Księżycowe serce - Julia Kail - ebook + książka

Księżycowe serce ebook

Julia Kail

5,0

Opis

Są takie chwile, w których Kate i Lucas marzą tylko o jednym: o zwykłym, spokojnym życiu nastolatków. Jednak ich los splótł się na zawsze z potężnymi pradawnymi mocami i bogami, którzy, tak samo jak ludzie, nie potrafią się wyzwolić od swoich słabości i namiętności. A do tego jest jeszcze magia, która – znalazłszy się w niewłaściwych rękach – niesie ze sobą tylko śmierć, chaos i zniszczenie… Czy młodzi zakochani, dopiero wkraczający w dorosłe życie, będą w stanie wyrzec się własnych pragnień, pokonać uprzedzenia i stawić czoła niebezpieczeństwu, gdy na szali spoczywa los całego świata i tej jedynej, ukochanej osoby?

Dzisiaj, dwudziestego czerwca, płynęliśmy przez Ocean Atlantycki, by dotrzeć do obozu wojennego w Południowej Afryce. Do pełni pozostał równo tydzień, zaś do ataku wroga – niecałe dwa. To właśnie wtedy na ziemiach tutejszego miasta ma rozpętać się piekło. Dawno obiecany atak wroga, którego nikt nie zna. Generalnie brzmi to dziwacznie i mało strasznie, jednak my wiemy, że przepowiednia z pewnością się spełni.

Julia Kail
Obecnie studiuje na Coventry University w Wielkiej Brytanii. Miłość do pióra znajduje się w jej sercu od urodzenia i nadal pozostaje trwałym filarem życia, pomimo obierania czysto naukowych dróg życiowych. Jej pasja do zdobywania wiedzy pozostaje w harmonii z zamiłowaniem do pisania, czego efektami często są krótkie opowiadania, a także dłuższe powieści. W 2016 roku zadebiutowała powieścią fantastyczną „Zmiennokształtna”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 389

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0

Popularność




Do wszystkich, którzy pokochali Kate – DZIĘKUJĘ

Dum spiro, spero…

Póki oddycham, mam nadzieję…

Prolog

Miejsce przebywania Wilczej Rady – dziesięć lat temu

Dzisiaj są moje szóste urodziny. Mamusia prowadzi mnie za rękę przez las. Powiedziała, że czeka tam na mnie niespodzianka. Czuję rosnące podekscytowanie i chłonę wzrokiem wszystko, co znajduje się wokół mnie. Widzę rozłożyste korony drzew tworzące niesamowity tunel, którym właśnie idziemy. Rzadko tu bywam. Małe dzieci zazwyczaj nie mają wstępu do tej części miasta.

Spoglądam na mamusię. Jestem zbyt niski, by zajrzeć w jej niesamowite niebieskie oczy, jednak wiem, że jest smutna. Bardzo smutna. Zaciska swoją dłoń na mojej. Nie chce mi pokazać swojego strachu. Stawia długie i szybkie kroki. Żeby za nią nadążyć, muszę niemal biec. Bolą mnie nogi, ale zaciskam zęby i pędzę dalej. Oglądam się za siebie. Nie jesteśmy sami.

Tuż za nami idzie Adrien. Mój przyjaciel. On również trzyma za rękę swoją mamę. Jesteśmy w tym samym wieku. Jego urodziny były zaledwie tydzień temu.

W końcu docieramy do wielkiej polany, która wygląda jak gigantyczna arena. Od słońca osłaniają ją ogromne korony drzew. Wiem, że drzewa tak nie rosną. Ktoś nimi manipulował. Ktoś mający moc.

Nie jestem zwyczajnym chłopcem. Mam dar, jednak bardzo wiele osób z mojego gatunku uważa to za klątwę. Jestem młodym wilkołakiem. Mamusia zawsze powtarzała mi, że kiedyś będę kimś wyjątkowym. Mówiła, że posiadam umiejętności, które pomogą przetrwać naszej rodzinie. Stanę kiedyś na czele stada złożonego z osobników takich jak ja.

Na polanie czekają na nas jacyś starsi panowie. Jest ich dziesięciu. Każdy z nich trzyma w ręku dziwny przedmiot. Mają na sobie różnokolorowe szaty, które świadczą o ich pozycji w hierarchii. Z lasu otaczającego teren wychodzi reszta naszej społeczności. Jedni w ludzkiej postaci, inni – w ciele wilka. Jestem za mały, by móc się zmieniać. Chcę tego. Czekam cierpliwie na dzień, w którym moje ciało będzie dostatecznie rozwinięte, by mogło przybierać wilczą postać.

Mamusia drży, gdy jeden z tych starszych panów kiwa na nas ręką.

– Co się dzieje? – pytam cicho.

Mama patrzy na mnie wystraszonym wzrokiem i szepcze:

– To wielka chwila dla każdego młodego wilkołaka, skarbie. Niedługo się dowiesz, jaką funkcję będziesz pełnił jako jeden z nas.

Nie wiem, dlaczego mamusia tak się boi. Przecież zawsze mówiła, że będę kimś ważnym. Teraz jednak widzę, że ogarniają ją wątpliwości.

Moje rozmyślania przerywa mężczyzna rozpoczynający właśnie przemówienie.

– Zebraliśmy się tutaj, aby poznać los dwóch naszych najmłodszych potomków. Przybyli do nas w towarzystwie swoich matek. Oto stoją przed nami dwaj młodzi, pełni energii chłopcy, którzy już za chwilę poznają swoje przeznaczenie.

Wskazuje na nas palcem i zachęca gestem dłoni do podejścia.

– Teraz musimy się rozdzielić – mówi moja mamusia, klękając na jedno kolano tak, by nasze oczy znalazły się na tej samej wysokości.

Widzę, że powstrzymuje się przed płaczem, jednak uparcie nie pozwala sobie na uronienie łez.

– Ale… – protestuję.

– Idź, mój mały kochany mężczyzno.

Uśmiecha się do mnie i zachęcająco kiwa głową, wskazując na główną część polany. Obok mnie Adrien również rozmawia z mamą. Po chwili odwraca się i pewnym krokiem idzie w stronę Starszych. Zaciskam dłonie w piąstki i ruszam za nim, chcąc go jak najszybciej dogonić.

Stajemy przed dziesiątką mężczyzn. Teraz mogę się dokładniej przyjrzeć trzymanym przez nich przedmiotom. Wyglądają jak duże i ciężkie odznaki, jakie widziałem nieraz w filmach. Różnią się kształtem. Jeden z nich zdaje się mnie wołać. Jest wykonany z metalu, na którym wygrawerowano serce, miecz i księżyc.

– Adrienie, Lucasie, waszym zadaniem jest wybranie jednego z dziesięciu znaków. – Szukam źródła głosu, jednak zdaje się on rozbrzmiewać prosto w mojej głowie. – Zaczynajcie.

Oglądam się na mojego przyjaciela i widzę, że się zastanawia. Po chwili podchodzi do mężczyzny stojącego na końcu i wybiera odznakę z poszarpanym brzegiem i czymś na kształt ostrzy. Gdy dotyka znaku, ten zaczyna się jarzyć przytłumionym blaskiem. Chłopak cofa się o kilka kroków i zatacza, jakby poczuł zawroty głowy. Nie czuję się pewnie, widząc jego tępy wyraz twarzy i jakby pijacki krok.

– Wojownik.

Wokół nas rozbrzmiewa aplauz i zadowolony Adrien cofa się na miejsce tuż przy moim boku.

Po chwili oklaski milkną. Wszyscy zebrani czekają, aż wybiorę swój znak. Bez chwili wahania podchodzę do odznaki, która zdaje się do mnie przemawiać. Kładę na niej dłoń, a ona zaczyna się jarzyć. Wraz z narastającym blaskiem moją głowę zalewają różne obrazy, jednak najwyraźniej w wizji dostrzegam dziewczynkę w moim wieku. Nie jestem w stanie zapamiętać jej wyglądu ani żadnych znaków szczególnych, które pozwoliłyby mi ją rozpoznać, ale w mojej głowie dźwięczy jej imię: Kate.

Odsuwam się od mężczyzny, czując lekkie zawroty głowy. Nie było to aż tak straszne, jak się wydawało.

– Strażnik. – Słyszę dumę w głosie Starszych.

Tym razem wiwaty są o wiele głośniejsze. Nikt mnie nigdy nie uczył o hierarchii panującej w naszej społeczności, jednak myślę, że odznaka, którą wybrałem, jest ważna.

Jeden z mężczyzn opuszcza rząd i klęka przede mną, kładąc mi dłoń na ramieniu. Gdy zaczyna mówić, jego głos nie jest skierowany tylko do mnie, ale do wszystkich zebranych.

– Od bardzo wielu pokoleń nie wybrano znaku Strażnika. Lucasie, mamy nadzieję, że staniesz się godnym zapamiętania wykonawcą tego zadania. Zapewne wiesz już, kto będzie potrzebował twojego wsparcia. Mógłbyś nam zdradzić to imię?

Wszyscy spoglądają na mnie z wyczekiwaniem. Przełykam ślinę.

– Kate.

Na polanie podnosi się wrzawa. Ludzie przekrzykują się jeden przez drugiego, a mnie natychmiast zaczyna boleć głowa.

– Co się dzieje? – pytam mężczyznę i zauważam, że już drugi raz dzisiaj używam tych słów.

– Lucasie. – Starszy mężczyzna spogląda na mnie poważnym wzrokiem. – Jeszcze żadnemu Strażnikowi przeznaczenie nie powierzyło misji, której celem była ochrona osoby przeciwnej płci.

– Colin, podaj! – krzyczę do kolegi, który teraz prowadzi piłkę. Mamusia postanowiła zapisać mnie do szkoły. Zawsze chciałem do niej chodzić. Starsi, którzy, jak się później dowiedziałem, tworzyli Wilczą Radę, zgodzili się pod warunkiem, że zdołam pogodzić zajęcia ze specjalnym szkoleniem na Strażnika.

Drugi dzień w szkole, a ja już znalazłem nowych przyjaciół, z którymi spędzam teraz przerwę. Świetnie się dogadujemy. Oczywiście pamiętam o tym, że nikt nie może się dowiedzieć, kim tak naprawdę jestem. Nie mam zamiaru się przeprowadzać i gęsto tłumaczyć przed Radą.

Colin stara się podać mi piłkę. Niestety trafia za mocno i ta przelatuje tuż nad żywopłotem, lądując na innej części szkolnego dziedzińca.

– Uważaj! – krzyczy Ethan i zaczyna się z nim przepychać.

Biegnę wraz z Dougiem za krzaki, by odzyskać naszą własność. Gdy przechodzimy na drugą stronę, stajemy twarzą w twarz z rozgniewaną dziewczyną. Trzyma naszą piłkę.

– Wy! – podnosi głos, celując w nas palcem. – Uważajcie, jak kopiecie! Przerywacie nam naszą grę!

Dopiero gdy mówi „nam”, dostrzegam stojącą za nią drugą dziewczynkę. Jej brązowe włosy opadają kaskadami na plecy, a skośna grzywka zasłania duże, rozszerzone strachem i zaskoczeniem, niebieskie oczy. Jest drobna i usuwa się w cień, podczas gdy jej koleżanka zaczyna kłócić się z Dougiem.

Wpatrujemy się sobie w oczy. Skądś wiem, że ją znam. Odwracam wzrok i przerywam kłótnię.

– Przestańcie – mówię. – Przepraszamy, że wam przeszkodziliśmy.

Dziewczyna, która krzyczała na Douga, staje w miejscu i zamiera. W końcu odzyskuje głos i mówi cicho:

– To ja przepraszam, że tak się denerwowałam.

– Jestem Lucas. – Podaję jej dłoń i wskazując na mojego towarzysza, dodaję: – A to Doug. Miło nam was poznać.

Dziewczyna niepewnie ściska moją rękę.

– Mam na imię Angel – szepcze. – A ta nieśmiała dziewczyna za mną to Kate.

I nagle już wiem, skąd ją znam. Właśnie znalazłem dziewczynę, którą będę chronił aż do mojej własnej śmierci.

1

Zagrożenie

Długo podróżowaliśmy po świecie, by wpaść na jakiś trop. Trop Zmiennokształtnej. Byliśmy w każdym miejscu, w którym mógłby się pojawić chociaż cień Kate. Niestety, słuch po niej zaginął. Moja tęsknota narastała wraz z każdą długą dobą. Przy normalnym funkcjonowaniu przytrzymywał mnie tylko słabnący płomyczek nadziei.

Wyszukiwaliśmy najnowsze informacje w internecie na temat paranormalnych zjawisk na świecie, jednak żadna z nich nie doprowadziła nas do celu. Zaczynałem popadać w depresję. Nie mogłem sobie na to pozwolić, jako że Kate nigdy by się na to nie zgodziła. Musiałem być silny i czekać na moment, w którym ona sama zechce się pojawić. Wiedziałem, że dopóki pragnie pozostać w ukryciu, nie ma nawet najmniejszej szansy, bym ujrzał chociaż jej cień.

Dzisiaj, dwudziestego czerwca, płynęliśmy przez Ocean Atlantycki, by dotrzeć do obozu wojennego w Południowej Afryce. Do pełni pozostał równo tydzień, zaś do ataku wroga – niecałe dwa. To właśnie wtedy na ziemiach tutejszego miasta ma rozpętać się piekło. Dawno obiecany atak wroga, którego nikt nie zna. Generalnie brzmi to dziwacznie i mało strasznie, jednak my wiemy, że przepowiednia z pewnością się spełni. Było wiele różnych scenariuszy: powstający tytan, pradawny wampir bądź giganci pragnący zemsty. Lub zbuntowani bogowie. Oczywiście to tylko łagodniejsze warianty nieuchronnej bitwy. Nie było żadnego sposobu, by powstrzymać nadchodzącą pożogę. Mogliśmy tylko próbować przeżyć. Było jasne jak słońce, że istnieje prawdopodobieństwo niedotrzymania przez wroga obietnicy. Mógł zaatakować o wiele szybciej.

Kto by pomyślał, że właśnie tutaj trafimy. Sięgnąłem pamięcią do ferii, kiedy wszystko się zaczęło. Nie uchronilibyśmy się przed nadnaturalnym światem. Wcześniej mogliśmy wieść w miarę normalne życie. A teraz? Trafiliśmy w sam środek konfliktu, wezwani do walki, by w najbliższej przyszłości walczyć o życie. Współczesne wojsko nie dałoby rady temu, z czym mieliśmy walczyć.

Stałem na dziobie gigantycznego statku, który transportował broń i nas – dzieci bogów. Zabraliśmy niemal wszystkich ludzi z Supernatural Death. Cała szkolna grupa półbogów w komplecie była częścią załogi. Mój przyjaciel Ethan – syn Aresa – przewodził nam i rozporządzał całą załogą tak, jak nakazał mu sam Posejdon. Co jak co, ale ten chłopak bardzo poważnie traktował powierzone mu zadanie. Był uparty i dążył do celu niemal po trupach.

Przeczesałem palcami włosy, gdy tylko przypomniałem sobie listę rzeczy, które miałem jeszcze wykonać. Z pewnością długością dorównałaby na przykład rolce papieru toaletowego zapisanego drobnym maczkiem.

– Lucasie?

Odwróciłem się na dźwięk damskiego głosu. Przede mną stała Angel. Gdzieś w duchu westchnąłem na jej widok. W każdym szukałem jakiejś części Kate. Angel i ona miały bardzo podobne głosy. Wiele razy łapałem się na tym, jak je porównuję.

– O co chodzi? – spytałem, zaciskając rękę na barierce, by nie zobaczyła, jak drży.

Nie czułem się zbyt dobrze na wodzie. Przyprawiała mnie o mdłości. Co ciekawe, ta przypadłość rozwinęła się dopiero podczas ostatniego roku. Miałem dziwne zawroty głowy. Wiedziałem, że gdyby doszło teraz do walki, nie mógłbym rozwinąć pełnej mocy.

– Apollo chce cię widzieć. Jest tam, gdzie zwykle, w swojej kajucie.

– Jeszcze mu mało?

Przypomniałem sobie naszą ostatnią kłótnię. Winiłem go za ucieczkę Kate. Gdy tylko oznajmił jej, że straciła moce, oddaliła się na jednej z wielu par żywiołowych skrzydeł, obiecując zemstę. Nadal dźwięczał mi w głowie krzyk pełen nieuronionych łez. Nie zdążyłem do niej dobiec. Ostatnie, co widziałem, to jak znika w powietrzu. Teleportowała się do jakiegoś nieznanego nam miejsca. Że też musiała użyć akurat tej boskiej umiejętności…

– Dzieci Ateny właśnie przekazały mu kilka przykładowych strategii. Lucasie, wojna się zbliża. – Ostra reprymenda sprowadziła mnie na ziemię.

Dziewczyna świdrowała mnie swoimi szarymi oczyma. Mimo że jej wzrok był niemal czysto stalowy, widziałem w nim troskę. Angel również mocno przeżywała stratę przyjaciółki. Były sobie bardzo bliskie, a ostatnio ich relacje jeszcze bardziej się zacieśniły. Dzieliły razem tajemnicę, która mogła je nawet zabić. Obie pochodziły z nadnaturalnego świata, podobnie jak ja. Wiedziałem, że Kate jest boginią. Nadal nie mogłem uwierzyć, że mieszkała z nami przez te wszystkie lata, a nawet się we mnie zakochała. Nie byłem w stanie znieść tych wspomnień. Zwłaszcza teraz, kiedy ledwo się trzymałem na nogach.

– Dlaczego mam przejmować się wojną, skoro mogę nie przetrwać tego tygodnia?! – Nie wytrzymałem. – Angel, za tydzień jest pełnia. Pełnia. Wiesz, co to oznacza.

– Wiem, że potrzebujesz Kate do przejęcia mocy i, co ważniejsze, do przeżycia. Teraz musisz trzymać swoje nerwy na wodzy – mówiła stanowczo i bardzo spokojnie, a jej opanowanie udzielało się też po części mnie. – Milczałeś przez trzy tygodnie, nie licząc kłótni z Apollinem i Chrisem. Proszę, musisz przejrzeć na oczy: Kate uciekła. Nie możesz spędzić tych dni na użalaniu się nad sobą lub przeklinaniu całego świata.

Bez słowa przeszedłem obok dziewczyny i skierowałem się pod pokład. W ciszy wkroczyłem do pokoju na końcu długiego korytarza.

– Miło cię widzieć, Lucasie. – Usłyszałem go, nim jeszcze zobaczyłem.

Apollo siedział przy stole nad mapą. Złote włosy opadały mu na czoło. Były w niemal identycznym odcieniu jak moje. Miałem nadzieję, że mimo podobnego wyglądu nie był moim ojcem. Nie przeżyłbym tego. On również nie wykazywałby szczególnej radości z tego powodu.

– Wzywałeś mnie – odpowiedziałem spokojnym tonem, by nie dać po sobie poznać, jak bardzo jestem zdenerwowany.

– Potrzebuję twojej opinii. Lepiej czekać, aż wyjdą na brzeg czy może zaatakować ich okręty wojenne?

– Atakować – odpowiedziałem bez żadnego zastanowienia i usiadłem przy stole.

Wskazałem na mapie dwa punkty: wzniesienia, między którymi rozciągała się spora dolina. Przemogłem się i automatycznie zacząłem opisywać strategię, która właśnie w tym momencie zaświtała w mojej głowie.

– Wyślemy mały oddział, by atakował okręty. Zastosujemy motyw pozorowanej ucieczki. Gdy ich wojska się przegrupują, ruszą w pościg. Nie będą się spodziewali ciężko uzbrojonych wojowników. Dolina będzie polem gry.

Apollo pokiwał głową w zamyśleniu. Na jego twarzy pojawił się dyskretny uśmiech. Coś w jego zachowaniu sprawiało, że nie mogłem się rozluźnić. Kiwnął głową z uznaniem.

– Zaskakuje mnie twój tok myślenia. Masz pewność, że nie jesteś synem Ateny? Myślisz czysto strategicznie.

– Nie po to mnie wzywałeś – zauważyłem.

Zwiększałem dystans, mimo że nadal nie mogłem wstać. Wiedziałem jednak, że muszę zachować do niego szacunek. Nieważne, jak bardzo bym go nienawidził. Góra patrzyła.

– A do tego jaki spostrzegawczy! – Potarł dłonie. Spoważniał. – Nadal nie ma żadnych śladów mojej narzeczonej?

Coś się we mnie zagotowało. Apollo zawsze mówił o Kate per narzeczona. Wiedząc, że zdążyła się dwa razy zakochać, nadal traktował ją jak swoją własność. Jako że w połowie byłem wilkiem, w genach miałem zakodowane, by bronić swego terytorium. Kate była miłością mojego życia, więc nie mogłem zostawić jej pierwszemu lepszemu konkurentowi. Nieważne, że ten konkurent mógł mnie zabić skinieniem małego palca. Albo wysłać do piekła.

– Niestety – odpowiedziałem, dumnie unosząc głowę, by w razie czego się nie rozpłakać.

Tęsknota zbyt bardzo bolała.

Apollo uderzył pięścią w stół. Czułem drżenie jeszcze po tym, jak oderwał dłoń od blatu.

– Niech to! – syknął i gestem dłoni wyprosił mnie z pokoju.

Nie wiedziałem, dlaczego reaguję na machnięcie dłoni.

Wyszedłem na korytarz. Przyjrzałem się długiemu czerwonemu dywanowi i zdjęciom wiszącym na drewnianych ścianach. Na wielu z nich była Kate. Wszyscy widocznie bardzo chcieli, abym rozklejał się na każdym kroku. Nie mogłem być alfą-mazgajem. Już będąc wilkiem, miałem swój honor. Szedłem przed siebie, oglądając fotografie. Nawet nie zauważyłem, gdy wpadłem na jakiś cień.

– Uważaj – syknął cichy głos i po chwili zamigotała przede mną postać trupiobladego chłopaka.

Dosłownie wynurzyła się z czarnej gęstej mgły.

Odskoczyłem do tyłu, instynktownie wysuwając pazury. Starałem się panować nad tym odruchem, jednak kiedy dopadały mnie bardzo silne lub nagłe emocje, dosłownie zatracałem się w sytuacji, przyjmując obronną postawę.

– Spokojnie – powiedział chłopak.

Jego prawy profil niemal stapiał się z cieniem, a nikłe światła korytarza ułatwiały mu kamuflaż. W dodatku był cały ubrany na czarno. Czarna skórzana kurtka, czarne spodnie i buty za kostkę.

– Drake… – Westchnąłem, chowając pazury.

„Przeciwnik” nie był wcale groźny. Chyba że ktoś bał się ciemności.

– Czy wszystkie dzieci Hadesa muszą czaić się na ludzi w ciemnych miejscach?

Chłopak wzruszył ramionami. Byliśmy w podobnym wieku, jednak w jego czarnych oczach widziałem ogromne doświadczenie życiowe. Musiał dużo przejść. Ciemne worki pod oczami sprawiały wrażenie, jakby dopiero co wstał z łóżka. Niestety, wszystkie dzieci Pana Podziemi miały ten nietypowy „trupi” wygląd. Każdy, kto choć trochę wsłuchiwał się w plotki na ich temat, na pewno się ich bał. Wedle pogłosek dzieci Hadesa posiadały niewiarygodną moc. Przeczuwały godzinę śmierci lub wsłuchiwały się w lamenty dręczonych dusz. Te potężniejsze potrafiły wskrzeszać. Dla wszystkich żyjących wskrzeszanie umarłych było czymś zakazanym, ale nie dla dzieci Podziemia.

– Uważaj, gdzie chodzisz, to na nas nie wpadniesz. – Na jego ponurej twarzy pojawił się cień sarkastycznego uśmiechu. Cięty głos ranił jak szpilki wbijane w opuszki palców.

Poczułem, że moje ręce atakuje gęsia skórka, a włosy na karku stają dęba.

Nim zdążyłem odpowiedzieć, chłopak zniknął otoczony czarną mgłą. Już ostrożniej wyszedłem na pokład. Starałem się uniknąć niepotrzebnych spotkań z pomiotami cienia (tak większość obozowiczów nazywała dzieci Hadesa. Uważałem, że jest to raczej wyzwisko, tym razem jednak użyłem tego określenia niemal odruchowo).

– Lucasie! – zawołał Ethan, gdy tylko mnie zobaczył.

Pomachał w moim kierunku. Siedział przy jednym stole wraz z Colinem, Dougiem, Angel i Alexem. Grali w karty, co było dziwne, zważywszy na to, jak bardzo Ethan pilnował, by wszyscy chodzili jak w zegarku.

– Zagrasz z nami? – spytał, wskazując na plik kart.

Angel właśnie brała dodatkową kartę ze stosu obok. Złapałem się barierki, czując nadchodzące mdłości.

Moją odpowiedź zagłuszył radosny krzyk z „gniazda”.

– Ląd!

Dan, syn Hefajstosa, złapał pierwszą linę z brzegu i zjechał na dół. Jego miedziana lornetka zwieszała się na pasku na szyi, a pozytywne oblicze rozjaśniał szeroki uśmiech, który omiótł cały pokład.

Wszyscy podbiegli do prawej burty. Musiałem oderwać się od barierki, by – nadal walcząc z mdłościami – spojrzeć w dal. Na horyzoncie rozpościerał się długi pas lądu. Na pokładzie rozległy się wiwaty, jednak przycichły, gdy wszyscy przypomnieli sobie, po co tu jesteśmy. Przypłynęliśmy, aby walczyć.

2

Władza

Dobiliśmy do brzegu około piątej po południu. Z jednej strony lądu były bujne lasy, z drugiej – pustynie. To właśnie po tej drugiej, jałowej stronie były dwa wzniesienia, które miały zostać zbryzgane krwią. Za trzecim wznosiło się ogromne warowne miasto. Z punktu widzenia uczonego mogłoby przypominać starożytną, idealnie zaprojektowaną fortecę.

– Nauplion – powiedziała Blanca, zacierając ręce. Nawet nie zauważyłem, kiedy podeszła. – To jedno z nielicznych miast, które zostały tutaj wybudowane dokładnie tak jak w starożytnej Grecji.

– Mogłabyś trochę jaśniej? – zapytał jej chłopak Alex.

– Kulturę i wygląd tego miasta stworzyli bogowie. Podczas wielkiej podróży nieśmiertelnych pojawiło się wielu nowych bogów. Między innymi Kate. Urodziła się w Ameryce, jednak jej boskie korzenie sięgają Grecji.

Spojrzałem na miasto. Było podzielone na pierścienie. W każdym mieszkała inna warstwa społeczna. W pierwszym – wojsko, w drugim – mieszczaństwo, a w trzecim – król ze swym dworem. Z płaskich dachów zwieszały się bujne ogrody. Wiele uliczek kończyło się punktem bez wyjścia. Handlarze rozłożyli swoje stragany, a żołnierze pilnowali bezpieczeństwa. Trzeci, ostatni pas był najpilniej strzeżony. Zapewne urzędował tam sam władca. Widziałem różne punkty obronne: strzelnice, armaty, ustawionych w rzędy żołnierzy. Warowna twierdza rozciągała się na co najmniej dwieście metrów. Bogato zdobione ściany, gzymsy i kolumny zachwyciłyby niejednego architekta. Całe miasto było zbudowane ze skały, która podejrzanie przypominała piaskowiec, jednak była z tysiąc razy twardsza.

– Ruszajmy. – Z zamyślenia wyrwał mnie głos Apollina. – Raphael na nas czeka. Zachowujcie się w jego towarzystwie. Jeśli każe was powiesić, nie zabronię mu tego.

Przełknąłem głośno ślinę i spojrzałem pytająco na Blancę.

– Władca – szepnęła.

Ruszyliśmy w stronę pierwszej bramy. Gdy strażnicy zobaczyli Apollina, natychmiast ją otworzyli. Widocznie cieszył się tutaj ogromnym respektem. Wielkie metalowe wrota były zdobione płaskorzeźbami. Przedstawiały wszystko: od wojen i krwawych starć po wygody raju. Widziałem Prometeusza, który pomagał pierwszym ludziom, jak i wojnę bogów z tytanami. Dostrzegłem również rzeźbę podejrzanie przypominającą Star Building z Forest Haven.

Przeszliśmy przez pierwszy pierścień, podziwiając organizację wojsk. Doskonale wiedzieli, że nadchodzi wojna. Widziałem próby szyków bojowych i zbiórki. Wyłapałem poszczególne komendy, automatycznie zapisując je w pamięci.

Nagle coś do mnie dotarło.

– Dlaczego tu jest tak… – szepnąłem, jednak usłyszała mnie Blanca, która szła tuż za mną.

– Starożytnie? – spytała, trafnie kończąc moje pytanie.

– Tak.

Wszystko, co mnie otaczało, zatrzymało się na etapie starożytności. Albo wczesnego średniowiecza. Nie zauważyłem ani jednego nowoczesnego sprzętu, co było zadziwiające, jak i świeże, zważywszy na to, że dwudziesty pierwszy wiek przyniósł wiele, wiele dóbr materialnych i międzynarodowy wyścig technologiczny. Tu zaś po uliczkach poruszały się konie ciągnące wozy.

– To miasto jest bardzo powiązane z kulturą bogów. Mieszkańcy nie dopuszczają do siebie nowinek technologicznych i, co jest dla nas dziwne, nadal żyją jak w starożytności. Niewiele osób wie o istnieniu tego miasta, gdyż chroni je magiczna bariera. Normalni ludzie zobaczą na jego miejscu nowoczesną metropolię. Na świecie jest kilka takich punktów. Moc bogów jest tam niesamowicie potężna. Nauplion jest z tego najbardziej znany, jednak słyszałam o miastach w Anglii i Chinach, które zaczynają mu dorównywać.

Ze zdziwienia otworzyłem szerzej oczy.

– To praktycznie niemożliwe.

– Nic nie jest niemożliwe – powiedziała, a na jej twarzy pojawił się promienny uśmiech.

Chciałem coś powiedzieć, jednak moją uwagę odwróciło nasze wejście do drugiego pierścienia. Ludzie handlujący na ulicy pilnowali swoich kolorowych straganów uginających się od przeróżnych, ręcznie robionych dóbr. Wiedziałem, że ze wszystkich nowoczesnych wytworów najmniej będzie mi brakować gigantycznych reklam, zwykle zasłaniających przestrzeń i drażniących oczy jaskrawością i często bezsensownością. Według mnie był to najbardziej nieudany wynalazek współczesności. Mimo ich braku doskonale orientowałem się w tym, gdzie co mógłbym nabyć. Tutaj było nieco spokojniej, jednak można było odczuć cień niepokoju.

Przed trzecim pierścieniem stała ogromna brama. Była wykuta z bardzo grubego żelaza, a jej skrzydeł pilnowała cała gwardia. Strażnicy ubrani w pełną zbroję stali na baczność, niemal nie zwracając uwagi na ponad trzydziestostopniowy upał. Kawałki błyszczącego w słońcu metalu spoczywały na ich ciałach. W dłoniach trzymali długie włócznie, a przy pasie mieli co najmniej po dwa miecze i sztylety. Mimowolnie poczułem się jak w muzeum. Nie był to jednak czas na zwiedzanie.

Strażnicy towarzyszyli nam aż do bramy ogromnego zamku składającego się z kilku kondygnacji i wyglądającego z zewnętrz jak żywcem wyciągnięty z najpiękniejszych baśni. Złoty piaskowiec iskrzył się w słońcu, a bogate zdobienia nadawały budowli mistyczny wygląd.

Wkroczyliśmy na ganek, gdzie zostaliśmy przejęci przez inną grupę strażników. Ta składała się z około trzydziestu gwardzistów. Jako że byliśmy z Apollinem, zrezygnowali z większości straży. Nie spodziewali się zagrożenia ze strony boga, jednak na ich miejscu byłbym bardziej ostrożny. Wiedziałem, że Apollo, mimo swojej niewinnej buźki, posiada niesamowicie wszechstronną moc.

Przy wrotach prowadzących do sali tronowej rozlegał się odgłos miarowo uderzanego bębna. Otworzyły się z cichym jękiem, jednak pozostali mogli tego nie słyszeć. Moje wilkołacze uszy były nadzwyczaj czujne.

Nie wiem, co spodziewałem się zobaczyć, ale gdybym miał poznawać miejsca po samych dźwiękach, powiedziałbym, że właśnie wkraczam na arenę. Moim oczom ukazało się zupełnie co innego. Po przekroczeniu progu dojrzałem tron w głębi długiej, bogato zdobionej sali. Z każdej ściany zwieszały się przepiękne obrazy przedstawiające zapewne rodzinę królewską. I bogów. Rozpoznałem wizerunek Posejdona.

Coś ukłuło mnie w okolicy serca. Niemal od razu pomyślałem o Kate.

– Niedługo się spotkacie. – Usłyszałem szept.

Odwróciłem się gwałtownie w prawo i dostrzegłem kobietę, która siedziała skulona na poduszkach. Miała zasłoniętą do połowy twarz, jednak widać było jej piękno schowane za kolorowymi materiałami sukni i szali. Wyglądała jak żywa postać z Księgi tysiąca i jednej nocy.

– Skąd wiesz? – spytałem.

– Wieszczki – powiedziała Vivien, ciągnąc mnie za ramię. – Zawsze mówią prawdę – dodała, widząc moją minę pełną nadziei.

Otrząsnąłem się z szoku i podążyłem za grupą pod tron. Chwilę później z innego pomieszczenia, w towarzystwie straży, wyszedł król. Wysoki barczysty mężczyzna o dzikiej urodzie. Przypominał raczej drapieżnika niż zamożnego człowieka ubranego w bardzo dostojne szaty – czerwoną togę ze złotym pasem spiętym klamrą w tym samym kolorze na lewym ramieniu.

Twarz króla była poorana zmarszczkami, które były znakiem nie tylko upływających lat, ale i ogromnego doświadczenia oraz wielu dręczących go problemów. Mimo zaciśniętej w skupieniu szczęki cały wręcz promieniał na widok jednego z Olimpijczyków.

– Apollinie – powiedział, unosząc ręce, a następnie przyklęknął na jedno kolano, wstał i skinął głową.

Jego straż również przyklęknęła. Mimo iż był królem tak dużego miasta, sprawiał wrażenie, że boi się wszystkich, którzy pochodzą z Olimpu. Skrzywiłem się nieznacznie, nie dając po sobie poznać, jak bardzo przeraziła mnie myśl, że ten rozpuszczony bożek może coś komuś zrobić. Miałem szacunek do bogów, zwłaszcza do dwunastki olimpijskiej. Jako że Apollo był jednym z nich, mój szacunek w tym przypadku wziął w łeb.

– Miło cię widzieć, Raphaelu. – Apollo pozdrowił króla skinieniem głowy.

Widziałem, że spojrzał na mnie ukradkiem, co znaczyło, że wiedział, o czym myślę… i niezbyt mu się to podobało. Zmarszczyłem brwi i słuchałem nadal jego słów.

– Przybyliśmy ci pomóc w nadchodzącej wojnie.

Wskazał na nas, a my posłusznie przyklękliśmy. Król spojrzał na grupę z uznaniem. Skinął głową, pozwalając nam wstać. Wpatrywaliśmy się w niego z wyczekiwaniem.

– Strażnicy pokażą wam waszą część zamku, w której przenocujecie. Jutro przeniesiecie się do koszar. Dostaniecie wszystko, czego potrzeba.

– Dziękujemy – powiedział Alex, wychodząc lekko przed naszą grupę.

Zachowywał się bardzo odpowiedzialnie i w przeciwieństwie do mnie idealnie ukrywał fakt, że tęskni za Kate. Dziewczyna w końcu była jego siostrą. Przyszywaną, ale jednak.

– To my dziękujemy za to, że macie zamiar narażać swoje zdrowie, a nawet życie dla tego miasta. – Raphael skinął na strażnika.

Ten wyszedł z sali, pokazując, byśmy za nim podążali.

Przeszliśmy przez dziedziniec z ogrodem do prawego skrzydła pałacu. Nie zdążyłem dokładnie wszystkiego obejrzeć, kiedy otworzył nam spore miedziane drzwi. Przemówił głosem, który bezpośrednio zdradzał zdenerwowanie. Wiedziałem, że tylko dworska etykieta powstrzymuje go przed przestępowaniem z nogi na nogę. Najwidoczniej był zupełnym nowicjuszem, jeśli chodzi o „mieszkanie” na zamku.

– Wasze apartamenty są na dwóch najwyższych kondygnacjach. Wieczorem, po zachodzie słońca w sali balowej lewego skrzydła odbędzie się uroczysty poczęstunek na cześć waszego przybycia.

Alex skinął głową, pozwalając strażnikowi odejść. Podzielił między nas pokoje i ustalił porę zbiórki. Dzieliłem pokój z moją szkolną grupą. Bardzo mi to odpowiadało. Poszliśmy w najodleglejszy zakątek piętra, by stworzyć sobie chociaż imitację prywatności. Byliśmy świadomi, że od dzisiaj dzielimy życie nie tylko z samym sobą i przyjacielem obok. Musieliśmy się nauczyć zaufania do tych nastolatków. I to nie takiego, dzięki któremu przekażemy im swoje największe sekrety. Musieliśmy nauczyć się powierzać im własne życie.

Idąc korytarzem, podziwiałem pięknie udekorowane wnętrze budynku. Wszędzie stały wazy i donice z różnymi gatunkami kwiatów oraz traw ozdobnych. Ściany obwieszone były najróżniejszymi materiałami, dzięki czemu korytarze zdawały się bardzo przytulne.

Angel otworzyła zafascynowana ostatnie drzwi i naszym oczom ukazał się ogromny apartament. Przystrojony jak w starożytności. Dosłownie. Ściany nie były pomalowane, jednak w niektórych częściach zostały obłożone drogimi materiałami jak korytarze. Łóżka stanowiły grube puchowe kołdry ułożone na kamienno-drewnianych podestach. Na nich były stosy poduszek i wyszywanych koców. Mimo że w łóżkach były elementy wykonane z kamienia, całość wydawała się bardzo wygodna.

Wybrałem sobie posłanie przy oknie. Jako że w oknach nie było szyb, tylko kolorowe firanki, wpadało przez nie dużo świeżego powietrza. Mogłem choć troszkę poczuć się wolny, mimo że ta „wolność” nadal pozostawała tylko złudzeniem.

Niemal od razu, gdy otworzyłem plecak, postawiłem na szafce zdjęcie Kate. Fotografia nie oddawała całego jej piękna. W dodatku została wykonana bardzo dawno temu. Na początku gimnazjum. Było to zdjęcie, jakie zrobiła nam Angel tuż po pierwszym przekroczeniu progu szkoły. Wpatrywałem się w nie dłuższy czas i nawet nie zauważyłem, gdy obok mnie na łóżku usiadł Colin.

– Znajdziemy ją – powiedział, kładąc mi dłoń na ramieniu.

– Mam nadzieję – szepnąłem, odkładając zdjęcie.

Colin mimo swojego zwyczajowego wyobcowania potrafił naprawdę nieźle wspierać. Podnosił wszystkich na duchu, jednak zachowywał się w takich sytuacjach naprawdę nieprawdopodobnie. Ciemniał na twarzy, jakby to zachowanie było wbrew jego naturze.

Nagle do moich uszu doszedł cichy pisk Angel.

– Co się stało?! – krzyknąłem, zrywając się na równe nogi i biegnąc do zaułka, skąd dochodził pisk.

– Tu nie ma łazienki! – Dziewczyna załkała.

– To starożytne miasto. – Ethan, który również przybiegł do drugiego „pokoju”, zaśmiał się. – Łazienka to zimny strumień i las.

Wybuchnąłem śmiechem, gdy zobaczyłem minę Angel. Dziewczyna wyglądała tak, jakby musiała zamieszkać co najmniej na czubku lodowca bez dostępu do jakichkolwiek udogodnień. Ja natomiast sądziłem, że mieszkaliśmy w bardzo dobrych warunkach. Można by nawet powiedzieć, że gdyby pominąć nadchodzącą wojnę i ciągłe zagrożenia, to poczułbym się jak w bajce.

– Angel, jeśli myślisz, że brak łazienki jest tragedią, to pomyśl o tym, co będą czuli nasi rodzice, jak dojdzie do nich informacja, że walczymy na wojnie – powiedział Doug, a ja mimowolnie pokiwałem głową.

Temperatura w pokoju automatycznie spadła o co najmniej dziesięć stopni. Wpatrywaliśmy się w siebie ponuro, wiedząc, co nam grozi. Mogliśmy już nigdy nie zobaczyć twarzy naszych ukochanych, a co za tym idzie – mógłbym już nigdy nie zobaczyć Kate… Do tego po prostu nie mogłem dopuścić. W życiu istnieją momenty, kiedy miłość przesłania ci wszystko inne. Nawet twoje własne życie. Wtedy musisz zwielokrotnić wysiłki, by przeżyć. Fizycznie i psychicznie. Byłem tego idealnym przykładem.

– Lepiej się teraz przebierzmy w jakieś wygodniejsze ubrania. Coś czuję, że nie zabrałem stroju stosownego na przyjęcie – zauważyłem, spoglądając na plecak.

Chciałem odwrócić uwagę przyjaciół od ponurych myśli.

– Rozmawiałam z Blancą – wtrąciła Angel. – Służący króla mają nam przynieść odpowiednie ubrania.

Skinąłem głową. O nic więcej nie pytałem. Wróciłem na swoje miejsce, kładąc się na łóżku ze zdjęciem Kate przytulonym do piersi.

3

Tęsknota

Popołudnie spędziliśmy na spotkaniach w naszych apartamentach. Przed zachodem słońca przyniesiono nam stroje. Chwilę później stałem przed lustrem ze złotą ramą w białej todze otoczonej również białą tkaniną, która sprawiała wrażenie szala przewieszonego przez ramię. Na nogach miałem skórzane sandały, które niemiłosiernie obcierały moje bolące po podróży stopy. Czułem się po prostu źle.

Zauważyłem, że większość osób w moim pokoju miała takie same togi. Wyjątkiem była Angel, której strój wyglądał na zdecydowanie bardziej kobiecy. Materiał został tak upięty, aby uwydatnić jej kształty.

O umówionej godzinie wyszliśmy na dziedziniec, by wraz z innymi półbogami ruszyć do sali balowej. Wszyscy wyglądali nad wyraz schludnie, ubrani na biało. Nawet Drake, który nigdy, nigdy nie zdejmował z siebie czarnych ubrań, wzbudzał zachwyt. Chociaż mógłbym się założyć, że tylko czeka na to, aż wszystko się skończy, i będzie mógł z powrotem się przebrać. Albo i lepiej. Równie dobrze mógł mieć swoje trupie wdzianko pod tym całym anielskim materiałem.

Moją uwagę zwróciła nagle postać Alexa, który skierował się w stronę lewego skrzydła, dając znak, byśmy szli za nim. Powoli cała grupa ruszyła spokojnym krokiem. Słyszałem rozgorączkowane rozmowy dobiegające z różnych stron.

Kilka minut później, podziwiając niezwykle ogromną salę balową, zajęliśmy miejsca przy długich stołach otaczających parkiet. Po chwili rozległy się fanfary zwiastujące nadejście króla. Powstaliśmy z miejsc.

Król miał na sobie nieskazitelną białą togę i piękny wyszywany złoty pas. Nie zdziwiłem się za bardzo, gdy uświadomiłem sobie, iż musi być synem Zeusa. Toga idealnie to eksponowała. Wątpię, aby inny heros mógł w ogóle zostać dopuszczony do tego tronu.

– Jeszcze raz witamy was, młodzi herosi, w naszym kochanym Nauplionie – zawołał donośnym głosem, po czym usiadł.

Wszyscy obecni również zajęli swoje miejsca.

Nagle przez otwarte drzwi zaczęły wlatywać… półmiski wypełnione świeżym pachnącym jedzeniem.

– Co do… – zaczął Doug.

Blanca zareagowała śmiechem.

– Przyjrzyjcie się.

Zmrużyłem oczy i dopiero po kilku ładnych sekundach zauważyłem jasne kształty duchów, które najwidoczniej usługiwały gościom i roznosiły jedzenie. Zadrżałem lekko, gdy jeden z nich otarł się o moje ramię. Momentalnie zdrętwiało, jakby ktoś wbijał w nie tysiące małych igiełek. Nie bolało, ale skutecznie dekoncentrowało.

– Nie bój się. – Alex szturchnął mnie w ramię. – Te duchy są pod władzą Lips, boga wiatru południowo-zachodniego. Nic ci nie zrobią. Dzieci Zeusa potrafią je kontrolować. Dlatego służą królowi, gotując, sprzątając i zabawiając gości.

Czyli one nie tylko usługiwały, ale również same gotowały. Byłem naprawdę ciekawy, jak armia bezcielesnych postaci może przyrządzić ucztę dla równie dużej armii.

Skończyliśmy rozmowę, gdyż stół, przy którym siedzieliśmy, został dokładnie obłożony jedzeniem. Pięknie poozdabiane potrawy cieszyły oko i sprawiały, że ślinka sama napływała do ust. Szczerze mówiąc, nie miałem apetytu. Udało mi się w siebie wcisnąć jakieś małe kawałki mięsa, jednak to jedyne, na co mogłem się zdobyć.

Spoglądając na Blancę, zastanawiałem się, jak Kate wyglądałaby w takiej todze. Momentalnie zamknąłem się w swoim wyidealizowanym świecie. Wyobraziłem sobie, jak ciasno spleciony warkocz opada na jej prawe ramię, a złote nitki wplecione w kwiecisty wianek – na twarz. Kilka niesfornych kosmyków również przesłaniało jej widok. W mojej wyimaginowanej scenie staliśmy pod różanym baldachimem, na placyku z małą sadzawką. Wokół roznosił się ujmujący, delikatny zapach kwiatów. Podszedłem do niej, gdy stała oparta o miedzianą poręcz. Nie widziała mnie, a ja zachowywałem się bardzo cicho. Skradałem się. Musnąłem palcami jej delikatne ramię i pocałowałem je, gdy zaskoczona odwróciła się, by na mnie spojrzeć. Jej szeroko otwarte oczy powoli ulegały pokusie i stopniowo opuszczane powieki częściowo przesłoniły jej widok.

– Lucasie? – Z moich myśli wyrwał mnie natarczywy głos Alexa.

– Hm…? – Wyprostowałem się i zauważyłem, że większość osób bawi się, podrygując na parkiecie w takt cichej muzyki rozchodzącej się delikatnymi dźwiękami z kąta sali, w którym stała orkiestra.

– Stary – zaczął syn Posejdona – totalnie odleciałeś.

Wstałem, by zrównać się z nim wzrostem.

– Ja… – zacząłem, jednak na wspomnienie Kate głos uwiązł mi w krtani.

Nadal czułem zapach kwiatów i słyszałem szum lekkiego wiatru.

– Jest wieczór, jesteśmy na przyjęciu zorganizowanym specjalnie dla nas… Lucasie, wiem, że wręcz umierasz z tęsknoty, jednak teraz musisz na chwilę o niej zapomnieć.

Specjalnie nie używał imienia Kate. Widziałem w jego oczach, że mnie rozumie, jednak on nie przeżywał tej strasznej tęsknoty akurat teraz. Wspomnienia zaczęły zalewać mnie falami. Poczułem duszności i z ledwością utrzymywałem się na nogach.

– Potrzebuję świeżego powietrza – powiedziałem i popatrzyłem wyczekująco na drzwi.

Alex spojrzał w tym samym kierunku i pokiwał głową.

– Na dziedzińcu jest masa ludzi. Nie będziesz sam. Wskazać ci odpowiednie miejsce na przemyślenia? Byłem już kiedyś w tym mieście.

Już miałem się zgodzić, gdy zobaczyłem ducha przelatującego niedaleko nas.

– Nie trzeba, ale dziękuję. Poradzę sobie.

Przywołałem ducha machnięciem dłoni. Jaskrawa sylwetka zamigotała przede mną, jednak mogłem dojrzeć jej dokładniejsze rysy dopiero wtedy, gdy zawisła w miejscu. Była to delikatna kobieta o łagodnym obliczu. Ubrana w zwiewną suknię wyglądała niezwykle lekko.

– Proszę, zaprowadź mnie do jakiegoś ustronnego miejsca.

– Dobrze, panie – powiedziała dziewczyna i kiwnęła głową.

Jej rysy rozmazały się na kilka sekund. Pierwszy raz słyszałem taki głos. Brzmiał, jakby ktoś mówił centralnie we włączony wentylator, jednak nie był to nieprzyjemny dźwięk. Był po prostu… inny.

Duch ponownie zamigotał i powoli ruszył w stronę bocznego wyjścia.

Ominąłem zaskoczonego Alexa i ruszyłem za postacią. Wyszedłem na powietrze i od razu poczułem podświadome połączenie z naturą. Kości mnie bolały, gdyż dawno nie przybierałem wilczej postaci. Ostatnio parszywy humor uniemożliwiał mi przemianę. Odkąd Kate odkryła, że jestem wilkołakiem, nie mogłem nie myśleć o niej za każdym razem, gdy moje ciało wręcz wymuszało transformację.

Duch zatrzymał się dopiero przy kępce krzaków, z dala od postronnych obserwatorów.

– Czy tutaj jest odpowiednio? – spytała.

– Tak. Dziękuję ci. – Uśmiechnąłem się. – Przepraszam, że cię wykorzystałem.

Dziewczyna przysiadła na krzaczku. Liście nawet się nie poruszyły.

– Wszyscy to robią – powiedziała smutnym głosem. – Jesteś pierwszą osobą, która podziękowała.

Sięgnąłem do kieszeni i wyjąłem jedną ze złotych monet, które tam trzymałem. To zaskakujące, ile drobiazgów można było przechowywać w takim ubraniu jak to, które akurat miałem na sobie.

– Przyjmij to – powiedziałem i wyciągnąłem ją na otwartej dłoni.

Dziewczyna otworzyła szeroko oczy i drżącą ręką (albo tylko mi się tak zdawało) wzięła ode mnie monetę. Spodziewałem się, że jej dłoń przeniknie przez moją, jednak tak się nie stało. Musiałem się maksymalnie skupić, by nie cofnąć ręki, gdy moje ciało przeszyły kłujące igiełki.

– Dziękuję. – Uśmiechnęła się, a jej pustą twarz rozświetliło wewnętrzne światło. – Muszę wracać do pracy.

– Leć! – Pożegnałem ją uśmiechem.

Duch zamigotał i rozpłynął się w powietrzu.

W zamyśleniu obszedłem krzak. Moim oczom ukazała się altanka otoczona złotymi liliami i bluszczem. W środku znajdowało się kilka drewnianych ławeczek. Usiadłem na jednej z nich i starałem się uporządkować zagmatwane myśli.

Zapadł już zmrok. Widziałem tysiące gwiazd migających na czarnym niebie i zastanawiałem się, czy Kate również je teraz ogląda.

Już jakieś pół godziny trwałem w zamyśleniu, gdy do altanki jak strzała wbiegł zdyszany Doug.

– Apollo chce z tobą mówić – wysapał.

Wstałem z ławki i zirytowany poprawiłem togę.

– Coś się stało?

– Zdaniem Apollina? Tak.

– Prowadź.

Ruszyłem za nim. Myślałem, że wejdziemy do sali balowej, jednak w ostatnim momencie Doug skręcił do nieoznakowanych, ciemnych, wąskich drzwi. Otworzył je i niemal od razu pojawiły się schody oświetlane nikłym, tańczącym na wietrze światłem pochodni. Obejrzałem się na niego, a on tylko dał mi znak, bym wszedł do środka. Jego oczy jakby absorbowały światło z otoczenia i jarzyły się własnym wewnętrznym blaskiem, co nadawało wszystkiemu jakiegoś wyśnionego charakteru. Postawiłem niepewnie pierwsze kroki i zacząłem się wspinać po schodach. Kiedy przechodziłem przez następne drzwi, oślepiło mnie światło dochodzące z bardzo dużego pomieszczenia. Jak tak ogromne wnętrze mogło się znajdować w… baszcie? Nie wiem, gdzie byliśmy. Można by powiedzieć, że znalazłem się w ukrytym pomieszczeniu, które miało służyć samemu władcy.

Rozejrzałem się wokół. Sala przypominała… gabinet. Regały z książkami pięły się od podłogi do wysokiego sufitu po prawej i lewej stronie. Naprzeciwko wejścia dodatkowym źródłem światła były ogromne okna, przez które w tym momencie nie wpadało żadne światło.

Na środku pomieszczenia stało biurko, a za nim siedział… król.

Dopiero po kilku sekundach uświadomiłem sobie, że otaczają mnie przewodniczący grup dzieci każdego boga oraz cała moja szkolna grupa. Poczułem się jak na jakimś procesie sądowym, na którym byłem głównym oskarżonym.

Gdy stanąłem na środku dużego pięknego dywanu, drzwi zatrzasnęły się z impetem, a do moich uszu doszedł zdenerwowany głos Apollina.

– Możesz mi wyjaśnić, co zrobiłeś?!

Wściekły Apollo stanął przede mną, zmuszając mnie, bym na niego spojrzał. Stał wyprostowany, starając się wyglądać na bardzo groźnego. Gdy usilnie unikałem jego wzroku, poczułem mocny ucisk w okolicy szczęki skłaniający mnie do odwrócenia twarzy w stronę boga. A to… nowość. Czułem, jakby Apollo podszedł do mnie i sam zacisnął palce pod moją brodą, jednak on nadal stał co najmniej półtora metra ode mnie. Czy to było możliwe, by posługiwał się telekinezą?

Patrzyłem zdezorientowany, jak chodzi po pokoju, mrucząc coś pod nosem. Jego złote brwi niemal się ze sobą stykały, gdy ściągał twarz w gniewie.

– To jest niemożliwe… – Tu nastąpił szereg oryginalnych przekleństw.

– Mogę wiedzieć, o co chodzi? – spytałem.

Na szczęście głos mi się nie zatrząsł. Ciężar tylu spojrzeń i ucisk szczęki odbierały mi mowę. Mimo że zwykle nie miałem tremy przed „publicznym wystąpieniem”, teraz czułem się jak zwierzę w klatce, które miało zostać wrzucone na rożen.

– Alex powiedział, że usłużył ci duch. Mogę wiedzieć dlaczego?!

Miałem ochotę się śmiać. Gdybym wiedział, że prośba o pomoc niemal przezroczystej istoty może wprawić Apollina w aż taką wściekłość, robiłbym to znacznie częściej.

– Poprosiłem ją o to. Zaprowadziła mnie tylko do ogrodu.

Spojrzałem pytająco na Alexa. Wytrzymał moje spojrzenie, jednak jego było dość… nieodgadnione. Przypatrywał mi się z jawnym zaciekawieniem, przekrzywiając lekko głowę.

– Co jest dziwnego w tym, że poprosiłem ducha o pomoc? – To pytanie było skierowane do Apollina, jednak odpowiedziała Blanca.

– Nie słyszałeś, co mówił Alex przed posiłkiem? Duchy mogą kontrolować tylko bogowie wiatrów i dzieci Zeusa. Dzieci Zeusa, Lucasie. Wiemy, że żaden z bogów cię jeszcze nie uznał, a mając na uwadze fakt, iż dzieci Wielkiej Trójki nie powinny w zasadzie istnieć, nie wiemy, dlaczego w ogóle żyjesz.

– Alex żyje – zauważyłem. – Jest synem Posejdona, prawda? A Drake? Syn Hadesa?

– Posejdon i Hades to inna bajka. Przed tobą były dwie córki Zeusa – zaczął Alex. – Alicia i Danielle.

– Były? – spytałem.

– Alicia zginęła, gdy walczyliśmy z gigantami w Wielkim Kanionie. Danielle została jedną z wieszczek w jaskini Wyroczni. Miała talent.

– A król? – Spoglądałem na złoty pas władcy.

– Król nie jest synem Zeusa. – Apollo pospieszył z wyjaśnieniem, a na twarzy władcy pojawił się nieśmiały uśmiech. – Otrzymał jego błogosławieństwo, aby władać tym miastem.

Stałem na środku i starałem się opanować emocje. To był po prostu jeden wielki chory żart. Z jednej strony miałem być wilkołakiem, a z drugiej… czyżby synem samego Zeusa?

4

Złoto

Nagle tuż za oknami błysnął potężny piorun. Normalnie bym się nie wystraszył, ale teraz nie wykonałem żadnego ruchu, by wyładowanie się pojawiło. Grzmot przeszedł ponad miastem, praktycznie trzęsąc ziemią. Miałem już pewność. Byłem synem władcy burz. Obejrzałem się z lekkim przestrachem na mały tłum. Wszyscy padli na kolana i ucichli. Co dziwne, Apollo także przykląkł.

– Lucasie – zaczął – synu Zeusa, bracie, towarzyszu broni, wilczy pomiocie, zaklęty strażniku księżyca Artemidy.

Stałem zdezorientowany, nie wiedząc, jak zareagować. Apollo nazwał mnie różnymi tytułami, jednak „strażnik księżyca” z niczym mi się nie kojarzył. W dodatku sama myśl, że użył słowa „zaklęty”, napawała mnie dziwnymi uczuciami. Miałem nadzieję, że to słowo odnosi się do mojej klątwy, dzięki której mogłem sobie wedle życzenia porosnąć futrem, jednak wilkołactwo zostało określone jako „wilczy pomiot”.

– Wkrótce się dowiesz – szepnął Apollo, czytając mi w myślach.

Powstał, a wraz z nim reszta osób. Większość spoglądała na mnie z uznaniem, inni – z zazdrością. Co dziwne, Apollo również wyglądał na pełnego respektu. Odkąd się dowiedziałem, kim jestem, miałem ogromną nadzieję, że nie będę musiał dzielić z nim chociaż najbliższej rodziny. A teraz Apollo został oficjalnie moim bratem.

Nagle cała podniosła atmosfera zniknęła. Ludzie zaczęli rozmawiać, całkowicie mnie ignorując. Apollo dyskutował z Raphaelem i po chwili zniknął z mojego pola widzenia. Czułem się o wiele lepiej, wiedząc, kto tak naprawdę jest moim ojcem. Chociaż wolałbym, aby to moja matka mi o nim powiedziała. Niesmak pozostał.

– Tylko nie nadużywaj swojej pozycji. – Poczułem silny uścisk na ramieniu.

Odwróciłem się gwałtownie, stając twarzą w twarz z Alexem.

– Ty tu rządzisz – powiedziałem z przekąsem.

Niespodziewanie obok Alexa pojawiła się roześmiana Blanca.

– To dlatego, że inne dzieci Zeusa mają swoje zajęcia.

– Albo nie żyją – dokończył jej chłopak.

Zapadła krępująca cisza przerwana przez nadejście mojej szkolnej paczki. Gratulowali mi uznania przez boskiego rodzica. Angel również miała obawy co do ostatniego „tytułu” nadanego mi przez Apollina. Podejrzewała, że miało ono związek z mocą, o której mówiła Kate. Teraz jednak nie było ani Kate, by przenieść moc, ani żadnego starego wampira do zabicia. To niesamowite, jak szybko można zmienić punkt widzenia, by dostrzec prawdziwe zagrożenie. Do tej pory myśleliśmy, że to Joshua jest naszym największym wrogiem. Jako wampir był na samym szczycie mojej czarnej listy… pomijając Chrisa. Teraz jednak wiedzieliśmy, że nawet naturalni wrogowie mogą współpracować po jednej stronie barykady, by ujść cało z tej niebezpiecznej gry, jaką prowadziło nasze życie.

– W dodatku jesteście braćmi! – Angel zaśmiała się, kontynuując i wyrywając mnie z zamyślenia. – Może dlatego tak się kłócicie.

Uroczystości potrwały do późnej nocy. Szczerze mówiąc, udało mi się troszkę zrelaksować. Oczywiście nadal cały czas myślałem o Kate, jednak nie popadałem w czarną rozpacz. Wcześniejsze wydarzenia bezpośrednio związane z moją osobą wprawiły wszystkich w fantastyczny nastrój, jednak mijając strażników, słyszałem, że niektórzy widzą we mnie zagrożenie dla władcy. Będę musiał nieźle się postarać, by obalić te plotki. Lub uniknąć potencjalnej śmierci z ręki jakiegoś świetnie wyszkolonego asasyna.

Gdy w końcu rozeszliśmy się do swoich apartamentów, marzyłem tylko o tym, by położyć się spać. Byłem wyczerpany po balu, który odbył się przecież na naszą cześć. Jutro przenosiliśmy się do koszar, więc musiałem być pełny energii.

W przelocie spojrzałem na zdjęcie Kate. Usnąłem, mając przed oczami jej szczery uśmiech, którym tak często mnie onieśmielała…

5

Anioł uzdrowiciel

– Lucasie…

Cichy melodyjny szept rozbrzmiał głęboko w mojej podświadomości. Poczułem muśnięcie delikatnego materiału na policzku. Dotyk zostawiał po sobie elektryzujące poczucie ciepła, które wypełniało całe moje ciało.

Skupiłem myśli i zorientowałem się, że leżę na plecach. W pierwszym odruchu chciałem się podnieść, jednak delikatny dotyk całkowicie mnie unieruchomił. Obawiałem się kolejnego telekinetycznego ataku ze strony Apollina, jednak bodźce, które do mnie napływały, w żadnym wypadku nie wskazywały na mojego aroganckiego brata. Nadal nie mogłem oswoić się z myślą, jak bardzo blisko byłem z tym bogiem. Wiedziałem, mimo zamkniętych oczu, że jest bardzo jasno.

– Lucasie…

Znowu ten szept. Ten dźwięk kojarzył mi się z dzwonkami rozbrzmiewającymi na letnim wietrze. Gdzieś w głębi świadomości wiedziałem, że skądś go znam. Wydawał mi się obcy, a zarazem dziwnie znajomy i bliski…

Chciałem otworzyć oczy, jednak przyjemne odrętwienie nie pozwalało mi na wykonanie ani jednego ruchu. Rozluźniłem się i wsłuchałem w odgłosy dobiegające z zewnątrz.

Nagle poczułem uścisk. Jakieś miękkie delikatne dłonie zacisnęły się na mojej ręce. Jedna z nich głaskała mój policzek. Instynktownie napiąłem część mięśni, jednak doznania były zbyt przyjemne, bym mógł się maksymalnie skupić. Skądś jednak wiedziałem, że nie muszę się bronić. Byłem bezpieczny.

Gdy poczułem lekki nacisk czyichś warg na moich i dziwny słony smak, udało mi się otworzyć oczy. Przez rozwarte do granic możliwości powieki ujrzałem niebieskie oczy w odcieniu lapis lazuli. Coś mi w nich nie pasowało, jednak nie mogłem zrozumieć co.

Dopiero po kilku sekundach zorientowałem się, że oczy anioła są zaszklone, a po rumianych policzkach pochylającej się nade mną dziewczyny płyną gęste słone łzy. Moje ciało (nagie, jak się zorientowałem) delikatnie muskały białe pióra wyrastające z jej pleców. Nie, nie pióra, skrzydła. Ogromne białe łuki wyrastające z anielskich pleców, teraz złożone, wprawiały otaczającą nas energię w ruch i sprawiały, że czułem, jak powietrze dookoła iskrzy. Pióra same w sobie były niesamowite. Kumulowały światło z otoczenia, jasno opalizując i tworząc własne miniaturowe tęcze.

Dziewczyna była ubrana w białą suknię bez rękawów pokrytą koronką i drobnymi perłami. Sądząc po tym, że czułem dotyk jej kolan, gdy przy mnie kucała, nie powinna być dłuższa niż do połowy uda. Na jej szyi spoczywała drobna diamentowa kolia ściśle przylegająca do skóry. Między kryształami dostrzegłem różę. Biżuteria była częściowo zasłonięta przez długie kasztanowe włosy z cienkimi jaśniejszymi pasemkami. Dojrzałem błysk kolczyka idealnie pasującego do kolii.

Udało mi się rozpoznać anioła. Mogłem się założyć, że całujące mnie wargi były pełne i różane. Moje serce zabiło mocniej, a policzki pokryły się rumieńcem, zważywszy na moją nagość.

– Kate.

Udało mi się wypowiedzieć tylko to. Jedno imię, które trzymało mnie przy życiu.

Wargi anielicy momentalnie zamarły w bezruchu jak porażone prądem o napięciu wielokrotnie silniejszym niż śmiertelne. Cofnęła głowę i teraz nareszcie mogłem podziwiać całe jej oblicze. Dziewczyna również była zarumieniona. Prawdopodobnie od wielokrotnych pocałunków, którymi zdążyła mnie obdarować.

Odchyliłem głowę do tyłu i zmarszczyłem brwi, dając jej znak, że niezbyt podoba mi się to, iż przerwała.

– Nawet nie wiesz, jak tego pragnę… – szepnęła, a sam dźwięk jej głosu rozlał się we mnie jak prąd, który wcześniej poraził jej wargi.

– To dlaczego przerwałaś? – spytałem.

Nie potrafiłem składać dłuższych zdań. Byłem zbyt oszołomiony pragnieniem, które w mnie rozbudziła.

– To nie jest prawdziwe. – Po jej policzku popłynęła kolejna łza. – Widziałam twoją ostatnią wyimaginowaną scenę z nami w rolach głównych. – Uśmiechnęła się.

Momentalnie zacząłem sobie przypominać wszystkie sceny, które wymyśliłem w napadach tęsknoty.

– Altanka, noc, kwiaty… i ty – szepnęła, gładząc mój policzek.

Teraz znów się nade mną pochylała. Widziałem dokładnie jej obojczyki i kolię, która idealnie wpasowywała się w jej dekolt. Róża wpięta między kryształy sprawiała, że chciałem być jeszcze bliżej tej pięknej kobiety.

– Tęsknię za tobą – powiedziałem i pogładziłem palcem zmarszczkę, która pojawiła się pomiędzy jej brwiami.

Pojawiała się zawsze, gdy się czymś martwiła.

– Niedługo się spotkamy. Obiecuję ci to. Teraz mamy okazję się sobą nacieszyć, jednak to nie jest prawdziwe. – Posmutniała.

– Będę czekać na ciebie każdej nocy. Wiedz, że jestem bardzo blisko twojej aury. Czuję ją całym ciałem. Niestety, nie dane mi jest się z tobą spotkać. Nie teraz.