Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Londyn, 1820 r.
Emmeline Godwin straciła dom, pozycję i perspektywę stabilnej przyszłości, lecz nie nadzieję. Udaje się do Londynu, w którym zatrudnia się jako dama do towarzystwa, zdeterminowana, by zawalczyć o własne życie.
Percival Arthur Thornecroft kocha dwie rzeczy: ciszę i wrzosowiska. Kiedy w jego kawalerskim życiu pojawia się Emmeline, wszystko, co dotychczas było mu drogie, schodzi na dalszy plan.
Czy niechciana korespondencja może przekształcić się w opowieść pełną pasji?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 347
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Monika Banaszyńska
Barbara S. Maciejczyk
Listy nieserdeczne
Listy Nieserdeczne — Barbara S. Maciejczyk, Monika Banaszyńska
Copyright © by Barbara S. Maciejczyk, Monika Banaszyńska, 2026
Copyright © by Wydawnictwo vandom
Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książkiw środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody twórcy.
Redakcja i korekta po składzie: Vanessa Możdżer
Korekta: Agnieszka Kolenda
Skład i łamanie: Tobiasz Małysa (www.grafista.pl)
Projekt okładki: Zuzanna Stanicka
Ilustracje: Ida Chańko
Przygotowanie do druku: Vanessa Możdżer
Zdjęcie autorki Moniki Banaszyńskiej: Miłosz Banaszyński
Zdjęcie autorki Barbary S. Maciejczyk: …………….
Wydanie I
Warszawa 2026
Drukarnia Abedik
Wydawnictwo vandom
(www.wydawnictwo.vandom.pl)
ISBN druk: 978-83-978007-9-3
ISBN e-book: 978-83-982977-0-7
ISBN audiobook: 978-83-982977-1-4
Rozdział 1
Zimno, które przeniknęło moje kości w styczniu tysiąc osiemset dwudziestego roku, nie miało źródła w chłodzie londyńskiego powietrza, lecz w pustce powstałej w mym sercu. Mój świat legł w gruzach w chwili, gdy otrzymałam wiadomość o tragicznym wypadku, w którym zginęli rodzice. Ostatnim, co widzieli przed śmiercią, był oblodzony bruk High Street.
Zostałam już zupełnie sama na tym bezwzględnym, okrutnym dla kobiet świecie. Przecież tak niedawno doświadczyliśmy druzgocącej straty, a teraz okrutny los odebrał mi ostatnie ukochane osoby.
Ciepły, rodzinny dom, który znałam, jedyne miejsce, gdzie mogłam być sobą, zniknął na zawsze. Moja bezpieczna przystań zatonęła pod naporem żalu, samotności i straty. Nagle z ukochanej, otoczonej miłością i troską córki przemieniłam się w opuszczoną sierotę bez opieki. A wkrótce miałam stracić jedyne, co mi jeszcze pozostało – dach nad głową.
Nie zostanie mi nic oprócz nędznej rocznej renty w wysokości stu pięćdziesięciu funtów, bo resztę – każdy posąg w galerii, każdy akr ukochanej ziemi, każdą cenną filiżankę w jadalni chińskiej – przejmie mój kuzyn. Na samą myśl o tym, do czego doprowadzi on Rosehill Manor, czułam mdłości. Trucizna nienawiści powoli, acz nieuchronnie wypełniała moje żyły.
Od czasu tragicznego wypadku snucie się niczym duch po korytarzach, które już nie należały do mnie, stało się moją codziennością. Teraz zaś każda kropla deszczu bębniąca o szyby oranżerii wydawała się kpić z mego losu. Przeklinałam róże matki, że wciąż ośmielały się kwitnąć, że tak naiwnie wystawiały pąki ku szaremu, zimowemu niebu, jakby od przedzierającego się między chmurami słońca domagały się życiodajnej pieszczoty. Stanowiły bolesne przypomnienie o dłoniach, które delikatnie pielęgnowały kwiaty. Róże były największą miłością maman – oczywiście zaraz po mnie, jej jedynej córce. Aby sprawiać małżonce przyjemność, ojciec przeznaczał specjalne kwoty na utrzymanie wyjątkowych odmian. Co się teraz z nimi stanie?
Gardziłam kwiatami, gardziłam sobą za to, że wciąż wdychałam ten słodki, znajomy zapach, który teraz dusił mnie wspomnieniami. Wydawało mi się, że w oranżerii wciąż unosiło się echo śmiechu maman.
Zdławiłam płacz. Zacisnęłam dłonie w pięści. Nie mogłam pozwolić sobie na łzy, choć każde włókno ciała wołało o ulgę w cierpieniu. Musiałam być dzielna, nawet jeśli świat wokół mnie zamieniał się w twardą bryłę lodu.
Przysiadłam na kamiennej ławeczce. Pomimo temperatury panującej w oranżerii szczelniej owinęłam się szalem. By tu dotrzeć, musiałam przejść przez ogród, w którym gdzieniegdzie nadal leżał niedawno opadły śnieg. W drodze między domem a oranżerią mróz przeniknął mnie do kości, czułam na skórze jego okrutne palce, a zimno i obezwładniająca rozpacz po utracie najbliższych sprawiała, że stałam się cieniem dawnej siebie.
Tęskniłam za latem, za ciepłem, za beztroską długich wieczorów spędzanych w gabinecie ojca, za spacerami z maman albo mieszkającą nieopodal gadatliwą Adeline, która obecnie bawiła na kontynencie w podróży poślubnej, nieświadoma mojego nieszczęścia. Nie napisałam do niej listu, ponieważ nie chciałam psuć jej radości z zamążpójścia wieścią o mej niedoli. Co więcej, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, kiedy Adeline powróci, nie zastanie mnie już w Rosehill Manor.
Przygniotła mnie myśl, że nic już nie będzie takie, jak dawniej. A ja nie wiedziałam, jak żyć w tej nowej, zimnej rzeczywistości.
— Panienko! Na miłość boską, panienko! — Znajomy głos był rozgorączkowany, prawie histeryczny. — Panienko Emmeline!
Chłodny, styczniowy podmuch wdarł się do oranżerii, niosąc ze sobą zapach śniegu i pozbawionej życia ziemi.
Zerwałam się z kamiennej ławki, ale zahaczyłam obcasem o rąbek sukni, przez co niemal się przewróciłam. Ginny, młoda służąca, dopadła do mnie z oczami wielkimi niczym u sarny. Jej rude włosy, zawsze pieczołowicie upięte, teraz wymknęły się spod czepka i wiły w nieładzie wokół zarumienionej twarzy. Musiało stać się coś niewyobrażalnego, by tak wzburzyć tę zazwyczaj opanowaną dziewczynę. Ogarnęły mnie najgorsze przeczucia.
— O co chodzi, Ginny? — spytałam, a moje serce zaczęło wybijać niespokojny rytm.
Rozejrzała się czujnie, jakby się bała, że ktoś nas podsłucha. Na szczęście tu słyszały nas tylko kwiaty. Wreszcie nachyliła się do mnie i szepnęła:
— Właśnie nadeszła wiadomość, że nadjeżdża pan Claudius.
Krew odpłynęła mi z twarzy. Dźwięk tego imienia przeszył mnie niczym sztylet. Claudius był moim dalekim kuzynem, a co gorsza – jedynym męskim spadkobiercą Rosehill Manor. Jego przyjazd w zaledwie kilka dni po pogrzebie rodziców nie mógł oznaczać niczego dobrego.
— Ile mamy czasu? — spytałam.
— Mastalerz Ian widział go w miasteczku. Potem przybiegł do nas najszybciej, jak potrafił.
