogło spieprzyć owe plany.
Zerknąłem na kolesia trzymającego szkło. Ten po jego prawej, który właśnie potrząsał pięścią, bez wątpienia przed chwilą mi przywalił. Trzeci napastnik był najmniejszy, ale podskakiwał jak naćpany i patrzył na mnie rozbieganym wzrokiem. Byłem ciekaw, czy ma nierówno pod sufitem, czy po prostu coś wziął. Gdy mocno pociągnął nosem i potarł skórę nad ustami, rozwiał moje wątpliwości.
Gorąca krew lała się z rany na moim ramieniu i ściekała na posadzkę, gdzie łączyła się z wodą płynącą z prysznica. Skrzywiłem się, wyprostowałem i czekałem na ich kolejny ruch. Nie miałem ochoty walczyć z kutasem na wierzchu, ale nie sądziłem, by zgodzili się zrobić sobie przerwę na przyodziewek.
Przyłapali mnie dosłownie ze spuszczonymi spodniami.
Może wiedzieli, że w innych okolicznościach nie daliby mi rady. To było irytujące, ale i trochę mi pochlebiało.
Po drugiej stronie pomieszczenia rozległy się jakieś szydercze wrzaski, jednak ja nie ruszyłem nawet mięśniem.
Naćpany zarechotał wysokim tonem, od którego zjeżyły mi się włoski na karku.
– Twoje bebechy zaraz wyjdą na wierzch, pięknisiu.
Koleś ze szkłem uśmiechnął się złośliwie.
Tylko ten trzeci zdawał się posiadać chociaż kilka szarych komórek.
– Pospieszmy się, kurwa – warknął, rozglądając się gorączkowo. – Nie płacą nam za bawienie się jedzeniem.
Naćpany oblizał usta.
– Jestem głodny.
Spiorunowałem ich wzrokiem i pokręciłem głową.
– Popełniacie błąd, chłopcy – ostrzegłem, spinając plecy, podczas gdy ćpun zaczął mnie zachodzić z drugiej strony. – Ale jeśli naprawdę chcecie to zrobić, to skończmy już z tym gównem, co wy na to?
Obróciłem się i moja pięść wylądowała na skroni ćpuna. Padł na ziemię i już nie wstał.
„Jeden załatwiony. Zostało jeszcze dwóch”.
– Powiedzcie mi, kto was wynajął, a podwoję ofertę – zaproponowałem.
Mądrala uśmiechnął się i pokręcił głową.
– Obaj wiemy, że to tak nie działa.
– Warto było spróbować – mruknąłem i odskoczyłem do tyłu, by uniknąć kolejnego dźgnięcia szkłem.
Powinienem mieć za plecami z pół metra miejsca, tymczasem ktoś przywalił mi w krzyż tak mocno, że gwiazdy stanęły mi przed oczami. Mądrala zadał mi szybką kombinację ciosów w bok głowy i żebra.
Kopnięcie pod kolana posłało mnie na ziemię.
„Cholera”.
Przegapiłem czwartego kolesia, który zaszedł mnie od tyłu, a teraz złapał za włosy, odchylił głowę i odsłonił gardło. Ten z kosą warknął i uniósł odłamek szkła wyżej, celując w żyłę szyjną.
Z grymasem zadałem cios łokciem napastnikowi, który mnie przytrzymywał. Natrafiłem na coś miękkiego, a towarzyszący temu ryk potwierdził, że udało mi się wycelować w krocze. Koleś rozluźnił palce na tyle, że szarpnąłem głową na bok i szkło drasnęło tylko spód mojej szczęki. Rozcięcie zapiekło.
– Przytrzymaj go! – nakazał Mądrala.
Muskularne ramię owinęło się wokół mojego gardła i ścisnęło, odcinając dopływ powietrza.
Mogłem zapomnieć o próbach wygrzebania się z tej sytuacji bez dokładania sobie problemów. Ci kolesie chcieli mnie zabić, a ja musiałem ich załatwić, zanim się im poszczęści.
