Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
„Najlepsza SF w gruncie rzeczy jest wspólnym dziełem pisarza i czytelnika: obaj tworzą i obaj robią to z radością… jest to radość odkrywania czegoś nowego”.
ze wstępu Philipa K. Dicka
„To są pomysły!
Nawet jeśli czasem trudno je ogarnąć, zostają w głowie i niełatwo się ich pozbyć… Dick przedstawia tu wizję ewolucji nie opierającej się na powolnych, niemal niezauważalnych zmianach, ale na gwałtownych skokach. Opowiada o statku kosmicznym wyposażonym w ludzki mózg, maszynie zachowującej muzykę pod postacią żywych stworzeń, marsjańskim mieście tak pomniejszonym, że mieści się w szklanej kuli, i ze szczętem zepsutej ludzkości żyjącej w podziemiach i strzeżonej przez opiekuńcze maszyny, które tylko pozornie są ludziom podległe. Sposób, w jaki Dick podchodził do takich pomysłów, wciąż może zachwycić…
Śledząc narrację, będziecie mogli uczestniczyć w niepowtarzalnej ewolucji wyobraźni jednego z największych pisarskich umysłów naszych czasów”.
z przedmowy Michaela Bishopa
Philip K. Dick urodził się w 1928 r. w Chicago, lecz większą część życia spędził w Kalifornii. Krótko był studentem Uniwersytetu Kalifornijskiego. Prowadził sklep z płytami i stację radiową. Przeszedł też doświadczenia z narkotykami, które wykorzystywał w swej twórczości. Zmarł w 1982 r. Wydał kilkadziesiąt powieści, z których wiele weszło na stałe do kanonu literatury SF. Był też autorem kilku powieści realistycznych, osadzonych w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku. O większości jego rówieśników uhonorowanych Nagrodą Pulitzera czy literacką Nagrodą Nobla niewielu już pamięta, on zaś ma coraz liczniejsze grono wielbicieli, a o jego książkach pisze się doktoraty…
Dom Wydawniczy REBIS wydał takie jego powieści jak: Ubik, Valis, Człowiek z Wysokiego Zamku, Trzy stygmaty Palmera Eldritcha czy Blade runner.
Wojciech Siudmak (ur. 1942) - polski malarz. Mieszka i tworzy we Francji. Uważany za czołowego reprezentanta realizmu fantastycznego. Prace wystawiał m.in. we Francji, Niemczech, Anglii, Szwajcarii, Kanadzie i USA. Honorowy Obywatel Miasta Wielunia i Ozoir-la-Ferrière. Otrzymał Order Zasługi RP.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 691
Ubik
Blade runner
Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?
Człowiek z Wysokiego Zamku
Valis
Boża inwazja
Transmigracja Timothy’ego Archera
Doktor Bluthgeld
Wyznania łgarza
Trzy stygmaty Palmera Eldritcha
Przez ciemne zwierciadło
Czas poza czasem
Płyńcie łzy moje, rzekł policjant
Świat Jonesa
Wbrew wskazówkom zegara
Marsjański poślizg w czasie
Krótki szczęśliwy żywot brązowego oksforda
Deus Irae
Oko na niebie
Wariant drugi
Kopia ojca
Raport mniejszości
Elektryczna mrówka
Labirynt śmierci
Inwazja z Ganimedesa
Cudowna broń
Słoneczna loteria
Nasi przyjaciele z Frolixa 8
Możemy cię zbudować
Druciarz Galaktyki
Radio Wolne Albemuth
Klany księżyca Alfy
Prawda półostateczna
Teraz czekaj na zeszły rok
Tytańscy gracze
Blade runner
Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?
Ubik
Człowiek z Wysokiego Zamku
Trzy stygmaty Palmera Eldritcha
Przez ciemne zwierciadło
Druciarz Galaktyki
Radio Wolne Albemuth
Valis
Boża inwazja
Płyńcie łzy moje, rzekł policjant
Transmigracja Timothy’ego Archera
Labirynt śmierci
Doktor Bluthgeld
Tytańscy gracze
Pamięci Philipa K. Dicka
1928–1982
Tysiące czytelników uważa Philipa K. Dicka za największego twórcę science fiction na wszystkich planetach. Odkąd przedwcześnie zmarł w 1982 roku, wzrasta zainteresowanie jego twórczością, które podsyca ogromna liczba publikacji na jej temat.
Ten zbiór opowiadań zawiera najwcześniejsze krótkie utwory Dicka (w tym uprzednio niepublikowane), pochodzące z lat 1952–1955.
„Bardziej niż którykolwiek z innych pisarzy gatunku Dick otwiera przed nami głębie ludzkiego umysłu”.
„Wall Street Journal”
Policzyłem dzisiaj książki Philipa K. Dicka, które mamy w domu w Pine Mountain w stanie Georgia. Sprawdziłem półki w moim gabinecie na piętrze oraz oba regały w piwnicy, gdzie musiałem skorzystać z drabiny, żeby spojrzeć na wysoką półkę znajdującą się naprzeciwko okna wychodzącego na Chipley Street. Nie zdziwiłem się specjalnie, odkrywszy, że mamy niemal pięćdziesiąt książek tego niezwykłego pisarza. Znacznie więcej niż jakiegokolwiek innego, i to niezależnie od tego, o jakim gatunku literackim mowa. Na drugim miejscu znalazł się na tej liście pisarz noszący podobne nazwisko co Dick: Charles Dickens.
Jestem przekonany, że gdyby Phil wciąż żył (a zmarł 2 marca 1982 roku), uznałby to za zabawne świadectwo swoistej ironii losu. We wstępie do „późnego” zbioru opowiadań The Golden Man (wydanego w 1980 roku) odniósł się z humorem, ale i goryczą, do kwestii niskiego statusu pisarstwa science fiction w Stanach Zjednoczonych w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Wprawdzie ugruntował już wtedy swoją pozycję jako twórca SF, ale jego próby przebicia się z tekstami do głównego nurtu literatury nieodmiennie kończyły się porażką.
Napisał wówczas:
SF była traktowana tak bardzo po macoszemu, że praktycznie jej nie było […]. Doświadczanie tej pogardy nie było wcale przyjemne. Bardzo uprzykrzała nam życie. […] Mało kto wydawał SF […] i czuliśmy się okrutnie prześladowani. Wybór kariery związanej z pisaniem SF oznaczał wstąpienie na ścieżkę autodestrukcji. Większość „prawdziwych” pisarzy nie traktowała poważnie ludzi, którzy się na to decydowali. Jedynym twórcą z głównego nurtu skłonnym odnosić się do mnie z szacunkiem był Herbert Gold, którego spotkałem na imprezie literackiej w San Francisco. Dostałem od niego autograf, złożony na karcie katalogowej i opatrzony dedykacją „Dla kolegi, Philipa K. Dicka”. Przechowywałem tę kartę, aż atrament całkiem wypłowiał, i wciąż jestem wdzięczny Goldowi za jego miłosierny gest.
