Wiosna w Ciechocinku - Aneta Krasińska - ebook + książka
NOWOŚĆ

Wiosna w Ciechocinku ebook

Aneta Krasińska

0,0

47 osób interesuje się tą książką

Opis

Ilona Kępińska samotnie wychowuje córkę, której od chwili rozwodu z mężem nie poznaje. Zosia z uroczej dziewczynki przeistoczyła się w wiecznie nadąsaną, krnąbrną i niezorganizowaną nastolatkę walczącą z każdym dorosłym stającym na jej drodze. Matka usiłuje zapanować nad latoroślą, ale nie jest to łatwe. W tym czasie eksmęża w głównej mierze zajmuje układanie sobie życia z nową partnerką. Wtedy w domu Ilony pojawia się listonosz ze skierowaniem na leczenie w sanatorium.

Kobieta początkowo nosi się z zamiarem rezygnacji z wyjazdu, ale sfrustrowana zachowaniem córki umyka do Ciechocinka, by dać sobie, Zosi i jej ojcu czas na przemyślenie sytuacji, w której utknęli.

W Ciechocinku Ilona nie potrafi się odnaleźć wśród typowych kuracjuszy i marzy o szybkim powrocie do domu. Wszystko się zmienia, gdy w jej ręce wpada stara fotografia, na której uśmiechają się do niej trzy nastolatki w przedwojennych strojach.

W II tomie serii „Cztery pory roku” Aneta Krasińska zaprasza czytelników do skrzącego się kolorami wiosny Ciechocinka, gdzie olbrzymie, nasiąknięte ożywczą solanką tężnie są niemymi świadkami historii, potrafiącymi zgrabnie łączyć ludzi ponad podziałami.

Pachnąca wiosną opowieść o poświęceniu na rzecz drugiego człowieka.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 303

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Prolog

Popołudniowe niebo nad Skierniewicami zasłaniały pulchne chmury krztuszące się deszczem, gdy Ilona Kopińska, jak każdego dnia po wyjściu z biura głównej siedziby Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, wskoczyła do swej białej Toyoty Yaris z dużym przebiegiem i zapięła pasy bezpieczeństwa. Na chwilę zastygła w bezruchu, marząc o nudnym popołudniu. Coś jednak szeptało jej do ucha, że powinna o tym zapomnieć. Czekało na nią jeszcze sporo obowiązków, gdyż rano stwierdziła, że w lodówce oprócz światła i cienkiej warstwy lodu oraz kilku niepełnych słoiczków z dodatkami do dań nie ma niczego, co mogłaby podać do jedzenia dwunastoletniej córce.

Spojrzała zmęczonym wzrokiem w boczne lusterko, odmachała spieszącym do autobusu koleżankom z pracy i ostrożnie włączyła się do ruchu. Sunęła zatłoczonymi o tej porze ulicami miasta, mając nadzieję, że mimo wszystko zdoła jak najwcześniej wrócić do domu i przyrządzić późny obiad, zanim nastolatka przyjdzie z dodatkowej lekcji angielskiego.

Ucieszyła się, widząc, że ruch na drodze stał się płynny. Skręciła do pobliskiego dyskontu i już po chwili buszowała między półkami, napełniając wózek produktami spożywczymi. Nauczona panującymi w pandemii zasadami, promującymi rzadkie chodzenie do sklepów, nie traciła czasu na codzienne wizyty w piekarni czy spożywczym. Raz w tygodniu robiła większe zakupy. Chleb mroziła, a warzywa i owoce wytrzymywały do kolejnego tygodnia. Często bywało tak, że gdyby nie wmusiła w Zosię porcji witamin, musiałaby wszystko wyrzucić.

Uporawszy się z zakupami, przełożyła je do bagażnika i odstawiła wózek. Wówczas usłyszała dźwięk telefonu. Rzuciła się do przeszukiwania torebki, rozsuwając na boki jej zawartość. Wreszcie chwyciła smartfon i zerknęła na wyświetlacz. Natychmiast poczuła dławienie w gardle. Przełknęła ślinę, ale gdy się odezwała, nie poznała własnego głosu.

– Kopińska, słucham.

– Dzień dobry, Rokicka, mogę pani zająć chwilę? – spytała kobieta stanowczym tonem.

– Tak – odparła, wciąż ochryple, Ilona.

– Czy córka pochwaliła się swoim dzisiejszym wybrykiem? – zapytała wychowawczyni Zosi.

– Jeszcze się nie widziałyśmy, bo…

– W takim razie pokrótce streszczę zajście na matematyce, kiedy to Zosia została przyłapana na ściąganiu w czasie kartkówki – przerwała Ilonie Rokicka, przejmując inicjatywę. – Zamiast przeprosić za oszustwo, zaczęła się awanturować, że wyznaczone do rozwiązania zadania są za trudne, bo na lekcji zapisywali znacznie łatwiejsze, dlatego też nie umie ich wykonać i potrzebuje pomocy czata GPT.

Ilona czuła, że brakuje jej tchu. To kolejna skarga nauczycielki na nastolatkę, a ona po raz wtóry musi świecić oczami za córkę i jej wybryki. Niekiedy nawet próbowała stawać w jej obronie, ale szybko okazywało się, że to bez sensu, bo tego, co robi i mówi jej dziecko, nie sposób zaakceptować. Westchnęła tylko i nieco odsunęła telefon od ucha, gdyż wraz z kolejnymi wypowiadanymi zdaniami rósł poziom irytacji wychowawczyni, a tym samym jej głos stawał się coraz cieńszy i bardziej skrzekliwy.

– I gdyby na tym się skończyło, to i ja poprzestałabym jedynie na wpisaniu uwagi, ale Zosia nie gryzła się w język i rzuciła pani Szyjer, że nie potrafi uczyć, skoro ona nie jest w stanie rozwiązać tych zadań – wycedziła Rokicka na jednym wydechu, a potem zamilkła, czekając na reakcję Kopińskiej.

– Przepraszam… Nie miałam pojęcia… – dukała Ilona niczym uczennica niezbyt dobrze przygotowana do egzaminu. – Porozmawiam z córką…

– Pani Ilono – zaczęła Rokicka. – Rozumiem, że Zosia wiele przeszła w ostatnich latach, ale nie jest jedynym dzieckiem w mojej klasie, które przeżyło rozwód rodziców. Każde radzi sobie na swój sposób, a ja staram się je wspierać, ale nie mogę tolerować arogancji czy wręcz chamstwa wobec nauczycielki z wieloletnim stażem. Zresztą nawet gdyby była osobą świeżo po studiach, nie oznaczałoby to, że uczeń może ją obrażać.

– Wiem i bardzo mi przykro z tego powodu – zdołała wtrącić Kopińska, wsiadając do auta, bo miała wrażenie, że nagle wszyscy się jej przyglądają. Skuliła się w fotelu i dodała: – Może ktoś ją podpuścił albo coś ją zirytowało, że w ten sposób odważyła się odezwać do starszej osoby.

– I tu pojawia się moja sugestia, aby objąć Zosię długofalową opieką psychologiczną – podsunęła wychowawczyni. – W szkole możemy działać doraźnie, gdy zaistnieje problem, i dzisiaj to zrobiliśmy. Zosia poszła na rozmowę do szkolnego psychologa, ale niewiele z niej wyniknęło, bo była tak rozdrażniona, że o żadnych tłumaczeniach i skrusze nie było mowy.

– Obiecuję, że wszystko wyjaśnię z córką i jutro przeprosi nauczycielkę za swoje zachowanie – niemal szepnęła, starając się zapanować nad cisnącymi się do oczu łzami bezsilności.

Pogłębiający się mrok pierwszego dnia wiosny stał się przyjacielem Ilony, która marzyła o tym, by rozpłynąć się w powietrzu i w żadnym razie nie przyciągać wzroku innych klientów dyskontu. W pracy zwykła nosić stroje w stonowanych kolorach, by nie rozpraszać petentów. Ten styl pozostał jej po kilku latach siedzenia w okienku i codziennej obsłudze interesantów.

– Obawiam się, że to już nie wystarczy. Ostatnie miesiące są coraz gorsze. Widać, że dziewczyna weszła w okres buntu i z całą siłą manifestuje swoje poglądy, nie bacząc na konsekwencje. Optowałabym jednak za terapią dla Zosi.

Ilona zakryła usta dłonią i mocno zacisnęła powieki. Ile by dała, żeby powróciły czasy, gdy od nauczycieli słyszała pochwały pod adresem córki. Była jej najjaśniejszym promyczkiem nawet wtedy, gdy pomiędzy nią i Marcinem coraz częściej dochodziło do spięć. Wtedy nawet nie podejrzewała, że rozwód tak ogromnie zaważy na ich życiu. I choć od wyroku sądu orzekającego rozpad jej małżeństwa minęły dwa lata, to konsekwencje wciąż się ciągnęły, a nawet przybierały na sile.

– Pani Ilono? Halo? Pani Ilono, czy mnie słychać? – Rokicka przerwała przedłużającą się ciszę.

– Tak, jestem. Przepraszam – dukała Kopińska.

– Bardzo proszę przeanalizować całą sytuację i podjąć adekwatne kroki, by później niczego nie żałować. Zosia tymczasem otrzyma upomnienie od dyrektora szkoły, ale kolejne wybryki będą jeszcze mocniej napiętnowane.