— Przekaż, by kuchnia dała mu dziś deser w ramach nagrody — poleciłam.
Ginny gorliwie pokiwała głową. Wpatrywała się we mnie, spodziewając się dalszych poleceń.
Musiałam szybko coś wymyślić. Kuzyn był w miasteczku. Być może zamierzał zabawić tam dłuższą chwilę, by odświeżyć się po podróży i nie pokazywać mi z ubrudzoną zimowym błotem twarzą, ale szczerze w to wątpiłam. Nigdy nie przejmował się etykietą czy względami innych. Był raczej typem zapatrzonego w siebie narcyza marzącego o bogactwie i lekkim życiu. I właśnie to zapewniłoby mu Rosehill. Przynajmniej na jakiś czas, zanim nie przehulałby jego zasobów i nie popadł w długi, doprowadzając do ruiny majątek mego ojca.
Ta myśl sprawiła, że lodowaty dreszcz przemknął wzdłuż mego ciała, ale jednocześnie wszystkie mięśnie spięły się od nowej porcji czystej determinacji.
— Bierzmy się do pracy — powiedziałam do Ginny mocnym głosem, z całych sił starając się ukryć wewnętrzne drżenie.
Wydostałam się z oranżerii i ruszyłam w kierunku domu, po drodze wydając służącej liczne polecenia. Wiatr porywał moje słowa i wdzierał się do ust. Gdy wreszcie weszłyśmy do posiadłości, naszym oczom ukazał się mały tłum. Zatrzymałam się gwałtownie i rozejrzałam po znajomych twarzach.
— Wiecie już zapewne — odezwałam się do zastępu służących; starałam się, by mój głos brzmiał, jakbym omawiała rutynowy obiad, choć w moim wnętrzu szalała burza z gradobiciem — że zmierza do nas mój kuzyn. Powitajmy go zgodnie z tradycjami Rosehill Manor, podejmując go najlepiej, jak to możliwe. Dziś na kolację podamy lekką zupę, gęś i pieczone ziemniaki, a na deser owoce w syropie. Nie zapomnijcie o odpowiednim winie i whisky. Pan Claudius za nią przepada. — Gardło ściskało mi się na myśl, co może się stać ze służbą, jeśli ten utracjusz przyjechał, aby odebrać mi dom, a wszystkich tych ludzi wyrzucić na bruk. — Pokażmy mu, na co was stać.
Może jeśli zrobią na nim odpowiednie wrażenie, a ja – sam Bóg raczy wiedzieć jak – zdołam się odwołać do resztek zdrowego rozsądku i odpowiedzialności kuzyna, zgodzi się wszystkich zostawić. Musiałam w to wierzyć.
— Ginny, Olivio — zwróciłam się do dwóch zaufanych służących. — Zostańcie ze mną na chwilę. Reszta może ruszać do swoich zadań.
Kiedy pomieszczenie opustoszało, cichutko poinstruowałam dziewczęta, co należy schować przed przybyciem Claudiusa: srebrną zastawę, którą maman nabyła bardzo niedawno i nie zdążyła włączyć do zasobów posiadłości, cenne bibeloty z salonu, matczyne perły i ojcowskie zegarki kieszonkowe. Uwielbiał je. Nie zniosłabym, gdyby kuzyn paradował z nimi niczym paw. Zgodnie z prawem nie mogłam zabrać stąd niczego, co nie zostało mi ofiarowane przez nowego właściciela albo przyrzeczone przez ojca przed jego śmiercią. Zamierzałam upewnić się, że owa druga kategoria przedmiotów rzeczywiście pozostanie w moim posiadaniu, zanim Claudius położy na nich lepkie łapy.
Cóż, możliwe, że trochę wydłużyłam listę, którą podałam Ginny i Olivii. Może nawet więcej niż trochę. Po zebraniu wszystkiego miały jak najszybciej opuścić Rosehill i w tajemnicy przed wścibskimi oczami ukryć przedmioty w niewielkiej jamie nad rzeką, w miejscu, które szczególnie lubiłam odwiedzać latem. Wierzyłam, że gałęzie rosnącej tam wierzby płaczącej, choć obecnie bezlistne i posępne niczym mój nastrój, ukryją działania dziewcząt oraz skarby, które miały tymczasowo powierzyć naturze.
Czas, który mogliśmy poświęcić na przygotowania, kurczył się w zastraszającym tempie. Wydawszy ostatnie polecenia, ruszyłam do mojej komnaty. Przebrałam się w czystą suknię dzienną w kolorze szałwiowym – to była świadoma decyzja, by zachować choć pozory godności. Ramiona okryłam lawendowym szalem. To był ostatni prezent, jaki dostałam od maman. Delikatny zapach materiału przypominał mi o jej ciepłym uścisku. Usiadłam na brzegu taboretu.
Claudius nie dał mi czekać zbyt długo.
— Panienko — odezwała się starsza służąca, pani Higgins, gdy pozwoliłam jej wejść. Starała się ukryć zdenerwowanie, lecz jej niepokój natychmiast mi się udzielił. — Gość już przybył.
Przez wzgląd na panią Higgins powstrzymałam się od ciężkiego westchnienia. Dumnie uniosłam podbródek, rozejrzałam się po swojej sypialni i spróbowałam zapamiętać ją taką, jaka dotychczas była. Mój wzrok padł na duże, wygodne łoże z jasnozieloną narzutą, pięknie rzeźbioną szafę, tapetę w kwiatowe wzory z wyglądającymi spośród roślin pawiami oraz duże okno osłonięte muślinową zasłoną. Z ciężkim sercem zamknęłam za sobą drzwi, czując, jakby w pokoju zostawała część mnie.
Powoli zeszłam po schodach. Zdawało się, że z każdego znajomego kąta krzyczy do mnie echo mego dzieciństwa, które bezpowrotnie przeminęło. Nie tak dawno temu z entuzjazmem wyobrażałam sobie pierwszy sezon i poszukiwanie najlepszego kandydata na męża, a syn, którego powiłabym po ślubie, odziedziczyłby posiadłość po moim ojcu. Teraz zaś zbliżałam się do wstrętnego mi mężczyzny, który – zgodnie z prawem, lecz bez najmniejszego poszanowania mej osoby – wyciągał łapy, by przejąć mój dom.
— Najdroższa kuzynko! — zawołał Claudius.
— Witaj, kuzynie — odparłam cierpko.
Claudius był dwa lata starszy ode mnie. Los poskąpił mu wzrostu, dlatego różniło nas zaledwie parę cali. Kuzyn miał włosy w kolorze spłowiałego blondu, charakterystycznego dla jego części rodziny, do tego ślady po chorobach dziecięcych na zaczerwienionych od chłodu policzkach oraz wielkie, szerokie usta, które zawsze budziły we mnie wstręt. Jednak z biegiem czasu cherlawy chłopiec, którego pamiętałam z dzieciństwa, wyrósł na wysportowanego młodego mężczyznę poświęcającego wyłączną uwagę koniom, sączeniu whisky oraz, jeśli plotki na jego temat nie kłamały, hazardowi i aktorkom. Na tym kończyły się jego zainteresowania.
Na dzisiejsze spotkanie Claudius wybrał musztardową kamizelę, jasną koszulę i antracytowy surdut, a ciemne spodnie miał wpuszczone w buty do konnej jazdy. Wyglądał niczym truteń – i tak też się zachowywał.
