Łzy boga deszczu. Nosicielka - Barbara Mikulska - ebook

Łzy boga deszczu. Nosicielka ebook

Barbara Mikulska

3,3

Opis

 

Co jest największym skarbem na Ziemi? Woda. Wieki temu Bóg Deszczu zawarł z ludźmi układ – co kilkaset lat kolejne cztery Nosicielki czterech magicznych kamieni  - Łez Boga – muszą udać się na długą wyprawę, dotrzeć do tajemnej groty i odprawić magiczny rytuał, dzięki któremu ludziom nigdy nie zabraknie wody.

 

Bora, po śmierci rodziców wychowywana przez rodzinę wuja, tuż przed swoimi 18 urodzinami musi  uciekać z bezpiecznego domu – jeśli tego nie uczyni, czeka ją życie w hańbie.  Przebrana za chłopca zatrudnia się jako stajenny w oddziale królewskiej armii, który wyrusza z misją daleko poza granice ich kraju. Tak zaczyna się podróż Bory, ale jej dalszy ciąg będzie zupełnie inny, niż dziewczyna sądziła. Czeka ją obowiązek zrealizowania misji Nosicielki, a o swoim pochodzeniu z rodu jednej z nich nie miała dotąd pojęcia. Wiąże się to z wieloma niebezpieczeństwami, ale będzie też okazją do zawarcia wielu przyjaźni i spotkania prawdziwej miłości.        

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 420

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,3 (4 oceny)
0
3
0
0
1

Popularność




Spis treści

Część 1

Część 2

Część 3

Część 4

Epilog

Część 1

Czy znaleźliście już wszystkie Nosicielki?

– Nie, panie! – Młody mnich z pokorą pochylił ogoloną głowę. – Cały czas mamy tylko trzy. Czwarta nadal pozostaje w uśpieniu.

– Niedobrze. Zbliża się dzień ceremonii, mamy coraz mniej czasu. – Starzec przymknął oczy. – Jeszcze nigdy się nie zdarzyło, aby rytuał odbył się bez któregokolwiek uczestnika.

– Został nam ponad rok, Ojcze. W tym czasie wiele może się zdarzyć. – Młodzieniec patrzył z nadzieją w twarz przełożonego.

– To prawda – westchnął starzec. – Zachowajmy ufność.

* * *

Nad polem rozchodził się siwy dym z płonących ognisk. Było ich wiele, prawie przy każdym poletku rodzina rozpaliła swoje. Po zakończeniu wykopków upieką w nich kartofle, siedząc przy dogasającym żarze długo w noc. To będzie ostatni dzień wytężonej pracy. Potem nastanie spokój zimowych, krótkich dni, obrządek w obejściu i nieliczne spotkania w Domu Ogólnym z okazji zimowego przesilenia albo czyjegoś ślubu. Życie zamrze na kilka miesięcy. Tak jak natura ludzie pozostaną w uśpieniu do wiosny. Cieszono się z zakończenia prac. To był dobry rok. Deszcze padały obficie, słońce przygrzewało – zbiory są dobre. Nie zabraknie jedzenia dla nikogo.

Na skraju lasu, z daleka od ognisk, na zwalonym pniu siedziała dziewczyna. Podciągnęła kolana pod brodę i objęła je ramionami dla lepszej ochrony przed zimnem. Zdawało się, że ma w oczach łzy, ale nie wiadomo, czy to wiatr wycisnął je spod powiek, czy była jakaś inna przyczyna. Potrząsnęła głową i wokół twarzy rozsypały się długie, rude loki. Miała piękne włosy – grube, kręcone, o barwie świeżo wyłuskanych kasztanów. W dzieciństwie ojciec nazywał ją Wiewióreczką, ale to było bardzo dawno temu. Prawie nie pamiętała rodziców. Zerknęła w stronę bliskich – ciotka krzątała się wokół ogniska, trzymając na rękach najmłodszego potomka, półtorarocznego Eryka. Niedaleko stali wujek i jego najstarszy syn, Janus. Rozgarniali patykami żar, żeby za chwilę wrzucić do ogniska kartofle. Bliźniaki, Garon i Roman, ganiali się wokół, walcząc drewnianymi mieczami. Byli zadowoleni i szczęśliwi. Dziewczyna westchnęła ciężko, ze złością odrzucając loki do tyłu. To jej przekleństwo. Nie wyróżniała się urodą, choć jej twarz miała dużo uroku. Prawdziwym atutem były włosy, ale to one stały się zgubą. Wujostwo jeszcze nie wiedzieli, nie powiedziała im, bo nie chciała psuć radości z zakończenia prac polowych. Jutro im powie. Jeden dzień nic nie zmieni.

– Bora! Chodź do nas, zaraz będą kartofle i zaczną się tańce!

– Idę – odkrzyknęła bratu – tylko się tak nie drzyj, bo wywabisz mglicę z lasu i nie da ci już spokoju.

Garon bał się duchów, ale namiętnie słuchał opowieści o nich, co zwykle kończyło się tym, że obawiał się wieczorem wyjść sam do wygódki i ktoś musiał mu towarzyszyć.

Podeszła do ogniska i wzięła Eryka od ciotki. Malec przytulił się i natychmiast zaplątał rączki w jej włosy, śmiejąc się przy tym radośnie. Przycisnęła twarz do ciepłego ciałka, bo nagle napłynęły jej łzy do oczu – już wkrótce nie będzie go tulić. Z żalu zadrżała, co zauważyła to ciotka.

– Bora, mówiłam, żebyś wzięła ze sobą chustę, bo będzie ci zimno. Teraz trzęsiesz się jak osika. Siadaj gdzieś bliżej przy ognisku i ogrzej się.

Dziewczyna posłusznie przysunęła się do ciepła i spojrzała z wdzięcznością na ciotkę. Ona zawsze była taka troskliwa. Bora stała się dla niej córką, której nigdy nie miała. W tym domu na świat przychodzili sami chłopcy, więc kiedy matka Bory zwróciła się do swojej siostry z prośbą, żeby zaopiekowała się czteroletnią wówczas dziewczynką, ta z radością wyraziła zgodę. Nie pytała specjalnie o przyczyny, dla których dziecko musi pozostać w jej domu. Wiedziała, że skoro siostra o to prosi, musi się za tym kryć coś bardzo ważnego. Pięć lat później dotarła do nich mała drewniana skrzyneczka i wiadomość, że rodzice nigdy już nie wrócą. Bora nie przejęła się tym specjalnie. Pamiętała ich jak przez mgłę. Najbliższą rodziną byli dla niej ciotka, wujek i chłopcy. To dzięki wujostwu dziewczyna wiedziała wszystko, co trzeba wiedzieć o pracy na wsi, a dodatkowo uczyła się, jako jedno z nielicznych dzieci, w przyświątynnej szkółce. Chłopcy zaś traktowali ją jak siostrę – dokuczali, ale i kochali. Nigdy nie pozwolili, by którykolwiek z rówieśników ją skrzywdził. Tylko oni mogli wołać na nią „Wiewiórka” albo „Południca” i ciągnąć za warkocze. A dzieci bywają okrutne, szczególnie jeśli ktoś się wyróżnia. Bora wyróżniała się bardzo. Jako jedyna na wsi miała rude włosy – to po ojcu, jak mawiała ciotka. Miał płomienne włosy, bursztynowe oczy i był „narwany”. Za to matka Bory była brunetką o łagodnym usposobieniu. To dzięki niej ojcowska marchewkowa czupryna u dziewczyny zmieniła barwę na kasztanową, oczy stały się brązowe, a skóra wyglądała, jakby zawsze była lekko opalona. Zresztą może naprawdę tak było, prawie cały rok pracowała na powietrzu. Zajmowała się obrządkiem dwóch krów, jednego konia i całego mnóstwa drobiu. Bez względu na pogodę zwierzęta zawsze musiały być nakarmione, wyczyszczone, krowy wydojone, a jaja od kur w porę zabrane. To dało jej siłę i wytrzymałość.

Bora była do tej pory szczęśliwa. Kochano ją i czuła się potrzebna. Teraz wszystko miało się zmienić.

– Dlaczego? – pytała sama siebie. – Czym przewiniłam wobecwielkich Bogów?

Patrzyła w dogasające ognisko i myślała, że jutro musi powiedzieć o tym wujostwu. Jeszcze raz ciężko westchnęła. Cóż, będzie, co ma być.

* * *

Na zewnątrz wiatr szarpał z wściekłością koronami drzew, jakby chciał pozbawić je wszystkich liści długo przed nadejściem zimy. W dach waliły ciężkie krople deszczu, ale w domu było przytulnie. Janus jeszcze przed kolacją napalił w piecu, więc teraz przyjemne ciepło rozchodziło się po izbie. Robiło się sennie. Bliźniaki zniknęły w sąsiednim pokoju, żeby chwilę pograć w patyk i kamyk. Mały Eryk spał już w kołysce. Wujostwo siedzieli przy stole, omawiając plany na następny dzień, a Janus układał zapas drewna przy piecu, żeby dobrze przeschło.

– Za miesiąc od dziś mam się stawić na służbę we dworze – Bora powiedziała to bardzo szybko, wpatrując się przy tym w sękate deski stołu.

Wujek i ciotka zamilkli zaskoczeni, Janusowi polano wypadło z ręki i potoczyło się z hurgotem pod samo palenisko. Mały Eryk chrząknął cichutko, przekręcił się na boczek i spał dalej, posapując od czasu do czasu.

– To niemożliwe. Przecież Łowczy nie zaglądał tu od wiosny. – Ciotka z niedowierzaniem kręciła głową.

– Możliwe – Bora starała się mówić spokojnie. Wiedziała, że dla nich, tak jak i dla niej, jest to równie okropna wiadomość.

– W połowie lata pojechaliście na targ do Murweno. Chłopcy pobiegli na wieś, a ja chciałam wykąpać się w Zielonym Jeziorze. Było tak strasznie gorąco. Myślałam, że pójdzie ze mną Laura albo Bea, ale one już gdzieś polazły. Więc poszłam sama.

Przypominała sobie ten dzień bardzo dokładnie. Nad jeziorem, położonym o jakieś trzy kilometry od wsi, nie było nikogo. Panowała okropna duchota. Zbierało się na burzę. Czuła, że po plecach spływają jej strużki potu, a ubranie lepi się do ciała. Szybko ściągnęła wierzchnią sukienkę i w samej koszuli wskoczyła do wody. Było cudownie. Po całym dniu pracy w oborze zmywała z siebie brud, kurz i wszystkie zapachy, jakie zdążyły do niej przywrzeć. Chlapała się już dosyć długo, gdy zauważyła, że na niebie pojawiają się pierwsze chmurki zwiastujące ulewę.

– Zdążę jeszcze wyschnąć w słońcu, a wiatr wysuszy mi włosy – pomyślała. Usiadła na małej skałce, oparła się na łokciach i wygiąwszy szyję, odchyliła głowę, potrząsając nią, żeby włosy szybciej schły. Tak zobaczył ją Łowczy z dworu. Mokra koszula dokładnie oblepiała jej ciało, nie pozostawiając wiele miejsca na wyobraźnię. Włosy, już częściowo podeschnięte, zwijały się w loki i falowały na wietrze. Łowczy przełknął ślinę i aż przetarł oczy.

– Nimfa jakaś czy co? – zastanawiał się po cichu. Ale potem przypomniał sobie, że rycerz Olof po tym, jak go chcieli skrócić na królewskim dworze o głowę, zostawił swoją córkę na wychowanie u Poli i Marka i uciekł wraz z żoną gdzieś na północ. A potem słuch po nich zaginął. Jeszcze później nadeszła wiadomość, że oboje zginęli, ale wszystkie wersje ich śmierci były tak nieprawdopodobne, że należałoby je włożyć między bajki. Zresztą Łowczy nie myślał sobie zawracać tym głowy. Cóż z tego, że to szlacheckie dziecko, skoro nie ma nikogo, kto by miał o tym pamiętać? Jedyny problem, to ile ma teraz lat. Łowczy policzył po cichu na palcach i wyszło mu, że wiek jest aż nadto zadowalający. Oblizał wargi na myśl o cymesach, które go czekają. Skrzywił się tylko trochę, przypominając sobie o panu Arnoldzie. Ale zaraz humor mu się poprawił. Pan szybko się nudził, a on, Łowczy, ma inne ślicznotki, które umilą mu czas, zanim ta panna trafi w jego ręce.

– Dzień dobry, panienko. A nie strach tak samej w środku lasu? – spytał, stając znienacka przed dziewczyną.

Bora gwałtownym ruchem sięgnęła po sukienkę i zakryła się nią przed wzrokiem Łowczego. On zaś z zadowoleniem skonstatował, że dziewka się go boi. Pochlebiało mu to.

– No, no, nie masz się czego obawiać. Przy mnie nic ci nie grozi. – Przywołał na usta uśmiech. – Zdaje się, że nazywasz się Bora i mieszkasz u Marka?

– Tak, panie – odważyła się do niego odezwać.

Wiedziała, że na razie nic jej nie zrobi. Łowczy był psem, który kąsał tylko wtedy, gdy pan mu rozkazał. Teraz może jedynie warczeć, ale nie ugryzie. Wiele o nim słyszała. Dlatego zadrżała, kiedy przysunął się jeszcze bliżej i ujął ją pod brodę, aby dokładnej przyjrzeć się jej twarzy.

– Jesteś śliczna. Pan Arnold nawet nie wie, jakie smakowite boróweczki można znaleźć w jego lesie.

Bora odskoczyła jak dzikie zwierzątko, kiedy poczuła jego rękę na piersi. Ciągle zasłaniając się sukienką, cofała się przed nim powolutku.

– Nie uciekaj, jagódko. Pan Arnold ciągle potrzebuje nowych służek na swoim dworze. Zjawisz się u niego pierwszego dnia po przesileniu jesiennym. Tylko nie zapomnij, bo ja na pewno będę pamiętać. Do zobaczenia, boróweczko!

Kiedy Łowczy zniknął między drzewami, dziewczyna zachwiała się i ciężko usiadła na ziemi. Łapiąc oddech, jakby przed chwilą tonęła, przeklinała swoją głupotę. Kąpieli chciałaś, czyścioszko zasrana! Mogłaś umyć się w balii, jak wszyscy. Teraz już za późno. Poczuła zawrót głowy, kiedy całe wydarzenie zaczęło do niej docierać. Miała pójść do dworu na służbę – to oznaczało koniec dotychczasowego życia. Nie wyjdzie za mąż, a jeśli nawet, to mąż będzie nią pomiatał. W jej wiosce były dwie takie „po służbie”. Jedną odprawiono, bo zaszła w ciążę. Ta nigdy nie wyszła za mąż. Może i lepiej, że dziecko zmarło przy porodzie, bo byłoby wyrzutkiem, zawsze prześladowanym przez innych. Druga została odprawiona, bo się po prostu znudziła panu Arnoldowi i jego Łowczemu. Dostała trochę grosza i nawet znalazł się chętny do ożenku. Ale Bora często słyszała awantury w ich domu i wyzwiska. Czasem dochodziło nawet do bijatyk. Dziwiła się, bo przecież te dziewczęta nie były niczemu winne. Musiały iść, ponieważ inaczej pan zniszczyłby ich rodziny dodatkowymi podatkami lub wymyślnymi karami. Na przykład polowaniem na zające w dojrzewającym zbożu. Wszyscy o tym wiedzieli, ale nikt nie traktował tych dziewczyn normalnie po powrocie ze „służby”. Bora zagryzła wargi: nie dam się, nie pójdę do dworu. Ale zaraz potempomyślała o chłopcach, o małym Eryku i wyobraziła sobie, jak płacze z głodu. Zwiesiła głowę i się poddała. Postanowiła jedynie, że o wszystkim powie wujostwu dopiero po kopaniu kartofli. Dość mają innych kłopotów, żeby dokładać im jeszcze taki, na który nic nie mogą poradzić.

* * *

– Został miesiąc. Może zapomni? – Ciotka uniosła zatroskaną twarz.

– Wiesz, że tak nie będzie. – Wujek nie chciał stwarzać nadziei. – Na tego łajdaka nie ma rady.

– Może niech ucieknie! – Janus bezwiednie zaciskał dłoń na trzymanym polanie. – Nie znajdzie jej u nas, trochę poszuka, a potem da spokój.

– Dokąd? Znajdą ją wszędzie. Będzie wyróżniać się w każdej wiosce jak bażant wśród stada kaczek. A wiesz, ilu znajdzie się takich, którzy za marne grosze sprzedaliby własną matkę, a nie tylko obcą dziewczynę?

– To co, nic nie zrobimy? – Janus zbladł z gniewu. – Będziemy patrzeć, jak robią z niej dziwkę?

– Janusie, nie używaj takich słów! – Ciotka ostro skarciła syna.

– A jakich? Przecież to prawda. Nie idzie tam pracować, tylko wycierać wyra grafa i łowczego. Wróci, jak się nią znudzą! I co potem? Przyjmiemy ją z otwartymi ramionami, jakby nic się nie stało? My tak, ale inni? Mamo, zlituj się, każdy wie, co się tam wyrabia i co się potem dzieje z taką panną na wsi. Ona nie będzie miała życia. I tak miała ciężko przez te włosy, a teraz to już nie dadzą jej żyć, oprócz „Wiewiórki” i „Południcy” będzie zdzirą i wywłoką. Mamo…

Matka spuściła głowę. Wiedziała, że Janus ma rację, ale nic nie mogła poradzić. Jej syn zawsze bardzo kochał Borę. Kiedy byli mali, mówił, że się z nią ożeni. Później oczywiście zrozumiał, że to niemożliwe, ale nadal otaczał ją wyjątkową opieką. To on pokazał jej, jak się bronić przed zaczepkami starszych chłopców. Pola nie była z tego powodu zadowolona, ale też nic nie powiedziała, kiedy dziewczynka pierwszy raz dała nauczkę wioskowemu mądrali i męczyduszy. Janus pokazał jej w domu, jak z zaskoczenia chwycić napastnika za włosy i walnąć jego głową o własne kolano. Pola nie zapomni nigdy wyrazu triumfu na twarzy Bory po tej pierwszej wygranej potyczce. A teraz jej mała dziewczynka dorasta w przyśpieszonym tempie. I jakie straszne to dorastanie! Z pewnością marzyła o miłości, o narzeczonym, mężu, o normalnym domu. Matko Łaskawa, pomóż jej i nam. Jesteśmy tylkoprostymi ludźmi, dlaczego nas to dotyka? Pomóż nam.

– Kładźmy się spać. Nic więcej dziś nie wymyślimy. Niech każdy się zastanowi, jak tego uniknąć.

* * *

Czas mijał bardzo szybko. Zbliżał się moment rozstania, a oni nic nie wymyślili. Tylko wujek chodził coraz bardziej chmurny, a ciocia rano, po nieprzespanej i przepłakanej nocy, często miała zaczerwienione oczy. Janus był wciąż poirytowany i szukał zaczepki wśród miejscowych chłopaków. Parę razy wrócił z podbitym okiem. Ale niewiele mu to pomagało. Chodził jak niespokojny byczek, rozdrażniony i zły. Był wściekły, że nie może pomóc swojej małej siostrzyczce.

Aż nagle, na tydzień przed wyznaczonym terminem, wpadł jak burza do domu i wydając z siebie radosne, choć niezrozumiałe okrzyki, okręcił matkę trzy razy, a ze zdumioną Borą zatańczył przedziwną galopkę po kuchni. Wreszcie padł zdyszany na ławę i wychrypiał: 

– Mam sposób… Znalazłem sposób, jak ochronić Borę i żeby graf się do nas nie przyczepił.

– Mów! – Ojciec wyciągnął fajkę, nabił ją i niezapaloną wsadził  do ust. – Mów, synu!

– Pojechałem do miasta sprzedać ziarno, jak mi kazaliście. Potem… – zająknął się nieco, bo wbrew zakazowi ojca zamierzał powędrować do szynku – potem z chłopakami poszwendałem się trochę po rynku i usłyszałem, że pod miastem stacjonuje niewielki oddział wojska i że szukają stajennego, bo poprzedni wdał się w bójkę i trochę potrwa, zanim będzie w stanie się ruszać. Zasięgnąłem języka i okazało się, że ten oddział wyrusza na południe do kraju, którego nazwy nie zapamiętałem, bo jakaś strasznie dziwna. I oni będą w drodze ładnych parę miesięcy, jeśli nie cały rok. Jadą z pismem od naszego króla. Tych stajennych jest kilku, a Bora miałaby się zaopiekować tylko trzema końmi. Te konie to dwa kapitańskie i jeden adiutanta. Dają jedzenie i nawet kilka drapii można zarobić.

Janus odetchnął zadowolony.

– Ale tam na pewno będzie wielu takich, którzy zechcą się zaciągnąć – zafrapował się ojciec.

– Wiem, pomyślałem i o tym! – Chłopak uśmiechnął się z dumą. – Ale tak wielu na pewno nie będzie, bo to blisko rok rozłąki z rodziną i niepewna przyszłość. A tych, co przyjdą, postaramy się odstraszyć. Poznałem tam takiego chłopaka. Ma na imię Jaro, ale wszyscy do niego mówią Gruby. Powiedziałem mu, że mój kuzyn bardzo chciałby dostać tę pracę i że on, to znaczy Gruby, zarobi parę groszy, jak mu się uda wkręcić tam tego kuzyna. Gruby jest wielki, ma ciężką łapę i równie ciężki pomyślunek, ale wartość pieniądza zna.

– A pan Arnold? – zatroskała się matka. – Co jemu powiemy?

– Jemu powiemy, że Bora wolała pójść nad staw niż do niego na dwór! – Ojciec kategorycznie uciął dyskusję. – Nie będzie się na nas mścił, bo my będziemy pogrążeniu w nieutulonym żalu, Bory nie będzie i nie będzie problemu. Zresztą to jedyne rozsądne wyjście, żeby dziewczyna uniknęła okropnego losu. Skoro nie mamy innego sposobu, żeby wybronić Borę przed służbą na dworze, spróbujmy przygotować i ją, i siebie do nowego życia.

– Dziecko drogie, będziesz musiała ściąć włosy i przebrać się w chłopięce ubranie. Konie obrządzać umiesz, więc to nie problem. Problem, żeby nikt cię nie rozpoznał, zanim nie opuścisz granic naszego hrabstwa. Najlepiej udawaj tęsknotę za domem i chowaj się przed oczami ludzi.

– Nie będę musiała bardzo udawać, że tęsknię. Jeszcze nie wyjechałam, a już mi się płakać chce – szepnęła cichutko dziewczyna.

– Nie płacz, głupia! – Janus otoczył ją ramieniem. – Pomyśl, jakiego losu unikniesz.

* * *

Do miasteczka było niedaleko, ale Borze wydawało się, że jechali jeszcze krócej niż zwykle. Czuła się niepewnie i jak najdalej pragnęła odsunąć ten moment, kiedy stanie przed kapitanem. Co chwila dotykała włosów – nigdy dotąd nie miała ich krótszych niż do ramion, a teraz odsłaniały jej nawet uszy. Ciotka przycięła je na jeden palec.Wyglądam okropnie, ale może to i lepiej.Podrapała się po klatce piersiowej, bo okręcony bandażem biust mocno ją swędział. Miała na sobie stare ubranie Janusa, które ciotka pośpiesznie przerobiła.

– Nie martw się, wyglądasz na trochę zabiedzonego szesnastolatka. Nikt nie pozna, żeś dziewucha. – Janus starał się podtrzymać ją na duchu.

– Dobrze ci tak gadać, a ja się boję, że nie dam rady.

– Musisz dać! – Chłopak ścisnął ją za łokieć. – Pomyśl, co cię czeka, jeśli się nie uda! Nic nie może być gorszego niż służba na dworze.

Janus ma rację. Co ma być, to będzie, ale wszędzie będzie lepiej niż u grafa. Odetchnęła głęboko.

– Już się nie boję.

Ale strach powrócił, kiedy stanęli przed drzwiami do izby kapitana.

– Właź albo zaraz ci dokopię! Wiesz, ile Gruby wyciągnął drapii od ojca? – Janus udawał gniew, żeby dziewczyna całkiem nie straciła animuszu.

Zastukał głośno.

– Będziemy na ciebie czekać w tej karczmie, co ją widziałaś tu niedaleko. Nazywa się „Pod Szalonym Dzikiem” – zdążył jeszcze szepnąć.

– Wejść!

Bora zrobiła głęboki wdech i zdecydowanym gestem otworzyła drzwi.

– Dzień dobry! Podobno pan kapitan szuka stajennego? – zaczęła odważnie, choć nieco piskliwie.

– To nic – pomyślała. – Niejeden z chłopaków w tym wieku piszczyjak ja teraz.

Zdjęła czapkę z głowy i nerwowymi ruchami międliła ją w dłoniach.

– Jak ci na imię i ile masz lat? – Kapitan uśmiechnął się do stremowanego dzieciaka. Obok niego siedzieli dwaj mężczyźni. Ten młody to zapewne adiutant, domyśliła się.

– Ja… Janus – zająknęła się trochę. Zapomnieli wcześniej ustalić, jakie poda imię, a to pierwsze przyszło jej do głowy. – Mam szesnaście lat.

– Jąkasz się? – zadał pytanie starszy z mężczyzn siedzących przy stole obok kapitana.

– Nnie – znowu się zacięła.

– No, ale słyszę przecież, że się jąkasz! – kontynuował.

– Tylko trochę, gdy się zdenerwuję. – Bora speszyła się.

Właściwie to nigdy się nie zacinała, ale widocznie ta sytuacja tak na nią wpłynęła.

– Uch, to jakiś niemota. Może przyjdzie ktoś jeszcze – podsumował mężczyzna.

Bora poczuła gniew. Nie dość, że traktują ją jak krowę na targu, bo oglądają z każdej strony, to jeszcze zarzucają jej, że jest głupia.

– Myślałem, że trzeba kogoś do obrządzania koni, a nie do skrybarium! Chociaż pisać też trochę umiem. – Gniew zabarwił jej policzki na czerwono, ale z ulgą zobaczyła, że adiutant pochyla głowę, żeby skryć uśmiech. Dzięki temu poczuła się znacznie pewniej i zadziornie dodała:

– I niech pan nie mówi, że jestem cherlawy, bo to wiem. A konie trzeba wyczyścić, a nie przenosić. I ja umiem się nimi zajmować!

Teraz nawet kapitan się uśmiechnął. Trzeci mężczyzna wyglądał przez chwilę tak, jakby go miała trafić apopleksja, ale nagle uderzył się rękoma po kolanach i wybuchnął serdecznym śmiechem.

– A niech mnie kule biją! Smarkacz ma tupet i kąśliwy jęzor. Da sobie radę. Jeśli o mnie chodzi, to może u mnie pracować. Nie wiem, jak wy, panowie, ale ja uważam, że może być z niego pożytek.

Dwaj pozostali skinęli potakująco.

– To jak masz na imię, chłopcze?

– Janus, proszę pana. Iii… ja przepraszam.

– Dobrze już, dobrze. Pożegnaj się z rodziną i jutro rano ruszamy.

– Nie mam rodziny. Jacyś dobrzy ludzie ulitowali się nade mną i zabrali, bo akurat jechali do miasta.

– W porządku, w takim razie pokażę ci, gdzie dziś będziesz spał, a jutro z rana wyruszamy do Kruenii.

Wyszli z izby, pożegnawszy kapitana i adiutanta, którzy rozbawieni nowym stajennym w nieco lepszych humorach powracali do swoich zajęć. Adiutantowi szczerze przypadł do gustu ten młody chłopak. Był szczupły i niezbyt wysoki, ale miał coś miłego w twarzy. Jego spojrzenie było rozumne i szczere. Sam nie wiedział dlaczego, ale od pierwszego wejrzenia poczuł do niego sympatię.

– Nazywam się Edalion – przedstawił się mężczyzna prowadzący Borę – i jestem nadzorcą stajennych, kucharzy, ordynansów i innych takich. Wszystkie polecenia dostajesz ode mnie albo od kapitana lub jego adiutanta, Thomasa. Wszyscy inni mogą ci naskoczyć.

Ujrzawszy zdziwione spojrzenie chłopaka, wyjaśnił:

– Wielu żołnierzy myśli, że mają prawo wam rozkazywać. Ich polecenia możesz, powtarzam, możesz wykonać dopiero po porozumieniu się ze mną. Moje polecenia wykonujesz bez namysłu i szemrania. W razie nieposłuszeństwa – kara. A wierz mi, potrafię wymyślać kary. Trzy razy dziennie posiłek, chyba że będzie inaczej. A tu będziesz spał – dodał znienacka.

Bora zajrzała do wskazanej izby. Były tam rozłożone na podłodze sienniki i koce do przykrycia.

– Panie, jeśli… jeśli można, wolałbym z końmi. Przynajmniej na początku. Żeby się ze mną oswoiły.

Olbrzymi kwatermistrz spojrzał na Borę uważnie, potarł nos, który wskazywał, że jego właściciel nie wylewa za kołnierz i po krótkim namyśle wyraził zgodę.

– Dobra, zresztą i tak jutro ruszamy w drogę, więc będziemy spać, jak popadnie.

– Czy będę mógł jeszcze potem wyjść do miasta? – spytał nowo przyjęty stajenny.

– Jasne, tylko odmelduj się u mnie. Będę tam. – Machnął  jedną ręką w kierunku kilku baraków, a drugą wskazał nowemu podwładnemu stajnię.

Bora weszła do stajni. Zamknęła za sobą drzwi i oparła się o nie z ulgą. Była tu sama z końmi. Wdychając znajome zapachy, starała się zapanować nad nerwami. Po chwili poczuła się znacznie lepiej. Najtrudniejsza część zadania była za nią. Teraz należało tylko dobrze się maskować, żeby dotrzeć z oddziałem przynajmniej do granicy hrabstwa. Zamknęła na moment oczy, rozkoszując się spokojem. Któryś koń parsknął i zagrzebał kopytem.

– Czas poznać was, moi przyjaciele – mówiła cichutko, tak żeby nie spłoszyć zwierząt.

Każdy koń stał w osobnym boksie. Dwie klacze i ogier. Piękne. Odkarmione i czyściutkie. Jedna klaczka, wyjątkowo ciekawska, wychyliła łeb w jej kierunku.

– Już do ciebie idę, moja piękna.

Na wyciągniętej dłoni trzymała wyschnięty kawałek słodkiego ciasta. Powolutku, żeby nie wystraszyć zwierzęcia, podała mu smakołyk i od razu położyła dłoń na wilgotnych chrapach. Klacz nie zaprotestowała i nie odsunęła się.

– No dobrze, moja droga, z tobą nie będzie kłopotów.

Druga klacz z zainteresowaniem przyglądała się całej scenie. Ona też nie była wrogo nastawiona. Po krótkiej chwili wahania przysunęła się bliżej i wyciągnęła łeb po sucharek.

– Ty też jesteś przyjaźnie usposobiona. Zobaczymy, co na to nasz kawaler.

Ogier dreptał w miejscu, parskał i co chwila rzucał łbem.

– Chcesz mi coś powiedzieć, mój piękny? – mówiła do niego cicho i spokojnie. – Nie chcesz, żebym pomyślała, że jesteś łatwy? Nie pomyślę tak. Jesteś przecież stworzeniem rozumnym, jakoś się ze sobą dogadamy.

Bora stanęła w odległości dwóch kroków od boksu i przemawiała do zwierzęcia. Miała opuszczone ręce, nie wykonywała żadnych ruchów – czekała. Po dobrych kilku chwilach koń przestał tupać i parskać. Odczekała dalsze parę minut i zrobiła malutkie pół kroku do przodu – ogier rzucił łbem, ale już za moment się uspokoił. Takie podchody trwały dosyć długo, aż wreszcie dziewczyna stanęła tuż przy jego łbie. Nadal bez ruchu i nadal gadając.

– Wóz albo przewóz; albo mnie ugryzie, albo przyjmie ciasto – pomyślała z determinacją.

Powoli podniosła rękę i na wyciągniętej dłoni podała mu słodki kąsek. Koń obwąchiwał poczęstunek przez krótką chwilę, po czym zgarnął go mokrymi wargami.

– No to jesteś już mój – szepnęła cichutko i nakryła mu dłonią chrapy. Ogier nie protestował.

* * *

W karczmie panował zwykły gwar. Kiedy Bora otworzyła drzwi, buchnął na nią kwaśny odór piwa, smród dymu z tytoniu i fetor niemytych ciał. Aż nią wstrząsnęło. W samym kącie, pod ścianą, zauważyła wujka i Janusa. Na stole stał dzban piwa, ale oni nie wyglądali na takich, którzy gustują w tym napitku. Siedzieli naprzeciwsiebie, prawie bez słowa. Dostrzegłszy dziewczynę, wstali i przywołali ją gestami. Przecisnęła się obok szynkwasu i ciężko usiadła na wolnym krześle. Przez chwilę panowała cisza.

– No jak!? – Janus nie wytrzymał. – Mówże, dziewczyno!

– Chłopaku – poprawiła go cicho. – Mam na imię Janus i dostałem pracę stajennego w królewskim oddziale pocztowym, który udaje się z ważnym poselstwem do Kruenii. Wyprawa potrwa około dziesięciu miesięcy i… i nie wiem co jeszcze.

Wujek odetchnął z ulgą, natomiast Janus wydał z siebie gromki okrzyk radości.

– Ciiiiiiii, wszyscy się na nas gapią. Nie drzyj się tak. – Bora pociągnęła go za rękaw. Ponieważ nic więcej nie wydarzyło się przy ich stoliku, bywalcy karczmy powrócili do swoich rozmów i do swoich kufli.

– Jak było? Opowiadaj! – Janus nie mógł usiedzieć spokojnie na krześle. – Bardzo cię maglowali?

– Właściwie nie, spytali tylko, czy umiem zajmować się końmi i tyle.

– I tyle? Mówże wreszcie, ty ruda zołzo, bo ci jeszcze dołożę. – Chłopak naprawdę się zezłościł.

– Dobra, dobra. Zaraz opowiem ze szczegółami.

I Bora opowiedziała wszystko dokładnie. Wujek kręcił tylko głową, gdy mówiła o tym, jak się uniosła gniewem, natomiast Janus przyłożył jej z aprobatą w ramię, aż poleciała na blat stołu.

– Mityguj się, bracie – upomniała go. – Nie wal mnie tak.

– Będziesz musiała się przyzwyczaić, tak już jest wśród chłopaków!

– No właśnie, pierwszy krok zrobiony. Teraz będę musiała przywyknąć do życia wśród żołnierzy. Nie wiem, jak sobie z tym poradzę. – Bora ciężko westchnęła.

– No tak… – teraz wujek przejął inicjatywę. – Pamiętaj, że mężczyźni w swoim gronie zachowują się inaczej niż przy kobietach.

– Klną, bekają, pierdzą i rozmawiają o babach – wtrącił Janus.

– Uspokój się! – Wujek z wyrzutem spojrzał na syna. – Ale w zasadzie Janus ma rację. Nie możesz się oburzać ani czerwienić, gdy facet zacznie drapać się po tyłku albo po… no, zacznie się drapać. Musisz uznać to za normalne i nie zwracać na to uwagi. Przede wszystkim obserwuj kolegów w twoim wieku, wtedy będziesz wiedziała, jak zachowują się twoi rówieśnicy rodzaju męskiego. Nie musisz we wszystkim być taka jak oni, ale musisz się dostosować. Nie musisz być głupia i ordynarna, ale też nie bądź zbyt delikatna. Nie…

– Wujku – Bora przerwała mu – mam głowę spuchniętą jak bania od tych wszystkich rad. Będzie, co ma być. Będę się starać, żeby nikomu nie podpaść ani nie włazić specjalnie w oczy.

– Masz rację, dziecko. – Wujek ścisnął jej rękę. – Ale tak się martwię…

– Wiem, wujku. Ja też się boję, ale to było jedyne wyjście. Wszystko, co mnie spotka, będzie lepsze niż… Sam wiesz.

– Wiem, ale i tak będę się zamartwiał o ciebie.

– Tym lepiej! – Bora zaśmiała się. – Kiedy pojawi się Łowczy i zobaczy, jak rozpaczacie, będzie musiał we wszystko uwierzyć. A tak w ogóle, napisałam list i zostawiłam go u siebie pod poduszką. Żegnam się w nim z wami i wyznaję, że mam zamiar utopić się i wierzę, że Matka Łaskawa wybaczy mi, że pogardziłam jej darem życia i takie tam wzruszające rzeczy. Nie dałam go cioci. Bałam się, że będzie jeszcze bardziej płakać. Dla niej ta rozłąka to prawie jak śmierć. Możecie go „znaleźć” po powrocie. Ciocia na pewno będzie tak lamentowała, że zlecą się sąsiedzi. A tak przy okazji, jak szłam nad jezioro, widział mnie stary Jarema. W razie czego będzie jakiś świadek.

Długo jeszcze gadali, ale czas rozstania zbliżał się nieuchronnie. Wujek tulił ją i ściskał, jakby nigdy nie miał wypuścić. Janus przytulił ją krótko i klepnął po przyjacielsku w plecy, ale ukradkiem przetarł oczy. Rozstali się przed bramą obejścia, gdzie znajdowały się stajnie. Bora długo patrzyła za nimi, jak oddalali się w mrok. Potem weszła do stajni i uspokoiła konie cichym szeptem. Ułożyła się na sianie, sięgnęła do plecaka i wyciągnęła drewnianą szkatułkę. Przed oczami stanął jej obraz sprzed kilku dni, niemal słyszała głos ciotki.

– To prezent od twoich rodziców na osiemnaste urodziny. Daję ci ją teraz, bo pewnie tę uroczystość będziesz obchodzić daleko stąd… – Ciotka całkiem jawnie ocierała oczy. – Ale pamiętaj, masz ją otworzyć dokładnie w swoje urodziny, ani dnia wcześniej. To bardzo ważne. Niech Matka Łaskawa cię prowadzi, dziecko.

Bora włożyła pudełko z powrotem do plecaka i nakryła się kocem. A potem płakała i płakała, aż wydawało jej się, że nigdy nie przestanie. Ale wreszcie sen ukoił jej strach i samotność. Zasnęła ukołysana końskimi oddechami wśród znajomego zapachu siana.

* * *

Jechali już trzy tygodnie. Ich życie wypełniała rutyna. Rano pobudka i szybkie śniadanie. Potem przygotowanie do podróży. Trzeba było spakować wszystkie manatki, załadować na wozy, obrządzić konie i w drogę. Zwykle posuwali się etapami od wioski do wioski lub osady. Na noclegi woleli zatrzymywać się wśród ludzi. Tak było wygodniej i bezpieczniej. Rozlokowywali się po stodołach i stajniach, a kapitan z adiutantem u jakiegoś chłopa w domu. Oprócz niej było jeszcze czterech stajennych. Chłopcy, w podobnym jak Bora wieku, nie byli na szczęście zbyt dokuczliwi. Mieli do obrządzenia dużo zwierząt, a to zabierało czas i siły. Podróżowali na wozach, z których każdy był zaprzężonych w dwa małe, ale silne koniki. Mogli wówczas ze sobą pogadać, ale i tak w międzyczasie czyścili uprząż i dokonywali drobnych napraw. Wszyscy, jak ona, pochodzili ze wsi. Z domów wypędziła ich bieda. Bora nie mogła opowiadać o swojej rodzinie. U niej też czasami bywało gorzej, ale nigdy nie głodowali. Milczała i przysłuchiwała się opowieściom innych. Dzięki temu, że była taka cicha i spokojna, została szybko zaakceptowana przez chłopaków. Mówili do niej Rudy Janus, bo wśród żołnierzy też był Janus, tyle że Duży.

Przekroczyli granice hrabstwa i Bora odetchnęła z ulgą. Nikt jej nie szukał, a każdy dzień oddalał ją od widma dworu. Wszystko się jakoś układało. Najgorzej było, kiedy nadeszły jej dni. Nie bolał ją brzuch, jak to miewały inne dziewczęta, ale czuła się źle, gdyż nie mogła się myć tak często, jak potrzebowała. Dlatego nadal sypiała w stajniach, razem z końmi, bo wtedy miała zapewnione chwile niezbędnej intymności. Nikomu to nie przeszkadzało, nikt też specjalnie nie szukał jej towarzystwa.

Znajdowali się już spory kawałek za granicą hrabstwa, kiedy kapitan podjął decyzję, że w najbliższej większej miejscowości spędzą dwa dni. Trzeba było uzupełnić zapasy dla ludzi i zwierząt, bo dalej osady będą coraz rzadsze. Obiecał im też trochę wolnego czasu. W praktyce oznaczało to, że ci, którzy będą mieli ochotę, mogą się urżnąć w trupa w miejscowej karczmie. Bory to nie interesowało. Mimo usilnych namów kolegów wymigała się od pójścia z nimi. Mamrotała coś o poleceniu kapitana, żeby sprawdzić we wsi, od kogo można odkupić większą ilość obroku dla koni. W końcu dali jej spokój i powędrowali do szynku, a ona poszła w przeciwną stronę. Rozglądała się po domach i podwórzach, sprawdzając, czy bardzo różnią się od tych z jej rodzinnej wioski. Kilka razy mignęła jej postać adiutanta i kwatermistrza. Oni naprawdę poszukiwali zaopatrzenia. Postanowiła iść za nimi, bo tak czuła się bezpieczniej, zachowywała jednak pewną odległość. Nagle usłyszała przeraźliwy skowyt katowanego zwierzęcia i przekleństwa wykrzykiwane grubym, przepitym głosem.

– Zabiję cię, ty wilczy pomiocie – ryczał mężczyzna, a wtórowały mu pisk i pełne bólu skowyczenie. – Ty darmozjadzie, nie będziesz więcej kąsał. Zatłukę na śmierć!

Słychać było głuche uderzenia, a psiak piszczał coraz żałośniej i coraz ciszej. Bora rzuciła się biegiem w kierunku, skąd dochodziły wrzaski. To, co zobaczyła, przeraziło ją. Na środku podwórka stał ogromny chłop i w wyciągniętej ręce trzymał za kark szczeniaka, a drugą okładał go bez opamiętania. Pies przypominał teraz strzęp brudnej szmaty.

– Zostawcie go! Nie bijcie! – Bora wrzeszczała z całej siły.

– A tobie co do tego, smarkaczu! Zjeżdżaj stąd, bo jeszcze i ty oberwiesz.

Bora zrozumiała, że krzykiem nic nie zwojuje, ale przynajmniej osiągnęła jedno – chłop przestał się znęcać nad zwierzakiem.

– Proszę… proszę, oddajcie mi go! Ja mogę nawet zapłacić! – Prawie płakała, bo widok psiaka był nie do zniesienia.

Chłop popatrzył na nią chytrze.

– Ile? – zapytał tylko.

– Nie mam wiele, ale dam wszystko, co mam. – Bora trzęsącymi rękami grzebała po kieszeniach. – Mam dwie drapie. – Pokazała na wyciągniętej dłoni.

– Dawaj! – Zgarnął pieniądze wolną ręką, a drugą cisnął szczeniaka w jej stronę. – Tylko pamiętaj, gówniarzu, że jak cię pogryzie, to nie moja wina. Suka uciekła do lasu, a jak wróciła, ulęgło się toto. Wilczy pomiot.

Mamrotał jeszcze, odchodząc w kierunku karczmy, aby jak najszybciej przepić te grosze, które tak znienacka wpadły mu w łapy. Bora klęknęła przy piesku. Bała się go dotknąć, żeby nie urazić obolałego ciałka.

– Zdejmij kurtkę i połóż go na niej. Pomożemy ci zanieść go do stajni. – Usłyszała nad sobą głos kwatermistrza.

– Kto to zrobił? – z wściekłością zapytał adiutant.

Bora spojrzała w jego twarz. Thomas był blady z gniewu. Dziewczyna pomyślała, że jeśli mu teraz powie, to jest gotów zabić tego człowieka. A z tego mogą wyniknąć same kłopoty. Na pewno byłoby dochodzenie i ją też by wypytywali.

– Nieważne. Człowiek! – powiedziała to z goryczą. – Mam tylko nadzieję, że jeśli ma żonę i dzieci, to nie traktuje ich tak samo. Mój wujek zawsze mawiał: kto nie ma litości dla zwierząt, ten nie znajdzie jej w sobie i dla ludzi.

– Mądrze gadał twój wujek – mruknął kwatermistrz. – Wynośmy się stąd.

* * *

Bora spędziła prawie całą noc na czuwaniu. Chwilami przysypiała, ale budziła się na najlżejszy odgłos. Zostawiła psiaka na swojej kurtce, żeby przenoszeniem nie przyczyniać mu niepotrzebnego bólu. Sama ułożyła się na sianie. Obok posłania postawiła miseczkę z wodą i co jakiś czas zwilżała zwierzakowi nosek i język. Gdzieś w środku nocy przypomniała sobie, że ciotka Pola dała jej na drogę trochę ziół. Były między nimi i takie, które łagodziły ból i spędzały gorączkę. Rozprowadziła w miseczce jedną trzecią dawki dla człowieka i teraz tą miksturą poiła psa. Szczeniak popiskiwał cichutko przez sen, ale kilkakrotna aplikacja leku oraz głaskanie sprawiło, że wreszcie zasnął nieco spokojniej.

Rano zjawił się w stajni kwatermistrz Edalion, a zaraz za nim przyszedł adiutant, obaj szczerze przejęci losem zwierzęcia. Piesek nie zareagował.

– Żyje? – spytał kwatermistrz.

– Tak – Bora nie przestawała głaskać szczeniaka – ale jest z nim bardzo kiepsko.

– Pił coś?

– Sam? Nie. Ja mu zwilżałem pyszczek.

– Janus, zostaniemy tu jeszcze tylko jeden dzień. Potem ruszamy dalej. To dla niego może być zabójcze.

– Gdybym go zostawił i tak by zdechł. Tak ma przynajmniej jakąś szansę. Pojedzie na wozie.

– No dobrze. Ale nie rób sobie zbytniej nadziei.

Adiutant pochylił się nad zwierzakiem.

– Ma wielką wolę przetrwania. Może mu się uda. Nie martw się, Janus. On podobno w połowie jest wilkiem, a wilka nie tak łatwo zatłuc.

Bora uśmiechnęła się z wdzięcznością. Spojrzała w twarz młodego porucznika i zauważyła, że ma zielone oczy. Przy ciemnej cerze i włosach wyglądały bardzo interesująco.

– Przestań, głupia – skarciła się w myślach. – Jesteś terazchłopakiem. Nie wzbudzaj podejrzeń.

– Dziękuję, panie. Bardzo bym chciał, żeby mu się udało. Jest taki biedny.

W świetle dnia widać było, że pies ma jakieś dwa-trzy miesiące.

Jego futerko było miękkie i puchate. Gdyby otworzył ślepia, byłyby prawdopodobnie jeszcze niebieskie.

– No dobra, ale pamiętaj, że masz też swoją robotę do wykonania. Jak ten nasz… Nazwałeś go już jakoś?

– Nie, jeszcze nie. Zastanowię się, jak trochę wydobrzeje.

W ciągu dnia stajnię odwiedzili wszyscy chłopcy stajenni. Bardzo przejęli się losem skatowanego psa. Przytargali płaską skrzynię wymoszczoną końskimi derkami. To miało być przenośne posłanie dla szczeniaka. Wieczorem usiedli wszyscy wokół pieska. Bora musiała jeszcze raz opowiedzieć, jak ocaliła malucha. Potem zastanawiali się, jak zwierzak przystosuje się do życia w oddziale, do ciągłej drogi, do koni. Mówili o nim, jako że nie miał jeszcze imienia, po prostu „nasz piesek”. I Bora uznała, że „Nasz” to dobre imię dla małego wilczka.

Następna noc była spokojniejsza. Psiak nie piszczał już bez przerwy. Zdobył się nawet na wysiłek i wychłeptał odrobinę wody z miseczki, ale zaprawiona gorzkimi ziołami nie bardzo przypadła mu do gustu. Rano wszystko poszło sprawnie. Chłopcy przenieśli szczeniaka razem z kurtką Bory do skrzyni, a potem delikatnie wstawili ją na wóz. Nasz był na tyle jeszcze słaby, że nawet tak duże zamieszanie nie sprawiło, żeby podniósł łebek.

Mijały dni. Pies zaczynał wyraźnie zdrowieć. Stopniowo i bardzo powoli, ale widać było, że mu się poprawia. Zaczął samodzielnie pić wodę, a po trzech dniach zjadł pierwszy kawałek surowego mięsa, które dostał w prezencie od kwatermistrza. Bora z radości poczuła dławienie w gardle. Nasz pokochał swoją nową rodzinę mocno i gorąco, co okazywał szalonym merdaniem ogona i jeśli się tylko udało – lizaniem po twarzy i rękach. Jednak całkowicie oddany był Borze. Razem spali w stajni, pętał się za nią w czasie obrządku. Konie szybko przyzwyczaiły się do malucha szwendającego się im gdzieś pod kopytami. Nasz zawsze był blisko Bory. Kiedy kładli się spać, układał się obok jej posłania. Na wozie leżał pod jej stopami. Gdy mówiła, wpatrywał się jej w twarz, jakby chciał odczytać nawet niewypowiedziane myśli. Kiedy schodzili, żeby rozprostować nogi, biegał wokół i poszczekiwał radośnie.

Dni mijały teraz bardzo szybko. Bora nawet nie zauważyła, że zmienił się klimat i krajobraz. Robiło się coraz cieplej. Mijane miejscowości były niby podobne do jej wioski, ale jednak trochę inne – chaty większe, a rosnące przy nich rośliny – nieznane. Ludzie mieli ciemniejszą skórę, byli wyżsi i szczuplejsi niż jej rodacy. Jedzenie też bardzo różniło się od tego domowego. Podstawą było dziwne, ciemne zboże, a do niego dodawano mnóstwo warzyw i mięso miejscowego bydła o długich, wąskich rogach. Bardzo też smakował jej ciemny, twardy chlebek, którym przegryzano wszystkie potrawy.

Byli w drodze od trzech miesięcy. Bora każdą wolną chwilę poświęcała psiakowi. Uczyła go posłuszeństwa i wykonywania różnych poleceń. Nasz wydawał się w lot pojmować, czego się od niego wymaga. Tym bardziej, że każdy dobrze wykonany rozkaz nagradzany był smakołykiem. Po kilkunastu dniach potrafił robić siad, aportować, podawać łapę i nawet pozostać w miejscu, podczas gdy jego pani się oddalała. Po licznych próbach zostawał w miejscu na parę minut, choć jego zadek aż podskakiwał. Dziewczyna stopniowo wydłużała okres oczekiwania na komendę „chodź”. Thomas poradził jej, żeby wszystkie polecenia słowne łączyła zawsze z konkretnym gestem. Później – tłumaczył – pies będzie reagował tylko na gest. A to się może kiedyś przydać. Adiutant często włączał się w szkolenie. Dzięki temu uniknęła wielu błędów. I nie czuła się tak bardzo samotna. Miała przynajmniej z kim porozmawiać.

Któregoś razu, gdy szczeniak zasnął, Bora pomyślała o domu. Ciotka pewnie przygotowuje się do Święta Najkrótszego Dnia. Wujek z chłopcami podkradają smakołyki. W zeszłym roku Bora pomagała w przygotowaniach, bo malutki Eryk wymagał ciągłej opieki. Teraz już pewnie biega i rozrabia. Za tydzień będą jej urodziny. Dziewczyna wyciągnęła szkatułkę i pogłaskała wieczko.

– Jaką tajemnicę skrywasz przede mną? – spytała cichutko.

Nasz zaskomlał. Pogłaskała go uspokajająco.

– Nie martw się, to nie może być nic złego – szepnęła do psa. – W końcu to prezent od moich rodziców.

* * *

– Wiesz już coś? – Przeor pojawił się w jego myślach tak nieoczekiwanie, że aż drgnął i rozejrzał się wokoło. Dobrze, że nikogo nie było w izbie, bo na pewno zwróciłby na siebie uwagę takim zachowaniem.

– Nie, Ojcze – odpowiedział. – Nie czułem mocy, nawet jej powiewu. Może jestem niewłaściwym człowiekiem.

– Wiesz, że to niemożliwe. Sprawdziliśmy cię dokładnie. To na ciebie czeka Nosicielka. To ty jesteś jej Obrońcą wyznaczonym przez Źródło.

– Tak, Ojcze, wiem. Ale ja jeden nie mogę odnaleźć Nosicielki.

Wszyscy inni są już od lat połączeni – poskarżył się porucznik.

– Musi być ku temu jakaś istotna przyczyna. Zapewne poznamy ją wraz z odnalezieniem Nosicielki.

– Mam nadzieję, że to wkrótce nastąpi. Wydaje mi się, że ona jest gdzieś niedaleko, ale pozostaje zasłonięta przed moim wzrokiem!

– Cierpliwości, synu, cierpliwości. Na wszystko przyjdzie pora. Taką mam przynajmniej nadzieję – westchnął przeor.

* * * 

Tydzień później dotarli do ostatniej osady przed granicą. Było to właściwie zaledwie kilka chat i zabudowań gospodarskich, otoczonych mocnym ostrokołem. Dalej – jak powiedział kapitan – jest tylko morze piachu, skał albo równinne połacie wyschniętych traw. Spotkać tam można jedynie dzikie zwierzęta lub wędrujące plemiona, o których nigdy nie wiadomo, czy będą przyjaźnie nastawione, czy wręcz przeciwnie. Od tej pory mieli poruszać się w zwartym szyku ze strażami zarówno z przodu, jak i z tyłu oddziału. Nikomu nie wolno oddalać się nawet na krok od kolumny. Będzie bardzo trudno, bo nie wiadomo co z wodą i żywnością – tak dla zwierząt, jak i dla ludzi. Część oddziału miała pozostać w tej wiosce. Dalej miało pojechać około dwudziestu osób, bez wozów, tylko z jucznymi końmi. Kapitan zarządził tydzień odpoczynku, tym bardziej że przed nimi były niedostępne tereny, których nigdy by nie pokonali bez przewodnika, a tego, w swej łaskawości, miał przysłać władca Kruenii, król Mugabe II.

* * *

Drugiego dnia pobytu w przygranicznej osadzie wypadały urodziny Bory. Wieczorem zamknęła się w stajni razem z oficerskimi końmi i Naszem. Ostrożnie zapaliła naftową lampkę i z pietyzmem sięgnęła do plecaka po szkatułkę. Pies wsuwał jej łeb pod ręce i trącał nosem, domagając się pieszczot.

– Spokój, piesku, spokój! – Bora pogłaskała go. – Zaraz obejrzymy sobie nasz prezent.

Położyła skrzyneczkę na kolanach i powolutku otworzyła. Na wierzchu leżało kilka pożółkłych kartek, a pod nimi dziewczyna ujrzała medalion. Na metalowym, dość grubym łańcuszku wisiał kamień osadzony w przemyślny sposób. Po bliższych oględzinach okazało się, że jest to klejnot misternie wyrzeźbiony, jak kielich kwiatu. Bora pogładziła go palcem. Poczuła ciepło rozpływające się po dłoni i pełznące dalej po ciele. Nasz najpierw przywarował z napięciem, a potem lizał jej rękę, gładzącą kamień.

– Co, Nasz, przyjemne uczucie? – Patrzyła w psie oczy i miała wrażenie, że widzi w nich zrozumienie. Cofnęła dłoń.

– Zanim wezmę ten naszyjnik, chyba powinnam przeczytać list od rodziców. Mam wrażenie, że to nie jest zwykłe świecidełko.

* * *

Porucznik układał się do snu, gdy nagle poczuł moc magii. Dobrze, że siedział na brzegu łóżka, bo siła, z jaką go dotknęła, sprawiła, że zgiął się wpół. Tak zawsze wyglądał pierwszy kontakt. Trwało to zaledwie kilka sekund, ale mężczyzna wiedział, że Nosicielka jest bardzo blisko. Wkrótce ją odnajdzie i będzie mógł wypełnić swoje zadanie. Przygotowywał się do tego całe życie. Mimo bardzo później pory postanowił połączyć się z przeorem.

* * *

Najdroższa Córeńko,

jeśli czytasz ten list, to znaczy, że jednak nie ma nas z Tobą. Decyzjao pozostawieniu Cię u Poli była najtrudniejszą w naszym życiu. Ale tak nam sięułożyło. Twój ojciec był trzecim synem niezbyt zamożnego szlachcica z Północy. Nie miał czego oczekiwać w majątku pana Van Svensonbjorga i dlatego wybrał karierę wojskową. Los pokierował nim tak, że dotarł do naszej wioski. Tupoznaliśmy się i pokochaliśmy. Razem wyruszyliśmy na podbój świata i trafiliśmyna dwór królewski. Tam, niestety, Twój tata dokonał niewłaściwego wyboru i żebyratować nasze głowy, musieliśmy uciekać. Oboje uznaliśmy, że nie możemy i niechcemy Cię narażać, dlatego zostałaś u mojej siostry. Tym bardziej że masz dowypełnienia bardzo ważne zadanie.

Od pokoleń, nawet nie wiem od jak dawna, w naszej rodzinie jest pewienklejnot. Zapewne już go sobie obejrzałaś. Podobno ma jakąś moc magiczną, aleja jej nie odkryłam. Otrzymuje go zawsze najstarsza córka w rodzinie. Kiedyprzyjdzie właściwy czas, klejnot ożyje – nie wiem, co to znaczy, Córeńko. Jeślito się stanie, sama będziesz wiedziała. Ten kamień pokaże Ci drogę do Źródła. Bezwzględnie, ale to bezwzględnie, musisz podążyć wyznaczonym przez klejnotszlakiem. Dokąd Cię poprowadzi i po co – nie wiem. Podobno będzie Ciktoś towarzyszył, ale nie mam pojęcia, kto to taki. Jemu i tylko jemu możeszzaufać. Jak go rozpoznasz, tego też nie wiem. Matka mi tego nie przekazała. Ten naszyjnik powinnaś dostać już w dzieciństwie i nosić go przez całe życie, alebaliśmy się to uczynić. Po pierwszej próbie zaczęły się dziać wokół nas dziwnerzeczy. Mieliśmy wrażenie, że spowodował to właśnie klejnot. Że oprócz Twegoopiekuna mógł ściągnąć również Twojego wroga. Dlatego zdecydowaliśmy z ojcem,że należy przekazać Ci ten prezent dopiero, gdy będziesz dorosła i będzieszpotrafiła sama sobie radzić. Nie zdejmuj go nigdy. Wybacz, moje dziecko, wiem,że te informacje brzmią śmiesznie, ale taka jest tradycja w naszym babskimrodzie. Pola również wie o tym i jeśli będziesz miała jakieś pytania, może onaCi pomoże. Mam jednak nadzieję, że nie będzie to konieczne, bo sama sobiez wszystkim poradzisz.

Córeczko najdroższa, masz dziś swoje osiemnaste urodziny, a nas nie maz Tobą. Wiedz jedno: kochamy Cię całym sercem i każdego dnia nasze myśli sąprzy Tobie. Mamy nadzieję, że wyrosłaś na dzielną i mądrą kobietę, bo ślicznabyłaś od urodzenia. Niech los Ci sprzyja, a Matka Łaskawa ma Cię w swojejopiece.

Może kiedyś się jeszcze spotkamy, jeśli tak zechce Łaskawa.

Kochamy Cię

Mama i Tata

* * *

Bora zamknęła oczy. Głaskała łeb Nasza i myślała o tym, co przed chwilą przeczytała.

– Tak, piesku, musimy sprawdzić, czy ten kamień nas lubi. O ile kamień w ogóle może mieć jakieś uczucia.

Odłożyła list i sięgnęła po naszyjnik. Nieco drżącą ręką chwyciła za łańcuszek i podniosła go. Lampa dawała mało światła, ale klejnot jaśniał jakimś własnym, wewnętrznym blaskiem. Połyskiwał błękitem i zielenią, jakby powstał ze smug powietrza i wody. Nie wydawał się groźny ani tym bardziej żywy.

– No dobra, mały, zakładamy go na szyję i zobaczymy, co się stanie. Jakby co, obronisz mnie, prawda? – zażartowała, choć nie bardzo było jej do śmiechu. Nabrała powietrza i przełożyła łańcuszek przez głowę. Klejnot spoczął na jej piersi. Przez chwilę nic się nie działo i Bora odetchnęła z ulgą. Ale za moment kamień zaczął rozjarzać się od wewnątrz i poczuła wydobywające się z niego ciepło. To uczucie było właściwie przyjemne, ale dla dodania sobie otuchy położyła rękę na głowie psa i czekała. Światło i ciepło rozchodziło się po ciele, jakby ktoś oblewał ją letnią wodą. Bora poczuła, że szczeniak drży pod jej dłonią.

– Spokój, piesku, spokój, to nasz przyjaciel.

Sama nie wiedziała skąd, ale miała pewność, że to Coś nie uczyni jej krzywdy. Wręcz przeciwnie, że będzie jej bronić. Trwało to dosyć długo, aż Bora się zaniepokoiła.

– Przecież nie mogę chodzić z taką świecącą latarnią na szyi – szepnęła w ucho Nasza.

Zamknęła kamień w dłoni i pomyślała, że dobrze by było, żeby zgasł. Blask zniknął, ale uczucie bezpieczeństwa pozostało. Nasz już nie dygotał. Patrzył na swoją panią i merdał radośnie ogonem.

– Zobaczymy, Nasz, co z tego wyniknie – powiedziała do psa.

* * *

– Mistrzu, namierzyłem klejnot! – Głos Thomasa drżał nieco.

– To najlepsza wiadomość od dawna. Teraz musisz jak najszybciej się do niej zbliżyć.

– To nie takie proste. Ona…

– To jest proste. Źródło wybrało was dla siebie. Zbliż się do niej jak najszybciej. Musi obdarzyć cię uczuciem, żeby moc klejnotu spłynęła i na ciebie. – Mistrz był nieco zniecierpliwiony. – Inaczej nie poprowadzi was do świątyni.

– Wiem, Mistrzu, ale, jak powiedziałem, to nie jest takie proste. Bo ona…

– Thomasie, nigdy nie sprawiałeś specjalnych problemów. Od początku wiedziałeś, co cię czeka. Więc skąd teraz te wątpliwości? Jest może odrażająco brzydka? Ale ma z pewnością inne walory, które cię do niej przyciągną.

– Mistrzu, ale to chłopiec! – Młody porucznik przerwał wywody przeora.

– Chłopiec??? Chcesz powiedzieć, że Nosicielką jest mężczyzna, to znaczy Nosicielem?

– Tak, Mistrzu.

– To niemożliwe. To się jeszcze nigdy nie zdarzyło! – Stary mnich był wytrącony z równowagi.

– Ale to prawda. I odkryłem jeszcze, że prawdopodobnie ma inne zainteresowania niż wszyscy chłopcy w jego wieku.

– To znaczy?

– Nie ogląda się za dziewczynami. Bardziej interesują go inni chłopcy – Thomas wydusił wreszcie tę szokującą wiadomość.

Opat zachłysnął się powietrzem. Jego stary umysł nie chciał  przetrawić takiej informacji. Przecież Źródło nigdy się nie myliło. Więc może…

– Thomasie, bądź ze mną szczery. Obserwowałem cię, kiedy dorastałeś. Nie obdarzałeś szczególnym zainteresowaniem swoich koleżanek. Może więc ty też…

– Nie, Mistrzu – adiutant zdecydowanie zaprzeczył – nie mam upodobania do innych mężczyzn. Przez to czuję się mocno skołowany. Nie wiem, co robić!

– Zaczekaj chwilę, muszę się zastanowić. – Stary opat przymknął oczy.

Jeśli Źródło wybrało Thomasa, a tego był pewien, to może coś się pokręciło z Nosicielem. Może jego prawowita właścicielka nie żyje, a kamień wpadł w niepowołane ręce. Ale dlaczego w takim razie ujawnił swoją moc? Źródło zawsze wie, co jest najlepsze. Thomas musi działać, inaczej ceremonia się nie odbędzie, a to oznacza zagładę.

– Thomasie, muszę cię prosić o rzecz wielkiej wagi. Wiem, że nie będzie łatwo, ale musisz to zrobić. Nie jest najważniejsze, żebyś ty pokochał Nosicielkę, chociaż… z drugiej strony jest to istotne, bo może wyczuć w tobie fałsz. Ale chodzi głównie o to, by to ona obdarzyła cię uczuciem miłości lub przyjaźni. Hmm, znaczy… on! Do nawiązania przyjaźni potrzeba czasu. Dlatego musisz sprawić, żeby się w tobie zakochała… eee, zakochał. Nie musisz przecież od razu… – mnich chrząknął zażenowany – no wiesz co! Ale… sam wiesz najlepiej, co trzeba zrobić. To młoda osoba, bez doświadczenia, naiwna. Znaczy, naiwny… Pewnie niewiele trzeba…

– Rozumiem, Mistrzu. Postaram się uczynić wszystko, co w mojej mocy.

– Niech Matka Łaskawa czuwa nad tobą.

* * *

Dni na postoju wypełnione były intensywną pracą. Naprawiano uprząż i wozy. Żołnierze czyścili broń i rynsztunek. Ściągano zewsząd zapasy dla zwierząt i ludzi. Przełożeni bacznie przeglądali swoje oddziały.  Każde niedopatrzenie mogło na pustyni kosztować życie. Bora szybko uporała się ze swoimi robotami. W końcu konie dowódcy i adiutanta były lepiej zaopatrzone niż reszty wojska. Ich uprząż została wykonana z lepszego materiału, a dzięki dotychczasowej konserwacji, nacieraniu tłuszczem i bieżącym naprawom nie miała z nią wiele pracy.

Rankiem zjawił się w końcu wysłannik króla Mugabe. Bora widziała go tylko przez chwilę, ale nie spodobał się jej. Z jego twarzy biła dzikość. Dziewczyna poczuła jakiś niepokój, ale tłumaczyła sobie, że to przecież koczownik, który w surowych warunkach musi przeżyć na pustyni i odbija się to na jego obliczu.

Z domu naczelnika wioski dochodził gwar radosnych głosów. Wieczorem miała się tam odbyć uczta powitalna, wydana na cześć przewodnika. Chciano też przy okazji pożegnać tych, którzy pozostawali w wiosce.

Bora nie uczestniczyła w przygotowaniach, wolała zostać sama. Nie wiedziałaby, jak ma się zachować. Czyściła właśnie konia adiutanta, kiedy do stajni wszedł jego właściciel. Cicho podszedł do niej, ale Bora i tak wiedziała, kto za nią stoi. Nasz, siedzący po drugiej stronie konia, merdał ogonem jak szalony.

– Dzień dobry, poruczniku.

– Dzień dobry, Janusie. Masz oczy z tyłu głowy? – zapytał zdziwiony.

– Z przodu! – Machnęła ręką w stronę psa. – On mi powiedział, kto wszedł. Tylko na pana i na kwatermistrza reaguje tak entuzjastycznie. Kwatermistrz nie opuściłby za żadne skarby okazji do ucztowania, więc to mógł być tylko pan.

– Racja! Chodź tu, Nasz, przywitaj się.

Pies tylko czekał na taką zachętę. Szczeknął z radością i podbiegł  do Thomasa. Otrzymał swoją porcję pieszczot i został odesłany na swoje miejsce.

Porucznik stanął za Borą.

– Ty też nie masz zamiaru pójść na zabawę? – Adiutant przysunął się jeszcze bliżej i położył rękę na jej ramieniu. Cały czas był świadom pulsowania kamienia. To dało mu odwagę do działania. – Nie samą pracą człowiek żyje.

– To prawda. – Bora nie wiedziała, jak ma się zachować. – Ale mnie to nie pociąga.

– Zauważyłem. Inne rzeczy też cię nie pociągają. Nie uganiasz się za dziewczętami jak inni chłopcy. Jesteś spokojniejszy i rozważniejszy. Potrafisz ukrywać swoje uczucia. Ale widziałem, jak zerkasz na mężczyzn.

Bora żachnęła się.

– Matko Łaskawa, on wie, że jestem dziewczyną. Wszystko się wydai odstawią mnie pod eskortą do domu – myślała gorączkowo.

Przygarbiła się.

– Nie bój się. Każdy jakoś musi sobie radzić na tym świecie. Mogę się domyślać, jakie to dla ciebie trudne.

Jego dłoń gładziła jej plecy i szyję. Potem odwrócił ją do twarzą do siebie.

– Nie bój się mnie. Nikt inny się nie domyśla. A ja nikomu nie powiem.

Wodził palcem po jej policzku, a potem po ustach. Bora czuła ściskanie w żołądku. Kiedy nachylił się nad nią i wargi dotknęły jej skroni, a potem wędrowały wzdłuż policzka w kierunku ust, poczuła jednocześnie narastające uczucie paniki i jeszcze coś dziwnego, czego nie czuła dotychczas.

– Nie bój się mnie, Janusie – szeptał z ustami na jej wargach. – Nie bój się mnie. To będzie nasza tajemnica.

Bora czuła, że traci głowę. Nogi uginały się pod nią z wrażenia. Thomas zawsze jej się podobał, ale nigdy nie dopuszczała do siebie myśli, że porucznik może być nią zainteresowany. Nagle dotarło do niej – nie nią, tylko Janusem! Odskoczyła jak oparzona.

– Panie poruczniku, tak nie można – wyszeptała przestraszona.

– Ja wiem, Janusie, to dla ciebie dziwne, ale są inni tacy jak ty. Ja też przez to przeszedłem. Najgorsze chwile są wtedy, gdy uświadomisz sobie, że w jakiś sposób jesteś odmieńcem. Trzeba do tego przywyknąć. Pogodzić się z tym. Widać sama Matka Łaskawa tak chciała, bo inaczej by nas nie stworzyła. Janusie, pomyśl spokojnie. To nie ty jesteś winny. Taka jest natura.

– Jestem obrzydliwy – pomyślał. – To młody chłopak. Co ja robię?

Ale zaraz sam siebie uspokoił.

– Tak trzeba, to jedyne wyjście. Kiedyś mu wyjaśnię, dlaczego to zrobiłem. Mam nadzieję, że mi wybaczy.

Ale sam wiedział, że się oszukuje. Trudno, tak musi być.

– Rozumiem, poruczniku. – Bora odzyskała spokój. – Ja to wszystko rozumiem. Tylko jest jeden maleńki szkopuł.

– Mianowicie? – Thomas spojrzał na nią pytająco.

– Źle odczytał pan znaki, które pan zauważył. – Dziewczyna odzyskała panowanie nad sobą.

– To znaczy? – spytał ponaglająco porucznik.

– Dziewczyny nie są dla mnie interesujące, bo… sama jestem dziewczyną!

Thomas zaniemówił. To niemożliwe. To nie może być prawda. Czuł, że zaraz zacznie krzyczeć

– To niemożliwe. Podróżujemy ze sobą tyle czasu. Zauważyłbym…

Bora uznała, że szkoda jej gadania. Najprostszy sposób, żeby go przekonać, to po prostu pokazać mu atrybuty swojej kobiecości. I tak przecież nie jest tym zainteresowany. Rozpięła koszulę i rozchyliła ją. Bandaże, których używała do spłaszczania biustu, wisiały wyprane na drągu. Nie spodziewała się już dziś żadnej wizyty.

Thomas patrzył i własnym oczom nie wierzył. Z rozchylonej bluzki wyłaniały się dwie niezbyt duże, ale jednak piersi. I nie były to z całą pewnością płaskie piersi chłopięce. Usiadł ciężko na zydlu i objął głowę rękoma.

– Nie martw się, panie. – Bora opacznie zrozumiała jego załamanie. – Pan zna moją tajemnicę, ja – pana. Nikomu z nas nie zależy, żeby dowiedział się o tym ktoś jeszcze. Teraz naprawdę możemy zostać przyjaciółmi. Jeżeli oczywiście – dodała pośpiesznie – nadal panu na tym zależy.

– Jasne! – porucznik odpowiedział martwym głosem.

* * *

Za radą przewodnika Aoola kapitan podzielił swój dwudziestoosobowy oddział na cztery drużyny. Każda składała się z dowódcy, chłopaka do pomocy i trzech doświadczonych żołnierzy. Mieli poruszać się w odstępach trzydziestometrowych. Takie zastępy robiły mniej hałasu, a w razie potrzeby mogły sobie wzajemnie pomóc. Poza tym pierwszy oddział przecierał szlak. Codziennie inna grupa miała obejmować prowadzenie. Codziennie też inna grupa wyznaczona była do zdobywania pożywienia i wody. Aool radził zachować zapasy na gorsze okolice. Bora wraz z Naszem została przydzielona do Thomasa. Pozostali trzej to około trzydziestoletni, ale już łysiejącyBjorg, ponury jak chmura gradowa Martin i najmłodszy, płowowłosy Jan. 
Pierwszego dnia poruszali się dosyć szybko. Bora umiała wprawdzie jeździć konno, ale nigdy dotąd nie pokonywała takich odległości. Zwykle odbywała tylko krótkie wycieczki nad Zielone Jezioro. Poza tym było jej bardzo niewygodnie w siodle. Obtarła sobie uda, bolały ją plecy, nogi i pośladki. Pod wieczór prawie płakała, ale zaciskała zęby, żeby nie wyjść na mięczaka. Następnego dnia było jeszcze gorzej. Myślała, że w ogóle nie da rady wsiąść na konia. Pomógł jej Thomas. Podsadził ją i doradził, co zrobić, aby jazda nie była tak dokuczliwa. Dał też maść do posmarowania ud, którą zdobył od kwatermistrza, łagodzącą nieco ból otarć. Od czasu nieszczęsnego incydentu w stajni unikali się wzajemnie. Teraz spędzali całe dnie ze sobą, ale kontakty ograniczali tylko do wymiany koniecznych uwag i poleceń. Z czasem zaczęło się nieco poprawiać. Wieczory spędzali wspólnie, przy czym pododdziały trzymały się nadal razem. W niewielkim oddaleniu od siebie palili maleńkie ogniska. Ich pięcioosobowy oddział zbierał się także wokół swojego. Na początku wszyscy czuli się nieco skrępowani. Atmosferę rozluźnił wesołym gadaniem Jan, a i Thomas przyczynił się do przełamania pierwszych lodów, częstując wszystkich odrobiną okowity. Żołnierze uznali, że „równy z niego chłop”, chociaż porucznik. Bora z reguły nie brała udziału w rozmowach, ale siedziała ze wszystkimi i przysłuchiwała się uważnie. Czasem aż piekły ją uszy od opowieści starszych kolegów. Zwłaszcza wówczas, gdy historie dotyczyły kobiet, a Bjorg zwracał się do niej, mówiąc: „Słuchaj, młody, uważnie i ucz się”.

Podróż przebiegała bez przeszkód. Przewodnik znał się na robocie. Prowadził oddział sobie znanymi szlakami i wszystko szło gładko. Najtrudniej było z polowaniem, ale i tu pomógł Aool. Wybrał z każdego oddziału po jednym mężczyźnie, który wykazywał jakąś smykałkę, i poświęcił cały dzień na przeszkolenie. Od nich poszedł Jan. Okazał się świetnym łucznikiem. Już pierwszego dnia udało mu się upolować gazelę. Aool pokazał im, jak należy szukać śladów, jak oceniać okolicę pod kątem obecności zwierząt, pouczył o zagrożeniach ze strony drapieżników. Całą tę wiedzę przeszkoleni mieli przekazać reszcie swojej drużyny.

Niebawem to oddział Thomasa wykazywał się największą skutecznością w zdobywaniu pożywienia. A to za sprawą Nasza. Dała o sobie znać jego wilcza natura i instynkt stadnego polowania. Tropił i naganiał zwierzynę na strzelca. Bora nie chodziła z nimi, bo – jak się przekonała – bardziej przeszkadzała, niż pomagała. Nasza zabierał Thomas. Pies tylko czekał na pozwolenie Bory i ruszał na łowy. Wkrótce nastąpił niepisany podział obowiązków. Thomas i Jan polowali, Bjorg oprawiał upolowane zwierzęta i dzielił dla wszystkich pododdziałów, Martin gotował, a Bora zajmowała się końmi.

Okolica była równinna, ale pokryta skałami, jakby jakiś bóg znudzony tym monotonnym krajobrazem rozrzucił dla urozmaicenia pełną garść nieforemnych klocków. Stopniowo tych „klocków” przybywało. Czasem tracili pół dnia, żeby obejść takie usypisko. Zaczynało brakować wody. Aool pocieszał ich, że za trzy dni dotrą nad jezioro – czyste i lodowato zimne. Nikomu nie chciało się w to wierzyć. Tu nawet roślin było niewiele, nie mówiąc już o zwierzętach. Słońce przypiekało coraz mocniej, ale noce były bardzo chłodne. Ludzie i konie potrzebowali dłuższego wypoczynku. Kapitan obiecał, że po dotarciu nad jezioro zrobią trzydniowy postój. Aool wyraził na to zgodę.

* * *

Jezioro jednak okazało się istnieć w rzeczywistości. Było tak piękne i czyste, jak mówił Aool, i faktycznie lodowato zimne. Leżało u podnóża sporej góry, a właściwie częściowo w jej wnętrzu, i z pewnością było zasilane źródłem płynącym z jej środka. Rozłożyli się obozem w niedalekiej odległości od wody, wykorzystując na schronienie niewielkie jaskinie, których w okolicy było mnóstwo. Konie, lekko spętane, zostały puszczone wolno i mogły się swobodnie paść, korzystając z tego, że wokół jeziora rosła wspaniała, soczysta trawa. Ludzie szybko złożyli wszystkie pakunki w wybranych przez siebie jaskiniach, rozpalono ogniska i gotowano strawę. Wszyscy nareszcie odetchnęli, a perspektywa pobytu tutaj przez trzy dni każdemu wydatnie poprawiła humor. Wielu spróbowało kąpieli, ale wyskakiwali po kilku minutach – różnica temperatur była zbyt duża. Aool uśmiechnął się pobłażliwie i powiedział im, że najlepiej będzie, jeśli wejdą do wody wieczorem, wtedy nie jest tak tragicznie. Bora ukryła się w jaskini – wielu z tych śmiałków wskakiwało do wody całkiem nago. A ci, co siedzieli na brzegu, nie szczędzili pikantnych uwag.

Wieczorem kapitan rozdzielił między ludzi gorzałkę. Nie było tego wiele, ale ponieważ każdy zabrał ze sobą jakiś drobny zapasik, zrobiło się wesoło. Było już bardzo późno, kiedy ogniska zaczęły wreszcie dogasać, a ludzie cichnąć. Wtedy Bora postanowiła skorzystać z rady Aoola i wejść do wody. Zabrała ze sobą czystą koszulę i po cichutku wysunęła się z jaskini, a za nią, jak cień, wyszedł Nasz. Nie chciała jednak ryzykować, że nagle się ktoś przebudzi i zobaczy ją nagą. Postanowiła więc pójść kawałek dalej. Zajęta omijaniem pijanych i wyszukiwaniem drogi wśród odłamków skalnych nie zauważyła nawet, że ktoś za nią podąża. Dotarła prawie na drugi brzeg i pod osłoną skały zrzuciła ubranie, postanawiając wyprać je później. Ostrożnie zanurzyła stopę i przekonała się, że choć woda jest naprawdę zimna, wytrzyma parę minut, a to pozwoli jej zmyć brud ostatnich tygodni. Kąpiel trwała dosłownie kilka chwil i Bora wyskoczyła na brzeg. Pogratulowała sobie w myślach, że nie zamoczyła ubrania. Wytarła się koszulą i założyła świeżą. Kończyła się ubierać, gdy poczuła uczucie niepokoju. Położyła rękę na grzbiecie Nasza. Miała nadzieję, że obecność przyjaciela uspokoi ją. Ale grzbiet psa był zjeżony, a z piersi dobywał się chrapliwy warkot. Podniosła się powoli i rozejrzała. Noc była jasna, księżycowa. Zdawało jej się, że widzi poruszające się postacie, ale to mogła być tylko gra cieni. Ostrożnie ruszyła w stronę jaskiń. Wybierała drogę między kamieniami, starając się nie robić hałasu. Nagle poczuła, że ktoś chwyta ją mocno od tyłu, zasłaniając usta. W obozie rozległy się straszliwe krzyki.

* * *

– Przestań się szarpać i bądź cicho. – Usłyszała szept prawie w swoim uchu. Z zaskoczeniem i z ulgą rozpoznała głos Thomasa. Zrozumiała teraz, dlaczego Nasz jej nie bronił.

– Co się dzieje? Poruczniku, kto nas zaatakował? Co z resztą? – pytała przerażona.

– Nie wiem, ale w tej chwili nic nie możemy zrobić. Musimy poczekać, a jak się zorientujemy w sytuacji, zdecydujemy, co dalej.

– Ale oni tam giną! Trzeba im jakoś pomóc! – W głosie dziewczyny dźwięczała rozpacz.

– Jak?! Z pustymi rękoma rzucimy się na oddział wyszkolonych zabójców? 

– Skąd pan wie, że to wyszkoleni zabójcy? – spytała ze zdziwieniem.

– A jak sądzisz? Na środku pustyni napadają na oddział żołnierzy i w ciągu kilku minut załatwiają sprawę. To nie wygląda na pierwszych lepszych rabusiów.

Rzeczywiście, od strony obozu nie dobiegały już żadne odgłosy. Ta cisza była chyba jeszcze gorsza. Na dodatek księżyc schował się za chmurami i nic nie można było dostrzec.

– Za kilka godzin wzejdzie słońce, wtedy może coś zobaczymy. Schowajmy się do tej jaskini. Nasz ostrzeże nas, gdyby zbliżało się jakieś niebezpieczeństwo.

Bora spojrzała w stronę porucznika. Zastanawiała się właśnie, co Thomas robił poza obozem w środku nocy. Śledził ją? Dlaczego? Ale nie odważyła się zadać mu tego pytania.

Usiedli pod ścianą płytkiej jaskini. Nasz ułożył się przy wyjściu. Mieli nieco czasu do świtu.

– Spróbuj się zdrzemnąć – powiedział Thomas.

Bora wzruszyła ramionami, choć w ciemnościach z pewnością nie mógł tego dostrzec.

– Nie ma mowy. Nie zasnę.

Usadowiła się jednak wygodniej i przymknęła oczy. Trwało to trochę, ale wreszcie usnęła zmęczona przeżyciami, a pod powiekami przesuwał jej się obraz zabijanych towarzyszy. Nie czuła nawet, że jej głowa zsunęła się na bark Thomasa, a on otoczył ją ramieniem, chroniąc przed chłodem, niewygodą i przed obcymi. Takie było jego zadanie i chciał je wykonać. Najlepiej jak potrafi. Nie tylko dlatego, że tego żądał od niego przeor, że to mogło odsunąć zagładę świata, ale przede wszystkim dlatego, że pragnął zaopiekować się Borą. Nie wiedział kiedy, ale stało się to jego najgorętszym życzeniem. Pogładził jej włosy.

* * *

Świt nadszedł znienacka. Thomas, mimo że obiecywał sobie, iż będzie czuwał do rana, zasnął również.

– Dobrze, że chociaż Nasz nas pilnował – pomyślał, przebudziwszy się.

Ostrożnie wyszedł przed jaskinię i spojrzał w kierunku obozowiska. Nic się tam nie działo. Ale porucznik niewiele widział, bo pozostawało w cieniu rzucanym przez wysokie skały. Obudził dziewczynę. Otworzyła oczy, gdy tylko dotknął jej ramienia.

– Idziemy. Musimy sprawdzić, co tam się stało – powiedział krótko.

Okrążyli jeziorko i wpełzli na nawis skalny, który wystawał nad obozowiskiem. Panowała tam całkowita cisza. Bora bała się spojrzeć, żeby nie ujrzeć koszmaru ze swojego snu – morza krwi i poszarpanych ciał. Kiedy w końcu się odważyła, z zaskoczeniem zobaczyła, że wszystko wygląda normalnie. Ludzie leżeli, jakby spokojnie spali.

– Nic nie rozumiem – szepnęła. – Tam jest tak… normalnie!

– Zaczekajmy jeszcze trochę. Nie chciałbym natknąć się na pozostawionych strażników.

Leżeli na półce skalnej i wytężali wzrok, usiłując dostrzec jakieś nietypowe szczegóły. Nasz, znudzony oczekiwaniem, pobiegł sam do obozu. Zadowolony odszukał jakieś resztki i pożywiał się teraz, merdając ogonem.

– Zobacz! – Thomas stuknął ją łokciem i głową wskazał  kierunek. Z ziemi podnosił się Edalion. Zataczał się i klął szpetnie, ale… żył. Kolejno budzili się inni.

– Schodzimy – zadecydował porucznik.

Na powitanie wybiegł im Nasz. Poszczekiwał przyjaźnie i machał ogonem.

– Wygląda na to, że wszystko w porządku – powiedziała Bora. – Może mieliśmy jakieś zwidy?

– Nie, to nie to. – Mężczyzna zmarszczył brwi. – Muszę się nad tym zastanowić.

Kwatermistrz klął i narzekał na kaca.

– Nigdy w życiu żadna gorzała tak mnie nie sponiewierała. To ten pieprzony Aool. On nam dał jakieś tutejsze gówno do wypicia. Matko Łaskawa – stęknął – ale mi wali pod sklepieniem. Chyba pójdę zamoczyć łeb w tej lodowatej wodzie, może to coś pomoże.

Inni zachowywali się podobnie. Wielu wymiotowało i zataczało się, jakby nadal byli pijani.

– To niemożliwe. – Bora spojrzała na swojego towarzysza. – Przecież nie było aż tyle gorzałki, żeby być w takim stanie. A już na pewno nie Edalion. On może wypić beczkę piwa i nawet po nim nie widać.

– Nie – szepnął w zamyśleniu Thomas. – To nie wódka.

Wrócił kwatermistrz. Był cały mokry – chyba wlazł w ubraniu do wody. Podszedł do nich, otrząsając się jak pies.

– Widzę, że tylko wam nic nie zaszkodziło. No i Naszowi! Chodź  tu, piesku! – Wyciągnął rękę, żeby pogłaskać zwierzę. I wtedy stało się coś dziwnego. Nasz, który kochał Edaliona za wszystkie smakołyki, jakie ten mu ukradkiem dostarczał, wyszczerzył kły i warknął. Spłoszony kwatermistrz cofnął rękę.

– A temu co?! – zawołał zaskoczony.

– Żaden pies nie lubi odoru gorzałki. A Nasz zapewne jeszcze bardziej niż inne. Została mu przecież pamięć o pierwszym właścicielu – pośpieszył z wyjaśnieniami Thomas.

– No tak – mężczyzna pokiwał głową – racja, jakby mnie ktoś tak obił, nie darowałbym do końca życia. To i nasz wilczek pewnie też.

Porucznik i Bora oddalili się do swojego śpiącego oddziału. Nasz obwąchał wszystkich, ale nawet nie pokazał po sobie cienia radości. Jakby widział ich pierwszy raz na oczy. Wkrótce i oni pobudzili się i rzucając przekleństwa, powędrowali nad jezioro.

– Janusie, musimy porozmawiać – szepnął Thomas. – Ale nie tu. Wybierzemy się na rozpoznanie okolicy. Nie sądzę, żeby ktoś chciał nam towarzyszyć. – Spojrzał znacząco na powracających towarzyszy.

– Przygotujcie jakieś śniadanie. To powinno trochę pomóc na kaca – polecił.

Rozpalono ognisko, ale nic nie szło sprawnie. Wreszcie kasza z mięsem była gotowa. Zjedli, a potem legli na trawie.

– Widzę, że dziś nie będzie z was pożytku – powiedział porucznik. – W takim razie biorę Janusa i rozejrzymy się po okolicy. Wy możecie dogorywać do wieczora. Weźmiemy trochę prowiantu. Janusie, biegnij osiodłać konie!

* * *

Jechali ponad godzinę i nie zamienili nawet słowa. Bora zerkała na Thomasa spod oka. Była ciekawa, co chce jej powiedzieć, ale postanowiła czekać, aż on sam zacznie. Dotarli do grupy kolejnych skałek. Tu porucznik zdecydował się na postój. Poluzowali uprząż i puścili konie luzem. Nasz biegał po okolicy, węsząc za zdobyczą.

– Zanim ci cokolwiek powiem, muszę się z kimś porozumieć – powiedział mężczyzna. – A tak w ogóle, to jak masz naprawdę na imię?

– Bora.

Thomas usiadł na ziemi i oparł się plecami o skałę. Przymknął oczy.

Dla dziewczyny wyglądało to tak, jakby miał zamiar się zdrzemnąć.

– Mistrzu?

– Tak, Thomasie!

– Chyba odnaleźli nas Eksplorerzy – powiedział ostrożnie.

– Dlaczego tak sądzisz?

Thomas opisał pokrótce przebieg wczorajszej nocy i zachowanie towarzyszy. Opowiedział również o dziwnym zachowaniu Nasza wobec dotychczasowych przyjaciół.

– Chyba masz rację. Działania Eksplorerów powodują wyjałowienie osobowości. Więc dla psa, który wykorzystuje instynkt i inne zmysły do rozpoznawania ludzi, były to obce osoby.

– Ojcze, co mamy robić?

– Musicie uciekać, i to jak najszybciej. Nie sądzę, żeby znowu zaatakowali wasz obóz, ale lepiej, jeśli znikniecie. Chłopak wami pokieruje.

– No właśnie, jest jeszcze jedna kwestia. – Thomas pokrótce wyjaśnił całą maskaradę.

– No i całe szczęście! – Opat zachichotał. – Powodzenia, dzieci!

– Dziękuję, Mistrzu.

Thomas otworzył oczy. Ujrzał Borę wpatrującą się w niego. Stała tyłem do słońca, którego promienie wydobywały płomienną barwę jej włosów i tworzyły świetlistą aureolę wokół twarzy.

– I co? – spytała pełnym napięcia głosem.

– Musimy uciekać, ale przedtem powinienem ci kilka spraw wyjaśnić. Siadaj! – Wskazał jej miejsce obok siebie na wysuszonej trawie.

Bora posłusznie wykonała polecenie.