Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
12 osób interesuje się tą książką
Każdej nocy ktoś się modli, żeby do niego nie przyszła. Czy ta klątwa jest powiązana z legendarnym Duchem Gór?
Klimatyczna, baśniowo-mroczna opowieść inspirowana karkonoskim folklorem i legendami, stworzona przez Aleksandrę Seligę, autorkę bestsellerowej trylogii Gołoborze. Historia o cenie, jaką trzeba zapłacić za wypełnianie zobowiązania pozostawionego przez przodków, i o dorastaniu w cieniu legend, które są wciąż żywe.
Połowa XIX wieku. W karkonoskiej wiosce, gdzie stare wierzenia nadal są silniejsze niż prawo i religia, żyje ród Rzepiórów–zielarek i laborantek od pokoleń związanych z Duchem Gór. Gdy najmłodsza z nich, Bronka, siódma córka siódmej córki, w wyniku wypadku uruchamia ciąg niepokojących i niebezpiecznych wydarzeń, wioska zaczyna szeptać o diabelskim pakcie. Dziewczynka, rozdarta między strachem a poczuciem winy, wyrusza w góry, by odnaleźć źródło klątwy i prawdę o dawnym sojuszu, który jej rodzina zawarła z legendarnym strażnikiem Karkonoszy.
„Klątwa siódmej córki” to pierwszy tom nowej trylogii Duch Gór– karkonoskiej sagi, w której fantastyka splata się z historią, a Karkonosze stają się pełnoprawnym bohaterem opowieści. Tu Walończycy, laboranci i postacie z karkonoskich legend spotykają się i przeżywają przygody wśród tak dobrze znanych szlaków, wzniesień i dolin.
Dla miłośników sag rodzinnych, fantastyki historycznej i literackiej baśni zakorzenionej w folklorze. Dla wielbicieli klimatu i charakternych postaci, które pokochali czytelnicy serii Gołoborze.
Aleksandra Seliga– pisarka, dziennikarka i literaturoznawczyni, doktor nauk humanistycznych. Autorka trylogii Gołoborze oraz współautorka dylogii Historie z Etherton. Laureatka Nagrody Specjalnej w konkursie „Fantastycznie Utalentowani” za „fantastycznie słowiańską fantastykę” oraz plebiscytu SLAVNI za najlepszy słowiański audiobook. Autorka książek i artykułów popularnonaukowych i monografii naukowych, promotorka kultury słowiańskiej. Na Uniwersytecie Łódzkim prowadzi badania nad XIX-wieczną fascynacją Słowiańszczyzną oraz zaraża studentów miłością do literatury tego okresu. Po pracy tworzy opowieści inspirowane dawnymi wierzeniami, mitologią i folklorem. W podcaście Retro Slavic Fantasy dzieli się ciekawostkami na temat kultury słowiańskiej i folkloru. Opowiada o słowiańszczyźnie w swoich social mediach: Instagram @a.seliga_pisarka i TikTok @a.e.seliga.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 323
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Redaktorka prowadząca: Marta Budnik Wydawczyni: Agnieszka Fiedorowicz Redakcja: Adrian Kyć Korekta: Małgorzata Lach Projekt okładki: Łukasz Werpachowski Zdjęcie na okładce: © Myśliński_Photos, © kharchenkoirina, © Yumeee / Stock.Adobe.com; najstarsze przedstawienie postaci legendarnego Rübezahla na mapie Śląska autorstwa Martina Helwiga z 1561 roku / Commons.wikimedia.org Grafiki wykorzystane w środku: © Farjana CF- 2969560, © Phatharaporn / Stock.Adobe.com
Copyright © 2026 by Aleksandra Seliga
Copyright © 2026, Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.
Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.
Wydanie I Białystok 2026 ISBN 978-83-8417-728-0
Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl
Plik przygotował Woblink
woblink.com
[…] A te łyse ściany Zamieszkuje Rzepolicz, rzadko widywany, Ale silny, swawolny duch, co zawsze chodzi I podróżnych w kierunkach podróży zawodzi, Pokazując się jako myśliwiec świadomy, Znający doskonale przejścia i rozłomy. To się jeleniem, kozłem lub smokiem pojawi Albo syczącym wężem zuchwale się stawi. To znowu jako botanik wystąpi łagodnie, Poradzi, drogę wskaże, lecz wcale zawodnie. Często w mgłę przemieniony, świat piękny zasłania Deszczem, gradem i śniegiem do gniewu nakłania! Przewodnik, kończąc mowę, radzi nam serdecznie, Abyśmy czystą myślą tchnęli tu koniecznie l mieli szczerość w sercu, pogodę na czole, A ten duch nie wyrządzi nam żadną swawolę!
– BOGUSZ ZYGMUNT STĘCZYŃSKI Śląsk, około 1879 r., cyt. za: K.R. Mazurski, Karkonoski Duch Gór w polskiej tradycji, „Na Szlaku”, październik 2007, nr e-10, s. 5.
Wieczorem przyszli kolędnicy.
Jeden z nich od stóp do głów obłożony był wyschniętą, żółtą słomą i konopnymi sznurami, a na głowie sterczała mu spiczasta czapka, co upodabniało go do zbożowego krasnoludka. Kilku niosło wielkie zwierzęce łby zrobione z drewna, gliny, skór i futer, wetknięte na kije. Był tam włochaty łeb turonia o szeroko rozwartej czerwonej paszczy, wytrzeszczonych złowrogo oczach i zakręconych baranich rogach. Były też głowy koni, kóz i krów obłożone sklejonym, śmierdzącym futrem i wyliniałą, rudawą sierścią. Spod wykrzywionej brodatej maski Żyda rozległ się donośny śmiech, od którego chata wprost zatrzęsła się w posadach.
Bronka wcisnęła się w kąt między piecem a niskim, drewnianym stołem, na którym każdego dnia babka i matka zagniatały ciasto na chleb. Pomiędzy jego zniszczonymi, chropowatymi nóżkami widziała stojącą w izbie i sieni grupę kolędników – pijanych, roześmianych rosłych chłopów, którzy co rusz wykrzykiwali jakieś sprośności, okraszone dla niepoznaki kolejnymi zwrotkami fałszowanej pieśni bożonarodzeniowej. Piec był gorący, jego zielone kafle parzyły, więc nie mogłaby zbyt długo tam wytrzymać – ale ze strachu nie była w stanie ruszyć się z miejsca. Na podłodze pod piecem, tuż przy pomalowanej w kolorowe wzory ścianie, dostrzegła glinianą miseczkę wypełnioną do połowy okruszynami chleba. „Babusia ją pewno dla domowików zostawili…”, pomyślała Bronka i to nieco dodało jej otuchy. Podciągnęła poobijane chude kolana pod brodę i cichutko obserwowała, co dzieje się w izbie.
Jej starsze siostry wcale nie wydawały się wystraszone. Darły się na całe gardło razem z kolędnikami i dolewały wódki do wznoszonych w górę brudnych kieliszków. Celka pocierała dłonie o fartuch długim, posuwistym ruchem, zaczynając od piersi, przez brzuch, a kończąc na udach. Bronka miała wrażenie, że sam turoń pożera siostrę wzrokiem – wystawiał ten swój długi, obleśny czerwony jęzor w stronę jej pełnych piersi, na których pozostałości mąki przybrały kształt dłoni po tym, jak Celka wycierała się nimi w fartuch. Antonina, stateczniejsza i cichsza, klepała się po wydętym przez ciążę brzuchu i wciskała ciastka w kształcie gwiazdek, zwane szczodrakami, pod maskę byka, prosto do ust jednego z kolędników, zapewne swojego męża, Jędrzeja.
– A, tutaj się schowała nasza mała Broneczka! – wrzasnął nagle jeden z mężczyzn, gruby, czerwony, o przylepionych do czoła włosach koloru słomy. Nie bez trudu schylił się, lekko zatoczył, przytrzymał purpurową ręką blatu stołu i zajrzał w kąt, gdzie kucała dziewczynka. – Chodźże do nas, córuchna, chodźże! Zaśpiewaj z nami! Pooowitajmy Maaaleńkiego…
– Jam nie twoja córuchna – wycedziła do niego złowrogo, ale tak cicho, że chyba jeno ten ukryty za piecem domowik usłyszał.
– Ostawcie Bronkę, Henryku, toż ona się boi! – Roześmiana Celka odciągnęła go na drugą stronę izby.
Tymczasem kolędnicy porwali dziewczęta do tańca i stukocąc zaśnieżonymi butami, wirowali z nimi, obijali się o łopaty do chleba, garnki i rozmaite sprzęty, aż powpadali roześmiani do izby paradnej. Tego już było dla babusi za wiele, więc podniosła się z jękiem z wiklinowego bujanego fotela i pogroziła gromadzie sękatym paluchem.