Wspomina też, że w latach pięćdziesiątych przychodziło mu z drugą żoną, Kleo (w całym życiu Dick był żonaty pięć razy), radzić sobie z budżetem domowym wynoszącym 95 dolarów na miesiąc i często musieli zadowalać się psim żarciem. Tytułem ostrzeżenia dla wszystkich pisarzy pragnących pójść tą samą drogą dodaje, że jeszcze w połowie lat siedemdziesiątych (czyli ostatniej pełnej dekadzie swego życia) nie zawsze miał z czego zapłacić czynsz, a w 1977 roku (trzy lata przed napisaniem tego wstępu), w miesiącu, gdy odeszła od niego piąta żona, Tessa, zabierając ich syna, Christophera, zarobił tylko dziewięć dolarów. Jak można jednak oczekiwać, doradza też kandydatom na pisarzy SF, żeby nie poddawali się rozpaczy i nie rezygnowali z marzeń, cytując przy tym suficznego poetę Kabira: „To, czego nie przeżyłeś, nie jest rzeczywiste”. Kończy zaś brutalnie szczerą zachętą: „Przeżyj to więc. [Idź] tą drogą do samego końca. Dopiero wtedy coś pojmiesz, nie wcześniej”.
Sam Dick niemal zawsze „szedł do samego końca” tymi drogami, które się przed nim otwierały. Stawiał im czoło tak samo jak większość bohaterów jego powieści czy opowiadań, także tych z tego tomu: jak Omar Conger w Czaszce, który osiąga całkowite zrozumienie rzeczy, doświadczywszy przedziwnej podróży w czasie; jak komandor Franks w Obrońcach, odkrywający, że „Ludzie, którzy pracują razem […], zamiast przy stole konferencyjnym, rozwiązują swoje problemy na płaszczyźnie operacyjnej”; jak Thomas Cole, „człowiek, który był zmienną”, z opowiadania pod tym tytułem, pomagający dwóm skłóconym społecznościom wejść na drogę pokoju i bardziej rozwiniętej demokracji; jak E. J. Elwood w Budowniczym, który dopiero w ostatnim zdaniu pojmuje sens swojej obsesyjnie wykonywanej pracy oraz to, na co miała go ona przygotować. Długo mógłbym tak wyliczać, ale podsumowując, powiedziałbym, że w wypadku Dicka jego niespodziewany koniec drogi, spowodowana niewydolnością serca śmierć, odarł go niestety z szansy pełnego poznania i zrozumienia, jaki wpływ wywarła jego niezwykła proza na współczesny świat.
Bez wątpienia wpłynęła na twórczość dwóch pokoleń pisarzy i wpływa też dzisiaj na młode talenty w tej branży. Ursula K. Le Guin, John Sladek, Thomas Disch, Jack Dann, K. W. Jeter, Michael Swanwick, Jonathan Lethem i nawet Robert Crumb, kontrkulturowy pisarz i twórca komiksów, to tylko niektórzy z nich. Z całą pewnością wpłynęła też na mnie, ale o tym później, gdy szerzej napiszę o moim szacunku i wdzięczności dla Philipa K. Dicka oraz o tym, jak wielkim jestem jego dłużnikiem.
Co więcej, będąc w swoim czasie pisarzem lokowanym zdecydowanie w „getcie SF” i bezskutecznie poszukującym przez całe życie literackiego docenienia, osiągnął je już po śmierci. W 2007 roku Library of America, wydawca kanonicznych dzieł Hermana Melville’a, Walta Whitmana, Emily Dickinson, Marka Twaina, Willi Carther, Flannery O’Connor i innych, właśnie Dicka wybrał jako pierwszego w swym katalogu twórcę SF, decydując się na publikację trzech tomów skompilowanych z jego powieści. Łącznie było to trzynaście tytułów, które zostały w ten sposób wyniesione na swoisty piedestał. Dodatkowo jest to gwarancja, że będą już od tej pory wznawiane, a w postaci cyfrowej pozostaną dostępne już praktycznie na zawsze. Wszyscy pozostali amerykańscy autorzy SF, mnie nie wyłączając, mogą tylko zazdrościć, tym bardziej że wspomniane trzy tomy rozeszły się błyskawicznie, jak płaszcze przeciwdeszczowe podczas niespodziewanego oberwania chmury.
Równie zdumiewający jest wpływ, jaki wywarł Dick na całą kulturę popularną, poczynając od najprostszych jej przejawów, jak komiks, muzyka rockowa, telewizja czy film, kończąc na formach złożonych — operze, teatrze czy manifestach światopoglądowych. Wystarczy chyba, że wspomnę o takich filmach, jak Łowca androidów, oparty na powieści Czy androidy marzą o elektrycznych owcach, Pamięć absolutna, ekranizacji opowiadania Przypomnimy to panu hurtowo, czy Raport mniejszości Stevena Spielberga, który przeniósł na ekran tekst o tym samym tytule. Co więcej, nawet teraz, gdy piszę ten wstęp, słychać o kolejnych filmach opartych na twórczości Dicka. Najwyraźniej tak jakoś wyszło, że autor, którego głos ginął niegdyś w zalewie powieści groszowej, stał się docenianym na wielu obszarach wizjonerem mających mnóstwo gorących zwolenników (jeden z filmów zapowiadanych przez Walt Disney Animation Studios ma się opierać na wczesnym opowiadaniu Dicka Król elfów, ujętym także w tym zbiorze).
Tak się szczęśliwie złożyło, że Philip K. Dick zdążył obejrzeć wczesną wersję Łowcy androidów Ridleya Scotta i podobało mu się przedstawione w nim ponure Los Angeles z przyszłości (która wtedy ulokowana została w 2019 roku). Napisał nawet wówczas w liście do Jeffa Walkera, że ten obraz „ukoronował i dopełnił” jego karierę pisarza SF. Dick zmarł jednak cztery miesiące przed premierą filmu i jak stwierdził Roger Zelazny w przedmowie do pierwszego wydania tego zbioru: „Dobrze jest wiedzieć, że w wielu miejscach został doceniony i zapamiętany. Wierzę, że już na zawsze, i tylko żałuję, że nastąpiło to tak późno”. Moje odczucia są praktycznie takie same. Nikt, komu bliska była postać Philipa K. Dicka i jego twórczość, nie może chyba widzieć tego inaczej.