Ku mojemu absolutnemu zaskoczeniu, Claudius podszedł, by powitać się kordialnie, a nawet z pewną poufałością, której natychmiast pożałowałam. Odsunęłam się od niego prędko i udałam, że koniecznie muszę poprawić lawendowy szal, który wcale nie zsunął się z ramion. Bliskość kuzyna, jego specyficzny, trudny do zniesienia zapach whisky i stęchlizny sprawiły, że po prostu musiałam się cofnąć.
— Zostaniesz na kolacji? — zapytałam, kryjąc przed nim każde drgnienie ze wstrętu, który czułam. Mój głos brzmiał gładko, jakby to była najzwyklejsza propozycja.
— Jak najbardziej — odparł. — Liczyłem na twoje towarzystwo tego wieczoru, najdroższa kuzynko.
To zabrzmiało… dwuznacznie. Chyba będę spała z nożem pod poduszką. Claudius nie wyglądał na kogoś, kto chciałby skrzywdzić damę z towarzystwa – nawet pozbawioną protekcji rodziców, jak ja od niedawna – ale wolałam zachować maksymalną czujność. Ostatecznie byłam niezamężna i przebywaliśmy pod jednym dachem bez przyzwoitki, co samo w sobie było już olbrzymim ryzykiem.
— Ach, przypomniało mi się coś! — wykrzyknął, nagle rozpromieniony, jakby właśnie odkrył bezcenny skarb. Podszedł do pobliskiego stolika z mahoniu i coś z niego zabrał. — To dla ciebie, moja droga. Mały podarunek.
Wyciągnął w moją stronę rękę, w której trzymał jeden kwiat. Moje serce zamarło. To był przywiędły, żółty narcyz. Jego jaskrawy odcień zdawał się kpić z mej żałoby, a roztaczany przez niego nieco zatęchły zapach przypominał ten, który wyczuwałam od kuzyna.
Nie miałam pojęcia, czy Claudiusa cechowała ignorancja i to dlatego nie pojmował znaczenia tego gestu – jeden narcyz zapowiadał nieszczęście, a żółty kolor wiązał się z próżnością, zazdrością, a nawet zdradą – czy też ofiarowywał mi ten kwiat z rozmysłem, chcąc zadać kolejny, subtelny cios. Jedno było pewne: przyjęcie go byłoby ostatnim, czego bym sobie życzyła. W dodatku wolałam nie wiedzieć, gdzie kuzyn zdobył ten okropny podarunek. Wyglądał, jakby opuścił czyjąś oranżerię, by zasilić wieniec pogrzebowy zmarłego niedawno nieszczęśnika.
— Sophie! — zawołałam, a służąca pojawiła się niemal natychmiast, gotowa, by wykonać każde moje polecenie. — Proszę, wstaw ten piękny kwiat do gabinetu, by dodał mu życia. — Uśmiechnęłam się słabo.
Claudius nie musiał wiedzieć, że gabinet ojca stał nieużywany i opuszczony od dnia jego śmierci, więc nikt nie będzie zmuszony patrzeć na podarunek od kuzyna ani znosić tego mdlącego zapachu.
— Poleciłam przygotować komnatę, w której będziesz mógł się odświeżyć przed dalszą podróżą. — Celowo położyłam nacisk na ostatnie słowo, aby dać mu do zrozumienia, że jego wizyta ma być jedynie tymczasowa.
— To bardzo miłe z twojej strony, Emmeline — odparł Claudius, a jego usta wykrzywiły się w uśmieszku zadowolenia. Już myślałam, że na tym zakończy, ale on dodał nieoczekiwanie, z triumfem w głosie: — Jednak nie zamierzam kontynuować podróży.
To był cios przekreślający moje ostatnie nadzieje. Rzeczywistość uderzyła we mnie z brutalną siłą. Walczyłam ze sobą, by nie zgiąć się w pół i nie zacząć krzyczeć. Tymczasem mój rozmówca, całkowicie nieświadomy targających mną emocji, oznajmił:
— Zostanę w Rosehill Manor jako nowy dziedzic. Podczas kolacji porozmawiamy o twojej przyszłości. Dawno temu obiecałem wujowi, że gdyby coś mu się przydarzyło, nie zostawię cię z niczym. Zamierzam dotrzymać słowa.
Spojrzał na mnie jak na najcenniejszą, cudzoziemską zdobycz, która właśnie trafiła w jego ręce. Szybko ukryłam drżące dłonie za plecami.
— Kilka pilnych spraw domaga się mojej uwagi — powiedziałam szybko. Musiałam stąd uciec, zanim Claudius dostrzeże moje prawdziwe emocje. — Do zobaczenia przy kolacji.
Wróciłam do sypialni roztrzęsiona. Podeszłam do łóżka, porwałam z niego poduszkę i bez wahania przystawiłam ją do twarzy, a zaraz potem zaczęłam krzyczeć. Wykrzykiwałam bezsilność, smutek i złość. Krzyczałam, krzyczałam i krzyczałam, aż gardło odmówiło mi posłuszeństwa, a płuca zaczęły palić żywym ogniem.
Dopiero wtedy wzięłam się w garść. Nie miałam zamiaru ulec żadnemu mężczyźnie, a już zwłaszcza okropnemu kuzynowi. Wybrałam ulubioną suknię wieczorową – seledynowy atłas, który zawsze dodawał mi pewności siebie – spakowałam przybory do pisania, kilka najcenniejszych książek, osobistą biżuterię oraz niewiele warte drobiazgi, do których żywiłam ogromny sentyment. Kiedy skończyłam, zeszłam na kolację z poczuciem, że cokolwiek się wydarzy, ja zrobiłam wszystko, co w mojej mocy, by poradzić sobie, jeśli stanie się najgorsze.
Claudius stał przed jadalnią, a jego wyczekujący uśmiech sprawił, że poczułam, jakbym zaglądała do paszczy lwa. Razem weszliśmy do środka i zajęliśmy miejsca przy stole. Połykałam kęs za kęsem przy akompaniamencie jego niezamykających się ust. I wcale nie chodziło o to, że nie domykał ich podczas przeżuwania czy przełykania jedzenia, lecz o niekończący się potok słów, który z nich wypływał.
Przy deserze Claudius przeszedł do meritum.
— Emmeline — zaczął. Kawałek wiśni z deseru przylepił mu się do kącika ust. Obserwowałam go z głęboko skrywanym obrzydzeniem. Moje wnętrzności przewracały się na samą myśl o bliskości krewnego. — Jak mówiłem, obiecałem wujowi, że zaopiekuję się tobą i posiadłością. — Coś mi podpowiadało, że o drugie dbał bardziej. Uniosłam kieliszek z winem. Dłoń lekko mi zadrżała, ale zdołałam ją opanować. Musiałam się napić, inaczej zaraz puściłyby mi nerwy. — Dlatego uznałem, że najlepiej by było, gdybyśmy się pobrali.
Zakrztusiłam się alkoholem; wino paliło moje podrażnione krzykiem gardło.
Stwierdzenie Claudiusa było tak nieoczekiwane, tak pełne aroganckiej pewności siebie, że natychmiast przepełniła mnie wściekłość. Ostatkiem sił nakazałam sobie zachowanie spokoju.
— Oczywiście odczekamy wymagany przez tradycję czas, który powinnaś poświęcić na żałobę, a potem się pobierzemy — ciągnął Claudius, niezrażony ani moim kaszlem, ani milczeniem. Jego ton był protekcjonalny, jakby objaśniał dziecku proste zasady. — W domu możesz chodzić ubrana wedle uznania, ale w towarzystwie powinnaś pokazywać się tylko w czerni, jeśli cenisz swoje dobre imię. W końcu teraz ludzie będą wymieniać nasze nazwiska na jednym wydechu. Nie chciałbym, żeby ktoś zarzucił mi, że nie dopilnowałem, byś przeżywała żałobę po śmierci krewnych zgodnie z wymogami socjety. Koniecznie więc zamów czarne suknie albo lepiej każ zafarbować te, które już masz, by uniknąć zbędnych wydatków. Zapewne i tak nie będziesz przecież zbyt często opuszczać posiadłości.
