Krótki szczęśliwy żywot brązowego oksforda - Philip K. Dick - ebook + książka

Krótki szczęśliwy żywot brązowego oksforda ebook

Philip K. Dick

4,3
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

„Najlepsza SF w gruncie rzeczy jest wspólnym dziełem pisarza i czytelnika: obaj tworzą i obaj robią to z radością… jest to radość odkrywania czegoś nowego”.

ze wstępu Philipa K. Dicka

„To są pomysły!

Nawet jeśli czasem trudno je ogarnąć, zostają w głowie i niełatwo się ich pozbyć… Dick przedstawia tu wizję ewolucji nie opierającej się na powolnych, niemal niezauważalnych zmianach, ale na gwałtownych skokach. Opowiada o statku kosmicznym wyposażonym w ludzki mózg, maszynie zachowującej muzykę pod postacią żywych stworzeń, marsjańskim mieście tak pomniejszonym, że mieści się w szklanej kuli, i ze szczętem zepsutej ludzkości żyjącej w podziemiach i strzeżonej przez opiekuńcze maszyny, które tylko pozornie są ludziom podległe. Sposób, w jaki Dick podchodził do takich pomysłów, wciąż może zachwycić…

Śledząc narrację, będziecie mogli uczestniczyć w niepowtarzalnej ewolucji wyobraźni jednego z największych pisarskich umysłów naszych czasów”.

z przedmowy Michaela Bishopa

Philip K. Dick urodził się w 1928 r. w Chicago, lecz większą część życia spędził w Kalifornii. Krótko był studentem Uniwersytetu Kalifornijskiego. Prowadził sklep z płytami i stację radiową. Przeszedł też doświadczenia z narkotykami, które wykorzystywał w swej twórczości. Zmarł w 1982 r. Wydał kilkadziesiąt powieści, z których wiele weszło na stałe do kanonu literatury SF. Był też autorem kilku powieści realistycznych, osadzonych w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku. O większości jego rówieśników uhonorowanych Nagrodą Pulitzera czy literacką Nagrodą Nobla niewielu już pamięta, on zaś ma coraz liczniejsze grono wielbicieli, a o jego książkach pisze się doktoraty…

Dom Wydawniczy REBIS wydał takie jego powieści jak: Ubik, Valis, Człowiek z Wysokiego Zamku, Trzy stygmaty Palmera Eldritcha czy Blade runner.

Wojciech Siudmak (ur. 1942) - polski malarz. Mieszka i tworzy we Francji. Uważany za czołowego reprezentanta realizmu fantastycznego. Prace wystawiał m.in. we Francji, Niemczech, Anglii, Szwajcarii, Kanadzie i USA. Honorowy Obywatel Miasta Wielunia i Ozoir-la-Ferrière. Otrzymał Order Zasługi RP.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 691

Oceny
4,3 (7 ocen)
3
3
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Polecamy:

Ubik

Blade run­ner

Czy andro­idy marzą o elek­trycz­nych owcach?

Czło­wiek z Wyso­kiego Zamku

Valis

Boża inwa­zja

Trans­mi­gra­cja Timo­thy’ego Archera

Dok­tor Blu­th­geld

Wyzna­nia łga­rza

Trzy styg­maty Pal­mera Eldrit­cha

Przez ciemne zwier­cia­dło

Czas poza cza­sem

Płyń­cie łzy moje, rzekł poli­cjant

Świat Jonesa

Wbrew wska­zów­kom zegara

Mar­sjań­ski poślizg w cza­sie

Krótki szczę­śliwy żywot brą­zo­wego oks­forda

Deus Irae

Oko na nie­bie

Wariant drugi

Kopia ojca

Raport mniej­szo­ści

Elek­tryczna mrówka

Labi­rynt śmierci

Inwa­zja z Gani­me­desa

Cudowna broń

Sło­neczna lote­ria

Nasi przy­ja­ciele z Fro­lixa 8

Możemy cię zbu­do­wać

Dru­ciarz Galak­tyki

Radio Wolne Albe­muth

Klany księ­życa Alfy

Prawda pół­osta­teczna

Teraz cze­kaj na zeszły rok

Tytań­scy gra­cze

Polecamy także nagrania audio:

Blade run­ner

Czy andro­idy marzą o elek­trycz­nych owcach?

Ubik

Czło­wiek z Wyso­kiego Zamku

Trzy styg­maty Pal­mera Eldrit­cha

Przez ciemne zwier­cia­dło

Dru­ciarz Galak­tyki

Radio Wolne Albe­muth

Valis

Boża inwa­zja

Płyń­cie łzy moje, rzekł poli­cjant

Trans­mi­gra­cja Timo­thy’ego Archera

Labi­rynt śmierci

Dok­tor Blu­th­geld

Tytań­scy gra­cze

Dedykacja

Pamięci Phi­lipa K. Dicka

1928–1982

***

Tysiące czy­tel­ni­ków uważa Phi­lipa K. Dicka za naj­więk­szego twórcę science fic­tion na wszyst­kich pla­ne­tach. Odkąd przed­wcze­śnie zmarł w 1982 roku, wzra­sta zain­te­re­so­wa­nie jego twór­czo­ścią, które pod­syca ogromna liczba publi­ka­cji na jej temat.

Ten zbiór opo­wia­dań zawiera naj­wcze­śniej­sze krót­kie utwory Dicka (w tym uprzed­nio nie­pu­bli­ko­wane), pocho­dzące z lat 1952–1955.

„Bar­dziej niż któ­ry­kol­wiek z innych pisa­rzy gatunku Dick otwiera przed nami głę­bie ludz­kiego umy­słu”.

„Wall Street Jour­nal”

Przedmowa

Poli­czy­łem dzi­siaj książki Phi­lipa K. Dicka, które mamy w domu w Pine Moun­tain w sta­nie Geo­r­gia. Spraw­dzi­łem półki w moim gabi­ne­cie na pię­trze oraz oba regały w piw­nicy, gdzie musia­łem sko­rzy­stać z dra­biny, żeby spoj­rzeć na wysoką półkę znaj­du­jącą się naprze­ciwko okna wycho­dzą­cego na Chi­pley Street. Nie zdzi­wi­łem się spe­cjal­nie, odkryw­szy, że mamy nie­mal pięć­dzie­siąt ksią­żek tego nie­zwy­kłego pisa­rza. Znacz­nie wię­cej niż jakie­go­kol­wiek innego, i to nie­za­leż­nie od tego, o jakim gatunku lite­rac­kim mowa. Na dru­gim miej­scu zna­lazł się na tej liście pisarz noszący podobne nazwi­sko co Dick: Char­les Dic­kens.

Jestem prze­ko­nany, że gdyby Phil wciąż żył (a zmarł 2 marca 1982 roku), uznałby to za zabawne świa­dec­two swo­istej iro­nii losu. We wstę­pie do „póź­nego” zbioru opo­wia­dań The Gol­den Man (wyda­nego w 1980 roku) odniósł się z humo­rem, ale i gory­czą, do kwe­stii niskiego sta­tusu pisar­stwa science fic­tion w Sta­nach Zjed­no­czo­nych w latach pięć­dzie­sią­tych i sześć­dzie­sią­tych. Wpraw­dzie ugrun­to­wał już wtedy swoją pozy­cję jako twórca SF, ale jego próby prze­bi­cia się z tek­stami do głów­nego nurtu lite­ra­tury nie­odmien­nie koń­czyły się porażką.

Napi­sał wów­czas:

SF była trak­to­wana tak bar­dzo po maco­szemu, że prak­tycz­nie jej nie było […]. Doświad­cza­nie tej pogardy nie było wcale przy­jemne. Bar­dzo uprzy­krzała nam życie. […] Mało kto wyda­wał SF […] i czu­li­śmy się okrut­nie prze­śla­do­wani. Wybór kariery zwią­za­nej z pisa­niem SF ozna­czał wstą­pie­nie na ścieżkę auto­de­struk­cji. Więk­szość „praw­dzi­wych” pisa­rzy nie trak­to­wała poważ­nie ludzi, któ­rzy się na to decy­do­wali. Jedy­nym twórcą z głów­nego nurtu skłon­nym odno­sić się do mnie z sza­cun­kiem był Her­bert Gold, któ­rego spo­tka­łem na impre­zie lite­rac­kiej w San Fran­ci­sco. Dosta­łem od niego auto­graf, zło­żony na kar­cie kata­lo­go­wej i opa­trzony dedy­ka­cją „Dla kolegi, Phi­lipa K. Dicka”. Prze­cho­wy­wa­łem tę kartę, aż atra­ment cał­kiem wypło­wiał, i wciąż jestem wdzięczny Gol­dowi za jego miło­sierny gest.

