Książę Lampedusy - Steven Price - ebook + książka

Książę Lampedusy ebook

Price Steven

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Lata pięćdziesiąte XX wieku, skąpana w słońcu Sycylia. Giuseppe Tomasi, ostatni książę Lampedusy, żyje w wytwornym ubóstwie wśród dekadenckiej arystokracji. Nie korzysta z samochodu, przechadza się po Palermo o lasce, tęgi i zgarbiony, ciałem dwadzieścia lat starszy, niż wskazuje metryka. Zwą go il mostro – potworem i pożeraczem. Wszystko z powodu książek – bo nie czyta ich, tylko je pochłania.

Tę schyłkową melancholię w zniszczonych pałacowych wnętrzach zakłóca mu wiadomość o nieuleczalnej chorobie płuc. Pojmuje wtedy, czego w życiu żałuje najbardziej: że niczego po sobie nie pozostawi. Nie spłodził syna, nie doczekał się córki. Zawiódł swoich wielkich przodków. Rozmyślając o końcu książęcego rodu Lampedusów, postanawia napisać wielką powieść o zmierzchu epoki sycylijskich arystokratów i wielowiekowego piękna z czasów Zjednoczenia Włoch. I o łatwości, z jaką zrywa się ciągłość i trwanie. Książka ta ukaże się w 1958 roku, już po śmierci Giuseppego, a cały świat pozna ją pod tytułem Il Gattopardo.

Steven Price, bazując na biograficznych szczegółach z życia Giuseppe Tomasiego di Lampedusy, daje czytelnikowi do rąk elegancką i nostalgiczną powieść o odchodzącym świecie. Odtwarzając ostatnie lata autora Geparda, tworzy poruszającą opowieść o kresie życia i o lęku przed odejściem w niepamięć. Książę Lampedusy to również hołd oddany literaturze i próba wniknięcia w umysł jednego z najwybitniejszych włoskich pisarzy XX wieku.

„Price barwnie odmalowuje przejście Włoch od trudów powojnia do początków la dolce vita. Lśniące karoserie szybkich sportowych aut ukazuje na tle osypujących się fasad sycylijskich palazzi. Uczta dla italofilów.” „Publishers Weekly”

„„Książę Lampedusy” opowiada o powstawaniu słynnego „Geparda”. We wspaniałych fragmentach opisujących proces twórczy przejmująco ukazują się nam ostatnie lata życia autora, który pisząc, żegna się ze światem. Mocny, ale czuły portret wielkiego pisarza. Giuseppe Tomasi di Lampedusa staje się równie fascynujący jak jego niezapomniana proza.” Wendy Smith, „The Washington Post”

“Pomysłowa powieść oparta na faktach. Price składa hołd Lampedusie, lecz nie wpada w pułapkę hagiografii. W jego książce oglądamy człowieka, dla którego jesień życia nie jest czasem odpoczynku: on musi pisać, bo zostało mu niewiele czasu.” „Booklist”

„Świetnie skrojona i dopracowana powieść. Gęsta, intensywna, błyskotliwa, czasami uderzająca w poetyckie tony. Godna swojego bohatera.” Joseph Luzzi, „The New York Times”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 347

Data ważności licencji: 4/23/2030

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Tytuł oryginału angielskiego Lampedusa

Projekt okładki Kira Pietrek

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś

Fotografia na okładce © Walter Bibikow / DigitalVision / Getty Images

Copyright © 2019 by Ides of March Creative, Inc.

All rights reserved

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2026

Copyright © for the Polish translation by Maciej Stroiński, 2026

Opieka redakcyjna Przemysław Pełka

Redakcja Filip Fierek

Korekta Aleksandra Kalinowska / d2d.pl, Agata Milewska / d2d.pl

Skład Robert Oleś

We acknowledge the support of the Canada Council for the Arts for this translation

Konwersja i produkcja e-booka: d2d.pl

ISBN 978-83-8396-344-0

Dla Lorny Crozier

Pamięci Patricka Lane’a

A sen rozsiewa się we śnie

jak groźne półobce ciało.

Valerio Magrelli

Podchodzimy do potwora

Styczeń 1955

W mniejszej bibliotece miał biały odłamek skalny, niczym polip koralowca, przywieziony z Lampedusy przez handlarza cukrem. Popołudniami chwytał go i trzymał pod światło, czując w dłoni jego twardy, ciężki konkret. Był księciem tej wyspy, lecz jak wszyscy jej książęta nigdy nie postawił stopy na lampeduzyjskiej ziemi ani nawet nie oglądał z daleka jej brzegów. Gościom mówił cierpko: jest to ogniste odludzie gdzieś na końcu świata; któż chciałby tam mieszkać? Nie dodawał jednak: ten, kto się urodził w wielkiej i zacnej rodzinie, na zawsze ma gniazdo w familijnych żalach. Nie wznosił kamienia, mówiąc: martwa rzecz, lecz mnie przeżyje. Był ostatnim z rodu; na nim wszystko się kończyło.

W dzieciństwie usłyszał od guwernantki, że piaski Sycylii przywiało z Sahary, co potem zawsze powtarzał, choć nie wiedział, czy to prawda. Wyobrażał sobie tumany pyłu nad wodą, rozgrzane, połyskujące czerwonawe chmury, które niesie wiatr z południa, pustynny sirocco omiatający wyspę Lampedusę. Co dzień rano wstawał i szedł po tarasie wzdłuż via Butera, stąpając po piasku, który osiadł nocą; ślady jego kroków urywały się, jakby nagle wyparował, przy murku nad Foro Italico, skąd zwykł podziwiać jutrzenkę, stojąc tyłem do Sycylii i do morza na południu, i do gorejącej wyspy, swojego dziedzictwa.

Nie kochał Palermo z jego zakurzonymi brukami i zniszczeniami po wojnie. Choć zamierzał umrzeć w mieście swego urodzenia, czuł do niego tylko gorycz, która przyćmiewała miłość. Z umiłowaniem wygrywały silniejsze uczucia. Miłość to było coś błahego, ulotnego, ludzkiego, arcyludzkiego. Kochał Anglię, wielbił Paryż, straceńczo uwielbiał austro-węgierskie obozy jenieckie, gdzie przecierpiał swoje podczas pierwszej wojny, i miłował lasy Łotwy, mroczne i bezkresne, oglądane z okien pociągów i autobusów. Ale zawsze wracał tutaj, do niekochanego miasta, do swej matki, księżnej wdowy, później, po jej śmierci – do starych uliczek noszących rodowe miana. Już kiedy się wychowywał w ojcowskim palazzo, dostrzegał w Palermo rozgrzane do czerwoności piekło, które leżało na poziomie morza. Pył dolatywał znad morza, jak gdyby z niego buzował, a promy z Neapolu wolno i ospale niosły śnięte od upału dusze. To jedno się nie zmieniło. Na stare lata, w połowie stulecia, mieszkał w zrujnowanym pałacu nad brzegiem, skąd miał widok na zatokę, mógł więc przyglądać się z góry promom cumującym w porcie, jakby wypatrywał na lśniących pokładach kogoś, kogo dawno stracił.

Stojąc tak w pantoflach i piżamowym szlafroku, zmiatał warstwę piasku z muru i odruchowo otrzepywał palce, aby się otrząsnąć z późnonocnych smutków i jakoś wejść w nowy dzień.

