Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
18 osób interesuje się tą książką
Od autorki:
Może to zabrzmi dziwnie, ale nie potrafię wymyślać fabuł. Naprawdę. Od dziecka natomiast lubiłam spisywać i opisywać prawdziwe historie, które zrobiły na mnie wrażenie…
Tak mówi o pisaniu swojej powieści Magda Leszczyńska. Dzięki jej zainteresowaniom oraz związkom z Krosnem Odrzańskim powstała ta wyjątkowa opowieść.
Znajdziecie w niej historie, które wydarzyły się naprawdę, i ludzi, którzy żyli w Crossen an der Oder. Wraz z bohaterami przeżyjecie strach przed wybuchem pierwszej wojny światowej, a potem bardzo podobny, gdy nadciągała druga wojna światowa. Przyjrzycie się losom dzieciaków, które urodziły się po sąsiedzku, razem chodziły do szkoły, psociły i rywalizowały o najpiękniejsze dziewczyny w mieście. Poczujecie nadchodzącą grozę, oburzenie, bezradność, które towarzyszyły wielu Niemcom, gdy pojawił się faszyzm. I strach tych, w których zło zostało wymierzone.
Fragment książki:
– I po co nam była ta cała przestrzeń życiowa?! – Aż podnosi głos. – Czy czegoś nam brakowało?! I czy koniecznie musieliśmy wszczynać wojnę z całą Europą?!
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 289
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Działalność oficyny SILVER objęta jest patronatem
Polskiego Towarzystwa Okulistycznego.
Edycja © Silver oficyna wydawnicza, 2026
Tekst © Magdalena Leszczyńska, 2026
All rights reserved
Wszelkie prawa zastrzeżone
Żaden fragment tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody Wydawcy.
Wydanie I
Warszawa 2026
Dedykuję mojej Mamie…
Otto odkłada narzędzia, cofa się o krok i lustruje wybity w ścianie otwór. „Jest dobrze”, ocenia. Zostaje już tylko włożyć tu kasetkę i zamurować, a potem odpowiednio zamaskować skrytkę. Odwraca się, podchodzi do schodów i rusza na górę. Liczy, że żona już wszystko spakowała, tymczasem zastaje ją w salonie z albumem rozłożonym na kolanach, patrzącą w przestrzeń nieobecnym wzrokiem.
– Na Boga, Mathilde! Pospiesz się! Czerwoni będą w Crossen lada moment, to nie czas na rozmyślania!
Kobieta przytomnieje. Westchnąwszy, zamyka album. Z niepokojem spogląda przez okno na szare lutowe niebo, na śnieg, który znów zaczął padać. Podnosi z podłogi kartonową teczkę na dokumenty, pełną różnych papierów. To dokumenty ich syna: świadectwa szkolne, korespondencja z urzędami, dyplomy odznaczeń, i Mathilde chce je uchronić przez zniszczeniem. Na teczce kładzie jeszcze album ze zdjęciami syna, a na nim krótki list do niego napisany przez Ottona. Zamyka wieko, przekręca klucz i podaje kasetkę mężowi. A potem siada przy stole, ukrywa twarz w dłoniach i zaczyna płakać.
*
Crossen an der Oder[1] to małe garnizonowe miasteczko położone sto pięćdziesiąt kilometrów na południowy wschód od Berlina, u ujścia Bobru do Odry. W czasach, w których toczy się ta opowieść, miasteczko wypadło już z głównego nurtu wydarzeń. I dobrze, bo swoje przeszło. Położone nad jedynym na środkowej Odrze brodem, niejednokrotnie doświadczało przemarszów najróżniejszych wojsk z licznych wojen, jak choćby wojny trzydziestoletniej w siedemnastym wieku, wojny siedmioletniej sto lat później czy wojen napoleońskich. Przemarsze te zazwyczaj kończyły się dla miasta tragicznie – plądrowaniem, niszczeniem, pożarami.
Na wypadek gdyby samo miało być celem, Crossen było dobrze zabezpieczone. Otaczały je solidne mury i chroniła woda – od północy Odra, od zachodu Bober, od południa i wschodu kanały miejskie i stare odnogi Odry oraz rozległe, często podmokłe łąki.
Los Crossen się odmienił, gdy dziewiętnastowieczni planiści wytyczyli nową linię kolejową pomiędzy Frankfurtem nad Odrą a Breslau[2]. Dotąd miasta te łączyła chętnie użytkowana przez różne wojska droga przebiegająca przez Crossen. Nowa linia kolejowa zostawiała miasteczko na uboczu. Transport wodny na Odrze zmalał. Brakowało nowych inwestycji, działały jedynie stare zakłady przemysłowe. Crossen utraciło funkcję stolicy księstwa, pozostała mu jedynie rola miasta powiatowego.
Niepotrzebne już mury miejskie stopniowo rozbierano, wschodni kanał został zasypany. Po północnej stronie Odry, wzdłuż jej brzegu oraz na wzgórzach zaczęły powstawać prywatne i komunalne domy mieszkalne. Crossen odetchnęło od wojen i powoli stawało się miastem urzędników, kupców i restauratorów…
1 Obecnie Krosno Odrzańskie.
2 Obecnie Wrocław.
Mathilde nie pochodziła stąd. Urodziła się i wychowała w Griesel[1], wiosce przy północno-wschodniej granicy powiatu. Była córką Trude i Ignatza Meyerów, zamożnych gospodarzy, którzy na swój dobrobyt pracowali od świtu do nocy. Także Mathilde i jej rodzeństwo ledwie odrośli od ziemi, a już pracowali w gospodarstwie: a to przy pasaniu krów i gęsi, a to przy zwożeniu siana albo zbieraniu ziemniaków. Najlżejszym ich zadaniem było gotowanie posiłków dla pracujących w polu.
Mathilde była silna i dobrze sobie radziła z obowiązkami, ale marzyła o tym, żeby wyjechać ze wsi i zostać panią gdzieś w mieście. Jej rodzice mieli w głębi ogrodu mały domek, który latem wynajmowali letnikom przyjeżdżającym od czasu do czasu na wieś, aby pospacerować po tutejszych lasach i pozachwycać się widokami. Dziewczyna uważała letników za nierobów i serdecznie ich nie cierpiała, a jednocześnie zazdrościła damom białych dłoni, eleganckich strojów i możliwości spędzania całego dnia na leżaku, prowadzenia konwersacji o niczym i popijania chłodnej lemoniady.
W lipcu tysiąc dziewięćset trzynastego roku na letnisko przyjechała rodzina Simonsów: Josefine i August z czterema synami. Bruno, Hermann, Ludwig i Otto, rozbrykani młodzieńcy, nie przejmowali się dystansem, który wytwarzała Mathilde, ani jej pogardliwymi minami. Zagadywali ładną dziewczynę, częstowali piwem, zapraszali na spacery.
