Po zmierzchu - Alexandra Bracken - ebook + książka

Po zmierzchu ebook

Alexandra Bracken

4,3

Opis

Ruby nie może oglądać się za siebie. Ona i inne dzieci, które przeżyły rządowy atak na Los Angeles, jadą na północ, by się przegrupować. Jest z nimi więzień: Clancy Gray, syn prezydenta i jedna z nielicznych osób, które mają takie zdolności jak ona. Tylko Ruby ma nad nim jakąkolwiek władzę, a jedno potknięcie może doprowadzić do katastrofy… Tymczasem tysięcy takich jak oni wciąż cierpią w „obozach rehabilitacyjnych”. Ruby musi ich uwolnić...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 671

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (4 oceny)
1
3
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
centner

Nie oderwiesz się od lektury

po skończeniu tej serii czuję głównie smutek. wspaniała przygoda, super, że wydawnictwo ma w planach kolejna część
00

Popularność




Tytuł oryginału: In the Afterlight

First published by Hyperion, an imprint of Disney Book Group.

Copyright © 2014 by Alexandra Bracken

Projekt okładki: Tomasz Majewski

Redakcja: Olga Gorczyca-Popławska

Korekta: Renata Kuk, Agnieszka Zygmunt

Skład i łamanie: Robert Majcher

Copyright for the Polish edition © 2023 by Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

Wyrażamy zgodę na wykorzystanie okładki w Internecie.

ISBN 978-83-8266-317-4

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2023

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ul. Ludwika Mierosławskiego 11a

01-527 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

tiktok.com/@wydawnictwojaguar

twitter.com/WydJaguar

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2023

WSTĘP

Czerń to brak koloru.

To cichy, pusty dziecięcy pokój. Najmroczniejsza godzina nocy, która więzi cię na pryczy, przygniata do niej kolejnym koszmarem. To mundur opinający szerokie ramiona wściekłego młodego mężczyzny. Czerń to błoto. Pozbawione powieki oko, które obserwuje każdy twój ruch. Ciche brzęczenie ogrodzenia sięgającego tak wysoko, że rozdziera niebo.

To droga. Zapomniany nocny nieboskłon poznaczony blednącymi gwiazdami.

To lufa kolejnego pistoletu przystawiona do twojego serca.

Barwa włosów Pulpeta, siniaków Liama, oczu Zu.

Czerń to zapowiedź jutra naznaczonego kłamstwem i nienawiścią.

Zdrada.

Widzę ją w tarczy rozbitego kompasu, czuję w paraliżującym uścisku rozpaczy.

Uciekam, ale podąża za mną jak cień. Goni mnie, pożera, zatruwa. To przycisk, który nigdy nie powinien zostać wciśnięty, drzwi, które nie powinny się były otworzyć, zaschnięta krew, której nie dało się zeskrobać. To zgliszcza budynków. Samochód ukryty w lesie. Dym.

Ogień.

Iskra.

Czerń jest kolorem pamięci.

To nasz kolor.

Jedyny, którego użyją, by opowiedzieć naszą historię.

1

W miarę jak oddalałam się od centrum miasta, cienie robiły się coraz dłuższe. Szłam na zachód, w kierunku słońca chowającego się za horyzontem, które spalało resztkę dnia. W zimie najbardziej nienawidziłam tego, że noc zdawała się coraz bardziej wdzierać w popołudnie. Na zasnutym smogiem niebie nad Los Angeles widniały ciemne fioletowe i popielate smugi.

W normalnych okolicznościach, przemierzając sieć ulic w drodze do bazy, cieszyłabym się z dodatkowej osłony, jaką stanowił zmrok. Atak zmienił jednak nie do poznania oblicze miasta. Los Angeles było zrujnowane, pełne posterunków wojskowych i aresztów polowych. Na dodatek wszędzie zalegały spalone przez impuls elektromagnetyczny auta, które do niczego się już nie nadawały. Przemierzenie choćby kilometra pośród tego pobojowiska bez zgubienia drogi było prawdziwym wyczynem. Bez miejskiego oświetlenia, byliśmy zmuszeni polegać na odległych światłach wojskowych konwojów.

Pośpiesznie rozejrzałam się wokoło i przycisnęłam dłoń do kieszeni kurtki, by się upewnić, że latarka i pistolet ciągle tam są – zdobyłam je dzięki uprzejmości szeregowej Morales i miały mi służyć tylko w razie najwyższej konieczności. Nie mogłam pozwolić, by ktoś mnie schwytał lub zauważył, jak biegnę w ciemnościach. Musiałam wrócić do bazy.

Przed godziną szeregowa Morales pechowo weszła mi w drogę, kiedy samotnie wracała z patrolu na autostradzie. Jeszcze przed wschodem słońca zajęłam pozycję za przewróconym wrakiem samochodu i tkwiłam tam, obserwując wznoszący się kawałek jezdni, który migotał zalany falą sztucznego światła. Godziny upływały mi na liczeniu małych nieumundurowanych postaci, które krzątały się przy furgonetkach i pojazdach wojskowych, ustawionych zderzak przy zderzaku jak barykada na autostradzie. Byłam zesztywniała ze strachu, ale wiedziałam, że nie wolno mi odpuścić.

Opłaciło się. Szeregowa wyposażyła mnie nie tylko w nowy sprzęt, którego potrzebowałam, by bezpiecznie powrócić do bazy, lecz także w informacje, dzięki którym mieliśmy się w końcu wydostać z tego przeklętego miasta.

Rozejrzałam się na boki, po czym pokonałam stertę cegieł, które kiedyś stanowiły fasadę banku. Syknęłam z bólu, gdy poczułam, jak brzegiem ręki ocieram o coś wyszczerbionego. Poirytowana, kopnęłam jakiś rupieć − metalową literę C, która odpadła z napisu z nazwą instytucji − i natychmiast tego pożałowałam. Brzdęk i stukot odbiły się echem od pobliskich budynków, zagłuszając ciche szepty i nieśmiałe kroki.

Rzuciłam się pędem w kierunku ruin i przykucnęłam za najbliższą stabilną ścianą.

− Czysto!

− Czysto…

Obracając się, obserwowałam, jak po drugiej stronie ulicy żołnierze rzucają się przeszukiwać wejścia do biur i sklepów, zasypane odłamkami szkła. Naliczyłam dwanaście hełmów. Muszę się schować. Rozejrzałam się wokoło, skanując wzrokiem poprzewracane nadpalone meble, po czym ruszyłam w stronę jednego z biurek z ciemnego drewna i się pod nie wsunęłam. Chrobot gruzu na chodniku zagłuszał dźwięk mojego nierównego oddechu.

Nie ruszałam się z miejsca. Zapach dymu, popiołu i benzyny palił mnie w nozdrza, ale cierpliwie czekałam, aż głosy ucichną. Niepewność ściskała mi żołądek, w końcu jednak wypełzłam spod biurka i zaczęłam czołgać się po podłodze w kierunku wyjścia. Ciągle byłam w zasięgu wzroku żołnierzy, którzy sprawdzali rumowisko w połowie ulicy, nie mogłam już jednak czekać ani minuty dłużej.

Kiedy przedarłam się przez wspomnienia szeregowej Morales i zlepiłam ze sobą kawałki potrzebnych mi informacji, poczułam, jakby z piersi spadł mi kawał betonu. Kobieta pokazała mi dziury w obstawie autostrady tak wyraźnie, jakby zaznaczyła je na mapie grubymi czarnymi liniami. Po wszystkim musiałam jedynie wymazać z jej pamięci obraz naszego spotkania.

Wiedziałam, że byli agenci Ligi Dzieci nie będą zadowoleni, że mi się udało. Żadna z ich metod nie przyniosła rezultatów, a do tego systematycznie ubywało jedzenia, które zdobywali. Cole ciągle ich naciskał, żeby pozwolili mi spróbować, ale zgodzili się dopiero pod warunkiem, że pójdę sama – żeby uniknąć dodatkowego „ryzyka”. Wskutek niedostatecznej ostrożności podczas wypraw na miasto straciliśmy już dwoje ludzi.

Nie byłam lekkomyślna, ale zaczynałam się czuć zdesperowana. Wiedziałam, że musimy wykonać jakiś ruch, w przeciwnym razie pokona nas głód.

Armia Stanów Zjednoczonych i Gwardia Narodowa szczelnie otoczyły centrum Los Angeles, wykorzystując sieć autostrad, które ciasno oplotły miasto i jak betonowe potwory odcięły nas od świata zewnętrznego. Od Los Angeles odchodziło wiele dróg: autostrada numer sto jeden biegła na północ i wschód, międzystanowa dziesiątka – na południe, a stodziesiątka – na zachód. Być może udałoby nam się uciec, gdybyśmy wyjechali natychmiast po wydostaniu się z ruin Bazy na powierzchnię, ale… Pulpet nazwał nasz ówczesny stan „nerwicą frontową”. Twierdził, że to niewiarygodne, iż w ogóle byliśmy zdolni się poruszać.

Miałam do siebie pretensje. Powinnam była zmusić pozostałych do ucieczki, a zupełnie się rozsypałam. Powinnam była… Gdybym tylko nie myślała o jego twarzy uwięzionej w ciemności. Przycisnęłam dłoń do oczu, by odeprzeć nudności i kłujący ból w czaszce. Myśl o czymś innym. O czymkolwiek. Bóle głowy, które dopadały mnie od czasu ataku, były nie do zniesienia. O wiele gorsze od tych, które nękały mnie w przeszłości, kiedy usiłowałam się nauczyć kontrolować swoje zdolności.

Nie wolno mi było się zatrzymać. Zwalczyłam odrętwienie w nogach i przeszłam do równego biegu. Byłam tak wyczerpana, że ściskało mnie w gardle, a powieki opadały, adrenalina jednak utrzymywała mnie w ruchu, mimo że w głębi duszy chciałam po prostu zasnąć. Nie pamiętałam, kiedy ostatnio spałam wystarczająco głęboko, żeby zapomnieć o otaczającym mnie koszmarze.

Ulice były pokryte pęcherzami porozrywanego asfaltu. W wielu miejscach zalegały też zwały gruzu, którego wojsko nie zdążyło jeszcze uprzątnąć. Raz po raz mijałam jasne plamy koloru – czerwony but na wysokim obcasie, torebkę, rower… Wszystko porzucone i zapomniane. Niektóre przedmioty wypadły z pobliskich okien, a żar eksplozji osmolił je czernią. Rozmiar niepotrzebnych zniszczeń przyprawiał mnie o mdłości.

