Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
44 osoby interesują się tą książką
Fikcyjne, peryferyjne, zachodniopomorskie miasteczko, położone niedaleko Szczecina i Stargardu.
Policja szybko zamyka śledztwo dotyczące rozszerzonego samobójstwa wpływowego małżeństwa Cylków. Siostrzenica wujostwa jest jednak przekonana, że kryje się za tym jakaś tajemnica. Rozwikłania zagadki podejmuje się znany dziennikarz śledczy Leon Fiszer. Mężczyzna niedawno okrył się infamią i wrócił ze stolicy do rodzinnej miejscowości, gdzie zmuszony jest do opieki nad chorą na demencję matką.
Dwie dekady wcześniej w rodzinie Cylków wydarzyła się tragedia – dwójka ich kilkuletnich dzieci zginęła w podejrzanych okolicznościach. W dramaty, które dotknęły Cylków, uwikłani są wpływowi ludzie i bardzo nie chcą, by prawda wyszła na jaw – zarówno o tym, co wydarzyło się przed dwudziestu laty, jak i o tym, co wydarzyło się całkiem niedawno. Fiszer będzie starał się przebić przez zmowę milczenia, żeby dojść do prawdy, mając przy tym po swojej stronie niewielu przyjaciół. Niektórzy z sojuszników okażą się wrogami, domniemani wrogowie zaś z jakichś powodów zaczną mu sprzyjać.
Kryminał psychologiczno-obyczajowy, kładący duży nacisk na kwestie społeczne i czepiący wiele z odmiany gatunkowej domestic noir – skupiającej się na patologicznych aspektach życia domowego oraz relacji rodzinnych.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 449
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © by Bogusz DawidowiczCopyright © by Wydawnictwo WasPos, 2026All rights reservedWszystkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania oraz udostępniania publicznie bez zgody Autora oraz Wydawnictwa pod groźbą odpowiedzialności karnej.
Redakcja: Kinga Szelest
Korekta: Magdalena Czmochowska
Projekt okładki: Adam Buzek
Zdjęcie na okładce: AI
Ilustracje przy nagłówkach: pngtree.com
Skład i łamanie oraz wersja elektroniczna: Adam Buzek/[email protected]
Wydanie I – elektroniczne
Wyrażamy zgodę na udostępnianie okładki książki w Internecie
ISBN 978-83-8464-042-5
Wydawnictwo WasPosWarszawaWydawca: Agnieszka Przył[email protected]
Dla Magdaleny
Prolog
Wczesnym wieczorem dziewiątego stycznia dwa tysiące dwudziestego trzeciego roku Józef Cylka wynurzył się z piwnicy swojego domu w zachodniopomorskich Parnicach. Ostrożnie domknął za sobą drzwi, jakby chciał nieudolnie zataić proceder, któremu się przed chwilą oddawał. Starał się zachować pozory trzeźwości, lecz rumiana twarz i chwiejne ruchy zdradzały wszystko. Nosił gruby wełniany sweter z podwiniętymi rękawami, wysłużoną skórzaną kamizelkę i niemodne sprane jeansy z szerokimi nogawkami. Strój ten idealnie współgrał z jego wybitnie pospolitą facjatą – z rzadkim wąsikiem nad górną wargą – dopełniając obrazu przaśnego reliktu minionych czasów.
Ze stojaka w przedpokoju wziął codzienną gazetę i ruszył chwiejnym krokiem w stronę fotela w salonie. Umościł się wygodnie, podparł nogi na pufie, rozłożył „Kurier Szczeciński” i podjął wysiłek skupienia się na lekturze. Bezskutecznie. Czytał te same fragmenty po kilka razy, lecz nic nie rozumiał. W końcu się poddał, odkładając gazetę na kolana.
Zaprogramowanym przez lata ruchem sięgnął po uniwersalny pilot – nie patrząc nawet. Leżał zawsze w tym samym miejscu, na prawo, na stoliku kawowym. Włączył telewizor. Sport? Polityka? Pokręcił głową z niesmakiem. Przerzucał kanały, aż wreszcie trafił na coś, co wywołało szeroki uśmiech na jego twarzy: czterech starszawych panów w czapkach, z butelkami wina w dłoniach, debatowało żywo o życiu, siedząc na ławeczce przed sklepem. Józef natychmiast się rozpromienił.
Z kuchni dobiegał nieprzyjemny rumor – nerwowe szuranie szufladami, szczęk sztućców. Przez moment przestał się szczerzyć. Co tam robiła Marylka? Przecież Ludmiła ugotowała, posprzątała i poszła już do domu. Nie było tam nic do roboty. Jakaś taka nerwowa zrobiła się ta jego ślubna miesiąc temu z okładem. Z dnia na dzień odstawiła swoje winko i zaczęła patrzeć na niego bykiem, gdy sięgał po wódeczkę. Ale nie pytał, o co chodzi. Bo przecież nie rozchodziło się o te głupoty. O te durne, niesmaczne żarty? Więc o co? Czasem lepiej nie wiedzieć.
Może znowu zaczęła chodzić na te swoje śmieszne mityngi AA? Wtedy, parę dobrych lat temu, próbowała ciągać i jego – wyśmiał ją. Sama też szybko zrezygnowała. Narzekała, że umrze tam na raka płuc, bo wszyscy kopcili jak smoki i jej się to udzielało. Poza tym, jak mówiła, za bardzo ją to dołowało – przestali pić, owszem, ale radości z życia za grosz.
– Nie chcę, by mnie chowano, póki jeszcze chodzę i oddycham. Nie zamierzam się wstydzić, chować w cieniu, przepraszać! Nie jestem takim szarakiem jak oni. Osiągnęłam wspaniałe rzeczy. Chcę się cieszyć tym, co mam i czego dokonałam – wyjaśniła mu wtedy z pasją.
Hałas w kuchni szybko ustał. Józef odetchnął pełną piersią i lekko pogłośnił telewizor, chcąc jeszcze głębiej zanurzyć się w sielskim świecie serialu. Przymknął powieki i całkowicie zrelaksowany chłonął niemal statyczny obraz i dowcipne dialogi.
Uderzenie padło znienacka, z wyraźnym zamachem i dużą siłą. Ból pojawił się natychmiast, gdy metalowy przedmiot zmiażdżył mu nos – kości i chrząstki pękały z przerażającą łatwością. Jego źrenice rozszerzyły się, a oczy wyszły na wierzch w grymasie szoku. Otworzył usta, próbując złapać oddech. Jakby w zwolnionym tempie widział krople krwi spadające na czarno-białą gazetę – tusz rozmywał się, tworząc abstrakcyjne plamy.
Przekręcił głowę w bok, wciąż mając wrażenie, że czas spowolnił. W tym samym momencie coś ostrego przejechało po jego lewym uchu i szczęce, zostawiając na skórze piekącą, czerwoną linię. Obracając się, instynktownie odsunął się od źródła zagrożenia.
I wtedy ją zobaczył.
Marylkę.
Stała naprzeciwko niego w bojowej pozie – w lewej dłoni ściskała tłuczek do mięsa, w prawej trzymała wielki kuchenny nóż. Oba narzędzia nosiły ślady jego krwi. Jej twarz była przerażająco spokojna, oczy zimne i skupione. Nie kierował nią szał. To była determinacja. Porządek. Plan.
Rozsądek podpowiadał: zasłoń się czymkolwiek. Uciekaj. Ale Józef nie zamierzał go słuchać. Ból i alkohol buzujący w żyłach uruchomiły nagły wyrzut adrenaliny. Wpadł we wściekłość. Zerwał się z fotela z energią kogoś o dwadzieścia lat młodszego. Kopnął podnóżek z taką siłą, że mebel przewrócił się i przeleciał niemal metr, najpierw szorując po puszystym dywanie, potem ślizgając się po panelach.
Kobieta powinna była to wykorzystać i natychmiast zaatakować ponownie, jeśli chciała zakończyć sprawę. Jednak zaskoczona nagłym ruchem męża, cofnęła się nerwowo o dwa kroki, potknęła o własne nogi i przewróciła się na styk pośladków z plecami. Wydobyła z siebie cichy jęk. Tłuczek wypadł z jej ręki, gdy próbowała amortyzować upadek, a wyprostowana dłoń instynktownie wyciągnęła się do tyłu, raniąc nadgarstek i przedramię. Mimo bólu nóż nadal trzymała w prawej dłoni.
Józef obnażył ruinę uzębienia, zadowolony z niespodziewanego obrotu sytuacji, i rzucił się na nią z impetem, gubiąc kapcie w pośpiechu. Maryla panicznie wierzgała, trafiając w jego krocze i brzuch, lecz ciosy nie zdołały go powstrzymać. Był od niej znacznie cięższy – usiadł okrakiem na jej nogach, przygniatając żonę.
– Doigrałaś się, dziwko! Zajebię cię za to! – warknął, wypluwając drobinki śliny.
Kobieta w odpowiedzi wydała z siebie wściekły, niemal zwierzęcy okrzyk i przypomniała sobie, że wciąż dzierży nóż. Zacisnęła uchwyt tak mocno, że pobielały jej kłykcie, i zaczęła nim wymachiwać jak opętana. Józef starał się wyrwać jej broń, ale ostrze przecięło mu prawą dłoń i przedramię – krew sączyła się spomiędzy palców, a on z przerażeniem odkrył, że nie może już nimi poruszyć.