Zacząłem się podnosić, ale poślizgnąłem się na brudnych, zagrzybionych płytkach. W uszach mi dzwoniło, a brak tlenu stanowił już poważny problem. Coś ostrego wbiło mi się w brzuch, a ja chrząknąłem. Zerknąłem w dół i zobaczyłem mnóstwo krwi na podłodze.
„Cholera”.
Court mi dokopie, gdy się dowie, że zabiło mnie czterech więziennych gnojków. To on zawsze próbował nas zmuszać do sparingów i tak dalej. Uwielbiał wszelkie formy walki – boks, MMA i zwyczajne pranie ludzi po mordzie. Jego i Linca często można było spotkać na nielegalnych walkach w klatkach. Oczywiście poza sezonem, gdy mieli pewność, że trener nie przyczepi się do nich o ewentualne obrażenia.
– To twój koniec, pięknisiu – wycedził koleś z kosą i zbliżył się do mnie razem z kumplem.
„Nie, nie, nie”.
Nie było, kurwa, mowy, żebym dał się załatwić tym idiotom. Nie miałem czasu na takie bzdury jak umieranie, podczas gdy Maddie mnie potrzebowała.
Zdołałem wstać i zacisnąłem dłonie na przedramieniu tego skurwiela, który zaatakował mnie od tyłu. Chrząknąłem i chociaż ostry ból przeszył mi bok, przerzuciłem sobie tego gościa przez ramię. Puścił mnie i wywinął się, żeby złagodzić upadek.
W głowie mi się kręciło, a wzrok znowu się zamazał. Ból na moment odebrał mi jasność myślenia i tyle wystarczyło, żeby pozostali dwaj mogli mnie zaatakować.
Przygotowałem się na kolejny cios, ale nie nadszedł.
Nogi miałem jak z waty, więc osunąłem się na kolana. Starłem wodę z oczu, zamrugałem powoli, i zobaczyłem, jak napastnicy padają na ziemię pod pięściami pięciu innych kolesi. Wszyscy mieli te same tatuaże na plecach: demona rozdzierającego kręgosłup zakrwawionym sztyletem.
Rippersi.
Grinder klęknął przy mnie z niepokojem w oczach. Złapał mnie za szczękę i zmusił do podniesienia głowy.
– Nic z tego, kurwa – warknął. – Nie umrzesz, dopóki mi nie powiesz, gdzie jest ten gnój.
Pokiwałem głową i w tym momencie dźwięk gwizdka przeszył powietrze. Odbił się echem od płytek i sprawił, że jęknąłem. Strażnicy w końcu zdali sobie sprawę, że powinni skupić uwagę na innym problemie.
„Brawo, kurwa”.
Ktoś stanął za Grinderem.
– Cholera, porządnie go pocięli.
Mój współlokator zacisnął szczęki i pokiwał głową.
– Potrzebuje...
Nie usłyszałem, co jeszcze powiedział, bo zemdlałem jak mała dziwka.
Straciłam poczucie czasu.
Byłam tutaj od ilu... pięciu? Nie, od sześciu dni.
A może siedmiu?
Cholera. To było nie do pomyślenia, że mogłam spędzić cały tydzień w tej malignie.
W malutkim pomieszczeniu czas przestał istnieć. Jarzeniówki zapalały się i gasły regularnie, ale zaczęłam się przyzwyczajać do spania przy świetle, chociaż blask wypalał mi powieki. Nie miałam nic innego do roboty.
Światło sygnalizowało początek nowego dnia, ale nie wiedziałam, o jakiej porze je zapalano. W mojej celi nie było zegara ani okna. Sanitariusz – zawsze inny – wchodził i zostawiał mi tacę z pozbawionym smaku jedzeniem, butelką wody oraz papierowym kubeczkiem wypełnionym tabletkami. Już drugiego dnia przekonałam się, że nie ma sensu odmawiać ich zażywania. Protesty kończyły się tym, że przywiązywano mnie do łóżka, a milczący ludzie ignorowali moje błagania, po czym wbijali mi igłę w ramię.