Kiedy przebiegałam przez kolejne skrzyżowanie, spojrzałam pospiesznie w głąb Olive Street, zaintrygowana widokiem rozżarzonego pola światła, w jakie zamienił się leżący trzy przecznice dalej Pershing Square. Były park przekształcono w obóz dla internowanych, stworzony pośpiesznie pośród tlących się ruin miasta. Nieszczęśnicy znajdujący się za jego ogrodzeniem pracowali w pobliskich budynkach, kiedy prezydent Gray przeprowadził atak. Uderzenie było wymierzone w Ligę Dzieci i Koalicję Federalną, czyli niewielką grupę zjednoczonych przeciw niemu byłych polityków. Prezydent utrzymywał, iż był to odwet za to, że obie te organizacje odegrały znaczącą rolę w ostatnim zamachu na jego życie. Obserwowaliśmy takie obozy, szukając Cate i pozostałych. Liczba internowanych rosła w oczach – coraz więcej cywilów było zatrzymywanych i przetrzymywanych wbrew ich woli.

Po Cate i towarzyszących jej agentach, którzy opuścili Bazę przed atakiem, nie było jednak śladu. Jeśli nie zdążyli wyjechać z miasta, to musieli sobie znaleźć naprawdę świetną kryjówkę. Nawet my nie mogliśmy ich znaleźć, mimo że korzystaliśmy z procedur awaryjnych.

Zbliżał się kolejny niewielki konwój wojskowy – dzięki brzęczeniu odbiorników radiowych i chrobotowi opon wiedziałam, że nadjeżdża, mimo że był ode mnie oddalony co najmniej o dwie przecznice. Powstrzymałam jęk frustracji i schowałam się za porzuconym szkieletem terenówki. Czekałam. Buty mijających mnie żołnierzy wzniecały chmury szarego pyłu. Kiedy przeszli, wstałam, otrzepałam się i rzuciłam do biegu.

Nasza grupa – niedobitki, które zostały z Ligi Dzieci – zmieniała kryjówkę co kilka dni, nigdy nie zatrzymując się zbyt długo w jednym miejscu. Wychodziliśmy na zewnątrz w poszukiwaniu jedzenia i wody albo by obserwować obozy, jeśli jednak zaistniał choćby cień podejrzenia, że ktoś nas śledzi, przenosiliśmy się. Wiedziałam, że to rozsądne, ale zaczynałam się już gubić i czasem nie byłam pewna, gdzie w danym czasie stacjonujemy.

Gęsta cisza panująca we wschodniej części miasta była o wiele bardziej niepokojąca niż kakofonia wystrzałów karabinów maszynowych i dział, wypełniająca powietrze w pobliżu Pershing Square. Zacisnęłam dłoń na latarce w kieszeni, ale ciągle nie miałam odwagi, by ją wyjąć, nawet po tym, jak otarłam łokieć o chropowatą ścianę. Spojrzałam na niebo. Księżyc jak na złość był w nowiu.

Lęk – ten sam, który od wielu tygodni siedział mi na ramieniu i sączył do ucha mroczne scenariusze – zamienił się teraz w rozżarzony nóż, powoli wbijający się w moją pierś i rozrywający wszystko, co stanie mu na drodze. Zakaszlałam, usiłując pozbyć się zatrutego powietrza z płuc. Na kolejnym skrzyżowaniu postanowiłam w końcu przystanąć i wślizgnęłam się do starej wnęki z bankomatem.

Weź oddech, nakazałam sobie. Zrób porządny wdech.

Potrząsnęłam rękami, ale ociężałość pozostała. Zamknęłam oczy i przysłuchiwałam się dochodzącemu z oddali hałasowi helikoptera, którego wirniki z zawrotną prędkością szatkowały powietrze. Przeczucie – natarczywe, naglące przeczucie – nakazywało mi skręcić w Bay Street, zamiast zostawać na Alameda Street aż do skrzyżowania z Seventh Street. Druga opcja była prostszą drogą do naszej obecnej siedziby przy Jesse Street i Santa Fe Avenue. Gdybym ją wybrała, szybciej przekazałabym pozostałym szczegóły, a co za tym idzie, szybciej opracowalibyśmy plan i wynieśli się z miasta.

Wiedziałam jednak, że jeśli ktoś mnie obserwuje albo śledzi, to łatwiej będzie go zgubić, jeśli skręcę wcześniej. Moje stopy przejęły dowodzenie i poniosły mnie na wschód, w kierunku rzeki.

Gdy zbliżałam się do drugiej przecznicy, dostrzegłam cienie zmierzające w moim kierunku. Gwałtownie zahamowałam, wyrzucając ręce w przód, żeby chwycić się skrzynki pocztowej i nie wypaść na sam środek ulicy.

Gwałtownie uszło ze mnie powietrze. Zbyt blisko. To musiało się tak skończyć. Powinnam była zwolnić i się upewnić, że droga jest bezpieczna. Pulsująca krew rozsadzała mi skronie, a kiedy sięgnęłam, by je potrzeć, poczułam na czole coś ciepłego i lepkiego – zupełnie to jednak zignorowałam.

Zgięłam się wpół i z pochyloną głową ruszyłam przed siebie, usiłując zobaczyć, w którym kierunku zmierzają żołnierze. Już i tak byli o wiele za blisko magazynu, w którym się ulokowaliśmy. Pomyślałam, że jeśli zawrócę po własnych śladach, może ich prześcignę, zdołam dotrzeć do bazy i ostrzec innych.

Postacie jednak po prostu się zatrzymały…

Na rogu skrzyżowania podeszły do zapadniętej fasady sklepu żelaznego, po czym przez rozbite okna weszły do środka. Usłyszałam śmiech i rozmowy – krew w moich żyłach zwolniła.

To nie byli żołnierze.

Pokonałam odcinek dzielący mnie od sklepu, po czym przeciągając dłonią po ścianie budynku, dotarłam do okna i przykucnęłam.

– Gdzie to znalazłeś?

– Naprawdę nieźle, stary!

Znowu śmiech.

– Boże, nie sądziłem, że kiedykolwiek tak się ucieszę na widok bajgli…

Zerknęłam ponad parapetem. W środku trzech naszych agentów – Ferguson, Gates i Sen – pochylało się nad kilkoma opakowaniami z przekąskami. Gates, były żołnierz Navy SEAL, zabrał się do otwierania paczki chipsów z taką siła, że niemal rozerwał ją na pół.

Mają jedzenie. Nie potrafiłam tego pojąć. Mają co jeść. Byłam tak osłupiała, że musiałam przetwarzać każdą myśl z osobna.

Nie dzielą się jedzeniem z pozostałymi.

Czy tak to wygląda za każdym razem, kiedy ktoś wychodzi na zewnątrz?

Agenci za wszelką cenę chcieli osobiście wyprawiać się po zapasy – sądziłam, iż po prostu się bali, że jeśli którekolwiek z dzieci zostanie pojmane, to zdradzi lokalizację naszej obecnej siedziby. Ale czy naprawdę tak było? Może po prostu chcieli pierwsi dorwać się do zdobyczy?

Lodowaty gniew zamienił moje palce w szpony. Wbijałam sobie w dłonie połamane paznokcie i kłujący ból zawtórował ściskowi w żołądku.

– Boże, ale to dobre – powiedziała Sen.

Była potężną, wysoką kobietą z mięśniami zdającymi się rozsadzać pergaminową skórę. Zawsze miała taki sam wyraz twarzy… Jakby skrywała jakąś mrożącą krew w żyłach tajemnicę. Jeśli już raczyła się odezwać do któregoś z dzieci, to tylko po to, by warknąć na nie, żeby się zamknęło.

Stałam tam, zasłuchana w ciszę, która zapadła po jej słowach, i czułam, jak z każdą sekundą wzbiera we mnie gniew.

– Powinniśmy wracać – powiedział Ferguson i zaczął wstawać.

– Nic im nie będzie. Jeśli Stewart spróbuje się stawiać, Reynolds zamknie mu usta…

– Bardziej martwię się o…

– O tę pijawkę? – dokończył Gates, śmiejąc się gardłowo. – Wróci ostatnia. O ile w ogóle się jej uda.

Na te słowa uniosłam brwi ze zdziwienia. Pijawka? Tego jeszcze nie było. Przezywano mnie już znacznie gorzej, ale obraziłam się na podejrzenie, że nie uda mi się przemierzyć miasta i nie dać się złapać.

– Jest dużo wartościowsza niż reszta – stwierdził Ferguson. – Chodzi tylko o to, że…

– O nic nie chodzi. Nie chce się podporządkować i przez to jest obciążeniem.

Obciążeniem. Przycisnęłam pięść do ust, żeby powstrzymać żółć podchodzącą mi do gardła. Wiedziałam, jak Liga radzi sobie z „obciążeniami”. Wiedziałam również, co zrobię każdemu agentowi, który podniesie na mnie rękę.

Sen odchyliła się do tyłu, opierając dłonie o podłogę.

– Bez względu na to, plan się nie zmienia.

– W porządku. – Gates zwinął w kulkę torbę po chipsach, które właśnie pochłonął. – Ile tego musimy zanieść do bazy? Nie pogardziłbym jeszcze jednym bajglem…

Opakowanie paluszków i torebka bułek do hot dogów. Oto, co mieli zanieść siedemnaściorgu dzieciom i grupce agentów, którym przypadła rola nianiek.

Zaczęli się podnosić, więc przywarłam do ściany budynku. Czekałam, aż wyjdą przez okno i rozejrzą się wokoło, po czym wstałam i ruszyłam ich śladem, zaciskając dłonie w pięści. Utrzymywałam spory dystans aż do chwili, kiedy moim oczom ukazał się magazyn.

Zanim agenci przecięli ostatnią ulicę, Sen uniosła nad głowę zapaloną zapalniczkę, tak by ustawiony na dachu agent mógł zobaczyć płomień. W odpowiedzi rozległ się cichy gwizd oznaczający pozwolenie na wejście.

Przebiegłam dzielącą nas odległość, zanim Sen zaczęła się wspinać za swoimi towarzyszami po drabinie przeciwpożarowej.

– Agentko Sen! – rzuciłam oschle.

Kobieta gwałtownie odwróciła głowę, jedną ręką przytrzymując się drabiny, a drugą sięgając do kabury pistoletu. Dopiero po chwili zorientowałam się, że odkąd zaczęłam ich śledzić, ja też przez cały czas zaciskam dłoń na broni tkwiącej w kieszeni mojej kurtki.

– Czego? – warknęła na mój widok i dała Gatesowi i Fergusonowi sygnał, by kontynuowali wspinaczkę.

