Księgi zapomnianych żyć - Bridget Collins - ebook
NOWOŚĆ

Księgi zapomnianych żyć ebook

Bridget Collins

4,2

219 osób interesuje się tą książką

Opis

Wyobraź sobie świat, w którym książki są zakazane, a ich czytanie jest uważane za zbrodnię.

Wyobraź sobie świat, w którym każde złe wspomnienie i nawet największa rozpacz mogą zostać całkowicie wymazane z pamięci.

Wyobraź sobie świat, w którym możesz ukryć każdą krzywdę i niegodziwość, jakich kiedykolwiek się dopuściłeś.

Te światy są ze sobą nierozerwalnie połączone. Wszystko przez Oprawców.

Emmet Farmer jest dobrym, pracowitym synem, który każdy dzień spędza na roli, pomagając rodzicom związać koniec z końcem. Wszystko się zmienia, gdy otrzymuje list z wezwaniem do odbycia praktyk w pracowni Seredith, kobiety zajmującej się tajemniczym procesem oprawiania książek. Emmet, który o księgach i Oprawcach wie niewiele, ale pamięta panującą wokół nich atmosferę strachu, tajemnicy i nieskrywanej pogardy, niechętnie rozpoczyna żmudną naukę w warsztacie. Pod czujnym okiem Oprawczyni poznaje sekrety gilotyny, czcionek i starego pergaminu. Być może właśnie wśród pachnących kurzem książek i skórzanych opraw odnajdzie prawdziwego siebie.

Księgi zapomnianych żyć” to niesamowita historia o zakazanej miłości, lojalności, przyjaźni i wielkiej, magicznej mocy książek.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 531

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




 

 

 

 

Tytuł oryginału: The Binding

Copyright © 2019 by Collins Chapterhouse Limited

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

Copyright © for the Polish translation

by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

 

Redaktor prowadząca: Aleksandra Wolska

Marketing i promocja: Katarzyna Schinkel, Aleksandra Wolska

Redakcja: Karolina Borowiec-Pieniak

Korekta: Aleksandra Deskur

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt okładki: Micaela Alcaino © HarperCollinsPublishers Ltd 2019

Adaptacja okładki i stron tytułowych: Magda Bloch

Fotografie na okładce: © bilwisseditionn Ltd. & Co. KG / Alamy Stock Photo; Shutterstock.com

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN978-83-66657-01-4

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nickowi

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

CZĘŚĆ PIERWSZA

 

 

 

 

 

 

 

 

I

 

 

 

 

Kiedy przyszedł list, byłem na polu, wiązałem ostatni snopek zboża rękami, które tak się trzęsły, że ledwo zdołałem zacisnąć węzeł. Z mojej winy musieliśmy robić to po staremu i prędzej szlag by mnie trafił, niżbym się miał poddać; przetrwałem popołudniowy skwar, odpędzając plamy ciemności majaczące mi przed oczami, i teraz, o zmroku, już prawie skończyłem. Inni zeszli z pola, kiedy zaszło słońce, wykrzykując pozdrowienia przez ramię, i bardzo mnie to cieszyło. Przynajmniej teraz, sam, nie musiałem już udawać, że mogę utrzymać ich tempo. Pracowałem, starając się nie myśleć, o ile łatwiej by mi było z kombajnem. Byłem zbyt chory, by sprawdzić maszynę – nie żebym wiele pamiętał, lato było pełne… ech, duchów i bolesnych dziur przetykanych plamami przytomności – a nikt inny nie miał do tego głowy. Każdego dnia napotykałem jakiś obowiązek, którego nie zdołałem wypełnić; tato starał się najlepiej, jak mógł, ale nie był w stanie zrobić wszystkiego. Przeze mnie byliśmy cały rok w plecy.

Mocno związałem źdźbła w połowie snopka i postawiłem go obok reszty. Zrobione. Mogłem wracać do domu… Ale cienie głębsze od ciemnofioletowego zmierzchu pulsowały i wirowały wokół mnie, a kolana mi się trzęsły. Ukucnąłem, łapiąc oddech, bo zabolały mnie kości. Było już lepiej – minęły przeszywające, mdlące spazmy, które nachodziły mnie znienacka przez całe miesiące – nadal czułem się jednak kruchy jak staruszek. Zacisnąłem zęby. Byłem taki słaby, że chciało mi się płakać; ale nie będę płakał, prędzej umrę, nawet jeśli widzi mnie tylko sierpniowy księżyc w pełni.

– Emmett? Emmett!

To tylko Alta, która szła ku mnie przez ściernisko, ale podniosłem się i próbowałem odpędzić słabość. Blade gwiazdy nade mną przesunęły się najpierw w jedną, a potem w drugą stronę. Odchrząknąłem.

– Tutaj.

– Dlaczego nie poprosiłeś kogoś, żeby ci pomógł? Mama się martwiła, kiedy wszyscy wrócili z pola, a ciebie nie…

– Nie musiała się martwić. Nie jestem dzieckiem. – Kciuk mi krwawił w miejscu, gdzie zaciąłem się źdźbłem. Krew smakowała kurzem i gorączką.

Alta zawahała się. Rok temu byłem z nich najsilniejszy. Teraz, przechyliwszy głowę, patrzyła na mnie, jakbym był młodszy od niej.

– Nie, ale…

– Chciałem obejrzeć wschód księżyca.

– No jasne. – Zmierzch rozmył jej rysy, ale widziałem jej przebiegły wzrok. – Ani nie odpoczniesz. Jeśli nie chcesz wydobrzeć…

– Brzmisz jak mama.

– Bo ma rację! Nie możesz oczekiwać, że od razu wrócisz do siebie, nie po takiej poważnej chorobie.

Chorobie. Jakbym się w łóżku z kaszlem zmagał albo leżał pokryty wrzodami czy wymiotował. Mimo mgły koszmarów pamiętałem więcej, niż im się zdawało; wiedziałem o krzykach i majakach, o dniach, kiedy cały czas płakałem albo nie rozpoznawałem nikogo, o nocy, kiedy gołymi rękami rozbiłem okno. Żałowałem, że całymi dniami nie wysrywałem sobie wnętrzności – byłoby to lepsze od blizn na nadgarstkach po tym, jak musieli mnie przywiązywać do łóżka. Odwróciłem się od niej i skupiłem na wysysaniu ranki u podstawy kciuka, pracując językiem tak długo, aż nie czułem już smaku krwi.

– Emmett, proszę – powiedziała Alta i potarła kołnierz mojej koszuli palcami. – Napracowałeś się dzisiaj jak nikt. Czy wrócisz do domu?

– No dobrze. – Włoski na karku podniosły mi się od wiatru. Alta zobaczyła, jak drżę, i opuściła wzrok. – Co jest na kolację?

Wyszczerzyła zęby w uśmiechu.

– Jeśli się nie ruszysz, to nic.

– Świetnie. Ścigamy się?

– Chętnie, jak nie będę w gorsecie. – Odwróciła się, zakurzony rąbek spódnicy zawirował wokół kostek. Kiedy się śmiała, nadal wyglądała jak dziecko, ale parobkowie już wokół niej węszyli; w dobrym świetle wyglądała jak kobieta.

Dreptałem obok niej, wyczerpany tak bardzo, że czułem się niczym pijany. Ciemność gęstniała, zbierała się pod drzewami i krzakami, a księżyc przyćmiewał gwiazdy. Pomyślałem o zimnej wodzie ze studni, czystej jak szkło, o małych zielonych paproszkach na dnie – albo nie, o piwie, trawiastym i gorzkim, bursztynowym, doprawionym specjalną mieszanką ziołową taty. Od razu bym po nim zasnął, ale to dobrze; chciałem zgasnąć jak świeca, zapaść się w nieprzytomność bez snów. Żadnych koszmarów, nocnych strachów, obudzić się rano w czystym świetle słonecznym.

Kiedy przechodziliśmy przez furtkę na podwórko, wioskowy zegar wybił dziewiątą.

– Jestem taka głodna – powiedziała Alta. – Wysłali mnie po ciebie, zanim…

Urwała, słysząc głos naszej matki. Krzyczała.

Alta stanęła, furtka za nami zamknęła się sama. Spojrzeliśmy sobie w oczy. Dotarło do nas kilka słów: „Jak możesz tak mówić… nie możemy, po prostu nie możemy…”.

Mięśnie nóg drżały mi od bezruchu. Oparłem się o mur, moje serce biło jak szalone. Klin światła wcinał się w ciemność przez dziurę w kuchennych zasłonach, co jakiś czas przecinał go cień. Mój ojciec, chodzący tam i z powrotem.

– Nie możemy tu stać całą noc – powiedziała Alta, niemal szepcząc.

– To pewnie nic. – Cały tydzień kłócili się o kombajn i o to, dlaczego nikt go wcześniej nie sprawdził. Żadne z nich nie powiedziało, że to było moje zadanie.

Uderzenie: pięść o stół. Tato podniósł głos:

– A co chcesz, żebym zrobił? Odmówił? Ta cholerna wiedźma przeklnie nas, jak tylko…

– Już nas przeklęła! Popatrz na niego, Robercie! A jeśli nigdy nie wydobrzeje? To jej wina…

– Chcesz powiedzieć: jego wina! Gdyby nie… – W uszach mi zadzwoniło i przestałem słyszeć głos taty. Świat się przekrzywił i wyprostował, zupełnie jakby obrócił się wokół własnej osi. Przełknąłem gulę mdłości. Kiedy znów mogłem się skupić, panowała cisza.

– Tego nie wiemy – powiedział w końcu tato, wystarczająco głośno, żebyśmy usłyszeli. – Może mu pomoże. Całymi tygodniami pisała i pytała, jak się miewał.

– Bo go chciała! Nie, Robert, nie, nie pozwolę na to, jego miejsce jest z nami! Cokolwiek by zrobił, to nadal nasz syn, a ona? Aż mi ciarki chodzą po plecach…

– Nigdy jej nie spotkałaś. Nie ty musiałaś tam jechać i…

– Nie obchodzi mnie to! Już wystarczająco namieszała. Nie dostanie go.

Alta spojrzała na mnie. Coś się zmieniło w wyrazie jej twarzy, złapała mnie za nadgarstek i pociągnęła.

– Wchodzimy – powiedziała wysokim, pewnym siebie głosem, którym nawoływała kury. – To był długi dzień, musisz być strasznie głodny. Ja na pewno jestem. Mam nadzieję, że zostawili nam zapiekanki, bo inaczej kogoś zabiję. Widelcem w serce. I zjem. – Zatrzymała się przed drzwiami i dorzuciła: – Z musztardą. – A potem otworzyła drzwi.

Rodzice stali po dwóch stronach kuchni: tato przy oknie, odwrócony do nas plecami, mama przy kominku, czerwone plamy na jej policzkach wyglądały jak róż. Na stole między nimi leżała karta grubego, kremowego papieru i otwarta koperta. Mama szybko spojrzała na Altę i na mnie i zrobiła pół kroku ku stołowi.

– Kolacja – powiedziała Alta. – Emmett, siadaj, wyglądasz, jakbyś miał zemdleć. Na Boga, nikt nawet nie nakrył do stołu. Mam nadzieję, że w piecu jest zapiekanka. – Postawiła obok mnie stertę talerzy. – Chleba? Piwa? Naprawdę, mogłabym być pokojówką… – Zniknęła w spiżarce.

– Emmett – powiedział tato, nie odwracając się. – Na stole leży list. Przeczytaj go.

Przesunąłem kartę ku sobie. Litery na papierze wyglądały jak bezkształtne plamy.

– Mam kurz w oczach. Powiedz mi, co w nim jest.

Tato pochylił głowę, mięśnie na jego karku napięły się, jakby ciągnął coś ciężkiego.

– Oprawiaczka chce ucznia.

Mama wydała z siebie dźwięk, jakby słowo ucięte w połowie.

– Ucznia? – powiedziałem.

Cisza. Kawałek księżyca zaglądał przez szparę między zasłonami, pokrywając wszystko, co napotkał, srebrną poświatą. Tato wyglądał, jakby miał siwe, tłuste włosy.

– Ciebie – rzekł.

Alta stanęła w drzwiach do spiżarni ze słoikiem pikli w objęciach. Przez chwilę sądziłem, że go upuści, ale ostrożnie odstawiła go na kredens. Stuknięcie szkła o drewno było głośniejsze, niż gdyby słój zbił się z trzaskiem.

– Jestem za stary na ucznia.

– Nie według niej.

– Myślałem… – Moja dłoń rozpłaszczyła się na stole. Chuda, blada dłoń, którą ledwo rozpoznawałem. Dłoń, która ledwo dawała radę pracować przez jeden dzień. – Czuję się coraz lepiej. Niedługo… – Urwałem, bo głos miałem równie nieswój jak palce.

– Nie o to chodzi, synu.

– Wiem, że teraz się do niczego nie nadaję…

– Och, kochanie – powiedziała mama. – To nie twoja wina… To nie dlatego, że chorowałeś. Niedługo wrócisz do siebie. Gdyby to tylko o to chodziło… Wiesz, że zawsze myśleliśmy, że poprowadzisz z ojcem gospodarstwo. I mógłbyś, nadal mógłbyś, ale… – Popatrzyła na tatę. – Nie odsyłamy cię. Ona o ciebie prosi.

– Ja jej nawet nie znam.

– Oprawianie… to dobry fach. Uczciwy fach. Nie ma się czego bać. – Alta oparła się o kredens i mama spojrzała przez ramię, wyciągając szybko rękę i łapiąc talerz, zanim spadł na podłogę. – Alta, uważaj.

Serce waliło mi jak młotem.

– Ale… wy nienawidzicie książek. Są złe. Zawsze mi mówiliście… Kiedy jedną przyniosłem z jarmarku wielkanocnego…

Wymienili spojrzenie, zbyt szybkie, bym mógł je odczytać.

– Nie przejmuj się tym teraz – powiedział tato.

– Ale… – Spojrzałem na mamę. Nie umiałem ubrać tego w słowa: szybkiej zmiany tematu, kiedy ktoś wspominał o książkach, grymasu niesmaku na dźwięk słowa, wyrazu ich twarzy… Tego, jak kiedy byłem mały, pewnego dnia zgubiliśmy się w Castlefordzie, a ona ponura ciągnęła mnie za rękę przed brudną wystawą sklepową: „A. Fogatini, Lombard i Licencjonowana Księgarnia”. – Jak to: to dobry fach?

– To nie jest… – Mama zrobiła wdech. – Może nie tak sobie wcześniej wyobrażałam twoją przyszłość…

– Hilda. – Tato rozmasowywał sobie mięśnie w karku, jakby go bolały. – Nie masz wyboru, chłopcze. To będzie stabilne życie. Bardzo daleko od wszystkich ludzkich osad, ale to dobrze. Spokojnie. Praca nie jest ciężka, nikt nie będzie cię kusił, żeby zboczyć z wąskiej i prostej… – Odchrząknął. – Nie wszyscy są tacy jak ona. Uspokoisz się, nauczysz fachu, a potem… No cóż. W mieście są oprawiacze, którzy jeżdżą własnymi powozami.

Cisza. Alta postukała paznokciem w zakrętkę słoja i spojrzała na mnie.

– Ale ja nie… Ja nigdy… Dlaczego ona uważa, że ja…? – Teraz żadne z nich nie chciało spojrzeć mi w oczy. – Ale jak to: nie mam wyboru?

Nie odpowiedzieli. Alta w końcu podeszła do stołu i podniosła list.

– „Kiedy tylko będzie mógł podróżować” – przeczytała. – „Warsztat bywa w zimie bardzo chłodny. Proszę wyposażyć go w ciepłe ubrania”. Dlaczego napisała do was, a nie do Emmetta? Nie wiedziała, że on umie czytać?

– Oni tak to robią – powiedział tato. – O ucznia prosi się rodziców, taki jest zwyczaj.

Nie obchodziło mnie to. Moje dłonie na stole składały się z kości i ścięgien. Rok temu były opalone i umięśnione, prawie męskie; teraz były nijakie. Nadawały się tylko do wykonywania pracy, którą moi rodzice pogardzali. Ale dlaczego wybrała akurat mnie, skoro jej o to nie prosili? Rozłożyłem palce i nacisnąłem na drewniany blat, jakbym mógł jego moc wessać w skórę dłoni.

– A jeśli odmówię?

Tato podszedł do kredensu, schylił się i wyjął butelkę dżinu jeżynowego. Była to słodka, mocna nalewka, którą mama przechowywała na święta i do leczenia, ale nie pisnęła ani słowa, kiedy tato nalał sobie pół kubka.

– Tu nie ma dla ciebie miejsca. Może powinieneś być wdzięczny. To będzie jakaś robota dla ciebie. – Łyknął połowę dżinu naraz i się rozkaszlał.

Wziąłem wdech, bardzo się starając, by głos mi się nie załamał.

– Jak wydobrzeję, będę silniejszy od…

– Wykorzystaj tę okazję najlepiej, jak się da – powiedział.

– Ale ja nie…

– Emmett – odezwała się mama. – Proszę… To właściwe rozwiązanie. Ona będzie wiedziała, co z tobą zrobić.

– Co ze mną zrobić?

– Myślałam… Jeśli znowu zachorujesz, to ona…

– To wariatkowo? To o to chodzi? Odsyłacie mnie w jakieś miejsce na końcu świata tylko dlatego, że w każdej chwili znów mogę stracić rozum?

– Ona cię chce – rzekła mama, ściskając spódnicę, jakby wykręcała z niej wodę. – Ja nie chcę, żebyś jechał.

– To nie pojadę!

– Pojedziesz, chłopcze – powiedział tato. – Na Boga, już wystarczająco dużo kłopotów temu domowi przysporzyłeś.

– Robert, nie…

– Pojedziesz. Choćbym miał cię w kij związać i rzucić jej na próg, pojedziesz. Przygotuj się na jutro.

– Jutro? – Alta odwróciła się tak szybko, że jej warkocz strzelił niczym bicz. – Nie może pojechać jutro, musi się spakować, a poza tym są żniwa i uczta dożynkowa… Tato, proszę.

– Zamknij się!

Cisza.

– Jutro? – Plamy na policzkach mamy przybrały kolor szkarłatu. – Nie powiedzieliśmy… – Urwała. Mój ojciec dokończył dżin, krzywiąc się przy tym tak, jakby jego usta pełne były kamieni.

Otworzyłem usta, by oznajmić, że w porządku, pojadę, nie będą się już musieli o mnie martwić, ale moje gardło było wysuszone po całym dniu koszenia.

– Jeszcze kilka dni. Robert, inni uczniowie wyruszają dopiero po żniwach, a on nadal nie czuje się najlepiej, jeszcze parę dni…

– Są od niego młodsi. A poza tym jest zdatny do podróży, jeśli wytrzymał cały dzień na polu.

– Tak, ale… – Podeszła do niego i złapała go za ramię tak, aby nie mógł się odwrócić. – Trochę dłużej.

– Na litość boską, Hilda! – Zadławił się, próbując się wyswobodzić. – Nie utrudniaj bardziej, niż potrzeba. Myślisz, że ja chcę go puścić? Myślisz, że po tym, jak się staraliśmy… walczyliśmy o utrzymanie czystego domu… Myślisz, że jestem z tego dumny, skoro mój własny ojciec na Krucjacie stracił oko?

Mama zerknęła na mnie i Altę.

– Nie przy…

– A jakie to ma teraz znaczenie? – Przetarł twarz przedramieniem, a potem bezradnie rzucił kubkiem. Nie stłukł się. Alta patrzyła, jak się ku niej toczy i zatrzymuje. Tato odwrócił się do nas plecami i oparł o kredens, jakby próbował złapać dech. Zapadła cisza.

– Pojadę – rzekłem. – Pojadę jutro. – Nie mogłem na nich patrzeć. Wstałem, odepchnąłem krzesło i uderzyłem kolanem w róg stołu. Ruszyłem do drzwi. Rygiel wydawał się mniejszy i sztywniejszy niż zazwyczaj, a szczęk, kiedy puścił, odbił się echem od ścian.

Na zewnątrz księżyc dzielił świat na granatowy i srebrny. Powietrze było ciepłe i miękkie jak śmietana, pachnące sianem i letnim kurzem. Na polu nieopodal zahukała sowa.

Dotoczyłem się do końca ogrodu i oparłem o ścianę. Trudno mi było złapać dech. W uszach dzwoniły mi słowa mamy: „Ta cholerna wiedźma nas przeklnie”, i odpowiedź taty: „Już nas przeklęła”.

Mieli rację: byłem do niczego. Wezbrała we mnie fala rozpaczy, silna jak przeszywające bóle w nogach. Zanim to się wydarzyło, nigdy w życiu nie chorowałem. Nie sądziłem, że ciało może mnie zdradzić, że świadomość może zgasnąć jak lampa i że zapadnę się w ciemność. Nie pamiętałem, jak zachorowałem; kiedy próbowałem sobie przypomnieć, pojawiał się tylko bałagan pełen koszmarów. Nawet wspomnienia wcześniejszego życia – zeszła wiosna, zeszłe lato – pokryły się tym samym ropiejącym cieniem, zupełnie jakby już nic nie było zdrowe. Wiedziałem, że rozpadłem się po letnim przesileniu, bo mama mi o tym powiedziała, i że wracałem do domu z Castlefordu, ale nikt mi nie wyjaśnił, ani gdzie byłem, ani co się stało. Musiałem jechać wozem – bez kapelusza, pewnie w pełnym słońcu – ale kiedy próbowałem o tym pomyśleć, pojawiało się tylko drżące powietrze, ostatni wirujący błysk słońca… a potem zapadła ciemność. Przez następne tygodnie wynurzałem się z niej z krzykiem, szarpałem się i błagałem, by mnie rozwiązali. Nic dziwnego, że chcieli się mnie pozbyć.

Zamknąłem oczy. Nadal widziałem całą trójkę, obejmującą się nawzajem. Coś za mną zaszeptało, zadrapało w ścianę suchymi szponami. Nie było prawdziwe, ale zagłuszyło sowę i szum drzew. Schowałem głowę w ramionach i udawałem, że tego nie słyszę.

 

Musiałem się instynktownie schować w najgłębszym cieniu, bo kiedy otworzyłem oczy, Alta stała na środku podwórka i wołała mnie, nawet nie spojrzawszy w moją stronę. Księżyc się przesunął; znajdował się nad szczytem dachu domu, a cienie zrobiły się krótkie i szerokie.

– Emmett?

– Tutaj – powiedziałem. Alta podskoczyła i zrobiła krok w moim kierunku.

– Co ty tu robisz? Spałeś?

– Nie.

Zawahała się. Za nią w oknie na górze mignęło światło lampy: ktoś kładł się spać. Zacząłem się podnosić i znieruchomiałem, krzywiąc się, bo ból przeszył mi stawy.

Obserwowała mnie, jak gramolę się na nogi, ale nie zaoferowała pomocy.

– Naprawdę tak zrobisz? Pojedziesz? Jutro?

– Tato nie żartował, kiedy powiedział, że nie mam wyboru.

Czekałem na jej zaprzeczenie. Alta była bystra, zawsze znajdowała nowe ścieżki albo nowe sposoby na rozwiązanie problemów, podważając schematy. Ale teraz przechyliła głowę i wystawiła twarz do księżyca, jakby chciała się w jego świetle wybielić. Przełknąłem ślinę. Głupia słabość wróciła nagle, zakolebałem się najpierw w jedną, a potem w drugą stronę i oparłem o ścianę, próbując złapać dech.

– Emmett? Dobrze się czujesz? – Przygryzła wargę. – No oczywiście, że nie. Siadaj.

Nie chciałem jej posłuchać, ale kolana same się pode mną ugięły. Zamknąłem oczy i wdychałem nocne zapachy siana i stygnącej ziemi, mdłą słodkość zdeptanych ziół i kwaśny powiew gnojówki. Alta usiadła obok mnie, jej spódnica wydęła się i zaszeleściła.

– Wolałabym, żebyś nie jechał.

Nie patrząc w jej kierunku, uniosłem jedno ramię i pozwoliłem mu opaść.

– Ale… może tak będzie najlepiej…

– Niby jak? – Przełknąłem, próbując zamaskować drżenie głosu. – Jasne, rozumiem. Nie ma tu ze mnie pożytku. Wszystkim wam będzie lepiej, kiedy sobie pojadę do… tam, gdzie ona mieszka, ta oprawiaczka.

– Na mokradłach, przy drodze na Castleford.

– Aha. – Jak będą pachniały mokradła? Stojąca woda, gnijące trzciny. Muł. Muł, który połykał cię żywcem, jeśli zboczyłeś z drogi, i nigdy nie wypluwał… – Skąd tyle o niej wiesz?

– Mama i tato dbają o ciebie. Po tym wszystkim, co się wydarzyło… Tam będziesz bezpieczny.

– Tak mówi mama.

Cisza. Alta zaczęła obgryzać paznokieć kciuka. W sadzie za stajniami słowik zaśpiewał i zamilkł.

– Nie wiesz, jakie to było dla nich trudne. Ciągle się bali. Jesteś im winien trochę spokoju.

– Nie moja wina, że się rozchorowałem!

– Ale twoja wina, że… – Westchnęła. – Nie, wiem, nie chciałam tego powiedzieć, ale po prostu my wszyscy… Nie złość się, proszę. To dobrze. Nauczysz się fachu.

– Tak. Robienia książek.

Zadrżała.

– Wybrała cię. To musi oznaczać…

– Co to oznacza? Jak mogła mnie wybrać, skoro nigdy w życiu mnie nie widziała?

Wydawało mi się, że Alta zaczęła coś mówić, ale kiedy na nią spojrzałem, gapiła się na księżyc z twarzą bez wyrazu. Policzki miała szczuplejsze niż przed moją chorobą, a skóra pod oczami wyglądała jak maźnięta popiołem. Była obca, poza zasięgiem.

– Będę cię odwiedzać, jak tylko będę mogła… – powiedziała, jakby to miała być odpowiedź.

Odchyliłem głowę, aż poczułem pod potylicą kamienną ścianę.

– Przekabacili cię, prawda?

– Nigdy taty takiego nie widziałam – odrzekła. – Tak wściekłego.

– Ja widziałem – powiedziałem. – Raz mnie uderzył.

– Tak – rzekła. – Myślę, że ty… – Urwała.

– Kiedy byłem mały – sprostowałem. – Nie możesz tego pamiętać, za mała byłaś. To było podczas jarmarku wielkanocnego.

– Och… – Kiedy na nią spojrzałem, uciekła wzrokiem. – Nie. Tego nie pamiętam.

– Kupiłem… Był tam człowiek, który sprzedawał książki. – Pamiętałem, jak oszczędności grzechotały mi w kieszeni… sześć pensów w miedziakach, tyle ich było, że wypychały mi spodnie… i to intensywne, beztroskie uczucie, z którym wyruszyłem na jarmark, odłączyłem się od innych i zastanawiałem się, co kupić. Minąłem mięso i kurczaki, ryby z Coldwater i perkale z Castlefordu, zatrzymałem się przy straganie ze słodyczami i potem odwróciłem ku kolejnemu, stojącemu w głębi, który przykuł moją uwagę błyskiem złota i kolorów. To właściwie nie był stragan, tylko strzeżony przez mężczyznę o rozbieganych oczach blat na kozłach, wyładowany książkami. – Pierwszy raz w życiu je wtedy widziałem. Nie wiedziałem, czym były.

Ten wyraz ostrożnego zaciekawienia na twarzy Alty, znowu.

– To znaczy…?

– Nieważne. – Nie wiedziałem, dlaczego zacząłem jej to opowiadać; nie chciałem pamiętać. Ale wspomnienie nie dało się już zepchnąć w ciemność. Myślałem, że to były pudełka, małe skrzynki ze złoconej skóry, w których chowało się rzeczy takie jak najlepsze srebra mamy albo figury szachowe taty. Podszedłem bliżej, potrząsając pieniędzmi w kieszeni, i mężczyzna najpierw rzucił okiem przez oba ramiona, zanim się do mnie uśmiechnął.

– Ach, jakiż złotowłosy mały książę! Przyszedł panicz po opowieść? Historię o morderstwie albo kazirodztwie, wstydzie czy chwale, miłości tak przeszywającej, że lepiej o niej nie pamiętać, czy o mrocznych uczynkach? Trafił panicz do właściwego człowieka, to sama śmietanka, opowiedzą historie prawdziwe i wstrząsające, gwałtowne, namiętne i podniecające, a jeśli szuka panicz komedii, też takie mam, najrzadsze ze wszystkich, rzeczy, których ludzie się pozbywają! Niech panicz spojrzy, oczy swe na tę skieruje… Oprawiona przez mistrza z Castlefordu wiele lat temu.

Nie podobało mi się, że nazywał mnie paniczem, ale książka otworzyła się, kiedy mi ją podawał, i nie mogłem jej oddać. Gdy tylko ujrzałem litery na stronach, zrozumiałem: to były strony ściśnięte razem, jak listy, wiele listów, tylko w lepszym pudełku – i historia toczyła się dalej.

– Ile za nią?

– Ach, ta, paniczu. Ma panicz wspaniały gust jak na kogoś tak młodego, ta jest wyjątkowa, prawdziwie przygodowa, zwala z nóg niczym szarża kawaleryjska. Dziewięć pensów. Albo dwie za szylinga.

Chciałem tę książkę. Nie wiedziałem dlaczego, ale opuszki palców mnie swędziały.

– Mam tylko sześć pensów.

– Wezmę – powiedział i strzelił palcami. Szeroki uśmiech zniknął z jego twarzy; kiedy podążyłem za jego wzrokiem, zobaczyłem zbierającą się nieopodal grupę mężczyzn mamroczących coś do siebie.

– Proszę. – Opróżniłem kieszeń z miedziaków wprost na jego dłoń. Jeden uciekł, ale mężczyzna gapił się na grupę i nie schylił się, by podnieść monetę. – Dziękuję.

Złapałem książkę i oddaliłem się, pełen radości i niepokoju. Kiedy dotarłem do głównego targu, zatrzymałem się i odwróciłem; grupa mężczyzn zbliżała się do straganu handlarza, który gorączkowo pakował książki na odrapany wózek za sobą.

Coś mnie ostrzegło, żeby się nie gapić. Pobiegłem do domu, trzymając książkę przez rękaw koszuli, żeby nie zabrudzić okładki spoconymi palcami. Usiadłem w słońcu na stopniach stodoły – nikt by mnie nie zobaczył, wszyscy byli na targu – i obejrzałem ją. Niczego podobnego wcześniej nie widziałem. Okładka była w kolorze głębokiej czerwieni, zdobiona złotem i miękka w dotyku jak ludzka skóra. Kiedy ją otworzyłem, ze środka uniósł się zapach pleśni i drewna, jakby jej od lat nie dotykano.

Wciągnęła mnie.

Akcja rozgrywała się w obozie wojskowym w obcym kraju i na początku nie bardzo ją rozumiałem: roiło się w niej od kapitanów, majorów i pułkowników, kłótni o taktykę natarcia i gróźb sądu polowego. Ale nie mogłem przestać czytać: widziałem wszystko, każdy szczegół, słyszałem konie i szum wiatru w płótnie namiotu, czułem, jak serce mi przyspiesza, kiedy poczułem proch strzelniczy… Brnąłem dalej, zaabsorbowany, chociaż wcale tego nie chciałem, i dotarło do mnie powoli, że to był wieczór przed bitwą, a człowiek z książki był bohaterem. Kiedy słońce wstanie, poprowadzi ich ku wspaniałemu zwycięstwu – i czułem jego podniecenie, oczekiwanie, czułem je w sobie…

– Co ty, u diabła, wyprawiasz?

Czar prysł. Instynktownie zerwałem się na nogi, mrugając w słońcu. Tato i inni za nim, mama z Altą na biodrze, wszyscy wrócili już z targu. Już… ale robiło się ciemno.

– Pytałem, co robisz, Emmett! – Nie poczekał na odpowiedź i wyrwał mi książkę. Kiedy ją zobaczył, twarz mu stężała. – Skąd to wziąłeś?

Od faceta, chciałem powiedzieć, faceta na jarmarku; miał ich tuziny i wyglądały jak pudełka na biżuterię, całe w skórze i złocie… Ale kiedy ujrzałem wyraz twarzy taty, coś mnie chwyciło za gardło i nie mogłem wydobyć z siebie ani słowa.

– Robert? Co…? – Mama sięgnęła po książkę i cofnęła rękę, jakby ją coś ugryzło.

– Spalę ją.

– Nie! – Mama postawiła zaskoczoną Altę na ziemi i ruszyła do przodu, łapiąc tatę za rękę. – Nie, jak możesz? Zakop ją!

– Jest stara, Hildo. Oni już wszyscy dawno temu umarli.

– Nie wolno ci. Na wszelki wypadek. Pozbądź się jej. Wyrzuć.

– Żeby ktoś inny ją znalazł?

– Wiesz, że nie możesz jej spalić. – Przez chwilę patrzyli na siebie z napięciem na twarzach. – Zakop ją. W bezpiecznym miejscu.

Tato w końcu szybko kiwnął głową. Alta czknęła i zaczęła płakać. Tato wepchnął książkę w ręce jednego z parobków.

– Masz. Owiń ją w coś. Oddam ją grabarzowi. – A potem odwrócił się do mnie. – Emmett – powiedział. – Żebym cię nigdy więcej nie widział z książką. Zrozumiano?

Nie rozumiałem. Co się stało? Kupiłem ją, a nie ukradłem, ale okazało się, że zrobiłem coś niewybaczalnego. Kiwnąłem głową, nadal otępiały od wizji, które obserwowałem. Byłem gdzieś indziej, w innym świecie.

– Dobrze. Nigdy tego nie zapomnij – rzekł tato.

A potem mnie uderzył.

„Żebym cię nigdy więcej nie widział z książką”.

A teraz odsyłali mnie do oprawiaczki, zupełnie jakby niebezpieczeństwa, przed którymi mnie tato ostrzegał, zostały zastąpione innymi, większymi. Zupełnie jakbym teraz to ja stanowił niebezpieczeństwo.

Rzuciłem okiem w bok. Alta patrzyła na swoje stopy. Nie, nie pamiętała tamtego dnia. Nikt o nim nigdy nie rozmawiał. Nikt nigdy nie wyjaśnił, dlaczego książki przynosiły wstyd. Kiedyś w szkole ktoś mruknął, że stary lord Kent miał bibliotekę, ale kiedy wszyscy zachichotali i przewrócili oczami, nie zapytałem, co w tym było złego. Ja bym książkę przeczytał; skoro z nim było coś nie tak, było coś nie tak również ze mną. Głęboko we mnie, zagrzebany pod wieloma warstwami, krył się wstyd.

Bałem się. Strach był bezkształtny i pełzający, niczym mgła nadciągająca znad rzeki. Owinął mnie lodowatymi mackami, wsunął je do płuc. Nie chciałem się zbliżać do oprawiaczki, ale musiałem.

– Alta…

– Muszę iść – powiedziała i zerwała się na równe nogi. – Ty też się zbieraj, Em, musisz się spakować i długa droga cię jutro czeka. Dobranoc. – Przemknęła przez podwórze, bawiąc się warkoczem tak, żebym nie widział wyrazu jej twarzy. Od drzwi zawołała znów: – Do jutra! – Nawet się nie oglądając. Może te słowa zabrzmiały tak fałszywie, bo odbiły się od ściany stajni.

Jutro.

Patrzyłem na księżyc, aż strach zrobił się za duży. Wtedy wstałem, poszedłem do swojego pokoju i spakowałem się.

 

 

 

 

 

 

 

 

II

 

 

 

 

Z drogi introligatornia wyglądała, jakby stała w ogniu. Słońce zachodziło za nami, a jego ostatnie czerwonozłote promienie odbijały się w oknach. Każda szyba pod czarną strzechą była płomiennym prostokątem, zbyt nieruchomym, by być prawdziwym ogniem, ale tak jasnym, że poczułem, jak dłonie pocą mi się od gorąca. Moje kości przeszył dreszcz, jakbym to miejsce już widział we śnie.

Ścisnąłem mocniej sfatygowaną torbę, którą trzymałem na kolanach, i odwróciłem wzrok. Po drugiej stronie drogi, oświetlane zachodzącym słońcem, rozciągały się mokradła: zieleń nakrapiana beżem i brązem, błyszcząca od wody. Zapach wilgoci podszyty był kwaśną, butwiejącą nutą, a szerokie, gasnące niebo nad nami było bledsze, niż powinno. Oczy mnie bolały, a ciało pokrywała mapa zadrapań od wczorajszej pracy w polu. Powinienem teraz być właśnie tam i pomagać przy żniwach, a zamiast tego tato i ja tłukliśmy się w milczeniu po wyboistej, błotnistej drodze. Wyruszyliśmy przed świtem i od tamtego czasu nie zamieniliśmy ani słowa, i nadal nie mieliśmy sobie niczego do powiedzenia. Słowa podnosiły mi się w gardle i pękały jak bańki na bagnie, zostawiając na języku delikatny posmak zgnilizny.

Kiedy przejeżdżaliśmy po wybojach ku wysokiej trawie rosnącej przed domem, rzuciłem okiem na twarz taty. Szczecina na jego podbródku wyglądała jak pieprz z solą, a oczy zapadły się od zeszłej wiosny. Kiedy chorowałem, wszyscy się postarzeli: zupełnie jakbym się obudził i okazało się, że przespałem rok.

Zatrzymaliśmy się.

– Jesteśmy na miejscu.

Przeszył mnie dreszcz. Chciałem albo zwymiotować, albo błagać tatę, żeby zabrał mnie z powrotem do domu. Złapałem swoją torbę i zeskoczyłem; nogi się prawie pode mną ugięły, kiedy stanąłem na ziemi. Wśród kęp trawy wiła się do domu wydeptana ścieżka. Nigdy wcześniej tu nie byłem, ale dźwięk dzwonka wydawał się znajomy, jak ze snu. Czekałem, tak bardzo nie chcąc patrzeć na tatę, że wydawało mi się, że drzwi się kołyszą i drżą.

– Emmett. – Drzwi nagle się otworzyły. Przez chwilę widziałem jedynie parę piwnych oczu, tak jasnych, że źrenice były zaskakująco czarne. – Witaj.

Przełknąłem ślinę. Była stara – boleśnie stara, jak szkielet – i siwowłosa, z twarzą niczym zmięta kartka papieru i ustami bladymi jak jej policzki, ale jednocześnie tak wysoka jak ja i ze wzrokiem bystrym jak spojrzenie Alty. Nosiła skórzany fartuch, koszulę i spodnie, jak mężczyzna. Dłoń, którą na mnie skinęła, była szczupła, ale umięśniona, żyły odznaczały się na ścięgnach niczym niebieskie strumienie.

– Seredith – powiedziała. – Wejdź.

Zawahałem się. Dwa uderzenia serca zajęło mi zrozumienie, że właśnie się przedstawiła.

– Wejdź. – A potem, ponad moim ramieniem: – Dziękuję, Robercie.

Nie usłyszałem, że tato zsiadł z kozła, ale kiedy się obróciłem, stał za mną. Odkaszlnął i mruknął:

– Zobaczymy się niedługo, prawda, Emmett?

– Tato…

Nawet na mnie nie spojrzał. Rzucił oprawiaczce długie, bezradne spojrzenie; potem dotknął czoła, jakby nie wiedział, co zrobić, i odszedł ku wozowi. Zacząłem za nim wołać, ale podmuch wiatru porwał słowa, a on się nie odwrócił. Patrzyłem, jak wspina się na kozioł i cmoka na klacz.

– Emmett. – Jej głos przywołał mnie do rzeczywistości. – Wchodź. – Zorientowałem się, że nie nawykła do powtarzania czegokolwiek po raz trzeci.

– Tak. – Trzymałem swoją torbę tak mocno, że zbielały mi palce. Powiedziała do taty: „Robercie”, jakby go znała. Zrobiłem jeden krok, potem drugi. Przekroczyłem próg i znalazłem się w ciemnym holu, naprzeciwko schodów. Zegar stojący tykał. Na lewo, za uchylonymi drzwiami, widać było kuchnię; na prawo kolejne drzwi prowadziły do…

Kolana się pode mną ugięły, jakby ktoś podciął mi ścięgna. Mdłości rozeszły się szeroką falą, gryząc moje wnętrzności. Miałem gorączkę i drżałem, próbując utrzymać równowagę, kiedy świat wirował. Byłem tutaj wcześniej… ale nie…

– Cholera jasna – powiedziała oprawiaczka i złapała mnie. – No już, chłopcze, oddychaj.

– Nic mi nie jest – powiedziałem, dumny z tego, że tak wyraźnie wymawiam spółgłoski. A potem przyszła ciemność.

 

Kiedy się obudziłem, światło słoneczne na suficie tańczyło we wzdymającej się sieci, zmarszczki na wodzie nakładały się na wąski prostokąt blasku, który wylewał się spomiędzy zasłon. Białe ściany wydawały się zielonkawe niczym miąższ jabłka, poznaczony tu i ówdzie pianą wilgoci. Ptak na zewnątrz pogwizdywał, jakby wołał mnie po imieniu.

Dom oprawiaczki. Usiadłem, serce zaczęło mi walić. Ale nie miałem czego się bać, jeszcze nie; byłem tu tylko ja, pokój i odbity słoneczny blask. Złapałem się na nasłuchiwaniu odgłosów zwierząt, wszechobecnych w gospodarstwie, ale słyszałem tylko ptaka i szelest wiatru w trzcinach. Wyblakłe zasłonki wydęły się i na suficie pojawił się szerszy pas światła. Poduszki pachniały lawendą.

Wczoraj w nocy…

Spojrzałem na ścianę naprzeciwko, badając wybrzuszenie i krzywiznę pęknięcia w gipsie. Zemdlałem i pamiętałem jedynie cienie i strach. Koszmary. W świetle dnia wydawały się bardzo odległe; ale były złe, wciągały mnie w siebie pod powierzchnią snu. Prawie się od nich uwolniłem raz czy drugi, ale ciężar własnego ciała znów mnie pogrążył, pociągnął w ciemność dławiącą jak smoła. Słaby posmak palonego oleju wciąż zalegał mi w gardle. Dawno już nie było tak źle. Od przeciągu pokryłem się gęsią skórką. Tak zemdleć, prosto w ramiona Seredith… To na pewno od zmęczenia podróżą, bólu głowy, słońca w oczy i tego, że tato odjechał, nawet się za siebie nie oglądając.

Spodnie i koszula przewieszone zostały przez oparcie jedynego krzesła. Wstałem i naciągnąłem je na siebie sztywnymi palcami, próbując sobie nie wyobrażać, jak Seredith mnie rozbierała. Przynajmniej zostałem w kalesonach. Oprócz krzesła i łóżka w pokoju nie było wiele sprzętów: skrzynia w nogach łóżka, stolik pod oknem, wyblakłe, powiewające zasłony. Ani obrazków, ani lustra. Podobało mi się to. W domu odwracałem wzrok od zwierciadła w korytarzu. Tutaj pozostawałem niewidzialny; mogłem być częścią pustki.

Dom był cichy. Kiedy wyszedłem na korytarz, słyszałem ptaki nawołujące się na mokradłach i tykanie zegara piętro niżej, a także dochodzący skądś odgłos tępych uderzeń; ale pod spodem trwała cisza tak głęboka, że dźwięk ślizgał się po niej jak kamyki po lodzie. Wiatr połaskotał mnie w kark, a ja obejrzałem się przez ramię, zupełnie jakbym się kogoś spodziewał. Pusty pokój pogrążył się na chwilę w mroku, gdy chmura przesłoniła słońce; a potem znów się rozjaśnił i róg zasłony zaczął łopotać na wietrze niczym flaga.

Prawie wróciłem do łóżka, jak dziecko. Ale teraz tutaj mieszkałem. Nie mogłem całego życia spędzić w tym pokoju.

Schody skrzypiały mi pod stopami. Poręcz była wypolerowana latami użytkowania, ale w słońcu unosił się kurz, a ze ścian obłaziła farba. Starszy niż nasze gospodarstwo, starszy niż nasza wioska. Ilu oprawiaczy tutaj mieszkało? A kiedy pewnego dnia ta oprawiaczka – Seredith – umrze… czy wtedy ten dom będzie mój? Powoli schodziłem po schodach, jakbym się bał, że się załamią.

Uderzenia ucichły; usłyszałem kroki. Seredith otworzyła jedne z drzwi w holu.

– Ach, Emmett. – Nie zapytała, czy dobrze spałem. – Chodź do warsztatu.

Poszedłem za nią. Sposób, w jaki wypowiedziała moje imię, sprawił, że szczęki mi się zacisnęły, ale była moim mistrzem – nie, moją panią; nie, moim mistrzem – i musiałem jej słuchać.

Na progu warsztatu się zatrzymała. Przez chwilę wydawało mi się, że puści mnie przodem, ale potem weszła pierwsza i zapakowała coś szybko w kawałek szmatki.

– Wejdź, chłopcze.

Przekroczyłem próg. Pokój był długi, z niskim sufitem, pełen porannego światła wpadającego przez rząd wysokich okien. Pod dwiema ścianami stały ławy robocze, a między nimi znajdowały się rzeczy, których nazw jeszcze nie znałem. Zauważyłem blask wyświechtanej wełny, ostry błysk noża, metalowe rączki uwalane smarem… ale zbyt wiele było tych rzeczy, moje oczy nie mogły się na nich skupić. Na końcu pokoju stał piec, zbudowany z kafli w kolorach ochry, zieleni i starego różu. Nad moją głową z drutu zwisały arkusze papieru, zwykłe intensywne kolory przetykane były kartami podobnymi do kamieni, piór albo liści. Sięgnąłem ku najbliższej; zupełnie jakby nad moją głową trzepotały błękitne skrzydła zimorodka…

Oprawiaczka odłożyła zawiniątko i podeszła do mnie, wskazując przedmioty:

– Prasa do składania. Gilotyna. Prasa do wykończeń. Skrzynia na czcionki, za tobą, chłopcze, narzędzia są w tej komodzie i tej następnej, obok skóra i szmatki. W tamtym koszyku dodatkowy papier, możesz go używać. Pędzle na tej półce, a klej na tej.

Nie ogarniałem tego. Spróbowałem wszystko zapamiętać, a potem się poddałem i czekałem, aż skończy mówić. W końcu spojrzała na mnie zmrużonymi oczami.

– Usiądź.

Poczułem się dziwnie. Ale nie zrobiło mi się ani niedobrze, ani się nie wystraszyłem. Raczej jakby coś we mnie budziło się i poruszało. Słoje drewna na blacie ławy przede mną wydawały się mapą miejsca, które kiedyś znałem.

– Zabawne uczucie, prawda, chłopcze?

– Co?

Mrugnęła do mnie, jej jedno oko wydawało się niemal białe od słońca świecącego jej na twarz.

– Wszystko tutaj natychmiast cię rusza, jeśli jesteś urodzonym oprawiaczem. A ty jesteś, chłopcze.

Nie rozumiałem, co mówiła. A jednak… Ten pokój wydawał się właściwym miejscem, coś w nim niespodziewanie sprawiało, że serce mi rosło. Zupełnie jakbym po fali upałów czuł deszcz w powietrzu albo widział dawnego siebie, sprzed choroby. Tak długo nigdzie nie przynależałem, a teraz ten pokój, zapach papieru i skóry, przyjmował mnie do siebie.

– Nie wiesz za dużo o książkach, prawda? – zapytała Seredith.

– Nie.

– Myślisz, że jestem wiedźmą?

– Co? Oczywiście, że nie… – wyjąkałem, ale machnęła ręką, żeby mnie uciszyć; w kąciku jej ust tańczył uśmiech.

– Nie szkodzi. Myślisz, że przeżyłam tyle lat, nie wiedząc, co ludzie o mnie gadają? O nas. – Odwróciłem wzrok, a ona mówiła dalej, jakby tego nie zauważyła: – Twoi rodzice trzymali cię z dala od książek, prawda? A ty nie wiesz, co tu robisz.

– Poprosiłaś o mnie. Prawda?

Chyba nie usłyszała.

– Nie przejmuj się. To taki sam fach jak inne. I do tego dobry. Oprawianie jest tak stare jak alfabet, może jeszcze starsze. Ludzie go nie rozumieją i nic w tym dziwnego. – Wykrzywiła twarz. – Przynajmniej Krucjata się skończyła. Za młody jesteś, żeby ją pamiętać. Masz szczęście.

Cisza. Nie rozumiałem, jak oprawianie mogło być starsze od książek, ale Seredith patrzyła na przestrzał przeze mnie. Wiatr zakołysał drutem, kolorowy papier zatrzepotał. Zamrugała, podrapała się w podbródek i znów na mnie spojrzała.

– Jutro zaczniemy od podstaw. Sprzątanie, czyszczenie pędzli, takie rzeczy. Może będziesz przycinał skórę.

Pokiwałem głową. Chciałem zostać tutaj sam. Chciałem porządnie przyjrzeć się kolorom, przejrzeć szafki i zważyć narzędzia w dłoniach. Cały pokój do mnie śpiewał, zapraszał.

– Możesz się rozejrzeć, jeśli chcesz. – Kiedy zacząłem wstawać, machnęła ręką, jakbym zrobił coś wbrew jej woli. – Nie teraz. Później. – Podniosła zawiniątko i ruszyła ku niewielkim drzwiom w rogu, których wcześniej nie zauważyłem. Trzy klucze przekręciły się w trzech zamkach. Zanim odłożyła zawiniątko na półkę tuż za drzwiami, odwróciła się i zamknęła je, zauważyłem schody prowadzące w ciemność. Przekręciła klucze w zamkach, nie patrząc na mnie, osłaniając je ciałem. – Wiele jeszcze czasu upłynie, zanim tam zejdziesz, chłopcze. – Nie wiedziałem, czy mnie ostrzega, czy pociesza. – Nie zbliżaj się do rzeczy zamkniętych, a nic ci się nie stanie.

Wziąłem głęboki wdech. Pokój nadal do mnie śpiewał, ale słodycz miała w sobie teraz ostrą nutę. Pod czystym, oświetlonym słońcem warsztatem strome schody prowadziły w ciemność. Czułem pustkę pod stopami, jakby podłoga zaczęła się uginać. Chwilę temu czułem się bezpiecznie. Nie. Czułem się… uwodzony. Uczucie przebrzmiało, kiedy rzuciłem okiem w ciemność; zupełnie jak w chwili, kiedy sen zmienia się w koszmar.

– Nie walcz z tym, chłopcze.

Czyli wiedziała. To się działo naprawdę, a nie w mojej wyobraźni. Spojrzałem w górę, na wpół przerażony, że napotkam jej wzrok, ale patrzyła na mokradła, mrużąc oczy w słońcu. Wydawała się starsza niż ktokolwiek, kogo znałem.

Wstałem. Słońce nadal świeciło, ale światło w pokoju wydawało się zabrudzone. Nie chciałem już zaglądać do szafek ani wyciągać zwojów materiału, żeby je obejrzeć. Przeszedłem jednak wzdłuż kredensów, zauważając etykiety, matowe brązowe klamki i zielony kawałek skóry wyglądający spod drzwi. Odwróciłem się i ruszyłem przez środek, gdzie podłoga była wygładzona wieloma stopami, które przez lata się tutaj poruszały.

Podszedłem do kolejnych drzwi. Były bliźniaczo podobne do pierwszych, umieszczone po drugiej stronie kaflowego pieca. Też miały trzy zamki. Ale ludzie przez nie wchodzili i wychodzili, widziałem to po deskach podłogowych, wydeptanej ścieżce, na której nawet kurzu było mniej. Po co przychodzili? Co oprawiaczka robiła za tymi drzwiami?

W kącikach oczu zamigotała mi ciemność. Ktoś szeptał bez słów.

– Już dobrze – powiedziała. Nagle była tuż obok mnie, ciągnęła mnie na stołek, naciskała na kark. – Wsadź głowę między kolana.

– Ja… nie…

– Cicho, chłopcze. To choroba. Przejdzie.

To było prawdziwe. Byłem tego pewien. Ostra, nienasycona niewłaściwość gotowa mnie pochłonąć, zmienić w kogoś innego. Ale oprawiaczka wepchnęła mi głowę między kolana i trzymała mnie, i pewność odpłynęła. Byłem chory. Ten sam strach zmusił mnie do zaatakowania taty i mamy… Zacisnąłem zęby. Nie mogłem się temu poddać. Gdybym pozwolił sobie opaść…

– Dobrze. Dobry chłopak.

Słowa bez sensu, jakbym był zwierzęciem. W końcu się wyprostowałem, krzywiąc się, kiedy krew wróciła mi do głowy.

– Lepiej?

Pokiwałem głową, zwalczając kwaśny posmak mdłości. Dłonie mi drżały, jakbym miał atak epilepsji. Zacisnąłem pięści i spróbowałem wyobrazić sobie korzystanie z noża dłońmi, którym nie mogłem ufać. Głupota. Utnę sobie kciuk. Byłem zbyt chory, żeby tu być, a jednak…

– Dlaczego? – zapytałem, a słowo przypominało skowyt. – Dlaczego mnie wybrałaś? Dlaczego mnie?

Oprawiaczka znów zwróciła twarz ku oknu i wpatrzyła się w słońce.

– Czy dlatego, że było ci mnie żal? Biedny szalony Emmett, który już nie może pracować w polu? Tutaj przynajmniej będzie bezpieczny i sam, i nie będzie denerwował rodziny…

– Tak właśnie myślisz?

– A co innego? Nie znasz mnie. Dlaczego miałabyś wybrać kogoś chorego?

– No właśnie: dlaczego? – Jej głos zazgrzytał, ale potem westchnęła i spojrzała na mnie. – Pamiętasz, kiedy to się zaczęło? Ta gorączka?

– Wydaje mi się, że byłem… – Odetchnąłem, próbując uspokoić myśli. – Pojechałem do Castlefordu i w drodze powrotnej… Kiedy się obudziłem, byłem w domu… – Urwałem. Nie chciałem myśleć o lukach i koszmarach, o atakach paniki, nagłych, obrzydliwych momentach przytomności, kiedy wiedziałem, gdzie byłem… Całe lato było poszarpane, zjedzone gorączką, przypominało dziurę, a nie wspomnienie.

– Byłeś tutaj, chłopcze. Zachorowałeś tutaj. Ojciec po ciebie przyjechał. Pamiętasz?

– Co? Nie. Co ja tu robiłem?

– Mieszkam przy drodze na Castleford – odrzekła z bladym uśmiechem. – Ale przy gorączce… czasami pamiętasz, a czasami nie. Między innymi dlatego chorujesz.

– Nie mogę tutaj zostać. To miejsce… te zamknięte drzwi. Jest mi od nich gorzej.

– To minie. Zaufaj mi. A tutaj minie szybciej i łatwiej niż w jakimkolwiek innym miejscu.

W jej głosie pobrzmiewała jakaś dziwna nuta, jakby wstydu.

Ogarnął mnie nowy rodzaj strachu. Musiałem zostać tutaj i bać się, dopóki nie poczuję się lepiej; wcale nie miałem na to ochoty, chciałem uciekać…

Spojrzała na zamknięte drzwi.

– Myślę – rzekła – że rzeczywiście wybrałam cię, ponieważ chorujesz. Ale to nie tak, jak myślisz. Nie jest mi cię żal, Emmett.

Obróciła się nagle i minęła mnie, a ja zostałem, gapiąc się na kurz, który unosił się w drzwiach.

Kłamała. Słyszałem to w jej głosie.

Było jej mnie żal.

 

Ale chyba miała rację. Było w ciszy starego domu, w tym, jak niskie pokoje wypełniały się jesiennym światłem, i w porządku warsztatu coś, co rozsupływało zaciśnięte we mnie mroczne więzy. Dzień mijał za dniem, aż miejsce przestało być nowe i obce; a potem tydzień za tygodniem… Uczyłem się na pamięć pogiętych odbić na suficie, dużych szwów na kołdrze przykrywającej moje łóżko, tego, że każdy stopień schodów skrzypiał inaczej, gdy na niego stąpałem. I jeszcze warsztat, błysk kafli na piecu, szafranowo-ziemisty zapach herbaty, opalizująca masa dobrze wymieszanej pasty w szklanym słoiku… Godziny mijały powoli, pełne drobnych, twardych szczegółów; w domu, w zamieszaniu w gospodarstwie, nigdy nie miałem czasu, żeby siedzieć i po prostu patrzeć przed siebie albo zwracać uwagę na to, jak wygląda narzędzie i jak dobrze zostało wykonane, zanim zacząłem go używać. Tutaj zegar w holu wyławiał sekundy niczym kamienie i wrzucał je z powrotem do sadzawki dnia, pozwalając zmarszczkom w czasie powiększać się i łączyć.

Zadania, które dostawałem w warsztacie, były proste i drobne. Seredith była dobrą nauczycielką, cierpliwą i precyzyjną. Nauczyłem się robić wyklejki, przycinać skórę, wytłaczać litery puste i złocone. Pewnie była rozczarowana moją niezgrabnością – tym, że sklejałem sobie palce z kartką albo w samym środku pięknego pergaminu robiłem dziurę wybijakiem – ale nie mówiła nic oprócz: „Wyrzuć to i zacznij od nowa” od czasu do czasu. Kiedy ćwiczyłem, ona szła na spacer albo siadała na ławce za mną i pisała listę sprawunków do zamówienia następną pocztą, albo gotowała i dom wypełniał się zapachem mięsa i ciasta. Resztę obowiązków dzieliliśmy po równo, a po porankach spędzonych nad pracą wymagającą skupienia cieszyłem się, że mogłem rąbać drewno albo grzać wodę na pranie. Kiedy czułem się słabo, przypominałem sobie, że zanim przyjechałem, Seredith robiła to wszystko sama.

Ale wszystko, co robiłem – i wszystko, co ona robiła – ograniczało się do przygotowywania materiałów albo ćwiczenia wykończeń; nigdy nie widziałem stosu kartek ani ukończonej książki. Pewnego wieczoru, kiedy jedliśmy w kuchni kolację, zapytałem:

– Seredith, gdzie są książki?

– W skarbcu – odpowiedziała. – Kiedy są skończone, trzeba na nie uważać.

– Ale… – Zawahałem się, myśląc o gospodarstwie, o tym, jak ciężko wszyscy pracowaliśmy i jak nam nigdy nie starczało na życie; jak się wiecznie kłóciłem z tatą, żeby wdrażać każdy nowy wynalazek i wyciągać z pól jak najwięcej. – Dlaczego nie robimy ich więcej? Przecież im więcej zrobimy, tym więcej możemy sprzedać?

Podniosła głowę, jakby zamierzała ostro odpowiedzieć; potem nią pokręciła.

– Nie robimy książek na sprzedaż, chłopcze. Sprzedawanie książek jest złe. Twoi rodzice przynajmniej co do tego mieli rację.

– Wobec tego… nie rozumiem…

– Liczy się oprawianie. Rzemiosło, jego godność. Powiedzmy, że kobieta przychodzi do mnie po książkę. Robię dla niej książkę. Dla niej, rozumiesz? Nie po to, by się na nią gapili obcy. – Siorbnęła zupę z łyżki. – Są oprawiacze, którzy pracują tylko dla zysków, których obchodzi wyłącznie ich konto bankowe, którzy, tak, sprzedają książki, ale ty nigdy nie będziesz do nich należeć.

– Ale… do ciebie nikt nie przychodzi… – Gapiłem się na nią kompletnie skonfundowany. – Kiedy zacznę wykorzystywać to, czego mnie uczysz? Pokazujesz mi rzecz, a ja nawet nie…

– Niedługo nauczysz się więcej – odpowiedziała i wstała po chleb. – Nie spieszmy się, Emmett. Byłeś chory. Na wszystko przychodzi czas.

 

Na wszystko przychodzi czas. Gdyby powiedziała to moja matka, parsknąłbym śmiechem; teraz milczałem, bo rzeczywiście ten czas przychodził. Koszmary pojawiały się rzadziej, a cienie czające się za dnia odchodziły. Mogłem już stać coraz dłużej bez zawrotów głowy; czasami widziałem już tak wyraźnie, jak kiedyś. Po kilku tygodniach przestałem zwracać uwagę na zamknięte drzwi na końcu warsztatu. Ławy, narzędzia i prasy mruczały do mnie uspokajająco; wszystko było przydatne, wszystko na swoim miejscu. Nieważne, do czego służyło, oprócz tego, że pędzel do kleju był do kleju, a nóż do cięcia skóry ciął skórę. Czasami, kiedy na chwilę przerywałem pracę, by ocenić grubość skóry – w niektórych miejscach musiała być cieńsza od paznokcia, inaczej źle by się składała – podnosiłem wzrok znad sterty ciemnych skórzanych skrawków i czułem, że znajdowałem się we właściwym miejscu. Wiedziałem, co miałem robić, i to robiłem – nawet jeśli były to tylko ćwiczenia. Umiałem to zrobić. To się nie zdarzyło po chorobie.

Oczywiście, że tęskniłem za domem. Pisałem listy, a listy od nich sprawiały, że czułem się jednocześnie zadowolony i nieszczęśliwy. Chciałbym być na wieczerzy dożynkowej i na tańcach; a raczej poprzedni ja chciałby… Czytałem ten list w kółko, zanim go zmiąłem, i siedziałem, wpatrując się w błękitną ciemność za płomieniem lampy i próbując zignorować ból w gardle. Ale ta część mnie, która tęskniła za muzyką i zgiełkiem, to była stara, zdrowa część; wiedziałem, że teraz potrzebowałem ciszy, pracy i odpoczynku. Nawet jeśli niekiedy czułem się tak samotny, że ledwo mogłem to znieść.

Ciche dni ciągnęły się, jakbyśmy na coś czekali.

Kiedy to było? Byłem w introligatorni od dwóch tygodni, może miesiąca, i był to pierwszy dzień, który dokładnie zapamiętałem. Poranek był jasny i chłodny, a ja ćwiczyłem złocenia na paru kawałkach skóry, bardzo się skupiając. Zadanie było trudne i kiedy ściągnąłem folię, a pod spodem ukazały się nierówne, niewyraźne litery mojego nazwiska, zakląłem i pokręciłem głową, żeby rozruszać obolałą szyję. Coś się poruszyło na zewnątrz; podniosłem wzrok. Słońce mnie oślepiło i przez chwilę widziałem tylko kształt obrysowany światłem. Zmrużyłem oczy i blask zelżał. Przyglądał mi się chłopak – nie, młody mężczyzna, w moim wieku albo starszy – z ciemnymi oczami i włosami, o pociągłej, bladej twarzy.

Podskoczyłem i niemalże poparzyłem się o narzędzie, którego używałem. Jak długo tam stał i przyglądał mi się czarnymi, kamiennymi oczami? Ostrożnie włożyłem narzędzie do paleniska, przeklinając nagły dreszcz, przez który stałem się niezdarny jak starzec. Kim on niby był, że tak się czaił i szpiegował?

Zapukał w szybę. Odwróciłem się do niego plecami, ale kiedy rzuciłem okiem przez ramię, nadal stał w miejscu. Pokazał na niewielkie tylne drzwi, które otwierały się na mokradła. Chciał, żebym go wpuścił.

Wyobraziłem sobie, jak się powoli zapada w błoto, najpierw do kolan, a potem do pasa. Nie mogłem znieść myśli o rozmowie z nim. Przez wiele dni widywałem wyłącznie Seredith; ale nie tylko o to chodziło – to jego wzrok, tak nieruchomy, że wydawało mi się, że wpychał mi palec między oczy. Stałem plecami do okna, zmiatając strzępki skóry na podłogę, odłożyłem płatki złota do pudełka i poluzowałem śrubę gorącego składu, żebym mógł wysypać czcionki na ławę. Za chwilę wystygną na tyle, że będę mógł je schować do kaszt. Rozdzielacz, przypominający brązową drzazgę, spadł na podłogę, więc schyliłem się po niego.

Kiedy się wyprostowałem, by go rzucić na ławę, cień nadal tam był. Possałem poparzony palec i przyznałem się do porażki.

Tylne drzwi spuchły od wilgoci – kiedy ostatni raz ktoś ich używał? – i zaklinowały się we framudze. Kiedy je otworzyłem, serce mi waliło z wysiłku. Nieznajomy i ja gapiliśmy się na siebie. W końcu się odezwałem:

– Czego pan chce? – To było głupie pytanie; najwyraźniej nie był ani sprzedawcą, ani przyjacielem Seredith, który przyjechał z wizytą.

– Ja… – Odwrócił wzrok. Mokradło za nim lśniło niczym stare zwierciadło, zmatowiałe i brudne, ale nadal przejrzyste. Kiedy znów na mnie spojrzał, miał zaciętą minę. – Przyszedłem zobaczyć się z oprawiaczką.

Chciałem zatrzasnąć przed nim drzwi. Ale był klientem – pierwszym od mojego przyjazdu – a ja byłem jedynie czeladnikiem. Cofnąłem się i otworzyłem drzwi szerzej.

– Dzięki. – Rzekł to z pewnym wysiłkiem i stał nieruchomo na progu, jakby przejście obok mnie mogło zabrudzić jego odzienie. Odwróciłem się i wszedłem do warsztatu; skoro go wpuściłem, to już nie był mój problem. Mógł zadzwonić po Seredith. Nie zamierzałem z jego powodu przerywać pracy. Nie przeprosił, że mi przeszkodził ani że się na mnie gapił.

Usłyszałem, jak się waha, a potem idzie za mną.

Podszedłem do ławy i pochyliłem się nad wytłoczeniem, nad którym pracowałem. Potarłem jedno ze słów, by sprawdzić, czy litery nie staną się od tego wyraźniejsze. Przy drugim podejściu narzędzie było za gorące albo za długo je trzymałem i złoto się rozmyło; trzecie było lepsze, ale nie naciskałem równo. Od otwartych drzwi warsztatu zaciągnęło zimnem, usłyszałem kroki. Stanął za mną. Patrzyłem na niego tylko przez sekundę, ale nadal widziałem jego twarz tak wyraźnie, jakby odbijała się w oknie: bladą, pełną cieni, z zaczerwienionymi oczami. Twarz umierającego, twarz, na którą nikt nie chciał patrzeć.

– Emmett?

Serce mi stanęło, bo mojego imienia znać nie powinien.

A potem do mnie dotarło: wytłoczenie. „EMMETT FARMER”. Musiało być wystarczająco duże, by odczytać je z odległości kilku stóp. Położyłem skórę na ławie licem do dołu. Oczywiście za późno. Uśmiechnął się do mnie krzywym, pustym uśmiechem, jakby był dumny, że zauważył, zadowolony, że drgnąłem. Zaczął coś mówić.

– Nie wiem, czy oprawiaczka w tej chwili przyjmuje zlecenia – powiedziałem, ale on patrzył na mnie z dziwnym, spragnionym półuśmiechem. – Jeśli po to pan tutaj przyszedł. I nie sprzedaje książek.

– Jak długo tu jesteś?

– Od żniw. – Nie miał prawa pytać; nie wiem, dlaczego odpowiedziałem, prócz tego, że chciałem, by dał mi spokój.

– Jesteś jej czeladnikiem?

– Tak.

Rozejrzał się po warsztacie, a potem spojrzał na mnie. Coś w jego spojrzeniu – zbytnia powolność, zbytnia premedytacja – sugerowało, że nie powoduje nim wyłącznie ciekawość.

– Czy to… dobre życie? – Nuta pogardy w jego głosie. – Tutaj, tylko z nią?

Słodki zapach metalowych wybijaków rozgrzewających się w palenisku przyprawiał mnie o ból głowy. Sięgnąłem po najmniejszy, ze skomplikowanym wzorem, który nigdy dobrze nie odbijał mi się w złocie. Zastanowiłem się, jak by to było, gdybym się nim uderzył w wierzch dłoni. Albo gdybym uderzył jego.

– Emmett. – Zabrzmiało to jak przekleństwo.

Odłożyłem wybijak i sięgnąłem po kolejny kawałek skóry.

– Muszę się zabierać do pracy.

– Przepraszam.

Cisza. Przyciąłem skórę w kwadrat i umocowałem na ramie. Przyglądał mi się. Zawahałem się i niemal odciąłem sobie kciuk skalpelem. Zupełnie jakby dookoła moich palców zawiązana była niewidzialna nić. Odwróciłem się do niego.

– Chce pan, abym zawołał Sere… oprawiaczkę?

– Ja… Jeszcze nie. Jeszcze nie teraz.

Bał się. Zaskoczyła mnie ta obserwacja. Przez chwilę przestałem go widzieć przez pryzmat mej niechęci. Nigdy nie spotkałem nikogo tak wystraszonego i nieszczęśliwego. Był zdesperowany. Zalatywało od niego desperacją jak gorączką. Ale nie potrafiłem mu współczuć, bo w sposobie, w jaki na mnie patrzył, było coś jeszcze. Nienawiść. Zdawał się mnie nienawidzić.

– Nie chcieli, żebym tutaj przyszedł – rzekł. – To znaczy mój ojciec. Uważa, że oprawianie jest dla innych, nie dla nas. Gdyby wiedział, że tu jestem… – Skrzywił się. – Ale kiedy wrócę do domu, będzie już za późno. Nie ukarze mnie. Jak by mógł?

Nie odpowiedziałem. Nie chciałem się nawet zastanawiać, o co mu chodziło.

– Nie byłem pewien. Nie sądziłem… – Odchrząknął. – Słyszałem, że cię wybrała, i pomyślałem, że przyjdę i… Ale nie sądziłem, że chcę… dopóki cię tutaj nie zobaczyłem…

– Mnie?

Wziął wdech i wyciągnął dłoń, by zmieść pyłek z prasy. Jego palec drżał, a ja widziałem żyłkę pulsującą mu u podstawy szyi. Roześmiał się, ale bez radości.

– Nie obchodzi cię to, co? Zresztą trudno się dziwić. Nie masz pojęcia, kim jestem.

– Nie, nie mam.

– Emmett – odezwał się znów, połykając sylaby. – Proszę, popatrz na mnie, tylko przez chwilę, proszę. Nie rozumiem…

Czułem się tak, jakbym się poruszał, a świat dookoła mnie pędził zbyt szybko, bym zdołał go dostrzec, pęd zagłuszał słowa. Zamrugałem i spróbowałem się bronić, ale mdlący prąd mnie porwał i poniósł w dół nurtu. Gość mówił, ale słowa omijały mnie łukiem.

– Co się dzieje? – rozległ się głos Seredith.

Odwrócił się. Jego policzki i czoło pokrył rumieniec.

– Przyszedłem po oprawę.

– Co pan robi w warsztacie? Emmett, powinieneś był mnie natychmiast zawołać.

Spróbowałem pokonać mdłości.

– Myślałem…

– To nie wina Emmetta, tylko moja – powiedział. – Nazywam się Lucian Darnay. Pisałem.

– Lucian Darnay. – Seredith zmarszczyła brwi. Na jej twarzy zagościł dziwny, ostrożny wyraz. – Jak długo rozmawiał pan z Em… z moim czeladnikiem? Nieważne. – Spojrzała na mnie, zanim gość odpowiedział. – Emmett? – powiedziała łagodniej. – Wszystko w porządku?

Cienie wirowały wokół mnie i zakrywały mi pole widzenia, ale pokiwałem głową.

– To dobrze. Proszę za mną, panie Darnay.

– Tak – powiedział, ale się nie ruszył. Czułem jego desperację, pulsującą mrocznymi falami.

– Proszę – powtórzyła Seredith, a on się wreszcie odwrócił i ruszył za nią. Sięgnęła po klucze i zaczęła otwierać drzwi na końcu warsztatu, ale nie patrzyła na swoje dłonie; patrzyła na mnie.

Drzwi się otworzyły. Odetchnąłem. Nie wiem, czego się spodziewałem, ale ujrzałem czysty drewniany stół, dwa krzesła, kwadrat słonecznego blasku na podłodze. Powinienem był poczuć ulgę, ale wokół mej piersi zacisnął się ostry szpon. Pokój wydawał się taki czysty, taki pusty, a jednak…

– Proszę, panie Darnay. Niech pan usiądzie i na mnie zaczeka.

Wziął długi, powolny wdech. Spojrzał na mnie raz, a gwałtowność w jego spojrzeniu była jak niezrozumiała zagadka. A potem przeszedł przez drzwi. Kiedy usiadł, trzymał się bardzo prosto, jakby próbował się nie trząść.

– Emmett, dobrze się czujesz? Nie powinien był nigdy… – Jej oczy szukały na mojej twarzy reakcji, której tam nie było. – Idź się położyć.

– Nic mi nie jest.

– To idź do kuchni i wymieszaj słoik pasty. – Patrzyła, jak ją mijałem. Musiałem się wysilić, żeby się nie zataczać. Dookoła mnie łopotały czarne skrzydła i trudno mi było zauważyć, dokąd zmierzam. Ten pokój, ten cichy, mały pokój…

Usiadłem na schodach. Światło kładło się srebrną koronką na deskach podłogowych. Jej kształt przywołał jakieś wspomnienie – na wpół zapomniane koszmary, błysk twarzy Luciana Darnaya, jego głodne, czarne oczy. Ciemność długo wisiała wokół mnie niczym mgła; tylko teraz było w niej coś nowego, błysk zębów, ostrzejszych, niż dało się znieść. Nie nienawiść – ale coś, co rozdarłoby mnie na strzępy, gdyby tylko mogło.

A potem mnie otoczyło – i było po mnie.

 

 

 

 

 

 

 

 

III

 

 

 

 

Powoli wynurzałem się ku szaremu światłu dnia i stłumionemu odgłosowi deszczu. Słyszałem też inny dźwięk, którego nie zdołałem od razu zidentyfikować: gapiłem się na sufit i zastanawiałem leniwie, co to. Szelest, przerwa, ludzki oddech, szelest… Kiedy po długim czasie odwróciłem głowę, ujrzałem Seredith siedzącą ze schyloną głową przy stole obok okna. Miała przed sobą drewnianą ramkę i składki papieru. Zszywała strony ze sobą, najpierw w jedną stronę, potem w drugą, i to nić szeptała, kiedy ją naciągała. Długo ją obserwowałem, kołysany rytmem: włóż, pociągnij, wyjmij, przełóż, włóż… Zaciągnęła supeł, ucięła nić, sięgnęła po szpulkę, odmierzyła kolejną długość, zawiązała supełek. Było tak cicho, że usłyszałem ciche pyknięcie zawiązywanego supła. Spojrzała na mnie i się uśmiechnęła.

– Jak się czujesz?

– Ja… – Przełknąłem i suchość w ustach przywróciła mnie do rzeczywistości. Wszystko mnie bolało. Nadgarstki mnie piekły jak po chińskiej torturze. Zaskoczony spojrzałem w bok. Byłem przywiązany do łóżka pasami białawej tkaniny, która zwinęła się w wąski rulon wcinający mi się w ciało, jakbym próbował się uwolnić.

– Miałeś koszmary – powiedziała Seredith. – Pamiętasz?

– Nie. – A może jednak? Wybrzmiewające echo krzyków, ciemne oczy, które mnie obserwowały…

– Nie szkodzi. Skoro się obudziłeś, to cię rozwiążę.

Wstała, ostrożnie odłożyła igłę na szczyt do połowy zszytego bloku i schyliła się, by kościstymi palcami rozwiązać węzeł. Leżałem bez ruchu, nie patrząc na nią. Co zrobiłem? Czy znów oszalałem? Ostatnim razem, kiedy było naprawdę źle, zaatakowałem mamę i tatę. Alta bała się do mnie zbliżyć. Czy zaatakowałem Seredith?

– Proszę. – Przyciągnęła krzesło do mojego łóżka i usiadła na nim z ostrym wydechem. – Jesteś głodny?

– Nie.

– Będziesz. Pięć dni cię nie było.

– Nie było?

– Jeszcze dwa dni odpoczynku. Potem możesz próbować wstać.

– Czuję się dobrze, mogę wstać teraz. – Dźwignąłem się do pozycji bardziej pionowej i złapałem boku łóżka, kiedy nagle zakręciło mi się w głowie. Zawroty powoli ustały, ale zużyły całą moją siłę i pozwoliłem głowie opaść na poduszkę. Zacisnąłem powieki, zakazując sobie płakać. – Wydawało mi się, że zdrowieję.

– Bo zdrowiejesz.

– Ale… – Wolałem nie myśleć o tym, co się działo; jedna stara, krucha kobieta przeciw rozszalałemu, majaczącemu czeladnikowi. Mogłem zrobić jej krzywdę albo i gorzej…

Poruszyła się.

– Otwórz oczy.

– Co?

– Spójrz na mnie. Tak lepiej. – Pochyliła się ku mnie. Czułem zapach mydła, kleju i skóry z fartucha. – To był nawrót. Ale najgorsze minęło.

Odwróciłem twarz. Słyszałem, jak mama powtarzała te słowa, za każdym razem z mniejszym przekonaniem.

– Zaufaj mi, chłopcze. Wiem co nieco o gorączce oprawczej. Zazwyczaj nie jest taka dramatyczna, ale… dojdziesz do siebie. Oczywiście powoli.

– Co? – Podniosłem głowę tak szybko, że moją skroń przeszył ostry ból. Czyli była nazwa na to, co się ze mną działo? – Myślałem, że to po prostu… szaleństwo.

Parsknęła.

– Nie jesteś szalony, chłopcze. Kto ci takich bzdur naopowiadał? Nie, to po prostu choroba jak każda inna. To rodzaj przejściowego ataku.

Choroba, jak grypa, szkorbut albo czerwonka. Bardzo chciałem w to uwierzyć. Spojrzałem na czerwone pręgi na nadgarstkach. Wyżej, na przedramieniu, miałem dwie niebieskawe smugi, jak od palców. Przełknąłem ślinę.

– Gorączka oprawcza? Co to ma wspólnego z oprawiaczami?

Zawahała się.

– Tylko oprawiacze na nią chorują. Nawet nie… Tylko ludzie, którzy mogliby zostać oprawiaczami. Kiedy masz powołanie… Czasami coś idzie nie tak w twojej głowie. Stąd wiedziałam, że będziesz oprawiaczem, i to dobrym. Nie ma się czego wstydzić. A jak już tutaj jesteś, wszystko minie.

– Czy wszyscy oprawiacze chorują?

– Nie wszyscy, nie. – W okno uderzył deszcz. Podniosła wzrok, a ja za nim podążyłem: na zewnątrz były tylko szara pustka mokradeł i welony mgły. – Jedna z największych oprawiaczek nieomal od niej umarła – rzekła. – Margaret Pevensie. Była wdową i żyła w średniowieczu, oprawiła niemal dwadzieścia książek, a to wtedy było bardzo dużo. Kilka z nich przetrwało. Kiedyś wyprawiłam się do Haltby, żeby je obejrzeć. – Spojrzała na mnie. – Mój mistrz powiadał, że gorączka oprawcza odróżniała artystów od zwykłych rzemieślników. Zawsze myślałam, że się ze mnie nabijał, ale jeśli miał rację… no, będzie z ciebie świetny czeladnik.

Położyłem dłoń na siniakach na ramieniu, przykładając do nich palce. Wiatr mruczał w strzesze i uderzał o szyby kolejnymi strugami deszczu, ale dom miał grube, solidne ściany i był stary jak kamień. Gorączka oprawiaczy, nie szaleństwo albo słabość.

– Przyniosę ci trochę zupy. – Wstała, włożyła szpulkę nici i zszyte strony do kieszeni fartucha, a następnie podniosła ramkę.

Wyciągnąłem szyję.

– Czy to…?

– Tak. To będzie książka Luciana Darnaya.

Jego nazwisko było jak hak, który wbił się w moje wnętrzności i pociągnął. Lucian Darnay, chłopak, który mnie nienawidził. Hak wbił się niżej, pociągnął mocniej.

– Co dla niego robisz? – Seredith spojrzała na mnie, ale nie odpowiedziała. – Mogę zobaczyć?

– Nie. – Minęła mnie i ruszyła do drzwi.

Spróbowałem wstać, ale pokój zawirował.

– Czy to…

– Wracaj do łóżka.

– …on, Seredith, czy ja… Czy ja zachorowałem przez niego albo… Kto to był, dlaczego on…

– On nie wróci. Odszedł.

– Skąd wiesz?

Odwróciła wzrok. Nad nami zaskrzypiała belka i dom wydał się nagle kruchy, jakby grube ściany były jedynie złudzeniem.

– Przyniosę ci zupy – powiedziała i zamknęła drzwi.

 

Przez jakiś czas Seredith zamykała się popołudniami w warsztacie. Nie mówiła mi, co robi, a ja nie pytałem; wiedziałem jednak, że pracuje nad książką Darnaya. Czasami, kiedy kończyłem swoje prace, opierałem się o drzwi, na wpół nasłuchując, na wpół śniąc, próbując zrozumieć, co słyszałem. Zazwyczaj ciszę – dziwną, ciężką ciszę, jakby cały dom nasłuchiwał razem ze mną, każde włókno drewna i gipsu dostrajało się do nieobecności dźwięku – ale od czasu do czasu coś stukało, coś szurało, a raz zaklekotał przewracany kubek. Im zimniej się robiło, tym bardziej od stania nieruchomo bolały mnie stawy, ale nie mogłem się oderwać. Nienawidziłem przymusu, który mnie tam trzymał w oczekiwaniu na coś, czego nie rozumiałem, ale nie mogłem mu się oprzeć; był mieszaniną ciekawości i przerażenia, podsycany koszmarami, które wciąż mnie nawiedzały, nawet teraz, kiedy zdrowiałem

Zdarzały się rzadziej i przybrały inną formę – bezkształtne mroczne koszmary zmieniły się w czyste sny, pełne słońca – ale wcale się nie poprawiły. Od tamtego dnia strach miał twarz Luciana Darnaya. Widziałem go raz za razem, jego ostry wzrok, ostatnie spojrzenie, które mi rzucił, zanim ruszył ku na wpół otwartym drzwiom na końcu warsztatu. Widziałem, jak siada wyprostowany w tym cichym, jasnym, straszliwym pokoju, i ogarniała mnie fala paniki – bo w moich snach to nie on tam siedział, tylko ja.

Sny próbowały mi coś przekazać. Nie wiedziałem, czego się boję, ale jedno było pewne: mieszkało to w