– Won mi stąd, ale już! Na podwórzu dokazywać, na gościńcu, a nie w izbie, gdzie gospodarskie sprzęty, gdzie święty kąt, gdzie święte obrazy! – Wyrzucała śmierdzących od wódki tancerzy zataczających się ze śmiechem po wiejskiej chacie.
Przez szeroko otwarte drzwi wpadła szalejąca śnieżyca, jedna z tych, co to pogrążają ostatnie dni starego roku w burych, mglistych szarościach, a noce w wirującej bieli. W taką pogodę wielu wracających z karczmy pijaków zamarzało na śmierć. Sporo wozów przewracało się na oblodzonych stromych traktach, by ich właściciele nigdy już nie zobaczyli swych żon i dzieci. W taką pogodę Duch Gór porywał mieszkańców Karkonoszy do tańca, a gdy wypuszczał ich z objęć, nigdy już nie byli tacy sami jak przedtem.
Śnieg natychmiast wdarł się do sieni i mimo gorącego pieca Bronka poczuła jego lodowaty podmuch. Kolędnikom jednak wcale to nie przeszkadzało. Rozgrzani wódką, tańcowali jeszcze przez jakiś czas na podwórzu Rzepiórów. Wreszcie odeszli w stronę kolejnych chat, a Celka, Antonina, Kazia i Tekla wpadły z powrotem do domu i z trudem zatrzasnęły drzwi, pchane silnymi podmuchami wiatru. Bronce przez chwilę wydawało się, że wirujące srebrno-błękitne płatki śniegu przybrały ludzki kształt, kiedy jednak mrugnęła, opadły bezwładnie na podłogę, zadeptane przez siostry.
– Powariowały! – wykrzyknęła matka, uderzając Celkę po uchu. – W taki mróz wyłazić na tańce! Chłopów zobaczyła i już krew uderza do głowy!
Antonina podeszła do kąta, w którym kuliła się Bronka, i nachyliła do niej z ciepłym, łagodnym uśmiechem.
– Chodź, ladaco, toć poszli. Możesz już wyjść.
Dziewczynka zawahała się, ale odgłosy kolędników dobiegały gdzieś z oddali, zapewne wchodzili już do innych chałup, na dobre opuściwszy podwórze Rzepiórów. Wypełzła więc powoli spod oprószonego mąką stołu.
– Kiej se poszli – szepnęła – to może babunia by bajkę opowiedziała?
Antonina przytaknęła. Wkrótce wszystkie zamieszkujące chatę kobiety zebrały się przy gorącym piecu. Matka zamknęła paradną izbę, która po przyjęciu kolędników na nowo pogrążyła się w uroczystej ciszy i ciemności, poprawiła przewrócone w czasie tańca wiadra i łopaty, pęki ziół i gliniane dzbany.
– Powieś czosnek przy oknie, Kaziula – odezwała się babusia do średniej wnuczki, krótko ostrzyżonej, brzydkiej, ale roześmianej Kazimiery, o twarzy zniszczonej po ospie, którą przechodziły pewnej jesieni wszystkie dzieci we wsi.
– Po co? – odparowała dziewczynka, porywając jeden ze szczodraków, rumianych, wypieczonych i leżących w dużym, wiklinowym koszyku na ławie.
– W taką zawieję upiory chadzają po świecie.
– To babusia się boi upiorów? – spytała Kazia, ale posłusznie urwała pęk czosnku spomiędzy rozmaitych zasuszonych ziół i warzyw służących zimową porą za przyprawy do zup i sosów, a często i za lekarstwa. Czosnek był już pomarszczony, zakurzony i poszarzały. Gdy niosła go na okienny parapet, kruszyły się z niego cieniutkie, łamliwe łuski. – Przecież babusia w zgodzie z diabłami żyje!
– Kaźka! – warknęła Antonina. – Mielesz tym jęzorem kiej krowa na pastwisku. Zamknij gębę, zanim kto podsłucha i pastorom doniesie.
– Ty tak mówisz, boś poszła za Niemca – włączyła się do rozmowy Celina. – Zamiast za naszego.
– Jaki tam z niego Niemiec? Jędrzej? – obruszyła się Antonina i chociaż zawsze zachowywała spokój, teraz wydawała się dotknięta.
– Jędrzej – prychnęła Celina. – Andreas, nie Jędrzej!
Bronka niewiele z tego rozumiała. Babka chyba zauważyła zmieszanie na jej siedmioletniej buzi, bo zawołała ją do siebie na kolana.
– Chodź, kochana – powiedziała z ciepłym uśmiechem. – A ty – rzuciła do układającej czosnek na oknie Kazi – zapamiętaj sobie, że Niemce nie zawsze tutaj byli i że onegdaj nasi przodkowie oddawali tu cześć Starym Bogom Słowian. A nasze babki i dziadowie szukali na górskich stokach ziół sprzedawanych na cały świat.
– Dalej niż za Krummhübel?1 – zapytała Kazia, siadając u stóp babuni, blisko pieca.
– Oho-ho, dużo dalej!
– Ale na pewno nie dalej niż za Hiršberk2. – Dziewczynka pokręciła głową i podrapała się po policzku pełnym dziobatych śladów po ospie.
– Świat jest dużo większy, niż wam się zdaje. – Babunia się zaśmiała. – Tak czy siak, czosnek jest potrzebny, bo głupie Niemce nie umieją dobrze się zabezpieczać przed upiorami. One nic nie wiedzą. Ale ja wiem i wszystkiego was nauczę, moje duszki. I zapamiętaj to jeszcze, że żadnych diabłów, którymi pastor okoliczny lud straszy, nie ma. A przynajmniej nie takich piekielników, jak ich odmalowuje.
– Babusia, nie zaczynaj… – weszła jej w słowo córka, nerwowo wyglądając za okno, czy kto nie podsłuchuje.
– To upiory są, a diabłów nie ma? – spytała Bronka, głaszcząc babcię po bardzo pomarszczonej dłoni pełnej żółtych i brązowych plam.
– Pastor mówi, że Duch Gór to diabeł – powiedziała Antonina, a matka pokiwała głową.
– O! – zawtórowała jej. Przechadzała się nerwowo po chacie, krzątała, sprzątała, jakby nie wiedziała, w co ręce włożyć. – O widzisz. A ty takie brednie wnuczkom opowiadasz, matula. Takie grzeszne brednie.
Babunia chyba się zdenerwowała, bo ręce zaczęły jej się trząść, szczęka latała pod chustą, a oczy jakby rozbłysły w ciemnościach, szkliste, choć przy tym zamglone.
– Tekla! – warknęła. – Tyś siedem córek urodziła, a wszystko już zapomniała? Czy ino głupią udajesz? Zaraz może się zniemczysz? Tyle dobrych rodzin się już zniemczyło, ale nie Rzepiórowie, ja nie pozwolę! Będę mówić twoim córkom prawdę, a potem, jak mnie do grobu wsadzicie, to rób, co chcesz. Dalej, rób, co chcesz. Ale póki żyję, prawdę ino mówię!
Matka westchnęła zrezygnowana. Wzięła lnianą ściereczkę i zaczęła zsypywać ślady mąki z piersi Cecylii.
– To mów – pozwoliła cicho. – A wy słuchajcie i zagniatajcie ciasto, ino w milczeniu, bo się nie uda i opadnie, jak się która przy robocie odezwie.
Każda z córek urwała potężny kawał chlebowego ciasta i zagniatała go na ławie. Nawet Bronka zerwała się z kolan babki, by pomagać w robocie. Jak każda siedmiolatka od dawna miała już mnóstwo domowych obowiązków.