Cokolwiek wstrzykiwali mi w żyły, sprawiało, że jeszcze bardziej traciłam poczucie czasu, a gdy w końcu wypływałam z powrotem na powierzchnię, nie miałam pewności, czy minęły godziny, czy dni.
Trzeciego albo czwartego dnia próbowałam ukryć tabletki pod językiem przy połykaniu wody. Sanitariuszka, która była wtedy na zmianie, chuda kobieta o wynędzniałej twarzy, niemal wyrwała mi język, żeby sprawdzić, czy posłusznie je połknęłam. W końcu to zrobiłam, gdy zagroziła, że zostanę skrępowana i wstrzyknie mi leki dożylnie.
Niemal cały czas byłam sama. Całymi godzinami miałam do towarzystwa tylko własne myśli. Żeby się czymś zająć, próbowałam sobie przypominać obejrzane filmy i zmuszałam wyczerpany umysł, by odtwarzał je na nowo. Okazało się, że gdy to mózg stanowił projektor, dwugodzinny film zamieniał się w zaledwie pięciominutowe wspomnienie.
Raz po raz nieuchronnie wracałam myślami do Ryana. Do Bex. Do chłopaków. Do ludzi, którym na mnie zależało i którzy mieli mnie uratować.
Prędzej czy później.
Gdy jednak nastał siódmy dzień mojej niewoli – a w każdym razie byłam na dziewięćdziesiąt procent pewna, że siódmy – zaczęłam mieć wątpliwości.
Oparłam głowę o ścianę i odetchnęłam powoli.
– Gdzie, do cholery, jesteś, Ryan? – mruknęłam pod nosem.
Zupełnie jakbym go wezwała, rozległo się kliknięcie zamka i drzwi się otworzyły.
Serce podeszło mi do gardła i wyprostowałam się, przekonana, że to on wpadnie zaraz do mojej celi niczym anioł zemsty.
Poczułam, jakby ktoś wylał mi na głowę wiadro lodowatej wody, gdy to doktor Browne przekroczyła próg z notesem dociśniętym do piersi. Tuż za nią wszedł sanitariusz z krzesłem. Postawił je przy moim łóżku, po czym opuścił pomieszczenie.
Zerknęłam na drzwi. Nie słyszałam, by zostały zamknięte na zamek.
Lekarka usiadła i westchnęła. Wyglądała aż nazbyt formalnie w kremowych spodniach i turkusowej bluzce.
– Proszę, nie rób tego, Madelaine.
Szybko przeniosłam na nią spojrzenie i zmrużyłam oczy. Odruchowo zjeżyłam się na dźwięk tego imienia.
– Maddie – poprawiłam ją.
Kąciki jej wąskich ust uniosły się w bladym uśmiechu.
– Znowu to samo? – Pokręciła głową i nagryzmoliła coś w notesie. – Miałam nadzieję, że tydzień wystarczy, byś pogodziła się z prawdą. Ale ty wciąż cierpisz na te urojenia...
– To zdrobnienie. – Puls mi przyspieszył na myśl o kolejnej igle. – Po prostu wolę, gdy ludzie tak się do mnie zwracają.
Zacisnęła usta.
– W porządku. A zatem Maddie. Jak się czujesz?
– Znudzona – wymamrotałam.
Rozejrzałam się po pomieszczeniu, z jego białymi ścianami, białymi płytkami podłogowymi oraz praktyczną umywalką i toaletą. Pomijając łóżko – pozbawione pościeli, bym nie mogła podjąć próby samobójczej – nie było tu niczego, na co mogłabym patrzeć. Przynajmniej ktoś podkręcił termostat. Pierwszej nocy, którą tu spędziłam, trzęsłam się z zimna tak bardzo, że zęby mi szczękały. Ale nawet teraz w pokoju było chłodniej, niżbym chciała.