Nie było mi dane spotkać Phila, ale gdy w 1977 roku napisałem dla „Locusa”, miesięcznika poświęconego amerykańskiej SF, recenzję z powieści Przez ciemne zwierciadło, w której Dick rozlicza się z narkotykami, pewnego dnia dostałem nagle list. Był to list od Phila, który chwalił mnie za „najlepszą” analizę jego powieści, jaką dotąd czytał. Potem dowiedziałem się, że często odpowiadał tak na pozytywne recenzje, ale i tak do dziś cenię sobie jego słowa wdzięczności, nawet jeśli były cokolwiek przesadzone. Później, gdy szukaliśmy z Ianem Watsonem nowych tekstów do zbioru Changes, poświęconego metamorfozom, zwróciliśmy się o nowy tekst także do Phila, ale niestety, był akurat zajęty pracą nad swoimi ostatnimi powieściami. Zmarł, nim nasza antologia się pojawiła, i jest to strata, z którą do dzisiaj trudno się pogodzić. Jednak spotkałem go w pewien sposób w moim alternatywnym uniwersum, a gdy w końcu Radosław Kot przysłał mi e-mail z prośbą o napisanie tej przedmowy, nie zastanawiałem się długo, czy przyjąć propozycję.
Żeby napisać ten tekst, kupiłem w sieci antykwaryczny egzemplarz Krótkiego szczęśliwego życia brązowego oksforda (bo chociaż mam wiele książek Dicka, tej akurat wśród nich nie było). Gdy otrzymałem gruby tom w miękkich okładkach, z radością odnalazłem w nim treściwy wstęp napisany przez Dicka, będący fragmentem listu do niesprecyzowanej osoby, datowanego 14 maja 1981 roku, niecałe dziesięć miesięcy przed śmiercią. Zarysowana w nim z werwą koncepcja, że science fiction jest przedstawieniem mnogości historii alternatywnych, wydała mi się wyjątkowo trafna, zwłaszcza gdy wziąć pod uwagę, że w moim wypadku zasadniczy wpływ prozy Dicka dotyczył właśnie inspiracji związanych z historią światów alternatywnych.
We wspomnianym fragmencie Dick przedstawia swoją definicję science fiction, jako gatunku, w którym mamy
fikcyjny świat, nieistniejące w rzeczywistości społeczeństwo, które wywodzi się z naszego — to znaczy nasze społeczeństwo jest dla tamtego punktem wyjściowym. Stanowi ono kontynuację naszego, niekiedy ortogonalną, jak w opowieściach o światach równoległych. To nasz świat, odmieniony [podkreślenie moje] dzięki intelektualnemu wysiłkowi autora, przetransformowany w coś, czym nie jest, przynajmniej na razie.
Jawnie wysługuję się tutaj słowami Dicka, ale i tak sięgnę jeszcze po kilka zdań:
[Ten świat] musi się różnić od naszego przynajmniej pod jednym względem, a różnica ta powinna być dostatecznie duża, żeby dać impuls wydarzeniom, które nie mogłyby się rozegrać ani w naszym, ani w żadnym innym społeczeństwie w teraźniejszości lub przeszłości. U podstaw tej różnicy musi jednak leżeć spójna idea — chodzi o różnicę zasadniczych koncepcji, a nie błahych pomysłów.
Dick twierdzi też, że to jest właśnie
esencja science fiction: wymyślenie strukturalnej różnicy w społeczeństwie, która powoduje, że w umyśle autora powstaje całkiem nowe społeczeństwo. Po przeniesieniu na papier [albo ekran komputera — M.B.] pomysł ten ma z kolei wywołać wstrząs w umyśle czytelnika — wstrząs rozpoznania czegoś nierozpoznawalnego [podkreślenie Dicka].
Dick dodaje, że chociaż czytelnik świetnie wie, iż świat ten nie jest prawdziwy, intelektualnie go pobudza. Czasem aż tak, że „otwiera [umysł], aż czytelnik, tak jak autor, także zaczyna tworzyć. Dzięki temu” — podsumowuje — „science fiction jest twórcza oraz inspiruje do tworzenia”.
Rzadko zdarza mi się pisać prozę na podstawie sztywnego planu i nie przypuszczam, by Philip K. Dick tak postępował. Jestem wręcz przekonany, że niezależnie od jego opisu, czym była dla niego SF i jak dokonuje tego, co ma dokonać, pisząc powieść czy opowiadanie, dążył do tego efektu intuicyjnie. Niemniej i tak jest to definicja, którą uważam za wyjątkowo trafną. Gdy zaś wspomniał jeszcze o odmienieniu, niejako relokacji czy dyslokacji tego świata, poczułem się, jakbym rozpoznał coś szalenie istotnego, będącego sednem twórczości Philipa K. Dicka.
W maju 2012 roku byłem jedynym reprezentantem amerykańskiej SF na trzydziestym dziewiątym konwencie Italcon, odbywającym się w przepięknym nadmorskim mieście Bellaria. Z tej okazji Armando Corridore, właściciel bolońskiego wydawnictwa Elara, który mnie tam zaprosił, wydał włoski przekład mojej mikropowieści Przyspieszenie [The Quickening], poświęconej historii alternatywnej. Rozdawał ją podczas tego zjazdu jako broszurę opatrzoną tytułem Dislocazione. Nabywca każdego tytułu wydawnictwa Elara otrzymywał ją w prezencie.
Słowo quickening, które oznacza początek odczuwania przez matkę ruchu płodu, nie ma dokładnego odpowiednika w języku włoskim, stąd Armando zdecydował się użyć terminu dislocazione na powieść opisującą zjawisko gwałtownego zaburzenia rozwoju ludzkiej kultury, kiedy to w jedną noc każdy człowiek zostaje tajemniczo przeniesiony w inne miejsce kuli ziemskiej. Większość czytelników może nie uznać takiej „dyslokacji” za pomysł oparty na podstawach naukowych, niejeden powie najpewniej, że to czysta fantastyka i coś w ogóle nieprawdopodobnego, ale ja potraktowałem rzecz z taką samą śmiertelną powagą, z jaką Dick podchodził nawet do najdziwniejszych swoich idei. Wszystko to pokazuje, że w moim pisaniu o alternatywnych światach czy historycznej science fiction podążałem intuicyjnie tym samym tropem co Philip K. Dick. Z tą różnicą, że Dick doszedł do tej metody głównie własnymi siłami, ja zaś korzystałem już z jego dorobku. Nikt nie jest wolny od wpływów otoczenia.
Inne moje tytuły, nawiązujące do proponowanej przez Dicka techniki „dyslokacji”, to Unicorn Mountain, Count Geiger’s Blues oraz Tajemne wniebowstąpienie czyli Philip K. Dick niestety przestał żyć. Niemniej tylko w tym ostatnim wypadku zastosowałem tę technikę świadomie, nie na zasadzie intuicyjnego przyjęcia najlepszego rozwiązania. Główne elementy „odmienienia” świata wiążą się w tej powieści aż z czterema kadencjami diabolicznego prezydenta Richarda Nixona, zwycięstwem USA w wojnie w Wietnamie i budową bazy księżycowej podczas przedłużającej się obecności króla Richarda w Gabinecie Owalnym. Dick też występuje w tej powieści, która skupia się na poczynaniach i wzajemnych relacjach szarych ludzi, niesprawujących ważnych urzędów i niemających dostępu do władzy. Podobnie jak wiele postaci z dojrzałych powieści Philipa K. Dicka.
Co ciekawe, gdy byłem młodszy, nie przepadałem za pisarskim stylem Dicka, uważając go za dziennikarski czy „rzemieślniczy”. Z czasem się jednak poprawiał (przynajmniej moim zdaniem) i gdy Ursula K. Le Guin, która w końcu lat sześćdziesiątych i na początku siedemdziesiątych była moim ulubionym autorem SF, opublikowała powieść Jesteśmy snem (1971), w której ciekawie nawiązała do metod i tematów Dicka, uczyniła go w moich oczach pisarzem o wiele ważniejszym niż wcześniej. Wtedy też sięgnąłem ponownie po jego nagrodzoną Hugo powieść Człowiek z Wysokiego Zamku. Tym razem wszedłem w nią głębiej i odnalazłem w niej sporo nowego. W moim wczesnym opowiadaniu Wolny pomidor (1975) — niewątpliwie rozgrzewce przed Tajemnym wniebowstąpieniem (1992) — występuje nawet bohater o imieniu Philip K., który jest zasadniczo zapowiedzią postaci przenoszonych chaotycznie z Przyspieszenia (1981).
Jakie są opowiadania z tego zbioru? O kilku już wspomniałem, żadnego jednak nie zamierzam streszczać. Szczerze mówiąc, skłonny jestem nawet stwierdzić, że niektóre z nich, jako pochodzące z wczesnego okresu twórczości, nie są zbyt dopracowane. Prozie Dicka często brakowało głębi, był w tym jak tenisista posyłający piłkę całkiem bez głowy.
Niemniej zawarte w tych opowiadaniach pomysły… To są pomysły!
Nawet jeśli czasem trudno je ogarnąć, zostają w głowie i niełatwo się ich pozbyć, a zawsze silnie zaznaczają swoją obecność w narracji i dialogach. Śmiało, choć może jeszcze mało przemyślanie, Dick przedstawia tu wizję ewolucji nieopierającej się na powolnych, niemal niezauważalnych zmianach, ale na gwałtownych skokach. Opowiada o statku kosmicznym wyposażonym w ludzki mózg, maszynie zachowującej muzykę pod postacią żywych stworzeń, marsjańskim mieście tak pomniejszonym, że mieści się w szklanej kuli, i ze szczętem zepsutej ludzkości żyjącej w podziemiach i strzeżonej przez opiekuńcze maszyny, które tylko pozornie są ludziom podległe. Sposób, w jaki Dick podchodził do takich pomysłów, wciąż może zachwycić, nawet jeśli styl czasem szwankuje, a logika opowieści rwie się niczym nić w rękach niedoświadczonej prządki.
Co więcej, młodemu Dickowi nie brakowało ambicji i graniczącej z hucpą śmiałości, by sięgać po postaci Jonathana Swifta czy W. B. Yeatsa, które miały połatać sypiącą się akcję (mam na myśli opowiadania Łup oraz W ogrodzie). Miał też do dyspozycji całą brygadę powracających tematów, które pokazywały się w najróżniejszych kombinacjach, jeśli miał akurat blokadę twórczą, chociaż trzeba przyznać, że przytrafiało mu się to w młodych latach równie rzadko jak wyrazy podziwu czy znaczące honoraria. Tematy te dotykają takich kwestii, jak istota człowieczeństwa, podobieństwo z obcym, kruchość „rzeczywistości”, wątpliwa frajda sięgania po narkotyki, skrajna głupota wojny, awaryjność wbudowana w produkty gospodarki kapitalistycznej, tajemnica Boga i wiary, czasem nawet równocześnie. Napotkacie je wszystkie w różnych tekstach zawartych w Krótkim szczęśliwym żywocie brązowego oksforda, choć nierzadko w mylących dekoracjach i dziwnych przebraniach. Śledząc narrację, będziecie mogli uczestniczyć w niepowtarzalnej ewolucji wyobraźni jednego z największych pisarskich umysłów naszych czasów, który dzięki magii swoich słów wydźwignął się z prehistorycznych bagien kultury masowej.
Michael Bishop
23–28 stycznia 2014
Pine Mountain, Georgia
przełożył Radosław Kot
Kiedy poproszono mnie o napisanie tego wstępu, odmówiłem. Nie miało to nic wspólnego z moim stosunkiem do twórczości Phila Dicka; po prostu wydawało mi się, że powiedziałem już na ten temat wszystko, co miałem do powiedzenia. Natychmiast jednak zwrócono mi uwagę, że mówiłem to przy wielu różnych okazjach, więc nawet jeśli istotnie nie mam nic do dodania, zebranie tych przemyśleń może przydać się czytelnikom, którzy najprawdopodobniej nie mieli sposobności się z nimi zetknąć.
Przeanalizowałem więc powtórnie sprawę oraz przejrzałem to, co napisałem wcześniej na ten temat. Co warto powtórzyć, co dodać? Widziałem się z Philem zaledwie kilka razy, w Kalifornii i we Francji, i właściwie tylko za sprawą przypadku napisaliśmy wspólnie książkę. Kiedy nad nią pracowaliśmy, często do siebie pisywaliśmy i rozmawialiśmy przez telefon. Lubiłem go, podziwiałem jego twórczość oraz poczucie humoru, które najczęściej okazywał właśnie podczas rozmów telefonicznych. Pamiętam, jak kiedyś wspomniał o wykazie honorariów, który właśnie otrzymał. „Zarobiłem tyle a tyle we Francji, tyle a tyle w Niemczech, tyle a tyle w Hiszpanii… Rety, to brzmi jak «Aria rejestrowa» z Don Giovanniego!” W książkach ironizował na skalę kosmiczną, w życiu preferował humor słowny.
Pisałem wcześniej o jego poczuciu humoru, wspomniałem również o jego igraszkach z powszechnie akceptowaną rzeczywistością, próbowałem nawet formułować ogólne opinie dotyczące jego bohaterów. Po co jednak ubierać te uwagi w nowe słowa, skoro wreszcie, po tylu latach, znalazłem pretekst, żeby zacytować samego siebie:
Jego bohaterami są często ofiary, więźniowie, ludzie manipulowani. Należy poważnie wątpić, czy pozostawią świat lepszy, niż go zastali, ale nigdy nic nie wiadomo. Starają się. Niekiedy są dosłownie o krok od celu, jak piłkarz, który wymanewrował wszystkich obrońców i bramkarza i biegnie z piłką do pustej bramki… lecz zanim zdąży oddać strzał, sędzia przerywa mecz z powodu oberwania chmury. Czym jednak w tym wypadku jest oberwanie chmury? Albo boisko?
Światy, w których funkcjonują bohaterowie Phila Dicka, mogą w każdej chwili zostać zlikwidowane albo odmienione. Rzeczywistość jest warta tyle co obietnice polityków. Niezależnie od tego, co albo kto odpowiada za zaskakujące zmiany reguł gry (może to być narkotyk, pętla czasowa, maszyna lub obcy), rezultat jest zawsze taki sam: Rzeczywistość (z gatunku pisanych przez duże R) staje się czymś równie względnym jak stopień wytrawności pijanych przez nas martini. Mimo to walka wciąż trwa. Przeciwko czemu? Ostatecznościom, Siłom, Zasadom, Tronom, Dominacjom, częstokroć ukrytym w osobach, które są również ofiarami, więźniami, ludźmi manipulowanymi.
Sytuacja wygląda na ponurą i poważną. Błąd. Wykreślcie „ponurą”, zamiast kropki postawcie przecinek i dopiszcie, co następuje: ale jednym z wyróżników mistrzostwa Phila Dicka jest nastrój pisanych przez niego utworów. Nie potrafię jednym słowem określić jego poczucia humoru. Zgryźliwe, groteskowe, burleskowe, satyryczne, ironiczne… Żadna z tych cech nie jest wystarczająco pojemna, każdą natomiast można odnaleźć bez większego wysiłku. Jego bohaterowie w najważniejszych chwilach dostają w twarz tortami z kremem; najzabawniejsze sceny podszyte są gorzką ironią. Trzeba nie lada artysty, żeby sprawnie kierować takim spektaklem.
Napisałem te słowa w Philip K. Dick: elektryczny pasterz (całość, opracowana przez Bruce’a Gillespiego, ukazała się w roku 1975 nakładem Nostrilla Press) i ciągle się z nimi zgadzam.
Miło jest widzieć, że Phil wreszcie doczekał się prawie takiego zainteresowania, na jakie zasługuje, i to zarówno ze strony krytyków, jak i czytelników. Szkoda tylko, że nastąpiło to tak późno. Kiedy go znałem, często bywał bez centa przy duszy i choć przekroczył już wiek, w którym pisarze twardo walczą o przeżycie, wciąż walczył, żeby przeżyć. Cieszyłem się, że u schyłku życia zaznał finansowej stabilności, a nawet czegoś w rodzaju dostatku. Kiedy widziałem go po raz ostatni, był naprawdę szczęśliwy i odprężony. Kręcono wtedy Łowcę androidów; podczas kolacji, a następnie do późnego wieczoru rozmawialiśmy, żartowaliśmy i wspominaliśmy.
Wiele zamieszania czyniono wokół jego mistycyzmu. Nie mam wiedzy z pierwszej ręki o wszystkim, w co wierzył, głównie dlatego, że często się to zmieniało, a poza tym trudno było stwierdzić, kiedy mówi serio, a kiedy żartuje. Po naszych rozmowach odniosłem jednak wrażenie, że uwielbiał zadawać klasyczne pytanie autorów SF: „Co by było, gdyby…?” w odniesieniu do problemów natury filozoficznej i religijnej. W tym kierunku zmierzała także jego twórczość, ja zaś zastanawiałem się często, gdzie znajdzie się za dziesięć lat. Już nigdy się tego nie dowiemy.
Pamiętam, że podobnie jak Jamesa Blisha, Phila fascynowało zagadnienie zła oraz kontrast, jaki owo zło tworzy z okazjonalną urodą życia. Jestem pewien, że nie miałby nic przeciwko temu, abym zacytował fragment ostatniego listu, jaki od niego otrzymałem, datowanego 10 kwietnia 1981 roku:
W ciągu kwadransa podsunięto mi dwie rzeczy: książkę O czym szumią wierzby, której nigdy nie czytałem, oraz zajmującą dwie kolumny fotografię w najnowszym numerze „Time’a”, wykonaną podczas nieudanego zamachu na prezydenta. Ranni, agent ochrony z uzi w rękach, zamachowiec powalony przez pozostałych agentów… Mój mózg usiłował jakoś połączyć O czym szumią wierzby z tym zdjęciem. Bezskutecznie. Nigdy mi się to nie uda. W domu czytałem książkę Grahama, a w tym samym czasie szykowano się do startu Columbii; jak wiesz, start został odwołany. Dziś rano, po obudzeniu, nie byłem w stanie o niczym myśleć. Po prostu pustka w głowie. Jakby komputery w moim mózgu nagle przestały ze sobą rozmawiać, tak jak te na przylądku Canaveral. Trudno uwierzyć, że ta próba zabójstwa i O czym szumią wierzby stanowią części tego samego wszechświata. Z pewnością albo jedno, albo drugie nie jest prawdziwe. Ropuch płynący łódeczką w dół strumienia i człowiek z uzi w rękach… Wszelkie próby zrozumienia wszechświata nie mają sensu, mimo to musimy jakoś sobie radzić.