Babka zaczęła opowiadać:
– Dawno, dawno temu, kiedy dwaj Bogowie stwarzali świat, powstały też nasze góry, Karkonosze. Bogowie wyznaczyli potężnego strażnika, którego zadaniem było pilnowanie równowagi między światem ludzi a naturą. Wiedzieli bowiem, że ludzie są zachłanni, że bogactwa ukryte w górach, w samym wnętrzu gór, będą ściągać tu niezliczone ich rzesze. Dlatego Duch Gór i Matula Ziemia mieli im do zaoferowania inne dary: magiczne zioła rosnące na stokach, krystalicznie czystą wodę, rozległe pastwiska dla owiec i kóz, z których bieluchnego mleka można zrobić smaczny, pożywny ser. Duch chciał, by mieszkańcy Karkonoszy szli drogą równowagi. I przez długi czas tak było. Nasza przodkini, Sława Rzepiórzyna, była słynną uzdrowicielką. Mówili na nią: laborantka. Zbierała na stokach zioła i wyrabiała z nich lekarstwa dla wielu dobrych ludzi. Ona i Duch zawarli sojusz… a potem przyszły wojny, pożoga i krew. Wygnano większość Polaków z tych ziem, ale Rzepiórowie zostali. Duch nie pozwoliłby ich wygnać. Źli, chciwi ludzie zabronili zbierania ziół i leczenia, chcieli jeno kopalni, kopalni, kopalni… A Ducha nazwali diabłem, demonem, Diabolus. Głupie Niemce rysują go z rogami i kopytami, jakby nie rozumieli, że on zawsze pokazywał się ludziom jako jeleń. I nie tylko! Wielu widziało go pod postacią wilka, dzika, czarnego ptaka, a nawet czarodzieja z długą, siwą brodą…
– Co to jest sojusz, babusiu? – wypaliła nagle Bronka. Babcia mówiła zagadkowo, używała trudnych słów, których dziewczynka nie rozumiała. Teofila Rzepiórowa była wykształconą kobietą. Kiedyś nawet mieszkała podobno we dworze.
– O sojuszu z Duchem Gór, matula, to ty wnuczkom nie gadaj. Daj pokój – wtrąciła się szybko Tekla.
– Eee tam – dodała Celina. – Przecie babusia tyle razy nam opowiadała te stare bajania, że my już wszystko wiemy!
Bronka wywaliła jęzor w stronę starszej siostry.
– Może ty słyszałaś. Bo ja nie. I wiedzieć chcę.
– Słyszała, słyszała, świątek, piątek czy niedziela… – Celina wywróciła oczami. Podeszła do drewnianej skrzyni i otworzyła ją, po czym wyjęła butelkę wódki i zaczęła nalewać do kieliszka, zerkając, czy matka nie patrzy, zajęta ugniataniem ciasta.
– No i masz. Miały milczeć – sarkała Tekla pod nosem. Pierwsze bochenki lądowały już na desce, obsypane ziarnem siemienia i przykryte ściereczkami na czas wyrastania.
– Sojusz, dziecinko, to taka umowa między dwiema stronami. Taki pakt.
– Pakt, o właśnie, pakt! Pakt czarownic z diabłem! – wtrąciła Tekla.
Babunia puściła tę uwagę mimo uszu i kontynuowała:
– Duch Gór przysiągł strzec Rzepiórów przed dziejowymi zawieruchami w zamian za cześć, jaką oddawały mu kobiety przez wszystkie pokolenia. I nie tylko.
– Dlatego zostawiasz mu dary przy wodospadzie? – zapytała Bronka. Trącała paluszkami o koronkową chustkę na pomarszczonej twarzy babuni. Materiał był stary, pożółkły, choć nawet teraz, po latach, mógł jeszcze budzić podziw misternym wykonaniem.
– Dary mu zostawiam, bo chcę pokazać, że o nim pamiętam. O naszym Karkonoszu. Jak dostanie dobrego chleba i cosik miodu, odpłaca się łagodną pogodą przy żniwach. Bywa i rozgniewany, jak mu Niemce huczą, buczą i stukają w kopalniach, o! Ale to jeszcze nie wszystko. My, dziecinko, Rzepiórowie, winni tu pilnować równowagi… I tak było przez siła czasu. Cóż z tego, skoro teraz przyszły wielkie zmiany? Kto jeszcze przy świętym źródle Łaby składa czarne koguty w ofierze, jako z dawna czyniono? Kto pamięta, żeby nie polować na zwierzynę tam... – wskazała ręką okno, za którym bielały ogromne sosny pokryte śniegiem – wysoko w górach, gdzie jego tereny? Nad każdym zajączkiem ubitym przez Niemca, Czecha alboć nawet i naszego on boleje, nad każdym jeleniem ustrzelonym on płacze, a jego łzy spływają powodziami w naszą dolinkę. Zamiast oddawać, ludzie jeno biorą, biorą i biorą! Mało samych gór nie rozpruli jak starej kapoty, żeby do cna ograbić z jego skarbów! Dyć nie dziwota, że potem wściekły chodzi, że zsyła zawieje, lawiny, gradobicia. Ale drzewiej…
– Skończże już z tym, matula. – Tekla wyciągnęła rękę do Bronki i pomogła jej zsunąć się z babcinych kolan. – Chodź, dziecko. Babce spać pozwólmy. Czas godowy, jutro trza w gości do Jagniątków iść, do świekry naszej Antoniny.
– Zawsze mnie jeno spać odsyłasz jak małe dziecko, miast pozwolić wytłumaczyć twoim córkom. – Babunia poirytowana machnęła ręką, ale zaraz podniosła się posłusznie z wiklinowego fotela i podreptała do drugiego kąta, w którym leżał siennik przykryty puchową pierzyną.
– Ty też idź spać – dodała matka, wycierając twarz Bronki fartuchem.
Mała ściągnęła spódnicę i zsunęła ze stóp drewniane chodaki, po czym wskoczyła do łóżka babuni. Nigdy nie miała własnego. Jako niemowlę spała w kołysce obok łóżka matuli, a potem, gdy odrosła od piersi, babcia wzięła ją i Kazię do siebie. Siennik był wygodny, ale mały. Czasem spały w nogach babki, a czasem we trzy kuliły się do siebie jak kury poupychane na grzędach. W niektóre noce, kiedy babunia głośno chrapała, Bronka otulała się kocem i kładła na ławie albo pod piecem, wprost na klepisku. Gdzieś tam, we dworach bogatych Niemców, ponoć nawet służba sypiała lepiej. Każda dziewka miała swój pokoik, łóżeczko, niekiedy i toaletkę. Ale cóż z tego? Babunia zawsze powtarzała, że lepiej znosić biedę i niewygody, ale być przy tym na swoim, niż iść robić na innych, usługiwać im, sprzątać, nocnik opróżniać i pościel słać. Niejedna dziewczyna ze wsi wracała z takiej służby spłakana i na kolanach prosiła rodziców o przyjęcie jej z powrotem do chaty. Ale tu przecież robota też była ciężka, o, ciężka jak diabli! Od małego trzeba było wydzierać tej nieprzychylnej górskiej ziemi choć trochę jadła, skrawek po skrawku. Im wyżej w góry, tym trudniej było żyć ludziom, a łatwiej dzikiej zwierzynie, wilkom, niedźwiedziom i jeleniom. Ludzie gór musieli więc być twardzi. Umieli walczyć o swoje. Potrafili całymi godzinami siać i orać stromy stok, na który trzeba było z mozołem się wspinać, ocierając pot z twarzy. Potrafili przemieszczać się przez zaśnieżone doliny, nosząc rakiety obwiązane rzemieniami albo używając sań ciągniętych przez psy. Znali tajne przejścia i wąskie ścieżki ukryte w leśnym gąszczu. Tak, ludzie gór, z których wywodziła się rodzina Bronki, rozumieli Karkonosze i ich kapryśnego władcę – niezależnie od tego, co biadoliła babcia, kiedy narzekała na Niemców, których z jakiegoś powodu tak strasznie nie znosiła. Według Bronki każdy, kto mieszkał w Górach Olbrzymich – Niemiec, Czech czy Polak – miał kiedyś w swoim życiu do czynienia z Karkonoszem. Życie w górach było trudniejsze niż tam, daleko za Hiršberk, gdzie mieszkali mdli, bladzi ludzie równin, których pola były płaskie niczym stoły do zagniatania ciasta. Cóż oni mogli wiedzieć o ostrych, śnieżnych zimach, o wiosennych roztopach zalewających trakty i ścieżki, o lawinach, które w mgnieniu oka mogły pogrzebać żywcem kilkadziesiąt osób?
„Może Antośka ma rację – myślała sennie Bronka, gdy jej powieki stopniowo opadały, a gliniany piec, w którym rosły bochny chleba, rozmazywał się przed oczami. – Może trzeba stąd wyjechać, uciec, złapać jakiegoś Ślązaka i wyprowadzić się z dala od tego przeklętego miejsca? Ale co wtedy stałoby się z babunią?”
Zasnęła. Wydawało jej się, że zbiega w dół stromą, wąską kamienistą ścieżyną między ogromnymi drzewami. Tu i tam zza omszałych pni wyłaniały się głazy o niepokojących kształtach. Wszystko wokół falowało, droga wiła się jak wąż, a niebo miało kolor purpury, jak podczas zachodu słońca oglądanego ze szczytu Schneekoppe3, królowej Karkonoszy. Dotarła do wodospadu. Na obmywanych przez srebrną wodę skałach widniały świetliste symbole żarzące się w czerwonym krajobrazie. Bronka podeszła bliżej, skołowana i drżąca. Kwiaty, tak wysokie, że wyrastały ponad jej głowę, wiły się wokół wodospadu, a ich łodygi splatały ze spływającą wodą w jedną mięsistą bryłę.
