Lekka jak belladonna - Smurzyńska Teresa - ebook

Lekka jak belladonna ebook

Smurzyńska Teresa

0,0

Opis

Niezwykła opowieść, w której rzeczywistość przeplata się ze snem, codzienność – z magią, a teraźniejszość i przeszłość łączy nierozerwalna więź. Historia o poszukiwaniu tożsamości, zakazanym uczuciu i odkrywaniu rodzinnych tajemnic.

Marzena, dziewczyna o nietypowym wyglądzie, zmaga się z brakiem akceptacji i próbą zrozumienia samej siebie. Ucieczka na wieś do babci staje się dla niej początkiem nowego etapu – tam odkrywa rodzinne tajemnice i poznaje losy Wiktorii, pierwszej żony dziadka. Obie kobiety, choć żyją w różnych epokach, łączy poczucie niedopasowania i buntu wobec świata.

Czy Marzenie, której los naznaczają trudne doświadczenia, uda się odnaleźć własną drogę? I czy pradawne bóstwa będą miały w tym swój udział?

Wejdźcie do świata, w którym nic nie jest oczywiste, a jedynie cienka granica dzieli baśń od powieści grozy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 273

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Lekka jak belladonna Text © Teresa Smurzyńska, 2026

BOOKEA POLAND sp. z o.o. Romana Dmowskiego 3/9 50-203 Wrocław www.lavapublishing.pl

Wydrukowano w Europie

ISBN: 978-83-68590-30-2

Teresa Smurzyńska

Lekka jak belladonna

Dla mojego syna – z miłością i radością, że jest...

Prolog

Na początku świata moi prarodzice, Dola i Los, podarowali mi piękny zielony ogon. Był chłodny w dotyku, miękki i delikatny – i cały pokryty błyszczącymi łuskami. A jako że warunki na ziemi panowały wówczas iście tropikalne, miło się było nim powachlować. Ach, jaka byłam wdzięczna rodzicom za ten wspaniały dar! Z ich śliny i potu zrodziła się wtedy tęcza, a z ich rozgrzanego oddechu tryskały w górę gwiazdy – srebrne iskry pożądania. Ile rozkoszy, tyle gwiazd, śmiali się. Jakże byłam szczęśliwa, że narodziłam się z ich ciepła i miłości.

Bystre rzeki i wysokie po nieboskłon góry, gęste lasy, a w dole lśniące jeziora, wszystko to było ich dziełem! Płodzenie sprawiało im niezrównaną rozkosz. Ból jeszcze wtedy nie istniał.

Pewnego razu usiadłam nad połyskującym w prasłońcu, przejrzyście czystym jeziorem, wachlując się od czasu do czasu ogonem. Przeglądałam się w krystalicznej tafli jak w lustrze. Podziwiałam swój piękny srebrzysto-zielony ogon. Potem jednak zauważyłam, że nie wszystkim on się podobał, mimo że dla mnie był wyjątkowy. Siedzący nieopodal praludzie odwracali się na mój widok z niesmakiem. Ze zdziwieniem ale i z dumą spostrzegłam, że nikt spośród nich nie miał takiego pięknego ogona! W tym sensie nie byłam do praludzi podobna. Zwróciłam się więc do prazwierząt, ale one również, chociaż niektóre posiadały spore ogony, nie chciały mnie znać. Od pasa w górę wyglądałam przecież jak młoda kobieta. Po raz pierwszy spojrzałam w stronę rodziców z wyrzutem, ale byli już daleko. Z oddali wysłali mi jeszcze jeden dar: podarowali mi samotność.

Zanim przyszłam na świat, babcia odprawiała gusła nad brzuchem mojej mamy. Obie miały przeczucie, że urodzę się z jakąś odstręczającą wadą: zajęczą wargą lub, co gorsza, wilczą paszczą. Skąd mogłam wiedzieć, że te obawy brały się z ich złych doświadczeń? Kilka lat wcześniej moja młodsza siostra zmarła z powodu wady serca. Przed jej narodzinami mamie przyśnił się strzygoń, stwór, który zagraża potomstwu. Teraz jej sny były wprawdzie spokojniejsze, ale nadal widywała w nich dziwne rzeczy. Czy wtedy mnie, jeszcze nienarodzoną, darzyła uczuciem? Być może troszczyła się nie tyle o dziecko, ile o losy swojego wiszącego na włosku małżeństwa, spodziewając się, że nie przetrwa ono kolejnej próby.

Przeczucia obu kobiet nie sprawdziły się, lecz i tak wyglądałam dziwnie. Byłam mała, nawet jak na noworodka, z głową porośniętą dżunglą czarnych, prostych włosów. Sięgały mi do pasa. Nikt jeszcze nie widział tak szczodrze obdarowanego włosami niemowlaka. Mój ojciec odchodził od zmysłów, kiedy mnie zobaczył. Nie byłam podobna do nikogo z rodziny, chociaż babcia swoje wiedziała. Po cichu śmiała się w kułak.

– Będzie bogata – szeptały po kątach sąsiadki.

