Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Po imponującym debiucie Herbacianego Sztormu Hafsah Faizal powraca z soczyście pokręconym i kuszącym sequelem, który zapiera dech w piersi aż do ostatniej strony.
ARTHIE WYPIŁA JUŻ HERBATĘ. TERAZ PRAGNIE KRWI.
Po przesiąkniętej śmiercią nocy w White Roaring zapanował chaos. Reporterzy nie żyją, ludzie domagają się sprawiedliwości, wampiry są w niebezpieczeństwie, a pośrodku całego tego zamieszania Ram świętuje.
Wciąż dochodząc do siebie po rozlewie krwi, Arthie Casimir nie ma czasu, by opłakiwać śmierć kogokolwiek – a już na pewno nie własną. Nie ma też miejsca na miłość, choć to ona ocaliła jej życie. Arthie mierzy się z nowymi emocjami i nowymi sojuszami, a do tego ponownie musi zebrać swoją rozbitą ekipę i odnaleźć w nich resztki woli walki na jeszcze jeden raz. By tego dokonać, będzie zmuszona stawić czoła duchom przeszłości.
W Ceylanie.
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej szesnastego roku życia. Opis pochodzi od Wydawcy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 526
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: A Steeping of Blood
Copyright © Hafsah Faizal 2025
Copyright © for Polish edition by Wydawnictwo Nowe Strony, Oświęcim 2026
All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone
Redaktorka prowadząca: Sandra Pętecka
Redakcja: Alicja Chybińska
Korekta: Anna Łakuta-Rudzka, Martyna Góralewska, Aleksandra Płotka
Skład i łamanie: Paulina Romanek
Oprawa graficzna książki: Weronika Szulecka
Ilustracja na okładce: Valentina Remenar
Projekt okładki: Aurora Parlagreco
ISBN 978-83-8418-876-7 • Wydawnictwo Nowe Strony • Oświęcim 2026
Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek
Kolory używane przez Matteo w obrazach często odzwierciedlały jego emocje. Już od lat stawały się coraz ciemniejsze, bardziej przygnębiające, ponieważ utożsamiał barwę z pięknem, a trudno dostrzec piękno w świecie tak przepełnionym destrukcją.
Destrukcją, której był świadkiem, której doświadczył. I której sam dokonał.
Widzicie, Matteo nienawidził pistoletów. Nienawidził broni. Nienawidził w ogóle brutalności, ale minęło wiele lat, nim tak się stało. By mógł delikatnym ruchem przejechać pędzlem po płótnie. By mógł utrzymać pędzel i nie widzieć w nim broni, a co za tym idzie – nie postrzegać się jako nikczemnego.
A jednak uległ dziś pokusie rzezi. Wnętrze sali konferencyjnej Athereum wyglądało, jakby ktoś zaliczył małą wpadkę i przewrócił kilka puszek z farbą na porządnie wypolerowaną podłogę, rozbryzgując płyn na adamaszkowych ścianach, na ciałach ubranych w najlepsze stroje.
Najgłębszą, najciemniejszą czerwień. Była jedwabista, lśniąca, przepyszna.
Można by się zastanawiać, czy słowa rzeźoraz przepyszna powinny pochodzić od kogoś, kto brzydzi się brutalnością, ale nie da się tego inaczej opisać. Matteo żył na krawędzi dzikości. Z radością chwyciłby za pędzel i brał udział w monotonii wysokich sfer, ale pojedyncze wydarzenie, jak to dzisiejsze, mogło wszystko zniszczyć i z łatwością otworzyć klatkę, gdzie jego wewnętrzny wampir czekał z zapartym tchem.
A jego wewnętrzny wampir wydawał się wyjątkowo uradowany tym wieczorem.
Kiedy ludzie Ram rzucili się na reporterów, na bezinteresownych, odważnych mężczyzn i kobiety pragnących głosić prawdę, Penn powstrzymywał tak wielu, jak się dało, swoją dziwną i nikczemną mocą, którą został obdarowany.
Aż nie upadł.
A później upadł też Jin. Flick krzyczała.
W tamtej chwili niewielu ludzi jeszcze żyło, niewielu zdolnych dostrzec wysuwające się kły Matteo, krew cieknącą mu po brodzie, paznokcie zamieniające się na jego palcach w szpony. I wkrótce zabrakło kogokolwiek, kto mógłby powiedzieć światu, kim naprawdę był Matteo Andoni.
Nigdy nie dbał o to, czy ktokolwiek wiedział, że był wampirem. Ale żył tak długo z dala od prawdziwych relacji, że jego nieumarła natura stała się nieuniknionym sekretem. Nawet gdyby się to wydało, nikt nie znał całej prawdy.
Ponieważ pilnował innej jej części.
Jakieś dwadzieścia lat temu – nie lubił tego liczyć – jego świat wywrócił się do góry nogami, kiedy Wolf z White Roaring grasował o późnych godzinach nocnych, lekceważąco siejąc na ulicach panikę oraz kończyny. Wolf pozostawał zachłanny i nie chodziło o jedzenie. Był pusty, cierpiący, nienasycony i bardzo chciał wypełnić tę pustkę, ale znał tylko chaos. Dzikość stała się jedynym językiem, jakim się posługiwał. Nie pił z rozszarpywanych, został uwięziony we wspomnieniach, w okrutnych wizjach skrywanych w sobie od dzieciństwa. Twarz jego matki wykrzywiona w bólu. Bicz ojca uderzający o jego plecy.
Kły wbiły się w skórę jego gardła bez zgody. Osuszając go. Pożywiając – zatruwając. Przekształcając Matteo Andoniego w bestię, którą się stał.
W Wolfa z White Roaring.
W końcu, okrwawiony i wyczerpany, stanął przed domem na Imperial Square na trawniku tak pieczołowicie przystrzyżonym, że aż zaśmiał się z tej prozaiczności. Chwilę później usłyszał swoje imię, wypowiedziane z wielką niepewnością.
– Matteo?
Zamrugał i wrócił do teraźniejszości. To Penn wtedy go zawołał, dekady temu, ale już go nie było. Teraz zrobiła to dziewczyna w jego ramionach, drżąca i ledwo przytomna. Krwawiła z rany po postrzale, ziejącej pod jej piersią. Matteo nie był lekarzem, ale ona wydawała się tak drobna i lekka, a rana tak ogromna. Jego ubranie z przodu tak przemokło od krwi, że trudno przyszło mu uwierzyć, iż cała wypłynęła tylko z niej.
Otworzył gwałtownie drzwi swojego domu i dostrzegł przerażoną twarz Ivora. Lokaj przeskoczył wzrokiem z okrwawionego śladu dłoni na drzwiach na mężczyznę stojącego w progu.
– Panie? Co-co się stało? – wykrztusił Ivor, już śledząc wzrokiem szkarłat kapiący na podłogę. – Czy to ta Casimir?
– Tak. Nie teraz, stary druhu. – Przeszedł obok niego do pustego pokoju, niemal rozrywając koniec jej sari, gdy kopniakiem zamknął drzwi.
Delikatnie położył ją na łóżku.
Znów szepnęła jego imię.
– Jestem tu, Arthie – zapewnił. Na zawsze.
Mówił poważnie, nawet jeśli nie na głos. Prowokowałby ją i się z nią droczył. Zniósłby herbatę o smaku popiołu i zabiłby dla niej tysiące ludzi, pomimo swojej nienawiści do przemocy. Miał tylko nadzieję, że jego czyny mówiły wystarczająco dużo.
– Przyszedłeś po mnie – wykrztusiła.
– Aua, kochanie. Nie bądź aż tak zaskoczona. – Założył kosmyk jej włosów za ucho i przejechał kciukiem po miękkiej brodzie.
Nie liczyło się to, że szyba w oknie miała barwę ciemną jak niebo, ona pozostawała jasna. Była kolorem, którego nie widział od lat – od szarego fioletu jej włosów, złocisto-brązowej skóry, aż do czerwieni sari i głębszego szkarłatu krwi.
– Jak? – zapytała i kaszlnęła mokro. – Gdzie jesteśmy?
Umierała. Zanikała wraz z nocą.
– Przytrzymaj to – rozkazał, chwycił jakiś materiał w pobliżu i docisnął go do jej rany, by bezsilnie zatamować krwawienie.
Gdyby ktoś miał jakieś wątpliwości co do różnicy między wampirem a półwampirem, musiałby tylko na nią spojrzeć – każdy centymetr ciała walczył, by nie umarła. Trzymał się pozostałości tego, co czyniło z niej człowieka.
– Jesteśmy w moim domu. Po tym, jak Penn… – Matteo przerwał, gdy zacisnęło mu się gardło.
Istniało wiele nici łączących Arthie i Matteo, a Penn pozostawał najmocniejszą, owijając ich wokół i wokół, aż więź była nie do obalenia, nawet jeśli Arthie nigdy o tym nie wiedziała.
To Penn przyjął do siebie Matteo, gdy ten chwiejnym krokiem dotarł na ganek jego domu przy Imperial Square. Penn był tym, który go uspokoił, wyczyścił krew spod jego paznokci i nauczył, jak chować kły.
Został ojcem dla Matteo w taki sposób, jak jego własny nigdy nie zdołał.
– Doszło do strzelaniny – kontynuował – i przemieniłaś Jina, a kiedy dostrzegłem, że wzięłaś rewolwer Penna i ruszyłaś za Laithem, nie mogłem cię zostawić.
– Postrzelił mnie – wyszeptała.
On. Laith. Gdy tylko przeszedł przez jego drzwi frontowe, Matteo się zdziwił, że Arawiyańczyk stał się kapitanem wysokiej rangi w Rogatej Straży, i to go niepokoiło.
Ale Arthie, błyskotliwa i inteligentna, brzmiała, jakby się tego nie spodziewała. Szok pobrzmiewał w każdym jej słowie. Krwawiła, umierała. Widziała, jak Laith z zimną krwią zabił Penna, a wciąż nie mogła w to uwierzyć. Tak jakby sami również stworzyli swego rodzaju więź, gdy napiła się jego krwi. Albo może dużo wcześniej.
– Tak – rzucił Matteo, wciskając swój ból w każdą głoskę. – I zabił Penna.
– Wiem. – Przymknęła oczy i po chwili je rozchyliła. Przez ułamek sekundy wyglądała, jakby obarczała się za to winą.
– Czy on nie żyje? – zapytała.
Nie chodziło jej o Penna. Czy Matteo wyobraził sobie emocje w jej głosie? Nadzieję, że żył, strach, że mogła go zabić?