– Obmyj się – usłyszała niski, czysty i donośny głos, który dobiegał jak gdyby z wnętrza góry. Brzmiał trochę jak grzmot, a trochę jak szum padającej wody.
Posłusznie weszła do strumienia, ale ze zdziwieniem zauważyła, że nie czuje żadnego zimna. Woda była przyjemna i orzeźwiająca, delikatnie pieściła jej stopy i łydki. Podeszła bliżej kaskady wytryskującej z omszałych skał. Po chwili wahania weszła wprost pod wodospad, który obmył całe jej ciało, od czubka głowy aż po palce stóp. Nagle poczuła, że staje się bezcielesna, lekka jak piórko, wiotka i przezroczysta. Uniosła się wysoko ponad szczyty gór, dryfując w stalowoszarych chmurach, minęła Reifträger4 i ogromne skały zwane przez okoliczną ludność Końskimi Łbami, położone w dolinie wioski i miasteczka, pastwiska z drewnianymi budami, przeleciała nad Łabskim Szczytem niczym bezcielesna wietrzyca ciskana to w jedną, to w drugą stronę, aż wreszcie opadła delikatnie. Zaskoczona, rozejrzała się dookoła. Nie znała tej części Karkonoszy, mogłaby przysiąc, że nigdy wcześniej tu nie była, nawet wtedy, gdy wędrowały z Kaźką po stokach, by pasać bydło, albo gdy jednego lata wybrały się z matką w strasznie daleką podróż na wesele krewnej.
Na płaskiej, rozległej polanie wytryskiwało źródełko. Jego krystalicznie czysta woda wypływała magicznie wprost spod ziemi jak z jakiejś czarodziejskiej laski, której zasoby nigdy się nie kończą. Bronka znów miała ręce i nogi, tak jej się przynajmniej zdawało, bo palce wciąż falowały, wydłużały się i skracały, a gdy stawiała kroki, wylatywała na chwilę w powietrze. Niebo było błękitne, promienie słońca przyjemnie muskały policzki i plecy. Podeszła do źródełka i zauważyła, że spływa ono w dół po górskim stoku, wijąc się w głębokim korycie, które im bardziej opadało w stronę rozległej, zielonej doliny położonej u stóp Łabskiego Szczytu, tym bardziej się powiększało, stopniowo zmieniając źródełko w prawdziwą rzekę, Łabę.
Usłyszała ruch za plecami, skuliła się i wskoczyła za jakiś głaz. Wkrótce nadeszła procesja złożona z ubranych w białe szaty kobiet i mężczyzn. Jeden z nich, o długich, siwych włosach i brodzie, stanął tuż nad wytryskującym z ziemi źródełkiem, wzniósł ręce nad głowę i wykrzyknął:
– O Świętowicie, Panie Gór, który wśród szczytów wiecznych czuwasz, który nad Łabą w blasku słońca władasz, wysłuchaj naszej modlitwy! Świętowicie, ty, któryś na najwyższych szczytach siłę swoją okazywał, gdzie niebo styka się z ziemią, a wiatr niesie echo twojego imienia, spójrz łaskawie na nas, którzy stajemy w cieniu twych gór, składając ci ofiarę!
Po tych słowach do kapłana podeszła jakaś kobieta, która mocno trzymała wyrywającego się czarnego koguta. Przekazała mu ptaka, a on wprawnym ruchem wbił w niego sztylet. Trysnęła krew, której czerwień zlała się z krystaliczną wodą górskiego strumienia.
Bronka pisnęła i wystraszona zakryła usta dłonią.
– Nie słyszą cię – rozległo się nagle gdzieś za jej plecami. Odwróciła się i zobaczyła wysokiego mężczyznę o długich, rudych włosach i jelenich rogach wyrastających wprost z głowy. – Nie bój się. Nie zrobię ci krzywdy – uspokoił ją, gdy już chciała zerwać się i uciekać po stromym zboczu. – Oni też nie – dodał. – Nie widzą cię ani nie słyszą. Byli tutaj dawno temu, przed wiekami. W twoim świecie minęło już tysiąc lat.
Zdziwiona i wystraszona, znów spojrzała na grupę dziwnie poubieranych ludzi.
– Błagamy cię, Świętowicie – kontynuował kapłan. – Byś dał nam moc przeciw wszelkim burzom, które nadciągają z mroków ziemi, by twoja opieka spoczywała na nas, jak mgła poranna spoczywa na świętych kamieniach twego ołtarza. Ty, który władasz wiatrem, deszczem i śniegiem, błogosław nasze ziemie obfitością! Bądź łaskawy dla naszego plemienia! Niech święte wody rzeki Łaby użyźniają nasze pola i chronią nas od letniego skwaru!
– Kim oni są? – odważyła się zapytać Bronka.
Przedziwny korowód wyznawców Świętowita klęczał teraz przy źródle, dotykając ziemi czołami. Podniosły, uroczysty nastrój udzielił się też dziewczynce, która czuła, jak łzy napływają jej do oczu. Jedna z kobiet podniosła głowę i wpatrywała się z zachwytem w górski krajobraz. Wydawała się znajoma. W jej twarzy było coś…
– To twoi przodkowie. – Ogromny mężczyzna o rogach jelenia się uśmiechnął. – Założyciele klanu Rzepiórów. Onegdaj mieszkańcy tych ziem wiedzieli, komu oddają cześć. Wiedzieli, kto naprawdę włada tymi górami. Rozumieli. Teraz wszystko się zmieniło.
– Kim jesteś? – spytała Bronka.
Uśmiechnął się ponownie i wstał, prezentując swoje jelenie rogi i kopyta.
– Przecież wiesz – szepnął i z całej siły tupnął w ziemię.
Góra zatrzęsła się w posadach, potężna lawina oderwanych skał i głazów potoczyła się ze szczytu, a Bronka wystrzeliła w chmury niczym z procy, znów tracąc cielesne kształty. Sekundę później była pod wodospadem, który chłodził jej głowę silnym strumieniem.
– Udaj się w to miejsce – usłyszała jeszcze głos szemrzący w wodzie. – To twoje przeznaczenie.
1 Krummhübel – obecnie Karpacz.
2 Hiršberk – obecnie Jelenia Góra.
3 Schneekoppe – obecnie Śnieżka.
4 Reifträger – obecnie Szrenica.
Bronka otworzyła oczy. Mimo tego, że przez drewniane okiennice wpadały już do chaty promienie porannego grudniowego słońca, miała wrażenie, jakby nie spała całą noc. Jej ciało było obolałe, nogi drżące, mięśnie napięte niczym po wielogodzinnej wędrówce. Szyja i policzki szczypały jak po czerwcowej pasionce na słonecznych łąkach. Bronka usiadła na sienniku – babuni i Kazi już nie było – zawisła nogami w powietrzu i wyciągnęła ręce wysoko w górę, słysząc strzykanie w szyi. Po kuchennym kącie kręciły się siostry. Gdy zerknęła w stronę pieca, wydawało jej się, że coś niskiego i przysadzistego ucieka za palenisko. Szczur?
– W końcu! – Celka załamała ręce. – Budzili my ciebie z dziesięć razy, a ty nic. Jak kamień! Matka już chciała po pastora słać, że cię niby jaka nocnica zdybała! Wszyscy na nogach, a ty kiej jaka dziedziczka śpisz se prawie do południa!
– P-przepraszam – zająknęła się Bronka. Natychmiast wyskoczyła z łóżka, włożyła spódnicę, wełniane pończochy, grube skarpety i chodaki. W locie złapała leżącą na stole gorącą pajdę chleba i kawałek sera, po czym wybiegła przed chatę.
Do jej codziennych obowiązków należało przede wszystkim oporządzanie zwierząt. Dzisiaj pospała bardzo długo, nie była więc pewna, czy Kaźka już nie uprzedziła jej w porannym dojeniu Mućki, karmieniu kur, owiec i kozy, sprzątaniu obory i stajni.
Zapięła kożuch i podbiegła do studni, by obmyć twarz lodowatą wodą. To przypomniało jej o dziwnych snach: wodospad… źródło Łaby… i on – czy to był Karkonosz? Duch Gór we własnej osobie? Może nasłuchała się opowieści babci przed snem, a potem bajała o nim w wyobraźni i marzeniach? A może naprawdę ją odwiedził?