– Celem minionego tygodnia było przyzwyczajenie cię do schematu stosowania leków. Jak się czujesz? Czy masz jakieś problemy? – Przechyliła głowę na bok w oczekiwaniu na moją odpowiedź.
Wzruszyłam ramionami.
– Chyba czuję się bardziej zmęczona niż zazwyczaj. – Dokuczała mi mgła mózgowa i modliłam się, żeby to był efekt braku stymulacji, a nie tego, co wtłaczali mi do organizmu.
– To normalny skutek uboczny – zapewniła mnie. – Myślałaś o tym, by zrobić krzywdę sobie lub innym?
– Nie mam myśli samobójczych – oświadczyłam.
Uniosła brwi.
Zacisnęłam dłonie w pięści, a gdy to zauważyła, zmusiłam się, by się odprężyć.
– Nocami jest tu zimno. Czy mogłabym przynajmniej dostać koc?
– Myślę, że możemy ci zapewnić coś lepszego – odparła z uśmiechem. – Wkrótce zostaniesz przeniesiona do nowego pokoju.
Cała się spięłam.
– Dokąd mnie zabieracie?
– Na tym poziomie umieszczamy nowych pacjentów, by przyzwyczaić ich do przepisanych leków. Pomijając twój początkowy wybuch oraz odmowę współpracy, ostatecznie dobrze przystosowałaś się do sytuacji i nie widzę powodu, żebyś nie mogła zostać przeniesiona do normalnego pokoju. – Uśmiechnęła się do mnie z miną świadczącą o tym, że czeka na moją reakcję.
– Dziękuję – wymamrotałam w końcu, bo to z pewnością chciała usłyszeć.
Jej ramiona odprężyły się odrobinę, jakbym wypowiedziała magiczne słowo.
– Przeniesiemy cię na czwarte piętro...
– To znaczy, że zostanę tutaj? – przerwałam jej, czując, jak panika ściska mi serce.
Miałam nadzieję, że przeniesienie oznacza szansę na ucieczkę.
Ściągnęła brwi.
– Oczywiście. Highwater to instytucja będąca w stanie zaspokoić wszelkie potrzeby młodych dorosłych z problemami. Zaczniesz zajęcia grupowe w poniedziałek, będziesz miała również indywidualne lekcje.
– To ja nie... Kiedy będę mogła wrócić do domu?
Byłam zła na siebie, że nie udało mi się powstrzymać drżenia w głosie.
– Maddie, nie wrócisz do domu – powiedziała powoli. – W każdym razie nie w najbliższej przyszłości. Twój ojciec...
Wzdrygnęłam się na wzmiankę o tym skurwysynu.
– ...bardzo się niepokoi o twój dobrostan psychiczny, jak również o zdrowie fizyczne.
To była prawdziwa hipokryzja ze strony człowieka, który własnoręcznie zrzucił odpowiednik bomby atomowej na moje życie.
– Oprócz terapii lekami i zajęć lekcyjnych, prowadzimy tutaj regularne sesje terapeutyczne. Żywię głęboką nadzieję, że uda nam się dotrzeć do źródła twoich problemów i pomóc ci w powrocie do zdrowego, produktywnego życia.
Poczułam, jak milcząca furia narasta mi w gardle, i z trudem ją przełknęłam.
– A kiedy będę mogła zobaczyć przyjaciół?
Doktor Browne z troską ściągnęła brwi.
– Mówiąc „przyjaciół”, masz na myśli Ryana Caina? Rebeckę Whittier? Lincolna...
– Tak – przerwałam jej. – Moich przyjaciół.
Z westchnieniem odchyliła się na krześle i spojrzała na mnie uważnie.
– Madelaine...
Ostro wciągnęłam powietrze przez zęby.