Maman nie znosiła czerni. Nie podobałoby się jej, że marnuję młodość na kolor wdów. Oczywiście wiedziałam, że będę musiała go przywdziewać, by nie narazić się opinii towarzystwa, niemniej jednak w domu nie zamierzałam bawić się w zbędny formalizm.
Ciekawe, co powiedziałaby maman, gdybym przyznała, że zaczęłam fantazjować na temat zamordowania dybiącego na spadek Claudiusa. Wizja wbicia mu w tętnicę szyjną nożyka do otwierania listów z każdą chwilą stawała się coraz bardziej kusząca.
Kuzyn perorował dalej, zapewne zachwycony brzmieniem własnego głosu i marzeniami o dominacji nade mną i nad moją przyszłością. Ani razu nie wziął pod uwagę mojego zdania, nawet nie zapytał, czy zgodzę się za niego wyjść, jakby jego móżdżek nie mógł wytworzyć wizji rzeczywistości, w której jakakolwiek dama odrzuca jego hojne oświadczyny. Claudius mówił dalej, pouczając mnie w temacie zarządzania majątkiem – jakby cokolwiek o tym wiedział – zasad moralnych – o których zapewne wiedział jeszcze mniej – oraz czekających nas wspólnych lat.
— Myślę, że możemy zwolnić połowę służby, by ograniczyć wydatki. W końcu po co nam tylu nieużytecznych ludzi?
Dość! Nie mogłam dłużej słuchać tego impertynenckiego głupca. Jego arogancja oraz pogarda dla pracowników i dla mego dziedzictwa eksplodowały we mnie ogniem wściekłości.
Wstałam z taką siłą, że krzesło, które dotąd zajmowałam, gwałtownie odsunęło się z szurnięciem po podłodze, aż wreszcie upadło z głuchym, rozdzierającym hukiem. Oczy Claudiusa rozszerzyły się w zaskoczeniu.
Pierwszy raz choć na moment zabrakło mu słów.
— Claudiusie, nie wyjdę za ciebie. — Mój głos, choć niski, był ostry niczym brzytwa. — Ani teraz, ani nigdy.
Rozdział 2
Mój oddech zamienił się w parę, a ta splotła się w miłosnym tańcu z mgłą zasnuwającą wrzosowisko. Zamknąłem oczy. Pozwoliłem igiełkom mrozu wypełnić moje płuca, podczas gdy chłonąłem muzykę natury – chrzęszczący pod psimi łapami śnieg, ciche posapywanie zwierząt, wiatr zawodzący pośród nagich gałęzi drzew.
Do mych uszu dotarł tętent kopyt, ale na razie był jeszcze zbyt odległy, by mnie niepokoić. Delektowałem się błogą ciszą. Za niedługo mój milczący dom wypełni się głosem przyjaciela i jego rodziny. Lubiłem ich odwiedziny, ale bardziej ceniłem sobie spokój.
Uniosłem powieki dopiero, gdy nie mogłem już dłużej ignorować nadjeżdżającego powozu. Ostatnie chwile spokoju właśnie udały się w podróż do nicości, a nie przewidywałem, by miały powrócić w ciągu najbliższych kilku tygodni, ba, miesięcy nawet, bo wkrótce trzeba będzie udać się do Londynu na rozpoczęcie obrad parlamentu. Ciągłe dyskusje, krzyki, hałas, ścisk… a do tego jeszcze bale i wszelkiego rodzaju przyjęcia związane z sezonem towarzyskim.
To wszystko przerażało mnie do granic.
Psy rozszczekały się na dobre. Wbrew pozorom były bardzo przyjaźnie nastawione do ludzi i chętnie poddawały się pieszczotom, choć teraz okrążały jadący powoli powóz, odprowadzając go warknięciami i machaniem ogonów. Pojazd zatrzymał się nieopodal mnie.
— Percival, przyjacielu! Jak miło, że wyszedłeś nam na spotkanie!
Głos Benedicta poniósł się echem po wrzosowisku, miękki i tak ciepły, że niemal mógłby roztopić grubą, białą pokrywę śniegu. Skrzywiłem się w duchu na tą myśl. Zima w swojej zachwycającej, puchowej sukni zawsze kojarzyła mi się ze spokojem i ciszą, do których tęskniłem bez ustanku.
— Pani Foxeley, Benedikcie — przywitałem się, kiwając głową. Pilnowałem, by nie unieść nieuprzejmie głosu. — Witam w Thornebarrow Hall. Służba już na was czeka. Zjemy wspólnie podwieczorek.
— Lordzie Thorne, może dołączy pan do nas? W powozie jest dość miejsca — zaproponowała Henrietta, lady Foxeley. — Wyjątkowo mroźne dziś popołudnie.
— Proszę się nie kłopotać — zaoponowałem. — Mróz mi niestraszny. Wrócę pieszo, a wy tymczasem ogrzejcie się przy kominku.
Powóz Foxeleyów ruszył, a ja obrałem powolny kurs na Thornebarrow Hall. Od posiadłości dzieliła mnie niecała mila, zatem nie udałoby mi się zmitrężyć więcej czasu niż to konieczne na spacer, ale i tak nieszczególnie się spieszyłem. Napawałem się urokiem zimy, która w Londynie nie będzie wyglądać tak magicznie: rozjeżdżony powozami śnieg, rozdeptane buciorami ulice, biel puchu skażona nieczystościami.
Zresztą wiosnę i lato w mieście spędzało się równie podle. Najpierw smród i zaduch rozciągały swe chciwe pazury nad dachówkami City, Westminsteru, Westendu, Greenwich i dalej, opasając to wszystko wstęgą cuchnącej Tamizy.
Jesienią zaś deszcz upokarzał wysuszone latem chodniki i drogi, wiatr karał wywieszone przez nieopatrzne gospodynie pranie schnące na sznurkach, a także wzburzał ostatnie liście na drzewach i pięknie upięte fryzury, dając londyńczykom jeszcze więcej powodów do narzekań.
Jednak tu, w Thornebarrow Hall, każdą porę roku obserwowałem z zachwytem, pragnąłem nigdy nie opuszczać tego miejsca. Zieleniące się trawy, powietrze nasycone upojnym zapachem bzu, muzykę towarzyszącą pracy owadów i szum rwącego strumienia kochałem wiosną; słodkie owoce z sadu, długie powolne wieczory, ogniska oraz żabie koncerty wielbiłem latem; kojący dźwięk kropel deszczu, taniec liści prowadzonych w walcu przez wiatr i ich powolną przemianę w złoto wychwalałem jesienią; a zimą… zimą oddawałem serce skrzypieniu śniegu pod stopami, finezyjnym witrażom mrozu na szybach i gałęziom pokrytym szadzią niby lukrem.
Tu, w Thornebarrow Hall, miałem wszystko, o czym mogłem zamarzyć. Promienie słońca witały mnie o świcie i kłaniały mi się tuż przed zapadnięciem nocy, ptaki śpiewały tylko dla mnie, a wiatr hulał wolno po wrzosowiskach. Thornebarrow Hall w moim słowniku oznaczało szczęście.
Jednak mój przyjaciel, sir Benedict Foxeley, śmiał uważać inaczej.