Obmyła twarz wodą z wiadra, czując, jak opuszczają ją resztki senności i dziwnej niemocy. Mimo lodowatego zimna to ją paradoksalnie rozgrzało, przygotowało do dalszej pracy. Za drewnianym ogrodzeniem widziała kręcących się po wsi mieszkańców, drepcących to tu, to tam. Trwał okres godowy, czas świętowania, wzajemnych odwiedzin, uczęszczania do Kościoła Wang w Krummhübel, który kilkadziesiąt lat temu, w czasach młodości babuni, kazał sobie zza morza sprowadzić pruski król. Świąteczny czas nie sprzyjał pracy, a raczej powszechnemu pijaństwu i ucztowaniu po karczmach i domach. Mimo że dopiero zbliżało się południe, Bronka widziała, że wielu niemieckich mieszkańców osady już ledwo trzyma się na nogach, wyśpiewując: „O Tannenbaum, O Tannenbaum!”. Babusia zawsze powtarzała, że zwyczaje Rzepiórów, polskie, słowiańskie, różnią się od tamtych, jednak Bronka nigdy nie widziała obchodów Bożego Narodzenia w kraju swoich przodków, o którym teraz nawet nie wolno było mówić głośno. Tu, w Karkonoszach, żyło jeno kilkanaście rodzin takich jak Rzepiórowie. Na święta zawsze trzymali się razem. Wiedziała, że dzisiaj także wybiera się wraz z matką i siostrami w odwiedziny do Jagniątków. Tam przynajmniej rozbrzmiewać będzie swojskie: „Przybywajcie, pastuszkowie, do Pana”, nawet jeśli Celka twierdzi, że rodzina Jagniątków się „zniemczyła”. Któż jednak się nie zniemczył? Od stuleci byli odcięci od mieszkańców własnego kraju, obcy wśród obcych, choć przecież, jak mówiła Babcia, na swojej ziemi, która onegdaj była piastowska. Łatwiej już szło dogadać się z Czechami, którzy siedzieli po tamtej stronie Schneekoppe. Zawszeć to przecież bracia: Lech, Czech i Rus dali legendarny początek wszystkim słowiańskim państwom. Ale tu, dookoła, w Krummhübel, Schreiberhau5 i Hiršberk – większość to byli Prusaki. Czasem przyjeżdżał Polak, żeby się zatrudnić do pracy w kopalni albo hucie szkła, czasem Ślązak, czasem Żyd, a czasem cały tabor Cyganów. Karkonosze od lat przyjmowały wszystkich, stając się wrzącym tyglem pełnym różnych narodów, zwyczajów, tradycji, religii i języków. Jedno chyba tylko łączyło ich wszystkich – głęboka wiara w Ducha Gór.
Bronka weszła do drewnianej stodoły. Nad drzwiami skleconymi z poczerniałych, wilgotnych desek ktoś wypisał symbol „K+M+B” białą kredą. To musiała być Antonina lub matka. Takie zbożne czary były jednym z niewielu rodzajów magii, które akceptowała Tekla. We wszystkich zaklęciach, prócz modlitw, widziała zgubny wpływ szatana. Babunia twierdziła jednak, że matka nie zawsze taka była. Że jako mała dziewczynka, w wieku Bronki, gadała pono nawet z górskimi rusałkami. Po zarazie, która zabrała jej córeczki, bliźniaczki: Albinkę i Walerię, zmieniła się nie do poznania. Zaczęła chadzać na luterańskie nabożeństwa, zwierzać się pastorom, we wszystkich, nawet naturalnych zjawiskach widzieć dzieło szatana i diabłów. Zuckerschale6, dawniej po prostu zabawny kamień, pod który chodziły latem na piknik, teraz był wedle matki „sprawką czartów”, Śnieżne Kotły – „przedsionkiem piekieł”, a Biały Jar – „siedliskiem upiorów”. Babcia powtarzała, że matka dziwaczeje i dewocieje, chociaż Bronka nie była pewna, co to znaczy.
W stodole spotkała Kazię, jak zawsze bez jęczenia i narzekania uwijającą się przy pracy, pokorną, w ruchach spokojną i metodyczną, nie tak trzpiotowatą jak Bronka.
– Coś tyle spała, kalinko? – zapytała i wręczyła jej stojące pod ścianą grabie. – Zostało trochę brudnej słomy, tam, w kącie. Tu już wysypałam świeżej. A tam Mućce łajno poszło po nogach i ogonku, trza obmyć i przegrabić legowisko. Rano jużem ją doiła, kurom dałam paszy, Fela i Mela dostały świeżej wody i sianka.
– Kochana jesteś, Kaziuniu – westchnęła Bronka. – Nie wiem, co mnie tak zmorzyło. Jakieś sny dziwne a straszne…
– E, to pewno przez te babci bajanie przy pieczeniu chleba. I przez kolędników. Nie dziwota, dyć te maski mieli okropne kiej jakie maszkary. Nie wiem, jak Celcia może za nimi latać.
– Celcia lata za każdym, co jeno ma chwosta.
Śmiały się obie, sprzątając stodołę. Grabiły, czyściły, wymiatały, wynosiły obornik i rzucały go w dół za chatę. Wydoiły Felę i Melę, dwie kozy, z których mleka rodzina Rzepiórów wyrabiała wyśmienite sery sprzedawane na targu w Hiršberk. Kiedy skończyły robotę, zbliżała się godzina obiadu. Zanim wyszły ze stodoły, Kazia złapała Bronkę za rękę i zapytała przejętym szeptem:
– Ej, kalinko, myślisz, że tatko wróci na Nowy Rok?
Bronka się zasępiła. Twarz Kazi, purpurowa z wysiłku, wyglądała jeszcze szkaradniej z czerwonymi plamami, które wystąpiły na stare ślady po ospie. Wyłupiaste, szkliste oczy wodziły po zwierzętach, po kopach słomy, po suficie. Za drzwiami dął grudniowy wiatr, jęczał w szparach, jakby wołał: „Dolo!”.
– Nie wiem, Kaziunia. Miał wrócić na Boże Narodzenie. I co? Może go już pruskie żołdaki zaciukali…
– Nie mów tak, Bronka, cichaj! Pewno go ino w sztolni zatrzymali i każą pracować dzień i noc, wiesz, że u nich górnicy to gorzej jak psy, cięgiem ino w pracy siedzą, świątek, piątek czy niedziela. Ale może na Nowy Rok puszczą. Może puszczą – powtarzała.
– A co tobie za ojcem tak markotno, co? – zapytała Bronka. – Odkąd żyjemy na tym świecie, więcej go nie ma, niż jest w chałupie. Jeno kopie a kopie, tu węgiel, tam srebro, tu żelazo. A chałupina jak biedna, tak biedna. Lepiej by się z matką do roli zabrał – syknęła Bronka.
– Kalinka! A cóż w tobie dzisiaj tyle złości, tyle pomstowania? Chodź, chodź już do chaty, zjemy coś. A potem do Jagniątków.
Wyszły na podwórze. Raptem od strony wiejskiej drogi usłyszały wesołe nawoływania. Przy opłotkach darł się Stasinek, syn Witczaków. Był zasmarkanym równolatkiem Bronki, urodził się dokładnie tego samego dnia co dziewczynka. We wsi wszyscy śmiali się, że mogli być bliźniętami, gdyby nie mieli dwóch innych matek. Niemce wołali za nimi: Hänsel und Gretel. Stasinek miał na sobie za dużą baranią czapę nasuniętą tak głęboko, że musiał bez przerwy podnosić twarz w górę i zadzierać brodę, by coś widzieć. W ręku trzymał butlę wypełnioną ciemnoczerwonym płynem i wymachiwał nią w stronę sióstr.
– Sok z malin! Matula mnie przysyła, coby was poczęstować – powiedział, gdy podeszły do płotu.
Bronka natychmiast zerwała mu czapę z głowy.
– A co ty, Kubie żeś ukradł? Taki baran! Mało cały do niego nie wleziesz, ha-ha-ha!
Chłopiec zawstydził się i poczerwieniał, ale zaraz odzyskał rezon i pomimo furtki, która była otwarta zaledwie parę kroków dalej, przeskoczył przez płot na ich podwórze.
– Zręcznyś kiej kocur – pochwaliła Kazia. – Dobry sok! – Otarła wargi, a czerwona smuga rozmazała jej się na twarzy.
Stasinek wyściskał Bronkę, wyrwał jej czapkę i z powrotem założył na niesforne jasne włosy sterczące we wszystkie strony jak źdźbła siana na polnej stercie.
– Idzieta do Jagniątków, co? – spytał i wziął z rąk Kaziuli butlę z sokiem, upił potężny łyk i podał Bronce.
