Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
TYTUŁ NOMINOWANY DO NAGRODY SZWEDZKIEJ AKADEMII KRYMINAŁU DLA NAJLEPSZEGO KRYMINAŁU ROKU 2025.
Komisarz Asunander, niegdyś doświadczony policjant, dziś cierpiący na reumatyzm starszy pan, mieszka w komfortowym domu opieki dla seniorów w pięknym Visby na Gotlandii, gdzie prowadzi zapiski dotyczące niewyjaśnionego morderstwa czy też zaginięcia, do którego doszło trzydzieści lat temu. Zaskakujące okoliczności – dwa obcięte małe palce u rąk i pewne znalezisko dokonane na gotlandzkiej prowincji – sprawiają, że Asunander powraca do arcydziwnej historii o Harrym Kronie i Marlene Horwath. Co się właściwie wtedy wydarzyło?
Gunnar Barbarotti i Eva Backman, udający się na emeryturę, którą zamierzają spędzać spokojnie na Gotlandii, zostają wbrew sobie wciągnięci do pomocy dawnemu szefowi w próbie wyjaśnieniasprawy sprzed lat. I jak się okazuje, ryzykują bardziej niż kiedykolwiek przedtem.
Sieć o drobnych oczkach to ostatni tom z serii o parze Barbarotti – Backman.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 324
Tytuł oryginału: Det finmaskiga nätet
Copyright © 2025 by Håkan Nesser Copyright © 2026 for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca Copyright © 2026 for the Polish translation by Inga Sawicka
All rights reserved
First published by Albert Bonniers förlag, Stockholm, Sweden. Published in the Polish language by arrangement with Bonnier Rights, Stockholm, Sweden and Macadamia Literary Agency, Warsaw, Poland
Redaktorka prowadząca: Agnieszka Radzikowska Redakcja: Anna Brzezińska Korekta: Marta Tyczyńska-Lewicka, Maciej Korbasiński Projekt okładki: Magda Kuc Zdjęcia na okładce: © David Keochkerian / Trevillion Images Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
ISBN: 978-83-8252-844-2
Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.
Miasto Kymlinge w zachodniej Szwecji nadal nie istnieje. Co innego większość wymienionych w książce miejscowości na Gotlandii: Rute, Lokrume, Hejnum i Graute gård.
Natomiast Gunsarve i Höstsol są wymyślone, podobnie jak cała ta opowieść, zapewne ostatnia, w której występują Gunnar Barbarotti i Eva Backman.
Dwaj chłopcy – na skraju pola, lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte ubiegłego wieku.
Asunander – były komisarz z Kymlinge, w 2025 roku zamieszkujący dom opieki Höstsol w Visby.
Panna Watson – (Roseanna Hagström) jego zaufana.
Gunnar Barbarotti & Eva Backman – niegdysiejsi podwładni Asunandera w Kymlinge, przechodzący wkrótce na emeryturę.
Komisarz Kallin – policjant dochodzeniówki w Kymlinge w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku.
Paola Borgada – jak wyżej, lata dwudzieste tego wieku.
Harry Krona & Marlene Horwath – stolarz i fryzjerka, małżonkowie w latach 1995–1996.
Pedro Malmqvist & Bengt-Erik Lundman – byli mężowie Marlene Horwath.
Rickard Horwath – urodzony w Wiedniu w 1935 roku. Ojciec Marlene. Zmarł w Kymlinge w 1996 roku.
Kolejne żony i dzieci Rickarda Horwatha:
Birgitta Törner – Erich & Ellen
Lillemor Holm – Marlene, Klaus & Paul
Anneli Kinnunen – Lasse
Kerstin Holm – siostra Lillemor.
Gunder Krona i Elisabeth Wallin – rodzice Harry’ego Krony.
Lisa Wallin – jego siostra.
Gunnar Gunnarsson – rolnik z Lokrume–Hejnum.
Joel – jego wnuk.
Jenny – partnerka Joela, wnuczka Asunandera.
Oraz: ktoś o imieniu i nazwisku Georgi Adamsnouk, ktoś imieniem Kristoffer, znalazca Wieży Eiffla i ktoś, kto nazywa siebie profesorem.
Oprócz tego: różni mieszkańcy Kymlinge, Gotlandii i pozostałych części świata. Dziś i w przeszłości.
Słońce stoi na niebie skośnie do pól. Jest środek sierpnia, dojrzała pszenica o słomkowej barwie nie została jeszcze zebrana. Przypuszczalnie nastąpi to w najbliższych dniach, ale rolnikowi wlazło coś w krzyż; nie pierwszy raz, bo jest stary.
Oparci o kamienny murek na granicy pola siedzą dwaj chłopcy, jeden ma piętnaście lat, drugi właśnie skończył dwanaście. Obaj to właściwie miastowe dzieciaki, które późnym popołudniem wybrały się rowerami na wieś. Jest ku temu konkretny powód, potrzeba cichej powagi, o którą trudno pośród miejskiej zabudowy. Ten powód jest znany jedynie starszemu chłopcu, młodszy zdaje sobie tylko sprawę z podniosłości chwili. Na razie.
Podczas ich spotkań często tak jest, ma być coś tajemniczego, jakieś migotanie w brzuchu, bo wtedy jest ciekawiej. Nieraz o tym rozmawiali. To ten starszy zna słowa jak migotanie i on uczy młodego wszystkiego, co warto wiedzieć.
Jest władczy i prawie dorosły mimo młodego wieku.
– Zobacz – mówi właśnie i pokazuje coś, co wygląda jak mała siekiera. I rzeczywiście jest siekierką niewiele dłuższą od szkolnej linijki. – Ona jest z Włoch.
– Tak? – odpowiada młodszy i rozumie, że właśnie teraz dochodzą do sedna sprawy. Do powodu, dla którego przyjechali na tę wiochę i teraz są spoceni od pedałowania na rowerze i świecącego im w twarz ukośnego słońca.
– Albo może z Japonii.
– Z Japonii?
– Posłuchaj. We Włoszech to się nazywa mafia. A w Japonii – yakuza.
– Mafia i jakussa?
Powtarza cicho te słowa. Rozumie, że są ważne.
Piętnastolatek przytakuje z powagą i waży siekierkę w ręce.
– Oni mają swoje sposoby znakowania członków.
Dwunastolatek przełyka ślinę. Robi mu się nieprzyjemnie.
– Mam na myśli my. Powiedziałem oni, ale myślałem o nas. Ty i ja będziemy mieli własne oznakowanie.
– Tak?
– Na całe życie i na zawsze.
– Całe życie…?
– I na zawsze.
– Na zawsze.
– Właśnie. To jest jak przy zmieszaniu krwi. No wiesz, w braterstwie krwi. Chociaż jeszcze mocniejsze. Jesteśmy przyrodnimi braćmi. No to od teraz będziemy jak rodzeni bracia. Na całe życie i na zawsze.
Młodszy z chłopców patrzy na pole. Wolałby zakraść się i schować w zbożu. Albo być kłosem pszenicy. Stać w tym coraz niższym słońcu i kołysać się w otoczeniu kolegów-kłosów. Dziwna myśl, chłopiec nie potrafi powstrzymać się i chichocze.
– Chichoczesz?
– Nie.
– Zachichotałeś.
– Nie, wpadło mi tylko coś do nosa.
Przecież wie, co będzie. Kilka lat temu jego brat przyrodni przyciął sobie w drzwiach mały palec u dłoni. Coś się potem stało, może zakażenie, bo musiał pojechać do szpitala, gdzie mu kawałek odcięli. Jakieś pięć centymetrów. I właśnie o to chodzi tego popołudnia. Młody sam nie wie, jak udało mu się to zrozumieć, ale nieważne. Czasem rozumie się nawet wtedy, gdy nie wie się, skąd wzięło się to zrozumienie.
Bo posiadanie obciętego palca jest czymś szczególnym. I to bardzo. Człowiek staje się inny od wszystkich. Lepszy. A teraz w dodatku dowiedział się, dlaczego tak jest. Mafia i jakussa, tak to się nazywa?
Nie chce pytać, żeby nie naruszyć ani tajemnicy, ani powagi chwili.
– Dwaj bracia przyrodni staną się braćmi rodzonymi. Czy tak?
Chłopiec kiwa głową. Jasne, to zrozumiałe dla każdego.
– Nic nas nie rozdzieli. Krew jest ze wszystkiego najsilniejsza. My, bracia krwi, jesteśmy najsilniejszymi wojownikami na świecie. Nic nas nie pokona. To jest przymierze. Wchodzisz w to?
Chłopiec znów kiwa głową. No pewnie, że wchodzi.
Pewnie, że w to wchodzi. Przymierze najsilniejszych na świecie. Gdy teraz układa dłoń na płaskim kamieniu murku w taki sposób, żeby odstawał mały palec, jest to dla niego wielki honor. Zostaje przyjęty. Brat przyrodni unosi siekierkę i każe mu zamknąć oczy.
Chłopiec mdleje z bólu, a po oprzytomnieniu dostaje opatrunek z flaka do kiełbasy i taśmy izolacyjnej. Były przygotowane wcześniej.
A odcięty krwawy kawałek palca leży w pudełku od zapałek. Zakopują je pod murkiem, po zewnętrznej stronie. To ważna chwila. Kiedy chłopiec unosi swój zaopatrzony palec prosto pod niebo, to prawie wcale go nie boli.
Od czegoś trzeba zacząć.
Najbardziej chciałbym zacząć od stwierdzenia, że jestem starszym panem, który stał się niewypłacalny, ale tylko dlatego, że podoba mi się to sformułowanie. Jest na to francuskie wyrażenie, które brzmi jeszcze lepiej, chociaż w tym momencie nie mogę go sobie przypomnieć, tym bardziej zaś, jak się to pisze.
W rzeczy samej jestem starym zreumatyzowanym gliniarzem, od dawna emerytowanym, a od dość niedawna potrzebującym wózka inwalidzkiego. I nie jestem niewypłacalny: mieszkam w zadbanym domu seniora w otoczonym murami mieście Visby na najpiękniejszej z wysp. Mogę przez okno patrzeć na morze na zachodzie, skąd przypływają promy, a potem wracają na stały ląd. Latem zdarza się też jeden czy drugi wycieczkowiec przemierzający cały świat i najróżniejsze inne jednostki pływające, ale nigdy nie udaję się na deptak w porcie, żeby im się bliżej przyjrzeć. Albo wciągnąć w stare nozdrza nieco morskiego powietrza. Za to czasem siadam przy otwartym oknie, żeby posłuchać dochodzących stamtąd odgłosów ludzkich – miłych i niemiłych. Albo na którymś z tarasów. I to mi wystarcza.
Kiedy mówię, że potrzebuję wózka inwalidzkiego, nie znaczy to, że jestem do niego przykuty, nie do końca. Nadal mogę się przemieszczać, robiąc do dwudziestu czy trzydziestu kroków – nawet więcej, kiedy ćwiczę wieczorami – co jest praktyczne, bo mogę wstać z łóżka i dostać się do toalety o własnych siłach. I jeszcze przemieścić się na wózek inwalidzki albo fotel bez konieczności wzywania kogoś z personelu. Mogło być gorzej.
I pewnie będzie. Wszedłem w siedemdziesiąty ósmy rok życia, co oznacza, że na moim oddziale jestem prawie najmłodszy. Jest nas razem ośmioro, czterech mężczyzn i cztery kobiety. Chociaż pewnie lepiej będzie powiedzieć: czterech dziadów i cztery baby, to à propos różnych wyrażeń.
Młodszej ode mnie kobiecie na imię Roseanna, imię zarówno piękne, jak i odpowiednie, na przykład kojarzy się z jednym z najbardziej poczytnych kryminałów w tym kraju. Roseanna zjawiła się tutaj pół roku temu, po tym jak stara Signe, wdowa po mistrzu kominiarskim, rzuciła ręcznik tuż przed ukończeniem setki.
Nadobna Roseanna przekroczyła siedemdziesiątkę o zaledwie trzy lata i mamy ze sobą nieco wspólnego; na przykład to, że zapisuje moje słowa. Mój reumatyzm sprawił, że nie radzę sobie z klawiaturą, ale jak złapię w garść pióro, to tkwi w niej tak długo, aż ktoś je wyciągnie, najlepiej ja sam (zębami – implantami, bo prawdziwe zostały mi wybite podczas służby mnóstwo lat temu). Mój charakter pisma jest wręcz pożałowania godny, ale Roseanna jest dawną nauczycielką i umie przetłumaczyć nawet najgorsze hieroglify na zrozumiałą szwedczyznę. Jestem wdzięczny za jej istnienie. Mocno mnie natchnęła chęcią do życia i bez niej ten projekt nie ujrzałby światła dziennego. Może i tak nie spełni moich oczekiwań, ale przynajmniej go zapoczątkowaliśmy.
Chodzi o tę przeklętą dawną historię morderstwa – czy cokolwiek to było – ale również o to, co się pojawiło tej wiosny, wiele lat później. Pozwolę sobie twierdzić, że okoliczności są dziwne, upływ czasu zagęścił się w sposób dość nieprzyjemny i podejmuję tę rzecz nie bez pewnego niepokoju.
Jak było w piosence – coś jednak trzeba robić, czekając na śmierć.
A więc nazywam się Albin Asunander, a moje dorosłe życie można ująć jednym słowem: policjant. W 1970 roku zacząłem od patrolowania ulic w Göteborgu, a w 2012 skończyłem jako szef wydziału kryminalnego w Kymlinge. Czterdzieści dwa lata działania na zapleczu społeczeństwa, ale nie żałuję wyboru zawodu. Nigdy nie byłem wesołkiem, tylko raczej samotnikiem, już w latach liceum w Halmstad nazywano mnie Wilkiem Stepowym, a ktoś taki czuje się najlepiej tam, gdzie jest trochę ponuro.
Na szefa pewnie też nadaje się lepiej ten, kto nie jest zbyt pogodny i ochoczy do współpracy. Przynajmniej tak było przy wykonywaniu przeze mnie różnych zadań. Przez przeszło trzydzieści z ponad czterdziestu lat służby sprawowałem różne stanowiska kierownicze, a ostatnie najdłużej – bo więcej niż dwie dekady – w mieście w zachodniej Szwecji, które już wymieniłem.
Nigdy nie byłem żonaty, ale mam córkę, Julię, która przyszła na świat dzięki dość szczególnym okolicznościom w związku z wymianą sportową z klubem w ówczesnej NRD pod koniec lat sześćdziesiątych. O istnieniu Julii dowiedziałem się znacznie później, gdy była już dorosła i sama miała córkę, ale dało mi to wiele radości. Zostanie ojcem, kiedy właśnie ma się przejść na emeryturę, może być bardzo silnym, wręcz oszałamiającym przeżyciem.
Wydaje się, że dwudziestoletnia córka Julii, Jenny, moja jedyna wnuczka, odgrywa pewną rolę w historii, którą zamierzam opowiedzieć. Przynajmniej w sensie czysto geograficznym; to dziwna rzecz, której wagi nie potrafię ocenić w chwili, gdy to piszę, ale o tym w swoim czasie.
– To się nazywa pauvres honteux – mówi Roseanna, gdy w wigilię Wniebowstąpienia Pańskiego wypijamy u mnie po kieliszku porto. – To francuskie wyrażenie, którego sobie nie mogłeś przypomnieć.
Kiedy jednak zapisuję jej uwagę, nie chce jej uwzględnić przy przepisywaniu tekstu na czysto. Trochę się o to kłócimy, ona podkreśla, że chce być jedynie ghostwriterką, bez uczestnictwa w mojej opowieści i po wymianie argumentów za i przeciw przyjmuję jej punkt widzenia. W każdym razie respektuję. W zasadzie. Bo oczywiście może powstać taka sytuacja, w której zajdzie potrzeba rozszerzenia jej roli. Uzgadniamy, że będę pomijał jej prawdziwe imię i nazwisko, natomiast nazwę ją panną Watson, gdy jej udział w tej historii wyda się niezbędny.
Dość tych piruetów. A teraz do rzeczy.
Jesień 1996, mój szósty rok pracy w policji w Kymlinge. Chcę tu opisać i spróbować rozwikłać dziwne wydarzenia z owego czasu. Być może będzie to próba daremna, ale to jak melodia życia. Fail and fail again, do czego wzywa nas Irlandczyk. W marcu tamtego roku wybito mi zęby kijem baseballowym; wcześniej miałem zwyczaj, żeby mimo zajmowanej pozycji szefa od czasu do czasu wziąć udział w pracy operacyjnej w terenie, ale po tym nieszczęśliwym incydencie w zasadzie wycofałem się z policyjnego frontu. Wszystko ma swój czas, zresztą miałem wkrótce skończyć pięćdziesiąt lat.
Sprawa Marlene, tak ją wkrótce nazwano w mediach i nie tylko, któraś z gazet nazwała ją nawet Sprawą Błękitnego Anioła; zorientowali się, że głównej postaci nadano to imię, bo jej ojciec czy też dziadek był zagorzałym wielbicielem Marlene Dietrich. Ojciec nazwiskiem Horwath był Austriakiem, który osiadł w naszym kraju na początku lat pięćdziesiątych. Cholera wie, dlaczego zapamiętałem te nieistotne szczegóły, ale w moim wieku pamięć i niepamięć funkcjonują jak kłótliwe rodzeństwo, w którym nigdy nie ma zgody. Pochodzenie Marlene mogło mieć większe znaczenie dla tego, co się wydarzyło, niż wtedy myśleliśmy; właśnie tak to zazwyczaj wygląda w skomplikowanych sprawach, bo klucz do dzisiejszych i przyszłych zagadek zagrzebany jest w tym, co się wydarzyło wcześniej.
Ale mi się udało sformułowanie. Napiszę jeszcze o tym horwathskim pochodzeniu.
Jako zamężna po raz trzeci nasza anielica wciąż nosiła nazwisko Horwath, nigdy go nie zmieniała. W pewnym sensie, ale pomniejszonym, wykazywała pewne podobieństwo do sławnej poprzedniczki, przynajmniej niektórzy chcieli ją tak wspominać. Na pewno nie była żadną femme fatale, jak tamta wielka gwiazda filmowa, jednak była kobietą, która podobała się mężczyznom. Gdy stało się, co się stało – ewentualnie nie stało się – mieszkała ze swoim ówczesnym mężem, niejakim Harrym Kroną, w willi na Prästgärdet na wschodnim skraju Kymlinge. Małżeństwo było tak samo bezdzietne jak jej dwa poprzednie. Skończyła trzydzieści siedem, a może trzydzieści osiem lat i pracowała jako fryzjerka – zarówno damska, jak i męska – w salonie Zardzewiałe Nożyczki przy Małym Rynku w Kymlinge.
Przypomniało mi się, że tamtej jesieni nasza obsada kadrowa przedstawiała się dość kiepsko.
Barbarotti był na jakimś kursie w Wiesbaden, a Backman rodziła. Komisarz Kallin rozpoczął ostatni rok służby i wydawał się bardziej znużony niż kiedykolwiek, wprawdzie sprawny i kompetentny, ale zmagający się z nadwagą i uzależnieniem alkoholowym. Mieliśmy dwa czasowe zastępstwa z Göteborga, niejakiego inspektora Ståhle, który niestety okazał się powolniejszy w myśleniu od misia koala, i dziwnego jegomościa, którego właściwie nie zdążyłem poznać, nazwiskiem Adamsnouk. Wydaje mi się, że Kallin wykopał go z roboty po dwóch tygodniach, na pewno nie bez powodu. Poza tym nasz wydział kryminalny składał się z inspektorów Borgsena i Toivonena, obaj staranni i bardzo pracowici, ale do Nobla by raczej nie mogli kandydować. Owszem, miałem również garść asystentów, przypomina mi się zwłaszcza obiecująca młoda kobieta Lena Vargas, która z czasem zrobiła niezłą karierę w szeregach policji.
I to tyle, zresztą nie chcę w żadnym razie zwalać naszego niepowodzenia na braki kadrowe. Zrobiliśmy tyle, ile można było się po nas spodziewać, a gdy po jakimś miesiącu otrzymaliśmy jeszcze posiłki z głównej komendy policji, to żaden z przysłanych nam speców nie posunął sprawy do przodu nawet o centymetr. Mimo że tkwili tu przez zarówno Boże Narodzenie, jak i Nowy Rok. Po pół roku cała ta historia była tak samo niezrozumiała jak pierwszego dnia. A jeszcze bardziej niezrozumiała prawie trzydzieści lat później.
Siedzę czy też półleżę w łóżku i piszę, podparty trzema poduszkami, i zaczynam odczuwać ból tu i tam. Przede wszystkim w najpaskudniejszym miejscu w okolicy mego niewymienionego jeszcze stawu biodrowego. Być może nigdy nie będzie odpowiedniego momentu na sprawienie sobie nowego stawu; przez te lata, które mi zostały, lepiej będzie brać środki przeciwbólowe, niż raz jeszcze kłaść się pod nóż. Jest godzina piąta, za półtorej godziny kolacja. Już zdecydowałem, że zjadę na dół i zjem w jadalni; jest wtedy okazja spotkać się z całą zamieszkałą tu zgrają, nie tylko moimi siedmioma najbliższymi kompanami z oddziału numer dwa. Ogółem jest tu przeszło trzydzieścioro staruszków, jedno bardziej zgrzybiałe od drugiego, jednak są też osoby w dobrym stanie umysłowym, z którymi da się wymieniać myślami. Na przykład były wydawca Gallberg, który nie tylko jest wykształcony, ale jeszcze namiętnie gra w szachy. Rozegraliśmy kilka partii i nie udało mi się uzyskać lepszego wyniku niż remis. Inną osobą, z którą czasem zamieniam kilka słów, jest jedna z pierwszych pastorek w Szwecji, Margot Ekbladh, niestety ostatnio bardzo jej się pogorszyło i zapewne tęskni już do królestwa niebieskiego, którego ideę próbowała sprzedawać przez całe swoje życie.
Jednak dziś wieczorem skieruję wzrok nie na wydawcę ani pastorkę, tylko na pewną osobę, która może być częścią tutejszego personelu, chyba że jednak nie. Nie bardzo wiem, jak uzyskać potwierdzenie moich podejrzeń, a jeśli jest tak, jak mi się wydaje, to jestem niemal skłonny dołączyć do światopoglądu pani Ekbladh.
Ktoś tu kieruje i ktoś chce uzyskać spokój w grobie, jak być może wyraziłby się H-K Rönblom1. Ale dosyć na dziś, potrzebuję drzemki. Niech aniołowie ukołyszą mnie do snu.
Pewnego razu, gdy jeszcze myślał, że nigdy nie zazna miłości fizycznej, a nawet nie zobaczy nagiej żywej kobiety, Harry’emu Kronie przydarzyła się rzecz, o której potem latami miał śnić w niespokojne noce nasycone pożądaniem.
Było to parę tygodni przed Bożym Narodzeniem 1979. Harry miał wtedy dwadzieścia trzy lata i pracował jako stolarz w niedużej firmie budowlanej w Borås, gdzie się nie urodził, ale częściowo wychował. Jeśli komuś nie wychodzi w mieście z największą nadwyżką kobiet w całym kraju, to jest albo pedałem, albo idiotą. Po raz pierwszy usłyszał to powiedzenie jeszcze w liceum i nie mógł wyrzucić go z głowy. Miał pewność, że nie jest pedałem, trudniej było mu rozstrzygnąć, czy jest idiotą.
W każdym razie był człowiekiem osobnym i z tym się pogodził. Miał niewielu przyjaciół i wciąż mieszkał z mamą i młodszą siostrą Lizą aż do ostatniego lata, gdy mama zniecierpliwiła się, że Harry nie może wydorośleć, i załatwiła mu kawalerkę w Brämhult. Adres sam w sobie praktyczny, od pracy dzieliło go pięć minut jazdy rowerem, w dodatku miał niewielki balkon od zachodu, gdzie wieczorami mógł posiedzieć, popalając papierosy i popijając piwo. Przynajmniej aż do nadejścia jesiennych deszczy, kiedy musiał poprzestać na szybkim papierosie, prawie odmrażając sobie tyłek. Matka mu zapowiedziała, żeby pod żadnym pozorem nie palił w mieszkaniu, bo straciłoby na wartości, i musiał się jej słuchać, ponieważ to ona była właścicielką.
Gdybym miał skłonność do depresji, to na pewno bym w nią popadł, myślał wtedy. Zapobiegł temu tajemniczy trik, wprawdzie od dawna go nie stosował na serio, wiedział jednak, że wcześniej czy później znajdzie on zastosowanie, i to decydujące.
Drzwi ku czemuś innemu, ale również sposób, którego nie wolno nadużywać, bo wtedy utraci swą moc.
Więcej o tym w swoim czasie. A zatem był grudzień, konkretnie zaś piątek wieczorem. Z braku prawdziwych przyjaciół Harry zaczął się czasem zadawać z młodszym kuzynem ze strony ojca, imieniem Dick. Chłopak miał nie więcej niż siedemnaście lat i podobnie jak Harry’emu było mu trudno odnaleźć się w życiu. Dzięki przewadze wieku starszy kuzyn był wzorem dla młodszego. Harry miał pracę, samochód i mieszkanie, mógł robić zakupy w monopolowym i częstował zarówno piwem, jak i papierosami, kiedy Dick go odwiedzał. Na razie utrzymywali tę przyjaźń w pewnym sekrecie, zwłaszcza przed rodzicami Dicka, którym nie podobało się, że syn wraca do domu późno, zalatując alkoholem i dymem. Nie byliby zadowoleni, gdyby się wydało, że przesiadywał u krewniaka, przyjmując niezdrowe używki. Dick zwykle tłumaczył im, że był w grupie kolegów, różnych, i na razie to białe kłamstwo musiało jakoś wystarczyć.
Harry’emu podobało się, że kuzyn go podziwia. Nikt inny nie podziwiał, wręcz przeciwnie. Zawsze był pomiatany, w domu przez matkę i siostrę, również w szkole; koledzy w pracy może nie odnosili się do niego źle, jednak nikt nie zwracał na niego uwagi. Nie pytali, jak się ma, jakie ma plany na weekend, nie wciągali do rozmowy o piłce nożnej, dziewczynach i różnych takich.
Przyzwyczaił się, bo co mu innego pozostało? Na skali od jednego do dziesięciu jestem dwójką, myślał sobie. Bojaźliwi faceci nie całują się z ładnymi dziewczynami. Jest, jak jest, ale może będę miał asa w rękawie.
Po trzech, czterech piwach z Dickiem i jakichś dwóch papierosach do każdego piwa robiło się całkiem sympatyczne. Zwłaszcza jeśli był piątkowy wieczór i nie musieli myśleć o jutrze. Pijmy za ten ściek zwany życiem, mawiał, gdy już mu zaczynały błyszczeć oczy, a Dick się wtedy uśmiechał albo nawet się śmiał; za pierwszym razem Harry pomyślał nawet, że nigdy mu się to dotąd nie przydarzyło. Jeszcze nigdy nikogo nie rozśmieszył, co jest po prostu okropne, więc zrobiło mu się przyjemnie i miło na sercu, gdy Dick zaczął rechotać.
Do tego jeszcze postanawiali wtedy, że mają w nosie zakaz palenia w mieszkaniu. Przecież to się da wywietrzyć, zresztą matka i tak nigdy nie przychodziła tu, żeby sprawdzić. Jednakże nie umiał sobie odpowiedzieć, dlaczego w inne wieczory konsekwentnie palił tylko na balkonie, marznąc w tyłek. Pewnie miało to jakiś związek z sumieniem i tchórzostwem, zresztą w dni powszednie nie wypijał piw w liczbie niezbędnej do nabrania odwagi. Wszystko jedno. W pamiętny wieczór, o którym teraz mowa, obaj zdążyli już wypić po trzy puszki piwa i napoczęli czwartą, gdy Dick nagle wyjął papierosa z ust, wykrzykując:
– Co to było?
– Co? – zdziwił się Harry. – Co takiego?
– Nie słyszałeś?
Harry zgasił telewizor z policyjnym serialem, w którym i tak już dawno zgubili wątek.
– Nie, o co ci, kurde, chodzi?
Zanim Dick zdążył odpowiedzieć, znów dał się słyszeć jęk.
Jakby skowyt zwierzątka, które gdzieś utknęło, albo jęk zużytych zawiasów w drzwiach. Jednak żaden z nich nie kupował tego wyjaśnienia i gdy zaraz po następnym jęku usłyszeli huk i gruby męski głos, który najwyraźniej przeklinał w jakimś obcym języku, to już nie mieli wątpliwości.
Wszystko to dobiegało z sąsiedniego mieszkania.
– To Ponuras – powiedział Harry. – Bije żonę.
Dick kiwnął głową i zgasił papierosa. Nie znali prawdziwego imienia i nazwiska sąsiada, ale że był gruby i ponury, gdy Harry się na niego natykał, to pozostali przy tym określeniu.
– Ojej, niedobrze – powiedział Dick. – Trzeba coś zrobić.
Nie jest jasne, czy Harry nie chciał zawieść wielkiego zaufania, jakie w nim pokładał kuzyn, czy była to siła oddziaływania alkoholu. Prawdopodobnie jedno i drugie; w każdym razie nagle Harry stał się człowiekiem czynu. Wypił porządny łyk, zgniótł puszkę, choć nie została opróżniona do końca, i wygrzebał się z fotela obitego sztuczną skórą. Chwilę stał, chwiejąc się lekko na zdrętwiałych nogach, by wreszcie wypluć z siebie rozkaz:
– Wchodzimy tam! Ależ z niego kotlet wieprzowy!
– Weź coś ze sobą, żeby mu przyłożyć – odparł Dick, chichocząc nerwowo.
– No jasne – prychnął Harry. – Idziesz ze mną!
I tak się stało.
Harry szedł pierwszy, Dick dwa kroki za nim. Po wyjściu na klatkę schodową – przywódca uzbrojony w żeliwną łyżkę do butów, a uczeń nieuzbrojony – usłyszeli kolejne huki, jęki i przekleństwa zza uchylonych drzwi do sąsiada. Zanim go w swe szpony zdążyło chwycić wahanie, Harry grzmotnął w drzwi, otwierając je na oścież, i ryknął:
– Policja! Freeze!
Musiał zaczerpnąć to z serialu, który właśnie przestali oglądać, choć sam sobie tego nie uświadamiał. Tak czy inaczej, poskutkowało. Ponuras, ubrany jedynie w imponujące zwały tłuszczu i szare workowate kalesony, znieruchomiał na środku salonu z otwartą gębą i wytrzeszczonymi oczami. Za nim, szlochając, leżała częściowo pod szklanym stolikiem jego małżonka, imię nieważne. Ubrana jedynie w biustonosz i koronkowe majtki, obydwie te sztuki odzieży znacznie elegantsze od gatek jej męża. Na stoliku stały dwie napełnione do połowy szklanki z jakąś brązową zawartością i leżał duży kot w kolorze makreli. Oprócz tego torebka czipsów i dwie blaszane miski, z których jedna zawierała chyba kocią karmę, a druga była pełna po brzegi niedopałków. W pokoju unosiła się niczym mgła ostra woń będąca mieszaniną różnych mocno podejrzanych składników.
Harry zarejestrował to wszystko w czasie krótszym od sekundy, wiele lat później wciąż potrafił przywołać cały obraz, jakby to była fotografia, tak samo jak fakt, że sutek jednej, prawej piersi żony Ponurasa wyjrzał znad brzegu jej biustonosza.
Zanim ktokolwiek zdążył powiedzieć słowo, Harry podszedł i ciężką żeliwną łyżką do butów przyłożył w łeb tłustemu sąsiadowi. Ten padł jak powalony wół, a kot opuścił pokój.
Małżonka zerwała się na nogi i poprawiła sobie biustonosz. Na jednym oku miała wielką śliwę, ze skaleczonej dolnej wargi leciała jej krew. Mimo tych niedoskonałości dokuśtykała do Harry’ego i rzuciła mu się na szyję. Przycisnęła potężne piersi do jego chudziutkiego torsu i zabełkotała mu do ucha:
– Uwielbiam facetów z ikrą.
Gunnar Barbarotti siedział na promie płynącym na Gotlandię. Słońce świeciło nad spokojnym morzem, był koniec maja, a Barbarotti cieszył się, że ma przed sobą tydzień wolnego. Właściwie to nawet dziewięć dni. Za niespełna miesiąc przyjdzie po raz ostatni do pracy w policji w Kymlinge i rozpocznie życie emeryta. Myśl co najmniej oszałamiająca.
W dodatku miał wraz z Evą Backman przeprowadzić się na wyspę na stałe. I to było jeszcze bardziej oszałamiające.
Prawie czterdzieści lat jako gliniarz. Przynajmniej nie zostałem zastrzelony na służbie, pomyślał. Zawsze coś. Eva też nie.
Wolnego!, pomyślał zaraz. Jeszcze nie jesteśmy na mecie. Człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi.
Po czym zasnął, a trzy minuty później został obudzony właśnie przez Evę Backman, partnerkę w pracy i w życiu, która przyniosła z kafeterii tacę z artykułami pierwszej potrzeby.
– Dzień dobry, komisarzu – powitała go.
– Miło, że pytasz – odparł nieprzytomnie.
– O nic nie pytałam.
– Wycofuję to. Dawaj tę kawę – powiedział.
Uśmiechnęła się.
– Jesteś przeuroczy. Dlaczego nie prowadzisz własnego talk-show w telewizji?
– Prawda, że to niezrozumiałe. To jak się nazywa ta dziennikarka?
– Axelryd. Jenny Axelryd.
– I mamy się z nią spotkać w Brödboden, tak?
– Ty masz się spotkać, nie ja. Ale owszem, Brödboden przy Södertorg. Powodzenia. To miło, że się interesują naszym przyjazdem, prawda?
– Pierwszy krok w stronę mojego talk-show – odparł Barbarotti. – Tyle że tu jest chyba słabo z newsami, dopóki nie ma turystów.
– A my nie jesteśmy turystami?
– Jeśli już, to tylko przez ten tydzień. Kiedy przyjedziemy następnym razem, będziemy już prawdziwymi Gotlandczykami.
– Możesz to sobie wmawiać – skomentowała Eva Backman, otwierając swoją książkę. – Ja słyszałam, że trzeba sześciu pokoleń.
Jenny Axelryd była już na miejscu i wypatrzyła stolik na zapleczu Brödboden. Na trawniku tuż przy murze, co Barbarotti od razu uznał za doskonały wybór, może nie tyle na przeprowadzenie wywiadu, ale na pewno żeby przysiąść tu z filiżanką kawy i książką, mając za plecami ten mur, opierający się zębowi czasu od tysiąca lat, czy jakoś tak.
– Ile lat liczy ten mur? – spytał.
Jenny Axelryd zaśmiała się. Wyglądała na trzydziestkę i Barbarotti zgadywał, że urodziła się raczej w sztokholmskiej dzielnicy Söder niż tu na wyspie.
– Nie mam pojęcia – przyznała. – Wygooglujemy?
– Nie, nieważne. Zamiast tego proszę mi powiedzieć, skąd pomysł, żeby robić ze mną wywiad. Szczerze mówiąc, nie jestem przyzwyczajony do takich rzeczy.
– Zamierza pan tu osiąść, to chyba wystarczający powód?
– Pewnie już się zdarzało, że ktoś się tu przeprowadza na Gotlandię. Zresztą skąd pani o tym wie?
– A nie jest pan policjantem?
Znów się zaśmiała, a Barbarotti pomyślał, że łatwo polubić młode kobiety, które się śmieją.
– Jeszcze tylko miesiąc. A więc kto jest pani informatorem?
– Powinien pan wiedzieć, że reportera nie wolno pytać o jego źródła.
– Skoro pani tak mówi – odparł. – Tak czy inaczej, poczułem się dzięki pani bardzo ważny. Jednak zapewniam, że nie przybywam jako wysłannik Säpo2, po prostu przechodzę na emeryturę. Moja kariera w policji kryminalnej dobiega końca.
– Jednak zamierza pan kontynuować walkę z przestępczością? Tu na wyspie?
– Co? Skąd się pani to wzięło?
Kobieta upiła łyk swojej latte i spojrzała figlarnie. Naprawdę… słowo figlarnie było tu zdecydowanie na miejscu.
– Znów pan węszy za moim źródłem, co?
Barbarotti podrapał się w głowę.
– Przepraszam. Ale jeśli powiem, że nie mam zamiaru kontynuować ścigania łobuzów, to co pani na to?
Reporterka Axelryd odchyliła się na krześle i przez chwilę pogryzała żółty ołówek. Barbarottiemu wydało się, że rozpoznaje model z jego czasów szkolnych, czyli sprzed stu lat.
– Biuro detektywistyczne Fårösund – powiedziała.
O Boże, pomyślał emerytowany niebawem komisarz kryminalny. Tamten nagły, idiotyczny pomysł. Komu… komu ja o tym wspomniałem?
Dobre pytanie. Evie, rzecz jasna, ale ona by przecież nie…?
Lindhagen? No tak, z inspektorem Lindhagenem mógł o tym gadać przy piwie, ale żeby kolega miał pójść do prasy z takim idiotyzmem… czy to możliwe?
Z drugiej strony Lindhagen był stąd, więc dla dziennikarki zwrócenie się do takiego źródła było pewnie rzeczą naturalną.
– Widzę, że to się chyba zgadza – zaśmiała się znów Jenny Axelryd. – Ale może nie chce pan rozmawiać na ten temat, dopóki nie stanie się faktem?
– Hm – mruknął Barbarotti i wymijająco odgryzł spory kawałek cynamonowej drożdżówki.
Reporterka ugryzła znacznie mniejszy kęs migdałowego ciastka.
– Gotlandzka policja na pewno by to doceniła – ciągnęła, podążając wciąż tą samą ścieżką. – Był pan już w kontakcie z nimi?
– Skądże znowu – odparł Barbarotti, który już przeżuł i postanowił przyjąć przychylniejszą postawę. – Prywatny detektyw woli pracować poza zasięgiem radaru, na tym polega zasadnicza różnica, dzięki której czasem udaje mu się rozwiązywać problemy tam, gdzie zwyczajna policja zawiodła.
– Wygląda na to, że już pan tego spróbował?
– Na to pytanie muszę odpowiedzieć: pas – rzekł Barbarotti, przywołując porozumiewawczy uśmiech.
– Rozumiem. To może już pan pracuje nad jakąś tutejszą sprawą? Na przykład na północy wyspy?
Barbarotti pokręcił głową.
– Zamierzam zacząć od porządnego urlopu. A potem zobaczymy. Zresztą nie przeprowadzimy się tutaj przed świętem midsommar.
– Tak, wiem. I towarzyszy panu żona? Która również jest funkcjonariuszką policji kryminalnej. Czy ona będzie…?
– Obiecałem jej, że nie będę o niej rozmawiać w tym wywiadzie – przerwał Barbarotti. – No właśnie, od jak dawna mieszka pani na wyspie?
– Piąty rok – odpowiedziała Jenny Axelryd. – Mam męża Gotlandczyka i zamierzam zostać tu pochowana.
– W pani przypadku pewnie nastąpi to dopiero za dziewięćdziesiąt lat. Ale podzielam pani stanowisko… chociaż będę miał mniej czasu przed sobą. Ponoć jest tu sporo przyjemnych cmentarzy… Na przykład Hellvi, zna go pani?
– Mieszkam w Hellvi.
– Aha? To chyba rozumiem.
– Co pan rozumie?
– Kim jest pani źródło. Hellvi i Rute to przecież parafie sąsiedzkie. Mówi pani coś nazwisko Lindhagen?
W tym momencie reporterka Axelryd wybuchła głośnym śmiechem.
– Wydaje mi się, że odniesie pan sukces jako prywatny detektyw. Przecież to ja miałam dowiedzieć się różnych rzeczy o panu, a nie odwrotnie.
– Trafiło się ślepej kurze… – zauważył skromnie Barbarotti.
Uwielbiam facetów z ikrą.
Oto słowa do delektowania się w ponure dni. W pewnym sensie go prześladowały i ukierunkowały, chociaż musiało minąć trochę czasu, zanim to zrozumiał – że jedno prowadzi do drugiego i wszystko, co się dzieje, ma jakiś sens.
Nie, nie wszystko, ale niektóre rzeczy tak. To, że wydarzenie w mieszkaniu sąsiadów nie miało żadnego dalszego ciągu (państwo Ponurasostwo wyprowadzili się następnej wiosny), postrzegał jednak jako dowód, że w całym tym dziwnym epizodzie chodziło o coś… tak, o coś wyższego. Coś, co dotyczyło jego życia, co było nauką, którą należało wyciągnąć i jej nie zaprzepaścić; gdyby był choćby w najmniejszym stopniu religijny, to w tym grudniowym wieczorze z Dickiem, sąsiadami, łyżką do butów i sutkiem ujrzałby jakiś znak. A nawet więcej. Subtelne wskazówki ze strony wyższych sił, w których rękach najwidoczniej spoczywał, przelewając się, jego dość oszczędnie zarysowany los, wszakże wyposażony w kręgosłup o istotnym znaczeniu. Choć znaczenie wcale nie musi być czymś pozytywnym.
Wyrażając to określeniami, które gubił zaraz po tym, jak je pomyślał. Z drugiej strony nieźle mu szło, gdy chodziło o słowa, w każdym razie o te, które tylko pomyślał; nauczyciel szwedzkiego w ostatnich klasach podstawówki powiedział mu nawet, że ma żyłkę do poezji.
O kurde, pomyślał wówczas, jednakże ten nauczyciel był dziwakiem znanym z tego, że potrafił smęcić jak nie przymierzając ksiądz.
Tak czy inaczej. To, co potem nazwał w myślach Minutą bladej śmierci – wyrażenie, które zapewne padło z ust tegoż nauczyciela-dziwaka – wydarzyło się więcej niż dekadę po incydencie z Ponurasami, i nie dało się zepchnąć w niepamięć. Niestarannie, zatem źle schowane. Później, ale zanim było po wszystkim pomyślał, że lepiej byłoby to nazwać Półroczem bladej śmierci. Tak, zdecydowanie.
W każdym razie: pewnego lipcowego wieczoru nastąpił dalszy ciąg roztropnych słów pani Ponurasowej na temat męskich atutów. Chyba że chodziło o tylko jeden atut? Harry zdążył skończyć trzydzieści dziewięć lat i choć wiele okoliczności się zmieniło – nowe mieszkanie, inne miasto, wyższe czoło, nowy używany samochód, usunięte dwa zęby mądrości i występy w amatorskim teatrze (w dwóch sztukach, tylko tyle) – to wiele zostało po staremu. Nadal był singlem, nadal pracował jako stolarz, w weekendy popijał piwo i inne trunki, miał niewielu kolegów i palił papierosy Prince. Przez kilka miesięcy, a było to związane z przeprowadzką z Borås do Kymlinge, próbował przejść na Lucky Strike, ale potem wrócił do poprzedniej zaufanej marki.
W minionych latach udało mu się odbyć stosunki z dwiema kobietami, z każdą po razie. Pierwszą była bezimienna żółtowłosa dziwka w Amsterdamie, druga miała na imię Monica, była dziesięć lat od niego starsza i prowadziła księgowość firmy budowlanej, w której pracował w pierwszych latach po przeprowadzce do Kymlinge. Oboje uczestnicy tej drugiej sytuacji byli pijani jak bele.
Po tych erotycznych eskapadach czuł lekkie obrzydzenie i wstyd, który jednak z wolna osłabł i zamienił się w mroczną, bardzo mroczną tęsknotę. Onanizował się regularnie, mniej więcej raz w tygodniu, i był, ogólnie rzecz biorąc, nie tak bardzo niezadowolony z życia. Oglądał sport w telewizji, grał w totolotka i obstawiał gonitwy kłusaków. Od czasu do czasu spotykał się z Sunem, byłym kolegą z pracy, młodszym o kilka lat dość kiepskim stolarzem. Samotnym jak księżyc na niebie, nieśmiałym jak panienka i niepewnym. Dość podobnym do kuzyna Dicka z dawnych czasów, z którym Harry już nie miał żadnego kontaktu. I dobrze, bo w latach osiemdziesiątych Dick kompletnie się wykoleił i wylądował w więzieniu. Nawet nie raz.
A więc do rzeczy. Był wieczór, ciepły i obiecujący. Ostatni piątek trzytygodniowego urlopu, gdy Harry, jak nigdy, usiadł sobie w ogródku restauracyjnym Tunnbindargillet. Właściwie miał mu towarzyszyć Sune, ale kolega zadzwonił po południu i powiedział, że ma zapalenie ucha.
Zapalenie ucha?, zdziwił się Harry. To chyba coś takiego, co w przedszkolu łapią zasmarkane dzieci? W dodatku zimą. Jednakże Sune był wątłego zdrowia, nie licząc innych niedostatków, i po zakończeniu rozmowy i chwili wahania Harry postanowił, że tak czy tak kopnie się do Gillet, jak nazywano restaurację, żeby coś zjeść i wypić parę piw. Żyje się tylko raz, a żołądek trzeba napełnić.
W ów wieczór, jak się okazało, nie tylko podawano dania i napoje, ale również grała kapela. Około wpół do dziewiątej, gdy Harry już dostał na swój stolik zamówioną kawę i lampkę koniaku, na estradkę pod wielkim kasztanem wkroczył czteroosobowy zespół: basista, pianista, gitarzysta i perkusista. Chłopcy nazwali się Påläggskalvarna från Örkelljunga – Obiecujące Talenty z Örkelljunga – a grali jazz i swing, w dodatku rewelacyjnie. Przygotowany na wieczór parkiet do tańca został szybko zapełniony przez kiwających się, twistujących i podskakujących ludzi, rozweselonych i lekko podpitych, oczarowanych letnim wieczorem.
Harry siedział wciąż przy swoim stoliku. Tupiąc do rytmu, zamówił kolejne piwo. Wkrótce wpadł w doskonały humor i postanowił, że też spróbuje szczęścia na parkiecie. Nawet nie trzeba było zapraszać do tańca, wystarczyło wbić się w tłum, a potem podrygiwać i obracać się wedle swoich umiejętności.
Szczęście sprzyja odważnym, nie minęło wiele czasu, jak poczuł się sparowany z ciemnowłosą, ładną kobietą w jego wieku. Przytrzymywała go spojrzeniem, wijąc się lekko i podrygując w tym samym rytmie co on. O kurde, pomyślał Harry, to dopiero jest życie.
Po kilku szybkich piosenkach przyszła pora na pościelówę a wtedy nie wahając się, chwycił tę swoją kobietę i przygarnął, a ona była nie od tego, więc przylgnęli do siebie ciałami. W środku ciżby tańczyli lekko i pewnie, jakby robili to tysiące razy, a gdy piosenka właśnie się kończyła, przycisnęła się do niego jeszcze mocniej, szepcząc mu do ucha:
– Uwielbiam facetów z ikrą.
Gdyby był trzeźwy, to pewnie by zemdlał. Albo zwiał. Na szczęście było oczywiste, że to inna kobieta niż poprzednim razem, a on był idealnie pijany.
A więc ustał na nogach i spytał ją o imię.
– Marlene – odpowiedziała. – Mam na imię Marlene.
– Jestem Felix – odparł Harry.
Kilka godzin później odbył swój trzeci stosunek w życiu. Po znanym mu wcześniej poczuciu wstydu i obrzydzenia nie było śladu.
Padało. Był poniedziałkowy poranek. Wczesny. Umęczony blady świt.
Komisarz Kallin obrócił ciężkie ciało w łóżku i w tym momencie zapragnął leżeć w pokoju hotelowym w jakimś innym miejscu na świecie. Anonimowo i uwolniony od wszelkiej odpowiedzialności. Za jakieś pół godziny po lekkim pukaniu do drzwi przez kobietę o oliwkowej karnacji zjawiłoby się na tacy śniadanie. Obfite, ale bez przesady. Dzbanek kawy, dwa jajka. Cztery tosty. Ser, plasterki kiełbasy i dżem. Jogurt i szklanka soku. Poświęciłby na to godzinę, a potem by ponownie zasnął. Może po południu zrobiłby spacer plażą.
Piękne myśli. Niestety pozbawione sensu, ponieważ zupełnie się nie pokrywały z rzeczywistością.
A rzeczywistość przypominała bardziej… no właśnie, co? Musiał się chwilę zastanowić. Może puste, wyjedzone przez szczury pudełko po pizzy, które przeleżało całą noc na deszczu, a w końcu zostało obsikane przez pijanego neonazistę.
Skąd mu się to bierze? Bez wątpienia trafna obserwacja, chociaż kompletnie nieprzydatna. Spojrzał na swój pękaty budzik, to cud, że wciąż chodzi, chociaż tyle razy był ciskany o podłogę.
Wpół do ósmej. Kallin wstał, poszedł do toalety i odlał się, jak to mówią.
Wrócił do sypialni i wzdrygnął się na widok swego łóżka, które przedstawiało żałosny widok. Zastanawiał się przez chwilę, kiedy ostatnio zmieniał pościel, ale nie umiał sobie na to odpowiedzieć. Pewnie ze trzy tygodnie temu. Co najmniej.
W każdym razie nie jestem bezdomny, pomyślał. Wciąż mam pracę i jestem szanowanym obywatelem. Ludzie nawet pojęcia nie mają.
Chociaż pewnie mają. Albo się domyślają. Jednak do emerytury zostało mu mniej niż rok, więc dawali mu spokój. Takie to pewnie było proste. Ale jak już minie ten kamień milowy, to będzie pić, ile zechce, i pościel zmieniać raz na rok.
Albo zamieszka w hotelu w Hiszpanii. W przyjemnym rytmie i w przyjemnej aurze zapije się na śmierć, nie będąc dla nikogo ciężarem. A jak będzie miał ochotę, to pójdzie na korridę. Spojrzał przez okno w kuchni. Kurde, ale pada.
Zainspirowany potokami deszczu poszedł pod prysznic i postanowił, że również w ten poniedziałek pójdzie do pracy.
Dzień był kompletnie nieudany, a jego ukoronowaniem był wieczorny dyżur. Policja schwytała poszukiwanego złodzieja, który zgodnie z regulaminem miał zostać przejęty przez komisarza Kallina, ale z niejasnych powodów nie pojawił się, łobuz jeden.
Tamten dzień i data dwudziesty ósmy października stały się tak pamiętne z całkiem innego powodu. By nie powiedzieć zdecydowanie innego, w każdym razie Kallin nie przypominał sobie niczego podobnego, a przecież mógł przywołać najróżniejsze doświadczenia z czterdziestu lat służby.
Zaczęło się tuż przed jedenastą w nocy. Zrezygnowany Kallin czekał na złodzieja, w wydziale kryminalnym wraz z asystentem Wiknerem. Każdy z nich siedział w swoim pokoju, ale pozostając w kontakcie wzrokowym przez szklaną ścianę. Wikner był rudawy i ważył pewnie z sześćdziesiąt pięć kilo, a Kallin dwa razy tyle. Nie żeby miało to jakieś znaczenie, ale przyszło mu na myśl. Może z braku innego tematu do rozważań. Wprawdzie miał na biurku sporą kupkę akt ze spraw, które jeszcze nie zostały umorzone, ale żadna z nich nie była jakoś pilniejsza od innych.
A więc – jak później zapisano w protokole – około 22.52 weszło dwóch młokosów z patrolu o nazwiskach Jönsson i Smolenski, wlokąc mężczyznę w średnim wieku, który, jak się wydawało, znajdował się w stanie kompletnego rozstroju.
W każdym razie taka była pierwsza ocena, która przyszła do głowy komisarzowi Kallinowi. Przecież ten flejtuchowaty pijanica jest w stanie kompletnego rozstroju! Po co ci idioci go tu przywlekli? Do cholery, dawać go na dołek dla pijaków!
Przywleczony gość miał na głowie brudną żółtą czapeczkę z zielonym napisem nad daszkiem głoszącym, że najlepszym miastem jest Motala. Po lewej stronie tuż obok tekstu widać było sporą ciemną plamę i wystający kawałek papieru: toaletowego albo ręcznika kuchennego. Mężczyzna miał wąską twarz, blisko osadzone oczy, ostro zarysowany nos i wąziutkie, trochę krzywe usta. Ubranie składało się z lekko ubłoconej rozpiętej kurtki zamszowej, golfa i czarnych dżinsów; te ostatnie nosiły ślady chodzenia na czworaka po dworze. Brudne brązowe buciory, jeden z rozwiązanym sznurowadłem. Kallin westchnął tak ciężko, że na sekundę stracił oddech.
– A więc?
– Znaleźliśmy go przed komisariatem – powiedział Jönsson, chyba że był to Smolenski. – Mówi, że zamordował swoją żonę.
– Więc pomyśleliśmy – ciągnął Smolenski, a może Jönsson – że można go tu przyprowadzić.
Znajdowali się wszyscy w pokoju Kallina, a zaraz dołączył również asystent Wikner, który miał oczy do patrzenia i uszy do poruszania nimi. Przywleczony pijanica jęczał, leżąc na podłodze, Jönsson i Smolenski z czapkami w rękach przestępowali niepewnie z nogi na nogę. Komisarz Kallin już się podnosił z biurowego fotela, gotów, choć niechętnie, przejąć sprawę. Jeśli ten pijak rzeczywiście zamordował żonę, to sprawa podlega Wydziałowi Kryminalnemu. Nie ma zatem wątpliwości, kto powinien tu dowodzić.
– Znakomicie – stwierdził. – Możecie odmaszerować!
Jönsson i Smolenski odmaszerowali. Asystentowi Wiknerowi, mimo niepokaźnej wagi, udało się podciągnąć delikwenta i posadzić na krzesło i po paru chwilach okazało się, że ten wcale nie jest tak pijany, jak się początkowo zdawało.
W żadnym razie nie był trzeźwy, jednak stan jego rozstroju był raczej spowodowany jakąś traumą. Na przykład taką, że właśnie zamordował żonę.
– Nazwisko? – zadał rutynowe pytanie Kallin.
– Harry Krona. Musicie pojechać do mnie i zająć się nią.
– Kim? – spytał Kallin.
– Moją żoną. Zabiłem ją.
– Jeśli nie żyje, to nie ma pośpiechu. Jak się nazywa żona?
– Na imię ma Marlene…
– Marlene Krona?
– Nie… na nazwisko ma Horwath.
– Horvat?
– Przez „w”, na końcu „h”.
Kallin wbił spojrzenie w asystenta.
– Notujesz?
– Oczywiście – odparł asystent Wikner, sięgając po notes i długopis.
– Adres? – kontynuował Kallin.
– Lärkvägen 10. Musicie tam jechać. Zamknijcie mnie, ja już nie mam siły.
– Na pewno zostanie pan zamknięty, ale w swoim czasie. Jak pan to zrobił?
– Co?
– W jaki sposób zabił pan żonę?
– Udusiłem ją gołymi rękami.
Podniósł do góry ręce, żeby w ten prosty i jasny sposób zilustrować swoje słowa. Kallin odnotował, że widywał czystsze dłonie.
– A dlaczego? – spytał. Najlepiej od razu wstępnie ustalić motyw.
– Bo mnie pierwsza uderzyła. Wieżą Eiffla.
Hm, pomyślał Kallin. To niezwykłe, nawet wyjątkowe.
– Kopią – ciągnął Harry Krona, pod warunkiem że było to jego prawdziwe imię i nazwisko. – Kupiła ją w Paryżu, na długo zanim się poznaliśmy. Jest z żelaza albo ołowiu, nie wiem… taki suwenir.
– Tak przypuszczałem, że raczej nie chodzi o oryginał – przyznał Kallin. – Czyli przywaliła panu, tak?
Krona ściągnął ostrożnie czapkę i faktycznie był tam dalszy ciąg wystającego papierka. W rzeczy samej wyglądało to na większą część rolki papieru toaletowego, która przykleiła mu się do włosów.
– Krew – wyjaśnił. – Krwawiło to jak cholera.
Kallin spróbował sobie wyobrazić to wszystko. Żona wymierza mężowi cios Wieżą Eiffla, po czym ten ją dusi. Cóż, dlaczego nie?, pomyślał. Człowiek jest niezbadany.
– Dlaczego? – spytał.
Jednak rzekomy zabójca nie odpowiedział.
– Musimy tyle gadać? – spytał. – Nie możecie mnie po prostu zamknąć i pojechać na miejsce, żeby się przekonać? Zostawiłem mieszkanie otwarte.
Teraz jest prawie pozbierany. W ogóle nie przypomina szmacianej lalki, jak jeszcze przed chwilą. Wprawdzie nadal jest brudny, jakby tarzał się w parku podczas deszczu, ale już bez tych nerwów na wierzchu. Kallin zastanawiał się przez kilka sekund.
– Olrajt – rzekł, zwracając się do gorączkowo notującego kolegi. – Wikner, załatwisz radiowóz i dwóch ludzi. Ja dzwonię do Asunandera.
Wikner przytaknął. Kallin obserwował Kronę z wielkim znużeniem. Przypuszczał, że oto ma przed sobą kolejnego prymitywa, któremu nie przeszkadza to rozczulanie się nad sobą. Ukoronowanie dzieła boskiego stworzenia… w dodatku Krona… kurwa.
– A pan z nami.
Lärkvägen 10 znajdowała się w willowym rejonie Prästgärdet. Dom wyglądał tak samo jak prawie wszystkie pozostałe w tym sąsiedztwie. Parterowy, fasada z jasnoszarych paneli, może dwudziestoletni, przed nim trawnik z kilkoma częściowo bezlistnymi krzewami od ulicy. Niski płotek dopasowany kolorem do domu. Cztery okna na ulicę, w dwóch znajdujących się na prawo od wejścia paliło się blade światło.
Kierowca policyjnego busa, nazwiskiem Jägerbrandt albo jakoś w tym stylu, zatrzymał się przed wjazdem na posesję. Kallin kazał mu zostać w aucie, żeby w razie potrzeby wezwać posiłki. On sam, asystent Wikner, Krona i posterunkowy pieszczotliwie zwany Hulkiem wysiedli. Krona na wszelki wypadek spięty kajdankami z Hulkiem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Hans Krister Rönblom – szwedzki autor kryminałów, dziennikarz i politolog zmarły w 1965 r. (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki). [wróć]
Säpo – Säkerhetspolisen – szwedzki kontrwywiad. [wróć]