Wspo­mina też, że w latach pięć­dzie­sią­tych przy­cho­dziło mu z drugą żoną, Kleo (w całym życiu Dick był żonaty pięć razy), radzić sobie z budże­tem domo­wym wyno­szą­cym 95 dola­rów na mie­siąc i czę­sto musieli zado­wa­lać się psim żar­ciem. Tytu­łem ostrze­że­nia dla wszyst­kich pisa­rzy pra­gną­cych pójść tą samą drogą dodaje, że jesz­cze w poło­wie lat sie­dem­dzie­sią­tych (czyli ostat­niej peł­nej deka­dzie swego życia) nie zawsze miał z czego zapła­cić czynsz, a w 1977 roku (trzy lata przed napi­sa­niem tego wstępu), w mie­siącu, gdy ode­szła od niego piąta żona, Tessa, zabie­ra­jąc ich syna, Chri­sto­phera, zaro­bił tylko dzie­więć dola­rów. Jak można jed­nak ocze­ki­wać, dora­dza też kan­dy­da­tom na pisa­rzy SF, żeby nie pod­da­wali się roz­pa­czy i nie rezy­gno­wali z marzeń, cytu­jąc przy tym suficz­nego poetę Kabira: „To, czego nie prze­ży­łeś, nie jest rze­czy­wi­ste”. Koń­czy zaś bru­tal­nie szczerą zachętą: „Prze­żyj to więc. [Idź] tą drogą do samego końca. Dopiero wtedy coś poj­miesz, nie wcze­śniej”.

Sam Dick nie­mal zawsze „szedł do samego końca” tymi dro­gami, które się przed nim otwie­rały. Sta­wiał im czoło tak samo jak więk­szość boha­te­rów jego powie­ści czy opo­wia­dań, także tych z tego tomu: jak Omar Con­ger w Czaszce, który osiąga cał­ko­wite zro­zu­mie­nie rze­czy, doświad­czyw­szy prze­dziw­nej podróży w cza­sie; jak koman­dor Franks w Obroń­cach, odkry­wa­jący, że „Ludzie, któ­rzy pra­cują razem […], zamiast przy stole kon­fe­ren­cyj­nym, roz­wią­zują swoje pro­blemy na płasz­czyź­nie ope­ra­cyj­nej”; jak Tho­mas Cole, „czło­wiek, który był zmienną”, z opo­wia­da­nia pod tym tytu­łem, poma­ga­jący dwóm skłó­co­nym spo­łecz­no­ściom wejść na drogę pokoju i bar­dziej roz­wi­nię­tej demo­kra­cji; jak E. J. Elwood w Budow­ni­czym, który dopiero w ostat­nim zda­niu poj­muje sens swo­jej obse­syj­nie wyko­ny­wa­nej pracy oraz to, na co miała go ona przy­go­to­wać. Długo mógł­bym tak wyli­czać, ale pod­su­mo­wu­jąc, powie­dział­bym, że w wypadku Dicka jego nie­spo­dzie­wany koniec drogi, spo­wo­do­wana nie­wy­dol­no­ścią serca śmierć, odarł go nie­stety z szansy peł­nego pozna­nia i zro­zu­mie­nia, jaki wpływ wywarła jego nie­zwy­kła proza na współ­cze­sny świat.

Bez wąt­pie­nia wpły­nęła na twór­czość dwóch poko­leń pisa­rzy i wpływa też dzi­siaj na młode talenty w tej branży. Ursula K. Le Guin, John Sla­dek, Tho­mas Disch, Jack Dann, K. W. Jeter, Michael Swan­wick, Jona­than Lethem i nawet Robert Crumb, kontr­kul­tu­rowy pisarz i twórca komik­sów, to tylko nie­któ­rzy z nich. Z całą pew­no­ścią wpły­nęła też na mnie, ale o tym póź­niej, gdy sze­rzej napi­szę o moim sza­cunku i wdzięcz­no­ści dla Phi­lipa K. Dicka oraz o tym, jak wiel­kim jestem jego dłuż­ni­kiem.

Co wię­cej, będąc w swoim cza­sie pisa­rzem loko­wa­nym zde­cy­do­wa­nie w „get­cie SF” i bez­sku­tecz­nie poszu­ku­ją­cym przez całe życie lite­rac­kiego doce­nie­nia, osią­gnął je już po śmierci. W 2007 roku Library of Ame­rica, wydawca kano­nicz­nych dzieł Her­mana Melville’a, Walta Whit­mana, Emily Dic­kin­son, Marka Twa­ina, Willi Car­ther, Flan­nery O’Con­nor i innych, wła­śnie Dicka wybrał jako pierw­szego w swym kata­logu twórcę SF, decy­du­jąc się na publi­ka­cję trzech tomów skom­pi­lo­wa­nych z jego powie­ści. Łącz­nie było to trzy­na­ście tytu­łów, które zostały w ten spo­sób wynie­sione na swo­isty pie­de­stał. Dodat­kowo jest to gwa­ran­cja, że będą już od tej pory wzna­wiane, a w postaci cyfro­wej pozo­staną dostępne już prak­tycz­nie na zawsze. Wszy­scy pozo­stali ame­ry­kań­scy auto­rzy SF, mnie nie wyłą­cza­jąc, mogą tylko zazdro­ścić, tym bar­dziej że wspo­mniane trzy tomy roze­szły się bły­ska­wicz­nie, jak płasz­cze prze­ciw­desz­czowe pod­czas nie­spo­dzie­wa­nego obe­rwa­nia chmury.

Rów­nie zdu­mie­wa­jący jest wpływ, jaki wywarł Dick na całą kul­turę popu­larną, poczy­na­jąc od naj­prost­szych jej prze­ja­wów, jak komiks, muzyka roc­kowa, tele­wi­zja czy film, koń­cząc na for­mach zło­żo­nych — ope­rze, teatrze czy mani­fe­stach świa­to­po­glą­do­wych. Wystar­czy chyba, że wspo­mnę o takich fil­mach, jak Łowca andro­idów, oparty na powie­ści Czy andro­idy marzą o elek­trycz­nych owcach, Pamięć abso­lutna, ekra­ni­za­cji opo­wia­da­nia Przy­po­mnimy to panu hur­towo, czy Raport mniej­szo­ści Ste­vena Spiel­berga, który prze­niósł na ekran tekst o tym samym tytule. Co wię­cej, nawet teraz, gdy piszę ten wstęp, sły­chać o kolej­nych fil­mach opar­tych na twór­czo­ści Dicka. Naj­wy­raź­niej tak jakoś wyszło, że autor, któ­rego głos ginął nie­gdyś w zale­wie powie­ści gro­szo­wej, stał się doce­nia­nym na wielu obsza­rach wizjo­ne­rem mają­cych mnó­stwo gorą­cych zwo­len­ni­ków (jeden z fil­mów zapo­wia­da­nych przez Walt Disney Ani­ma­tion Stu­dios ma się opie­rać na wcze­snym opo­wia­da­niu Dicka Król elfów, uję­tym także w tym zbio­rze).

Tak się szczę­śli­wie zło­żyło, że Phi­lip K. Dick zdą­żył obej­rzeć wcze­sną wer­sję Łowcy andro­idów Ridleya Scotta i podo­bało mu się przed­sta­wione w nim ponure Los Ange­les z przy­szło­ści (która wtedy ulo­ko­wana została w 2019 roku). Napi­sał nawet wów­czas w liście do Jeffa Wal­kera, że ten obraz „uko­ro­no­wał i dopeł­nił” jego karierę pisa­rza SF. Dick zmarł jed­nak cztery mie­siące przed pre­mierą filmu i jak stwier­dził Roger Zela­zny w przed­mo­wie do pierw­szego wyda­nia tego zbioru: „Dobrze jest wie­dzieć, że w wielu miej­scach został doce­niony i zapa­mię­tany. Wie­rzę, że już na zawsze, i tylko żałuję, że nastą­piło to tak późno”. Moje odczu­cia są prak­tycz­nie takie same. Nikt, komu bli­ska była postać Phi­lipa K. Dicka i jego twór­czość, nie może chyba widzieć tego ina­czej.