Instynktownie zacisnął lewą rękę na rannym nadgarstku, usiłując zatamować krwotok. Maryla wykorzystała to bez wahania. Działała teraz metodycznie, precyzyjnie celując w odsłonięte miejsca – szyję, na której pulsowały witalne tętnice. Obie zostały głęboko przecięte, jedna przerwana całkowicie.
Józef miał już dość. Wytężał resztki sił, żeby się podnieść, lecz było za późno. Nie poradziwszy sobie ze wstaniem z kolan, zaczął panicznie szukać komórki. Maryla, widząc, w jakim stanie jest jej maż, zaprzestała swojego niszczycielskiego aktu przemocy, spokojnie obserwując rozwój wypadków.
– Po… Pogoto… Pogotowie… – szeptał z trudem mężczyzna, drżącą lewą ręką wygrzebując telefon z kieszeni kamizelki.
Nokia wypadła z jego dłoni z ciężkim łoskotem na podłogę. Spojrzał na aparat – duże przyciski tego przeznaczonego głównie dla seniorów modelu były ostatnim, co zobaczył w życiu.
Ciemność spłynęła mu na oczy, a on bezwładnie runął na leżącą pod nim Marylę. Jego ciało przycisnęło ją do podłogi, wywołując grymas bólu i ciche stęknięcie kobiety.
Żona przez dłuższą chwilę leżała pod ciężarem martwego męża, próbując zebrać oddech i siły. W końcu odłożyła nóż na bok i z obrzydzeniem zrzuciła mężczyznę z siebie. Nie czuła litości. Nie czuła żalu. Przeżyła coś na kształt katharsis. Pozbyła się truciciela, który powoli rozkładał ją od środka.
Nie pamiętała, kiedy przestała czuć do niego coś innego niż odrazę. Lata temu? Dekady? Zmęczyło ją granie tej farsy, udawanie przed światem i sobą, że jeszcze się kochają. Oszukiwała też jego, wpajając mu nadzieję na zapomnienie, na nowy początek. Na to, że mogą żyć z tym, co się wydarzyło. Na co pozwolili.
Nie mogli.
Los, karma w końcu się o nich upomniały.
To, co teraz zrobiła, było konieczne. Chroniła siebie, ale też jego. Ale on by tego nie zrozumiał. Dobrze, że stało się to, co się stało.
A jednak… była zła, że pozwoliła sobie na fuszerkę.
Dlaczego rzuciła się na niego tłuczkiem i nożem naraz? Przecież mogła zrobić to sprawniej – posłużyć się samym ostrzem. Złapać go od tyłu za włosy i poderżnąć mu gardło lub wbić nóż prosto w kark i nim energicznie pokręcić. Wykończyłaby go szybko, estetyczniej i bez zbędnych perturbacji. A tak ten stary dureń przez ten swój pseudoheroiczny zryw niemalże zrujnował jej plan. Ale to nieważne, bo koniec końców udało jej się zrealizować swój cel.
Cała była skąpana we krwi męża. Podłoga również opływała w ciemnoczerwony płyn ustrojowy Józefa, który tworzył lepką kałużę między rozrzuconymi korkowymi klapkami i jedną z jej balerinek. Widok ten groteskowo kontrastował z płynącą z telewizora instrumentalną melodią o biesiadno-ludowym posmaku – lekką, wesołą, niemal taneczną. Była to ścieżka dźwiękowa do jednej ze scen serialu, który Józef oglądał jeszcze kilka minut wcześniej.
Maryla wstała ostrożnie wraz z podniesionym nożem. Wolną pięścią rozmasowywała wciąż bolący kręgosłup na odcinku lędźwiowym. Ślizgając się, odchodziła od miejsca zbrodni, zostawiając za sobą czerwone ślady. Dodatkowo z ostrza, które dzierżyła, na drewniane panele kapały małe kropelki krwi.
Weszła do kuchni, a jej nogi rozjechały się na gładkich kaflach. Poleciała do tyłu i niechybnie upadłaby, gdyby nie uczepiła się Thermomiksa stojącego dumnie na blacie kuchennym pod szafkami obok błyszczącej koreańskiej lodówki w kolorze inox. Na białej obudowie Thermomiksa zostawiła krwawy odcisk wolnej dłoni, co było niewielką ceną za odzyskanie równowagi i niepokaleczenie się ostrzem, na którego rękojeści niezmiennie zaciskała palce drugiej ręki. Małymi, ostrożnymi kroczkami zbliżyła się do prostokątnej wyspy i położyła narzędzie zbrodni na jej środku. Tuż obok zapisanej przez siebie kartki – wsuniętej lekko pod wazonik z kwiatami.
Następnie powoli ściągała z siebie ubranie. Zaczęła od dołu. Jedna z płaskich balerinek spadła jej ze stopy już podczas szarpaniny. Zsunęła drugą, a potem skarpetki. W pierwszej kolejności zależało jej, by mieć bose stopy i lepszą przyczepność, ale reszty garderoby, zbroczonej krwią męża, też pragnęła się pozbyć. Szybko rozpinała guziki czerwonej bluzki, a potem zamek i haftkę w ciemnych spodniach cygaretkach. Ubrania zostawiała na podłodze, po czym skierowała się do łazienki na parterze. Jej próg przekroczyła już w samej bieliźnie.
Myła się niespiesznie, nie oszczędzając kwiatowego żelu i gorącej wody. Po ablucji swoje kruczoczarne, sięgające ledwie połowy szyi włosy – siwiznę od kilkunastu lat zakrywała farbą – wytarła pobieżnie w ręcznik i pozwoliła, żeby opadł na kafelki. Całkiem nago poszła na górę do głównej sypialni. Włożyła świeżą bieliznę, jeansy i sweter. Z łóżka zabrała swój niewielkich rozmiarów komputer i z gabinetu męża stary, ciężki laptop wraz z dedykowanymi im ładowarkami.
Kto wie co ten stary kretyn na tym trzymał i jakie strony odwiedzał. Mojego też nie muszą wcale przeglądać – pomyślała z ponurą miną.
Ze sprzętami pod pachą zeszła na dół.
Mijała salon i zwłoki Józefa, leżące w wielkiej kałuży własnej posoki, z ich domowym obuwiem rozrzuconym niczym wysepki na czerwonym oceanie. Nie zaszczyciła jednak jego ciała nawet przelotnym spojrzeniem.
Z miseczki, stojącej na korytarzu na stojaku z gazetami, wzięła kluczyki do auta. Usiadła na pufie przed drzwiami zewnętrznymi i wsunęła adidasy. Z wieszaka na korytarzu sięgnęła po elegancki płaszczyk nie do końca pasujący do reszty stroju. Łagodna zima przywitała ją temperaturą kilku stopni na plusie.
Jej Citroen C3 stał pod ich domem. Zmrok zapadł już dobre kilka godzin temu. Dochodziła dwudziesta pierwsza. Kobieta nie mogła pojechać na dworzec kolejowy ani w jego pobliże, ponieważ ostatni pociąg pasażerski – na linii Stargard–Parnice – zatrzymał się u nich we wczesnych latach dwutysięcznych. W kolejnej dekadzie PKS zniknął na dobre. I tak nieco ponad jedenastotysięczne powiatowe Parnice zostały pozbawione publicznej komunikacji zbiorowej.
Wiedziała jednak, gdzie w okolicy miasteczka są tory, po których wciąż jeździły pociągi. Po drodze zrobiła postój niedaleko Szkoły Podstawowej numer 1 imienia Marii Dąbrowskiej. Z tylnej kanapy auta zabrała sprzęt, który wyniosła z domu. Do czerwonego pojemnika na elektrośmieci wrzuciła obydwa laptopy i ładowarki. Doskonale zdawała sobie sprawę, że w okolicy nie zamontowano żadnych kamer.
Z krótkim przystankiem dojechała pod tory w dwanaście minut. Przebiegały wzdłuż mało uczęszczanej drogi gruntowej. Zatrzymała się na kilkunastometrowym pasie zieleni pomiędzy szynami a jezdnią. Wyciągnęła z kieszeni iPhone, kilka razy stuknęła w ekran i wymazała zawartość systemu. Telefon wraz z portfelem rzuciła na siedzenie pasażera. Wysiadła z Citroena. Nie przejmowała się zamykaniem drzwi.
Podeszła do torów. Panująca wokół głucha cisza świadczyła o tym, że była zmuszona poczekać. Spacerowała w kółko przez ponad dwadzieścia minut – robiąc po kilkadziesiąt metrów to w jedną, to w drugą stronę. Nerwowo zaciskała i prostowała dłonie.
Oby to, że zabiłam męża i siebie, a zawczasu trochę nakłamałam w liście co do powodu, zrobiło robotę. Czy to wystarczy? Dadzą mi spokój? Całe to szambo na pewno nie wypłynie? Musi się udać… teraz już nie ma odwrotu. Modlę się, by to poświęcenie nie poszło na marne. Wszystko w rękach Pana naszego, jak posteruje tą hołotą z odznakami, tą, której wydaje się, że stanowi prawo, tymi wszystkimi ludźmi, co śmią dyktować mi, jak żyć – rozważała i rozsądziła w swoim umyśle.
Pragnęła mieć to już za sobą. Żeby to wszystko się skończyło. Aby koniec nastąpił na jej, a nie na ich warunkach. Nie zamierzała dać im tej satysfakcji.
Wreszcie usłyszała stukot w oddali. Wysoki, rezonujący dźwięk. Długi skład powodował echo i wibracje gruntu.