Od kiedy Amerykanie przeszli przez Sycylię, mieszkał z żoną Alessandrą w części małego palazzo na palermiańskiej starówce przy wąskiej via Butera, ale z widokiem na morze przez oszklone okna. Gdyby go o to zapytać, odrzekłby, że owszem, ma tu dach nad głową, lecz jednak nie jest u siebie. Jego prawdziwy dom piętrzył się za grubym, z wolna wietrzejącym murem parę ulic dalej, niemal zupełnie zburzony od przewiezionej przez Atlantyk bomby służącej tylko jednemu: spustoszeniu dotychczasowego porządku świata. Domostwo zbombardowano w kwietniu 1943 roku, a posiadłość żony w łotewskim Stomersee rok później zajęli Rosjanie. Nagle oboje stali się bezdomni i osieroceni. Szedł ulicami Palermo już odmieniony: ciążyła mu strata, wcale go nie wyzwoliwszy. Urodził się na stole z ciemnego mahoniu w dawnym rodzinnym pałacu, a obecnie rumowisku przy via di Lampedusa, i sypiał samotnie w pokoju dziecinnym aż do wieku męskiego, nawet dziesięć lat po ślubie, i nie wyobrażał sobie życia bez swojej izdebki.

Wojna zrujnowała wszystko. W pałacyku nad morzem nie mieli bieżącej wody, a sufit sali balowej zapadł się podczas bombardowania dwanaście lat wcześniej. To, co jeszcze stało, zapełnił meblami, które zdołał uratować z palazzo własnej familii. Obmywał się co dzień rano nad miską z mętną deszczówką zbieraną w łazience, gdzie ciekło przez dach. Łaźnia jakich mało, żartował z przekąsem; nie ma wody w kranie, no a proszę, leci.

Rozmyślał o tym wszystkim, gdy budził się z pierwszym świtem, wstawał z samotnego łoża, owijał się kocem i cicho przemykał koło żoninej sypialni. Jego wówczas już sędziwa i śmiertelnie chora matka osiadła po zawieszeniu broni w ruinach palazzo Lampedusa, gdzie w przeciągu roku zmarła. Za to jego żona, Alessandra Wolff, ani trochę nie tęskniła za starym Palermo. Kiedy gdzieś wkraczała, drzwi się za nią zamykały, a w pomieszczeniu ciemniało. Była poliglotką, znawczynią literatury, jedyną w ówczesnych Włoszech psychoanalityczką; do późna wysłuchiwała pacjentów w zabytkowej bibliotece domowej; mąż kochał ją za intelekt i za szacunek dla ich wspólnej samotności. Córka śpiewaczki Alice Barbi, ostatniej muzy Brahmsa, po ponownym zamęściu matki została pasierbicą jego londyńskiego stryja Pietra. Kiedy przyszły małżonek, jak wspominał po latach, pierwszy raz zobaczył Alessandrę, z miejsca zaniemówił. Proszę mówić mi Licy, zagaiła. Zrobiły na nim wrażenie jej kruczoczarne włosy i jeszcze czarniejsze oczy, i szerokie, mocarne jak u sopranistki ramiona. Od pierwszego wejrzenia w stolicy Anglii przed trzema dekadami, kiedy jeszcze trwało jej pierwsze małżeństwo, uznał ją za przystojną i niedostępną. Nie mógł się nadziwić, że tyle już lat minęło. Widział w niej nadal tę damę, którą ujrzał po raz pierwszy: starszą od siebie, bardziej obytą, kroczącą zawsze parę kroków przed nim i nieodwracającą głowy, gdy mówiła doń przez ramię z chłodnym wdziękiem, który łatwo można było wziąć za arogancję. Lecz miała w sobie zarazem wielką delikatność. Jej inteligencja, niebanalna uroda i zdecydowane poglądy nierzadko peszyły mężczyzn; i to również w niej uwielbiał.

W któryś poranek pod koniec stycznia wybierał się do lekarza, aby poznać wyniki badania spirometrycznego. Podniósł się obolały, mnąc prześcieradło, i spuścił z łóżka miękkie blade stopy, zaskoczony zawrotami głowy i płytkim oddechem; organizm najwyraźniej uznał, że wreszcie zacznie go zdradzać.

Przeszło mu, lecz na półpiętrze wysokich marmurowych schodów, którymi szedł na śniadanie, znowu poczuł ból; kurczowo chwycił się poręczy i pod portretami przodków, wiszącymi w cieniu, z trudem łapał oddech, usiłując rozluźnić krawat. Sam już nie wiedział, czy jego dolegliwość nie jest urojona. Przycisnął dwa palce do klatki piersiowej na wysokości serca, robił wdech i wydech. Na pewno czuł w sobie nieznany mu dotąd popłoch. Poprzedniego wieczoru przy kolacji słowem nie wspomniał żonie o umówionej wizycie lekarskiej, jedynie z łagodnym uśmiechem oznajmił, że nawet nie spostrzegł, kiedy się zestarzał.

Stare to są drzewa, odparła mu Licy. Książęta są w słusznym wieku.

Przy stoliczku w holu poprawił kapelusz na głowie, nie dowierzając swojemu odbiciu w lustrze. Kłuło go w piersiach, przestało.

Ech, pomyślał.

Z żalem pociągnął za skórę koło oczu, aby ją wygładzić.

Przeszedł próg starości, jak inni przechodzą przez próg drzwi: bez chwili zastanowienia, jakby zawsze mógł zawrócić. Miał pięćdziesiąt osiem lat. Od końca wielkiej wojny palił jak smok, tylko z przerwami na sen. Smutek i nieśmiałość, widoczne już na jego dawnych fotografiach, wyżłobiły mu zmarszczki na twarzy. Jako chłopiec, wspominał, głupio czuł się w towarzystwie dorosłych, i tak mu zostało. Nie podnosił głosu i często mówił z przekąsem; inni zwykli sądzić, że uważnie ich słucha, podczas gdy bardziej ciekawiła go gra światła niż czyniona przed nim spowiedź. Cenił samotność i lubił sobie dogadzać; roztył się w latach trzydziestych, gdy przebywał w Anglii, a kiedy z niej wrócił, sprawie nie pomogły łakocie z Palermo. Nie uznawał samochodów i przechadzał się po okolicy o lasce, tęgi i zgarbiony, ciałem dwadzieścia lat starszy, niż wskazywała metryka, zawsze z książką lub dwiema pod pachą. Odkąd w młodości sypnął mu się zarost, nosił delikatny, równo przystrzyżony wąsik; co rano pomadował i zaczesywał do tyłu siwiznę, po czym wkładał granatowy, wspaniale skrojony i dawno niemodny garnitur. Od ponad pięćdziesięciu lat zaczytywał się literaturą włoską, francuską i angielską w oryginałach. Kuzynostwo zwali go il mostro, potworem i pożeraczem, ponieważ nie czytał książek, tylko je pochłaniał.

Zjawił się w gabinecie lekarskim punktualnie o dziesiątej rano, a doktor Coniglio od razu go przyjął. Zachowywał się dziwnie sztywno, co zaniepokoiło pacjenta, obawiającego się złych wieści. Coniglia znał od dawna. Byli rówieśnikami. Lekarz miał dużo wdzięku, był barczysty, chodził w nakrochmalonym schludnym kołnierzyku i zawsze podwijał rękawy koszuli. Chory lubił go za serdeczność, dobre słowo i jasną twarz, od której aż biło światłem. Coniglio dojeżdżał co tydzień do Palermo z dalekiego Capo d’Orlando, by doglądać jego matki, gdy umierała w ruinach casa Lampedusa. Przed wojną służył jako lekarz rodzinny u jego kuzynów Piccolów, wizytując ich w willi Vina, i dopiero od pięciu lat prowadził praktykę w mieście. Ujrzawszy jego nowy gabinet, pacjent przypomniał sobie chłód i trzeźwość w spojrzeniu matki, gdy patrzyła na doktora. Ona też go miała za prawdziwego dżentelmena. Lecz również wolała, by nie zbliżał się do syna.

