Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Po śmierci Amelii rodziny Korbielewiczów i Mielewskich próbują odnaleźć się w nowej, trudnej rzeczywistości. Bliskość, jaka jeszcze niedawno łączyła Wiktorię i Luizę, zamienia się we wrogie milczenie i wymuszoną uprzejmość, odkąd obie pokochały tego samego mężczyznę. Franciszek z kolei nie potrafi wybrać między sercem a obowiązkiem. A matki młodych? O tak, one wiedzą doskonale, co powinno się wydarzyć.
Wkrótce i Wiktoria, i Luiza rozpoczynają nowe życie, już jako mężatki. Rzeczywistość okazuje się jednak inna od dziewczęcych wyobrażeń. Odrzucenie, niespełnione oczekiwania, samotność i sekrety – z tym wszystkim przyjdzie im się zmierzyć. I to bez słowa skargi. Bo prawdziwe damy nie mówią o swoim bólu.
Kolory tęsknoty opowiadają o dalszych losach bohaterek znanych z Odcieni samotności. To zarazem czwarta powieść Natalii Thiel, autorki świetnie przyjętych przez czytelników powieści Walc dla Izabeli i Dziewczyna z portretu.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 385
Ty mej śmierci nie płacz! Mnie się dobrze dzieje,
Jam bojaźni próżna, ale nie nadzieje;
Ty się o cnotę staraj wszelakim sposobem,
A wdzięczniej mi uczynisz, niżbyś nad mym grobem,
Płakała w dzień i w nocy; to wiedz: kto do nieba
Dostał się raz, tego już płakać niepotrzeba1.
Wiktoria siedziała w pokoju Amelii. Wokół panowała cisza przerywana bzyczeniem zbłąkanej muchy lub leniwym szelestem firanki targanej wiatrem. Był początek lipca, lato w pełni. Przez okno do środka wpadało słońce tak natarczywie, że aż raziło w oczy. Albo tylko ona miała takie wrażenie, że to słońce grzeje bezwstydnie, gorsząc i bulwersując swym blaskiem, kiedy ostentacyjnie oświetla puste łóżko.
W pewnym momencie usłyszała szczęk otwieranych drzwi.
– Powinnaś coś zjeść – rozległ się za jej plecami głos matki.
– Nie jestem głodna – odpowiedziała sucho.
Helena, niezrażona postawą córki, przysiadła obok. Wiktorii się wydawało, że przez ostatnie tygodnie choroby Amelii i zaraz po jej pogrzebie spędziły ze sobą więcej czasu niż przez minione lata. Jeszcze niedawno czuła się w towarzystwie matki nieswojo, jakby coś ją uwierało. Coś, co ustępowało, kiedy Heleny nie było już w pobliżu. Teraz miała wrażenie, że zostały ze sobą dziwnie połączone, że troska o Miłowo i jego mieszkańców scaliła je na zawsze.
Helena dotknęła dłoni córki. Rzadko pozwalała sobie na taką czułość, jakikolwiek dotyk drugiego człowieka sprawiał jej zazwyczaj trudność.
Wiktoria nie cofnęła dłoni. Czuła się tak potwornie samotna, że jakikolwiek przyjazny gest z czyjejkolwiek strony był mile widziany.
– Zjedz coś – ponowiła prośbę Helena. Chciała powiedzieć coś innego, coś bardziej pasującego do sytuacji, co ukoiłoby ból córki po utracie przyjaciółki, ale nic nie przychodziło jej do głowy. Te dwa słowa miały zawrzeć w sobie całą jej troskę, miłość, którą niedawno odkryła na nowo, i skruchę.
Bo Helena czuła przede wszystkim wyrzuty sumienia i nie potrafiła sobie przebaczyć. Śmierć Amelii wstrząsnęła nią w dwójnasób. Miała wrażenie, że historia się powtarza, że los śmieje się jej w twarz, przypominając, że bólu nigdy nie jest za dużo; że nigdy nie powinna myśleć, iż utraciła wystarczająco wiele. Patrząc na Henrykę, cierpiącą po odejściu najmłodszej córki, widziała samą siebie po śmierci Kornelka. To była ta sama rozpacz, ta sama niemoc i niezrozumienie. A także wina. Matka zawsze będzie się obwiniać za śmierć swego dziecka.