Niewiele pamiętał od momentu, gdy Ram wkroczyła do sali konferencyjnej Athereum, aż do teraz. Trochę jakby wypita krew przysłoniła mu wzrok, zawężając go i pokrywając wszystko mglistą, okropną czerwienią.
Ale pamiętał Laitha.
Chłopak siedział skulony pod ścianą, szkarłat rozkwitał na jego białej szacie, podobny do kwiatów, które ciągle dawał Arthie. Nie ruszał się. W jego piersi ziała wyraźna dziura, ale Matteo nie wiedział, czy śmiertelna. Prawdę mówiąc, tylko ona by wiedziała, czy umarł, długo przed tym, gdy strzeliła z rewolweru.
– Chciałabyś, by nie żył? – zaciekawił się.
Ponieważ gdyby chciała, Laith tak właśnie by skończył.
– Czy to ma znaczenie? – rzuciła, unikając odpowiedzi.
Miało, ale nie mógł tego powiedzieć i nie zabrzmieć samolubnie. Przyglądał się jej reakcji, próbując rozszyfrować, czy dostrzegany ból pozostaje fizyczny, emocjonalny, czy może okazał się połączeniem obu. Żuchwa jej zadrżała. Pierś zastygła, a dziewczyna wydała z siebie delikatny odgłos świadczący o bólu.
– Twoja rana jest śmiertelna – zauważył.
Nie miało znaczenia, czy Laith próbował ją zabić, czy nie – była zbyt drobna, by kula nie trafiła w nic ważnego.
Zaśmiała się gorzko.
– Co ty nie powiesz.
Arthie Casimir może i umierała, ale jej humor okazał się jak najbardziej żywy.
Zamarł, gdy spojrzała w jego oczy i odezwała się pełnym przekonania głosem:
– Nie mogę umrzeć.
Matteo wiedział, o co go prosiła. To coś, co chciał zrobić. Desperacko. Po co by się tak starał, by uciec wraz z nią? W jakim innym celu chwycił ją w ramiona i tu przyprowadził?
Nic by go nie kosztowało, gdyby w pełni zmienił Arthie w wampira, ale to ona by poniosła straty. Spojrzał na białą jak duch bladość swojej skóry. Zacisnął pięść, po latach wciąż nieprzyzwyczajony do siły własnych martwych kości. Wypuścił oddech, mając pełną świadomość, że nawet samo oddychanie pozostawało czymś, czego samolubnie się trzymał tylko dlatego, by pamiętać, że kiedyś musiał to robić.
Rozmawiał z Arthie o zaakceptowaniu samej siebie, ale zdarzały się dni, gdy się zastanawiał, czy sam to zrobił.
Była półwampirem, tak. Wciąż musiała pić krew jak zwykły wampir, wciąż miała pewne ograniczenia nieżywych. Ale pozostawała w połowie człowiekiem. Przemiana w wampira oznaczała życie trwające wieczność, natomiast człowieczeństwo łączyło się z cieszeniem się z przemijalności. Dostrzegał w tym swego rodzaju wartość, pewna słodko-gorzka tęsknota, która naciskała z każdym mijającym dniem.
Fale krótkich włosów Arthie wydały mu się delikatne jak świsty uciekające z jej ust. Opadały na czarną, jedwabną poduszkę pod głową dziewczyny. Poprawił ją, wygładził materiał sari, owinął ją szczelnie narzutą, dobrze wiedząc, że każda mijająca sekunda to dla niej sekunda okropnego bólu. Nie mógł przeciągać.
– Jeśli to zrobię, nie będzie już powrotu – stwierdził, bo potrzebował, by zrozumiała wagę tego, o co go prosiła.
– Myślisz, że tego nie wiem? – zapytała z tak uwielbianą przez niego zgryźliwością. – Nie zaszłam tak daleko tylko po to, by skończyć w grobie.
Nie mógł ukryć zaskoczenia.
– Jak większość ludzkości. Czy to nie zwyczajna kolej życia?
– Jestem dla ciebie zwyczajna, Matteo?
Nie, Arthie pozostawała tak samo zwyczajna, jak każdy inny fenomen.
Mężczyzna obszedł łóżko i wszedł na nie po drugiej stronie. Znalazł się w łóżku z Arthie Casimir. Musiała dostrzec coś na jego twarzy, bo uniosła w jego stronę brew, po czym jęknęła z bólu. Klęknął na przesiąkniętej krwią pierzynie, zaraz obok jej delikatnego ramienia. Wyglądała na mniejszą bez wielu warstw zwyczajowego, dopasowanego garnituru, bez kaszkietu utrzymującego włosy.
– Zrób to – wychrypiała, wyczuwając jego wahanie. – Ram nie może wygrać.
Tylko ona mogłaby spojrzeć na całą tę sytuację i stwierdzić, że Ram jeszcze nie wygrała. Tylko Arthie mogłaby ją podważyć, mogłaby myśleć, że jest w stanie pokonać kogoś tak odległego i potężnego jak zamaskowana monarchini Ettenii.
Zaśmiał się cicho, odsuwając włosy klejące się do jej mokrej skóry.
– Moja praecantrix.
Odwróciła głowę, poduszka otuliła krągłość jej policzka, a ból chwilowo ją opuścił. W spojrzeniu ciemnych, bursztynowych oczu Casimir dało się dostrzec ostrą pogardę, ponieważ przez ten krótki czas, kiedy się znali, odkrył, że nie lubiła czegoś nie wiedzieć.
I chociaż bardzo uwielbiał ten niemal zapomniany język i nie podobało mu się, że przez przetłumaczenie go na etteński poczuje się, jakby go nie szanował, to jednak denerwowanie jej to ostatnie, co chciał zrobić.
– Czarodziejko – wyjaśnił i ostrożnie sięgnął, by się nad nią oprzeć. Jego włosy spadły z ramienia, muskając nagą skórę dziewczyny.
Wstrzymała oddech. Natychmiast się skrzywiła i przycisnęła dłoń do swojego boku, unosząc głowę, by spojrzeć mu w oczy. Dostrzegł w nich udrękę, nieśmiałość. Wiedział, że uznawała ją za irytującą, ale to wszystko przyćmiewała potrzeba. Minęło wiele czasu, odkąd Matteo czuł się potrzebny. Chciany? Zawsze. Potrzebny? Rzadko.
Nie miał prawa być samolubnym, ale och, jak bardzo chciałby. Pochylił się nad nią, wciągając jej zapach: herbaty i światła księżyca. Krwi. Jak wciśnięty przycisk, jak pędzel krwawiący na płótnie, jego kły żarliwie wysunęły się na wierzch.
Powstrzymał falę smutku.
To powinna być okazja do świętowania: Arthie Casimir będzie żyć wiecznie. To nie tak, że wampiry nie mogły zostać zabite – Penn stanowił tego przykład – i Matteo to wiedział. Ale to coś innego, gdy się żyje, czekając, aż w końcu starość przyjdzie odebrać ci duszę, a co innego egzystować z wiedzą, że tylko ekstremalna przemoc może doprowadzić do twojego końca.
Ciemne włosy, brązowa skóra, czerwona krew. Matteo się zmusił, by zostać w teraźniejszości, by skupić się na tym, co najważniejsze. Na niej. Często to robił: wymieniał kolory wokół, przypominając sobie, że świat nie jest biało-czarny, zauważał kąty i cienie oraz sposób, w jaki nikt nie docenia światła.
To pomagało mu nie stracić kontroli.
Sprawdził ranę, puls Casimir. Traciła krew, ale musiała jeszcze trochę pocierpieć, nim się przemieni. Co oznaczało, że powinien wypić jej krew.
– Matteo – szepnęła Arthie.
– Ciii – wymamrotał i odsunął nosem włosy leżące z boku jej szyi. Puls przyspieszył dziewczynie na ten gest, klatka piersiowa się uniosła. On sam miał serce w gardle i bardzo chciał cieszyć się tą chwilą, rozkoszować się tym, że przez niego Arthie Casimir zaparło dech w piersi.
Delikatnie przejechał językiem po skórze, przygotowując ją na kły. Ślina wampirów jest dziwna. Niemal paraliżująca, niemal upajająca. Całkowicie niebezpieczna.
Matteo znów polizał skórę Arthie, na co ona wciągnęła powietrze, chwytając go za ramię obiema rękami. Odsunął się, poszukując ostatecznego potwierdzenia, i spróbował się uśmiechnąć, mając nadzieję, że mówi: Wszystko będzie w najlepszym porządku. Nabrał pewności, że wygląda, jakby się krzywił.
Ale ona się też uśmiechnęła, niemal nieśmiało, sięgając drżącym palcem, by śledzić dołeczek w jego twarzy.
– Zawdzięczam ci życie – wyznała, a każde słowo przepełniały takie emocje, że niemal zaszlochał.
Ale to nieprawda. Arthie bardzo się pilnuje, aby nigdy nie być nikomu nic dłużna.
– Cicho – rzucił i chrząknął. – Nie mów czegoś, czego tak naprawdę nie uważasz i czego nie zapamiętasz.
Tak po prostu wyglądała przemiana: nowo powstałe wampiry pamiętają niewiele z czasu transformacji, niewiele z całego procesu. Może to klątwa, może w jednej chwili ich ciało przechodziło tyle zmian, że samo pozbawiło się tych wspomnień.
– Och, ja zawsze mówię to, co uważam, i nigdy nie zapominam – odparła z pewnością, po czym wplotła palce w jego włosy i przysunęła go do swojej szyi.
Matteo nie mógł się powstrzymać – ta jej śmiałość, zapach krwi, to, jak go do niej przyciągało… Wbił kły w skórę dziewczyny, prosto w ciało. Arthie westchnęła, zsunęła dłoń na jego kark i wbiła weń paznokcie.
Zmusił się do zignorowania uczuć wywołanych przez jej dotyk, że gdy wypuściła z gardła cichy jęk, zapragnął zamknąć oczy i oddać się temu wewnętrznemu, palącemu pragnieniu. Wciągnął krew do ust, smakowała tak, jak pachniała: jak ziemista herbata i przydymione noce oraz zagadka, którą Arthie była.
Wypił więcej, prowokowany jej jękami, paznokciami wbijającymi się w jego szyję i przytrzymującymi go w miejscu. Wplótł palce we włosy dziewczyny i odchylił głowę, podziwiając, jak cienie zalewały napiętą szyję.
Słodkie gwiazdy, smakowała bosko, przepysznie.