Nie cieszysz się, że mnie widzisz, prawda?

– Muszę ci coś powiedzieć… Chodzi o to… – Miałam nadzieję, że weźmie drżenie mojego głosu za objaw strachu, a nie rozsadzającej mnie wściekłości. – Nie ufam Cole’owi.

Udało mi się przykuć jej uwagę. Błysnęła zębami w ciemności.

– O co chodzi? – zapytała.

Tym razem to ja się uśmiechnęłam, po czym włamałam się do jej umysłu, nie dbając o to, czy go zniszczę. Przedzierałam się przez obrazy pryczy, szkoleń, Bazy, agentów i odrzucałam je na bok, zanim zdołały okrzepnąć. Czułam, jak kobieta się wygina i drży pod naporem mojego ataku.

Po chwili trafiłam na to, czego szukałam. Wyobraziła sobie wszystko niezwykle żywo, uknuła plan z nikczemną efektywnością, której nawet ja nie doceniłam. Wszystko, co dotyczyło spisku, nienaturalnie błyszczało jak zalane ciepłym woskiem. Zobaczyłam samochody, znajome twarze dzieci, na wpół ukryte za kneblami. Pokryte kurzem mundury wojskowe. Czarne mundury. Wymiana.

Wydostałam się na powierzchnię… Walczyłam o powietrze, nie mogąc zaczerpnąć tchu. Byłam przytomna jedynie na tyle, by oszukać pamięć agentki i w miejsce wspomnienia z ostatnich kilku minut wstawić fałszywe. Nie czekałam, aż dojdzie do siebie, i przepchnęłam się przed nią, żeby wejść na drabinę.

Cole. Mój umysł wariował, a w pole widzenia zaczynała przenikać czerń. Muszę powiedzieć Cole’owi.

Wiedziałam też, że powinnam jak najszybciej oddalić się od Sen, zanim ulegnę przerażająco silnej pokusie, by wpakować jej kulę w łeb.

Nie wystarczyło jej, że zatrzymuje dla siebie jedzenie, że grozi nam, że nas zostawi, jeśli nie będziemy cicho, nie pospieszymy się albo nie dotrzymamy reszcie kroku. Chciała raz na zawsze się z nami rozprawić. Wydać nas jedynym ludziom, którzy jej zdaniem potrafili nas kontrolować.

Kierowała nią żądza zdobycia pieniędzy, dzięki którym mogłaby sfinansować kolejną akcję.

2

Zanim dotarłam do drugiego poziomu magazynu, paliło mnie w klatce piersiowej, a głowę wypełniała mi plątanina mrocznych, przerażających myśli. Usłyszałam grzechot schodów przeciwpożarowych – to Sen zaczęła wspinać się za mną. Pragnęłam znaleźć się jak najdalej od niej. Odgarnęłam pośpiesznie ciemne bojowe kurtki zasłaniające okno, przełożyłam nogi nad parapetem i opuściłam się z drugiej strony.

We wnętrzu panował półmrok. Nerwowo omiatałam wzrokiem kolejne migające kałuże światła świec, przeskakując między dzielącymi je ciemnymi przestrzeniami. Dzieci zdawały się wciśnięte w przeciwległy kąt pomieszczenia, jakby Gates i Ferguson zapędzili je tam w zamian za jedzenie.

Nie ma Cole’a, pomyślałam, przeczesując palcami włosy. Niech to szlag. Potrzebowałam go. Musiał się dowiedzieć. Nie mogliśmy tego tak zostawić

– A może by tak ktoś chociaż podziękował? – parsknął Gates.

Miałam wrażenie, że jego słowa poruszyły grubą warstwę ciszy, która jak kurz zalegała w pomieszczeniu. W powietrze natychmiast wzbiły się ciche nerwowe podziękowania, po czym dzieci z powrotem usiadły, wpatrując się albo w podłogę, albo w siebie nawzajem. Zobaczyłam to, czego nie chciałam do siebie dopuścić. W ostatecznym rozrachunku miesiące, a nawet lata, które spędziliśmy, szkoląc się i walcząc u boku agentów, okazywały się nic niewarte. W ich oczach byliśmy jedynie czekami, które można spieniężyć.

Odnalazłam trzy twarze, których szukałam. Vida też wróciła z wyprawy do miasta i jej brązową skórę szpeciła wstrętna rana, którą Pulpet usiłował opatrzyć. Czarny plecak leżał tuż obok nich – przygryzłam usta, starając się nie okazać, że poczułam ulgę. W środku znajdowały się wyniki badań, które uchroniłam przed spaleniem przez Clancy’ego – strony z wykresami, tabelami i medycznymi zapiskami, zebrane przez jego matkę w procesie poszukiwania sposobu na wyleczenie OMNI.

– Dziadku, przysięgam, że jeśli nie przestaniesz się tak cackać… – syknęła Vida.

– Pozwól mi to chociaż zdezynfekować! – usłyszałam sprzeciw Pulpeta.

Liam siedział oparty o ścianę i trzymał dłonie na podkurczonych kolanach. Kątem oka przyglądał się Gatesowi z tym samym zatwardziałym wyrazem twarzy, który przybrał w czasie ataku. Kiedy nadeszła jego kolej, nie sięgnął po jedzenie, a jedynie podał je Pulpetowi.

Agenci byli gotowi wydać również moich przyjaciół. A jeśli nie zauważyłabym ich dzisiaj? Jeślibym się nie zatrzymała i nie podsłuchała, co mówią? Wzięliby nas z zaskoczenia. Przez kolejnych kilka dni wszystko by ukartowali. Nie miałabym czasu, by cokolwiek zrobić. Jak mogłam uwierzyć, że jestem w stanie ochronić bliskich? Przecież nie potrafiłam nawet ocalić jednego dziecka i to wtedy, kiedy najbardziej tego potrzebowało. Jude…

Sen wtargnęła do pomieszczenia i walnęła mnie w ramię. Ledwo to poczułam.

Byłam świadoma jej obecności, ale nie miało to znaczenia. Miałam wrażenie, że lewitując nad ziemią, przenoszę się do ciemnego tunelu. Na oślep przeciskałam się między zawalonymi ścianami, które lada chwila mogły wszystko pogrzebać. Goniły mnie odległe krzyki, czyjeś niewidzące oczy, ryk pękającego betonu i wdzierająca się do środka ziemia, która porywała wszystko, co napotkała po drodze. Twarz majacząca pod powiekami była piegowata, z wielkimi brązowymi oczami, które robiły się coraz szersze, gdy patrzyły na własny koniec. Nic nie zdołało powstrzymać biegu zdarzeń, których byłam świadkiem. Żadne z przyjemnych wspomnień nie było wystarczająco silne, żeby wymazać wizję tego, co musiało się stać. Wyraźnie widziałam, jak Jude osuwa się na zawsze w ciemność.

Poczułam, że tracę łączność z rzeczywistością. Każdy mój nerw płonął, każda cząstka mnie wirowała, i to coraz szybciej. Napięcie coraz bardziej we mnie narastało, aż w końcu byłam pewna, że mnie rozerwie. Świadomość, że wszyscy wokoło będą tego świadkami, jeszcze pogarszała sytuację.

Ktoś objął mnie w talii tak delikatnie, że prawie tego nie zauważyłam, ale wystarczająco stanowczo, by obrócić w kierunku drzwi, i na tyle mocno, by mnie podtrzymać, kiedy przy pierwszym kroku ugięły się pode mną kolana.

Temperatura na korytarzu była przynajmniej o kilka stopni niższa niż w ciasnym pomieszczeniu. Panujące tu cisza i ciemność sprawiły, że rozpalona krew przestała mi bulgotać pod skórą. Ktoś poprowadził mnie zaledwie kilka kroków od drzwi, by skryć przed wzrokiem pozostałych. Następnie ostrożnie opuścił na ziemię i usadowił z głową między kolanami. Znajome dłonie zdjęły mi z ramion kurtkę i odgarnęły włosy z zalanego potem karku.

– Już dobrze, skarbie – usłyszałam głos Liama. Coś zimnego dotknęło mojej szyi: być może butelka wody. – Oddychaj głęboko.

– Nie potrafię… – wymamrotałam między płytkimi wdechami.

– Jasne, że potrafisz – powiedział spokojnie.

– Muszę… – Uniosłam ręce, chwytając za niewidzialne więzy krępujące mi tchawicę.

Liam ujął moje dłonie i przytulił je do piersi.

– W tej chwili nic nie musisz – uspokajał mnie. – Wszystko jest w porządku.

Chciałam powiedzieć: „Nieprawda. Nie masz o niczym pojęcia”. Ostry ból przeszył moją prawą skroń i z każdą sekundą pulsował coraz mocniej i mocniej.

Bliskość Liama pomagała. Zmusiłam się, by zsynchronizować swój oddech z opadaniem i wznoszeniem się jego klatki piersiowej. Zimne powietrze powoli rozplątywało bezładne kłębowisko myśli, zasupłane z przodu mojej czaszki. Wypełniające mnie napięcie zelżało na tyle, że zdołałam się wyprostować i oprzeć o ścianę.

Liam kucał przede mną, wpatrując się we mnie badawczo niebieskimi oczami. Przestał marszczyć brwi, dopiero kiedy sam wypuścił odrobinę wstrzymywanego powietrza. Następnie przechylił butelkę wody i zmoczył chustkę, którą wyciągnął z tylnej kieszeni. Powoli i czule starł krew i brud z moich dłoni i twarzy.

– Lepiej?

Pokiwałam głową i wzięłam od niego wodę, żeby się napić.

– Co się stało? Wszystko w porządku? – zapytał.

– Chodzi o to… – Nie mogłam mu powiedzieć. Razem z Pulpetem od wielu dni obmyślał sposób wymknięcia się pozostałym podczas opuszczania miasta. Nienawidził tylko jednego: agentów. Gdyby się dowiedział, czego byłam świadkiem, zmusiłby nas do ucieczki jeszcze tej nocy, a w najgorszym razie mógłby niechcący się zdradzić i wzbudzić podejrzenia. W przeciwieństwie do Cole’a nigdy nie potrafił panować nad emocjami. Przejrzeliby go na wylot. Przeczytali jak codzienną gazetę i tak samo szybko by się go pozbyli ze strachu, że podburzy pozostałe dzieci. – Po prostu poczułam się przytłoczona – dokończyłam.

– Często ci się to zdarza? – Usiadł przede mną ze skrzyżowanymi nogami.