Otto, choć dość nieśmiały, szczególnie przypadł jej do serca. Był poważny, spokojny i nie tak nachalny jak bracia. Miło im się gawędziło. Wieczorami wykradała się z domu, żeby spędzić z nim parę chwil. Nie liczyła jednak, że aż tak bardzo spodoba się miejskiemu młodzieńcowi, iż ten poprosi ją o rękę. I pewnie właśnie dlatego, gdy Otto z uroczystą miną przykląkł na jedno kolano i ze ściśniętym gardłem zapytał, czy zostanie jego żoną, spłoszyła się i uciekła do domu. Zaraz jednak powróciła do speszonego zalotnika, żeby powiedzieć mu „tak”.
Na wieść o oświadczynach najmłodszego Simonsa Trude załamała ręce.
– Czyś ty rozum straciła, dziewczyno?! Trzeba było najpierw porozmawiać z nami! Chłopak z miasta, też mi atrakcja. A co na to jego rodzina? Wiesz przecież, że twój Otto to syn wojskowego, a jego matka pochodzi ze szlachty. Myślisz, że przyjmą cię z otwartymi ramionami? Kobieta ze wsi może być u nich najwyżej gosposią. Koronki i suknie nie zrobią z ciebie damy, nie dla nich. A na wsi mogłabyś być panią u siebie, bez niczyjej łaski!
Milczący jak zwykle Ignatz przytakiwał żonie, kiwając głową. On też nie tak wyobrażał sobie przyszłość ulubionej córki.
Trude westchnęła i Mathilde wiedziała, co za chwilę usłyszy.
– Ciągle żałuję, że pozwoliłaś Johannesowi zerwać wasze…
– A mama znowu o tym! – wpadła matce w słowo. – Niechże mama wreszcie da spokój. Johannes to łajdak i dobrze, że za niego nie wyszłam. Już mama zapomniała, że to przez niego cała wieś traktuje mnie jak dziwkę?!
W odpowiedzi Trude tylko wzruszyła ramionami.
– Wzięlibyście ślub, to od razu zamknęliby gęby. Żaden nie zadrze z młynarzem.
Mathilde przewróciła oczami. „Trzeba to skończyć”, pomyślała.
– Niech mnie mama posłucha. – Starała się nie podnosić głosu. – Wyjdę za Ottona, czy to się mamie podoba, czy nie. A jak jeszcze raz usłyszę coś o Johannesie i młynie, to jak Boga jedynego kocham, więcej mnie tu nie zobaczycie!
1 Obecnie Gryżyna.
Od kilku dni, może nawet od ponad tygodnia do Crossen napływają uciekinierzy z prawego brzegu Odry. Uciekają z miejsc, do których dotarli już Rosjanie. Przez Bismarckstraße[1] w stronę mostu ciągnie się niekończący się sznur ludzi na wozach, w bryczkach, nawet w automobilach. Wielu idzie. Jedni mają wózki, inni niosą walizki, są i tacy, którzy ledwo uszli z życiem i nie zabrali żadnego dobytku. Chłopi, kupcy, posiadacze ziemscy, młodzi, starzy, matki z dziećmi na rękach. Dla ochrony przed mrozem włożyli grube kapoty, kobiety opatuliły się wielkimi wełnianymi chustami, dzieci owinęły w kołdry, ale one i tak, zwłaszcza niemowlęta, często giną od przejmującego zimna.
Dla Krośnian są zapowiedzią ich bliskiej przyszłości. Obecność uciekinierów uświadamia im, wciąż jeszcze siedzącym w ciepłych mieszkaniach, realność i bliskość zagrożenia. Jeśli ktoś z nich liczył na cudowną odmianę losu, która wybawi ich od tułania się po obcych domach, teraz porzuca złudzenia.
Fala uciekających rozdziela się na rozwidleniu dróg na południu miasta. Niektórzy zmierzają na tutejszy dworzec, skąd odchodzą ostatnie pociągi, inni szukają możliwości przeczekania najbliższych dni w okolicy. Coraz więcej Krośnian dołącza do tego pochodu, aż w końcu jest ich więcej niż uciekinierów zza rzeki.
Simonsowie nadal siedzą w domu. Czekają do ostatniej chwili, żeby nie minąć się z synem, który przecież może wrócić. Ostatecznie jednak i oni decydują się uciekać i o poranku dołączają do kolumny. Ich cały dobytek mieści się na wozie; pakowali się, wierząc, że wyjeżdżają na kilka dni, nie brali więc zbyt wielu rzeczy. Dwie poduszki, kołdrę, ciepłe ubrania, cenną zastawę, biżuterię, pieniądze. Planowali przeczekać przejście Rosjan u znajomych gospodarzy, a potem wrócić do domu.
Kolumna porusza się bardzo wolno, tempo marszu wyznaczają najsłabsi. Ludzie nie patrzą na siebie nawzajem, nie rozmawiają. Myśli jednych krążą wokół pozostawionego dobytku. Czy wszystko będzie na miejscu, kiedy wrócą? Czy dobrze ukryli to, czego nie mogli zabrać? Czy sąsiad, któremu oddali na przechowanie srebra i zastawy, zwróci im je po powrocie? Inni czujnie rozglądają się wokół. Boją się każdego zagajnika, każdy głośniejszy dźwięk sprawia, że ich serca przyspieszają. Przeraża ich myśl, że mogą wpaść w ręce barbarzyńskich sowieckich żołnierzy. Wielu skupia się tylko na tym, żeby bezpiecznie i bez wywrotki ciągnąć swój wózek po rozdeptanym i ponownie zamarzniętym śniegu, patrzą pod nogi i ostrożnie stawiają stopy.
Wóz Simonsów odłącza się od głównego nurtu tuż za mostem na Bobrze. Wraz z innymi, którzy zdecydowali się uciekać na południe, skręcają w stronę Bobersbergu[2]. Po drodze stopniowo porzucają grupę ci, którzy ugadali sobie nocleg w mijanych wioskach.
Simonsowie docierają do Kunowa[3], a potem skręcają w lewo, w leśną dróżkę. Jeszcze kilka kilometrów i są na miejscu, w oddalonym od wsi gospodarstwie. Razem z nimi przyjechały dwa wozy. Po długiej jeździe ludzie z trudem schodzą na ziemię, powoli prostują obolałe plecy, masują odrętwiałe nogi. Są przemarznięci. Gospodarze wychodzą z domu i witają się krótko.
Gości z tamtych wozów gospodyni zabiera do stodoły. Otto patrzy za nimi ze współczuciem – jest luty, mróz i śnieg, bez pieca nawet pod kilkoma kołdrami nie będzie im za ciepło. Ich samych gospodarz woła do domu i prowadzi do niedużej izby. Przy ścianie stoi podwójne łóżko, nad nim wisi kolorowana i retuszowana ręcznie fotografia małżonków. Jest też szafa, a w rogu stolik z dzbankiem i miednicą, pod nim wiadro z czystą wodą i drugie, puste, na brudną. Ścianę powyżej zdobi wyszywana czerwoną nicią makatka z wizerunkiem Jezusa i napisem Unser täglich Brot gib uns heute! – „Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj”. Od pieca czuć przyjemne ciepło. Mathilde oddycha z ulgą, Otto zadowolony kiwa głową.
