Wydawca: JS and CO Kategoria: Poradniki Język: polski Rok wydania: 2011

Ludzie przeciwko ludziom ebook

Jacek Santorski

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ludzie przeciwko ludziom - Jacek Santorski

Źle się ma nasz kraj - pisał zmarły niedawno brytyjski publicysta (????)- Sposób w jaki żyjemy ma w sobie coś głęboko niewłaściwego. W świecie rynku, posiadania, ekonomicznego rachunku zysków i strat, gubimy idee wspólnego dobra, sprawiedliwości, społecznej harmonii. Do Polski przenikają wszystkie bolączki kapitalizmu, wraz z jego dobrodziejstwami. Dodajemy do tego swoje narodowe podziały i paranoje, podkręcane przez populistycznych polityków, tabloidalne media, hipokryzje i zakłamanie w szkole, kościele, nawet w rodzinie. Grozi nam zatracenie w programach pierwotnej hordy - "swój dobry - obcy zły". Zgadzasz sie na to?

Całe życie poszukuję "dobrych praktyk" i wskazówek  j a k  d o b r z e   ż y c, świadomie, radośnie i godnie, jak nie dać się zwariować nieufności, agresji, przemocy i zwyklej głupocie, prostactwu czy ignorancji.
Musimy zacząć od siebie, odkryć ograniczenia i prymitywną stronę natury tkwiącą w każdym z nas - po to, aby objąć ją uwaga i zamiast ją żywic, kreować dobro. To jest możliwe, przynajmniej w Twoim życiu! O tym jest ta książka. I o tym, jak zmieniać świat na lepszy. Wspólnie damy rade!

Opinie o ebooku Ludzie przeciwko ludziom - Jacek Santorski

Fragment ebooka Ludzie przeciwko ludziom - Jacek Santorski

PRZED WSTĘPEMX

Dro­dzy Czy­tel­ni­cy!

Ta książ­ka po­wsta­ła w pierw­szym dzie­się­cio­le­ciu XXI wie­ku, gdy prze­czu­wa­li­śmy na­wrót wro­go­ści, nie­uf­no­ści i na­go­nek zna­nych nam już z po­cząt­ku lat dzie­więć­dzie­sią­tych wie­ku ubie­głe­go, gdy pod osło­ną gru­bej kre­ski ujaw­nia­ły się rze­czy­wi­ste kom­plek­sy, lęki i uprze­dze­nia spo­łecz­ne. Do­ty­czy­ły one tego sa­me­go na­ro­du, któ­ry za­im­po­no­wał świa­tu de­ka­dę wcze­śniej nie­po­rów­ny­wal­nym z ni­czym zry­wem i unie­sie­niem so­li­dar­no­ści, zbio­ro­wej mą­dro­ści. Tacy je­ste­śmy, wspa­nia­li jako na­ród, fa­tal­ni jako spo­łe­czeń­stwo – dia­gno­zo­wał nie­gdyś Nor­wid. Na­szym za­my­słem było od­po­wie­dzieć na py­ta­nie, jak żyć  p o m i m o  ję­zy­ka nie­na­wi­ści, wbrew przy­po­mnie­niom o po­dzia­łach na swo­ich i ob­cych, ko­lej­nych wcie­le­niach NAS I ONYCH. Ty­tuł książ­ki ne­ga­tyw­ny, pro­gram po­zy­tyw­ny. Dzię­ki wy­daw­nic­twu Świat Książ­ki na­sze wska­zów­ki do­tar­ły do kil­ku­na­stu ty­się­cy czy­tel­ni­ków. Roz­pa­try­wa­łem pro­jekt „Lu­dzie prze­ciw­ko lu­dziom” jako zre­ali­zo­wa­ny na mia­rę moż­li­wo­ści, do­wia­du­ję się jed­nak od czy­tel­ni­ków, że ta książ­ka, dys­try­bu­owa­na głów­nie w sie­ci Klu­bu Świa­ta Książ­ki (po­le­cam!), omi­nę­ła wie­le księ­garń, py­ta­ją też o nią słu­cha­cze wy­kła­dów w fir­mach i na kon­fe­ren­cjach, me­ne­dże­ro­wie, przed­się­bior­cy, le­ka­rze, na­uczy­cie­le. Od­wa­żam się wiec na wzno­wie­nie. Je­stem prze­ko­na­ny, że z rąk nie­zwy­kłe­go wy­daw­cy, na­uczy­cie­la i pi­sa­rza – Jar­ka Szul­skie­go, au­to­ra be­st­sel­le­ra „Zda­rza się”, przyj­mie­cie Pań­stwo tę książ­kę z ra­do­ścią. Jest ona na­tu­ral­nym do­peł­nie­niem mo­jej książ­ki „Do­bre ży­cie” (JS & Co Dom Wy­daw­ni­czy, War­sza­wa 2010), go­to­wa za­jąć koło niej miej­sce na wa­szych pół­kach, a przede wszyst­kim w ser­cach i umy­słach.

Ja­cek San­tor­ski, wrze­sień 2011

WSTĘPX

Po­zwól­cie, że za­nim za­pro­szę Was do lek­tu­ry, przy­to­czę frag­men­ty tek­stu hi­pho­po­we­go au­to­ra z pol­skiej gru­py Fe­no­men. Hi­phop, kul­tu­ra wy­ro­sła wo­kół mu­zy­ki rap, to jed­no z waż­niej­szych współ­cze­snych zja­wisk, na któ­re in­stynk­tow­nie kie­ru­je uwa­gę wie­lu wraż­li­wych i mą­drych lu­dzi z róż­nych po­ko­leń i śro­do­wisk. Pro­ste i praw­dzi­we tek­sty hi­pho­po­wych po­etów do­tar­ły na­wet do Wa­ty­ka­nu (w koń­cu 2003 roku Jan Pa­weł II przy­jął de­le­ga­cję pol­skich ra­pe­rów, któ­rzy dali kon­cert w tych sza­cow­nych mu­rach). Bar­dzo pro­szę, prze­czy­taj­cie te sło­wa, co­kol­wiek my­śli­cie i wie­cie czy też cze­go nie wie­cie o hi­pho­pie, co­kol­wiek my­śli­cie i wie­cie albo cze­go nie wie­cie o so­bie…

Ha­sło „Lu­dzie prze­ciw­ko lu­dziom” jest dla nas wy­zwa­niem. Chciał­bym, aby od­po­wiedź na nie zro­dzi­ła się z lek­tu­ry tej książ­ki.

Ref. Lu­dzie prze­ciw­ko lu­dziom

To wszyst­ko dzia­ła jak­by na złość

Sami so­bie ży­cie bu­rzą

Przez głu­po­tę i za­zdrość

Ktoś już mó­wił o tym daw­no

Jak­by su­mie­nia głos

Wiesz co,

To lu­dzie lu­dziom zgo­to­wa­li ten los

Na prze­strze­ni lat

Świat się zmie­nił

A lu­dzie na zie­mi

Wciąż nie mogą się zmie­nić

I do­ce­nić sa­mych sie­bie

Za­miast po­móc w po­trze­bie

Je­den dru­gie­go chce po­grą­żyć

I za wszel­ką cenę

Dąży by na­peł­nić wła­sną kie­szeń

Co­raz wy­żej pnie się…1

Książ­ka, któ­rą za­czy­na­cie wła­śnie czy­tać, nie jest po­rad­ni­kiem psy­cho­te­ra­peu­tycz­nym. Jest zbio­rem pod­po­wie­dzi, jak być szczę­śli­wym bez wzglę­du na to, jak bar­dzo lu­dzie są prze­ciw­ko lu­dziom, jak okrut­na, peł­na zmian i stre­sów, jak nie­bez­piecz­na wy­da­je nam się rze­czy­wi­stość pol­ska po­cząt­ku XXI wie­ku. Opar­łem je na wła­snym do­świad­cze­niu, na prak­ty­ce zen i psy­cho­lo­gii biz­ne­su.

Dzię­ki przed­się­wzię­ciom kil­ku wy­daw­ców jesz­cze na po­cząt­ku lat dzie­więć­dzie­sią­tych li­te­ra­tu­ra psy­cho­lo­gicz­na po­ja­wi­ła się na pol­skim ryn­ku. W tej chwi­li moż­na na­wet po­wie­dzieć, że ugi­na­ją się pod nią pół­ki. W więk­szo­ści są to do­bre i bar­dzo do­bre, choć cza­sem i gor­sze dzie­ła, któ­re po­wsta­ły gdzieś na świe­cie. Pol­skich czy­tel­ni­ków in­te­re­su­ją jed­nak chy­ba bar­dziej au­to­rzy, któ­rzy dzie­lą się do­świad­cze­niem zdo­by­tym tu, nad Wi­słą. O to się wła­śnie sta­ram, wie­dząc, że to, co mam do prze­ka­za­nia, jest trud­ne z dwóch po­wo­dów. Pierw­szy jest na­tu­ry se­man­tycz­nej: psy­cho­lo­gia ma swój wła­sny ję­zyk, któ­ry traf­nie opi­su­je rze­czy­wi­stość, i jak się ten ję­zyk po­zna, ła­twiej wie­le rze­czy zro­zu­mieć, ale wy­ma­ga to wy­sił­ku. Dru­gi po­wód jest na­tu­ry emo­cjo­nal­nej: to, co mam do po­wie­dze­nia, jest trud­ne do przy­ję­cia. Czyż nie jest tak, że więk­szość z was w na­tu­ral­ny spo­sób woli uza­sad­niać nie­po­wo­dze­nia oko­licz­no­ścia­mi, niż wziąć peł­ną od­po­wie­dzial­ność za swo­je szczę­ście czy cier­pie­nie? Czy je­ste­ście go­to­wi przy­jąć do wia­do­mo­ści nie­wy­god­ne praw­dy? Bo ja tego pró­bu­ję wła­śnie uczyć.

Wie­le osób w tej chwi­li pyta, jak spro­stać ży­ciu, gdy je­ste­śmy tak roz­cza­ro­wa­ni, tak zmę­cze­ni, gdy wo­kół sze­rzy się ko­rup­cja, oszu­stwo, gdy nie speł­nia­ją się obiet­ni­ce i na­dzie­je zwią­za­ne z prze­mia­na­mi spo­łecz­ny­mi ostat­nie­go dzie­się­cio­le­cia. Jak w tym wszyst­kim po­zo­stać przy zdro­wych zmy­słach? Na kim czy na czym się oprzeć, gdy co­raz mniej au­ten­tycz­nych au­to­ry­te­tów? Jak so­bie ra­dzić z bez­sen­no­ścią, z dzieć­mi (ma­ły­mi, do­ra­sta­ją­cy­mi), ze scho­ro­wa­ną sta­rze­ją­cą się mat­ką, z bra­kiem pra­cy w ogó­le lub nie­moż­no­ścią zdo­by­cia ta­kiej, na jaką za­słu­gu­je­my?

Na­pi­sa­łem w ostat­nich la­tach dwie książ­ki dla biz­nes­me­nów, któ­re czę­ścio­wo mó­wią o tych pro­ble­mach. „Mi­łość i pra­ca” jest o tym, co wspól­ne dla zdro­wej ro­dzi­ny i zdro­wej fir­my, „Sku­tecz­nie i z kla­są” to książ­ka dla przed­się­bior­ców i me­ne­dże­rów, któ­rzy mają aspi­ra­cje, żeby łą­czyć sku­tecz­ność oraz ko­niecz­ną w biz­ne­sie szorst­kość i bez­względ­ność z doj­rza­ło­ścią, ele­gan­cją, kul­tu­rą oso­bi­stą, jed­nym sło­wem z kla­są. Żeby ro­bić nie tyl­ko do­bre in­te­re­sy, ale też ro­bić je dla do­bra lu­dzi i w go­dzi­wy spo­sób.

„Lu­dzie prze­ciw­ko lu­dziom” nie jest książ­ką wy­łącz­nie dla biz­nes­me­nów, mam na­dzie­ję, że po­mo­że każ­de­mu my­śleć i dzia­łać efek­tyw­niej, a co za tym idzie – szczę­śli­wiej i peł­niej żyć.

Nasz pro­blem po­le­ga na tym, że wpraw­dzie ce­ni­my wol­ność i nie­za­leż­ność, ale na co dzień tkwi­my w bar­dzo po­wi­kła­nych re­la­cjach. Lu­dzie cho­dzą do pra­cy, jaką tam mają, wra­ca­ją z niej do do­mów, w któ­rych wy­ro­śli lub któ­re stwo­rzy­li, ale w głę­bi du­szy czu­ją się roz­go­ry­cze­ni, wście­kli albo po­krzyw­dze­ni. Mało kto po­tra­fi w ta­kim mo­men­cie po­wie­dzieć: „Do­bra, po­peł­ni­łem błąd!” Nie dręcz­my, nie męcz­my się da­lej wza­jem­nie, tyl­ko znajdź­my spo­sób, żeby mniej cier­pieć.

W pew­nym mo­men­cie po­czu­łem prze­syt psy­cho­te­ra­pią. Sie­dem lat temu zmie­ni­łem za­wód. Je­stem te­raz kon­sul­tan­tem biz­nes­me­nów i me­ne­dże­rów róż­nych kor­po­ra­cji. Z daw­nej pra­cy po­zo­sta­wi­łem so­bie tyl­ko pro­wa­dze­nie szko­leń dla le­ka­rzy spe­cja­li­stów. Moż­na po­wie­dzieć w uprosz­cze­niu, że przez dwa­dzie­ścia pięć lat pra­co­wa­łem z ubo­gi­mi, a od 1998 roku pra­cu­ję z bo­ga­ty­mi. Nie zaj­mu­ję się na­to­miast po­li­ty­ka­mi. Po kil­ku pró­bach uzna­łem, że to nie moja klien­te­la. To, że pra­cu­ję z przed­się­bior­ca­mi i pre­ze­sa­mi spół­ek, może na­su­wać po­dej­rze­nie, że wsią­kłem w strasz­li­wie brud­ny świat, je­stem jed­nak prze­ko­na­ny, że w Pol­sce jest bar­dzo wie­lu uczci­wych przed­się­bior­ców. Pra­cu­ję z ludź­mi, któ­rzy sta­ra­ją się pro­fe­sjo­nal­nie pro­wa­dzić swo­je fir­my lub po­wie­rzo­ne im kor­po­ra­cje, po­ma­gam im w tym. Lu­bię pra­co­wać z przed­się­bior­ca­mi, któ­rzy mają wi­zje i cele biz­ne­so­we. Nie opo­wia­da­ją, że chcą ko­goś ura­to­wać albo zba­wić świat. Dążą do uzy­ska­nia zwro­tu z za­in­we­sto­wa­ne­go ka­pi­ta­łu, za­ra­bia­ją, ale za­ra­zem two­rzą miej­sca pra­cy, bu­du­ją swo­je fir­my i prze­kształ­ca­ją je, więk­szość przy tym robi to w spo­sób sen­sow­ny i god­ny.

Zda­ję so­bie jed­nak spra­wę z tego, że nie­któ­re biz­ne­sy są po­waż­nie po­wią­za­ne z wiel­ką po­li­ty­ką. Np. fir­my far­ma­ceu­tycz­ne lob­bu­ją na rzecz ta­kich, a nie in­nych roz­wią­zań, by le­piej sprze­da­wać swo­je leki. Cza­sem do koń­ca nie je­stem pe­wien, czy fir­ma, któ­rej po­ma­ga­łem szko­lić przed­sta­wi­cie­li albo ba­da­czy me­dycz­nych, bie­rze udział w ja­kimś lob­bin­gu, któ­ry moż­na by uznać za mo­ral­nie wąt­pli­wy. Chcę jed­nak za­zna­czyć, że bar­dzo wie­lu przed­się­bior­ców tej bran­ży my­śli po pro­stu o tym, jak sku­tecz­nie dzia­łać. Dzię­ki pra­cy dla lu­dzi biz­ne­su zo­rien­to­wa­łem się, że my, Po­la­cy, mu­si­my się bar­dzo wie­le na­uczyć je­że­li cho­dzi o sku­tecz­ność dzia­ła­nia, że mamy tu­taj z róż­nych po­wo­dów bar­dzo dużo do od­ro­bie­nia. A co nam szcze­gól­nie prze­szka­dza?

Jed­nym z mo­ich za­dań jest po­moc w do­bo­rze lu­dzi do pra­cy na kon­kret­nych sta­no­wi­skach. Po­ma­gam kon­sty­tu­ować się ze­spo­łom. Dzię­ki temu czę­sto wi­dzę, jak bar­dzo prze­szka­dza nam nasz in­dy­wi­du­alizm. Je­den z za­gra­nicz­nych przed­się­bior­ców za­py­tał mnie: „Wy­tłu­macz mi, dla­cze­go je­den Po­lak pra­cu­je jak dwóch Niem­ców, ale dwóch Po­la­ków – jak je­den Nie­miec?” Dla­cze­go tak jest? Bo sie­dem­dzie­siąt pro­cent ich ener­gii idzie w kłót­nię o to, kto ma ra­cję, a tyl­ko trzy­dzie­ści w pra­cę da­ją­cą wy­mier­ne re­zul­ta­ty.

Za­nim przed sze­ściu laty wsze­dłem w świat biz­ne­su jako kon­sul­tant, mia­łem po­czu­cie, że nie mam pra­wa uczyć lu­dzi znaj­du­ją­cych się w trud­nej sy­tu­acji ma­te­rial­nej i spo­łecz­nej, czym jest od­po­wie­dzial­ność za sie­bie. Ale już nie mam ta­kich obiek­cji. Zo­ba­czy­łem, że bo­ga­ci mają ta­kie same pro­ble­my jak bied­ni i też cier­pią. Są ta­kie te­ma­ty psy­cho­lo­gicz­ne, któ­re sta­no­wią wy­zwa­nia dla nas, tu w Pol­sce, nie­za­leż­nie od tego, jaka jest na­sza po­zy­cja ma­te­rial­na. Pięć te­ma­tów tej książ­ki do­ty­czy pro­ble­mów wspól­nych dla lu­dzi ubo­gich i bo­ga­tych. Ich roz­wią­za­nie jest względ­nie nie­za­leż­ne od ukła­dów po­li­tycz­nych i moż­li­wo­ści ma­te­rial­nych, za­le­ży po pro­stu od od­wa­gi, świa­do­mo­ści, od he­ro­izmu, jak mó­wił pro­fe­sor Ti­sch­ner – od na­szych co­dzien­nych ży­cio­wych wy­bo­rów.

Książ­ka po­wsta­ła dzię­ki spo­tka­niom z człon­ka­mi Klu­bu Świa­ta Książ­ki w pię­ciu mia­stach: Gdy­ni, Byd­gosz­czy, Wro­cła­wiu, Po­zna­niu i Szcze­ci­nie. Na każ­dym z nich mó­wi­łem na je­den z te­ma­tów two­rzą­cych pod­sta­wo­we roz­dzia­ły tej książ­ki. Po­tem roz­ma­wia­łem oso­bi­ście z każ­dym, kto miał na to ocho­tę. By­li­śmy umó­wie­ni, że roz­mo­wa zo­sta­nie na­gra­na i może być wy­ko­rzy­sta­na w dru­ku. Dla­te­go au­to­ra­mi tej książ­ki je­stem nie tyl­ko ja i Mar­cin Fa­bjań­ski, któ­ry opra­co­wał za­pi­sy roz­mów, ale też po­nad 150 uczest­ni­ków tych spo­tkań.

Pięć te­ma­tów tych spo­tkań to za­ra­zem pięć kro­ków, któ­re są moim zda­niem wa­run­kiem oso­bi­ste­go roz­wo­ju.

Pierw­szy te­mat do­ty­czy za­leż­no­ści: jak się od­dzie­lić od ro­dzi­ców, ro­dzeń­stwa, pierw­szych au­to­ry­te­tów, i jak wy­ty­czyć gra­ni­cę mię­dzy sobą a in­ny­mi? Tu, nad Wi­słą, mamy z uza­leż­nie­nia­mi po­waż­ne pro­ble­my. Nie tyl­ko od uży­wek che­micz­nych. Bar­dzo wie­lu z nas cier­pi z po­wo­du uwi­kłań w mniej lub bar­dziej tok­sycz­ne związ­ki. Wspo­mnia­łem już, że wie­lu lu­dzi idzie do pra­cy z po­czu­ciem ro­sną­ce­go opo­ru i nie­chę­ci. Jak­że wie­lu z nas pa­trzy z nie­na­wi­ścią na swo­ich prze­ło­żo­nych i z go­ry­czą na ko­le­gów z in­ne­go dzia­łu. Jak­że wie­lu z nas wra­ca okręż­ną dro­gą do domu, bo nic nas tam nie cią­gnie. Jak mę­czą nas zna­jo­mi i dal­sza ro­dzi­na. A jed­no­cze­śnie trwa­my w na­szych związ­kach w pra­cy, trwa­my w związ­kach ro­dzin­nych i nie pró­bu­je­my nic z tym ro­bić.

W trud­nych cza­sach, w ja­kich ży­je­my, mo­że­cie po­wie­dzieć: „Do­brze, tkwię w tej fir­mie, bo nie mam żad­nej in­nej pra­cy” albo „Tkwię tu­taj dla­te­go, że nie mogę się prze­nieść nig­dzie in­dziej. Nie stać mnie na wy­pro­wa­dze­nie się z miesz­ka­nia mamy”.

W ten spo­sób omi­ja­my sed­no pro­ble­mu. Przez kil­ka­na­ście ostat­nich lat zaj­mo­wa­nia się psy­cho­lo­gią w biz­ne­sie spo­tka­łem lu­dzi, któ­rzy mogą bu­do­wać całe wie­żow­ce i osie­dla, nie mó­wiąc o no­wym domu, a nadal tkwią w tok­sycz­nym, bo­le­snym związ­ku. Na­wet je­śli zbu­do­wa­li dru­gi dom, to stoi on pu­sty, a prze­cież stwo­rzy­li go teo­re­tycz­nie wła­śnie po to, żeby wpro­wa­dzić zmia­nę w swo­im ży­ciu. Do­bre wa­run­ki ma­te­rial­ne zmie­nia­ją tyl­ko de­ko­ra­cje, ale sztu­ka, w ja­kiej gra­my, jest wciąż ta sama. Szek­spi­ra moż­na prze­cież wy­sta­wić w wiel­kiej sto­li­cy, a moż­na w te­atrzy­ku szkol­nym, praw­da? Dy­le­ma­ty są te same. Kie­dy ma się środ­ki fi­nan­so­we, to jest w pew­nym sen­sie trud­niej, a w pew­nym ła­twiej. Zda­je­cie so­bie spra­wę, dla­cze­go? Ła­twiej, bo od razu wi­dać, gdzie leży pro­blem, że to nie jest pro­blem eko­no­micz­ny, tyl­ko psy­cho­lo­gicz­ny, a trud­niej – bo już nie ma uspra­wie­dli­wie­nia. Nie moż­na po­wie­dzieć „nie stać mnie”.

Z dru­gim roz­dzia­łem tej książ­ki – jak być sobą – zwią­za­ny jest inny po­wszech­ny pro­blem. Jak­że wie­lu z nas ma skłon­ność do obar­cza­nia in­nych winą za swo­je pro­ble­my. Je­że­li coś się nie ukła­da w moim ży­ciu, za­miast spoj­rzeć w lu­stro i tam po­szu­kać przy­czy­ny, wy­glą­dam przez okno i wo­łam: „To oni!” „To przez nich!” Jak­że ła­two wy­wo­łać me­dial­ną hi­ste­rię wska­zu­jąc, że ktoś jest wcie­le­niem zła, oszu­stwa czy zbo­cze­nia.

Gdy­by­śmy żyli w spo­łe­czeń­stwie uczci­wym, do­brze zor­ga­ni­zo­wa­nym, w do­bro­by­cie, na­sze pro­ble­my wy­glą­da­ły­by in­a­czej. Gdy­by­śmy wte­dy oświad­czy­li, że tra­ci­my kon­takt z do­ra­sta­ją­cy­mi dzieć­mi albo trze­cia pra­ca nam nie wy­cho­dzi przez tych za oknem, nasi są­sie­dzi pu­ka­li­by się w gło­wę. Po­wie­dzie­li­by: „Prze­cież ty masz pro­blem w domu i z sa­mym sobą. Nie wi­dzisz, że tam, na ze­wnątrz, wszyst­ko dzia­ła do­brze?” W Pol­sce, gdzie mamy tyle pa­to­lo­gii, tyle afer, tyle róż­nych nie­cnych za­cho­wań i dzia­łań, bar­dzo ła­two zna­leźć na ze­wnątrz „onych”, któ­rzy są nie w po­rząd­ku. Ła­two so­bie wy­tłu­ma­czyć, że moje nie­po­wo­dze­nie ma źró­dło gdzieś tam, a nie że tkwi we mnie.

Kwe­stia by­cia sobą zmu­sza do za­da­wa­nia trud­nych py­tań. Czy je­stem w ca­ło­ści sobą, a więc rów­nież czy je­stem au­to­rem tego, co we mnie – po­wiedz­my – tro­chę niż­sze? Je­stem nie tyl­ko al­tru­istycz­ny, ale też ego­istycz­ny, nie tyl­ko roz­rzut­ny, ale i chci­wy, nie tyl­ko pra­co­wi­ty, ale i le­ni­wy itd. Przy­zna­ję się do tego czy też mó­wię. „Ja je­stem do­bry, a ci inni są źli?” Na ile je­stem w ca­ło­ści sobą, a na ile tyl­ko w ka­wał­ku, a resz­tę wpły­wów przy­pi­su­ję ze­wnętrz­ne­mu świa­tu? Są też oczy­wi­ście tacy, co mó­wią: „Ja je­stem zły, a inni są do­brzy”, ale moim zda­niem oni też są w błę­dzie…

Trze­ci te­mat, któ­rym zaj­mu­ję się w tej książ­ce, to jak się or­ga­ni­zo­wać. Do­ty­czy tego, o czym się na­wet nie wspo­mi­na w na­szym hym­nie. Pro­fe­sor Zbi­gniew Brze­ziń­ski zwró­cił ostat­nio uwa­gę, że w ob­li­czu bar­dzo sil­ne­go ze­wnętrz­ne­go za­gro­że­nia ru­sza­my do boju: „Jesz­cze Pol­ska nie zgi­nę­ła”. Wte­dy na­wet ta mło­dzież, o któ­rej mó­wią, że jest cy­nicz­na, pew­nie by za ja­kąś sza­blę zła­pa­ła. Ale co z in­ny­mi wy­zwa­nia­mi? Co z he­ro­izmem co­dzien­ne­go dnia?

Mia­łem za­szczyt przez wie­le lat miesz­kać pod jed­nym da­chem z le­gen­dar­ną sa­ni­ta­riusz­ką Mał­go­rzat­ką, mamą mo­jej żony. Była bo­ha­ter­ką Po­wsta­nia War­szaw­skie­go, i to wła­śnie o niej, tak­że ze wzglę­du na jej uro­dę, uło­żo­no słyn­ną żoł­nier­ską pio­sen­kę. Z każ­dym z mo­ich sy­nów mu­sia­łem to­czyć dłu­gie dys­ku­sje, po co Po­la­cy ro­bi­li to po­wsta­nie. Czy nie mo­gli się za­cho­wać jak Cze­si albo jak Fran­cu­zi? By­ło­by mniej ofiar.

Jed­nak w Pol­sce nadal go­rzej jest z le­mie­szem niż z sza­blą. Nie ma w na­szym hym­nie ani na­szej tra­dy­cji sło­wa za­chę­ca­ją­ce­go do so­lid­nej co­dzien­nej pra­cy i sza­no­wa­nia się na­wza­jem.

Tak jak mamy pro­blem hi­sto­rycz­ny z na­szy­mi gra­ni­ca­mi, mamy pro­blem z gra­ni­ca­mi swo­je­go ja. Albo sta­pia­my się w tok­sycz­nych związ­kach, albo nad­mier­nie się izo­lu­je­my. Trze­ci roz­dział tej książ­ki do­ty­czy bu­do­wa­nia zdro­wych gra­nic, na­tu­ral­nej zdro­wej dys­cy­pli­ny i or­ga­ni­zo­wa­nia swo­je­go ży­cia i oto­cze­nia tak, jak się Po­la­kom do­tych­czas nie uda­wa­ło.

Czwar­ty roz­dział – spo­tka­nie, dia­log, ma­ni­pu­la­cja – jest o tym, że bar­dzo nie lu­bi­my być ma­ni­pu­lo­wa­ni. Je­ste­śmy wy­jąt­ko­wo wy­czu­le­ni na wszel­ką ście­mę, że uży­ję ję­zy­ka mło­dych. A jed­nak nie mo­że­my so­bie od­mó­wić ob­ra­ża­nia się, wma­wia­nia bli­skim po­czu­cia winy czy uda­wa­nia, że w ro­dzi­nie bez mi­ło­ści wszyst­ko jest w po­rząd­ku (dla do­bra dzie­ci oczy­wi­ście). Jest taka pięk­na i mą­dra książ­ka psy­cho­lo­ga i fi­lo­zo­fa Rol­lo Maya „Psy­cho­lo­gia i dy­le­mat ludz­ki”. We­dług Maya dy­le­ma­tem każ­de­go czło­wie­ka jest to, na ile jest on pod­mio­tem, a na ile przed­mio­tem. Mogę po­wie­dzieć, że uczę przed­się­bior­ców wpły­wu, ale za­ra­zem uczę ich tak ma­ni­pu­lo­wać, żeby wszy­scy na tym wy­gry­wa­li. Po­ka­zu­ję, jak roz­po­znać sy­tu­ację, kie­dy moż­na pro­wa­dzić dia­log, a kie­dy ko­niecz­na jest tech­ni­ka per­swa­zji, bo ten, z kim mamy do czy­nie­nia, jest tak nie­uczci­wy, tak krnąbr­ny albo po pro­stu tak mało in­te­li­gent­ny, że nie mamy wy­bo­ru, mu­si­my za­sto­so­wać ja­kiejś tech­ni­ki w miej­sce dia­lo­gu.

Mu­si­my so­bie od­po­wie­dzieć na py­ta­nie, w ja­kiej sy­tu­acji moż­na li­czyć na dia­log, praw­dzi­we spo­tka­nie, in­tym­ną re­la­cję, ja­sność in­ten­cji, wy­zna­cza­nie wspól­nych ce­lów, a gdzie za­czy­na się ma­ni­pu­la­cja, po­pu­lizm, ma­kia­we­lizm, mob­bing i po­dob­ne zja­wi­ska. Mam po­czu­cie, że we współ­cze­snym świe­cie trze­ba umieć świa­do­mie wy­wie­rać wpływ, ale trze­ba też umieć prze­stać kom­bi­no­wać. Trze­ba umieć przyjść do domu i prze­stać upra­wiać mar­ke­ting czy pu­blic re­la­tions, tyl­ko spo­tkać się z ro­dzi­ca­mi, żoną, dzieć­mi. Po po­wro­cie do fir­my po­win­ni­śmy umieć re­ali­zo­wać pew­ną po­li­ty­kę – wła­sną, swo­je­go dzia­łu albo wspól­ną. Trze­ba się ro­ze­znać, na czym po­le­ga jed­no i dru­gie, żeby do­ko­ny­wać wy­bo­rów bar­dziej ra­cjo­nal­nych niż emo­cjo­nal­nych.

Pią­ty roz­dział – o za­rzą­dza­niu ener­gią – jest naj­bar­dziej oso­bi­sty. Po­zwa­lam w nim so­bie na in­tym­ne wy­zna­nie, że naj­czę­ściej my­ślę o Bogu po zbli­że­niu mi­ło­snym. Czu­łość, jaką mam dla żony, prze­no­si się wte­dy na trud­ną do ukie­run­ko­wa­nia wdzięcz­ność. Po­ja­wia się spo­kój, ulga, taka ja­sność umy­słu, że my­ślę so­bie: „Bóg nas nie­zwy­kle ob­da­ro­wał…”

Czło­wiek jest je­dy­nym zwie­rzę­ciem za­in­te­re­so­wa­nym sek­sem nie tyl­ko wte­dy, kie­dy słu­ży on pro­kre­acji i pod­trzy­ma­niu ga­tun­ku. Być może dzie­je się tak dla­te­go, że ludz­kie dziec­ko po­trze­bu­je dłuż­sze­go ho­łu­bie­nia niż zwie­rzę­ce, a więc ro­dzi­ców dłu­żej musi coś łą­czyć… Mam jed­nak po­czu­cie, że my ten dar boży mar­no­tra­wi­my, że seks albo wul­ga­ry­zu­je­my, albo tłu­mi­my (a wte­dy zmie­nia się w psy­cho­pa­tię lub ner­wi­cę), a zbyt rzad­ko łą­czy­my z czu­ło­ścią, nie mó­wiąc już o me­ta­fi­zycz­nym jego od­czu­wa­niu.

Dla­te­go chcę o mi­ło­ści, sek­sie i du­cho­wo­ści mó­wić jed­nym tchem. A przy oka­zji w ogó­le o za­rzą­dza­niu wła­sną ener­gią ży­cio­wą, bo mam po­czu­cie, że my (a przy­najm­niej do nie­daw­na ja) mar­no­tra­wi­my jej zbyt wie­le. W wie­ku dwu­dzie­stu paru lat by­łem prze­ko­na­ny, że mam tej ener­gii nie­skoń­czo­ny za­pas. Te­raz mam lat 60 i już się cie­szę, że umó­wi­łem się z pa­ro­ma ró­wie­śni­ka­mi na syl­we­stra w 2020 roku. Chciał­bym móc wte­dy za­tań­czyć i za­śpie­wać, ale żeby dać radę, mu­szę swo­imi si­ła­mi mą­drze go­spo­da­ro­wać. Za­uwa­ży­łem, że Po­la­cy już się tro­chę na­uczy­li za­rzą­dzać pie­niędz­mi, bo zmu­sza ich do tego nie­do­sta­tek. Na spe­cjal­nych kur­sach pra­cow­ni­cy firm uczą się, jak za­rzą­dzać cza­sem. Ale wciąż nie wie­my, jak za­rzą­dzać ener­gią. Mar­no­tra­wi­my ją, ga­da­jąc, ro­biąc rze­czy bez zna­cze­nia i od­da­jąc się ja­ło­wym roz­my­śla­niom, a przez to uzy­sku­je­my gor­sze re­zul­ta­ty i w mi­ło­ści, i w pra­cy.

Jest jesz­cze roz­dział szó­sty. To oso­bi­ste wy­zna­nia, zwie­rze­nia z od­kryć w po­szu­ki­wa­niu zna­cze­nia, sen­su ży­cia i szczę­ścia na co dzień.

1 Jak się oddzielić i ustalić graniceX

Co ro­bić, aby nie utknąć w związ­kach, w któ­rych źle się czu­je­my, ale nie mamy siły, by się od nich uwol­nić? Jaki jest pierw­szy krok na dro­dze do by­cia sobą i do sta­no­wie­nia o so­bie? Od­dzie­la­nie się i wy­ty­cza­nie gra­nic do­ty­czy hi­sto­rii na­sze­go kra­ju, ale też każ­de­go z nas. Rocz­ne dziec­ko od­dzie­la się od mamy i za­czy­na być od­ręb­ną istot­ką. Dziec­ko trzy­let­nie sta­je na wła­snych no­gach, aby od mamy po­biec do taty. Je­de­na­sto­la­tek od­dzie­la się od ro­dzi­ców i naj­waż­niej­szym ka­wał­kiem świa­ta sta­je się dla nie­go gru­pa ró­wie­śni­cza. A na­sto­la­tek czy dwu­dzie­sto­pa­ro­la­tek od­dzie­la się od ro­dzi­ców, aby za­cząć bu­do­wać swój świat. W 1989 roku Pol­ska od­dzie­li­ła się od blo­ku państw ko­mu­ni­stycz­nych (to już hi­sto­ria!), a te­raz przy­łą­czy­ła się do Wspól­no­ty Eu­ro­pej­skiej…

Ktoś, kto pro­gi od­dzie­la­nia się przej­dzie w dość na­tu­ral­ny, choć cza­sem bo­le­sny spo­sób, sta­je się oso­bą do­brze od­gra­ni­czo­ną, któ­ra mówi: „Tu je­stem ja i moje je­ste­stwo, a tu je­steś ty i two­je je­ste­stwo”. Pew­na dzien­ni­kar­ka za­py­ta­ła mnie nie­daw­no: „Czy pra­ca psy­cho­lo­ga, któ­ry się wczu­wa w pro­ble­my tylu lu­dzi, może go wy­dre­no­wać?” Od­po­wie­dzia­łem: „Tyl­ko je­że­li psy­cho­log nie ma do­brze okre­ślo­nych wła­snych gra­nic. Je­że­li przyj­mu­je nad­mier­ną od­po­wie­dzial­ność, je­że­li chce ura­to­wać wszyst­kich swo­ich pa­cjen­tów, nie­mal się­ga­jąc do kie­sze­ni, żeby dać im swo­je pie­nią­dze, je­że­li bie­rze do sie­bie wszyst­kie cio­sy, któ­re nie­świa­do­mie za­da­ją mu za­gu­bie­ni, sfru­stro­wa­ni lu­dzie. Je­że­li na­to­miast zna do­brze swo­je gra­ni­ce, to może wspa­nia­le słu­chać, współ­prze­ży­wać oraz współ­od­czu­wać i udzie­lać do­brych po­rad, z któ­rych jego klient sko­rzy­sta już na wła­sną od­po­wie­dzial­ność”.

Po­dob­ne wy­zwa­nie stoi przed ro­dzi­ca­mi do­ra­sta­ją­cych dzie­ci. Jak­że wie­le ma­tek i oj­ców (zwłasz­cza oj­ców có­rek) nie może po­go­dzić się z tym, że ro­dzi­ce to łuk, któ­ry wy­pusz­cza w świat strza­łę (dziec­ko), za­miast wię­zić ją w koł­cza­nie cze­ka­jąc, aż sta­nie się bar­dziej go­to­wa do lotu…

W fir­mach, któ­rym do­ra­dzam, czę­sto ob­ser­wu­ję zja­wi­sko tzw. si­lo­sów. Niby sy­tu­acja jest ja­sna: wspól­ny cel, dużo ja­śniej­szy niż w ży­ciu spo­łecz­nym, na­ro­do­wym czy po­li­tycz­nym. Trze­ba uzy­skać okre­ślo­ny wy­nik biz­ne­so­wy. Sprze­dać okre­ślo­ny pro­dukt, okre­ślo­ną usłu­gę, od­zy­skać ka­pi­tał wło­żo­ny w in­te­res. Ale sy­tu­acja się kom­pli­ku­je, bo w fir­mie mamy ze­spół wy­bit­nych me­ne­dże­rów i każ­dy z nich bu­du­je swój ze­spół.

I co się dzie­je? Ze­spo­ły, za­miast współ­pra­co­wać, sta­ra­ją się wy­ka­zać na wła­sną rękę. Każ­dy me­ne­dżer chce udo­wod­nić, że inne ze­spo­ły sko­pa­ły swo­je za­da­nia, a tyl­ko jego ze­spół wy­ko­nał je do­brze. Ener­gia tak „współ­pra­cu­ją­cych” ze­spo­łów się nie su­mu­je. Bo każ­dy z nich dwa­dzie­ścia pro­cent ener­gii zu­ży­wa na osią­ga­nie ce­lów fir­my, a osiem­dzie­siąt pro­cent na po­ka­za­nie, że inni nie do­star­czy­li na czas od­po­wied­nich da­nych i przez to nic nie wy­cho­dzi. W jed­nej fir­mie jest kil­ku świet­nych spe­cja­li­stów. Je­den jest pre­ze­sem od mar­ke­tin­gu, dru­gi od sprze­da­ży, trze­ci od fi­nan­sów, czwar­ty od lo­gi­sty­ki albo dzia­łu praw­ne­go. Spół­ka sta­wia przed sobą bar­dzo am­bit­ne cele i współ­pra­cow­ni­cy do­sta­ją za­da­nia, do­bie­ra­ją lu­dzi, żeby je wy­ko­nać. I co się za­czy­na dziać? Każ­dy z nich ze swo­imi ludź­mi za­wią­zu­je jak­by mi­kro­przed­się­bior­stwo. I to jest do­bre, bo tak dzia­ła na przy­kład Ge­ne­ral Elec­tric, tyle że pra­cy tych mi­kro­przed­się­biorstw, ma­łych biz­ne­so­wych od­dzia­łów po­wi­nien przy­świe­cać wspól­ny cel. A na­szej fir­mie gro­zi ban­kruc­two, bo np. ja­kiś lo­gi­stycz­ny pro­blem nie zo­stał roz­wią­za­ny. Lu­dzie z de­par­ta­men­tu praw­ne­go mó­wią: „A nie mó­wi­li­śmy?”, lu­dzie z in­for­ma­ty­ki mó­wią: „Prze­cież my­śmy wszyst­ko do­brze opro­gra­mo­wa­li”. Mamy ten­den­cje do two­rze­nia ma­łych świa­tów. Każ­dy z nich jest sym­bio­tycz­nym ukła­dem pra­cow­ni­ków, a jed­no­cze­śnie nad­mier­nie wy­od­ręb­nio­ną jed­nost­ką. Nie po­wsta­je z tego wspól­ny świat.

Ten pro­blem ist­nie­je w or­ga­ni­za­cjach więk­szo­ści kra­jów, ale w Pol­sce mamy do nie­go szcze­gól­ną skłon­ność. Wi­dać go też wy­raź­nie w świe­cie po­li­ty­ki. Mamy li­de­rów róż­nych grup, każ­dy z nich chce, owszem, zmie­nić Pol­skę, ale tyl­ko z punk­tu wi­dze­nia i w in­te­re­sie swo­jej gru­py. Po dwu­dzie­stu pię­ciu la­tach zaj­mo­wa­nia się psy­cho­te­ra­pią mogę po­wie­dzieć, że wi­dzia­łem dzie­siąt­ki i set­ki lu­dzi, któ­rzy się nie od­dzie­li­li i nie zbu­do­wa­li swo­ich gra­nic. Nie na­uczy­li się być od­ręb­nie, ale ra­zem. I te­raz na­wet je­że­li zo­sta­ją wy­bit­ny­mi spe­cja­li­sta­mi, pro­blem się za nimi wle­cze.

Gdy spoj­rzy­my, jak dzia­ła cią­gle re­for­mu­ją­ce się i szu­ka­ją­ce swo­jej dro­gi pol­skie pań­stwo, to zo­ba­czy­my, że po­wsta­ło mnó­stwo par­tii, klu­bów po­li­tycz­nych, mnó­stwo grup in­te­lek­tu­al­nych i re­li­gij­nych. Każ­da z nich jest osob­ną ca­ło­ścią, sku­pia swo­ich wy­znaw­ców. Każ­da z nich ra­czej się jesz­cze bar­dziej po­dzie­li, niż zjed­no­czy z inną w dą­że­niu do wspól­ne­go celu. Za­sły­nę­li­śmy na ca­łym świe­cie z Sierp­nia ’80, ale te­raz ży­je­my tak, jak­by­śmy kon­se­kwent­nie re­ali­zo­wa­li pro­gram „zero so­li­dar­no­ści”. Dzie­je się tak na po­zio­mie firm i na po­zio­mie ca­łe­go spo­łe­czeń­stwa. Czy­li albo sta­pia­my się zbyt bli­sko, za­tra­ca­jąc po­czu­cie in­dy­wi­du­al­no­ści i od­ręb­no­ści, albo nad­mier­nie się od­dzie­la­my i izo­lu­je­my. Do­brym sym­bo­lem zdro­wych re­la­cji są kół­ka olim­pij­skie.

Prze­ci­wień­stwem ukła­du kó­łek olim­pij­skich są tok­sycz­ne związ­ki. Mają one wspól­ny psy­cho­lo­gicz­ny mia­now­nik – jest nim tak zwa­ny sce­na­riusz trój­ką­ta dra­ma­tycz­ne­go, o któ­rym pi­sa­łem już w po­przed­nich książ­kach. Prze­pro­wadź­my ma­lut­ki eks­pe­ry­ment. Sy­tu­acja jest taka: pią­ta czy szó­sta kla­sa, lek­cja ja­kie­goś no­we­go przed­mio­tu, jed­ne­go z tych, któ­re te­raz wy­my­śla­ją, np. z po­gra­ni­cza fi­zy­ki i ma­te­ma­ty­ki. Na­uczy­ciel­ka po­my­li­ła cele pe­da­go­gicz­ne z dy­dak­tycz­ny­mi. Na czym może po­le­gać po­my­le­nie ce­lów dy­dak­tycz­nych z pe­da­go­gicz­ny­mi? Dy­dak­tycz­ny cel jest taki, żeby cze­goś na­uczyć, pe­da­go­gicz­ny – żeby wy­cho­wać. W do­brym za­rzą­dza­niu re­la­cją z uczniem szu­ka się in­te­gra­cji tych dwóch ce­lów, ale pa­mię­ta się, że są to dwa róż­ne wąt­ki i nie­do­brze jest ro­bić jed­no kosz­tem dru­gie­go. No więc dzie­ci bar­dzo roz­ra­bia­ły, pani po­czu­ła się bez­rad­na i w tej swo­jej bez­rad­no­ści nie za­py­ta­ła, dla­cze­go są ta­kie roz­bry­ka­ne i co mo­gła­by zro­bić, żeby się uspo­ko­iły. Za­miast tego po­wie­dzia­ła: „Sko­ro je­ste­ście tacy moc­ni, to te dwa­dzie­ścia za­dań, któ­rych nie mogę te­raz z wami prze­ro­bić, każ­dy z was zro­bi sam, na za ty­dzień. Jak nie – to pał­ka. A kto ją do­sta­nie, ma nie­za­li­czo­ny se­mestr”. Dzień przed ter­mi­nem uczen­ni­ca przy­cho­dzi do mamy po po­moc. Za­in­sce­ni­zuj­my to. Któ­raś z pań czte­ro­krot­nie przyj­dzie do mnie z tą samą spra­wą, a ja będę się róż­nie za­cho­wy­wał. Z góry uprze­dzam, że może to być nie­sym­pa­tycz­ne.

Ko­bie­ta z wi­dow­ni: Słu­chaj, mamo, na­sza pani w ogó­le nie po­tra­fi nam wy­tłu­ma­czyć te­ma­tów w szko­le. W ogó­le do nas nie tra­fia. Ja nie wiem, jak roz­wią­zać to za­da­nie, nie je­stem w sta­nie, nie zro­bię go!

J. San­tor­ski: Pani nie tra­fia czy to wy nie ro­zu­mie­cie?!

Ko­bie­ta: No nie ro­zu­mie­my.

J. San­tor­ski: A co ty do­tąd zro­bi­łaś, żeby zro­zu­mieć?

Ko­bie­ta: Cała kla­sa za­sta­na­wia­ła się nad tym, jak to zro­bić, ale nikt nie wie jak.

J. San­tor­ski: Na kie­dy jest to za­da­ne?

Ko­bie­ta: Na ju­tro.

J. San­tor­ski: Kie­dy się za to za­bra­łaś?

Ko­bie­ta: No te­raz… Ale ja nie mia­łam cza­su, na­praw­dę nie mia­łam cza­su.

J. San­tor­ski: Nie mia­łaś cza­su, bo co? Te­le­wi­zja, in­ter­net, wy­sta­wa­nie przed lu­strem…

Ko­bie­ta: Ale…

J. San­tor­ski: Nie prze­ry­waj mi! To ma być ze­szyt uczen­ni­cy?! Chcesz ze mną roz­ma­wiać, to go naj­pierw ob­łóż! Jak ty się ucze­sa­łaś! Jak ty wy­glą­dasz?! Zejdź mi z oczu! Do wi­dze­nia, do dru­gie­go po­ko­ju!!! (wy­ry­wa jej ze­szyt z ręki, po­tem rzu­ca na stół).

Bar­dzo prze­pra­szam, chcia­łem mieć za sobą naj­gor­szą sce­nę. Dla mnie też była trud­na. Te­raz z ko­lei bę­dzie bar­dzo sym­pa­tycz­nie, do­brze?

Ko­bie­ta: Słu­chaj, mamo, jest taki pro­blem…

J. San­tor­ski: No co, ko­cha­nie? Jaki masz pro­blem?

Ko­bie­ta: Ja nie lu­bię ma­te­ma­ty­ki i fi­zy­ki, te przed­mio­ty są mę­czą­ce.

J. San­tor­ski: No ja­sne, oczy­wi­ście. A kto lubi?

Ko­bie­ta: Jest ta­kie za­da­nie, ale ja nie zro­bię go na ju­tro.

J. San­tor­ski: Po­każ, kto to za­dał?

Ko­bie­ta: No ta głu­pia, ta…

J. San­tor­ski: Ta głu­pia, ta?

Ko­bie­ta: Ona w ogó­le nie ma z nami kon­tak­tu.

J. San­tor­ski: Zo­bacz, oj­ciec ha­ru­je, za szko­łę pła­ci­my, a ci na­uczy­cie­le co? De­bi­le po pro­stu.

Ko­bie­ta: Ona nie tra­fia do nas. Kla­sa nic nie ro­zu­mie.

J. San­tor­ski: Słu­chaj, có­recz­ko, ty się nie stre­suj, ja ci to za­ła­twię. To zna­czy ja za­dań nie zro­bię, ale Ziut­ka, ko­le­żan­ka z dru­gie­go pię­tra, ona je zro­bi. Tak że uspo­kój się, zjedz ja­kieś cia­stecz­ko, te­le­wi­zję po­oglą­daj, wszyst­ko bę­dzie do­brze, nic się nie martw. Tyl­ko po­ca­łuj ma­mu­się.

Ko­bie­ta: No do­brze, do­brze (śmiech na sali).

Było miło? No to trze­ci wa­riant pro­szę, ten sam po­czą­tek.

Ko­bie­ta: Słu­chaj, mamo, mam strasz­ne za­da­nia z ma­te­ma­ty­ki i fi­zy­ki. Roz­ma­wia­łam z Emi­lą…

J. San­tor­ski: …Nie mów tak gło­śno, bo mi gło­wa pęka!

Ko­bie­ta: Roz­ma­wia­łam z Emi­lą, bo ona umie ma­te­ma­ty­kę i fi­zy­kę, ona zu­peł­nie in­a­czej chce to roz­wią­zać. Ja w ogó­le nie wiem, co mam te­raz zro­bić?

J. San­tor­ski: A oj­ciec bi­lan­su nie może zro­bić (wzdy­cha cięż­ko, bo­le­śnie). To, że by­łam kie­dyś księ­go­wą, nie zna­czy, że mu­szę za wszyst­kich ra­chun­ki ro­bić…

Ko­bie­ta: Cho­dzi o to, że ja mu­szę zro­bić za­da­nia, bo są za karę za­da­ne…

J. San­tor­ski: Jak zwy­kle będę mu­sia­ła to zro­bić… Tyl­ko co mi na gro­bie na­pi­sze­cie? (cięż­ko wzdy­cha, ła­pie się za gło­wę).

Dzię­ku­ję, to była trze­cia rola, a te­raz bę­dzie jesz­cze jed­na. Te­raz może być mniej cie­ka­wie…

Ko­bie­ta: Mamo…

J. San­tor­ski: No co, có­recz­ko?

Ko­bie­ta: Ta na­sza szko­ła ma nie­zwy­kłe wy­ma­ga­nia. Wiesz o tym, praw­da? U nas jest taki wy­so­ki po­ziom. Więc i za­da­nia są ta­kie trud­ne.

J. San­tor­ski: Wiem, że cza­sem bywa ci cięż­ko. No ale co mar­twi cię te­raz?

Ko­bie­ta: Te za­da­nia z ma­te­ma­ty­ki i fi­zy­ki, któ­re ostat­nio nam pani za­da­ła, ja w ogó­le z tego nic nie ro­zu­miem. Prze­cież w koń­cu je­stem do­brą uczen­ni­cą.

J. San­tor­ski: Ja już wi­dzia­łam ten ze­szyt. To te za­da­nia, o któ­rych mó­wi­łaś, że wam pani za­da­ła, jak by­li­ście nie­grzecz­ni w kla­sie, tak?

Ko­bie­ta: Tak, bo ona ta­kie re­stryk­cje sto­su­je cza­sa­mi, żeby nas uka­rać.

J. San­tor­ski: Pa­mię­tam, mó­wi­łaś, że…

Ko­bie­ta: Bo twier­dzi, że sko­ro je­ste­śmy nie­grzecz­ni, to mu­si­my się wię­cej po­uczyć.

J. San­tor­ski: Kie­dy pani wam to za­da­ła?

Ko­bie­ta: Nie pa­mię­tam, no ale czy to jest waż­ne?

J. San­tor­ski: Dla mnie jest waż­ne, bo chcia­ła­bym ci po­móc nie tyl­ko w tym kon­kret­nym przy­pad­ku, ale w ogó­le w ucze­niu się i za­rzą­dza­niu sobą. Wiesz, co to zna­czy za­rzą­dza­nie sobą, có­recz­ko?

Ko­bie­ta: Tak, wiem. Ale wiesz, że cho­dzę do szko­ły mu­zycz­nej, jeż­dżę na ko­nie, cho­dzę na zbiór­ki har­cer­skie, na an­giel­ski. Kie­dy ja mam to ro­bić?

J. San­tor­ski: Pa­mię­tasz, mó­wi­łam ci, że do­brze by było, gdy­byś pod­ję­ła taką dziel­ną de­cy­zję, żeby z cze­goś zre­zy­gno­wać. Prze­cież my ci tych wszyst­kich za­jęć nie na­rzu­ca­my…

Ko­bie­ta: Ale z koni nie zre­zy­gnu­ję.

J. San­tor­ski: Je­śli to wła­śnie ko­nie są two­ją pa­sją… Wra­ca­jąc do za­da­nia, je­steś uczen­ni­cą i lek­cje mu­sisz mieć od­ro­bio­ne, na­wet je­śli były za­da­ne nie do koń­ca fair, bo za karę.

Ko­bie­ta: Tak, wiem.

J. San­tor­ski: Więc w kwe­stii wy­cho­waw­czej, o tych wy­ma­ga­niach, o tym za­da­wa­niu za karę, to jak bę­dzie oka­zja na wy­wia­dów­ce, to ja z pa­nią po­roz­ma­wiam. Ale lek­cja musi być zro­bio­na, tak? Jak ci mogę w tym po­móc? Mam jesz­cze ja­kiś bi­lans dla ojca ro­bić. Usią­dzie­my ra­zem – ty bę­dziesz ro­bi­ła swo­je za­da­nie, a ja swo­je.

Ko­bie­ta: Ale czy ty po­tra­fisz te za­da­nia zro­zu­mieć?

J. San­tor­ski: Ja ci mogę ra­czej po­móc w ten spo­sób, że będę z tobą. Może za­dzwoń do ko­goś, kto ro­zu­mie te za­da­nia…

Ko­bie­ta: No do­brze…

J. San­tor­ski: OK, a kto zro­bi her­ba­tę…? Wiesz, ja chęt­nie zro­bię…

Ko­bie­ta: A ja za­dzwo­nię do Kasi…

To byty czte­ry se­kwen­cje, ta ostat­nia może tro­chę sztucz­nie za­gra­na. Moż­na po­wie­dzieć, że to, co naj­zdrow­sze, jest w pew­nym sen­sie naj­mniej na­tu­ral­ne. W pierw­szej sy­tu­acji wy­stę­po­wa­łem w roli prze­śla­dow­cy. Po­wie­dzia­łem, że to ty je­steś to­tal­nie nie w po­rząd­ku, że to ty je­steś od­po­wie­dzial­na za wszyst­ko, za ten kło­pot i jesz­cze za swój ze­szyt. Ty by­łaś w roli ofia­ry.

Dru­ga sy­tu­acja była do­kład­nie od­wrot­na. To świat jest two­im prze­śla­dow­cą, a ja będę two­im ra­tow­ni­kiem, wy­ba­wi­cie­lem i prze­śla­dow­cą two­ich prze­śla­dow­ców. We­zmę na sie­bie całą od­po­wie­dzial­ność. Po­przed­nio zrzu­ci­łem na cie­bie całą od­po­wie­dzial­ność, i to nie tyl­ko za tę sy­tu­ację, ale jesz­cze za parę in­nych rze­czy. Tym ra­zem ja cię uwol­nię i za to chcę (po­zor­nie) tyl­ko jed­ne­go – sym­bo­licz­ne­go buzi. Wsze­dłem w rolę ra­tow­ni­ka.

W trze­ciej sy­tu­acji, tej gdy mnie bo­la­ła gło­wa, zno­wu ty sta­łaś się cał­ko­wi­cie od­po­wie­dzial­na. Za co? Tak­że za mój zły stan. Ja za to we­zmę cał­ko­wi­tą od­po­wie­dzial­ność za two­je lek­cje. Czy­li ty je­steś za bar­dzo od­po­wie­dzial­na za mnie, a ja – za bar­dzo za cie­bie. W ogól­nym bi­lan­sie to ja je­stem ofia­rą, a gra­ni­ce zo­sta­ły wy­mie­sza­ne. To przy­kład tak zwa­ne­go współ­uza­leż­nie­nia.

Prze­śla­dow­ca zrzu­ca całą od­po­wie­dzial­ność na dru­gą oso­bę. Ra­tow­nik bie­rze całą od­po­wie­dzial­ność na sie­bie. Ofia­ra chęt­nie oskar­ży in­nych. Jest pew­na ma­gia, ma­gne­tyzm prze­cho­dze­nia z jed­nej po­zy­cji w dru­gą. Je­że­li ktoś wej­dzie w jed­ną z tych ról, to jak wy­ni­ka z ob­ser­wa­cji psy­cho­lo­gów, z du­żym praw­do­po­do­bień­stwem spro­wo­ku­je oto­cze­nie i szyb­ko znaj­dzie się w ko­lej­nych ro­lach.

Do­świad­czy­łem tego po­nad dwa­dzie­ścia lat temu na osie­dlu koło War­sza­wy. Pew­ne­go wie­czo­ru usły­sza­łem dra­ma­tycz­ny głos ko­bie­ty wo­ła­ją­cej: „Ra­tun­ku! Ra­tun­ku!” Wy­bie­głem pod wpły­wem im­pul­su na klat­kę scho­do­wą, zi­den­ty­fi­ko­wa­łem kie­ru­nek, z któ­re­go do­bie­gał głos, wpa­dłem na pierw­sze pię­tro i na­ci­skam dzwo­nek. Ze środ­ka do­bie­ga­ją od­gło­sy sza­mo­ta­ni­ny. Nikt nie otwie­ra. Na­ci­skam klam­kę, wpa­dam do środ­ka, a tam stoi pani na wpół roz­ne­gli­żo­wa­na, z roz­wia­ny­mi wło­sa­mi. Obok niej fa­cet – nie wy­glą­dał naj­le­piej. Ko­bie­ta wrzesz­czy. Py­tam, co się dzie­je. W tym mo­men­cie pani, któ­ra była ofia­rą, spoj­rza­ła na mnie i… już mo­że­cie zgad­nąć, co mnie spo­tka­ło. Usły­sza­łem: „A wy­no­cha stąd! A ty co, dzwon­ka w domu nie masz?! Gdzie się ła­du­jesz?!”

Na­gle z ra­tow­ni­ka sta­łem się ofia­rą, a ona z ofia­ry – prze­śla­dow­cą. Żeby był kom­plet, zgad­nij­cie, co zro­bił ten pan? W jaką wszedł rolę? Mo­je­go ra­tow­ni­ka oczy­wi­ście! Mówi tak: „Są­siad, nie przej­muj się, ona tak za­wsze. Nie przej­muj się, chodź tu, wó­decz­ki na­le­je­my”. Gdy­bym wte­dy był tak mą­dry jak dzi­siaj, to­bym pew­nie tę wó­decz­kę wy­pił, ochło­nął, po­wie­dział: „Ko­cha­ni, zro­zum­cie mnie, prze­pra­szam, że wtar­gną­łem do wa­sze­go domu, ale za­cho­wy­wa­li­ście się tak, że nie mo­głem przejść obo­jęt­nie, a poza tym dziec­ko usy­pia­łem”. No ale ja wte­dy nie by­łem jesz­cze w peł­ni do­ro­sły. Da­łem się wcią­gnąć w ten sche­mat, co zresz­tą i dziś cza­sem mi się zda­rza, cho­ciaż znam go do­sko­na­le i znam siłę jego ma­gne­ty­zmu. No więc gdy ten są­siad zwró­cił się do mnie przy­jaź­nie z wó­decz­ką, to ja z ko­lei na­je­cha­łem na pa­nią. Wsze­dłem w rolę prze­śla­dow­cy. Żyw­cem ukra­dłem jej ton: „A ty co so­bie my­ślisz, że przy­sze­dłem ci po­móc, czy z tym two­im chło­pem wód­kę pić? Tak się wy­dzie­rasz, że moje dziec­ko za­snąć nie może!” Na szczę­ście w tym mo­men­cie po­my­śla­łem so­bie: „Jac­ku San­tor­ski, mło­dy psy­cho­te­ra­peu­to, co ty naj­lep­sze­go ro­bisz w tej chwi­li?” Prze­ło­ży­łem we­wnętrz­ną zwrot­ni­cę i po­wie­dzia­łem: „Prze­pra­szam, że się unio­słem, do wi­dze­nia pań­stwu”. Po­tem oni ukra­dli nam ro­wer.

Do­świad­czy­łem wte­dy, jak wiel­ki jest ma­gne­tyzm sce­na­riu­sza ról ra­tow­ni­ka, prze­śla­dow­cy i ofia­ry. Jak trud­no do­ko­nać tego, co od­two­rzy­li­śmy dziś za czwar­tym ra­zem, a co na­zy­wa­my dys­try­bu­cją od­po­wie­dzial­no­ści. Uzna­je­my, że na­uczy­ciel­ka jest od­ręb­nym pod­mio­tem, jest oso­bą, któ­ra ma swój za­kres od­po­wie­dzial­no­ści. W tym wy­pad­ku od­po­wia­da za pe­da­go­gi­kę i dy­dak­ty­kę. I pew­nie w ob­rę­bie swo­je­go za­kre­su od­po­wie­dzial­no­ści po­peł­ni­ła błąd w sztu­ce. Może mia­ła zły dzień? Cór­ka też jest od­ręb­ną oso­bą, choć do­pie­ro je­de­na­sto­let­nią. Ona jest zdol­na i skłon­na spró­bo­wać na­uczyć się pla­no­wać i nie zo­sta­wiać wszyst­kie­go na ostat­nią chwi­lę. Po­tra­fi też zro­zu­mieć wła­sną od­po­wie­dzial­ność i za­da­nia wy­ni­ka­ją­ce z roli ucznia. Ja z ko­lei je­stem ro­dzi­cem, też od­ręb­ną oso­bą, któ­ra może usza­no­wać, a przy­najm­niej zro­zu­mieć całą sy­tu­ację. Usza­no­wać rolę na­uczy­ciel­ki, zro­zu­mieć jej błąd i jego przy­czy­ny. Chcę wspie­rać cór­kę w tym, aby uczy­ła się być oso­bą od­po­wie­dzial­ną, ale z dru­giej stro­ny do­pil­no­wać, aby wy­peł­nia­ła rolę ucznia. W związ­ku z tym do­ko­nu­ję dys­try­bu­cji od­po­wie­dzial­no­ści. Pil­nu­ję, żeby cór­ka od­ro­bi­ła za­da­nia i wy­wią­za­ła się z roli ucznia, a przy oka­zji sta­ram się po­stą­pić tak, aby z tego do­świad­cze­nia cze­goś się na­uczy­ła. A z na­uczy­ciel­ką po­roz­ma­wiam, i to w czte­ry oczy, nie przy wszyst­kich ro­dzi­cach, bo nie ma więk­szej far­sy niż ze­bra­nia ro­dzi­ciel­skie. Jest ta­kie prze­kleń­stwo: obyś cu­dze dzie­ci uczył. To nie ta­kie pro­ste uczyć cu­dze dzie­ci. Ale znam gor­sze – obyś się spo­ty­kał z ro­dzi­ca­mi na ze­bra­niach. Tam się dzie­ją strasz­ne rze­czy, bo my jako ro­dzi­ce wcho­dzi­my w ja­kieś dziw­ne sta­ny psy­chicz­ne i w imie­niu na­szych dzie­ci za­czy­na­my się bar­dzo dziw­nie za­cho­wy­wać.

W każ­dym ra­zie wi­dzi­my już, na czym po­le­ga dys­try­bu­owa­nie od­po­wie­dzial­no­ści. Na­uczy­ciel­ka od­po­wia­da za to, że po­my­li­ła pe­da­go­gi­kę z dy­dak­ty­ką, cór­ka za to, że się musi na­uczyć pla­no­wać i musi mieć od­ro­bio­ne lek­cje, a ja za to, żeby wspie­rać ją w tym, a od na­uczy­ciel­ki ewen­tu­al­nie wy­eg­ze­kwo­wać wy­co­fa­nie się z błę­du. Żeby jed­nak to było moż­li­we, każ­da z tych istot, na­wet je­de­na­sto­let­nia uczen­ni­ca, musi być oso­bą, któ­ra ma już swo­ją od­ręb­ną toż­sa­mość.

Bar­dzo czę­sto bywa tak w ro­dzi­nie, że je­ste­śmy jak sto­pie­ni. Na­uczy­ciel­ka, któ­ra skrzyw­dzi­ła moją cór­kę, skrzyw­dzi­ła mnie. W związ­ku z tym ja na­tych­miast chwy­cę za te­le­fon i za­dzwo­nię do dy­rek­to­ra, żeby skrzyw­dzić ją. By­wa­ją też ro­dzi­ny, gdzie pa­nu­je to­tal­na izo­la­cja i dziec­ko jest zu­peł­nie sa­mot­ne. Ro­dzi­ce mu tyl­ko usta­la­ją pro­gram, w któ­rym są wła­śnie te wszyst­kie jaz­dy kon­ne, lek­cje te­ni­sa i inne rze­czy. Nic tak nie wią­że jak role trój­ką­ta dra­ma­tycz­ne­go. Dla­te­go war­to zo­ba­czyć, jak wy­glą­da pra­wi­dło­wa dro­ga roz­wo­ju in­tym­nej re­la­cji.

Mama