Nie było mi dane spo­tkać Phila, ale gdy w 1977 roku napi­sa­łem dla „Locusa”, mie­sięcz­nika poświę­co­nego ame­ry­kań­skiej SF, recen­zję z powie­ści Przez ciemne zwier­cia­dło, w któ­rej Dick roz­li­cza się z nar­ko­ty­kami, pew­nego dnia dosta­łem nagle list. Był to list od Phila, który chwa­lił mnie za „naj­lep­szą” ana­lizę jego powie­ści, jaką dotąd czy­tał. Potem dowie­dzia­łem się, że czę­sto odpo­wia­dał tak na pozy­tywne recen­zje, ale i tak do dziś cenię sobie jego słowa wdzięcz­no­ści, nawet jeśli były cokol­wiek prze­sa­dzone. Póź­niej, gdy szu­ka­li­śmy z Ianem Wat­so­nem nowych tek­stów do zbioru Chan­ges, poświę­co­nego meta­mor­fo­zom, zwró­ci­li­śmy się o nowy tekst także do Phila, ale nie­stety, był aku­rat zajęty pracą nad swo­imi ostat­nimi powie­ściami. Zmarł, nim nasza anto­lo­gia się poja­wiła, i jest to strata, z którą do dzi­siaj trudno się pogo­dzić. Jed­nak spo­tka­łem go w pewien spo­sób w moim alter­na­tyw­nym uni­wer­sum, a gdy w końcu Rado­sław Kot przy­słał mi e-mail z prośbą o napi­sa­nie tej przed­mowy, nie zasta­na­wia­łem się długo, czy przy­jąć pro­po­zy­cję.

Żeby napi­sać ten tekst, kupi­łem w sieci anty­kwa­ryczny egzem­plarz Krót­kiego szczę­śli­wego życia brą­zo­wego oks­forda (bo cho­ciaż mam wiele ksią­żek Dicka, tej aku­rat wśród nich nie było). Gdy otrzy­ma­łem gruby tom w mięk­kich okład­kach, z rado­ścią odna­la­złem w nim tre­ściwy wstęp napi­sany przez Dicka, będący frag­men­tem listu do nie­spre­cy­zo­wa­nej osoby, dato­wa­nego 14 maja 1981 roku, nie­całe dzie­sięć mie­sięcy przed śmier­cią. Zary­so­wana w nim z werwą kon­cep­cja, że science fic­tion jest przed­sta­wie­niem mno­go­ści histo­rii alter­na­tyw­nych, wydała mi się wyjąt­kowo trafna, zwłasz­cza gdy wziąć pod uwagę, że w moim wypadku zasad­ni­czy wpływ prozy Dicka doty­czył wła­śnie inspi­ra­cji zwią­za­nych z histo­rią świa­tów alter­na­tyw­nych.

We wspo­mnia­nym frag­men­cie Dick przed­sta­wia swoją defi­ni­cję science fic­tion, jako gatunku, w któ­rym mamy

fik­cyjny świat, nie­ist­nie­jące w rze­czy­wi­sto­ści spo­łe­czeń­stwo, które wywo­dzi się z naszego — to zna­czy nasze spo­łe­czeń­stwo jest dla tam­tego punk­tem wyj­ścio­wym. Sta­nowi ono kon­ty­nu­ację naszego, nie­kiedy orto­go­nalną, jak w opo­wie­ściach o świa­tach rów­no­le­głych. To nasz świat, odmie­niony [pod­kre­śle­nie moje] dzięki inte­lek­tu­al­nemu wysił­kowi autora, prze­trans­for­mo­wany w coś, czym nie jest, przy­naj­mniej na razie.

Jaw­nie wysłu­guję się tutaj sło­wami Dicka, ale i tak się­gnę jesz­cze po kilka zdań:

[Ten świat] musi się róż­nić od naszego przy­naj­mniej pod jed­nym wzglę­dem, a róż­nica ta powinna być dosta­tecz­nie duża, żeby dać impuls wyda­rze­niom, które nie mogłyby się roze­grać ani w naszym, ani w żad­nym innym spo­łe­czeń­stwie w teraź­niej­szo­ści lub prze­szło­ści. U pod­staw tej róż­nicy musi jed­nak leżeć spójna idea — cho­dzi o róż­nicę zasad­ni­czych kon­cep­cji, a nie bła­hych pomy­słów.

Dick twier­dzi też, że to jest wła­śnie

esen­cja science fic­tion: wymy­śle­nie struk­tu­ral­nej róż­nicy w spo­łe­czeń­stwie, która powo­duje, że w umy­śle autora powstaje cał­kiem nowe spo­łe­czeń­stwo. Po prze­nie­sie­niu na papier [albo ekran kom­pu­tera — M.B.] pomysł ten ma z kolei wywo­łać wstrząs w umy­śle czy­tel­nika — wstrząs roz­po­zna­nia cze­goś nie­roz­po­zna­wal­nego [pod­kre­śle­nie Dicka].

Dick dodaje, że cho­ciaż czy­tel­nik świet­nie wie, iż świat ten nie jest praw­dziwy, inte­lek­tu­al­nie go pobu­dza. Cza­sem aż tak, że „otwiera [umysł], aż czy­tel­nik, tak jak autor, także zaczyna two­rzyć. Dzięki temu” — pod­su­mo­wuje — „science fic­tion jest twór­cza oraz inspi­ruje do two­rze­nia”.

Rzadko zda­rza mi się pisać prozę na pod­sta­wie sztyw­nego planu i nie przy­pusz­czam, by Phi­lip K. Dick tak postę­po­wał. Jestem wręcz prze­ko­nany, że nie­za­leż­nie od jego opisu, czym była dla niego SF i jak doko­nuje tego, co ma doko­nać, pisząc powieść czy opo­wia­da­nie, dążył do tego efektu intu­icyj­nie. Nie­mniej i tak jest to defi­ni­cja, którą uwa­żam za wyjąt­kowo trafną. Gdy zaś wspo­mniał jesz­cze o odmie­nie­niu, nie­jako relo­ka­cji czy dys­lo­ka­cji tego świata, poczu­łem się, jak­bym roz­po­znał coś sza­le­nie istot­nego, będą­cego sed­nem twór­czo­ści Phi­lipa K. Dicka.

W maju 2012 roku byłem jedy­nym repre­zen­tan­tem ame­ry­kań­skiej SF na trzy­dzie­stym dzie­wią­tym kon­wen­cie Ital­con, odby­wa­ją­cym się w prze­pięk­nym nad­mor­skim mie­ście Bel­la­ria. Z tej oka­zji Armando Cor­ri­dore, wła­ści­ciel boloń­skiego wydaw­nic­twa Elara, który mnie tam zapro­sił, wydał wło­ski prze­kład mojej mikro­po­wie­ści Przy­spie­sze­nie [The Quic­ke­ning], poświę­co­nej histo­rii alter­na­tyw­nej. Roz­da­wał ją pod­czas tego zjazdu jako bro­szurę opa­trzoną tytu­łem Dislo­ca­zione. Nabywca każ­dego tytułu wydaw­nic­twa Elara otrzy­my­wał ją w pre­zen­cie.

Słowo quic­ke­ning, które ozna­cza począ­tek odczu­wa­nia przez matkę ruchu płodu, nie ma dokład­nego odpo­wied­nika w języku wło­skim, stąd Armando zde­cy­do­wał się użyć ter­minu dislo­ca­zione na powieść opi­su­jącą zja­wi­sko gwał­tow­nego zabu­rze­nia roz­woju ludz­kiej kul­tury, kiedy to w jedną noc każdy czło­wiek zostaje tajem­ni­czo prze­nie­siony w inne miej­sce kuli ziem­skiej. Więk­szość czy­tel­ni­ków może nie uznać takiej „dys­lo­ka­cji” za pomysł oparty na pod­sta­wach nauko­wych, nie­je­den powie naj­pew­niej, że to czy­sta fan­ta­styka i coś w ogóle nie­praw­do­po­dob­nego, ale ja potrak­to­wa­łem rzecz z taką samą śmier­telną powagą, z jaką Dick pod­cho­dził nawet do naj­dziw­niej­szych swo­ich idei. Wszystko to poka­zuje, że w moim pisa­niu o alter­na­tyw­nych świa­tach czy histo­rycz­nej science fic­tion podą­ża­łem intu­icyj­nie tym samym tro­pem co Phi­lip K. Dick. Z tą róż­nicą, że Dick doszedł do tej metody głów­nie wła­snymi siłami, ja zaś korzy­sta­łem już z jego dorobku. Nikt nie jest wolny od wpły­wów oto­cze­nia.