Nie uważał się za nieśmiałego, ale onieśmielało go towarzystwo ludzi pokroju doktora, pełnych szacunku dla pozycji społecznej pacjenta, ambitnych i wziętych fachowców światowców, którzy wiedzą, czego chcą. Peszyli go swobodą w obejściu, a swoją pewnością siebie wprawiali w zakłopotanie. Czaił się przy nich i wahał, aż umykał mu dobry moment na ciętą ripostę albo ironiczny żart, które zwykły przychodzić do głowy po czasie. Mrugał tylko tęsknie, lekko się uśmiechał i bezradny wymieniał spojrzenie z rozmówcą.

Poczekał, aż doktor wskaże mu krzesło, po czym rozpiął zimowy płaszcz i usiadł. Zdjął kapelusz, odwrócił do góry dnem, umieścił w nim rękawiczki, oparł laskę na kolanach. Ostrożnie postawił z boku skórzaną torbę, z której wyzierały zawinięte w papier lukrowane ciasteczka z Cukierni u Massima, gdzie zaszedł na śniadanie, i lśniący grzbiet lektury na dzisiaj, mianowicie Klubu Pickwicka. Odruchowo sięgnął do kieszeni po papierosy, ale zauważył, że doktor mierzy go wzrokiem.

Lepiej nie?

No cóż, don Giuseppe, rzucił Coniglio z uśmiechem dezaprobaty, nie wszystkie przyjemności życia są niewskazane lub niedozwolone. Ale niektóre najszczerzej odradzam. Wygląda książę na zmęczonego.

Giuseppe cofnął rękę i skrzyżował nogi, a pikowane purpurowe obicie krzesła zaskrzypiało. Lekarz rozsiadł się z boku biurka, założył nogę na nogę, oparł na udzie luźno splecione dłonie, którymi zwykł omacywać i badać pacjentów, ciąć ich skórę i wnikać w zakamarki ich ciał. Spojrzeli sobie głęboko w oczy.

A więc?, zapytał Giuseppe.

Tak jak myślałem, niestety, lekarz odezwał się powoli i z namysłem. Rozedma. Można ją spowolnić, ale nie zatrzymać. No cóż.

Giuseppe zareagował wątłym uśmiechem; nie wiedział, co odpowiedzieć.

Spirometria czasem daje niepewne wyniki. Można by zlecić ponowne badania.

A warto?

Coniglio wpatrywał się weń przez chwilę. Niekoniecznie, odrzekł łagodnym tonem. Sam książę przyszedł? Spodziewałem się szanownej małżonki.

Giuseppe spokojnie pokręcił głową.

Zawsze lepiej nie samemu, poradził pan doktor. Wstał, stanął za biurkiem, wysunął szufladę i odkręcił skuwkę pióra. Zapiszę coś przeciwbólowego. Ale jedyne skuteczne lekarstwo to rzucić palenie.

Za firanką szarzyło się zimowe przedpołudnie. Giuseppe zamknął oczy, a po chwili je otworzył.

A wtedy wszystko się cofnie?, spytał.

Proszę księcia, to jest przypadłość przewlekła i nie sposób jej odwrócić. Postępuje i już. Kwestia tylko, w jakim tempie. Trzeba zmienić sposób życia. Gimnastykować się. Chadzać na spacery. Trzymać się właściwej diety. I przede wszystkim żyć spokojniej, bez nerwów.

I nic innego nie pomoże?

Najpierw wypróbujmy to.

Ale ta choroba w końcu mnie zabije?, drążył temat.

Coniglio przyglądał mu się milcząco zza biurka. Może coś innego wcześniej, odparł.

Giuseppe, chcąc nie chcąc, uśmiechnął się.

To na ból, a to na sen. Lekarz powoli wypisywał receptę. Rozsupłał czerwoną teczkę, wyjął z niej dwie maszynopisowe kartki, przyjrzał się im i włożył je z powrotem. Starość nie radość, proszę księcia, stwierdził. Dość długo się jej nie czuje, ale młodszym się nie będzie.

Owszem.

Ciało kiedyś przypomni nam o sobie.

Ano.

Coniglio złączył dłonie koniuszkami palców. Było po nim widać, że chce coś powiedzieć, ale nie wie jak. Po chwili, ku zaskoczeniu Giuseppego, jakby nigdy nic przeszedł do tematu własnej żony. Ożenił się z Francuzką, która, jak wszyscy wiedzieli, była dla niego niedobra. Stwierdził: Jeanette wróciła do Marsylii. Jej siostra choruje. Żona chce być przy rodzinie. Prosi w liście, bym przyjechał. I został na stałe.

O.

Księżna Alessandra długo mieszkała osobno, jeśli się nie mylę?

Tak. W latach trzydziestych.

Matka księcia mi wspomniała. Żona osiadła na Łotwie?

Giuseppe skinął głową. Nie chciał nawet się domyślać, co też jego matka jeszcze naopowiadała.

Coniglio stukał piórem o obrączkę, stuk, stuk, stuk, ale minę miał spokojną, włosy przyczesane, a grafitową koszulę nieskazitelną i wyprasowaną. No i widzi książę, stwierdził, właśnie tak trzeba by żyć. Mamy w końcu nowe czasy. Tłumaczę sobie: dasz radę. Od czego są telefony, samoloty?

Giuseppe postanowił nie wyjaśniać lekarzowi, jak to faktycznie wyglądało. Licy już wówczas, jak zawsze, robiła, co chciała. Zbiegła na Sycylię dopiero, kiedy Sowieci byli już blisko jej łotewskich włości; szli i palili dwory na swej drodze. Książę się nie łudził, że żona przybyła, by ucieszyć sobą męża.

Jeanette uważa, że lekarz w każdym mieście znajdzie pracę, powiedział Coniglio. Nawet sycylijski lekarz. Pewnie ma trochę racji.

I co pan zamierza?

Coniglio spojrzał za okno, lekko uśmiechnięty. Wyobrażę sobie najgorsze scenariusze i wybiorę najmniej zły, odparł. Martwię się tylko o swoich pacjentów, don Giuseppe. Jeśli postanowię jechać, czeka mnie wiele pożegnań.

Zawsze łatwiej opuścić, niż być opuszczonym, zauważył Giuseppe.

Owszem. Niektórych podróży nie sposób odłożyć.

Giuseppe pochylił głowę.

Coniglio chwycił się za grzbiet nosa w geście zatroskania i zakłopotania. Zdjął okulary i zamrugał bladobłękitnymi oczami. Zmieszanie doktora zaskoczyło i onieśmieliło Giuseppego. A wie książę, zaczął lekarz, kiedy muszę podjąć niełatwą decyzję, od lat przypominam sobie słowa pańskiej matki: niech doktor wybiera to, co jest łatwiejsze. Nigdy nie słucham jej rady. Chyba coś ze mną nie tak.

Zerknęli na siebie, jakby moneta błysnęła w zimnym świetle słońca.

Pańska matka to był ktoś, kontynuował Coniglio. Zawsze miała swoje zdanie. Rozmawialiśmy chociażby o Mussolinim.

Pod koniec zaczęło mieszać się jej w głowie.

Nie znosiła jego getrów. Co on tak w tych getrach chodzi?, mawiała. Coniglio się uśmiechnął i pokręcił głową. Pamiętam, że kiedyś chwyciła mnie za rękę i powiedziała: Mussolini nic nie zdziałał, no ale przez niego wszystko się zmieniło.

Miała na myśli nasz dom, wyszeptał Giuseppe.

Przepiękny palazzo, potwierdził lekarz. Amerykanie mogliby odpuścić sobie te bombardowania.

Doktor wie? O, proszę.

Coniglio spojrzał skonsternowany. Przychodziłem do niej z wizytami domowymi.

Gdy już nie był taki piękny.

No cóż.

Miał czasy świetności, nim przemienił się w ruinę.

Ale, don Giuseppe, później również był niebrzydki. W dzieciństwie mijałem palazzo w każdy niedzielny poranek. Ojciec prowadził stragan z rybami na targu Vucciria. Nadkładałem drogi, żeby przejść koło pałacu. Nie zawsze było mi śpieszno do taty na bazar.

Opowiadał bez skrępowania, nie wstydząc się swoich korzeni; Giuseppemu pozostało tylko kiwać głową. I nagle pomyślał, jak to wszystko jest nieważne. Przypomniał sobie, że krótko przed śmiercią matka przestała ufać swemu lekarzowi, o którym mówiła, krzywiąc się i kaszląc, że to jej doktor mafioso. Już chciał się odezwać, ale zamknął usta. Nie gap się jak śnięta ryba z rozdziawioną gębą, mawiała mu matka. Poderwał się z krzesła.

Pan doktor wybaczy, rzekł.

Coniglio nieco się podniósł i oparł o biurko. Ależ oczywiście.

Zasiedziałem się.

W porządku. Nie ma pośpiechu, jeszcze pomówimy, proszę księcia. Byłby książę łaskaw pozdrowić ode mnie don Casimira i don Lucia? I, rzecz jasna, księżną.

Te staroświeckie grzeczności zabrzmiały Giuseppemu niczym z angielskiej powieści, jakby tłumaczone na głos zdania z Mereditha lub George Eliot; spod ciężkich powiek spojrzał na doktora. Ten człowiek najlepiej wiedział, w jaki sposób odchodziła matka jego pacjenta, zdawał sobie sprawę, jak cierpką i trudną miłością darzyła swojego syna, oglądał jej gorycz, słyszał wyrzekania i przekleństwa szeptem. Na samo wspomnienie, przykre i wyraźne, Giuseppe poczuł się głupio, bezbronny jak dziecko. Po chwili mu przeszło i chciał już tylko opuścić mały gabinet lekarski, w którym pachniało gazą skropioną cytryną, lakierem i kamforą niczym zapowiedzią śmierci.

Tak więc Giuseppe Tomasi, ostatni książę Lampedusy, powoli włożył kapelusz, wsunął palce w rękawiczki z jagnięcej skórki, które odziedziczył po świętej pamięci ojcu, chwycił laskę i podniósł znoszoną skórzaną torbę. Przystanął u drzwi.

Panie doktorze, ile jeszcze mi zostało?

Coniglio trzymał się biurka; kiedy uniósł głowę, w szkłach jego okularów odbiło się światło, przesłaniając oczy. To już zależy od księcia, odparł. Oby długie lata.

Skoro tak, stwierdził Giuseppe, to nie ode mnie zależy.

Lekarz się uśmiechnął, chociaż z pewnym smutkiem, a Giuseppe wyszedł, zamykając za sobą drzwi, w których cicho zadzwoniła matowa szyba, i ruszył o lasce w rześki, przejrzysty poranek, jakby wszystko było po staremu i jakby był dawnym sobą.

Stał osłupiały rykiem samochodów i skuterów przeciskających się przez tłumy, oparami spalin, światłami hamowania, krzykami przechodniów. Przepełniła go nagła i jasna świadomość, że śmierć go nie ominie. Pomyślał o Licy śpiącej przy via Butera za zaciągniętymi kotarami; chociaż zdawał sobie sprawę, że Coniglio słusznie radzi, by poszedł do żony i wszystko jej wyznał, nie uczynił tego. Poczuł w sobie ociężałość i nie chciał już nigdzie iść ani myśleć o czymkolwiek, pragnął tylko stać, gdzie stoi, w nurcie rzeki ludzkiej, wśród motocyklistów wrzeszczących na Lambrettach i straganiarzy zachwalających towary. Zostawił w tyle gabinet lekarski, który rozpływał się w mroku i stawał wręcz nierzeczywisty. Postanowił sobie, że pozwoli Licy pospać – tyle może dla niej zrobić. Pomówią wieczorem.

„Dla ciebie wieczór już nastał, tylko noc cię czeka”. Naszła go ta myśl, nie mógł jej odgonić, opuścił brodę na klatkę piersiową i z bólem wciągnął powietrze. A więc tak. Żona go przeżyje. Dotarło do niego, czego się dowiedział na wizycie u Coniglia: że zostawi żonę samą, zmuszoną radzić sobie bez niego. Zrobiło mu się przykro, że z nich dwojga to on pierwszy umrze; oparł się o laskę, szczelnie opatulony płaszczem z grubej wełny, i wnet się zawstydził, że też coś takiego postało mu w głowie.

Nie mieli dzieci. Co po nim zostanie Licy? Majątek im stopniał, nie mogli już się zaliczać do śmietanki towarzyskiej w rodzinnym Palermo; żyli w wytwornym ubóstwie; to, co jeszcze posiadali, pochłonęła wojna; w klubie Belliniego patrzono na Giuseppego krzywo, szemrano po kątach. Wystawne pałace zostały sprzedane albo popadły w ruinę. Jego matka była ostatnią znaczącą przedstawicielką rodu Lampedusów, ostatnią Lampedusyną z krwi i kości, i od początku nie pochwalała małżeństwa syna z Licy.

Giuseppe uniósł głowę w rześkim powietrzu. Jego matka. Coniglio powiedział prawdę: wierzyła w Mussoliniego. Wierzyła jak tylu innych. Giuseppe pamiętał, jak stała na tarasie casa Lampedusa, z wyraźną radością w łamiącym się głosie odczytując artykuł z łopoczącej na wietrze gazety, w której pisano o marszu na Rzym, czyli faszystowskim zamachu stanu. Z domu nazywała się Cutò, za młodu była pięknością i ładnie się zestarzała na szacowną, onieśmielającą arystokratkę. Pod powierzchnią odruchowej pewności siebie, bystrości i inteligencji krył się w niej otchłanny smutek, który jej syn – jak sam musiał przyznać – wyssał z mlekiem matki. Miała cztery siostry, trzy z nich odeszły z tego świata jedna po drugiej, co dręczyło ją do końca życia. Lina umarła z głodu pod gruzami po trzęsieniu ziemi w Mesynie w 1908 roku, trzy lata później ukochaną Giulię zamordował jej kochanek w obskurnym rzymskim hotelu, skandal zaś, który przez to wybuchł, doprowadził trzecią z sióstr do samobójstwa. Marię pochowano osobno, poza grobem rodzinnym; Giuseppe zapamiętał chłód pustego kościoła, nieobecność ojca i nieczułe modły księdza, odbijające się echem od mrocznych łuków sklepienia jak trzepot gołębich skrzydeł. Wspominał tamte czasy, matczyne błękitne buteleczki z laudanum, włóczęgę po Europie, rok spędzony w Neapolu, powrót do Palermo, które okazało się, przynajmniej w jego oczach, całkiem odmienionym miastem, bo zapełniło się złowrogimi twarzami, zasłoniętymi oknami, zamkniętymi drzwiami, i tylko oprawna w skórę cisza biblioteki księcia trwała jak uprzednio. Owszem więc, wierzyła w Mussoliniego, lecz gdy w roku 1940 jego rząd przyłączył się do wojny w nadziei wywalczenia imperium w Afryce, ze wstrętem zmięła gazetę i odpięła od płaszcza odznakę faszystów.