– Przepraszam, Maddie – poprawiła się. – Twój ojciec i ja wierzymy, że z czasem zdasz sobie sprawę, iż ludzie, których postrzegałaś jako przyjaciół, nie mieli na uwadze twojego dobra.
Spiorunowałam ją wzrokiem.
– A moje małżeństwo z Ryanem? Czy mu się to podoba, czy nie, Gary musi zaakceptować, że Ryan jest moim mężem.
Kobieta lekko pochyliła głowę.
– Technicznie rzecz biorąc, owszem, obecnie pozostajesz w związku małżeńskim z panem Cainem.
Przeszył mnie lodowaty chłód.
„Obecnie”.
Jakby w przyszłości miało się to zmienić.
Doktor Browne obserwowała mnie uważnie, jakby doskonale zdawała sobie sprawę z tego, co zasugerowała, i czekała na mój wybuch. Na to, że się załamię, zacznę krzyczeć albo rzucę się do ucieczki. Ale ja wiedziałam, że to by tylko oznaczało kolejny zastrzyk, który posłałby mnie w ciemną otchłań, więc zmusiłam się do przybrania spokojnego wyrazu twarzy.
– Czy mój ojciec uważa, że zdoła unieważnić to małżeństwo?
Zmrużyła oczy tylko odrobinę, a ja spuściłam wzrok, by udać zażenowanie.
– Ryan... On nie pozwoli mi odejść. – Bezradnie wzruszyłam ramionami, jakbym była ofiarą. – Powiedział, że znajdzie mnie wszędzie.
I lepiej, żeby to zrobił, do cholery. W przeciwnym razie ja zamierzałam znaleźć jego i skopać mu tyłek za to, że się tak ociągał.
Doktor Browne przykryła moją dłoń swoją.
– Tutaj jesteś bezpieczna, Maddie – zapewniła.
Wygięłam usta w smutnym uśmiechu.
– Ja po prostu chcę odzyskać swoje życie.
Ścisnęła moją dłoń.
– A ja ci w tym pomogę.
Z zapałem pokiwałam głową.
Tak, pomoże mi.
Bo już wiedziałam, jak grać w tę grę.
I nie zamierzałam pozwolić, by Gary – i doktor Browne – wygrali.
Obudziłem się gwałtownie i syknąłem z bólu. Głowa mi pękała i zacisnąłem powieki, w poczuciu, że przewraca mi się żołądek. Zacząłem powoli oddychać, próbując ustalić, gdzie, do cholery, jestem i co się, kurwa, wydarzyło.
– Ry? – zapytał znajomy głos.
Otworzyłem jedno oko i zobaczyłem, że Ash opiera się o poręcz mojego łóżka. Potem dostrzegłem jakieś maszyny, białą podłogę oraz białe ściany i pościel.
– Szpital? – wychrypiałem.
Ponuro pokiwał głową.
– Jak się czujesz?
Panika, która mnie nagle ogarnęła, rozpaliła wszystkie zakończenia nerwowe.
– Jak długo tutaj jestem? Gdzie jest Mad...
– Spokojnie, Ry – przerwał mi Ash. – Spędziłeś tu nieco ponad dzień.
Och, kurwa, nie. Byłem nieprzytomny przez cały dzień?
– Ash...
Uniósł dłoń.
– Ry, musieli ci podać środki uspokajające, bo wciąż próbowałeś stąd wyjść.
Jak przez mgłę pamiętałem, że chciałem wstać z łóżka i chyba popchnąłem kogoś, kto kazał mi się położyć z powrotem.
Spojrzałem wilkiem na przyjaciela.
– A co ty, kurwa, tutaj robisz, Florence Nightingale, zamiast szukać Maddie?
Przewrócił oczami.
– Dziadek się o ciebie martwił. Linc pilnuje Bex, a Court i Linus rozpętali piekło po tym, co ci się przytrafiło. – Pokazał mi swoją komórkę. – Ja cały czas monitoruję program do rozpoznawania twarzy, przez który przepuszczam wszystkie materiały, do jakich mam dostęp, żeby znaleźć Gary’ego albo Maddie. Gdybyś nie dał się dźgnąć, wciąż siedziałbym przy komputerze.
– Pieprz się – wymamrotałem.
– Ja też cię kocham – prychnął i cofnął się o krok.
Spuściłem wzrok na prześcieradło podciągnięte do piersi. Ból, który przeszył mi bok, gdy się obudziłem, nieco ustąpił.
– Jak źle ze mną jest?
Ash cmoknął z niezadowoleniem.
– Dziesięć szwów na prawym przedramieniu. – Wskazał podbródkiem na moją rękę, obandażowaną od nadgarstka aż po łokieć, co wydało mi się lekką przesadą. – Kolejne osiemnaście na żebrach. Tylko sześć na brzuchu, ale to była głęboka rana. Miałeś pieprzone szczęście, że nie uszkodzili ci żadnych narządów.
– A zarobił te obrażenia, bo za cholerę nie potrafi blokować ciosów – wycedził Court, który właśnie wkroczył do sali. Zatrzymał się w nogach łóżka i spiorunował mnie wzrokiem. – Lewa strona, prawda? Nigdy nie umiałeś...
– Tak, tak... – przerwałem mu. – Co się teraz stanie?
Zacisnął szczęki.
– Chcieli wysłać cię z powrotem do więzienia, żebyś spędził tam resztę weekendu.
Ash się zjeżył.
– Co takiego, kurwa?
Court uniósł dłoń.
– Ale Linus już zaczął przygotowywać multimilionowy pozew, jako że strażnicy nie zainterweniowali w porę, i w ogóle nie powinieneś był trafić do aresztu, biorąc pod uwagę, jak naciągane były te zarzuty.
Uniosłem brwi.
– Cholera.
– Masz szczęście, że dźgnęli cię w prawe ramię, a ty oficjalnie wciąż rozważasz karierę w futbolu – dodał Court.
Prychnąłem.
– Tak. Szczęściarz ze mnie.
Court westchnął, kręcąc głową, i wyjaśnił:
– Gdy tylko lekarz wspomniał o potencjalnym uszkodzeniu nerwów, dyrektor szpitala zadzwonił osobiście do pieprzonego gubernatora stanu, by go uprzedzić, że będzie musiał ponownie ocenić swoje szanse na reelekcję, bo Linus wyciśnie z Kalifornii całą kasę dzięki wszelkim możliwym pozwom, jakie przyjdą mu do głowy.
– Więc co to dla nas oznacza? – warknął Ash.
Court wzruszył ramionami.
– To, że Ryan spędzi jeszcze kilka godzin na obserwacji, a potem zostanie wypuszczony. – Popatrzył na mnie. – Będziesz musiał pojawić się w sądzie za dzień czy dwa, żeby zarzuty zostały oficjalnie oddalone, i do tego czasu musisz oddać paszport, ale możesz wracać do domu.
– Dzięki, kurwa, Bogu – burknął Ash, pocierając kark dłonią. – Zadzwonię do dziadka i dam mu znać.
Odwrócił się i wyszedł.
Court zacisnął dłonie na poręczy łóżka.
– Serio, stary, dobrze się czujesz? Wystraszyłeś nas nie na żarty.
Pokiwałem głową i potarłem dłonią szczękę, na której poczułem szorstki kilkudniowy zarost.
– Tak, ale muszę cię prosić o przysługę.
– Strzelaj.
– Ben Jones.
Court uniósł brew.
– Jeden z Rippersów?
Na moment zacisnąłem usta.
– Tak. Niech Linus wraz z zespołem zajmą się jego sprawą. Ja pokryję koszty. I dowiedz się czegoś na temat pozostałych członków gangu, którzy tam siedzą. Chcę, żeby Linus zadbał o nich wszystkich. Niech zrobi, co w jego mocy, żeby zarzuty przeciwko nim zostały zminimalizowane albo oddalone. – Zacisnąłem zęby. – Uratowali mi tyłek.