Ostatnie słowa ukłuły Ilonę w samo serce. Przychyliłaby córce nieba i wyprostowałaby wszystkie zakręty, by jej ulżyć. Po rozwodzie, gdy tylko sama stanęła na nogi, starała się otoczyć dziecko podwójną opieką. Marcin miał co innego, a właściwie kogoś innego, na głowie, więc rzadko z nimi rozmawiał. Nie chciała, aby całkowicie zrezygnował z kontaktów, dlatego niekiedy wymuszała na nim spotkania z dzieckiem. Zosia jednak wciąż czuła urazę do ojca, co przekładało się na ich stosunki. Wreszcie wraz z eksmężem uznali, że trzeba dać małej czas i zaczekać, aż nadejdzie właściwa pora na odnowienie relacji. Na razie nie nadeszła, a każde wyjście Zosi z ojcem owocowało kłótnią całej trójki. Co doprowadziło do tego, że Ilona została sama na polu walki i, czego dowodził telefon wychowawczyni, przegrała kolejną bitwę.

Nie zdążyła zareagować na słowa pożegnania wypowiedziane przez Rokicką. Dźwięk zakończonego połączenia rozbrzmiewał w jej uszach, ale nie była w stanie się poruszyć. Potrzebowała czasu, by odzyskać jasność umysłu i przypomnieć sobie, co ma dalej zrobić. Po chwili wsunęła telefon do torebki i uruchomiła silnik. Wyjeżdżając z parkingu, analizowała radę nauczycielki. Od dawna nosiła się z zamiarem pójścia na terapię wraz z Zosią. Widziała, jak bardzo dotknęła ją wyprowadzka ojca, ale wciąż zwlekała z podjęciem decyzji. Obaw miała równie wiele jak powodów. Gdyby się o tym dowiedziała jej matka, musiałaby się gęsto tłumaczyć.

Zofia Gąsowska nie przyjmowała do wiadomości, że ktoś z jej bliskich może potrzebować pomocy psychologa czy też psychiatry, jednocześnie wrzucając te dwa znacznie różniące się od siebie zakresem kompetencji zawody do jednego worka z napisem: „zakazane”. I na nic zdały się tłumaczenia Ilony, że wiele osób po traumatycznych przeżyciach szuka pomocy właśnie u tych specjalistów. Dla Zofii, po której wnuczka odziedziczyła imię, było to nie do pomyślenia, aby ktoś z jej najbliższej rodziny uczęszczał na terapię dla wariatów, jak zwykła ją określać.

Ilona w zamyśleniu zerknęła na sygnalizator świetlny, a widząc zieloną strzałkę, skręciła w prawo. Niemal natychmiast wcisnęła pedał gazu i jej ciało gwałtownie wychyliło się do przodu. Pasy bezpieczeństwa zadziałały zgodnie ze swoim przeznaczenia, co uchroniło Ilonę przed rozbiciem czoła. W tym momencie miała jednak inny problem. Kobieta głośno wykrzykująca przekleństwa pod jej adresem już wyciągała telefon. Inni przechodzący po pasach przyglądali się z konsternacją zamieszaniu, nie mając przekonania, czy powinni pozostać i wspierać zagrożoną potrąceniem kobietę, czy jak najszybciej się ulotnić, by nie mieć kłopotów i nie wtykać nosa w czyjeś sprawy.

– Ślepa jesteś?! Ludzi nie widzisz?! – grzmiała niedoszła potrącona, dopadając do drzwi od strony kierowcy. – Kto ci, ofermo, dał prawo jazdy?!

– Przepraszam. Bardzo przepraszam. – Ilona usiłowała się przebić pomiędzy kolejnymi obelgami tamtej. – Zamyśliłam się i nie zauważyłam…

– Każdemu idiocie dają prawko, a potem się dziwić, że tyle wypadków na pasach – ciągnęła korpulentna kobieta w czarnej kurtce i czapce naciągniętej głęboko na oczy. – Jeździ to bez pomyślunku!

– Raz jeszcze przepraszam i… – Znów nie dokończyła wyjaśnień przez otwarte okno, ale tym razem usłyszała zgoła odmienne słowa.

– Nic się nie stało, to da pani spokój kobiecinie – wtrącił przygarbiony starszy mężczyzna. – Widać, że zmęczona spieszy się do domu. Pewnie mąż i dzieci czekają na obiad?

Ilona nie miała siły ciągnąć tej rozmowy, dlatego tylko skinęła głową i z błagalnym spojrzeniem czekała, aż rozwrzeszczana niedoszła poszkodowana odejdzie od samochodu.

– Pani to nigdy się nie zamyśliła i nie wlazła na pasy bez rozejrzenia się na boki? – ciągnął starszy jegomość, a potem pokazał na zmieniającą się sygnalizację i odszedł na chodnik po drugiej stronie jezdni.

Rozgoryczona kobieta odchrząknęła i ruszyła w ślad za nim. Zator powoli się rozładował i stojące za Iloną auta jedno za drugim opuszczały skrzyżowanie. Kopińska zacisnęła drżące dłonie na kierownicy i starała się skupić na drodze. Myśli wciąż galopowały od rozmowy z wychowawczynią do niedoszłego wypadku. Miała serdecznie dość tego dnia, a do weekendu i odpoczynku pozostały jeszcze dwa kolejne.

Ilona wjechała na parking pod blokiem, w którym mieszkała, od kiedy Zosia rozpoczęła szkolną edukację, i zaparkowała na jedynym wolnym miejscu. Żałowała, że gdy kupowali z Marcinem swoje wymarzone gniazdko, poskąpili na garaż. Teraz nie miałaby problemów z codziennymi poszukiwaniami miejsca. Niekiedy się zdarzało, że musiała pozostawić auto na poboczu ulicy prowadzącej na ich osiedle i aż stamtąd dźwigać zakupy. W takich chwilach klęła pod nosem i zarzekała się, że poszuka innego lokum, obowiązkowo z garażem.

Chwyciwszy torebkę, wysiadła z auta i wypakowała zakupy. Potem pospieszyła do budynku. Jeszcze przed wejściem spojrzała w okno pokoju córki i wiedziała, że musi się nastroić do rozmowy wychowawczej. Zrobiła kilka głębokich wdechów i wdrapała się po schodach na drugie piętro.

Tuż za progiem mieszkania jej ciałem wstrząsnęły głośne basowe dźwięki wydobywające się z głośnika podłączonego do telefonu, na którym Zosia wybierała utwory do odtworzenia. Ilona pozostawiła zakupy w kuchni i weszła do łazienki, by umyć ręce. Potem raz jeszcze zrobiła kilka głębszych wdechów i pchnęła drzwi do kryjówki nastolatki. Nie czekała na zaproszenie, wiedząc, że dziewczyna nie usłyszy jej pukania.

W królestwie nastolatki panował bałagan i choć w każdą sobotę matka zmuszała ją do sprzątnięcia biurka, wyniesienia brudnych ubrań i naczyń gromadzonych w każdym zakamarku niewielkiego pomieszczenia, to od poniedziałku powracał tu nieporządek. Ilona podeszła do wąskiego tapczanu i dotknęła ramienia leżącej na brzuchu córki. Ta drgnęła i spojrzała na nią.

– Już jesteś?! – zdziwiła się, że tak szybko minął jej czas po powrocie z lekcji angielskiego, z którego najchętniej by zrezygnowała, ale ojciec się uparł i bardzo pilnował jej obecności na zajęciach, skoro za nie płacił. – Miałaś jechać na zakupy! – niemal krzyknęła, wciąż nie ściszając muzyki.

Ilona pokazała na głośnik i zaczekała na reakcję córki. Dziewczyna niechętnie się podciągnęła na łóżku i spełniła niezwerbalizowane polecenie matki.

– Wszystko załatwiłam, a przy okazji wysłuchałam skargi twojej wychowawczyni – powiedziała Kopińska, zaplatając ręce na piersiach i bacznie obserwując nastolatkę.

– Wiedziałam, że ta baba nie odpuści – burknęła Zosia, pilnując jednak, by matka usłyszała.

– Nie mów tak o wychowawczyni.

– Mówię o tej drugiej wariatce, co nie ma pojęcia, jak uczyć, a potem wywala kartkówki w kosmos i tylko jej ulubienica Juleczka, co to łazi do niej na korki, wie, jak ugryźć zadania – perorowała poirytowana uczennica.

– To, co umie Julka, nie ma znaczenia, ale to, w jaki sposób traktujesz nauczycielkę, owszem – odparła Ilona, siląc się na spokój. – Nie możesz nikogo obrażać.

– A ona może się z nas wyśmiewać, że nic nie umiemy? – warczała coraz głośniej, krzyżując nogi i odważnie wypinając drobne piersi, ledwie się odznaczające pod obszerną bluzą sportową w obowiązkowo czarnym kolorze.

– Przesadzasz i jesteś uprzedzona do tej matematyczki.

– A ty jak zwykle stajesz po stronie wszystkich, tylko nie mojej! – bąknęła córka i wbiła wzrok w czarny koc na łóżku. Wyskubując z niego niewidzialne paprochy, dodała łamiącym się głosem: – Nienawidzę tej szkoły.

Ilona miała wrażenie, że jeszcze trochę, a jej maleńka córeczka powróci, a potem jak dawniej wtuli się w jej opiekuńcze ramiona i zawierzy temu, co powie rodzicielka. Jak bardzo tęskniła do tamtych chwil, gdy czuła, że jest całym światem dla dzieciny, na której przyjście czekali cztery długie lata po ślubie, stosując się do wszystkich zaleceń ginekologa i wykonując szereg nieprzyjemnych badań, które dowiodły, że istnieje szansa poczęcia drogą naturalną. Należało się tylko uzbroić w cierpliwość i nieco pomóc naturze. To wszystko jednak sprawiło, że Ilona niekiedy zapominała o namiętności i z niepokojem spoglądała na wykresy temperatury opisujące cykl miesięczny. Ciąża i pierwsze lata Zosi były najpiękniejszym etapem w jej życiu. Skupiona na dziecku, nie dostrzegła rozwarstwiających się uczuć pomiędzy nią i Marcinem. A gdy wreszcie zdała sobie sprawę z tego, co się dzieje, było już za późno, by posklejać relacje.

– Córciu…

– Daj mi spokój – fuknęła Zosia i odtrąciła wyciągniętą dłoń matki. – A najlepiej zabierz mnie z tej budy, bo nie będę tam łazić.

– Nie będziesz się tłuc autobusem na drugi koniec miasta, żeby chodzić do innej szkoły. Stracisz czas na dojazdy i szybko się zniechęcisz, a powrotu nie będzie – tłumaczyła Ilona, siadając na podłodze, by móc patrzeć córce w oczy. Ta jednak nie podniosła głowy. – Za dwa lata pójdziesz do nowej szkoły i spotkasz innych ludzi, ale teraz musisz popracować nad swoim podejściem do nauczycieli, bo będziesz mieć kłopoty.

– To może sami mnie wywalą? – Z nadzieją spojrzała na matkę.

– Widzę, że sobie nie pogadamy. Idę zrobić obiad, a potem wrócimy do tematu.

– Nie jestem głodna. Byłam w Maku – przyznała, a kąciki jej ust znacznie się uniosły.

– Prosiłam, żebyś tam nie zaglądała.

– Wszyscy szli na jedzenie, to miałam być gorsza? – Łypnęła okiem, w którym czaił się błysk.

Ilona zagryzła dolną wargę, po czym odkręciła się na pięcie i zwiesiwszy ramiona, poczłapała do kuchni.

Po zjedzonym niemal w kompletnej ciszy posiłku wysłała Zosię do pokoju, by pouczyła się do poprawy kartkówki, sama zaś zajęła się sprzątaniem naczyń i chowaniem w szafkach reszty zakupów. Dopiero wówczas na blacie kuchennym dostrzegła wyjętą ze skrzynki korespondencję. Przerzuciła kilka kopert z rachunkami i przeczytała pozdrowienia od Dominiki wysłane przed blisko dwoma miesiącami z jej kilkudniowego wypadu z córkami do Pragi.

– Ach, ta poczta – mruknęła pod nosem i przywiesiła kartkę na drzwi lodówki, jednocześnie zdejmując z uchwytu poprzednią pocztówkę otrzymaną od przyjaciółki lubiącej podróże.

Niekiedy zazdrościła jej dorosłych dzieci i braku innych zobowiązań trzymających ją na miejscu. Dominika Hubert od dawna była szczęśliwą rozwódką, a gdy dwa lata temu przekroczyła czterdziestkę, uznała, że wreszcie nadszedł czas na realizację marzeń, które od dawna nosiła w sercu, i zaczęła jeździć po Polsce oraz do sąsiednich krajów.

Ilona schowała kartkę z Berlina do pudełka na pamiątki i sięgnęła po ostatnią kopertę. Wówczas jej oczom ukazało się duże logo Narodowego Funduszu Zdrowia, a w sercu pojawił się niepokój. Rozerwała kopertę i ujrzała to, czego wcale nie chciała zobaczyć – skierowanie na leczenie uzdrowiskowe. Ciężko opadła na krzesło, a potem nerwowo przeczesała sięgające ramion włosy. Niedawno udało jej się wydobyć z nich skręt i od tamtego czasu przy użyciu kilku skutecznych kosmetyków nosiła nieco roztrzepaną fryzurę, odejmującą jej parę lat. Wreszcie zrezygnowana przebiegła wzrokiem po trzymanej w dłoni kartce.

– Przełom kwietnia i maja? Trzy tygodnie? – pytała samą siebie. – To cała wieczność. Nierealne w tej sytuacji – szepnęła i z powrotem rzuciła pismo na blat, a potem zaparzyła sobie filiżankę zielonej herbaty. Najchętniej położyłaby się na kanapie z książką w dłoniach, ale na razie musiała dopilnować, by córka pouczyła się matematyki, i co ważniejsze, należało uświadomić nastolatce, że nie jest panią swojego losu i ma obowiązek liczyć się z innymi. W szkole miała jedno zadanie: naukę. Powinna przestać sabotować tę starą jak świat prawdę.

Ilona ciężko westchnęła i poczłapała do pokoju córki. Zapowiadał się wyjątkowo długi wieczór.

Rozdział I

Zapach świeżo mielonej kawy tulił w swych objęciach korytarz i wkradał się do pomieszczeń biurowych usytuowanych na pierwszym piętrze rozłożystego budynku Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, przypominając pracownikom o przerwie.

Ilona zamknęła teczkę z dokumentami petentów i wsunęła ją do szuflady w biurku. Potem zgodnie z instrukcją wylogowała się z systemu i wyszła z pomieszczenia. Zaraz po dotarciu do pokoju socjalnego uruchomiła ekspres i zrobiła sobie kawę z obowiązkową podwójną porcją mleka, a potem rozsiadła się obok Dominiki Hubert, z którą znały się od chwili, gdy Kopińska przyjęła się do pracy po urlopie wychowawczym.

– Już spakowana? – Dominika zaczepiła przyjaciółkę i wymownie na nią spojrzała, po czym odgryzła kęs kanapki z odtłuszczonym serem, bo od zawsze dbała o dobre nawyki żywieniowe, dlatego nie przytyła nawet po dwóch ciążach ponad dwa dziesięciolecia wstecz.

– Daj spokój. – Ilona prychnęła i wyjęła gotową sałatkę w plastikowym opakowaniu, gdyż rano nie miała czasu na przyrządzanie niczego wymyślnego.

– Jeszcze się nie zdecydowałaś? – dociekała Dominika.

– Mam dwa tygodnie na dokonanie zwrotu i dzisiaj zamierzam iść na pocztę, żeby odesłać to skierowanie.

– Jak to? – obruszyła się Sylwia Radzięta, koleżanka w wieku emerytalnym, która podróże i pasje traktowała jako nieodzowny element umykającego życia. – To kiedy będziesz się leczyć? Jak już wleziesz na wózek inwalidzki?

Markotna mina Ilony dowodziła, że starsza koleżanka trafiła w samo sedno. Ubiegłoroczne problemy zdrowotne dały jej do wiwatu, a kilkumiesięczne poszukiwania przyczyny bólu kręgosłupa irytowały. Kiedy więc po serii badań neurolog postawił diagnozę, miała już zaawansowany stan zapalny mięśni w okolicy łopatki i perspektywę długotrwałego leczenia łącznie z zastrzykami przeciwbólowymi i przeciwzapalnymi. Osłabiona przedłużającą się niedyspozycją i brakiem szybkich efektów kuracji, zgodziła się na wypisanie przez internistę skierowania na rehabilitację do uzdrowiska. Od tamtej chwili minął prawie rok, a ona czuła się lepiej i nieco bardziej dbała o swój kręgosłup. Dwa razy w tygodniu uczęszczała na pilates w usytuowanej na jej osiedlu sali gimnastycznej, a w piątki jeździła na masaże do polecanej przez Dominikę rehabilitantki. Oczywiście mogłaby robić dla swojego ciała znacznie więcej i nawet miała taki zamiar zaraz po tym, jak najgorszy ból ustąpił, ale plany szybko uległy weryfikacji, gdy wyszło na jaw, że podczas jej wieczornych nieobecności w domu Zosia nie zagląda do podręczników i traci czas na portalach społecznościowych.

– Zosieńka jest już dużą dziewczynką, więc kilka dni bez matki jej nie zabije – ciągnęła doświadczona koleżanka.

– Niestety, mam wrażenie, że z wiekiem wcale nie przybywa jej rozumu – mruknęła Ilona, koncentrując uwagę na sałatce.

– To akurat całkiem normalne u młodzieży – wtrąciła Dominika, bazując na doświadczeniu w wychowaniu dwóch córek, od niedawna studentek. – To nie oznacza jednak, że ich rodzice mają się całkowicie im podporządkować i przestać myśleć o własnych potrzebach.

– Wytłumacz to Zosi – sarknęła Kopińska i wepchnęła porcję liści sałaty do ust. Przez chwilę powoli je przeżuwała, nie spiesząc się, by kontynuować rozmowę na niewygodny temat.

– Zosieńka ma dwoje rodziców, więc daj szansę ojcu – poradziła Sylwia i przenikliwym wzrokiem spojrzała na młodszą koleżankę. – Niech się tatuńcio wykaże.

– To może być nowe otwarcie dla obydwojga – podchwyciła Dominika, znacznie lepiej zorientowana w sytuacji rodzinnej Ilony niż reszta koleżanek z biura.

– Zosia ma teraz trudny okres, a Marcin sobie z nią nie poradzi – tłumaczyła Kopińska.

– Przyzwyczaj się do tego, bo ten stan potrwa kilka lat, a ty w tym czasie będziesz uziemiona, jeśli teraz nie wyrwiesz się z tego układu – ciągnęła Radzięta, a że wreszcie skończyła jeść, wstała, posprzątała ze stołu opakowania po jogurcie i orzeszkach, a potem wyszła, pozostawiając je same.

– Sylwia ma rację – stwierdziła Dominika. – Musisz zadbać o własne zdrowie, bo tylko wtedy jesteś w stanie otoczyć Zosię właściwą opieką. A ojcu przypomnisz o jego obowiązkach względem jedynaczki.

– Nie wiem, jak na taką nowinę zareaguje jego narzeczona.

– Spuść ją na drzewo i w ogóle się nie przejmuj! – Zachichotała. – To są sprawy między nimi. Niech Marcin to załatwi.

– Ale najpierw to on musi wyrazić zgodę na ten cały galimatias – zauważyła Ilona i znów zapatrzyła się na resztki sałatki.

– Dzwoń i nie trać czasu na myślenie. – Dominika podsunęła przyjaciółce leżący tuż obok telefon i dyskretnie wycofała się z pomieszczenia.

Ilona przez chwilę wpatrywała się w ekran smartfonu, mobilizując się, by wybrać numer. Wreszcie, ponaglana świadomością kończącej się przerwy obiadowej, uruchomiła komórkę i zaczekała na połączenie. Niestety, rozmówca się nie zgłosił. Wróciła więc do pracy, licząc na to, że Marcin oddzwoni.

Po wyjściu z biura zamierzała jak najszybciej dotrzeć do domu, ale deszczowa pogoda, tak charakterystyczna dla początku kwietnia, nie pozwalała wdepnąć pedału gazu. Myśli Ilony powędrowały w stronę córki. Wprawdzie wysłała do Zosi SMS-a z pytaniem o to, jak poszła jej poprawa poprzedniej kartkówki, ale wciąż nie otrzymała odpowiedzi. W szkole korzystanie z telefonów było surowo zabronione, jednak o tej porze córka powinna już być w domu i zajmować się nauką.

Kopińska podjechała na parking, po czym wyskoczyła z auta i szybkim krokiem udała się do mieszkania. Głośne dźwięki przywitały ją jeszcze na korytarzu. Bez ociągania otworzyła drzwi i nie tracąc czasu na zdejmowanie butów, choć wciąż nosiły ślady mijanych po drodze kałuż, weszła do pokoju córki i wyłączyła głośnik.

– Co jest? – Nastolatka spojrzała z oburzeniem i zmarszczyła cienkie brwi, które od niedawna systematycznie wyskubywała wbrew opinii matki. – Przecież tego słucham.

– Teraz ja chcę posłuchać ciebie – oświadczyła Ilona i przycupnęła na fotelu, odwróciwszy go tyłem do ustawionego pod oknem biurka.

Córka niechętnie usiadła na łóżku i naciągnęła jedną z wielu zbyt dużych bluz na podkulone pod brodą kolana. Jej blada twarz, na której latem pojawiały się złociste piegi, nosiła ślady zmęczenia, a napięte mięśnie tym bardziej podkreślały wystające kości policzkowe. W szarych oczach odziedziczonych po matce kryła się złość, która ostatnio jej nie opuszczała.

Ilona głośno wypuściła powietrze.

– Jak ci poszła poprawa? – zaczęła, siląc się, by jej ton pozostał łagodny.

– Nijak – burknęła nastolatka, skubiąc skórki przy paznokciach. – Mówiłam, że ta baba nie umie nauczyć.

– Ale ćwiczyłyśmy te równania i umiałaś je rozwiązać.

– Te z podręcznika umiałam, ale ta sucz dała jakieś inne – warknęła chropowatym głosem.

– Tylko mi nie mów, że ich nie rozwiązałaś. – Ilona szeroko otworzyła oczy.

– Nic nie napisałam i oddałam pustą kartkę, żeby się nią nażarła!

– Mam nadzieję, że jej tego nie powiedziałaś – jęknęła matka i schowała twarz w dłoniach, ale przedłużająca się cisza nie pozostawiała wątpliwości, jak brzmiała odpowiedź na postawione pytanie. – Zośka, oni wyrzucą cię ze szkoły… – Westchnęła i z niedowierzaniem pokręciła głową.

– Nareszcie nie będę musiała się tam pokazywać.

– Dzieci w twoim wieku muszą się uczyć, więc przeniosą cię do jakieś najgorszej szkoły poza miastem i dopiero będziemy mieć kłopot.

– To ucieknę stamtąd.

– Dziecko, co ty bredzisz?

– Już nie jestem dzieckiem, więc daj mi spokój – żachnęła się i nie czekając na dalsze utyskiwania matki, wybiegła z pokoju.

Zanim Ilona się obejrzała, córki już nie było w mieszkaniu. Podskoczyła do okna. Dostrzegła pędzącą chodnikiem nastolatkę w rozpiętej kurtce. Wiedziała, że Zosia i tak nie odbierze od niej połączenia, zanim się nie uspokoi, a to zajmowało jej sporo czasu. Nie była też pewna, czy jej samej przejdzie zdenerwowanie do powrotu dziecka. Tak bardzo się starała sprostać wszystkim oczekiwaniom, ale kompletnie nie poznawała córki, dla której zrobiłaby absolutnie wszystko, a i tak wciąż miała poczucie, że to za mało. Od kilku miesięcy zastanawiała się, gdzie i w jakiej sytuacji popełniła błąd. Kiedy niepotrzebnie uległa, że teraz wciąż ponosi porażki?

Z zamyślenia wyrwało ją łaskotanie w biodro. Sięgnęła do kieszeni zaprasowanych w kant granatowych spodni i wyjęła komórkę. Widząc, kto dzwoni, natychmiast przyjęła połączenie.

– Nareszcie oddzwaniasz – odezwała się, nie kryjąc podenerwowania.

– Pracowałem i nie miałem czasu na pogaduszki – bąknął Marcin, wyraźnie niezadowolony.

– Nie dzwonię do ciebie z pierdołami, tylko ze sprawą dotyczącą naszej córki. – Prychnęła.

– Co znowu nawywijała?

– Nie poprawiła pały z matmy i jak tak dalej pójdzie, to nie zda do siódmej klasy.

– Co ten dzieciak sobie wyobraża?! Czy ona zwariowała?! – pokrzykiwał, choć w tle rozbrzmiewały odgłosy ulicy. – Człowiek się stara, wypruwa sobie żyły, żeby ją posłać na korki, a ta i tak nie potrafi zaliczyć sprawdzianów!

Z tymi staraniami i poświęceniem Ilona mogłaby podyskutować, gdyby tylko miała czas i ochotę na kłótnie. W tym momencie co innego było ważne. Odruchowo nawinęła pukiel włosów na palec i zrobiła głęboki wdech. Potem, znów wpatrzona w chodnik przed blokiem, powiedziała:

– Zosia potrzebuje jakiegoś bodźca do tego, by wrócić na dawne tory. Inaczej jej niepożądane zachowania będą się pogłębiały i zacznie się od nas coraz bardziej odsuwać.

Chwilowa cisza w słuchawce dodała jej odwagi, by kontynuować to, co usłyszała od szkolnej psycholog, z którą się konsultowała zaraz po awanturze z matematyczką.

– Uważam, że musimy podjąć radyklane kroki, żeby w przyszłości nie żałować straconej szansy.

– Co ty pleciesz? Jakichś podręczników o dojrzewaniu się naczytałaś? – kpił jak zawsze, gdy sam nie miał lepszego rozwiązania trapiącego ich problemu.

– Zosia musi z tobą pomieszkać przez jakiś czas – brnęła dalej, ignorując przytyki. – Dzięki temu zmieni się jej rytm dnia i pojawią się nieco inne zasady. Może wtedy zacznie się bardziej starać i zrozumie swoje błędy.

Drobne krople deszczu coraz mocniej uderzały o szybę i odbijały się od parapetu. Ilona wiedziała, że córka zmoknie, ale nie miała siły, by biec za nią z parasolem. Wzdrygnęła się na tę myśl, bo niemal natychmiast zaczęła się obwiniać za to, że nie jest dostatecznie wyrozumiała i cierpliwa wobec własnego dziecka. Znów poczuła dręczącą samotność, w której utknęła i miotała się niczym mucha oplątana pajęczą siecią.

– Niby jak ty to sobie wyobrażasz? – Niski głos męża, który kiedyś tak bardzo kochała, przywołał ją do porządku. – Zosia nie przepada za Jagodą, więc raczej to nie pomoże jej okiełznać. Nastroszy się jeszcze bardziej i awantura gotowa.

– Nie masz wyjścia. Musisz ją zabrać do siebie albo przenieść się na trzy tygodnie do mnie.

– Że jak?! – krzyknął i natychmiast ściszył głos, najwidoczniej zorientowawszy się, że nie jest sam. – Coś ty wymyśliła?

– Za dwa tygodnie wyjeżdżam na turnus rehabilitacyjny do sanatorium w Ciechocinku i dlatego musisz się zająć swoją córką – powiedziała na jednym wydechu, by niczego nie pominąć.

Potem usiadła na tapczanie, którego córka od rana nie zdążyła zaścielić, i wbiła wzrok w puszysty dywan pod nogami. Kiedyś lubiły na nim leżeć i turlać się w czasie zabawy. Teraz to wszystko wyglądało jak zacierający się w pamięci sen.

– Nie mówiłaś mi o tym – burknął.

– Właśnie cię informuję – wyjaśniła zmęczonym głosem, po czym zrzuciła marynarkę i rozpięła guzik przy kołnierzyku w ulubionym odcieniu błękitu.

– Nie wiem, co na to Jagódka.

– Wiążąc się z tobą, zdawała sobie sprawę, że jesteś ojcem, co oznacza momenty, gdy będziesz musiał aktywnie włączyć się w opiekę i wychowanie córki. – Powoli cedziła słowa.

– Wciąż się z Jagodą docieramy…

– To teraz będziecie mieli możliwość sprawdzenia siebie w nowych warunkach.

Przedłużająca się cisza w telefonie sprowokowała Ilonę do zadania kluczowego pytania.

– Zabierzesz Zosię do siebie czy przeprowadzisz się do nas?

– Nie wiem… Muszę to wszystko przemyśleć… Zastrzeliłaś mnie tym pomysłem…

Nagle poczuła schodzące z ciała napięcie. Miała świadomość tego, że postawiła Marcina pod ścianą. Nie przywykła nikogo tak traktować, ale jeszcze kilka minut temu nie widziała innego wyjścia. Gdyby choć przez chwilę się zawahała, Marcin wywinąłby się od obowiązków, a jej pozostałyby prośby i tłumaczenia sytuacji przed własną matką, a to byłoby bardziej czasochłonne.

– Odezwę się później – zapewnił i się rozłączył.

Kopińska, czując ciężar noszonych od kilkunastu dni problemów, dźwignęła się z tapczanu i wyszła do swojej sypialni, by się przebrać w coś wygodnego.

Właśnie wciągnęła dresy, gdy usłyszała szelest w korytarzu, a potem dostrzegła przemykającą bez słowa córkę. Odwiesiła do szafy garnitur i opadła na miękkie łóżko. Najchętniej zakopałaby się w pościeli i nie wychylała aż do chwili wyjazdu do Ciechocinka, ale wiedziała, że rodzicom nie jest dany taki luksus. Powlokła się więc do kuchni i zajęła przygotowywaniem kolacji, bo na obiad było już zbyt późno.

Dwa tygodnie później rodzina Kopińskich stała na stacji kolejowej w kompletnej ciszy. Zosia od czasu do czasu nienawistnym wzrokiem zerkała na dużą walizkę matki, jakby chciała się upewnić, że Ilona rzeczywiście jest zdolna do porzucenia własnego dziecka i wyjazdu na trzy tygodnie.

Marcin zdążył już wyrazić swoje oburzenie, protest i dezaprobatę dla poczynań byłej żony i nie potrafił jej odpuścić, nawet gdy sięgnęła po ostateczny argument, czyli jej zdrowie i słowa lekarza, że jeśli teraz nie zacznie o siebie dbać, to wkrótce zaczną rozważać potrzebę operacji kręgosłupa.

Kiedy więc na tory wjechał pociąg relacji Warszawa–Łódź Fabryczna, gdzie miała nastąpić przesiadka do autobusu jadącego przez Ciechocinek, wszyscy troje odetchnęli. Ilona chwyciła rączkę olbrzymiej walizki. Na jej zakup namówiła ją Sylwia, a potem wraz z Dominiką dopilnowała, by przyszła kuracjuszka zabrała odpowiednią liczbę kreacji oraz obuwia dostosowanego do różnych okoliczności i potrzeb.

– Daj to, bo się jeszcze przepukliny nabawisz i wylądujesz w szpitalu – powiedział Marcin i wniósł bagaż do pociągu, a potem ustawił go pomiędzy siedzeniami. Wiedział, że umieszczony nad głowami pasażerów później przysporzy eksżonie sporo kłopotu ze zdejmowaniem.

Tymczasem Ilona objęła sztywne ciało córki i na chwilę zatopiła twarz w jej długich włosach, których złocisty kolor i gęstość Zosia odziedziczyła po ojcu. Kiedyś pachniały rumiankiem, ale i to się zmieniło. Teraz nastolatka wymagała szamponów używanych w salonach fryzjerskich, twierdząc, że tylko w ten sposób jest w stanie okiełznać grube pasma.

– To tylko trzy tygodnie – odezwała się matka, choć w gardle od rana czuła grudę, której nie mogła się pozbyć. – Nawet nie zauważysz, że mnie nie ma.

– Chyba żartujesz – odburknęła dziewczyna. – Już ojciec z Jagódką się postarają, żebym ich popamiętała – dodała z wyrzutem, po czym się odsunęła.

Ilona zdążyła tylko w przelocie musnąć delikatną skórę jej policzka, a potem ruszyła do pociągu.

– Baw się dobrze – rzucił jej w drzwiach Marcin, choć w jego słowach trudno było odnaleźć szczerość.

Milczeniem zbyła jego życzenia i zajęła miejsce przy walizce. Zerknęła przez okno za odchodzącymi i poczuła ukłucie w sercu. Zostawiła córkę, a sama jechała, by odpocząć. Ani Dominika, ani Sylwia nie miały oporów, by nazwać jej kurację niezbędnym odpoczynkiem od monotonii życia. W ciągu ostatnich dni przed wyjazdem wiele razy instruowały ją, jak ma nawiązywać kontakty z obcymi ludźmi i w żadnym razie nie odstraszać mężczyzn, nawet jeśli mogliby być w wieku jej ojca, którego bądź co bądź bardzo kochała i szanowała, głównie za to, że wytrzymał u boku gderliwej małżonki blisko cztery dziesięciolecia.

Nawet się nie zorientowała, gdy pociąg się zatrzymał w Łodzi. W pośpiechu wyciągnęła walizkę na korytarz i przetaszczyła ją na peron. Teraz musiała się wydostać ze stacji kolejowej i przejść na Plac Bronisława Sałacińskiego, skąd odjeżdżał autobus do Gdyni, z przystankiem w Ciechocinku.

Kwadrans później zajęła miejsce przy oknie i zatopiła się w lekturze jednej z trzech zabranych ze sobą książek. Nie miała pojęcia, czy taki zapas jej wystarczy, ale w bagażu nie upchnęłaby już nawet pudełka zapałek.

Przeczytawszy pierwszy rozdział beletryzowanej biografii Zygmunta Freuda, zapadła w drzemkę. Przebudziła się za Włocławkiem i już nie pozwoliła sobie zamknąć oczu.

Kiedy wysiadła z autobusu, uruchomiła mapę w smartfonie i poczłapała w stronę ośrodka sanatoryjnego.

Żółtawa elewacja budynku Związku Nauczycielstwa Polskiego nie dała się przeoczyć pośród soczystej zieleni drzew okalających sąsiednie chodniki. Ilona właśnie się zastanawiała, w jaki sposób poradzi sobie z wniesieniem walizki po schodach, gdy za plecami usłyszała męski głos.

– Dobrze, że nie przyjechałem tu z bólem pleców.

Odwróciła się, by spojrzeć w stronę mężczyzny. Rosły jegomość ze srebrnymi włosami układającymi się w idealne fale patrzył w jej stronę i uśmiechał się łagodnie.

– A ja przeciwnie – odparła i zmarszczyła brwi, porównując bagaż rozmówcy ze swoim. – Też powinnam się spakować do połowę mniejszej walizki – przyznała.

– W takie cuda to nie wierzę – natychmiast zaoponował. – Zbyt długo żyję na tym świecie i zbyt wiele razy byłem w sanatorium, żeby nie wiedzieć, ile ubrań potrzebują kobiety.

– To wina moich koleżanek, które właściwie mnie spakowały, bo sama nie wiedziałam, co będzie potrzebne.

– Doświadczone koleżanki to skarb. – Zachichotał, po czym podszedł i wniósł jej bagaż na sam szczyt schodów. – Ale niekiedy warto zaufać sobie – dodał zmachany i wrócił po swoją torbę. – To teraz idziemy się zameldować w recepcji.

Ilona weszła do obiektu i natychmiast dostrzegła długi ogonek kuracjuszy oczekujących na przyjęcie. Stanęła na końcu, rozglądając się dookoła. Wysoki hol wyłożony szaro-białymi płytami w nierówne wzory sprawiał wrażenie eleganckiego i zadbanego. Sprawnie obsługujący kolejkę recepcjoniści udzielali niezbędnych informacji. Po kwadransie więc, ściskając w dłoni klucz do dwuosobowego pokoju, wsiadła do windy i wjechała na najwyższe piętro. Bez problemu odnalazła pokój. Teraz pozostało się rozpakować, iść do pielęgniarki i zaczekać na wizytę u lekarza. Za każdym razem, gdy usłyszała odgłosy otwierających się drzwi windy, nasłuchiwała, czy nie nadchodzi jej współlokatorka. Bardzo liczyła na oddzielny pokój, ale okazało się, że nie ma takiej możliwości, i stanęło na tym, że zamieszka z obcą osobą. Wzdrygnęła się, przypominając sobie rozmowę z elegancką recepcjonistką. Jedno, co udało jej się wybłagać, to jak najmłodszą koleżankę. Miała nadzieję, że jeśli zjawi się ktoś w podobnym wieku, to zdołają jakoś nie wchodzić sobie w drogę i funkcjonować w niewielkim pomieszczeniu. Ucieszyła się, zobaczywszy balkon, bo mógł stanowić azyl przed marudną współlokatorką.

Po zaskakująco smacznym obiedzie Ilona udała się na wizytę lekarską, skąd wróciła z całym pakietem zabiegów. Najbardziej była zadowolona z przepisanych jej masaży. Te w ubiegłym roku bardzo jej pomogły, gdy już minął ostry stan zapalny mięśni.

Zadowolona weszła do przydzielonego na czas pobytu pokoju i zamarła, widząc dwie potężne walizki ustawione pośrodku niewielkiego pomieszczenia, w którym oprócz dwóch łóżek, szafek podręcznych oraz podwójnej szafy i stolika pod oknem nic więcej się nie zmieściło.

– Witam – odezwała się wychodząca z łazienki starsza kobieta wystrojona w długą kwiaciastą sukienkę i z precyzyjnie ułożoną fryzurą, jakby dopiero co opuściła salon fryzjerski. – Agnieszka Popardowska. Wygląda na to, że razem spędzimy ten turnus – wyjaśniła, mocno ściskając szczupłą dłoń Ilony. – Widzę, że jesteś nieco ode mnie młodsza, więc zaproponuję, żebyśmy od razu zaczęły do siebie mówić po imieniu.

Ilona nie zdążyła odpowiedzieć, gdyż współlokatorka płynnie przeszła do podziału półek w szafie i zakomunikowała, że już poprosiła o dodatkowy wieszak, wiedząc, że inaczej się nie pomieszczą z garderobą.

Proces wyjmowania ubrań z walizek i przenoszenia ich do szafy zajął znaczną część popołudnia, a przy okazji pokazał Ilonie, jak mało wie o życiu toczącym się w kurortach, co szybko uświadomiła jej nowa koleżanka.

Dotychczas Kopińska wyjeżdżała z rodziną, i to zwykle do mało uczęszczanych zakątków, by odpocząć od gwaru i tłumów. Odkąd została tylko z Zosią, nie znalazła w sobie determinacji, by się wybrać gdzieś dalej. Obawiała się, czy zdoła wszystko dobrze zaplanować. Miała zbyt wiele na głowie, by zajmować się szukaniem kwatery, a potem jeszcze połączeń, żeby dotrzeć na miejsce. Wolała zabrać córkę do dziadków, by tam odpoczęła po trudach całego roku nauki. Do Bolimowa jechały samochodem dobrze znaną sobie trasą. Nie musiała się stresować przepisami i zasadami panującymi na autostradach. W ogóle nie przepadała za prowadzeniem auta, ale nie miała wyjścia. Jej placówka ZUS-u była usytuowana na drugim końcu Skierniewic.

– Przed kolacją zdążymy jeszcze polecieć na rekonesans – oświadczyła Popardowska, gdy wreszcie rozpakowała bagaże. – Zorientujemy się, gdzie i kiedy grają – dodała konspiracyjnym tonem, a potem poprawiła fryzurę i karminową szminką umalowała usta, wokół których rozpięła się pajęczyna zmarszczek, tak samo zresztą jak wokół oczu.

– Nie wiem, czy zdążymy wrócić na posiłek – zastanawiała się Kopińska. – Słyszałam, że do centrum jest stąd kawałek.

– A co to dla nas? – prychnęła Agnieszka. – Może i mam szóstkę z przodu, tu i tam mnie strzyka, ale nogi i głowa dobrze pracują, więc szkoda tracić czasu. Mamy tylko dwadzieścia dni, bo dzisiejszego nie warto liczyć. Od jutra rankiem intensywna rehabilitacja, a wieczorami parkietoterapia.

– Co?

Starsza kobieta łypnęła okiem i przez dłuższą chwilę lustrowała współlokatorkę, by trafnie wydać opinię.

– Chyba jesteś po raz pierwszy w sanatorium – odezwała się wreszcie.

Ilona pokiwała głową.

– Słońce, to musisz się nauczyć łapać każdą chwilę i cieszyć się nią zarówno tutaj, jak i po powrocie do domu.

Na myśl o Zosi Ilona poczuła dławienie w gardle. Odruchowo zerknęła na wyświetlacz, ale telefon milczał, choć od wyjazdu ze Skierniewic wysłała do córki trzy wiadomości. Pamiętała, że wbrew protestom dziecka ojciec zaplanował wyjście na basen i do kina. Domyślała się, skąd tyle aktywności pierwszego dnia. I choć Marcin tego nie wyartykułował, to Ilona była przekonana, że Jagoda nie ma zamiaru spędzać całego weekendu z pasierbicą, za którą nie przepada. Niechęć była obopólna, więc tym bardziej Zosia się wściekała na czmychającą z domu matkę.

– Najchętniej już bym wracała – wyznała szczerze. – Nie wiem, czy wytrzymam, tak długo nie widząc córki.

– Słońce, źle podchodzisz do pobytu w ośrodku – ostrzegła ją Agnieszka i usiadła na swoim łóżku. Przez cały czas nie spuszczała wzroku z towarzyszki. – Rozumiem, że jesteś matką. Większość z nas jest i na pewnym etapie życia dzieci musiała im towarzyszyć dzień i noc, ale, co ważne, a o czym wiele z nas zapomina, nasze potomstwo dorasta i potrzebuje swobody. Nie przeżyjemy za nie życia i nie ustrzeżemy go przed wszystkimi błędami. Za to same potrzebujemy oddechu, o czym ewidentnie nie pamiętamy, dręczone bzdurnymi wyrzutami sumienia.

Kopińska słuchała, dostrzegając liczne podobieństwa do swojego sposobu pojmowania rodzicielstwa. I o ile zdawała sobie sprawę z upływającego czasu i zmieniających się potrzeb córki, to jednocześnie była przekonana, że jeszcze nadejdzie pora na odcięcie pępowiny. Teraz powinna zrobić wszystko, by być blisko Zosi i pomóc jej się uporać samej ze sobą.

– Uśmiechnięta i odprężona matka to spokojne i radosne dzieci – ciągnęła Popardowska. – Wierz mi, bo jeżdżę do uzdrowisk od trzydziestu lat i początkowo też miałam wyrzuty sumienia wobec rodziny. Nie umiałam się cieszyć pobytem w sanatorium i nawiązanymi znajomościami. I miej świadomość, że takie leczenie nie przynosi efektu. Wracałam do domu zdenerwowana i sfrustrowana. Aż wreszcie zmieniłam sposób myślenia i wtedy po raz pierwszy odpoczęłam, a moje ciało właściwie zareagowało na kurację w ośrodku. Od tamtej chwili wyzbyłam się oporów i czerpię energię z miejsca i z ludzi, których poznaję.

Niemrawy uśmiech zamajaczył na ustach Ilony, ale nie czuła się na siłach, by w jakikolwiek sposób ustosunkować się do wypowiedzi nowo poznanej koleżanki. Nie znały się na tyle, by była w stanie się zwierzyć ze swych obaw i lęków dotyczących córki. Musiała to przepracować w swojej głowie, a do tego potrzebowała świętego spokoju.

– Przepraszam cię, ale jestem zmęczona po podróży – skłamała. – Położę się i odpocznę przed kolacją.

– Jak chcesz, słońce, ale zegar tyka. Tu nie ma czasu na odpoczynek – dodała Agnieszka, po czym zerwała się na równe nogi, chwyciła torebkę i zerknęła na swoje odbicie w zawieszonym przy drzwiach lustrze. – Niedługo wracam – zapewniła i wyszła.

Błoga cisza wypełniła wnętrze maleńkiego pokoju. Choć kwietniowe dni należały do przyjemnych, to dłuższy pobyt na zewnątrz wymagał dodatkowej warstwy odzienia. Ilona okryła plecy szerokim szalem i z książką w dłoni zasiadła na tanim plastikowym krzesełku ustawionym na balkonie z widokiem na obsadzony roślinnością ogród, w którym dostrzegła też niewielką tężnię. Zanim przyjechała do Ciechocinka, zdążyła poczytać o miasteczku i o jego atrakcjach. Wiedziała więc, że jest to jedynie namiastka tego, co na nią czeka w innej części uzdrowiska.

Naciągnęła szal pod samą szyję i zagłębiła się w lekturze o życiu sławnego żydowskiego neurologa, ojca psychoanalizy.

Dopiero po kolacji uległa prośbom Agnieszki i wybrała się wraz z nią i dwiema sąsiadkami na spacer do Parku Zdrojowego.

Wzdłuż prowadzącego do parku deptaku pojawiły się pierwsze bratki, radośnie prężące się do zachodzącego słońca. Budzące się do życia drzewa stroszyły igliwie lub drobne zielone liście, pośród których świergotały zakładające gniazda ptaki.

Zaraz po wejściu do parku kobiety dostrzegły zieleń stawu, pośrodku którego tryskała fontanna. Wokół niej pływały hałaśliwe kaczki i majestatyczny czarny łabędź. Dalej skierowały się w stronę muszli koncertowej i odczytały informacje z zawieszonego nieopodal afisza, z którego wynikało, że już za kilka dni nastąpi inauguracja sezonu koncertowego.

Ilona słuchała zachwytów swych towarzyszek i nad widokami, i nad kolejnymi atrakcjami przygotowanymi przez władze miasta. Raczej unikała deklaracji co do tego, z których rozrywek skorzysta. Przed oczyma wciąż miała widok najeżonej córki i napuszonego eksmęża, a to skutecznie pozbawiało ją ochoty na zabawę.

Jako że nadal jeszcze przed dwudziestą robiło się ciemno, nie dotarły do tężni, pozostawiając sobie tę część uzdrowiska na później.

Pierwsza noc w nowym miejscu okazała się dla Ilony bardzo przyjemna. W przeciwieństwie do krótkiej i mało sympatycznej rozmowy z obrażoną na cały świat córką.

Bez humoru, ale wyspana, Ilona z apetytem zjadła śniadanie, a potem pod opiekuńczymi skrzydłami Agnieszki wyruszyła na zabiegi, dając sobie i latorośli czas na przywyknięcie do nowych warunków.

Aktywność rozpoczęła od gimnastyki w basenie solankowym, a później przyszedł czas na laser i solux. Na koniec zameldowała się pod gabinetem masażu. Czekając na swoją kolej, poznała kilkanaście osób, których imion nie zapamiętała. Wysłuchała ich historii życia, jednocześnie niewiele mówiąc o sobie. Kiedy wreszcie drzwi do gabinetu się otworzyły i wywołano jej nazwisko, z ulgą odetchnęła i wsunęła się do środka.

– Proszę się przygotować do masażu. – Usłyszała męski głos nieco zagłuszany odgłosami mycia rąk w głębi gabinetu.

Bez zbędnej zwłoki schowała się za parawanem, by się rozebrać. Nie miała pewności, czy wystarczy zdjęcie samej bluzy i koszulki, czy powinna też zsunąć ramiączka biustonosza. Masażystka polecona przez Dominikę zawsze kazała jej ściągnąć bieliznę. Dylemat zatrzymał ją za przepierzeniem nieco dłużej, dlatego usłyszała ponaglenie:

– Zapraszam.

Gdy wyszła naga od góry do pasa, zasłaniając jedynie piersi, ujrzała młodego mężczyznę, który w tej samej chwili spuścił wzrok.

– Można zostać w bieliźnie – zapewnił i chwycił papierowy ręcznik oraz rozpylacz z płynem dezynfekcyjnym, by wytrzeć kozetkę po poprzednim pacjencie.

Ilona spąsowiała i wróciła po biustonosz, wyrzucając sobie własną głupotę. Owszem, u rehabilitantki ze Skierniewic odsłaniała całe plecy, gdyż kobieta twierdziła, że w ten sposób może skuteczniej masować, ale tutaj miała do czynienia z mężczyzną i powinna wziąć na to poprawkę.

– Pani Ilono, zapraszam – odezwał się masażysta.

Starając się zachować spokój, wyszła zza parawanu i nie spojrzawszy na ubranego w granatowy uniform mężczyznę, rozłożyła otrzymane od pielęgniarki prześcieradło i wskoczyła na leżankę, marząc, by móc stąd jak najszybciej wyjść i zapomnieć o wpadce.

– Przepraszam, że na samym początku nie wyjaśniłem panujących tu zasad, ale niemal wszyscy nasi pacjenci to stali bywalcy takich ośrodków, więc doskonale wiedzą co i jak. Pani pewnie po raz pierwszy? – zapytał miękkim głosem, w którym nie wyczuła drwiny czy nieszczerości.

– Dobrze mnie pan ocenił – przyznała. – Przepraszam za tę gafę.

– Uznajmy, że to moja wina – szybko uciął, jednocześnie kładąc śliskie od olejku dłonie na jej plecach.

Delikatny dreszcz przebiegł jej wzdłuż kręgosłupa. Zganiła się w myślach za tę reakcję i zamknęła oczy, starając się nie zastanawiać nad tym, co w tej chwili dzieje się z jej ciałem.

– Widziałem, że to ostatni pani zabieg na dzisiaj, więc po powrocie do pokoju proszę odpocząć. Wskazane są drzemka i całkowity relaks.

– W sumie to od rana tylko odpoczywam. – Odważyła się odezwać, by nie wyjść na gbura.

– Oderwanie się od codziennych obowiązków i wejście w tryb wypoczynku wymagają trochę czasu i świadomości, jak jest to niezbędne do tego, by nasz organizm mógł się zregenerować – ciągnął dalej, umiejętnie rozmasowując jej napięte mięśnie.

Choć nie potrafiła całkowicie się rozluźnić, to czuła uchodzący z niej wieloletni stres związany z problemami małżeńskimi oraz z wychowaniem dziecka. Energicznie i z wyczuciem wmasowywany olejek otulał jej skórę niczym jedwabny szal. Podłożyła ramiona pod czoło i zamknęła powieki, usiłując się poddać tym zabiegom. Niemal jednocześnie dotarło do niej, że jest zmęczona i powinna skorzystać z rady masażysty, który, choć wyglądał na sporo od niej młodszego, ewidentnie znał się na swoim fachu i chciał jak najlepiej dla pacjentów.

Zaraz po opuszczeniu gabinetu udała się schodami na swoje piętro, po czym, korzystając z faktu, że Agnieszka wciąż pozostawała poza pokojem, ułożyła się na łóżku i zapadła w drzemkę.

Wprawdzie nie miała ochoty na obiad, ale upór współlokatorki sprawił, że zeszła do jadalni. Jednak zaraz po posiłku znów zaległa na łóżku. Tym razem towarzyszyła jej książka.

– Wybieramy się z Alicją i Bogdanem na spacer – zakomunikowała Popardowska, gdy tylko wyszła z toalety przebrana w powłóczystą spódnicę i elegancką białą bluzkę. – Dzisiaj dojdziemy aż do tężni – szczebiotała, poprawiając szminką wąskie usta. – Przebierasz się czy tak idziesz?

– Zostanę i poczytam.

– Zdążysz się naczytać, gdy zacznie padać – podchwyciła i z przyganą spojrzała na leżącą. – Trzeba korzystać z pogody, bo wciąż jest jeszcze kwiecień plecień.

– Masażysta zalecił mi odpoczynek, a wygląda na kompetentnego, więc powinnam go posłuchać.

– Mówiłaś, że to młokos, to co on tam wie? – Prychnęła i zajęła się tapirowaniem białych jak śnieg włosów.

– Młody, ale rzeczowy – zastrzegła Ilona, wracając do czytania.

– Pamiętaj, że w takich miejscach nie wolno tracić czasu.

– Ale ja niczego nie tracę. Przeciwnie, zyskuję zdrowie.

– Oj, słońce, słońce… Ile ty się jeszcze musisz nauczyć. – Agnieszka westchnęła, a potem złapała torebkę. – Mamy sporo do nadrobienia, ale nie przejmuj się, zajmę się tobą – dodała i opuściła pokój.

Samotne popołudnie dobrze zrobiło Ilonie. Kiedy wróciła z kolacji i sięgnęła po książkę, okazało się, że zostało jej kilkadziesiąt stron. Zamierzała więc dokończyć czytanie.

– Masz jakąś fajną kieckę? – zastanawiała się Popardowska, lustrując tę część szafy, którą zajmowały ubrania młodszej koleżanki. – Nie lubisz ciepłych barw? – Spojrzała na zatopioną w lekturze współlokatorkę.

– Nie przepadam za jaskrawymi kolorami.

– A kto tu mówi o jaskrawych? Ale to wszystko takie bure albo mdłe – szybko wyjaśniła.

Ilona z wyraźnym ociąganiem zerknęła w stronę szafy. Rzeczywiście jej stroje różniły się kolorystycznie od tych przywiezionych przez Agnieszkę. Przyzwyczaiła się do stonowanej kolorystyki i w niczym jej to nie przeszkadzało. Niekiedy tylko zawiązywała na szyi jedną z kilku różnokolorowych apaszek otrzymanych od koleżanek z pracy z okazji kolejnych imienin.

– Jesteś za młoda, by chodzić w takich nudnych ubraniach – rzuciła Agnieszka na odchodne i zanim Ilona zareagowała, zniknęła za drzwiami.

Kopińska wypuściła długo wstrzymywane powietrze i wróciła do lektury biografii Freuda, jednak jej myśli co rusz wędrowały do usłyszanych przed chwilą słów. Może i preferowała klasyczny krój strojów noszonych w pracy, ale też nigdy nie podążała za modą. W pierwszej kolejności stawiała na użyteczność, a dalej na wygląd. Nie musiała się długo zastanawiać, gdy szła na zakupy. Tak było znacznie łatwiej. Teraz, widząc stroje bądź co bądź znacznie starszej koleżanki z pokoju, odnosiła wrażenie, że one dwie są z różnych światów.

Następnego dnia Ilona wyjęła drugą z przywiezionych ze sobą książek i zabrała ją na zabiegi, nie chcąc w trakcie przerw rozpraszać się na czcze rozmowy o wieczornych rozrywkach. Choć inni nie krygowali się przy omawianiu wczorajszych atrakcji, Kopińska starała się skupić na tekście.

Po południu jednak nie udało jej się wykpić i wraz z Agnieszką oraz dwoma leciwymi kuracjuszami wyruszyli na spacer po miasteczku.

Ilona początkowo trzymała się na uboczu, pozostawiając konwersację towarzyszom wyprawy. Wtedy właśnie dostrzegła mijane po drodze kino. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz zasiadła na widowni i obejrzała film, który sama wybrała. Zwykle to Zosia dyktowała, co chce zobaczyć na dużym ekranie. Teraz Kopińska mogła ten czas wykorzystać na własne przyjemności. Odnotowała w pamięci, by po powrocie do ośrodka szczegółowo przeanalizować repertuar kina zamieszczony w sieci.

– Coraz więcej kwiatów i już robi się pięknie – zauważyła Agnieszka, pokazując na nowe nasadzenia jednorocznych roślin wzdłuż głównego deptaka. – Latem musi tu być bajecznie.

– Byłem tu kilka lat temu w lipcu i przyznaję, że żal było wracać do domu – zauważył Władek, którego jak się okazało, Ilona poznała pierwszego dnia przed wejściem do budynku sanatorium.

– Zanim na dobre rozkwitną wszystkie kwiaty, to twoje sukienki dostatecznie wypełnią szarości – wtrącił Andrzej i mrugnął porozumiewawczo do Popardowskiej.

– Trzeba sobie ubarwić życie, żeby wystraszyć wszystkie choroby – podchwyciła właścicielka kolorowych kreacji i uśmiechnęła się do idących obok towarzyszy. – Słońce, chodź bliżej, bo wleczesz się za nami, jakbyś siły nie miała.

Ilona, wiedząc, że na nic zdadzą się wymówki, zajęła miejsce pomiędzy mężczyznami i kroczyła w stronę tężni.

– A co taka młodziutka osóbka robi w sanatorium? – zainteresował się Andrzej.

– Młodzi też chorują i czasem muszą o siebie zadbać – odparła Ilona.

– Słusznie, żeby później nie płakać nad rozlanym mlekiem – podchwyciła Agnieszka i pokazała na drewnianą konstrukcję majaczącą w oddali. – W takich miejscach można się leczyć, i to nie tylko w czasie zabiegów, ale też wyjątkowym mikroklimatem, spacerując wokół tężni.

– Jak my tak bardzo będziemy o siebie dbali przez te trzy tygodnie, to nie dostaniemy nowego przydziału do sanatorium. – Władek zachichotał. – Agusia mówiła, że jesteś po raz pierwszy w uzdrowisku. – Spojrzał na idącą obok Ilonę. – Jak ci się podoba?

– Miasteczko piękne, zabiegi trafione, ośrodek schludny, ale tęsknię za domem, a właściwie za córką – przyznała nieco zasmucona. – Nigdy się nie rozstawałyśmy na tak długo i nie wiem, czy wytrzymam.

– Wytrzymasz, wytrzymasz – zapewniła współlokatorka. – Tęsknota jest naturalnym uczuciem wobec dzieci, ale matka musi też pomyśleć o własnym zdrowiu i teraz nadeszła na to pora.

Ilona wbiła wzrok w mijaną po prawej stronie tężnię. Długa drewniana budowla z dwóch stron podpierana solidnymi krokwiami w górnej części wypełniona była drobnymi gałązkami, po których skapywały mieniące się w popołudniowym słońcu krople leczniczej solanki. Gdzieniegdzie pośród witek bieliły się plamy skrystalizowanej soli. Z daleka dawało to efekt ruchomej mozaiki.

– Żeby jeszcze moja córka potrafiła to zrozumieć – mruknęła pod nosem.

– Zrozumie, zrozumie, jeśli nie teraz, to w przyszłości. – Agnieszka zrobiła głęboki wdech i na moment przymknęła powieki, pomalowane na różowo, co stanowiło idealne nawiązanie do sukienki w niemal tym samym odcieniu.

– Zosia ma teraz słaby okres w szkole, więc nie wiem, jak zakończy ten rok – dodała Ilona otwarcie.

– Zwykle kończy się na strachu i to głównie dotyczy rodziców, którzy znacznie lepiej rozumieją konsekwencje wybryków swych pociech – ciągnęła Popardowska. – Dzieci wielu swoich zachowań nie pojmują i nie przewidują ich skutków. Ot, młodość. Na szczęście z czasem mądrzeją.

– A skąd aż tyle wiesz o dzieciach? – Władek spojrzał na towarzyszkę spaceru.

– Trzydzieści pięć lat przy tablicy zaowocowało nerwicą i olbrzymią wiedzą o dzieciach – wyznała Popardowska. – Wiem jedno: jeśli pozwolisz sobie wejść na głowę, to potem trudno ci będzie się wyrwać z tego chorego układu. Dzieci muszą znać zasady i nie ma od nich odstępstw ani w święta, ani w wakacje.

– Żeby to było takie proste… – Ilona zawiesiła spojrzenie na szczycie tężni, gdzie przysiadł niewielki ptaszek.

– Nic nie jest proste, ale to nie znaczy, że powinniśmy się poddawać. – Andrzej wtrącił się do rozmowy.

– A idąc tym tropem, jesteś tutaj, żeby odpoczywać i nie myśleć o problemach, które czekają na ciebie po powrocie, dlatego wieczorem zabieramy cię na tańce – podkreślił Władek i gestem zarządził powrót, by zdążyć na kolację.

– To nie dla mnie – zareagowała Ilona.

– Nie lubisz tańczyć? – Agnieszka zmarszczyła brwi, oczekując odpowiedzi.

– Sama nie wiem, bo nigdy nie miałam zbyt wielu okazji do tańca.

– To musisz spróbować, by się przekonać. – Wzruszyła ramionami.

– Wołałabym zostać i poczytać.

– Na to masz czas do południa. Później trzeba łapać chwile, by na starość mieć co wspominać.

– Zostałaś przegłosowana – dodał Andrzej, a jego sumiaste wąsy rozchyliły się na boki, gdy rozciągnął usta w uśmiechu. – Widzimy się zaraz po kolacji i ruszamy do Zdrojowej. Ponoć grają tam jak marzenie.

Ilona była daleka od przyklaśnięcia pomysłowi znajomych, ale rzeczywiście nie znajdowała argumentów, by się wykpić. Uznała więc, że godzina czy dwie, które poświęci, by posłuchać muzyki i w najlepszym razie się pokiwać, jej nie zbawią. Może przeciwnie, zagwarantują święty spokój na resztę pobytu, bo uczciwie powie, że nie polubiła tego typu imprez i zostają jej wieczory z książkami. Te akurat już się jej kończyły, więc będzie musiała poszukać jakiejś księgarni, by się zaopatrzyć w nowe pozycje wydawnicze. Miała nadzieję, że znajdzie coś dla siebie.

Od dawna najchętniej sięgała po biografie fabularyzowane czy reportaże. W pracy nie miała z kim o nich porozmawiać, bo koleżanki zaczytywały się w romansach albo powieściach obyczajowych. Jej nigdy nie ciągnęło do tego typu literatury przesyconej romantycznymi scenami i odrealnionymi dialogami. Sama w życiu nie odezwałaby się w ten sposób do ukochanego. W związku z tym nie potrafiła uwierzyć w opisywane wydarzenia i zaufać postaciom. Wolała twardo stąpać po ziemi i tego samego szukała w wybieranych lekturach.

Zanim jednak wyszła na tańce, napisała do córki długiego SMS-a, w którym opowiedziała, co robiła w ciągu dnia, i zapewniała, że bardzo tęskni. Odpowiedź przyszła równie szybko, ale ograniczała się do jednego zdania: „Jakbyś tęskniła, to byś wróciła”.

Ilona kilka razy przeczytała wiadomość i już zamierzała zadzwonić, by wyjaśnić córce, jak bardzo jest jej przykro, że nie mogą być razem, gdy poczuła na sobie świdrujący wzrok współlokatorki.

– Pamiętaj, że to czas dla ciebie i tylko sobie możesz zawdzięczać to, jak go wykorzystasz.

– Zosia…

– Mówiłaś, że jest pod opieką ojca. Daj mu szansę się wykazać.

Kopińska jeszcze przez chwilę siedziała na łóżku, wpatrując się w wygaszony ekran smartfona i jednocześnie bijąc się z myślami, co począć. Pukanie do drzwi wyrwało ją z zamyślenia.

Agnieszka podskoczyła do drzwi, by je otworzyć.

– Piękne panie gotowe? – Andrzej zapuścił żurawia do pokoju, choć pozostał na zewnątrz.

Ilona, kiedy wstała i wygładziła kilka zagnieceń na długiej spódnicy w obowiązkowym czarnym kolorze, miała wrażenie, że działa na autopilocie. Chwyciła torebkę i przewiesiła ją przez ramię. Czarny pasek odznaczył się na tle cienkiej białej bluzki z bufiastymi rękawami, najelegantszej z tych, które ze sobą przywiozła. Potem ruszyła do drzwi, mając nadzieję, że ten wieczór szybko się skończy.

Redakcja

Monika Orłowska

 

Korekta

Dorota Honek-Sac

 

Skład i łamanie wersji do druku

Łukasz Slotorsz

 

Projekt graficzny okładki

Anna Slotorsz

 

Zdjęcie wykorzystane na okładce

© AdobeStock

© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2026

© Copyright by Aneta Krasińska, Warszawa 2026

 

Wydanie pierwsze

ISBN:9788384302019

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

 

 

WYDAWCA

Agencja Wydawniczo-Reklamowa

Skarpa Warszawska Sp. z o.o.

ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2

00-036 Warszawa

tel. 22 416 15 81

[email protected]

www.skarpawarszawska.pl

@skarpawarszawska

 

Przygotowanie wersji elektronicznej

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Prolog

Rozdział I

Strona redakcyjna

Punkty orientacyjne

Spis treści