Lato, gdy mama miała zielone oczy - Tatiana Țîbuleac - ebook

Lato, gdy mama miała zielone oczy ebook

Tatiana Țîbuleac

4,6

14 osób interesuje się tą książką

Opis

Aleksy, kipiący gniewem nastolatek, po ukończeniu szkoły zamierza pojechać z kolegami do Amsterdamu, zamiast tego jednak udaje się z matką na wieś do Francji. Mają spędzić razem lato. Ich trudna relacja powoli się odmienia, aż w końcu – na krótko – przechodzi w autentyczną bliskość.
Po latach, już jako uznany artysta, Aleksy powraca pamięcią do dni spędzonych z mamą i w swoim wściekło-lirycznym monologu stopniowo – w serii retrospekcji i narkotycznych malarskich wizji – dociera do istoty tego, co wówczas przeżywał i czuł.
Tatiana Țîbuleac w swojej debiutanckiej powieści, świetnie przełożonej z języka rumuńskiego, opowiada o tej najpierwszej i najważniejszej więzi, jaką jest więź z matką. Opowiada w sposób zmysłowy, pełen melodii, nienawiści i czułości. Opowiada genialnie – jak nikt dotąd”.
Maciej Topolski
„Ból i piękno zawarte w tej książce dławią i zapierają dech. Jakby setki drobnych igieł wbijały się w ciało, przedostawały do żył i płynęły do serca. Aleksy snuje swoją cierpką balladę o kręgach traumy, wyśpiewuje gorzki lament, który zamienia się w poemat o nieubłaganym przemijaniu. Cierpienie zaklęte w głowach słoneczników, w polu ułamanych łodyg, w osieroconych sukienkach. Co pozostanie? Wspomnienia jak lśniące perły, tęsknota za zielonymi oczami matki, tkanka pamięci pokryta bliznami, a dla nas, czytelników – wszechpotężna moc literatury, która wysyca sensem pustkę losu”.
Małgorzata Rejmer

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 165

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (301 ocen)
203
72
20
3
3
Sortuj według:
Kachna_

Nie oderwiesz się od lektury

Poruszająca, wzruszająca, chwytająca za serce. Warto było po nią sięgnąć
10
Bajubajka

Nie oderwiesz się od lektury

Poruszające do głębi. Więcej słów nie potrzeba
10
Chilim26

Nie oderwiesz się od lektury

Ta książka to dowod na to, jak niewiele potrzeba słów, żeby opisać to, co naprawdę ważne. Krótka forma ale wielka zawartość. Polecam.
00
magda883

Nie oderwiesz się od lektury

Jedna z najlepszych książek, które przeczytałam w ubiegłym roku! Historia niełatwej miłości syna do matki, rodząca się w bólach, zaczynająca się od wielkiej nienawiści.
00
Moniasia

Nie oderwiesz się od lektury

pieka w swjej innosci. uczucia szczere d bólu I miss Inna his wszysrkie do Matki babki kobiety. zacznij czytac a slowa poprostu cie wciagna
00

Popularność




Fot. Eva Elena

Tatiana Țîbuleac (ur. 1978 r. w Kiszyniowie)

Mołdawsko-rumuńska pisarka i dziennikarka. Studiowała na Wydziale Dziennikarstwa i Komunikacji Państwowego Uniwersytetu Mołdawskiego. Pracowała jako reporterka, redaktorka i prezenterka telewizyjna. Zaangażowana w działalność UNICEF-u. Od 2008 r. mieszka w Paryżu.

Zadebiutowała w 2014 r. zbiorem opowiadań Fabule moderne (Opowieści współczesne). W 2017 r. ukazała się jej pierwsza powieść – Lato, gdy mama miała zielone oczy – za którą otrzymała nagrodę Związku Pisarzy Mołdawskich, nagrodę rumuńskiego magazynu literackiego „Observator Cultural” oraz Nagrodę Licealistów przyznawaną na Międzynarodowym Festiwalu Literatury i Przekładu FILIT w Jassach. Książka została przetłumaczona m.in. na język francuski, hiszpański, niemiecki, bułgarski i norweski. W Hiszpanii była nominowana do kilku prestiżowych nagród literackich i zdobyła wiele wyróżnień. Najnowsza powieść autorki, Grădina de sticlă (Szklany ogród), otrzymała w 2019 r. Europejską Nagrodę Literacką.

Dominik Małecki

Absolwent filologii rumuńskiej na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Dla Wydawnictwa Książkowe Klimaty przełożył Bliskość Marina Mălaicu-Hondrariego (2015) oraz Od dwóch tysięcy lat Mihaila Sebastiana (2020). Mieszka w Bukareszcie.

1

Tego ranka, gdy nienawidziłem jej bardziej niż kiedykolwiek, mama skończyła trzydzieści dziewięć lat. Była mała i gruba, głupia i brzydka. Najbardziej bezużyteczna ze wszystkich matek, jakie dotąd istniały. Przyglądałem się jej przez okno: sterczała przed bramą szkoły jak żebraczka. Zabiłbym ją odłamkiem myśli. Obok mnie, cisi i spłoszeni, przechodzili rodzice. Smutna zbieranina sztucznych pereł i tanich krawatów, która przylazła, żeby zabrać swoje nieudane dzieci, schowane tu przed światem. Oni chociaż się wysilili i weszli do środka. Mama miała gdzieś i mnie, i to, że jednak ukończyłem szkołę.

Dałem się jej pomęczyć przez jakąś godzinę. Obserwowałem, jak najpierw drepcze nerwowo tam i z powrotem wzdłuż ogrodzenia i jak potem stoi w miejscu, niemal płacząc – niby ktoś, komu wyrządzono wielką krzywdę.

Nie zszedłem nawet wtedy. Przylgnąłem twarzą do okna i gapiłem się na nią, aż wyszli wszyscy uczniowie – łącznie z Marsem na wózku i sierotami, na które poza szkołą czekały tylko narkotyki albo zakłady zamknięte.

Jim, mój najbliższy przyjaciel, pomachał do mnie i krzyknął, żebym w wakacje nie popełniał samobójstwa. Był z rodzicami, którzy w mgnieniu oka sprzedaliby go na organy, gdyby się nie bali, co ludzie powiedzą. Mama Jima, ładna i perłowa, w modnie wycieniowanej fryzurze, śmiała się długo z uniesionym podbródkiem. Zaśmiała się też nasza psychotyczna wychowawczyni, i nauczyciel od matmy, i dyrektorka – jedyna normalna osoba w całej szkole. Właściwie to wszyscy zanieśliśmy się śmiechem, jakbyśmy usłyszeli dobry żart – bo naprawdę to był dobry żart. Nie musieliśmy udawać, gdy byliśmy wśród swoich.

W ostatni dzień szkoły nasi nauczyciele i tak rechotaliby ze wszystkiego, byle tylko zobaczyć, jak wyjeżdżamy. Jeśli nie na zawsze, to przynajmniej na lato – czas, kiedy połowa z nich próbowała znaleźć sobie inną pracę. Niektórym się udawało i wtedy znikali bez śladu. Inni, ci mniej obrotni, każdej jesieni musieli jednak wracać i stawać naprzeciw tych samych diabolicznych uczniów, których tak nie znosili i których się bali. Odkleiłem twarz od szyby jak zużytą kalkę. Wreszcie byłem wolny, a moja przyszłość prezentowała się wzniośle niczym udekorowany cmentarz.

Zacząłem powoli iść schodami w dół. Na drugim piętrze przystanąłem obok gabinetu psychiatryczki i na ścianie wyryłem kluczami „KURWA”. Gdyby ktoś mnie zauważył, powiedziałbym, że to moje podziękowania za wszystkie lata konsultacji. Korytarze były jednak opustoszałe – jak po trzęsieniu ziemi. W naszej szkole nie zagrzewały miejsca nawet infekcje.

Na parterze, jak psia kupa, tkwił Kalo, mój drugi przyjaciel. Palił papierosa, czekając na jakąś dalszą ciotkę, która miała go wziąć na tydzień do siebie. Mama Kalo wyjechała do Hiszpanii, żeby masować ruskiego oligarchę – to wersja Kalo, oczywiście. Wszyscy poza nim wiedzieli, czym zajmuje się jego matka, ale nie mówili o tym, bo był z niego porządny chłopak. Serio. Nieco opóźniony, ale porządny.

Spytałem go, co będzie robił po wizycie u ciotki, a przed naszym wypadem do Amsterdamu. Odparł, że nie będzie robił niczego. Czyli jak my wszyscy. Byliśmy niczym, robiliśmy nic. Podczas wszystkich lat w tej szkole nie słyszałem ani razu, żeby jakiś kolega chwalił się wakacjami, tak jakby oprócz szaleństwa dotknął nas też trąd. Wystarczało nam, że mogliśmy spędzić lato spuszczeni ze smyczy i bez kagańca. Po co jeszcze je opłacać? Nagle poczułem wstręt do Kalo, do Jima, do siebie. Ludzkie strzępy – oto czym byliśmy. Polipy i cysty, w dodatku już usunięte. A zgłaszaliśmy pretensje do bycia żywymi nerkami i sercami. Zawsze lubiłem anatomię. Pewnie mam to po mamie, która powinna była uczyć w szkole biologii, a która została sprzedawczynią precli. Po tacie nie mam niczego.

Spostrzegłem, że Kalo jest nieco oklapły i że unika mojego wzroku, więc zatrzymałem się przy nim i wypaliliśmy razem papierosa. Potem przypomniałem sobie jego siostrę, która w Irlandii wyszła za jakiegoś farmera. Spytałem, dlaczego nie pojedzie do niej zamiast do ciotki. Wytłumaczył mi jak idiocie: jedzie, no jasne, że jedzie, siostra już mu wysłała limuzynę, przecież nie może się doczekać, żeby trzymać u siebie „pomyleństwo”. Na pożegnanie trzepnąłem go w głowę i powiedziałem, że widzimy się za dwa tygodnie na dworcu i że ma nie przewalić wszystkich pieniędzy. Kalo odparł po prostu, że będzie.

Mama, gdy tylko mnie zobaczyła, zaczęła krzyczeć, żebym ruszał się szybciej, bo nie opłaciła parkingu. Wyciągnąłem kolejnego papierosa i paląc, wsiadłem do samochodu.

– Znowu palisz trawkę, znowu palisz trawkę – usłyszałem, jak mówi pod nosem.

Otworzyłem okno i splunąłem w kierunku szkolnej bramy. Szkoła za nami zaczęła się zmniejszać – razem z tymi siedmioma latami życia, tak głupio tam przegranymi. Nic się nie zmieniło. Mika wciąż była martwa, a ja nadal chciałem bić ludzi.

2

Poza innymi defektami mama była zawsze olśniewająco biała, tak jakby przed snem ściągała skórę i przez noc trzymała ją w wannie ze śmietaną. Jej skóra nie miała żadnej zmarszczki ani pieprzyka. Nie wydzielała zapachu, nie miała włosów ani innych śladów normalności. Zastanawiałem się czasem, czy mama nie jest tylko ożywionym kawałkiem zaczynu.

Spod pach wyrastały jej dwie piersi, przypominające piłki do rugby wycelowane w różne kierunki, a z głowy – włosy lalki, na ogół splecione w syreni warkocz. Ten jej warkocz doprowadzał mnie do szału, był też ulubionym tematem dyskusji chłopaków ze szkoły.

„Syrena w rui”, gadali o niej wszyscy, zarykując się ze śmiechu, gdy przychodziła odebrać mnie po lekcjach. Tata nazywał ją „głupią krową”. Nowa kobieta taty – „kiełbasą”. I tylko ja musiałem do niej mówić „mamo”.

Do dziś zresztą – a jestem teraz niemal w tym samym wieku co ona wtedy – nie spotkałem gorzej ubranej kobiety. Nawet w ciągu tych dwóch lat, gdy po wypadku mieszkałem w pobliżu fabryki przetworów rybnych na północy Francji. Wyobraźcie sobie setkę brzydkich kobiet co dzień ubierających się tylko po to, by zabijać kraby, krewetki, langusty i inne paskudztwa. Mama ubierała się jeszcze żałośniej. Była też brzydsza. W swoich spodniach, bluzkach i halkach wyglądała pokraczniej niż wszystkie pracownice fabryki i śmierdzące skorupiaki razem wzięte.

Gdybym mógł, w ułamku sekundy zamieniłbym ją na jakąkolwiek inną matkę. Chociażby na matkę pijaczkę, albo i na taką, która dzień w dzień spuszczałaby mi manto. Pijatyki i lania musiałbym znosić tylko ja, podczas gdy szkaradność i syreni warkocz zobaczyć mógł każdy. Widziały je chłopaki ze szkoły. Widzieli je nauczyciele i wszyscy z sąsiedztwa. Najgorsze jednak, że widziała je Jude.

Czasami, gdy wieczorem wracaliśmy po lekcjach do domu – ja nie odzywając się całą drogę, ona nieprzerwanie papląc bzdury – nie mogłem jej ścierpieć. Miałem ochotę upchnąć ją w pralce i nastawić program gotowania. Zamknąć w zamrażarce i wyciągnąć stamtąd rozkruszoną. Napromieniować. W tamtych chwilach, gdy pod powiekami migały mi wykrzywione od śmiechu twarze kolegów i maślane oczy Jude, gustującej w sprośnych żartach chłopaków, chciałem widzieć mamę martwą.

Wiedziałem, że wszyscy się ze mnie śmieją. Że chłopaki spluwają, gdy przechodzę w pobliżu, a Jude mną pogardza. Że jestem niczym i że byłoby przyzwoiciej, gdybym poszedł sobie w cholerę i się utopił albo powiesił, albo zastrzelił, albo cokolwiek innego. Ponieważ wszystko byłoby lepsze od bycia tym, czym byłem: odrażającym wytworem niedorzecznie białego ciała.

3

O tym, co wniósł w moje życie ojciec, wolałem nawet nie myśleć. Na samo jego wspomnienie zbiera mi się na wymioty. Tata pozbył się mamy, porzucając ją dla jednej Polki z kolczykiem w języku. Rozwiódł się, bo gdyby ją zabił – jak wolał i jak byłoby szybciej – trafiłby do pudła. Mnie też by zabił, gdyby nie był pewien, że i tak wkrótce umrę.

Rozwód był szybki i korzystny dla niego. Mama, frajerka, myślała jednak, że to ona wygrała. Przez tydzień wydzwaniała do jedynej przyjaciółki, sprzedawczyni, i opowiadała, jak to zmiażdżyła i unieszczęśliwiła tego dupka, skoro udało jej się mnie zatrzymać przy sobie. Jedynie babcia wiedziała, co jest grane, choć nie pisnęła mamie ani słowa. „Niech też się z czegoś cieszy – rzuciła do mnie. – Daj spokój”.

Nie chcę sobie nawet wyobrażać, jak bardzo cieszył się tata, gdy usłyszał werdykt. Pewnie ze szczęścia zrobił pod siebie. W jednej chwili pozbyć się dwojga ludzi, za których śmierć byłbyś gotów zapłacić – niezły fart jak na zwykłego kierowcę tira.

Tak przedstawiała się mama tego ranka, gdy ukończyła trzydzieści dziewięć lat.

Oddałbym ją na przemiał, a zacząłbym od włosów. Tylko jedna rzecz nie pasowała w całej tej historii – oczy. Mama miała zielone oczy, tak piękne, że marnowanie ich na tę sfermentowaną twarz wydawało się grubą pomyłką.

4

Oczy mamy były błędem

5

Dojechaliśmy do domu późno, więc od razu poszedłem do swojego pokoju. Wydawało mi się dziwne, że mama milczała przez całą drogę, ale pomyślałem, że to z powodu babci, która poprzedniej nocy trafiła do szpitala. Mama, jakby chcąc się upewnić o fakcie swoich narodzin, zrobiła tego dnia tort ze śmietaną i kupiła dziesięć butelek piwa. Powiedziałem jej, nie bez pewnej przyjemności, że nie mam dla niej żadnego prezentu. Odparła, że się nie gniewa. Zazdrościłem jej tego talentu do ignorowania oczywistych spraw. Ja jej nienawidziłem, ojciec jej nienawidził, jedyna przyjaciółka, sprzedawczyni, jej nienawidziła. Mika nie żyła. A jednak, proszę bardzo, mama upiekła tort i kupiła piwo. Gdyby chociaż w domu była babcia… Tyle że jej nie było, co oznaczało, że nikomu, ale to zupełnie nikomu w całym wszechświecie nie zależy na mamie, że nikt nie przejmuje się ani jej urodzinami, ani – skoro już o tym mowa – jej życiem.

Zacząłem przeliczać pieniądze na wyjazd do Amsterdamu – robiłem to codziennie, jak gdyby od liczenia mogło ich przybyć. Niczego nie brakowało, ale w żadnym razie nie miałem ich tyle, ile bym chciał. Podkradanie od babci nie wchodziło już w grę, bo zmieniła zamek w drzwiach, a pewnie i kryjówkę. Ponadto wyraziła się dość jasno, że nie finansuje seksu i narkotyków. Kiedy tak rozważałem inne możliwości – wszystkie naganne – mama zapukała do drzwi i zawołała mnie do stołu. Warknąłem, żeby sobie poszła, bo nie jestem głodny, odkrzyknęła jednak, że ma pieczone jabłka.

To właśnie charakteryzowało ją najlepiej: wiedziała, jak otumanić ludzi. W dodatku jej durna twarz miała wyraz niemalże dziecięcego zdziwienia, a ten działał na wszystkich rozbrajająco i przez te wszystkie lata pomagał jej sprzedawać tony taniego jedzenia za astronomiczne kwoty. Oczywiście poszedłem. Pieczone jabłka to była moja słabość.

Odświętnie przystrojony stół wyglądał tak, jakby ktoś obwiesił girlandą kontener na śmieci. Tego dnia babcia przyjęła dostawę towaru w sklepie, więc mama mogła teraz ułożyć na nowej ceracie w maki wszelkiego rodzaju obrzydliwości: pasztet z rybiej wątroby, kiszone ogórki, suszone salami z grudkami tłuszczu, pieczone skrzydełka kurczaka w majonezie, śledzia w zalewie octowej, krótko mówiąc, wszystkie jej ulubione potrawy. Było też widać, że zaszła do „Kalinki” – ruskiego spożywczaka, gdzie pracowała jej przyjaciółka Kasza – i dogodziła sobie wódką.

Na środku królowały talerz z pieczonymi jabłkami i trzylitrowy słój z kompotem brzoskwiniowym. Jabłka były dobre, zjadłem cztery. Kompot przygotowała babcia, więc mamie nie należało się żadne uznanie. Reszty nie tknąłem.

Pozostałem przy stole dłużej, niż planowałem. Czułem się mimo wszystko dziwnie, że nikt nie dał jej żadnego prezentu. Nie żeby zasłużyła, zawsze jednak dbała o każdego i kupowała wszystkim, nawet głupawym krewnym ojca, ładne kwiaty i drogie przedmioty. Siedziałem jak na szpilkach.

Mama znów plotła bzdury o rzeczach, o których nie miała pojęcia: o prawach emigrantów, o reinkarnacji, o energii odnawialnej. Chciałem odgryźć jej język i przepuścić go przez maszynkę do mięsa. Jedynym sposobem na zachowanie spokoju było patrzenie przez okno – co też od pół godziny robiłem. Na ulicy komuś pękła siatka ze śmietaną i teraz wszędzie wokół można było zobaczyć białe ślady. Wydawało mi się to nawet ładne, tak jakby napadał śnieg. Albo jakby śniegowe bałwany wpadły w szał i biły się pod naszymi drzwiami, aż stopniały. W każdym razie przyjemna odmiana. Zazwyczaj gdy wychodziłem rano, w progu natykałem się na pety i gruźliczą flegmę. Babcia mówiła, że pod naszym domem plują częściej, bo jesteśmy najbogatsi w Haringey. W pewnym sensie miała rację – nie kochano nas w dzielnicy – choć i ona była głupia. Za bogatych uważała wszystkich tych, którzy jadali salami. Poza tym była ślepa, więc nie miała jasnego oglądu spraw.

W którymś momencie mama stała się dziwna: zaczęła mówić urywanymi zdaniami i zabrała się do sprzątania ze stołu, mimo że jeszcze nie obżarła się wszystkim aż do ostatniej chrząstki. Coś się w niej zmieniło, ale nie mogłem zrozumieć, co takiego. Pomyślałem, że być może w końcu dotarło do niej, jak żałosne jest to usilne świętowanie oraz my dwoje próbujący udawać szczęśliwą rodzinę.

Rzuciłem jej sucho „sto lat” – co i tak było nadmiarem uprzejmości – po czym wstałem od stołu. Mama mnie nie usłyszała. Wyjęła z lodówki tort wyglądający jak kurze łajno, tylko większe, i poprosiła mnie, żebym razem z nią zdmuchnął świeczkę.

– Chodź, Aleksy, chodź, może to ostatni raz – zaśmiała się.

Miała przynajmniej na tyle taktu, że zapaliła tylko jedną, chociaż oczywiście kupiła czterdzieści. Na wypadek gdyby któraś nie chciała się zapalić. Potem mama przybrała tajemniczy wyraz twarzy i oznajmiła, że musimy porozmawiać o czymś ważnym.

Minęła niemal godzina, podczas której mówiła wyłącznie ona, a ja wciąż nie wiedziałem, co myśleć. Było oczywiste, że postradała rozum. Pytanie, czy mogłem tę sytuację jakoś wykorzystać. Powiedziałem, że przez noc to przemyślę, i poszedłem do pokoju. Rano znalazłem ją śpiącą, z głową na kuchennym stole i z rękami umazanymi tortem: wokół walało się sześć pustych butelek.

Zgodziłem się.

6

Po dziewięciu godzinach podróży samochodem, podczas których zatrzymywaliśmy się dziewięć razy po to, by mama mogła zwymiotować – to na nawierzchnię autostrady, to w przydrożne łopiany, to do muszli klozetowej w publicznej toalecie, to znów na szybę mikrobusu pełnego jadących nad morze staruszków o kulach – oraz jeden raz po to, by wyrzucić jej wymiociny zebrane w uciętej u góry plastikowej butelce, którą trzymała między kolanami, dotarliśmy.

– Raj! – pisnęła, klaszcząc, podczas gdy ja próbowałem obliczyć, ile by mnie kosztował powrót do Paryża, a potem dotarcie pociągiem do Londynu, gdzie chciałem złapać Jima i Kalo. Miałem przy sobie trochę euro i funtów, ale byłem gotowy kraść, prostytuować się lub popełnić jakiekolwiek inne uzasadnione wykroczenie, byleby się stamtąd wyrwać.

Mama pierwsza wysiadła z samochodu, zwymiotowała po raz czternasty i pochyliła się, by zawiązać sznurówki w adidasach. Bez pośpiechu, z uniesionym w powietrzu gigantycznym tyłkiem podobnym do przejrzałej moreli, tuż przed nosem kierowcy. Nie mogłem w to uwierzyć. Ta kreatura, która śmiało mogłaby uchodzić za muzę wszystkich reżyserów absurdalnych filmów, była moją mamą. I nawet nie grała żadnej roli.

Kierowca był w siódmym niebie. Zdaje się, że od zawsze pragnął w biały dzień studiować kobiece majtki, nie ryzykując trafienia do aresztu, a teraz nadarzała się okazja. Pieprzony wieprz. I pieprzona locha. Chciałem bić.

„Policz do stu, a chęć bicia zniknie”, mówiła mi psychiatryczka dziesiątki razy, ale najwyraźniej nie za wiele kumała. Kiedyś zaraz po konsultacji poraniłem sobie rękę, próbując wyciągnąć colę z automatu. Cola nie chciała wyjść, autobus już przyjechał, ja się spieszyłem. Policzyłem do trzech i zacząłem tłuc, aż zabarwiłem na czerwono cały przystanek. Nie zamknięto mnie wtedy, bo policjant znał się z dyrektorką szkoły, a ta kandydowała na jakieś tam stanowisko w urzędzie miasta.

Głos mamy nie irytował mnie tak bardzo, gdy miałem zamknięte oczy. Zacząłem liczyć w myśli. Znajdowaliśmy się gdzieś na północy Francji, nie wiedziałem dokładnie gdzie, ale czułem się, jakbym właśnie przemierzył cały wszechświat. Do tamtej chwili nasza podróż potwierdzała całą moją wiedzę o Francji. Przez szybę samochodu dostrzegłem jedynie białe krowy, rozklekotane peugeoty i ciągniki przewożące łajno. Oczywiście do tego dochodziła też muzyka zboczonego kierowcy. Mama sprawiała jednak wrażenie, jakby ktoś ją podłączył do prądu. Gdy akurat nie wymiotowała, wykrzykiwała bez przerwy: „Fantastyczne, fantastyczne!”.

Zwaliłem się na trawę. Byłem na środku jakiegoś łanu i dopiero w oddali, w odległości około pół kilometra, dało się dojrzeć jakiś rodzaj ludzkiej konstrukcji, prawdopodobnie cel naszej podróży. W jaki sposób mieliśmy dodźwigać tam bagaże – ta myśl, podobnie jak i cała idea wspólnego wyjazdu, mnie przerastała. Mama rozmawiała z kierowcą na temat pieniędzy i widziałem, że próbuje go kokietować. Jeśli sam jeszcze nie zwymiotowałem, to tylko dlatego, że zaatakowały mnie mrówki wielkości palców i nie mogłem się od nich opędzić. Przeklęte gnidy zaczęły wspinać się po mnie jak oszalałe i przemykać pod ubraniem. Zawsze czułem obrzydzenie do insektów, więc wydarłem się wniebogłosy i zrzuciłem wszystko, co miałem na sobie. Kierowca nie posiadał się z radości. Kolejna para majtek za darmo.

– Dzięęękiii – odezwała się mama. Jej syropowaty głos mógłby przestraszyć nawet kunę w rui. Następnie dostrzegłem, jak podaje temu zboczeńcowi trzy banknoty – opłatę za podróż z Paryża aż do tej dziury – i w końcu zostaliśmy tylko my dwoje.

Mama zaczęła się ze mnie śmiać, co mnie przerażało, ponieważ wtedy, gdy się śmiała, była jeszcze brzydsza. Jej ukruszone białe zęby przemieściły się z ust na galaretowaty podbródek. Jej piękne oczy zaginęły pośród fałd grubej twarzy, które pomieszały się szybko jak puzzle. W podobnych chwilach mama wyglądała jak jakiś szczęśliwy potwór, a ja spodziewałem się, że z jej ust wypadnie ucho, a z nosa wycieknie język.

Modliłem się, by ten dzień jak najszybciej się zakończył. Żeby ziemia się rozwarła, a mama zniknęła gdzieś w czeluściach. Albo ja. Albo żebym chociaż włonił się w mamę, wrodził się na powrót, a kiedy już by mnie nie było – żebym zwiał ile sił w nogach.

7

Nie pamiętam, jak wszedłem do domu i o czym rozmawiałem z mamą, ani czy w ogóle o czymś rozmawialiśmy. Rano zbudziłem się w ogromnym łóżku, podobnym do arki, z inkrustowanymi gołębiami po bokach. Pierwszą rzeczą, jaką przypominam sobie wyraźnie z tamtego lata, jest – brzmi to jak tytuł – dziewczyna z jedną nogą krótszą. Miała na sobie czarną spódnicę w fiołkowe czaszki i usiłowała przykleić plakat na okiennicach mojego okna. Nazywała się Varga i była sierotą z Czech, która kilka lat później straciła oko i zaszła w ciążę z lokalnym księgarzem. O tym jednak dowiedziałem się dopiero po jakichś dziesięciu latach, kiedy to spotkaliśmy się ponownie. Śmialiśmy się wtedy z tego wszystkiego, choć niezbyt głośno.

Varga niemal zemdlała ze strachu, gdy zobaczyła, jak otwieram okno – w domu, który uważała za opustoszały. Zwyzywała mnie krótko, upuściła pomazany śmierdzącym klejem plakat i uciekła, podskakując w swoim koślawym rytmie. Patrzyłem, jak jej spódnica łopocze na wietrze. Z porzuconego afisza łypały na mnie dwie okropne marionetki i tytuł przedstawienia: Łasica i zły człowiek. Przysięgam, że tego nie wymyślam. Był to spektakl dla dzieci, grany w każdą niedzielę na skwerze urzędu gminy. Nigdy go nie obejrzałem, wystarczała mi świadomość, że go wystawiano.

Tamtego poranka – z lepkim plakatem w dłoniach i powiewającym wspomnieniem Vargi – odczułem po raz pierwszy w życiu coś w rodzaju ogólnej beznadziei, przejmujący brak sensu i pustkę, która zaczęła rosnąć, nadymać się i przybierać formy tak przerażające, że – wiedziałem to na pewno – nigdy nie byłbym w stanie czymś lub kimś jej wypełnić.

Poszedłem poszukać mamy.

Zanim opuściłem pokój, dostrzegłem stertę swoich rzeczy na krześle. Oznaczało to, że od poprzedniego wieczoru, kiedy napadły mnie mrówki, aż do ucieczki kulawej dziewczyny miałem na sobie jedynie majtki. Ku mojemu zaskoczeniu myśl ta, podobnie jak to, że obcy ludzie widzieli mnie w takim stanie, nie przeszkadzała mi. Przez noc sam stałem się mamą.

Natknąłem się na