Pragnął zachować w pamięci co innego: elegancję matki, gładką biel jej szyi i miękkość skóry jej ramion. Kiedy wieczorami szczotkowała włosy przed lustrem, szeroko i zamaszyście poruszała lewą ręką, a za każdym pociągnięciem szeleściło włosie szczotki. Miała smukłą szyję i wąską talię; włosy upinała wysoko i nosiła głęboki dekolt w stylu belle époque. Giuseppe wspominał spacery w ogrodach Santa Margherita di Belice, gdy podążali z boną Anną dwadzieścia kroków za mamą i ciocią Giulią, które z gracją stąpały po białym żwirze pod rozpalonym niebem, olśniewając wszystkich jasnymi spódnicami. Śmiech matki niczym brzęk srebrnej łyżeczki o rżnięty kryształ. Syn kochał ją dlatego, że zaborczo domagała się absolutnego, bezwzględnego oddania, które w rzeczy samej otrzymywała; wszyscy w jej otoczeniu, a zwłaszcza Giuseppe, wielbili ją i zarazem się jej bali.

Gdy rozmyślał o niej, powracało doń zwłaszcza jedno wspomnienie. Miał wtedy zapewne jakieś cztery latka. Gościli z mamą u majętnej i wpływowej familii Floriów na wyspie Favignana. Plotki o matce i don Ignaziu, patriarsze rodu, usłyszał długo po fakcie. Tymczasem w któryś sobotni poranek jego sieneńska bona wcześnie uchyliła story, obudziła chłopca, uczesała go, wytarła mu buzię i szyję szorstkim ręcznikiem i ubrała go w strój wizytowy. Wyszli razem z izby i udali się po schodach od strony ogrodu na reprezentacyjny taras z widokiem na port. Utkwiły mu w pamięci pomarańczowe zasłony od wiatru, które wydymały się i łopotały, wyjątkowy poblask w cieniu białych klifów i kontrast jasności dnia z mrokiem toni morskiej. Na przyniesionym z galeryjki pluszowym fotelu zasiadała sędziwa Francuzka w posępnej wdowiej sukni, lekko powiewającej; odsłoniwszy czarny welon, zmrużyła niebieskie oczy, rażone światłem. Giuseppe dopiero po latach dowiedział się, że była to sama cesarzowa Eugenia, wdowa po Napoleonie III, która przybyła z wizytą do Floriów i wkrótce miała odpłynąć jachtem. Uklęknął przed nią i poczuł na czole muśnięcie jej spierzchniętych ust, na czubku głowy zaś dotyk jej filigranowej dłoni o skórze jak papier, po czym usłyszał jej słowa: quel joli petit, jaki śliczny malec. Przypomniał sobie, że zerkał na matkę, koło której siedział tęgi i kudłaty pan z ręką opuszczoną na oparcie jej fotela i wyszczerzający w uśmiechu śnieżnobiałe zębiska. Był to Ignazio Florio, ich gospodarz, magnat i pan na włościach. Mężczyzna wstał żwawo, klasnął w przepotężne dłonie, a Giuseppego odprowadzono.

To chłopiec zachował w sercu jako żywe wspomnienie: nieokreślony niepokój, wietrzną a piękną pogodę, niejasne przeczucie czegoś, czemu był świadkował, kiedy wokół niego działa się historia, a on, jeszcze dziecko, klęczał oszołomiony wszechogarniającym sycylijskim światłem.

Kiedy snuł się po starówce, zmierzając do antykwariatu pana Flaccovia, marzył o jednym: aby zaszyć się między regałami, z nikim nie rozmawiać i choć na chwilę zapomnieć o wizycie u doktora Coniglia, diagnozie i postępie choroby płuc. Szwendał się wąskimi uliczkami i mijał okutanych w zimowe płaszcze straganiarzy wykładających towary, dymiące spalinami Fiaty obładowane po dach, a nawet na dachu, kierowców w półotwartych drzwiach, którzy próbowali torować sobie drogę, konie pociągowe z klapkami na oczach, kobiety w chustach na głowie sennie spuszczające z balkonów wiadra z odliczonymi kwotami w środku, które odbierali obwoźni sprzedawcy na Vespach, a w zamian wkładali pieczywo i ryby. Zimowe słońce jaśniało matowo, mdło, bez żadnych półtonów. Gdzieś z radioodbiornika ryczał rock’n’roll. Giuseppe poczuł w klatce piersiowej niepojętą lekkość, jakby pierwszy raz widział na oczy tętniące życiem Palermo. Przepiękne miasto, pomyślał, pomimo wszystko przepiękne.

Skręciwszy za rogiem, przeszedł na drugą stronę via Ruggiero Settimo i zauważył chłopców, ale było już za późno, żeby zawrócić.

Czekali nań mimo ziąbu. Niemrawi i młodzieńczo rozmemłani, opierali się o wypaczoną szybę wystawy księgarni, dla rozgrzania zacierając ręce i machając nimi. Byli to Gioacchino i Orlando, zaprzyjaźnieni studenci: młodzi, czupurni i roześmiani od ucha do ucha.

Poznał ich dwa lata wcześniej, gdy wraz z małżonką odwiedził antykwariusza. Giuseppe polubił ich poczucie humoru i wesołe przekomarzanie; cieszył się, widząc, jak żona przygląda się twarzom chłopców i kiwa głową z zadowoleniem. Sam siebie zaskoczył, zapraszając ich do domu przy via Butera na dyskusję o Stendhalu, Szekspirze i Chaucerze; wiosną zaczął przygotowywać się do tych spotkań, spisywał notatki na temat literatury angielskiej, a rozmowy tymczasem przerodziły się w coś na kształt wykładów. Giuseppe zapełnił zapiskami już ponad tysiąc stron. Młodzieńcy nosili się i zachowywali to elegancko, to wyzywająco, co za jego młodości byłoby nie do pomyślenia. Trafili w orbitę Giuseppego, bo również wielbili literaturę, muzykę i kino, on natomiast cenił ich za coś jeszcze, coś na wskroś nowoczesnego, z czym pragnął obcować. Alessandra pierwsza zrozumiała, w czym rzecz, jeszcze zanim małżonek sam zdołał to pojąć: chłopcy należeli do nowego świata, który wyrzekł się ludzi pokroju jej męża i w którym nie było już miejsca dla takich jak on staroci.

Nie wspomniał młodym o wizycie u Coniglia, dzięki czemu czuł się raźniej. Wyższy z chłopaków zerwał się równo na nogi, rozwarł szeroko ramiona i pomachał. Był to Gioacchino, piękny dwudziestoletni, pełen energii i skłonny do żartów syn dalszego kuzynostwa. Rękawy płaszcza miał, pomimo chłodu, podwinięte aż po łokcie; z długimi gładkimi palcami i w przekrzywionym wąskim krawacie wyglądał niczym świeżo upieczony fotograf z Mediolanu. Giuseppe wpatrywał się weń w świetle dnia i pożerał go wzrokiem, jakby chciał się nakarmić jego energią i żywiołowością. Szczerze przywiązali się z żoną do Gioacchina i książę był wdzięczny, że chłopiec po prostu jest i czeka na niego.