Gospodyni woła wszystkich na kolację. Na stole kartofle, kiełbasa na gorąco, miseczka musztardy i domowy chleb. Dotąd nie czuli głodu, ale gdy tylko smakowity zapach dociera do ich nosów, żołądki zaczynają się domagać posiłku. Jedzą więc, początkowo w milczeniu, popijają kawą zbożową. Powoli opuszczają ich napięcie i nerwy. „Może nie będzie tak źle”, myśli ten i ów. Ktoś się do kogoś uśmiecha, ktoś podaje innemu musztardę.
Po posiłku Otto wyciąga papierosy i częstuje nimi mężczyzn. Nawiązują rozmowę, dopytują wzajemnie o swoje rodziny, zawody, znajomych. Szukają czegoś, co ich łączy. Okazuje się, że Mathilde i jedna z uciekinierek chodzą do tego samego fryzjera, Otto i mąż tej kobiety parają się księgowością, a gospodarza i kolejnego z mężczyzn łączy pasja do wędkowania.
Najstarsza z kobiet siedzi milcząca, wodząc nieobecnym wzrokiem od jednej osoby do drugiej. Kiedy w końcu bez słowa opuszcza pokój, jej towarzysz szepcze do pozostałych:
– Kilka dni temu dostała list z Wehrmachtu.
Nie trzeba mówić więcej. To jedno zdanie przypomina im wszystkim, w jakim położeniu się znajdują, i atmosfera gaśnie jak zdmuchnięta świeca. Nikt już nie ma ochoty na dalszą rozmowę, rozchodzą się w smętnych nastrojach.
Mathilde i Otto układają się do snu w obcym łóżku, gaszą lampę. W ciemności słuchają cichnących powoli dźwięków domu. Choć nie widzą się w gęstej ciemności, która zapanowała w izbie, każde z nich wie doskonale, że to drugie nie śpi. I o czym myśli.
1 Obecnie Chrobrego.
2 Obecnie Bobrowice.
3 Obecnie Chojnowo.
Ślub Mathilde i Ottona zaplanowano na jesień. Ustalono już termin w kościele mariackim, zarezerwowano salę weselną w restauracji Ratskeller[1] w piwnicach ratusza i pokoje dla przyjezdnych w hotelu Zur Goldenen Sonne[2]. Trwało szycie sukni, rozsyłanie zaproszeń i planowanie, kogo z kim posadzić. Nikogo nie interesowało, co się dzieje na świecie.
Pod koniec czerwca tysiąc dziewięćset czternastego roku po miasteczku zaczęła krążyć plotka: podobno w Sarajewie ktoś zastrzelił arcyksięcia Franciszka Ferdynanda i jego żonę Zofię! Wiadomość była tak nieprawdopodobna, że Krośnianie uznali ją za kiepski żart. A jednak już następnego ranka okazało się, że zamach naprawdę miał miejsce – opisano go w specjalnym wydaniu „Crossener Tageblatt”[3], spekulując na temat zabójcy i możliwych konsekwencji jego czynu. Wstrząśnięci czytelnicy gromadzili się pod siedzibą gazety, żeby spotkać się z innymi i podzielić swoimi emocjami. Zamach stał się tematem dnia, w rozmowach dominowały przygnębienie, lęk, niepewność. Powtarzały się dwa pytania: czy będzie wojna? A jeśli tak, czy Niemcy się w nią włączą?
W początkach sierpnia Niemcy zadeklarowały poparcie dla Austrii i gotowość zbrojnego przystąpienia do wojny. Wkrótce potem Austria przedstawiła Serbii ultimatum. Napięcie wzrosło tak bardzo, że nikt nie był w stanie zająć się zwykłymi obowiązkami. Podminowani ludzie znów oblegli redakcję lokalnej gazety, wyczekując finału negocjacji. Z nerwów dochodziło do pyskówek i przepychanek.
Wieści nadeszły następnego ranka – Serbia nie przyjęła tylko jednego punktu ultimatum, mimo to Austria uznała je za odrzucone w całości i zerwała stosunki dyplomatyczne. Czy to przesądzi o wojnie? Zamiast rozejść się do domów, ludzie pozostali na rynku, komentując nowinę i debatując nad jej konsekwencjami. „Pokój da się jeszcze uratować”, przekonywali jedni. „Wojna jest nieunikniona”, twierdzili inni. Złe przeczucia wzmogły się na widok garnizonu, który przerwał planowane na kilka tygodni manewry i wracał do miasta.
Wszystko stało się jasne pierwszego sierpnia, kiedy to na rynku pojawił się oddział wojska, maszerujący przy wtórze werbli[4]. Niepokojący dźwięk przyciągnął uwagę ludzi, na plac wychodzili sprzedawcy, fryzjerzy, hotelarze, zaintrygowani goście opuszczali restauracje. Przechodnie przystawali, lokatorzy kamienic otwierali okna. Oddział zatrzymał się przy fontannie, a oficer odczytał zarządzenie naczelnego dowództwa. Austria wypowiedziała wojnę Serbii i w tej sytuacji Niemcy, jako sojusznicy, także znalazły się w stanie wojny; następnego popołudnia miała się rozpocząć mobilizacja.
Gdy słowa oficera przebrzmiały, na rynku zapadła cisza. Chwilę później okna zaczęły się zamykać z trzaskiem, a spacerowiczom nagle zaczęło się spieszyć do domów. Gospodynie rzuciły się do sklepów i wykupywały wszystko, co tylko w tej sytuacji wydało się potrzebne. Półki pustoszały w takim tempie, że kupcy już następnego dnia zaapelowali do Krośnian o ograniczenie zakupów.
Czerwony Krzyż natychmiast uruchomił kurs pierwszej pomocy dla ochotniczek, a organizacje kobiece wzywały i zachęcały dziewczęta i kobiety do zgłaszania się nań. Ponieważ burmistrz miasta otrzymał powołanie, jego stanowisko objął dotychczasowy zastępca aptekarz Henschke[5].
Chociaż wcześniej perspektywa wojny budziła w Krośnianach niepokój, teraz zapanował wśród nich patriotyczny entuzjazm. Do tworzonych naprędce komisji poborowych tłumnie zgłaszali się mężczyźni. Ochotników pojawiło się tak wielu, że trzeba było otworzyć dodatkowe punkty. Przed wojskowymi medykami stanęli także bracia Simonsowie. Bruno, Hermann i Ludwig przeszli badania gładko, ale przy Ottonie lekarze zaczęli kręcić głowami. Osłuchiwali go, opukiwali, mierzyli puls, nawet prześwietlili promieniami Röntgena. Na koniec naradzili się szeptem.