Jednak włosy wypadły, a następnej fali owłosienia moja mama skutecznie stawiała kres, prowadząc mnie do fryzjera przynajmniej dwa razy w roku. Możliwe, że zwrot, który tam często słyszałam: „Na półmęsko”, a który dotyczył mojej fryzury, wzięłam sobie za bardzo do serca.

Już w latach szkolnej młodości byłam uważana za dziwoląga, jakby dzieci szóstym zmysłem wyczuwały, że coś ze mną jest nie tak. Widocznie obawiały się, że w każdej chwili może ujawnić się moja, niewidoczna dotąd, zajęcza warga lub wilcza paszcza. Sama również się tego bałam. Co dzień spoglądałam w lustro i oglądałam dokładnie swoje odbicie, jednakże nie dostrzegałam niczego szczególnego. Może tylko to, że gęste brwi zrastały się nad nosem, przydając mojemu obliczu wyrazu zaciętości. Z biegiem lat natura rozszalała się jednak na dobre, obdarzając nastoletnią dziewczynkę wieloma pikantnymi szczegółami. Nieznajomi mężczyźni zaczepiali mnie na ulicach, szepcząc propozycje czynów tak bezecnych, że moje policzki pokrywały się żywą purpurą. Najwidoczniej dostrzegali we mnie łatwy łup. Odmieńca nikt nie obroni. Winę bierze na siebie. Tak więc nosiłam tę winę wypisaną na twarzy. Gdybym żyła sto lat wcześniej, mogłabym występować w cyrku jako kobieta z brodą lub mężczyzna z kobiecymi piersiami. Żyłam jednak w cywilizowanym świecie pozbawionym cudów.

– Kim właściwie jestem? – Zadawałam sobie to pytanie tysiące razy. W szkole średniej podobały mi się dziewczęta z klasy, ale sądziłam, że tylko w chłopcu mogłabym się zakochać. Nie przyjaźniłam się z nikim. Trzymałam się na uboczu, aby nie rzucać się w oczy ze swoją innością. Z czasem odmienność zaczęto traktować jako wyjątkowość. A przecież moja tajemnica tkwiła po prostu w strachu przed ujawnieniem wad. Mimo to, ku mojemu zaskoczeniu, kilka osób zapragnęło bliższej znajomości ze mną. Jednak nawet one po czasie zaczęły widzieć we mnie dziwoląga. Jedna za drugą zapadały za mną kurtyny samotności. Czułam się „poza”, jak za grubą woalką, i tylko tam czułam się bezpieczna.

Przerażona moją odmiennością, mama prowadziła mnie od lekarza do lekarza. Na próżno starali się określić moją tożsamość, a widząc mnie rozebraną, popadali w konsternację. Zachodzili w głowę, co ze mną czynić. Wróżono mi tragiczną przyszłość, przewidywano późniejsze niecne czyny. Polecano kąpać się w borowinie, szpikowano lekami hormonalnymi i sterydami. Nie zliczę, ilu upokorzeń doznałam, stając nago przed komisją lekarską, która oceniała mnie w kategorii przydatności do określonej normy, podobnie jak czyniła to komisja wojskowa. W jaskrawym świetle lamp nic nie mogło się ukryć przed ciekawskim wzrokiem. Stałam więc, drżąc z zimna i wstydu przed nimi, wątpliwa modelka dla wątpliwych artystów. W ich medycznej karierze zawodowej jedynie dziwny przypadek. Dla siebie samej – ktoś tragicznie niedoskonały i wrażliwy do bólu.

W końcu zdecydowałam, że pora zakończyć ten przykry proceder, którym rodzicielka chciała naprawiać mój wizerunek, depcząc moją prywatność. Mimo wszystko był to mój własny wizerunek i chciałam go chronić przed wścibskimi spojrzeniami. Dlatego zaraz po maturze odeszłam z domu. Sądziłam, że wystarczy wyrwać się spod matczynej kontroli, aby zapewnić sobie obszar intymnej wolności. Poniekąd miałam rację, lecz zapomniałam, że nic nie przychodzi samo i że wszystko ma swoją cenę, a zwłaszcza coś tak wyjątkowo pyszałkowatego jak wolność.

Kiedy pakowałam manatki, miałam już plan. Zdecydowałam się pojechać na wieś do babci. Po śmierci dziadka mieszkała sama i potrzebowała pomocy. Z relacji mamy, która ją częściej odwiedzała, wynikało, że z trudem chodziła, cierpiała na reumatyzm, lecz zamiast przepisanych maści stosowała sporządzane domowym sposobem okłady z sobie tylko znanych specyfików. Stwierdziłam, że mogłabym się nią zaopiekować, jak kiedyś ona mną.

Szłam jeszcze w górę, w stronę lasu, taszcząc oprócz plecaka sporą walizkę, gdy zobaczyłam z daleka, że stoi na werandzie wsparta o laskę. Serce ścisnęło mi się na jej widok. Zmalała i skurczyła się prawie do rozmiarów przepiórki. Pamiętałam krzepką, wysoką kobietę, a teraz stała przede mną zgrzybiała staruszka. Z powodu maści z wilczego łyka, czy też naparów z belladonny, chód miała chwiejny. Później zwierzyła mi się, że „coś mąci jej myśli”.