Była pewna, że oni czają się na nią gdzieś tam w ciemnościach. Nie zamierzała znosić tego upokorzenia – biernie przyglądać się temu, jak niszczą jej wspaniały dorobek. Jak depczą jej dziedzictwo, napawając się jej upadkiem. Józef tego nie rozumiał przez mózg wyżarty wódką. Trochę się niby złościł, ale tak naprawdę bagatelizował to wszystko. Ostatniego ostrzeżenia nawet mu nie pokazała. Trzeba było stanowczo zadziałać i się na niego nie oglądać. Kilka tygodni temu zmoczył spodnie i nawet tego nie zauważył – choroba siała coraz większe spustoszenie, a ona była jej zakładnikiem.
Józef od dawna się nie liczył i nikogo nie obchodził. Był niereformowalnym durniem i dlatego też musiał odejść.
Kto wie, może też zlitowałam się nad totalną parodią mężczyzny, którą się stał? – Uśmiechnęła się do siebie, odrobinę się uspokajając.
Zobaczyła światła jakby zawieszone w powietrzu. Za nimi rozciągała się czarna otchłań. Oddychała jak ktoś szykujący się, by wskoczyć do głębokiej wody celem zanurkowania.
Nie wiadomo co bez niej Józek by nawywijał, co by powiedział. Musiał zamilknąć na wieki. Te jego głupoty mogłyby przyćmić jej wkład w rozwój tej społeczności. Ukształtowała wiele pokoleń wspaniałych młodych ludzi. Dodała im charakteru i woli walki. Naostrzyła im zęby i pazury. Bo dzieci muszą nauczyć się walczyć o swoje na tym świecie. Zwłaszcza dziewczynki.
Gdy lokomotywa z wagonami wypełnionymi węglem znajdowała się mniej niż dwieście metrów od niej, weszła na tory tyłem do nadjeżdżających tysięcy ton stali i węgla. Zamknęła oczy i objęła się rękami. Drżała tak bardzo, że ledwo udawało jej się ustać w miejscu.
Ten zarozumiały pies Brygier śmiał niedawno przyjść, nachodzić mnie w moim własnym domu i mnie pouczać, jak mam postępować z moimi uczniami! Że też taka grzeczna byłam dla tego śmiesznego komendancika! Może to on jest szefem tej bandy? Może to on za tym stoi? Teraz to nieważne. Nie dopadł mnie. Już się nie liczy, co uważa ten cały Jacuś. Nie przestraszy mnie nigdy więcej! – cieszyła się w duchu z własnej przebiegłości.
Maszynista prowadzący pociąg towarowy, skupiony na pracy, niemal natychmiast włączył sygnał dźwiękowy i hamulce, gdy tylko zdołał dostrzec kogoś stojącego na torach. Nie miał jednak najmniejszych szans zatrzymać stalowego kolosa rozpędzonego do sześćdziesięciu kilometrów na godzinę. Po zderzeniu desperatka została w mgnieniu oka z potworną siłą wciągnięta pod podwozie i rozerwana na strzępy. Jej czaszka dosłownie eksplodowała, gdy głowa znalazła się pomiędzy szynami a kołami lokomotywy. Receptory bólu nie zdążyły przekazać przez rdzeń kręgowy i dalej do podwzgórza oraz ciała migdałowatego pełni tego niewyobrażalnego cierpienia, jakie zadała sobie samej. Samobójczyni, szczęśliwie dla niej, nie zdążyła poczuć ogromu bólu, na który zupełnie świadomie się wystawiła.
Rozległ się przeraźliwy pisk hamulców – to ostatnie, co usłyszała przed śmiercią Maryla Cylka, zanim nastąpiła ciemność. I nicość. Pisk nie ustawał jeszcze długo po tym, jak kobieta pożegnała się ze światem.
***
Dzięki pozostawionemu w aucie dowodowi osobistemu i rejestracji pojazdu bardzo szybko ustalono tożsamość ofiary. Policja nadzorowała zbieranie szczątków Maryli Cylki przez firmę pogrzebową. Jeden z młodych stażem mundurowych, na widok mózgu rozbryzganego na granitowym tłuczniu, pobiegł w pobliskie krzaki i zwrócił spożyty kilka godzin wcześniej posiłek. Po obu stronach torowiska w wyniku nagłego hamowania wysypało się mnóstwo przewożonego węgla. Wiele bryłek było pokrytych krwią i ludzką tkanką.
Funkcjonariusze Komendy Powiatowej w Parnicach, chcąc powiadomić krewnych denatki i potwierdzić jej tożsamość, udali się do miejsca jej zamieszkania. W domu przy ulicy Podgrodzie 42 w Parnicach nikt nie reagował na dzwonek domofonu, więc mundurowi weszli na posesję przez niedomkniętą furtkę. Bez odzewu stukali kołatką z rzeźbą aniołka, więc nacisnęli klamkę – okazało się, że drzwi nie są zablokowane zamkiem.
Na miejscu odnaleziono okaleczone ciało mężczyzny, wokół którego na podłodze odznaczała się duża, czerwona, zaschnięta plama. Policjanci podjęli bezskuteczną próbę reanimacji. Zgon potwierdził wezwany tam lekarz. Pod nadzorem prokuratora przeprowadzono oględziny miejsca zdarzenia, gdzie w wyniku tej czynności ujawniono i zabezpieczono do dalszych badań ślady biologiczne, a także potencjalne narzędzie zbrodni – zakrwawiony nóż kuchenny – oraz odręczny list podpisany przez Marylę Cylkę.
Robię to z litości. Ten alkoholik nie poradzi sobie sam beze mnie. Ja z kolei nie mogę z nim żyć, bo za bardzo mnie zatruwa swoją toksyczną osobowością. Mam dosyć kłótni i sporów. Tak dalej nie może być. Aczkolwiek proszę pochować nas razem. Mamy wykupioną kwaterę obok naszych dzieci. Józek by tego chciał nawet po tym, co zrobiłam. Przysięgałam przed Bogiem, że nie opuszczę go aż do śmierci. Pozostanę z nim też po niej. Byłam z nim w tym wszystkim od początku do końca. I tak pozostaniemy na wieki.
Ciało denata zostało zabezpieczone przez służby w celu przeprowadzenia sekcji zwłok.
Prokuratura rejonowa w Parnicach nadzorowała śledztwa w sprawie zabójstwa mężczyzny w Parnicach i wypadku kolejowego. Czyny, kolejno, z artykułów: 148 § 1 kk. i 177 § 2 kk.
Prokurator Bolesław Kaliniak, wraz z pionem kryminalnym parnickiej policji, szybko przyjął wersję o rozszerzonym samobójstwie. Niektórzy, w tym fundacje walczące w przestrzeni publicznej o prawa obywatelskie, protestowaliby przed stosowaniem podobnej terminologii, która skupia się na samobójstwie mordercy, a nie na jego ofierze, odbierając tej ostatniej podmiotowość. Proponowaliby w zamian używanie bardziej adekwatnego ich zdaniem sformułowania, mianowicie: zabójstwa suicydalnego – podkreślającego winę sprawcy.
Parnickie organy ścigania jednak nie przejmowały się semantyką, skupiając się na konkretnej robocie. Bardzo trafnie odwzorowały przebieg dramatycznych wydarzeń w domu Cylków. Nie podejrzewano też udziału osób trzecich w śmierci Maryli Cylki.
Kaliniak utyskiwał na działania kobiety.
– Nie mogła wsadzić swojego starego do auta, rozpędzić się i skończyć na jakimś drzewie? Nie dość, że upiekłaby dwie pieczenie na jednym ogniu, to jeszcze oszczędziłaby nam roboty i traumy maszyniście.
Umknęło im to, że w drodze po śmierć na torach pozbyła się komputerów. Trasę jej przejazdu uchwycono tylko w jednym miejscu – na monochromatycznej kamerze monitoringu umieszczonej wysoko nad rondem w centrum. Tego dnia w tym sennym miasteczku panował wyjątkowo duży ruch z powodu otwarcia polskiego marketu, który od rana do zamknięcia oferował wiele podstawowych produktów w niezwykle promocyjnych cenach.
Nie ustalono, co konkretnie popchnęło ją do popełnienia zbrodni i targnięcia się na własne życie – poza informacjami zawartymi przez kobietę w liście pożegnalnym. Przyjęto wersje o małżeńskich kłótniach, niemożności kobiety do dalszego funkcjonowania w tym związku, która popchnęła ją do zaplanowanego zabicia męża. Samobójstwo popełniała w wyniku wyrzutów sumienia lub celem uniknięcia odpowiedzialności karnej.
Małżeństwo należało do lokalnej elity. Maryla Cylka od ćwierć wieku była dyrektorem szkoły podstawowej. Mąż Józef był współwłaścicielem jednego z największych w tym ubogim powiecie zakładów – Delukspolu, zajmującego się przetwórstwem mięsnym. Do dwa tysiące siedemnastego roku zasiadał też w radzie miejskiej jako jej wiceprzewodniczący. Przed laty często gościła u nich policja – interweniowała w sprawie głośnych domowych awantur, związanych z nadużywaniem alkoholu, alarmowana przez sąsiadów z okolicznych domów. Po tragedii, która ich dotknęła dwie dekady temu, miało się to uspokoić. Wciąż ponoć dużo pili – zwłaszcza pan domu – ale nie dawali już nikomu pretekstów do skarg na zakłócanie porządku.