Smakowało trochę kwaśno, trochę cierpko, a trochę słodko. Matka Stasinka robiła najlepsze soki, które pite całą zimę, pomagały zachować zdrowie i krzepkość. Do zbieranych własnoręcznie malin dodawała miód ze swojej pasieki. Babunia, która co roku zamawiała u niej soki, zawsze powtarzała, że nawet sam Duch Gór chętnie by je spijał. I chyba nawet (co podejrzewała Bronka od dawna) staruszka zostawiała kilka butelek przy wodospadzie jako dar dla Karkonosza.
– Idziemy, idziemy. Antonina już z Jędrzejem są po słowie, ich dzieciak pewno na wiosnę będzie się pchał na świat, to i trza jej ze świekrą żyć w zgodzie. – Bronka czule trzepnęła Stasinka w ucho.
– Dziwno tak jakoś, mąż i żona, a nie mieszkają w jednej chacie, ino ona dalej siedzi u was na gospodarce – prychnął.
– Głupiś – zaśmiała się Bronka. – To dlatego, że Antonina chciała do poczęcia z nami zostać, byśmy jej w razie czego dopomogły. Babunia przecież w całych górach słynna akuszerka. Z taką w domu to i pruskiego medyka nie ma po co do porodu wzywać, ino by przeszkadzał tym swoim szwargotaniem.
– No, może. Ja się tam na waszych babskich sprawach nie znam. Chodźcie, odprowadzę was pode drzwi i matuli waszej powiem Guten Tag. A ojciec też już wrócili?
– Nie, dalej go nie ma…
Przeszli przez podwórze i zapukali do chałupy. Stasinek zdjął czapę i pięknie ukłonił się przed Teklą, która stała w sieni.
– Witajcie, matulu! Pozdrowienia od Witczaków, butlę soku przyniesłem!
– Szczęść Boże, Stach! A to wszyscy zdrowi w chałupie?
– Zdrowi, zdrowi kiej ryby w Großer Teich7, dobrodziejko. Zajdźcie do nas też za dzień lub dwa na odwieczerz. Ciast ci u nas dostatek, pieczyste z sarny, co ją Kubuś w pruskim lasku ustrzelił…
– Cichaj, Stasiek – fuknęła Tekla. – Co ty, nie wiesz, że nas niemieckie hrabiostwo ścigają za ubijanie ich zwierzyny? Nie ma co gadać głośno o tym, zresztą pastor mówi, że to kradzież i grzech. Dzięki za sok, bądźcie zdrowi!
Staś przesłał im uśmiech, w którym brakowało jednego zęba, bo mleczny dopiero co wypadł, a stały jakoś się nie kwapił na tę stronę dziąsła. Mrugnął do Bronki, otarł zwisające smarki rękawem kożucha i odbiegł do domu.
Weszły do chałupy, matka postawiła sok na stole.
– Jużeśta połowę przy opłotkach wyżłopali, ładny mi dar – zaśmiała się. – Idźcie myć gęby, ręce i stopy w tym wiadrze, co stoi w sieni, bo niebawem wybieramy się do Jagniątków. Kazia, dla ciebie mam nową chustę, babcia wydziergała. Bronka, ty włożysz to.
– A czemu Kazia dostała nową, a ja nie? – oburzyła się dziewczynka.
– Bo Kazia o trzy lata starsza, toć ma pierwszeństwo. A tyś jest najmłodsza i na swoje musisz zaczekać. Tak już jest.
Naburmuszona Bronka poszła szorować stopy. Zawsze myła się tak, jak nauczyła ją matula: zaczynała od trzykrotnego czynienia znaku krzyża, następnie, zaczerpnąwszy wody z wiadra kwartą blaszaną, nabierała jej do ust tyle, ile się zmieści, i nachyliwszy się nad pomyjakiem, wylewała w garście, masując całe stopy, a potem twarz i ręce.
– Jak chcesz, to ci oddam moją nową chustę – powiedziała cicho Kazia, zawsze gotowa zażegnać swary, aby nigdy nie czynić nikomu przykrości.
– Nie, babunia ją tobie zrobiła. Trudno, zaczekam i ja. Albo sama se zrobię. Albo zarobię gotowy grosz we wsi i na targu kupię.
Kazia jeno się uśmiechała.
– Celka ma tyle chustek, że mogłaby jedną ci oddać. Ot, wielka pani. Stroi się jak pruska hrabianka, ino po karczmach takie rzeczy wyprawia, że pastor by się nogami nakrył, jakby to usłyszał. Dla niej Niemiec, Polak czy Czech to zajedno, byleby jurny był…
Śmiały się obie. Na koniec, wymyte, o świeżo zaczesanych warkoczach, przyciętych paznokciach, włożonych pończochach, czerwonych wełnianych spódnicach i fartuszkach w kwiaty, pokazały się matce. Babunia, która właśnie wróciła od jakiejś kumy, zacmokała z uznaniem.
– Ustawcie się tu w rządku, moja dziatwo!
Stanęły wzdłuż izby – Antonina z okrągłym brzuchem, krótkimi włosami ściętymi już pod czepcem na niedawnym weselu, Celina o wielkich, wypiętych do przodu piersiach, które odsłaniała pod obcisłym kaftanem jak niemiecka szynkarka z Krummhübel, Kazia w nowej koronkowej chuście, z oczami pokornie spuszczonymi, wiecznie marząca o tym, by ze zniszczoną przez ospę twarzą stać się niewidzialną, i wreszcie Bronka, najmłodsza, przed którą na świat przyszły jeszcze Albinka i Waleria, ale jednej strasznej zimy zabrała je zaraza.
– Ojciec wasz, Szymon Poręba, niby się krawiectwem nie trudnił, a jednak jest damskim krawcem – zażartowała babcia, wpatrzona dumnie w stojące dziewczęta.
Tekla wzięła się pod boki i fuknęła:
– Matulu! Ino jak wróci, to przy nim powstrzymaj te żarty! Dobrze wiesz, jak on nie lubi, gdy mu się mówi, że syna nie spłodził…
– Siedem córek – przytaknęła babunia. – Urodziłaś mu siedem pięknych córek i niech będzie z tego zadowolony, bo są jak żywe srebro.
– Tak, ale z siedmiu ino cztery zostały na świecie… Straciłam moją Józię, straciłam Albinkę i Walerię – westchnęła Tekla. Zawiązała wełnianą chustę pod brodą, złapała kosz wypełniony kołaczami i serem, po czym zakrzyknęła: – Idziemy, dziewczynki! Zimą wieczór nadchodzi prędko, a do Jagniątków droga nie taka bliska. Oby nas Bóg miał w swojej opiece!
– Oby was Duch chronił – dodała babcia, ale umilkła, gdy zobaczyła spojrzenie matki. Ścisnęła jeno Bronkę na odchodne i rzuciła: – Baw się dobrze i uważaj na Johanna, to stary opoj. A chustę tobie też wydziergam, nie frasuj się.
Wyszły przed chatę i udały się w dół drogi niczym kurczęta podążające za kwoką. Wieś położona była w dolinie między Schreiberhau a Krummhübel – maleńka, licząca zaledwie kilkanaście chałup, za którymi rozciągały się niewielkie poletka uprawne na stromo pochylonych pagórkach. W oddali widać było zaśnieżone góry, pogrążone w uroczystej jakiejś, zimowej ciszy. Słońce chyliło się już ku zachodowi, mimo że raptem trzy godziny temu minęło południe. Schneekoppe, Królowa Karkonoszy, zdawała się zanurzona w nierzeczywistej jakiejś mgle, pochodzącej jakby z innego świata. Kto wie, może i pastor miał rację, że na jej szczycie rezyduje sam diabeł?
Bronka wyłamała się z szarego końca pochodu i zrównała z matką. Z mijanych chat dobiegały ich pijackie śpiewy i przytupywania. Musiały przejść ścieżką przez las, potem w dół drogi, minąć pańskie stawy rybne i dotrzeć aż do Agnetendorf8, gdzie mieszkali Jagniątkowie.
– Matulu, a kiedy wróci ojciec? – zagadała Bronka.
Matka popatrzyła na nią zagadkowo.
– Podpytywałam gospodarzy, mówili, że w sztolniach praca wre. Schaffgotschowie chcą tu mieć wszystko in ordnung, jak się patrzy: szlaki, schroniska, karczmy, hotele… Nie ma już laborantów, córeczko. Babcia się myli. Nasz wielki ród upadł. Nam jeno w trudzie i znoju czekać reszty dni, aż wszyscy się tu ostatecznie zniemczymy. Nawet Polski już nie ma tam, na wschód od nas. Rozdziobały nas te kruki, wrony…
– Matulu, nie chciałam cię rozeźlić. – Wystraszona dziewczynka złapała ją za rękę. – Tak ino pytam, bo Kaziuli tęskno.
– Puszczą go, dziecino. Na Nowy Rok puszczą, a co by mieli nie puścić? Każdemu się należy odpoczynek, nawet najlichszemu wołu. Chyba że…
– Że co, mamo? – Bronka, wpatrzona w twarz matki, zniszczoną już i pełną trosk, które znaczyły ją kolejnymi zmarszczkami, nie zauważyła, że staje na oblodzonej kałuży. Nogi rozjechały się jej i omal nie fiknęła koziołka. Na szczęście matka złapała ją w locie.
– Trzpiocie ty! Patrzaj, jak leziesz! Raków nie wzięłyśmy, szkoda. Obacz, jaka ślizgawica. A co do ojca, to jeszcze tak może być, że się jako przewodnik po Schneekoppe u Niemca zatrudnił i przez całe święta, łącznie z Nowym Rokiem, będzie ludzi przybyłych z Prus oprowadzał. Ale oni tu zimą z rzadka, więc może wróci…
– Zwolnijcież, matulu! – usłyszały głos Kazi.
To Antonina potrzebowała chwili wytchnienia. Opierała się o pień drzewa, łapiąc głośno powietrze. Tekla podała jej wodę ze skórzanego bukłaka.
– Dobrześ zrobiła, że mieszkasz u nas, dziecinko – powiedziała, delikatnie zgarniając córce niesforne, spocone krótkie włosy pod czepek. – Jakbyś tam u nich w chacie rodzić zaczęła, babunia nie zdążyłaby dobiec. Widzisz, że to długi marsz. A jak malutkie na świat przyjdzie i minie czas połogu, to już będziesz z Jędrusiem. Ba, jeszcze ci on obrzydnie, jak zacznie z Niemcami co wieczór do karczmy chodzić.
– Mama, co ją straszysz? – Celka wzięła się pod boki. – Toć ona blada jako ten śnieg! Zakochana w tym swoim Jędrzejku kiej gołębica. A przecie tego kwiatu pół światu.
– Chodźcie, moje dzieci – odparła Tekla z przekąsem. – Ściemnia się, wilki nie śpią…
Lodowe sople zwisające z jodłowych gałęzi zdawały się świecić purpurowym blaskiem, gdy odbijały się w nich ostatnie promienie słońca. Świat zrobił się jakiś ciepłoczerwony, a potem zupełnie poszarzał, gdy ognista kula rozlała się za horyzontem. Od strony wierzchołków wzgórz napływała na świat mgła, ginęły w niej pola uprawne i droga. Na szczęście zanim zrobiło się zupełnie ciemno, trafiły już do Agnetendorf.
Wieś założyli w siedemnastym wieku czescy protestanci, którzy uciekli tu z powodu prześladowań, ale teraz, po dwustu latach, prawie wszyscy mieszkańcy mówili po niemiecku. Dzieci Jagniątków, w tym Jędrzej, uczęszczały do pruskiej szkoły w Hiršberk, a ich dorosłe córki służyły w hrabiowskim dworku i po okolicznych domach wędrownych jako pokojówki, kucharki, sprzątaczki. Dlatego Celka zwykła śmiać się, że Jędruś Jagniątek to już Andreas, a jego grubawa siostra, szesnastoletnia Kachna, to Katharina.
Położony w malowniczej, pokrytej śniegiem niewielkiej dolince dom Jagniątków także zbudowany był na wzór niemiecki: duża, obszerna chata o stromo nachylonym spadzistym dachu, zrobiona z drewna, które przez lata stawało się czarne i delikatnie spękane pod wpływem wiatru i mrozu. Dach, pokryty gontem, sprawiał wrażenie, jak gdyby schylał się, by przytulić domostwo do górskiego, śnieżnobiałego krajobrazu. Okna, niewielkie i ozdobione drewnianymi okiennicami, rozświetlone były padającym z wnętrza ciepłym blaskiem.
Weszły gęsiego na niewielkie podwórko, gdzie przed chatą stała drewniana ławka i rosła stara, rozłożysta jabłoń, teraz łysa i niepokojąco powyginana, o sękatych gałęziach stukających w ścianę. Wokół drzwi wejściowych Bronka zauważyła fikuśne malunki, zapewne skreślone rękami córek Jagniątkowej: wizerunki kwiatów, roślinnych pędów, drzew owocowych, anielskich postaci i gwiazd. Były bardzo ładne, ale jednocześnie wydawały się jakieś obce, nie do końca swojskie. Drzwi otworzył Jędruś: miał już dobrze w czubie, sądząc po zaróżowionych policzkach. Zawył: „Ciiiicha noc!”, a jego donośny pasterski głos potoczył się przez senną dolinę i zatrzymał gdzieś na górskiej ścianie. Wyskoczył przed chatę, żeby nie całować żonki przez próg, złapał Antoninę w pasie i podniósł, by wnieść do środka. Stękał przy tym i zataczał się, bo przecież w szóstym miesiącu musiała już ważyć tyle, co mały wół, ale wreszcie mu się udało. Matka i pozostałe córki wpadły za nimi ze śmiechem i zaczęły zdejmować w sieni kożuchy, po czym zaproszono je do izby. Był tu piękny drewniany stół uginający się od serów i kiełbas, była pieczona gęś, pierniki i marcepany, a w kącie między kaflowym piecem a łóżkiem z prawdziwym baldachimem stała przyniesiona z lasu choinka. Cała choinka! Bronka, gdy to zobaczyła, wybuchnęła śmiechem.
– A co to jest? – Pokazała palcem, gdy witała się ze starą Jagniątkową wycałowującą czule wszystkie Rzepiórzynki.
– Dyć przecie drzewko bożonarodzeniowe, Meine Liebe! Chodź, podejdź bliżej, zobacz, jakie szklane bombki, aniołki, trąby… Schön, co? U jednej gospodyni kupiłam, co pięknie na szkle maluje. Obiecała przyuczyć Gertrudę i Bertę, może one też w Hiršberk założą sklepik i będą sprzedawać turystom, dorobią się. Chciałabyś tak umieć? Popatrz, jakie śliczności. – Włożyła w palce Bronki szklanego konika pomalowanego na czerwono, ale sekundę później odeszła, by witać się z Teklą i Antoniną, zapraszać do siadania na zydlach, strojnych i malowanych jak wszystko w tej izbie. Rozłożyła zamaszyście ręce, by wziąć synową w objęcia, trąciła przy tym Bronkę, która upuściła konika na ziemię. Szkło rozbiło się na mnóstwo małych kawałeczków.
Czerwona ze wstydu dziewczynka już miała przepraszać, gdy okazało się, że w powszechnej wesołości nikt nic nie zauważył. Dorośli już polewali wódkę do kieliszków, już trącali się nimi, wykrzykując: „Na zdrowie!”, „Prost!”, Jędrzej złapał Antoninę i zaczął wywijać z nią wokół stołu, Tekla z Jagniątkową zasiadły, by od razu przejść do plotkowania, a Celę i Kazię porwały trzy dorodne i rumiane córki gospodyni: Kaśka, Berta i Gertruda. Stary Jan Jagniątek siedział przy kredensie i pykał fajkę, przeliczając gotowe pieniądze. Nawet nie spojrzał na małą Bronkę. Kucnęła, zebrała większe okruchy i położyła je obok choinki, a drobnicę zaczęła przesuwać po podłodze drewnianym chodakiem. Nie odważyła się już podejść do bombek, by przyjrzeć im się z bliska. Szkło okazało się zbyt kruche.
