Komisarz Barbarotti. Sieć o drobnych oczkach - Håkan Nesser - ebook
NOWOŚĆ

Komisarz Barbarotti. Sieć o drobnych oczkach ebook

Nesser Håkan

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

TYTUŁ NOMINOWANY DO NAGRODY SZWEDZKIEJ AKADEMII KRYMINAŁU DLA NAJLEPSZEGO KRYMINAŁU ROKU 2025.

Komisarz Asunander, niegdyś doświadczony policjant, dziś cierpiący na reumatyzm starszy pan, mieszka w komfortowym domu opieki dla seniorów w pięknym Visby na Gotlandii, gdzie prowadzi zapiski dotyczące niewyjaśnionego morderstwa czy też zaginięcia, do którego doszło trzydzieści lat temu. Zaskakujące okoliczności – dwa obcięte małe palce u rąk i pewne znalezisko dokonane na gotlandzkiej prowincji – sprawiają, że Asunander powraca do arcydziwnej historii o Harrym Kronie i Marlene Horwath. Co się właściwie wtedy wydarzyło?

Gunnar Barbarotti i Eva Backman, udający się na emeryturę, którą zamierzają spędzać spokojnie na Gotlandii, zostają wbrew sobie wciągnięci do pomocy dawnemu szefowi w próbie wyjaśnieniasprawy sprzed lat. I jak się okazuje, ryzykują bardziej niż kiedykolwiek przedtem.

Sieć o drobnych oczkach to ostatni tom z serii o parze Barbarotti – Backman.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 324

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: Det fin­ma­skiga nätet

Copy­ri­ght © 2025 by Håkan Nes­ser Copy­ri­ght © 2026 for the Polish edi­tion by Wydaw­nic­two Czarna Owca Copy­ri­ght © 2026 for the Polish trans­la­tion by Inga Sawicka

All rights rese­rved

First publi­shed by Albert Bon­niers förlag, Stoc­kholm, Swe­den. Publi­shed in the Polish lan­gu­age by arran­ge­ment with Bon­nier Rights, Stoc­kholm, Swe­den and Maca­da­mia Lite­rary Agency, War­saw, Poland

Redak­torka pro­wa­dząca: Agnieszka Radzi­kow­ska Redak­cja: Anna Brze­ziń­ska Korekta: Marta Tyczyń­ska-Lewicka, Maciej Kor­ba­siń­ski Pro­jekt okładki: Magda Kuc Zdję­cia na okładce: © David Keoch­ke­rian / Tre­vil­lion Ima­ges Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

ISBN: 978-83-8252-844-2

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark). Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku. Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

Wyjaśnienie tytułem wstępu

Mia­sto Kym­linge w zachod­niej Szwe­cji na­dal nie ist­nieje. Co innego więk­szość wymie­nio­nych w książce miej­sco­wo­ści na Gotlan­dii: Rute, Lokrume, Hej­num i Graute gård.

Nato­miast Gun­sa­rve i Höstsol są wymy­ślone, podob­nie jak cała ta opo­wieść, zapewne ostat­nia, w któ­rej wystę­pują Gun­nar Bar­ba­rotti i Eva Back­man.

Osoby

Dwaj chłopcy – na skraju pola, lata sześć­dzie­siąte i sie­dem­dzie­siąte ubie­głego wieku.

Asu­nan­der – były komi­sarz z Kym­linge, w 2025 roku zamiesz­ku­jący dom opieki Höstsol w Visby.

Panna Wat­son – (Rose­anna Hagström) jego zaufana.

Gun­nar Bar­ba­rotti & Eva Back­man – nie­gdy­siejsi pod­władni Asu­nan­dera w Kym­linge, prze­cho­dzący wkrótce na eme­ry­turę.

Komi­sarz Kal­lin – poli­cjant docho­dze­niówki w Kym­linge w latach dzie­więć­dzie­sią­tych ubie­głego wieku.

Paola Bor­gada – jak wyżej, lata dwu­dzie­ste tego wieku.

Harry Krona & Mar­lene Hor­wath – sto­larz i fry­zjerka, mał­żon­ko­wie w latach 1995–1996.

Pedro Mal­mqvist & Bengt-Erik Lund­man – byli mężo­wie Mar­lene Hor­wath.

Ric­kard Hor­wath – uro­dzony w Wied­niu w 1935 roku. Ojciec Mar­lene. Zmarł w Kym­linge w 1996 roku.

Kolejne żony i dzieci Ric­karda Hor­wa­tha:

Bir­gitta Törner – Erich & Ellen

Lil­le­mor Holm – Mar­lene, Klaus & Paul

Anneli Kin­nu­nen – Lasse

Ker­stin Holm – sio­stra Lil­le­mor.

Gun­der Krona i Eli­sa­beth Wal­lin – rodzice Harry’ego Krony.

Lisa Wal­lin – jego sio­stra.

Gun­nar Gun­narsson – rol­nik z Lokrume–Hej­num.

Joel – jego wnuk.

Jenny – part­nerka Joela, wnuczka Asu­nan­dera.

Oraz: ktoś o imie­niu i nazwi­sku Geo­rgi Adam­snouk, ktoś imie­niem Kri­stof­fer, zna­lazca Wieży Eif­fla i ktoś, kto nazywa sie­bie pro­fe­so­rem.

Oprócz tego: różni miesz­kańcy Kym­linge, Gotlan­dii i pozo­sta­łych czę­ści świata. Dziś i w prze­szło­ści.

Część pierwsza

1

Zachodni Götaland, lata sześćdziesiąte

Słońce stoi na nie­bie sko­śnie do pól. Jest śro­dek sierp­nia, doj­rzała psze­nica o słom­ko­wej bar­wie nie została jesz­cze zebrana. Przy­pusz­czal­nie nastąpi to w naj­bliż­szych dniach, ale rol­ni­kowi wla­zło coś w krzyż; nie pierw­szy raz, bo jest stary.

Oparci o kamienny murek na gra­nicy pola sie­dzą dwaj chłopcy, jeden ma pięt­na­ście lat, drugi wła­śnie skoń­czył dwa­na­ście. Obaj to wła­ści­wie mia­stowe dzie­ciaki, które póź­nym popo­łu­dniem wybrały się rowe­rami na wieś. Jest ku temu kon­kretny powód, potrzeba cichej powagi, o którą trudno pośród miej­skiej zabu­dowy. Ten powód jest znany jedy­nie star­szemu chłopcu, młod­szy zdaje sobie tylko sprawę z pod­nio­sło­ści chwili. Na razie.

Pod­czas ich spo­tkań czę­sto tak jest, ma być coś tajem­ni­czego, jakieś migo­ta­nie w brzu­chu, bo wtedy jest cie­ka­wiej. Nie­raz o tym roz­ma­wiali. To ten star­szy zna słowa jak migo­ta­nie i on uczy mło­dego wszyst­kiego, co warto wie­dzieć.

Jest wład­czy i pra­wie doro­sły mimo mło­dego wieku.

– Zobacz – mówi wła­śnie i poka­zuje coś, co wygląda jak mała sie­kiera. I rze­czy­wi­ście jest sie­kierką nie­wiele dłuż­szą od szkol­nej linijki. – Ona jest z Włoch.

– Tak? – odpo­wiada młod­szy i rozu­mie, że wła­śnie teraz docho­dzą do sedna sprawy. Do powodu, dla któ­rego przy­je­chali na tę wio­chę i teraz są spo­ceni od peda­ło­wa­nia na rowe­rze i świe­cą­cego im w twarz uko­śnego słońca.

– Albo może z Japo­nii.

– Z Japo­nii?

– Posłu­chaj. We Wło­szech to się nazywa mafia. A w Japo­nii – yakuza.

– Mafia i jakussa?

Powta­rza cicho te słowa. Rozu­mie, że są ważne.

Pięt­na­sto­la­tek przy­ta­kuje z powagą i waży sie­kierkę w ręce.

– Oni mają swoje spo­soby zna­ko­wa­nia człon­ków.

Dwu­na­sto­la­tek prze­łyka ślinę. Robi mu się nie­przy­jem­nie.

– Mam na myśli my. Powie­dzia­łem oni, ale myśla­łem o nas. Ty i ja będziemy mieli wła­sne ozna­ko­wa­nie.

– Tak?

– Na całe życie i na zawsze.

– Całe życie…?

– I na zawsze.

– Na zawsze.

– Wła­śnie. To jest jak przy zmie­sza­niu krwi. No wiesz, w bra­ter­stwie krwi. Cho­ciaż jesz­cze moc­niej­sze. Jeste­śmy przy­rod­nimi braćmi. No to od teraz będziemy jak rodzeni bra­cia. Na całe życie i na zawsze.

Młod­szy z chłop­ców patrzy na pole. Wolałby zakraść się i scho­wać w zbożu. Albo być kło­sem psze­nicy. Stać w tym coraz niż­szym słońcu i koły­sać się w oto­cze­niu kole­gów-kło­sów. Dziwna myśl, chło­piec nie potrafi powstrzy­mać się i chi­cho­cze.

– Chi­cho­czesz?

– Nie.

– Zachi­cho­ta­łeś.

– Nie, wpa­dło mi tylko coś do nosa.