– Nie męczysz się przypadkiem bardziej niż inni, chłopcze? – zapytał jeden z nich.
Gdy Otto odpowiedział twierdząco, tylko pokiwali głowami.
– No cóż, młody człowieku. – Lekarz, nie patrząc na Ottona, chuchnął na pieczęć, po czym z hukiem odbił ją na wypisanym przez siebie dokumencie. Dopiero wtedy podniósł wzrok na niedoszłego rekruta i uśmiechnął się leciutko. – Przykro mi, ale ta wojna będzie się musiała toczyć bez ciebie. – A po chwili dorzucił oficjalnym tonem: – Z powodu wrodzonej wady serca zostajesz uznany za niezdolnego do służby wojskowej.
Usłyszawszy diagnozę, Otto poczuł niepokój. Jak to powie ojcu, weteranowi wojny z Francją w latach tysiąc osiemset siedemdziesiąt-siedemdziesiąt jeden, świadkowi zjednoczenia Niemiec[6], dumnemu ze swojej ojczyzny i wychowującemu synów w jej kulcie? Z drugiej jednak strony odetchnął z ulgą. Nie spieszył się do żołnierskich przygód, przecież za chwilę miał zostać mężem.
W drodze do domu bracia podśmiewali się z Ottona dobrotliwie, a on sam nie wiedział, jak się zachować. W końcu odezwał się najstarszy, Bruno.
– Otto, bracie, powiem to tak – zaczął. – Nie cieszy mnie, że w twoim sercu coś szwankuje, chociaż ponoć od tego się nie umiera. Natomiast jestem zadowolony, że przynajmniej ty zostaniesz w domu. Ożenisz się, znajdziesz posadę, będziesz odwiedzał rodziców, a my przez ten czas szybko popędzimy kota wszystkim naszym wrogom i na święta, da Bóg, wrócimy do domu.
Tymczasem Mathilde, przekonana, że wszyscy czterej Simonsowie pojawią się w domu jako rekruci, przez cały czas żarliwie modliła się o cud. Usłyszawszy ich kroki i głosy, wyszła z pokoju.
– Mathilde, droga przyszła bratowo! – zawołał Hermann. – Wybrałaś sobie jedynego z nas, który nie pójdzie na wojnę.
W zamieszaniu, które zapanowało w domu, Otto z łatwością wymknął się na łąki. Potrzebował chwili spokoju, ciszy i samotności. Nogi same zaniosły go nad starą odnogę rzeki, gdzie nadal stały pozbijane z desek urządzenia gimnastyczne. Znajomy widok placu ćwiczeń poruszył jakąś czułą strunę w jego duszy i przywołał dawno nieodkurzane wspomnienia.
Ma cztery lata i razem z matką siedzi w ogródku za domem. Jego bracia szykują się do kolejnej wyprawy na łąki i mały Otto chce iść z nimi. Wyrywa się z opiekuńczych ramion Josefine, niestety matka trzyma go mocno. Gdy w końcu udaje mu się wyślizgnąć, pędzi za braćmi, ale ci nie mają ochoty na towarzystwo „zielonego gluta”, jak go nazywają. Kiedy Otto potyka się i upada, wybuchają śmiechem i wołają:
– Patrzcie, synuś mamusi będzie ryczeć!
– Ciamajda!
– Trzeba mazgaja w sukienkę ubrać, a nie w portki!
Otto zaciska pięści. Nie pierwszy raz tak z niego szydzą; za każdym razem, gdy chce do nich podejść, odganiają go i wyśmiewają.
Podnosi się, otrzepuje otarte kolana. Zaciska powieki, by powstrzymać napływające łzy, i wraca do domu. Matce mówi z przekonaniem:
– Następnym razem ich dogonię! – I nie daje się przytulić. Nie jest mazgajem, nie będzie ryczeć.
Za to już dorosły Otto ociera łzy rękawem. Z jego pamięci wyłania się kolejny obraz.
Właśnie przyszedł na plac z ojcem i braćmi. Jest podekscytowany, obiecuje sobie, że zrobi wszystko, żeby dobrze wypaść i zasłużyć na pochwałę. Po krótkiej rozgrzewce chłopcy rozpoczynają gimnastykę. Ottonowi wydaje się, że bracia wykonują ćwiczenia bez wysiłku, więc się ich nie obawia. Jednak gdy sam zaczyna zaprawę, bardzo szybko osiąga granice swoich możliwości. Ojciec co prawda dał mu – jako początkującemu – taryfę ulgową i zmniejszył wymaganą liczbę powtórzeń, lecz to i tak zbyt wiele dla chłopca. Serce wali mu jak młot, ledwie oddycha i najchętniej padłby na trawę i leżał, póki nie odzyska sił.
Później było już tylko gorzej. Oczekiwana poprawa kondycji nie nastąpiła, Otto nadal męczył się zbyt szybko, biegał zbyt wolno, robił zbyt mało powtórzeń. Pewnego dnia August przestał się kontrolować i dał upust złości:
– Jesteś do niczego! Twoi bracia bez trudu zostaną oficerami, a ty będziesz mógł co najwyżej obierać kartofle w kantynie. Skąd w tej rodzinie taki mięczak?!
Bezmyślnie rzucone słowa zapadły Ottonowi głęboko w serce. Dzieciak zrozumiał je po swojemu i przeżywał katusze na myśl, że nie jest synem Augusta i że ten w końcu wyrzuci go z domu.
Po kilku tygodniach o problemach chłopca na placu dowiedziała się Josefine. Dopóki chłopcy byli w stanie sprostać wymaganiom Augusta, żona starała się nie ingerować w działania męża. Teraz jednak nie mogła pozostać bierna. Rozzłoszczona pobiegła do jego gabinetu. Przez następne trzy kwadranse słychać było podniesione głosy małżonków. Potem Josefine, z twarzą zaczerwienioną od emocji, lecz zadowolona z efektów kłótni, odnalazła w ogrodzie najmłodszego syna i zawiadomiła go, że nie musi więcej ćwiczyć.
Wstawiennictwo matki zaskoczyło i ucieszyło chłopca. Aż klasnął w dłonie, usłyszawszy, że jego udręki definitywnie się kończą. Dopiero po chwili zrozumiał, że najprawdopodobniej skończyła się era gluta, teraz będzie maminsynkiem…
Poruszony tym wspomnieniem i na nowo rozżalony Otto rozszlochał się jak dziecko. Dopiero po dłuższej chwili w jego głowie pojawiły się słowa lekarza, słowa zdejmujące z niego od lat noszone brzemię: „Nie męczysz się szybciej niż inni, chłopcze? Masz wrodzoną wadę, kawałek twojego serca nie pracuje, jak powinien”.