Minęły już prawie dwa lata odkąd przyjemny stan kawalerski porzucił na rzecz małżeństwa. Spośród wszystkich moich przyjaciół, z którymi studiowałem w Oxfordzie, to Benedict sprawiał wrażenie kogoś, kto nigdy nie zrezygnuje z kawalerskich przywilejów. Podobnie jak ja cenił samotne życie i zarzekał się, że zawsze już tak pozostanie. Aż na początku sezonu tysiąc osiemset osiemnastego roku, na pierwszym balu ujrzał młodą, debiutującą Henriettę. I mój przyjaciel przepadł bezpowrotnie.
Żałowałem, iż Benedict dał się ponieść takiej fraszce, czemuś tak ulotnemu jak zauroczenie i ożenił się tak szybko. Bardzo się zmienił od tego czasu, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że dobrze mi samemu. Jednak zarówno on, jak i jego małżonka wciąż nie ustępowali w próbach zachęcenia mnie do znalezienia pani Thornecroft. Wiedziałem, że także podczas tej wizyty ów temat pojawi się raczej szybciej niż później.
Dotarłem do domu i niemal od razu zauważyłem porządki wprowadzone przez panią Foxeley. Cóż, mogłem się spodziewać, iż dama będzie chciała znaleźć miejsce dla siebie nawet i w moim męskim gniazdku. Z pewnością to na jej polecenie odsunięto wszystkie zasłony na parterze i piętrze, a gdzieniegdzie, nawet mimo mrozu, otwarto okna, zapraszając do środka świeże, zimowe powietrze. Nie byłem przekonany co do wpuszczania tak dużej ilości światła, ale przewietrzenie domu z pewnością nie zaszkodzi.
Wszedłem do salonu, gdzie Benedict nosił na rękach swoje niedawno narodzone dziecko. Niemal nie poznawałem przyjaciela. Życie małżeńskie nieco zaokrągliło jego szczupłą dotąd sylwetkę. Świeżo upieczony ojciec poruszał się powoli, kołysząc się niczym statek na falach.
Mały William spał grzecznie w ramionach ojca, a lady Foxeley ułożyła się wygodnie w dużym fotelu. Tak długa podróż po rozwiązaniu musiała być dla niej wyczerpująca. Mimo widocznego zmęczenia, nie mogłem odmówić uroku żonie Benedicta. Jasne włosy okalały jej zarumienioną od mrozu twarz, którą zdobiły duże, niebieskie oczy. Nic dziwnego, że przyjaciel docenił tak łagodną urodę.
Prędko nakazałem służbie podanie sherry, by lady mogła się wzmocnić, zanim przyjdzie czas na kolację. Henrietta, upiwszy łyk, uśmiechnęła się z zadowoleniem i podziękowała mi wylewnie. Znów skrzywiłem się w duchu, słysząc kobiecy szczebiot w murach tego domu. Zdecydowanie wolałem, gdy panowała w nim cisza.
— Tuszę, iż nie wywołałam twego gniewu, lordzie Thorne, nakazując służbie odsłonięcie okien. Tak duszno tu było i ciemno! — perorowała zbyt teatralnie jak na mój gust, czym wywołała grymas, którego tym razem nie udało mi się powstrzymać.
— Ależ skąd, lady Foxeley, to doskonały pomysł. Dawno nie wietrzyłem, a powietrze dziś tak przyjemne, że aż szkoda nie wpuścić go do środka! — odparłem z zacietrzewieniem, nieświadomie naśladując żonę przyjaciela.
Poczułem się zażenowany.
— Lordzie Thorne, gdyby miał pan żonę, ona pilnowałaby tego, by tu chociaż od czasu do czasu odświeżyć. Oczywiście z myślą o pańskim zdrowiu!
— Nonsens, doskonale sobie radzę bez żony.
— Drogi przyjacielu — wtrącił Benedict. — Pamiętasz, że ja także byłem zatwardziałym kawalerem? I proszę, zobacz, co mnie spotkało!
Benedict popatrzył na małżonkę, a jego oczy wypełniało uwielbienie i wdzięczność. Wzrok Henrietty był równie wymowny. Ta subtelna wymiana spojrzeń była jednocześnie niezwykle intymna, przez co poczułem się trochę jak nieproszony gość na przyjęciu tylko dla dwojga.
— Proszę, nie czujcie się urażeni, ale czy ten temat można odłożyć na inną okazję? Tak się składa, że dopiero przyjechaliście, a niedługo podamy kolację. Powinniście się odświeżyć i wypocząć, a i mnie przydałaby się zmiana garderoby.
Na szczęście moi goście doszli do tego samego wniosku i udali się do przygotowanej dla nich sypialni. Cieszyłem się, że uniknąłem kontynuowania niewygodnego tematu, choć zdawałem sobie sprawę, że to dopiero początek, bo oboje zagięli na mnie parol. Nie odpuszczą mi, póki nie pójdę na kompromis albo, w najgorszym razie, się nie ożenię.
Przebrałem się do kolacji, w efekcie czego byłem całkiem zadowolony ze swego wyglądu. Włosy pozwoliły się nieco ujarzmić i ułożyły się grzeczniej przy głowie niż zazwyczaj, nie odstając jak gałązki młodej wierzby. Poruszyłem ustami, by przećwiczyć uśmiechanie się do lady Foxeley, bo ze względu na sentyment do przyjaciela miałem zamiar traktować jego żonę z należnym jej szacunkiem. Kiedy jednak uniosłem kąciki ust, blizna na lewym policzku rozciągnęła się i zamiast przyjaźnie, wyglądałem groźnie, jakby twarz wykrzywiał mi grymas złości. Miałem nadzieję, że nie odstraszę tym delikatnej Henrietty.
Choć mógłbym właśnie ten mankament wykorzystać jako atut, by zniechęcić państwa Foxeleyów do nastawania na mój kawalerski żywot. Być może nawet, prezentując ten ponury i złowieszczy uśmiech Henrietcie, przekonam ją, że raczej nie uda mi się uszczęśliwić żadnej damy, zwłaszcza że wcale tego nie chcę.
To nie tak, że nie lubiłem kobiet. Uważałem, że są piękne, powabne i kuszące i kiedy czułem potrzebę, by zbliżyć się do jakiejś, najczęściej robiłem to za opłatą. Nie wstydziłem się płacić za kilka upojnych chwil z miłą niewiastą. Przynajmniej miałem wtedy pewność, że mnie nie odrzuci – w końcu płaciłem jej, by przez jakiś czas udawała, że choć odrobinę mnie lubi.
Sytuacja miała się zgoła inaczej, gdy na horyzoncie pojawiała się urodziwa panna, której mógłbym zaoferować skinienie głową albo dwa zdania niezobowiązującej rozmowy. Nie potrafiłem tego zrobić. Zbyt wiele oczekiwano od mężczyzny o mojej pozycji społecznej, przez co moje serce wypełniała obawa za każdym razem, gdy przebywałem w towarzystwie równej mi statusem damy.
Nie lękałem się tego, że mogę się nie spodobać, bo majątek wystarczająco podnosił moją atrakcyjność matrymonialną.
Drżałem na myśl o tym, że źle ocenię pannę. Że okaże się trywialna, infantylna i, zupełnie jak setki innych, wyszkolona do zadowalania męża. Że jej jedyną pasją będą hafty, akwarele czy granie na jakimś instrumencie, że nie będzie posiadała własnego zdania ani opinii.
Z kolei te panny, których sercami kierowało zbyt wiele ognia, które zawsze miały swoje zdanie, najczęściej przeciwne do męskiego, mówiły, co myślą, bez względu na konsekwencje i zasady dobrego wychowania, które w każdym calu zbudowane były z emocji i pasji – tych bałem się najbardziej. Przerażały mnie. Jakże taką dopasować do siebie, ujarzmić, zrozumieć?
Pokochać?
Mój stan kawalerski odpowiadał mi zatem w zupełności, gdyż głowy nie musiałem zaprzątać sobie żoną, jej uszczęśliwianiem czy rozumieniem. A czy w ogóle znalazłaby się taka, którą bym polubił?
Zgodnie z przewidywaniami, lady Foxeley nie zamierzała odpuścić. Ledwie podano drugie danie, wznowiła słowną kawalkadę.
— Tak właściwie, lordzie Thorne, co powstrzymuje cię przed małżeństwem? Wszak z opowieści Benedicta wnioskuję, że kobiece piękno nie jest ci obojętne.
Posłałem przyjacielowi druzgocące spojrzenie. Nie przewidziałem, że podzieli się z żoną podobnymi informacjami na mój temat. Benedict udał, że nie dostrzega mojej przygany.
— Rzeczywiście, jednakże niewiasta w domu sporo zmienia. Mam swoje przyzwyczajenia i preferencje, a żona mogłaby patrzeć na nie zgoła inaczej.
Henrietta nonszalancko, choć z nieskrywaną gracją, machnęła ręką.
— Błahostki, lordzie.
Jej ton poruszył we mnie struny, których nie powinien. Wyprostowałem się na krześle, które nagle zaczęło mnie uwierać. Z całych sił powstrzymywałem się przed skomentowaniem słów lady Foxeley w co najmniej niegrzeczny sposób. Benedict musiał dostrzec, że się spiąłem, bo nareszcie raczył zainterweniować.
— Drogi przyjacielu, nie gniewaj się na moją żonę — rzekł pokojowo. — Nam tylko zależy na twoim szczęściu.
— Ależ ja jestem szczęśliwy! — odparłem, mocniej zaciskając dłonie na sztućcach.
— Posłuchaj mnie. Jesteś jedynym męskim potomkiem Thornecroftów, a twoim obowiązkiem jest przedłużyć ród. Zamierzasz coś z tym zrobić? — Benedict rozkrajał właśnie polędwicę wołową, a zwrócił się do mnie tonem, którym przemawiałby do krnąbrnego dziecka. Z każdym kolejnym zdaniem jego słowa podobały mi się coraz mniej. — Jakkolwiek brutalnie to nie zabrzmi, Percivalu, możesz żony nie chcieć, ale potrzebujesz jej choćby do tego, by mieć komu pozostawić pewnego dnia ten wielki, straszący pałacyk i te wszystkie wrzosowiska, które darzysz takim uczuciem. W twoim przypadku ustatkowanie się to nie tylko kwestia wygody, ale przede wszystkim konieczność rodowa. Doprawdy nie rozumiem, jak możesz podchodzić do tego tak egoistycznie, przyjacielu.
Odłożyłem sztućce, bo nagle mój apetyt gdzieś uleciał. Benedict wyłożył jedyny argument, który mógł mnie skłonić do małżeństwa, do tego zrobił to zupełnie bezceremonialnie! Rzucił nim niczym rękawicą na wyzwanie, doskonale wiedząc, że prędzej czy później będę musiał ją podjąć.
— Może coś zaproponuję, lordzie Thorne? — Lady Foxeley posłała mi nad stołem ugodowe spojrzenie błękitnych oczu. — Wiem, że niełatwo ci przełamać swój opór, dlatego mam pewien dość niezwykły pomysł.
— Mam obawy co do tej propozycji, jeszcze jej nie wysłuchawszy. — Skrzywiłem się wyraźnie.
— Percivalu, pozwól jej mówić — wtrącił sir Foxeley, mimo że parsknął, słysząc mój komentarz.
Westchnąłem i poddałem się, bo wiedziałem, że nie mam szans na wygranie tego pojedynku i przyjdzie mi zapoznać się z szalonym pomysłem Henrietty, czy tego chciałem, czy nie. Najgorsze, że najpewniej będę musiał na niego przystać.
— Czy masz jakieś wymagania dotyczące przyszłej małżonki? — zapytała lady i wstała od stołu. Dopiero teraz zauważyłem, że miała ze sobą jakąś broszurę.
— Nie, byle nie była zbyt gadatliwa. Lubię ciszę — dodałem, patrząc na nią sugestywnie.
Henrietta zignorowała przytyk.
— Dobrze, w takim razie pozwól, że przedstawię ci moją propozycję, lordzie Thorne.
Obeszła stół i zatrzymała się przy mnie, położyła przede mną rysik i książeczkę o szumnej nazwie „Spis panien stanu wolnego i wdów. Z uwzględnieniem majątku i perspektyw”. Cóż to miało być, do diaska?!
— Niedawno ukazała się ta broszura. Ze względu na przyjaciela mojego drogiego męża — mówiła oczywiście o mnie — przejrzałam ją bardzo dokładnie. Wiem, że miewasz trudności w rozmowie z pannami, a zatem pomogę ci najlepiej, jak potrafię. Napiszesz pięć zupełnie neutralnych listów sugerujących pannom, że poszukujesz żony i jesteś chętny do nawiązania kontaktu. — Henrietta, kompletnie zapominając o zasadach etykiety, przysiadła na stole. Kątem oka dostrzegłem zmianę w sposobie, w jaki patrzył na nią mąż. — Wskażesz palcem, zupełnie na chybił trafił, pięć nazwisk panien podanych w tym spisie, a ja wyślę im listy.
— To nie mogę wybrać, do kogo te listy zostaną wysłane? — upewniłem się, oszołomiony jej szaloną propozycją.
— Nie, drogi przyjacielu — podjął Benedict, którego najwyraźniej wtajemniczono w ten niecny spisek. — Wskażesz je palcem z zamkniętymi oczami, każdą z innej strony. Być może ślepy los przyniesie ci szczęście.
— Oboje postradaliście zmysły — mruknąłem.
Henrietta właśnie unosiła broszurę.
— Teraz wskażesz na pięć, a jeśli okażą się niewłaściwe, spróbujemy z następnymi — kontynuował Benedict. — Henrietta postara się o zgodę na korespondencję.
— Tak, ale pójdziesz też na bal otwierający sezon, lordzie Thorne — zastrzegła prędko jego żona. — Będziesz miał czas się przygotować, bo w związku ze śmiercią króla i żałobą wszystkie wydarzenia zostały przesunięte. To co, może jakaś nowa garderoba?
Nie mogłem w to uwierzyć. Zostałem przegłosowany, przekrzyczany i wciśnięty w wytworne fatałaszki, zanim zdążyłem porządnie zaprotestować.
Lady Foxeley kazała mi zamknąć oczy, wyciągnąć dłoń z wysuniętym palcem wskazującym i zawieszając ją nad broszurą, wskazać na pięć nazwisk. Każde z nich zaznaczała rysikiem, pewnie by ich przypadkiem nie zapomnieć. Dopiero gdy te procedury zostały dopełnione, mogłem w spokoju dokończyć posiłek. Smakował teraz niczym papier listowny.
— Lordzie Thorne, proszę przygotować owe listy jak najszybciej! Jestem niezmiernie podekscytowana! — Henrietta klasnęła w dłonie. — Ciekawe, czy uda nam się w ten sposób znaleźć przyszłą panią Thornecroft!
Oby nie, odpowiedziałem sam sobie, posyłając moim przyjaciołom jedynie namiastkę uśmiechu. Wzdłuż kręgosłupa przebiegł mi nieprzyjemny dreszcz, kiedy tylko zdałem sobie sprawę z tego, na co się zgodziłem.