W pierwszej chwili nie rozpoznała mnie. Byłam dla niej jedynie kimś… podobnym. Do kogo? Sama nie wiedziała. Przestraszył mnie jej stan graniczący z niebytem. Dlaczego nikt z rodziny się nią nie zajmował, skoro widocznie sama sobie nie radziła? Miała oprócz córki jeszcze dwóch przybranych synów, przyrodnich braci mojej mamy. Czyżby nie chciała pomocy od innych? A może to właśnie mnie w jakiś telepatyczny sposób ściągnęła na pomoc?

Wstyd się przyznać, lecz na początku troszczyłam się jednak bardziej o siebie niż o nią. Babcia była tylko pretekstem, tłem mojej eskapady, jakim zwykle są starzy ludzie dla młodych. Uważałam buńczucznie, że taka jest kolej rzeczy. Starsi ustępują w życiu miejsca młodym. I choć młodzi nie mają w tym żadnej zasługi, to wszystko im się należy. Dlaczego zapragnęłam zamieszkać w domu na wzgórzu pod lasem? Czy z powodu miłości, którą babcia jako jedyna – tak mi się przynajmniej wydawało – obdarowała mnie w dzieciństwie? A może trochę też i dla jej fantastycznych opowieści? Dla bajania o strzygach, wilkołakach i innych stworach, z którymi przestawała, nie mogąc w nocy spać. W każdym razie trafiłam do babci, którą możliwe, że również jako jedyną kochałam.

Miejsce, gdzie mieszkała, było piękne, choć odludne. Położone ponad wsią i ponad wszystkim innym, zwłaszcza ponad ludzką ciekawością, co mi bardzo odpowiadało. Zdawało się, że chatka zatrzymała się w jakimś międzyczasie, na rozstaju dróg pomiędzy przeszłością a przyszłością, zupełnie lekceważąc teraźniejszość. W środku panował wszechogarniający spokój, który ocierał się jak kot o cienie wspomnień.

Babcia, obecnie nieruszająca się z miejsca, zapuszczała się kiedyś bez przeszkód w okoliczne lasy w poszukiwaniu ziół, w tym wilczej jagody, zwanej belladonną. Zbierała również wilcze łyko. Obie te rośliny mogą zarówno zabić, jak i złagodzić cierpienia, lecz mniemałam, że jako wiejska znachorka leczyła ludzi z dolegliwości ciała i duszy, nie truła ich. Ale kto wie? Nie była przysłowiową dobrą kobietą. Raczej gniewną i gwałtowną w sądach. Jak przekornie mawiał dziadek: „swarliwą niewiastą”.

– Czy była swarliwa, jak pogański bóg ognia i wojny, Swaróg? – snułam domysły. Bawiło mnie pochodzenie słowa „swarliwy”, choć wtedy jeszcze nie wierzyłam w istnienie żadnych bogów. Jedno jest pewne: dziadek i babcia swarzyli się i kochali jednakowo żarliwie.

Słyszałam, że we wsi babci nie lubiano. Nie siadano z nią pospołu przy stole, dawniej jednak posyłano po nią, kiedy ktoś był w potrzebie. Ludzie bali się jej, ale i ją szanowali, gdyż umiała odczynić urok, pomóc w chorobie, a i noworodka przyjąć też, lecz przede wszystkim znała sposoby na ból. Być może stosowała wywar z makówek lub inne sobie tylko znane specyfiki. Ważne, że chory nie cierpiał. Gdy ktoś zarzucał jej to czy owo, spluwała przez lewe ramię i opuszczała nieprzychylne progi. W wędrówkach po lasach towarzyszył jej pies, bura, kudłata suka, podobna do wilczycy. Niektórym „bura suka” kojarzyła się z nieczystością. Możliwe, że suka mojej babci parzyła się nocą z wilkami i dlatego zasłużyła na ten przydomek. Każdy powód do nienawiści był dobry. Dla babci jednak suka-wilczyca stanowiła ochronę w lesie. W jej towarzystwie mogła bezpiecznie, nawet w nocy, wyprawiać się, dokąd tylko chciała. Poza tym łączyła je bezwarunkowa miłość, jaka może zaistnieć jedynie pomiędzy człowiekiem a zwierzęciem.

Dwie bliskie mi kobiety, mama i babcia, były zupełnie różne. Miały jednak i wspólne cechy, zwłaszcza niepohamowanie w złości. Obawiałam się, że mogłam odziedziczyć tę złość po nich. Dlatego wnikliwie przyglądałam się swoim myślom i czynom. Czy złość nie wkrada się do mojego serca? Czy nie życzę innym źle? Do tej pory, wydawać by się mogło, nie miałam zbyt wielu wrogów. Nie miałam też jednak zbyt wielu przyjaciół. Wmawiałam sobie, że są ważniejsze sprawy niż przyjaźń.