„Czy ojciec traktowałby mnie inaczej, gdyby wcześniej o tym wiedział?”, pomyślał Otto. Potem stwierdził z goryczą: „Pewnie to by go tylko utwierdziło w przekonaniu, że nie mogę być jego dzieckiem. Synowie Augusta Simonsa mieli być zdrowi i silni. W jego oczach zawsze będę czarną owcą, leniem, który unika wysiłku, odmieńcem, lubiącym liczby bardziej od armat…”
*
Wkrótce się okazało, że na miejsce zbiórki rekrutów wyznaczono Neumarkt[7], zatem trzej bracia Simonsowie do ostatniej chwili mogli pozostać z rodziną.
August, ojciec trójki świeżo zrekrutowanych żołnierzy armii Jego Cesarskiej Mości, teraz starał się jak najwięcej przebywać z synami. Przez lata wdrażał swoich chłopców do posłuszeństwa i wojskowego drylu, kładł im do głowy slogany o miłości ojczyzny i chwalebnej śmierci na polu walki. Marzył, że zrobią karierę w wojsku, i chociaż uważał, że Otto nie nadaje się do żołnierki, był wściekły, gdy chłopak oświadczył, że chce iść do szkoły kupieckiej.
Teraz, gdy wszyscy czterej bracia gotowi byli zaciągnąć się do armii, August po raz pierwszy doświadczał różnicy pomiędzy teorią a praktyką. Myśl o tym, że któryś z nich mógłby stracić życie w wojnie, niespodziewanie wprawiła go w przerażenie. Byli jego dumą, przyszłością, nadzieją na spokojną starość w otoczeniu licznej rodziny. Chciał, by kochali ojczyznę, lecz tego dnia dotarło do niego, że sto razy bardziej niż bohaterskiej śmierci pragnie dla nich życia, choćby miało być pospolite, zwykłe i zakończone zgonem ze starości.
Nie powiedział tego Ottonowi, jednak w duchu był szczęśliwy, że chociaż jednego z jego chłopców ominie żołnierska dola. Zawsze traktował najmłodszego jak nieudacznika, a teraz, choć wstydził się do tego przyznać nawet przed samym sobą, cieszyła go ta drobna niedoskonałość ciała, dzięki której Otto mógł pozostać w Crossen. Niech już sobie będzie księgowym czy kim tam chce, niech się żeni z tą wystraszoną panienką z Griesel, dość ciosania chłopakowi kołków na głowie. Nie był dla niego najlepszym ojcem, wynagrodzi mu to i postara się być dobrym dziadkiem…
*
Nadszedł czas pożegnań, prywatnych i oficjalnych. Łzy lały się obficie, bezradne kobiety wymuszały na ukochanych przysięgi, że wrócą cało do domu. Narzeczone obdarowywały wybranków zdjęciami, medalikami albo innymi drobiazgami, którym powierzały misję ochrony swoich mężczyzn. Przyjaciele organizowali pożegnalne przyjęcia.
W dniu wyjazdu tłumy towarzyszyły żołnierzom w drodze na dworzec. A tam panował nieustanny ruch. Na wschód i zachód mknęły i lokalne transporty wojskowe, i pociągi specjalne, w niektórych żołnierze spędzali nieraz nawet ponad dwie doby. Mimo to prasa i radio informowały o niezmiennie dobrych nastrojach wojaków jadących na front. Tydzień po ogłoszeniu mobilizacji ruch pociągów osiągnął maksimum – transporty przejeżdżały przez stację co pół godziny.
Z inicjatywy kobiet z Vaterländische Frauenverein[8] na dworcu powstał punkt z kawą, bułkami i papierosami dla żołnierzy z pociągów, które zatrzymywały się tutaj na krótki postój. Wieczorem ogłoszono, że belgijska twierdza Lüttich została zdobyta. To pierwsze zwycięstwo wzbudziło ogólny entuzjazm.
Miesiąc napięcia, lęku i niepewności oraz emocje związane z mobilizacją i wyjazdem bliskich sprawiły, że ludzie byli na skraju wytrzymałości, gotowi uwierzyć w najbardziej niedorzeczne plotki, jeśli tylko donosiły o zagrożeniu. Pewnego dnia ktoś napomknął coś o rosyjskich szpiegach rzekomo zdemaskowanych i rozstrzelanych w Cottbus. Zaraz na mieście zaczęto mówić o ciężarówce mającej jakoby przewozić złoto dla Rosji i wkrótce rozpoczęło się obywatelskie polowanie na wszelkie większe pojazdy. Ponieważ jednak w żadnym złota nie znaleziono, pogłoska zmieniła formę. Teraz to rowerzyści stali się podejrzani o przemyt skarbów dla wroga, co natychmiast poskutkowało najróżniejszymi incydentami z ich udziałem.
Wkrótce garnizon był już gotów do wymarszu. Żołnierze całymi oddziałami przychodzili do kościoła przy rynku, aby polecić się bożej opiece i modlić o szczęśliwy powrót. Całe Crossen modliło się wraz z nimi.
Wymarsz trwał cztery dni. Miasto opuściły kolejno: dziewiątego sierpnia Pierwszy Batalion, dzień później Batalion Rezerwowy, a dwunastego sierpnia Batalion Landwehry pięćdziesiątego drugiego Pułku Piechoty[9].
A potem w mieście zrobiło się cicho.
*
Podczas obiadu w salonie rodziców Otto podzielił się z bliskimi wyczytaną w prasie nowiną.
– Wiecie, że w Crossen ma powstać obóz?
– Synu, co też ty mówisz! Jaki obóz? – przeraziła się Josefine.
– Jeniecki. Przejściowy. Będą tu zwozić jeńców, leczyć ich, badać i rozsyłać do innych obozów jako robotników.
– Mój Boże! – Mathilde popatrzyła na narzeczonego przerażonym wzrokiem. – I to wszystko akurat u nas?!
– Tak, moja droga. Ale nie trzeba się martwić. W gazecie piszą, że wszystko będzie dobrze zabezpieczone. Obóz zostanie otoczony podwójnym ogrodzeniem z drutu kolczastego, do tego strażnicy, działa i stanowiska broni maszynowej. Najważniejsze, że to dość daleko, bo za Odrą, na wysokości posiadłości Kähmen[10].
Mathilde zrobiła minę, która mówiła jednoznacznie, że wszystkie te zapowiadane zabezpieczenia wcale jej nie uspokajają. August i Josefine milczeli. Całej trójce pomysł budowy obozu nie przypadł do gustu. Ale Otto miał w związku z tym pewien plan.
Dwa tygodnie później wrócił do domu rozpromieniony.
– Moja przyszła żono, masz przed sobą urzędnika administracji obozu jenieckiego w Crossen!
Potrwało chwilę, nim do Mathilde dotarło, co powiedział. Otto podskoczył do niej, objął ją i razem wykonali kilka tanecznych pas w korytarzu. Potem Mathilde zatrzymała się i popatrzyła na narzeczonego uważnie.
– Powtórz to, proszę.
– Proszę bardzo. Dostałem posadę, będę pracował w obozowej księgowości – cieszył się.