Prze­cież wie, co będzie. Kilka lat temu jego brat przy­rodni przy­ciął sobie w drzwiach mały palec u dłoni. Coś się potem stało, może zaka­że­nie, bo musiał poje­chać do szpi­tala, gdzie mu kawa­łek odcięli. Jakieś pięć cen­ty­me­trów. I wła­śnie o to cho­dzi tego popo­łu­dnia. Młody sam nie wie, jak udało mu się to zro­zu­mieć, ale nie­ważne. Cza­sem rozu­mie się nawet wtedy, gdy nie wie się, skąd wzięło się to zrozu­mienie.

Bo posia­da­nie obcię­tego palca jest czymś szcze­gól­nym. I to bar­dzo. Czło­wiek staje się inny od wszyst­kich. Lep­szy. A teraz w dodatku dowie­dział się, dla­czego tak jest. Mafia i jakussa, tak to się nazywa?

Nie chce pytać, żeby nie naru­szyć ani tajem­nicy, ani powagi chwili.

– Dwaj bra­cia przy­rodni staną się braćmi rodzo­nymi. Czy tak?

Chło­piec kiwa głową. Jasne, to zro­zu­miałe dla każ­dego.

– Nic nas nie roz­dzieli. Krew jest ze wszyst­kiego naj­sil­niej­sza. My, bra­cia krwi, jeste­śmy naj­sil­niej­szymi wojow­ni­kami na świe­cie. Nic nas nie pokona. To jest przy­mie­rze. Wcho­dzisz w to?

Chło­piec znów kiwa głową. No pew­nie, że wcho­dzi.

Pew­nie, że w to wcho­dzi. Przy­mie­rze naj­sil­niej­szych na świe­cie. Gdy teraz układa dłoń na pła­skim kamie­niu murku w taki spo­sób, żeby odsta­wał mały palec, jest to dla niego wielki honor. Zostaje przy­jęty. Brat przy­rodni unosi sie­kierkę i każe mu zamknąć oczy.

Chło­piec mdleje z bólu, a po oprzy­tom­nie­niu dostaje opa­tru­nek z flaka do kieł­basy i taśmy izo­la­cyj­nej. Były przy­go­to­wane wcze­śniej.

A odcięty krwawy kawa­łek palca leży w pudełku od zapa­łek. Zako­pują je pod mur­kiem, po zewnętrz­nej stro­nie. To ważna chwila. Kiedy chło­piec unosi swój zaopa­trzony palec pro­sto pod niebo, to pra­wie wcale go nie boli.

2

Notatki Asunandera. Visby, maj 2025

Od cze­goś trzeba zacząć.

Naj­bar­dziej chciał­bym zacząć od stwier­dze­nia, że jestem star­szym panem, który stał się nie­wy­pła­calny, ale tylko dla­tego, że podoba mi się to sfor­mu­ło­wa­nie. Jest na to fran­cu­skie wyra­że­nie, które brzmi jesz­cze lepiej, cho­ciaż w tym momen­cie nie mogę go sobie przy­po­mnieć, tym bar­dziej zaś, jak się to pisze.

W rze­czy samej jestem sta­rym zreu­ma­ty­zo­wa­nym gli­nia­rzem, od dawna eme­ry­to­wa­nym, a od dość nie­dawna potrze­bu­ją­cym wózka inwa­lidz­kiego. I nie jestem nie­wy­pła­calny: miesz­kam w zadba­nym domu seniora w oto­czo­nym murami mie­ście Visby na naj­pięk­niej­szej z wysp. Mogę przez okno patrzeć na morze na zacho­dzie, skąd przy­pły­wają promy, a potem wra­cają na stały ląd. Latem zda­rza się też jeden czy drugi wyciecz­ko­wiec prze­mie­rza­jący cały świat i naj­róż­niej­sze inne jed­nostki pły­wa­jące, ale ni­gdy nie udaję się na dep­tak w por­cie, żeby im się bli­żej przyj­rzeć. Albo wcią­gnąć w stare noz­drza nieco mor­skiego powie­trza. Za to cza­sem sia­dam przy otwar­tym oknie, żeby posłu­chać docho­dzą­cych stam­tąd odgło­sów ludz­kich – miłych i nie­mi­łych. Albo na któ­rymś z tara­sów. I to mi wystar­cza.

Kiedy mówię, że potrze­buję wózka inwa­lidz­kiego, nie zna­czy to, że jestem do niego przy­kuty, nie do końca. Na­dal mogę się prze­miesz­czać, robiąc do dwu­dzie­stu czy trzy­dzie­stu kro­ków – nawet wię­cej, kiedy ćwi­czę wie­czo­rami – co jest prak­tyczne, bo mogę wstać z łóżka i dostać się do toa­lety o wła­snych siłach. I jesz­cze prze­mie­ścić się na wózek inwa­lidzki albo fotel bez koniecz­no­ści wzy­wa­nia kogoś z per­so­nelu. Mogło być gorzej.

I pew­nie będzie. Wsze­dłem w sie­dem­dzie­siąty ósmy rok życia, co ozna­cza, że na moim oddziale jestem pra­wie naj­młod­szy. Jest nas razem ośmioro, czte­rech męż­czyzn i cztery kobiety. Cho­ciaż pew­nie lepiej będzie powie­dzieć: czte­rech dzia­dów i cztery baby, to à pro­pos róż­nych wyra­żeń.

Młod­szej ode mnie kobie­cie na imię Rose­anna, imię zarówno piękne, jak i odpo­wied­nie, na przy­kład koja­rzy się z jed­nym z naj­bar­dziej poczyt­nych kry­mi­na­łów w tym kraju. Rose­anna zja­wiła się tutaj pół roku temu, po tym jak stara Signe, wdowa po mistrzu komi­niar­skim, rzu­ciła ręcz­nik tuż przed ukoń­cze­niem setki.

Nadobna Rose­anna prze­kro­czyła sie­dem­dzie­siątkę o zale­d­wie trzy lata i mamy ze sobą nieco wspól­nego; na przy­kład to, że zapi­suje moje słowa. Mój reu­ma­tyzm spra­wił, że nie radzę sobie z kla­wia­turą, ale jak zła­pię w garść pióro, to tkwi w niej tak długo, aż ktoś je wycią­gnie, naj­le­piej ja sam (zębami – implan­tami, bo praw­dziwe zostały mi wybite pod­czas służby mnó­stwo lat temu). Mój cha­rak­ter pisma jest wręcz poża­ło­wa­nia godny, ale Rose­anna jest dawną nauczy­cielką i umie prze­tłu­ma­czyć nawet naj­gor­sze hie­ro­glify na zro­zu­miałą szwed­czy­znę. Jestem wdzięczny za jej ist­nie­nie. Mocno mnie natchnęła chę­cią do życia i bez niej ten pro­jekt nie ujrzałby świa­tła dzien­nego. Może i tak nie spełni moich ocze­ki­wań, ale przy­naj­mniej go zapo­cząt­ko­wa­li­śmy.

Cho­dzi o tę prze­klętą dawną histo­rię mor­der­stwa – czy cokol­wiek to było – ale rów­nież o to, co się poja­wiło tej wio­sny, wiele lat póź­niej. Pozwolę sobie twier­dzić, że oko­licz­no­ści są dziwne, upływ czasu zagę­ścił się w spo­sób dość nie­przy­jemny i podej­muję tę rzecz nie bez pew­nego nie­po­koju.

Jak było w pio­sence – coś jed­nak trzeba robić, cze­ka­jąc na śmierć.

A więc nazy­wam się Albin Asu­nan­der, a moje doro­słe życie można ująć jed­nym sło­wem: poli­cjant. W 1970 roku zaczą­łem od patro­lo­wa­nia ulic w Göteborgu, a w 2012 skoń­czy­łem jako szef wydziału kry­mi­nal­nego w Kym­linge. Czter­dzie­ści dwa lata dzia­ła­nia na zaple­czu spo­łe­czeń­stwa, ale nie żałuję wyboru zawodu. Ni­gdy nie byłem wesoł­kiem, tylko raczej samot­ni­kiem, już w latach liceum w Halm­stad nazy­wano mnie Wil­kiem Ste­po­wym, a ktoś taki czuje się naj­le­piej tam, gdzie jest tro­chę ponuro.

Na szefa pew­nie też nadaje się lepiej ten, kto nie jest zbyt pogodny i ocho­czy do współ­pracy. Przy­naj­mniej tak było przy wyko­ny­wa­niu przeze mnie róż­nych zadań. Przez prze­szło trzy­dzie­ści z ponad czter­dzie­stu lat służby spra­wo­wa­łem różne sta­no­wi­ska kie­row­ni­cze, a ostat­nie naj­dłu­żej – bo wię­cej niż dwie dekady – w mie­ście w zachod­niej Szwe­cji, które już wymie­ni­łem.

Ni­gdy nie byłem żonaty, ale mam córkę, Julię, która przy­szła na świat dzięki dość szcze­gól­nym oko­licz­no­ściom w związku z wymianą spor­tową z klu­bem w ówcze­snej NRD pod koniec lat sześć­dzie­sią­tych. O ist­nie­niu Julii dowie­dzia­łem się znacz­nie póź­niej, gdy była już doro­sła i sama miała córkę, ale dało mi to wiele rado­ści. Zosta­nie ojcem, kiedy wła­śnie ma się przejść na eme­ry­turę, może być bar­dzo sil­nym, wręcz osza­ła­mia­ją­cym prze­ży­ciem.

Wydaje się, że dwu­dzie­sto­let­nia córka Julii, Jenny, moja jedyna wnuczka, odgrywa pewną rolę w histo­rii, którą zamie­rzam opo­wie­dzieć. Przy­naj­mniej w sen­sie czy­sto geo­gra­ficz­nym; to dziwna rzecz, któ­rej wagi nie potra­fię oce­nić w chwili, gdy to piszę, ale o tym w swoim cza­sie.

– To się nazywa pau­vres hon­teux – mówi Rose­anna, gdy w wigi­lię Wnie­bo­wstą­pie­nia Pań­skiego wypi­jamy u mnie po kie­liszku porto. – To fran­cu­skie wyra­że­nie, któ­rego sobie nie mogłeś przy­po­mnieć.

Kiedy jed­nak zapi­suję jej uwagę, nie chce jej uwzględ­nić przy prze­pi­sy­wa­niu tek­stu na czy­sto. Tro­chę się o to kłó­cimy, ona pod­kre­śla, że chce być jedy­nie gho­stw­ri­terką, bez uczest­nic­twa w mojej opo­wie­ści i po wymia­nie argu­men­tów za i prze­ciw przyj­muję jej punkt widze­nia. W każ­dym razie respek­tuję. W zasa­dzie. Bo oczy­wi­ście może powstać taka sytu­acja, w któ­rej zaj­dzie potrzeba roz­sze­rze­nia jej roli. Uzgad­niamy, że będę pomi­jał jej praw­dziwe imię i nazwi­sko, nato­miast nazwę ją panną Wat­son, gdy jej udział w tej histo­rii wyda się nie­zbędny.

Dość tych piru­etów. A teraz do rze­czy.

Jesień 1996, mój szó­sty rok pracy w poli­cji w Kym­linge. Chcę tu opi­sać i spró­bo­wać roz­wi­kłać dziwne wyda­rze­nia z owego czasu. Być może będzie to próba daremna, ale to jak melo­dia życia. Fail and fail again, do czego wzywa nas Irland­czyk. W marcu tam­tego roku wybito mi zęby kijem base­bal­lo­wym; wcze­śniej mia­łem zwy­czaj, żeby mimo zaj­mo­wa­nej pozy­cji szefa od czasu do czasu wziąć udział w pracy ope­ra­cyj­nej w tere­nie, ale po tym nie­szczę­śli­wym incy­den­cie w zasa­dzie wyco­fa­łem się z poli­cyj­nego frontu. Wszystko ma swój czas, zresztą mia­łem wkrótce skoń­czyć pięć­dzie­siąt lat.

Sprawa Mar­lene, tak ją wkrótce nazwano w mediach i nie tylko, któ­raś z gazet nazwała ją nawet Sprawą Błę­kit­nego Anioła; zorien­to­wali się, że głów­nej postaci nadano to imię, bo jej ojciec czy też dzia­dek był zago­rza­łym wiel­bi­cie­lem Mar­lene Die­trich. Ojciec nazwi­skiem Hor­wath był Austria­kiem, który osiadł w naszym kraju na początku lat pięć­dzie­sią­tych. Cho­lera wie, dla­czego zapa­mię­ta­łem te nie­istotne szcze­góły, ale w moim wieku pamięć i nie­pa­mięć funk­cjo­nują jak kłó­tliwe rodzeń­stwo, w któ­rym ni­gdy nie ma zgody. Pocho­dze­nie Mar­lene mogło mieć więk­sze zna­cze­nie dla tego, co się wyda­rzyło, niż wtedy myśle­li­śmy; wła­śnie tak to zazwy­czaj wygląda w skom­pli­ko­wa­nych spra­wach, bo klucz do dzi­siej­szych i przy­szłych zaga­dek zagrze­bany jest w tym, co się wyda­rzyło wcze­śniej.

Ale mi się udało sfor­mu­ło­wa­nie. Napi­szę jesz­cze o tym hor­wa­th­skim pocho­dze­niu.

Jako zamężna po raz trzeci nasza anie­lica wciąż nosiła nazwi­sko Hor­wath, ni­gdy go nie zmie­niała. W pew­nym sen­sie, ale pomniej­szo­nym, wyka­zy­wała pewne podo­bień­stwo do sław­nej poprzed­niczki, przy­naj­mniej nie­któ­rzy chcieli ją tak wspo­mi­nać. Na pewno nie była żadną femme fatale, jak tamta wielka gwiazda fil­mowa, jed­nak była kobietą, która podo­bała się męż­czy­znom. Gdy stało się, co się stało – ewen­tu­al­nie nie stało się – miesz­kała ze swoim ówcze­snym mężem, nie­ja­kim Har­rym Kroną, w willi na Prästgärdet na wschod­nim skraju Kym­linge. Mał­żeń­stwo było tak samo bez­dzietne jak jej dwa poprzed­nie. Skoń­czyła trzy­dzie­ści sie­dem, a może trzy­dzie­ści osiem lat i pra­co­wała jako fry­zjerka – zarówno dam­ska, jak i męska – w salo­nie Zardze­wiałe Nożyczki przy Małym Rynku w Kym­linge.

Przy­po­mniało mi się, że tam­tej jesieni nasza obsada kadrowa przed­sta­wiała się dość kiep­sko.

Bar­ba­rotti był na jakimś kur­sie w Wies­ba­den, a Back­man rodziła. Komi­sarz Kal­lin roz­po­czął ostatni rok służby i wyda­wał się bar­dziej znu­żony niż kie­dy­kol­wiek, wpraw­dzie sprawny i kom­pe­tentny, ale zma­ga­jący się z nad­wagą i uza­leż­nie­niem alko­ho­lo­wym. Mie­li­śmy dwa cza­sowe zastęp­stwa z Göteborga, nie­ja­kiego inspek­tora Ståhle, który nie­stety oka­zał się powol­niej­szy w myśle­niu od misia koala, i dziw­nego jego­mo­ścia, któ­rego wła­ści­wie nie zdą­ży­łem poznać, nazwi­skiem Adam­snouk. Wydaje mi się, że Kal­lin wyko­pał go z roboty po dwóch tygo­dniach, na pewno nie bez powodu. Poza tym nasz wydział kry­mi­nalny skła­dał się z inspek­to­rów Borg­sena i Toivo­nena, obaj sta­ranni i bar­dzo pra­co­wici, ale do Nobla by raczej nie mogli kan­dy­do­wać. Ow­szem, mia­łem rów­nież garść asy­sten­tów, przy­po­mina mi się zwłasz­cza obie­cu­jąca młoda kobieta Lena Var­gas, która z cza­sem zro­biła nie­złą karierę w sze­re­gach poli­cji.

I to tyle, zresztą nie chcę w żad­nym razie zwa­lać naszego nie­po­wo­dze­nia na braki kadrowe. Zro­bi­li­śmy tyle, ile można było się po nas spo­dzie­wać, a gdy po jakimś mie­siącu otrzy­ma­li­śmy jesz­cze posiłki z głów­nej komendy poli­cji, to żaden z przy­sła­nych nam spe­ców nie posu­nął sprawy do przodu nawet o cen­ty­metr. Mimo że tkwili tu przez zarówno Boże Naro­dze­nie, jak i Nowy Rok. Po pół roku cała ta histo­ria była tak samo nie­zro­zu­miała jak pierw­szego dnia. A jesz­cze bar­dziej nie­zro­zu­miała pra­wie trzy­dzie­ści lat póź­niej.

Sie­dzę czy też pół­leżę w łóżku i piszę, pod­party trzema podusz­kami, i zaczy­nam odczu­wać ból tu i tam. Przede wszyst­kim w naj­pa­skud­niej­szym miej­scu w oko­licy mego nie­wy­mie­nio­nego jesz­cze stawu bio­dro­wego. Być może ni­gdy nie będzie odpo­wied­niego momentu na spra­wie­nie sobie nowego stawu; przez te lata, które mi zostały, lepiej będzie brać środki prze­ciw­bó­lowe, niż raz jesz­cze kłaść się pod nóż. Jest godzina piąta, za pół­to­rej godziny kola­cja. Już zde­cy­do­wa­łem, że zjadę na dół i zjem w jadalni; jest wtedy oka­zja spo­tkać się z całą zamiesz­kałą tu zgrają, nie tylko moimi sied­mioma naj­bliż­szymi kom­pa­nami z oddziału numer dwa. Ogó­łem jest tu prze­szło trzy­dzie­ścioro sta­rusz­ków, jedno bar­dziej zgrzy­białe od dru­giego, jed­nak są też osoby w dobrym sta­nie umy­sło­wym, z któ­rymi da się wymie­niać myślami. Na przy­kład były wydawca Gal­l­berg, który nie tylko jest wykształ­cony, ale jesz­cze namięt­nie gra w sza­chy. Roze­gra­li­śmy kilka par­tii i nie udało mi się uzy­skać lep­szego wyniku niż remis. Inną osobą, z którą cza­sem zamie­niam kilka słów, jest jedna z pierw­szych pasto­rek w Szwe­cji, Mar­got Ekbladh, nie­stety ostat­nio bar­dzo jej się pogor­szyło i zapewne tęskni już do kró­le­stwa nie­bie­skiego, któ­rego ideę pró­bo­wała sprze­da­wać przez całe swoje życie.

Jed­nak dziś wie­czo­rem skie­ruję wzrok nie na wydawcę ani pastorkę, tylko na pewną osobę, która może być czę­ścią tutej­szego per­so­nelu, chyba że jed­nak nie. Nie bar­dzo wiem, jak uzy­skać potwier­dze­nie moich podej­rzeń, a jeśli jest tak, jak mi się wydaje, to jestem nie­mal skłonny dołą­czyć do świa­to­po­glądu pani Ekbladh.

Ktoś tu kie­ruje i ktoś chce uzy­skać spo­kój w gro­bie, jak być może wyra­ziłby się H-K Rönblom1. Ale dosyć na dziś, potrze­buję drzemki. Niech anio­ło­wie uko­ły­szą mnie do snu.

3

Harry Krona. Borås, grudzień 1979

Pew­nego razu, gdy jesz­cze myślał, że ni­gdy nie zazna miło­ści fizycz­nej, a nawet nie zoba­czy nagiej żywej kobiety, Harry’emu Kro­nie przy­da­rzyła się rzecz, o któ­rej potem latami miał śnić w nie­spo­kojne noce nasy­cone pożą­da­niem.

Było to parę tygo­dni przed Bożym Naro­dze­niem 1979. Harry miał wtedy dwa­dzie­ścia trzy lata i pra­co­wał jako sto­larz w nie­du­żej fir­mie budow­la­nej w Borås, gdzie się nie uro­dził, ale czę­ściowo wycho­wał. Jeśli komuś nie wycho­dzi w mie­ście z naj­więk­szą nad­wyżką kobiet w całym kraju, to jest albo peda­łem, albo idiotą. Po raz pierw­szy usły­szał to powie­dze­nie jesz­cze w liceum i nie mógł wyrzu­cić go z głowy. Miał pew­ność, że nie jest peda­łem, trud­niej było mu roz­strzy­gnąć, czy jest idiotą.

W każ­dym razie był czło­wie­kiem osob­nym i z tym się pogo­dził. Miał nie­wielu przy­ja­ciół i wciąż miesz­kał z mamą i młod­szą sio­strą Lizą aż do ostat­niego lata, gdy mama znie­cier­pli­wiła się, że Harry nie może wydo­ro­śleć, i zała­twiła mu kawa­lerkę w Brämhult. Adres sam w sobie prak­tyczny, od pracy dzie­liło go pięć minut jazdy rowe­rem, w dodatku miał nie­wielki bal­kon od zachodu, gdzie wie­czo­rami mógł posie­dzieć, popa­la­jąc papie­rosy i popi­ja­jąc piwo. Przy­naj­mniej aż do nadej­ścia jesien­nych desz­czy, kiedy musiał poprze­stać na szyb­kim papie­ro­sie, pra­wie odmra­ża­jąc sobie tyłek. Matka mu zapo­wie­działa, żeby pod żad­nym pozo­rem nie palił w miesz­ka­niu, bo stra­ci­łoby na war­to­ści, i musiał się jej słu­chać, ponie­waż to ona była wła­ści­cielką.

Gdy­bym miał skłon­ność do depre­sji, to na pewno bym w nią popadł, myślał wtedy. Zapo­biegł temu tajem­ni­czy trik, wpraw­dzie od dawna go nie sto­so­wał na serio, wie­dział jed­nak, że wcze­śniej czy póź­niej znaj­dzie on zasto­so­wa­nie, i to decy­du­jące.

Drzwi ku cze­muś innemu, ale rów­nież spo­sób, któ­rego nie wolno nad­uży­wać, bo wtedy utraci swą moc.

Wię­cej o tym w swoim cza­sie. A zatem był gru­dzień, kon­kret­nie zaś pią­tek wie­czo­rem. Z braku praw­dzi­wych przy­ja­ciół Harry zaczął się cza­sem zada­wać z młod­szym kuzy­nem ze strony ojca, imie­niem Dick. Chło­pak miał nie wię­cej niż sie­dem­na­ście lat i podob­nie jak Harry’emu było mu trudno odna­leźć się w życiu. Dzięki prze­wa­dze wieku star­szy kuzyn był wzo­rem dla młod­szego. Harry miał pracę, samo­chód i miesz­ka­nie, mógł robić zakupy w mono­po­lo­wym i czę­sto­wał zarówno piwem, jak i papie­ro­sami, kiedy Dick go odwie­dzał. Na razie utrzy­my­wali tę przy­jaźń w pew­nym sekre­cie, zwłasz­cza przed rodzi­cami Dicka, któ­rym nie podo­bało się, że syn wraca do domu późno, zala­tu­jąc alko­ho­lem i dymem. Nie byliby zado­wo­leni, gdyby się wydało, że prze­sia­dy­wał u krew­niaka, przyj­mu­jąc nie­zdrowe używki. Dick zwy­kle tłu­ma­czył im, że był w gru­pie kole­gów, róż­nych, i na razie to białe kłam­stwo musiało jakoś wystar­czyć.

Harry’emu podo­bało się, że kuzyn go podzi­wia. Nikt inny nie podzi­wiał, wręcz prze­ciw­nie. Zawsze był pomia­tany, w domu przez matkę i sio­strę, rów­nież w szkole; kole­dzy w pracy może nie odno­sili się do niego źle, jed­nak nikt nie zwra­cał na niego uwagi. Nie pytali, jak się ma, jakie ma plany na week­end, nie wcią­gali do roz­mowy o piłce noż­nej, dziew­czy­nach i róż­nych takich.

Przy­zwy­czaił się, bo co mu innego pozo­stało? Na skali od jed­nego do dzie­się­ciu jestem dwójką, myślał sobie. Bojaź­liwi faceci nie całują się z ład­nymi dziew­czy­nami. Jest, jak jest, ale może będę miał asa w ręka­wie.

Po trzech, czte­rech piwach z Dic­kiem i jakichś dwóch papie­ro­sach do każ­dego piwa robiło się cał­kiem sym­pa­tyczne. Zwłasz­cza jeśli był piąt­kowy wie­czór i nie musieli myśleć o jutrze. Pijmy za ten ściek zwany życiem, mawiał, gdy już mu zaczy­nały błysz­czeć oczy, a Dick się wtedy uśmie­chał albo nawet się śmiał; za pierw­szym razem Harry pomy­ślał nawet, że ni­gdy mu się to dotąd nie przy­da­rzyło. Jesz­cze ni­gdy nikogo nie roz­śmie­szył, co jest po pro­stu okropne, więc zro­biło mu się przy­jem­nie i miło na sercu, gdy Dick zaczął recho­tać.

Do tego jesz­cze posta­na­wiali wtedy, że mają w nosie zakaz pale­nia w miesz­ka­niu. Prze­cież to się da wywie­trzyć, zresztą matka i tak ni­gdy nie przy­cho­dziła tu, żeby spraw­dzić. Jed­nakże nie umiał sobie odpo­wie­dzieć, dla­czego w inne wie­czory kon­se­kwent­nie palił tylko na bal­ko­nie, mar­z­nąc w tyłek. Pew­nie miało to jakiś zwią­zek z sumie­niem i tchó­rzo­stwem, zresztą w dni powsze­dnie nie wypi­jał piw w licz­bie nie­zbęd­nej do nabra­nia odwagi. Wszystko jedno. W pamiętny wie­czór, o któ­rym teraz mowa, obaj zdą­żyli już wypić po trzy puszki piwa i napo­częli czwartą, gdy Dick nagle wyjął papie­rosa z ust, wykrzy­ku­jąc:

– Co to było?

– Co? – zdzi­wił się Harry. – Co takiego?

– Nie sły­sza­łeś?

Harry zga­sił tele­wi­zor z poli­cyj­nym seria­lem, w któ­rym i tak już dawno zgu­bili wątek.

– Nie, o co ci, kurde, cho­dzi?

Zanim Dick zdą­żył odpo­wie­dzieć, znów dał się sły­szeć jęk.

Jakby sko­wyt zwie­rzątka, które gdzieś utknęło, albo jęk zuży­tych zawia­sów w drzwiach. Jed­nak żaden z nich nie kupo­wał tego wyja­śnie­nia i gdy zaraz po następ­nym jęku usły­szeli huk i gruby męski głos, który naj­wy­raź­niej prze­kli­nał w jakimś obcym języku, to już nie mieli wąt­pli­wo­ści.

Wszystko to dobie­gało z sąsied­niego miesz­ka­nia.

– To Ponu­ras – powie­dział Harry. – Bije żonę.

Dick kiw­nął głową i zga­sił papie­rosa. Nie znali praw­dzi­wego imie­nia i nazwi­ska sąsiada, ale że był gruby i ponury, gdy Harry się na niego naty­kał, to pozo­stali przy tym okre­śle­niu.

– Ojej, nie­do­brze – powie­dział Dick. – Trzeba coś zro­bić.

Nie jest jasne, czy Harry nie chciał zawieść wiel­kiego zaufa­nia, jakie w nim pokła­dał kuzyn, czy była to siła oddzia­ły­wa­nia alko­holu. Praw­do­po­dob­nie jedno i dru­gie; w każ­dym razie nagle Harry stał się czło­wie­kiem czynu. Wypił porządny łyk, zgniótł puszkę, choć nie została opróż­niona do końca, i wygrze­bał się z fotela obi­tego sztuczną skórą. Chwilę stał, chwie­jąc się lekko na zdrę­twia­łych nogach, by wresz­cie wypluć z sie­bie roz­kaz:

– Wcho­dzimy tam! Ależ z niego kotlet wie­przowy!

– Weź coś ze sobą, żeby mu przy­ło­żyć – odparł Dick, chi­cho­cząc ner­wowo.

– No jasne – prych­nął Harry. – Idziesz ze mną!

I tak się stało.

Harry szedł pierw­szy, Dick dwa kroki za nim. Po wyj­ściu na klatkę scho­dową – przy­wódca uzbro­jony w żeliwną łyżkę do butów, a uczeń nieuzbro­jony – usły­szeli kolejne huki, jęki i prze­kleń­stwa zza uchy­lo­nych drzwi do sąsiada. Zanim go w swe szpony zdą­żyło chwy­cić waha­nie, Harry grzmot­nął w drzwi, otwie­ra­jąc je na oścież, i ryk­nął:

– Poli­cja! Fre­eze!

Musiał zaczerp­nąć to z serialu, który wła­śnie prze­stali oglą­dać, choć sam sobie tego nie uświa­da­miał. Tak czy ina­czej, poskut­ko­wało. Ponu­ras, ubrany jedy­nie w impo­nu­jące zwały tłusz­czu i szare wor­ko­wate kale­sony, znie­ru­cho­miał na środku salonu z otwartą gębą i wytrzesz­czo­nymi oczami. Za nim, szlo­cha­jąc, leżała czę­ściowo pod szkla­nym sto­li­kiem jego mał­żonka, imię nie­ważne. Ubrana jedy­nie w biu­sto­nosz i koron­kowe majtki, oby­dwie te sztuki odzieży znacz­nie ele­gant­sze od gatek jej męża. Na sto­liku stały dwie napeł­nione do połowy szklanki z jakąś brą­zową zawar­to­ścią i leżał duży kot w kolo­rze makreli. Oprócz tego torebka czip­sów i dwie bla­szane miski, z któ­rych jedna zawie­rała chyba kocią karmę, a druga była pełna po brzegi nie­do­pał­ków. W pokoju uno­siła się niczym mgła ostra woń będąca mie­sza­niną róż­nych mocno podej­rza­nych skład­ni­ków.

Harry zare­je­stro­wał to wszystko w cza­sie krót­szym od sekundy, wiele lat póź­niej wciąż potra­fił przy­wo­łać cały obraz, jakby to była foto­gra­fia, tak samo jak fakt, że sutek jed­nej, pra­wej piersi żony Ponu­rasa wyj­rzał znad brzegu jej biu­sto­no­sza.

Zanim kto­kol­wiek zdą­żył powie­dzieć słowo, Harry pod­szedł i ciężką żeliwną łyżką do butów przy­ło­żył w łeb tłu­stemu sąsia­dowi. Ten padł jak powa­lony wół, a kot opu­ścił pokój.

Mał­żonka zerwała się na nogi i popra­wiła sobie biu­sto­nosz. Na jed­nym oku miała wielką śliwę, ze ska­le­czo­nej dol­nej wargi leciała jej krew. Mimo tych nie­do­sko­na­ło­ści dokuś­ty­kała do Harry’ego i rzu­ciła mu się na szyję. Przy­ci­snęła potężne piersi do jego chu­dziut­kiego torsu i zabeł­ko­tała mu do ucha:

– Uwiel­biam face­tów z ikrą.

4

Bałtyk, Visby, maj 2025

Gun­nar Bar­ba­rotti sie­dział na pro­mie pły­ną­cym na Gotlan­dię. Słońce świe­ciło nad spo­koj­nym morzem, był koniec maja, a Bar­ba­rotti cie­szył się, że ma przed sobą tydzień wol­nego. Wła­ści­wie to nawet dzie­więć dni. Za nie­spełna mie­siąc przyj­dzie po raz ostatni do pracy w poli­cji w Kym­linge i roz­pocz­nie życie eme­ryta. Myśl co naj­mniej osza­ła­mia­jąca.

W dodatku miał wraz z Evą Back­man prze­pro­wa­dzić się na wyspę na stałe. I to było jesz­cze bar­dziej osza­ła­mia­jące.

Pra­wie czter­dzie­ści lat jako gli­niarz. Przy­naj­mniej nie zosta­łem zastrze­lony na służ­bie, pomy­ślał. Zawsze coś. Eva też nie.

Wol­nego!, pomy­ślał zaraz. Jesz­cze nie jeste­śmy na mecie. Czło­wiek strzela, Pan Bóg kule nosi.

Po czym zasnął, a trzy minuty póź­niej został obu­dzony wła­śnie przez Evę Back­man, part­nerkę w pracy i w życiu, która przy­nio­sła z kafe­te­rii tacę z arty­ku­łami pierw­szej potrzeby.

– Dzień dobry, komi­sa­rzu – powi­tała go.

– Miło, że pytasz – odparł nie­przy­tom­nie.

– O nic nie pyta­łam.

– Wyco­fuję to. Dawaj tę kawę – powie­dział.

Uśmiech­nęła się.

– Jesteś prze­uro­czy. Dla­czego nie pro­wa­dzisz wła­snego talk-show w tele­wi­zji?

– Prawda, że to nie­zro­zu­miałe. To jak się nazywa ta dzien­ni­karka?

– Axel­ryd. Jenny Axel­ryd.

– I mamy się z nią spo­tkać w Brödboden, tak?

– Ty masz się spo­tkać, nie ja. Ale ow­szem, Brödboden przy Södertorg. Powo­dze­nia. To miło, że się inte­re­sują naszym przy­jaz­dem, prawda?

– Pierw­szy krok w stronę mojego talk-show – odparł Bar­ba­rotti. – Tyle że tu jest chyba słabo z new­sami, dopóki nie ma tury­stów.

– A my nie jeste­śmy tury­stami?

– Jeśli już, to tylko przez ten tydzień. Kiedy przy­je­dziemy następ­nym razem, będziemy już praw­dzi­wymi Gotland­czy­kami.

– Możesz to sobie wma­wiać – sko­men­to­wała Eva Back­man, otwie­ra­jąc swoją książkę. – Ja sły­sza­łam, że trzeba sze­ściu poko­leń.

Jenny Axel­ryd była już na miej­scu i wypa­trzyła sto­lik na zaple­czu Brödboden. Na traw­niku tuż przy murze, co Bar­ba­rotti od razu uznał za dosko­nały wybór, może nie tyle na prze­pro­wa­dze­nie wywiadu, ale na pewno żeby przy­siąść tu z fili­żanką kawy i książką, mając za ple­cami ten mur, opie­ra­jący się zębowi czasu od tysiąca lat, czy jakoś tak.

– Ile lat liczy ten mur? – spy­tał.

Jenny Axel­ryd zaśmiała się. Wyglą­dała na trzy­dziestkę i Bar­ba­rotti zga­dy­wał, że uro­dziła się raczej w sztok­holm­skiej dziel­nicy Söder niż tu na wyspie.

– Nie mam poję­cia – przy­znała. – Wygo­oglu­jemy?

– Nie, nie­ważne. Zamiast tego pro­szę mi powie­dzieć, skąd pomysł, żeby robić ze mną wywiad. Szcze­rze mówiąc, nie jestem przy­zwy­cza­jony do takich rze­czy.

– Zamie­rza pan tu osiąść, to chyba wystar­cza­jący powód?

– Pew­nie już się zda­rzało, że ktoś się tu prze­pro­wa­dza na Gotlan­dię. Zresztą skąd pani o tym wie?

– A nie jest pan poli­cjan­tem?

Znów się zaśmiała, a Bar­ba­rotti pomy­ślał, że łatwo polu­bić młode kobiety, które się śmieją.

– Jesz­cze tylko mie­siąc. A więc kto jest pani infor­ma­to­rem?

– Powi­nien pan wie­dzieć, że repor­tera nie wolno pytać o jego źró­dła.

– Skoro pani tak mówi – odparł. – Tak czy ina­czej, poczu­łem się dzięki pani bar­dzo ważny. Jed­nak zapew­niam, że nie przy­by­wam jako wysłan­nik Säpo2, po pro­stu prze­cho­dzę na eme­ry­turę. Moja kariera w poli­cji kry­mi­nal­nej dobiega końca.

– Jed­nak zamie­rza pan kon­ty­nu­ować walkę z prze­stęp­czo­ścią? Tu na wyspie?

– Co? Skąd się pani to wzięło?

Kobieta upiła łyk swo­jej latte i spoj­rzała figlar­nie. Naprawdę… słowo figlar­nie było tu zde­cy­do­wa­nie na miej­scu.

– Znów pan węszy za moim źró­dłem, co?

Bar­ba­rotti podra­pał się w głowę.

– Prze­pra­szam. Ale jeśli powiem, że nie mam zamiaru kon­ty­nu­ować ści­ga­nia łobu­zów, to co pani na to?

Repor­terka Axel­ryd odchy­liła się na krze­śle i przez chwilę pogry­zała żółty ołó­wek. Bar­ba­rot­tiemu wydało się, że roz­po­znaje model z jego cza­sów szkol­nych, czyli sprzed stu lat.

– Biuro detek­ty­wi­styczne Fårösund – powie­działa.

O Boże, pomy­ślał eme­ry­to­wany nie­ba­wem komi­sarz kry­mi­nalny. Tam­ten nagły, idio­tyczny pomysł. Komu… komu ja o tym wspo­mnia­łem?

Dobre pyta­nie. Evie, rzecz jasna, ale ona by prze­cież nie…?

Lin­dha­gen? No tak, z inspek­to­rem Lin­dha­genem mógł o tym gadać przy piwie, ale żeby kolega miał pójść do prasy z takim idio­ty­zmem… czy to moż­liwe?

Z dru­giej strony Lin­dha­gen był stąd, więc dla dzien­ni­karki zwró­ce­nie się do takiego źró­dła było pew­nie rze­czą natu­ralną.

– Widzę, że to się chyba zga­dza – zaśmiała się znów Jenny Axel­ryd. – Ale może nie chce pan roz­ma­wiać na ten temat, dopóki nie sta­nie się fak­tem?

– Hm – mruk­nął Bar­ba­rotti i wymi­ja­jąco odgryzł spory kawa­łek cyna­mo­no­wej droż­dżówki.

Repor­terka ugry­zła znacz­nie mniej­szy kęs mig­da­ło­wego ciastka.

– Gotlandzka poli­cja na pewno by to doce­niła – cią­gnęła, podą­ża­jąc wciąż tą samą ścieżką. – Był pan już w kon­tak­cie z nimi?

– Skądże znowu – odparł Bar­ba­rotti, który już prze­żuł i posta­no­wił przy­jąć przy­chyl­niej­szą postawę. – Pry­watny detek­tyw woli pra­co­wać poza zasię­giem radaru, na tym polega zasad­ni­cza róż­nica, dzięki któ­rej cza­sem udaje mu się roz­wią­zy­wać pro­blemy tam, gdzie zwy­czajna poli­cja zawio­dła.

– Wygląda na to, że już pan tego spró­bo­wał?

– Na to pyta­nie muszę odpo­wie­dzieć: pas – rzekł Bar­ba­rotti, przy­wo­łu­jąc poro­zu­mie­waw­czy uśmiech.

– Rozu­miem. To może już pan pra­cuje nad jakąś tutej­szą sprawą? Na przy­kład na pół­nocy wyspy?

Bar­ba­rotti pokrę­cił głową.

– Zamie­rzam zacząć od porząd­nego urlopu. A potem zoba­czymy. Zresztą nie prze­pro­wa­dzimy się tutaj przed świę­tem mid­som­mar.

– Tak, wiem. I towa­rzy­szy panu żona? Która rów­nież jest funk­cjo­na­riuszką poli­cji kry­mi­nal­nej. Czy ona będzie…?

– Obie­ca­łem jej, że nie będę o niej roz­ma­wiać w tym wywia­dzie – prze­rwał Bar­ba­rotti. – No wła­śnie, od jak dawna mieszka pani na wyspie?

– Piąty rok – odpo­wie­działa Jenny Axel­ryd. – Mam męża Gotland­czyka i zamie­rzam zostać tu pocho­wana.

– W pani przy­padku pew­nie nastąpi to dopiero za dzie­więć­dzie­siąt lat. Ale podzie­lam pani sta­no­wi­sko… cho­ciaż będę miał mniej czasu przed sobą. Ponoć jest tu sporo przy­jem­nych cmen­ta­rzy… Na przy­kład Hel­lvi, zna go pani?

– Miesz­kam w Hel­lvi.

– Aha? To chyba rozu­miem.

– Co pan rozu­mie?

– Kim jest pani źró­dło. Hel­lvi i Rute to prze­cież para­fie sąsiedz­kie. Mówi pani coś nazwi­sko Lin­dha­gen?

W tym momen­cie repor­terka Axel­ryd wybu­chła gło­śnym śmie­chem.

– Wydaje mi się, że odnie­sie pan suk­ces jako pry­watny detek­tyw. Prze­cież to ja mia­łam dowie­dzieć się róż­nych rze­czy o panu, a nie odwrot­nie.

– Tra­fiło się śle­pej kurze… – zauwa­żył skrom­nie Bar­ba­rotti.

5

Harry Krona. Kymlinge, lipiec 1995

Uwiel­biam face­tów z ikrą.

Oto słowa do delek­to­wa­nia się w ponure dni. W pew­nym sen­sie go prze­śla­do­wały i ukie­run­ko­wały, cho­ciaż musiało minąć tro­chę czasu, zanim to zro­zu­miał – że jedno pro­wa­dzi do dru­giego i wszystko, co się dzieje, ma jakiś sens.

Nie, nie wszystko, ale nie­które rze­czy tak. To, że wyda­rze­nie w miesz­ka­niu sąsia­dów nie miało żad­nego dal­szego ciągu (pań­stwo Ponu­ra­so­stwo wypro­wa­dzili się następ­nej wio­sny), postrze­gał jed­nak jako dowód, że w całym tym dziw­nym epi­zo­dzie cho­dziło o coś… tak, o coś wyż­szego. Coś, co doty­czyło jego życia, co było nauką, którą nale­żało wycią­gnąć i jej nie zaprze­pa­ścić; gdyby był choćby w naj­mniej­szym stop­niu reli­gijny, to w tym gru­dnio­wym wie­czo­rze z Dic­kiem, sąsia­dami, łyżką do butów i sut­kiem ujrzałby jakiś znak. A nawet wię­cej. Sub­telne wska­zówki ze strony wyż­szych sił, w któ­rych rękach naj­wi­docz­niej spo­czy­wał, prze­le­wa­jąc się, jego dość oszczęd­nie zary­so­wany los, wszakże wypo­sa­żony w krę­go­słup o istot­nym zna­cze­niu. Choć zna­cze­nie wcale nie musi być czymś pozy­tyw­nym.

Wyra­ża­jąc to okre­śle­niami, które gubił zaraz po tym, jak je pomy­ślał. Z dru­giej strony nie­źle mu szło, gdy cho­dziło o słowa, w każ­dym razie o te, które tylko pomy­ślał; nauczy­ciel szwedz­kiego w ostat­nich kla­sach pod­sta­wówki powie­dział mu nawet, że ma żyłkę do poezji.

O kurde, pomy­ślał wów­czas, jed­nakże ten nauczy­ciel był dzi­wa­kiem zna­nym z tego, że potra­fił smę­cić jak nie przy­mie­rza­jąc ksiądz.

Tak czy ina­czej. To, co potem nazwał w myślach Minutą bla­dej śmierci – wyra­że­nie, które zapewne padło z ust tegoż nauczy­ciela-dzi­waka – wyda­rzyło się wię­cej niż dekadę po incy­den­cie z Ponu­ra­sami, i nie dało się zepchnąć w nie­pa­mięć. Nie­sta­ran­nie, zatem źle scho­wane. Póź­niej, ale zanim było po wszyst­kim pomy­ślał, że lepiej byłoby to nazwać Pół­ro­czem bla­dej śmierci. Tak, zde­cy­do­wa­nie.

W każ­dym razie: pew­nego lip­co­wego wie­czoru nastą­pił dal­szy ciąg roz­trop­nych słów pani Ponu­ra­so­wej na temat męskich atu­tów. Chyba że cho­dziło o tylko jeden atut? Harry zdą­żył skoń­czyć trzy­dzie­ści dzie­więć lat i choć wiele oko­licz­no­ści się zmie­niło – nowe miesz­ka­nie, inne mia­sto, wyż­sze czoło, nowy uży­wany samo­chód, usu­nięte dwa zęby mądro­ści i występy w ama­tor­skim teatrze (w dwóch sztu­kach, tylko tyle) – to wiele zostało po sta­remu. Na­dal był sin­glem, na­dal pra­co­wał jako sto­larz, w week­endy popi­jał piwo i inne trunki, miał nie­wielu kole­gów i palił papie­rosy Prince. Przez kilka mie­sięcy, a było to zwią­zane z prze­pro­wadzką z Borås do Kym­linge, pró­bo­wał przejść na Lucky Strike, ale potem wró­cił do poprzed­niej zaufa­nej marki.

W minio­nych latach udało mu się odbyć sto­sunki z dwiema kobie­tami, z każdą po razie. Pierw­szą była bez­i­mienna żół­to­włosa dziwka w Amster­da­mie, druga miała na imię Monica, była dzie­sięć lat od niego star­sza i pro­wa­dziła księ­go­wość firmy budow­la­nej, w któ­rej pra­co­wał w pierw­szych latach po prze­pro­wadzce do Kym­linge. Oboje uczest­nicy tej dru­giej sytu­acji byli pijani jak bele.

Po tych ero­tycz­nych eska­pa­dach czuł lek­kie obrzy­dze­nie i wstyd, który jed­nak z wolna osłabł i zamie­nił się w mroczną, bar­dzo mroczną tęsk­notę. Ona­ni­zo­wał się regu­lar­nie, mniej wię­cej raz w tygo­dniu, i był, ogól­nie rzecz bio­rąc, nie tak bar­dzo nie­za­do­wo­lony z życia. Oglą­dał sport w tele­wi­zji, grał w toto­lotka i obsta­wiał goni­twy kłu­sa­ków. Od czasu do czasu spo­ty­kał się z Sunem, byłym kolegą z pracy, młod­szym o kilka lat dość kiep­skim sto­la­rzem. Samot­nym jak księ­życ na nie­bie, nie­śmia­łym jak panienka i nie­pew­nym. Dość podob­nym do kuzyna Dicka z daw­nych cza­sów, z któ­rym Harry już nie miał żad­nego kon­taktu. I dobrze, bo w latach osiem­dzie­sią­tych Dick kom­plet­nie się wyko­leił i wylą­do­wał w wię­zie­niu. Nawet nie raz.

A więc do rze­czy. Był wie­czór, cie­pły i obie­cu­jący. Ostatni pią­tek trzy­ty­go­dnio­wego urlopu, gdy Harry, jak ni­gdy, usiadł sobie w ogródku restau­ra­cyj­nym Tun­n­bin­dar­gil­let. Wła­ści­wie miał mu towa­rzy­szyć Sune, ale kolega zadzwo­nił po połu­dniu i powie­dział, że ma zapa­le­nie ucha.

Zapa­le­nie ucha?, zdzi­wił się Harry. To chyba coś takiego, co w przed­szkolu łapią zasmar­kane dzieci? W dodatku zimą. Jed­nakże Sune był wątłego zdro­wia, nie licząc innych nie­do­stat­ków, i po zakoń­cze­niu roz­mowy i chwili waha­nia Harry posta­no­wił, że tak czy tak kop­nie się do Gil­let, jak nazy­wano restau­ra­cję, żeby coś zjeść i wypić parę piw. Żyje się tylko raz, a żołą­dek trzeba napeł­nić.

W ów wie­czór, jak się oka­zało, nie tylko poda­wano dania i napoje, ale rów­nież grała kapela. Około wpół do dzie­wią­tej, gdy Harry już dostał na swój sto­lik zamó­wioną kawę i lampkę koniaku, na estradkę pod wiel­kim kasz­ta­nem wkro­czył czte­ro­oso­bowy zespół: basi­sta, pia­ni­sta, gita­rzy­sta i per­ku­si­sta. Chłopcy nazwali się Påläggskalvarna från Örkelljunga – Obie­cu­jące Talenty z Örkelljunga – a grali jazz i swing, w dodatku rewe­la­cyj­nie. Przy­go­to­wany na wie­czór par­kiet do tańca został szybko zapeł­niony przez kiwa­ją­cych się, twi­stu­ją­cych i pod­ska­ku­ją­cych ludzi, roz­we­se­lo­nych i lekko pod­pi­tych, ocza­ro­wa­nych let­nim wie­czo­rem.

Harry sie­dział wciąż przy swoim sto­liku. Tupiąc do rytmu, zamó­wił kolejne piwo. Wkrótce wpadł w dosko­nały humor i posta­no­wił, że też spró­buje szczę­ścia na par­kie­cie. Nawet nie trzeba było zapra­szać do tańca, wystar­czyło wbić się w tłum, a potem podry­gi­wać i obra­cać się wedle swo­ich umie­jęt­no­ści.

Szczę­ście sprzyja odważ­nym, nie minęło wiele czasu, jak poczuł się spa­ro­wany z ciem­no­włosą, ładną kobietą w jego wieku. Przy­trzy­my­wała go spoj­rze­niem, wijąc się lekko i podry­gu­jąc w tym samym ryt­mie co on. O kurde, pomy­ślał Harry, to dopiero jest życie.

Po kilku szyb­kich pio­sen­kach przy­szła pora na poście­lówę a wtedy nie waha­jąc się, chwy­cił tę swoją kobietę i przy­gar­nął, a ona była nie od tego, więc przy­lgnęli do sie­bie cia­łami. W środku ciżby tań­czyli lekko i pew­nie, jakby robili to tysiące razy, a gdy pio­senka wła­śnie się koń­czyła, przy­ci­snęła się do niego jesz­cze moc­niej, szep­cząc mu do ucha:

– Uwiel­biam face­tów z ikrą.

Gdyby był trzeźwy, to pew­nie by zemdlał. Albo zwiał. Na szczę­ście było oczy­wi­ste, że to inna kobieta niż poprzed­nim razem, a on był ide­al­nie pijany.

A więc ustał na nogach i spy­tał ją o imię.

– Mar­lene – odpo­wie­działa. – Mam na imię Mar­lene.

– Jestem Felix – odparł Harry.

Kilka godzin póź­niej odbył swój trzeci sto­su­nek w życiu. Po zna­nym mu wcze­śniej poczu­ciu wstydu i obrzy­dze­nia nie było śladu.

6

Kymlinge, jesień 1996

Padało. Był ponie­dział­kowy pora­nek. Wcze­sny. Umę­czony blady świt.

Komi­sarz Kal­lin obró­cił cięż­kie ciało w łóżku i w tym momen­cie zapra­gnął leżeć w pokoju hote­lo­wym w jakimś innym miej­scu na świe­cie. Ano­ni­mowo i uwol­niony od wszel­kiej odpo­wie­dzial­no­ści. Za jakieś pół godziny po lek­kim puka­niu do drzwi przez kobietę o oliw­ko­wej kar­na­cji zja­wi­łoby się na tacy śnia­da­nie. Obfite, ale bez prze­sady. Dzba­nek kawy, dwa jajka. Cztery tosty. Ser, pla­sterki kieł­basy i dżem. Jogurt i szklanka soku. Poświę­ciłby na to godzinę, a potem by ponow­nie zasnął. Może po połu­dniu zro­biłby spa­cer plażą.

Piękne myśli. Nie­stety pozba­wione sensu, ponie­waż zupeł­nie się nie pokry­wały z rze­czy­wi­sto­ścią.

A rze­czy­wi­stość przy­po­mi­nała bar­dziej… no wła­śnie, co? Musiał się chwilę zasta­no­wić. Może puste, wyje­dzone przez szczury pudełko po pizzy, które prze­le­żało całą noc na desz­czu, a w końcu zostało obsi­kane przez pija­nego neo­na­zi­stę.

Skąd mu się to bie­rze? Bez wąt­pie­nia trafna obser­wa­cja, cho­ciaż kom­plet­nie nie­przy­datna. Spoj­rzał na swój pękaty budzik, to cud, że wciąż cho­dzi, cho­ciaż tyle razy był ciskany o pod­łogę.

Wpół do ósmej. Kal­lin wstał, poszedł do toa­lety i odlał się, jak to mówią.

Wró­cił do sypialni i wzdry­gnął się na widok swego łóżka, które przed­sta­wiało żało­sny widok. Zasta­na­wiał się przez chwilę, kiedy ostat­nio zmie­niał pościel, ale nie umiał sobie na to odpo­wie­dzieć. Pew­nie ze trzy tygo­dnie temu. Co naj­mniej.

W każ­dym razie nie jestem bez­domny, pomy­ślał. Wciąż mam pracę i jestem sza­no­wa­nym oby­wa­te­lem. Ludzie nawet poję­cia nie mają.

Cho­ciaż pew­nie mają. Albo się domy­ślają. Jed­nak do eme­ry­tury zostało mu mniej niż rok, więc dawali mu spo­kój. Takie to pew­nie było pro­ste. Ale jak już minie ten kamień milowy, to będzie pić, ile zechce, i pościel zmie­niać raz na rok.

Albo zamieszka w hotelu w Hisz­pa­nii. W przy­jem­nym ryt­mie i w przy­jem­nej aurze zapije się na śmierć, nie będąc dla nikogo cię­ża­rem. A jak będzie miał ochotę, to pój­dzie na kor­ridę. Spoj­rzał przez okno w kuchni. Kurde, ale pada.

Zain­spi­ro­wany poto­kami desz­czu poszedł pod prysz­nic i posta­no­wił, że rów­nież w ten ponie­dzia­łek pój­dzie do pracy.

Dzień był kom­plet­nie nie­udany, a jego uko­ro­no­wa­niem był wie­czorny dyżur. Poli­cja schwy­tała poszu­ki­wa­nego zło­dzieja, który zgod­nie z regu­la­mi­nem miał zostać prze­jęty przez komi­sa­rza Kal­lina, ale z nie­ja­snych powo­dów nie poja­wił się, łobuz jeden.

Tam­ten dzień i data dwu­dzie­sty ósmy paź­dzier­nika stały się tak pamiętne z cał­kiem innego powodu. By nie powie­dzieć zde­cy­do­wa­nie innego, w każ­dym razie Kal­lin nie przy­po­mi­nał sobie niczego podob­nego, a prze­cież mógł przy­wo­łać naj­róż­niej­sze doświad­cze­nia z czter­dzie­stu lat służby.

Zaczęło się tuż przed jede­na­stą w nocy. Zre­zy­gno­wany Kal­lin cze­kał na zło­dzieja, w wydziale kry­mi­nal­nym wraz z asy­sten­tem Wik­ne­rem. Każdy z nich sie­dział w swoim pokoju, ale pozo­sta­jąc w kon­tak­cie wzro­ko­wym przez szklaną ścianę. Wik­ner był rudawy i ważył pew­nie z sześć­dzie­siąt pięć kilo, a Kal­lin dwa razy tyle. Nie żeby miało to jakieś zna­cze­nie, ale przy­szło mu na myśl. Może z braku innego tematu do roz­wa­żań. Wpraw­dzie miał na biurku sporą kupkę akt ze spraw, które jesz­cze nie zostały umo­rzone, ale żadna z nich nie była jakoś pil­niej­sza od innych.

A więc – jak póź­niej zapi­sano w pro­to­kole – około 22.52 weszło dwóch mło­ko­sów z patrolu o nazwi­skach Jönsson i Smo­len­ski, wlo­kąc męż­czy­znę w śred­nim wieku, który, jak się wyda­wało, znaj­do­wał się w sta­nie kom­plet­nego roz­stroju.

W każ­dym razie taka była pierw­sza ocena, która przy­szła do głowy komi­sa­rzowi Kal­li­nowi. Prze­cież ten flej­tu­cho­waty pija­nica jest w sta­nie kom­plet­nego roz­stroju! Po co ci idioci go tu przy­wle­kli? Do cho­lery, dawać go na dołek dla pija­ków!

Przy­wle­czony gość miał na gło­wie brudną żółtą cza­peczkę z zie­lo­nym napi­sem nad dasz­kiem gło­szą­cym, że naj­lep­szym mia­stem jest Motala. Po lewej stro­nie tuż obok tek­stu widać było sporą ciemną plamę i wysta­jący kawa­łek papieru: toa­le­to­wego albo ręcz­nika kuchen­nego. Męż­czy­zna miał wąską twarz, bli­sko osa­dzone oczy, ostro zary­so­wany nos i wąziut­kie, tro­chę krzywe usta. Ubra­nie skła­dało się z lekko ubło­co­nej roz­pię­tej kurtki zamszo­wej, golfa i czar­nych dżin­sów; te ostat­nie nosiły ślady cho­dze­nia na czwo­raka po dwo­rze. Brudne brą­zowe buciory, jeden z roz­wią­za­nym sznu­ro­wa­dłem. Kal­lin wes­tchnął tak ciężko, że na sekundę stra­cił oddech.

– A więc?

– Zna­leź­li­śmy go przed komi­sa­ria­tem – powie­dział Jönsson, chyba że był to Smo­len­ski. – Mówi, że zamor­do­wał swoją żonę.

– Więc pomy­śle­li­śmy – cią­gnął Smo­len­ski, a może Jönsson – że można go tu przy­pro­wa­dzić.

Znaj­do­wali się wszy­scy w pokoju Kal­lina, a zaraz dołą­czył rów­nież asy­stent Wik­ner, który miał oczy do patrze­nia i uszy do poru­sza­nia nimi. Przy­wle­czony pija­nica jęczał, leżąc na pod­ło­dze, Jönsson i Smo­len­ski z czap­kami w rękach prze­stę­po­wali nie­pew­nie z nogi na nogę. Komi­sarz Kal­lin już się pod­no­sił z biu­ro­wego fotela, gotów, choć nie­chęt­nie, prze­jąć sprawę. Jeśli ten pijak rze­czy­wi­ście zamor­do­wał żonę, to sprawa pod­lega Wydzia­łowi Kry­mi­nal­nemu. Nie ma zatem wąt­pli­wo­ści, kto powi­nien tu dowo­dzić.

– Zna­ko­mi­cie – stwier­dził. – Może­cie odma­sze­ro­wać!

Jönsson i Smo­len­ski odma­sze­ro­wali. Asy­sten­towi Wik­ne­rowi, mimo nie­po­kaź­nej wagi, udało się pod­cią­gnąć deli­kwenta i posa­dzić na krze­sło i po paru chwi­lach oka­zało się, że ten wcale nie jest tak pijany, jak się począt­kowo zda­wało.

W żad­nym razie nie był trzeźwy, jed­nak stan jego roz­stroju był raczej spo­wo­do­wany jakąś traumą. Na przy­kład taką, że wła­śnie zamor­do­wał żonę.

– Nazwi­sko? – zadał ruty­nowe pyta­nie Kal­lin.

– Harry Krona. Musi­cie poje­chać do mnie i zająć się nią.

– Kim? – spy­tał Kal­lin.

– Moją żoną. Zabi­łem ją.

– Jeśli nie żyje, to nie ma pośpie­chu. Jak się nazywa żona?

– Na imię ma Mar­lene…

– Mar­lene Krona?

– Nie… na nazwi­sko ma Hor­wath.

– Horvat?

– Przez „w”, na końcu „h”.

Kal­lin wbił spoj­rze­nie w asy­stenta.

– Notu­jesz?

– Oczy­wi­ście – odparł asy­stent Wik­ner, się­ga­jąc po notes i dłu­go­pis.

– Adres? – kon­ty­nu­ował Kal­lin.

– Lärkvägen 10. Musi­cie tam jechać. Zamknij­cie mnie, ja już nie mam siły.

– Na pewno zosta­nie pan zamknięty, ale w swoim cza­sie. Jak pan to zro­bił?

– Co?

– W jaki spo­sób zabił pan żonę?

– Udu­si­łem ją gołymi rękami.

Pod­niósł do góry ręce, żeby w ten pro­sty i jasny spo­sób zilu­stro­wać swoje słowa. Kal­lin odno­to­wał, że widy­wał czyst­sze dło­nie.

– A dla­czego? – spy­tał. Naj­le­piej od razu wstęp­nie usta­lić motyw.

– Bo mnie pierw­sza ude­rzyła. Wieżą Eif­fla.

Hm, pomy­ślał Kal­lin. To nie­zwy­kłe, nawet wyjąt­kowe.

– Kopią – cią­gnął Harry Krona, pod warun­kiem że było to jego praw­dziwe imię i nazwi­sko. – Kupiła ją w Paryżu, na długo zanim się pozna­li­śmy. Jest z żelaza albo oło­wiu, nie wiem… taki suwe­nir.

– Tak przy­pusz­cza­łem, że raczej nie cho­dzi o ory­gi­nał – przy­znał Kal­lin. – Czyli przy­wa­liła panu, tak?

Krona ścią­gnął ostroż­nie czapkę i fak­tycz­nie był tam dal­szy ciąg wysta­ją­cego papierka. W rze­czy samej wyglą­dało to na więk­szą część rolki papieru toa­le­to­wego, która przy­kle­iła mu się do wło­sów.

– Krew – wyja­śnił. – Krwa­wiło to jak cho­lera.

Kal­lin spró­bo­wał sobie wyobra­zić to wszystko. Żona wymie­rza mężowi cios Wieżą Eif­fla, po czym ten ją dusi. Cóż, dla­czego nie?, pomy­ślał. Czło­wiek jest nie­zba­dany.

– Dla­czego? – spy­tał.

Jed­nak rze­komy zabójca nie odpo­wie­dział.

– Musimy tyle gadać? – spy­tał. – Nie może­cie mnie po pro­stu zamknąć i poje­chać na miej­sce, żeby się prze­ko­nać? Zosta­wi­łem miesz­ka­nie otwarte.

Teraz jest pra­wie pozbie­rany. W ogóle nie przy­po­mina szma­cia­nej lalki, jak jesz­cze przed chwilą. Wpraw­dzie na­dal jest brudny, jakby tarzał się w parku pod­czas desz­czu, ale już bez tych ner­wów na wierz­chu. Kal­lin zasta­na­wiał się przez kilka sekund.

– Olrajt – rzekł, zwra­ca­jąc się do gorącz­kowo notu­ją­cego kolegi. – Wik­ner, zała­twisz radio­wóz i dwóch ludzi. Ja dzwo­nię do Asu­nan­dera.

Wik­ner przy­tak­nął. Kal­lin obser­wo­wał Kronę z wiel­kim znu­że­niem. Przy­pusz­czał, że oto ma przed sobą kolej­nego pry­mi­tywa, któ­remu nie prze­szka­dza to roz­czu­la­nie się nad sobą. Uko­ro­no­wa­nie dzieła boskiego stwo­rze­nia… w dodatku Krona… kurwa.

– A pan z nami.

Lärkvägen 10 znaj­do­wała się w wil­lo­wym rejo­nie Prästgärdet. Dom wyglą­dał tak samo jak pra­wie wszyst­kie pozo­stałe w tym sąsiedz­twie. Par­te­rowy, fasada z jasno­sza­rych paneli, może dwu­dzie­sto­letni, przed nim traw­nik z kil­koma czę­ściowo bez­list­nymi krze­wami od ulicy. Niski pło­tek dopa­so­wany kolo­rem do domu. Cztery okna na ulicę, w dwóch znaj­du­ją­cych się na prawo od wej­ścia paliło się blade świa­tło.

Kie­rowca poli­cyj­nego busa, nazwi­skiem Jägerbrandt albo jakoś w tym stylu, zatrzy­mał się przed wjaz­dem na pose­sję. Kal­lin kazał mu zostać w aucie, żeby w razie potrzeby wezwać posiłki. On sam, asy­stent Wik­ner, Krona i poste­run­kowy piesz­czo­tli­wie zwany Hul­kiem wysie­dli. Krona na wszelki wypa­dek spięty kaj­dan­kami z Hul­kiem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Hans Kri­ster Rönblom – szwedzki autor kry­mi­na­łów, dzien­ni­karz i poli­to­log zmarły w 1965 r. (wszyst­kie przy­pisy pocho­dzą od tłu­maczki). [wróć]

Säpo – Säkerhetspolisen – szwedzki kontr­wy­wiad. [wróć]