Wycofał kły i przejechał językiem po dwóch bliźniaczych wypustkach, po czym wziął jeszcze więcej, zdając sobie sprawę, że każda kolejna chwila może być dla niej nie do zniesienia.
Jakby na znak ciałem dziewczyny szarpnęło bezdźwięczne westchnienie, wiła się i rzucała, a gdy oczy Arthie się rozszerzyły, zasłonił dłonią jej usta, by nie zaczęła krzyczeć. Dziś już słyszał krzyki jednego przemieniającego się Casimira. Wbiła mu zęby w dłoń, a on wsunął nogę pomiędzy jej, by ją uwięzić.
Tego właśnie pragnął każdy wampir, czyż nie? Oczarowanego niewolnika. Nieskończonego źródła krwi. Tego gwałtownego, zadyszanego, upajającego powietrza.
Chciał przerwać.
Pił dalej.
A później, w końcu, w końcu to się stało.
Matteo zabrał dłoń z jej ust i się odsunął, jakby nie chciał rozbudzić kogoś, kto mocno spał. Arthie nie wydała żadnego dźwięku, nawet nie drgnęła. Oczy miała zamknięte, rzęsy mokre. Jej szyja ozdobiona była parą rubinów kolorem pasującym do sari.
Nawet w minucie śmierci stanowiła widok zapierający dech w piersi.
I wtedy, w tej ponurej, spokojnej ciszy pokoju, usłyszał jej puls. Delikatny, zanikający, jakby z każdym uderzeniem zadawał pytanie. Odpowiedziałby na nie tysiąckrotnie. Uniósł nadgarstek do ust i przegryzł skórę, upuszczając trochę krwi, nim przycisnął go do warg Arthie. Wtedy zatkał dziewczynie nos, zmuszając, by wzięła płytki wdech przez usta.
Rozpoznał chwilę, kiedy jej skosztowała: chorą i wynaturzoną szansę na drugie życie. Czuł, jak krew wypływa z niego, gdy ona piła więcej i więcej. Nagle się od niego oderwała.
Zaczerpnęła tchu i otworzyła oczy. Zamrugała kilka razy, patrząc na jego nadgarstek, na posokę pokrywającą jej ciało i ubrania, wsiąkającą w łóżko. Dotknęła zasklepiających się już ran na szyi i spojrzała mu w oczy tak, jakby już nigdy nie zamierzała przestać się na nim pożywiać.
Dostrzegł w niej wahanie, niepewność. W tej samej chwili wyglądała, jakby wypełniła swoją obietnicę i pamiętała wszystko, odkąd przyniósł ją do tego pokoju.
Matteo nie wiedział, co powiedzieć ani o co zapytać, więc zrobił to, co umiał najlepiej: zmienił temat.
– Witaj z powrotem, czarodziejko – rzucił i mrugnął, a Arthie straciła przytomność.
ARTHIE
Ulice White Roaring wypełniał chaos. Krzyki, wrzaski, protesty. Arthie słyszała je przez kilka dni, gdy odzyskiwała przytomność i znów ją traciła. Pamiętała pobudki w domu Matteo, później wnętrze powozu. Teraz znajdowała się w pokoju, którego nie rozpoznawała, aż uderzyła w nią fala smutku, gdy w powietrzu wyczuła delikatny zapach cygara.
Athereum.
– Obudziłaś się.
Spojrzała w stronę Matteo wchodzącego do pomieszczenia. Zamknął niesioną książkę i szybko zdjął z nosa ciemne okulary, wyglądając na skruszonego, chociaż i tak już widziała, że je nosił. Okazywał jej ogromną uprzejmość, kiedy ogarniały ją fale okropnego bólu, gdy śmierć rozpaczliwie chciała wciągnąć ją w swoje odmęty.
– I oczywiście wyglądasz przepięknie jak zawsze.
Nie czuła się piękna. Otworzyła usta.
– Ach. – Pomachał palcem, szybko poważniejąc. – Nim zapytasz, tak, żyją. Zarówno Jin, jak i Flick zostali odnalezieni. Nie razem, ale wystarczająco blisko.
Wypełniły ją ulga i wyrzuty sumienia.
– Nigdy nie sądziłam, że jeszcze kiedykolwiek pojawię się w Athereum. Co się tam dzieje? – zapytała, wskazując brodą na ściany drżące od ludzi hałasujących na ulicach.
– Niepokój – odparł i zacisnął usta. – Przypomina mi to… – Przerwał i zamknął na chwilę oczy, by zebrać się w sobie. – Nazywają to Wielką Rzezią Prasy.
Ależ oryginalne.
– Athereum to dla nas jedyne bezpieczne miejsce. Co prawda jest otoczone, ale nikt nie może wejść do środka i pozostaje zdecydowanie lepszą opcją niż mój dom, gdzie Ram może pojawić się w każdej chwili w poszukiwaniu księgi czy naszych głów. – Westchnął. – Przepraszam za zarzucanie cię informacjami kilka chwil po tym, jak otworzyłaś oczy. Jak się czujesz?
Okazuje się, że magiczny pistolet zwany Calibore – ten, z którego Laith do niej strzelił – okazał się dużo bardziej zabójczy, niż przypuszczała. W przeciwieństwie do zwykłej broni Calibore mógł zranić wampira – zabić wampira. Wiedziała o tym, ale nie miała pojęcia, jak bardzo wpłynie to na regenerację.
Normalny, nowo przemieniony krwiopijca wróciłby do pełni sił w kilka chwil, ale Arthie potrzebowała paru dni, by zacząć trzeźwo myśleć. Ta nieszczęsna noc wciąż rozchodziła się echem w jej uszach. Ta rzeź, krzyki. Straty. Ona umarła, lecz tym martwiła się najmniej.
Ponieważ poniosła porażkę.
Nie wiedziała, jak się czuć. Mogła przywołać tak niewiele swojego bólu, tak niewiele wściekłości. Potarła knykciami skórę nad sercem, gdzie wciąż leczyła się rana po kuli Calibore, i wtuliła się mocniej w pościel. Czerwony jedwab jej sari rozlał się na ciemnych poszewkach, falując jak smugi czerwieni w morzu.
To przypomniało dziewczynie o tym, jak uciekała z Ceylanu, opuszczając zakrwawionych i martwych rodziców na brzegu. Była wtedy bezradna. Bez nadziei.
Aż mogła usłyszeć głos Jina, gdy mówił: Aż mnie nie znalazłaś, oczywiście. Nie mylił się.
Nadal się nie mylił. Ponieważ teraz go straciła i to czuła. Głęboko. Zataiła przed nim fundamentalną prawdę i wyjawiła ją, gdy on brał swój ostatni wdech, gdy wysunęła kły i przemieniła go w wampira.
Sari zdawało się odpowiednim wyborem, gdy ona, Jin i Flick stanęli razem na progu zmienienia przyszłości Ettenii. Czuła się potężna, nosząc echo tradycyjnego stroju, który matka w dumą nosiła w dniu swojej śmierci. Koniec końców, Arthie zrobiła to samo.
A teraz czuła się idiotycznie.
Zawiodła Spindrift, zawiodła swoją ekipę, ale przede wszystkim zawiodła własną przeszłość.
Matteo zapalił lampkę na stoliku nocnym, potem jeszcze inną. Światło lśniło na jego języku, gdy przejechał nim po kłach, a oczy miał szkarłatne, ponieważ właśnie się pożywił.
Stała się teraz w pełni wampirem. Część jej samej, której przez dekady nie chciała zaakceptować, przejęła teraz człowieczeństwo trzymające ją na powierzchni przez dziesięciolecia. Dziesięciolecia odmawiania picia krwi i opierania się tylko na kurczących się zapasach kokosów. To wina Laitha. To on ją postrzelił.
– Nie wiem, o czym myślisz – przyznał.
Odłożył książkę na stoliczek, ledwo powstrzymując warknięcie przez rosnącą na zewnątrz wrzawę.
Właśnie to czuła: frustrację. Na Laitha za to, że ją zabił, i prawdę mówiąc, złościła się też na Matteo, że ją uratował – mimo że sama o to poprosiła.
– Nie myślę. Czuję się zmęczona – skłamała.
Mężczyzna przechylił głowę i podszedł do łóżka, a intensywność jego spojrzenia sprawiła, że Arthie zyskała pewność, iż czyta jej w myślach. Odwróciła wzrok.
– Nie, nieprawda – zaprotestował. – Jesteś nowym wampirem, więc nie jesteś zmęczona. Niemal chciałbym się założyć, że się złościsz, ale coś w związku z tą emocją również okazuje się dla ciebie nowe.
Ponieważ ta złość nie została wycelowana w świat. Zamknęła oczy.
Ukrywała prawdę przed Jinem tylko po to, by zauważyć brak zaufania, gdy go przemieniła, co okazało się gorsze niż jakiekolwiek zniszczenie ujrzane tamtego dnia.
Wysłała Flick, by wezwała swoją matkę, nieświadoma, że lady Linden z WKJ pozostawała zamaskowaną monarchinią ich kraju.
Założyła, że uda jej się rozprawić z Laithem, nim on zabije Penna, a później ją.
Athereum straciło swojego przywódcę. Kraj – wiele osób pracujących w prasie. Ekipa utraciła swój dom. Już kiedyś ponosili porażki podczas różnych zleceń. To naturalne w pracy kanciarza. Czasami ktoś okazywał się sprytniejszy. Ale to… To porażka na każdym poziomie, a Arthie mogła winić tylko siebie.
Materac ugiął się pod ciężarem Matteo, a dziewczyna otworzyła oczy. Mężczyznę otaczał szkarłat baldachimu, wytworny jak jeden z jego obrazów. Przypomniała się jej noc, kiedy ją przemienił.
Myślał, że nie będzie pamiętać, i miał do tego prawo, ponieważ wampiry rzadko kiedy zachowywały wspomnienia o tych kilku chwilach przed i po przemianie z żywego w umarłego. Ale od kiedy Arthie wpisywała się w konwenanse? Nie pamiętała wszystkiego ze swojej transformacji, lecz wystarczająco – fragmenty i urywki, które sprawiły, że poczuła gorąco rozlewające się po szyi.
Może to przez to poruszyła dłonią, nim zdołała się powstrzymać. Musnęła swoimi palcami jego, domagając się uwagi. Spojrzenie mu złagodniało i powoli, ostrożnie, jakby była kotem gotowym do ucieczki, splótł ich dłonie. To wysłało dreszcz wzdłuż jej ramienia, mocny i naładowany. Dotykała jego ręki wiele razy, ale to było coś innego. Wszystko między nimi wydawało się teraz inne.
– Jesteś pierwsza – rzucił z rezerwą.
– Pierwsza? – podpytała i gdy to powiedziała, coś w niej zdało się uspokoić, pozwalając, by się na nim w pełni skupiła.
Tak, jakby przez całe życie biegła tylko po to, by zdać sobie sprawę, że nie miała żadnego celu.
Włożył świeżo wyprasowaną koszulę, a gdy się poprawił, by lepiej widzieć Arthie, rozpięty dekolt odsłonił większy kawałek męskiej piersi. Odległe wspomnienie odtworzyło się w głowie dziewczyny: jej dłonie sunące po długości jego torsu, jak wbijała paznokcie w jego skórę, jak wyginała plecy.
– Nikogo nigdy nie przemieniłem – wyjaśnił, czym sprowadził ją na ziemię. – To okropny żart, że padło akurat na ciebie. Nie… Nie podobało mi się patrzenie, jak umierasz.
To idealny moment, by podziękować, że ją uratował, ale nie mogła przywołać żadnych słów – nie, gdy sama nie czuła się szczególnie szczęśliwa, że żyje. Lub że jest nieumarła. W pełni nieumarła. Zacisnęła zęby.
– Ale teraz już żyję. – Udało jej się wykrztusić.
Matteo się odchylił.
– Ach, a więc o to chodzi. Winisz siebie.
A teraz jeszcze łatwo przychodziło ją rozczytać. Wspaniale.
Mimo to część jej ucieszyła się na te słowa, na możliwość, na zaproszenie, by odsłonić przed nim duszę, czego nigdy wcześniej nie pragnęła. Nie przed Jinem, nie przed nikim. Czy przez to, że ją przemienił, utworzył między nimi więź? Co było z nią nie tak?
Zaczęły ją nawiedzać kolejne obrazy: on odgarniający jej włosy palcami z delikatnością, którą raz za razem demonstrował, ale nigdy na niej, nigdy na ciele Casimir. Wrażliwość w jego oczach, gdy się nad nią pochylił, a ona odpowiedziała na to również wrażliwością w przedśmiertelnym spojrzeniu.
– Wiem, co myślisz – sprowokował ją.
– Nie, nie wiesz – zaprotestowała Arthie, przeklinając brak pewności w swoim głosie.
Co pozostawało bardzo niedorzeczne, bo przecież nie musiała nawet oddychać.
Wsparł się na ręku za plecami i odchylił, przekrzywiając głowę tak, jakby był królem i jakby miał właśnie zostać nakarmiony winogronami. Wiedziała, że gdy się teraz odezwie, zacznie charakterystycznie przeciągać samogłoski przez tą nadmierną pewność siebie.
– Przyznaj, kochana, czujesz właśnie nieodpartą chęć, by mnie pocałować, czyż nie?
Poruszyła brwiami, gotowa, by mu zripostować, kiedy pojawił się w jej głowie pomysł. Spuściła wzrok na jego usta.
– A co, jeśli tak?
Matteo się wyprostował, zaskoczony odpowiedzią. Powstrzymała się od śmiechu. Dlaczego nigdy nie zareagowała tak na jego droczenie? Mogła dzięki temu wielokrotnie wygrać te potyczki.
Ponieważ wcześniej nigdy nie chciałam go pocałować.
Ta myśl ją zszokowała.
Niezbyt interesowała się miłością. Później pojawił się Laith, niszcząc jej mury kawałek po kawałku, gdy próbował dostać się do należącego do niej pistoletu. Ona również niszczyła jego mury, starając się odkryć jego tajemnice.
Brakło czasu, by je na nowo odbudować.
Czego Matteo od niej chciał? Nie żeby nie mogła otworzyć ust i zapytać, ale to odbiłoby się na jej dumie.
Spojrzał w dół na ich palce i przejechał kciukiem po dłoni dziewczyny. Może to przez to, że cierpiała, może ponieważ była nowym wampirem, w dodatku przemienionym przez niego, ale Arthie nie zdołała pomyśleć o niczym innym jak o pocałowaniu mężczyzny.
Pamiętała, jak jego usta barwiła na ciemno jej krew, jak spinał ramiona po nocnej walce – i od przytrzymywania jej w miejscu.
Pociągnęła lekko za ich splecione dłonie. W zaproszeniu. Pytaniu. Ogień mocno w niej buchnął. Matteo posłuchał, wciąż zaskoczony zaproszeniem Casimir, pochylił się i oparł na ramieniu obok niej. Wyczuła jego zapach i zastanawiała się, dlaczego wcześniej nigdy go nie zauważyła: bogate, orzechowe ciepło świeżego oleju z orzechów włoskich, który używał w swoich farbach, oraz coś słodszego, jakby mieszanka skóry i czekolady.
Nie próbowała czekolady od lat.
Ta słodycz przypomniała jej ojca, ponieważ przynosił rzadkie smakołyki. Zjadała je wraz z mamą, bo on sam nigdy nie przepadał za słodyczami. Arthie zacisnęła usta. Nie myślała o domu w ten sposób od dawna – tylko o tych brutalnych elementach. Chaosie, gdy żołnierze wtargnęli na ceylański brzeg. Czerwone sari jej matki. Rany po postrzałach. Krew.
– Arthie. – Matteo wypowiedział imię dziewczyny z pełnym wahania westchnieniem i się odsunął.
Musiał dostrzec zmieszanie w jej oczach, skoro przypominała teraz cholerną otwartą księgę. Przejechała językiem po wargach, próbując ponownie zakopać swoje wspomnienia. Starając się zakopać teraźniejszość i przeszłość oraz wszystko, co istniało poza tym pokojem i łóżkiem.
Zmrużył oczy i wraz z tym gestem częściowo się przed nią zamknął.
– Jest coś, o czym musimy porozmawiać.
Czekała.
– To… dotyczy twojego przybycia do Ettenii – dokończył, wzdrygając się, gdy gdzieś na dworze potłuczono szybę i wrzasnęli ludzie.
Na łodzi. Pełnej krwi. Racja. Zapomniała, że on wie. Zapomniała, że nikt nie zniósłby przebywania blisko dziewczyny zdolnej do takiej brutalności.
Arthie wyrwała dłoń, ogarnięta rosnącą złością – tutaj się ukryła– walcząc z tym dzikim uczuciem przebijającym się na powierzchnię. To był samolubny rodzaj bólu, okryty zawstydzeniem.
Odrzucał ją, podczas gdy ona leżała w łóżku i się w niego wpatrywała.
Wszystko w tej sytuacji sprawiało, że stawała się słaba. Jak mogła pozwolić, by do tego doszło? Była Arthie Casimir. Rzadko komu ufała i miała ku temu powód: gdy nie zawierzyła swoim odczuciom i zgodziła się na plan Penna, by szukać pomocy w prasie, każdy z reporterów skończył martwy.
A co z Jinem?, zapytał cichy głos w jej głowie. Głęboko go zakopała.
Prychnęła.
– Doskonale wiem, jak przybyłam do Ettenii. Nie ma nic nowego, co możesz mi o tym powiedzieć.
Krew na sari już wyschła, przyklejając materiał do skóry Casimir. Nie miała powodu, by tu zostać, nie, gdy on rzucał w jej stronę takie słowa.
– Nie rozumiesz – odparł szybko, gdy zaczęła się ruszać.
– Nie, ty myślisz, że rozumiesz – wytknęła, a głos ucichł jej do szeptu. – Nikt nie rozumie. Nikt, tylko…
Powstrzymała się. Z niezliczonych historii i sekretów, które zebrała w Ettenii, tylko jedna pozostawała Arthie bliska. Istniały oczywiście inne półwampiry, inne ataki, morderstwa, ale tylko jedna opowieść pokazała dziewczynie, co mogłoby się stać, gdyby jej incydent zdarzył się na lądzie, a nie na dryfującej na morzu łodzi.
Że mogło być jeszcze gorzej.
– Wolf z White Roaring? – zapytał spokojnym głosem.
Tak. Zebrała sari i usiadła prosto, chwiejąc się od utraty krwi, od tej nowej wersji siebie. Jak wiele o niej wiedział? Jak wiele wiedział o tym, co stało się na tamtej łodzi, gdy miała tylko dziewięć lat?
– Czekaj, Arthie. Proszę. Właśnie o nim chcę z tobą porozmawiać.
– Och, a to dlaczego? – rzuciła i odwróciła się do niego tyłem.
Rozglądała się po pokoju w poszukiwaniu pistoletu, w poszukiwaniu czegokolwiek, co pozwoliłoby jej wrócić do samej siebie, do starej siebie. Ale wtedy sobie przypomniała: wciąż leżał na podłodze apartamentu na Nimble Street, w kałuży krwi obok Laitha.
– Ponieważ – zaczął, a dziewczyna wyczuła, że szykuje się do wypowiedzenia następnych słów – on i ja to jedno i to samo.
Zamarła, pewna, że źle go zrozumiała.
Matteo to Wolf z White Roaring? To on naraził wampiry na strach i wściekłość ludności, i to w tak okropny sposób, gdy jego brutalna rozróba sprawiła, że ulice spłynęły krwią? To nie miało sensu. On… On był tak samo morderczy jak ona. Liczba okaleczonych przez nią ciał pozostawała znacznie mniejsza, ale gdyby na łodzi znalazło się ich więcej niż trzech, kiedy by przestała? Nie, przypomniał głos w jej głowie, ponieważ zabiła też innych – w domu Penna.
Może ona okazała się gorsza.
Odwróciła się, by na niego spojrzeć, na nowo go oceniając. Delikatne rysy twarzy, miękkie wargi, które lubił wydymać. Pełne współczucia oczy, zielone, gdy zniknął szkarłat. Nie sądziła, że właśnie tak może wyglądać Wolf.
– Ale ty…
– Maluję? Rysuję? – dokończył. Zaśmiał się lekko. – Proszę cię, Arthie. Dobrze wiesz, jak jest. Sądzę, że okrutna Ram podlewa piwonie w swoim ogródku. Wiele dobrze ułożonych żon moczy ciasteczka w herbacie, marząc o zamordowaniu mężów. Mamy wiele warstw.
Gadał tak, jakby właśnie nie zdradził jej jednego z większych sekretów. Usiadła z powrotem na łóżku. Kiedyś użyłaby tej informacji na swoją korzyść, w każdy okrutny sposób. Czy właśnie dlatego Penn, zanim umarł, zachęcał ją do poznania Matteo? Czy to dlatego Penn nie przestraszył się i pozostał niewzruszony jej aktami przemocy z czasów, gdy miała dziewięć lat?
Ram mu to zrobił. Tyle wiedziała. Penn to potwierdził, ale nic nie wskazywało na to, że chodziło o Matteo. Z trudem to wszystko pojmowała.
– Penn… Penn o tobie wiedział.
Matteo przytaknął.
– Tamtej nocy w jakiś sposób znalazłem się przed jego drzwiami. Nie wiedziałem, gdzie iść, dokąd uciekać. Wziął mnie do siebie, wiedząc, że jestem półwampirem, i w końcu przemienił, bym stał się nim w pełni.
Arthie widziała, że coś mignęło w jego spojrzeniu. Ból, wstyd, żal.
Nie mogła wyobrazić sobie, że jego psychika okazała się tak mroczna. Wydawał się zbyt chętny do uśmiechania się, do żartów. Wychwalano go i czczono, tłumy biły się o jego obrazy. On żył idealnym życiem. Nigdy by nie zgadła, że ze wszystkich ludzi na świecie to właśnie on był Wolfem z White Roaring.
Jakaś część jej go podziwiała, a to kolejna rzadko odczuwana emocja.
Zaaklimatyzował się znacznie lepiej niż ona, ale winę za to zwalała na siebie, a nie na normy społeczne uwielbiające kolor jego skóry.
Arthie od dawna wierzyła, że atak Wolfa z White Roaring został ustawiony – może nie sam atak, ale sprzyjające mu okoliczności, co potwierdził jej sam Penn. Powiedział im też, kto ponosił za to odpowiedzialność: Ram.
– Dlaczego Ram cię wybrała? Czy chorowałeś?
Czy ona poszła na spacer po szpitalu i wybrała Matteo, by spełnił jej zachcianki? Arthie nie mogła wymyślić innego powodu. Sama chorowała, gdy Etteńczycy przybyli do jej domu w Ceylanie i rodzice zabrali ją do jedynego „lekarza” mogącego pomóc, nie wiedząc, że to lekarstwo na zawsze zmieni każdy element jej jestestwa.
– Chory? – zapytał Matteo, po czym się zaśmiał, gdy zrozumiał, co miała na myśli. – Nie, właściwie cieszyłem się idealnym zdrowiem. Mój ojciec dbał tylko o to, jak radziłem sobie z nauczycielami, a matka zawsze interesowała się bardziej tym, co czuł on, niż tym, co czułem ja. Więc spędzałem wiele godzin gdzie indziej. Wędrowałem ulicami, siedziałem pod drzewami z ołówkiem i notatnikiem. Pewnego dnia, z plecami piekącymi po uderzeniach bicza ojca, poszedłem na spacer po lesie i odkryłem swego rodzaju obiekt ukryty pomiędzy jesiennymi drzewami. Wyglądał, jakby pozostawiono go tam dla mnie. Szedłem tą trasą już z tysiąc razy i nigdy go nie widziałem. – Zaczął skubać kłaczki na pościeli. – Usłyszałem… krzyki ze środka i wiedziałem, że nie powinienem się tam znaleźć. Zamiast pomóc, myślałem o sobie, o tym, że powinienem uciekać. Ale nim zdołałem zawrócić, z budynku wybiegli mężczyźni, złapali mnie i zaprowadzili do środka. Pamiętam wyraźny szpitalny zapach i nagły ostry ból w szyi, a następnie zostałem czymś nakarmiony. Dziś wiem, że to była krew. Ostatnie, co widziałem, to maska Ram, a później obudziłem się na ulicy.
To w ogóle nie przypominało okoliczności, w jakich Arthie zamieniła się w półwampira.
– Dochodziło do innych ataków, wiesz – kontynuował. – Nigdy do tak wielkich, nigdy ich nie upubliczniano i nie zmieniano w propagandę. Przemieniła mnie i zostawiła na środku zatłoczonej ulicy, by zmanipulować ludzi.
Brzmiał na zmęczonego. Spotkał jej spojrzenie, a udręka w oczach wampira okazała się tak wielka, że gdyby Arthie nie była tak bardzo zaaferowana teraźniejszością, wyobraziłaby sobie siebie obok niego. W jego przeszłości, przeżywającą z nim to przeklęte wspomnienie. Wiedziała, że mówienie jej o tym nie mogło przyjść mu łatwo.
– Dlaczego ty? – zapytała.
– Nie wiem – odpowiedział. – Może znalazłem się w złym miejscu o złej porze.
Nie, musiało chodzić o coś więcej. Arthie wiedziała, jak niektórzy ludzie działali, i choć lady Linden była nieuchwytna i tajemnicza, zdecydowanie pozostawała typem osoby, która nie robiła niczego bez konkretnego powodu. Zawsze musiało istnieć ponieważ. Nie zdecydowałaby się na przemienienie Matteo tak po prostu.
– W dodatku nosiła tę maskę, zanim została ukoronowana. Chroniła swoją tożsamość, grając w tę grę dwoistości, zanim Rada dała jej to, czego pragnęła. Nie wiem, skąd wiedziała o wampirach w czasach, gdy ta informacja nie była powszechna. Ja z pewnością nie wiedziałem. Ale przemienienie mnie to brawurowe, ryzykowne zagranie i aby tego dokonać, musiała posiadać konkretną wiedzę.
– Wiemy, że ludzie w poszukiwaniu władzy i statusu użyją czegokolwiek, by osiągnąć swój cel – odparła Arthie.
Ale dlaczego wampiry, skoro istniało tak wiele innych sposobów, by Ram mogła odnieść sukces? Tego dziewczyna nie wiedziała.
Matteo prychnął.
– Zdecydowanie zdobyła oba.
Każdy Etteńczyk, imigrant czy nie, wiedział, jak monarchini doszła do władzy, koronując się chwilę po ataku Wolfa z White Roaring. Imperium pogrążyło się w nieładzie i Etteńczycy się bali. Kiedy ówczesny władca nic nie zrobił, wkroczyła ona. Uspokajała ludzi, obiecywała ograniczenia, dała prawo i porządek, gdy ich zabrakło. Przygotowała się, mówiła z taką pewnością, jak nikt inny, pewnością posiadaną tylko dlatego, że wiedziała wiele o wampirach. Została etteńską wybawczynią i przez to nagrodzono ją tytułem monarchini.
– To właśnie przypomina ci ten chaos na zewnątrz – rzuciła Arthie, gdy połączyła kropki. – O tych dniach, które nadeszły po. – Po ataku, to chciała powiedzieć.
Matteo skinął głową, zaciskając wargi. Istniało tu jakieś połączenie, Casimir to wiedziała. To zamieszanie może nie znajdowało się w pierwotnym planie Ram, ale z pewnością je wykorzystywała.
– Próbowałem wrócić do tamtego budynku z Pennem, lecz zniknął. Nic tam nie znalazłem. Jakbym go sobie wyobraził – opowiadał dalej. – Ona mnie wykorzystała, by wspiąć się na najwyższą pozycję w imperium. Ja zrobiłem z niej to, czym jest. A teraz się dowiaduję, że to lady Linden? Ja dla niej malowałem.
Arthie nigdy nie słyszała takiej złości w głosie Matteo, tak wielu emocji, które drżały w jego tonie.
– Po jakimś czasie wróciłem do domu – wyszeptał, zgubiony we wspomnieniu. – Zabiłem ojca. Nie, ponieważ go nienawidziłem, Arthie, ale ponieważ próbował mnie zranić. Później pozbawiłem życia matkę. Nie mogłem się powstrzymać. Czułem się jednocześnie tak boleśnie głodny i zły. To nie był nawet prawdziwy głód, we właściwym tego słowa znaczeniu. Nigdy się nie pożywiałem. Tylko pragnąłem. Czułem się, jakbym utknął we własnym ciele i…
– Oglądał, jak wszystko się dzieje bez twojej kontroli – dokończyła cicho. – Wiem.
– I wiem, że ty jako jedyna naprawdę rozumiesz – przyznał z drobnym uśmiechem.
To powinno poruszyć w niej coś pozytywnego. Powinno pogłębić ich relację, ponieważ ktoś inny ją rozumiał. Ale zamiast tego to ją zaniepokoiło. Ponieważ nigdy nie miałaś przy sobie kogoś takiego.
– Więc teraz już rozumiesz, prawda? – odezwał się Matteo, wbijając w nią spojrzenie szmaragdowych oczu. – Ona wciąż pozostaje naszym wrogiem.
– Nigdy nie powiedziałam, że jest inaczej.
– Nie, ale pozwoliłaś sobie na rozproszenia przez nasze kłopoty. Winiłaś siebie, kiedy w rzeczywistości to ona w pełni ponosi winę.
Dziewczyna nie wiedziała, jak bardzo prawdziwe są te słowa, lecz tego nie skomentowała.
– Nie ponieśliśmy porażki tamtej nocy.
Uniosła spojrzenie, zaskoczona.
– Wiem, co myślisz – dodał. – Ale jesteś nową wersją siebie. Tak samo jak Flick i Jin. Powiedziałbym nawet, że ja też. Chociaż żywimy przekonanie, że lady Linden jest potężna zarówno jako Ram, jak i głowa WKJ, ignorujemy to, jak potężni mysię staliśmy. Nie daliśmy sobie szansy, by to sprawdzić.
Myśli Arthie zazwyczaj dzieliły się na przejrzyste kategorie, a każda łączyła się z adekwatną informacją. Teraz skrywały się za mgłą. Faktycznie uważała rzeź i dni przed nią za porażkę, ale Matteo miał rację. Z sukcesem przedostali się do Athereum, odkryli prawdziwą tożsamość Ram, zdobyli księgę, najbardziej obciążającą własność monarchini. Nie ponieśli porażki. Przyznanie się do przegranej to coś, czego Ram od nich oczekuje.
Ale Arthie nie mogła pozbyć się wrażenia, że zawiodła Penna i członków prasy, którzy tamtej nocy umarli. Że zawiodła Flick, zawiodła Jina.
Matteo otworzył szufladę obok łóżka i wyjął coś świecącego. Serce dziewczyny podskoczyło na ten widok. Calibore.
– Znalazłeś go – wykrztusiła, odbierając od niego broń.
I go wyczyścił, pomyślała. Na powierzchni nie ujrzała ani kropli krwi, a srebro było tak nieskazitelne jak wytrawiony czarny filigran.
– Nie mogłem zostawić tam części ciebie. Mam jeszcze to, proszę. Wyszła ponad tydzień temu, ale byliśmy zajęci. – Matteo podał jej gazetę i czekał, aż przeczyta nagłówek.
ŻYCIE BYŁO JAK FILIŻANKA HERBATY: KRUCHE
Artykuł mówił o Spindrift. O zarządzających nim Casimirach i o wielkiej szkodzie wyrządzonej przez nieprzypilnowany czajnik, który podpalił herbaciarnię tak, że nic z niej nie zostało.
Dziewczyna przeczytała jeszcze raz. Nieprzypilnowany czajnik. W takąhistorię uwierzyło White Roaring? Że ona lub jej ekipa okazali się wystarczająco nierozważni, że pozwolili, by czajnik doprowadził do pożaru, który strawił coś, o co dbali od lat? Przeczytała to kolejny raz, każdy akapit odkopywał i rozbudzał dziewczynę, którą była, gdy ta gazeta poszła do druku, rozniecając w niej złość i pragnienie zemsty, aż w końcu jej umysł stał się bystry, jak kompas wskazujący na nowo właściwy kierunek.
– Kruche – prychnęła.
Gdyby Arthie Casimir pisała dla gazet, sama by się zwolniła za taki nagłówek. Po pierwsze, to okropny sposób pisania o prestiżowej herbaciarni. Po drugie, to White Roaring. Istniała duża część społeczeństwa, których ta kruchość nie obowiązywała.
Spindrift powstanie z grobu, podczas gdy wszystko, o co dbała Ram, zgnije w grobie. Arthie to poprzysięgła. Z westchnięciem odrzuciła w bok gazetę, pozwalając jej upaść na dywanik upleciony z materiałów w różnych odcieniach szkarłatu.
Upadła z szeptem szelestu, gdy pewność wypełniła niebijące serce dziewczyny. Gdyby tylko mogła pokazać ten artykuł Jinowi, by razem z nim ponarzekać i przedrzeźniać jego treść.
– Po trzecie – powiedział i uniósł szklankę. Wąską, długą i krystaliczną, całą wypełnioną krwią.
Odwróciła wzrok, przełykając. Nienawidziła tego, że jej żołądek zaburczał na ten widok. Nienawidziła, że pragnęła posoki. Potrzebowała.
– Picie, by przetrwać, to nie to samo, co stało się na tamtej łodzi – zauważył, ponieważ rozumiał. Wiedział.
Smakowała tak samo. Arthie nie piła z żadnego z tych biednych zamordowanych ludzi, ale ich krew rozprysnęła. Wylądowała w jej ustach, pokryła wargi. Dziewczyna wiedziała, że tu chodziło o przetrwanie. Wiedziała, że potrzebuje posoki, by działać, ale tamtego dnia straciła część siebie – i później w domu Penna kolejną. Popełniła czyny zaprzeczające jej własnej logice, ignorujące chęci. W tamtych chwilach nie miała żadnej kontroli, a Arthie nienawidziła nie mieć nad czymś kontroli.
– Piłaś ze mnie – dodał cicho. – To się niczym nie różni.
– Właśnie, że tak, i dobrze to wiesz – wytknęła, spoglądając mu w oczy. Wypiła w przypływie emocji, w obliczu śmierci. Wbiła wzrok w jego wyciągniętą rękę i lśniącą szklankę. Następne słowa wypowiedziała jak obietnicę: – Pewnego dnia.
Skinął głową, odstawiając naczynie na wózek obok.
– Zaoferowałbym ci wodę kokosową, ale nie mam.
Przetrwa. Odzyskała kontrolę i jeśli odmówiła wypicia krwi, by desperacko utrzymać się zanikających pozostałości człowieczeństwa, niech tak będzie.
Ktoś walnął pięścią w drzwi.
– Andoni!
Z urażoną miną Matteo wstał i je otworzył.
– Co?
Arthie mogła dostrzec korytarz Athereum, tapetę i polakierowane drewno. Trudno nie wspominać Penna, skoro widziała go tam, gdziekolwiek tylko nie spojrzała. W progu stał wampir o siwych włosach i potężnej budowie ciała.
Sidharth. Jeden z najbliższych przyjaciół Penna.
Wszedł do środka bez zaproszenia, a jego uśmiech przyćmił szaleństwo w ciemnych oczach.
– Arthie Casimir, żyjesz!
– Oczekiwałeś czegoś innego? – skontrowała.
Przybysz usiadł na fotelu i westchnął.
– Nigdy. My, brązowoskórzy, jesteśmy nie do zdarcia.
– Po co tu przyszedłeś? – przerwał Matteo, nie siląc się na uprzejmości. – Wciąż do siebie dochodzi.
– Wiem – odparł mężczyzna, wyglądając, jakby miał za sobą kilka nieprzespanych nocy, a przecież wampiry nawet nie śpią. – Jest bardzo źle. Ulice pełne są Rogatej Straży. Zamieszki same w sobie były okropne, ale teraz wygląda na to, że zjawiło się tam całe miasto, i właśnie się dowiedzieliśmy, że nie chodzi tylko o rzeź prasy. Doszło do zaginięć ludzi.
– Chciałbym czuć zaskoczenie – mruknął Matteo.
Sidharth skinął głową.
– Od wczoraj. Dlaczego Penn musiał umrzeć właśnie teraz.
Rzucił te słowa bez emocji, ale Arthie usłyszała, że na koniec załamał mu się głos.
Matteo podszedł do Sidhartha i chwycił go za bark.
– Nie chciałby, by ktokolwiek inny przejął po nim pałeczkę.
– Teraz ty jesteś przewodniczącym? – zapytała dziewczyna.
Sidharth ostrożnie skinął.
– Wiemy, kto ponosi odpowiedzialność za zaginięcia? – zastanowił się Matteo.
– My, według wszystkich strajkujących na dworze. Znaleziono „wyraźne ślady”, że porywający to wampir. Od kiedy wampiry tak robią? Szczerze wątpię, by ktoś zostawił wiadomość: PORWAŁEM CZŁOWIEKA, TA-DA! Och, powiedziano mi również, że pijemy ich krew i ich mordujemy. Moje wampiry ledwo opuszczają teren Athereum przez chaos panujący w mieście. Oczywiście nie wiem, kto korzysta z tego rozgardiaszu i porywa ludzi…
– Ram – przerwała mu Arthie.
– Ale w jakim celu? – podpytał niemal histerycznie.
Dziewczyna podniosła Calibore i poprawiła sari.
– Wspomniałeś, że ulice pełne są Rogatej Straży. Szuka nas i swojej księgi, ale czy w mieście dzieje się teraz inaczej niż po ataku Wolfa z White Roaring?
Milczenie Sidhartha stanowiło wystarczającą odpowiedź. Nie spojrzała na Matteo. Nie chciała niczego zdradzić.
– To wydarzyło się dwadzieścia lat temu. Od tamtej pory strach przed wampirami w Ettenii zmalał. To idealny moment, żeby na nowo go wzniecić i zebrać poparcie. Im bardziej ludzie się boją, tym częściej zaczną zwracać się do niej po pomoc.
Strach był bronią, którą ludzie u władzy używali raz za razem, osiągając świetne rezultaty.
– A z drugiej strony, korzysta z tej sytuacji, by odwrócić uwagę wszystkich, NASZĄ też.
Sidharth zamrugał, patrząc w jej stronę.
– Jestem zbyt zmęczony, by zrozumieć, o co ci chodzi.
– Od wampirów, których używa jako broni.
Nie wyglądał na przekonanego.
– Przy wszystkim, co się teraz dzieje, jak możemy mieć co do tego pewność?
Tamtej nocy Ram mogła zabić masę ludzi i spalić Spindrift, obie te rzeczy zrobiła z zemsty. Cierpiała, ponieważ straciła swoją księgę rachunkową, tę zdobytą przez Arthie ryzykującą życiem wewnątrz tego właśnie budynku.
Tę jedną księgę wypełnioną jej sekretami.
– Ponieważ to największa tajemnica w księdze rachunkowej. I kiedy ją zatrzymałam, zamiast ją oddać, wiedziała, że dołączyliśmy do Penna. Straciliśmy przez to Spindrift – przyznała Casimir. – Nie mówiąc już o Pennie, Jinie oraz pracownikach prasy, którzy zebrali się tamtej nocy.
Na dworze krzyki wznosiły się jak kłębiąca się fala. Gdzieś rozbito okno, a ludzie zaczęli wiwatować.
Sidharth westchnął.
– Jeśli zrzucają winę za tamtą noc na wampiry, nie zdziwiłbym się, gdyby ciebie i twoją ekipę również nazwano winowajcami. Niemniej jednak, chociaż umarłaś, masz jakiś plan?
– A kiedy nie uważano mnie za przestępczynię? – rzuciła. To prawda. Uciekanie przed strażnikami Ram i ich unikanie to dla niej żadna nowość, lecz teraz niebezpieczeństwo stało się większe, bardziej dotkliwe. Nie zabrała Calibore z White Roaring Square ani nie zdecydowała się prowadzić w sekrecie krwiodajni. Ukradła coś, czego Ram rozpaczliwie potrzebowała. – Ale tak, mam plan.
Ponieważ przez cały czas, gdy dochodziła do siebie, leżał jej na sercu Jin. Dzięki temu planowi nie tylko pokrzyżuje zamiary Ram w związku z zamienianiem wampirów w broń, by rozszerzać kolonie Ettenii, lecz także zyska wybaczenie mężczyzny.
– Penn twierdził, że rodzice Jina stworzyli szczepionkę ze srebrem, której Ram używa na wampirach, prawda? Nie wiemy, czy żyją, ale…
– Żyją – przerwał Sidharth.
Arthie zamilkła, zaskoczona, że coś na ten temat wie.
– Penn mówił, że nie wiadomo.
Sidharth skinął.
– On i ja mieliśmy o nich porozmawiać, ale teraz już się nie uda, prawda? Nigdy się nie dowiem, co zamierzał przedyskutować, ale domyślam się, że nie chciał, by ten chłopak… Jin, czyż nie? Zaczął ich szukać.
Arthie ściągnęła brwi. To dziwne. Z jakiego powodu pragnął powstrzymać Jina przed szukaniem swoich rodziców?
Matteo ich nie słuchał.
– Gdy znajdziemy jego bliskich, to dostaniemy informacje mogące doprowadzić nas do wampirów. A gdy znajdziemy wampiry, natychmiast przerwiemy całe przedsięwzięcie.
– Taki jest plan – potwierdziła Arthie.
Ale najpierw potrzebowali księgi Ram. A do tego pomocy Flick. I Jina, jeśli miała być szczera.
– Jeśli mogę jakoś pomóc, dajcie mi znać – zapewnił Sidharth. – Nie mówię, że możecie ufać wszystkim, ale ci z nas godni zaufania zrobią najwięcej, jak się da.
Grono zaufanych ludzi dziewczyny zmniejszyło się jeszcze bardziej, odkąd zginęli Penn i Laith. Nie zamierzała też ufać rodzicom Jina. Może nie zdołać zrozumieć, na jakich warunkach Siwangowie pracują dla Ram, ale Arthie nie była jedną z tych osób udzielających ludziom kredytu zaufania.
– W porządku – zgodziła się, po czym opuściła stopy na podłogę i wstała po raz pierwszy od kilku dni.
Rozruchy na zewnątrz zagrzmiały jak bicie serca.
– Możesz nas stąd zabrać? Zbierzmy, proszę, naszą ekipę.
JIN
Cukiernia Sweet Poppy była zamknięta trzeci dzień z rzędu, co nie wpływało dobrze na i tak zepsuty humor Jina. Chciał przejść przez jej drzwi i podejść do witrynki wypełnionej warstwowymi, maślanymi smakołykami z dżemem, posypanymi cukrem pudrem i oblanymi czekoladą. Wiedział, że nie poczuje już ich smaku, ale ucztować można nie tylko ustami. Albo przynajmniej tak sobie powtarzał, ponieważ czuł głód, a nie skosztował ani łyka krwi, odkąd został przemieniony.
Tak samo jak jego życie zmieniło się też White Roaring. Kiedyś niebezpieczeństwo chowało się tu w cieniu i rozwijało pod przykrywką nocy, teraz stało się widoczne i głośne, pochodzące z rąk złych i przestraszonych. Tak wiele pracowników prasy zginęło tamtej nocy, a do tego zaczęli też znikać ludzie. Zaginął, zniknął, został zabity, krzyczał tłum. Nikt niczego nie wiedział na pewno, poza tym, że za wszystkim stoją wampiry.
Jin mógł zgadnąć, czy to prawda.
Wszędzie natykał się na Rogatą Straż, ale Ram pozwalała, by to wszystko się działo, pozwalała złości się zaostrzać. Jakby pragnęła ich rozproszyć, jakby miała już gdzieś, co dzieje się w Ettenii.
Miejsca takie jak cukiernia zamknięto, okna powybijano, gdy ludzie albo się ukrywali, albo maszerowali, wymachując pięściami, żądając odpowiedzi, uzbrojeni w kołki lub jakiekolwiek zrobione własnoręcznie bronie.
To wszystko wydawało się niedorzeczne.
Strach Etteńczyków przed wampirami wzrósł przez kłamstwo: siły Ram odebrały życie reporterom w Athereum, a nie wampiry. To Ram wmaszerowała przez drzwi Athereum, spojrzała na Flick, niemalże mówiąc: „Och, mam jeszcze jedną niespodziankę: jestem twoją matką!”, a chwilę po tym posłała kulę w stronę Jina. I to wcale nie koniec tego wszystkiego. Arthie okazała się wampirem i go w jednego przemieniła.
Prychnął. To brzmiało jak fabuła jakiejś powieści, naprawdę.
Z jednym wyjątkiem. Pomimo pokręconych, zaskakujących, zabójczych zwrotów akcji w tej historii najbardziej przygnębiającą jej częścią pozostawało to, że Arthie kłamała mu prosto w twarz przez poprzednie dziesięć lat.
A on nie mógł przestać się na nią o to złościć.
Jin poruszył głową, by strzyknęły mu stawy w karku, po czym odwrócił krzesło. Szuranie czterech nóg wybrzmiało delikatnie w ciszy pustej sali, a kurz zabarwił się na złoto przez stojącą na biurku lampkę. Rana po postrzale rwała go tępo, zarówno z bólu, jak i przez wspomnienia. Usiadł z powrotem i poprawił nogi. Oparł ramiona na krześle.
Nie spieszył się.
Naprzeciwko niego stało drugie krzesło, a na nim siedział pozbawiony gracji mężczyzna w średnim wieku, ubrany w mundur i pokryty więcej niż jedną warstwą ziemi. Jin zaciągnął go tutaj dzięki rozmowie przemienioną w drobne groźby – lśniące słowa niemal naturalne dla niego, ale zdawały się wyjątkowo trudne do przywołania teraz, gdy w jego żyłach płynęła złość.
Im dłużej Jin czekał, tym głośniejsze stawały się oddechy mężczyzny i tym mocniej napierał na krępujące go liny. A Jin, będąc wampirem, mógł usłyszeć wszystko z irytującą klarownością. W wampiryzmie odnajdywał wiele rzeczy, których się nie spodziewał. Wiadomo, że krwiopijcy mają wzmocnione zmysły, ale nikt nie mówił o tym, jak przytłaczająco szybko się takie stawały.
Więzień zapłakał. Zabrzmiało to tak, jakby szczeniak łkał podczas burzy.
Jin uśmiechnął się jak najradośniej, jak najmilej. Na dworze wczesnozimowy wiatr uderzał w ściany, a jeszcze dalej rozbrzmiewał chaos White Roaring.
Spojrzał w dół na niemal nieczytelną notatkę od poprzedniego spotkanego człowieka. Wprawdzie swoim urokiem wyciągnął od niego informacje, ale jego cierpliwość się kończyła – tak, jakby od tamtej nocy w sali konferencyjnej Athereum minęły już miesiące i lata, a nie kilka dni.
Ściślej mówiąc, Jin naprawdę szukał rodziców od miesięcy i lat, ale to coś innego.
– Coll, prawda? – zapytał.
Coll nie odpowiedział. Czego należało się spodziewać. Jin miał czas. Zaśmiał się gorzko. Miał czas aż do końca świata – dosłownie.
– Powiedziano mi, że jako jeden z niewielu utrzymywałeś kontakt z panem i panią Siwang, kilka miesięcy temu. Pamiętasz?
Coll nadal nie zdecydował się niczego powiedzieć. I w tej pustej ciszy Jin usłyszał płynącą w żyłach mężczyzny krew, fontannę słodkiego nektaru czekającą na jego kły.
Zacisnął mocno zęby i poprawił mankiety. Jeszcze raz spojrzał na pojmanego.
Może powinieneś zabrać mu linę spomiędzy zębów, bracie, zasugerowała Arthie w jego myślach. Może wtedy dostaniesz od niego jakąś odpowiedź.
Nie mógł pozbyć się jej głosu, nieważne, jak bardzo by nie próbował. Minione siedem dni okazało się wystarczająco okrutne, ale to, że musiał słuchać jej kpiącego tonu w każdej chwili, tylko pogarszało sprawę.
– Co ja bym bez ciebie zrobił, siostro – wysyczał. Czuł się sfrustrowany. Zdradzony.
A mimo to poszedł za nią tamtej nocy, gdy upadł Penn, a ona pobiegła za Laithem. Wciąż ledwo stał na nogach, w ustach miał za dużo zębów, jego ciało domagało się krwi, a pragnienie to stało się tak duże, jak nigdy w jego życiu. Patrzył, jak umierała z ręki Laitha, przyglądał się, jak Matteo ją uniósł i zabrał. Nie wiedział, że była półwampirem i mogła zostać przemieniona. Nie wiedział, że w ogóle jest w jakimś procencie wampirem.
Kłamała przed nim, raz za razem – lub omijała prawdę czy jakkolwiek inaczej próbowałaby to wyjaśnić. Nie miało znaczenia, co by mu na ten temat powiedziała, ponieważ koniec końców prawda pozostawała jednoznaczna: nie zaufała mu.
Wyrzucił ją z głowy. Miał inne zadania do wykonania: jak chociażby znalezienie swoich rodziców. Penn powiedział, że są zasobem Ram, co oznaczało, że istnieje szansa, że żyją, a Jin cały poprzedni tydzień spędził na szukaniu wskazówek. Znajdzie ich, uwolni od władczyni i skończy z tym.
Ram zabrała mu rodziców, Spindrift, jego życie, ale dostał drugą szansę i nie zamierzał pozwolić jej nadal w nim mieszać. Jej. Wciąż nie dotarło do niego w pełni, że nie była jakimś potworem bez twarzy, tylko matką Flick. A Flick to córka kobiety, która gardziła wampirami, co oznaczało… Jin nie mógł za długo o tym myśleć.
Wyciągnął rękę i pozbył się liny z ust Colla. Sznur zwisał teraz luźno na jego szyi.
– Nic nie wiem, okej? – wybełkotał, a ślina ciekła mu na wszystkie strony.
Latarenka zamigotała, posyłając iskry. Kiedyś Jin mógł zamknąć oczy i widzieć pomarańcz ognia – teraz dostrzegał czerwień. Karmazyn, wylany i skradziony, a on go łaknął. I pomyśleć, że kiedyś z taką samą żądzą pragnął słodkości, łakoci, które wciąż mógł przeżuwać i połykać, nawet jeśli smakowały jak popiół.
Jin się wzdrygnął i potarł wierzchem ręki o udo.
– Musisz mówić trochę bardziej konkretnie.
– Nie wiem, gdzie są Siwangowie! – wykrzyczał. – Nie wiem nawet, kim są.
– Mówienie głośniej nie sprawi, że twoje słowa staną się prawdziwsze – wytknął Jin spokojnie.
Gdy Coll zaczął krzyczeć coś jeszcze, uniósł dłoń.
– Proszę, przestań przyczyniać się do mojej utraty słuchu.
Więzień osunął się na tyle, na ile pozwalały mu sznury.
– Spróbujmy jeszcze raz – zaczął Jin. Zazwyczaj wabił ludzi obranych na cel, kpił z nich albo wyciągał upragnioną odpowiedź. Nie mógł teraz wskrzesić w sobie tamtego siebie, ale zamierzał spróbować. – Jesteś kurierem, prawda?
Coll skinął.
– I dostarczasz towary?
Znów potwierdził.
– W porządku. Więc gdzie, szanowny panie, dostarczyłeś dziesięciokilogramową przesyłkę płynnego srebra?
Jego rodzice byli naukowcami, pomysłowymi i znanymi w całej Ettenii. Wystarczająco, by Ram spaliła ich dom, pozostawiając go na pewną śmierć. Przeżył minione dziesięć lat w niepewności, czy żyli, aż Penn nie powiedział, że stworzyli szczepionkę ze srebrem zamieniającą wampiry w broń.
Co oznaczało, że taka ilość płynnego srebra mogła pójść tylko w jedno miejsce: do ich laboratorium. Gdziekolwiek ono się znajdowało.
Pojmany znów zapłakał i próbował wydostać się ze sznurów. Widocznie chciał stąd zniknąć.
Jin wyciągnął pistolet z kabury i się nim zamachnął. Nigdy nie lubił broni palnej. Teraz gardził nią jeszcze bardziej, ponieważ postrzelenie kogoś mogło skończyć się dla niego wybuchem szału spowodowanym głodem i krwią.
Mimo to pozostawała dobrą groźbą, szczególnie gdy brakowało elokwencji.
– Przy-przysięgam – wyryczał Coll.
Pomieszczenie zaczęło śmierdzieć moczem, co jeszcze bardziej zdołowało Jina. Mężczyzna był tak przydatny jak czekoladowy imbryk, a grożenie mu nie szło najlepiej.
Wsunął pistolet z powrotem do kabury przesadnym ruchem. Więzień to zauważył i nieco ucichł.
– Przepraszam, Coll – rzucił, wzdychając i pochylając się, jakby chciał zdradzić sekret.
Facet dostał czkawki, a na twarzy wymalowało mu się zdziwienie na nagłą zmianę w Jinie.
– Żaden z nas nie chce tu być, prawda? Wolałbym siedzieć teraz w domu, popijając dobrą herbatę czy… – Przerwał, spoglądając oczekująco na jeńca.
– Kakao – dodał tamten. – Mama robi dobre kakao.
Zaśmiałby się na obraz starszego mężczyzny, biegnącego do mamy do domu, ale Jin nawet nie miał domu. Wciąż mówił o Spindrift, jakby dalej stało, jakby nie zamieniło się w kupę gruzu na ulicy.
– Kakao mamy – kontynuował i skinął. – Ale nie mogę odejść, dopóki nie powiesz mi tego, czego potrzebuję, a ty nie możesz odejść, dopóki nie powiesz mi, czego potrzebuję. Zdaje się, że utknęliśmy razem w tej sytuacji. Pomóż koledze, no dalej.
Coll rozmyślał nad tymi słowami, doszukując się kłamstwa, nim kiwnął głową.
– Ja… Powiedziano mi, że mam przekazać paczkę kobiecie na White Roaring Square. Nigdy się nie pojawiła.
Jin czekał.
– Nie wiem nic więcej, przysięgam – dodał i uśmiechnął się niemrawo. – Czy… Czy idziemy się więc ogrzać?
Istniała dalsza część historii. Jin słyszał to jednakże w jego głosie, słyszał sposób, w jaki nadużywał dobroci, więc jego cierpliwość znów się skurczyła i zmroziła.
Westchnął i wstał, spoglądając przez ramię, gdy usłyszał dźwięk przy drzwiach do klasy. Instynktownie się zmartwił, że Arthie go znalazła. Ale ona miała swoje sposoby, a Jin znał je wszystkie. Jeszcze raz spojrzał przez ramię.
Cóż, większość z nich.
Strach wrócił na twarz kuriera, co wydało się niczym w porównaniu z brzydotą targającą Jinem od wewnątrz. Plątaniną wściekłości i bólu, zdrady i potrzeby zrobienia czegoś. Podniósł parasolkę i nią zakręcił. Czekał. Jedno uderzenie serca, dwa. Coll dalej milczał.
Wbił parasolkę w stopę mężczyzny.
Rozległ się obrzydliwy chrzęst, po czym dostawca krzyknął.
Chłopak odniósł wrażenie, że słyszy oburzenie Flick. To było bardzo diaboliczne!, powiedziałaby, gdyby mu towarzyszyła, ale zabrakło jej, by uspokoić Jina. A Coll pracował dla WKJ, konglomeratu dostawczego, działającego ramię w ramię z imperium, kradnąc ziemię, zasoby i artefakty, nie dbając o ruinę, jaką po sobie zostawia.
Trudno przyszło mu przywołać jakieś współczucie.
Jin się pochylił, by spojrzeć więźniowi w oczy.
– Słyszałem, że tą samą stopą kopałeś swoją córkę, gdy zrobiła coś, co ci się nie podobało. Och, nie mów, że cię to zaskakuje. Jestem Casimirem, Coll. Nie oczekuj, że się nie dowiem. Czy to dlatego wróciłeś do mamusi? Ponieważ twoja żona miała dość? – Przesunął parasolkę na drugą stopę mężczyzny i oparł ją na sznurówkach. – Jeszcze raz to samo?
To pytanie zadawał stałym klientom Spindrift, gdy trzymał imbryk w dłoni.
– Nie! Proszę, nie, panie Casimir! – wykrzyczał. – Po tym, jak kobieta się nie pojawiła, sam zaniosłem paczkę pod wskazany adres, ale nic tam nie było, okej? Jedna, wielka pustka. Duży, opuszczony magazyn. Pomyślałem, hmmm, to dziwne. Wyglądało, jakby ludzie wyszli z niego w pośpiechu. Wszędzie bałagan. Ale chciałem otrzymać zapłatę, więc się rozejrzałem i właśnie chciałem się poddać, gdy dostrzegłem kawałek papieru na podłodze z innym adresem.
Opróżnienie całego magazynu i przeniesienie się do nowej lokalizacji pozostawało dziwne, chyba że bali się schwytania, chyba że… Księga rachunkowa, prywatny organizer samej Ram, gdzie notowała każdy ruch, od imion po transakcje. Zniknął znacznie wcześniej, nim przejęli go Jin i inni. Oczywiście, że postarała się zmienić lokalizacje i odwrócić uwagę wszystkich od tego, co mogą ujawnić jej własne notatki.
Chłopak miał tylko nadzieję, że to nie odnosiło się do jego rodziców.
– I? – ciągnął Jin.
– To adres nowego miejsca. Oni… oni coś tam robili. Coś złego.
Wampir zamilkł na chwilę.
– Gdzie?
– Słyszałem płacz. Nie, nie. Jak się to nazywa… lament? Słyszałem lament – kontynuował, biorąc szybkie wdechy. – Jakby ludzie w środku cierpieli. Stąd wiedziałem, że nie powinno mnie tam być.
Zaginione wampiry? Jin nie wiedział, więc spojrzał w swoje prawo, nim dotarło do niego, co zrobił. Szukał Arthie. By wymienić spojrzenie pozostające dla nich całą, bezsłowną rozmową.
Zignorował ból w piersi.
– Czy to laboratorium? – dopytał.
Coll spazmatycznie pokręcił głową.
– To… magazyn wysyłkowy WKJ.
Nadzieja Jina na nowo odżyła. Zmusił się do myślenia, by w niej nie utonąć.
Magazyny wysyłkowe nie przechowywały, one wysyłały. Brakowało miejsca na przetrzymywanie, gdy porty White Roaring tak prężnie działały, a ładunki przypływały lub odpływały w ciągu kilku dni, czasem godzin.
Jeśli Coll dostarczył płynne srebro do magazynu wysyłkowego, to oznaczało… to oznaczało, że wysyłano je poza White Roaring.
– Jesteś pewien, że to magazyn wysyłkowy? – dopytał.
Coll skinął.
– Widziałem, jak ładowali kontener i wracali z pustymi wózkami. Z pewnością był wysyłkowy.
Wampir przygryzł wnętrze policzka. Nic dziwnego, że nie odnalazł swoich rodziców. Ich nawet tu nie było. Ettenia może nie jest wielka, ale na palcach jednej ręki mógł zliczyć, ile razy opuścił White Roaring.
– Dokąd wywożone są dobra? Do jakiego miasta? – dopytywał dalej.
Kurier bujał się w przód i tył, a łzy płynęły po jego piegowatej twarzy. Kiedyś taki widok sprawiłby, że chłopak czułby współczucie i żal. Stałoby się tak, zanim całe Spindrift spłonęło, zanim ujrzał, jak śmierć zbierała żniwo w wielkim pomieszczeniu, nim obudził się w kałuży własnej krwi, a ulice wypełniły się rozzłoszczonymi ludźmi.
Jin jeszcze raz dotknął parasolką stopy mężczyzny.
– Nie wiem! Moja robota kończyła się na dostarczeniu srebra, okej?
Teraz już wiedział, że nie wyciągnie z kuriera nic więcej.
– Dobry panie. – Okrążył więźnia, po czym rozciął sznur wokół jego nadgarstków. – Jestem zobowiązany.
Chłopak zebrał swoje rzeczy z pokrytego kurzem stołu, który przysunął na teren przesłuchiwań. Coll nie został przywiązany do tego krzesła jako pierwszy w trakcie poszukiwań rodziców Jina. A on nie znał granic, jeśli chodziło o ich odnalezienie. Kiedy umierał i Matteo przyszedł, by zapytać, czy chce zostać przemieniony, a Arthie przybyła chwilę później, by to zrobić, zgodził się ze względu na swoich rodziców.
I Arthie. Ponieważ mnie potrzebuje, rozległ się głos. Zakopał go głęboko w sobie.
Coll na niego spojrzał.
– Co z moją stopą?
– A co ma z nią być? – rzucił. – Masz drugą, czyż nie? A teraz robię się głodny, więc sugerowałbym, byś już odszedł.
Kurier stanął na drżących nogach, tłumiąc krzyk. Zrobił jeden chwiejny krok i odwrócił się do Jina.
– Ja…
Wampir odsłonił kły.
To zachęta, jakiej Coll potrzebował. Wybiegł z wigorem mężczyzny młodszego o połowę i z dwoma zdrowymi nogami. Zatrzasnął za sobą drzwi, nie zerkając ponownie w tył.
I później Jin został sam.
– I co dalej, siostro? – rzucił pytanie w ciszę.
Arthie nie odpowiedziała.
Westchnął. Właśnie w tamtej chwili niemal miał nadzieję, że go przechytrzyła jak zawsze i wejdzie przez te drzwi z tym szatańskim błyskiem w oku. Przejechał językiem po długich kłach i myśl, której unikał, przebiła się przez hałas w jego głowie raz jeszcze: co pomyśli o nim Flick? Została wychowana w wielkiej nienawiści do wampirów. Jest córką kobiety zamieniającej je w broń.
Nie. To niesprawiedliwe względem Flick. To dlatego wybrała własne imię. By stać się inną wersją siebie, by stworzyć coś na kształt podziału między nią a matką. Jin nie uważał, że w pełni rozumiała dlaczego. Jeśli jej matka jest zarówno założycielką WKJ, jak i władczynią kolonizującego potwora, zwanego inaczej domem, zrobiłby pewnie to samo.
Flick!