– Wystawiali zawsze pełno brzęczącego szkła w tych workach, co się segreguje. Panie władzo, to nie były słoiki po kompotach, konfiturkach i ogórkach! – wspomniał mundurowym jeden z czujnych sąsiadów.
Przesłuchano ukraińską pomoc domową, panią Ludmiłę Szewczuk, która w dni powszednie gotowała i sprzątała u Cylków. Pięćdziesięciotrzyletnia kobieta pracowała u nich od czterech lat, ale nic nie zauważyła.
– Państwo byli dobre. Lubjali wypić, ale kto nie lubi? U mnie, w batkiwszczyni, to też lubjom jeszcze bardziej. Przy mnie się nie kłócili. Płacili oni zawsze na czias.
Surowszy dla Józefa był wspólnik, Kacper Michalski.
– Co ja ci tu będę czarował, Boluś, znaczy się prokuratorze Kaliniak. Józek to był już menel, ścierka od podłogi. Żonka, z tego, co wiem, jako tako trzymała fason, ale tam też w głowie coś nigdy do końca nie grało.
Zeznania kilku innych osób potwierdzały to, że Maryla Cylka miała spożywać alkohol dyskretnie. Za to jej mąż ponoć staczał się coraz bardziej. Prokurator uznał to za najbardziej prawdopodobne, że żona stwierdziła, iż wystarczy jej wstydu i użerania się z alkoholikiem – tym bardziej że sama się do tego przyznała i nie było powodów, żeby jej nie wierzyć.
Śledztwa zostały zakończone – zwłaszcza ze względu na ich wagę – w błyskawicznym tempie.
Podtrzymano wcześniejszą tezę o rozszerzonym samobójstwie.
W sprawie o zabójstwo Józefa Cylki po dwóch i pół miesiąca postępowanie zostało zakończone przez prokuraturę na podstawie art. 17 §1 pkt 5 – traktującego o negatywnych przesłankach procesowych: „Nie wszczyna się postępowania, a wszczęte umarza, gdy oskarżony zmarł”.
Sprawa dotycząca wypadku kolejowego ze skutkiem śmiertelnym trwała mniej więcej miesiąc dłużej. Przesłuchano maszynistę, zabezpieczono monitoring z lokomotywy i przeprowadzono sekcję szczątków Maryli Cylki. Wykazano brak znamion przestępstwa, bo sprawca był jednocześnie pokrzywdzonym.
Mimo dużego pośpiechu nie można zarzucić, że prokuratura i policja wykonały swoje obowiązki nierzetelnie. Postępowali zgodnie z dowodami – na które natrafili – i zeznaniami świadków.
Organy ścigania nie mogły wiedzieć, że w chwili, gdy Maryla Cylka zabijała swojego męża, ktoś obserwował całe zdarzenie z zewnątrz budynku – na jego tyłach z drewnianego podestu. Patrząc się uważnie przez drzwi ogrodowe i okna – co umożliwiały podniesione rolety. Osoba ubrana w długą ciemnozieloną kurtkę i z kapturem na głowie beznamiętnie chłonęła oczami całą tę krwawą łaźnię, zaciskając dłonie na pasku od myśliwskiego sztucera, który trzymała przewieszony przez ramię.
Ten sam człowiek ostrożnie śledził Marylę Cylkę swoim samochodem, zachowując sporą odległość, gdy dyrektorka jechała popełnić samobójstwo. Nie próbował powstrzymać Cylki, mimo że domyślał się, po co przechadza się obok torów. Temu zagadkowemu osobnikowi, gdyby się bardzo pospieszył, starczyłoby też sił i – najprawdopodobniej – czasu na to, by zepchnąć z nich kobietę, gdy już na nie weszła. Ale po co zapobiegać śmierci, która rozwiązywała jego problemy?
Po tym, jak pociąg pozbawił dyrektorkę życia, tajemnicza postać nawet nie mrugnęła. Nie wydała żadnego dźwięku trwogi. Zajrzała za to do środka Citroena C3. Zabrała z miejsca pasażera jakiś cienki, biały, płaski przedmiot, który przypominał świstek papieru.
Ani nikt z prokuratury, ani z policji nie miał prawa nic o tym wiedzieć. Prawda?
Rozdział 1
W każdy możliwy sposób rodzina jest łącznikiem z naszą przeszłością, pomostem do naszej przyszłości.
Alex Haney
Kiedy przeszłość nie rozświetla już przyszłości, duch kroczy w ciemności.
Alexis de Tocqueville
Leon Fiszer spojrzał na mały kartonowy kalendarzyk stojący na biurku. Zmrużył powieki, by dostrzec datę. Dzisiaj był piętnasty maja dwa tysiące dwudziestego trzeciego roku – mijał kolejny dzień, który uświadamiał mu, że życie przecieka mu pomiędzy palcami. Uwięziony na krańcu świata, gdzie nawet diabeł nie zaglądał – w Parnicach.
Zamknął oczy i delikatnie rozmasowywał gałki opuszkami palców. Ten prosty zabieg niewiele pomógł – ból praktycznie nie zelżał. Już dawno powinien był zacząć nosić okulary, ale ciągle przesuwał wizytę u okulisty i to głównie z powodu próżności. Kiedyś zaszedł z byłą partnerką, Julią, do salonu optycznego, zachęcony darmowym badaniem przy zakupie szkieł wraz z oprawkami. Zaczął od końca – od przymierzania oprawek. Jej mowa ciała wyrażała dezaprobatę.
– We wszystkich wyglądasz staro. Ja nie chcę, byś przy mnie wyglądał staro. Nie możesz szarpnąć się na laserową korektę?
Narzeczona od dawna należała do przeszłości i odpadła mu wygodna wymówka. Pozostało za to niefrasobliwe nastawienie, które zaszczepiła w nim ona. Nie zdawał sobie sprawy, jaką ta kobieta wciąż miała na niego moc oddziaływania.
Podniósł z blatu krople nawilżające. Ostrożnie odchylał dolne powieki i wpuszczał po dwie krople do worków spojówkowych. Przymknął powieki i oddychał miarowo. Ulga wreszcie powoli nachodziła.
Rozpoczynał się właśnie drugi miesiąc jego pracy w tej redakcji. Gdyby jeszcze pół roku temu ktoś mu zasugerował, że spadnie na samo dno dziennikarskiego piekła, to popukałby się w czoło.
Teraz był wdzięczny za tę część etatu, którą tutaj dostał. Zawdzięczał to nie tyle swojemu warsztatowi, co wstawiennictwu matki, w której stary redaktor i właściciel w jednym, niejaki Piotr Woźniak, kochał się od młodzieńczych lat. Ze względu na wiek nie miał u niej nigdy szans. Woźniak zbliżał się do 70, ale i tak był młodszy od jego matki Bożeny o mniej więcej dziesięć lat.
O słabości pracodawcy dowiedział się przypadkiem za sprawą epizodu z dzieciństwa. Podczas którychś świąt, gdy siedzieli przy stole w trójkę, ojciec Leszek, wyraźnie pod wpływem alkoholu, naigrawał się z Woźniaka.
– Ten z bożej łaski fircuś, tenPiotruś srotruś, absztyfikant jeden w dupę jego mać! Ciągle wzdycha i robi maślane oczka do ciebie, Bożenko! Biedaczek jeden, ale nie dla psa kiełbasa!
Leon zapamiętał to przede wszystkim z tego względu, że podpitego ojca widział może ze dwa razy w życiu. Leszek z reguły unikał trunków wyskokowych i podobnego, rubasznego, języka.
W głowie Leona pozostał też widok matki – jej purpurowe policzki i niesmak wypisany na licu. I skwitowanie wynurzeń ojca.
– Leszek, opanuj się. Jesteś ordynarny. Powinieneś się wstydzić.
Sentyment u redaktora naczelnego wciąż pozostał, bo uległ namowom matki bez zbędnych dyskusji, połechtany komplementami ze strony Bożeny. Woźniakowi aż oczy się świeciły, gdy wyrażała się o nim w takich superlatywach. Piotr zapewne czekał, by usłyszeć podobne słowa z jej ust od kilkudziesięciu lat. Leon podejrzewał, że Woźniaka niekoniecznie stać było na zatrudnienie go. Nie bez powodu prowadził gazetę sam od kilku lat – kondycja prasy, szczególnie tej lokalnej, była w tym kraju fatalna.
Tak czy inaczej liczyły się osobiste koneksje. Na osobistej renomie Fiszer nie mógł się opierać od czasu, gdy okrył się infamią.
„7 Dni Powiatu Parnickiego” znajdowało się jeszcze kilka szczebli niżej w dziennikarskiej hierarchii niż jego początki kariery na studiach. Pierwsze szlify w zawodzie zdobywał w „Głosie Szczecińskim” w redakcji stolicy Pomorza Zachodniego. Nie zabawił tam specjalnie długo i przeniósł się do lokalnego oddziału najbardziej prestiżowego dziennika w Polsce. Dwa lata po magisterce rezydował już w jego siedzibie głównej w Warszawie. A potem… Tyle że to było jakby w innym życiu. Teraz wiele by oddał, żeby wrócić choćby do Szczecina – do którego z Parnic było niecałe trzydzieści kilometrów, jeżeli policzyłoby się odległość od jego fotela do granic administracyjnych Grodu Gryfa. Właśnie tam uciekł jego poprzednik na tym stanowisku. Cztery lata temu.
Woźniak nie dawał Fiszerowi zapomnieć, jak wielką przysługę mu wyświadczył.