Boże. O dopadających mnie atakach też nie chciałam rozmawiać. Nie byłam w stanie. Nawet z nim. Musiałabym mówić o Judzie, o tym, co się stało, i o wszystkim innym, o czym nie mieliśmy czasu porozmawiać, zanim zawalił się świat. Liam zdawał się to wyczuwać.

– Nie było cię cały dzień – powiedział. – Zaczynałem się martwić.

– Zajęło mi chwilę, zanim znalazłam odpowiednią osobę, którą mogłam się posłużyć – wyjaśniłam. – Nie wyszłam tam, żeby bezmyślnie się narażać.

– Nic takiego nie mówię. Szkoda tylko, że mi nie powiedziałaś.

– Nie wiedziałam, że muszę.

– Nie musisz. Nie jestem twoją niańką. Po prostu się wystraszyłem, rozumiesz?

Nie odpowiedziałam. Tak to teraz między nami wyglądało. Byliśmy razem, ale jakby osobno… Inaczej niż jeszcze kilka miesięcy wcześniej. Zawiodłam jego zaufanie tak bardzo, że nie byłam pewna, czy kiedykolwiek wrócimy do tego, jak było kiedyś. Co gorsza czułam, że uciekam w jedyny znany mi schemat postępowania – biłam się z wypełniającymi mi głowę myślami, więziłam je w sobie, tak by nie mogły zainfekować nikogo innego. Skrupulatnie, cegła po cegle, wznosiłam między nami niewidzialny mur. I to nawet wtedy, kiedy go przytulałam, trzymałam za rękę albo całowałam.

Było to bardzo samolubne. Miałam tego świadomość. Brałam tak wiele, nie dając w zamian wszystkiego… Potrzebowałam go jednak. Potrzebowałam jego obecności u swojego boku. Widoku jego twarzy, dźwięku głosu, świadomości, że jest bezpieczny i że mogę go chronić. Tylko dzięki temu mogłam przetrwać każdy kolejny dzień.

Przy Liamie nie dało się wyprzeć ani stłumić uczuć. Zawsze musiał wszystko przegadać. Odczuwał rzeczy głębiej niż ktokolwiek, kogo znałam. Usiłował zacząć ze mną tę rozmowę od wielu dni. Nie jesteś odpowiedzialna za to, co przydarzyło się Jude’owi. Ani za wydarzenia w Bazie…

– Ruby, co jest grane? – zapytał, ujmując mnie lekko za nadgarstki.

– Wybacz – wyszeptałam, bo nie znajdywałam innych słów. – Przepraszam, nie chciałam być taka… Nie chcę się na tobie wyżywać. Nic się nie dzieje. Powinnam była ci powiedzieć, ale bardzo się spieszyłam. – I wiedziałam, że będziesz próbował mnie przekonywać, że to zbyt niebezpieczne, a nie chciałam się kłócić. – Ale dowiedziałam się, czego trzeba. Wiem, jak nas stąd wydostać.

Przyglądał mi się, zaciskając usta w cienką linię. Moja odpowiedź najwyraźniej zupełnie go nie usatysfakcjonowała. Pragnął jednak zostawić ten temat i porozmawiać o innych sprawach.

– Czy to oznacza, że w końcu możemy pogadać o tym, co dalej?

– Cole nie pozwoli nam odejść. – A już na pewno nie tobie.

– Moglibyśmy odnaleźć moich rodziców…

– Czy chaotyczne błądzenie w poszukiwaniu twojej mamy i Harry’ego nie jest równie niebezpieczne, jak pozostanie tutaj? To nasza walka… To tego właśnie chcieliśmy, pamiętasz? Cole zawarł ze mną umowę. Obiecał, że teraz skupimy się na pomaganiu dzieciom. Na wyzwalaniu obozów.

Tego właśnie chcieliśmy, kiedy byliśmy w East River. Wówczas to Liam stał na czele i przekonywał, że naszym głównym celem powinno być ratowanie dzieci z programów rehabilitacyjnych. Może byłam głupia, sądząc, że to, co się wydarzyło, nie wpłynie na jego marzenia. Jego wzrok przesunął się na drzwi w głębi korytarza, które mogliśmy otwierać tylko ja i Cole. Drzwi, za którymi czaił się potwór.

– Cole teraz tak mówi, a agenci tylko udają, że są po naszej stronie – powiedział. – Wcześniej czy później wrócą do dawnych zamiarów.

Starałam się zachować kamienną twarz. Szybciej, niż myślisz, przeszło mi przez głowę.

– To nie jest już Liga – odparłam.

– Właśnie. Może być dużo gorzej.

– Nie, jeśli zostaniemy i przypilnujemy, by się tak nie stało. Możemy przynajmniej jeszcze trochę zaczekać? Zobaczyć, co się wydarzy? Jeśli sprawy przybiorą zły obrót, uciekniemy, obiecuję. Muszę się upewnić, czy Cate i pozostałym się udało. Jeśli tak, to będą na nas czekać. Cate ma przy sobie pendrive z wynikami badań Leda Corporations nad przyczynami OMNI. Jeśli połączmy te informacje z danymi na temat leczenia… Pomożemy nie tylko sobie, ale też każdemu dziecku, które po nas przyjdzie.

Liam potrząsnął głową.

– Nie chcę, żebyś myślała, że to wszystko na nic, ale co, jeśli na stronach, które wyłowiłaś z płomieni, nie ma nic wartościowego? Patrząc na to, co obecnie z nich rozumiemy, równie dobrze moglibyśmy porwać je na strzępy. Zupełnie nic by to nie zmieniło. Po prostu nie chcę, żebyśmy pokładali w nich zbyt wielką nadzieję. Nie wiadomo, czy kiedykolwiek to wszystko ułoży się w sensowną całość.

Wiedziałam, że ma rację. Jego słowa rozpaliły we mnie jednak tak gwałtowny sprzeciw i gniew, że niemal go odepchnęłam. Nie potrzebowałam racjonalnych argumentów. Potrzebowałam nadziei, że kiedyś zdołam spojrzeć na zwęglone strony i znaleźć ukryty w nich sens. Projekt Śnieżyca. OMNI. Profesor.

Oddanie tej resztki wiary oznaczałoby, że ulotna chwila dominacji nad Clancym nie była żadnym zwycięstwem. Wyszłoby na to, że w ostatecznym rozrachunku to on ciągle wygrywał: przeżył atak na Bazę, a informacje, które tak bardzo usiłował pogrzebać pod jej gruzami, były bezużyteczne.

Potrzebowaliśmy tego. Ja tego potrzebowałam. Przed oczami stanęły mi twarze bliskich w poświacie promieni słonecznych. Zanim się obejrzałam, obraz zniknął, zastąpiony przez inny. Teraz widziałam mroczne wnętrze baraku numer dwadzieścia siedem i zapadnięte policzki Sam, która po chwili rozpłynęła się jak duch. Pod powiekami rozbłysnął mi niekończący się korowód twarzy – wszystkich, których zostawiłam za elektrycznym ogrodzeniem Thurmond.

Wbiłam paznokcie w uda, wykręcając materiał spodni tak mocno, że prawie go rozerwałam. Mogłam temu uparcie zaprzeczać, ale okrutna prawda była taka, że brakowało nam kluczowych odpowiedzi. A jedyną osobą, która mogła ich udzielić, była Lillian Gray, matka Clancy’ego, której dzięki jego wysiłkom mieliśmy nigdy nie odnaleźć.

– Ja się nie poddaję. – Głos Liama nabrał stanowczości. – Jeśli to się nie uda, wymyślimy coś innego.

Wyciągnęłam rękę, żeby pogładzić go po policzku porośniętym sztywnym zarostem. Westchnął, ale się nie sprzeciwił.

– Nie chcę się kłócić – odezwałam się cicho. – Nie znoszę, kiedy się spieramy.

– Więc tego nie rób. To łatwe, skarbie. – Oparł czoło o moje. – Ale o pewnych rzeczach musimy decydować razem. O tym, co ważne. Obiecaj mi to.

– Obiecuję – wyszeptałam. – Musimy jednak pojechać na Ranczo. Nie ma innej drogi.

Przed powstaniem Bazy siedziba Ligi mieściła się na północy Kalifornii w miejscu, któremu nadano niewinny kryptonim Ranczo. Jego położenie było obecnie ściśle strzeżone: Ranczo miało status „ostatniej deski ratunku”, z której można korzystać wyłącznie w sytuacjach krytycznych. Jedynie starsi agenci – włącznie z Cole’em – znali to miejsce z jego początków i wiedzieli, jak je odnaleźć.

Czułam, że jeśli Cate udało się wydostać, to czeka na nas właśnie tam – tak stanowił protokół postępowania. Widziałam ją oczami wyobraźni, jak przemierza w tę i we w tę pusty korytarz, spodziewając się nas w każdej chwili. Podejrzewałam, że umiera ze zmartwienia.

Ponura myśl wślizgnęła się do mojej głowy i wypędziła pogodne wizje. Będę musiała jej powiedzieć.

O Boże, czemu nie pomyślałam o tym wcześniej? Przecież ona nie ma prawa wiedzieć. Ufała mi. Kazała mi się nim opiekować. Nie ma pojęcia, że Jude…

Zamknęłam oczy, skupiając się na dotyku Liama, delikatnie gładzącego mnie po plecach.

– …u diabła, ma być? – Głos Sen wystrzelił z pomieszczenia i popłynął w głąb korytarza, przebijając bańkę mydlaną, którą wokół siebie stworzyliśmy. – Stewart, nie pierwszy raz zachowujesz się jak kretyn, ale to jest…

– Przypływ geniuszu? – dokończył za nią Cole i niemal zobaczyłam, jak się uśmiecha. – Nie ma za co.

Zerwałam się na równe nogi, zanim Liam zdążył mi rzucić rozdrażnione spojrzenie.

– Chodź – powiedziałam. – Coś się dzieje.

– Dobrze, już dobrze – odparł, kładąc mi dłoń na lędźwiach i prowadząc w kierunku pomieszczenia. – Cole zawsze robi dużo szumu.

Agenci otoczyli Cole’a tak ciasno, że ponad ich głowami wystawała jedynie jego czarna wełniana czapka. Spojrzałam na dzieci, z których większość wstała, zaintrygowana zamieszaniem.

– Roo?

Wyprostowałam się gwałtownie, czując, jak na dźwięk znajomego przezwiska ściska mnie w żołądku. Obróciłam się w kierunku, z którego dobiegał głos Nico.

– Czego?

– Czy wszystko…? – Chłopiec spojrzał na agentów. – Czy wszystko w porządku?

– A jak myślisz? – warknęłam.

Nico wzdrygnął się na mój ton, co z jakiegoś powodu jeszcze bardziej mnie rozsierdziło. Nie miałam dla niego nawet cienia współczucia. Smutny, wystraszony, zdradziecki Nico.

Zieloni plątali się bez celu, od kiedy zdali sobie sprawę, że nie da się naprawić ich urządzeń elektronicznych – dwoje Żółtych, którzy nam zostali, w żaden sposób nie było w stanie ich uruchomić. Nico przez większość czasu spał i tylko czasami zauważał mnie lub Vidę i rzucał nam kilka słów.

To, jak bardzo dał się zmanipulować Clancy’emu, kiedyś wzbudzało we mnie litość. Wyparowała ona jednak w chwili, gdy uzmysłowiłam sobie, że jeśli Nico nie zdradziłby młodemu Grayowi informacji o projekcie Śnieżyca i miejscu pobytu jego matki – gdyby nie był tak głupi, żeby poprosić syna prezydenta, by nas wytropił – wszystko potoczyłoby się inaczej. Jude wciąż by żył, a my nie utknęlibyśmy na dnie piekieł, w które zmieniło się Los Angeles.

– Ruby… – odezwał się Liam strofującym tonem.

Miałam to gdzieś, nie zamierzałam pocieszać zdrajcy.

Uniosłam dłoń na znak protestu w chwili, kiedy Pulpet i Vida przedarli się przez otaczający nas tłum i stanęli obok.

– Nic ci nie jest? Jesteś ranna? – zapytał Pulpet.

– Ona ewidentnie kona. Wykrwawia się u twych stóp, zgredzie. – Vida przewróciła oczami, po czym zwróciła się do mnie: – Znalazłaś to, czego szukałaś?

– Tak… – odparłam

– Wybacz, że troszczę się o przyjaciółkę – warknął Pulpet, odbijając piłeczkę. – Zdaję sobie sprawę, że to pojęcie obce psychopatom…

– Ta psychopatka śpi zaledwie metr od ciebie – przypomniała mu Vida ociekającym słodyczą tonem.

– Wy naprawdę jesteście siebie warci – podsumował ich Liam.

Ja odcięłam się od rozmowy. Cole spojrzał na mnie i uniósł brwi w niemym pytaniu. Skinęłam głową, na co spuścił wzrok na stojącą obok niego kobietę o latynoskich rysach.

Była w średnim wieku, ale miała pooraną zmarszczkami i wyraźnie zmęczoną twarz. Jej granatowa sukienka, która niegdyś zapewne była bardzo szykowna, rozeszła się na szwie. Włosy były poszarzałe od kurzu albo siwizny i upięte w luźny, niedbały kok. Skanowała pomieszczenie wzrokiem i szeroko otwartymi oczami omiatała dzieci.

– Wiecie, kto to jest? – zapytał Cole.

– Jednostka, która teraz może nas wszystkich zidentyfikować i zadenuncjować – wypaliła w odpowiedzi Sen.

– Nazywam się Anabel Cruz – odezwała się kobieta z zadziwiającą dawką godności jak na kogoś, kto chodzi na połamanych obcasach.

– Chryste, co za ciemnoty – rzucił Cole na widok tępych spojrzeń. – Pani senator Kalifornii? Międzynarodowa łączniczka Koalicji Federalnej? Pracowała nad tworzeniem sieci kontaktów międzynarodowych i negocjowała pomoc humanitarną od innych krajów.

Sen nie wyglądała, jakby zrobiło to na niej wrażenie. Znowu napadła na Cole’a, biorąc się pod boki.

– Czy zadałeś sobie jakikolwiek trud, żeby potwierdzić jej tożsamość? Jeśli pracowała dla KF, to czemu jej nie przymknęli?

– Sama mogę odpowiedzieć na to pytanie – powiedziała pani senator, a jej oczy zapłonęły. – Kiedy zaczęły się ataki, byłam na spotkaniu z ludźmi z Powiększenia poza naszą siedzibą.

– Ma pani na myśli tę podziemną agencję informacyjną? – zapytał Gates.

Liam spojrzał na mnie pytająco. Dyskretnie i najprościej, jak się dało, wyjaśniłam mu, o co chodzi. Z tego, co wiedziałam, ta organizacja zrzeszała dziennikarzy i wydawców, którzy wylądowali na czarnej liście Graya za opisywanie „drażliwych” tematów, takich jak zamieszki i protesty.

Liam otworzył usta z dziwnym błyskiem w oczach.

– Tę samą, która… – Cole spojrzał na agentów. – Zdaję sobie sprawę, że nie świadczy to najlepiej o zdrowym rozsądku naszego gościa, ale…

– Wypraszam sobie! – Pani senator zaplotła ręce na piersi.

– Materiały upubliczniane przez Powiększenie nie zawsze się zgadzają – powiedziała Sen, obrzucając kobietę kolejnym badawczym spojrzeniem. – Owszem, od czasu do czasu zdarzają im się krótkie chwile chwały, ale Gray w końcu i tak ich uciszy. Działają tylko online, na portalach społecznościowych, które jeszcze nie zostały zablokowane, i wypuszczają napisane na kolanie ulotki. Mają za słaby zasięg. Robią wielkie nic.

Co do tego Cole i Sen byli najwyraźniej zgodni.

– Razem z panią senator w mieście został uwięziony dziennikarz – wyjaśnił Cole. – Robiłem codzienny zwiad i usłyszałem, że wojsko szturmuje pobliski budynek. To jego śledzili. Zastrzelili go na miejscu i pewnie to samo zrobiliby z nią, gdyby się nie wylegitymowała.

– Ale ty wkroczyłeś do akcji i ją ocaliłeś. – Sen przewróciła oczami.

Nienawiść, jaką żywiłam do tej kobiety, zaczynała we mnie wygrywać ze zdrowym rozsądkiem. Poczułam, że robię krok do przodu.

– Gratuluję, udało ci się przyprowadzić kolejną gębę do wykarmienia! – parsknęła.

– Dobrze, że mi przypomniałaś… – Cole zsunął z ramienia wypchany plecak i rzucił go jednej z Zielonych. – Natknąłem się na sklep, a w nim na chłodnię z zapasem przyzwoitych owoców. Nie ma tego dużo, ale to i tak lepsze od śmieci, którymi żywiliśmy się ostatnio.

Dziewczynka, która złapała plecak, wyglądała, jakby Cole właśnie wręczył jej tort urodzinowy, który samodzielnie dla niej upiekł i polukrował. Pulpet błyskawicznie do niej doskoczył – równie dobrze mógłby się teleportować – i zaczął rozpakowywać zapasy. Pozostali poszli w jego ślady.

− Dziękuję, nie jestem głodny – odparł Cole, kiedy w podzięce dzieci chciały mu wręczyć całe jabłko.

Kiedy odwrócił się do Sen, na jego twarzy ciągle gościł uśmiech, który pod jej pełnym pogardy spojrzeniem zrobił się jeszcze szerszy. W jego opanowaniu, w tym, jak pochylił głowę w prawo, czaiło się jednak coś niebezpiecznego. Był jak zapałka, czekająca, by otrzeć się o coś choć odrobinę szorstkiego.

− Jestem trochę zaskoczony, Sen. Sądziłem, że bardzo się ucieszysz z kogoś takiego w zespole. Kiedy w końcu się stąd wydostaniemy, pani senator niebywale się nam przyda w przekazaniu reszcie świata wieści o tym, co robimy – powiedział w końcu lekkim tonem. – Zaczynamy nowy rozdział, prawda?

Niestety, Sen zupełnie nie była zainteresowana nawiązaniem współpracy z resztą świata. Chciała puścić z dymem nasz świat. W słowach Cole’a drzemało jednak pytanie, będące jednocześnie wyzwaniem. Im dłużej mówił, tym bardziej nerwowo pozostali agenci przestępowali z nogi na nogę i tym częściej rzucali sobie ukradkowe spojrzenia. Co bystrzejsi Zieloni wyraźnie zaczynali doszukiwać się w rozmowie ukrytych znaczeń, w przeciwieństwie do większości dzieci, które bez zastanowienia złożyły znajome napięcie na karb codziennych frustracji.

On wie. Ta myśl pojawiła się w moim umyśle jak ostre ukłucie. Może nie znał wszystkich szczegółów, ale najwyraźniej przeczuwał, że agenci złamią dane nam słowo i nie pomogą w wyzwalaniu obozów. Podpuszczał Sen, chcąc ją sprowokować, by zdradziła się przed dziećmi.

− Z przyjemnością podzielę się swoimi pomysłami – powiedziała senator Cruz. – Ale czy wiecie, jak wydostać się z miasta?

Cała uwaga zebranych skupiła się teraz na mnie.

− Tak… Jest tak, jak podejrzewaliśmy. Wojsko nie ma wystarczających sił, by jednocześnie patrolować ulice i kontrolować autostrady na całej długości. Nocą na kilku odcinkach stoją jedynie puste pojazdy i reflektory zapalone dla stwarzania pozorów – wyjaśniłam.

Następnie podeszłam do wiszącej na ścianie mapy samochodowej Los Angeles, którą znaleźliśmy nieopodal, w jednym z opuszczonych aut. Wskazałam trzy miejsca, które widziałam w umyśle funkcjonariuszki. Byłam dumna z tego, jak spokojnie brzmi mój głos, kiedy pod powiekami stanęły mi mroczne obrazy. SSP. Naszywki z czerwonym symbolem Psi. Plastikowe zaciski. Kaganiec. Pieniądze. Broń. Nie byłam w stanie spojrzeć na żadnego z agentów. Wiedziałam, jak zamierzali mi odpłacić za wydostanie ich z miasta. Cichy głosik zrodzony w mrocznych zakamarkach mojego umysłu zaczął mi podpowiadać: „Kłam”. Kusił, bym pominęła kilka szczegółów. Bym pozwoliła im się otrzeć o niebezpieczeństwo tak blisko, że dotkliwie to odczują.

− Proszę. Zaznacz je – powiedział Cole i podał mi długopis.

Gates burknął coś pod nosem, na co odwróciłam się w jego stronę, splotłam ręce na piersi i spojrzałam mu prosto w oczy. Natychmiast odwrócił wzrok, udając, że wyciera usta i nos w rękaw. Strach, który odmalował się na jego bladej twarzy, podbudował moją pewność siebie bardziej niż dotyk Cole’a, który położył mi dłoń na karku i pochylił się nad moim ramieniem, by przyjrzeć się naniesionym przeze mnie oznaczeniom.

− Jestem pewna, że takich dziur jest więcej. Ale widziałam tylko te.

Cole rozejrzał się wokoło, po cichu obliczając, ile osób przypadnie na jedną grupę, jeśli wykorzystamy tylko trzy potencjalne drogi ucieczki. W magazynie przebywało siedemnaścioro dzieci oraz dwadzieścioro czworo agentów z oddziału, który przybył wyzwolić Bazę – pięcioro z tej grupy zginęło w pierwszym ataku, a reszta zdezerterowała. Wychodziło mniej więcej osiem grup po pięć osób. To było wykonalne.

− Akcja będzie musiała być szybka i idealnie zaplanowana w czasie – stwierdziła Sen. – Od najbliższego miejsca, do którego nie dotarł impuls elektromagnetyczny, mogą nas dzielić setki kilometrów… Które będziemy musieli przemierzyć pieszo.

− Zaznaczyli to na mapie, którą widziałam – rzuciłam, po czym zdjęłam zatyczkę z długopisu i zakreśliłam odpowiednie miejsca. Zachód Beverly Hills, wschód Monterey Park, północ Glendale i południe Compton. Łącznie dawało to obszar mniejszy, niż się spodziewałam.

− Podzielimy się na zespoły i wyruszymy za kilka godzin. O trzeciej, czwartej nad ranem.

− Przecież musimy omówić strategię – zaprotestował Gates. – Zgromadzić zapasy.

− Nie. Jedyne, co musimy, to wydostać się z tego przeklętego miasta. I to tak szybko, jak tylko się da – odparł Cole. – Pozostali najpewniej czekają na nas na Ranczu.

Chwyciłam go za nadgarstek i zerknęłam w kierunku drzwi.

Skinął delikatnie głową, po czym ponownie zwrócił się do zebranych.

− Wszyscy natychmiast pakujcie się do łóżek, bo wynosimy się stąd za kilka godzin – rzucił, a słysząc, że jedna z młodszych Zielonych pisnęła z wrażenia, dodał: – Dziękuję, Blair! O to właśnie chodzi! Trochę entuzjazmu! Niebawem czeka nas zmiana scenerii!

− Nie możesz podejmować takiej decyzji bez skonsultowania tego z pozostałymi – przerwała mu Sen. – Nie masz prawa nam rozkazywać.

− Wiesz co? Chyba właśnie to zrobiłem. Ktoś ma z tym problem?

W pomieszczeniu zaległa cisza. Dzieci potrząsały głowami. Twarze agentów były ponure i napięte. Nikt się jednak nie odezwał.

− A co z internowanymi? – zapytała senator Cruz, ruszając w naszym kierunku, by z bliska przyjrzeć się mapie. – Zostawimy ich tu na pastwę losu? Wolałabym zostać i…

− Dać się złapać i trafić pod sąd? – przerwał jej Cole. – Mówiła pani, że była w trakcie poważnych rozmów z przywódcami światowymi… Czy nie wolałaby pani dożyć kolejnych negocjacji, wiedząc, że doprowadzenie ich do końca pomoże wszystkim? Chyba że nie powiedziała nam pani prawdy?

− Nie kłamałam – wypaliła gwałtownie, a w jej ciemnych oczach pojawił się błysk. – Aresztowano moich przyjaciół i znajomych. Ryzykowaliśmy życie, by ocalić ten kraj.

− Świat się dowie, co się tu wydarzyło – obiecał Cole. – Nie zostawimy ich na długo. Dopilnuję tego, a pani mi w tym pomoże.

Po tych słowach przeszliśmy do omawiania strategii ewakuacji. Trzeba było obmyślić system podziału na grupy i wybrać szlak, który poprowadzi nas na północ.

− Trzymacie się jakoś? – Cole zwrócił się do dzieci, które powoli kierowały się ku drzwiom, po czym znów spojrzał na mnie. – Wszyscy się najedli?

Chór głosów odpowiedział, że tak. Oczywiście było to kłamstwo. Nie wiedziałam, czy dzieci sądziły, że prawda go rozczaruje, czy pchnie do kolejnej wyprawy na powierzchnię po więcej. Cole miał taką charyzmę, że mógł przekonać kota, by oddał mu futro. Zaufanie dzieci zdobył jednak tym, iż udowodnił, że mu na nich zależy.

− Potwierdzam swój udział w turnieju karcianym – dodał, kiwając na jednego z mijających go Zielonych. – Mam zamiar zwyciężyć, Sean. Lepiej miej się na baczności.

− Nikt ci nie broni mieć nadziei, staruszku – parsknął chłopiec. – Zobaczymy, czy dotrzymasz nam tempa.

Cole chwycił się za serce, jakby go postrzelono.

− Banda żółtodziobów! Mógłbym was sporo nauczyć o wygrywaniu…

− Czy mówisz o tym, co reszta z nas nazywa oszukiwaniem? – zawołał do niego Liam, który razem z Pulpetem, Vidą, Nico i jeszcze jednym Zielonym umiejscowił się pod oknem.

Zaniepokojona, obrzuciłam spojrzeniem ich plecy, a następnie omiotłam ręce i podłogę wokół. Gdzie to jest?

− Gada tak, bo zawsze przegrywa. – Cole puścił oko do dzieci.

Agenci przenieśli się na drugą stronę pomieszczenia bliżej mapy, by – jak podejrzewałam – stworzyć własną wersję planu. Senator Cruz próbowała im coś wytłumaczyć, ale ją ignorowali.

Gdzie się podział plecak? Okrążyłam otaczające mnie dzieci, przeszukując podłogę. Dostrzegłam go na ramieniu Fergusona. Temperatura podskoczyła mi o kilka kresek. Natychmiast zdałam sobie sprawę, że aby odzyskać wyniki badań, będę musiała wniknąć w umysł każdego z agentów.

Cole stanął w drzwiach i pochylił głowę. Odczekałam minutę i ruszyłam za nim. Agenci najwyraźniej niczego nie zauważyli, a nawet jeśli, to mieli nas gdzieś. W końcu dałam im wszystko, czego potrzebowali, by zrealizować swoje zamiary.

W korytarzu wciąż było o kilka stopni chłodniej. Kiedy wyszłam poza łunę słabego światła wydostającą się przez drzwi, nie widziałam prawie nic. Przez sekundę pożałowałam, że nie wzięłam ze sobą zdobycznej latarki, ale doszłam do wniosku, że mrok pasuje do rozmowy, którą za chwilę miałam odbyć. Budynek magazynu był zupełnie surowy – otaczały nas jedynie beton i kolorowe rury. Niczym w grobie, nawet powietrze było tu stęchłe.

Odliczyłam pięćdziesiąt kroków, pewna, że dochodzę do końca korytarza, kiedy niespodziewanie chwyciła mnie ręka wyłaniająca się z ciemności. Zostałam wciągnięta w małą, ciasną wnękę, najprawdopodobniej schowek. Serce waliło mi jak szalone, kiedy usłyszałam kliknięcie zamykających się za mną drzwi.

− Jak tam, perełko? – zagaił Cole. – Miałaś pracowity wieczór, co?

Przez ostatnie dwa tygodnie udawało mi utrzymywać względny stan równowagi jedynie dlatego, że tłumiłam w zarodku każdą przerażającą emocję, która zaczynała we mnie pączkować. Teraz jednak byłam tak wstrząśnięta, że tłumione napięcie niespodziewanie ze mnie uszło. Choć chwila nie była na to zbyt odpowiednia, wstrząsnął mną szloch: nie mogłam wydusić z siebie słowa.

− Boże, perełko… − Cole położył mi dłoń na ramieniu, by mnie uspokoić.

Strzelił palcami i na ich czubkach zamigotał płomień, wypełniając ciasną przestrzeń światłem.

− Kiedy wracałam… − wybąkałam. – Podsłuchałam Sen i pozostałych… Oni nie… Nie mają zamiaru zawieźć nas na Ranczo. Zajrzałam do jej myśli… Oni chcą… Planują…

− Jeszcze raz od początku – powiedział Cole. – Powoli. Powiedz mi wszystko, co słyszałaś i widziałaś.

Powtórzyłam mu słowo w słowo całą rozmowę. Powiedziałam, że agenci zamierzają zabrać ze sobą do samochodów po jednym, dwoje dzieci. Że chcą odjechać godzinę, dwie od miasta i je obezwładnić. Wymienić życie za splamione krwią pieniądze. Zakupić broń i materiały wybuchowe, a następnie dokonać zamachu na Graya, który – jak zakładali – jest na tyle głupi, żeby ukrywać się w świeżo odbudowanym Waszyngtonie.

Cole miał beznamiętny, chłodny wyraz twarzy, jakiego Liam nigdy nie byłby w stanie przybrać. Gdybym nie dostrzegła drżenia jego ręki, nie zorientowałabym się, jak bardzo jest wściekły. Przez długą chwilę milczał. Czułam, jak po twarzy spływa mi strużka potu, i przez chwilę miałam ochotę otworzyć drzwi i wpuścić do środka chłodne powietrze.

W końcu się odezwał:

− Zajmę się tym.

− Razem się tym zajmiemy. Ale to ty musisz podjąć decyzję. I to natychmiast. Nie możesz ciągle balansować pośrodku, usiłując równocześnie stać po obu stronach. Zdecyduj się. Jesteś z nami czy z nimi?

− Oczywiście, że jestem z wami – odparł ostro, wyraźnie poirytowany, że podałam to w wątpliwość. – Przecież to dotyczy również mnie. Złożyłem ci kiedyś obietnicę, pamiętasz? Chcesz ze mnie zrobić kłamcę?

− Nie. Ja po prostu… − Wzięłam głęboki wdech. – Nie chcesz powiedzieć innym, że jesteś jednym z nas. Nawet Liamowi. Od tamtej nocy nawet nie spojrzałeś na wyniki badań.

− Nie wierzę! A nie przyszło ci do głowy, że robię to celowo?! Staram się odwrócić uwagę od tego, że mam osobisty interes w tym, by znaleźć sposób na pozbycie się pewnych rozkosznych zdolności? – Dla dodania wagi swoim słowom pozwolił, by płomyk na jego palcach zgasł, po czym ponownie go zapalił. – Nie mogę okazać zbytniego zainteresowania tymi sprawami bez ściągania na siebie uwagi agentów. Zaczęliby pytać i węszyć. Gram w tę grę od wielu lat.

− To nie jest gra, pod żadnym względem. Teraz nie oddadzą nam już wyników badań.

− Jestem tego świadomy i poczyniłem pewne kroki. Nazywają się Blair i Sara.

Obie dziewczynki były Zielone. I miały fotograficzną pamięć.

− Dałeś im to do zapamiętania?

− Przetestowałem je. Kazałem każdej odtworzyć wykres albo tabelę i zrobiły to bezbłędnie. Myślę, że powinniśmy pozwolić agentom zatrzymać plecak. Pomoże nam to uśpić ich czujność.

Trzymałam się prosto i patrzyłam ponad jego głową. Wystarczyło, że słyszałam jego południowy akcent, nie chciałam dodatkowo widzieć uśmiechu… Wolałam mieć się na baczności, bo charakterystyczny urok osobisty braci Stewartów potrafił być niebezpieczny.

− Mam pewien pomysł. Ale przeczuwam, że nie bardzo ci się spodoba – dodał.

− Ładny początek.

− Mówię poważnie, perełko. To musi pozostać między nami, rozumiesz? W przeciwnym razie nic z tego nie będzie. Obiecaj mi, że nikomu nie powiesz. To jedyny sposób, by się ich pozbyć, zanim oni pozbędą się nas.

Wyciągnął do mnie rękę. Zawahałam się, ale w końcu podałam mu swoją. Trzymałam jego dłoń wystarczająco długo, by poczuć, jak naturalne wewnętrzne ciepło rozgrzewa otaczające nas powietrze.

Clancy powiedział mi kiedyś, że wśród obdarzonych zdolnościami psionicznymi musi istnieć naturalna hierarchia. Że ci z największą mocą powinni przewodzić pozostałym i to tylko dlatego, że nikt nie jest w stanie się im sprzeciwić. Ściskając dłoń Cole’a, zrozumiałam, że to prawda, ale z innego powodu. Jako najsilniejsi widzieliśmy całe spektrum dobra i zła towarzyszącego zdolnościom. Wzbudzaliśmy strach i nienawiść, ale przy tym baliśmy się i nienawidziliśmy samych siebie. Żadne z nas nie prosiło o to, co dostało. Nigdy nie korzystaliśmy z mocy dłużej, niż było to konieczne, ani nie wykorzystywaliśmy swojej pozycji. W praktyce więc jako ci, którzy mieli największą moc, musieliśmy stać w pierwszym rzędzie, choćby dlatego, że potrafiliśmy najlepiej chronić pozostałych.

Uścisnęłam mu rękę. Zanim ponownie przybrał codzienną maskę aroganckiej nonszalancji, na jego twarzy pojawił się przebłysk ulgi i wdzięczności.

− W takim razie, jaki jest kolejny ruch? – zapytałam. – Jak zdołamy cokolwiek osiągnąć bez wyszkolonych ludzi? Dokąd pójdziemy?

− My ruszymy na Ranczo. Onido kwatery głównej w Kansas z resztą agentów. Unikną odpowiedzialności za swoją podłość, ale przynajmniej nie dotrą na Ranczo. To nasze miejsce.

− Jak zamierzasz to zrobić?

− Perełko, powinnaś raczej zapytać, jak długo zajmie mi przekonanie ich, że Ranczo jest zniszczone i ogołocone ze wszystkiego, co mogłoby się nam przydać… Że stanowi marną kryjówkę.

Zamarłam, kiedy dotarło do mnie, co planował.

− Chcesz, żebym na nich wpłynęła. Przecież jest ich ponad dwudziestu…

− Masz trzy godziny, potem wyruszamy. – Pozwolił, by płomień na jego palcach znowu zgasł. – Proponuję zabrać się do roboty.

3

W krzątaninie poprzedzającej ewakuację każdy dostał jakieś zadanie do wykonania. Część dzieci miała przejąć wartę. Niektórzy pakowali dodatkowy sprzęt, który udało się nam zgromadzić. Jeszcze inni, jak Liam i Pulpet, rozdzielali resztki jedzenia między poszczególne zespoły. Krążyłam między agentami jak ledwie wyczuwalny podmuch wiatru, delikatnie muskając ich umysły. Razem z Cole’em ustaliliśmy, jak mam sprawić, by zmiana planów wydała im się zupełnie naturalna. Na początek agentka Sen.

Studiowała mapę i zmieniała początkowe ustalenia dotyczące składu zespołów. Stanęłam tuż za jej plecami. Jako że już wcześniej wtargnęłam do jej umysłu, ponowna próba była łatwiejsza niż wsunięcie klucza w naoliwiony zamek.

Przy każdym kolejnym agencie czułam, że działam coraz wolniej, zmuszona przedzierać się przez posępne sceny przemocy, szkoleń i senne mary. Spędziłam z tymi ludźmi sześć miesięcy, a teraz zaledwie w dwie godziny zrozumiałam trajektorię ich nienawiści – do Graya, do nas, do wszystkiego, co stanęło im na drodze. Wypełniająca ich bolesna tęsknota tworzyła wokoło czarne dziury, w które nawzajem się wciągali.

Kiedy skończyłam, czułam się jak skała, która przetrwała osunięcie się ziemi. Opanowana na tyle, żeby otworzyć trzecie z kolei drzwi w korytarzu i zająć się Clancym Grayem.

Szturchnęłam go stopą w bok trochę mocniej, niż było to konieczne.

− Obudź się. – Zaświeciłam mu latarką prosto w mętne oczy.

Jęknął.

− Jeśli nie przyszłaś po to, by mnie rozkuć, poinformować o nagłej i tragicznej śmierci któregoś z braci Stewartów albo nie przyniosłaś czystych ubrań i lusterka, to nie jestem zainteresowany.

Zahaczyłam piętą o jego ramię, zmuszając, by przewrócił się na plecy. Rzucił mi mroczne spojrzenie zza ciemnej grzywki, której strąki zasłaniały mu oczy. Ohydna czarna maź oblepiająca mu skórę – pamiątka z przedzierania się przez kanały Bazy – zamieniła się w suchą, spękaną szarą skorupę, której kawałki sypały się z niego nawet przy najmniejszym ruchu brwi.

− Żadnego jedzenia? – parsknął. – Niezaspokajanie podstawowych potrzeb to tortury… Mogłem się tego spodziewać.

− To nie są tortury. – Przewróciłam oczami.

Przynajmniej nie w tradycyjnym rozumieniu tego słowa. Podejrzewałam, że przebywanie z dala od innych w samotności i zamknięciu wcale mu tak bardzo nie przeszkadza. Miałam wrażenie, że najbardziej doskwiera mu brak dostępu do informacji: zza ściany dobiegały go zaledwie urywki rozmów. W tym tkwiła jego największa udręka. Oraz w brudnych ubraniach, które miejscami kleiły mu się do skóry.

Podniosłam spodnie dresowe i podkoszulek i upuściłam mu je na twarz.

− Zaraz uwolnię ci ręce i stopy oraz podam szmatę i wiadro z wodą, żebyś się umył. Potem cicho ruszysz za mną i będziesz robił dokładnie to, co ci powiem.

Użyłam małego noża, który dostałam do Cole’a, i przecięłam plastikowy zacisk wokół jego kostek, ignorując ślady, które zostawił mu na skórze.

− Co się dzieje? – zapytał, siadając. – Co robisz?

− Przenosimy się.

− Dokąd? – Pocierał nadgarstki, które też mu uwolniłam. – Podobno kilka przecznic stąd jest stara rzeźnia. To byłby prawdziwy postęp.

Zaczął się rozbierać. Odwróciłam się i niedbale rzuciłam mu szmatę przez ramię, po czym wbiłam wzrok w podłogę i słuchałam, jak się szoruje.

− Oczywiście ciepła woda byłaby straszną fanaberią – gderał. – Nie mam nawet koca…

Znieruchomiał. Usłyszałam, jak szmata z plaśnięciem spada na podłogę, odwróciłam głowę i popatrzyłam ponad linią jego barków. Zmrużył oczy, wyraźnie się nad czymś zastanawiając.

− O co naprawdę chodzi?

− Przenosimy się – powtórzyłam, przełykając ogarniające mnie obrzydzenie.

Clancy nie miał dostępu do żadnych informacji. Nie dostawał nic prócz absolutnego minimum, na które i tak nie zasługiwał. Nie powiedziałam nic więcej i poczułam delikatne mrowienie w potylicy – to jego umysł obijał się o mój, jakby pukał, bym go wpuściła. Zablokowałam dostęp i wysłałam mu wizję zatrzaskujących się drzwi. Włożyłam w to taką siłę, że aż się wzdrygnął.

− Zamierzacie mnie wymienić… Wydać – powiedział zdenerwowany. – To dlatego mam być czysty i świeży.

Gdyby jego domysły nie były tak bliskie temu, co planowali zrobić z nami agenci, spróbowałabym go podręczyć tą wizją. W zaistniałej sytuacji nie potrafiłam się na to zdobyć.

− Chciałbyś tego, prawda? Nagiąłbyś kilku żołnierzy do swojej woli i zorganizował sobie ucieczkę…

− Imponujące! Więc jednak ciągle jesteś w stanie złożyć zdanie zawierające więcej niż trzy słowa – parsknął, po czym wsunął czystą koszulkę przez głowę i jedną po drugiej naciągnął nogawki spodni. Wyglądał bladziej, niż zapamiętałam. Był tak wychudzony i przezroczysty jak wszyscy. – Ciągle jesteś taka wściekła? Nie mów mi, że to przez tego głupiego dzieciaka.

Nie pamiętam, co się stało po tym, jak przywaliłam mu w szczękę po raz pierwszy. Kiedy wróciła mi świadomość, czyjeś ręce trzymały mnie w pasie, a ja wciąż się miotałam i szarpałam.

− Hej! Uspokój się! – Cole puścił mnie i odepchnął z dala od Clancy’ego i od siebie. – Nie zniżaj się do jego poziomu! Weź się w garść!

Przycisnęłam pięść do piersi, walcząc o oddech. Clancy trzymał dłonie nad głową. Cole podniósł go na nogi, przeciągnął mu ręce do tyłu i skrępował je nowym zaciskiem. Następnie nałożył mu na głowę starą poszewkę na poduszkę i związał ją, by się nie zsunęła.

Bez słowa zaciągnął mnie ku drzwiom. Twarz tężała mu od gniewu.

− Masz się skupić – syknął. – Czeka nas wiele godzin jazdy, a on będzie z nami w aucie przez cały ten czas. Jeśli czegoś spróbuje, to ty będziesz musiała go powstrzymać.

Wbiłam wzrok w Clancy’ego i zauważyłam, jak pochyla ku nam głowę. Skąd miałam wiedzieć, że właśnie teraz nie „próbuje czegoś” na Cole’u? Potrafił kontrolować wiele osób naraz i to w dużo gorszych okolicznościach. To byłaby dla niego pestka. Założyłam, że odseparowanie go od pozostałych wystarczy, by ich uchronić, ale co, jeśli się myliłam?