Antonina pomachała do Bronki i wskazała jej miejsce obok siebie, a gdy dziewczynka usiadła przy stole, postawiono przed nią talerz z parującym, tłustym kawałem gęsi i grubą pajdą chleba. Zajadała ze smakiem, pogrążona we własnych dumaniach o tym, jak okoliczne polskie rodziny coraz bardziej przypominają Niemców. W chacie Rzepiórów na Gody wieszało się podłaźniczkę, a nie stawiało całą choinkę. Przy stole zawsze było jedno puste miejsce dla zmarłych przodków, by zjedli z nimi wieczerzę złożoną głównie z dań grzybowych, kapusty i ryb. Tu, u Jagniątków, królowało mięsiwo i aromatyczne pierniki, a rozmaite słodkości wyglądały, jakby ukradziono je wprost z magicznego Hexenhaus, do którego trafili w bajce Hänsel i Gretel. Ich córki i oni sami też zresztą wyglądali, jakby przez lata pasła ich zła czarownica. Dziś wieczorem Bronka zamierzała opychać się bez opamiętania, bo wiedziała, że gdy skończy się świąteczno-noworoczny czas, wróci ciężka praca. Trochę słuchała plotek dorosłych, trochę zabawnych opowieści Berty o służeniu w pruskich dworkach, a trochę pogrążała się w błogich marzeniach, którym wtórowało przyjemne uczucie ciepła i sytości. „Ciekawe, czy Antośka też zrobi się taka tłusta, gdy na dobre zostanie Frau Jędrzejową Jagniątek”, dumała, przymykając powieki. Ręce miała lepkie od lukru, usta pełne korzennego smaku pierników, które wlazły w zęby. Od czasu do czasu otwierała oczy, by przyjrzeć się ręcznie haftowanymi makatkom lub obrazom przedstawiającym górskie pejzaże, którymi obwieszone były drewniane ściany w izbie. W kątach dostrzegła ogromne skrzynie i kufry, zapewne pełne rodzinnych skarbów przechodzących z pokolenia na pokolenie. Chętnie by w nich pobuszowała.
Naraz rozmowa tocząca się przy stole sprawiła, że otrząsnęła się z senności i zaczęła przysłuchiwać dorosłym.
– Słyszała Tekla, jak Rübezahl znowu dokazywał w sztolniach? – zapytała stara Jagniątkowa, przepijając do matki.
„Rübezahl” było niemieckim określeniem Ducha Gór, Karkonosza.
– Eeee! – Tekla machnęła ręką i zrobiła taką minę, że głębokie zmarszczki wokół jej wąskich ust jeszcze się pogłębiły. – Pastor Albert mówi, że to diabelskie sprawki, a w taki wieczór grudniowy nie ma co kusić szatanów, toć zaświaty otwarte…
– Opowiedz, Johann, jak to tam było. – Jagniątkowa zignorowała jej słowa i zwróciła się do swego męża, który wciąż siedział na krzesełku przy kredensie i pykał kółka z drewnianej fajeczki.
– A co będę, kobieto, opowiadać? To sprawy górników – żachnął się. – Szymonowa ma rację, nie będziemy gadać po próżnicy. Wy, baby, jeno byśta mieliły ozorem, a ze wszystkich plotkarskich, swarliwych bab moja najgorsza…
– Johann, bój się Boga i opowiadaj! – wrzasnęła Jagniątkowa, wstając od stołu i podchodząc do męża, by wyrwać mu fajkę. – Bo ci to śmierdzące obrzydlistwo wywalę do dołu z gnojowicą!
Westchnął zrezygnowany i zaczął:
– My Rübezahla zwiemy Skarbnikiem Rytejskim. Chłopy z kopalń zarzekają się, że go widują tam, w dole, pod ziemią. Słyszą jego głos, potężny a straszliwy, jak szukają złota i żelaza. Bo też i strzeże on swoich skarbów, nie lubi, jak mu je z ziemi wydzieramy… Ja tam swoje wiem. – Przeżegnał się, po czym splunął przez lewe ramię. – Uczone Niemce się śmieją, że to bajania, legendy, że on taki prawdziwy jak krasnoludki. A ja wiem, że istnieje i że źle robią ci, co kopią! Zemści się on na nich i zagrzebie żywcem, ot co! – Pogroził kułakiem.
– Johann, na miłość boską! – Kobieta wskazała ręką na twarz Rzepiórowej, bladą z trwogi. – Zapomniałeś, że Szymon pracuje w sztolniach? Miałeś plotki z miasta opowiedzieć, a ty biedną Teklę nam straszysz, zamiast Weihnachten świętować.
Stary złapał się za głowę i wykrzyknął:
– Toć sama kazałaś mi opowiadać, babo!
– Aj! – Machnęła ręką i oddała mu fajkę. – Masz, zatkaj się tym i siedź cicho, coś głupi jak ten wół! Jędrzejku, ty opowiedz, coś matce mówił wczoraj na odwieczerz.
Jędruś, zajęty karmieniem młodej żonki słodkim marcepanem i ciągłym klepaniem jej po wypiętym brzuchu, przeniósł zamglony wzrok na matkę i czknął głośno.
– Zawżdy to… Das ist… Freunde mówili, że ostatnio jeden czeladnik szedł przez góry na czeską stronę i spotkał Rübezahla, który siedział pono okrakiem na wielkim odyńcu, Ja! Zszedł z niego, podał chłopu uzdę i rzecze: „Tu jest wejście do kraju podziemnego króla, mego rywala!”. (A była tam ponoć wielka dziura w ziemi). „Przypilnuj mego wierzchowca i nie odchodź stąd, bo mam tam sprawę do załatwienia!” – bełkotał, udając donośny głos Ducha Gór. – „A jak zobaczysz, że z otworu wylatuje gęś, znakiem tego wygrałem pojedynek i hojnie obdaruję cię złotem! Jeśli jednak wyfrunie sowa, lepiej od razu daj drapaka!” I hop, skoczył jakby do samego piekła! Czeladnik czekał i spocony klepał pacierze, a tymczasem ten dzik ryczał, wyrywał się i błyskał ogromnymi kłami jako sam diabeł… – zatchnął się Jędrek i urwał, by czknąć. Wychylił kieliszek wódki i otarł pyzatą czerwoną, choć przy tym przyjemną i wcale przystojną twarz wierzchem rękawa białej koszuli, na której tkwiła wpół rozpięta zielona kamizelka.
– Co było dalej? – wykrzyknęła podekscytowana Bronka.
Kazia zgromiła ją spojrzeniem i położyła palec na ustach. Celka z Gertą pokazywały sobie przez stół, że Jędrek jest pijany i szalony, wywracając przy tym oczami.
– Dalej, liebes Mädchen, czeladnik miał już uciekać gdzie pieprz rośne i tego dzika zostawić, gdy nagle z otworu wyfrunęła gęś, a chwilę potem wylazł umazany krwią i ziemią Rübezahl, obwieszczając, że zwyciężył podziemnego króla! Ułamał kieł dzika i dał go chłopu w podzięce, a potem dosiadł tego ogromnego diabła i wystrzelił w powietrze! Zniknął, puf! Skoczył za górskie grzbiety!
– Andreas! – ofuknęła go matka. – Ty żeś miał nam opowiedzieć, co o Duchu Gór mówią w sztolniach, a nie jakieś bajki prawić o magicznych dzikach!
– Wżdy, Mutter, to prawda, klnę się na moje przyrodzenie! Ten czeladnik, Christoph, wszystko to opowiedział w karczmie, do której i ja chadzam, a mnie i chłopakom powtórzyła Rosalia, jak piwa nalewała!
– Ja ci dam Rosalii słuchać, kiedy już żonę masz, ladaco – warknęła Jagniątkowa. – Aj, macie rację, co po próżnicy gadać. O Duchu Gór w kopalniach wiadomo przeca od lat, a jakoś dalej działają i te pod Schmiedeberg9, i te pod Krummhübel, i w całych bez mała Karkonoszach! Nieraz jeno i ode święta coś tam stuka czy puka, to jeszcze nie znaczy, że chłopców przysypie, prawda? No, napijmy się!
„Jest zły – pomyślała Bronka. – Rozeźlił się, bo po jego górach kręci się za dużo ludzi. Tak jak mówiła babunia, jeno biorą i biorą”.
Świąteczna biesiada u Jagniątków trwała prawie całą noc. Śpiewano, tańczono, jedzono i pito, ale o Rübezahlu nikt już nie ośmielił się mówić, zresztą matce jakoś było potem markotno, pewno bez przerwy się zastanawiała, czy ojciec bezpiecznie wróci na Nowy Rok. Może nawet postanowiła sobie, że zamiast bezbożnie pić wódkę i jeść gęsinę, trzeba podreptać do Kościółka Wang i pomodlić się o bezpieczeństwo górników. W końcu Duch mógł być samym diabłem, jak grzmiał pastor w czasie nabożeństwa. Nad ranem kobiety Rzepiórów wsiadły do sań, a stary Jagniątek zawiózł je pod dom, milcząco uchylił czapki i z krótkim mit Gott! trzasnął z bicza, by wrócić do swojej chaty.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
5 Schreiberhau – obecnie Szklarska Poręba.
6 Zuckerschale – dosłownie „misa cukru”, obecnie Chybotek.
7 Großer Teich – obecnie Wielki Staw.
8 Agnetendorf – obecnie Jagniątków.
9 Schmiedeberg im Riesengebirge – obecnie Kowary.
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Rozdział 1
Rozdział 2
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