Inne moje tytuły, nawią­zu­jące do pro­po­no­wa­nej przez Dicka tech­niki „dys­lo­ka­cji”, to Uni­corn Moun­tain, Count Geiger’s Blues oraz Tajemne wnie­bo­wstą­pie­nie czyli Phi­lip K. Dick nie­stety prze­stał żyć. Nie­mniej tylko w tym ostat­nim wypadku zasto­so­wa­łem tę tech­nikę świa­do­mie, nie na zasa­dzie intu­icyj­nego przy­ję­cia naj­lep­szego roz­wią­za­nia. Główne ele­menty „odmie­nie­nia” świata wiążą się w tej powie­ści aż z czte­rema kaden­cjami dia­bo­licz­nego pre­zy­denta Richarda Nixona, zwy­cię­stwem USA w woj­nie w Wiet­na­mie i budową bazy księ­ży­co­wej pod­czas prze­dłu­ża­ją­cej się obec­no­ści króla Richarda w Gabi­ne­cie Owal­nym. Dick też wystę­puje w tej powie­ści, która sku­pia się na poczy­na­niach i wza­jem­nych rela­cjach sza­rych ludzi, nie­spra­wu­ją­cych waż­nych urzę­dów i nie­ma­ją­cych dostępu do wła­dzy. Podob­nie jak wiele postaci z doj­rza­łych powie­ści Phi­lipa K. Dicka.

Co cie­kawe, gdy byłem młod­szy, nie prze­pa­da­łem za pisar­skim sty­lem Dicka, uwa­ża­jąc go za dzien­ni­kar­ski czy „rze­mieśl­ni­czy”. Z cza­sem się jed­nak popra­wiał (przy­naj­mniej moim zda­niem) i gdy Ursula K. Le Guin, która w końcu lat sześć­dzie­sią­tych i na początku sie­dem­dzie­sią­tych była moim ulu­bio­nym auto­rem SF, opu­bli­ko­wała powieść Jeste­śmy snem (1971), w któ­rej cie­ka­wie nawią­zała do metod i tema­tów Dicka, uczy­niła go w moich oczach pisa­rzem o wiele waż­niej­szym niż wcze­śniej. Wtedy też się­gną­łem ponow­nie po jego nagro­dzoną Hugo powieść Czło­wiek z Wyso­kiego Zamku. Tym razem wsze­dłem w nią głę­biej i odna­la­złem w niej sporo nowego. W moim wcze­snym opo­wia­da­niu Wolny pomi­dor (1975) — nie­wąt­pli­wie roz­grzewce przed Tajem­nym wnie­bo­wstą­pie­niem (1992) — wystę­puje nawet boha­ter o imie­niu Phi­lip K., który jest zasad­ni­czo zapo­wie­dzią postaci prze­no­szo­nych cha­otycz­nie z Przy­spie­sze­nia (1981).

Jakie są opo­wia­da­nia z tego zbioru? O kilku już wspo­mnia­łem, żad­nego jed­nak nie zamie­rzam stresz­czać. Szcze­rze mówiąc, skłonny jestem nawet stwier­dzić, że nie­które z nich, jako pocho­dzące z wcze­snego okresu twór­czo­ści, nie są zbyt dopra­co­wane. Pro­zie Dicka czę­sto bra­ko­wało głębi, był w tym jak teni­si­sta posy­ła­jący piłkę cał­kiem bez głowy.

Nie­mniej zawarte w tych opo­wia­da­niach pomy­sły… To są pomy­sły!

Nawet jeśli cza­sem trudno je ogar­nąć, zostają w gło­wie i nie­ła­two się ich pozbyć, a zawsze sil­nie zazna­czają swoją obec­ność w nar­ra­cji i dia­lo­gach. Śmiało, choć może jesz­cze mało prze­my­śla­nie, Dick przed­sta­wia tu wizję ewo­lu­cji nie­opie­ra­ją­cej się na powol­nych, nie­mal nie­zau­wa­żal­nych zmia­nach, ale na gwał­tow­nych sko­kach. Opo­wiada o statku kosmicz­nym wypo­sa­żo­nym w ludzki mózg, maszy­nie zacho­wu­ją­cej muzykę pod posta­cią żywych stwo­rzeń, mar­sjań­skim mie­ście tak pomniej­szo­nym, że mie­ści się w szkla­nej kuli, i ze szczę­tem zepsu­tej ludz­ko­ści żyją­cej w pod­zie­miach i strze­żo­nej przez opie­kuń­cze maszyny, które tylko pozor­nie są ludziom pod­le­głe. Spo­sób, w jaki Dick pod­cho­dził do takich pomy­słów, wciąż może zachwy­cić, nawet jeśli styl cza­sem szwan­kuje, a logika opo­wie­ści rwie się niczym nić w rękach nie­do­świad­czo­nej prządki.

Co wię­cej, mło­demu Dic­kowi nie bra­ko­wało ambi­cji i gra­ni­czą­cej z hucpą śmia­ło­ści, by się­gać po postaci Jona­thana Swi­fta czy W. B. Yeatsa, które miały poła­tać sypiącą się akcję (mam na myśli opo­wia­da­nia Łup oraz W ogro­dzie). Miał też do dys­po­zy­cji całą bry­gadę powra­ca­ją­cych tema­tów, które poka­zy­wały się w naj­róż­niej­szych kom­bi­na­cjach, jeśli miał aku­rat blo­kadę twór­czą, cho­ciaż trzeba przy­znać, że przy­tra­fiało mu się to w mło­dych latach rów­nie rzadko jak wyrazy podziwu czy zna­czące hono­ra­ria. Tematy te doty­kają takich kwe­stii, jak istota czło­wie­czeń­stwa, podo­bień­stwo z obcym, kru­chość „rze­czy­wi­sto­ści”, wąt­pliwa frajda się­ga­nia po nar­ko­tyki, skrajna głu­pota wojny, awa­ryj­ność wbu­do­wana w pro­dukty gospo­darki kapi­ta­li­stycz­nej, tajem­nica Boga i wiary, cza­sem nawet rów­no­cze­śnie. Napo­tka­cie je wszyst­kie w róż­nych tek­stach zawar­tych w Krót­kim szczę­śli­wym żywo­cie brą­zo­wego oks­forda, choć nie­rzadko w mylą­cych deko­ra­cjach i dziw­nych prze­bra­niach. Śle­dząc nar­ra­cję, będzie­cie mogli uczest­ni­czyć w nie­po­wta­rzal­nej ewo­lu­cji wyobraźni jed­nego z naj­więk­szych pisar­skich umy­słów naszych cza­sów, który dzięki magii swo­ich słów wydźwi­gnął się z pre­hi­sto­rycz­nych bagien kul­tury maso­wej.

Michael Bishop

23–28 stycz­nia 2014

Pine Moun­tain, Geo­r­gia

prze­ło­żył Rado­sław Kot

Wstęp

Kiedy popro­szono mnie o napi­sa­nie tego wstępu, odmó­wi­łem. Nie miało to nic wspól­nego z moim sto­sun­kiem do twór­czo­ści Phila Dicka; po pro­stu wyda­wało mi się, że powie­dzia­łem już na ten temat wszystko, co mia­łem do powie­dze­nia. Natych­miast jed­nak zwró­cono mi uwagę, że mówi­łem to przy wielu róż­nych oka­zjach, więc nawet jeśli istot­nie nie mam nic do doda­nia, zebra­nie tych prze­my­śleń może przy­dać się czy­tel­ni­kom, któ­rzy naj­praw­do­po­dob­niej nie mieli spo­sob­no­ści się z nimi zetknąć.

Prze­ana­li­zo­wa­łem więc powtór­nie sprawę oraz przej­rza­łem to, co napi­sa­łem wcze­śniej na ten temat. Co warto powtó­rzyć, co dodać? Widzia­łem się z Phi­lem zale­d­wie kilka razy, w Kali­for­nii i we Fran­cji, i wła­ści­wie tylko za sprawą przy­padku napi­sa­li­śmy wspól­nie książkę. Kiedy nad nią pra­co­wa­li­śmy, czę­sto do sie­bie pisy­wa­li­śmy i roz­ma­wia­li­śmy przez tele­fon. Lubi­łem go, podzi­wia­łem jego twór­czość oraz poczu­cie humoru, które naj­czę­ściej oka­zy­wał wła­śnie pod­czas roz­mów tele­fonicznych. Pamię­tam, jak kie­dyś wspo­mniał o wyka­zie hono­ra­riów, który wła­śnie otrzy­mał. „Zaro­bi­łem tyle a tyle we Fran­cji, tyle a tyle w Niem­czech, tyle a tyle w Hisz­pa­nii… Rety, to brzmi jak «Aria reje­strowa» z Don Gio­van­niego!” W książ­kach iro­ni­zo­wał na skalę kosmiczną, w życiu pre­fe­ro­wał humor słowny.