− A więc wybieramy się na przejażdżkę? – zawołał.

Próbowałam dostrzec w twarzy Cole’a choćby ślad obcego wpływu, kontrolując bańkę strachu rosnącą mi w piersi. Miał przytomne oczy i zachowywał się trzeźwo. A nawet uśmiechał się kpiąco.

− Nie możemy go jakoś pozbawić przytomności? – wyszeptałam. – Byłoby bezpieczniej. Dla nas wszystkich.

− Tylko siłą, a wolałbym nie ryzykować i przypadkowo nie uszkodzić mu mózgu – odparł, po czym już głośniej dodał: − Pojedzie w bagażniku. Związany, zakneblowany, bezbronny. Taki, jakiego lubię go najbardziej.

Clancy skinął głową w naszym kierunku. Gdybym nie znała go tak dobrze, mogłabym przysiąc, że w jego głosie pobrzmiewa nutka desperacji.

− Ależ nie ma takiej potrzeby… − rzucił.

− Nie pojedziesz na tylnym siedzeniu – odparł Cole. – To zbyt ryzykowne. Ktoś mógłby cię zobaczyć. A zresztą pewnie próbowałbyś zwiać.

Clancy prychnął.

− I oddalić się od wyników badań projektu Śnieżyca, zanim je zniszczę?

Cole rzucił mi porozumiewawcze spojrzenie i uśmiechnął się bez słowa. Zdałam sobie sprawę, jaka to korzyść, że Zielone zapamiętały wyniki badań. – Clancy nie miał pojęcia, że na wszelki wypadek stworzyliśmy rodzaj kopii zapasowej.

− To brzmi rozsądnie, prawda, perełko?

Pociągnęłam Cole’a na korytarz i zamknęłam za sobą drzwi.

− Może rzeczywiście nie powinniśmy go zabierać. Jeśli wymknie się nam na Ranczu, może wszystko zniszczyć. – Zacisnęłam dłonie w pięści, usiłując zwalczyć wstręt, jakim napawało mnie wspomnienie tego, że naiwnie uwierzyłam, iż mam Clancy’ego pod kontrolą.

Niektórzy przychodzili na świat, by nigdy nie podnieść oczu na ludzi obok. Byli skupieni jedynie na własnych zachciankach i potrzebach. Nikt inny nie miał dla nich znaczenia. Odcinali się od współczucia, litości i poczucia winy. Niektórzy przychodzili na świat jako potwory. Teraz to rozumiałam.

− Hej – szepnął Cole. – Ja też najchętniej bym go udusił, chyba o tym wiesz?

− Ma więcej masek niż najlepszy teatr – ostrzegłam. – Jeśli coś nie przynosi mu bezpośrednich korzyści, nie współpracuje. A jeśli coś mu zagraża…

− Nie ma do ciebie startu, perełko.

− Chciałabym, żeby tak było. – Potrząsnęłam głową.

− Skupmy się na tym, co może nam dać, jeśli zdołamy przewieźć go w miejsce, w którym będzie chciał współpracować – powiedział Cole. – Tajne dane, wgląd w rozumowanie jego ojca… Jest również wartościowym potencjalnym towarem na wymianę.

− Jest zbyt nieprzewidywalny.

Nawet jeśli oddalibyśmy go ojcu, istniało spore prawdopodobieństwo, że ucieknie i wywoła jeszcze większe spustoszenie. Czy jednak branie go ze sobą, by mieć go na oku, jest lepszym wyjściem?

− Zapominasz, że tak naprawdę chcemy tego samego co on – powiedział Cole, wyraźnie zwalczając odruch, by przewrócić oczami. – Wszyscy dążymy do tego, by odsunąć jego ojca od władzy.

− Nie. On chce zniszczyć własnego ojca. A to różnica. Jeśli mu się uda, mogą wydarzyć się rzeczy, o jakich nam się nie śniło.

Nie pomyślałam o tym, że jeśli ponownie skrępujemy Clancy’emu ręce, będę musiała go nakarmić. Rzucał mi nienawistne spojrzenia i pluł jak kot rozwścieczony tym, że przycięto mu pazury. Skóra mi cierpła. Żadnemu z nas się to nie podobało.

Kiedy wróciłam do głównego pomieszczenia, Liam powitał mnie współczującym spojrzeniem i paczką chipsów, poklepując miejsce na podłodze obok siebie. Było nieprzyzwoicie wcześnie. Połowa osób przysypiała, a druga połowa niespokojnie chodziła tam i z powrotem. Na zewnątrz zerwał się wiatr, który omiatał krawędzie magazynu i wdzierał się w pęknięcia w dachu – idealnie mroczna ścieżka dźwiękowa do naszego poranka.

− Dobra, będę się streszczał – odezwał się Cole. – Podzielimy się na zespoły, które udadzą się do trzech różnych punktów ewakuacyjnych. Jeśli punkt, do którego zostaliście przydzieleni, z jakiegoś powodu przestanie być bezpieczny, na przykład zastaniecie w nim żołnierzy albo coś podejrzanego, udajecie się do najbliższego.

Stojąca obok niego Sen przyglądała się siedzącym na podłodze dzieciom z kpiącym uśmieszkiem. Sama miałam się ochotę uśmiechnąć. Łechtało mnie przyjemne poczucie przewagi. Szerokiej drogi, pomyślałam.

− Kiedy się już dowiecie, z kim i dokąd macie się udać – ciągnął Cole − sprawdźcie na mapie, gdzie znajdują się przygotowane dla waszych zespołów samochody i jak przebiega dalsza droga. Zespół A to ja, Ruby, Liam, Vida, Nico, nasz gość i ten, jak mu tam… W śliczniutkiej koszuli na guziki.

Oburzony Liam wyrzucił ręce w górę.

Pulpet jedynie wzruszył ramionami.

− To i tak lepsze niż „zgred”. Ale mówią na mnie Pulpet.

− Nico nie może być z nami – wtrąciłam się.

Dzieciakowi nie można było ufać, jeśli był w pobliżu Clancy’ego. Nie ręczyłam też za siebie, gdyby wsypał nas kolejny raz.

Kątem oka zobaczyłam, jak chłopiec się wycofuje i chowa z tyłu grupy. Liam chwycił mnie za ramię, ale nie podniosłam głowy. Wiedziałam, że gdybym spojrzała mu w oczy, zobaczyłabym rozczarowanie. On nie rozumiał.

− Dobrze – powiedział Cole. – Nico, pójdziesz z zespołem D.

− Czy to ja jestem „gościem”? – rozległ się kobiecy głos.

Dopiero teraz przypomniałam sobie o pani senator.

− Pani jest w zespole C. Gość zespołu A jest o wiele mniej sympatyczny.

Najwidoczniej wiedziała o obecności Clancy’ego, bo jej jedyną odpowiedzią było krótkie:

− Rozumiem.

Cole omówił szczegóły tras, którymi poszczególne zespoły miały wyruszyć na północ stanu. Wszystkie biegły bocznymi drogami, co wprawdzie wydłużało podróż i zwiększało koszty benzyny, ale za to było bezpieczniejsze. Kiedy skończył, zaległa cisza, jakby wszyscy potrzebowali chwili, by przyswoić nowe informacje.

− Idź po niego – zwrócił się do mnie, a kiedy wychodziłam, rzucił do pozostałych: − Połączcie się w zespoły i w drogę. Uważajcie na siebie. Powodzenia. Do zobaczenia na północy.

Kiedy weszłam, Clancy wstał z trudem. Ciągle miał skrępowane ręce i zasłoniętą głowę.

− To już? Która jest godzina?

Na chwilę odsłoniłam mu twarz.

− Jeśli tylko zauważę, że coś kombinujesz…

− To mnie ukatrupisz. Boże, jesteś tak irytująca jak moja była niańka. Zrozumiałem – prychnął, po czym odwrócił się i szturchnął mnie skrępowanymi dłońmi. – To wygląda równie podejrzanie co worek na głowie. Jeśli coś się wydarzy, będę musiał użyć rąk…

− Nic się nie wydarzy – powiedziałam, chwytając go pod ramię i wywlekając na korytarz.

Okazało się jednak, że musimy się cofnąć, żeby uniknąć stratowania przez pozostałych, którzy rzucili się pędem do różnych wyjść.

− Gotowi? – zawołał do mnie Cole spod okna, kiedy wciągnęłam Clancy’ego do głównego pomieszczenia.

Senator Cruz wciąż tam była, wciśnięta między dwóch agentów, którzy za nią odpowiadali. Na widok syna prezydenta zamarła. Clancy uśmiechnął się ironicznie, taksując ją spojrzeniem.

− Spokój – warknęłam. – Zostaw ją albo wyrzucę cię przez to okno.

− Pozwól, że ci pomogę – odezwał się Liam i mnie podsadził.

W tej samej chwili spojrzał na Sen i widząc, jak agentka zaciąga paski plecaka zawierającego wyniki badań, rzucił mi pytające spojrzenie.

Położyłam mu dłoń na ramieniu na znak, że wszystko jest w porządku. Następnie odwróciłam się i chwyciłam Clancy’ego za barki. Chciałam pomóc mu utrzymać równowagę, ale gdy przerzucał przez ramę okna drugą nogę, zahaczył o coś butem, wypadł mi z rąk i poleciał bezwładnie głową w dół na schody przeciwpożarowe.

− Widzę, że nie przysługuje mi nawet cień godności – warknął, prostując się i niezgrabnie poprawiając koszulę skrępowanymi rękami.

Wychyliłam się nad schody, żeby zobaczyć, gdzie jest Cole. Stał już na ziemi z bronią w dłoni i z maksymalnie skupioną miną, którą wiele razy widziałam u Liama, obserwował pobliskie okna. Wiatr rozwiewał mu włosy i wybrzuszał kurtkę – dął tak mocno, że musiałam się cofnąć.

− Z braci Stewartów on jest chyba lepszą partią. Przystojny. Niepokorny. Chyba twój typ – wyliczał Clancy, podążając za moim spojrzeniem.

Najwidoczniej zupełnie mnie nie znał.

Nie pozwoliłam sobie odwrócić głowy, dopóki nie znaleźliśmy się na ulicy, z plecami przyciśniętymi do budynku. Dopiero wtedy sprawdziłam, czy z Vidą, Pulpetem i Liamem wszystko w porządku.

− Coś nie tak? – zwróciłam się do Cole’a.

Potrząsnął głową.

− Droga wolna.