Nie było odwrotu.
Szanowna Panno,
Wyrażam najszczerszą nadzieję, iż list ten zastanie Pannę w dobrym zdrowiu.
Rozumiem, jak osobliwe, a być może nawet nie na miejscu, może się Pannie wydać moje postępowanie. Przedłożę pokrótce cel niniejszej korespondencji.
Jak pewnie Panna zauważyła po nazwisku i adresie nadawcy, jestem Percival Arthur Thornecroft, wicehrabia Thorne, obecnie rezydujący w Thornebarrow Hall w North Riding, Yorkshire. Nigdy wcześniej nie mieliśmy okazji się spotkać, gdyż niechętnym przeróżnym asemblom, a nadto do tej pory niespecjalnie poszukiwałem przyjaźni panien, tym bardziej w kategoriach matrymonialnych.
Pozwoliłem sobie napisać do Panny, albowiem natknąłem się na Jej adres w nader osobliwym wykazie dam niepozostających w związkach małżeńskich – panien, wdów oraz tych, które być może niesłusznie określane bywają mianem statecznych.
Zrozumiałem, iż człowiek o mojej pozycji nie powinien wieść życia kawalera. Postanowiłem poszukać miłej i mądrej damy, której dobre serce i cierpliwość pozwolą zbudować związek trwały i spokojny. Być może, jeśli Panna oraz ja uznamy, iż wzajemna korespondencja przynosi nam korzyści, poczynię odpowiednie kroki w celu osobistego zapoznania, by kontynuować ewentualne zaloty.
Chciałbym od razu zaznaczyć, iż sposób, w jaki dokonałem wyboru Panny adresu, wskazuje na brak mojego zainteresowania Panny posagiem czy majątkiem, zatem proszę się zbytnio nie przejmować różnicą społeczną.
Nie wyprzedzając wydarzeń, będę oczekiwał na Panny respons. Chętnie dowiem się, jakie są Panny zainteresowania i pasje, co sprawia Pannie przyjemność, a co przykrość. W kolejnym liście i ja postaram się przybliżyć nieco swoją sylwetkę.
Pozostaję z wyrazami szacunku i oddania,
Percival Arthur Thornecroft
Wicehrabia Thorne
Rozdział 3
Już wcześniej bywałam w Londynie, więc nie spodziewałam się, że to miasto, centrum cywilizowanego świata, jeszcze czymś mnie zaskoczy. Uśmiechnęłam się z nostalgią na wspomnienie, jak wbrew przyjętym zwyczajom mój postępowy ojciec zabierał mnie do księgarni, z maman chadzałam do popularnych w towarzystwie herbaciarni i doskonałej krawcowej, która świetnie odgadywała moje życzenia względem zamawianych sukni. Po wszystkim razem z rodzicami uczestniczyliśmy w przedstawieniach teatralnych, odczytach naukowych i koncertach. Papa uważał, że córkę trzeba kształcić równie dobrze jak syna, dlatego od najmłodszych lat uczyłam się języków, geografii i rachowania. Chłonęłam wiedzę równie chętnie, co atmosferę wielkiego miasta, a Londyn jawił mi się jako magiczne miejsce pełne kolorów, żywej kultury i gwaru.
Marzyłam o czasie, gdy dorosnę i wreszcie będę mogła zadebiutować w towarzystwie. Wyobrażałam sobie liczne bale, zachwycające kreacje i koafiury, zapierające dech w piersiach widowiska i, oczywiście, przystojnych młodych kawalerów proszących mnie do tańca. W zaciszu swego pokoju zapamiętale ćwiczyłam kroki i odbywałam niekończące się rozmowy z wyimaginowanymi kandydatami na męża, a tego właściwego wybrałabym, rzecz jasna, już w pierwszym sezonie. Słowem: snułam plany i marzenia na przyszłość w świecie, który był dla mnie otwarty, zapraszający i w zasięgu możliwości.
O, niewinna, o, naiwna ja!
Wróciłam myślami do chwili obecnej.
Londyńska zima atakowała mnie przenikliwym chłodem, który przedostawał się przez warstwy bielizny, sukni i ciepłego płaszcza, zamówionego jeszcze przez maman. Powietrze, niegdyś pełne cudownych zapachów gorącej herbaty, świeżych ciastek, kwitnących kwiatów i pasjonujących ksiąg, obecnie było ciężkie od drobinek węgla i drwa palonego w kominkach, drażniło ostrym smrodem końskich odchodów i zleżałego śniegu, topiącego się od ciepłych jeszcze nieczystości. Gęsta, nieprzyjemna mgła spowijała miasto niczym sudarium, tłumiąc dźwięki terkoczących na bruku kół i rozmów nielicznych, spieszących się dokądś przechodniów okutanych pelerynami i szalami. Wśród miejskiej, zimowej ciszy co jakiś czas rozbrzmiewały głuche, ponure takty kościelnych dzwonów. Uniosłam wzrok, by spojrzeć na ołowiane niebo, które zdawało się być idealnym odzwierciedleniem mojego bólu i poczucia straty. Nisko wiszące chmury groziły, że pękną, a spadający z nich deszcz skąpie miasto w lodowatych kroplach.
Pierwsze spadły na moje policzki. A chwilę potem dołączyły do nich dwie wielkie, gorące łzy. Starłam je gniewnym ruchem. To pierwszy raz, kiedy płakałam, odkąd opuściłam Rosehill Manor. Nie mogłam pozwolić sobie na to, by teraz pęknąć niczym kra na rzece.
— Weź się w garść — szepnęłam gniewnie.
Odchrząknęłam, odgarnęłam z twarzy wilgotne włosy, bojowniczo stuknęłam niskimi obcasami skórzanych trzewików i dumnie wypięłam pierś. Ostatni raz sprawdziłam, czy trafiłam pod właściwy adres, po czym uniosłam rękę, by zapukać do drzwi.
Nie musiałam długo czekać. W progu rezydencji stanął wysoki, postawny mężczyzna w zielonej liberii. Lokaj.
— Słucham? — spytał dumnie, obrzucając mnie nieprzychylnym spojrzeniem zarezerwowanym dla domokrążców i natrętnych gości.
— Przybyłam do lady Blythe — powiedziałam, starając się zabrzmieć pewnie. Do licha, przecież byłam dobrze urodzona! Może i obecnie biedna jak mysz kościelna, ale nie mogłam pozwolić, by ktoś tak mnie traktował. Wysoko uniosłam podbródek. — Byłam umówiona.
— Kogo mam zaanonsować?
— Panna Emmeline Godwin — wypowiedziałam dumnie swoje nazwisko.
— Wpuść ją, Johnie. — Rozległ się damski głos z głębi domu.
Mężczyzna otworzył szerzej drzwi, a mnie zalało ciepłe światło. Zmrużyłam oczy, zaskoczona nagłym blaskiem.
— Wejdź, dziecko.
Niepewnie postawiłam kilka kroków do przodu. Lokaj zamknął za mną drzwi i stanął obok. Mój wzrok nareszcie się wyostrzył.
Po ciele rozeszło się przyjemne ciepło, jakby ogrzewał mnie nie ogień z pobliskiego kominka, lecz uśmiech stojącej u szczytu schodów starszej damy. Z listu Henrietty wnioskowałam, iż lady Blythe to stateczna, ułożona starsza osoba. Tymczasem, gdy zmierzała ku mnie z szelestem sukni uszytej ze śliwkowej tafty, z każdego jej kroku bił niemalże młodzieńczy wigor. Staromodny materiał i kolor kreacji na kimś innym mogłyby wyglądać przestarzale, lecz witająca mnie dama nosiła je tak, jakby była odziana w najnowszy krzyk mody. Pozazdrościłam jej pewności siebie. Jeśli lady Blythe przyjmie mnie do pracy, być może uda mi się nauczyć podobnego sposobu bycia.