Przyznawałem to niechętnie, ale to była prawda.
Court zmierzył mnie wzrokiem.
– Ben nie powinien stanowić problemu. Ash już przyjrzał się jego sprawie, gdy decydowaliśmy, z kim umieścić cię w celi. Ale pozostali... cholera, człowieku. Licho wie, za co oni siedzą...
– Nie wiem i nie obchodzi mnie to – odparłem lodowatym tonem. – Możesz to załatwić?
– Zrobi się. – Poklepał dłonią poręcz łóżka. – Spróbuj trochę wypocząć, okej?
Sapnąłem z irytacją.
– Wypocznę dopiero wtedy, gdy będę wiedział, że Maddie jest bezpieczna.
– Znajdziemy ją, Ry.
Pokiwałem głową.
Oczywiście, że ją znajdziemy.
Nie było innej opcji.
Dwa dni później sędzia oddalił wszystkie zarzuty. Chciałem się uśmiechnąć i świętować zwycięstwo, ale wciąż nie zrobiliśmy żadnych postępów w sprawie Maddie.
To niemożliwe, by tak po prostu zniknęła. Nie ma mowy. Musiał zostać po niej jakiś ślad, a my musieliśmy go odnaleźć.
Ash harował jak wół. Ledwie spał i żywił się napojami energetycznymi, badając kolejne możliwe opcje, jakie przychodziły mu do głowy. Gdybym nie martwił się o swoją żonę i o to, co musiała znosić przez swojego popieprzonego tatusia, poprosiłbym najlepszego przyjaciela, by odpoczął.
Grymas wykrzywił mi usta, gdy ścisnąłem dłoń Linusa.
– Jeszcze raz dziękuję. – Odchrząknąłem i rozejrzałem się po niemal pustej sali.
Najwyraźniej dziennikarzy nie interesował fakt, że CEO jednej z dziesięciu czołowych firm z listy Fortune 500 został oczyszczony z zarzutów wyssanych z palca. Moje aresztowanie przyjęli ze znacznie większą ekscytacją. Byłem dyrektorem Cain Industries ledwie od tygodnia, a nasz zespół PR już musiał skakać przez płonące koła do kadzi z kwasem. Byłem gotów zrobić wszystko, spalić za sobą każdy most, poświęcić każdego, by tylko sprowadzić żonę do domu, i podejrzewałem, że jeśli Maddie lada dzień nie pojawi się w magiczny sposób na moim progu, dopuszczę się jeszcze wielu rzeczy, z którymi moi spece od wizerunku będą musieli się uporać. Coś czułem, że po tym wszystkim będę im winny podwyżkę.
Zacisnąłem dłonie w pięści, bo znowu zalała mnie fala bezradności. Potrząsnąłem głową i skupiłem uwagę na Linusie.
– Na czym stoimy, jeśli chodzi o Rippersów?
Wepchnął trochę papierów do aktówki, po czym wyciągnął teczkę z dokumentami następnych klientów i spojrzał na nią krzywo.
– Byłoby łatwiej, gdyby ich poprzedni prawnik nie był absolutnym idiotą.
– Ale? – ponagliłem go.
– Ale to nie powinien być problem – dokończył z bladym uśmiechem i spojrzał mi w oczy. – Zostaną wypuszczeni jeszcze dziś.
– Dobrze – mruknąłem.
Wciąż byłem im dłużny i część tego długu zamierzałem spłacić teraz.
Grinder właśnie wszedł na salę rozpraw bocznymi drzwiami. Wyglądał zupełnie nie na miejscu w garniturze zasłaniającym większość tatuaży. Zauważył mnie i podejrzliwie zmrużył oczy.
– O co tu, kurwa, chodzi? – burknął i przeniósł wzrok na Linusa.