Chcąc zadomowić się u babci, musiałam zabezpieczyć sobie i jej odpowiednie warunki do życia, posprzątać bałagan, który panował w domu i w ogrodzie. Pierwszą rzeczą, którą zauważyłam obok domu, był stary, zniszczony rower dziadka. Umyłam go, napompowałam koła i pożyczyłam, nic nie mówiąc babci, której i tak było wszystko jedno. Na szczęście okazał się sprawny, jakby dopiero co używał go dziadek. Pojechałam do pobliskiego miasteczka. Kupiłam w aptece maści i lekarstwa, których babcia potrzebowała na bolące stawy i inne dolegliwości. Po powrocie znalazłam ją śpiącą w kuchni, gdzie przy piecu stało łóżko nakryte kraciastą pierzyną. Oddychała ciężko, chrapiąc lekko przez sen. Jak mogła spać tuż koło pieca, w zaduchu i brudzie? W kuchni panował nieopisany bałagan, dawno nikt tam nie sprzątał. Kiedy się zbudziła, spojrzała na mnie pytającym wzrokiem, najwyraźniej nie pamiętała, skąd się wzięłam. Przypomniałam, kim jestem. Powtórzyła kilka razy moje imię: Marzena, Marzenka… W końcu zrozumiała. Wyciągnęła rękę. Przytuliłam się do niej, czułam jednak uśpioną w środku nieufność dzikiego zwierzęcia, które tylko doraźnie obłaskawiłam. Żeby utrwalić ten stan, potrzebowałam więcej czasu.

Przez kilka dni zaprowadzałam w domu porządek. Zaczęłam od przeglądu leków w szufladach. Wyrzucałam podejrzane i przeterminowane. Wywietrzyłam pomieszczenia i uprałam pościel, zamiotłam izby i pomyłam naczynia. Dom powoli przeistaczał się z brudnej nory w miejsce do mieszkania. Przeniosłam spanie babci do pokoju, a dla siebie przystosowałam pokój gościnny, w którym od niepamiętnych czasów nikt nie mieszkał. Goście omijali to posępne domostwo z daleka. Zwłaszcza odkąd zbrakło dziadka, dom popadł w ruinę. Okna i drzwi pozapadały się, a okalający dom ogród zdziczał wraz ze swoją właścicielką. Babcia nigdzie już nie wychodziła, nie chciała też nikogo widywać.

Kiedyś, gdy byłam dzieckiem, lubiła oprowadzać mnie po swoim leśnym królestwie. Las prawie wkraczał na posesję. To w jej ogródku czułam się bezpieczna, prawie nie zaprzątałam sobie myśli odmiennością. Mogłabym chodzić po podwórku nago. Nikogo tam przeważnie nie było, ale mimo to krępowałam się swojej nagości. Zwykle ubierałam się tak, aby żaden skrawek mojego ciała nie był widoczny. Babcia chyba nie domyślała się, ilu cierpień przysparzało mi takie dziwne, znienawidzone ciało. Pocieszała, że to minie, że rozwinę się jak motyl z poczwarki, ale jakoś nie dowierzałam tym przepowiedniom.

Od czasu do czasu przychodziła do mnie w odwiedziny Ania. Z jakiejś przyczyny babcia tolerowała jej obecność, choć inne dzieci ją drażniły. Może dlatego, że utykała, więc była też na swój sposób dotknięta przez los? Zachwycał mnie widok jej małych różowych sutków, które prześwitywały przez koszulkę. Bawiąc się w ogródku, porównywałyśmy szczegóły naszych dziecięcych ciał, które zmierzały nieuchronnie ku dojrzałości. Podczas gdy ciało Ani zdawało się pączkować kobiecością, starając się przeniknąć na świat, ja byłam nadal płaska, nie przenikałam ostentacyjnie na zewnątrz. Czasami zdarzyło mi się podnieść, niby przypadkiem, sukienkę przyjaciółki. Chciałam sprawdzić, jak wygląda jej dziewczęcość od drugiej strony. Nie napotykałam sprzeciwu. Mogłam więc zobaczyć skrawek białych, niezbyt czystych majteczek. Któregoś dnia, leżąc w cieniu drzew, pozwoliła mi wsunąć rękę pod spódniczkę. Zawstydzona dotykałam opuszkami palców jej szczupłych aksamitnych ud i okrągłych pośladków, badając ich gładką powierzchnię. Wtedy, zupełnie niespodziewanie zdjęła bieliznę i ukazała się moim oczom naga. To, co zobaczyłam, zaparło mi dech, zatrzepotało we mnie, zapulsowało jak uwięziony ptak. Nieznane uczucie ścisnęło mi krtań. Pragnęłam cała zmieścić się w jej nagości, wtopić się w nią i rozpłynąć. Zamiast tego rozpłakałam się. Ania objęła mnie i całowała po policzkach. Tak zastała nas babcia. Nie wiem, czy domyśliła się, co robimy. Raczej nie. Dorośli niezbyt orientują się w sprawach dzieci. Chociaż, być może? Babcia była bystra i spostrzegawcza. Jeśli jednak coś dostrzegła, nie skomentowała.

Teraz babcia słabowała, nie odróżniała dnia od nocy, polegiwała od rana do wieczora. Za to w nocy często wstawała i wychodziła dokądś, po czym znowu się kładła. Bałam się zostawiać ją samą, ale gdy w domu nie było już nic do jedzenia, znów pojechałam do miasteczka na rowerze. Potrzebowałyśmy zakupów, a sklepik we wsi dawno zamknięto. Po powrocie nie zastałam babci w domu. Okrążyłam zaniedbane gospodarstwo kilka razy i nic… jak kamień w wodę. Zaczęłam podejrzewać, że mimo choroby mogła wyjść do lasu. Ogarnął mnie strach, była przecież taka słaba. Otwarłam furtkę prowadzącą do lasu i ze zdumieniem odkryłam niewielkie poletko makówek. Nie zauważyłam ich wcześniej, gdyż skrywała je przed niepożądanym wzrokiem wysoka pryzma ziemi porośnięta krzewami. W czasach mojego dzieciństwa niczego takiego chyba tam nie było. Babcia siedziała na pniu, trzymając makówkę w ustach i ssąc mak. Z zaskoczenia nie mogłam wydobyć głosu, a ona mamrotała coś po swojemu. Zaprowadziłam ją półprzytomną do domu.

W nocy, przy świetle księżyca, kiedy babcia spała, wyrwałam wszystkie makówki z ziemi, a mak rozsypałam po podłodze w izbie. Pamiętałam, jak mówiła, że małe ziarenka mają moc uzdrowicielską. Łudziłam się, że zgodnie z tym przesądem dodadzą jej sił.

Kiedy doszła do siebie, rozgniewała się na mnie za zniszczenie jej plonów. W gniewie raz po raz wykrzykiwała moje imię. Nie byłam już Marzenką, lecz nienawistną Marzeną, złą Marzanną, którą należało czym prędzej wygnać. Choć z początku pluła złymi słowami, to potem jednak poddała się, przycichła, jakby wyczerpując całą nagromadzoną latami złość. Tłumaczyłam, głaszcząc stare dłonie, że jestem jej wnuczką, kocham ją i mogę pomóc w chorobie. Plan był bardzo chytry: pomagając babci, chciałam zarazem pomóc sobie. Pragnęłam przejąć od niej tajemną wiedzę, którą – jak sądziłam – posiadała, i odczarować swój wizerunek odmieńca. Byłam równocześnie pomagającą i oczekującą pomocy. Korzyści mogły być obopólne.

Z dnia na dzień z moją pomocą, choć bardzo powoli, babcia wracała do sił. Wsparta na moim ramieniu ćwiczyła chodzenie, ćwiczyła również to, co było jej największym darem – bajanie. Trochę jeszcze nieskładnie opowiadała, jak to przed moim przyjazdem włóczyła się po lesie, szukając wilczej jagody. Niełatwo znaleźć tę specyficzną roślinę. Jedynie gdy owocuje, można zauważyć w leśnym poszyciu fioletowe lśniące wisienki. Są trujące, lecz roślina ma też inne właściwości. Odpowiednio przygotowana koi ból lub wprowadza w stan błogiej nieświadomości. Podobno można dzięki niej przejść na drugą stronę, dostać się na chwilę do raju. Niestety tamtejsi chłopi również wiedzieli, jak niebezpieczne jest to ziele. Z zawiści o powodzenie znachorki, a może i z zabobonnej bojaźni, którejś nocy nakarmili jagodami jej sukę-wilczycę. Otrute zwierzę cierpiało straszliwie. Gdy mimo starań pies wydał ostatnie tchnienie, babcia pogrążyła się w rozpaczy, wypłakała morze łez. Przez jakiś czas spała z trupem w jednym łóżku, aż smród rozkładającego się ciała zmusił dziadka do działania. Nie zważając dłużej na protesty babci, zakopał ciało suki w ogrodzie, usypał na jej grobie wysoki kopczyk, na którym postawił krzyż, na co nalegała żona i co wywołało sprzeciw wieśniaków. Ksiądz również przyszedł się w tym temacie rozmówić. Krzyż jednak został i wzbudzał powszechne oburzenie. Po śmierci suki babcia zacięła się, zamknęła się w sobie, rozżalona i na wpół oszalała poprzysięgła zemstę rodzajowi ludzkiemu. W akcie odwetu rzuciła urok na całą wieś. Wkrótce potem kilku wieśniaków zaginęło bez wieści, a wiejskie bydło zaczęło z nieznanych przyczyn chorować. Wieś odwróciła się od niej ze strachem. Sądzono, że to jej czary sprowadziły nieszczęście. Spluwano na jej widok, wykrzykiwano za nią przekleństwa, czemu nie pozostawała dłużna.

Jedynie dziadek mógł chodzić bezpiecznie po wsi. Niemalże całkowicie głuchy i ślepy na jedno oko kuśtykał utartą drogą do wiejskiego sklepiku. Kupował niezbędne produkty i wlókł się noga za nogą z powrotem. Nikt nie rzucał w niego kamieniami, być może z powodu tego, że dawniej pracował w urzędzie, a wieś miała szacunek do urzędów. Tak życie mijało dzień za dniem. Dwoje starych, wyklętych ludzi toczyło samotnicze życie, w którym skazani byli wyłącznie na siebie.

Po śmierci dziadka powoli zapominano o babci i jej klątwie, lecz nadal omijano jej dom z daleka. Było mi to na rękę. Nikt nie wypytywał, kim jestem, nie dziwił się, że wyglądam, jak wyglądam. Często, jadąc na rowerze, napotykałam nieprzychylne spojrzenia, ale już przywykłam do tego, że budzę ludzką ciekawość. W miasteczku było nieco lepiej, choć czasami ktoś wołając za mną: „Ej, kawalerze!”, spostrzegał, że może nietrafnie ocenił moją płeć i mruczał pod nosem zjadliwe komentarze.

Odkąd pamiętam, wieś jak gąbka nasączona była nienawiścią do obcych i odmieńców. Przekazywano tę nienawiść z pokolenia na pokolenie. Zwierzęta i niepełnosprawnych traktowano najgorzej. To na nich wyładowywano całą niechęć do słabszych i nie daj Boże, gdy u kogoś dostrzeżono kalectwo. Skąd brała się ta nienawiść? Czyżby z jakiejś prastarej trwogi przed odmieńcem, który mógł się okazać „złym”? Szydzono z nieszczęsnej osoby i lepiej, żeby nie pokazywała się publicznie. Wiele takich osób salwowało się ucieczką do miasta, gdzie w anonimowym tłumie miały większe szanse na przetrwanie. Mama sama była takim przykładem. Opowiadała, jak prześladowano ją w szkole z powodu długich, chudych nóg.

– Idzie bociek, kle, kle! – wołały za nią dzieci.

Chłopcy czaili się w zaroślach przy drodze do szkoły. Straszyli zdechłymi ropuchami, wykrzykując, że bociek takie zjada. Okrążali dziewczynkę i nie chcieli wypuścić, dopóki nie wsunęli jej do ust chociaż jednej żaby. Po takich przeżyciach, płacząc i wymiotując, szła na lekcje. Po pewnym czasie zaparła się i odmówiła chodzenia do wiejskiej podstawówki. Babcia dowiedziała się, o co chodzi, i dziadek zaczął wozić córkę do miasta.

Ja, przeciwnie, z miasta emigrowałam na wieś. Na co liczyłam?

Przede wszystkim na babcię. Jej czary mogły sprawić cud, o jakim marzyłam: że rano obudzę się w idealnym, jednoznacznym ciele. Jej opowieści również mogły natchnąć mnie przeczuciem, którą opcję cielesności wybrać. Obie sprawiały mi trudność. Można było o tym zapomnieć chyba tylko we śnie. Po przebudzeniu sprawdzałam, czy coś się nie zmieniło, ale nie, wszystko było takie samo. Wydawało mi się, że nawet poprzez ubranie, długie rękawy i spodnie przeziera moja dwuznaczność.

– Czy jestem jakąś nieudaną pomyłką chromosomów? – łamałam sobie głowę nad własną zagadką. Lecz jeśli lekarze nie mogli tej zagadki rozwiązać, skąd ja miałam wiedzieć? Brałam pod uwagę wszystkie możliwości. Wierzyłam jednak, że babcia zechce mi pomóc, kiedy tylko stanie na nogi.

Na razie pragnęłam poznawać zioła, te trujące też. Chciałam umieć przyrządzać mieszanki, napary, preparaty także o niebezpiecznym działaniu. Kto wie, co mogło się w życiu przydać? Zamierzałam w przyszłości studiować przyrodolecznictwo, więc każda praktyka mogła okazać się użyteczna. Chciałam, by wieś stała się dla mnie poletkiem doświadczalnym, zwłaszcza że nigdzie indziej nie mogłam odczuwać tak bliskiego kontaktu z przyrodą jak tutaj.

Czekałam, aż babcia poczuje się na tyle dobrze, bym mogła opowiedzieć jej o moim problemie. Nie mogłam się doczekać, kiedy całkowicie odzyska siły. Miałam nadzieję, że obejmie mnie opieką, trochę inną niż mama, a przede wszystkim znajdzie receptę na dwoistość mojej natury.

To, kim jestem, nurtowało mnie bowiem coraz mocniej. Właściwie do tej pory tylko babcia akceptowała mnie taką, jaka jestem; nawet ja sama siebie nie znosiłam. Miałam nadzieję, że w końcu będę mogła zwierzyć się jej z tego, co się ze mną dzieje, albo raczej nie dzieje. Nie doświadczyłam dotąd żadnych drgnień serca. Oprócz epizodu w dzieciństwie nie biło mocniej na widok żadnej kobiety, ani żadnego mężczyzny.

„Dlaczego? Czyżbym była pozbawiona uczuć?” – zastanawiałam się.

Inne dziewczęta kochały się w kimś bezustannie. Pokazywały sobie nawzajem zdjęcia, czytały ukradkiem SMS-y. W moją stronę rzadko wysyłano spojrzenia inne niż ciekawskie zerknięcia, których nie odwzajemniałam. Na szkolnych dyskotekach zarówno chłopcy, jak i dziewczęta trzymali się ode mnie z daleka. Ja również nikogo nie wyróżniałam.

