Wydawca: JS and CO Kategoria: Poradniki Język: polski Rok wydania: 2011

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dobre życie - Jacek Santorski

"DOBRE ŻYCIE" to wybór najlepszych fragmentów z książek, artykułów i materiałów szkoleniowych psychologa JACKA SANTORSKIEGO, jego współpracowników i dziennikarzy, z którymi odbył dziesiątki rozmów aby spopularyzować wiedzę, tak nam potrzebną w MIŁOŚCI i w PRACY.

Każdy tekst,, jaki znajdziesz w tej książce, został starannie wybrany, uproszczony lub pogłębiony, dostosowany do stanu wiedzy PSYCHOLOGII DZIŚ. Twórczy układ treści, prowadzący czytelnika KROK PO KROKU przez swoisty PROGRAM pracy nad sobą, nadaje tej pozycji charakter zupełnie nowej książki. Przeczytasz ją jednym tchem, a potem pozostawisz gdzieś w zasięgu ręki, by Ci służyła przez lata! Miłej, inspirującej lektury!

Zajmij sie sobą w taki sposób i na tyle, żeby móc o sobie "zapomnieć"... Otwórz swoje serce, a otworzy się na Ciebie cały świat.

Jacek Santorski

 

 


 

Opinie o ebooku Dobre życie - Jacek Santorski

Fragment ebooka Dobre życie - Jacek Santorski

Re­dak­cja i współ­pra­ca

Mał­go­rza­ta Kra­su­ska

Ra­fał Bur­da

Ma­rek Szul­go­wicz

Pro­jekt okład­ki

An­drzej San­tor­ski

Pro­jekt gra­ficz­ny wnę­trza

An­drzej San­tor­ski

Ma­rzen­na Ło­pa­ciuk

Ła­ma­nie i przy­go­to­wa­nie do dru­ku

CMYK-DTP STU­DIO s.c.

Ma­rzen­na Ło­pa­ciuk

Co­py­ri­ght © for the text by Ja­cek San­tor­ski, 2010

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by JS & Co Ja­ro­sław Szul­ski

Wy­da­nie 2

ISBN 978-83-931806-0-8

Ja­ro­sław Szul­ski & Co Dom Wy­daw­ni­czy

www.szul­ski.com

Dys­try­bu­cja:

Pla­ton Sp. z o.o.

ul. Sła­wę­ciń­ska 16, Ma­cie­rzysz,

05-850 Oża­rów Ma­zo­wiec­ki

tel.: (022) 329 50 00

faks: (022) 329 50 04 (24)

pla­ton@pla­ton.com.pl

www.pla­ton.com.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

(…) i daj mi dość siły,

że­bym nie tyl­ko szu­kał

wspar­cia, lecz wspie­rał

nie tyl­ko szu­kał zro­zu­mie­nia,

lecz ro­zu­miał

nie tyl­ko szu­kał mi­ło­ści,

lecz ko­chał

[frag­ment mo­dli­twy św. Fran­cisz­ka,któ­ry cy­tu­ję za „Ty­be­tań­ską Księ­gą Ży­cia i Umie­ra­nia” So­gy­ala Rin­po­che]

WSTĘP

„Jak żyć, żeby nie zwa­rio­wać” – py­ta­li mnie pa­cjen­ci 20 lat temu, gdy zaj­mo­wa­łem się psy­cho­te­ra­pią. „Jak być sobą? Jak sta­wać się trwa­le szczę­śli­wym i osią­gać swo­je cele w tak nie­pew­nym świe­cie?” – py­ta­ją dziś słu­cha­cze wy­kła­dów mo­ty­wa­cyj­nych w fir­mach i dzien­ni­ka­rze w me­diach. Mo­żesz mieć do­bre ży­cie – od­po­wia­dam – je­że­li na­uczysz się nim kie­ro­wać i za­rzą­dzać sobą. Jak to ro­bić? O tym pi­sze­my na stro­nach tej książ­ki.

Znaj­dzie­cie w niej ese­je i roz­mo­wy, któ­re pu­bli­ko­wa­łem w la­tach 1990-2010 oraz spe­cjal­nie przy­go­to­wa­ne ma­te­ria­ły, w tym – go­ścin­nie – waż­ny roz­dział prof. An­drze­ja Ko­kosz­ki o pro­ble­mach, któ­rych roz­wią­zy­wa­nie wy­ma­ga po­łą­cze­nia osią­gnięć psy­cho­lo­gii i me­dy­cy­ny.

Ko­lej­ne roz­dzia­ły dają mo­bi­li­zu­ją­ce im­pul­sy i wska­zów­ki, jak zro­zu­mieć sie­bie i in­nych, jak żyć, żeby utrwa­lać siłę mi­ło­ści, au­ten­tycz­nych wię­zi i ra­do­ści ży­cia, jak cza­sem za­po­mnieć o so­bie, żeby te war­to­ści ugrun­to­wać i utrwa­lić…

Wy­bra­łem te tek­sty, po lek­tu­rze któ­rych Czy­tel­ni­cy sy­gna­li­zo­wa­li, że dzia­ła­ją, że są na­praw­dę po­moc­ne, oraz te, któ­re są mi szcze­gól­nie bli­skie, po­ru­sza­ją spra­wy szcze­gól­nie istot­ne.

W chwi­li gdy od­da­je­my do dru­ku dru­gie po­pra­wio­ne wy­da­nie (pierw­sze nie­wol­ne było od uste­rek), na ry­nek tra­fia bar­dzo cen­na po­zy­cja „50 mi­tów po­pu­lar­nej psy­cho­lo­gii”. Po­le­cam tę lek­tu­rę, nie bez sa­tys­fak­cji, że w świe­tle twar­dej na­uko­wej we­ry­fi­ka­cji wie­dzy nie mu­szę nic z tego, co pi­sa­łem przez ćwierć wie­ku od­wo­ły­wać, a na­wet mogę po­wie­dzieć „a nie mó­wi­łem?”

Ży­czę Pań­stwu do­bre­go ży­cia i do­brej lek­tu­ry, a je­że­li na­sta­wie­nie i ob­raz świa­ta, któ­re­mu daję wy­raz na tych stro­nach, są Pań­stwu bli­skie, za­chę­cam do lek­tu­ry ko­lej­nych ty­tu­łów Domu Wy­daw­ni­cze­go Ja­ro­sła­wa Szul­skie­go.

War­sza­wa, kwie­cień 2011

1pytaj KIM JESTEM?

WSTĘP

Za­trzy­maj się. W ja­kim je­steś na­stro­ju? Od­po­wiedź na to ba­nal­ne z po­zo­ru py­ta­nie może mieć klu­czo­we zna­cze­nie dla tego, jaki bę­dzie twój sen, je­śli masz tę „chwi­lę za­trzy­ma­nia” wie­czo­rem, lub jaki dzień – je­śli go wła­śnie za­czy­nasz. To wła­śnie twój na­strój, któ­ry wy­ni­ka ze sta­nu two­je­go or­ga­ni­zmu i we­wnętrz­ne­go na­sta­wie­nia, może zde­ter­mi­no­wać, czy na kry­ty­kę od­po­wiesz ata­kiem, czy zdzi­wie­niem. Oso­ba roz­go­ry­czo­na i nie­wy­spa­na, głod­na lub zmę­czo­na in­a­czej re­agu­je niż wy­po­czę­ta i zre­lak­so­wa­na albo po­mi­mo zmę­cze­nia peł­na wia­ry i na­dziei. Żeby w da­nej chwi­li móc ob­jąć uwa­gą swo­je im­pul­syw­ne re­ak­cje, me­cha­nicz­ne za­cho­wa­nie, wy­brać wła­ści­wą od­po­wiedź na sy­tu­ację lub coś za­ini­cjo­wać, po­trze­bu­jesz bar­dziej ogól­nej wie­dzy o so­bie. Tek­sty, któ­re zgro­ma­dzi­łem w tym roz­dzia­le, do­ty­czą ta­kich waż­kich py­tań, jak: co wro­dzo­ne (po­znać i uznać), a co na­by­te (a więc może do zmia­ny?) w two­jej oso­bo­wo­ści, cha­rak­te­rze, tem­pe­ra­men­cie? Za­mie­ści­łem tu wła­śnie, na po­czą­tek dro­gi in­spi­ra­cje do wglą­du w całe bo­gac­two swo­jej oso­bo­wo­ści. Nie je­steś „tyl­ko do­bry” albo „tyl­ko zła” z na­tu­ry. Drze­mie w to­bie i Pięk­na, i Be­stia, i zmy­sło­wość, i du­cho­wość, je­ste­śmy wy­po­sa­że­ni w ata­wi­stycz­ne pro­gra­my (jak „walcz i ucie­kaj”), któ­re słu­ży­ły nam, aby prze­trwać, jako dzie­ciom na­tu­ry, spo­łecz­nym zwie­rzę­tom, a z dru­giej stro­ny, w ro­zum, wol­ną wolę i sub­tel­ne po­trze­by bli­skich re­la­cji, em­pa­tię, wspa­nia­ło­myśl­ność. Nie­za­leż­nie od tego, czy szu­kasz in­spi­ra­cji, by roz­wią­zać ży­cio­wy pro­blem, czy czy­tasz tę książ­kę dla roz­wo­ju, we­wnętrz­nej prze­mia­ny, pa­mię­taj, że pierw­szy krok na ta­kiej dro­dze to akt wglą­du w sie­bie. Dziś mamy na pol­skim ryn­ku mnó­stwo świet­nych na­rzę­dzi, któ­re mogą być w tym po­moc­ne. Adep­ci co­achin­gu, któ­ry ak­tu­al­nie pro­wa­dzę, za­czy­na­ją za­zwy­czaj od spo­rzą­dze­nia swo­je­go „psy­cho­lo­gicz­ne­go au­to­por­tre­tu” (Ol­dham, Mor­ris), a fi­na­li­zu­ją pro­ces po­przez do­świad­cze­nie „Big Mind”, „Wiel­kie­go Umy­słu”, któ­re ogar­nia na­sze nie­skoń­czo­ne we­wnętrz­ne bo­gac­two. Jest też wie­le in­nych dróg: gru­py tre­nin­go­we, lek­tu­ry, sa­mo­ob­ser­wa­cja i sa­mo­re­flek­sja. Za­cznij od sie­bie i ty. A to po­zwo­li ci le­piej po­znać i zro­zu­mieć in­nych, bez któ­rych nie spo­sób wieść do­bre ży­cie i być szczę­śli­wym.

Poznaj samego siebie

Kim je­steś? Jak ży­jesz?

Ba­da­nia so­cjo­lo­gicz­ne do­wo­dzą, że po­nad 20% do­ro­słych Po­la­ków tkwi w bier­nej po­sta­wie wo­bec losu. Są to przede wszyst­kim wy­da­ją­ce wszyst­kie swo­je skrom­ne środ­ki na dzie­ci i wnu­ki zgorzk­nia­łe ko­bie­ty w po­de­szłym i śred­nim wie­ku i nie­za­rad­ni, sła­bo wy­kształ­ce­ni męż­czyź­ni, któ­rzy na­wet chcie­li­by żyć le­piej, ale nie po­szu­ku­ją no­wych moż­li­wo­ści za­rob­ko­wa­nia. Żyją za­rów­no w du­żych mia­stach, jak i w ma­łych miej­sco­wo­ściach. Do­łą­cza­ją do nich na­sta­wie­ni wy­łącz­nie na prze­trwa­nie star­si i ubo­dzy miesz­kań­cy wsi. Z ko­lei wśród mło­dych lu­dzi ba­da­cze wy­od­ręb­ni­li rze­szę sfru­stro­wa­nych, czę­sto bez­ro­bot­nych, kry­tycz­nych wo­bec za­cho­dzą­cych prze­mian nie­uf­nych pe­sy­mi­stów, ne­gu­ją­cych wszyst­kie war­to­ści oprócz sek­su, siły fi­zycz­nej i za­ba­wy. Trud­no oce­nić, w ja­kim stop­niu nie­speł­nio­na cześć na­sze­go spo­łe­czeń­stwa pod­le­ga „wy­uczo­nej bez­rad­no­ści”, bę­dą­cej skut­kiem ży­cia w Pol­sce ta­kiej, jaka była przed 1989 ro­kiem, a w ja­kim pła­ci cenę za przy­śpie­sze­nie, z któ­re­go ko­rzy­sta­ją emo­cjo­nal­nie moc­niej­si i dys­po­nu­ją­cy lep­szym punk­tem star­tu lu­dzie ak­tyw­ni.

Sty­le ży­cia tych dru­gich są zróż­ni­co­wa­ne. Mo­że­my na sie­bie po­pa­trzeć z per­spek­ty­wy wska­za­nej kie­dyś przez wy­bit­ne­go pol­skie­go psy­cho­lo­ga, pro­fe­so­ra Ja­nu­sza Rey­kow­skie­go, któ­ry roz­po­wszech­nio­ne w kul­tu­rze Za­cho­du ide­ały roz­wo­ju i mo­de­le ży­cia od­niósł do sym­bo­licz­nych po­sta­ci mi­to­lo­gicz­nych: Dio­ni­zo­sa, He­ra­kle­sa, Pro­me­te­usza i Apol­la. Wspo­mnia­ne so­cjo­lo­gicz­ne ba­da­nia po­ka­zu­ją, że dziś rząd dusz przy­pa­da dwóm pierw­szym bo­gom: zdo­by­wa­nie prak­tycz­nej wie­dzy, wła­dzy, środ­ków ma­te­rial­nych gwa­ran­tu­ją­cych wpływ na in­nych, kon­tro­lę i eks­pan­sję wła­sne­go JA – to cele ży­cio­we przed­się­bior­ców i pra­cow­ni­ków dy­na­micz­nie roz­wi­ja­ją­cych się firm i ak­tyw­nych za­wo­do­wo ko­biet, z któ­rych co­raz wię­cej osią­ga cał­kiem nie­złą po­zy­cję spo­łecz­ną i ma­te­rial­ną. Ci, któ­rzy mają dzie­ci, chcą w więk­szo­ści, aby zdo­by­wa­ły one wy­kształ­ce­nie gwa­ran­tu­ją­ce fi­nan­so­wą i spo­łecz­ną ka­rie­rę, trak­tu­ją wy­cho­wa­nie i edu­ka­cję jako „in­we­sty­cję”. To „he­ra­kle­sow­skie” po­dej­ście do ży­cia czę­sto idzie w pa­rze z „dio­ni­zyj­skim”. To mło­dzi me­ne­dże­ro­wie ce­nią przy­go­dę, po­dró­że, ry­zy­ko, pie­nią­dze, do­bre ubra­nia i je­dze­nie. Ku­pu­ją miesz­ka­nia, bu­du­ją domy, zmie­nia­ją sa­mo­cho­dy. Mło­de „ko­bie­ty wy­zwo­lo­ne” i bar­dziej sta­tecz­ne czter­dzie­sto­let­nie – wraż­li­we i wy­kształ­co­ne „za­moż­ne po­zy­ty­wist­ki”, mają pie­nią­dze i lu­bią je wy­da­wać na po­dró­że, roz­ryw­ki kul­tu­ral­ne, ubio­ry i ko­sme­ty­ki wy­so­kiej ja­ko­ści. Za­moż­ne „dzie­ci po­pkul­tu­ry” oraz aspi­ru­ją­ce do ży­cia elit, ale dro­gą na skró­ty „kró­lo­we di­sco polo” (w więk­szo­ści le­piej za­ra­bia­ją­ce urzęd­nicz­ki) i za­in­te­re­so­wa­ni bar­dziej kom­bi­no­wa­niem niż pra­cą mło­dzi „aspi­ru­ją­cy ma­te­ria­li­ści” na­sta­wie­ni są prak­tycz­nie wy­łącz­nie na kon­sump­cję, seks i za­ba­wę. A więc kró­le­stwo Dio­ni­zo­sa.1

W la­tach 90. jako wy­daw­ca i ob­ser­wa­tor zróż­ni­co­wa­ne­go ryn­ku po­rad­ni­ków ob­ser­wo­wa­łem ro­sną­ce za­po­trze­bo­wa­nie na obie­cu­ją­ce szyb­kie re­zul­ta­ty w sfe­rze za­wo­do­we­go i oso­bi­ste­go suk­ce­su psy­cho­lo­gicz­ne bry­ki oraz prze­wod­ni­ki po taj­ni­kach sek­su i… śnież­nych sto­kach i sło­necz­nych pla­żach zor­ga­ni­zo­wa­nej ma­so­wej tu­ry­sty­ki. Ten trend nadal trwa.

Po­la­cy wolą zna­cho­rów od le­ka­rzy. „Cu­dow­ne die­ty” i „sa­mo­le­cze­nie” przez przy­kła­da­nie rąk do gło­wy cie­szą się cią­gle da­le­ko więk­szą po­pu­lar­no­ścią niż na przy­kład po­pu­lar­no­nau­ko­wa li­te­ra­tu­ra o pro­fi­lak­ty­ce cho­rób cy­wi­li­za­cyj­nych. Przy­pusz­czal­nie do­pie­ro prze­syt kon­sump­cją JA i wła­dzą zwró­ci nas na po­wrót w stro­nę „pro­me­tej­skiej” i „apol­liń­skiej” orien­ta­cji. A bar­dzo tego po­trze­bu­je­my.

„W sym­bo­lu Pro­me­te­usza za­war­ta jest idea po­świę­ce­nia sie­bie dla do­bra po­za­oso­bi­ste­go – dla ludz­ko­ści – stwier­dza pro­fe­sor Rey­kow­ski. – We wcze­snych sta­diach roz­wo­ju war­to­ścią jest to, co przy­no­si sa­tys­fak­cję po­pę­do­wo-emo­cjo­nal­ną, nie­co póź­niej tak­że to, co jest po­ży­tecz­ne dla JA. W mia­rę roz­wo­ju i doj­rze­wa­nia oso­bo­wo­ści wy­ła­niać się może sieć war­to­ści obej­mu­ją­cych do­bro, któ­re wy­kra­cza poza mnie sa­me­go i tych, z któ­ry­mi się bez­po­śred­nio iden­ty­fi­ku­ję. Cza­sem trud­no roz­róż­nić, czy np. po­świę­ce­nie dla wła­snej fir­my lub ro­dzi­ny jest jesz­cze prze­dłu­że­niem po­sta­wy ego­cen­trycz­nej, czy już wy­bo­rem na rzecz in­nych. Fak­tem jest jed­nak, że moż­na (było?) spo­tkać lu­dzi, któ­rych roz­wój re­ali­zu­je się dzię­ki roz­wo­jo­wi przed­mio­tu, na rzecz któ­re­go dzia­ła­ją. Dru­ga, też mniej dziś po­pu­lar­na orien­ta­cja ży­cio­wa to po­sta­wa twór­cza, roz­wój po­przez zdo­by­wa­nie umie­jęt­no­ści i wie­dzy nie tyl­ko bez­po­śred­nio uży­tecz­nych, do­sko­na­le­nie wro­dzo­nych ta­len­tów, wy­kra­cza­nie poza utar­te spo­so­by my­śle­nia i dzia­ła­nia. Bóg Apol­lo, opie­kun sztu­ki i na­uki, sym­bo­li­zo­wać może tę ży­cio­wą orien­ta­cję”.

Pro­fe­sor Rey­kow­ski zwra­cał uwa­gę, że wszech­stron­ny roz­wój oso­bo­wo­ści jed­nost­ki wią­zać się może z miej­scem na wszyst­kie opi­sa­ne po­trze­by i orien­ta­cje ży­cio­we. Do­dam od sie­bie, że każ­dy z opi­sa­nych tu ob­sza­rów funk­cjo­no­wa­nia może być przed­mio­tem sa­mo­re­flek­sji i uwa­gi. Ta opcja do­ty­czy na­wet bier­no-agre­syw­nych za­cho­waw­czych po­staw spo­łecz­ne­go Ha­de­su, od któ­rych ewi­den­cji za­czę­li­śmy te roz­wa­ża­nia.

Psy­cho­lo­gicz­ny re­alizm

„Kim na­praw­dę je­steś? Ja­kie są praw­dzi­we mo­ty­wy two­je­go dzia­ła­nia? Jaki sys­tem sił rze­czy­wi­ście tobą kie­ru­je, w od­róż­nie­niu od tego, co so­bie na ten te­mat wy­obra­żasz, co uda­jesz przed sobą i przed in­ny­mi, co ukry­wasz poza ro­la­mi, któ­re od­gry­wasz, i ma­ska­mi, któ­re przy­bie­rasz?” Te py­ta­nia wy­no­to­wa­łem wie­le lat temu z jed­ne­go z wy­wia­dów Eri­cha From­ma, au­to­ra książ­ki „O sztu­ce mi­ło­ści”2. Nic nie stra­ci­ły na ak­tu­al­no­ści, zmie­ni­ły się na­to­miast nie­któ­re uwa­run­ko­wa­nia od­po­wie­dzi na nie. Do­ty­czy to kwe­stii, co moż­na zmie­nić. Dzię­ki sta­wia­niu so­bie za­sad­ni­czych py­tań pro­ce­sem prze­mian ob­jąć moż­na spo­sób ży­cia. Pod­po­rząd­ko­wać je oso­bi­stym prio­ry­te­tom, za­rzą­dzać cza­sem, pie­niędz­mi, do­bie­rać po­ziom stre­su, dbać o przy­jaź­nie, mi­łość, pra­cę i wy­zna­wa­ne war­to­ści. Oczy­wi­ście udzia­łem nie­któ­rych lu­dzi pod wpły­wem zna­czą­cych do­świad­czeń ży­cio­wych (do któ­rych na­le­ży prak­ty­ka du­cho­wa lub psy­cho­te­ra­pia, ale nie tyl­ko one) jest we­wnętrz­na prze­mia­na, co spro­wa­dza się do od­kryć i zmian w świa­do­mo­ści, od­zy­ska­nia po­czu­cia sen­su ży­cia i uważ­no­ści. Ale wo­kół psy­cho­te­ra­pii, psy­cho­edu­ka­cji i du­cho­wych prak­tyk ofe­ru­ją­cych na­rzę­dzia do ba­da­nia sie­bie na­ro­sło wie­le mi­tów i nie­po­ro­zu­mień. W moim od­czu­ciu traf­nie je pre­zen­tu­je Me­lvyn Kin­der, au­tor książ­ki „W har­mo­nii z emo­cja­mi – jak po­znać swój tem­pe­ra­ment i do­brze go wy­ko­rzy­stać?”3

Pierw­szy mit zwią­za­ny jest z lan­so­wa­niem róż­nych mo­de­li „zdro­wej” oso­bo­wo­ści. Je­ste­śmy tak od­mien­ni za­rów­no z uwa­gi na ży­cio­we do­świad­cze­nia, jak i wro­dzo­ne ce­chy tem­pe­ra­men­tu, skłon­no­ści i zdol­no­ści, że nie spo­sób opi­sać jed­nej „wzor­co­wej oso­bo­wo­ści”, mo­de­lu mę­sko­ści i ko­bie­co­ści, a na­wet wła­ści­we­go ro­dzi­ciel­stwa. „Praw­dy” ta­kie mogą gło­sić lu­dzie wcho­dzą­cy w rolę psy­cho­lo­gicz­nych guru, ale uczci­wi psy­cho­lo­dzy i psy­cho­te­ra­peu­ci wie­dzą, że wy­ni­ki ba­dań na­uko­wych i do­świad­czeń kli­nicz­nych nie upraw­nia­ją do zbyt wie­lu uni­wer­sal­nych uogól­nień. „Wśród lu­dzi ist­nie­je ogrom­na róż­no­rod­ność tem­pe­ra­men­tów. Po­win­ni­śmy uwol­nić się od osą­dów i po­rów­nań, a za­cząć do­ce­niać tę róż­no­rod­ność”. Dru­gi mit, przed któ­rym prze­strze­ga Kin­der, to kon­cep­cja „do­brych” i „złych” emo­cji. Nie­któ­rzy uzna­ją za de­struk­cyj­ne uczu­cie gnie­wu, inni pra­gnie­nia sek­su­al­ne, a jesz­cze inni zaj­mu­ją się „wy­zwa­la­niem od po­czu­cia winy”. Emo­cje, pra­gnie­nia i po­cho­dzą­ce od nich we­wnętrz­ne sta­ny po pro­stu się nam przy­da­rza­ją. Mo­że­my uczyć się przy­glą­dać im, trak­to­wać jako lek­cje i dro­go­wska­zy, pró­bo­wać ob­jąć kon­tro­lą za­cho­wa­nia, któ­re z nich wy­pły­wa­ją, nie pró­bu­jąc żad­nych uczuć od­su­wać, tłu­mić. Wią­że się to ko­lej­nym mi­tem o moż­li­wo­ści „kon­tro­lo­wa­nia emo­cji”. Na­wet wie­le lat psy­cho­te­ra­pii lub me­dy­ta­cji nie zmie­ni oso­by im­pul­syw­nej w po­wścią­gli­wą – zaś je­śli tak się sta­nie, może ona za­pła­cić za to po­waż­nym psy­cho­so­ma­tycz­nym scho­rze­niem. Su­mien­ny i za­cię­ty po­li­tyk, któ­re­mu do­rad­cy za­le­cą peł­ne życz­li­wo­ści uśmie­chy, bę­dzie ro­bił dziw­ne gry­ma­sy przy­po­mi­na­ją­ce uśmiech me­du­zy. By­łem nie­daw­no za gra­ni­cą na zjeź­dzie se­nio­rów psy­cho­te­ra­pii. Ci zaj­mu­ją­cy się na co dzień „zmia­ną” lu­dzie za­cho­wy­wa­li się pra­wie tak samo jak dwa­dzie­ścia lat temu na po­dob­nym spo­tka­niu! Ca­ło­kształt mo­je­go do­świad­cze­nia po­twier­dza tezę dr. Kin­de­ra: „Je­dy­nym spo­so­bem na to, by na­uczyć się za­rzą­dzać swo­imi na­stro­ja­mi, a tym sa­mym pa­no­wać nad nimi jest to, żeby za­miast je ujarz­miać, przyj­mo­wać je i trak­to­wać z na­le­ży­tą tro­ską”. Jed­ną z naj­bar­dziej roz­po­wszech­nio­nych dziś me­tod pra­cy nad sobą jest tak zwa­ne po­zy­tyw­ne my­śle­nie. W książ­ce „Jak żyć, żeby nie zwa­rio­wać”4 po­świę­ci­łem nie­po­ro­zu­mie­niom wo­kół tej idei roz­dział „Za­nim po­my­ślisz po­zy­tyw­nie”. Dr Kin­der sta­wia spra­wę ja­sno: fak­tem jest, że spo­sób my­śle­nia o so­bie i sy­tu­acji, „po­znaw­cze opra­co­wa­nie” we­wnętrz­ne­go do­świad­cze­nia – sed­no tak zwa­nej te­ra­pii po­znaw­czej – może cza­sem zła­go­dzić na­strój lub po­móc w zna­le­zie­niu kon­struk­tyw­ne­go roz­wią­za­nia. Ale pra­wi­dło­wość ta ogra­ni­czo­na jest do sy­tu­acji, w któ­rych my­śli wy­raź­nie po­prze­dza­ją to, co „pro­du­ku­ją” emo­cje. Nie­ste­ty w wie­lu sy­tu­acjach jest wręcz od­wrot­nie: pro­ce­sy hor­mo­nal­ne i bio­che­mia mó­zgu, w re­zul­ta­cie ra­czej wro­dzo­nych niż wy­uczo­nych me­cha­ni­zmów zmu­sza­ją nas do szu­ka­nia „pre­tek­stu”, aby – już roz­gnie­wa­ni – do ko­goś się przy­cze­pić, ugrun­to­wać w de­pre­syj­nym na­stro­ju lub utwier­dzić w po­czu­ciu za­gro­że­nia (albo eu­fo­rii). Zaj­mo­wa­nie się tre­ścią ar­gu­men­tów, pre­ten­sji i za­rzu­tów, któ­re pa­da­ją pod­czas mał­żeń­skiej kłót­ni (lub te­ra­pii), moż­na cią­gnąc w nie­skoń­czo­ność. Re­ali­stycz­ne roz­wią­za­nie, owszem, po­trze­bu­je świa­do­mo­ści, ale nie po to, by zmie­niać ne­ga­tyw­ne my­śli na po­zy­tyw­ne, ani na­wet nie żeby zmie­niać oskar­że­nia w ży­cze­nia, ale żeby uznać, że mój gniew, znu­dze­nie czy ja­ki­kol­wiek inny de­struk­cyj­ny albo uskrzy­dla­ją­cy stan nie jest skut­kiem dzia­łań part­ne­ra ani na­wet do­świad­czeń z dzie­ciń­stwa, lecz pro­ce­sów bio­che­micz­nych mó­zgu i mo­je­go wro­dzo­ne­go tem­pe­ra­men­tu!

Po­zna­nie, przy­ję­cie, ob­ję­cie tro­ską i uwa­gą wła­snych emo­cji i my­śli stwa­rza szan­se ta­kie­go za­wia­do­wa­nia sło­wa­mi i swo­imi czy­na­mi, aby nie ra­nić nie­po­trzeb­nie tych, któ­rych ko­cha­my i sza­nu­je­my, nie tra­cić i nie po­zba­wiać in­nych pra­cy, nie wy­co­fy­wać się z pro­ble­mów, któ­re moż­na roz­wią­zać (ale też do pew­nych gra­nic stre­su). Dla­te­go tak waż­ne jest za­rów­no roz­po­zna­nie sta­nów we­wnętrz­nych już na po­zio­mie po­ja­wia­ją­cych się in­ten­cji, obej­mo­wa­nie ich uwa­gą, jak i wie­dza o wła­snej na­tu­rze, zdol­ność od­dzie­la­nia tego, co mo­dy­fi­ko­wal­ne, od tego, co nie­uchron­ne. A może to ozna­czać, że im­puls emo­cjo­nal­ny i tak bę­dzie szyb­szy niż myśl i bez uszczerb­ku dla zdro­wia (np. przez uza­leż­nie­nie się od to­ni­zu­ją­ce­go leku) nie­wie­le mo­żesz zro­bić.

Gdy przyj­miesz taką po­sta­wę wo­bec sie­bie albo dru­giej oso­by, może zda­rzyć się cud. Wy­ła­nia­ją­ca się trans­for­ma­cja jest nie­ocze­ki­wa­ną na­gro­dą za uzna­nie sie­bie lub dru­giej oso­by ta­kiej, jaką jest. Twór­ca te­ra­pii Ge­stalt Fry­de­ryk Perls pierw­szy opi­sał to zja­wi­sko jako „pa­ra­dok­sal­ną teo­rię zmia­ny”.

Pa­ra­dok­sal­na teo­ria zmia­ny za­czy­na się re­ali­zo­wać już wte­dy, gdy pró­bu­jesz i uczysz się po­zna­wać i uzna­wać sie­bie i part­ne­ra (je­śli nie masz part­ne­ra – zba­daj, czy nie trzy­masz się zbyt kur­czo­wo za­rów­no swo­ich lę­ków, jak i wy­ide­ali­zo­wa­nych ob­ra­zów, wy­gó­ro­wa­nych lub nie­od­po­wied­nich z two­je­go punk­tu wi­dze­nia wy­ma­gań i ocze­ki­wań). Je­śli masz po­czu­cie, że za mało jest w wa­szym związ­ku ak­cep­ta­cji, że ko­goś z was trze­ba pró­bo­wać przy­jąć ta­kim, jaki jest – za­cznij od nie­go. Je­śli na­to­miast in­tu­icja mówi ci, że ktoś musi coś zro­bić, coś spró­bo­wać zmie­nić w swo­im po­stę­po­wa­niu – za­cznij od sie­bie.

Po­zbądź się za­ćmy na wła­snych oczach. Je­śli tego nie uczy­nisz, tra­cisz pra­wo do zmie­nia­nia cze­go­kol­wiek. Póki nie je­steś świa­dom sa­me­go sie­bie, nie masz żad­ne­go pra­wa po­pra­wiać in­nych. Zło w pró­bach zmie­nia­nia lu­dzi czy świa­ta – kie­dy ty sam nie je­steś oso­bą świa­do­mą – po­le­ga na tym, że zmia­ny te mogą słu­żyć tyl­ko two­im in­te­re­som, du­mie, do­gma­tycz­nym prze­ko­na­niom albo po pro­stu od­re­ago­wa­niu emo­cji.

An­tho­ny de Mel­lo „Prze­bu­dze­nie”5

Wrodzone czy nabyte?

Skąd się bio­rą „nie­do­bre” dzie­ci?

Ro­dzi­cie je za­nie­dba­li czy win­ne są geny? Dzie­dzi­cze­nie wy­da­je się mieć na nas więk­szy wpływ, niż skłon­ni by­li­śmy do nie­daw­na uzna­wać. Nie prze­kre­śla to jed­nak roli wy­cho­wa­nia.

Hi­tem sta­ła się w koń­cu lat 90. XX wie­ku w USA książ­ka Ju­dith Rich Har­ris „Geny czy wy­cho­wa­nie? Co wy­ro­śnie z na­szych dzie­ci i dla­cze­go”6. Au­tor­ka uważ­nie prze­ana­li­zo­wa­ła kil­ka­set ra­por­tów ba­daw­czych z ostat­nich dzie­się­cio­le­ci. Jej wnio­sek jest za­ska­ku­ją­cy. Jak pi­sze, wie­le do­wo­dzi, że wpływ na roz­wój oso­bo­wo­ści dziec­ka mają przede wszyst­kim geny, duże są rów­nież wpły­wy do­świad­czeń szkol­nych, grup ró­wie­śni­czych, dzia­ła­nia me­diów i wie­le in­nych zu­peł­nie nie­za­leż­nych od domu oko­licz­no­ści. Gdy od­da­je­my tę książ­kę do dru­ku, na ry­nek wcho­dzi ko­lej­na książ­ka tej au­tor­ki, w któ­rej do­wo­dzi, jaką rolę obok ge­nów speł­nia­ją w kształ­to­wa­niu na­szej oso­bo­wo­ści do­świad­cze­nia ro­dzin­ne z cza­sów, gdy mamy 11-13 lat. A wiec nie tyl­ko wcze­sne dzie­ciń­stwo, jak twier­dzi­li psy­cho­ana­li­ty­cy, de­cy­du­je o na­szym przy­szłym ży­ciu.

Pani Har­ris zaj­mo­wa­ła się wcze­śniej pi­sa­niem pod­ręcz­ni­ków na te­mat psy­cho­lo­gii roz­wo­jo­wej. Teo­rie, na któ­rych się po­cząt­ko­wo opie­ra­ła, ru­nę­ły w gru­zy, gdy zo­rien­to­wa­ła się, że jej ro­dzo­na cór­ka jest skraj­nie inna niż dru­ga za­adop­to­wa­na dziew­czyn­ka. Obie wy­ra­sta­ły oto­czo­ne mi­ło­ścią w tej sa­mej ro­dzi­nie, były po­dob­nie trak­to­wa­ne, ale sta­wa­ły się z roku na rok co­raz bar­dziej od­mien­ne. Ro­dzo­na cór­ka au­tor­ki nie spra­wia­ła nig­dy kło­po­tów, po­szła śla­da­mi mat­ki i dok­to­ry­zo­wa­ła się na Ha­rvar­dzie. Ad­op­to­wa­na dziew­czyn­ka oka­za­ła się nad wy­raz krnąbr­nym dziec­kiem: ucie­ka­ła z domu, a jej edu­ka­cja za­koń­czy­ła się na z tru­dem ukoń­czo­nej szko­le śred­niej.

Tem­pe­ra­ment po dziad­ku, cha­rak­ter z po­dwór­ka

Współ­cze­sna na­uka wią­że tem­pe­ra­ment ze skłon­no­ścia­mi wro­dzo­ny­mi lub na­by­ty­mi jesz­cze w brzu­chu mat­ki, w okre­sie przed­uro­dze­nio­wym. Do­świad­cze­nia wcze­sne­go dzie­ciń­stwa i nie­co póź­niej­szych okre­sów two­rzą cha­rak­ter. Tem­pe­ra­ment plus cha­rak­ter to na­sza oso­bo­wość.

Nie ule­ga wąt­pli­wo­ści, że w każ­dej oso­bo­wo­ści ele­men­ty odzie­dzi­czo­ne i na­by­te two­rzą nie­po­wta­rzal­na mie­szan­kę, z któ­rej skła­du i po­cho­dze­nia mo­że­my w róż­nym stop­niu zda­wać so­bie spra­wę. Czę­sto od­wo­łu­ję się do książ­ki „W har­mo­nii z emo­cja­mi”7 Me­lvy­na Kin­de­ra. Au­tor po­ma­ga uświa­do­mić so­bie, co w oso­bo­wo­ści jest ra­czej wro­dzo­ne, wiec war­te po­zna­nia i uzna­nia, ale bez moż­li­wo­ści zmia­ny. Pro­po­nu­je, aby­śmy uświa­do­mi­li so­bie, czy je­ste­śmy ra­czej eks­tra­wer­ty­ka­mi, na­sta­wio­ny­mi na kon­tak­ty z ludź­mi, ze świa­tem, na ze­wnątrz, czy może in­tro­wer­ty­ka­mi – żół­wia­mi, któ­re naj­le­piej czu­ją się we wła­snej sko­ru­pie. Na­stęp­nie za­chę­ca do usta­le­nia, jak wy­so­kie mamy za­po­trze­bo­wa­nie na bodź­ce i sty­mu­la­cję z ze­wnątrz. Czy lu­bi­my, gdy wo­kół nas kipi od wy­da­rzeń, spo­tkań, nie­spo­dzia­nek? Czy też tyle jest w nas po­bu­dze­nia i taka oso­bo­wość, że nie­wie­le bodź­ców o nie­wiel­kiej sile wy­star­czy, żeby czuć, że ży­je­my? U ta­kich osób nad­miar bodź­ców bę­dzie źró­dłem stre­su, po­dob­nie jak zbyt mała ich daw­ka sta­nie się źró­dłem stre­su dla oso­by z wy­so­kim za­po­trze­bo­wa­niem na sty­mu­la­cję.

Zna­czo­ne kar­ty

Wy­róż­nio­ne przez Kin­de­ra typy tem­pe­ra­men­tal­no-emo­cjo­nal­ne przy­po­mi­na­ją po­dział wpro­wa­dzo­ny kil­ka ty­się­cy lat temu przez Hi­po­kra­te­sa. Sta­ro­żyt­ni Gre­cy nie tyl­ko prze­czu­wa­li, że ma­te­ria skła­da się z ato­mów, ale wią­za­li tem­pe­ra­ment czło­wie­ka ze sta­nem sub­stan­cji ustro­jo­wych. Hi­po­kra­tes nie miał po­ję­cia o hor­mo­nach, neu­ro­prze­kaź­ni­kach i ge­nach, ale opie­ra­jąc się na kon­cep­cji czte­rech „hu­mo­rów” w ludz­kim cie­le: krwi, czar­nej żół­ci, żół­ci oraz fleg­my, opi­sał czte­ry typy lu­dzi: san­gwi­ni­ka (ener­gicz­ny opty­mi­sta), me­lan­cho­li­ka (za­mknię­ty w so­bie, zmien­ny), cho­le­ry­ka (draż­li­wy i im­pul­syw­ny) oraz fleg­ma­ty­ka (po­wol­ny i sta­now­czy). Kin­der wy­róż­nił na­stę­pu­ją­ce typy:

„Sen­sor” – in­tro­wer­tyk z ni­skim pro­giem po­bu­dze­nia, czy­li czło­wiek z na­tu­ry nie­śmia­ły, ostroż­ny, wsty­dli­wy, wczu­wa­ją­cy się w in­nych lu­dzi, emo­cjo­nal­ny i in­tu­icyj­ny. Za­leż­nie od do­świad­czeń z dzie­ciń­stwa i ewen­tu­al­nej pra­cy nad sobą może po­zo­stać oso­bą wy­co­fu­ją­cą się i za­mknię­tą w so­bie, szar­żo­wać nad­ra­bia­jąc miną i w głę­bi du­szy cią­gle bać się albo roz­wi­nąć in­dy­wi­du­al­ność czło­wie­ka wraż­li­we­go, ale jed­no­cze­śnie wy­star­cza­ją­co pew­ne­go sie­bie i umie­ją­ce­go zna­leźć so­bie sa­tys­fak­cjo­nu­ją­ce miej­sce wśród in­nych.

„Ana­li­tyk” – też in­tro­wer­tyk, ale z wy­so­kim pro­giem po­bu­dze­nia. Może z po­wo­du bra­ku bodź­ców czuć we­wnętrz­ną pust­kę lub szu­kać po­bu­dza­ją­cych uży­wek, jak pa­pie­ro­sy, a na­wet nar­ko­ty­ki lub ob­se­syj­nie my­śle­nie. Je­śli jed­nak znaj­dzie an­ga­żu­ją­ce, ale nie­wy­ma­ga­ją­ce wy­stę­po­wa­nia cią­gle przed sze­re­giem za­ję­cie, sta­je się uważ­ny, zwar­ty, skru­pu­lat­ny.

„Im­pe­tyk” – eks­tra­wer­tyk z ni­skim pro­giem po­bu­dze­nia, a więc oso­ba, któ­ra ła­two się pod­nie­ca. Wy­bu­cho­wy, szyb­ko się zło­ści. Je­śli jed­nak roz­po­zna swój sys­tem war­to­ści, umie zło­ścić się tak, że nie bę­dzie ra­nić in­nych i nie wnie­sie wie­le ognia do wza­jem­nych sto­sun­ków.

„Po­szu­ki­wacz wra­żeń” – ka­ska­der, dla któ­re­go nie ma ży­cia bez ry­zy­ka, eks­pe­ry­men­tu, przy­go­dy i no­wo­ści. Nie­któ­rzy ka­ska­de­rzy rzu­ca­ją się w wir pra­cy, inni – mi­ło­snych przy­gód. Czę­sto wy­bie­ra­ją eks­cy­tu­ją­ce za­wo­dy. Lu­dzie z tym wzor­cem nie­rzad­ko wcho­dzą w ko­li­zję z pra­wem, po­dej­mu­ją dzia­ła­nia an­ty­spo­łecz­ne. O tym, gdzie tra­fi „ka­ska­der”, czy sta­nie się wo­jow­ni­czym obroń­cą pra­wa, czy oskar­żo­nym, de­cy­du­ją za­rów­no do­dat­ko­we czyn­ni­ki ge­ne­tycz­ne, jak i efek­ty wpły­wu grup ró­wie­śni­czych, wy­cho­wa­nia i pra­cy nad sobą. W ja­kich pro­por­cjach – do koń­ca nie wia­do­mo.

„Tem­pe­ra­ment to kar­ty, któ­re Na­tu­ra roz­da­je w chwi­li po­czę­cia i któ­re okre­śla­ją wa­run­ki wyj­ścio­we wszyst­kich póź­niej­szych do­świad­czeń – pi­szą Ol­dham i Mor­ris8. – O tym, jak ro­ze­grasz swo­ją par­tię tymi kar­ta­mi, de­cy­du­jesz sam” – do­da­ją.

Sko­rup­ka za mło­du na­sią­ka

Moim zda­niem mu­si­my li­czyć się z tym, że pole sa­mo­kon­tro­li i wol­nej woli czło­wie­ka – a więc i moż­li­we­go wpły­wu ro­dzi­ców na dzie­ci – może oka­zać się jesz­cze węż­sze. Naj­now­sze pra­ce o sha­dow syn­dro­mes – ze­spo­łach śla­do­wych cho­rób psy­chicz­nych, oraz wy­ni­ki ba­dań ge­ne­ty­ki be­ha­wio­ral­nej przed­sta­wio­ne w no­wej książ­ce dr. Ha­me­ra „Geny a cha­rak­ter”9 zda­ją się wska­zy­wać, że nie tyl­ko tem­pe­ra­ment, ale ta­kie skład­ni­ki oso­bo­wo­ści, jak in­te­li­gen­cja, orien­ta­cja i upodo­ba­nia sek­su­al­ne, po­dejrz­li­wość, skłon­ność do eks­cen­try­zmu, za­mi­ło­wa­nie do po­rząd­ku i per­fek­cjo­ni­zmu czy na­wet skłon­no­ści do na­ło­gów, mogą mieć pod­ło­że wro­dzo­ne.

Ro­dzi­ce mogą rze­czy­wi­ście nie mieć wpły­wu na dzie­ci, je­śli nie za­dba­li o to w kry­tycz­nej fa­zie pierw­szych lat ży­cia, kie­dy psy­chi­ka, ob­raz świa­ta i wła­snej oso­by do­pie­ro się kształ­tu­ją. Do­bra re­la­cja z mamą, czy­li ja­kość pier­wot­nej sym­bio­zy z pierw­szą opie­kun­ką, oraz spo­sób od­dzie­le­nia od niej mogą w tym cza­sie od­gry­wać bar­dzo waż­ną rolę. Po­dob­ne zna­cze­nie ma, czy trzy­ma­my dziec­ko pod klo­szem, czy ła­god­nie har­tu­je­my, je­śli jest nad­wraż­li­we, a dziec­ku trud­ne­mu po­bła­ża­my i po­zwa­la­my się ty­ra­ni­zo­wać, albo prze­ciw­nie – po­świę­ca­my mu wie­le uwa­gi, za­cho­wu­jąc sta­now­czość. Dzie­ciom, któ­re do­ra­sta­ją, po­trzeb­ny jest naj­bar­dziej kon­takt, po­sza­no­wa­nie ich au­to­no­mii i zro­zu­mie­nie.

Ura­zy z tego okre­su mogą zo­sta­wić trud­ne do za­tar­cia śla­dy.

Sza­cu­nek i ser­ce

Szcze­rze mó­wiąc, dys­pu­ta: na ile ro­dzi­ce – w tym ja – mają wpływ na przy­szłość dziec­ka, in­te­re­su­je mnie teo­re­tycz­nie, ale nie an­ga­żu­je emo­cjo­nal­nie. Ob­da­rza­my z żoną na­sze dzie­ci sza­cun­kiem i uwa­gą, spę­dza­my z nimi wie­le cza­su i cie­szy­my się, gdy spo­ty­ka­ją się z przy­ja­ciół­mi, po pro­stu dla­te­go, że je ko­cha­my.

Nie roz­pa­tru­je­my swo­ich za­cho­wań jako „in­we­sty­cji w przy­szłość”, tre­nin­gu czy wy­cho­waw­cze­go od­dzia­ły­wa­nia.

Kto wie, czy dal­sze ba­da­nia nie po­ka­żą, że je­dy­nie uwa­ga i sza­cu­nek są war­to­ścia­mi, któ­rych nie da się spro­wa­dzić do bio­lo­gii, i że tyl­ko o nie war­to dbać. Może to miał na my­śli da­le­ko­wschod­ni mę­drzec, mó­wiąc: „Nie mu­sisz być aż tak bar­dzo za­ab­sor­bo­wa­ny ro­dzi­ną. Je­śli bo­wiem mają Boga w ser­cu, On za­trosz­czy się o nich, a je­śli Go w ser­cach nie mają, two­je sta­ra­nia i tak nie zda­dzą się na wie­le”.

Po­moc­ne me­ta­fo­ry

Przyj­mij, jak sta­ro­żyt­ni Gre­cy, że przy­ro­da skła­da się z czte­rech ele­men­tów: po­wie­trza, zie­mi, ognia i wody.

Za­sta­nów się, jak te „pier­wiast­ki” mogą prze­ja­wiać się w ży­ciu emo­cjo­nal­nym czło­wie­ka i jego sty­lu re­ago­wa­nia w róż­nych sy­tu­acjach (np. ogień – sil­ne im­pul­sy, po­wie­trze – po­my­sły, in­spi­ra­cje, woda – płyn­ność, ela­stycz­ność, zie­mia – ugrun­to­wa­nie, kon­ser­wa­tyzm, re­alizm).

Roz­waż, w ja­kich pro­por­cjach ele­men­ty te wy­stę­pu­ją w two­jej oso­bo­wo­ści, któ­ry z nich prze­wa­ża.

Roz­waż, jak od­wo­łu­jąc się do me­ta­fo­ry czte­rech ele­men­tów, mógł­byś opi­sać bli­ską ci oso­bę.

Za­sta­nów się, co wy­ni­ka z ze­sta­wie­nia wa­szych do­mi­nu­ją­cych ży­wio­łów, np. czy ty je­steś ogniem, on zaś lo­dem (za­mar­z­nię­ta woda), albo ty przy­ziem­ny, ona w chmu­rach (po­wie­trze). Roz­waż, ja­kie ele­men­ty przy­czy­ni­ły się do har­mo­nii mię­dzy wami. Po­szu­kaj­cie to­wa­rzy­stwa osób, któ­re je re­pre­zen­tu­ją (np. ogień i po­wie­trze po­trze­bu­ją zie­mi, dwie oso­by ogni­ste – ra­czej tro­chę wody niż po­wie­trza…).

Po­stę­po­wa­nie z dzieć­mi

Oto ce­chy, któ­re mogą być wro­dzo­ne, a więc mało po­dat­ne na zmia­ny:

PO­ZIOM AK­TYW­NO­ŚCI – ra­czej ak­tyw­ne „żywe sre­bro”, czy dziec­ko ra­czej bier­ne, po­wol­ne.

RE­GU­LAR­NOŚĆ – śpi w nocy, jest oży­wio­ne w dzień, głod­ne w rów­nych od­stę­pach cza­su, czy też wy­my­ka się tym pra­wi­dło­wo­ściom.

KON­TAKT-WY­CO­FA­NIE – czy na no­wo­ści re­agu­je ak­tyw­nie, z za­cie­ka­wie­niem, czy z lę­kiem się wy­co­fu­je i jest ra­czej kon­ser­wa­tyw­ne.

ŁA­TWOŚĆ PRZY­STO­SO­WA­NIA – czy umie zna­leźć się w każ­dej sy­tu­acji, czy ma kło­po­ty w ob­li­czu no­wo­ści i zmian.

PRÓG PO­BU­DZE­NIA – czy jest nad­po­bu­dli­we (na­wet drob­ny bo­dziec wy­pro­wa­dza je z rów­no­wa­gi), czy prze­ciw­nie, re­agu­je do­pie­ro na wy­ra­zi­ste bodź­ce (moc­ny głos, ja­sne świa­tło, szyb­ki ruch).

IN­TEN­SYW­NOŚĆ RE­AK­CJI – nie­któ­re dzie­ci re­agu­ją gło­śno na wszyst­ko, inne wi­dać, ale ich nie sły­chać.

NA­STRÓJ – u nie­któ­rych dzie­ci wy­raź­nie prze­wa­ża na­strój po­god­ny, inne są z na­tu­ry po­waż­ne, a na­wet smut­ne.

ZDOL­NOŚĆ KON­CEN­TRA­CJI – czy dziec­ko po­tra­fi dłu­go sku­pić się na za­da­niach lub za­ba­wie, czy ła­two się roz­pra­sza?

UTRZY­MA­NIE UWA­GI I WY­TRWA­ŁO­ŚCI – jak dłu­go dziec­ko jest zwy­kle w sta­nie wy­trwać przy ja­kimś za­ję­ciu? Czy bę­dzie je kon­ty­nu­ować po­mi­mo trud­no­ści, czy też ła­two je po­rzu­ci, gdy się zra­zi?

Ob­ser­wuj bacz­nie dziec­ko z per­spek­ty­wy tych wy­mia­rów. Po­tem za­kwa­li­fi­ko­wać je mo­żesz do któ­rejś z po­niż­szych grup:

„DZIE­CI ŁA­TWE” – ła­two się przy­sto­so­wu­ją, mają re­gu­lar­ne na­wy­ki, szyb­ko ad­ap­tu­ją się

do

no­wych sy­tu­acji, już jako nie­mow­la­ki prze­waż­nie są po­god­ne i mało pła­czą.

„DZIE­CI Z DŁU­GĄ ROZ­GRZEW­KĄ” – nie przy­sto­so­wu­ją się ła­two do no­wych osób i sy­tu­acji. Mogą być po­wol­ne, re­agu­ją mało in­ten­syw­nie, są na­sta­wio­ne ne­ga­tyw­nie. Do­pie­ro gdy się oswo­ją, mogą za­cząć do­ka­zy­wać i sta­ją się po­god­ne.

„DZIE­CI TRUD­NE” – re­agu­ją burz­li­wie, czę­sto są kon­tra,

nie

uni­ka­ją no­wych sy­tu­acji, ale z tru­dem się do­sto­so­wu­ją. Nie na­bie­ra­ją re­gu­lar­nych na­wy­ków, sta­wia­ją opie­ku­nom więk­sze wy­ma­ga­nia i trud­no je za­do­wo­lić.

Gdy już po­znasz in­dy­wi­du­al­ność swo­je­go dziec­ka, pró­buj ją ak­cep­to­wać i sza­no­wać. Bez­stron­nie oceń sil­ne i sła­be stro­ny. Har­tuj je, uwraż­li­wiaj na war­to­ści, sta­raj się wspie­rać ta­len­ty i na­tu­ral­ne moż­li­wo­ści, ale nie pró­buj zmie­niać jego na­tu­ry. Wszel­kie pró­by tem­pe­ro­wa­nia tem­pe­ra­men­tu wy­ostrza­ją go. Tak na­praw­dę „trud­ne” sta­ją się te dzie­ci, do któ­rych tem­pe­ra­men­tu nie umie­my się do­sto­so­wać. – To nie ja je­stem nad­po­bu­dli­wy, ale lek­cja jest nud­na – oświad­czył pe­wien uczeń „z trud­no­ścia­mi w kon­cen­tra­cji”. Trud­no mu od­mó­wić ra­cji.

Te same pa­ra­me­try re­ago­wa­nia i funk­cjo­no­wa­nia mo­żesz ob­ser­wo­wać w swo­im wła­snym funk­cjo­no­wa­niu. Na na­ukę (zwłasz­cza o so­bie) nig­dy nie jest za póź­no.

Wrażliwiec to skarb

W książ­ce JAK ŻYĆ, ŻEBY NIE ZWA­RIO­WAĆ prze­pro­wa­dzi­łem ana­li­zę wy­ka­zu­ją­cą, że okres in­ten­syw­nych zmian w Pol­sce po 1989 roku naj­trud­niej­szy był dla osób szcze­gól­nie wraż­li­wych. Ży­je­my w „erze ko­mi­wo­ja­że­rów”. Li­czy się siła prze­bi­cia, ta­len­ty han­dlo­we, umie­jęt­ność spra­wie­nia od­po­wied­nie­go wra­że­nia. Kry­te­rium war­to­ści czło­wie­ka sta­je się fir­mo­wa wi­zy­tów­ka, ta­lia pla­sti­ko­wych kart w port­fe­lu, nowe auto, wa­ka­cje za gra­ni­cą, pry­wat­na szko­ła dla dzie­ci. Trud­no się w tym świe­cie zna­leźć oso­bom na­sta­wio­nym „do we­wnątrz”, po­dat­nym na zra­nie­nie, za­in­te­re­so­wa­nym przede wszyst­kim ży­ciem ro­dzin­nym lub np. hi­sto­rią sztu­ki i li­te­ra­tu­rą pięk­ną. Tym­cza­sem moż­li­wa jest peł­na har­mo­nia DO-erów i BE-erów, a naj­le­piej roz­wi­ja­ją­ce się fir­my pra­cu­ją już dziś nad „we­wnętrz­ną ja­ko­ścią”. Trud­no ją zre­ali­zo­wać bez lu­dzi, któ­rzy do­tąd nie pcha­li się na afisz. Za­cznij­my od roz­po­zna­nia – u sie­bie lub osób bli­skich w ro­dzi­nie i w pra­cy – okre­ślo­nych cech oso­bo­wo­ści10.

Styl wraż­li­wy

Wszę­dzie do­brze, ale w domu naj­le­piej

„Wolą to, co oswo­jo­ne, od tego, co nie­zna­ne. Lu­bią za­sła­niać się ru­ty­ną, są kon­ser­wa­tyw­ni w pra­cy, za­ba­wie, w sek­sie. Cho­ciaż mogą spra­wiać wra­że­nie osób wy­nio­słych, bar­dzo trosz­czą się o to, co my­ślą o nich inni. Są dys­kret­ni i roz­waż­ni. Nie an­ga­żu­ją się w nic po­chop­nie, do­pó­ki nie są pew­ni, że wie­dzą, jak się wła­ści­wie za­cho­wać. Chro­nią swo­ją pry­wat­ność. Czę­sto od­gra­dza­ją się od in­nych ga­ze­tą, książ­ką, kom­pu­te­rem. Po­mi­mo bo­ga­te­go za­zwy­czaj ży­cia we­wnętrz­ne­go nie są sko­rzy do tego, by dzie­lić swo­je naj­głęb­sze my­śli i uczu­cia z in­ny­mi, na­wet z naj­bliż­szy­mi. Żyją sa­mot­nie lub w głę­bo­kich trwa­łych związ­kach. Są za­zwy­czaj nie­zwy­kle lo­jal­ny­mi i wier­ny­mi part­ne­ra­mi. W domu mogą być cie­pli i po­god­ni. Źró­dła stre­su: to, co nie­zna­ne, dez­apro­ba­ta, kry­ty­ka, roz­sta­nia i ze­rwa­nia. Rów­nież nad­miar po­zy­tyw­nych do­znań może być przy­czy­ną bólu gło­wy wraż­liw­ca, dla­te­go musi daw­ko­wać so­bie ży­cie w od­po­wied­nich por­cjach”.

Czy ten opis pa­su­je do cie­bie lub ko­goś z two­je­go oto­cze­nia? Za­cznij od roz­po­zna­nia i uzna­nia swo­je­go lub jej (jego) sty­lu. Nie mu­sisz wsty­dzić się być wraż­liw­cem. To nie sła­bość, tyl­ko twój styl oso­bo­wo­ści.

Dzie­ci by­wa­ją okrut­ne. Akty bez­myśl­nej prze­mo­cy mo­że­my za­ob­ser­wo­wać już w pia­skow­ni­cy, zaś szy­der­stwa, izo­lo­wa­nie i zło­śli­we cho­wa­nie bu­tów są na po­rząd­ku dzien­nym w przed­szko­lu. Uczu­le­ni na pra­wa czło­wie­ka Skan­dy­na­wo­wie nada­li na­zwę „mob­bing” po­wta­rza­ją­cym się ak­tom znę­ca­nia się, szy­ka­no­wa­nia lub izo­lo­wa­nia jed­nost­ki przez więk­szość lub jed­ne­go kon­se­kwent­ne­go prze­śla­dow­cę i za­czę­li ba­dać to zja­wi­sko w szko­łach, a po­tem też w woj­sku i w śro­do­wi­skach ży­cia i pra­cy do­ro­słych.

Oka­za­ło się, że na­tę­że­nie mob­bin­gu jest naj­więk­sze wśród 10-13-lat­ków, ale nie­za­leż­nie od wie­ku co siód­ma oso­ba w mniej­szym lub więk­szym stop­niu jest po­szko­do­wa­na. Czy jest coś, co wy­róż­nia ofia­ry prze­mo­cy? Na­ukow­cy spo­dzie­wa­li się, że róż­ne „od­chy­le­nia od nor­my” będą od­gry­wa­ły klu­czo­wą rolę. Tym więk­sze było ich za­sko­cze­nie, gdy oka­za­ło się, że by­cie gru­ba­sem, chu­dziel­cem, ru­dziel­cem czy nie­peł­no­spraw­nym ani na­wet niż­szy sta­tus spo­łecz­ny, gor­sze ubra­nia czy inny ko­lor skó­ry nie mia­ły nic wspól­ne­go z pre­dys­po­zy­cją do roli ofia­ry! Zna­le­zio­no jed­nak coś, co oka­za­ło się wspól­nym mia­now­ni­kiem: wraż­li­wość.

Ba­da­ne przez na­ukow­ców ofia­ry prze­mo­cy wy­róż­nia­ły się wzmo­żo­ną ostroż­no­ścią, bier­nym i ła­god­nym za­cho­wa­niem i we­wnętrz­nym nie­po­ko­jem. Mia­ły niż­sze po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa i wła­snej war­to­ści niż inni. Chłop­cy za­zwy­czaj oka­zy­wa­li się wsty­dli­wi i mniej spraw­ni fi­zycz­nie. Dziew­czę­ta z miej­sca mia­ły mo­kre oczy. Zwłasz­cza kry­ty­ka, nie­po­wo­dze­nia, od­rzu­ce­nie ła­two do­pro­wa­dza­ły je do pła­czu. Oka­za­ło się, że ostroż­ne, wraż­li­we i nie­pew­ne sie­bie jest co siód­me dziec­ko, i to wła­śnie to, któ­re naj­czę­ściej sta­je się ofia­rą ró­wie­śni­czych szy­kan.

Zu­peł­nie nie­za­leż­nie psy­chia­trzy ame­ry­kań­scy zi­den­ty­fi­ko­wa­li u 15 pro­cent dzie­ci typ „cha­rak­te­ru śla­ma­zar­ne­go”. A więc wszyst­ko, co przy­no­si ży­cie, jest dla ta­kich dzie­ci stre­sem, na któ­ry re­agu­ją za­zwy­czaj opie­sza­le, nie­raz z ko­lei nad­mier­nie im­pul­syw­nie (np. wy­bie­ga­jąc z pła­czem z po­ko­ju). W Har­wardz­kim La­bo­ra­to­rium Ba­dań nad Nie­mow­lę­ta­mi wy­ka­za­no, że ok. 15 pro­cent nie­mow­ląt ro­dzi się ze skłon­no­ścią do za­ha­mo­wań i nie­śmia­ło­ści. Nie­któ­rzy ucze­ni z tego śro­do­wi­ska po­dej­rze­wa­ją, że jest ja­kiś gen nie­śmia­ło­ści, kto wie, czy nie sprzę­żo­ny z ja­sną kar­na­cją skó­ry. Trze­ba bar­dzo uważ­nie wy­cią­gać wnio­ski z ta­kich ba­dań, ale nie ma dziś wąt­pli­wo­ści, że (nad)wraż­li­wość jest prze­ka­zy­wa­na z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie.

Oso­ba z wro­dzo­ną nie­śmia­ło­ścią może roz­wi­nąć na­tu­ral­ny zdro­wy styl oso­bi­sty, któ­ry war­to umieć roz­po­znać i do­ce­nić. Pro­ble­my za­czy­na­ją się wte­dy, gdy (nie bez związ­ku z przy­kry­mi do­świad­cze­nia­mi z dzie­ciń­stwa) do­cho­dzi do mniej lub bar­dziej po­waż­nych tzw. uciecz­ko­wych za­bu­rzeń oso­bo­wo­ści, któ­rych wspól­nym mia­now­ni­kiem jest uni­ka­nie wszel­kich kon­tak­tów, od­po­wie­dzial­no­ści, za­ła­twia­nia spraw, ży­cia in­tym­ne­go. Ale na wszyst­ko jest rada, żółw nie musi być ko­niem. Wy­star­czy, że wy­sta­wi tro­chę gło­wę…

Wska­zów­ki dla wraż­liw­ców

Co ja­kiś czas zrób coś in­a­czej. Je­śli ja­dasz w domu, dla od­mia­ny idź do re­stau­ra­cji. Idź inną dro­gą do pra­cy, za­ry­zy­kuj zmia­nę po­stę­po­wa­nia pod­czas in­tym­ne­go zbli­że­nia, za­ini­cjuj coś…

Rób to, co mu­sisz zro­bić. Ko­lej­ne uni­ka­nie za­ła­twie­nia spra­wy w urzę­dzie, wi­zy­ty u zna­jo­mych (lub ich za­pro­sze­nia), za­pi­sa­nia się na kurs – roz­har­to­wu­je cię. Ju­tro bę­dzie jesz­cze trud­niej!

Bądź tym, kim je­steś. Two­ja wraż­li­wość nie jest sła­bo­ścią, lecz okre­śla twój cha­rak­ter, oso­bi­sty styl.

Gdy masz wra­że­nie, że inni od­bie­ra­ją cię nie­przy­chyl­nie – prze­trzyj oczy i ro­zej­rzyj się. Może to tyl­ko ty my­ślisz w tej chwi­li ne­ga­tyw­nie – i o so­bie, i o nich.

Co ja­kiś czas spójrz ko­muś w oczy. Może po­czu­jesz wzmac­nia­ją­cy przy­pływ! Może ktoś po­trze­bu­je two­je­go uważ­ne­go spoj­rze­nia!

Pew­no­ści sie­bie pod­czas roz­mo­wy doda ci utrzy­my­wa­nie bro­dy nie ni­żej, niż trzy­ma ją roz­mów­ca. Wy­pró­buj to! A przy­najm­niej nie utrzy­muj wzro­ku wbi­te­go w pod­ło­gę. Nie za­sła­niaj ust dło­nią…

Je­że­li twój part­ner za­ła­twia wszyst­kie spra­wy fi­nan­so­we, urzę­do­we, to­wa­rzy­skie, ro­dzin­ne, w szko­le, a na do­da­tek jest ro­dzin­nym kie­row­cą, od­ciąż go tro­chę, za­nim doj­dzie do kry­zy­su. Po­czu­jesz się le­piej i bar­dziej nie­za­leż­nie, przej­mu­jąc choć­by część jego obo­wiąz­ków!

Wska­zów­ki dla part­ne­ra oso­by wraż­li­wej

Wraż­li­wiec to skarb. Dzię­kuj nie­bio­som za to, że ze­sła­ły ci oso­bę tak bli­ską i lo­jal­ną. Do­ceń jej głę­bo­kie przy­wią­za­nie do naj­bliż­szych przy­ja­ciół i ro­dzi­ny oraz do­mo­wą at­mos­fe­rę.

Przyj­muj swo­je­go wraż­liw­ca ta­kim, jaki jest. Je­że­li usztyw­nia się i wy­co­fu­je w obec­no­ści ob­cych, a w to­wa­rzy­stwie za­wsze czu­je się nie­swo­jo – to co z tego? to­bie to prze­cież w ni­czym nie szko­dzi.

Uni­kaj tor­tur emo­cjo­nal­nych. Nie na­le­gaj, nie zmu­szaj. Oso­by wraż­li­we chcą, by ich part­ner był z nimi szczę­śli­wy, są jed­nak rze­czy, któ­rych po pro­stu nie są w sta­nie znieść. Je­że­li na przy­kład lu­bisz ży­cie to­wa­rzy­skie, zaś twój wraż­li­wiec woli zo­stać w domu, wy­bierz się na przy­ję­cie sam.

Idź na kom­pro­mi­sy. Oso­by wraż­li­we lu­bią uszczę­śli­wiać lu­dzi dla sie­bie waż­nych. Two­je ustęp­stwo może je więc za­chę­cić do tego, by wy­ka­zać się więk­szą od­wa­gą niż nor­mal­nie.

Po­ma­gaj mu. Bądź jego prze­wod­ni­kiem po nie­zna­nym świe­cie. Ale też nie prze­sa­dzaj. Chcesz prze­cież po­móc swo­je­mu wraż­liw­co­wi prze­zwy­cię­żyć pew­ne za­ha­mo­wa­nia, a nie uczy­nić go od sie­bie za­leż­nym.

Na­ucz się czy­tać zna­ki. Ma­cie wła­śnie udać się na ko­la­cję z two­im no­wym sze­fem i jego żoną. Twój wraż­li­wy part­ner na­gle za­czy­na czuć się źle, ka­pry­sić i ocią­gać z ubie­ra­niem. Nie do­pro­wa­dzaj do kłót­ni. Po­wiedz ra­czej: „Idzie­my do re­stau­ra­cji, któ­rą do­brze znasz. Spo­tka­nie nie po­trwa wie­le dłu­żej niż go­dzi­nę”. Upew­nij swe­go wraż­liw­ca, że wszy­scy będą za nim wprost prze­pa­dać – bo też cze­go moż­na w nim nie lu­bić?

Roz­ma­wiaj z nim. Je­że­li nie­po­ko­je oso­by wraż­li­wej psu­ją two­je to­wa­rzy­skie szy­ki, nie wa­haj się jej o tym po­wie­dzieć. Nie ata­kuj jed­nak. Ra­czej opo­wiedz o swo­im pro­ble­mie otwar­cie i bez­po­śred­nio i… idź sam!

W pra­cy oso­by wraż­li­we funk­cjo­nu­ją do­brze, je­śli mogą się po­czuć jak w domu. Lu­bią ru­ty­nę, pro­ce­du­ry, nie lu­bią de­le­ga­cji i za­ska­ku­ją­cych sy­tu­acji. Spraw­dza­ją się w ka­rie­rach księ­go­we­go, pro­gra­mi­sty, ar­chi­wi­sty, le­ka­rza (poza pra­cą w po­go­to­wiu…). Nie zmu­szaj oso­by wraż­li­wej do ne­go­cjo­wa­nia umów, pra­cy w han­dlu lub pu­blic re­la­tions.

Piękna i bestia

Pe­wien bo­ga­ty ku­piec miał trzy cór­ki i trzech sy­nów. Wszyst­kie cór­ki były pięk­ne, ale naj­pięk­niej­sza była naj­młod­sza, któ­rą z tej ra­cji na­zy­wa­no „małą Pięk­ną”, co bu­dzi­ło za­zdrość po­zo­sta­łych sióstr. Star­sze sio­stry były peł­ne py­chy i ego­izmu, Pięk­na zaś skrom­na, miła i uprzej­ma dla wszyst­kich. Oj­ciec nie­spo­dzie­wa­nie stra­cił cały ma­ją­tek i ro­dzi­na zmu­szo­na była żyć w ubó­stwie. Star­sze sio­stry zno­si­ły to źle, na­to­miast za­le­ty Pięk­nej na­bra­ły w tej sy­tu­acji jesz­cze więk­sze­go bla­sku.

Pew­ne­go razu oj­ciec wy­bie­ra­jąc się w po­dróż spy­tał, co ma przy­wieźć cór­kom. Dwie star­sze, spo­dzie­wa­jąc się, że oj­ciec od­zy­ska w tej po­dró­ży część utra­co­nych bo­gactw, po­pro­si­ły go o kosz­tow­ne klej­no­ty, Pięk­na zaś nie pro­si­ła o nic. Do­pie­ro ule­ga­jąc na­ci­skom ojca po­wie­dzia­ła, aby przy­wiózł jej różę. Na­dzie­je na od­zy­ska­nie ma­jąt­ku za­wio­dły i oj­ciec wró­cił rów­nie bied­ny jak wów­czas, kie­dy wy­ru­szał. W dro­dze po­wrot­nej zgu­bił się w wiel­kim le­sie i już miał zwąt­pić w oca­le­nie, gdy na­gle na­tra­fił na pa­łac, w któ­rym zna­lazł je­dze­nie i noc­leg, cho­ciaż ni­ko­go w nim nie było. Ran­kiem miał już ru­szać da­lej, ale spo­strzegł w ogro­dzie wspa­nia­łe róże i przy­po­mniaw­szy so­bie proś­bę Pięk­nej, ze­rwał dla niej kwia­ty. Wów­czas po­ja­wi­ło się strasz­li­we mon­strum, Be­stia, czy­niąc mu wy­rzu­ty, że do­znaw­szy w pa­ła­cu tak do­bre­go przy­ję­cia, krad­nie róże. Za karę oj­ciec ma umrzeć. Prze­ra­żo­ny czło­wiek po­pro­sił o li­tość, tłu­ma­cząc się, że zry­wał róże dla cór­ki. Be­stia zgo­dzi­ła się pu­ścić go wol­no, pod wa­run­kiem jed­nak, że do pa­ła­cu przy­bę­dzie jed­na z có­rek, aby po­nieść karę w za­stęp­stwie ojca. Je­śli zaś żad­na z nich nie ze­chce tego uczy­nić, oj­ciec sam bę­dzie mu­siał umrzeć. Ma wów­czas po­wró­cić w cią­gu trzech mie­się­cy. Na od­jezd­nym Be­stia dała ojcu skrzy­nię peł­ną zło­ta. Oj­ciec nie za­mie­rzał po­świę­cać żad­nej z có­rek i zgo­dził się na trzy­mie­sięcz­ną zwło­kę tyl­ko po to, aby raz jesz­cze się z nimi zo­ba­czyć i przy­wieźć im skrzy­nię zło­ta.

Po po­wro­cie ofia­ro­wał Pięk­nej różę i nie mógł się po­wstrzy­mać, aby jej nie opo­wie­dzieć, co mu się przy­da­rzy­ło. Sy­no­wie chcie­li wy­ru­szyć do lasu i za­bić Be­stię, ale oj­ciec po­wstrzy­mał ich mó­wiąc, że mu­sie­li­by zgi­nąć. Pięk­na na­le­ga­ła, by oj­ciec po­zwo­lił jej pójść za­miast nie­go. Żad­ne ar­gu­men­ty, któ­re wy­su­wał prze­ciw­ko temu, nie mo­gły jej prze­ko­nać. Po­sta­no­wi­ła pójść z nim mimo wszyst­ko. Tym­cza­sem dzię­ki otrzy­ma­nym od Be­stii bo­gac­twom star­sze sio­stry za­war­ły bar­dzo ko­rzyst­ne mał­żeń­stwa. Po upły­wie trzech mie­się­cy Pięk­na – wbrew woli ojca – wy­ru­szy­ła za nim do pa­ła­cu Be­stii. Be­stia spy­ta­ła, czy Pięk­na przy­by­ła z wła­snej nie­przy­mu­szo­nej woli, a otrzy­maw­szy od­po­wiedź twier­dzą­cą, po­zwo­li­ła ojcu odejść, co też on w koń­cu z cięż­kim ser­cem uczy­nił. Be­stia go­ści­ła mło­dą dziew­czy­nę w swym pa­ła­cu praw­dzi­wie po kró­lew­sku, wszyst­kie ży­cze­nia Pięk­nej speł­nia­ły się jak­by cu­dem. Każ­de­go wie­czo­ru Be­stia to­wa­rzy­szy­ła Pięk­nej przy po­sił­ku. Pięk­na za­czę­ła z upra­gnie­niem cze­kać na ten mo­ment dnia, bo to­wa­rzy­stwo Be­stii prze­ry­wa­ło jej sa­mot­ność. Jed­nak przy­pra­wia­ło ją o nie­po­kój py­ta­nie, z ja­kim Be­stia zwra­ca­ła się do niej każ­de­go wie­czo­ru pod ko­niec po­sił­ku – py­ta­nie, czy ze­chcia­ła­by zo­stać jej żoną. Otrzy­maw­szy za każ­dym ra­zem grzecz­ną od­po­wiedź od­mow­ną, Be­stia od­da­la­ła się, po­grą­żo­na w głę­bo­kim smut­ku. W ten spo­sób upły­nę­ły trzy mie­sią­ce. Kie­dy Pięk­na raz jesz­cze dała Be­stii od­mow­ną od­po­wiedź, Be­stia spy­ta­ła, czy mło­da dziew­czy­na mo­gła­by przy­najm­niej przy­rzec, że nig­dy jej nie opu­ści. Pięk­na zgo­dzi­ła się speł­nić tę proś­bę, ale z ko­lei po­pro­si­ła Be­stię, aby mo­gła od­wie­dzić ojca, gdyż przy­pa­tru­jąc się w cza­ro­dziej­skim zwier­cia­dle temu, co dzie­je się w jej domu, wi­dzia­ła, iż oj­ciec bar­dzo za nią tę­sk­ni. Be­stia zgo­dzi­ła się na te od­wie­dzi­ny, ale ostrze­gła, że je­śli Pięk­na nie wró­ci w cią­gu ty­go­dnia, ona, Be­stia, bę­dzie mu­sia­ła umrzeć.

Na­za­jutrz Pięk­na zo­sta­ła w cza­ro­dziej­ski spo­sób prze­nie­sio­na do domu ro­dzin­ne­go. Oj­ciec, wi­dząc ją, nie po­sia­dał się z ra­do­ści. Bra­cia byli nie­obec­ni, za­cią­gnę­li się do woj­ska. Sio­stry, nie­szczę­śli­we w mał­żeń­stwach, chcia­ły z za­zdro­ści za­trzy­mać Pięk­ną w domu na dłu­żej, są­dzi­ły bo­wiem, że wte­dy Be­stia przy­bę­dzie, aby ją za­bić. Uda­ło im się prze­ko­nać naj­młod­szą sio­strę, że win­na po­zo­stać jesz­cze dru­gi ty­dzień, ale dzie­sią­tej nocy Pięk­na mia­ła sen:

Be­stia umie­ra­ją­cym gło­sem czy­ni­ła jej wy­rzu­ty, że nie do­trzy­ma­ła obiet­ni­cy. Pięk­na za­pra­gnę­ła zna­leźć się znów przy Be­stii i w jed­nej chwi­li zo­sta­ła prze­nie­sio­na do pa­ła­cu. Zna­la­zła Be­stię gi­ną­cą z żalu, że Pięk­na zła­ma­ła sło­wo. Mło­da dziew­czy­na zro­zu­mia­ła pod­czas po­by­tu w domu, jak bar­dzo przy­wią­za­ła się do Be­stii. Wi­dząc go w tak głę­bo­kiej roz­pa­czy, zda­ła so­bie spra­wę z tego, że go ko­cha. Po­wie­dzia­ła mu, że nie może dłu­żej bez nie­go żyć i pra­gnie go po­ślu­bić. W tym mo­men­cie Be­stia prze­mie­ni­ła się w kró­le­wi­cza. Przy­był oj­ciec, któ­ry nie po­sia­dał się ze szczę­ścia, oraz resz­ta ro­dzi­ny. Nie­go­dzi­we sio­stry zo­sta­ły prze­mie­nio­ne w po­są­gi. Od­cza­ro­wać je może tyl­ko roz­po­zna­nie wła­snych prze­win11.

Agniesz­ka: We­dług mnie ta baśń jest o mi­ło­ści, któ­ra po­tra­fi czy­nić cuda, o mi­ło­ści, któ­ra po­tra­fi zro­bić wszyst­ko12.

Ja­cek San­tor­ski (do Ma­te­usza): A dla cie­bie czym jest ta baśń?

Ma­te­usz: Dla mnie ta baśń – Pięk­na i Be­stia – to jest baśń wła­śnie o tym, że nie­waż­ne jest, jak ktoś wy­glą­da, ja­kiej jest rasy, tyl­ko waż­ne jest, co czu­je. Jego uczu­cia są waż­ne. I o tym jest wła­śnie baśń.

Pa­weł: Dla mnie ta baśń też jest o tym, że istot­ne­go nie wi­dać. Je­że­li po­zna­je­my czło­wie­ka, to nie po­zna­je­my go z ze­wnątrz, tyl­ko po­zna­je­my go od we­wnątrz. Żeby go do­brze po­znać, mu­si­my po­znać jego wnę­trze.

Ja­cek San­tor­ski: Przyj­mij­my, że mamy so­bie tu­taj za­in­sce­ni­zo­wać ro­dzin­ny spek­takl Pięk­nej i Be­stii, oczy­wi­ście tego się z chwi­li na chwi­lę nie zro­bi, ale trze­ba przy­najm­niej za­sta­no­wić się, jak ob­sa­dzić role.

Pa­weł: No, na pew­no w roli Be­stii jest się trud­no usta­wić, po­nie­waż od­kryć w so­bie Be­stię jest bar­dzo trud­no (…)

Tata: Dla­cze­go? Ja bym bar­dzo chęt­nie za­grał Be­stię; prze­cież to tyl­ko ze­wnętrz­na brzy­do­ta, ale w koń­cu re­zul­tat jest bar­dzo cie­ka­wy.

Ja­cek: Wła­śnie do tego chciał­bym na­wią­zać. To jest rola do po­pi­su, rola, z któ­rej moż­na wy­do­być to, co jest w środ­ku, w so­bie.

Ja­cek San­tor­ski: Czy­li ty też chciał­byś grać Be­stię w tym przed­sta­wie­niu?

Ja­cek: Czy bym chciał, trud­no po­wie­dzieć. Ale my­ślę…

Ja­cek San­tor­ski: Być du­ble­rem taty w tym przed­sta­wie­niu?

Ja­cek: My­ślę, że bym za­grał (…)

Ja­cek San­tor­ski (do Ma­te­usza): A ty?

Ma­te­usz (wte­dy 10 lat): Ja chciał­bym za­grać tę Be­stię, bo po pro­stu spodo­ba­ła mi się. Bo ta Be­stia była tyl­ko jak­by miłą Be­stią. Ale na pew­no nie chciał­bym za­grać tych sióstr, bo to są dla mnie słod­kie idiot­ki. Ani tego ojca – ta­kie­go niby do­bre­go – bo na koń­cu prze­cież oka­za­ło się, że miał tak twar­de ser­ce, że nie chciał pu­ścić Pięk­nej do Be­stii, a prze­cież wie­dział, że Be­stia może przez to umrzeć.

Mama: Ale w koń­cu pu­ścił, prze­cież od­dał ją wte­dy, kie­dy…

Pa­weł: My­ślę te­raz, że on nie chciał jej pu­ścić ra­czej wła­śnie dla­te­go, że tak bar­dzo ją ko­chał; bał się o nią. Tak że wca­le nie miał­bym nic prze­ciw­ko temu, żeby za­grać wła­śnie tego ojca.

Agniesz­ka: Ja nie wiem. Ja­koś cięż­ko mi tak od­po­wie­dzieć, kogo bym nie chcia­ła za­grać. Może dla­te­go, że boję się, że wszy­scy ocze­ku­ją tu­taj ode mnie że­bym za­raz po­wie­dzia­ła, że ja chcę za­grać na przy­kład Pięk­ną, albo wca­le nie chcę za­grać Pięk­nej. A ja po­wiem tyle, że gdy­by mi zo­sta­ła przy­dzie­lo­na ta rola, to po­sta­ra­ła­bym się zro­bić wszyst­ko, żeby ją tak ja­koś wier­nie od­two­rzyć.

Ja­cek San­tor­ski: Po­wie­dzia­łaś, że to jest baśń o mi­ło­ści.

Agniesz­ka: Tak.

Ja­cek San­tor­ski: A mia­łaś na my­śli mi­łość Pięk­nej do Be­stii czy mi­łość ojca do cór­ki lub cór­ki do ojca? Któ­ra z tych mi­ło­ści wy­da­je ci się naj­bar­dziej praw­dzi­wa, na­tu­ral­na, bli­ska two­je­mu ser­cu?

Agniesz­ka: (…) Ja bym tu­taj nie roz­gra­ni­cza­ła mi­ło­ści do ojca i mi­ło­ści do Be­stii, dla­te­go że jed­na mi­łość ro­dzi się z dru­giej. I to jest tak, że gdy­by nie to, że ona ko­cha­ła ojca, to nie po­ko­cha­ła­by póź­niej Be­stii. Ale ja mó­wi­łam o mi­ło­ści tak ogól­nie. Je­że­li już roz­gra­ni­czy­my, to mi­łość do ojca rów­nież po­tra­fi zdzia­łać cuda, dla­te­go że ona tak ko­cha tego ojca, że jest zdol­na się po­świę­cić i za­miesz­kać z Be­stią, któ­rej wszy­scy się boją, któ­rą wszy­scy od­rzu­ca­ją. A z dru­giej stro­ny ona po­tra­fi po­ko­chać Be­stię tak bar­dzo, że Be­stia się póź­niej prze­ra­dza w nor­mal­ne­go czło­wie­ka. Mi­łość jest taką war­to­ścią, któ­ra po­tra­fi uczy­nić cuda.

W daw­nych cza­sach mity, le­gen­dy i ba­śnie in­te­re­so­wa­ły nie tyl­ko dzie­ci. Opo­wia­da­li je so­bie do­ro­śli i mia­ło to dla nich wiel­kie zna­cze­nie. Do ta­kich opo­wie­ści na­le­ży hi­sto­ria o Pięk­nej i Be­stii. Pew­nie wła­śnie dla­te­go baśń ta dzia­ła na wy­obraź­nię czy­tel­ni­ków w każ­dym wie­ku. Jak do­tąd w Pol­sce wy­da­no je­dy­nie jej wer­sję dla dzie­ci. Dla młod­szych czy­tel­ni­ków waż­na jest hi­sto­ria Pięk­nej, przy­go­dy jej i jej ojca, ta­jem­ni­ca Be­stii. Star­sze dzie­ci i wie­lu do­ro­słych wzru­sza opis uczuć Pięk­nej do ojca i prze­mia­na Be­stii pod wpły­wem jej mi­ło­ści. Słyn­ny psy­cho­log Bru­no Bet­tel­he­im zwró­cił jed­nak uwa­gę, że baśń ta ma jesz­cze głęb­szy wy­miar. Po­szcze­gól­ne po­sta­cie, a szcze­gól­nie Pięk­na i Be­stia, mogą być trak­to­wa­ne jako wy­raz do­bra i zła, któ­re każ­dy z nas może zna­leźć w so­bie.

Ewa Mo­dze­lew­ska13: To jest baśń rów­nież o tym, że i w nas jest coś bar­dzo pięk­ne­go, jest Pięk­na, ale jest też w nas Be­stia. Mu­si­my ak­cep­to­wać w so­bie to, co be­stial­skie, i wła­śnie ten prze­kaz dziec­ko ja­koś ro­zu­mie, może to po­czuć dzię­ki tej ba­śni. Ale mu­si­my też w zgrab­ny spo­sób po­go­dzić to złe z czę­ścią, któ­ra na­ka­zu­je nam od­po­wie­dzial­ność za dru­gą oso­bę i któ­ra jest po pro­stu czu­łą mi­ło­ścią. Do­pie­ro po­go­dze­nie tych dwóch pier­wiast­ków po­zwo­li na har­mo­nij­ny, praw­dzi­wy roz­wój.

Ja­cek San­tor­ski (do ro­dzi­ny): No i co wy na to, że Be­stii moż­na szu­kać w każ­dym z nas? W każ­dym z was?

Tata: Tak, oczy­wi­ście że moż­na szu­kać, na­to­miast sa­me­mu trud­no jest ją zna­leźć. Dzie­je się tak, po­nie­waż na­sze po­dej­ście jest bar­dzo su­biek­tyw­ne. Pew­nie dla­te­go każ­dy chy­ba uwa­ża, że jest nie­mal­że ide­ałem, cho­ciaż w pew­nych mo­men­tach może mieć ja­kieś po­czu­cie winy i swo­ich wła­snych wad…

Ja­cek San­tor­ski: Może to bę­dzie tro­chę sztucz­ne, ale pro­po­nu­ję, żeby na oko­licz­ność tej roz­mo­wy każ­dy spró­bo­wał mó­wić w pierw­szej oso­bie, tak jak­by jego moż­li­wo­ści ję­zy­ko­we nie wy­kra­cza­ły poza to i nie umiał po­wie­dzieć „lu­dzie”, „lu­dzie w ogó­le”, „każ­dy”, tyl­ko „ja”. Do­brze, za­baw­my się w ten spo­sób, da­lej roz­ma­wia­my na te­mat „Be­stia w czło­wie­ku”.

Ja­cek: My­ślę, że we mnie po­ten­cjal­nie ist­nie­je Be­stia i łą­czę ją z mę­skim ge­nem agre­sji, któ­ry wy­wo­łu­je chęć do­mi­no­wa­nia nad wszyst­kim – żeby było tak, jak ja chcę.

Ma­te­usz: My­ślę, że tą Be­stią we mnie jest le­ni­stwo. To naj­gor­sze.

Ja­cek San­tor­ski (do Paw­ła): A ty?

Pa­weł: No, mnie jest trud­no mó­wić, co jest Be­stią we mnie. Może dla­te­go, że nie tyl­ko mnie, każ­de­mu czło­wie­ko­wi do błę­du trud­no się przy­znać. A Be­stia we mnie jest ra­czej wła­śnie po­wo­dem błę­du. Dla­te­go… nie wiem… trud­no mi się wy­po­wie­dzieć.

Agniesz­ka: A ja nie będę mó­wić, co jest Be­stią we mnie. To zna­czy, sama przed sobą je­stem w sta­nie się przy­znać, po­tra­fię roz­po­znać, co jest Be­stią, a co nie. (do Jac­ka San­tor­skie­go) Jak naj­bar­dziej mo­gła­bym z pa­nem o tym po­roz­ma­wiać, ale może w in­nych oko­licz­no­ściach. Tak więc, pan mi wy­ba­czy, że uchy­lę się od od­po­wie­dzi.

Ja­cek San­tor­ski: W ten spo­sób też da­łaś wy­raz Be­stii w so­bie. W ten spo­sób, że po­sta­wi­łaś gra­ni­cę. Ener­gia Be­stii wspar­ła two­ją sta­now­czość.

Agniesz­ka: Tak.

Ja­cek San­tor­ski: Wi­dać stąd rów­nież, że bę­dąc w kon­tak­cie ze swo­ją „we­wnętrz­ną Be­stią” moż­na cza­sem wy­ko­rzy­sty­wać jej ener­gię, aby w bar­dzo kul­tu­ral­ny spo­sób po­wie­dzieć nie. I my­ślę, że nie przy­pad­kiem za­rów­no małe, jak i cał­kiem duże dzie­ci tak bar­dzo po­trze­bu­ją ba­śni. Ba­śnie żyją w nas i po­ma­ga­ją oswo­ić „Pięk­ną” i „Be­stię” w każ­dym z nas.

Pesymiści, optymiści, realiści

Od­kry­cie po­tę­gi opty­mi­zmu to jed­no z więk­szych osią­gnięć Ame­ry­ki obok kre­skó­wek Di­sneya, dżin­sów i po­pkul­tu­ry.

Ana­li­zu­jąc bio­gra­fie lu­dzi, któ­rzy do cze­goś do­szli, za­uwa­żo­no, że źró­dłem suk­ce­su jest nie tyl­ko szczę­ście i cięż­ka pra­ca, ale przede wszyst­kim wia­ra w sie­bie i po­zy­tyw­na mo­ty­wa­cja, na­sta­wie­nie na cel. Jed­na ze słyn­niej­szych wer­sji ame­ry­kań­skie­go mitu pu­cy­bu­ta opo­wia­da o tym, jak sam Walt Di­sney, nim do­stał pierw­szą pra­cę, sły­szał od ko­lej­nych re­dak­to­rów ga­zet, że jego ry­sun­ki są do ni­cze­go.

Śmiać się każ­dy może

Zaj­mu­ją­cy się opty­mi­zmem dok­tor Mar­tin E.P. Se­lig­man już ty­tu­łem swej książ­ki: „Opty­mi­stycz­ne dziec­ko – jak wy­cho­wy­wać dzie­ci, aby na­uczyć je opty­mi­zmu i da­wa­nia so­bie ze wszyst­kim rady”14 daje do zro­zu­mie­nia, że w rę­kach ro­dzi­ców leży wzmoc­nie­nie i roz­wój kon­struk­tyw­ne­go na­sta­wie­nia do ży­cia. Pod­sta­wą me­to­dy dok­to­ra Se­lig­ma­na jest spo­strze­że­nie, że każ­dy czło­wiek może roz­wi­nąć po­czu­cie wia­ry w sie­bie, je­śli bę­dzie miał tyl­ko do­sta­tecz­nie dużo do­świad­czeń, któ­re po­ka­zu­ją, że ra­dzi so­bie z nie­po­wo­dze­nia­mi. Dla­te­go mat­ki, któ­re do­star­cza­ją swym nie dość opty­mi­stycz­nym dzie­ciom do­sta­tecz­nie wie­le do­świad­czeń suk­ce­sów, szans na po­ra­dze­nie so­bie z trud­no­ścia­mi, har­tu­ją­cych sy­tu­acji, mogą już po kil­ku la­tach za­po­mnieć, że ich dzie­ci były bar­dziej płacz­li­we, mniej od­por­ne na po­raż­ki niż ich ró­wie­śni­cy.

Świat jest moją my­ślą

Jesz­cze da­lej po­szli wy­znaw­cy New Age na po­cząt­ku lat 70. Ty­sią­ce lu­dzi ćwi­czy­ło się w sztu­ce wzbu­dza­nia w so­bie po­zy­tyw­nej mo­ty­wa­cji do osią­ga­nia ży­cio­we­go, fi­nan­so­we­go i emo­cjo­nal­ne­go suk­ce­su. Za po­mo­cą po­zy­tyw­nych my­śli – twier­dzi­li adep­ci New Age – moż­na wy­le­czyć się ze wszyst­kich cho­rób, zdo­być przy­ja­ciół, osią­gnąć suk­ces ma­te­rial­ny, zmie­nić swo­je dzie­ci, współ­mał­żon­ków, ro­dzi­ców, a na­wet stać się isto­tą nie­śmier­tel­ną. Nie je­stem en­tu­zja­stą tego kie­run­ku po­szu­ki­wań, choć do­ce­niam in­ten­cje jego twór­ców.

Nie wie­my, że umie­my

Nie trze­ba jed­nak wy­kra­czać poza gra­ni­ce zdro­we­go roz­sąd­ku, aby zna­leźć wie­le moż­li­wo­ści pra­cy nad sobą, bu­do­wa­nia po­zy­tyw­ne­go na­sta­wie­nia do sie­bie i orien­ta­cji na moc­ne stro­ny in­nych lu­dzi. Al­bert Ban­du­ra, psy­cho­log, któ­ry po­świę­cił wie­le lat na ba­da­nia nad wia­rą w sie­bie, jest głę­bo­ko prze­ko­na­ny, że na­wet to, co uzna­je­my za wro­dzo­ne zdol­no­ści, może być roz­wi­ja­ne i mo­dy­fi­ko­wa­ne. Oso­by, któ­re wie­rzą w sie­bie, pod­no­szą się po nie­po­wo­dze­niach. Sty­ka­jąc się z ja­kimś pro­ble­mem, za­sta­na­wia­ją się, w jaki spo­sób go roz­wią­zać, nie nie­po­ko­ją się o to, co może pójść źle. Ta­kie po­dej­ście nie tyl­ko pro­wa­dzi do ży­cio­we­go suk­ce­su, ale i do roz­wo­ju zdol­no­ści i ta­len­tów, któ­re u in­nych po­zo­sta­ją w ob­sza­rze nie­uak­tyw­nio­ne­go po­ten­cja­łu.

Smu­tek Ame­ry­ki

Ame­ry­ka­nie naj­le­piej opi­sa­li po­tę­gę opty­mi­zmu, wy­pro­mo­wa­li po­zy­tyw­ne my­śle­nie i całą li­te­ra­tu­rę mo­ty­wa­cyj­ną. Z dru­giej stro­ny co­raz wię­cej Ame­ry­ka­nów w co­raz młod­szym wie­ku tra­ci wia­rę w sie­bie, za­pa­da na mniej lub bar­dziej po­waż­ne for­my de­pre­sji. Zda­niem uczo­nych nad­mier­ne eks­po­no­wa­nie od­po­wie­dzial­no­ści za sie­bie i moż­li­wo­ści wpły­wu na wła­sne ży­cie może po­głę­biać po­czu­cie winy tych, któ­rym mimo wszyst­ko się nie po­wio­dło.

Naj­czę­ściej pod­kre­śla­ną przy­czy­ną kry­zy­su jest zmia­na sty­lu ży­cia więk­szo­ści Ame­ry­ka­nów. Na­sta­wie­nie na in­dy­wi­du­al­ne ka­rie­ry za wszel­ką cenę od­ry­wa lu­dzi od ich ro­dzin i od źró­deł re­li­gij­nych.

W ostat­nich la­tach wie­le na­dziei wią­za­no z od­kry­cia­mi dok­to­ra Pe­te­ra Kra­me­ra, któ­ry zwró­cił uwa­gę na to, że oso­by nie­śmia­łe, nad­wraż­li­we, pe­sy­mi­stycz­ne wy­twa­rza­ją nie­do­sta­tecz­ne ilo­ści waż­ne­go dla bio­che­mii mó­zgu hor­mo­nu – se­ro­to­ni­ny. Nowa ge­ne­ra­cja le­ków an­ty­de­pre­syj­nych uzu­peł­nia tę lukę. Dzię­ki nim cho­rzy mogą zmie­nić pro­por­cje mię­dzy do­świad­cze­nia­mi bez­rad­no­ści i za­rad­no­ści i po­tem już bez wspar­cia far­ma­ko­lo­gicz­ne­go roz­wi­jać po­zy­tyw­ną mo­ty­wa­cję do ży­cia15.

Pot, krew i łzy

U pod­staw opty­mi­zmu i suk­ce­su ży­cio­we­go leży wro­dzo­na i wy­uczo­na za­rad­ność. Esen­cją pe­sy­mi­zmu jest wy­uczo­na bez­rad­ność. Skraj­ni pe­sy­mi­ści żyją w po­nu­rym świe­cie, z któ­re­go nie ma uciecz­ki. Spo­glą­da­ją na sie­bie i wi­dzą oso­bę małą, nie­za­słu­gu­ją­cą na szcze­gól­ne trak­to­wa­nie. Po­grą­ża­ją się w po­czu­ciu winy i nie­ade­kwat­no­ści. Wo­kół sie­bie wi­dzą eg­zy­sten­cję po­zba­wio­ną na­dziei. Inni lu­dzie są dla nich co naj­wy­żej źró­dłem roz­cza­ro­wań, roz­go­ry­cze­nia i krzyw­dy. Prze­wa­ża w nich po­czu­cie bier­no­ści, bez­sil­no­ści i re­zy­gna­cji. Z wiel­kim tru­dem pod­trzy­mu­ją swą nie­szczę­sną eg­zy­sten­cję, któ­rą to­czą ni­czym Sy­zyf wbrew pra­wom cią­że­nia. Je­śli po­zwo­lą so­bie na chwi­lę od­prę­że­nia, ka­mień cof­nie się i zmiaż­dży ich.

Pe­sy­mi­ści dłu­go roz­pa­mię­tu­ją swe błę­dy i klę­ski. Trud­no im zna­leźć ulgę, po­moc, uko­je­nie. Wie­lu z nich nie stać na ten „luk­sus”, żeby za swe nie­szczę­ście wi­nić in­nych, jak to mogą czy­nić oso­by pa­ra­no­icz­ne. Oskar­ża­ją przede wszyst­kim sa­mych sie­bie. Nie wie­rzą w naj­mniej­szą szan­sę zmia­ny, w żad­ną cu­dow­ną mi­łość, przy­jaźń czy ku­ra­cję, któ­ra mo­gła­by im po­móc.

Skraj­ni pe­sy­mi­ści mają cięż­kie, po­zba­wio­ne bla­sków ży­cie. Przy­po­mnę tu­taj sta­rą mą­drość, któ­ra mówi, że „do­sta­je­my nie to, cze­go pra­gnie­my, lecz to, cze­go ocze­ku­je­my”. U nich w peł­ni się to po­twier­dza. Do­sta­ją od ży­cia to, co naj­gor­sze.

Jest im trud­no, ale żyć z nimi też jest trud­no. Jest wie­lu ta­kich, któ­rzy być może utknę­li w ży­ciu, opie­ku­jąc się cięż­ko cho­ry­mi ro­dzi­ca­mi, trwa­jąc przy part­ne­rze al­ko­ho­li­ku albo po pro­stu bar­dzo cięż­ko pra­cu­jąc i nie­wie­le z tego ma­jąc. Ich układ od­por­no­ścio­wy szwan­ku­je, mogą być też bar­dziej na­ra­że­ni na róż­ne­go ro­dza­ju wy­pad­ki, któ­re do­dat­ko­wo utwier­dza­ją po­nu­rą wi­zję świa­ta i rze­czy­wi­sto­ści. Stwier­dze­nie, że pe­sy­mi­ści żyją kró­cej, jest po­twier­dzo­ne na­uko­wo.

Hart du­cha

Opty­mizm, któ­ry nie prze­szedł ognio­wej pró­by ży­cio­wych po­ra­żek, jest czę­sto na­iw­ny i głu­pi. Głu­pek, któ­ry nie wie, co się za chwi­lę sta­nie, rów­nież może być opty­mi­stą. Co wię­cej, może zro­bić ka­rie­rę god­ną Ni­ko­de­ma Dyz­my. Bio­gra­fie ugrun­to­wa­nych, doj­rza­łych opty­mi­stów moż­na po­znać, stu­diu­jąc ży­cio­ry­sy pre­zy­den­tów Sta­nów Zjed­no­czo­nych.

Są lu­dzie, któ­rzy w de­pre­sji grzę­zną i umie­ra­ją. Bio­lo­gia po­wo­du­je, że jest się smut­nym, nie ma się siły na pod­sta­wo­we czyn­no­ści. Jed­no­cze­śnie jest coś, co po­wo­du­je, że pew­na gru­pa osób w de­pre­sji pro­wa­dzi twór­cze ży­cie. Wiel­cy hu­ma­ni­ści me­dy­cy­ny, psy­chia­trii czy psy­cho­te­ra­pii, tacy jak Scott Peck czy An­to­ni Kę­piń­ski, za­uwa­ży­li, że oso­ba cięż­ko cho­ra psy­chicz­nie może mieć głę­bo­ki hart du­cho­wy, głę­bo­ką mo­ty­wa­cję wy­le­cze­nia, zro­bie­nia cze­goś ze swo­im ży­ciem. Te oso­by roz­wi­ja­ją w so­bie taki hart du­cha, że ko­rzy­sta­jąc z le­ków, ziół, psy­cho­te­ra­pii, me­dy­ta­cji, po­mo­cy przy­ja­ciół – two­rzą, pi­szą książ­ki, po­ma­ga­ją in­nym po­mi­mo ogrom­ne­go we­wnętrz­ne­go bólu. Scott Peck mówi tu o ła­sce da­nej cier­pią­cym od Boga. De­pre­sja, któ­ra jest cięż­ką cho­ro­bą, może u wy­jąt­ko­wych jed­no­stek stwa­rzać prze­strzeń, w któ­rej roz­wi­ja­ją coś w ro­dza­ju opty­mi­zmu, „też har­tu du­cha, któ­ry z punk­tu wi­dze­nia bio­che­mii mó­zgu nie jest już ta­jem­ni­cą”. Z ba­dań wy­ni­ka, że 70-80 pro­cent wy­bit­nych pi­sa­rzy i dra­ma­tur­gów w An­glii i USA cier­pi na de­pre­sję. Po­mi­mo to są w sta­nie two­rzyć i zma­gać się z ży­ciem. Gdy trze­ba – ko­rzy­sta­ją z osią­gnięć far­ma­ko­te­ra­pii.

Jest tak, jak się pań­stwu wy­da­je

Jak po­móc pe­sy­mi­ście czy jak po­móc so­bie w de­pre­sji, by po­ja­wi­ło się choć­by świa­teł­ko na­dziei? Na pew­no trud­no stać się opty­mi­stą czy też re­ali­stą z dnia na dzień. Z mo­je­go do­świad­cze­nia wy­ni­ka, że dro­gą wy­zwo­le­nia z pe­sy­mi­zmu może być do­bre po­zna­nie i w grun­cie rze­czy za­ak­cep­to­wa­nie swo­jej pe­sy­mi­stycz­nej na­tu­ry.

Ba­da­nia na­uko­we wy­ka­zu­ją, że oso­by ze skłon­no­ścia­mi de­pre­syj­ny­mi wi­dzą sie­bie i in­nych czę­sto bar­dziej re­ali­stycz­nie niż tak zwa­ni zdro­wi lu­dzie.

Ale jak, utrzy­mu­jąc re­ali­stycz­ną wi­zję rze­czy­wi­sto­ści, bez złu­dzeń, któ­re mogą po­dzie­lać licz­ni opty­mi­ści, od­na­leźć po­czu­cie sen­su ży­cia, wia­ry w sie­bie i in­nych?

Re­ali­sta na roz­dro­żu

Wy­bit­ny współ­cze­sny my­śli­ciel Ken Wil­ber zwró­cił uwa­gę na to, że każ­da jed­nost­ka w swo­im roz­wo­ju, a tak­że my jako ludz­kość prze­cho­dzi­my przez róż­ne fazy mi­tycz­ne­go, ma­gicz­ne­go po­strze­ga­nia świa­ta i sie­bie, aby dojść do obiek­tyw­ne­go, zdro­wo­roz­sąd­ko­we­go punk­tu wi­dze­nia.

Pro­blem skraj­ne­go re­ali­sty po­le­ga, zda­niem Wil­be­ra, nie na tym, że prze­stał wie­rzyć, że Pan Bóg wy­słu­chu­je mo­dlitw lub że po­zy­tyw­ne my­śle­nie w ma­gicz­ny spo­sób zmie­nia rze­czy­wi­stość. Pro­blem re­ali­sty może po­le­gać na tym, że jest zbyt trzeź­wy, aby pod­dać się mi­to­lo­gii, ale jed­no­cze­śnie zbyt za­mknię­ty, by do­strzec du­cho­wość, jaką od­kry­li mi­sty­cy wiel­kich re­li­gii świa­ta.

Re­ali­sta nie musi wie­rzyć w cuda, ale może otwo­rzyć się na ta­jem­ni­ce cudu ży­cia jako ta­kie­go. Doj­rza­ły re­ali­sta, któ­ry ma za sobą za­rów­no skraj­ny ży­cio­wy opty­mizm, jak i chwi­le pe­sy­mi­zmu, uciecz­kę w ma­gię, mi­to­lo­gię i siły nad­przy­ro­dzo­ne, poj­mu­je, że po­mi­mo wiel­kie­go roz­wo­ju na­uki cią­gle nie­wie­le wie­my o so­bie sa­mych i ota­cza­ją­cym nas świe­cie. Nie tra­ci jed­nak na­dziei. W tym sen­sie zbli­ża się do po­sta­wy ugrun­to­wa­ne­go opty­mi­sty. Na­dzie­ję czer­pać może choć­by z róż­nych tra­dy­cji re­li­gij­nych. Do­ty­ka­ją one uni­wer­sal­nej ta­jem­ni­cy, w któ­rej wszy­scy je­ste­śmy jed­nym.

Uwa­żaj!

Głęb­szą dro­gą niż tre­nin­gi po­zy­tyw­ne­go my­śle­nia, afir­ma­cje czy pro­gra­mo­wa­nie pod­świa­do­mo­ści jest tre­ning uważ­no­ści (mind­ful­ness). Jest to zdol­ność do zda­wa­nia so­bie spra­wy w da­nej chwi­li z tego, co dzie­je się i ze mną, i z in­ny­mi. Jest pew­ną dys­po­zy­cją, któ­rą moż­na w so­bie roz­wi­nąć, wy­tre­no­wać, na przy­kład w cza­sie me­dy­ta­cji. Uważ­ność – obok em­pa­tii (czy­li zdol­no­ści utoż­sa­mia­nia się z uczu­cia­mi in­nych lu­dzi, współ­od­czu­wa­nia i zdol­no­ści in­te­lek­tu­al­ne­go ro­zu­mie­nia pro­ble­mów in­nych lu­dzi) – jest jed­nym z pod­sta­wo­wych ele­men­tów in­te­li­gen­cji emo­cjo­nal­nej, któ­ra, jak się uwa­ża, jest jed­nym z głów­nych wa­run­ków suk­ce­su ży­cio­we­go.

Mi­sty­cy chrze­ści­jań­scy, mę­dr­cy zen i sufi wska­zy­wa­li, że czło­wiek jest w sta­nie ob­jąć uwa­gą jed­no­cze­śnie całe swo­je oto­cze­nie oraz wła­sne my­śli, że może do­strze­gać rów­no­cze­śnie, że szklan­ka jest od po­ło­wy pu­sta i do po­ło­wy peł­na, że po­ło­wę dro­gi ma przed sobą, a po­ło­wę za sobą.

Prak­ty­ku­jąc uważ­ność, uczy­my się do­strze­gać sub­tel­ne po­wią­za­nia i jed­ność wszyst­kie­go, w czym ży­je­my i czym je­ste­śmy w tym ży­ciu. Mo­że­my do­strzec, że za­rów­no na­sze po­zy­tyw­ne, jak i ne­ga­tyw­ne, przy­gnę­bia­ją­ce my­śli są tyl­ko my­śla­mi. Nie mu­si­my wplą­ty­wać się w nie, jak­by były czymś rze­czy­wi­stym.

Re­ali­sta ma szan­se du­cho­we­go roz­wo­ju, suk­ce­su da­le­ko bar­dziej głę­bo­kie­go niż tyl­ko suk­ces ma­te­rial­ny lub na­wet emo­cjo­nal­ny. Hur­ra­op­ty­mizm za­stę­pu­je har­tem du­cho­wym, po­zy­tyw­ne my­śle­nie – współ­czu­ciem, wia­rę w cuda – cu­dem wia­ry.

Za­sta­no­wie­nie nad ta­jem­ni­cą, szer­sza du­cho­wo-re­li­gij­na per­spek­ty­wa po­ma­ga czło­wie­ko­wi od­po­wie­dzial­ne­mu za sie­bie i ak­tyw­nie trak­tu­ją­ce­mu wy­zwa­nia losu ode­tchnąć, uprzy­tom­nić so­bie, że je­ste­śmy czę­ścią więk­sze­go po­rząd­ku, któ­ry trud­no zgłę­bić, nie od­wo­łu­jąc się do wia­ry.

Cier­pie­nie nie jest nie­zbęd­ne, by obu­dzić się du­cho­wo. Ta­kim bodź­cem może być rów­nież do­strze­że­nie cier­pie­nia in­nych lub fa­scy­na­cja ta­jem­ni­cą ist­nie­nia. A jak prze­ło­żyć du­cho­wość na ży­cie co­dzien­ne? Trzy­ma­jąc się uważ­no­ści i em­pa­tii wła­śnie. Wi­dzieć in­nych, otwie­rać się na in­nych i roz­wi­jać te umie­jęt­no­ści. To du­cho­wość spra­wia, że nie re­zy­gnu­je­my z opty­mi­zmu, choć twar­do stą­pa­my po zie­mi.

W sta­ro­żyt­nych Chi­nach ma­wia­no: „Nie przy­spie­szaj bie­gu rze­ki”. Chrze­ści­ja­nie mo­dlą się: „Niech się dzie­je wola Two­ja”. Za­po­mi­na­jąc o tej szer­szej per­spek­ty­wie, zbyt wie­le od sie­bie wy­ma­ga­my, a w ob­li­czu zmien­nych ko­lei losu tra­ci­my du­cha, po­czu­cie sen­su ist­nie­nia i wia­rę w sie­bie.

Re­alizm i wia­ra

Zdol­ność do trak­to­wa­nia nie­po­wo­dzeń jako wy­zwań i nie­za­drę­cza­nie się z ich po­wo­du uzna­ne zo­sta­ło przez psy­cho­lo­gów za pod­sta­wo­wy czyn­nik ży­cio­we­go suk­ce­su. Oka­za­ło się, że naj­le­piej wie­dzie się lu­dziom, któ­rzy od dziec­ka ży­wią na­dzie­ję, że po­mi­mo po­ra­żek, nie­po­wo­dzeń, wszyst­ko w ich ży­ciu uło­ży się do­brze. Dzię­ki niej są wy­trwa­li, nie po­grą­ża­ją się w de­pre­sji w ob­li­czu trud­no­ści i kło­po­tów. Gdy przez wie­le lat ana­li­zo­wa­no ży­cie kan­dy­da­tów na wyż­szą uczel­nię, oka­za­ło się, że przy tych sa­mych oce­nach w szko­le śred­niej i tym sa­mym po­zio­mie in­te­li­gen­cji ci, któ­rych ce­cho­wał wy­so­ki po­ziom opty­mi­zmu, dużo le­piej ra­dzi­li so­bie na stu­diach i osią­ga­li dużo więk­sze suk­ce­sy za­wo­do­we w dal­szym ży­ciu.

Opty­mizm hor­mo­nów

Opty­mizm jest pod­sta­wą zdro­wia. Nowa dzie­dzi­na na­uki – psy­cho­neu­ro-im­mu­no­lo­gia – ze­bra­ła już set­ki ra­por­tów, któ­re po­ka­zu­ją, że oso­by opty­mi­stycz­nie na­sta­wio­ne do ży­cia, prze­peł­nio­ne ra­do­ścią ży­cia i wia­rą w sie­bie zde­cy­do­wa­nie mniej cho­ru­ją niż oso­by pe­sy­mi­stycz­ne i de­pre­syj­ne. Oso­by, któ­re bo­ry­ka­ją się z po­czu­ciem bez­na­dziej­no­ści, sied­mio­krot­nie czę­ściej niż inni za­pa­da­ją na no­wo­two­ry. Me­to­dy te­ra­pii opar­te na bu­do­wa­niu po­zy­tyw­nej mo­ty­wa­cji w zwal­cze­niu cho­ro­by przy­no­szą re­zul­ta­ty u 10 pro­cent osób cho­rych, a jest to w grun­cie rze­czy bar­dzo wie­le. Ucze­ni do­wie­dli, że stan du­cha czło­wie­ka, opty­mizm i wia­ra zwią­za­ne są z okre­ślo­nym sta­nem bio­che­mii mó­zgu i ukła­du hor­mo­nal­ne­go. Ma to bez­po­śred­nie prze­ło­że­nie na dzia­ła­nie ukła­du od­por­no­ścio­we­go.

Prób­ka sa­mo­opi­su

Za­kreśl T – je­śli stwier­dze­nie w peł­ni cię do­ty­czy, C – je­śli do­ty­czy cię tyl­ko cza­sa­mi lub jest traf­ne, ale nie w każ­dych oko­licz­no­ściach, N – je­śli nie od­no­si się do cie­bie w ogó­le.

Pa­trzę na lu­dzi kry­tycz­nie i nie spo­dzie­wam się po nich nic do­bre­go.T C N

Czę­sto drę­czy mnie po­czu­cie winy, nie­za­do­wo­le­nie z sie­bie, wy­rzu­ty su­mie­nia.T C N

Bar­dzo przej­mu­ję się nie­po­wo­dze­nia­mi i dłu­go je roz­pa­mię­tu­ję.T C N

Wolę cze­goś nie za­ła­twić, niż po­pro­sić in­nych o po­moc.T C N

Nie­za­leż­nie od tego, ja­kie spra­wiam wra­że­nie, w głę­bi du­szy czu­ję, że je­stem mało wart.T C N

Gdy w szklan­ce jest 50 pro­cent wody, my­ślę o tym, że jest do po­ło­wy pu­sta, a nie że do po­ło­wy peł­na.T C N

Uwa­żam, że lu­dzie po­zy­tyw­nie na­sta­wie­ni do ży­cia są na­iw­ni i oszu­ku­ją się.T C N

Ob­licz te­raz sumę punk­tów, przy­pi­su­jąc każ­de­mu T – 2 punk­ty, każ­de­mu C – 1 punkt, a każ­de­mu N – 0 punk­tów16.

Je­że­li uzy­ska­łeś

0-2 punk­ty,

masz wszel­kie za­dat­ki na opty­mi­stę. Aby się o tym upew­nić, prze­dys­ku­tuj z kimś bli­skim i życz­li­wym swo­je od­po­wie­dzi, aby wy­klu­czyć ewen­tu­al­ność, że po­pa­dasz w złu­dze­nia na swój wła­sny te­mat…

Wy­nik w prze­dzia­le

3-7 punk­tów

po­zwa­la są­dzić że je­steś re­ali­stą, któ­re­mu nie musi bra­ko­wać wia­ry w sie­bie. Tak trzy­maj!

Wy­nik

8-14 punk­tów

wska­zu­je na ten­den­cję do po­waż­ne­go i pe­sy­mi­stycz­ne­go po­dej­ścia do ży­cia. Im bli­żej czter­na­stu, tym smut­niej…

Nadal jed­nak two­je ży­cie nie musi być peł­nym tru­du i zno­ju kosz­ma­rem ani po­zba­wio­ną unie­sień i suk­ce­sów we­ge­ta­cją. Spró­buj nad sobą po­pra­co­wać. Za­łóż oso­bi­sty dzien­nik i pro­wadź go przy­najm­niej przez mie­siąc. Po za­pi­sa­niu wy­da­rzeń dnia, swo­ich re­flek­sji i od­czuć, pod­su­muj no­tat­kę ja­kąś opty­mi­stycz­ną my­ślą. Na­wet je­śli wy­da­je ci się to sztucz­ne – po­trak­tuj to jak ćwi­cze­nie. Ewen­tu­al­ne nie­po­wo­dze­nia opi­suj jako cen­ne lek­cje, spi­su­jąc w punk­tach, cze­go się z nich na­uczy­łeś. Któ­re­goś dnia po­myśl o dzie­się­ciu ce­chach, któ­re w so­bie lu­bisz, i za­no­tuj je w dzien­ni­ku. Przy­wo­łaj na myśl i za­no­tuj dzie­sięć cech, któ­re lu­bisz w bli­skiej ci oso­bie. Każ­de­go dnia spró­buj po­wie­dzieć ko­muś ja­kiś kom­ple­ment. Uży­waj słów: su­per, świet­nie, eks­tra, zna­ko­mi­cie.

Za­wsze, kie­dy zbie­ra ci się na kry­ty­kę ja­kiejś oso­by, za­dbaj o to, aby naj­pierw po­wie­dzieć jej coś przy­jem­ne­go o tym, co ce­nisz w re­la­cji z nią, od­wo­łaj się do mi­łych wspo­mnień. Mo­żesz sko­rzy­stać z tych wska­zó­wek rów­nież wte­dy, gdy za­bie­rasz się do kry­ty­ko­wa­nia sie­bie!

A może ty wy­cią­gniesz rękę do ko­goś po­grą­żo­ne­go w po­czu­ciu re­zy­gna­cji i smut­ku?

Skąd się biorą psychopaci

„Gdy po­ja­wi się przed tobą psy­cho­pa­ta, roz­po­znasz go ła­two: wzbu­dzi w to­bie nie­po­kój – pi­sze nie­miec­ki psy­cho­te­ra­peu­ta Mar­tin Siems. – Zo­ba­czysz kow­bo­ja z waż­ną miną, na­dę­tą pier­sią i wy­cią­gnię­tym kol­tem. Jego cia­ło po­wie ci: Masz się mnie bać, je­stem sil­niej­szy. Taki kow­boj ma nad­mier­nie roz­bu­do­wa­ną gór­ną część cia­ła, nogi zaś słab­sze, sztyw­ne, zdra­dza­ją­ce lęk ukry­ty pod chę­cią im­po­no­wa­nia. Jest to cią­gle obec­ny strach przed po­ni­że­niem i ośmie­sze­niem”.

Ten uprosz­czo­ny opis do­ty­czy cie­le­snych aspek­tów tak zwa­ne­go typu psy­cho­pa­ty. Opi­sa­no jesz­cze inny sche­mat – oso­by psy­cho­pa­tycz­nej uwo­dzą­cej. Jej cia­ło jest bar­dziej har­mo­nij­ne, ze szcze­gól­nie gięt­ki­mi ple­ca­mi, a spoj­rze­nie nie­po­ko­ją­co za­pra­sza­ją­ce.

„Psy­cho­pa­ta” skon­cen­tro­wa­ny jest na wła­dzy i kon­tro­li. Kto kogo kon­tro­lu­je, kto ma nad kim prze­wa­gę – to głów­ne py­ta­nia, ja­kie so­bie sta­wia. Ży­cio­we mot­to ta­kiej oso­by mo­gło­by brzmieć: „Nie po­zwo­lę, by inni mną ma­ni­pu­lo­wa­li, wy­ko­rzy­sty­wa­li i po­ni­ża­li, JA będę ma­ni­pu­lo­wał ludź­mi i ich kon­tro­lo­wał”. Oso­ba psy­cho­pa­tycz­na bez­względ­nie wal­czy o do­mi­na­cję, nie zna po­czu­cia winy, po­tra­fi uwie­rzyć w każ­de wy­my­ślo­ne przez sie­bie kłam­stwo. Trud­no jej na­wią­zać part­ner­skie kon­tak­ty, nie do­pusz­cza do bli­sko­ści ni­ko­go, chy­ba że ma nad nim po­czu­cie ab­so­lut­nej wła­dzy.

Zrąb psy­cho­pa­tycz­nych cech cha­rak­te­ru po­wsta­je przy­pusz­czal­nie we wcze­snym dzie­ciń­stwie, ich źró­dłem są z re­gu­ły nad­mier­na kon­tro­la i ma­ni­pu­la­cja, ogra­ni­cze­nie oso­bi­stej wol­no­ści dziec­ka, dziw­na mie­sza­ni­na po­błaż­li­wo­ści i po­gar­dy ze stro­ny albo nie­zrów­no­wa­żo­nych, albo bar­dzo róż­nych od sie­bie ro­dzi­ców. W efek­cie dziec­ko uczy się nie­na­wi­ści, uczy się uni­kać in­tym­no­ści, bro­ni się przed za­wład­nię­ciem lub upo­ka­rza­ją­cy­mi ka­ra­mi albo po­przez wal­kę i pró­by zdo­by­cia prze­wa­gi wszel­ki­mi spo­so­ba­mi, albo przez szan­taż, uwo­dze­nie, za­stra­sze­nie. W roz­wo­ju dziec­ka wiel­kie­go zna­cze­nia na­bie­ra spraw­ność fi­zycz­na i atrak­cyj­ność ze­wnętrz­na. Wie­lu psy­cho­pa­tycz­nych męż­czyzn było na przy­kład po­ni­ża­nych z po­wo­du mier­ne­go wzro­stu lub ośmie­sza­nych z po­wo­du fi­zycz­nej nie­zdar­no­ści.

Je­że­li oso­ba z ta­ki­mi ura­za­mi wy­cho­wu­je się w prze­stęp­czej szo­wi­ni­stycz­nej sub­kul­tu­rze, apro­bu­ją­cej prze­moc i cy­nizm, psy­cho­pa­tycz­ne ce­chy oso­bo­wo­ści zo­sta­ją utrwa­lo­ne. Wzmac­nia je rów­nież uczest­ni­cze­nie w opar­tych na prze­mo­cy i za­kła­ma­niu or­ga­ni­za­cjach.

Jed­nak psy­cho­pa­tycz­na struk­tu­ra cha­rak­te­ru nie jest za­re­zer­wo­wa­na tyl­ko dla przy­sło­wio­we­go żula spod bud­ki z pi­wem. W tej na­wet tak po­bież­nie na­szki­co­wa­nej fi­zycz­nej i psy­chicz­nej cha­rak­te­ry­sty­ce ła­two od­naj­dzie­my słyn­nych dyk­ta­to­rów, po­sta­cie zna­ne z hi­sto­rii czy z ak­tu­al­ne­go ży­cia pu­blicz­ne­go, li­de­rów par­tii X lub Y, by nie wspo­mnieć o set­kach sze­fów de­spo­tów i o ro­dzin­nych ty­ra­nach.

Czy mo­że­my za­tem po­dzie­lić lu­dzi na wil­ki i owce, na psy­cho­pa­tów i ich ofia­ry? Spra­wa wy­da­je się bar­dziej skom­pli­ko­wa­na. Po pierw­sze, na­iw­ność, z jaką lu­dzie raz po raz pod­da­ją się mniej lub bar­dziej cha­ry­zma­tycz­nym psy­cho­pa­tom, nie zwal­nia ich psy­cho­lo­gicz­nie z od­po­wie­dzial­no­ści (pod­jął to już Erich Fromm, ana­li­zu­jąc fa­szyzm w książ­ce pod zna­mien­nym ty­tu­łem „Uciecz­ka od wol­no­ści”17). Po dru­gie, ła­twiej roz­po­znać psy­cho­pa­tę w kimś niż w so­bie.

Zaj­mu­jąc się przez po­nad 25 lat psy­cho­te­ra­pią, wie­lo­krot­nie uczest­ni­czy­łem w tak zwa­nej su­per­wi­zji. Jest to sy­tu­acja, w któ­rej psy­cho­te­ra­peu­ci pod­da­ją mię­dzy in­ny­mi ana­li­zie wła­sne ste­reo­ty­py emo­cjo­nal­ne utrud­nia­ją­ce pra­cę z ludź­mi. Otóż nie­jed­no­krot­nie ja sam i wie­lu in­nych psy­cho­te­ra­peu­tów od­kry­wa­ło w so­bie skłon­no­ści do skła­da­nia obiet­nic bez po­kry­cia, do de­ma­go­gii, ma­ni­pu­lo­wa­nia, nad­uży­wa­nia psy­chicz­nej prze­wa­gi, jaką daje rola te­ra­peu­ty, a tak­że ukry­te za tym wszyst­kim po­czu­cie ma­łej war­to­ści, lęk przed bez­rad­no­ścią i wy­ko­rzy­sta­niem emo­cjo­nal­nym, nie­uf­ność. Roz­po­zna­nie w so­bie i uzna­nie psy­cho­pa­tycz­nych pier­wiast­ków jest pod­sta­wą ich kon­tro­li, ta zaś – wa­run­kiem dzia­ła­nia z ser­ca. Bez tego trud­no mó­wić o sku­tecz­nej psy­cho­te­ra­pii.

Na pod­sta­wie do­świad­czeń wy­nie­sio­nych z ośrod­ków po­ma­ga­nia w kra­ju i za gra­ni­cą śmiem twier­dzić, że po­dob­ne pro­ble­my mają nasi ko­le­dzy po fa­chu – na­uczy­cie­le, le­ka­rze, księ­ża, re­for­ma­to­rzy spo­łecz­ni, po­li­ty­cy. Czy oni mają swo­je for­my su­per­wi­zji?

Nie daj­my się zwa­rio­wać po­lo­wa­niem na psy­cho­pa­tię w so­bie i wo­kół nas, ale i nie igno­ruj­my tego zja­wi­ska ani jego źró­deł: bra­ku sza­cun­ku dla na­szych dzie­ci, in­nych lu­dzi i sie­bie sa­mych.

Koniec ery paranoików?

Je­śli ktoś jest prze­ko­na­ny, że na me­czu rug­by za­wod­ni­cy cią­gle ro­bią „młyn” na środ­ku bo­iska tyl­ko po to, żeby go ob­ga­dy­wać, to cier­pi on nie­wąt­pli­wie na ma­nię prze­śla­dow­czą. Je­śli idziesz uli­cą i je­steś prze­ko­na­ny, że wszy­scy na cie­bie pa­trzą lub drę­czy cię lęk, że ko­le­dzy w pra­cy spi­sku­ją prze­ciw to­bie, za­pew­ne mie­ścisz się w gra­ni­cach psy­chicz­nej nor­my, prze­ja­wia­jąc je­dy­nie pa­ra­no­idal­ne skłon­no­ści. Po­dob­nie jak oj­ciec, któ­ry kon­tro­lu­je ko­re­spon­den­cję do­ra­sta­ją­cej cór­ki, żona ob­wą­chu­ją­ca koł­nierz mę­żow­skie­go płasz­cza (to nie jest za­pach mo­ich per­fum!) czy mąż po­ży­cza­ją­cy wła­snej żo­nie pie­nią­dze za po­kwi­to­wa­niem (znam kil­ka ta­kich przy­pad­ków).