Zacisnął dłonie w pięści i szarpnął metalowe kajdanki, które skuwały jego ręce.
– Dotrzymuję mojej części umowy – odparłem i skinąłem głową w stronę Linusa. – Poprosiłem mojego prawnika, by przejął twoją sprawę. Twoją i twoich kumpli.
Grinder wyprostował się i spiorunował mnie wzrokiem.
– Nie potrzebuję prawnika. Potrzebuję tego, co mi obiecałeś.
Podszedłem do niego i zniżyłem głos.
– Potrzebujesz jednego i drugiego.
Sięgnąłem do kieszeni i wyjąłem z niej skrawek papieru.
– Tu masz adres, ale musisz wiedzieć, że twój... przyjaciel się ciebie spodziewa.
Wziął ode mnie karteczkę i zmiął ją w dłoni.
– To dobrze.
Uniosłem kąciki ust w uśmiechu pozbawionym humoru.
– Czeka cię długa jazda – dodałem.
– No to będę miał mnóstwo czasu, by zaplanować nasze ponowne spotkanie – odparł ze znajomym mrocznym błyskiem w oku.
Wątpiłem, by miał jeszcze dużo do planowania. Zapewne rozmyślał o tym, co zrobi Wattsowi, od momentu, gdy tamten tknął jego siostrę.
– Mimo wszystko chciałbym ci zaproponować, żebyś skorzystał z mojego prywatnego odrzutowca, gdy już poczynisz ostateczne przygotowania – oświadczyłem, wtykając dłonie do kieszeni spodni.
Jego spojrzenie się wyostrzyło.
– Dlaczego?
Wzruszyłem ramionami.
– Bo przynajmniej tyle mogę zrobić. Nie jestem twoim wrogiem, a chciałbym być przyjacielem.
– Mam mnóstwo przyjaciół – wycedził.
– Prawdę mówiąc, ja też – przyznałem. Podobało mi się to, że niełatwo było go kupić. – Ale zawsze przyda mi się sojusznik.
Spojrzał mi w oczy i cokolwiek w nich znalazł, wystarczyło. Powoli skinął głową.
– To, czy zdołam ci się odwdzięczyć, niekoniecznie będzie zależało ode mnie.
Wiedziałem o tym. Członkowie gangu musieli przestrzegać protokołów i ustalonej hierarchii. Ale Grinder okazał się porządnym kolesiem i pozostali Rippersi mu ufali. Według informacji wywiadowczych zebranych przez Asha był kluczową postać w klubie, a jego autorytet miał tylko wzrosnąć w nadchodzących latach.
– Rozumiem – odparłem. – Ale samolot i tak będzie do twojej dyspozycji.
– Dlaczego to robisz?
– Bo wiem, jakie to uczucie, gdy nie możesz ochronić kogoś, kogo kochasz – wyjaśniłem ochrypłym tonem. – Wiem, jak to zżera człowieka od środka.
Przechylił głowę na bok, a w jego oczach pojawiło się zrozumienie, a może nawet błysk niechętnego szacunku.
– Linus zajmie się wszystkim tutaj – zapewniłem. – Jeśli będziesz potrzebował czegoś jeszcze, włącznie z dostępem do odrzutowca, da ci mój numer. Mam nadzieję, że z niego skorzystasz.
– Zobaczymy.
Grinder odwrócił wzrok, czym dał mi sygnał, że rozmowa skończona, ale zauważyłem, że minimalnie się odprężył.
Ukryłem uśmiech i odsunąłem się od niego, przekonany, że wkrótce się zobaczymy. Skinąłem Linusowi na pożegnanie i wyszedłem z sali rozpraw.
W tej chwili miałem ważniejsze sprawy na głowie.
Musiałem odnaleźć żonę, zapewnić bezpieczeństwo siostrze, zająć się prowadzeniem dwóch firm oraz... zabić teścia.