– Tylko ze względu na Twoją mamę, Leonie.
Czasem dodawał:
– Jak tak dalej pójdzie, to będziemy musieli się stać dwutygodnikiem!
Znosił to cierpliwie – potrzebował tej roboty. Nawet nie dla tych paru groszy, ale po to, by zachować świadczenia zdrowotne i socjalne.
Na szczęście wciąż był ghostwriterem jednej z najpoczytniejszych autorek kryminałów, pani Vanessy Laks. Nie dość, że ekranizowano nad Wisłą jej tytuły, to jeszcze jej książki wydawano w dużych nakładach również za granicą. Poznali się lata temu na jednym z rautów w warszawskim Marriotcie. On, rozpoznawalny już wtedy dziennikarz śledczy, a ona, popularna autorka zadomowiona w świecie zbrodni. Po kilku drinkach stali się już dobrymi znajomymi. Oczywiście wykorzystała jego zawodowy upadek, krach jego reputacji i obniżyła mu stawki. Niemniej jednak wciąż dawało mu to kilkakrotnie więcej, niż zarabiał w tej gazecinie.
Leon ostrożnie odchylił się na rozklekotanym krześle biurowym, bojąc się, że rozpadnie się ono na kawałki przy gwałtowniejszym ruchu. Wyposażenie pomieszczenia, w którym się znajdował, pamiętało wczesne lata dziewięćdziesiąte. Siedział przy biurku, szykując kolejny artykuł. Tym razem o planowanej podwyżce opłat za śmieci, którą miała się zająć rada miejska na najbliższym posiedzeniu. Pisał o tym po raz kolejny – temat bardzo „grzał” czytelników. A i dla niego było to ciekawsze niż relacjonowanie bohaterskiej akcji strażaków, którzy wyciągnęli jakiegoś zwierzaka z kanału, ostrzeganie o ogromnej dziurze w jezdni niszczącej zawieszenia samochodowe w jakiejś podparnickiej wiosce czy planowanym przez miasteczko festynie.
Tylko dwukrotnie zajmował się sprawami większego kalibru – nie tyle pod kątem ich złożoności, co wagi. Pierwszy raz tyczyło się to mężczyzny, który z powodu długów powiesił się w Kamionce – wsi przylegającej do Parnic – a drugi raz makabrycznego wypadku motocyklisty w drodze do Stargardu. Mężczyzna, jadąc z ogromną prędkością, zderzył się z traktorem z doczepionym pługiem, a jego ciało zostało dosłownie przecięte na pół.
Same Parnice były dla Leona straszliwą dziurą, więc okalające je – jeszcze mniejsze miejscowości – uważał za dziury do kwadratu. Pragnął ukrywać to nastawienie przed innymi, żeby nie traktowali go jak wielkomiejskiego snoba. Próbował cieszyć się z tego, co ma, ale ta jaśniepańska mentalność przez lata wżarła się w niego tak mocno, że z wielkim trudem przychodziło mu wykorzenić to z siebie. Bał się, iż inni, tutejsi, widzą tę jego, schowaną za maską kultury i ogłady, pychę.
***
Wstał i udał się do ubikacji, po drodze obszedł niemal całe włości, które oddano mu do dyspozycji w miejscu pracy. Oczywiście, gdy działał stacjonarnie, a nie w terenie.
Redakcja składała się z pomieszczenia głównego z dwoma biurkami – jednego stojącego na środku i drugiego jakiś metr od niego na prawo, trzech stolików ustawionych wzdłuż ścian, dużej komody biurowej oraz zaplecza. Na zapleczu kryła się przed światem mikroskopijna toaleta, zamykana wnęka na szczotki i pomieszczenie socjalne. To ostatnie było tak naprawdę zagraconym pudłami oraz ciężkimi szafami pokoikiem.
Gazeta mieściła się w bardziej niż skromnym szarym, parterowym budynku z lat osiemdziesiątych i zajmowała jego zdecydowanie mniejszą część. Tuż za ścianą sąsiadowała z nią apteka Zdrowie. Cały obiekt należał do Woźniaka, który – jak podejrzewał Leon – utrzymywał się na powierzchni dzięki czynszowi właściciela Zdrowia.
Ochlapawszy dłonie pod strumieniem ciepłej wody, przyjrzał się swojej twarzy w lusterku. Zastanawiał się, czy wygląda na czterdzieści osiem lat. Bujna czupryna lekko kręconych włosów ciemna jak dwadzieścia lat temu. Wokół szarych oczu i mięsistych ust tylko lekkie zmarszczki mimiczne. Obrócił się bokiem do odbicia. Grecki profil wciąż ostry – nie zauważył, żeby twarz obwisła lub napuchła.
Nie jest źle – pocieszył się w duchu i z lekkim uśmiechem wyszedł do głównego pomieszczenia.
W tym momencie do budynku redakcji weszła młoda, filigranowa blondynka z plecakiem przewieszonym przez jedno ramię. Ładna, z okrągłą buzią, piękną mlecznobiałą cerą i bystrymi szmaragdowymi oczami. Rozsiewała zapach słodkich cytrusowych perfum i rozglądała się wokół niepewnym, zamyślonym wzrokiem. Uśmiech Leona jeszcze się poszerzył. Mężczyzna wciągnął brzuch, którego nie miał, i podniósł podbródek.
Nie szczerz się tak, ona mogłaby być twoją córką – podpowiedział mu natychmiast wewnętrzny głos.
Lekko zdeprymowany wypuścił powietrze z płuc i odpowiedział:
– Dzień dobry.
– Pan Leon Fiszer? – zapytała ostrożnie.
– Tak, to ja. Pani w jakiejś redakcyjnej sprawie? Czy może reklamowej?
– Tak! Nie! To znaczy nie jestem pewna… Ja…
– Proszę spocząć i wszystko na spokojnie opowiedzieć.
Wskazał jej stare drewniane krzesełko. Brąz z czerwonymi obiciami.
Fiszer wolałby cały czas pracować z domu, ale redaktor naczelny nakazywał mu te dyżury.
– Ktoś może przyjść albo zadzwonić na nasz numer stacjonarny. Ktoś z ważkim tematem lub reklamodawca – tłumaczył.
Woźniak liczył przede wszystkim na to drugie, choć zdarzało się to nader rzadko.
– Przyszłam tutaj – zaczęła kobieta, gdy już zajęła wskazane miejsce naprzeciwko biurka, przy którym usiadł Leon – bo mam do pana pewną sprawę…
– Do mnie konkretnie? – Dziennikarz lekko uniósł brwi.
– Tak, panie Fiszer. Od lat jestem fanką pana artykułów śledczych. Pogrążył pan kilku gnoi.
– To młodzi czytają takie rzeczy? – Uśmiechnął się życzliwie. – Nie wiedziałem.
– Tak, niech pan sobie wyobrazi, że tak. Nie wszyscy w moim wieku czerpią wiedzę z filmików na TikToku czy pasjami wlepiają oczy w fotki na Instagramie. Bynajmniej nie tylko – odpowiedziała z przekąsem.
Prawie ją pochwalił za poprawne użycie słowa „bynajmniej”, ale w porę dosłownie ugryzł się w język.
– Proszę mi wybaczyć, nie chciałem być złośliwy. Tylko wie pani, wspomina pani o moim dawnym życiu. Teraz jestem tutaj. – Rozłożył ręce w geście bezradności.
– Ale umiejętności i talentu chyba pan nie stracił?
– Niektórzy uważają, że nigdy ich nie miałem. Że zawsze byłem hochsztaplerem…
– Ja do nich nie należę. Proszę nie być takim skromnym. Nie żartować i potraktować mnie serio. – Zmarszczyła czoło i zacisnęła usta.
– Dobrze, słucham panią uważnie. Co panią do mnie sprowadza? – Splótł dłonie i położył je na blacie.
Podobała mu się determinacja tej dziewczyny. Ten jej błysk w zielonkawych oczach.
Nazywała się Maja Wasilewska i była siostrzenicą zmarłej Maryli Cylki. Józef był jej wujkiem.
– W największym skrócie: ciotka zabiła męża, a potem siebie. Do szczegółów ich śmierci przejdę na końcu – oznajmiła.
Okazało się, że małżeństwo przez lata zapraszało ją do siebie i gościła u nich wielokrotnie od trzeciej lub czwartej klasy szkoły podstawowej. Postrzegała ich jako fantastycznych, nietuzinkowych ludzi. Mieli nowoczesne poglądy, lubili wszystko, co z Zachodu – głównie z USA. Próbowali to łączyć z przywiązaniem do tradycji i wartości patriotycznych. Dla nich naturalne było, że polski patriota powinien kochać swojego najważniejszego sojusznika zza oceanu. Przez kilka lat oboje nawet jeździli amerykańskimi autami, lecz ze względu na problemy z serwisem i eksploatacją tylko Józef przy nich wytrwał.
Przed domem, na specjalnie zamontowanym maszcie, powiewała polska flaga. Wielokrotnie podkreślali, że dom starali się zrobić w stylu amerykańskim ze staropolskim akcentem. Owym akcentem miały być dwie kolumienki przed wejściem do budynku.
Maja uważała, że zachowywali się uroczo, gdy się przekomarzali o to, czy wujek Józef może wyjść gdzieś razem z ciocią w kowbojskim kapeluszu. On nalegał, prosił, ale ona prawie zawsze pozostawała nieubłagana.