— Moja droga Henrietta pisała o tobie w samych superlatywach, panno Godwin.
Ukłoniłam się grzecznie.
— Z przyjemnością stwierdzam, że i mnie moja droga przyjaciółka nie szczędziła miłych słów na pani temat, lady Blythe. Dziękuję za niezwłoczne wpuszczenie mnie do pani pięknego domu. Na zewnątrz jest taki ziąb, że myślałam, iż lada moment zmienię się w lodową statuę.
Dopiero gdy ostatnie zdanie opuściło moje usta, pojęłam, jak wielki nietakt popełniłam. Właśnie zasugerowałam, że zawezwanie mnie przy brzydkiej pogodzie było okrutne. Zamarłam w oczekiwaniu na reakcję szacownej damy. Czyżbym właśnie przekreśliła szansę na pracę u niej?
Ku mojemu zaskoczeniu Blythe roześmiała się głośno i szczerze. Jej twarz pokryła się siecią zmarszczek mimicznych, a ciało wygięło się do tyłu. Moja chlebodawczyni in spe śmiała się całą sobą. Była tak blisko mnie, że wyczułam perfumy, którymi się skropiła. W powietrzu wokół nas unosił się ciężki i pudrowy zapach irysów wzbogacony nutą gorzkich migdałów. Owa niebanalna woń była intrygująca, niemalże hipnotyzująca. A co najważniejsze – doskonale pasowała do stojącej przede mną osoby.
Kiedy jej rozbawienie zaczęło przycichać, przełknęłam ślinę i rzekłam prosto z mostu:
— Rozumiem, że nie odpowiadam pani wymaganiom względem damy do towarzystwa. W takim razie nie będę marnotrawić pani cennego czasu, lady Blythe. Dziękuję za to spotkanie. — Ukłoniłam się na końcu i już miałam okręcić się na pięcie, by bezzwłocznie, choć z ciężkim sercem, opuścić przybytek cokolwiek ekscentrycznej wdowy, zanim zdążę bardziej się ośmieszyć.
Nieoczekiwanie lady Blythe położyła mi dłoń na ramieniu. Nie był to wydelikacony gest damy z arystokracji, lecz solidny i ciężki, jakby wykonywała go przyzwyczajona do pracy fizycznej wiejska dziewczyna. Nie wiem, co mnie bardziej zaskoczyło – jego siła czy fakt, że w myślach porównałam ową damę do prostej wieśniaczki.
— Podoba mi się, że mówisz to, co myślisz, panno Godwin. — Jasne oczy damy wwiercały się we mnie. — Henrietta nie wspominała o tej twojej cesze, a ja cenię ją ponad inne przymioty. Jedyne, nad czym będziemy musiały popracować, to twoja reakcja na słowa czy zachowanie innych ludzi. Choć jestem pewna, że nauka nie będzie trwać długo, gdyż odnoszę wrażenie, że jesteś ulepiona z lepszej gliny niż większość towarzystwa. Chodź, panno Godwin. Rozpocznijmy naszą współpracę przy filiżance gorącej herbaty i czegoś mocniejszego na wzmocnienie.
Ujęła mnie za łokieć i poprowadziła do niewielkiego saloniku przy bibliotece, do której zajrzałam przez szparę pomiędzy framugą a niedomkniętymi drzwiami. Bajeczne miejsce. Bardzo chciałabym je zobaczyć. Byłam jednak zbyt oszołomiona bezpośredniością wdowy, by cokolwiek powiedzieć, więc szłam za nią w milczeniu i rozglądałam się z ciekawością. Rejestrowałam wzrokiem ściany pokryte do połowy boazerią, a powyżej – jedwabnymi tapetami z motywem kwiatowych girland; wysokie okna z podwójnymi skrzydłami, które za dnia musiały wpuszczać do środka mnóstwo naturalnego światła; drewnianą podłogę wzbogaconą efektownymi intarsjami; ciemne meble z palisandru; lustro w złotej ramie, przy której wisiały dwa kryształowe kinkiety pasujące do żyrandolu zwisającego z sufitu; sentymentalne obrazy rozjaśniające pomieszczenie; suweniry z dalekich podróży stojące na zdobnym gzymsie kominka; książki wystawione w wysokiej gablotce – być może były to ulubione tytuły bogatej lady. W pomieszczeniu unosił się zapach ususzonych bukietów kwiatów pieczołowicie ułożonych w wazonach na małych, okrągłych stolikach, a także woń perfum pani domu.
Widocznie lubiła tu przebywać.
Zapewne często przyjmowała gości. Biorąc pod uwagę jej status, nie powinno mnie to dziwić. Rodzice i ja zapewne też – prędzej czy później – trafilibyśmy pod jej dach. Teraz maman mogła nade mną czuwać wyłącznie z góry.
Nagle dotarła do mnie pewna myśl.
Współpraca. Lady Blythe mówiła o współpracy!
Serce zabiło mi mocniej, a krew zaczęła szybciej krążyć w żyłach.
Nie wyląduję na bruku.
Omal nie rozpłakałam się z ulgi.
Dzięki Bogu!
— Suzanne! — zawołała lady Blythe, nieświadoma targających mną emocji. Na widok służącej wchodzącej do saloniku dodała: — Suzanne, podaj nam herbatę oraz kordiał. Nie chcemy, by nasz gość się przeziębił po spacerze na tym zimnie! — Zachichotała. — Na pewno masz wiele pytań, panno Godwin — zwróciła się znowu do mnie, kiedy służąca się oddaliła. — Moja propozycja jest następująca: do twoich stałych obowiązków będzie należeć zabawianie mnie konwersacją, odczytywanie korespondencji, bo oczy już nie te, co dawniej, w razie potrzeby zarządzanie domem, gdybym zaniemogła, choć to się nieczęsto zdarza, a do tego towarzystwo podczas wszystkich nudnych wydarzeń sezonu. Czy rodzice zdążyli wprowadzić cię do towarzystwa?
Auć. Prosto w najczulszy punkt. Chociaż fakt, że moja przyszła pracodawczyni poruszyła temat, który sama rozważałam w drodze do jej domu, był jednocześnie zabawny i zakrawający na ironię. Ironię losu.
— Niestety nie, lady Blythe. Miałam dostąpić tego zaszczytu w nadciągającym sezonie — odparłam więc smutno, mając nadzieję, że to niedociągnięcie nie zrazi do mnie wdowy.
Nie było mi źle z powodu tego, że nie zaistniałam jeszcze w świadomości londyńskiej elity, lecz ponownie zasmuciłam się na myśl o tym, ile okazji do wspólnego celebrowania w gronie najbliższych przepadło bezpowrotnie, odkąd rodzice zginęli w wypadku.
Suzanne wróciła z napojami i paterą pełną ciasteczek maślanych aromatyzowanych wodą różaną i przyprawami. Nalała nam herbaty oraz po kieliszku kordiału, a potem upewniła się, że niczego więcej nam nie trzeba, ukłoniła się i wyszła, przymykając drzwi, by z pomieszczenia nie uciekało ciepło.
Niemal od razu sięgnęłam po filiżankę, dodałam mleka, odrobinę cukru i z lubością upiłam łyk herbaty. Była doskonała i przyjemnie rozgrzała mnie od środka, topiąc bariery, które wzniosłam wokół serca po niedawnej stracie.