Ślub i wesele odbyły się w zaplanowanym terminie. Mathilde miała na sobie białą suknię pod szyję, odcinaną w pasie, z rozszerzaną, zdobioną koronkami spódnicą. Długi, gęsty welon tworzył nad czołem uroczą falbankę. W rękach trzymała bukiecik jesiennych kwiatów, z których jeden Otto wetknął sobie do butonierki. Szyty na miarę granatowy garnitur leżał na nim jak ulał. Jedyne, co im mąciło radość tego dnia, to myśl o braciach, którzy nie mogli przyjechać na uroczystość, ponieważ nie dostali przepustek.
Restaurator Koch, jak sam siebie nazywał, czyli kucharz z Ratskeller, dał z siebie wszystko. Na stołach pojawiły się klopsiki königsberskie z kaparami, pieczona gęś i smażone na chrupko szczupaki prosto z Odry. Goście popijali weselne dania piwem, a przy kawie mogli delektować się wspaniałym makowcem i ciastem z kruszonką. Koło północy rozbawione, ale już nieco zmęczone towarzystwo opuściło Ratskeller i udało się na spoczynek.
Zaraz po weselu młodzi wprowadzili się do wynajętego mieszkania w kamieniczce przy Glogauer Straße[11]. Dom należał do żydowskiego małżeństwa, Cilli i Maxa Baschinskich, którzy sprowadzili się do Crossen na początku dwudziestego wieku i otworzyli sklepik z konfekcją. Sklep pod szyldem „Modewaren und Konfektion”[12] szybko stał się popularny wśród Krośnian i po jakimś czasie mogli sobie pozwolić na zakup kamienicy. Przenieśli tam magazyn, sami zamieszkali na piętrze, a drugie mieszkanie przeznaczyli na wynajem. Simonsowie zostali ich pierwszymi lokatorami.
*
Glogauer Straße była główną arterią miasta i w pełni zasługiwała na to miano. Brukowana, z szerokimi chodnikami, zabudowana niskimi, dość wąskimi kamienicami, biegła od Marktplatzu, czyli rynku, do Elisenbrücke[13]. Furmanki, oddziały wojska, domokrążcy, automobile – każdy, kto zmierzał na południe miasteczka lub stamtąd przyjeżdżał, wybierał tę ulicę. Zawsze też było tu pełno ludzi spieszących po różnorakie sprawunki. Kobiety chętnie zaglądały do magazynu Maxa Baschinskiego, a ich mężowie wstępowali do sklepu kolonialnego Maxa Rohledera na pogawędkę i po papierosy. Szyld nad kolejnymi drzwiami informował przechodniów, że tu mogą nabyć żelazne sprzęty domowe. Gdy ktoś potrzebował usług ślusarza, zaglądał do kantorka Paula Noacka. Schröther z kolei latem zaopatrywał swoich klientów we wspaniałą chłodną lemoniadę, a zimą w mocniejsze trunki; miał i inne towary spożywcze. Na Glogauer Straße można było dostać nawet taką atrakcję jak rower – wystarczyło udać się do sklepu Johanna Liehra. W drogerii Georga Müllera malarze zaopatrywali się w farby, lakiery i pędzle. Kto doszedł do końca ulicy, ten trafiał do Klingbiela. Jego sklep kusił przechodniów witryną pełną kawy, kakao i czekolady. A to tylko kilka przykładów działających tam interesów.
W tym czasie Żydzi stanowili około półtora procent wszystkich mieszkańców. Jeśli wierzyć dokumentom, żyli oni w Crossen przynajmniej od tysiąc siedemset siedemdziesiątego pierwszego roku, osiemdziesiąt lat później mieli własną synagogę. Stojący nieopodal rzeki dom modlitwy przyciągał biedniejszych wyznawców, którzy od połowy dziewiętnastego wieku chętniej wynajmowali mieszkania w pobliskich kamienicach niż w popularnej wtedy zachodniej części miasteczka. Zajmowali się głównie handlem.
Inaczej niż ich wschodni pobratymcy posługujący się jidysz zachodni wyznawcy judaizmu mówili po niemiecku, porzucili także tradycyjne stroje na rzecz współczesnych i golili brody. O sobie mówili, że są „niemieckimi Żydami” albo „żydowskimi Niemcami”, podkreślając swój związek z niemiecką ojczyzną.
Od połowy osiemnastego wieku Żydzi z Prus zaczęli zabiegać o przyznanie im takich samych praw obywatelskich, jakie mieli Niemcy, i stopniowo je uzyskiwali. Ostatecznie pozwolono im nabywać ziemię, dopuszczono do różnych zawodów, żydowskie dzieci mogły uczęszczać do niemieckich szkół, a ich ojcom formalnie wolno było starać się o urzędy publiczne. Formalnie, gdyż na koniec wszystko zależało od przychylności niemieckich mieszkańców poszczególnych miejscowości. Ostatecznie – mimo wielu sprzeciwów i przeszkód mnożonych przez antyżydowsko nastawionych polityków – w roku tysiąc osiemset sześćdziesiątym dziewiątym wyznawcy judaizmu uzyskali całkowite równouprawnienie. Jednocześnie zaczęli wprowadzać zmiany w swoich religijnych zwyczajach. W niektórych synagogach nabożeństwa lub przynajmniej kazania prowadzono w języku niemieckim, w innych pozwalano, by modlitwom towarzyszył śpiew chóralny, wcześniej niedozwolony. Były i takie gminy, które przełożyły świętowanie szabatu na niedzielę, by ich wolny dzień nie kolidował z wolnym dniem sąsiadów. O przestrzeganiu bądź nie konkretnych micwot[14] decydowali sami zainteresowani. Bywało, że nawet w jednej rodzinie ojciec i synowie, a także bracia między sobą różnili się stopniem przestrzegania zasad koszerności, wiązania się z nie-Żydami, podróżowania w szabat i tak dalej.
Jedną z trudniejszych kwestii równouprawnienia była służba wojskowa, do której, mimo przyznania Żydom innych licznych praw, długo nie chciano ich dopuścić, jednocześnie pobierając opłatę za zwolnienie od służby wojskowej. Niemcy nazywali ją ironicznie „podatkiem od tchórzostwa”, co oczywiście Żydzi oprotestowywali. Wielokrotnie starali się o zrównanie z Niemcami w tym względzie. Rząd zaproponował, by wprowadzić służbę ochotniczą. Tu jednak powstał kolejny problem: religia żydowska zabrania swoim wyznawcom dobrowolnego uczestnictwa w walce, w której mogliby stracić albo odebrać komuś życie. Jednocześnie jednak nakazuje posłuszeństwo państwu. Gdyby więc Żydów zobowiązano do służby w razie wojny, braliby w niej udział bez wahania.
*
Po kilku dniach spędzonych na gotowaniu, sprzątaniu i oczekiwaniu na powrót męża z pracy Mathilde zapragnęła w końcu lepiej poznać miasto. Najpierw postanowiła zwiedzić rynek. Prostokątny brukowany plac był ze wszystkich stron ciasno zabudowany kamienicami. Pośrodku placu stała okrągła fontanna z kolumną na bazie kwadratu. Zakończona była szpicem ze zdobieniami, a woda płynęła z ust czterech maszkaronów. Gdy przesunęło się drążek umieszczony na postumencie przy podstawie, maszkarony przestawały działać, za to można było nabrać wody z kranu – wystarczyło odkręcić kurek i wygodnie nalać do wiadra.
Przyjrzawszy się fontannie, Mathilde przysiadła na brzegu, skąd mogła rozglądać się na wszystkie strony. Z kieszeni ukrytej w fałdach sukni wyjęła jabłko i gryzła je ze smakiem, przyglądając się wieży kościoła mariackiego stojącego za rzędem kamienic.
Na tej pierzei były tylko sklepy, za to na przeciwnej wzrok przyciągał budynek hotelu Drei Kronen[15]. Miał pięknie zdobione, duże okna i – jako jedyny – trzy okna mansardowe. Plotka głosiła, że nocował w nim sam Napoleon, ale czy można wierzyć plotkom?
Mathilde mijali przechodnie, mężczyźni i kobiety, w parach lub pojedynczo; zauważyła, że „kapeluszowe” damy rzucają jej spojrzenia pełne dezaprobaty. Zawstydziła się. Wstała, wyrzuciła ogryzek i otrzepała suknię. A potem zdecydowanym krokiem ruszyła w stronę domu. Ktoś musi ją nauczyć tutejszej etykiety.
Frau Cilla ucieszyła się z odwiedzin nowej lokatorki. Była drobną kobietką koło pięćdziesiątki. Nosiła dyskretne kolczyki, a włosy miała zebrane w koczek. Uśmiechnęła się do speszonej Mathilde.
– Zapraszam panią, drogie dziecko. Zaraz każę podać ciasto i kawę.
Zadysponowała poczęstunek i poprowadziła gościa do salonu. Usiadłszy na brzeżku fotela, przejęta młoda mężatka zbierała siły, by wyznać, z czym przychodzi. Frau Cilla czekała spokojnie.
– Frau Baschinski, musi mi pani pomóc! – wybuchnęła w końcu Mathilde. – Jestem wiejską dziewczyną, nigdy wcześniej nie mieszkałam w mieście, choć zawsze o tym marzyłam. Gdy wychodziłam za Ottona, nawet przez myśl mi nie przeszło, że życie tutaj i na wsi tak bardzo się różnią. Ktoś musi mnie nauczyć właściwego zachowania! – I opowiedziała starszej kobiecie o spacerze na rynek, fontannie, jabłku i zgorszonych spojrzeniach. Gdy skończyła, miała łzy bezradności w oczach.
Cilla pokiwała głową.
– Rzeczywiście, moja droga, popełniła pani parę gaf. Zamężna kobieta nie powinna spacerować sama. Sama może iść do sklepu, z wizytą do przyjaciółki, na targ. Choć na targ lepiej, żeby szła z gosposią; jest źle widziane, gdy sama dźwiga ciężki kosz. Jeśli chce po prostu przejść się po rynku albo promenadzie, wówczas musi, podkreślam: musi, moje dziecko, mieć towarzysza. Starszej matronie wystarczy, gdy na srebrnym łańcuszku będzie prowadzić pudla albo maltańczyka, choć lepiej, by wybrała się na przechadzkę w towarzystwie córki, krewnej czy przyjaciółki. Młodej mężatce zdecydowanie powinien towarzyszyć mąż. Siadać gdziekolwiek indziej niż w miejscach do tego przeznaczonych mogą tylko dzieci. Panna opierająca się o brzeg fontanny budzi złe skojarzenia i może zepsuć sobie reputację. Proszę nie mieć tak przerażonej miny, te pięć minut, które tam pani spędziła, jeszcze o niczym nie przesądza, zwłaszcza że już nigdy więcej nie powtórzy pani tego błędu.
*
We wrześniu żurnaliści z „Crossener Tageblatt” dotarli do Kähmen, żeby opisać czytelnikom postępy w budowie obozu. Do robót wykorzystano rosyjskich więźniów z pierwszego transportu. Prace postępowały szybko, na łagodnym zboczu powstały ustawione gwiaździście jenieckie baraki, z wieżą strażniczą w centrum. Oprócz nich w planach były jeszcze: poczta, apteka, coś w rodzaju świetlicy, kuchnia, warsztaty, pralnia i wojskowy lazaret z salą operacyjną. „Całość pomieści około pięciu tysięcy osób”, entuzjastycznie relacjonowali dziennikarze.
*
Wkrótce Mathilde i Cilla nabrały zwyczaju przynajmniej raz w tygodniu wychodzić razem „na miasto”. Mathilde szybko uczyła się zasad i spacery stawały się dla niej coraz przyjemniejsze.
Krośnieński Marktplatz oglądała teraz z perspektywy stolika pod markizą Drei Kronen, delektując się wybornym ciastem ze śliwkami, a Frau Baschinski, drobnymi łykami popijająca kawę, opowiadała swej młodej towarzyszce o mieście i jego mieszkańcach. Dzięki godzinom spędzanym w magazynie była na bieżąco z różnymi ludzkimi historiami i – oczywiście – ploteczkami.
Po podwieczorku panie kontynuowały spacer. Ulubionym punktem ich wędrówki był sklep Trietschela z porcelaną na parterze ratusza. Cudownie było obejrzeć z bliska zdobione talerze i fantazyjne wazy, wziąć do ręki delikatną filiżankę i wyobrażać sobie, jak z pękatego imbryka nalewa się do niej herbaty.
1 Z niem. (jeśli nie zaznaczono inaczej) Szczurza Piwnica – restauracja i kawiarnia znana z bogatych sztukaterii sufitowych i herbów miejscowości z tego powiatu na ścianach.
2 Pod Złotym Słońcem.
3 „Dziennik Krośnieński”.
4 Za: K. Wein, Über 50 Jahre ist das alles her…, „Crossener Heimatgrüße” 1967, nr 4, s. 1–2, 4.
5 Alfred Henschke senior (1858–1936) – zasłużony dla miasta jako aptekarz oraz zastępca burmistrza; mistrz loży masońskiej.
6 W latach 1866–1871 dotychczas samodzielne państwa niemieckie zjednoczyły się i proklamowały utworzenie Cesarstwa Niemieckiego (II Rzeszy).
7 Obecnie Plac Wolności.
8 Patriotyczny Związek Kobiet – niemiecka organizacja kobieca założona w 1872 roku; jej zadaniem było niesienie pomocy rannym żołnierzom, prowadzenie dworcowych garkuchni itp.
9 Za: K. Wein, Über 50 Jahre ist das alles her…, dz. cyt.
10 Obecnie Kamień.
11 Obecnie Trakt Książęcy.
12 Towary Modne i Konfekcja.
13 Obecnie most nie ma własnej nazwy, należy do ciągu ulicy Bohaterów Wojska Polskiego.
14Micwa – hebrajskie słowo oznaczające przykazania, które mają wypełniać Żydzi.
15 Trzy Korony.
Simonsowie już od kilku dni tkwią w swojej wiejskiej kryjówce, oddaleni od domu o dzień forsownego marszu. Dzień i noc towarzyszą im mniej lub bardziej odległe odgłosy działań wojennych. Do gospodarstwa nieustannie ktoś przybiega albo przyjeżdża, coś załatwia z gospodarzami, zostaje dłużej lub krócej i znowu znika. Każdy przynosi inne wieści, a że wszystkie pochodzą sprzed minimum kilku godzin, więc i tak mogą być już nieaktualne.
Simonsowie są zdezorientowani, nie wiedzą, co robić. Dwie pozostałe rodziny wyruszyły od razu następnego dnia. „Czy pojechali z powrotem? Może chcieli znaleźć nocleg w cieplejszym miejscu, nie byłoby to dziwne. Czy im się udało, czy też leżą gdzieś w rowie, obrabowani, torturowani, kobiety zgwałcone? Więc wracać czy czekać jeszcze? A jeśli czekać, to jak długo?” Otto myśli o tym nieustannie, a Mathilde, której bliskość wojny uświadamia jej grozę, zamartwia się o Jensa, ich syna, żołnierza Wehrmachtu.
Otto prawie bez przerwy pali. Mathilde martwi się także tym, że za chwilę skończą mu się papierosy. Wczoraj poszedł do komórki na narzędzia, przyniósł stamtąd siekierę i całe popołudnie rąbał drewno.
W marcu Mathilde nabrała pewności: była w ciąży. Po kolacji usiadła na kanapie koło męża.
– Otto, mam dla ciebie nowinę – zagaiła.
– Taaak? – rzucił znad gazety.
– Będziemy mieli dziecko.
– Tak, tak. – Do Ottona nie od razu dotarły słowa Mathilde, lecz chwilę potem na jego twarzy zajaśniał szeroki uśmiech. – Ależ, kochanie, to cudowna wiadomość! Kiedy?
Dni mijały szybko, bardzo do siebie podobne. Wojna, choć toczona daleko, miała wielki wpływ na życie cywilów – przestawienie całej działalności państwa na wojenne tryby nie pozostaje bez konsekwencji. Prowadzenie działań na froncie kosztowało, potrzebne były broń, amunicja, żywność, szpitale, leki, środki opatrunkowe, obozy jenieckie, transport na zawołanie. Kwitł czarny rynek zasilany towarami sprzedawanymi poza oficjalnym obiegiem. Wiele rodzin i gospodarstw domowych pozbawionych mężczyzn przestawało sobie radzić, często musiało prosić o pomoc z zewnątrz. Pieniądze, przeznaczone przez administrację Crossen na wsparcie najbardziej potrzebujących, były jak kropla w morzu potrzeb.
W tych warunkach młodej żonie niełatwo było prowadzić dom. Ale Mathilde, gospodarna dziewczyna ze wsi, jakoś dawała sobie radę, w gorszych chwilach powtarzając tylko, że to się kiedyś musi skończyć.
Gdy ciąża stała się widoczna, spędzała więcej czasu w mieszkaniu, a Otto i państwo Baschinscy dbali o nią najlepiej, jak mogli. W niedzielę małżonkowie chodzili na obiady do rodziców Ottona. Simonsowie, zawsze nieco zdystansowani, peszyli Mathilde, mimo to ich spotkania przebiegały poprawnie. Przy deserze – najczęściej był to mus jabłkowy – młoda mężatka poznawała w praktyce zasady konwersacji, lekkiej rozmowy o niczym. Przywoływano choćby zabawne wspomnienia. Tematy wojny, obaw o walczących synów czy złego zaopatrzenia były zakazane.
– Auguście, a pamiętasz tego szczotkarza… Jak też on się nazywał? – Zwykle to Josefine rozpoczynała pogawędkę. – Wołali na niego „Wielka Broda”.
– Pamiętam, oczywiście – roześmiał się August. – Mówisz o Gustawie Hallerze z ochotniczej straży pożarnej, jedynym człowieku w mieście, który nie miał lęku wysokości, strażaku doskonałym. Haller był dumny z tej cechy i miał nadzieję, że odziedziczą ją jego synowie, ale tak się nie stało. Wtedy Wielka Broda postanowił, że wyrobi to w nich ćwiczeniami. Pewnego dnia kazał przerażonym chłopakom wejść na dach domu i chodzić wzdłuż rynny, a jednocześnie patrzeć w dół, na ulicę, i wymieniać nazwiska przechodniów. Oczywiście skończyło się wielką awanturą[1].
Te pół godziny beztroskiego paplania odrywało ich umysły od codziennych zmartwień.
*
– Frau Baschinski, bardzo panią proszę! Moja żona! Ona… Niech jej pani pomoże! – Zdenerwowany Otto nie był w stanie sklecić sensownego zdania.
Przestraszona Cilla czym prędzej pobiegła do sąsiadki, ale gdy tylko rzuciła okiem na młodą kobietę, wiedziała, co się dzieje.
– Moje drogie dziecko, pani rodzi – stwierdziła z uśmiechem. – Ottonie, proszę posłać moją służącą po położną, a potem udać się na dłuuugi spacer…
Obecność i spokój sąsiadki dobrze podziałały na Mathilde, która obawiała się, że coś złego dzieje się z dzieckiem. Odprężyła się i zdała w pełni na krzątające się przy niej kobiety.
Trzy godziny później na świecie pojawił się najmłodszy tego dnia Krośnianin – syn Mathilde i Ottona Simonsów. Dostał na imię Jens. A dokładnie Jens Otto August Ignatz, po ojcu i obu dziadkach. Otto był dumny jak paw.
– Mój syn, mój syn – powtarzał, zaglądając do jego kołyski.
Mathilde, która pomagała matce przy młodszym rodzeństwie, szybko sama weszła w rolę matki. Dni mijały jej pracowicie. Gdy Jens miał trzy miesiące, odważyła się zostawić go pod opieką niani i pójść na targ. Nieco później małżonkowie wznowili zwyczaj rodzinnych obiadów u starszych państwa Simonsów, a oni też chętnie zaglądali do młodych, żeby zobaczyć wnuka. Ich dotychczasowa rezerwa zniknęła zupełnie, Mathilde wreszcie poczuła się z nimi swobodnie.
1 Za: R. Zeidler, Die Callas hatte kaum Verwandte in Crossen, „Crossener Heimatgrüße” 1962, nr 1, s. 2.
Dobiegał końca trzeci miesiąc walk pod Verdun, gdy do drzwi starszych państwa Simonsów zapukał listonosz Hollunder. Tego pukania obawiała się niemal każda rodzina w miasteczku. Drzwi otworzyła służąca, która odebrała list i położyła go na komodzie w korytarzu.