Wujku!, zakrzyknął niepotrzebnie głośno Giò. Machał obiema rękami. Objuczona zakupami pani, która przechodziła obok, zmierzyła go wzrokiem zaniepokojona i szybko ruszyła dalej.

Założyliśmy, że tu pana zastaniemy, stwierdził drugi z młodzieńców, podszedłszy do Giuseppego. Mówił zachrypniętym głosem, jakby szorstkim od wypitego wina. Najpierw poszliśmy do Café Mazzara, lecz nie było pana.

Więc ruszyliśmy do składu antyków, oznajmił z uśmiechem Giò. Wyjaśniłem Orlandowi, że wszystkie starocie kiedyś w końcu tu trafiają.

Francesco Orlando wzruszył ramionami, przekładając pasek ciężkiej torby naramiennej.

Teraz do Giuseppego podszedł z kolei Gioacchino, wyciągnął z jego skórzanej torby ciastko i odgryzł spory kawałek. Ty jesteś, wujku, jak angielski lekarz, stwierdził z pełnymi ustami. Wszystko, czego ci potrzeba, zawsze masz na podorędziu.

Giò, basta, burknął Giuseppe.

Jednak wcale się nie gniewał na zadziornego chłopaka. Wujkiem był mu tylko przyszywanym, ale chętnie pozwalał się tak nazywać. Miał słabość do Gia i zawsze przymykał oko na jego wybryki. Sądził, że problem jest szerszy i tkwi w nowych czasach, które nie wpajają młodym żadnej rewerencji.

Ale zastaliśmy twojego kuzyna, odezwał się Orlando. W Mazzarze. Obiecaliśmy, że w końcu cię wytropimy.

Casimiro jest w Palermo?

Casimiro nie. Lucio.

Giuseppe odchrząknął i rozpiął płaszcz, by wyciągnąć papierosa. Za późno, przypomniał sobie przestrogę Coniglia; młodzi przyglądali mu się, więc zapalił i zaciągnął się głęboko. Zaczął się wpatrywać we Francesca Orlanda: krępego studenta w przekrzywionych okularach, o szerokiej, krągłej twarzy i dziobatym czole, adepta filologii z ambicjami naukowymi. Młodzieniec często się gładził po cienkim czarnym wąsiku, jakby dla nabrania pewności siebie. Jeden z rogów kołnierza miał wywinięty w górę, jeden z guzików urwany.

Giò oblizał palce i zgniótł papierek po ciastku. Wujku, powiedz Orlandowi, żeby poszedł ze mną na Marinę, poprosił. Ciebie posłucha.

Mnie szanuje.

Gioacchino rzucił wujowi cwane spojrzenie roześmianych ciemnych oczu.

Na przystań jachtów? A po co?, zapytał Giuseppe.

Pyknąć w pokera. Może zdążymy się dosiąść. A ty byś nie zagrał, wujku?

Szaruga się rozjaśniła. Zdezelowana, wycofana ze służby ciężarówka wojskowa przetoczyła się po ulicy, dymiąc z rury wydechowej, a Giuseppe zmrużył oczy, wyjął papierosa z ust i przyłożył sobie chusteczkę. Obawiał się napadu kaszlu i nic nie mówił, ale jego młodzi towarzysze nie zwrócili nań uwagi, zajęci sobą.

Muszę iść się uczyć, bronił się Orlando. Nie mam czasu na pokerka.

Nauka nie zając, nie ucieknie. Wujku, przekonaj go, proszę. Bo od czego jest się młodym? Życia też trzeba się uczyć. Stendhal chyba tak powiedział.

Chyba nie.

Na pewno?

Na pewno.

Giò się uśmiechnął, napinając zarumienione od chłodu policzki. Może źle zacytowałem, ale przynajmniej z pamięci. Wujku, co ci jest? Co ty się tak patrzysz?

Giuseppe raz po raz mrugał. Pochłaniał chłopaków wzrokiem ze wstydliwą łapczywością. Kanciasta krzepa Orlanda zdradzała jego korzenie w klasie średniej, nie do zamaskowania. Był zanadto skupiony, zanadto poważny. Natomiast Giò, ze zmierzwionymi włosami, przymrużonymi oczami i efektownym garniturem zębów, uosabiał wdzięk i wiotkość jak chart wyścigowy. Giuseppe pomyślał o Licy przy via Butera i wyobraził sobie, jak siedzi sztywno i bez słowa, gdy mąż jej wyjawia diagnozę lekarską.

Zawsze idziesz na łatwiznę, Gioitto, w końcu odpowiedział, ale bez przygany w głosie. Zajrzał przez zaparowaną szybę do wnętrza antykwariatu pana Flaccovia. Nie wejdziecie?

Giò roześmiał się. Oj, wujku, wujku. Biegnę, bo dama czeka na ratunek. A ty, Orlando, gdybyś jednak się namyślił, zastaniesz mnie u hrabiego Alfonsa. Szukaj faceta przy piecu z kupą dolarów pod ręką, bo to będę ja.

Kiedy Giò się oddalił, Francesco Orlando pokręcił głową. Gioacchino umie tylko stroić sobie żarty, powiedział. Nie chce mu się uczyć, nie wie, co to znaczy nie mieć na jedzenie. Uważa, że wszystko mu się należy.

I słusznie uważa, odrzekł Giuseppe. Bo komu się nie należy, mój drogi Orlando, temu nic się nie dostanie.

Chłopak się zawahał, usłyszawszy jego słowa. Don Giuseppe…

Tak?

Nie przyjdę dzisiaj na wykład. Muszę przysiąść do nauki. Jutro rano mam egzamin.

Giuseppe zapomniał, że przenieśli pogadankę na dzisiejszy wieczór. Przez tę wizytę lekarską miał zupełny mętlik w głowie; nagle uświadomił sobie, że musi wieczorem porozmawiać z Licy na temat wyników badań. Czyli i tak odwołałby spotkanie z młodymi. Chcąc ukryć zakłopotanie, stwierdził tylko szorstko: Masz swój rozum, rób, jak uważasz.

Chłopak się zaczerwienił. Już pan przygotował wykład. Naprawdę przepraszam.

Trudno.

Ale, don Giuseppe… Nie że nie cenię pańskich wykładów. Bynajmniej.

Giuseppe z miejsca pożałował, że tak ofuknął chłopaka. Poklepał go po ramieniu. Idź do książek, chłopcze, wykład nie ucieknie. Zrobimy sobie tydzień przerwy.

Za tydzień już nie opuszczę. Słowo.

W porządku.

Dziękuję, don Giuseppe.

Dobrze. Idź już.

Orlando stał bez ruchu dłuższą chwilę, ale w końcu poszedł.

Giuseppe został sam w chłodnym cieniu przed oknem antykwariatu i oglądał w nim ciemne kształty samochodów przetaczających się po ulicy. Tego dnia unikał towarzystwa, ale po rozmowie z chłopakami poczuł się dziwnie obnażony, jakby rozpięto mu płaszcz, a jego prywatne sprawy wystawiono na widok publiczny. Opuścił głowę jak gdyby w namyśle, rzucił papierosa na chodnik i przydeptał, po czym ruszył w kierunku Mazzary na spotkanie Luciowi. Nie tęsknił za towarzystwem swojego kuzyna, lecz z tym powściągliwym, pełnym godności człowiekiem można było spokojnie pomilczeć. Zamiast jednak przejść na drugą stronę via Ruggiero Settimo, zrobił coś dziwnego, co nie zdarzyło się nigdy wcześniej w historii jego spacerów: skręcił w via Cerda i przeszedłszy jakieś pięćset metrów, zapuścił się w labirynt wąskich bocznych uliczek. Od razu zelżały hałasy i wyziewy miasta. Wędrował wśród kałuż, śmieci i niesionych wiatrem gazet, które wpadały do bram. Po obu stronach alejki wyrastały balkony; kiedy zadarł głowę, ujrzał biały pasek nieba. Świat wydał mu się oto czymś wielce ulotnym. Zauważył żelazne klatki zwisające z balkonów, z racji ziąbu puste, a na niektórych balustradach jaskrawe dywany, żółte lub czerwone, wiszące jak do wyschnięcia. Czy to było prawdziwe oblicze Palermo? Minął gromadkę uczniaków z przylizanymi włosami i wystającymi ze spodni koszulami, którzy kopali piłkę o drzwi, a każde uderzenie brzmiało jak wbijanie gwoździa w wieko trumny. Ruszył dalej.

Osad na murach, rdza na zawiasach okien. Szedł obok zbombardowanej kamienicy, patrzył na odpadające tynki i na rumowisko wyzierające zza tego, co zostało z drzwi. Reszta budynków stała nietknięta. Alejka wychodziła na wąską piazza ze skromnym kościółkiem; przystanął na jego schodach. Zza rzeźbionych drzwi dobiegał cichy pomruk modlitw. Po drugiej stronie skweru na ławce siedział staruszek z pochyloną siwą głową i kapeluszem na kolanie; Giuseppe przełożył laskę wraz z torbą do lewej ręki i trzymając się poręczy, wspiął się do świątyni. Gdy przestąpił próg i czekał, aż oczy przywykną do półmroku, przyszło mu na myśl, że wychodzi naprzeciw własnemu kresowi.

Wewnątrz było ciepło. Giuseppe stał bez ruchu, wsłuchując się w zbiorowy modlitewny szept. Dostrzegał zarysy klęczących w ocienionych ławkach, łowił uchem niepokojącą intonację Ave Maria. Po co tu w ogóle wszedł? Nie zaliczał się do wiernych, a we mszy nie uczestniczył od trzydziestu lat. Jego wzrok powoli przyzwyczajał się do skąpego światła. Groza ukrzyżowania ponad ołtarzem, szpetny Chrystus z drewna o wykrzywionej w rozpaczy i agonii twarzy. Giuseppe zmartwił się, że niewiele po nim zostanie na tym świecie. Mało zostawi po sobie. Nie wierzył w życie po śmierci, a gdy modlił się do matki, wiedział, że słowa modlitwy to jedynie słowa. Mamy już nie było. Przyglądał się plecom pokornie rozmodlonych i zamyślił nad odwołanym dzisiejszym wykładem. Opowiadałby o Rousseau, Prouście i Stendhalu, swoich ukochanych pisarzach. Czy Stendhal wierzył w życie wieczne? Napisał, że każdy, nawet najzwyklejszy człowiek winien pozostawić na tej ziemi jakiś ślad swej obecności, zapis swoich czasów, wkład do pamięci zbiorowej i wspólnego dziedzictwa. To była jedyna wieczność. Tymczasem on, Giuseppe Tomasi di Lampedusa, nic a nic jeszcze nie stworzył. Wszystkie jego wspomnienia, lęki, zapamiętane w dzieciństwie widoki, wystawne pałace, drzewa w pełnym kwiecie wiosną w londyńskim St James’s Park – wszystko to weźmie ze sobą do grobu; nieodwołalnie zniknie Giuseppe, chłopię w krótkich majtkach biegające z wiklinowym hula-hoopem, gruby i melancholijny starzec dziwujący się rzeźbionej agonii Chrystusa – po tym kimś nic nie przetrwa. Niespodziewanie przepełnił go szczery żal. Bez względu na to, co robisz ze swoim życiem, czas mija nieubłaganie. Do Gioitta i Orlanda jeszcze to nie docierało. Byli tacy młodzi. On, Giuseppe, miał natomiast pełną i gorzką świadomość, że jest kimś więcej niż jedynie sobą: mianowicie sumą wszystkich swoich czynów, doświadczeń i wspomnień. A teraz to wszystko miało wraz z nim przepaść.

Dziwne, że Lucio przyjechał, pomyślał Giuseppe.

Mazzara mieściła się na parterze burej nowoczesnej plomby na tyłach via Ruggiero Settimo, bardzo blisko Flaccovia; Giuseppe przystanął w przeszklonej sieni, rozpiął płaszcz i rozejrzał się po ciemnawym wnętrzu. Lubił tę kawiarnię, ponieważ mieściła się na uboczu i można w niej było spokojnie przygotowywać się do wieczornych pogadanek. Zauważył, że kuzyn siedzi pochylony przy stoliku w rogu i coś skrobie w małym notatniku. Koło niego leżało kilka paczek przewiązanych jutowym sznurkiem. Giuseppe podszedł powolnym krokiem.

Lucio, powiedział łagodnie i odłożył skórzaną torbę, która nieoczekiwanie załomotała o posadzkę. Stolik się zatrząsł, łyżeczka zadzwoniła o ściankę filiżanki.

Lucio uniósł palec; dokończył notować zdanie; podniósł głowę.

Potwór we własnej osobie. Wreszcie, odparł, jak gdyby go wyczekiwał. Żuł wykałaczkę à la paryska bohema. Już ze dwie godziny czekam, Giuseppe. No ale widzę, że pojadłeś sobie. Założył nogę na nogę, wygrzebał z torby Klub Pickwicka spod zawiniętych w papier łakoci i przyjrzał się grzbietowi książki.

Co piszesz?, spytał Giuseppe. Oby nie poezję.

Nie, odrzekł wyniośle Lucio. Nie poezję.

Giuseppe tylko się droczył i zamilkł zażenowany, że kuzyn nie poznał się na niewinnym żarciku. Zamówił u kelnera czarną kawę i talerzyk ciastek. Lucio nigdy nie miał dystansu do siebie. Czytał po persku, w sanskrycie i starożytnej grece, znał się na astronomii, matematyce i komponowaniu, a wydawał się Giuseppemu wielkim dzieciakiem, którego bardzo łatwo zranić i zwrócić przeciwko sobie. I co z tego, że był uznanym poetą? Za chłopięcych lat, przypomniał sobie Giuseppe, to właśnie Lucio dyktował, w co będą się bawić z Casimirem, jakie okręty wojenne budować z wykałaczek i kto gdzie ma siedzieć podczas pikników na górce. Od tamtych czasów niewiele się zmienił. Tymczasem Giuseppe zaczął przypominać zbombardowane posiadłości na palermiańskiej starówce: był smutnym cieniem dawnej świetności, wrakiem, którego wypadało tylko zabić dechami i zapomnieć. Gorzko się uśmiechnął do tej myśli. Jemu za to pozostało, jak zawsze, nie zawieść tych, którzy oczekiwali odeń trzymania fasonu, niezmienności, niezłomności i umiarkowania.

Poezję nie, powtórzył Lucio i teatralnie wzruszył ramionami. Gromadzę zapiski, impresje.

Impresje, podjął Giuseppe.

Ano. Może się przydadzą jako notatki do wiersza. Tak to już jest z poetami: żyją głównie po to, by mieć o czym pisać, jak mi się wydaje. Lucio zamieszał kawę i dwukrotnie zastukał łyżeczką o brzeg filiżanki. Kontynuował: Przejrzę te zapiski później, kochany kuzynie. Teraz tylko sobie piszę. Ale jeszcze doszlifuję. Bo słowa nie są bezkarne.

Co prawda, to prawda, zauważył Giuseppe.

Wiedział, że dla Lucia świat nie jest domeną zmysłów, gdzie człowieka zniewalają odurzające zapachy i przebłyski piękna. Kuzyn Giuseppego z trudem trzymał się samej powierzchni zjawisk i nie ufał swemu sercu, dlatego jego poezja wymagała wielkiego wysiłku i od twórcy, i od odbiorcy. Poprzedniego lata otrzymał jednak nagrodę od poety Montalego i dlatego tomik poetycki Lucia, wydany nakładem własnym, miał zostać wznowiony jeszcze tego roku w mediolańskim wydawnictwie Mondadori, Giuseppe więc uznał, że słowa kuzyna, jakiekolwiek by były, ujdą mu bezkarnie. Raźno zatarł dłonie, w innych wypadkach powolne, gdy kelner kładł przed nim ciasteczka i kawę.

Lucio miał na sobie nieduży różowy krawat i szarą marynarkę; kiedy zdjął kapelusz, włosy opadły mu niesfornie na czoło. Jako dziecko był chorowity i wyrósł na mężczyznę o potężnej głowie, lecz wąskich ramionach. Giuseppe przyglądał się jego małym oczkom, długiemu nosowi i wysoko osadzonym brwiom, które sprawiały wrażenie, że Lucio wiecznie się dziwi melancholii tego świata. Jego brat Casimiro odznaczał się z kolei urokiem prawdziwego dżentelmena. Piccolowie mieszkali na wschodzie w Capo d’Orlando; willi nad morzem wojna im nie odebrała. Giuseppe kochał ich jak braci pomimo wszelkich dziwactw. Nie tylko wierzyli w obcowanie ze zmarłymi, ale jeszcze z pełną pompą praktykowali tę wiarę, uczęszczając na prywatne seanse spirytystyczne przy świecach i zasłoniętych lustrach, które ponoć stwarzały dogodne warunki do wywoływania duchów. Giuseppe podziwiał ten rozkoszny obłęd. Sądził, że ich bezprzykładna niewinność wynika z odosobnienia; jego zdaniem Lucio, Casimiro i nawet ich stroniąca od ludzi siostra Agata Giovanna byli przekonani, iż po śmierci wcale nie opuszczą przepięknej willi nad morzem, dalej będą przechadzać się po gajach cytrusowych wśród myszołowów i agapantów, a ich służący i robotnicy umrą razem z nimi, by im już wiecznie usługiwać.

Czas płynął, talerzyk ciastek pustoszał, a kelner dolewał Giuseppemu kawy. Wspomnienie rozmowy z Conigliem pierzchło jak zły sen.

Zawsze mnie zaskakujesz, kiedy zjawiasz się w Palermo, powiedział.

Samotnie mi na wschodzie, ckni mi się za miastem.

E tam, opowiadasz.

Lucio się uśmiechnął. Casimiro przysłał mnie po farby. Gdzie twoi kompani? Gioacchino zapowiedział, że przyjdzie tu z tobą. Z nim nigdy nic nie wiadomo.

My z rodu Tomasich nie takie rzeczy widzieliśmy i mamy zrozumienie dla wszelakich odchyleńców. Zwłaszcza jeśli są z rodziny. Będziesz na kolacji?

Lucio zamrugał niepewnie. A gotuje Licy?

To dla niej wielka okazja. Odwoła sesje ze swymi neurotykami, aby tego nie przepuścić.

Wybacz, nie mogę, rzucił prędko Lucio. Po południu muszę być z powrotem w Capo d’Orlando. Casimiro czeka na mnie, a zwłaszcza na farby.

A gdyby gotował kto inny?

Wy jesteście ród ascetów i mistyków, odpowiedział Lucio. Za to my, Piccolowie, niczego sobie nie odmawiamy. Co ci tak wesoło? Jestem młodszy od ciebie, muszę się dobrze odżywiać.

Cóż, nawet te skały są ode mnie młodsze.

Giuseppe zauważył, że Lucio przygląda mu się czulej. Milczeli.

Skrępowany ciszą, Giuseppe wypalił bez zastanowienia: Doktor Coniglio kazał cię pozdrowić. Mówi, że miewa się dobrze. Jego żona znowu wyjechała do Marsylii.

Coniglio?

Tak.

Kiedy ty się z nim widziałeś?

Giuseppe zamieszał kawę. Uświadomił sobie, że kiedy Licy dowie się o jego wizycie, wnet wszystkiego się domyśli, zacznie się zamartwiać i nie przyjmie żadnych pokrętnych wyjaśnień. Będzie chciała trzymać rękę na pulsie. Gdy popatrzył na Lucia, ujrzał na jego twarzy złośliwą satysfakcję zawołanego plotkarza i od razu pożałował, że poruszył ten temat.

Dziś rano, odparł niechętnie. Przez chwilę. Tak tylko, przy okazji.

Wszystko w porządku?

A co ma być nie w porządku?

Lucio przyjrzał mu się uważnie. Niedobrze wyglądasz.

Miło z twojej strony.

A dobrze się czujesz?

Giuseppe potaknął. Powędrował wzrokiem przez poobsiadane stoliki do mosiężnej poręczy przy barze. Czas zdał mu się serią pomieszczeń, które otwierały się przed nim niczym oglądane w dzieciństwie bawialnie, ciągiem snopów światła, drobinek kurzu i ciszy. Powieść tego nie uniesie, pomyślał. A choćby nawet zechciał ją napisać, świat pewnie by jej nie przyjął, zakładał czasami. Próbował wyjaśnić to Luciowi, lecz nie znajdował odpowiednich słów. Sposępniał, zamilkł i skupił wzrok na łyżeczce do kawy; w końcu zapytał kuzyna, czy kiedyś się zastanawiał, co zostanie po nim, gdy odejdzie z tego świata.

Chodzi ci o to, co zostawię na tym świecie?, dopytał Lucio.

Tak.

Nie zastanawiam się nad tym.

Giuseppe wpatrzył się w czarne oczka kuzyna i pozazdrościł mu beztroski. To jest dar, pomyślał. To jest owoc wiary.

Nad tym się nie zastanawiam, powtórzył Lucio. Poezja po mnie zostanie.

Sięgnął do stojącej z boku torby i wyjął z niej szczupły tomik, ostrożnie go chwyciwszy długimi, cienkimi palcami.

Przyniosłeś swoje wiersze, powiedział Giuseppe.

Lucio przemilczał tę uwagę. Mało kto może pochwalić się takimi wspomnieniami jak my, kochany kuzynie. Urodziliśmy się w świecie, którego już nie ma. Jeśli o nim nie napiszę, nie uwiecznię go na piśmie, to co się z nim stanie? Ospale machnął ręką i wzruszył ramionami. Razem z nami zniknie cały sposób bycia. Signor Montale powiedział mi kiedyś, że ocaliłem na piśmie starą Sycylię, która już zaczynała odchodzić w zapomnienie.

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Wydawnictwo Czarne

@wydawnictwoczarne

Sekretariat i dział sprzedaży:

ul. Dukielska 83C, 38-300 Gorlice

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

Dział promocji:

Al. Jana Pawła II 45A lok. 56

01-008 Warszawa

Opracowanie publikacji: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 50, e-mail: [email protected]

Wołowiec 2026

Wydanie I