Gdy nadszedł czas studniówki, nie miałam pomysłu na partnera. Poprosiłam więc kuzyna, aby mi towarzyszył. Wprawdzie zgodził się chętnie, lecz tańczył z innymi dziewczętami, podczas gdy ja siedziałam sama przy stoliku. Kiedy zaanonsowano białe tango, nie śmiałam do nikogo podejść. Tkwiłabym tak samotnie do rana, gdyby nie nauczyciel WF-u, który zauważył moje osamotnienie i poprosił mnie do tańca. Oczywiście nie umiałam tańczyć. Przed studniówką cała klasa ćwiczyła na lekcjach, tylko ja jedna nie. Wymawiałam się bólem brzucha lub innymi dolegliwościami, byle by nie uczestniczyć we wspólnej zabawie. Oczywiście chciałam nauczyć się tańczyć, ale obawiałam się drwin. Sądziłam, że w tańcu okażę się jeszcze bardziej nieporadna, niż w innych ćwiczeniach gimnastycznych. Moje spięte nerwy zawiązywały się w twardy supeł, co czyniło mnie w tańcu zupełnie bezużyteczną. Jednak przede wszystkim wstydziłam się pokazać choćby odrobinę ciała, które uważałam za odrażające. Chowałam się w kącie, aby mnie nie dostrzeżono. Mogłam siedzieć tak nawet i godzinę czy dwie. W końcu nauczyciel używał swojego autorytetu i ostatecznie trafiałam do kółeczka.

Dlaczego więc teraz zdecydował się pomóc upartej uczennicy? Tańczyłam, depcząc mu po palcach, ale nie narzekał. Wstydziłam się nieudolnego tańca i wolałabym może nawet opuścić mojego partnera w pół taktu, gdyby mnie mocno nie trzymał, domyślając się moich zamiarów. Wirowaliśmy tak niedopasowani i niedorzeczni, jak dwa buty, każdy od innej pary. Ja cała w pąsach, on sprawnie demonstrując swoje umiejętności. Wydawało się, że wszystkie oczy skierowane są ku nam i że wszyscy widzą niezborność moich ruchów. Zagryzłam zęby, łzy płynęły mi po twarzy, ale tańczyłam. Nauczyciel w końcu spojrzał na mnie z litością, odprowadził na miejsce i powiedział coś, co zrobiło na mnie duże wrażenie:

– Nie musisz umieć wszystkiego – mówił, a ja nadstawiłam uszu. To było coś nowego. – Udawaj! – kontynuował. – Jeśli będziesz dobrze udawać, nikt nie zauważy, że czegoś nie umiesz. Tak już jest w życiu. Każdy po trochu coś udaje. W duchu możesz pozostać sobą, ale na zewnątrz musisz grać. Tylko tak przetrwasz.

– A pan też gra? – zapytałam nieśmiało.

Skrzywił twarz, ale nic nie odpowiedział.

Tego wieczoru nie poprosił mnie więcej do tańca. Znów siedziałam sama, myśląc nad tym, co powiedział. Czy miał rację, że wszyscy grają? Udają? Niemożliwe! Moi rówieśnicy bawili się naprawdę, śmiejąc się głośno, obściskiwali się w tańcu i całowali za filarem. Spojrzałam w stronę nauczycieli. Do tej pory wierzyłam w to, że wiedzą, co mówią. Może jednak udawali tylko, że rozumieją, czego uczą, w rzeczywistości nie znając się na niczym? W przyćmionym świetle i przy dźwiękach głośnej muzyki wydawali się równie rozbawieni jak uczniowie, jedynie nauczyciel WF-u miał nieodgadnioną minę. Wyglądał zupełnie nie na miejscu wśród roześmianego tłumu. Zrobiło mi się go żal. Przypomniałam sobie, że nie widziałam, aby kiedykolwiek się uśmiechał. Może nie lubił swojej pracy, a może spotkało go coś złego? A może jedno i drugie? Był ode mnie starszy, ale zdawało mi się, że spośród tylu osób zgromadzonych na sali właśnie on jest mi najbliższy. Ten jeden raz poczułam coś w rodzaju tęsknoty za bratnią duszą, ale nie z porywu serca, lecz bardziej z potrzeby ukojenia smutku.

Sądziłam, że w końcu uczucie mi podpowie, w którą stronę mam iść. Na razie jednak, oprócz tej jednej chwili na balu maturalnym, uczucia milczały. Być może przyczajone czekały, aby ujawnić moją prawdziwą naturę, ale również możliwe, że nie zalęgły się jeszcze w moim sercu. W rzeczywistości nie miałam zbyt wielu okazji, aby je w kimś ulokować. Moja mama surowo przestrzegała zasad tradycyjnego wychowania. Nie mogłam bez jej zgody nigdzie wychodzić i w rezultacie wychodziłam tylko do szkoły. Tu jednak nikt nie wzbudził mojego zainteresowania. Nikt też prawdziwie się mną nie interesował. Nauczyciel WF-u był wyjątkiem, i to tylko w ten jeden wieczór. Potem stał się równie obojętny jak przedtem. Co mógł oznaczać ten chwilowy zwrot ku mnie? Nie umiałam rozwikłać tej zagadki. Przynajmniej na razie.