A przecież cierpieli wszyscy, każdy na swój sposób kochał Amelię. Helena rozumiała jak nikt inny, że śmierć nigdy nie ma dosyć, że nigdy się nie nasyci. I czuła wdzięczność, że tym razem to nie ona żegna swe dziecko. Wstyd przed własnymi uczuciami mieszał się z ulgą. I strachem.
Popatrzyła na córkę. Kiedy ona tak dorosła? Zaraz wyjdzie za mąż i sama zostanie matką, a Helena nie zauważyła nawet, kiedy minęło jej dzieciństwo. Znała dobrze zachowanie córki, odszyfrowywała jej nastroje bezbłędnie, ale jednocześnie nie miała pojęcia, jaką Wiktoria jest osobą, jakie kwiaty lubi, co sprawia jej największą przyjemność, o czym marzy. Te wszystkie sprawy wydawały jej się dotąd tak trywialne i nieistotne, że nigdy nie poświęciła im większej uwagi. Miała zresztą inne rzeczy na głowie. Zarządzanie majątkiem, sprawy domowe, siewy i porządki wiosną, latem żniwa, konfitury i zaprawy, ogródek, zwierzęta… zaraz potem zima i znów wszystko od nowa. I tak życie całe mijało. Nie zauważyła nawet, kiedy minęła jej młodość i stała się dojrzałą kobietą. Powoli dobiegała półwiecza, choć wcale nie czuła brzemienia lat. Tylko dzieci nagle dorosły i spoważniały.
– Dobrze – przytaknęła Wiktoria i wstała.
Helena jeszcze przez chwilę trwała w bezruchu. Chciała zapytać o tyle rzeczy, porozmawiać z córką, chyba po raz pierwszy w życiu, o rzeczach ważkich i nieważkich, skupić się na potrzebach Wiktorii, powiedzieć coś, co ją rozśmieszy, dowiedzieć się, co siedzi w jej głowie i sercu. Nie odezwała się jednak. Nie potrafiła skruszyć lodu, którym obrastała przez dekady.
Odkąd Franciszek Falski wrócił z frontu, większość czasu spędzał na samotnych konnych przejażdżkach lub lekturze w zaciszu okazałej biblioteki Mielewskich. Zdawało się, że jego szczupłą postać spowija jakiś mrok, a w chmurnych oczach czai się tajemnica. Wszyscy wiedzieli już o klęsce Napoleona i o pojmaniu niepokornego wodza, ale Franciszek ani razu nie wypowiedział się w tej sprawie, czym oburzał przede wszystkim matkę, która wciąż nie wybaczyła mu jego nagłego zniknięcia.
Luiza początkowo nie zwracała na niego uwagi. Pierwsze dni po pogrzebie przeżyła w dziwnym letargu, jakby w oderwaniu od własnego ciała. Otrzeźwienie przyszło dopiero wtedy, kiedy przyszła teściowa zaczęła bezceremonialnie przebąkiwać o dacie ślubu.
– Ciocia wybaczy, ale chyba nie czas o tym rozmawiać – odezwała się Luiza, kiedy Falska zagadnęła w jej obecności Henrykę. Mielewska była wówczas tak nieprzytomna, że nie wiedziała, o czym mowa. Błądziła wzrokiem po ścianie i kołysała się lekko na boki. Lekarz przepisał jej silne zioła uspokajające i większość dnia spała lub śniła na jawie.
– Wiem przecież, że trwa żałoba – obruszyła się Krystyna. – Ale z niektórymi rzeczami lepiej nie zwlekać. Franek jest po powrocie trochę nieswój…
– Tym bardziej nie powinniśmy o tym teraz myśleć! – przerwała jej stanowczo Luiza, skutecznie zamykając ciotce usta.
Jednak rozmowa z ciotką uświadomiła jej, że chcąc nie chcąc znalazła się w nowej sytuacji i musi się z nią jakoś skonfrontować. Zaczęła więc szukać sposobności, by zbliżyć się do kuzyna i wymusić na nim szczerą rozmowę. Bądź co bądź byli już po słowie. Miała prawo oczekiwać, że niektóre sprawy wyjaśnią ze sobą w cztery oczy. Sama nie wiedziała jeszcze, jaką decyzję ostatecznie podejmie. Nie sądziła, by rodzice zmuszali ją do małżeństwa wbrew jej woli, nawet za cenę skandalu. Należeli raczej do tych z gatunku pobłażliwych. Zwłaszcza teraz, kiedy zostali już tylko ona i Janusz…
Początkowo nie doświadczała tych rozterek. Uważała, że ona i Franciszek doskonale do siebie pasują, i cieszyła się, że rodzice wybrali dla niej takiego męża. Zdawała sobie sprawę, że w ich relacji brakuje czułych spojrzeń, błysku w oczach, obustronnie tęsknych westchnień, ale wcale jej to nie przeszkadzało. Jej wizja małżeństwa oparta była na trwałych fundamentach, takich jak zrozumienie, umiejętność wspólnej rozmowy, stałość i zaufanie. Była przekonana, że uda im się to razem osiągnąć, czuła bowiem, że kuzyn ją lubi i szanuje. A miłość? Miłość przyjdzie z czasem, a nawet jeśli nie, to ona miała zamiar kochać za dwoje. Wszak wiele jest małżeństw, w których miłości jak na lekarstwo, a mimo to tworzą stabilny, silny związek. A Luiza była silna. I zdecydowana. Do czasu…
Spojrzała na nieco zgarbioną sylwetkę Franciszka palącego w ogrodzie i westchnęła. Nie wiedziała, jak się zabrać do rzeczy, i miała kuzynowi nieco za złe, że on sam nie szuka jej towarzystwa. Właściwie to nie szukał niczyjego towarzystwa, z nikim nie rozmawiał i prawie się nie odzywał. Luiza raz słyszała jedynie, jak kłóci się z matką, po czym trzaska drzwiami i kieruje się do stajni. Wrócił dopiero nocą.
„Żeby tak wiedzieć, co jest w twojej głowie”, dumała. „O czym myślisz, czego oczekujesz? Bo ja bym dla ciebie wszystko…”.
Ale Franciszek nawet się nie odwrócił w jej stronę.
Nie tylko Luiza przeżywała wewnętrzne katusze. Także Albert nie potrafił znaleźć sobie miejsca. Nie spodziewał się, że Amelia zostawi go tak nagle. Bo w jego ocenie wszystko wydarzyło się nagle i niespodziewanie. Dopiero z czasem uzmysłowił sobie, jak naiwny i zaślepiony był przez cały czas trwania jej choroby. Miał do siebie pretensje i nie potrafił zmierzyć się z własnymi uczuciami. Unikał kontaktu z innymi, nie chciał rozmawiać nawet z Walentym. Bo kto mógłby go zrozumieć… Wiedział, że matka nie śpi po nocach, że się zamartwia po cichu, jak to miała w zwyczaju, ale on nic nie mógł na to poradzić.
Większość czasu spędzał na pracy fizycznej. Wyżywał się na kawałkach drewna, łamiąc je siekierą z nieprawdopodobną wręcz zaciekłością, uczestniczył w sianokosach, imał się każdej pracy, która mogłaby wyczerpać jego siły do cna. Tylko wówczas udawało mu się zasnąć, kiedy ciało było zbyt obolałe, by choćby kiwnąć małym palcem.
Helena odchodziła od zmysłów. Wysyłała Grzegorza, by jechał na pole i rozmawiał z synem, przemówił mu jakoś do rozsądku. Ludzie zaczynali gadać, że postradał rozum. Ale on myślał jasno i klarownie. Ból przeszywał go na wskroś, drążył w nim dziurę niczym woda przebijająca się przez skałę, pozostawiając pustkę, której nie dało się niczym wypełnić.
Niekiedy, w gwiezdne noce, gdy nie mógł spać, wychodził z domu i kładł się w ogrodzie na ziemi. Myślał o wszystkich ludziach, którzy robili w tej chwili to samo, a także o tych, którzy patrzyli w to niebo przed nim i którzy będą je oglądać po nim. Ziemia pod jego plecami była chłodna i wilgotna, powietrze ciężkie i duszące, gdzieś nieopodal świerszcze grały swą odwieczną melodię. Te wszystkie małe rzeczy udowadniały mu bezwzględnie, że żyje. Czuje, słyszy, oddycha. Jeden wdech za drugim. Krew pulsująca w żyłach. Ciepło jego ciała. Więc dlaczego czuje się tak martwy, skoro tyle jest w nim życia?