Pisa­łem wcze­śniej o jego poczu­ciu humoru, wspo­mnia­łem rów­nież o jego igrasz­kach z powszech­nie akcep­to­waną rze­czy­wi­sto­ścią, pró­bo­wa­łem nawet for­mu­ło­wać ogólne opi­nie doty­czące jego boha­te­rów. Po co jed­nak ubie­rać te uwagi w nowe słowa, skoro wresz­cie, po tylu latach, zna­la­złem pre­tekst, żeby zacy­to­wać samego sie­bie:

Jego boha­te­rami są czę­sto ofiary, więź­nio­wie, ludzie mani­pu­lo­wani. Należy poważ­nie wąt­pić, czy pozo­sta­wią świat lep­szy, niż go zastali, ale ni­gdy nic nie wia­domo. Sta­rają się. Nie­kiedy są dosłow­nie o krok od celu, jak pił­karz, który wyma­new­ro­wał wszyst­kich obroń­ców i bram­ka­rza i bie­gnie z piłką do pustej bramki… lecz zanim zdąży oddać strzał, sędzia prze­rywa mecz z powodu obe­rwa­nia chmury. Czym jed­nak w tym wypadku jest obe­rwa­nie chmury? Albo boisko?

Światy, w któ­rych funk­cjo­nują boha­te­ro­wie Phila Dicka, mogą w każ­dej chwili zostać zli­kwi­do­wane albo odmie­nione. Rze­czy­wi­stość jest warta tyle co obiet­nice poli­ty­ków. Nie­za­leż­nie od tego, co albo kto odpo­wiada za zaska­ku­jące zmiany reguł gry (może to być nar­ko­tyk, pętla cza­sowa, maszyna lub obcy), rezul­tat jest zawsze taki sam: Rze­czy­wi­stość (z gatunku pisa­nych przez duże R) staje się czymś rów­nie względ­nym jak sto­pień wytraw­no­ści pija­nych przez nas mar­tini. Mimo to walka wciąż trwa. Prze­ciwko czemu? Osta­tecz­no­ściom, Siłom, Zasa­dom, Tro­nom, Domi­na­cjom, czę­sto­kroć ukry­tym w oso­bach, które są rów­nież ofia­rami, więź­niami, ludźmi mani­pu­lo­wa­nymi.

Sytu­acja wygląda na ponurą i poważną. Błąd. Wykre­śl­cie „ponurą”, zamiast kropki postaw­cie prze­ci­nek i dopisz­cie, co nastę­puje: ale jed­nym z wyróż­ni­ków mistrzo­stwa Phila Dicka jest nastrój pisa­nych przez niego utwo­rów. Nie potra­fię jed­nym sło­wem okre­ślić jego poczu­cia humoru. Zgryź­liwe, gro­te­skowe, bur­le­skowe, saty­ryczne, iro­niczne… Żadna z tych cech nie jest wystar­cza­jąco pojemna, każdą nato­miast można odna­leźć bez więk­szego wysiłku. Jego boha­te­ro­wie w naj­waż­niej­szych chwi­lach dostają w twarz tor­tami z kre­mem; naj­za­baw­niej­sze sceny pod­szyte są gorzką iro­nią. Trzeba nie lada arty­sty, żeby spraw­nie kie­ro­wać takim spek­ta­klem.

Napi­sa­łem te słowa w Phi­lip K. Dick: elek­tryczny pasterz (całość, opra­co­wana przez Bruce’a Gil­le­spiego, uka­zała się w roku 1975 nakła­dem Nostrilla Press) i cią­gle się z nimi zga­dzam.

Miło jest widzieć, że Phil wresz­cie docze­kał się pra­wie takiego zain­te­re­so­wa­nia, na jakie zasłu­guje, i to zarówno ze strony kry­ty­ków, jak i czy­tel­ni­ków. Szkoda tylko, że nastą­piło to tak późno. Kiedy go zna­łem, czę­sto bywał bez centa przy duszy i choć prze­kro­czył już wiek, w któ­rym pisa­rze twardo wal­czą o prze­ży­cie, wciąż wal­czył, żeby prze­żyć. Cie­szy­łem się, że u schyłku życia zaznał finan­so­wej sta­bil­no­ści, a nawet cze­goś w rodzaju dostatku. Kiedy widzia­łem go po raz ostatni, był naprawdę szczę­śliwy i odprę­żony. Krę­cono wtedy Łowcę andro­idów; pod­czas kola­cji, a następ­nie do póź­nego wie­czoru roz­ma­wia­li­śmy, żar­to­wa­li­śmy i wspo­mi­na­li­śmy.

Wiele zamie­sza­nia czy­niono wokół jego misty­cy­zmu. Nie mam wie­dzy z pierw­szej ręki o wszyst­kim, w co wie­rzył, głów­nie dla­tego, że czę­sto się to zmie­niało, a poza tym trudno było stwier­dzić, kiedy mówi serio, a kiedy żar­tuje. Po naszych roz­mo­wach odnio­słem jed­nak wra­że­nie, że uwiel­biał zada­wać kla­syczne pyta­nie auto­rów SF: „Co by było, gdyby…?” w odnie­sie­niu do pro­ble­mów natury filo­zo­ficz­nej i reli­gij­nej. W tym kie­runku zmie­rzała także jego twór­czość, ja zaś zasta­na­wia­łem się czę­sto, gdzie znaj­dzie się za dzie­sięć lat. Już ni­gdy się tego nie dowiemy.

Pamię­tam, że podob­nie jak Jamesa Bli­sha, Phila fascy­no­wało zagad­nie­nie zła oraz kon­trast, jaki owo zło two­rzy z oka­zjo­nalną urodą życia. Jestem pewien, że nie miałby nic prze­ciwko temu, abym zacy­to­wał frag­ment ostat­niego listu, jaki od niego otrzy­ma­łem, dato­wa­nego 10 kwiet­nia 1981 roku:

W ciągu kwa­dransa pod­su­nięto mi dwie rze­czy: książkę O czym szu­mią wierzby, któ­rej ni­gdy nie czy­ta­łem, oraz zaj­mu­jącą dwie kolumny foto­gra­fię w naj­now­szym nume­rze „Time’a”, wyko­naną pod­czas nie­uda­nego zama­chu na pre­zy­denta. Ranni, agent ochrony z uzi w rękach, zama­cho­wiec powa­lony przez pozo­sta­łych agen­tów… Mój mózg usi­ło­wał jakoś połą­czyć O czym szu­mią wierzby z tym zdję­ciem. Bez­sku­tecz­nie. Ni­gdy mi się to nie uda. W domu czy­ta­łem książkę Gra­hama, a w tym samym cza­sie szy­ko­wano się do startu Colum­bii; jak wiesz, start został odwo­łany. Dziś rano, po obu­dze­niu, nie byłem w sta­nie o niczym myśleć. Po pro­stu pustka w gło­wie. Jakby kom­pu­tery w moim mózgu nagle prze­stały ze sobą roz­ma­wiać, tak jak te na przy­lądku Cana­ve­ral. Trudno uwie­rzyć, że ta próba zabój­stwa i O czym szu­mią wierzby sta­no­wią czę­ści tego samego wszech­świata. Z pew­no­ścią albo jedno, albo dru­gie nie jest praw­dziwe. Ropuch pły­nący łódeczką w dół stru­mie­nia i czło­wiek z uzi w rękach… Wszel­kie próby zro­zu­mie­nia wszech­świata nie mają sensu, mimo to musimy jakoś sobie radzić.

Czy­ta­jąc po raz pierw­szy te słowa, odnio­słem wra­że­nie, że prze­bi­ja­jące z nich wewnętrzne napię­cie oraz moralne zadzi­wie­nie sta­no­wią skon­den­so­waną wer­sję doznań w znacz­nej czę­ści kształ­tu­ją­cych jego twór­czość. Ni­gdy nie zna­lazł roz­wią­za­nia swych dyle­ma­tów; był zbyt inte­li­gentny, żeby zado­wo­lić się któ­rą­kol­wiek z cząst­ko­wych odpo­wie­dzi. W ciągu wielu lat mówił mnó­stwo rze­czy w wielu miej­scach. W przed­mo­wie do przy­go­to­wa­nego przez Gregga Rick­mana pierw­szego tomu wywia­dów, zaty­tu­ło­wa­nego Phi­lip K. Dick: In His Own Words (Frag­ments West/Valen­tine Press, 1984), przy­to­czy­łem stwier­dze­nie, które naj­głę­biej zapa­dło mi w pamięć, a zara­zem naj­le­piej do Phila paso­wało. Cytat pocho­dzi z napi­sa­nego w roku 1970 listu do „SF Com­men­tary”:

O moich powie­ściach wiem tylko jedno: mały czło­wie­czek stara się w nich ze wszyst­kich sił, wciąż na nowo, bez prze­rwy. W ruinach ziem­skich metro­po­lii pra­co­wi­cie buduje fabryczkę wytwa­rza­jącą cygara albo minia­tu­rowe budowle z napi­sem „Witamy w Miami, naj­przy­jem­niej­szym z miast”. W A. Lin­coln, Simu­la­crum pro­wa­dzi mały zakład pro­du­ku­jący naj­pierw sta­ro­modne organy elek­tro­niczne, póź­niej zaś człe­ko­kształtne roboty, raczej iry­tu­jące niż groźne. Wszystko odbywa się na nie­wielką skalę. Tylko kata­strofa jest mon­stru­alna; widziana na jej tle postać pozy­tyw­nego boha­tera, takiego jak Tagomi, Run­ci­ter czy Moli­nari, przy­biera mikro­sko­pijne roz­miary, sam boha­ter ma bar­dzo ogra­ni­czone moż­li­wo­ści dzia­ła­nia, a jed­nak w pew­nym sen­sie jest wielki. Naprawdę nie wiem dla­czego. Po pro­stu wie­rzę w niego i kocham go. W końcu zwy­cięży. Nic wię­cej… To zna­czy nic, co by miało zna­cze­nie, czym powin­ni­śmy zawra­cać sobie głowę. Dopóki on tam jest, niczym maleńka postać ojca, wszystko będzie w porządku. […]

W mojej twór­czo­ści nie­któ­rzy recen­zenci dopa­trują się zgorzk­nie­nia. Dziwi mnie to, bo z natury jestem raczej ufny. Być może nie­po­koi ich, że pokła­dam zaufa­nie w czymś tak nie­du­żym. Wole­liby coś więk­szego. Mam dla nich nowinę: nie ma nic więk­szego. Wła­ści­wie powi­nie­nem powie­dzieć: nie ma nic wię­cej. A tak naprawdę, jak dużo nam trzeba? Czy pan Tagomi nie wystar­czy? Wiem, że to się liczy. Jestem zado­wo­lony.

Przy­wo­ła­łem aku­rat ten frag­ment chyba dla­tego, że lubię myśleć o tym nie­wiel­kim ele­men­cie zaufa­nia i ide­ali­zmu w pisar­stwie Phila. Cho­ciaż kto wie, może popeł­niam grzech nad­in­ter­pre­ta­cji? Miał zło­żoną oso­bo­wość, a ja cza­sem odno­szę wra­że­nie, iż różne osoby zacho­wały o nim zupeł­nie odmienne wspo­mnie­nia. Pamię­ta­jąc o tym, mogę napi­sać tylko ten krótki szkic o czło­wieku, któ­rego zna­łem i lubi­łem — naj­czę­ściej na odle­głość — ponie­waż nie stać mnie na nic wię­cej. Ponie­waż znaczną część tego tek­stu sta­no­wią cytaty z moich wcze­śniej­szych publi­ka­cji, bez krzty poczu­cia winy zakoń­czę go jesz­cze jed­nym cyta­tem:

Po lek­tu­rze dowol­nej książki Phi­lipa Dicka stwier­dzamy zazwy­czaj, że czu­jemy się tak, jak­by­śmy nie prze­czy­tali zwy­kłej powie­ści albo opo­wia­da­nia, lecz raczej wiersz obfi­tu­jący w zapa­da­jące w pamięć meta­fory. […] Cenię to odczu­cie, czę­ściowo dla­tego, że trudno je dokład­nie okre­ślić, bar­dziej jed­nak z tego powodu, że nawet kiedy już zapo­mnę szcze­góły intrygi, w naj­mniej spo­dzie­wa­nych chwi­lach nawie­dzają mnie uczu­cia i myśli zro­dzone pod­czas lek­tury książki Phila. Wynika z tego, że dzięki niemu sta­łem się bogat­szy.

Dobrze jest wie­dzieć, że w wielu miej­scach został doce­niony i zapa­mię­tany. Wie­rzę, że już na zawsze, i tylko żałuję, że nastą­piło to tak późno.

Roger Zela­zny

paź­dzier­nik 1986

prze­ło­żył Arka­diusz Nako­niecz­nik

Od autora

Na początku zde­fi­niuję science fic­tion, mówiąc, czym nie jest. Nie można jej nazwać „histo­rią (lub powie­ścią albo utwo­rem dra­ma­tycz­nym), któ­rej akcja roz­grywa się w przy­szło­ści”, ponie­waż ist­nieje coś takiego jak kosmiczna przy­go­dówka, która co prawda dzieje się w przy­szło­ści, lecz nie ma nic wspól­nego z science fic­tion. To tylko przy­gody, bitwy i wojny w kosmo­sie, toczone z wyko­rzy­sta­niem nad­zwy­czaj zaawan­so­wa­nych tech­no­lo­gii. W takim razie dla­czego to nie jest SF? Prze­cież powinna nią być, a na przy­kład według Doris Les­sing jest nią ponad wszelką wąt­pli­wość. Otóż kosmicz­nej przy­go­dówce bra­kuje waż­nego skład­nika: jed­no­znacz­nie nowego pomy­słu. Oprócz tego może ist­nieć science fic­tion, któ­rej akcja roz­grywa się w teraź­niej­szo­ści — przy­kła­dem opo­wia­da­nia i powie­ści o świa­tach rów­no­le­głych. Jeżeli więc oddzie­limy SF od przy­szło­ści i super­no­wo­cze­snych tech­no­lo­gii, co nam zostaje i dla­czego to coś zasłu­guje na nazwę science fic­tion?

Przede wszyst­kim zostaje nam fik­cyjny świat, nie­ist­nie­jące w rze­czy­wi­sto­ści spo­łe­czeń­stwo, które wywo­dzi się z naszego — to zna­czy nasze spo­łe­czeń­stwo jest dla tam­tego punk­tem wyj­ścio­wym. Sta­nowi ono kon­ty­nu­ację naszego, nie­kiedy orto­go­nalną, jak w opo­wie­ściach o świa­tach rów­no­le­głych. To nasz świat, odmie­niony dzięki inte­lek­tu­al­nemu wysił­kowi autora, prze­trans­for­mo­wany w coś, czym nie jest — przy­naj­mniej na razie. Musi się róż­nić od naszego cho­ciażby pod jed­nym wzglę­dem, a róż­nica ta powinna być dosta­tecz­nie duża, żeby dać impuls wyda­rze­niom, które nie mogłyby się roze­grać ani w naszym, ani w żad­nym innym spo­łe­czeń­stwie w teraź­niej­szo­ści lub prze­szło­ści. U pod­staw tej róż­nicy musi jed­nak leżeć spójna idea — cho­dzi o róż­nicę zasad­ni­czych kon­cep­cji, a nie bła­hych pomy­słów. To wła­śnie esen­cja science fic­tion: wymy­śle­nie struk­tu­ral­nej róż­nicy w spo­łe­czeń­stwie, która powo­duje, że w umy­śle autora powstaje cał­kiem nowe spo­łe­czeń­stwo. Po prze­nie­sie­niu na papier pomysł ten ma z kolei wywo­łać wstrząs w umy­śle czy­tel­nika — wstrząs roz­po­zna­nia cze­goś nie­roz­po­zna­wal­nego. Czy­tel­nik musi wie­dzieć, że ma do czy­nie­nia z zupeł­nie nowym świa­tem.

A teraz, jak oddzie­lić science fic­tion od fan­tasy? Nie spo­sób tego zro­bić i wystar­czy krót­kie zasta­no­wie­nie, żeby zro­zu­mieć dla­czego. Weźmy na przy­kład ludzi obda­rzo­nych zdol­no­ściami para­nor­mal­nymi, cho­ciażby takich jak mutanci z cudow­nej powie­ści Teda Stur­ge­ona More Than Human. Jeśli czy­tel­nik uwie­rzy, że tacy mutanci mogą naprawdę ist­nieć, będziemy mieli do czy­nie­nia z science fic­tion. Jeśli jed­nak doj­dzie do wnio­sku, że mutanci, podob­nie jak czar­no­księż­nicy i smoki, sta­no­wią wyłącz­nie wytwór wyobraźni, wów­czas książka, którą czyta, okaże się utwo­rem fan­tasy. W fan­tasy wystę­pują zja­wi­ska powszech­nie uzna­wane za nie­moż­liwe; w science fic­tion wystę­pują zja­wi­ska powszech­nie uzna­wane za moż­liwe, choć po speł­nie­niu okre­ślo­nych warun­ków. W grun­cie rze­czy mamy tu do czy­nie­nia z roz­róż­nie­niem instynk­tow­nym, opie­ra­ją­cym się na subiek­tyw­nym prze­ko­na­niu autora i czy­tel­ników.

Spró­bujmy zde­fi­nio­wać dobrą science fic­tion. Nowy pomysł musi być naprawdę nowy (albo sta­no­wić nowa­tor­ską waria­cję sta­rego), ponadto zaś winien inte­lek­tu­al­nie pobu­dzać czy­tel­nika. Musi prze­bo­jem wtar­gnąć do jego umy­słu i uświa­do­mić mu coś, o czym do tej pory nawet by nie pomy­ślał. „Dobra science fic­tion” to ter­min war­to­ściu­jący, z pew­no­ścią nie­obiek­tywny; ja jed­nak uwa­żam, że — nawet obiek­tyw­nie — ist­nieje coś takiego jak dobra SF.

Bar­dzo spodo­bało mi się stwier­dze­nie dok­tora Wil­lisa McNelly’ego z Kali­for­nij­skiego Uni­wer­sy­tetu Sta­no­wego w Ful­ler­ton, który powie­dział, że praw­dzi­wym boha­te­rem opo­wia­da­nia albo powie­ści science fic­tion nie jest osoba, lecz pomysł. Jeśli mamy do czy­nie­nia z dobrą SF, pomysł jest nowy, pobu­dza­jący inte­lek­tu­al­nie oraz, co chyba naj­waż­niej­sze, uru­cha­mia w umy­śle czy­tel­nika reak­cję łań­cu­chową, „otwiera” go, aż czy­tel­nik, tak jak autor, także zaczyna two­rzyć. Dzięki temu science fic­tion jest twór­cza oraz inspi­ruje do two­rze­nia, czego nie można powie­dzieć o więk­szo­ści lite­ra­tury głów­nego nurtu. My, czy­tel­nicy SF (mówię teraz jako czy­tel­nik, nie pisarz), czy­tamy ją, ponie­waż uwiel­biamy, kiedy powieść albo opo­wia­da­nie wyzwa­lają w naszych umy­słach tę wspa­niałą reak­cję łań­cu­chową. Z tego względu naj­lep­sza science fic­tion w grun­cie rze­czy sta­nowi wspólne dzieło pisa­rza i czy­tel­nika: obaj two­rzą i obaj robią to z rado­ścią. Radość sta­nowi ostatni i zara­zem nie­odzowny skład­nik SF; jest to radość odkry­wa­nia cze­goś nowego.

Phi­lip K. Dick

frag­ment listu z 14 maja 1981

prze­ło­żył Arka­diusz Nako­niecz­nik

Krótki szczęśliwy żywot brązowego oksforda

Stabilizacja

Robert Ben­ton powoli roz­po­starł skrzy­dła, kil­ka­krot­nie nimi zatrze­po­tał, po czym maje­sta­tycz­nie uniósł się z dachu i popły­nął w ciem­ność.

Natych­miast pochło­nęła go noc. W dole setki świetl­nych punk­ci­ków zna­czyły inne dachy, z któ­rych rów­nież sfru­wali ludzie. Dołą­czyła do niego jakaś fio­le­towa postać, która zaraz na powrót skryła się w mroku. Ben­ton nie miał jed­nak ochoty na nocne goni­twy. Postać uka­zała się ponow­nie, dając mu zachę­ca­jące znaki skrzy­dłami. Ben­ton ze wzgardą wzbił się wysoko.

Po pew­nym cza­sie wyrów­nał lot i pod­dał się prą­dom powietrz­nym biją­cym z leżą­cego poni­żej Mia­sta Świa­tło­ści. Prze­jęło go rado­sne unie­sie­nie. Zało­po­taw­szy ogrom­nymi bia­łymi skrzy­dłami, roz­pę­dził prze­pły­wa­jące nie­da­leko obłoczki i zanur­ko­wał w kie­runku nie­wi­dzial­nego dna wiel­kiego czar­nego naczy­nia, w któ­rym latał. Wresz­cie, jako że jego czas wolny dobie­gał końca, poszy­bo­wał ku wid­nie­ją­cym w dole świa­tłom mia­sta.

Z dołu mru­gnęło doń świa­tło inten­syw­niej­sze od pozo­sta­łych: Biuro Kon­troli. Wyprę­żony jak strzała, z przy­le­ga­ją­cymi do ciała skrzy­dłami, skie­ro­wał się w jego stronę. I runął w dół. Kiedy od świa­tła dzie­liło go zale­d­wie sto stóp, roz­wi­nął skrzy­dła, chwy­ta­jąc w nie powie­trze, i łagod­nie osiadł na pła­skim dachu.

Nie cze­ka­jąc, aż zapali się świa­tełko prze­wod­nie, ruszył przed sie­bie, kie­ru­jąc się dźwię­kiem brzę­czyka, i odna­lazł drzwi. Otwo­rzyły się pod naci­skiem jego pal­ców, wszedł do środka. Natych­miast, ze wzra­sta­jącą pręd­ko­ścią, zaczął jechać na dół. Mała winda nie­spo­dzie­wa­nie sta­nęła i zna­lazł się w Głów­nym Biu­rze Kon­tro­lera.

— Witam — ode­zwał się Kon­tro­ler. — Pro­szę zdjąć skrzy­dła i usiąść.

Ben­ton posłusz­nie wyko­nał pole­ce­nie i porząd­nie zło­żyw­szy skrzy­dła, powie­sił je na jed­nym z rzędu przy­twier­dzo­nych do ściany małych haczy­ków. Wypa­trzył naj­wy­god­niej­sze krze­sło i ruszył w jego stronę.

— Ach, ceni pan sobie kom­fort — powie­dział z uśmie­chem Kon­tro­ler.

— No cóż — odparł Ben­ton. — A dla­czego ma stać bez­czyn­nie?

Kon­tro­ler ode­rwał spoj­rze­nie od gościa i ponad jego ramie­niem popa­trzył w kie­runku prze­zro­czy­stych pla­sti­ko­wych ścian. Za nimi znaj­do­wały się naj­więk­sze poje­dyn­cze pokoje w Mie­ście Świa­tło­ści. Cią­gnęły się dalej, niż mógł się­gnąć wzro­kiem. Każdy z nich był…

— W jakim celu chciał się pan ze mną widzieć? — rzu­cił Ben­ton.

Kon­tro­ler odkaszl­nął i zasze­le­ścił meta­lo­wymi kart­kami.

— Jak panu wia­domo — zaczął — naszym prio­ry­te­tem jest Sta­bi­li­za­cja. Cywi­li­za­cja od stu­leci ewo­lu­owała, zwłasz­cza od dwu­dzie­stego pią­tego wieku. To prawo natury: cywi­li­za­cja musi się albo roz­wi­jać, albo uwstecz­niać; nie może stać w miej­scu.

— Wiem o tym — odrzekł ze zdzi­wie­niem Ben­ton. — Znam rów­nież tabliczkę mno­że­nia. Czy i ją zamie­rza mi pan wyre­cy­to­wać?

Kon­tro­ler puścił tę uwagę mimo uszu.

— Jed­nakże zła­ma­li­śmy to prawo — cią­gnął. — Sto lat temu…

Sto lat temu! Nie­mal tak dawno Eric Fre­iden­burg ze Sta­nów Wol­nych Nie­miec, powstaw­szy w sali obrad Komi­sji Mię­dzy­na­ro­do­wej, oznaj­mił, że roz­wój ludz­ko­ści wresz­cie osią­gnął punkt kul­mi­na­cyjny. Jaki­kol­wiek dal­szy postęp nie wcho­dził w rachubę. W ostat­nich kilku latach odno­to­wano jedy­nie dwa więk­sze wyna­lazki. Następ­nie wszy­scy sku­pili się na obser­wa­cji wiel­kich wykre­sów i tablic, któ­rych linie upar­cie opa­dały, aż w końcu zni­kły. Ogromna stud­nia ludz­kiej pomy­sło­wo­ści wyschła, a Eric una­ocz­nił zebra­nym coś, o czym wszy­scy wie­dzieli, ale nikt nie miał odwagi o tym mówić. Skoro jed­nak zro­biono to ofi­cjal­nie, Komi­sja nie miała innego wyj­ścia, jak przed­się­wziąć ener­giczne dzia­ła­nia.

Zapro­po­no­wano roz­wią­za­nia. Jedno z nich wyda­wało się mniej dra­styczne niż pozo­stałe. I to je osta­tecz­nie zatwier­dzono. Była to…

Sta­bi­li­za­cja!

Kiedy z jej ogło­sze­niem liczne wiel­kie mia­sta zostały zalane przez fale pro­te­stów, wła­dze sta­nęły przed nie lada kło­po­tem. Upadł rynek papie­rów war­to­ścio­wych, a gospo­darka nie­któ­rych państw wymknęła się spod kon­troli. Wzro­sły ceny żyw­no­ści, wiele regio­nów dotknął głód. Wybu­chła wojna… po raz pierw­szy od trzy­stu lat! Jed­nakże Sta­bi­li­za­cja zaczęła na dobre zapusz­czać korze­nie. Roz­pra­wiono się z dysy­den­tami, rady­ka­łów wywie­ziono. Zasto­so­wano okrutne metody, nie widziano jed­nak wów­czas innego wyj­ścia. Wresz­cie świat odzy­skał rów­no­wagę — stan, w któ­rym nie miały prawa poja­wić się zmiany ani do przodu, ani wstecz.

Co roku każdy miesz­ka­niec pod­da­wany był uciąż­li­wym tygo­dnio­wym oglę­dzi­nom, pod­czas któ­rych stwier­dzano, czy nie zba­cza on z wła­ści­wej drogi. Wszy­scy mło­dzi objęci byli obo­wiąz­kiem inten­syw­nego pięt­na­sto­let­niego kształ­ce­nia. Ci, któ­rzy nie nadą­żali za resztą, naj­zwy­czaj­niej w świe­cie zni­kali. Biura Kon­tro­lne nad­zo­ro­wały wyna­laz­czość, by się upew­nić, że nie zakłóci ona Sta­bi­li­za­cji. Gdyby zaist­niała taka moż­li­wość…

— Dla­tego wła­śnie nie możemy dopu­ścić pań­skiego wyna­lazku do powszech­nego uży­cia — wyja­śnił Ben­to­nowi Kon­tro­ler. — Przy­kro mi.

Patrzył, jak Ben­ton zrywa się z pobla­dłą twa­rzą i roz­dy­go­ta­nymi rękami.

— Bar­dzo pro­szę — powie­dział uprzej­mie — niech pan się tak nie przej­muje. Osta­tecz­nie nie grozi panu Wywózka!

Ale Ben­ton tylko spo­glą­dał na niego bez słowa. Wresz­cie wydu­kał:

— Ależ pan nie rozu­mie: ja nie zgła­sza­łem żad­nego wyna­lazku. Nie rozu­miem, o czym pan mówi.

— Nie zgła­szał pan! — wykrzyk­nął Kon­tro­ler. — Prze­cież byłem tu, kiedy pan to zro­bił! Widzia­łem, jak pod­pi­suje pan dekla­ra­cję wła­sno­ści! To mnie wrę­czył pan swój model!

Nie spusz­czał z niego wzroku. W końcu wci­snął przy­cisk na biurku i kie­ru­jąc głos tam, gdzie zaświe­cił się mały krą­żek świa­tła, powie­dział:

— Przy­ślij­cie mi infor­ma­cje na temat 34500-D.

Upły­nęła chwila. Naraz w kręgu świa­tła poja­wiła się tuba. Kon­tro­ler pod­niósł cylin­dryczny przed­miot i podał go Ben­to­nowi.

— Tak — potwier­dził Ben­ton. — To mój cha­rak­ter pisma i nie­wąt­pli­wie moje odci­ski pal­ców. Ale i tak nie rozu­miem. Przez całe życie nie udało mi się niczego wymy­ślić, a na doda­tek ni­gdy wcze­śniej tu nie byłem! Co to za wyna­la­zek?

— Co to za wyna­la­zek! — powtó­rzył zdu­miony Kon­tro­ler. — Nie wie pan?

Ben­ton potrzą­snął głową.

— Nie, nie wiem.

— Cóż, jeżeli chce się pan dowie­dzieć, musi pan zejść na dół do Biur. Ogra­ni­czę się do stwier­dze­nia, że plany, które pan przy­słał, zostały odrzu­cone przez Radę Kon­tro­lną. Ja peł­nię jedy­nie funk­cję rzecz­nika. Będzie pan musiał zała­twić to z nimi.

Ben­ton wstał i ruszył ku drzwiom. Tak jak poprzed­nie ustą­piły pod jego doty­kiem, toteż skie­ro­wał się pro­sto do Biur Kon­tro­l­nych. Zanim drzwi zdą­żyły się zamknąć ponow­nie, dobie­gło go jesz­cze gniewne woła­nie Kon­tro­lera:

— Nie mam poję­cia, co pan kom­bi­nuje, ale wie pan, jaka jest kara za naru­sze­nie Sta­bi­li­za­cji!

— Oba­wiam się, że już została naru­szona — odrzekł Ben­ton i poszedł dalej.

Biura były prze­ogromne. Z pomo­stu, na któ­rym stał, widział tysiące męż­czyzn i kobiet pochło­nię­tych pracą przy nie­ustan­nie buczą­cych maszy­nach. Wkła­dali w nie ryzy papieru. Wielu ludzi pra­co­wało przy biur­kach, wystu­ku­jąc dzie­siątki stron infor­ma­cji, uzu­peł­nia­jąc wykresy, segre­gu­jąc karty i odbie­ra­jąc wia­do­mo­ści. Ściany pokryto tabli­cami, na któ­rych wciąż zmie­niały się dane. Powie­trze skrzyło się od inten­syw­nej pracy; szum urzą­dzeń, stu­kot maszyn do pisa­nia i szmer gło­sów zle­wały się w jeden mia­rowy, zado­wo­lony odgłos. A tej ogrom­nej machi­nie, któ­rej dzienne utrzy­ma­nie pochła­niało nie­wy­obra­żalne sumy, przy­świe­cało jedno hasło: Sta­bi­li­za­cja!

Oto miej­sce, dzięki któ­remu świat mógł funk­cjo­no­wać bez prze­szkód. W tej sali, z ciężko haru­ją­cymi pra­cow­ni­kami i bez­li­to­snym czło­wie­kiem odkła­da­ją­cym karty na stertę z napi­sem „do eks­ter­mi­na­cji”, było zgrane niczym wielka orkie­stra sym­fo­niczna. Jaka­kol­wiek usterka czy opóź­nie­nie spo­wo­do­wa­łyby zachwia­nie całej struk­tury. Jed­nakże nikt nie zawo­dził. Nikt nie usta­wał w pracy i każdy wywią­zy­wał się z przy­dzie­lo­nego mu zada­nia. Ben­ton zszedł po scho­dach do punktu infor­ma­cyj­nego.

— Pro­szę o poda­nie wszyst­kich danych na temat wyna­lazku zgło­szo­nego przez Roberta Ben­tona, 34500-D — powie­dział.

Urzęd­nik ski­nął głową i wstał zza biurka. Po chwili wró­cił z meta­lową skrzynką.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Tytuł ory­gi­nału: Col­lec­ted Sto­ries, volume 1: Bey­ond Lies the Wub

Copy­ri­ght © 1987, The Estate of Phi­lip K. Dick

All rights rese­rved

Intro­duc­tion © 1987 by Roger Zela­zny

Copy­ri­ght © for the Polish e‑book edi­tion by REBIS Publi­shing House Ltd., Poznań 2014, 2020, 2025

Infor­ma­cja o zabez­pie­cze­niach

W celu ochrony autor­skich praw mająt­ko­wych przed praw­nie nie­do­zwo­lo­nym utrwa­la­niem, zwie­lo­krot­nia­niem i roz­po­wszech­nia­niem każdy egzem­plarz książki został cyfrowo zabez­pie­czony. Usu­wa­nie lub zmiana zabez­pie­czeń sta­nowi naru­sze­nie prawa.

Opo­wia­da­nia: Roog, Gdzie kryje się wub, Czło­wiek, który był zmienną, Zbędny, Wypłata i Kolo­nia uka­zały się w zbio­rze Opo­wia­da­nia naj­lep­sze (Dom Wydaw­ni­czy REBIS, Poznań 1998).

Opo­wia­da­nia Sonda przy­szło­ści oraz Król elfów uka­zały się w tomie Ostatni pan i władca (Amber, Poznań 1990)

Pozo­stałe opo­wia­da­nia, wstęp Rogera Żela­znego oraz Uwagi uka­zały się w tomie Krótki, szczę­śliwy żywot brą­zo­wego Oxforda (Pró­szyń­ski i S-ka, War­szawa 1998).

Redak­tor serii: Rado­sław Kot

Redak­tor tego wyda­nia: Grze­gorz Dziam­ski

Gra­fiki: Woj­ciech Siud­mak

Wyda­nie II e‑book (opra­co­wane na pod­sta­wie wyda­nia książ­ko­wego: Krótki szczę­śliwy żywot brą­zo­wego oks­forda, wyd. I, dodruk, Poznań 2026)

ISBN 978-83-7818-283-2

WYDAWCA

Dom Wydaw­ni­czy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmi­grodzka 41/49, 60-171 Poznań, Pol­ska

tel. +48 61 867 47 08, +48 61 867 81 40

e-mail: [email protected]

www.rebis.com.pl

Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer