Lore - Alexandra Bracken - ebook + książka
BESTSELLER

Lore ebook

Alexandra Bracken

4,3

68 osób interesuje się tą książką

Opis

Współczesny Nowy Jork. Na świecie wciąż żyją greccy bogowie. Co siedem lat Zeus zsyła część z nich na ziemię, gdzie przez siedem dni pozbawieni są nieśmiertelności. W tym czasie polują na nich ludzie i półbogowie, by przejąć ich moce. To kara, na jaką Zeus skazał niepokornych bogów.

Lore pochodzi z rodu Perseusza. Przed siedmiu laty jej rodziców i siostry wymordowali potomkowie Kadmosa. Dziewczyna cudem uniknęła śmierci i ukryła się w Nowym Jorku. Stara się zapomnieć o swoim pochodzeniu, jednak przeszłość nieoczekiwanie pojawia się pod jej drzwiami pod postacią rannej Ateny, która w zamian za pomoc zgadza się wyświadczyć jej wielką przysługę. Aby pomóc bogini wrócić do zdrowia, Lore odnajduje swojego dawnego przyjaciela, Kastora, który okazuje się być nowym wcieleniem Apolla.

Atena, Kastor, Lore oraz jej współlokator Miles spróbują stawić czoło nowemu zagrożeniu. Lore będzie musiała wiele poświęcić. Czy uda jej się odnaleźć w sobie siłę, by zapobiec upadkowi świata?

Barwna historia o zemście i poświęceniu, z mitologicznymi wątkami i młodą bohaterką, która musi stanąć oko w oko z demonami przeszłości i złem czyhającym na ulicach wielkiego miasta.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 639

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (122 oceny)
60
38
20
4
0
Sortuj według:
mrs_agi

Nie oderwiesz się od lektury

ROZGRYWKA TRWA. A ONA GRA O WŁASNE ŻYCIE 😱 🔹Recenzja🔹 🍁🍁🍁🍁🍁/5 Od kiedy @wydawnictwojaguar ogłosiło premierę tej książki nie mogło jej zabraknąć w moich zbiorach czytelniczych. Sama okładka jest boska 🤍 Ale to co kryje w środku to rollercoaster w czystej postaci. W Nowym Jorku rozpoczyna jest mordercza gra, która trwa 7 dni. Na świecie żyją bogowie, którzy ukrywają się wśród zwykłych ludzi, a o istnieniu AGONU wiedza jedynie członkowie greckich rodów. Kiedy któryś z bogów ginie, jego moc przejmuje zabójca. POLUJ! INACZEJ TO TY STANIESZ SIĘ OFIARA 😱 Główna bohaterka Lorę w bardzo młodym wieku straci swoją rodzine. Zostali oni zamordowani. Dziewczyna cudem ocalała i ukryła się, a schronienie znalazła u starszego człowieka imieniem GIL. Przez długie lata pamietała o swoich bliskich, jednakże cała historie dowiadujemy się stopniowo co uważam za cudowne rozwiązanie. Przez całe swoje życie, odpychała od siebie mroczne moce, aż do pewnego dnia kiedy w dziwach pojawia się ra...
10
silwana

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna historia, trudno się od niej oderwać.
10
Aelin_9

Nie oderwiesz się od lektury

Dobrze się czytało, całkiem oryginalna fabuła. Polecam
00
bielaszewska

Nie oderwiesz się od lektury

to było coś pięknego ! moje serce płonie z miłości
00
zojaojaoja

Dobrze spędzony czas

Świetnie napisane, trzyma w napięciu, a świat i fabuła są misternie i ciekawie wymyślone. Polecam!
00

Popularność




Tytuł oryginału: Lore

Redakcja: Karolina Wąsowska

Korekta: Marta Tojza, Marta Stochmiałek

Skład i łamanie: Arkadiusz Zawadzki/Aureusart

Jacket art © 2021 by Billelis

Spot illustrations copyright © Keith Robinson, 2021

Map illustration by Keith Robinson © 2021 by Buena Vista Books, Inc.

Marble and column images © 2021 by Stone/Shutterstock

Reprinted by permission of Disney Hyperion Books. All rights reserved

Text copyright © Alexandra Bracken, 2021

First published in Great Britain in 2021 by Hodder & Stoughton

First published in the US in 2021 by Hyperion, an imprint of Buena Vista Books, Inc.

Copyright for the Polish edition © 2021 by Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

Wyrażamy zgodę na wykorzystanie okładki w Internecie.

ISBN 978-83-8266-037-1

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2021

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ul. Ludwika Mierosławskiego 11a

01-527 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

CZĘŚĆ PIERWSZAMIASTO BOGÓW

ROZDZIAŁ PIERWSZY

MATKA POWIEDZIAŁA JEJ KIEDYŚ, ŻE CZŁOWIEKA MOŻNA POZNAĆ TYLKO W JEDEN SPOSÓB – wyzywając go na pojedynek. Lore wiedziała jednak z własnego doświadczenia, że dzięki walce można co najwyżej odkryć, w którą część ciała przeciwnik nie chciałby oberwać.

Dla jej obecnego rywala tą częścią ciała była lewa pierś, wciąż zasłonięta bandażem skrywającym nowy tatuaż.

Uniosła ważące blisko pół kilograma rękawice i przyjęła na nie kolejne niedbałe uderzenie. Cofnęła się o krok, a jej trampki zapiszczały na taniej niebieskiej macie. Po pięciu walkach, jakie odbyły się tego wieczora, kawałki srebrnej taśmy samoprzylepnej wyznaczającej prowizoryczny ring zaczynały odklejać się pod wpływem ciepła i wilgoci. Lore chrząknęła, dotykając piętą jednego z nich.

Pot ściekał jej po twarzy, czuła już wyłącznie jego słony smak. Nie zamierzała się ocierać, choć szczypał ją w oczy. Ból nie był przecież zły. Pomagał jej się skupić.

Wszystko to – to znaczy walka – stało się jej najnowszym złym nawykiem. Przynosiło ukojenie tak potrzebne od sześciu miesięcy, czyli od śmierci Gila. Złożona wówczas obietnicatylko jednego pojedynkuzostała złamana w chwili, gdy Lore poczuła znajomy przypływ adrenaliny.

Pierwsza walka wystarczyła, żeby zdusić dławiący smutek, wypchnąć go z głowy, wrócić do normalności. Druga pozwoliła uśmierzyć ból rodzący się w sercu. Trzecia zapewniła jej zaskakująco dużo gotówki.

A teraz, wiele tygodni później, walka numer piętnaście dostarczyła jej tego, czego tak bardzo potrzebowała tej nocy: odwrócenia uwagi.

Lore powtarzała sobie, że w dowolnym momencie może rzucić ten sport. I że przestanie walczyć, kiedy pojedynki niczego już nie będą jej dawać. Albo kiedy zaczną przypominać jej o tym, co zakopała.

Ale tak się nie stało. Jeszcze nie.

W ciasnej piwnicy chińskiej restauracji Czerwony Smok panował gwar. Wokół mat tłoczyło się stanowczo zbyt wiele rozgrzanych osobników. Tłum falował wraz z ruchami zawodników, wyznaczając nieoficjalne granice ringu. Wielu gapiów ściskało w dłoniach kubeczki, starając się nie rozlać ani odrobiny cennego trunku. Przekazywane z rąk do rąk kupony i rachunki krążyły dookoła, na koniec trafiały do Frankiego, organizatora całego przedsięwzięcia. Lore spojrzała na niego. Właśnie ustalał kolejność dwóch następnych walk oraz wysokość stawek. Zawsze bardziej od zwycięzców interesowały go wygrane.

Schodami prowadzącymi do kuchni na górze spływała para, nadając powietrzu satynową miękkość. Zapach kurczaka kung pao stanowił smakowitą alternatywę dla smrodu starych wymiocin i piwa, który straszył w nieczynnych klubach nocnych, w których najczęściej organizowano walki.

Publiczności to nie przeszkadzało: każde miejsce dawało im iluzję ekskluzywności. Choć tak naprawdę lista gości Frankiego była obecnie o wiele mniej wyjątkowa niż kiedyś: modelkom, osobom ze światka artystycznego, wreszcie biznesmenom rozdającym małe saszetki z białym proszkiem coraz częściej towarzyszyły dzieciaki z prywatnych szkół testujące granice obojętności swoich rodziców.

Rywalem Lore był chłopak w jej wieku – miał delikatną, pozbawioną szram skórę i cechowała go nieuzasadniona pewność siebie. Śmiał się, wskazując Lore palcem, kiedy wybierał sobie przeciwnika spośród zawodników Frankiego. Lore zdecydowała się go zmiażdżyć, zdeptać resztki jego dumy. I to zanim nazwał ją dziecinką i posłał jej pijackiego buziaczka.

– Niech zgadnę – warknęła przez ochraniacz na zęby i wskazała głową na bandaż na jego nastoletniej piersi zasłaniający nowy tatuaż. – „Żyj, śmiej się, kochaj”? „Fruzia Forever”?

Chłopak zmarszczył brwi, a publiczność zarechotała. Wycelował pięścią w jej głowę i aż stęknął z wysiłku. Wyprowadzenie tego ciosu w połączeniu z włożoną weń siłą zmusiło go do odsłonięcia klatki piersiowej. Lore miała otwartą drogę do celu. Momentalnie wbiła rękawicę w miękką, pokrytą tuszem skórę.

Chłopak wybałuszył oczy i wypuścił z sykiem powietrze z ust. Jego kolana uderzyły o matę.

– Wstawaj – powiedziała Lore. – Przynosisz wstyd swoim kumplom.

– Ty… ty głupia dzi… – rzucił, krztusząc się własnym ochraniaczem na zęby.

Lore zastanawiała się wcześniej, ile czasu upłynie, zanim wbije przeciwnika w ziemię. Teraz już wiedziała. Pięć minut.

– Jestem przekonana, że nie chcesz mnie tak nazwać – stwierdziła, krążąc wokół niego. – Zwłaszcza że właśnie przede mną uklęknąłeś.

Wyraźnie wściekły, próbował podnieść się z ziemi. Wywróciła oczami.

Już cię nie śmieszę, co?, pomyślała.

Gil powiedziałby, żeby dała spokój temu głupiemu szczeniakowi – zawsze powtarzał jej w ten swój beztroski, nieoceniający sposób, że nie musi brać udziału w każdej walce, jaka się trafiła. Prawdę mówiąc, nienawidził pojedynków i Lore czuła się winna. Że go zawiodła.

Oczywiście próbowała innych rzeczy. Żadna z nich nie pomagała jej uporać się z miażdżącym poczuciem straty równie skutecznie, co dobra bijatyka. A Lore usiłowała zapomnieć nie tylko o śmierci Gila. Czuła właśnie, jak tuż pod jej skórą rodzi się nowy lęk.

Był sierpień. W mieście znów odbywało się polowanie.

Ze wszystkich sił starała się wyprzeć z pamięci tę mroczną część swojego życia, którą dawno zostawiła za sobą. Włożyła mnóstwo wysiłku w rozpoczęcie jaśniejszej, pogodniejszej egzystencji, a jednak w zakamarkach umysłu mimowolnie odliczała dni. Jej ciało napinało się, a zmysły wyostrzały, jakby szykowały się na nadchodzące wydarzenia.

Dwa tygodnie temu zaczęła widywać na mieście znajome twarze osób, które najwyraźniej przygotowywały się na dzisiejszy wieczór. Związany z tym szok zadał jej cios w płuca niczym ostry nóż. Każde takie spotkanie uświadamiało jej, że cała jej nadzieja i wszystkie ciche błagania poszły na marne. Proszę, wielokrotnie powtarzała w myślach przez ostatnich kilka miesięcy. Niech w tym cyklu to będzie Londyn. Niech to będzie Tokio.

Niech to będzie dowolne miejsce na świecie, byle nie Nowy Jork.

Wiedziała, że tego wieczora nie powinna opuszczać domu. Nie wtedy, kiedy wybuchnie wśród nich szał zabijania. Gdyby rozpoznał ją choćby jeden łowca, rody nie polowałyby wyłącznie na bogów. Pragnęłyby również zdobyć jej skalp.

Kątem oka zobaczyła, że Frankie spogląda na swój śmieszny zegarek kieszonkowy i daje jej sygnał do zakończenia walki. Podejrzewała, że chciał jak najszybciej stąd wyjść i w spokoju napawać się zapachem pieniędzy.

– Wyszalałeś się? – zapytała rywala.

Zamroczony alkoholem chłopak zaczął ganiać Lore po macie, zataczając niezdarne półkola pięściami. Coraz bardziej się irytował, bo publiczność wciąż rechotała ze śmiechu.

Kiedy Lore uchyliła się, unikając kolejnego ciosu, jej naszyjnik wysunął się spod koszulki. Umieszczony na nim wisiorek w kształcie złotego pióra odbił promyk światła i zabłysnął. Chwilę później trafiła go pięść przeciwnika. Najwyraźniej zaczepiła o cienki łańcuszek, bo kiedy Lore ponownie się przesunęła, zapięcie pękło i naszyjnik wylądował u jej stóp.

Lore odpięła zębami pasek rękawicy i uwolniła dłoń. Uchyliła się przed następnym atakiem rywala i szybko podniosła błyskotkę. Schowała ją do tylnej kieszeni dżinsów. Kiedy zakładała rękawicę, poczuła kolejną falę frustracji.

Wisiorek dostała od Gila.

Odwróciła się do chłopaka, powtarzając sobie, że nie powinna go zabijać. Mogła jednak złamać mu ten piękny nosek.

Co, ku radości tłumu, zrobiła.

Krew trysnęła na twarz. Chłopak zaklął.

– Czas spać,  c h ł o p t a s i u  – powiedziała, spoglądając na Frankiego. Chciała się upewnić, czy powinna już zakończyć walkę. – Tak naprawdę…

Na skraju pola widzenia dostrzegła nadlatującą pięść. Odwróciła się dostatecznie szybko, żeby rękawica trafiła ją w bok głowy, a nie w oko. Świat zniknął w ciemności i dopiero po chwili odzyskał kolory. Jakimś cudem Lore zdołała utrzymać się na nogach.

Chłopak wydał z siebie okrzyk zwycięstwa i uniósł ręce do wysoko. Wciąż krwawił z nosa. Potem ruszył w stronę Lore. Miała tylko sekundę, żeby uświadomić sobie, co się dzieje.

Instynktownie podniosła gardę, starając się zasłonić klatkę piersiową. Jednak jej rywal miał inny plan. Nieoczekiwanie objął ją ramieniem i przycisnął usta do jej ust.

Panika zawładnęła Lore, odcięła ją od własnego umysłu. Oślepiła ją. Chłopak przywarł do niej, niezgrabnie liżąc ją językiem. Otaczający ich tłum wył z zachwytu.

Coś w niej pękło. Ciśnienie narastające od tygodni uwolniło się ze wściekłym rykiem. Uderzyła kolanem między nogi chłopaka. Kiedy upadł, wyjąc, jakby poderżnęła mu gardło, zaatakowała z furią.

Następną rzeczą, jaką pamiętała, było wrażenie, że ktoś podnosi ją z ziemi. Wciąż warczała i kopała. Rękawice miała skąpane we krwi. Zmiażdżonej twarzy przeciwnika nie dało się już rozpoznać.

– Uspokój się! – huknął Wielki George, jeden z ochroniarzy Frankiego, i delikatnie nią potrząsnął. – Kochanie, on nie jest tego wart!

Serce Lore waliło w jej piersiach zdecydowanie zbyt szybko, by mogła zapanować nad oddechem. Wciąż drżała, kiedy mężczyzna postawił ją na ziemi. W końcu skinęła na znak, że wszystko z nią w porządku. Puścił ją i podszedł do jęczącego na macie chłopaka. Trącił go stopą.

Dudnienie, które przez cały ten czas słyszała, nagle ustąpiło i Lore uświadomiła sobie, że w sali zapadła kompletna cisza. Słychać było jedynie szczęk naczyń w kuchni na piętrze.

Strach powoli zagnieździł się w niej, zaciskając pętlę wokół jej serca. Ukryte w rękawicach palce zacisnęły się aż do bólu. Nie tylko straciła nad sobą kontrolę, ale także obudziła tę część siebie, którą – jak sądziła – pogrzebała wiele lat temu.

To przecież nie ja, pomyślała, ocierając pot z górnej wargi. Już nie ja.

Prowadziła teraz inne, lepsze życie.

Nie chcąc stracić wypłaty za tę noc, zignorowała zalewającą ją żółć i zapomniała o nienawiści, jaką żywiła do leżącego na ziemi, skamlącego z bólu ścierwa. Uśmiechnęła się niewinnie. Wzruszyła ramionami i wyrzuciła ręce do góry.

Widzowie nagrodzili ją wiwatami, unosząc na jej cześć kubeczki.

– Wcale nie wygrałaś. Oszukiwałaś! – rzucił chłopak przez łzy. – To nie fair.  O s z u k i w a ł a ś!

Tacy kolesie jak on tak właśnie kończyli. Jego świat wcale się nie zawalił, co najwyżej jego obraz samego siebie okazał się iluzją. Lore uświadomiła mu, że zasłużył na wszystko, co go dzisiaj spotkało. Był winny, ponieważ w ogóle istniał.

Zdjęła rękawice i nachyliła się nad nim. Publiczność zamilkła. Otaczające ją twarze czekały niecierpliwie na jej słowa niczym wygłodzone wrony.

– Może następnym razem walniesz tu sobie: „Jestem przegrywem”? – zapytała słodkim tonem, kładąc dłoń na tatuażu chłopaka.

Gong zagłuszył jego okrzyk wściekłości i zakończył walkę. Wielki George pociągnął pokonanego w stronę jego przyjaciół.

Lore spojrzała na Frankiego. Wiedziała już, że przychodząc tutaj, popełniła błąd. Zastanawiała się, czy powinna zacząć krzyczeć, czy też po prostu rzucić się do ucieczki.

Dotarła do krawędzi ringu, kiedy usłyszała głos Frankiego:

– Następna walka: Złotko kontra pretendent Gemini.

Posłała mu poirytowane spojrzenie, na które odpowiedział typowym dla siebie beztroskim uśmiechem. Pokazał jej pięć palców. Pokręciła głową, więc dodał jeszcze trzy. W powietrzu wokół niej wirowały pomięte banknoty, wzniecone przez tłum spieszący obstawiać zakłady.

Powinna wrócić do domu. Wiedziała o tym, ale…

Uniosła wszystkie dziesięć palców. Frankie skrzywił się, po czym machnął ręką, kierując ją w stronę ringu. Lore ponownie założyła rękawice i odwróciła się. Liczyła, że czeka ją teraz pojedynek z jednym z przyjaciół chłopaka. Przynajmniej mogłaby się zabawić.

Tak się jednak nie stało.

Lore zachwiała się, gdyż jej młody przeciwnik znajdował się poza snopem światła rzucanego przez lampę wiszącą nad ich głowami. Celowo ukrył się w ciemności. Po chwili zrobił jednak krok w przód. Pozwolił, żeby przyćmiony blask odsłonił wykonaną z brązu maskę zasłaniającą mu twarz.

Powietrze w płucach nagle zaczęło Lore ciążyć.

Łowca.

ROZDZIAŁ DRUGI

JEDNA MYŚL PRZELECIAŁA JEJ PRZEZ GŁOWĘ. Uciekaj.

Ale instynkt domagał się czegoś innego, a ciało mu uległo. Lore przyjęła postawę obronną i poczuła smak krwi, gdyż z nerwów przegryzła sobie wargi. Miała wrażenie, że każda część jej ciała wibruje, napędzana strachem i napięciem.

Jesteś idiotką, powiedziała sobie. Musiała teraz go zabić na oczach wszystkich tych ludzi albo znaleźć sposób, żeby przenieść walkę na zewnątrz i tam dokończyć dzieła. Żadnych innych opcji nawet nie rozważała. Nie planowała też umrzeć na nasączonych alkoholem matach rozłożonych w piwnicy chińskiej restauracji, która nawet nie serwowała mapo tofu.

Jej przeciwnik górował nad nią wzrostem i Lore próbowała sobie wmówić, że nie ma w tym nic niepokojącego. Choć była wysoka, on miał co najmniej piętnaście centymetrów więcej. Prosta szara koszula i spodnie dresowe wydawały się na nim zbyt małe i ciasno przylegały do atletycznej sylwetki. Każdy mięsień jego ciała był tak doskonale zarysowany jak u wojowników, których Lore oglądała na starożytnych wazach należących do jej ojca. Noszona przez rywala maska przedstawiała grymas wściekłości. Tak też zabrzmiał okrzyk bojowy, który nagle z siebie wydał.

Dom Achillesa.

No cóż, pomyślała Lore. Słabo.

– Nie walczę z tchórzami, którzy zakrywają twarz – oświadczyła chłodnym tonem.

Z trudem stłumił śmiech.

– Domyślam się – odpowiedział ciepło.

Zdjął maskę i położył ją przy krawędzi ringu. Reszta świata rozpłynęła się dla Lore w blasku ognia.

Ale ty nie żyjesz!

Słowa stanęły jej w gardle, pozbawiając ją tchu. Cofnęła się o krok, lecz tłum wypychał ją do przodu, ku macie. Walczyła o powietrze, które – jak sądziła – nie docierało do jej płuc. Miała wrażenie, że twarze dookoła są poza zasięgiem jej wzroku.

Powinieneś nie żyć, pomyślała. Przecież umarłeś!

– Zaskoczona? – Wyczuła w tonie przeciwnika nutkę nadziei, ale jego oczy czujnie ją obserwowały.

Castor.

Jego niegdyś delikatna twarz nabrała ostrości, a młodość umknęła z jego rysów. Zaskakujące, jak bardzo pogłębił się mu głos.

Przez jedną koszmarną chwilę Lore wydawało się, że śni na jawie. Że za moment się ocknie, tak jak zawsze, kiedy śniła o przeszłości; o czasach, kiedy jej siostry i rodzice wciąż żyli. Bała się, że zaraz zwymiotuje lub zacznie szlochać. Ciśnienie rozsadzało jej czaszkę, unieruchamiało ją, dusiło jakąkolwiek radość, jaką mogła nieść ta niespodzianka.

Ale Castor Achilleos nie zniknął. Podobnie jak nie zniknął pulsujący ból, pamiątka po wcześniejszych walkach. W powietrzu wciąż unosił się zapach gorzałki i smażonego jedzenia, a Lore czuła na swoim ciele każdą kroplę potu spływającego po twarzy i plecach. Więc wszystko to działo się naprawdę!

Nadal się nie poruszyła. Nadal nie oderwała wzroku od twarzy Castora.

Był prawdziwy.

Naprawdę żył.

Kiedy wreszcie jakaś szczątkowa emocja przedarła się przez ogarniające ją odrętwienie, okazała się czymś innym, niż Lore się spodziewała. To była złość. Nie dzika i oszałamiająca, lecz tak ostra i bezlitosna jak niegdyś ostrza ich treningowych mieczy.

Castor żył, a mimo to pozwolił, żeby go opłakiwała przez siedem długich lat.

Lore otarła twarz rękawicą. Starała się skupić na walce, choć miała wrażenie, że za chwilę jej ciało rozpadnie się na kawałki. Czekał ją pojedynek. Przeciwnik zadał już pierwszy cios, jednak był osobą, którą kiedyś uważała za swojego najlepszego przyjaciela, dlatego doskonale wiedziała, jak mu się zrewanżować.

– Dlaczego miałabym być zaskoczona? – odpowiedziała. – Nie mam pojęcia, kim jesteś.

Cień niepewności przemknął po twarzy Castora, ale szybko zniknął. Chłopak uniósł brew i posłał Lore łagodny, lecz wiele mówiący uśmiech. Kilkoro stojących za nią widzów zaczęło szeptać.

Lore wiedziała, że nie zrezygnuje z urządzenia mu awantury. Nie zamierzała też wypuścić go z ringu bez stoczenia walki. Nie po tym wszystkim, co się wydarzyło. Odwróciła się, żeby dać sygnał Frankiemu. Miała nadzieję, że nie zauważy, jak serce wyrywa się z jej piersi.

Rozległ się gong. Tłum zaczął wiwatować. Stanęła nisko na nogach i przyjęła bojową postawę.

Odejdź, pomyślała, patrząc znad rękawic na przeciwnika. Zostaw mnie w spokoju.

Przez siedem lat nawet nie próbował jej odnaleźć, więc dlaczego teraz się pojawił? Żeby z niej zakpić? Zmusić do powrotu?

Nie ma na to szans.

– Bądź dla mnie łagodna – powiedział, unosząc dłonie i spoglądając na rozdarcie na jednej z pożyczonych rękawic. – Od dawna nie sparowałem.

Nie tylko żył, ale też wybrał karierę uzdrowiciela, zamiast wykształcić się na wojownika. Jego życie potoczyło się zgodnie z planem. Nie było jej przy nim, więc nie mogła mu w niczym przeszkodzić.

I nigdy jej nie szukał. Nawet wtedy, gdy naprawdę go potrzebowała.

Lore krążyła wokół niego, lekko stąpając po macie. Tej siedmioletniej rozłąki nie dało się wymazać.

– Nie martw się – powiedziała chłodno. – Walka nie potrwa długo.

– Mam nadzieję, że nie będzie też krótka – odpowiedział, rozciągając usta w kolejnym uśmiechu.

W jego ciemnych oczach odbijało się światło żarówek kołyszących się nad ich głowami, w tęczówkach zaś płonęły iskry. Miał długi, prosty nos, choć wielokrotnie złamał go podczas sparingów, do tego szczękę uciętą pod idealnym kątem i kości policzkowe przypominające ostrza.

Lore wyprowadziła pierwszy cios. Castor odchylił się na bok, robiąc unik. Wydał jej się szybszy niż kiedyś, ale poruszał się sztywno. Choć wciąż był silny, najwyraźniej wyszedł z wprawy. Przypominał jej zardzewiałą maszynę, która próbowała odnaleźć dawny rytm. Jakby na potwierdzenie tego, pochylił się nieco zbyt głęboko i zakołysał, z trudem łapiąc równowagę.

– Naprawdę przyszedłeś tu, żeby walczyć? – warknęła. – Płacą mi od meczu, więc przestań marnować mój czas.

– Nie śmiałbym – odpowiedział Castor. – Nawiasem mówiąc, nadal pochylasz prawe ramię.

Lore skrzywiła się, ale oparła się pokusie zmiany postawy. Stopniowo tracili uwagę publiczności. Podłoga w piwnicy zadrżała, gdy widownia zaczęła wytupywać rytm, próbując wpłynąć na tempo walki.

Castor najwyraźniej dobrze odczytywał emocje tłumu albo został oblany wystarczającą liczbą drinków, ponieważ ponownie skupił się na pojedynku. Żarówki kołysały się na łańcuchach, rzucając dookoła cienie. Wchodził i wychodził z nich, jakby znał metodę wtapiania się w mrok.

Zamarkował ruch w prawo i bez przekonania uderzył Lore w ramię.

Furia przemalowała jej świat na palącą biel. Oto, jak bardzo ją szanował. Nawet nie uważał jej za godnego siebie przeciwnika. Potraktował ją jak jakiś żart!

Uderzyła pięścią w jego nerkę, a kiedy się skulił, lewą ręką grzmotnęła go w ucho. Zachwiał się i w końcu podparł kolanem, nie mogąc odzyskać równowagi.

Wyprowadziła kolejny cios, tym razem prosto w twarz. Castor zachował trzeźwość umysłu i go zablokował. Wstrząs towarzyszący uderzeniu przeszedł przez całe jej ramię.

– Baw się ze mną dalej, a zobaczysz, jak to się dla ciebie skończy – ostrzegła.

Castor spojrzał na nią zza ciemnych, niesfornych kosmyków, które opadły mu na oczy, a jego skóra w kolorze kości słoniowej się zarumieniła. Lore odwzajemniła spojrzenie. Pot spływał jej po brodzie, a ciało wciąż pulsowało siłą burzy szalejącej w jej wnętrzu. Kołyszące się żarówki niemal hipnotycznie tańczyły w ciemnych tęczówkach Castora. Ostatnie ślady rozbawienia zniknęły mu z twarzy, zupełnie jakby zdołała je zdrapać.

Skoczył do przodu, blokując własne ramię pod jej kolanami i następnie pociągając za nie. W jednej chwili Lore stała, w następnej leżała już płasko na plecach, z trudem łapiąc oddech. Publiczność zaczęła wiwatować.

Uniosła nogę, żeby kopnięciem odrzucić Castora od siebie, jednak usłyszała uprzejmy ton głosu Frankiego:

– Żadnego kopania!

No tak.

Przetoczyła się na lewo, niemalże do krawędzi maty, i poderwała się na równe nogi. Tym razem Castor był już gotowy na serię razów, którą wyprowadziła. Uchyliła się więc i odskoczyła, chwytając rytm walki. Wygięła usta w mimowolnym uśmiechu.

Dostrzegła ruch u szczytu schodów prowadzących do piwnicy. Ktoś schodził. To jedno spojrzenie miało swoją cenę – Castor cofnął rękę i zadał jej silny cios w brzuch.

Sapnęła, próbując opanować nieprzyjemny ból. Oczy chłopaka rozszerzyły się ze strachu.

– Wszystko w… – zaczął.

Lore pochyliła głowę i wbiła ją prosto w jego klatkę piersiową. Miała wrażenie, że próbuje przebić betonową ścianę. Każdy staw ją bolał, a przed oczami pojawiły się mroczki. Kiedy Castor upadł, przewróciła się razem z nim.

Przetoczył ich tak, że znalazł się na górze. Przyszpilił Lore do maty, uważając, żeby nie zmiażdżyć jej ciężarem własnego ciała. Ku swojemu zadowoleniu Lore usłyszała, że równie ciężko oddycha.

– Umarłeś – wykrztusiła, po czym spróbowała wyrwać się z jego uchwytu.

– Nie mam za wiele czasu – odpowiedział i przeszedł na język starożytny. – Potrzebuję twojej pomocy.

Zaczęła się uspokajać, choć wypowiedział te słowa w dialekcie, o którym tak bardzo pragnęła zapomnieć.

– Coś się dzieje – dodał. Walka rozgrzała go do tego stopnia, że jego ciało prawie ją paliło. – Nie wiem już, komu mogę ufać.

Spojrzała w bok.

– I to niby mój problem? Ja już się wycofałam.

– Wiem, ale mimo to musiałem cię ostrzec… Cholera! – sapnął Castor, po czym zaklął też w starożytnym języku.

Nagle przekręcił się i Lore znalazła się na nim. Gdzieś w oddali usłyszała publiczność odliczającą do ośmiu. Zbyt późno zdała sobie sprawę, że Castor chce dać jej wygrać.

– Ty kretynie! – warknęła.

Utkwił wzrok w postaci u szczytu schodów, którą wcześniej widziała tylko przez chwilę. To był Evander, krewny Castora i od czasu do czasu towarzysz ich dziecięcych zabaw.

Van miał na sobie prostą czarną szatę łowiecką ze złotym świecidełkiem przypiętym tuż nad lewą piersią. Choć jego czarna skóra błyszczała za sprawą pary buchającej z kuchni, to sam wydawał się chłodny niczym ocean. Przyciął włosy tuż przy skórze, czym jeszcze bardziej wyeksponował swoją oszałamiającą urodę. Spojrzenie wciąż miał bystre i właśnie sygnalizował coś Castorowi.

– Czas minął – oświadczył jej przeciwnik. Lore nie była pewna, czy mówi o walce.

– Zaczekaj – zaczęła, chociaż sama nie wiedziała, dlaczego to powiedziała. Ale Castor już ją z siebie zsunął. Trzymał ją w talii o sekundę dłużej, niż było to konieczne.

– On czegoś szuka i nie wiem, czy nie chodzi mu o ciebie – stwierdził.

Gdy dotarł do niej sens jego słów, natychmiast zakręciło jej się w głowie. Był tylko jeden  o n ,  o którym Castor mógł mówić. Z trudem wzięła kolejny oddech. Walczyła z szumem narastającym w uszach.

– Może skończyłaś z Agonem, ale jego to chyba nie interesuje. Bądź ostrożna! – dodał i przyjrzał jej się uważnie, po czym pochylił się i szepnął jej do ucha: – Nadal walczysz jak Furia.

Cofnął się i ukłonił. Przyjął na klatę buczenie publiczności. Sięgnął po czerwony kubeczek i przecisnął się przez tłum, kierując się w stronę schodów. Kiedy do nich dotarł, Evander chwycił go za ramię i obaj zniknęli w rozgrzanej kuchni.

Ktoś złapał Lore za nadgarstek, próbując unieść jej rękę wysoko, ale wyrwała mu się i popędziła przed siebie, łokciami roztrącając ludzi na boki.

Co ty wyrabiasz?, huknął głos w jej umyśle. Daj im odejść!

Tuż pod schodami wpadła na kogoś z tak dużym impetem, że poleciał na ścianę. Odwróciła się w jego stronę, pozwalając ustom wypowiedzieć pierwszą sylabę przeprosin. Nagle zorientowała się, z kim ma do czynienia.

– Cholera.

Skórę miał białą niczym kość, ciemne oczy zaś komicznie rozszerzył, kiedy pochwycił jej spojrzenie. Ostra, nieco hipsterska fryzura. Szczupłe ciało i obcisłe dżinsy. Naszyjnik z plecionej końskiej sierści.

Miles.

Niewiarygodne, pomyślała. Jakim cudem ta piekielna noc stała się jeszcze gorsza?

– Zaczekaj tutaj! – rozkazała, a wciąż oszołomiony chłopak kiwnął głową.

Wbiegła po schodach do kuchni i omijając poirytowanych kucharzy oraz przedzierając się przez kłęby pary, dotarła do drzwi ewakuacyjnych. Wyskoczyła na spowitą mrokiem ulicę.

Powietrze jarzyło się czerwienią tylnych świateł odjeżdżającego SUV-a. Pojedynczy czerwony kubeczek potoczył się do jej stóp. Na jego krawędzi dostrzegła coś ciemnego.

Tusz.

Odwróciła przedmiot w stronę przyciemnionej lampki wiszącej tuż nad drzwiami, próbując złożyć w całość nierówne litery. Na skroniach czuła pulsowanie tętnic.

Apodidraskinda.

Dziecięca zabawa w chowanego.

Wyzwanie. Odszukaj mnie.

Wrzuciła kubeczek do pobliskiego śmietnika i odeszła.

ROZDZIAŁ TRZECI

NAPIĘCIE OPUŚCIŁO LORE, KIEDY Z POWROTEM ZESZŁA DO PIWNICY. Nigdzie nie zauważyła Milesa, choć przez chwilę krążyła w tłumie. W końcu zajrzała do Frankiego, że odebrać plecak oraz wypłatę za tę noc. Wysłuchała jednym uchem, gdzie w przyszłym tygodniu miały odbyć się walki. Przeliczyła gotówkę. Chciała upewnić się, że Frankie jej nie oszukał. Przez cały czas próbowała zignorować niepokój krążący w jej krwiobiegu.

On czegoś szuka i nie wiem, czy nie chodzi mu o ciebie.

Przeszedł ją dreszcz. Potrząsnęła głową, próbując pozbyć się z niej głosu i twarzy Castora. Musiała przygotować się na nadchodzące dni.

Miles czekał na nią na zewnątrz. W ciągu kilku minut, które Lore straciła na bezowocną pogoń, zdążył już złapać zadyszkę. Możliwe, że po prostu krążył lub szykował przemowę, którą miał zamiar wygłosić. Albo robił obie te rzeczy naraz. Kiedy Lore pojawiła się w drzwiach, znieruchomiał, udając, że przez cały czas gapił się w telefon.

Spodziewała się wszystkiego, ale nie tego, co powiedział.

– Chcesz coś przekąsić u Marthy?

Zawahała się.

Najchętniej wróciłaby do domu, wzięła prysznic i przespała kolejnych sześć dni, aż to obrzydliwe polowanie dobiegnie końca i rozpocznie się kolejny, siedmioletni cykl. Sęk w tym, że Miles działał na nią uspokajająco.

– Jasne – odpowiedziała z wymuszoną nonszalancją. Wciąż miała wrażenie, że pod skórą skwierczą jej błyskawice. – Całkiem sensowna propozycja.

Uniósł brew.

– Tym razem ty stawiasz.

– Ja? – zapytała, pozwalając sobie na powrót do luźnego stylu ich rozmów. – A może mam zatrzepotać rzęsami i poprosić o posiłek na koszt firmy?

– A czy kiedykolwiek ci się to udało? – rzucił szczerze zaciekawiony.

– Przecież jestem przekonująco urocza – stwierdziła.

Zatrzepotała rzęsami, jednak twarz miała obolałą od ciosów. Opuchlizna też pewnie nie pomagała.

Miles otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale zmienił zdanie.

– No co? – zapytała.

– Nic – odparł, spoglądając na zachmurzone niebo. – Powinniśmy iść, zanim weźmiemy przymusowy prysznic, którego zresztą potrzebuje tylko jedno z nas.

Powietrze przesycała wilgoć. Cuchnęło ułożonymi w stos workami śmieci przygotowanymi do porannej wywózki. Przejeżdżająca taksówka zmąciła wodę w rynsztoku. Przelotny deszcz padał od wielu dni i Lore wiedziała, że szybko nie przestanie.

– Używam perfum z najlepszych lo mein i bao – odpowiedziała. – Ale nie mogę przecież spodziewać się po tobie dobrego gustu.

Oczywiście żartowała. Miles traktował swoje ciało jak dzieło sztuki. Miało mówić o jego nastrojach i zainteresowaniach, wreszcie o ludziach, których nosił w sercu. W rezultacie jego skórę zdobiły liczne tatuaże, od wspaniałych motywów florystycznych i winorośli wijących się wokół torsu, po dzieła sztuki nowoczesnej, które sam zaprojektował. Lore podejrzewała, że tylko on znał znaczenie tych wszystkich szczytów górskich, par oczu czy szlaczków. Sama najbardziej lubiła widniejące na jego szyi zdanie napisane w języku koreańskim. Ceniła je ze względu na związaną z nim historię. Słowa te powtarzała Milesowi babcia, kiedy co niedziela dzwonił do domu swoich rodziców na Florydzie. Oznaczało: „Kocham cię mocniej z każdym wschodem słońca”. Gdy po raz pierwszy Miles pokazał jej ten tatuaż, zbeształa przyjaciela. Oblizała nawet palec i udała, że próbuje zetrzeć tusz, przez resztę nocy pęczniała jednak z dumy.

Poszli na Canal Street, żeby linią A dojechać aż do Sto Dwudziestej Piątej Ulicy. Lore była już w połowie schodów prowadzących na peron metra, kiedy usłyszała nadjeżdżający pociąg i poczuła charakterystyczny podmuch powietrza uciekającego ze stacji. Przyspieszyła, wyciągając kartę miejską z tylnej kieszeni spodni i przeciągając ją przez czytnik. Miles jak zawsze nie był gotowy na tego typu akcje. Wydał z siebie zduszony jęk i zaczął grzebać w portfelu.

– Zaczekaj, ja… coś nie…

W końcu przeciągnął kartę przez czytnik, ale otrzymał komunikat o błędzie.

O wpół do trzeciej metro kursowało znacznie rzadziej niż w godzinach szczytu. Wagon był pełen. Lore zablokowała zamykające się drzwi ramieniem, dając Milesowi czas na dołączenie do niej.

Poklepał ją po plecach, kiedy pociąg wreszcie ruszył w dalszą drogę.

– Martha – przypominała. – Głodnam.

– Taksówka – odpowiedział. – Łatwiej.

– Kasa – wyjaśniła. – Rozrzutnyś.

Wagon opustoszał na wysokości Columbus Circle. Zwolniły się miejsca przed nimi, więc Miles usiadł i wyciągnął telefon. Lore wzięła głęboki oddech i otarła dłonią czoło. Choć wydawała się spokojna, w jej głowie królował chaos.

On czegoś szuka i nie wiem, czy nie chodzi mu o ciebie.

Odkąd zobaczyła w mieście łowców, czuła rosnący niepokój. Wiedziała, że powinna obawiać się Aristosa Kadmou – lub kimkolwiek był jako nowy bóg. W normalnych okolicznościach zachowałaby ostrożność i najchętniej jeszcze tego samego dnia opuściła miasto. Trzymałaby się z dala od ringu i od niego. Od nich wszystkich.

Ale to nie przerażenie zdominowało jej uczucia. Wiedziała bowiem, że może się ukryć. Zresztą z powodzeniem ukrywała się przez ostatnie trzy lata. Przede wszystkim czuła dziwne napięcie, którego nie potrafiła się pozbyć. Ten niepożądany ucisk w klatce piersiowej, który pojawiał się za każdym razem, gdy przypominała sobie twarz Castora.

On żyje, pomyślała, czując dziwaczne oszołomienie.

Miles chrząknął skonsternowany i zamknął jedną ze swoich aplikacji randkowych.

– Co się stało z facetem, z którym umówiłeś się w piątek? – zapytała Lore, z przyjemnością podsuwając swojemu umysłowi temat zastępczy. – Sądziłam, że dobrze rokuje. Jak mu tam było? Nick?

– Noah – odpowiedział Miles, zamknął oczy i wziął głęboki oddech, jakby brakowało mu sił. – Zaprosił mnie do siebie do domu. Poznałem jego cztery chomiki.

Lore spojrzała na niego.

– Nie mów!

– Nazwał je imionami swoich ulubionych pierwszych dam – kontynuował Miles obolałym głosem. – Jackie miała kapelusik z filcu wzmocnionego lakierem do paznokci. Kazał mi ją nakarmić. Kawałeczkami sałaty.  S a ł a t y ,  Lore. Sałaty!

– Przestań powtarzać to słowo – poprosiła. – Wiesz, mógłbyś odpocząć od randkowania.

– A ty mogłabyś spróbować – odbił piłeczkę. Poprawił się na siedzeniu. – Nigdy cię o to nie pytałem, ponieważ nie chciałem być wścibski…

– Ale… – dodała za niego.

– Ale… – zaczął. – Chodzi mi o tego chłopaka. Widziałem, jak na niego zareagowałaś…

Zacisnęła dłoń na pasku od plecaka.

– A jak miałam zareagować, skoro się na mnie rzucił? – zapytała. – Zasłużył na to, żeby mu przemodelować twarz. Następnym razem dwa razy się zastanowi, zanim zacznie dobierać się do obcych dziewczyn.

– No tak,  t e n  zdecydowanie zasłużył – powiedział szybko Miles. – Prawdopodobnie i na kolejnych trzydzieści sekund lania. Ale pytałem o tego drugiego kolesia.

– Tego drugiego – powtórzyła. Jej serce zabiło mocniej.

– Tego, który wyglądał, jakby narodził się w moich szczenięcych fantazjach – wyjaśnił usłużnie Miles.

Głos Castora w jej głowie wciąż był ciepły. Nadal walczysz jak Furia.

– Co z nim? – zapytała.

– Odniosłem wrażenie, że go znasz – wyjaśnił.

– Nie – odpowiedziała ostrym tonem. Już nie.

Aby powstrzymać kolejne pytania, oparła głowę o ramię Milesa i pozwoliła kołyszącemu się wagonowi działać uśmierzająco. Po chwili wzięła pierwszy głęboki wdech tej nocy.

Pociąg pędził w stronę Sto Dwudziestej Piątej, łapiąc miarowy rytm gwałtownych hamowań i przyspieszeń. Lore bała się zamknąć oczy. Czuła, że twarz Castora, pogodna i pełna wiary w przyszłość, ponownie pojawi się w jej głowie. A to wywoła w niej wspomnienia o świecie, który zostawiła za sobą.

W końcu wyszli z metra i ruszyli w stronę baru U Marthy. W centralnej części miasta niewiele się działo.

Dawniej Harlem wydawał się jej obcą krainą. Zwłaszcza wtedy, kiedy przeprowadziła się do Gila, do przytulnego, wyłożonego piaskowcem szeregowca przy Sto Dwudziestej Ulicy. Jej rodzina od zawsze mieszkała w Hell’s Kitchen i Lore nie miała wcześniej powodu, żeby zapuszczać się dalej na północ niż do Dziewięćdziesiątej Szóstej. Jednak wtedy jej bliscy nie żyli już od czterech lat, a ona spędziła ten czas za granicą. Wracając na stare śmieci, czuła się, jakby odzyskała ciuchy, które wcześniej komuś oddała. Coś jej nie pasowało. Niby wszystko było takie samo, ale w jakiś sposób inne.

Mimo to ceniła sobie kolejne trzy lata, zakończone tym przerażającym dniem jakieś sześć miesięcy temu, kiedy Gil zmarł, potrącony przez samochód. W pierwszym odruchu chciała spakować się i wyjechać, tymczasem okazało się to niezwykle skomplikowane. Mężczyzna zostawił jej w spadku dom razem z całą zawartością.

Lore mogła oczywiście sprzedać budynek i w mgnieniu oka zniknąć. Miles dałby sobie radę, nawet jeśli znalezienie sensownego lokalu w tym mieście mogło przyprawić o ból głowy. Jednak za każdym razem, kiedy na poważnie to rozważała, ulice zdawały się owijać wokół niej. Znajome witryny sklepowe, dzieciaki bawiące się na werandzie dwa domy dalej, pani Marks spłukująca chodnik co poniedziałek o dziesiątej rano… to wszystko ją uspokajało. Dzięki temu zapominała, że czuła się, jakby jej klatka piersiowa miała zapaść się z przerażenia i rozpaczy.

Ostatecznie Lore postanowiła zostać. Mimo wszystkich swoich wad to zatłoczone miasto było przecież jej domem. Rozumiała jego trudną osobowość i była wdzięczna, że ukształtowało ją, ponieważ w najmroczniejszych chwilach życia ratowała ją właśnie elastyczność, której tu nabyła.

W pewnym sensie Lore czuła, że to dzielnica wybrała ją, a nie odwrotnie. Dziewczyna chciała wówczas, by ktoś ją przygarnął. I taki właśnie był Nowy Jork. Zawsze miał swoje zdanie i jeśli było się dostatecznie cierpliwym, prowadził człowieka tam, dokąd powinien on dotrzeć.

Choć była czwarta rano, Lore wcale nie zaskoczyła obecność innych osób cieszących się wczesnym śniadaniem u Marthy. Nawet w tak spokojnym miesiącu jak sierpień.

– Dzień dobry, panie Herrera – zawołała, wycierając stopy o starą matę.

– To się jeszcze okaże, Lauren Pertho – odpowiedział mężczyzna z kanapką w buzi.

Lore używała tego imienia od lat, ale wciąż potrafiło ją zaskoczyć.

– Jak leci, Mel?

– Przynajmniej jest sucho – odpowiedziała barmanka zza kontuaru i spojrzała na nią. Właśnie sprawdzała stan kasy. – To, co zawsze?

– Cóż, jesteśmy niewolnikami własnych przyzwyczajeń – potwierdził Miles. – Masz bezkofeinową?

– Nastawię dla ciebie dzbanek – zaproponowała. – Z bitą śmietaną?

Miles miał podniebienie dziecka, które najchętniej jadałoby tylko desery.

– I z wiórkami czekoladowymi! – przypomniał.

– Robi się, kochanie – odpowiedziała Mel i zniknęła w kuchni, biorąc się do realizacji zamówienia. Jeden potrójny talerz drwala dla Lore i naleśniki z czekoladą w kształcie Myszki Miki z dodatkową bitą śmietaną i syropem klonowym dla Milesa.

– No co? – zdziwił się. – Nie skomentujesz tego? Nie rzucisz żartu o czekającej mnie cukrzycy?

Dopiero po chwili Lore zrozumiała, że mówił do niej. Uniosła wzrok, który wcześniej wbijała w podłogę.

– Od samego gapienia się na ciebie może rozboleć brzuch – stwierdziła, opierając się o ścianę jednej z pokrytych winylami kabin. Jej tętno skoczyło, jakby Miles przyłapał ją na robieniu czegoś zakazanego.

Przyjaciel wpatrywał się w nią przez chwilę, ale zachowywał pogodny ton.

– Rozsądny komentarz jak na kogoś, kto zamierza pochłonąć posiłek przeznaczony dla trzech osób.

– Zdrowy apetyt, zdrowa dziewczyna – rzucił pan Herrera, regulując rachunek.

– No właśnie – podchwyciła Lore, próbując skupić na mężczyźnie swoją uwagę. – A jak się miewa mój piękny Bo?

Sklepowy kot Bo pojawił się w tej okolicy dwa lata wcześniej i uznał delikatesy pana Herrery za swoje terytorium. Nigdy go nie porzucił. Kiedy Lore po raz pierwszy natknęła się na niego, wzięła go za wyjątkowo dużego szczura i na poważnie zastanawiała się, czy przypadkiem nie uciekł z Zaświatów. Teraz w późne niedzielne poranki uwielbiała siadać na ławce przed sklepem i dzielić się łososiem z bajgla z pewnym kumplem o wyjątkowo niesfornym usposobieniu.

– Zżarł dwanaście batoników czekoladowych, zarzygał towary, a następnie zniszczył wór papierowych ręczników – oświadczył pan Herrera i ruszył w stronę drzwi. – Powinienem zabrać tego diabła do weterynarza.

– Mam popilnować sklepu? – zapytała Lore. Lubiła zastępować sklepikarza, zwłaszcza tuż po porannej inwazji kawoszy. Mogła wówczas usiąść i w spokoju poczytać książkę, dopóki nie pojawili się luncherzy, gotowi zdziesiątkować zapasy kanapek i tacek z sushi.

– Nie tym razem – odpowiedział mężczyzna. – Przyjechał mój siostrzeniec. Może chciałabyś go poznać? Jest o rok młodszy od ciebie, całkiem mądry chłopak…

– Potrafi prać? – zapytał poważnym tonem Miles. – Albo chociaż gotować? Ona potrzebuje kogoś, kto wypełni poważne luki w jej kompetencjach życiowych.

Pan Herrera zaśmiał się, pomachał im na pożegnanie i wyszedł, żeby otworzyć sklep.

Lore nie wiedziała, dlaczego zaproponowała mu pomoc. Przecież planowała czym prędzej wyjechać. Sama obecność Castora powinna skłonić ją do ucieczki, z zapasami lub bez. A co dopiero jego słowa!

Potarła ramiona w miejscu, za które ją chwycił. Ku swojemu zaskoczeniu odkryła, że skóra wciąż jest ciepła pomimo porannego chłodu. Nie spodziewała się…  j e g o .  Całego. Tych dobrze jej znanych łagodnych oczu. Ale też tego, jak urósł. Silnego ciała.

Sposobu, w jaki się do niej uśmiechnął.

– Lore…  L o r e !  – powtórzył Miles, tym razem bardziej stanowczym tonem.

Znów uniosła wzrok.

– Co?

– Pytałem, czy chodzi o pieniądze.

Zerknęła na niego zaskoczona.

– Z czym chodzi o pieniądze?

Spojrzał na nią znacząco.

– Jeśli chodzi o kasę, to mogę zacząć płacić ci za wynajem. Ale sądziłem, że Gilbert zostawił ci trochę forsy…

Zgodnie ze swoją irytującą uprzejmością i zamiłowaniem do niespodzianek Gil zostawił im, swoim „przyszywanym wnukom”, sporą sumę pieniędzy. Lore właściwie jej nie tknęła – no dobra, pokrywała z niej koszty utrzymania domu. Wydawanie odziedziczonej kasy na inne rzeczy uznała za niewłaściwe.

– To pieniądze Gila – oświadczyła.

Miles wydawał się to rozumieć.

– Cóż, mogłabyś, jak wszyscy, zatrudnić się na pół etatu jako baristka. To normalny etap w życiu człowieka. Mogłabyś też zarabiać na zajęciach z samoobrony.

Pokręciła głową. Była wycieńczona, a mimo to próbowała przedrzeć się przez plątaninę uczuć i myśli. Spróbować skupić się na pojedynczym wątku rozmowy.

– Nie zamierzam oskubywać nikogo, kto chce nauczyć się bronić – stwierdziła, ściszając głos.

Właściciel siłowni położonej przy Sto Dwudziestej Piątej pozwalał jej korzystać ze sprzętu, kiedy na zewnątrz robiło się zbyt zimno na bieganie. W zamian udzielała tam bezpłatnych lekcji samoobrony i była z tego układu zadowolona.

– Nie chodzi o pieniądze – dodała.

– Jesteś pewna? Bo przez ostatni rok używałaś tych samych trzech ohydnych woreczków strunowych – kontynuował Miles.

Uniosła palec.

– Wcale nie są ohydne, bo myję je po każdym użyciu. A ty co robisz dla środowiska?

Uniósł brew. Tego lata odbywał staż w radzie miejskiej i jednocześnie studiował zrównoważony rozwój miast na Uniwersytecie Columbia.

– Nie musisz odpowiadać – stwierdziła.

Miles robił to, czego w nim nienawidziła – pozował na współczującego i niezwykle wyrozumiałego faceta.

– Poza tym mam pracę – dodała. – Jestem złotą rączką, zapomniałeś?

Początkowo miała pracować u Gila jako mieszkająca na miejscu opiekunka. Jej funkcja rozszerzyła się po wymianie przez Lore baterii w czujnikach dymu, co wiele mówiło o ówczesnym stanie technicznym budynku.

– A właśnie,  z ł o t a   r ą c z k o ,  może wpadniesz naprawić mi okno, zanim nadejdzie zima?

Lore zmarszczyła brwi, przeczesując dłonią kołtuny, w jakie zamienił jej włosy deszcz.

– Okej, w jakimś stopniu chodzi o pieniądze – przyznała. – Ale również o inne sprawy.

– Sprawy Gila? – naciskał Miles.

Wyciągnęła wisiorek z kieszeni i spojrzała na pęknięte zapięcie złotego łańcuszka. Brakowało jej jego dotyku na szyi. Świecidełko dostała trzy lata temu, na swoje pierwsze urodziny od powrotu do miasta. Od tamtej pory zdjęła łańcuszek tylko jeden raz.

Piórko, które oderwało się od skrzydła, wcale nie zostało utracone, powiedział wówczas Gil. Ono odzyskało wolność.

Wisiorek codziennie przypominał jej, jak wiele zyskała, pracując dla Gila. A zatrudniła się u niego, kiedy po poważnym wypadku stało się jasne, że mężczyzna nie może mieszkać dalej sam. Od tamtej pory wiele dla niej zrobił. Stał się jej przyjacielem i mentorem. Był żywym dowodem na to, że nie wszyscy mężczyźni są tak surowi i okrutni jak ci, których Lore pamiętała z dzieciństwa.

– Minęło już parę miesięcy… – zaczął Miles.

– Sześć – przerwała mu ostrym tonem.

– Sześć – potwierdził, kiwając głową. – Nieczęsto o tym rozmawiamy, ale… – Ponieważ Lore otworzyła usta, gwałtownie podniósł rękę. – Chcę jedynie powiedzieć, że jestem przy tobie i jeżeli chcesz, możemy o nim pogadać.

– Ale ja nie chcę – warknęła.

Gil powiedział jej kiedyś, że czasami trzeba odpychać od siebie złe myśli tak długo, aż na dobre odejdą. Podejrzewała więc, że pewnego dnia oswoi się z jego śmiercią.

– Wiesz… – zaczął Miles znanym jej tonem.

– Nie interesuje mnie nauka – powtórzyła po raz setny. – Zresztą tobie też szkoła się nie podoba.

– Nie zawsze lubi się to, czego się potrzebuje – zauważył.

– Nie zawsze trzeba robić to, czego się nie lubi – odparowała.

Miles westchnął, wydmuchując powietrze przez nos.

– Tak sobie myślę… Co prawda nie wiem, co przeżyłaś w przeszłości, ale… spróbuj skupić się na przyszłości, w przeciwnym wypadku przeszłość stale będzie cię powstrzymywać.

Lore przełknęła ślinę, lecz wciąż czuła nieprzyjemny ucisk w gardle.

– Jakim cudem dowiedziałeś się o tej walce? Śledziłeś mnie?

– Spotkałem się wczoraj z kumplem ze szkoły i nagle zaczął mi opowiadać o tych szalonych, supertajnych ringach. W pewnym momencie wspomniał też o dziewczynie z blizną ciągnącą się od zewnętrznego kącika oka aż do brody. Pomyślałem, że to zupełnie jak u mojej przyjaciółki Lore.

Dziewczyna nieświadomie otarła tę część twarzy o ramię. Blizna była wąska, ale mimo upływu lat wciąż widoczna.

– Mam nadzieję, że tym kumplem nie był koleś, którego sprałam? – zażartowała. – Tylko się upewniam.

– Nie, ale jeszcze nigdy nie byłem tak zachwycony i jednocześnie przerażony – przyznał.

Jego telefon zadzwonił tak wściekle, że obydwoje podskoczyli.

– To twój budzik? – zapytała, przyciskając dłoń do klatki piersiowej.

Choć od lat mieszkali w tym samym budynku, nigdy jeszcze nie słyszała tego dźwięku.

– W pewnym sensie – odpowiedział, po czym odebrał połączenie. – Mamo, czemu jeszcze nie śpisz? Jest czwarta nad ranem… No nie, na pewno nie musisz teraz drukować tych formularzy. Zapisz sobie na karteczce, żeby to zrobić o normalnej godzinie, i… Nie, idź już spać… Cóż, gdybym spał, tobyś mnie obudziła… Mamo! Wracaj do łóżka!

Niewyraźny głos pani Yoon przepełniała niewytłumaczalna o tej porze dnia energia. Lore zauważyła, że Miles zamyka oczy i cierpliwie wzdycha.

– Ech, no dobrze. Sprawdziłaś wszystkie przewody, prawda? – zapytał. – Jesteś pewna, że się nie poluzowały?

Posłał przyjaciółce przepraszające spojrzenie, lecz Lore nie miała mu tego za złe. Właściwie było to miłe. Wykorzystała tę chwilę, żeby wyobrazić sobie malutkiego gotha dorastającego wśród strzelistych palm pastelowej Florydy. Miles był jedynakiem i czasami – na przykład teraz – życie przypominało mu o tym.

Właśnie westchnął po raz kolejny.

– A w ogóle to włączyłaś drukarkę, mamo? Powinien się świecić taki guziczek…

Lore usłyszała, jak pani Yoon śmieje się w odpowiedzi.

– Dziękuję, Michael – stwierdziła zawstydzona.

Miles ukrył twarz w dłoni, wyraźnie poirytowany jej pytaniem lub tym, że użyła jego imienia, którym zwracała się do niego tylko rodzina. Potem powiedział mamie, że ją kocha, zarówno po angielsku, jak i koreańsku, i wreszcie się rozłączył.

– Zmusiła mnie do zmiany dzwonka, kiedy w zeszłym miesiącu pojechałem do domu – wyjaśnił. – Uważa, że czasami nie odbierałem, bo ustawiłem zbyt cichy dźwięk. Czułbym się źle, gdybym go teraz zmienił…

Lore uśmiechnęła się, choć jednocześnie czuła ból w sercu. Każdy marzyłby o takich telefonach, gdyby nagle zamilkły.

– Ona po prostu chce usłyszeć twój głos – powiedziała.

I żebyś o niej pamiętał, dodała w głowie. Potem jej myśli podryfowały w innym kierunku. Świat wokół niej otoczyła mroczna aureola, zza której wyłoniła się twarz Castora. Cienie przytulały się do niej.

– Hej – odezwał się nagle Miles. – Wszystko w porządku?

– Nic mi nie jest – stwierdziła Lore.

I musiało tak być. Dla niego. Dla niej samej.

Dla Gila.

– Zbieramy się? – zapytała, kiedy Mel wróciła z kuchni z ich zamówieniem.

– Obiecaj mi, że będziesz ostrożna – poprosił Miles i zanim zdążyła cofnąć rękę, schwycił jej dłoń. – Nie chodzi mi o walki. Po prostu nie chcę, żebyś cierpiała.

Na to już niestety za późno, pomyślała Lore.

Wracali ulicą skąpaną w przyćmionym świetle latarni, niosąc swoje śniadania i kawy. Burza zamieniła się w coś, co przypominało zasłonę z drobnej mgły. Nowy Jork należał do tych nielicznych miejsc na świecie, które po deszczu wydawały się brudniejsze niż wcześniej, a mimo to Lore uwielbiała to miasto.

Po drodze do domu postanowiła powiedzieć Milesowi, że kilka kolejnych dni spędzi w podróży, nawet jeśli oznaczałoby to wskoczenie do pierwszego lepszego autobusu i spanie w lesie – tak by nikt nie zdołał jej znaleźć.

W rzeczywistości marzyła o spędzeniu reszty niedzielnego poranka w łóżku. Splotła ramiona z Milesem i przyjaciele wędrowali przed siebie pogrążoną we śnie ulicą. Chłopak nucił piosenkę, której nie znała, a Lore starała się o niczym nie myśleć.

Kiedy od domu dzieliła ich już tylko jedna przecznica, Miles nagle zatrzymał się, a potem cofnął o krok.

– Co jest? – zapytała Lore.

Nachylił się w stronę ściany delikatesów Martin’s, miejsca, w którym Lore nie była mile widziana, gdyż zbyt często narzekała na czerstwe bajgle. Ostrożnie potarł palcami smugę jakiejś ciemnej substancji. Lore ze zgrozą pociągnęła go do tyłu.

– No dobra, chyba nadszedł czas, żebym przypomniała ci o kilku podstawowych zasadach bezpieczeństwa obowiązujących w Nowym Jorku. Po pierwsze, nie przyjmuj niczego, co ktoś próbuje ci wcisnąć na Times Square. Po drugie, nie dotykaj żadnych podejrzanych substancji na ziemi i ścianach…

– To chyba krew – przerwał jej Miles.

Lore odsunęła od niego rękę.

Obrócił się, spoglądając na ziemię.

– Cholera jasna. Sporo jej…

Miał rację. Lore uznała krople widoczne na betonie za deszcz, ale teraz dostrzegła ciemną ciecz spływającą rynsztokiem. Burza przybierała na sile.

Miles ruszył do przodu. Rozglądał się, próbując zlokalizować rannego. Lore złapała go za tył koszuli i podała mu swoje pudełko ze śniadaniem i kawą. Drugą ręką wyciągnęła scyzoryk przyczepiony do pęku kluczy.

– Trzymaj się mnie – rozkazała.

Czuła się, jakby tropiła ranne zwierzę. Ofiara prawdopodobnie słaniała się na nogach. Sunęła, szukając kolejnych podpórek – latarni, poręczy, zaparkowanego samochodu. Lore z rosnącym niepokojem uświadomiła sobie, że ślady zmierzają w stronę ich domu.

Kiedy zbliżyli się do budynku, zacisnęła dłoń na tępym nożu. Krwisty trop prowadził do ich własnych drzwi i kolorowych doniczek, które Gil umieścił wzdłuż frontowych schodów.

Miles jęknął, więc Lore podążyła za jego wzrokiem.

Tuż obok pustych pojemników na śmieci siedziała kobieta, opierając się plecami o ich werandę ze starego piaskowca. Błękitną szatę miała przesiąkniętą deszczem.

Lore miała wrażenie, że powietrze wokół niej uskakuje, jak na chwilę przed uderzeniem pioruna.

– Pokaż ręce! – wykrztusiła, wyciągając w stronę bogini swój żałosny scyzoryk.

Oczy kobiety miały kolor ofiarnego dymu. Drobinki złota błyszczały w jej tęczówkach, dryfując niczym skry. Jedyna pozostałość po stłumionej boskiej mocy.

Nazywano ją siwooką boginią, ale Lore wiedziała już, że nie chodziło o kolor jej oczu. Prędzej o to, że kiedy patrzyła na kogoś tak, jak teraz patrzyła na nią, można było dostrzec jej prawdziwy wiek. Wojny, cywilizacje, potwory, tragedie, wynalazki i odkrycia geograficzne – te oczy widziały mijające tysiąclecia i postrzegały je tak, jak Lore pory dnia.

Kosmyki lśniących złotem włosów zwisały wzdłuż twarzy bogini niczym zasłużone blizny. Nawet w swojej obecnej formie wydawała się niepokojąco nieskazitelna, rysy miała bowiem śmiałe, idealnie symetryczne.

Kobieta odchyliła się do tyłu, odrywając rękę od biodra, za które do tej pory się trzymała. Kiedy położyła ją na kolanie, długie, zadbane palce zgięły się niczym pazury.

Zakrwawioną dłoń miała jednak pustą.

Lore gapiła się na nią. Na wpół świadomie opuściła broń.

Bogini nachyliła się i z jej boku buchnęła fala gorącej, cuchnącej krwi. Rana była zbyt duża i zbyt postrzępiona jak na ślad po strzale czy pocisku. A więc ostrze. Cios zadany przez profesjonalistę.

Lore miała wrażenie, że wciąż śni, choć jednocześnie zachowała pełną jasność umysłu.

– Ktoś najwyraźniej miał twój numer – wykrztusiła. – Pech przy lądowaniu?

Zajmij się mną.

Lore aż podskoczyła. Półżywa czy nie, bogini wciąż wypowiadała słowa w taki sposób, że przypominały uderzenia mieczem w tarczę. Wibrowały wzdłuż nerwów Lore, unosząc wszystkie włoski na jej ciele. Od tak dawna nie słyszała krystalicznie czystej formy starożytnego języka, że potrzebowała chwili, by dokładnie zrozumieć to zdanie.

Jej głos stał się niemal niesłyszalnym szeptem.

– Co powiedziałaś?

Spojrzenie bogini stało się nieostre, tracąc swoją hardość. Na jej twarzy nie widać było strachu, a jedynie gorzkie rozczarowanie. Cofnęła rękę i przyłożyła ją do rany. Kiedy znów przemówiła, z trudnością wymawiała słowa. Mimo to jej rozkaz odbił się echem w duszy Lore.

– Zajmij się mną… śmiertelniczko.

Potem siwooka Atena osunęła się na chodnik i straciła przytomność.

ROZDZIAŁ CZWARTY

– O MÓJ BOŻE!

Spanikowany głos Milesa wyrwał Lore z odrętwienia. Spojrzała w jego stronę. Blask telefonu komórkowego rozświetlał jego twarz. Drżącymi rękami wybierał kolejne cyfry.

Wyrwała mu aparat z rąk i zakończyła połączenie.

– Co robisz? – zawołał. – Ona potrzebuje pomocy! Proszę pani! Słyszy mnie pani?

– Uspokój się! – przerwała mu Lore ostrym tonem. – I nie krzycz tak!

– Znasz ją? – Miles wyglądał, jakby miał ochotę rozorać sobie twarz paznokciami. – O nie, krew… Ja tylko… – Zakrztusił się i zakaszlał we własną dłoń.

– Ja… ją znam – odpowiedziała Lore bez namysłu. – Ona jest… tak jakby… też walczy.

– Ale teraz musi… – Miles znów się zakrztusił. – Przepraszam… Ja tylko… Szpital… Musimy zawieźć ją do szpitala! I na policję!

Lore zaklęła, choć jej umysł pracował na najwyższych obrotach. Gdyby zawieźli boginię do szpitala, policja z pewnością chciałaby przesłuchać Lore. Jej dane i być może zdjęcie znalazłyby się w systemie. Rody z reguły umieszczały co najmniej kilku łowców w każdym szpitalu w mieście. Liczyły, że jakiś samarytanin wezwie pogotowie i nieświadomie dostarczy boga w ich ręce. Ale Atena z pewnością już zostawiła za sobą ślady. Zapach i krew. Psy będą w stanie ją wytropić. Doprowadzą łowców do sanktuarium Lore. Naraziłoby to Milesa na niebezpieczeństwo, a ją zmusiło do zaangażowania się. Do zrobienia czegoś.

Przyłożyła palce do szyi bogini, próbując wyczuć puls. Ichor bogini, równie czerwony co zwykła ludzka krew, kapał na kolana i tenisówki Lore.

Cholera, pomyślała. Po raz pierwszy od wielu lat czuła się bezradna. Musiała odnaleźć w sobie boski pierwiastek. I to szybko.

– Żadnej policji – zadecydowała, szukając sensownego argumentu. – Bo ona… no… Ona nie ma ubezpieczenia. Możesz otworzyć drzwi i pomóc mi wnieść ją do środka?

Z trudem założyła sobie rękę Ateny na szyję. W swojej śmiertelnej postaci bogini miała ponad sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu i – jak się okazało – ciało śliskie od deszczu i krwi.

Wnieśli ją do mieszkania i położyli na kafelkach w czarno-białą szachownicę. Lore zostawiła Milesa przy rannej i pobiegła na górę. Wyciągnęła z szafki zapasowe prześcieradła i ręczniki, po czym zrzuciła je przez poręcz.

Zbiegła po schodach, zaciągnęła żaluzje okna w wykuszu. W ten sposób zamieniła frontowy pokój w fortecę. Miles w tym czasie włączył lampę wiszącą pod sufitem.

Ekran telewizora stojącego nad kominkiem przypominał czarne lustro. Lore odsunęła na bok stolik kawowy. Kiedy Miles rozłożył ciemne prześcieradła, uświadomiła sobie, że niegdyś korzystał z nich Gil.

– Co się dzieje? – zapytał, kiedy próbowali przetoczyć na nie leżącą na brzuchu Atenę. – Lore, pytam poważnie. Co się tu, do cholery, dzieje?

Bogini jęknęła boleśnie. Lore zerknęła w stronę wejścia. Od razu dostrzegła rozmazaną krew i uświadomiła sobie, że miała kolejny bardzo poważny problem do rozwiązania.

– Chcę, żebyś coś dla mnie zrobił – powiedziała do przyjaciela, klękając koło Ateny. – Leć do pana Herrery i poproś go o tyle butelek wybielacza, ile ma na stanie… Zaczekaj! Nie chodzi mi o zwykły wybielacz, tylko o taki tlenowy. No, chyba że nie ma innego.

– Tlenowy… co? – spytał bezradnie Miles.

– Wybielacz tlenowy. Tyle, ile ma – wyjaśniła. – Poproś, żeby dopisał mi go do rachunku.

– A jak ma taki w tabletkach?

– Idź – powiedziała, wskazując ręką wyjście. – No, ruszaj się!

Miles wydawał się zbyt oszołomiony, żeby zaprotestować. Przeskoczył nad plamą krwi, po raz ostatni zakaszlał, po czym zatrzasnął za sobą drzwi.

Zapach drzewa sandałowego i starych książek, którymi zazwyczaj pachniał dom, zniknął zduszony przez ostry odór krwi. Żołądek Lore niemalże zrobił fikołka, gdy ułożyła boginię na plecach. Rozdarła zniszczoną tunikę, chcąc lepiej przyjrzeć się ranie. Czerwona ciecz sączyła się jej między palcami.

– Cholera – szepnęła Lore.

Atena miała uszkodzoną wątrobę i nerkę. Lore znała to cięcie. Wykonała je léaina, jedna z młodych kobiet przygotowywanych przez rody do udziału w polowaniach. Miały dopaść zdobycz i ranną przynieść swojemu panu, żeby mógł ją dobić.

Lore przycisnęła ręcznik do rozcięcia, próbując zatrzymać krwawienie.

– Obudź się. Obudź się! – zawołała.

Atena pod zamkniętymi powiekami poruszyła oczami.

Lore zrobiła pierwszą rzecz, jaka przyszła jej do głowy. Uderzyła boginię w twarz.

Siwe oczy spojrzały na nią, bogini kilkukrotnie zamrugała.

– Przepraszam – powiedziała Lore. – Ale zasłużyłaś na to.

Powietrze nagle zaczęło parzyć jej płuca. Własny strach bardzo ją zaskoczył. Stanowił przebłysk żalu za uderzenie Ateny. Całe lata uczono ją nienawiści wobec starych bogów. Nauka na niewiele się zdała, kiedy Lore zobaczyła iskry mocy płonące w oczach rannej kobiety.

Można było sobie wmawiać, że ściga się zdobycz, ale tylko do momentu, gdy ta odwracała się i odsłaniała zęby.

Bogini odkaszlnęła, przesuwając głową po podłodze. Nawet jako śmiertelniczka miała w sobie coś obcego, nieludzko lodowatego. Jej obecne ciało było jedynie nienaturalnym naczyniem stworzonym, żeby je zniszczyć.

Lore położyła sobie dłonie na udach, próbując zapanować nad ich drżeniem. Wiedziała, że nie zdołałaby zabić Ateny. Nie chciała boskiej mocy. Nie chciała niczego, co się z tym wiąże.

– Fatalne uczucie, prawda? – zapytała, pozwalając, żeby strach ustąpił miejsca szalonej lekkomyślności. – Bycie śmiertelnym człowiekiem. Co za porażka! Mogę zapytać, kto cię dopadł?

Ta chwila rodziła się od ponad tysiąca lat. Atena przeżyła dwieście jedenaście cykli Agonu tylko po to, żeby w dwieście dwunastym ktoś ją pokonał.

Miodowy odcień jej skóry przybladł, kiedy wreszcie zbliżała się do niej śmierć. Atena należała do ostatnich pierwotnych bogów wciąż walczących w Agonie. Prócz niej żyli jeszcze Hermes, Artemida i być może Apollo. Przy czym Atena zawsze wydawała się Lore celem niemożliwym do upolowania. Była na to za silna, za szybka, za sprytna.

Aż do teraz.

Badały się wzajemnie.

Gdyby Atena próbowała ocenić wartość Lore, chociażby siłę, usłyszałaby, żeby nie zawracała sobie głowy.

– Ja się wycofałam – powiedziała na wszelki wypadek Lore.

Znała mnóstwo pięknych słów, za pomocą których mogłaby schlebić bogini. Mogłaby korzyć się przed nią, odwoływać do próżności i dumy istot jej pokroju. Nie chciała jednak po nie sięgać.

– I nie zamierzam pozwolić tobie ani nikomu innemu na wciągnięcie mnie z powrotem w to bagno.

Bogini wciąż ją obserwowała. Jej surowa linia ust nawet nie drgnęła. Lore spodziewała się tego. Nie będzie przekonywania. Atena wytrzyma niczym dobre ostrze lub pęknie jak słabe.

– Wiem, że rozumiesz angielski – dodała Lore, odmawiając zaoferowania bogini tego, czego ta najwyraźniej oczekiwała.

Starożytny był mieszanką wielu antycznych dialektów, które z czasem stały się współczesną greką. W wykonaniu Ateny język ten czarował nieziemskim pięknem.

– Nie wiem, po co tu przyszłaś, ale niczego nie znajdziesz – kontynuowała Lore. – Jeśli to podstęp i chcesz się na mnie zemścić, to się spóźniłaś. Każdy, kto nosił moje nazwisko, już od dawna nie żyje. Jestem ostatnią z Perseidów. Dom Perseusza przestał istnieć.

Wyraz twarzy Ateny uświadomił jej, że bogini doskonale o tym wiedziała.

Lore poczuła przepełniający ją strach. Lata temu przestała wierzyć w Przeznaczenie i wszystkie te staruszki, które się nim zajmowały. Jednocześnie wątpiła, by pojawienie się Ateny było zwykłym przypadkiem. Nie po ostrzeżeniu Castora.

Zajmij się mną, rozkazała Atena. Pomóż mi.

– Skoro już mnie znalazłaś – stwierdziła Lore, czując dumę z tego, jak pewnym powiedziała to głosem – to wytłumacz mi, czego ode mnie oczekujesz. Byle szybko. Wiem, że to dla ciebie trudne, ale twój czas się kończy, a moje plany na dzisiejszy poranek nie obejmują pojedynku na miny z bóstwem. Może zacznij od wyjaśnienia mi, kto próbował cię zabić.

Atena spojrzała na nią po raz kolejny i wreszcie się odezwała.

– Moja siostra – rzekła nieco słabszym głosem.

Strach przemknął przez ciało Lore.

– Artemida?

Bogini spochmurniała. Jej druga siostra, Afrodyta, została zgładzona dobry wiek temu. Nowy bóg przetrwał zaledwie jeden cykl, gdyż po siedmiu latach dopadł go inny łowca. Wszystko to przypominało jakąś chorą odmianę sztafety maratońskiej. Nieśmiertelność przekazywana niczym pałeczka pomiędzy rodami krwi.

– Sądziłam, że trzymacie się razem – powiedziała Lore. – Co się stało z waszym zabawnym sojuszykiem, dzięki któremu mogłaś wszystkich terroryzować?

– Obrócił się… przeciwko mnie – wyjaśniła Atena, przyciskając dłoń do swojego boku. – Zostałam zdradzona. Ten fałszywy Ares… przyszedł po nas… zaraz po Przebudzeniu… Artemida spowolniła mnie, aby móc uciec!

– Niefajnie – stwierdziła Lore z uznaniem w głosie. – Nawet jak na nią.

– Sojusze tworzy się w obliczu potrzeb… żeby zapomnieć o strachu… – Atena walczyła teraz o każde słowo. – Teraz… potrzebuję… ochrony… Dopóki nie… wyzdrowieję. Zwiąż swój los… ze mną.

Zwiąż swój los ze mną. Lore zadrżała.

– Po cholerę miałabym to robić? – rzuciła. – Mogę przecież siedzieć tutaj i patrzeć, jak umierasz!

Pomimo przejściowej utraty nieśmiertelności bogowie zachowywali okruchy swojej potęgi i mogli się skutecznie bronić. U szczytu swoich możliwości dysponowali nieograniczonymi mocami, więc te z Agonu musiały wydawać im się smutną namiastką. A leczyć potrafił jedynie Apollo. Zarówno siebie, jak i innych. Może Atena pod względem fizycznym była silniejsza od pozostałych ośmiorga bogów, zdolna zrównywać budynki z ziemią, ale teraz nie płynęły z tego żadne korzyści.

Gdzieś na ulicy rozległy się szybkie kroki Milesa. Lore poderwała się z ziemi, posyłając bogini surowe spojrzenie. Atena zjeżyła się w obliczu takiej zuchwałości.

– Kiedy przyjdzie, masz się do niego nie odzywać – powiedziała Lore. – Najlepiej udawaj, że śpisz.

– Nie opuszczaj mnie – rzekła słabym głosem Atena. – Zakazuję ci tego!

– No cóż, a ja zakazuję ci umrzeć – warknęła dziewczyna, a jej puls przyspieszył. – Na razie muszę po tobie posprzątać, bo jeszcze psy wpadną na twój trop i sprowadzą tu łowców.

Atena zamrugała nieprzytomnie.

Cholera, pomyślała ze smutkiem Lore. Być może bogini była ciężko ranna, być może nawet straciła przytomność, ale z pewnością nie zapomniałaby o tak ważnym szczególe, gdyby nie znalazła się w naprawdę poważnych tarapatach.

Frontowe drzwi otworzyły się na oścież.

– Mam!

Bogini poruszyła nozdrzami, ale wykonała polecenia Lore.

– Dziękuję – powiedziała Lore do Milesa. – Idź na górę. Spać.

– Zaraz… Co? – zapytał i ruszył za nią na zewnątrz. – Co zamierzasz zrobić?

– Najpierw chcę posprzątać, zanim ktoś zobaczy krew i wezwie gliny – wyjaśniła Lore. – A ty w tym czasie położysz się do łóżka.

Miles spojrzał na leżącą na ziemi Atenę.

– Posłuchaj mnie – powiedziała Lore tonem tak stanowczym, że aż się wzdrygnął. Nie czuła się winna. Nie w tej sytuacji. Chłopak nie miał pojęcia, w jakim bagnie się znalazł. – Idź na górę i nikomu nie otwieraj drzwi. Jeśli zobaczysz na zewnątrz kogoś podejrzanego, to mnie zawołaj.

Wyszła, zanim zdążył zaprotestować lub, co gorsza, zadać kolejne pytanie. Zbiegła po schodach na ulicę i skręciła w stronę bramy prowadzącej do sutereny, której używała jako piwnicy. Bała się, że zabraknie jej czasu. Słońce powoli wyłaniało się zza chmur, a wraz z nim mogli pojawić się pierwsi nowojorczycy.

Wlała dwie butelki wybielacza do wiadra i wyniosła je na zewnątrz, żeby dolać do nich wodę z węża należącego do sąsiada. Za pomocą drucianej szczotki, z determinacją napędzaną przerażeniem, zaczęła szorować kałużę krwi, którą Atena zostawiła tuż obok śmietnika. W końcu Lore rozbolała głowa, a ręce zaczęły szczypać od chemikaliów.

Zaczęła wylewać zakrwawioną wodę z wiadra do rynsztoka, jednak momentalnie przestała. Przez chwilę obserwowała, jak deszcz spłukuje chodnik, a woda spływa do otworu burzowca.

Lore nie była w stanie zamaskować zapachu krwi ani samej bogini, na dodatek teraz przesiąkały ją oba. Doszła do wniosku, że najlepiej będzie zmylić łowców fałszywymi tropami i mieć nadzieję, że się pogubią, zanim dotrą do ich domu. I do Milesa.

Lore ruszyła śladami Ateny, czyszcząc i spłukując je, dopóki deszcz nie zmył reszty plam do rynsztoka. Następnie zatoczyła łuk wokół całego osiedla, zostawiając tu i ówdzie kałuże wody wymieszanej z krwią i wybielaczem.

Kiedy znalazła się nieopodal Central Parku, zdjęła zabrudzone buty i skarpetki. Skrzywiła się, stąpając boso po popękanym chodniku. Zanim zdążyła uświadomić sobie, co może przyczepić się jej do stóp, odważnie ruszyła przed siebie. Wybrała przypadkową, krętą drogę przez labirynt ulic. Zatrzymywała się tylko po to, by wrzucić swoje buty i skarpetki do przepełnionych kontenerów i pojemników na śmieci. Każdą rzecz oddzielnie. W pobliżu domu cisnęła swoją cienką kurtkę na pakę przejeżdżającej śmieciarki i wepchnęła dżinsy oraz koszulkę w podwozia dwóch różnych samochodów dostawczych zaparkowanych nieopodal sklepu pana Herrery.

Zamiast wejść do domu przez główne drzwi, zeszła do piwnicy, w której wciąż unosił się zapach drzewa sandałowego z wody kolońskiej Gila wymieszany z odrobiną pleśni i kurzu. Przeszukując stojące tu pudła, znalazła pojemnik z olbrzymią kolekcją jego świątecznych muszek i krawatów. Odłożyła je na bok, gdyż w kolejnym pudełku zauważyła starą parę szortów i T-shirt.

Szybko się przebrała, a zabrudzone ubrania wyrzuciła do worka na śmieci. Wzięła kilka oddechów, by się uspokoić. Chemiczny zapach zniknął, więc panika zaczęła ustępować miejsca prymitywnej złości.

Lore wdrapała się po wewnętrznych schodach na górę i zanurzyła w ciszy panującej na pierwszym piętrze budynku. Napięcie, które czuła w plecach i ramionach, już zelżało.

Rozejrzała się i niemalże uśmiechnęła. Miles usunął krew z korytarza i zgasił światło w salonie. Zostawił Atenie szklankę wody i aspirynę.

Jest taki pomocny, pomyślała, czując nagły przypływ sympatii do kumpla.

Spojrzała w lewo. Miles nie tylko zamknął drzwi, ale także podparł klamkę krzesłem – jak gdyby miało to powstrzymać łowców przed zainstalowaniem dostatecznej liczby materiałów wybuchowych, żeby wysadzić cały front domu.

Na dźwięk jej kroków Atena obróciła głowę i ponownie otworzyła oczy, które zabłysły w pogrążonym w ciemności pokoju.

Wciąż przyciskała ręcznik do rany. Powietrze wokół niej nie poruszało się. Cisza wydawała się nienaturalna.

– Chcesz, żebym cię chroniła, ukryła przed ludźmi, którzy, jak sądzę, z radością by mnie zabili – szepnęła Lore. – I masz tego świadomość. To dlatego tutaj przyszłaś, prawda?

Atena lekko skinęła głową.

– A co ja będę z tego miała? – zapytała dziewczyna, zbliżając się o krok. – Rozumiem, że to dla ciebie nowe doświadczenie, ale nawet jeśli wracasz do zdrowia szybciej od przeciętnego śmiertelnika, to jeszcze przez jakiś czas będziesz w naprawdę kiepskim stanie. Dlaczego miałabym wiązać swój los z kimś, kto może nie przeżyć kilku godzin, a co dopiero dni?

– Słyszałam… co ci się przytrafiło – powiedziała Atena. – Lata pomiędzy… szukałam… cię…

Włosy na ciele Lore stanęły dęba.

Po zakończeniu Agonu bogowie, zarówno ci starzy, jak i nowi, odzyskiwali nieśmiertelność. Pozostawali jednak w świecie śmiertelników, niezdolni do powrotu do swoich dawnych domów.

Nowi, przepełnieni mocą bogowie celebrowali swoją fizyczność. Żyli pełną życia, manipulując losami świata tak, by napełnić skarbce swoich śmiertelnych rodów. Starzy bogowie, których moce stopniowo słabły, woleli pozostać bezcieleśni. Nie można było ich wyśledzić, kiedy przemierzali ziemię i przygotowywali się na nieprzewidziane okoliczności kolejnych polowań. Czasami szukali zemsty na tych, którzy próbowali ich zabić. Właśnie dlatego łowcy zawsze nosili maski.

– Szukałaś mnie? – zdziwiła się Lore. – Ale dlaczego?

– Wierzyłam… że może ktoś… przekona cię, żebyś mnie wsparła… Usłyszałam twoje… imię… od innych rodów… Twoja rodzina…  z a m o r d o w a n a .  Matka… ojciec… siostry… – powiedziała Atena, oddychając z najwyższym trudem. – Uznali cię za… zaginioną. Niektórzy sądzili… że nie żyjesz.

Gardło Lore zacisnęło się. Prawie nie mogła mówić.

– Co wiesz?