W istocie świat nie spowalniał ani trochę. Europa żyła głównie końcem wieloletnich walk Napoleona z resztą kontynentalnych mocarstw. Klęska francuskiego generała była bowiem ostateczna i definitywna i nikt nie zakładał, by jeszcze kiedykolwiek podniósł się po tej porażce. W Warszawie, ledwie dwa dni po bitwie pod Waterloo, uroczyście proklamowano utworzenie Królestwa Polskiego, które z wolną i niezależną Polską nie miało zbyt wiele wspólnego. Zapowiedzi nowej konstytucji niosły nadzieję, która z czasem miała się niestety okazać płonna.
Wszystkie te wieści docierały do Korbielewa i Miłowa z opóźnieniem. Tu, na wsi, ludzie żyli innym rytmem, dyktowanym przez pory roku, pogodę i święta religijne. Raz świętowali chrzest nowo narodzonego dziecka, innym razem żegnali się z kimś na jego ostatniej drodze. Czas płynął własnym torem, nie bacząc na zawirowania historii.
Franciszek trwał w zawieszeniu. Klęska wielkiego wodza nie tylko zmieniła bieg historii Europy, lecz także wniosła wiele chaosu w jego życie osobiste. Był bankrutem. Postawił wszystko na jedną kartę i przegrał. Z gorzką ironią myślał, że wcale się nie różni od swego ojca.
Całkiem inaczej zaplanował swój powrót. Zamierzał uprzejmie, acz stanowczo rozmówić się z Luizą i jasno przedstawić, dlaczego do ich małżeństwa nie dojdzie. Był pewien, że kuzynka go zrozumie, była w końcu inteligentną i wyrozumiałą kobietą, co bardzo zresztą w niej cenił. Co do Korbielewiczów także miał dobre przeczucia. Nie spodziewał się, by poczciwy Grzegorz mógł zrobić cokolwiek wbrew woli swej jedynej córki. Nie był pewien Heleny, ta kobieta stanowiła dla niego niezmiennie nieodkrytą krainę, przez co zdawała się groźna i niebezpieczna, choć na pierwszy rzut oka wyglądała na spokojną i nieszkodliwą. Ale kto mógłby przypuszczać, że na drodze do zmian stanie jego własna matka?
– Trzeba dać na zapowiedzi – napomykała co rusz, trzęsąc się przy tym jak w febrze.
– Co mama opowiada? – denerwował się Franciszek. – Mama siebie słyszy? Na zapowiedzi? Ciało Amelii w grobie jeszcze nie wystygło, a mama myśli, że jej rodzina zerwie się do tańca na weselu?
– Nie będzie wesela – kontynuowała niezrażona Krystyna. – I tak nie mamy na nie pieniędzy! Nawet jeśli Mielewscy za wszystko zapłacą, to nie mamy funduszy choćby na nowe suknie!
Franciszek spojrzał na matkę, jakby ta oszalała. W rzeczy samej wyglądała jak obłąkana.
– Rozumiem, że śmierć Amelii mocno mamą wstrząsnęła – Franciszek starał się zachować spokój – i dlatego opowiada mama takie rzeczy. Suknie! Kto w ogóle myśli teraz o sukniach?
Krystyna spojrzała na syna ze złością.
– Ja! – wrzasnęła. – Ja myślę! O sukniach i o wszystkim innym, bo ty nie myślisz o tym wcale! Znikasz bez słowa, zostawiasz mnie z całym tym bałaganem, po czym wracasz niemal po roku i udajesz, że nic się nie stało!
– O Polskę walczyłem! – bronił się Franciszek, uderzając w stół. – Jak mama może tego nie rozumieć?
– W nosie mam tę twoją Polskę! – przerwała mu matka. – Guzik mnie obchodzi, kto przy władzy stoi, skoro ja nie mam za co zapłacić służbie, a tym bardziej wierzycielom! Sprzedałam już wszystko, dla Zosi nawet nic nie zostało! Kto ją teraz za żonę weźmie?
Franciszek skrzywił się i spuścił głowę. Matka miała rację. Zamiast tłumaczyć się teraz porywami patriotyzmu, powinien posypywać sobie głowę popiołem, a nie wdawać się w zbędne dyskusje.
– Wstyd ludziom w oczy spojrzeć – perorowała dalej Krystyna bliska płaczu. – Myślisz, że dlaczego u kuzynki na garnuszku siedzę? Bo tak taniej! Bo Zosia głodna nie musi chodzić, a ja nie muszę płacić kucharce!
Franciszek zmieszał się jeszcze bardziej. Milczał, pozwalając matce wyrzucić z siebie całą nagromadzoną od miesięcy frustrację.
– Sama ze wszystkim jestem od lat! Każdą drobnostkę muszę od losu siłą wyszarpywać! A na dodatek mój własny syn mnie okłamuje i opuszcza!
– Mamo…
– Mamo, mamo! – przedrzeźniała Krystyna, której gniew rozszalał się na całego. – Co mi po twoim „mamo”? Bądź w końcu mężczyzną i stań na wysokości zadania! Ja nie zawsze będę, by prowadzić cię za rękę!
– Wcale tego od mamy nie oczekuję…
– Oczywiście! Oczywiście! Tylko że sam niczego dobrze zrobić nie potrafisz! Czy ty nie rozumiesz, że ludzie plotkują po twoim spektaklu w noc kupały?
– O czym oni mogą plotkować? – oburzył się Franciszek, bo nie uważał, by zrobił coś złego.
– Że za Korbielewiczówną oczami strzelasz! – Krystyna pogroziła palcem tuż przed nosem syna. – Myślisz, że inni niczego nie widzą? Młody Wolski już od dawna do Miłowa jeździł, konfitury niby dla chorej woził. A i teraz dobrym słowem służy… Już ja wiem, po co tu ciągle przesiaduje! Posag Luizy mu się marzy! Już ja mu dam łypać oczami na nie swoje pieniądze! Niedoczekanie!
Franciszek spojrzał na matkę z niedowierzaniem. Nagle opuściło go poczucie winy, za to powoli narastał w nim pusty śmiech. Czyżby matka nie widziała własnej hipokryzji? Odkąd przyjechał, nie mówiła o niczym innym, tylko o ślubie. Całe szczęście, że nie wspominała o tych planach już podczas stypy. Po raz pierwszy w życiu Franciszek czuł, że wstydzi się za własną rodzinę.
– Mama tak na poważnie?
Ale Krystyna miała obłęd w oczach. Widziała jedynie swój cel i zamierzała do niego dążyć wszelkimi środkami. Musiała ratować ich jedyny dom, a co za tym idzie, także honor rodziny i przyszłość ukochanej córki.
– Coś wymyślimy – powtarzała pod nosem. – To się jakoś da… Ale ty musisz wziąć się w końcu w garść i pokazać, że jesteś głową rodziny. Nasza przyszłość jest w twoich rękach!
Franciszek się nie odezwał. Nie zgadzał się z matką, lecz wiedział, że ma rację. Nie wiedząc, co więcej powiedzieć, bez słowa trzasnął drzwiami i udał się do stajni.
Hrabia Rzeski toczył wewnętrzną walkę. Nic bowiem nie szło zgodnie z jego oczekiwaniami. Nie planował wcale gościć w Korbielewie tyle czasu. Teraz, kiedy uzyskał już błogosławieństwo Heleny i Grzegorza, wszystko miało pójść jak z płatka. Nie spodziewał się, że nagła śmierć Amelii pokrzyżuje mu wszystkie plany.
Żałował bardzo tej młodej dziewczyny, współczuł też całym sercem jej najbliższym. Choć znali się tak krótko, zdążył polubić tę roześmianą pannicę z błyskiem w ciemnych oczętach i z trudem mu przychodziło myśleć o niej jak o zmarłej. Czuł jednocześnie, że zawiódł; że choć tyle zrobił, by ją ratować, to to wciąż było za mało. Niekiedy podczas bezsennych nocy analizował całą sytuację, ciągle od nowa. Zachodził w głowę, jakie kroki mógł był jeszcze przedsięwziąć, gdzie udać się po pomoc. Jego wewnętrzny głos wciąż nie mógł się pogodzić z porażką.
Tym jednak, co przede wszystkim zaprzątało jego myśli, była przyszłość u boku Wiktorii. Chciał już wziąć dziewczynę za rękę, klęknąć na kolano, złożyć na jej dłoni swe serce i życie. Nie było jednak ku temu okazji. Helena i Wiktoria w pełni zaangażowały się w organizację czuwania, pogrzebu i stypy, kiedy zaś żałobnicy rozeszli się do swoich domów, miast wrócić do Korbielewa, zostały w Miłowie, by wesprzeć Mielewskich w tych trudnych chwilach. Helena co prawda przyjeżdżała często, by wydać odpowiednie dyspozycje służbie, ale w dużej mierze zdawała się na Katarzynę i ledwie pokazała się w domu, zaraz jechała z powrotem.
Ostatnie wypadki sprawiły, że Rzeski stracił zapał do oświadczyn. Bez przerwy wspominał wydarzenia nocy świętojańskiej, powrót Franciszka i rozmowę z Luizą. Próbował odgonić od siebie złe myśli, tłumaczył zachowanie Wiktorii zaskoczeniem. Zresztą nie było czym się przejmować. Franciszek ma ożenić się z Luizą i wkrótce będzie jedynie niesmacznym wspomnieniem.
Wiktoria powoli traciła cały animusz, jakiego nabrała po nocy świętojańskiej. Choć wiele czasu spędzała w Miłowie, gdzie Franciszek był na wyciągnięcie ręki, czuła, że jeszcze nigdy nie byli od siebie tak daleko. Widywała niekiedy na korytarzach jego zasępioną twarz, dostrzegała w cieniu drzew jego ukochaną sylwetkę, lecz coś nie pozwalało jej się doń zbliżyć. Z jakąż więc radością zareagowała, kiedy pewnego dnia Franciszek podniósł na nią swe chmurne spojrzenie i wetknął w dłoń liścik.
– Chce się ze mną spotkać, chce się ze mną spotkać… – powtarzała gorączkowo. Co rusz zerkała w lustro i z uśmiechem poprawiała loki. Wszystko w niej skakało, wrzało i się kotłowało. Naraz przeszył ją wstyd, że czuje w sobie taką radość, podczas gdy wciąż powinna przeżywać żałobę. Ale na co były jej żale? Wiktoria wiedziała, że pustki po Amelii i tak nic nie będzie w stanie wypełnić, że nikt nigdy jej nie zastąpi. A ona musiała iść naprzód, musiała sięgać po życie. Nie potrafiła smucić się w nieskończoność!
– Kocha, nie kocha, kocha, nie kocha… – W stanie dziwnej ekstazy odrywała kolejne płatki na stokrotce, nie mogąc doczekać się godziny spotkania.
Matce powiedziała, że potrzebuje na jakiś czas wrócić do domu, co ta przyjęła ze spokojem i zrozumieniem. Katarzyna miała przygotowaną dla niej świeżą pościel, a przy powitaniu ściskała ją tak długo i mocno, że mało by jej nie udusiła.
– Biedna nasza Amelka! – lamentowała. – Mój Boże, takie to było dobre dziecko!
Katarzyna i Grzegorz zasypywali Wiktorię pytaniami o samopoczucie mieszkańców Miłowa, więc dziewczyna szybko wymówiła się bólem głowy. Chciała jeszcze zajrzeć do Alberta, ale usłyszała od Katarzyny, że nie ma go w domu.
– A gdzie jest? – zdziwiła się Wiktoria.
Ochmistrzyni załamała ręce.
– Ciągle gdzieś go niesie… biedaczyna miejsca sobie znaleźć nie może. W takim stanie tom go jeszcze nie widziała. A co gorsza, do Rywkina czasem zagląda.
– Albert? Nasz Albert?
– Nikt inny. – Katarzyna była wyraźnie przygnębiona. – Czas już, by Helena wróciła do domu. Kiedy ona jest, to chłopak ma na siebie jakieś baczenie.
– A papa?
Katarzyna nachyliła się w stronę Wiktorii i ściszyła głos do szeptu:
– Wiesz, jaki jest wasz ojciec. To złoty człowiek, ma wielkie serce, ale dla bliskich nie potrafi być stanowczy.
Wiktoria pokiwała głową. Co to się porobiło… Żeby Albert do karczmy zaglądał? Tego by się po nim nie spodziewała. Nie miała jednak głowy, by teraz o tym myśleć. Zbliżała się pora spotkania z Franciszkiem.
Tak jak ostatnio, Wiktoria wymknęła się przez okno. Stąpając ostrożnie, zeszła po gałęziach śliwy i bezpiecznie stanęła na trawie. Teraz jeszcze wyprowadzić ze stajni Perłę i będzie mogła odetchnąć. Nie spodziewała się, że po drodze natknie się na hrabiego Stanisława.
– Pan hrabia tutaj? – Stanęła sparaliżowana, przywołując na twarz krzywy uśmiech. – Sądziłam, że hrabia już wyjechał.