Mama uważała, że dopóki nie ukończę szkoły i będę na jej utrzymaniu, muszę wykonywać polecenia bez zastrzeżeń. Dostosowałam się do tej zasady, lecz po maturze przy pierwszej sposobności, pod jej nieobecność spakowałam walizkę, zabrałam z szuflady trochę pieniędzy i wyjechałam na wieś. Zostawiłam list, w którym zawiadamiałam ją o swojej decyzji. Nie miałam śmiałości z nią porozmawiać. Prawdę mówiąc, nigdy nie miałam wobec niej śmiałości. To przekładało się na brak odwagi w kontaktach ze wszystkimi innymi. Ta wprost chorobliwa nieśmiałość przeszkadzała mi normalnie żyć.

Skąd się brała? Mama, surowa i chłodna w stosunku do mnie, wszystkie uczucia ulokowała w moim ojcu. Po jego odejściu nie mogła na mnie patrzeć. Byłam przecież podobna do ojca. Ona sama miała wielu adoratorów, ale z nikim się nie związała po odejściu męża. Zastanawiałam się, czy nie zamierzała stracić odzyskanej wolności, czy też nie mogła zapomnieć o tym jedynym. Być może to jednak we mnie tkwiła przyczyna jej chłodu. Ze swoją dziwną naturą byłam przeciwieństwem dziecka, o którym można by marzyć. Jej chłód mroził mnie od wewnątrz, nie pozwalając na ciepłe stosunki ani z nią, ani z innymi.

Miałam nadzieję, że będąc z dala od mamy, pod babcinymi skrzydłami ulegnę cudownemu rozmrożeniu. Tymczasem babcia sama sterana życiem potrzebowała pomocy jeszcze bardziej niż ja. Jednak wierzyłam, że damy sobie razem radę bez względu na wszystko. Naszym największym problemem były fundusze. Ja nie pracowałam, wydałam po trochu wszystkie pieniądze zabrane mamie, a babcia utrzymywała się z niewysokiej emerytury po dziadku.

Zamierzałam więc znaleźć jakieś płatne zajęcie, aby dołożyć parę złotych do domowego budżetu. W czasie jednej z wypraw do miasteczka zauważyłam mały sklepik zielarski. Właścicielka była starszą, siwą kobietą, lecz w jej twarzy było coś niezwykle pociągającego. Miała jasne, prawie przezroczyste oczy, a kiedy jej wzrok padł na mnie, miałam wrażenie, że przenika mnie do głębi. Do tej pory interesowała mnie bardziej ciemna strona ludzkiej natury z jej tajemnicami i upadkami. W oczach sklepikarki przeczytałam coś przeciwnego: dobroć i zrozumienie dla inności. Oniemiałam. Pamiętałam z bajek, że takie oczy mają tylko wróżki. Może przypadkiem natknęłam się na jedną z nich?

Nadal wiedziałam zbyt mało o ziołach, by móc starać się o pracę w sklepie zielarskim. Babcia stale słabowała i wciąż czekałam, że nadejdzie moment, kiedy zapozna mnie ze swoją wiedzą.

Gdy tylko czuła się lepiej i jeśli pogoda dopisywała, wychodziłyśmy do lasu. Staruszka brała ze sobą kostur, a czasami po prostu wspierała się na mnie. Opowiadała, co zresztą pamiętałam, że kiedyś w centrum wsi było pastwisko, a dalej rozpościerały się pola i łąki. Każda gospodyni miała w oborze przynajmniej dwie krasule, kilka kur i jednego pieniackiego koguta. Życie płynęło leniwie i podporządkowane było porom roku. Pierwszy śnieg oznaczał koniec zbiorów, a pierwsze ciepłe dni dawały początek niekończącym się pracom w polu.

Teraz łąk było mało, ledwie skrawki dawnych kolorowych połaci mieniły się pod lasem. Pstrokata różnorodność przykryta została jednolitą folią pod uprawy warzyw i kwiatów. Na polach rosła sztywna, bura kukurydza. Ręka człowieka w krótkim czasie dokonała zmian i wydawało się, przynajmniej na razie, że jest ona mądrzejsza od ręki Boga. Wokół domów zgodnie z nową modą sadzono tuje, które chroniły przed niepożądanym wzrokiem, lecz nie zakwitały wiosną. Wyglądały zawsze jednakowo i zimą, i latem. Nie słychać było krów, a pojedynczy chrypliwy głos koguta przedzierał się z trudem przez poranny jazgot narzędzi rolniczych. Nawet rzekę, dawniej niespokojną i tworzącą rozlewiska, uregulowano. Bagna osuszono, a n

Prolog

***

***

***

***

***

***

***

***

***

***

***

***

***

***

***

***

***

***

***

***

***

***

***

***

***

***

***

***

***

***

***

***

***

***

***

***

***

***

***

***

***

***

***

***

***

***

***

***

***

***

Epilog

Literatura