Z czasem relacje Mai z Cylkami nabrały wielkiej zażyłości i przez wiele lat przebiegały wzorcowo. Od rozpoczęcia przez nią studiów uległy rozluźnieniu – zajęta była szkołą, wolontariatem i studenckim życiem towarzyskim, którym na pierwszym roku dosłownie się zachłysnęła, ale na szczęście w porę się opamiętała.
Ostatni raz widziała ich mniej więcej dwa lata temu. Wciąż o sobie pamiętali, wysyłając nawzajem okolicznościowe SMS-y. Wujostwo przysyłali jej prezenty na urodziny i Boże Narodzenie. Nieustannie zapraszali ją do siebie, ale jej ciągle coś wypadało i odkładała to na później. Teraz tego bardzo żałowała, bo później już nie ma i nie będzie. Wasilewska wiedziała, że była dla nich ważna, ale nie sądziła, że tak bardzo, iż wszystko po nich odziedziczy.
Na życiu Cylków cieniem kładło się coś, co spotkało ich w przeszłości. W dwa tysiące trzecim roku dotknęła ich wielka tragedia – kilkuletnie córki w zimie wyszły na dwór, gdy oni jeszcze spali.
– Dzieci po kryjomu wymknęły się domu. Jak to dzieci, nie przewidziały zgubnych następstw swoich lekkomyślnych czynów. Chciały się pobawić w śniegu, co uwielbiały, i zgubiły się na polach. Mróz okazał się bezlitosny. Zanim rodzice się zorientowali, zanim je odnaleźli, dziewczynki zamarzły. Lena miała wtedy dziesięć lat, a Lilianna siedem.
Tak powtarzali Mai rodzice.
Sama Maja dziewczynek nie pamiętała – była wtedy zbyt mała.
Cylkowie prawie nigdy o córkach nie wspominali. Raz tylko. Maryla wówczas wyjątkowo pozwoliła sobie spożywać przy niej alkohol. Ciotka wypiła kilka lampek wina i coś do siebie mówiła, chlipiąc. Wręcz szlochała, pozwalając, by ciekło jej z nosa. Totalnie się rozkleiła. Wasilewskiej utkwiło w głowie, że Maryla powtarzała w kółko o córeczkach aniołkach, niewinnych i czystych. Wtedy to wujek kazał ciotce się ogarnąć. Wylał resztę wina do zlewu, a Maryla potulnie poszła na górę spać. Rano wujostwo znów byli radośni.
Oprócz niej i rodziców nie mieli nikogo bliskiego.
Józef miał jeszcze brata w Ameryce, z którym od lat dziewięćdziesiątych nie utrzymywał kontaktu, mężczyzna nie pojawił się na ich pogrzebie. Dlatego to właśnie na nią przepisali cały swój majątek. Wcześniej zorganizowała im pochówek. Żeby móc to zrobić, oświadczyła na policji, na protokół, że wchodzi w prawa osoby pokrzywdzonej.
– Albo coś w ten deseń. Konkretnie nie pamiętam – przyznała z rozbrajającą szczerością.
Dzięki temu statusowi mogła otrzymać fotokopię listu, który Maryla zostawiła na miejscu zbrodni. Przytoczyła go Leonowi z pamięci i powróciła do opowiadanej historii.
Po konsultacji z rodzicami, pomimo kontrowersji związanej ze zbrodnią, postanowiła spełnić prośbę ciotki i pochowała ją w jednym grobie z mężem. Powiedziała, że obecnie jest w trakcie porządkowania rzeczy w posesji wujostwa.
Pani domu zgromadziła pokaźną biblioteczkę – całą ścianę jednego pokoju zajmowała gablota pełna książek. W Małym życiu – pozycji, której Maja nie znosiła, a która była ulubioną Maryli – znalazła dziwne kartki. Łącznie sześć. Przerwała opowiadanie, wyciągnęła je z plecaka z twardej tekturowej teczki – wraz z fotokopią listu Maryli – i położyła na biurku dziennikarza.
Każda kartka znajdowała się w osobnej, przezroczystej koszulce. Jedna z nich była jak z amerykańskiego filmu – naklejono na nią litery wycięte z gazety, a reszta to komputerowy wydruk. Widniały na nich informacje o jakimś nieokreślonym zdarzeniu sprzed lat, którego Cylkowie powinni byli się wstydzić.
Sprawiedliwość was za to dosięgnie.
Będziecie się za to smażyć w piekle.
Jak w ogóle możecie ze sobą żyć?
Nie doczekacie spokojnej starości.
Macie jeszcze szansę się oczyścić.
Uwolnijcie swoje sumienie.
– Jak to wszystko znalazłam – tłumaczyła Maja – to zadzwoniłam do pani Ludmiły, gosposi wujków, ale nie odbierała, chociaż sama mi go podawała na cmentarzu w razie czego. Nie znałam tej gosposi dobrze, widziałam ją może ze trzy razy w życiu. Ostatni raz na pogrzebie. Składała mi kondolencje i mówiła, że chce wyjechać do siostry do Wrocławia. Mówiła, że ciocia i wujek to byli tacy porządni ludzie i to dla niej szok.
Leon najpierw sam przeczytał treść listu pożegnalnego i przerwał jej długi wywód, obawiając się, że to wszystko to jedna wielka strata czasu.
– Pani Maju – mówił dobrotliwym głosem – z tego, co tu jest napisane, wynika, że ona po prostu miała dosyć kłótni z pijakiem i się z nim męczyła. Jego uważała za chorego i niezdolnego do samodzielnego funkcjonowania. Potem sama ze sobą skończyła, ponieważ wiedziała, co ją czeka za to. Ot, cała tajemnica… czasem najprostsze wyjaśnienia są tymi prawdziwymi. A my chcemy doszukać się wielkiego spisku.
– Nie kupuję tego. Wcale a wcale.
– Dlaczego?
– Na pogrzebie pytałam Ludmiły, czy coś pomiędzy nimi się pogorszyło przed ich śmiercią, czy wujek nie odwalał jakichś numerów i nie doprowadzał ciotki do szału. Przysięgała na Boga i swoje dzieci, że nie. Nic nie zauważyła, nic nowego w każdym razie, a spędzała z nimi kilka godzin dziennie… To się nie klei… Poza tym te kartki z groźbami. Proszę dobrze na to spojrzeć!
Gdy Fiszer przyglądał się tym tajemniczym wiadomościom, Wasilewska przeszła do opisania makabrycznego finału żywota Cylków. Po sposobie mówienia o tym, po tym, jak załamywał jej się głos, dziennikarz nie miał żadnych wątpliwości, że przeżyła to bardzo mocno.
Doszło do niezrozumiałego dla Wasilewskiej horroru, który policja zakwalifikowała jako rozszerzone samobójstwo.
– Zna pan dobrze sprawę z mediów? – zapytała wciąż roztrzęsiona.
Leon odpowiedział zgodnie z prawdą.
– Coś tam czytałem, lecz nie zagłębiałem się w to za bardzo.
Gdy Maja zamilkła zmęczona opowieścią i jej ciężarem, dziennikarz zadał jej dosyć nietypowe pytanie.
– Jak pani do mnie trafiła?
– Zupełnie przypadkiem. W sklepie mi powiedzieli.
– W sklepie?
– Niedaleko domu wujostwa jest taki blaszany sklepik ABC. Małżeństwo go prowadzi. Znajoma sprzedawczyni, taka starsza już pani Joanna, mi powiedziała, że do Parnic wrócił prawdziwy celebryta. Jest pan sławny…
– Raczej niesławny – żachnął się. – Ale mniejsza z tym… Powinna pani iść z tymi kartkami na policję albo do prokuratury.
– Zrobiłam to wszystko. Byłam tu i tam. Olali mnie, brzydko mówiąc.
– Proszę powiedzieć coś więcej.
– W prokuraturze mi powiedzieli, że prokurator jest na jakimś zwolnieniu zdrowotnym i nie mogą mi nic więcej powiedzieć oprócz oficjalnych komunikatów. A na policji… trochę było to dziwne…
– Co takiego?
– Chciałam rozmawiać z kimś z wydziału kryminalnego, z zespołu dochodzeniowo-śledczego, kto prowadził tę sprawę. A oni zaprowadzili mnie do szefa wszystkich szefów. Do komendanta Brygiera znaczy.
– Faktycznie dziwne. – Przejechał wierzchem dłoni po szczecinie brody. – Co takiego powiedział?
– Facet zgrywał luzaka, ale widać, że to beton jest. Grzecznie mnie zlał. Zbył właściwie. Twierdził, że to jakieś głupie żarty i nawet nie wiadomo co to jest i z jakiego okresu pochodzi. – Maja podniosła kilka kartek ze stołu i nerwowo nimi potrząsnęła. – Kuźwa, przecież to widać, że te kartki nie mają więcej niż rok! On ze mnie debilkę robił… Przepraszam, bez sensu tak się uniosłam.
Rzuciwszy wydruki ponownie na blat, skrzyżowała ręce na klatce piersiowej i zrobiła głęboki wdech oraz wydech.
– Nie ma za co przepraszać. Rozumiem te nerwy… Tyle że ja nie wiem, czego pani ode mnie oczekuje. To nie jest temat dla tej gazetki. Ani dla mojego raczkującego kanału na YouTube.
– Wiem, że nie dla gazety. O kanale wogle nie wiedziałam. Ja chcę, żeby pan zrobił dla mnie prywatne śledztwo. Napisał prywatny artykuł czy coś w ten deseń… Jakoś się dogadamy…
– Pani Maju, ja nie jestem detektywem! W ciemno zakładam, że wielu ich pani znajdzie w Szczecinie.
– Wiem, ale ja takiego nie chcę. Nie chcę jakiegoś obcego faceta czy tam facetki. Pan jest stąd, prawda?
Leon skinął głową.
– Właśnie! Więc pan wie, jacy ludzie są tutaj trudni i nieufni. Założę się, że i panu nie będzie łatwo ich podejść i wykminić, o co w tym wszystkim biega. No i pan będzie miał pretekst do pytań, bo pan jest tutejszym dziennikarzem.
– Przyznam, że to brzmi dosyć ciekawie, ale wciąż nie jestem przekonany…
Młoda kobieta znowu sięgnęła do plecaka. Wyciągnęła z niej kopertę i położywszy na biurku, przesunęła w jego stronę, po czym została w pochylonej pozycji.
– Trzy tysiące za zlecenie. Plus pięćset na wydatki. Paliwo i tym podobne. Niedawno odziedziczyłam oszczędności po babci i jej mieszkanie. Teraz wychodzi na to, że odziedziczę wszystko po wujostwie. Dom, udziały w firmie. To, co zebrali na kontach… Sama nie wiem, co zrobię z tymi wszystkimi pieniędzmi.
Zawsze możesz podzielić się z potrzebującymi. Na przykład ze mną – przemknęło Leonowi przez głowę.
– Pani Maju, proszę mi wierzyć, że pieniędzy nigdy za dużo. Niech leżą bezpiecznie na pani koncie i czekają, aż się przydadzą.
– Może ma pan rację. – Delikatnie przygryzła dolną wargę i jakby na sekundę przeniosła się daleko stąd. – O czym to ja… Aha, po rozwiązaniu zagadki jestem gotowa zapłacić jeszcze cztery lub pięć tysięcy. – Wyprostowała się na krześle, a głos nabrał pewnej hardości. – Jestem im to winna. Muszę dojść prawdy, coby uhonorować pamięć o nich. Jeżeli ktoś ma się czegoś dowiedzieć, to właśnie pan.
Pieniądze z reguły stanowiły bardzo silny motywator. Szczególnie mocno działały na ludzi, którzy nimi specjalnie nie śmierdzieli. Leon właśnie do takich się zaliczał.
– Jeżeli bym się tego podjął – zaczął ostrożnie – to muszę ostrzec, że prawda bywa bolesna. Czasem wygodniej jej nie znać. Człowiek wtedy lepiej śpi.
– Zdaję sobie z tego sprawę. Może po mnie nie widać, ale jestem twarda.
Rozdział 2
Na prośbę Mai ustalili z Leonem, że będą mówić sobie po imieniu. Fiszer pstryknął telefonem zdjęcia kartek z tajemniczymi wiadomościami oraz fotokopii listu Cylki. Stwierdził, że zaraz zamyka redakcję, bo kończy się wyznaczony mu dyżur. Zapytał o możliwość zobaczenia domu po wujostwie. Wasilewska odparła, że właśnie tam zmierza i chętnie mu go pokaże. Przybyła do gazety pieszo. W miasteczku właściwie wszędzie było blisko, a ona nie lubiła prowadzić auta. Robiła to tylko, gdy musiała, i zawsze za dnia. Nigdy nocą.
Wsiedli do jego sedana – Mazdy 3 w barwie o efektownej katalogowej nazwie polymetal grey1 – i ruszyli w drogę.
Fiszera zaczęła przepełniać ekscytacja – coś, czego nie doznał od wielu miesięcy. Niczym Philip Marlowe, z detektywistycznych powieści Raymonda Chandlera, pomagał młodej damie w opałach. Była to zupełnie nowa, podniecająca dla niego rola.
Przejechali przez główną arterię miasteczka. Kilka rond na krzyż. Dobrze zachowane mury miejskie z basztami i gotycki kościół oszpecone okalającą je zabudową mieszkalną z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Pocieszny, socrealistyczny, klockowaty dom towarowy Sezam. Kilka dyskontów i ohydny blaszany market z elektroniką. Niewiele się tu nowego budowało – zarówno budynków wielorodzinnych, jak i usługowo-handlowych. W powietrzu unosiła się senna atmosfera prowincji. Spokój przemieszany ze stagnacją, marazmem i brakiem nadziei na znacząco lepsze jutro.
Większość pieszych jakby nigdzie się nie spieszyła lub sprawiała wrażenie, jak gdyby spacerowała bez celu. Może niektórzy zwyczajnie korzystali z uroków ciepłego dnia i przyrody, delektując się chwilą? Parnicom należało oddać to, że było w nich dosyć zielono. Dobre i to.
Podczas trasy zaliczyli też nieplanowany postój – zrobił się korek po tym, jak staremu dostawczakowi Volkswagena otworzyła się tylna klapa i z pojazdu wypadły różne meble wraz przyborami kuchennymi. Kilka osób biegało po ulicy, zbierając to pospiesznie. Leon cierpliwie czekał. W prawej bocznej szybie – tej po stronie Mai – dostrzegł swoje dawne przedszkole. Parterowy, rozłożysty budynek z płaskim dachem i charakterystyczną drewnianą oblicówką.
Bez wyraźnego powodu, po trosze po to, by zabić czas, poinformował o tym pasażerkę.
– Tam chodziłem. Przedszkole i zerówka. Nie wiem, czy nie byłem pierwszym rocznikiem. Wszystko pachniało nowością. Fajne czasy. Bardzo sympatyczne babki. Wtedy budynek jeszcze nie był taki kolorowy – wspomniał z nutą sentymentu.
– Mhm. – Maja spojrzała we wskazanym kierunku i aż otrząsnęła się z niesmakiem.
Leon zdziwił się, że tak reaguje studentka pedagogiki na widok placówki oświatowej, ale nie skomentował tego. Zerknął na nią, jakby od niechcenia, spod półprzymkniętych powiek. Lustrował ją przez krótki moment i skierował oczy wprost przed siebie – na drogę. Nie potrafił się jednak całkiem powstrzymać.
– Znasz to miejsce?
– N-nie. Pierwsze słyszę.
Już nie kontynuował. Resztę drogi pokonali w ciszy prowadzeni przez GPS.
Fiszer ze zdumieniem uświadomił sobie, że nigdy wcześniej nie zawitał w ten konkretny, ustronny rejon Parnic, a on zdecydowanie wyróżniał się na tle reszty miasteczka. Jezdnię i wydzielony chodnik wyłożono brukową kostką. Trawniki równo przystrzyżono, a latarnie niemal lśniły. Stanowiło to nielichy kontrast z resztą dzielnic, w których królowały niechlujnie łatany asfalt, krzywe płyty chodnikowe, przez które piesi mogli połamać nogi, chwasty sięgające pasa dorosłego człowieka i uliczne lampy, o które strach się oprzeć – wiele z nich było tak przerdzewiałych, że groziły zabiciem postronnej osoby. Leon, sądząc po stopniu zadbania o infrastrukturę, nie wątpił, że to właśnie tutaj rezydowała lokalna śmietanka – biznesmenów, polityków i, jak na tutejsze realia, majętnych rentierów.
Domy przy ulicy Podgrodzie wybudowano w nowym milenium – ten Cylków na samym początku XXI wieku. Sporych rozmiarów. Piętrowy z poddaszem. Gdyby nie beczułkowate kolumny z daszkiem przed wejściem, mógłby nawet przypaść dziennikarzowi do gustu. Pretensjonalny wydawał mu się także maszt z przybrudzoną przez czas, kurz i warunki atmosferyczne polską flagą.
Wokół otaczającego posesję metalowego ogrodzenia rosły gęsto umieszczone wysokie tuje. Jedynie z frontu, ze względu na bramę wjazdową i furtkę, posadzono ich tylko kilka. W wyniku tej naturalnej bariery nie istniało ryzyko, że ktoś podejrzy domowników przez okna z boków lub tyłu budynku, a co najwyżej przez szybę od ulicy – pod warunkiem że rolety byłyby odsłonięte.
Leon podążył za Mają do środka. Za progiem znajdował się krótki, szeroki korytarz. Na prawej ścianie wisiał rząd masywnych haczyków na ubrania, a na lewej automatycznie przyciągające wzrok zdjęcia rodzinne.
Galerię podzielono wyraźnie na dwie części, rozgraniczone pasem pustej ściany, szerokim na niecałe pół metra. Bliżej wejścia wisiały fotografie Cylków razem ze zmarłymi dziećmi – trzy kadry, ustawione blisko siebie. Obok znalazło się jeszcze jedno zdjęcie małżeństwa we dwoje, zrobione podczas zabawy sylwestrowej, oraz osobne portrety Leny i Lilianny. Na wszystkich twarzach widać było powagę albo półuśmiechy tak napięte, jakby utrzymywane siłą.
W głębi korytarza zaczynał się drugi zbiór, wyraźnie odsunięty, jakby należał do innej opowieści. Jedno zdjęcie sprzed kilkunastu lat przedstawiało Józefa, Marylę i Maję pod parasolką w parnickiej lodziarni – jasne, letnie, niemal beztroskie. Drugie, wykonane kilka lat później, ukazywało dumną maturzystkę stojącą z wujkami na tle szczecińskiego liceum. A także aż trzy fotografie samej Mai.
Najbardziej zaskakiwało to, że Maję uhonorowano tu trzema portretami, do tego gabarytowo większymi niż portrety córek Cylków. Osobliwe zdawało się też to, że małżeństwo, będąc uwiecznione z siostrzenicą, jawiło się jako zdecydowanie szczęśliwsi ludzie niż w towarzystwie własnych dzieci. Sama Maja również wyglądała na autentycznie uradowaną. Dziennikarz, gapiąc się na tę fotogalerię, nie ukrywał głębokiego skonfundowania z nadreprezentacji obecności Wasilewskiej i nastawienia samych Cylków.
– Tak, wiem, mnie też to zdziwiło – tłumaczyła się kobieta. – Wcześniej była tu tylko jedna moja osobna fotka, a nie trzy. Pamiętam, że raz mnie zaciągnęli tutaj w miasteczku do fotografa i wujek też mi jakieś zdjęcia pstryknął. Specjalnie dali mi białe bluzki, żebym w nich zapozowała. Nie lubię tego koloru, ale zrobiłam im przyjemność… Pojęcia nie mam, skąd to wyróżnienie… A to z matury to też ciekawe! Moim rodzicom się nie chciało ruszyć tyłków, a wujek z ciotką specjalnie przyjechali z Parnic.
Dziennikarz nie skomentował tego i przeszli dalej.
Wystrój wnętrza nie zachwycał Leona – dużo bieli i jasnych mebli.
Salon z kremową kanapą i fotelami o obłych kształtach z szenilowej tkaniny oraz puszysty dywan w teorii powinny nadawać ciepły i przytulny klimat, ale z wnętrza biło jakimś trudnym do wytłumaczenia chłodem.
Podobnie z kuchnią i jadalnią. Te realistycznie wyglądające plastikowe roślinki i różnorakie akcesoria – jak dekoracyjne tabliczki na ścianach – czy witryna z porcelanowymi talerzami w teorii powinny były tchnąć w to wszystko odrobinę życia i stylu, ale w istocie pachniały sztucznością. Przypominały scenografię.
Ale czy kwiat z lateksu czy innego poliestru jest w stanie tak naprawdę coś ożywić? Raczej nie w domu, a już na pewno nie na cmentarzu – zadał sobie pytanie w myślach.
Najbardziej upiorne wydały mu się poustawiane w różnych miejscach figurki aniołków – z drewna i metalu.
Zastanawiał się, czy sobie to po prostu wmówił. Może wszedł już uprzedzony ze względu na to, że doszło tu do makabrycznych wydarzeń, a tak naprawdę był to dom jak każdy? Jedynie nieco bardziej kiczowaty niż inne.
Maja pokazała mu miejsce, w którym leżało ciało jej wujka Józefa. Policja powiadomiła ją szybko, bo jej numer z imieniem i nazwiskiem oraz dopiskiem „ICE”2 wisiał na lodówce. Po tym, jak służby mundurowe wraz z prokuraturą zakończyły swoje czynności, poszczęściło jej się, ponieważ zaczepiła pracownika specjalistycznej firmy sprzątającej, która zajmowała się miejscem zbrodni.
– Typ na mnie leciał. Mówił, że krwi w cholerę było i jeszcze trochę.
– Twoi rodzice powiedzieli, co mogło doprowadzić ciotkę do takiej skrajności? – dociekał Leon.
– Co ty?! – Dziewczyna pokręciła głową tak energicznie, że kosmyki blond włosów na moment zawirowały i zakryły jej część twarzy – Byli w szoku. Mówili, że kiedyś trochę darli koty i imprezowali za mocno, ale czegoś takiego, takiej masakry, to w życiu się nie spodziewali!
Na piętrze – oprócz sypialni gospodarzy, drugiej łazienki oraz mikroskopijnego gabinetu Józefa – znajdowały się pokoje ich dzieci, i to właśnie te dwa pomieszczenia przykuły uwagę Leona. Było w nich posprzątane, ale odnosiło się nieodparte wrażenie, że dziewczynki wciąż tu mieszkają.
Pełno było ich ubrań i zabawek. Na ścianach kolorowe tapety.
Na pościelonych łóżkach maskotki zwierząt różnych wielkości. Na półkach książeczki. U starszej Leny sporo Lego, u młodszej Lilianny przede wszystkim lalki. Na biurku Lilianny kredki, flamastry i bloki rysunkowe. U Leny w tym samym miejscu klocki i japońskie komiksy. Starsza miała też trochę sprzętu elektronicznego. Na meblach stał dwudziestoczterocalowy kineskopowy telewizor Sony i konsola PlayStation 2 z wiszącymi kablami – niepodłączona do sieci i odbiornika. Oprócz tego rzucał się w oczy discman, także Sony, i kilka płyt CD. W tym albumy Christiny Aguilery, Spice Girls, Britney Spears czy NSYNC.
– Dziesięć i siedem lat? – zwrócił się do Mai, gdy oboje stali w sypialni jednej z nich.
– Dobrze zapamiętałeś.
– Ty ich nie poznałaś z tego, co mówiłaś?
– Mhm. Rodzice nie utrzymywali wtedy kontaktów z wujkami… Nie wiem, o co się pożarli… Zobaczyłam ich pierwszy raz na pogrzebie dziewczyn. Miałam wtedy jakieś cztery lata. Może pięć. Nawet tego nie pamiętam… Wiem, że po śmierci dzieci wujkowie zaczęli przyjeżdżać do mnie, do nas do Szczecina. No i kilka lat później ciocia i wujek zaczęli mnie zapraszać do siebie. Pierwszy raz pojechałam do nich na kilka dni, jak miałam chyba dziewięć czy dziesięć lat. I tak to trwało do matury…
– Twoi rodzice chętnie cię do nich wysyłali?
– Pamiętam, że na początku byli dosyć nieufni, ale jak potem zobaczyli, że jest okej, to chętnie mnie tam wysyłali. Mieli mnie z głowy. Jestem jedynaczką, więc mogli się wyluzować sami albo gdzieś pojechać. Oni uwielbiają jeździć w różne miejsca. Bez dzieciaka to większa wygoda.
– Wyjaśniali jakoś tę nieufność? Dopytywałaś ich?
– Wierciłam im dziurę w brzuchu… ale milczeli jak zaklęci. Raz mama powiedziała coś, co utkwiło mi w pamięci…
– Co takiego?
– Teraz są innymi ludźmi. Teraz się zmienili.
1Polymetal grey – szary, polimetaliczny.
2In case of emergency – w razie nagłego wypadku.
Rozdział 3
Niedługo potem się pożegnali. Wymienili się jeszcze numerami i ustalili, że pozostaną w kontakcie. Maja pragnęła możliwie szybko wrócić do Szczecina. Wsiąść do swojego Fiata 500 i dotrzeć tam przed zmrokiem. Po śmierci Cylków jeszcze nigdy tu nie nocowała, choć na parterze czekał na nią mały pokoik gościnny, w którym kiedyś tak chętnie się zatrzymywała. Na odchodne obiecała, że spróbuje jeszcze raz docisnąć rodziców odnośnie do wujostwa.
– Wypytaj o ich młodość – zasugerował dziennikarz.
Leon z kolei wrócił do swojego domu przy ulicy Cieplnej 27. W tej części miasteczka dominowały stare budynki jednorodzinne wybudowane w PRL-u. Jak ten jego rodziców – szarobury klocek z płaskim dachem nazywany kiedyś kostką. Wszedł po schodach na ganek. Znalazł się we wnętrzu pachnącym początkiem polskiego kapitalizmu. Farba w niektórych miejscach trzymała się ścian na słowo honoru, ale poza tym było wysprzątane całkiem nieźle.
Długo oraz starannie mył dłonie w łazience – niemalże jakby właśnie wrócił z siedliska śmiertelnych zarazków – i poszedł do rustykalnej kuchni. Ciszę przerywało tylko tykanie zegara. Na kuchence gazowej znalazł garnek z żurkiem. Włączył płomień i mieszając wywar, czekał, aż zrobi się gorący.
Usłyszał za plecami skrzypienie na korytarzu. To musiała być jego matka Bożena. Zakładał, że ucięła sobie późnopopołudniową drzemkę i nie chciał jej niepokoić prośbą o odgrzewanie obiadu.
– Kochanie, to ty? Czemu mnie nie obudziłeś?
Obrócił głowę, nie przestając kręcić chochlą kółek w garnku.
– Cześć. Nie było takiej potrzeby. Wolałem, żebyś sobie pospała.
– Doprawdy zbędna kurtuazja z twojej strony! Przecież to żaden problem! Coś dzisiaj późno wróciłeś, Lesiu, znowu zatrzymali cię dłużej w zakładzie?
– Mamo, to ja, Leon. – Odwrócił się, zostawiając zupę. – Twój syn. Pomyliłaś mnie z tatą – mówił łagodnie i powoli.
Starsza kobieta spoglądała na niego niepewnie lekko zamglonymi oczami osadzonymi na sympatycznej pooranej zmarszczkami twarzy. Po chwili zaśmiała się i machnęła ręką.
– Leoś, no przecież wiem! Tak sobie tylko żartuję! Zjedz sobie spokojnie, synku, a ja idę coś poczytać.
– Dobrze, mamo, nie martw się i odpocznij sobie.
Zanim odeszła, pospiesznie opuszczając głowę, zdążył przez ułamek sekundy wyczytać na jej obliczu zmieszanie. Nie żartowała. Demencja nie brała jeńców. Zabierała ją po kawałku. Powoli, bezlitośnie, odzierając z dawnej osobowości.