Na te słowa Rzeski, którego widok dziewczyny ucieszył, zmieszał się. Dopiero wówczas Wiktoria zrozumiała swój nietakt, nie zdążyła się jednak wytłumaczyć.
– Chciałem jeszcze z panienką porozmawiać przed wyjazdem – rzucił niby beztrosko, choć prawy kącik ust drgał mu nerwowo.
– Ze mną? – zdziwiła się Wiktoria.
– Tak – przytaknął Stanisław, który wciąż nie wiedział, jak przejść do rzeczy. – Dobrze się składa, że tu panienkę spotkałem.
Wiktoria odruchowo rozejrzała się dookoła. Nie rozumiała, o co chodzi hrabiemu ani czego mógłby od niej chcieć.
– Ja tylko wyszłam zaczerpnąć świeżego powietrza – dopowiedziała szybko, ale hrabia nie wyglądał, jakby był zainteresowany przyczyną jej samotnej wędrówki. Spoglądała więc na niego ze zmarszczonymi brwiami, czekając na jakąś reakcję. Hrabia westchnął, zacisnął dłonie w pięści, po czym je rozprostował. Otworzył już usta, ale żadne słowo z nich nie padło.
I wówczas ją olśniło. Przez ostatnie dni matka przebąkiwała, że Wiktoria powinna wrócić do Korbielewa i rozmówić się z hrabią. Zapytana, w jakiej sprawie, Helena unikała odpowiedzi. A ona nie drążyła tematu. Teraz przypomniała sobie, jak spotkała hrabiego w czasie spaceru i zapewniła go, że może liczyć na jej względy. Całkiem o tym zapomniała! Przez myśl by jej zresztą nie przeszło, że tamta nic nieznacząca rozmowa może okazać się brzemienna w skutki! Nagle chęć wywołania zazdrości we Franciszku wydała jej się dziecinna i niedojrzała.
– Wiktorio… – zaczął w końcu hrabia, nachylając się lekko w stronę dziewczyny, lecz ta szybko weszła mu w słowo.
– Od śmierci Amelii czuję się taka zagubiona – powiedziała nieco zbyt dramatycznie. – Nie potrafię się z tym pogodzić.
Czuła ulgę, że chociaż nie kłamie. Być może to, co mówiła, nie było do końca na miejscu, ale przyparta do muru nie potrafiła postąpić inaczej.
– Przykro mi… – Hrabia spuścił głowę, czując, jak magia chwili gdzieś ulatuje.
– Wciąż o tym myślę – ciągnęła Wiktoria – wszędzie widzę jej twarz… Hrabia ma szczęście, że jest mężczyzną. Może stąd wyjechać, kiedy tylko poczuje taką potrzebę, na nikogo nie musi się oglądać. I powiem więcej! Gdybym była hrabią, jeszcze dzisiaj spakowałabym swoje kufry i wyjechała!
– Czy panienka coś sugeruje? – zaśmiał się Rzeski, naiwnie licząc, że dziewczyna zaprzeczy.
– Tyle wkoło smutku i przygnębienia… – Wiktoria wzruszyła lekko ramionami, czując, że brakuje jej powietrza. – A hrabia ma możliwości, świat stoi dla hrabiego otworem…
– Prosiłem, byś mówiła mi po imieniu… – odezwał się cicho Stanisław, tracąc powoli cały entuzjazm.
– Ktoś nas jeszcze usłyszy… – Wiktoria uśmiechnęła się blado. – Jeśli hrabia pozwoli, pójdę już. Potrzebuję chwili samotności…
I nie czekając na jego odpowiedź, grzecznie się ukłoniła i odeszła.
Luiza siedziała z tamborkiem w salonie, kiedy przez otwarte drzwi mignęła jej sylwetka Franciszka.
– Kuzyn się gdzieś wybiera? – rzuciła niby od niechcenia, lecz od razu pożałowała swoich słów. Chciała, by zabrzmiały beztrosko, może nawet nieco zalotnie, ale wyszło podejrzliwie jak u starej ciotki pilnującej obyczajności wśród młodzieży.
Franciszek nie odezwał się od razu, choć Luiza usłyszała, że się zatrzymał. W końcu stanął w wejściu.
– Witaj, Luizo. – Uśmiechnął się grzecznie. – Owszem, zamierzam wybrać się na konną przejażdżkę.
Luiza kiwnęła głową zmieszana, nie wiedząc, jak poprowadzić dalej rozmowę. Wstała i odłożywszy robótkę, zbliżyła się do kuzyna.
– Chciałabym z tobą porozmawiać… – zaczęła niepewnie, czując, że się rumieni. W każdej chwili ktoś mógł wejść do pokoju, a oni byli w nim sami, bez żadnej przyzwoitki. Luiza stała całkiem blisko, a Falski górował nad nią, bacznie się jej przyglądając.
– Rozmawiamy przecież – odrzekł sucho, co nie uszło uwagi Luizy.
– Tak, ja… – Nie wiedziała, jakich słów użyć, jak opisać swe rozterki i niepewność. – Chciałam pomówić o… sam wiesz.
Spuściła głowę, nie będąc w stanie mówić dalej. Franciszek chrząknął i się wyprostował.
– Rozumiem… – odrzekł i na tym skończył, jakby to jedno słowo miało wszystko wyjaśnić.
Luiza powoli podniosła wzrok.
– A więc?
Falski westchnął ciężko.
– Pozwól, proszę, droga kuzynko, że najpierw nieco przewietrzę głowę. Wrócimy do tematu.
Nie poczekawszy na jej odpowiedź, ukłonił się i odszedł.
Helena coraz częściej łapała się na tym, że jej myśli meandrują gdzieś daleko. Przez ostatnie tygodnie dzieliła życie pomiędzy dwa domy i nie było to łatwe zadanie. Z Henryki pożytek był żaden, bo albo lamentowała, albo przysypiała po wypiciu ziół. Wszystko było na głowie Heleny. Służba w Miłowie była rozpuszczona i nieposłuszna, dość też oporna na pracę, toteż Helena całą swą energię skupiła na wprowadzaniu nowych porządków. Dodatkowo w każdej wolnej chwili jechała do Korbielewa, by i tam doglądać majątku. Miała to szczęście, że Katarzynie można było zawierzyć, ale sama lubiła trzymać rękę na pulsie, sobie ufała bowiem najbardziej.
Ostatnio jednak jakby zwolniła, jakiś cień zdawał się zasłaniać to, co jasne i piękne. Brakowało jej rodziny, zwłaszcza wnucząt. Walenty wrócił z Ligią i Urszulką do Warszawy, Edmund bez przerwy był czymś zajęty, dwór w Miednicach wciąż był w powijakach, Albert stał się wycofany i niedostępny. A Wiktoria? Była tuż obok, tak blisko, a tak daleko. Dobrze jeszcze, że Julia czasem ją odwiedziła razem z małym Stefankiem. A przecież przez cały czas otaczali ją ludzie. Dlaczego więc czuła się taka samotna?
Coraz częściej wspominała czasy, kiedy dzieci były małe, a wraz z tymi wspomnieniami wracał obraz ukochanego Kornelka, jego jasnej czuprynki i dużych, błękitnych ocząt. Miała przed oczami jak żywe jego wyciągnięte dłonie, kiedy na chwiejących się nóżkach stawiał swoje pierwsze kroki. Drobne loczki, jak u cherubinka, podrygiwały mu na głowie, a twarz rozjaśniał uśmiech. Pierwsze kroki, pierwsze słowa, rysunki. Lubił książeczki i kiedy Katarzyna śpiewała mu piosenki. Bał się zwierząt i zazwyczaj trzymał się od nich z daleka, chyba że był ze starszymi braćmi, którzy wiecznie broili, a on próbował im dorównać. Wówczas nie bał się niczego…
Helena poczuła, że brakuje jej tchu. Dlaczego ten ból ciągle powraca? Dlaczego nigdy nie daje jej spokoju? „Ty mi go zabrałaś”, mówiła czasem do matki z wyrzutem. Nie przychodziła już do niej tak często jak kiedyś; teraz miała przy sobie kogoś, kim mogła się opiekować. Kornel potrzebował jej bardziej niż Helena.
Dobrze pamiętała okres żałoby. Ból, który obezwładniał, pulsujące w skroniach cierpienie i niezrozumienie otoczenia. „Nie pierwsza i nie ostatnia pochowałaś swoje dziecko”, mówiono nieraz. Świekra, która przeszła przecież przez to samo, także nie potrafiła wczuć się w jej sytuację.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1 Na podstawie Dzieł polskich Jana Kochanowskiego.
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
PLANY I ROZTERKI