Czytając po raz pierwszy te słowa, odniosłem wrażenie, że przebijające z nich wewnętrzne napięcie oraz moralne zadziwienie stanowią skondensowaną wersję doznań w znacznej części kształtujących jego twórczość. Nigdy nie znalazł rozwiązania swych dylematów; był zbyt inteligentny, żeby zadowolić się którąkolwiek z cząstkowych odpowiedzi. W ciągu wielu lat mówił mnóstwo rzeczy w wielu miejscach. W przedmowie do przygotowanego przez Gregga Rickmana pierwszego tomu wywiadów, zatytułowanego Philip K. Dick: In His Own Words (Fragments West/Valentine Press, 1984), przytoczyłem stwierdzenie, które najgłębiej zapadło mi w pamięć, a zarazem najlepiej do Phila pasowało. Cytat pochodzi z napisanego w roku 1970 listu do „SF Commentary”:
O moich powieściach wiem tylko jedno: mały człowieczek stara się w nich ze wszystkich sił, wciąż na nowo, bez przerwy. W ruinach ziemskich metropolii pracowicie buduje fabryczkę wytwarzającą cygara albo miniaturowe budowle z napisem „Witamy w Miami, najprzyjemniejszym z miast”. W A. Lincoln, Simulacrum prowadzi mały zakład produkujący najpierw staromodne organy elektroniczne, później zaś człekokształtne roboty, raczej irytujące niż groźne. Wszystko odbywa się na niewielką skalę. Tylko katastrofa jest monstrualna; widziana na jej tle postać pozytywnego bohatera, takiego jak Tagomi, Runciter czy Molinari, przybiera mikroskopijne rozmiary, sam bohater ma bardzo ograniczone możliwości działania, a jednak w pewnym sensie jest wielki. Naprawdę nie wiem dlaczego. Po prostu wierzę w niego i kocham go. W końcu zwycięży. Nic więcej… To znaczy nic, co by miało znaczenie, czym powinniśmy zawracać sobie głowę. Dopóki on tam jest, niczym maleńka postać ojca, wszystko będzie w porządku. […]
W mojej twórczości niektórzy recenzenci dopatrują się zgorzknienia. Dziwi mnie to, bo z natury jestem raczej ufny. Być może niepokoi ich, że pokładam zaufanie w czymś tak niedużym. Woleliby coś większego. Mam dla nich nowinę: nie ma nic większego. Właściwie powinienem powiedzieć: nie ma nic więcej. A tak naprawdę, jak dużo nam trzeba? Czy pan Tagomi nie wystarczy? Wiem, że to się liczy. Jestem zadowolony.
Przywołałem akurat ten fragment chyba dlatego, że lubię myśleć o tym niewielkim elemencie zaufania i idealizmu w pisarstwie Phila. Chociaż kto wie, może popełniam grzech nadinterpretacji? Miał złożoną osobowość, a ja czasem odnoszę wrażenie, iż różne osoby zachowały o nim zupełnie odmienne wspomnienia. Pamiętając o tym, mogę napisać tylko ten krótki szkic o człowieku, którego znałem i lubiłem — najczęściej na odległość — ponieważ nie stać mnie na nic więcej. Ponieważ znaczną część tego tekstu stanowią cytaty z moich wcześniejszych publikacji, bez krzty poczucia winy zakończę go jeszcze jednym cytatem:
Po lekturze dowolnej książki Philipa Dicka stwierdzamy zazwyczaj, że czujemy się tak, jakbyśmy nie przeczytali zwykłej powieści albo opowiadania, lecz raczej wiersz obfitujący w zapadające w pamięć metafory. […] Cenię to odczucie, częściowo dlatego, że trudno je dokładnie określić, bardziej jednak z tego powodu, że nawet kiedy już zapomnę szczegóły intrygi, w najmniej spodziewanych chwilach nawiedzają mnie uczucia i myśli zrodzone podczas lektury książki Phila. Wynika z tego, że dzięki niemu stałem się bogatszy.
Dobrze jest wiedzieć, że w wielu miejscach został doceniony i zapamiętany. Wierzę, że już na zawsze, i tylko żałuję, że nastąpiło to tak późno.
Roger Zelazny
październik 1986
przełożył Arkadiusz Nakoniecznik
Na początku zdefiniuję science fiction, mówiąc, czym nie jest. Nie można jej nazwać „historią (lub powieścią albo utworem dramatycznym), której akcja rozgrywa się w przyszłości”, ponieważ istnieje coś takiego jak kosmiczna przygodówka, która co prawda dzieje się w przyszłości, lecz nie ma nic wspólnego z science fiction. To tylko przygody, bitwy i wojny w kosmosie, toczone z wykorzystaniem nadzwyczaj zaawansowanych technologii. W takim razie dlaczego to nie jest SF? Przecież powinna nią być, a na przykład według Doris Lessing jest nią ponad wszelką wątpliwość. Otóż kosmicznej przygodówce brakuje ważnego składnika: jednoznacznie nowego pomysłu. Oprócz tego może istnieć science fiction, której akcja rozgrywa się w teraźniejszości — przykładem opowiadania i powieści o światach równoległych. Jeżeli więc oddzielimy SF od przyszłości i supernowoczesnych technologii, co nam zostaje i dlaczego to coś zasługuje na nazwę science fiction?
Przede wszystkim zostaje nam fikcyjny świat, nieistniejące w rzeczywistości społeczeństwo, które wywodzi się z naszego — to znaczy nasze społeczeństwo jest dla tamtego punktem wyjściowym. Stanowi ono kontynuację naszego, niekiedy ortogonalną, jak w opowieściach o światach równoległych. To nasz świat, odmieniony dzięki intelektualnemu wysiłkowi autora, przetransformowany w coś, czym nie jest — przynajmniej na razie. Musi się różnić od naszego chociażby pod jednym względem, a różnica ta powinna być dostatecznie duża, żeby dać impuls wydarzeniom, które nie mogłyby się rozegrać ani w naszym, ani w żadnym innym społeczeństwie w teraźniejszości lub przeszłości. U podstaw tej różnicy musi jednak leżeć spójna idea — chodzi o różnicę zasadniczych koncepcji, a nie błahych pomysłów. To właśnie esencja science fiction: wymyślenie strukturalnej różnicy w społeczeństwie, która powoduje, że w umyśle autora powstaje całkiem nowe społeczeństwo. Po przeniesieniu na papier pomysł ten ma z kolei wywołać wstrząs w umyśle czytelnika — wstrząs rozpoznania czegoś nierozpoznawalnego. Czytelnik musi wiedzieć, że ma do czynienia z zupełnie nowym światem.
A teraz, jak oddzielić science fiction od fantasy? Nie sposób tego zrobić i wystarczy krótkie zastanowienie, żeby zrozumieć dlaczego. Weźmy na przykład ludzi obdarzonych zdolnościami paranormalnymi, chociażby takich jak mutanci z cudownej powieści Teda Sturgeona More Than Human. Jeśli czytelnik uwierzy, że tacy mutanci mogą naprawdę istnieć, będziemy mieli do czynienia z science fiction. Jeśli jednak dojdzie do wniosku, że mutanci, podobnie jak czarnoksiężnicy i smoki, stanowią wyłącznie wytwór wyobraźni, wówczas książka, którą czyta, okaże się utworem fantasy. W fantasy występują zjawiska powszechnie uznawane za niemożliwe; w science fiction występują zjawiska powszechnie uznawane za możliwe, choć po spełnieniu określonych warunków. W gruncie rzeczy mamy tu do czynienia z rozróżnieniem instynktownym, opierającym się na subiektywnym przekonaniu autora i czytelników.
Spróbujmy zdefiniować dobrą science fiction. Nowy pomysł musi być naprawdę nowy (albo stanowić nowatorską wariację starego), ponadto zaś winien intelektualnie pobudzać czytelnika. Musi przebojem wtargnąć do jego umysłu i uświadomić mu coś, o czym do tej pory nawet by nie pomyślał. „Dobra science fiction” to termin wartościujący, z pewnością nieobiektywny; ja jednak uważam, że — nawet obiektywnie — istnieje coś takiego jak dobra SF.
Bardzo spodobało mi się stwierdzenie doktora Willisa McNelly’ego z Kalifornijskiego Uniwersytetu Stanowego w Fullerton, który powiedział, że prawdziwym bohaterem opowiadania albo powieści science fiction nie jest osoba, lecz pomysł. Jeśli mamy do czynienia z dobrą SF, pomysł jest nowy, pobudzający intelektualnie oraz, co chyba najważniejsze, uruchamia w umyśle czytelnika reakcję łańcuchową, „otwiera” go, aż czytelnik, tak jak autor, także zaczyna tworzyć. Dzięki temu science fiction jest twórcza oraz inspiruje do tworzenia, czego nie można powiedzieć o większości literatury głównego nurtu. My, czytelnicy SF (mówię teraz jako czytelnik, nie pisarz), czytamy ją, ponieważ uwielbiamy, kiedy powieść albo opowiadanie wyzwalają w naszych umysłach tę wspaniałą reakcję łańcuchową. Z tego względu najlepsza science fiction w gruncie rzeczy stanowi wspólne dzieło pisarza i czytelnika: obaj tworzą i obaj robią to z radością. Radość stanowi ostatni i zarazem nieodzowny składnik SF; jest to radość odkrywania czegoś nowego.
Philip K. Dick
fragment listu z 14 maja 1981
przełożył Arkadiusz Nakoniecznik
Robert Benton powoli rozpostarł skrzydła, kilkakrotnie nimi zatrzepotał, po czym majestatycznie uniósł się z dachu i popłynął w ciemność.
Natychmiast pochłonęła go noc. W dole setki świetlnych punkcików znaczyły inne dachy, z których również sfruwali ludzie. Dołączyła do niego jakaś fioletowa postać, która zaraz na powrót skryła się w mroku. Benton nie miał jednak ochoty na nocne gonitwy. Postać ukazała się ponownie, dając mu zachęcające znaki skrzydłami. Benton ze wzgardą wzbił się wysoko.
Po pewnym czasie wyrównał lot i poddał się prądom powietrznym bijącym z leżącego poniżej Miasta Światłości. Przejęło go radosne uniesienie. Załopotawszy ogromnymi białymi skrzydłami, rozpędził przepływające niedaleko obłoczki i zanurkował w kierunku niewidzialnego dna wielkiego czarnego naczynia, w którym latał. Wreszcie, jako że jego czas wolny dobiegał końca, poszybował ku widniejącym w dole światłom miasta.
Z dołu mrugnęło doń światło intensywniejsze od pozostałych: Biuro Kontroli. Wyprężony jak strzała, z przylegającymi do ciała skrzydłami, skierował się w jego stronę. I runął w dół. Kiedy od światła dzieliło go zaledwie sto stóp, rozwinął skrzydła, chwytając w nie powietrze, i łagodnie osiadł na płaskim dachu.
Nie czekając, aż zapali się światełko przewodnie, ruszył przed siebie, kierując się dźwiękiem brzęczyka, i odnalazł drzwi. Otworzyły się pod naciskiem jego palców, wszedł do środka. Natychmiast, ze wzrastającą prędkością, zaczął jechać na dół. Mała winda niespodziewanie stanęła i znalazł się w Głównym Biurze Kontrolera.
— Witam — odezwał się Kontroler. — Proszę zdjąć skrzydła i usiąść.
Benton posłusznie wykonał polecenie i porządnie złożywszy skrzydła, powiesił je na jednym z rzędu przytwierdzonych do ściany małych haczyków. Wypatrzył najwygodniejsze krzesło i ruszył w jego stronę.
— Ach, ceni pan sobie komfort — powiedział z uśmiechem Kontroler.
— No cóż — odparł Benton. — A dlaczego ma stać bezczynnie?
Kontroler oderwał spojrzenie od gościa i ponad jego ramieniem popatrzył w kierunku przezroczystych plastikowych ścian. Za nimi znajdowały się największe pojedyncze pokoje w Mieście Światłości. Ciągnęły się dalej, niż mógł sięgnąć wzrokiem. Każdy z nich był…
— W jakim celu chciał się pan ze mną widzieć? — rzucił Benton.
Kontroler odkaszlnął i zaszeleścił metalowymi kartkami.
— Jak panu wiadomo — zaczął — naszym priorytetem jest Stabilizacja. Cywilizacja od stuleci ewoluowała, zwłaszcza od dwudziestego piątego wieku. To prawo natury: cywilizacja musi się albo rozwijać, albo uwsteczniać; nie może stać w miejscu.
— Wiem o tym — odrzekł ze zdziwieniem Benton. — Znam również tabliczkę mnożenia. Czy i ją zamierza mi pan wyrecytować?
Kontroler puścił tę uwagę mimo uszu.
— Jednakże złamaliśmy to prawo — ciągnął. — Sto lat temu…
Sto lat temu! Niemal tak dawno Eric Freidenburg ze Stanów Wolnych Niemiec, powstawszy w sali obrad Komisji Międzynarodowej, oznajmił, że rozwój ludzkości wreszcie osiągnął punkt kulminacyjny. Jakikolwiek dalszy postęp nie wchodził w rachubę. W ostatnich kilku latach odnotowano jedynie dwa większe wynalazki. Następnie wszyscy skupili się na obserwacji wielkich wykresów i tablic, których linie uparcie opadały, aż w końcu znikły. Ogromna studnia ludzkiej pomysłowości wyschła, a Eric unaocznił zebranym coś, o czym wszyscy wiedzieli, ale nikt nie miał odwagi o tym mówić. Skoro jednak zrobiono to oficjalnie, Komisja nie miała innego wyjścia, jak przedsięwziąć energiczne działania.
Zaproponowano rozwiązania. Jedno z nich wydawało się mniej drastyczne niż pozostałe. I to je ostatecznie zatwierdzono. Była to…
Stabilizacja!
Kiedy z jej ogłoszeniem liczne wielkie miasta zostały zalane przez fale protestów, władze stanęły przed nie lada kłopotem. Upadł rynek papierów wartościowych, a gospodarka niektórych państw wymknęła się spod kontroli. Wzrosły ceny żywności, wiele regionów dotknął głód. Wybuchła wojna… po raz pierwszy od trzystu lat! Jednakże Stabilizacja zaczęła na dobre zapuszczać korzenie. Rozprawiono się z dysydentami, radykałów wywieziono. Zastosowano okrutne metody, nie widziano jednak wówczas innego wyjścia. Wreszcie świat odzyskał równowagę — stan, w którym nie miały prawa pojawić się zmiany ani do przodu, ani wstecz.
Co roku każdy mieszkaniec poddawany był uciążliwym tygodniowym oględzinom, podczas których stwierdzano, czy nie zbacza on z właściwej drogi. Wszyscy młodzi objęci byli obowiązkiem intensywnego piętnastoletniego kształcenia. Ci, którzy nie nadążali za resztą, najzwyczajniej w świecie znikali. Biura Kontrolne nadzorowały wynalazczość, by się upewnić, że nie zakłóci ona Stabilizacji. Gdyby zaistniała taka możliwość…
— Dlatego właśnie nie możemy dopuścić pańskiego wynalazku do powszechnego użycia — wyjaśnił Bentonowi Kontroler. — Przykro mi.
Patrzył, jak Benton zrywa się z pobladłą twarzą i rozdygotanymi rękami.
— Bardzo proszę — powiedział uprzejmie — niech pan się tak nie przejmuje. Ostatecznie nie grozi panu Wywózka!
Ale Benton tylko spoglądał na niego bez słowa. Wreszcie wydukał:
— Ależ pan nie rozumie: ja nie zgłaszałem żadnego wynalazku. Nie rozumiem, o czym pan mówi.
— Nie zgłaszał pan! — wykrzyknął Kontroler. — Przecież byłem tu, kiedy pan to zrobił! Widziałem, jak podpisuje pan deklarację własności! To mnie wręczył pan swój model!
Nie spuszczał z niego wzroku. W końcu wcisnął przycisk na biurku i kierując głos tam, gdzie zaświecił się mały krążek światła, powiedział:
— Przyślijcie mi informacje na temat 34500-D.
Upłynęła chwila. Naraz w kręgu światła pojawiła się tuba. Kontroler podniósł cylindryczny przedmiot i podał go Bentonowi.
— Tak — potwierdził Benton. — To mój charakter pisma i niewątpliwie moje odciski palców. Ale i tak nie rozumiem. Przez całe życie nie udało mi się niczego wymyślić, a na dodatek nigdy wcześniej tu nie byłem! Co to za wynalazek?
— Co to za wynalazek! — powtórzył zdumiony Kontroler. — Nie wie pan?
Benton potrząsnął głową.
— Nie, nie wiem.
— Cóż, jeżeli chce się pan dowiedzieć, musi pan zejść na dół do Biur. Ograniczę się do stwierdzenia, że plany, które pan przysłał, zostały odrzucone przez Radę Kontrolną. Ja pełnię jedynie funkcję rzecznika. Będzie pan musiał załatwić to z nimi.
Benton wstał i ruszył ku drzwiom. Tak jak poprzednie ustąpiły pod jego dotykiem, toteż skierował się prosto do Biur Kontrolnych. Zanim drzwi zdążyły się zamknąć ponownie, dobiegło go jeszcze gniewne wołanie Kontrolera:
— Nie mam pojęcia, co pan kombinuje, ale wie pan, jaka jest kara za naruszenie Stabilizacji!
— Obawiam się, że już została naruszona — odrzekł Benton i poszedł dalej.
Biura były przeogromne. Z pomostu, na którym stał, widział tysiące mężczyzn i kobiet pochłoniętych pracą przy nieustannie buczących maszynach. Wkładali w nie ryzy papieru. Wielu ludzi pracowało przy biurkach, wystukując dziesiątki stron informacji, uzupełniając wykresy, segregując karty i odbierając wiadomości. Ściany pokryto tablicami, na których wciąż zmieniały się dane. Powietrze skrzyło się od intensywnej pracy; szum urządzeń, stukot maszyn do pisania i szmer głosów zlewały się w jeden miarowy, zadowolony odgłos. A tej ogromnej machinie, której dzienne utrzymanie pochłaniało niewyobrażalne sumy, przyświecało jedno hasło: Stabilizacja!
Oto miejsce, dzięki któremu świat mógł funkcjonować bez przeszkód. W tej sali, z ciężko harującymi pracownikami i bezlitosnym człowiekiem odkładającym karty na stertę z napisem „do eksterminacji”, było zgrane niczym wielka orkiestra symfoniczna. Jakakolwiek usterka czy opóźnienie spowodowałyby zachwianie całej struktury. Jednakże nikt nie zawodził. Nikt nie ustawał w pracy i każdy wywiązywał się z przydzielonego mu zadania. Benton zszedł po schodach do punktu informacyjnego.
— Proszę o podanie wszystkich danych na temat wynalazku zgłoszonego przez Roberta Bentona, 34500-D — powiedział.
Urzędnik skinął głową i wstał zza biurka. Po chwili wrócił z metalową skrzynką.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Tytuł oryginału: Collected Stories, volume 1: Beyond Lies the Wub
Copyright © 1987, The Estate of Philip K. Dick
All rights reserved
Introduction © 1987 by Roger Zelazny
Copyright © for the Polish e‑book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2014, 2020, 2025
Informacja o zabezpieczeniach
W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.
Opowiadania: Roog, Gdzie kryje się wub, Człowiek, który był zmienną, Zbędny, Wypłata i Kolonia ukazały się w zbiorze Opowiadania najlepsze (Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 1998).
Opowiadania Sonda przyszłości oraz Król elfów ukazały się w tomie Ostatni pan i władca (Amber, Poznań 1990)
Pozostałe opowiadania, wstęp Rogera Żelaznego oraz Uwagi ukazały się w tomie Krótki, szczęśliwy żywot brązowego Oxforda (Prószyński i S-ka, Warszawa 1998).
Redaktor serii: Radosław Kot
Redaktor tego wydania: Grzegorz Dziamski
Grafiki: Wojciech Siudmak
Wydanie II e‑book (opracowane na podstawie wydania książkowego: Krótki szczęśliwy żywot brązowego oksforda, wyd. I, dodruk, Poznań 2026)
ISBN 978-83-7818-283-2
WYDAWCA
Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.
ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań, Polska
tel. +48 61 867 47 08, +48 61 867 81 40
e-mail: [email protected]
www.rebis.com.pl
Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer
