Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Finałowy tom zachwycającej trylogii romantasy „Święte proroctwo” – pełnej zdrad, miłości i krwiożerczych bogów.
Po wybuchu wojny cały świat pogrążył się w chaosie. Dawne sojusze obróciły się w popiół, a nowe rodzą się w bólu i krwi.
Czy bogowie odwrócili się od swoich wyznawców?
Podczas walk w stolicy Will traci Ayę z oczu. Nikt nie wie, gdzie jest jego ukochana, kobieta, którą dawniej nazywano Oczami Królowej, a teraz – Drugą Świętą. Jej zniknięcie budzi niepokój, a w obozie zaczynają krążyć plotki o zdradzie.
Aya nie ma jednak szansy, by walczyć o swoje dobre imię.
Uwięziona i torturowana jest zdana na kaprysy Pierwszej Świętej, która pragnie zemsty na bogach. I zrobi wszystko, aby to osiągnąć. Nawet jeśli miałaby zniszczyć całe królestwo.
W nowej rzeczywistości, w świecie rozdartym wojną, Druga Święta musi wybrać, komu jest winna posłuszeństwo.
Czy ma wypełnić swoje przeznaczenie i uratować królestwo, które ją potępiło?
A może pozwolić, by bogowie wreszcie odpowiedzieli za swoje grzechy…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 577
Data ważności licencji: 9/26/2028
Tytuł oryginału: The Curse of Gods
Projekt okładki: Agnieszka Zawadka
Projekt mapki: © Sally Taylor, Artists Partnered
Redaktorka prowadząca: Agata Then
Redakcja: Katarzyna Szajowska
Redakcja techniczna i skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski
Korekta: Monika Kociuba, Beata Kozieł-Kulesza
Grafika w tekście: rawpixel.com/pl.freepik.com
© Katie Dramis, 2023
First published as The Curse of Gods in 2025 by Michael Joseph, an imprint of Penguin Books Ltd. Penguin Books Ltd is part of the Penguin Random House group of companies.
© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2026
© for the Polish translation by Ewa Skórska
ISBN 978-83-287-4154-6
Wydawnictwo Akurat
Wydanie I
Warszawa 2026
–fragment–
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).
Wydawnictwo Akurat
imprint MUZA SA
ul. Sienna 73
00-833 Warszawa
tel. +4822 6211775
e-mail: [email protected]
Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl
Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz
Wojownikom. Nieważne, jak długą będą spadać.
Jessice. Za to, że od początku wierzyła w Ayę.
Porządek Corpsoma: powinowactwa fizyczne
Zeluus: powinowactwo siły
Anima: powinowactwo życia i śmierci
Porządek Dultra: powinowactwa żywiołów
Incend: powinowactwo ognia
Caeli: powinowactwo powietrza
Terra: powinowactwo ziemi
Auqin: powinowactwo wody
Porządek Espri: powinowactwa umysłu, uczuć i doznań zmysłowych
Sensainos: powinowactwo doznań zmysłowych i uczuć
Persi: powinowactwo perswazji
Saj: powinowactwo wiedzy
Zapach śmierci, równie gęsty jak dym i równie jak dym stale obecny, utrzymywał się nad Dunmeaden, wisiał ciężką chmurą pomiędzy szczytami gór Mala.
– Można by pomyśleć, że Auqin powinni w końcu ugasić te pożary – zrzędziła Penelope.
Iliana powstrzymała się, żeby nie przewrócić oczami. Miały za sobą naprawdę ciężką zmianę, teraz uzupełniały zapasy ziół.
– To nie budynki nadal płoną – mruknęła. – To ciała.
Od ataku upłynął ponad tydzień, a ceremonie pogrzebowe nie ustawały. Aż dziw, że byli jeszcze jacyś zabici, których należało spalić w świętym obrzędzie. Przecież Kakos strawiło ogniem ich stolicę – jej dom.
Potężne niegdyś miasto stało w płomieniach, w ciągu kilku godzin wiele dzielnic obróciło się w popiół. Gdy szła do pracy, pod butami chrzęściły jej zwęglone szczątki.
Popiół, gruz i na pewno kości. Próbowała o tym nie myśleć. Po co skupiać się na zmarłych, skoro jej umiejętności były tak rozpaczliwie potrzebne tym, którzy przeżyli? Nie miała pojęcia, jak to się stało, że szpital – który po tym, jak zdobyła tunikę uzdrowicielki, stał się jej domem – uniknął gniewu Kakos, ale codziennie dziękowała za to bogini Morze.
Iliana poruszyła ramionami, otworzyła grube drewniane drzwi i weszła do szpitala. Dziś było tu ciszej. Anima, która rozpaczliwie walczyła ze śmiercią i przyspieszała jej nadejście, nie krzyczała już tak straszliwie. Iliana szła do stalowej umywalki na końcu korytarza, żeby umyć ręce przed swoją zmianą, i słyszała na kamiennej podłodze własne kroki. Chwilę później podeszła Penelope z dłońmi we krwi. Krótko skinęła Ilianie głową i zaczęła energicznie trzeć ręce.
– Pacjent odszedł? – zapytała cicho Iliana. Przechyliła głowę i patrzyła na spięte ramiona uzdrowicielki.
– Nie – warknęła Penelope.
Iliana przygryzła wnętrze policzka, spojrzała na krew w umywalce.
Uzdrowicielka zakręciła kran, oparła dłonie na stalowej krawędzi i popatrzyła gniewnie na spływającą wodę.
– Tylko… to takie bez znaczenia, że bogini ich oszczędziła – mruknęła, kostki jej dłoni zbielały. – Oni i tak umrą. Wszyscy umrzemy.
– Uważajnato, comówisz.
Głos Suji, w którym po raz pierwszy zabrzmiały ostre tony, zaskoczył je obie. Iliana odwróciła się: w gniewnych oczach uzdrowicielki, kiedy patrzyła na Penelope, nie było ani śladu dawnej łagodności.
– Takie słowa to brak szacunku dla darów, którymi obdarzyła cię Mora – rzuciła Suja. – Ludzie dość tutaj wycierpieli, nie potrzebują twojego przygnębienia.
Iliana zacisnęła dłoń na zwijanej właśnie gazie. Penelope wyprostowała się, wysunęła podbródek. Iliana gotowa była na zjadliwą ripostę, lecz Penelope tylko potrząsnęła głową i ze łzami w oczach minęła Suję, po czym wyszła z pomieszczenia.
Kobieta westchnęła, zacisnęła usta i zbliżyła się do półek z zapasami.
– Atak Kakos odebrał jej siostrę – szepnęła Iliana, patrząc na drzwi. – Nie jest sobą.
Suja zmarszczyła brwi i gwałtownym ruchem wzięła słoik z ziołami.
– Każdy z nas kogoś stracił.
Iliana otworzyła usta, lecz nie odpowiedziała. Ona miała szczęście, jej rodzice zdążyli uciec, nie odnieśli żadnych obrażeń. Ale Suja…
Nie bez powodu spędzała w szpitalu całe godziny.
Większość Dyminary zginęła, a reszta…
Reszta stanie przed sądem za zdradę i zapewne w ciągu dwóch tygodni zostanie stracona. Nikt nie wiedział dokładnie, jak to się stało, że zło Kakos przeniknęło do elitarnej straży królowej, dlaczego członkowie Dyminary odwrócili się od swojego królestwa i w czasie ataku dołączyli do wrogiej armii. Ale, tak jak zawsze, krążyły plotki.
– Cokolwiek się wydarzyło, mamy pracę do wykonania – wycedziła Suja przez zaciśnięte zęby. Kogo próbowała przekonać, siebie czy Ilianę?
Podobne słowa wygłosiła Hyacinth, Wysoka Kapłanka, gdy kilka dni po ataku przemawiała do ludzi z serca ruin. Zasiadła na tronie zaledwie dwa dni po wycofaniu się żołnierzy Kakos.
Dla zapewnienia stabilności, powiedziała wtedy.
Dla posłuszeństwa bogom.
Dla Tali.
– Dla własnych korzyści – mruknęła Suja, gdy Iliana spytała, co o tym myśli.
Możliwe. Ale jakie to miało znaczenie w obliczu tego, z czym się zmagali? Królestwo Tali znalazło się w stanie wojny, ich królowa nie żyła. A Druga Święta…
Cóż, tutaj już nikt nie wiedział, czemu wierzyć. Po tym, co znaleźli w sali tronowej, nawet Wysoka Kapłanka nie zdołała stłumić szeptów, snujących się po Dunmeaden jak smugi dymu, przed którymi Iliana nie mogła uciec.
Mroczna Święta.
Marionetka Kakos.
Przynosząca zagładę.
Morderczyni.
Słowa sprawiały ból. Iliana stała pośród tłumu w czasie Uświęcenia. Widziała, jak wybuch światła zmiótł ciemność nocy. Czuła, jak każda błyskawica, którą Aya posłała w niebo, wypełniała jej serce nadzieją. Chciała wierzyć Hyacinth i kiwała głową, gdy kapłanka z żarem zaprzeczała plotkom i pogłoskom, kiedy z granitową koroną na głowie potrząsała pięścią i wołała:
– Strzeżmy się prawdziwego wroga! To Kakos zniszczyło wasze domy! Kakos ma waszą świętą!
Kakos, któremu, jak oświadczyła nowa królowa, pomagał zdradziecki Gnębiciel Gianny.
Nikt nie widział Willa Castella od czasu ataku, ale to nie powstrzymało ludzi przed powtarzaniem oskarżeń, które rzucała rozpłomieniona Hyacinth.
Zdrajca. Manipulant. Morderca.
Mówiono, że nawet własny ojciec go nie bronił. Widocznie uznał syna za zdolnego do takich czynów.
Iliana nie wiedziała już, w co wierzyć, i żadna z tych wizji nie wróżyła dobrze ich królestwu. Albo święta wcale nie była świętą, albo była, ale wpadła w ręce tych, którzy skrzywdzą ją bez wahania.
Możliwe też, że Gnębiciel współdziałał z królem-heretykiem z Trahiru.
Pojawiły się głosy, że w bitwie użył ognia Incend.
Król Visza to obraza dla bogów! Kolejna marionetka Kakos!, wołali ludzie, ale to nie miało żadnego sensu. Aidon razem ze swoją armią walczył o Dunmeaden. To on uratowałich miasto. On i Gnębiciel.
– O czym myślisz, Iliano? – Pytanie Suji ściągnęło Ilianę do szpitalnego pomieszczenia.
Przełknęła ślinę, kciukiem pogładziła trzymaną w ręku gazę.
– Wierzysz w to, co mówią? Że Gnębiciel pomógł porwać świętą?
Suja zmrużyła brązowe oczy i chciała odpowiedzieć, lecz wtedy na końcu korytarza rozległ się krzyk:
– Niech się pan uspokoi! Niech się pan uspokoi!
Suja obróciła się na pięcie, pobiegła, a Iliana za nią. Dotarły do pokoju na końcu korytarza, gdzie pochylony uzdrowiciel przyciskał do łóżka starszego mężczyznę, który miotał się w pościeli.
– Proszę! – błagał uzdrowiciel. – Nic się nie dzieje, wszystko dobrze!
Mężczyzna patrzył dziko szeroko otwartymi brązowymi oczami i z całej siły miotał głową. Suja przyskoczyła do łóżka, odsunęła uzdrowiciela i chwyciła dłonie mężczyzny.
– Calliasie – mówiła cicho, lecz stanowczo. – Calliasie, nic się nie dzieje. Jesteś bezpieczny. Jesteś bezpieczny. Nikt nie chce cię skrzywdzić, Calliasie.
Iliana dopiero teraz zrozumiała, do czyjego pokoju wbiegły, dopiero teraz przestała się skupiać na tym, jak ma interweniować, jak pomóc, i zamiast bezimiennego pacjenta dostrzegła tamtego mężczyznę, co do którego miała pewność, że nigdy się nie obudzi.
Wybudził się ze śpiączki.
Serce Iliany zamarło, gdy Callias Veliri zamrugał, spojrzał przytomniej i utkwił wzrok w Suji.
– Gdzie jest moja córka? – spytał ochryple, rozglądając się po pokoju. – Gdzie Aya?
A może utrata przytomności była błogosławieństwem…? Ta myśl przyszła razem z wynurzeniem się z głębin umysłu i dojrzeniem oślepiającego światła horyzontu tuż przed ponownym zapadnięciem się w mrok.
Może utrata przytomności była błogosławieństwem.
Tam nie było bólu. Nie było tego dławiącego uczucia, gdy powinowactwo Evie dusiło jej własną moc. Nie było śmiechu, gdy Andras, Diaforaté, biciem wymuszał na niej posłuszeństwo.
Święta lubiła zmieniać swoje metody. Bawiła się Ayą jak znudzony kot schwytaną myszą. Pozwalała jej się obudzić, wciąż trzymając jej moc w żelaznym uścisku, wlewała wodę do ust Ayi tak, jakby chciała ją utopić, jeśli ta jej nie połknie.
Aya próbowała na to pozwolić.
Ponieważ jeśli utrata przytomności była błogosławieństwem, śmierć stałaby się jeszcze większym.
Jednak Evie temu zapobiegła. Niepojęta moc przeniknęła resztki zniszczonej tarczy, aż przejęła kontrolę nad ciałem Ayi.
Napij się.
Połknij.
Napij się.
Połknij.
Żyj.
Potem, gdy Evie poczuła się usatysfakcjonowana, Aya spadała w nieświadomość. Nigdy nie wiedziała, co ją przyniesie – moc Evie? Pięści Andrasa? Wiedziała tylko, że nadejdzie: dotyk powinowactwa, który spowalniał puls lub wyciskał powietrze z płuc, aż zemdlała, albo pięść uderzająca ją w twarz, stopa depcząca żebra, palce dławiące gardło.
Czekała na to. Śmierć wprawdzie nie przychodziła, ale ciemność dawała ukojenie.
Potem jednak zaczęły się koszmary.
Dziwne wybrzuszenie szyi Tovy, złamanej i skręconej pod nienaturalnym kątem – nieważne, co śniło się Ayi, ta wizja zawsze się pojawiała.
Siedziała w swoim pokoju, rzeźbiąc kawałek drewna, jej matka nuciła w kuchni piosenkę i…
Wtedy.
Tova w kącie pokoju, z ustami otwartymi w niemym krzyku, z popielatą twarzą, martwa.
Aya biegła przez las z Tyrem, zimne powietrze gór Mala szczypało policzki, a ona uśmiechała się, biegła szybciej. Nagle zaczepiła stopą o gałąź, potknęła się i…
Wtedy.
Tova, martwa przed jej stopami.
Była w łóżku z Willem i jęczała z rozkoszy, zatracała się w dotyku jego dłoni, dochodziła w euforii. Zasypiała, rozgrzana, zaspokojona, budziła się niedługo później, ręką szukała Willa obok siebie i…
Wtedy.
Tova, z głową nienaturalnie przekrzywioną, leżała na poduszce i wpatrywała się w nią niewidzącym wzrokiem.
Wtedy.
Wtedy.
Wtedy.
Po raz dziesiąty, po raz setny, w mrokach umysłu Ayi pojawiły się płonące oczy Leny.
– Wiesz, że to twoja wina – rozbrzmiewał w zakamarkach snów głos towarzyszki z Dyminary.
Pewnie, że wiedziała.
Tovo… Wszystko będzie dobrze… Powiedz mi, że nie użyjesz swojej mocy…
– Ja. Tova. Dyminara. Wilki Athatis. Nasz lud. Nasza królowa. Twoja matka. Wszyscy zginęli. Przez ciebie.
Aya mrugnęła. Persi stała przed nią, krew spływała z lewego kącika jej ust, plamiła brązową skórę.
– Druga Święta, która pojawiła się, by zniszczyć ciemność. – Z piersi Leny wydobył się pogardliwy śmiech, z ust trysnęła krew. – Jak myślisz, kiedy świat pozna wreszcie prawdę?
Lena zrobiła chwiejny krok, jeszcze jeden, aż znalazła się tuż przed Ayą, złapała ją za koszulę. Aya próbowała się wyrwać, lecz jej stopy były jak wmurowane, przybite do podłogi…
Wtedy.
Tova trzymała w żelaznym uchwycie kostki nóg Ayi, nawet po śmierci.
– Nie jesteś świętą – syknęła Lena, nachylając się tak blisko, że Aya poczuła żelazisty zapach krwi wypływającej z jej ust. – Nie jesteś wybrana. Jesteś niczym.
Ktoś ścisnął jej gardło i Aya próbowała odsunąć tę rękę, ale tu, w swoich koszmarach, nie mogła jej chwycić.
– Jesteś niczym – powtórzyła Lena i to już nie była ona, lecz Evie, z twarzą w aureoli słońca. W oddali fale rozbijały się o burtę skradzionej łodzi.
Ręka ścisnęła mocniej, płuca płonęły.
Niczym.
Niczym.
Niczym.
Niczym.
Przed oczami pojawiła się ciemność, umysł znów osuwał się w nieprzytomność, aż w końcu nie było już…
Niczego.
Conoscenza uważała mrok duszy za demona, z którym należy walczyć. Za los, którego trzeba się wystrzegać. Za coś, co powinno się zniszczyć.
Will postrzegał ten mrok w sobie jako zagrożenie i nie mógł się go pozbyć, choćby nie wiadomo jak bardzo się starał. Teraz jednak, kiedy spowity czernią nocy ukrywał się za grubym pniem drzewa gdzieś w południowo-wschodniej części Mala, ciemność narastająca w jego duszy nie była już wrogiem.
Nie stała się jednak przyjacielem.
On sam był tą ciemnością.
I po raz pierwszy w życiu to akceptował.
Skradał się po cichu, zbliżał do strażnika opartego o drzewo kilka kroków dalej. Mężczyzna stał tyłem do Willa i wpatrywał się w polanę tuż za miejscem, w którym obaj się znajdowali.
Jedną ręką pochwycił żołnierza na wysokości piersi i oderwał od pnia, drugą poderżnął mu nożem gardło. Zaskoczony okrzyk zmieszał się z krwią i ostatnim haustem powietrza.
Kiedy Will kładł go na ziemię, był już martwy.
Z lewej strony dobiegł szelest, potem bardzo cichy zduszony odgłos i na ziemi spoczęło jeszcze jedno ciało.
A więc i Aidon znalazł swój cel. Dobrze.
Z nożem w dłoni Will ruszył dalej między rzednącymi drzewami. Dotarł tak blisko polany, że widział migotliwe płomienie, słyszał głośne, pijackie śmiechy.
Wokół ogniska siedzieli żołnierze, Will naliczył ośmiu, wszyscy w granatowych mundurach Kakos. Żołdacy, którzy najechali Dunmeaden.
Dokładnie tak, jak twierdzili zwiadowcy Aidona.
Will spojrzał w lewo, tam gdzie król Trahiru stał za wysoką sosną, i podniósł rękę.
Czekaj.
Aidon skinął głową.
Will przykucnął i podkradł się bliżej, sunął wzrokiem po drugiej stronie polany. Wreszcie dojrzał dwoje błyszczących oczu, przeszywających ciemność.
Wciągnął powietrze.
I opuścił brodę.
Teraz.
Tyr zaatakował.
Na polanie wybuchły krzyki: wilk dopadł zaskoczonych żołnierzy, ci zerwali się, rzucili do ucieczki, potykali o kłody i porzuconą wcześniej broń. Will skoczył do walki i oddech później jego nóż znalazł się w plecach najbliższego żołdaka. Aidon, ledwie kilka kroków dalej, już przebijał gardło innemu żołnierzowi. Miecz zalśnił w świetle płomieni.
Biegła w jego stronę jakaś żołnierka, Will wyciągnął tylko rękę, wysłał impuls mocy. Powietrze rozdarł krzyk, kobieta upadła i miotała się na ziemi, drapała szyję: powinowactwo naśladowało duszenie.
Chwilę później uciszył ją miecz Aidona.
Will znalazł kolejny cel i kolejny, i na bogów, to było aż zbyt łatwe… Tyr darł mięśnie i miażdżył kości, miecz Aidona przebijał ciała, a sam Will walczył nożem, mocą i wściekłością.
Wszystko skończyło się równie szybko, jak się zaczęło.
– Przeszukaj namiot – rzucił Aidonowi i cisnął nożem za ostatnim uciekającym żołnierzem, słuchał odgłosu, jaki wydała jego klinga, wbijając się w ramię mężczyzny.
Człowiek padł na ziemię, Will przypadł do niego, wyrwał nóż i przekręcił żołdaka na plecy. Przycisnął mu ostrze do gardła, przygniótł go do ziemi.
– Gdzie ona jest?
Mężczyzna oddychał płytko, wzrok zasnuwały mu strach i alkohol.
– Kto?
Will przycisnął nóż mocniej, jego powinowactwo narastało. Bez najmniejszych trudności przebił się przez osłonę mężczyzny i wypełnił go tętniącym bólem. Być może był nowym Diaforaté, który nie zapanował jeszcze nad swoją surową mocą. Być może był zwykłym Visza, ograniczonym jednym powinowactwem.
A może jego furia wyzwoliła moc w sposób, na jaki nigdy wcześniej nie pozwolił.
Mężczyzna wrzasnął przejmująco. Will chwycił go za koszulę, poderwał z ziemi.
– Druga Święta. Gdzie ona jest?
– Nie mamy jej! Nie mamy… nie mamy żadnych więźniów! Nic nie wiem! Nic nie wiem!
– Kłamiesz – wypluł z siebie Will.
Zalany nową falą mocy mężczyzna szlochał.
– Will. – Aidon wyszedł z namiotu z pustymi rękami, pokręcił głową. – Tu nic nie ma.
Przecież wiedział, wiedział, że jej tutaj nie znajdą. Ale żeby nic…
Will odwrócił się do mężczyzny, ten wpatrywał się w niego dzikimi, szalonymi oczami, chwycił go za nadgarstek, chciał się wyrwać.
– Widzisz! – charczał. – Nie mamy jej, nie mamy…
Słowa ucichły, gdy Will poderżnął mu gardło.
Zapadła ogłuszająca cisza, tylko w opadających płomieniach potrzaskiwało drewno, tylko dudniła w uszach krew. Ciało mężczyzny opadło na ziemię, Will przysiadł na piętach i oddychając z wysiłkiem, zaciskając zęby, patrzył na martwego wojaka, na zbierającą się pod nim krew.
Kolejny prowadzący donikąd trop.
Szukał jej ponad dwa tygodnie i znowu, znowu dotarł, kurwa, donikąd.
Wzdrygnął się, gdy na jego ramieniu spoczęła ciepła, mocna dłoń.
– Znajdziemy ją – rzekł cicho Aidon.
Will zamknął oczy.
Wdech…
…wydech.
Otworzył oczy i spojrzał na Tyra, na kapiącą mu z pyska krew. Ale to oczy zwierzęcia, pełne gniewu, płonące, kazały Willowi wstać z ziemi. Wszystko bolało, przeciążone mięśnie protestowały.
Gdzie jesteś?
Potrzebował, wszyscy potrzebowali odpoczynku. Ale nie mogli sobie na to pozwolić. Jeszcze nie teraz.
Gdzie jesteś?
Musiał ją znaleźć.
Znajdzie ją.
Gdzie jesteś?
– Spal je – mruknął do Aidona i odwrócił się tyłem do ciał rozciągniętych na polanie. – Spal je wszystkie.
W młodości Aidon spędził wiele długich nocy, wyobrażając sobie swoją przyszłość. Pociągało go dowodzenie i przytłaczał ciężar dziedzictwa, dusiła tajemnica, którą rozpaczliwie próbował ukryć.
Przewidywał tysiące scenariuszy, rozstawiał figury na szachownicy, opracowywał kolejne strategie, tak żeby nic nie mogło go zaskoczyć, a jednak w końcu tak właśnie się stało. W żadnym przeanalizowanym scenariuszu, w żadnym planie bitewnym, w żadnej wyobrażonej sytuacji nie było tego czegoś.
Ukrywania się.
Ucieczki.
„Uciekaj!”, rozkazała mu Aleissande, kiedy tylko zgasł jego płomień. Zwęglone zwłoki Diaforaté jeszcze nie opadły na ziemię, a Aidon już widział przerażenie na twarzy Josie, gdy pojęła, co musiał zrobić, żeby ją uratować, gdy jego żołnierze zrozumieli, co ich król właśnie ujawnił w ferworze walki.
Aleissande chwyciła go za przedramię i szarpnęła.
– Aidonie, uciekaj!
Po raz pierwszy w życiu usłyszał strach w głosie swojej generał i dlatego zrobił to, co mu rozkazała: uciekł pod osłoną chaosu bitwy. Uciekł. Jego tchórzostwo wiodło go przez miasto, stromymi ścieżkami do pałacu. Bo skoro nie mógł już zrobić nic innego, to może zdoła ostatni raz pomóc przyjaciołom.
Przybył za późno.
Tova nie żyła. Aya zniknęła, a Will…
Will stał nad ciałem Gianny i w oczach miał pustkę, która miała tam zagościć na dłużej. To wyrwało Aidona z odrętwienia, instynkty wróciły z pełną mocą.
– Nie możemy tu zostać – wychrypiał, zabierając przyjaciela z miejsca zbrodni. Gdyby znaleziono ich nad ciałem martwej królowej, ciałem jej generał i ciałem członkini jej Dyminary, ludzie uznaliby ich za morderców.
W każdym razie tak podpowiadała Aidonowi logika.
Uznał wtedy, że to głos jego instynktu walki: znaleźli się w samym środku bitwy, która dla nich obu była przegrana. Jednak dziś w nocy zastanawiał się, czy nie przemawiał przez niego strach. Strach był przecież królem oszustów, potrafił kryć się pod maską logiki, udawać sprawiedliwość, rozsądek.
Nawet miłość.
– Jesteśmy kilka dni drogi od Druswood – mruknął Will, klęcząc przy niewielkim ognisku i podejmując rozmowę, choć może bardziej odpowiednim słowem byłaby kłótnia, którą prowadzili od kilku dni. Zmrużonymi oczami wpatrywał się w rozłożoną w jaskini, skradzioną wcześniej mapę. Chyba nie zauważał krwi na swojej skórze.
Aidon, oparty o chropowatą kamienną ścianę, odchylił głowę, zamknął oczy i powoli wypuścił powietrze. Ból głowy, pulsując w rytmie bicia serca, jeszcze się nasilił. Zaczął się od kłucia pomiędzy brwiami, teraz stał się tak ostry, że Aidon zacisnął szczękę.
Prawie odwracał jego uwagę od zimna. Niech szlag trafi klimat północy, który nie pozwalał, by przyszło lato.
– Nadal sądzę, że lepiej udać się do Cullway i tam zdobyć łódź – udało mu się wymamrotać. – Góry zapewniają nam wspaniałą osłonę, bez nich już dawno bylibyśmy martwi.
Port Tali znajdował się na północy i w pewnym sensie musieliby się cofnąć, lecz Aidon wolał dotrzeć do Ziem Pomiędzy łodzią, nie konno. Will z kolei chciał przeszukać wszystko bardzo dokładnie. Gdyby mógł, zajrzałby do każdej, kurwa, szczeliny.
Ale nawet on wiedział, że to niemożliwe, i dlatego puścił przodem swojego wilka, Akeetę, by przeszukał szczyty i doliny gór Mala, na co musieliby zmarnować mnóstwo cennego czasu.
Wilk nie wracał już ponad tydzień.
– Cullway to cztery dni drogi w przeciwnym kierunku – spierał się Will, nie odrywając wzroku od mapy. – Szybciej byłoby przejść przez Druswood i udać się dalej na wschód, do Colmuru. Leży daleko od wybrzeża, więc są spore szanse, że Kakos go nie zajęło.
Spore szanse, ale nie pewność.
Kilka tygodni temu Kakos zaatakował Sityę, najdalej na południe wysunięty port Ziem Pomiędzy. Z tego, czego Aidon zdołał się dowiedzieć, port stał się swego rodzaju bazą sił Kakos. To właśnie statki Ziem Pomiędzy z żołnierzami w granatowych mundurach wysłano do Milsaio i do Tali, to one dotarły do Dunmeaden od południa i wkroczyły do miasta.
Gianna wpuściła ich do miasta.
A jednak wciąż wielu rzeczy nie wiedzieli, nawet teraz, gdy dotarli do pojedynczych oddziałów armii Kakos.
Dotarli, przesłuchali, zabili.
Nie uzyskując praktycznie żadnych odpowiedzi.
Jak duże były ich siły? Dokąd cofali się z Dunmeaden? Pierwszych żołnierzy Kakos Will i Aidon znaleźli dopiero w południowej części Tali i nawet tam były to nieliczne, rozrzucone grupy, jakby rozmieszczono je zupełnie przypadkowo.
To nie miało żadnego sensu. Jeśli Kakos chciało kontynuować wojnę, dlaczego rozproszyło swoje siły? Dlaczego nie zaatakowało całą armią?
Aidona irytowało, że nie ma dostępu do wszystkich elementów układanki. Miał umysł stratega, przyglądał się pionkom na stole i przewidywał kolejny ruch. A jak grać w taką grę, jak opracować strategię, skoro nawet nie widział pól? Dlatego uparł się, by zatrzymać każdy kawałek pergaminu znaleziony w splądrowanych obozowiskach. Miał nadzieję, że któryś wyjawi mu zamiary Kakos.
Na razie jeszcze się to nie udało.
– Nic nie wskazuje na to, że ona jest w Colmurze – odezwał się Aidon i ze zmęczeniem oparł łokcie na kolanach. Ból głowy nie ustawał, ale udało mu się nie skrzywić, gdy Will gwałtownie odwrócił się w jego stronę i posłał mu gniewne spojrzenie.
– Nic nie wskazuje na to, że jest, kurwa, gdziekolwiek, i właśnie dlatego musimy jechać do Colmuru. Mam tam informatora, który może nam pomóc. – Znów wpatrywał się w mapę, jakby chciał wycisnąć z niej odpowiedzi; światło ogniska rzucało na jego wychudzoną twarz migotliwe cienie. – Mają ją – dodał cicho Will. – Wiem, że ją mają.
Było to jak najbardziej możliwe. A jeśli Kakos rzeczywiście miało Ayę, to on i Will potrzebowali wszelkich zasobów, jakie mogliby zdobyć. Zwłaszcza jeśli wywieziono ją poza granice Ziem Pomiędzy, do samego Królestwa Południowego.
Nikt nie przekroczył granicy Kakos od lat, a teraz, kiedy wiedzieli już, jakie zniszczenia może spowodować ta armia, wyrwanie Ayi z jej łap nie będzie łatwe.
Była jednak jeszcze jedna możliwość, którą Aidon próbował wyrzucić z głowy, ponieważ samo rozważanie jej wydawało mu się najgorszą zdradą wobec przyjaciela. Teraz ta myśl powróciła, poczucie winy napłynęło goryczą do ust, gdy…
Chwila. Nie, to nie był smak winy. To była krew.
Niech to szlag.
Aidon podniósł dłoń do nosa, ścisnął mocno. Drugie krwawienie w tym tygodniu. Wiadomo, z jakiego powodu.
Nie pił eliksirów, odkąd uciekli z Dunmeaden ponad dwa tygodnie temu.
Używanie mocy miało złagodzić szkody spowodowane długotrwałym stosowaniem eliksirów – tak w każdym razie zakładała Natali. Aidon miał się nauczyć panować nad swoim powinowactwem i odsunąć śmierć, jaką miało przynieść ignorowanie własnej magii.
Saj pomyliła się po raz pierwszy – jakże nie w porę.
Sprawdził tę teorię ledwie dwa dni po spopieleniu Diaforaté. Użył powinowactwa Incend, aby spalić pierwszy znaleziony obóz Kakos, i ten wysiłek prawie pozbawił go przytomności.
Jak w ogóle zdołał uratować życie Josie dzięki swej mocy? Może adrenalina stłumiła negatywne skutki używania powinowactwa?
W każdym razie…
Teraz rozniecał ogień, używając sposobów dostępnych zwykłym śmiertelnikom. Jak jednak wskazywał krwotok z nosa, nie miało to żadnego znaczenia. Wyglądało na to, że powinowactwo postanowiło go zniszczyć tak czy inaczej.
Jeśli Will spostrzegł, że jego towarzysz czuje się gorzej, nie skomentował tego nawet jednym słowem. Aidon zastanawiał się czasem, czy widzi coś poza mapami, planami i zemstą.
Za to Tyr… Tyr widział wszystko, również teraz. Brązowe oczy patrzyły uważnie, gdy Aidon próbował zatamować krwawienie.
Wilk Athatis niepokoił Aidona. Zdawało się, że coś wiedział, jakby potrafił czytać nawet te myśli, które chciało się zignorować.
Zwłaszcza te, które chciało się zignorować.
– A zatem postanowione? – mruknął Will po kilku minutach ciężkiej ciszy.
Krwawienie ustało, lecz Tyr nie odrywał wzroku od Aidona, który wycierał ślady krwi z twarzy.
Wilk czekał.
Nie. Nic nie było postanowione.
– Przyszło ci do głowy, że… – Aidon urwał i zacisnął zęby. Jak mógłby to ubrać w słowa, żeby nie zabrzmiało jak zdrada?
Will podniósł głowę znad mapy i widząc niepewność przyjaciela, zmarszczył brwi.
– Powiedz, co chciałeś powiedzieć, Aidonie.
Słowa pojawiły się równie szybko i łatwo jak oddech i nie były zachętą, raczej ponagleniem, może nawet groźbą.
Aidon oderwał się od ściany i wyprostował, spojrzał prosto w zmrużone oczy Willa.
– Nie wiedziała, że wasi przyjaciele z Dyminary wydostali się z pożaru. Nie wiedziała, że Liam uwolnił wilki Athatis, nie wie też, że Tyr przeżył. A to, co wydarzyło się w pałacu, cokolwiek to było… odebrało jej jedną z najważniejszych osób.
Wyobrażał to sobie bez przerwy: jaka rozpacz musiała ogarnąć Ayę po śmierci Tovy, jaką winą się obarczała. Nie wiedział, co wydarzyło się w sali tronowej, ale Aya wolałaby umrzeć, niż pozwolić, by Tovie coś się stało.
– Mów, o co ci chodzi – warknął Will.
– Może nie została porwana, Will. Może uciekła.
Słowa były ciche, ale ich ciężar rozszedł się echem po jaskini. Nawet wilk zamarł, postawił uszy.
– Jeśli wierzysz w coś takiego, to jesteś głupcem – mruknął w końcu Will. – Aya nigdy by nas nie porzuciła.
Pochylił głowę, jakby chciał ukryć podtekst tej wypowiedzi, lecz Aidon i tak to zobaczył.
Aya by mnie nie porzuciła.
– Nie ma po niej śladu. Żaden z żołnierzy, których torturowaliśmy, nie słyszał o niej ani słowa. Do tej pory wieści już by się rozniosły.
– Nie, jeśli zabrali ją do Kakos statkiem – warknął Will. – Nie, jeśli ukrywali to przed własnymi ludźmi, właśnie po to, żeby nie dało się jej znaleźć.
– Zabranie jej do Kakos to głupota! Wtedy zjawiłaby się u nich cała armia i…
– …i dlatego właśnie ukrywają się z tym porwaniem! – dokończył Will i zerwał się z ziemi, porzucając mapę.
Aidon również wstał, czując, jak bolą go stawy, jaki jest wyczerpany. Siedem piekieł, nie czuł się tak jeszcze nigdy. Zupełnie jakby burzącej się w nim mocy nie wystarczyło odebranie mu tytułu – jego prawa z mocy urodzenia – jakby potrzebowała również jego siły.
– Widziałeś zniszczenia w holu pałacu. Diaforaté leżał tam martwy. – Aidon złożył ręce na piersi. – Kim musiał być ten ktoś, żeby zdołał ją porwać?
– To mógł być inny Diaforaté – upierał się Will.
Mógł. Ale coś tu się nie zgadzało, chociaż Aidon nie potrafił powiedzieć, co takiego, wiedział jednak, że i Will to czuje. Wisząca nad nimi ciemna, przeszywająca, niemal intuicyjna siła pchała ich rozpaczliwie do działania, choć obaj nie mieli pojęcia, co ich czeka.
– Jesteś zaślepiony uczuciami – mruknął Aidon.
– A ty chwytasz się teorii, które mają odwrócić uwagę.
Frustracja ścisnęła Aidona za gardło, pokręcił głową, jakby próbował się jej pozbyć.
– Mówię tylko, że istnieją inne możliwości, które powinniśmy wziąć pod uwagę. Nie pomożesz jej, jeśli będziesz działał pochopnie i dasz się zabić.
– Nie porzuciłaby nas!– krzyknął Will i zrobił krok w stronę Aidona.
Tyr poruszył się, zjeżył sierść, gotów do działania – Will podniósł rękę i powstrzymał go, a potem zamknął oczy i wziął głęboki oddech.
– Nie celowo – przyznał cicho Aidon. Nadal stał przy ścianie. – Ale mogło być tak, że te straszne rzeczy, które wydarzyły się w sali tronowej, zmusiły ją do ucieczki. Nie na zawsze – dodał, nim Will zdążył zareagować. – Ale niewykluczone, że w tamtej chwili to było jedyne, co mogła zrobić.
Nie winiłby jej, gdyby tak właśnie się stało. Gdyby presja i rozpacz ją przytłoczyły, gdyby ten ciężar stał się nie do uniesienia, a jedyną możliwością przetrwania byłaby ucieczka. Nigdy nie miałby do niej o to żalu.
Will wsunął dłoń we włosy, zacisnął palce na końcach i pokręcił głową.
– Nie jest tchórzem.
Słowa dotarły do Aidona po kilku chwilach. Will zdążył odwrócić się do ogniska i zaczął ścierać krew z rąk kawałkiem ubrania zabranego z któregoś z obozów.
– Tchórzem – powtórzył Aidon i słowo, zimne jak lód, spłynęło mu po kręgosłupie. Zaraz potem żar ogarnął mu policzki, rozlał się w żyłach. Król ściągnął brwi i wymówił to słowo raz jeszcze: – Tchórzem. Takim jak ja, to chciałeś powiedzieć?
Will spojrzał przez ramię, uniósł jedną brew, zmierzył go wzrokiem.
– Nie wiedziałem, że mówimy o tobie, Wasza Wysokość.
– Ale to miałeś na myśli, prawda? Ona nie jest tchórzem, bo tylko tchórze uciekają. Zawsze uciekają. Tak jak ja.
Dlaczego właściwie poczuł się zaskoczony? Przecież to nic nowego, że Will uderzył mocno, poniżej pasa. Mimo tego wszystkiego, co przeszli w ciągu ostatniego pół roku, choć nauczyli się już tolerować swoją obecność, każdy z nich pozostał przecież sobą. A Will był ekspertem w wykorzystywaniu cudzych słabości.
Will westchnął ciężko, odwrócił się do Aidona.
– Zupełnie o tym nie pomyślałem, ale wygląda na to, że przypadkiem trafiłem w czuły punkt. – Kącik ust drgnął w znaczącym uśmiechu i Aidon wiedział, że cokolwiek powie jego towarzysz, on będzie chciał go uderzyć. – A jeśli mielibyśmy rozmawiać o twoim tchórzostwie, to z całą pewnością nie była nim ucieczka, lecz to, że ostatnio nie chcesz używać swojej mocy.
Aidon zacisnął pięści.
– Powiedziałem ci już w Milsaio. Sięganie po moją moc mnie zabije.
– Ignorowanie jej też raczej nie pomaga – odparł Will. Przez jakiś czas z uwagą przyglądał się Aidonowi. – Jak długo miałbym udawać, że nie widzę tego, że krwawisz?
Piekielny łajdak. No jasne, że widział.
Aidon zacisnął zęby, z całych sił usiłując stłumić narastającą złość.
– Jeśli tylko nie ukrywasz gdzieś buteleczek z eliksirem, to nie wiem, czego się po mnie spodziewałeś.
– Spodziewałem się, że nie będziesz tak cholernie dumny. Wiesz, jak działa powinowactwo, Aidonie. Jeśli nie znajdzie ujścia, zacznie pochłaniać cię od środka.
– Jeśli je uwolnię, pochłonie mnie jeszcze szybciej – warknął Aidon. – Według Natali używanie mocy nie zagwarantuje mi przetrwania.
– I co, chcesz jej dowieść, że miała rację? Co to ma być, jakaś forma samobiczowania się za to, że urodziłeś się Visza? Za coś, co nie zależało od ciebie?
– Próbuję przedłużyć swoje, kurwa, życie! – krzyknął Aidon. – Ta moc odebrała mi wszystko: koronę, kraj, moją rodzinę! Przepraszam, że kurczowo trzymam się ostatniej rzeczy, jaka mi jeszcze pozostała, i że chcę robić to tak długo, jak tylko zdołam!
Will przyglądał mu się, jego twarz nie wyrażała żadnych emocji.
– Ignorując swoje powinowactwo, umrzesz na pewno – rzekł spokojnym, wyważonym tonem. – A ja nie mam czasu na twoją śmierć.
– Wiesz, że jesteś samolubnym łajdakiem?
– Jestem – odparł Will. – Ty za to nie. Dokładnie wiedziałeś, z czym mamy się zmierzyć. Potrzebujemy twojego powinowactwa.
Ileż Aidon by dał za to, by wyprowadzić jeden mocny cios. Może jednak przywoła ogień Incend i spali tego pompatycznego dupka?
– Co w takim razie proponujesz? – Chciał, żeby zabrzmiało to ostro, lecz wyczerpanie wyparło gniew i w jego głosie pojawiło się znużenie.
Will odwrócił się i znów usiadł na ziemi, westchnął cicho. Oparł się plecami o skalną ścianę, skrzyżował nogi w kostkach, odchylił głowę.
– Musisz nauczyć się panować nad swoją mocą. Utrzymać równowagę. – Zamknął oczy. – Masz szczęście: wyszkoliłem wielu Visza. Niektórzy byli jeszcze bardziej beznadziejni niż ty.
Nie było w tym złośliwości, zwykły żart, jednak Aidon nie mógł przybrać równie lekkiego tonu.
– Zaczniemy jutro – podsumował Will.
Aidon nie odpowiedział. Położył się na skradzionej macie, czując, jak bolą go mięśnie, i zamknął oczy, lecz umysł nie potrafił się uspokoić. Aidon leżał i słuchał trzasków płonącego drewna.
– A jeśli to nie zadziała? – spytał cicho, po prostu. A jednak kryjący się w jego słowach strach przyspieszył bicie jego serca.
Will milczał bardzo długo, Aidon pomyślał nawet, że zasnął. Otworzył oczy i spostrzegł, że Gnębiciel przygląda mu się bardzo poważnie.
– Na moją przysięgę: prędzej sam wbiję ci miecz w serce, nim pozwolę, by twoja magia cię zabiła.
Słowa niosły w sobie ciężar i szczerość, jaką Aidon rzadko słyszał w głosie Willa.
Skinął głową na znak, że się zgadza.
Że dziękuje.
– A zatem jutro – mruknął. Wahał się tylko chwilę i powiedział, kładąc kres temu sporowi: – A potem pojedziemy na wschód. Do Druswood.
Josie patrzyła na świat okiem malarki i zawsze uwielbiała przyrodę. Tam gdzie inni widzieli zielone pole, jej umysł tworzył obraz subtelnych odcieni: bazylii, szmaragdu, sosny i jałowca. Teraz jednak, kiedy stała na prawej burcie statku, a morze Anath rozciągało się jak okiem sięgnąć, nie pojawiały się żadne odcienie. Wszystko się ze sobą zlewało, morze i niebo tworzyły niebieską całość, która nie chciała się rozdzielić. W głowie Josie kłębiło się zbyt dużo myśli.
Byli na morzu już czwarty tydzień i nic nie wskazywało na to, że Kakos zamierza zaatakować. Przybili do trzeciej wyspy Milsaio, żeby uzupełnić zapasy, zająć się rannymi i chronić wyspę przed Kakos.
Panował spokój.
Napastnicy pozostali w stolicy na drugiej wyspie i od czasu strategicznego odwrotu Milsaio nie podjęli żadnych działań.
W przeciwieństwie do Aidona, który żył strategią, mapami i formacjami, Josie nie czuła się biegła w sprawach wojennych, jednak nawet ona wiedziała, że walczą z czymś nowym, dziwnym, niezwykłym i śmiertelnie niebezpiecznym. Nie sposób było pojąć, jakimi siłami dysponuje wróg, dlaczego atakuje, dlaczego się wycofuje czy zostaje. Walka z Kakos była niczym starcie z demonem w całkowitej ciemności.
W dodatku bez tej jednej osoby, która, jak wierzyła Josie, miała ich przez to przeprowadzić.
– Nie przyszłaś na kolację.
Głos Aleissande usztywnił jej plecy i ramiona. Z wyjątkiem obowiązkowych treningów na głównym pokładzie udawało jej się unikać głównodowodzącej. Nawet godziny spędzone z mieczem w ręku nie mogły uwolnić jej od tego podskórnego dygotu, który pojawił się wtedy w Dunmeaden.
Wtedy gdy dowiedziała się, że Aya zaginęła, Aidon zaś…
– Musisz coś zjeść. – Aleissande stanęła obok niej, oparła umięśnione ręce na drewnianej burcie.
– Nie jestem głodna – mruknęła Josie i chociaż czuła na sobie przenikliwy wzrok Aleissande, wpatrywała się w gładką taflę Anath.
– Nie pytałam, czy jesteś głodna.
Josie wzdrygnęła się, przygryzła policzek od środka, powstrzymała się od ciętej riposty. Ta podskórna wibracja nie raz przejawiła się rozdrażnieniem. Była już winna przeprosiny Cole’owi za to, że na niego warczała, i nie chciała dodawać do tej listy nowej osoby, nawet jeśli naskoczenie na Aleissande nie wzbudziłoby nawet grama wyrzutów sumienia.
Przecież to właśnie ona kazała Aidonowi uciekać.
– Jesteś zła – zauważyła Aleissande ze zwykłym dla siebie stoicyzmem. Josie ścisnęła drewno, pęcherze na dłoni zabolały.
– Martwię się – warknęła. Oderwała wzrok od morza i w końcu spojrzała na generał.
Na szyi Aleissande pojawiła się nowa blizna. Różowa smuga na złotej skórze przecinała obojczyk i znikała pod brzegiem skórzanej zbroi.
Bitwa przyniosła blizny również Josie: postrzępione cięcie, które na brązowym przedramieniu wyglądało jak wypukła błyskawica, krzyki, które towarzyszyły jej w snach, nawiedzały w koszmarach.
Wojna dopiero się rozpoczęła, a już zdążyła odcisnąć na nich swoje piętno.
Szczególnie widać to było po Aleissande.
Zapadnięte policzki. Zaciśnięte szczęki. Pełne usta, tworzące teraz cienką, napiętą linię.
Aleissande przesunęła wzrokiem po Josie.
– Kiedy ostatnio spałaś?
Tak jakby sen w ogóle był możliwy. Jeśli nie budziły jej koszmary, to nie pozwalały jej zasnąć niekończące się pytania.
Co się wydarzyło w sali tronowej? Gdzie była Aya? Czy Aidon nie żyje?
Gdyby nie żył, Kakos już by to ogłosiło. To zdanie stało się jej mantrą, modlitwą kobiety, która potrzebowała pocieszenia i nigdy nie znalazła go u bogów. Gdyby Aidon nie uciekł z Dunmeaden, na pewno wiedzieliby o tym jeszcze przed opuszczeniem portu, tak jak dowiedzieli się o zniknięciu Ayi. O śmierci Gianny w sali tronowej. O śmierci Tovy.
I zaraz potem drugi, podstępny głos przypominał, że była przecież uwięziona na statku, odwiedziła tylko Milsaio, gdzie wiadomości z trudem docierały. Bardzo możliwe, że już dawno odkryto jego ciało, tylko oni o niczym nie wiedzieli.
– Czy nie spędzam każdej nocy w hamaku z resztą oddziału?
– Nie zachowuj się jak dziecko – warknęła Aleissande. – Potrzebujesz odpoczynku.
Josie nie chciała odpoczywać. Chciała wrócić do domu, gdzie mogłaby czekać na wieści o swoim bracie i mieć pewność, że tron czeka na jego powrót.
Bo przecież musiał wrócić. Jego lud go potrzebował.
Onasamago potrzebowała.
– Jak mogę odpocząć, skoro być może mój brat już nie żyje?
– Skoro podejrzewasz, że mógł nie przeżyć, to nisko go oceniasz…
– Nigdy tego nie robiłam – syknęła Josie. – Zawsze wiedziałam, że będzie wspaniałym królem. Zawsze wiedziałam, że nasz lud na niego zasługuje. A teraz przepadł, i to przez ciebie!
Ale nie umarł. Nie umarł. Nie umarł.
– W końcu dotarliśmy do dna twojego gniewu.
Nie, pomyślała Josie. Nie zbliżyły się nawet do połowy jego głębin.
Podeszła do generał, zadarła głowę i spojrzała.
– Zastanawiałaś się nad tym, jak tę ucieczkę postrzegają jego żołnierze? Jak zostanie to przyjęte w Trahirze, gdy wrócimy tam bez niego…?
– Już mówiłam – przerwała jej Aleissande. – Jeśli Aidon nie zjawił się przed nami, powiemy, że został w Tali, żeby służyć tam jako wsparcie…
– Ta elitarna jednostka Visza wie, że to kłamstwo! – Josie wskazała pokład statku, powstrzymując się, żeby nie krzyczeć.
– Ta elitarna jednostka Visza – cedziła Aleissande przez zaciśnięte zęby, jej policzki pokrył rumieniec – przysięgła stać u boku swego króla. Upewniłam się, że tak będzie.
Tak było. Zebrała ich, zanim wypłynęli z Dunmeaden, i postawiła sprawę jasno: każdy, kto nie staje po stronie króla, nie ma nic do roboty na pokładzie tego statku.
– Ci żołnierze walczyli i przelewali krew u jego boku – kontynuowała generał. – Nie złamią przysięgi.
Josie nie odrywała od niej spojrzenia.
– A jednak kazałaś mu uciekać. Jak myślisz, co się stanie, gdy wieści o mocy Aidona dotrą do Trahiru? Nikt nie bronił nam odpłynąć, a jednak zależało ci, żebyśmy odbili od brzegów jak najszybciej, a potem opóźniłaś nas postojem w Milsaio.
Aleissande chciała zaprotestować, lecz Josie nie pozwoliła jej wtrącić nawet słowa.
– Nie sądzisz, że nasze przybycie bez króla wzbudzi jeszcze większe podejrzenia? Oczekujesz, że elitarna jednostka zadźga każdego, kto zakwestionuje jego prawo do tronu?
Aleissande pozostała jak zawsze niewzruszona, niczym idealna rzeźba, od ciasno upiętych włosów po złożone na piersi ręce i rozstawione stopy. Zawsze opanowana, zawsze przygotowana, zawsze spodziewająca się walki i świadoma wygranej.
– W zamęcie bitwy nawet najbardziej opanowani wojownicy mogą źle zrozumieć to, co widzą – oznajmiła spokojnie. – Wszelkie pogłoski o tym, że Aidon jest Visza, będziemy dementować jako kłamstwo.
– Gdzież był ten spokój, pani generał, gdy kazała pani królowi uciekać?
– A co miałam zrobić, Josie? – Aleissande rozłożyła ręce w nietypowym dla siebie geście pełnym emocji. – Walczyliśmy w najbardziej oddanej bogom części tego królestwa, a połowa Dyminary zwróciła się przeciw własnym ludziom! Lepiej, żeby Aidon zniknął i plotki pozostały plotkami! Lepiej, żeby żył, niż żeby zamordowano go na ulicy!
– Możliwe, że już go zamordowano.
Aleissande przysunęła się do Josie, w jej oczach palił się gniew. Zachodzące słońce spowijało ją pomarańczowym światłem.
Mango, rdza i mandarynka.
– W tamtej chwili podjęłam najlepszą możliwą decyzję – wycedziła przez zęby Aleissande. – Twój brat zaufał mi, że tak właśnie zrobię. To jest to, co każdy wojownik powinien robić w środku bitwy. Dobrze by było, żebyś się tego nauczyła.
Josie nie cofnęła się przed gniewnym spojrzeniem Aleissande, przyjęła jej złość, odpowiedziała swoją własną. Stały blisko, czubki ich butów się stykały, czuła ciepło bijące od Aleissande, a gdy wzięła głęboki oddech, dotknęła piersią jej skórzanej zbroi.
– Mogę odejść, pani generał?
Dobry wojownik wiedział, jakie decyzje podejmować, na przykład decyzję o odwrocie. Nie chciała zacisnąć palców na rękojeści miecza, nie chciała ulegać temu pragnieniu.
Aleissande mrugnęła i cofnęła się o krok.
– Proszę – mruknęła.
A potem jej usta znów się rozchyliły i słowo zamarło na języku. Patrzyła na Josie i coś się zmieniło w błękicie jej tęczówek.
Niebo, proch i stal.
– Wiesz, że możesz mi zaufać – powiedziała w końcu Aleissande.
Josie już kiedyś to słyszała od kogoś innego. Obietnica składana delikatnymi pocałunkami na jej skórze, czułymi dłońmi i miłością, która okazała się kłamstwem.
Wojna pozwalała zapomnieć o złamanym sercu, ale nie wymazała cennej lekcji, jakiej udzieliła jej Viviane.
– Nie mogę zaufać nikomu, Aleissande – powiedziała cicho, mijając generał. – Na tym właśnie polega problem.
Will doświadczał już sytuacji, nad którymi nie miał kontroli.
Śmierć matki. Przemoc ze strony ojca. Odkrycie, że matka nie zginęła, tylko go zostawiła, skazując go na dalsze życie z potworem.
Wstępująca na tron żądna władzy królowa.
Przepowiednia, która miała zniszczyć mu życie, bo zagrażała kobiecie, którą kochał.
Można by pomyśleć, że po tym wszystkim wewnętrzny głos, który kazał Willowi ruszyć się, działać, chwycić czegokolwiek, co pozwoliłoby kierować własnym życie, w końcu ucichnie.
A jednak był obecny zawsze, nawet teraz.
Może właśnie dlatego poranne treningi z Aidonem budziły w nim mniejsze zniecierpliwienie, niż się spodziewał. Tak, wolałby wskoczyć na siodło i ruszyć z pierwszym brzaskiem, ale po całym dniu jazdy konie potrzebowały porządnego odpoczynku, Aidon zaś…
Will naprawdę nie miał czasu na jego śmierć.
– Dobrze – mruknął, gdy Aidon, król Trahiru, trzymał w dłoni kulę płomienia Incend. Zeszłej nocy natknęli się na opuszczoną stodołę; jej deski były wilgotne i spleśniałe, lecz zyskali schronienie na noc i dobre miejsce na trening o poranku, bez obawy, że Aidon spali budynek.
Jego kontrola nad powinowactwem była w najlepszym razie sporadyczna, zwłaszcza gdy złościł się na Willa.
– Teraz ją powiększ – polecił Will.
Aidon ściągnął brwi, powiększając kulę ognia i otulając ją drugą dłonią. Pot spływał mu z czoła, lecz nie widać było żadnych innych oznak zmęczenia czy niepokoju, więc Will zgiął dłoń i jego powinowactwo przeszyło przestrzeń. Aidon zamarł, a jego oczy rozszerzyły się w panice. Ogień zniknął.
– Wydaje się, że tarcza wciąż jest problemem – spostrzegł Will.
Mięśnie Aidona drżały z wysiłku, dłoń zacisnęła się w pięść i po chwili Will poczuł nacisk tarczy Aidona, odpierający jego powinowactwo.
– Ty draniu – wysapał Aidon, gdy Gnębiciel wycofał swoją moc. – Nie byłem przygotowany.
– Najwyraźniej. Ale udało ci się odzyskać tarczę w czasie ataku, nie pozwoliłeś, by powinowactwo połączyło się z gniewem. I dzisiaj nie krwawisz.
Irytację w oczach Aidona zastąpiło zdziwienie, a jego dłoń dotknęła nosa z niedowierzaniem. Jakie to żałosne, że już sam brak krwi stanowił poprawę.
Zaczęli od drobnych rzeczy, od ćwiczeń, które pomagały poczuć głębię własnej mocy, używać jej, nie doprowadzając się do wyczerpania. Moc wciąż była nieprzewidywalna i postępy przychodziły nieznośnie powoli, ale za to…
Cóż, wydawało się, że używanie mocy w małych dawkach powstrzymało niektóre z poważniejszych objawów. Było jeszcze za wcześnie, by wyrokować, czy tylko spowolniło to proces rozkładu, czy go zatrzymało, jednak Will przyjmował każdy postęp, jaki udało się osiągnąć.
– Wkrótce osłona stanie się twoją drugą naturą – zapewnił i napił się wody z bukłaka schowanego z innymi zapasami.
– Jak często ktoś przebija twoją osłonę? – zapytał Aidon, wycierając twarz rzuconą mu koszulą. Will zamarł, nie odrywając ust od bukłaka.
Oto kolejny aspekt życia, nad którym nie miał kontroli.
Zmusił się, żeby przełknąć ślinę.
– Nie jestem najlepszym punktem odniesienia – odparł w końcu.
Aidon przewrócił oczami.
– Nietykalny, co?
Will nie odpowiedział, skupiony na szykowaniu sakw do drogi.
Jesteś słaby. Pewnego dnia ktoś wykorzysta twoją słabość i zasłużysz na wszelkie konsekwencje, które będą się z tym wiązały.
Słowa ojca pojawiły się w głowie nieproszone. Nie pamiętał, żeby zamykał, chował to wspomnienie, a jednak właśnie w tej chwili wyskoczyło.
Odwiedzali kowala: wykuwał broń, którą ojciec potem sprzedawał. Czeladnik poparzył rękę w ogniu, a Will krzyknął, jakby sam doznał oparzenia. Prawie godzinę ojciec beształ go za tę reakcję, obsypywał złośliwościami, twierdził, że jest zbyt słaby, by kontrolować swoje powinowactwo.
Will wyjaśniał, że naprawdę się chronił, co tylko podsyciło gniew ojca. Matka patrzyła beznamiętnie na to, jak Gale pastwi się nad synem.
Gdy byli w Rinnii, Will wyznał Ayi, że ojciec nie zawsze był takim potworem. Tak, był chciwym egoistą, lecz okrucieństwo zjawiło się po śmierci – odejściu – matki.
Will zastanawiał się teraz, kiedy zaczął wierzyć we własne kłamstwa, które wtedy, kiedy był dzieckiem, pomogły mu przetrwać.
– Will – usłyszał. Odwrócił się. Aidon patrzył na niego mocno skoncentrowany. – Co przede mną ukrywasz?
O, mocne słowa w ustach człowieka, który nie chciał się przyznać do własnych problemów z powinowactwem. Można by je nawet nazwać hipokryzją. I mimo to…
Pozwalał, żeby Aidon, nieświadomy ryzyka, walczył u jego boku. To była słabość.
Ukrywał sekret, mogący utrudnić ratowanie kobiety, którą kochał. To była słabość.
Will zacisnął szczęki, spojrzał towarzyszowi prosto w oczy.
– Jest pewien problem z moją tarczą.
Dziwnie było tak otwarcie mówić o czymś, o czym wiedziała tylko jego królowa i uzdrowiciele, próbujący znaleźć źródło problemu. I Aya, która wyciągnęła z niego prawdę słowo po słowie.
Nie odwrócił spojrzenia.
– Im częściej używam powinowactwa, tym słabsza staje się moja tarcza. Gdy doznania nabierają intensywności, osłona nie może ich powstrzymać. Czasem zostaje we mnie echo wrażeń. Czasem po prostu się pojawiają.
Aidon zmarszczył brwi, lecz wydawało się, że jego brązowe oczy czytają teraz stronę, której Will nawet nie widział.
– Atak tamtej nocy, gdy zabrano Viviane – powiedział w końcu, zamrugał i znów spojrzał na Willa. – Myślałem, że Sensainos rozszerzyli atak na ciebie, ale nie o to chodziło, prawda?
Will pokręcił głową.
– Nie. Kiedy zabili Helene, poczułem to tak, jakby to mnie dźgnęli nożem.
Aidon potarł dłonią kark.
– Na bogów, to znaczy, że w bitwach…
– Tak.
– I kiedy… – Aidon urwał, poruszył dłonią. – Wykonujesz swoje zadania.
To brzmiało jak stwierdzenie. A jednak to, że Aidon nie nazwał jego „zadań”prawdziwym imieniem, świadczyło, zdaniem Willa, o pewnej życzliwości.
Uniósł brew, zaskoczony tym, że poczuł coś na kształt rozbawienia. Nie potrafiłby chyba powiedzieć, kiedy ostatni raz doświadczył choćby cienia takiej emocji.
Aidon przechylił głowę, zacisnął usta.
– Likwidowaliśmy kolejne obozowiska Kakos i nigdy nie zauważyłem, jak to, co robimy, na ciebie działa.
Do czego właściwie Aidon zmierzał? Czy były w tym jakby przeprosiny, czy raczej zdumienie, że Will nie okazał cierpienia?
Gnębiciel wzruszył ramionami.
– Z czasem przyzwyczajasz się do bólu. Przestajesz odczuwać go tak dotkliwie.
Aidon otworzył szeroko oczy i Will doskonale wiedział, o czym pomyślał, jemu również nie umknęła groza tej sytuacji. Kim będzie, gdy to wszystko się skończy? Gdy jedynym jego wrażeniem pozostanie ból, gdy wywoła w nim zupełne odrętwienie?
Odchrząknął i wrócił do pakowania.
– Powinniśmy ruszać. Przed nami długa droga.
Po co rozmyślać nad konsekwencjami, które w tej chwili nie miały znaczenia? Zrobi wszystko, żeby sprowadzić Ayę do domu. Obiecał jej to kiedyś, zamknięty w ciemnych czeluściach lochu w Trahirze.
– Myślisz, że mój wuj wiedział? – zapytał Aidon, kiedy już dosiadali koni. – Zaaranżował atak, żeby Aya ujawniła swoją moc i żeby wrobić Bellare. Myślisz, że wiedział o twojej tarczy?
Will przesunął kciukiem po gładkiej skórze wodzy.
Tak, przeszło mu to przez głowę. Nie wtedy, i nawet nie w tamtej chwili, gdy zaczął podejrzewać, że Gianna jest związana z dostawcą, lecz w czasie bezsennych nocy po opuszczeniu Dunmeaden. Kiedy z płomieni zostawały już tylko tlące się węgle, gdy jedynym towarzystwem stawał się zawodzący górski wiatr i burzliwe myśli, Will zastanawiał się, jak daleko posunęła się Gianna w swojej zdradzie.
Ile rzeczy przegapił?
Jak głęboko zawiódł?
Jesteś słaby. Pewnego dnia ktoś wykorzysta twoją słabość i zasłużysz na wszelkie konsekwencje, które będą się z tym wiązały.
– Nie wiem – wyznał Will, wsiadając na konia. I nie miało to znaczenia. Nie mogło. Nie pozwoli, żeby takie myśli rozproszyły jego uwagę. Najlepsze, co mógł teraz zrobić, to jechać dalej.
Do Ayi.
– Jedźmy – dodał i ruszył. Krew płynęła w nim szybciej, zmuszała do działania. – Dość czasu straciliśmy.
Jak każdy, kto miał do czynienia z handlem, Will znał Maumart ze słyszenia – ostatnie miasto Tali na obrzeżach Druswood – ale nigdy tam nie był. Jego ojciec zawsze wolał większych klientów, stal, a nie drewno, złoto zamiast miedzi. I chociaż w Radzie Kupieckiej Tali Will pełnił funkcję nadzorcy Gianny, wkład Maumartu w handel był zbyt mały, by uzasadnić odwiedzanie tego miasta.
Teraz gdy jechali główną ulicą i ulewny deszcz dopadł ich nawet pod koronami wysokich drzew, Will zupełnie nie żałował, że nigdy wcześniej tu nie był.
Maumart był właściwie dużą wsią z wąskimi, błotnistymi i pełnymi dziur drogami, na których przejeżdżające wozy niebezpiecznie się kołysały. Kamienne budynki wzdłuż ulicy pokrywały mech i pleśń, drewniane ramy okien zdawały się gnić, szyldy nad wejściami były prawie nieczytelne ze starości.
Tawernę znaleźli jednak bez trudu, przed wejściem stało kilka przywiązanych koni. Will zamocował wodze na mokrej belce i poklepał po głowie swojego wierzchowca.
Miał nadzieję, że Tyr też znalazł sobie jakieś schronienie. Zostawili go na skraju Druswood z poleceniem, żeby odnalazł ich następnego dnia, kiedy będą już daleko od miasta. Nie chcieli, żeby Athatis zwracał uwagę.
Will wszedł do tawerny, zdziwiony tym, że choć był dopiero wczesny wieczór, w środku siedziało już sporo ludzi, panował gwar. Najwyraźniej mieszkańcy Maumartu zaczynali się bawić długo przed zmierzchem.
Tym lepiej dla niego i Aidona.
Usiedli przy małym stoliku w tylnym kącie otwartej sali. W rozgadanym tłumie nikt nie zwrócił uwagi na dwie zakapturzone postacie, zwłaszcza że lał deszcz i panowało przenikliwe zimno.
– Uciekliście przed piekielną ulewą, co? – przywitała ich barmanka.
Will spojrzał na nią spod kaptura.
Miodowe włosy miała związane w kucyk, twarz okrągłą i delikatną. Uśmiechnęła się.
– Co podać?
– Dwa piwa.
– To wszystko? – Pytanie było niewinne, ale zabrzmiały w nim znajome nuty, które skręciły Willowi żołądek. W ten sam ton uderzała Gianna, gdy zaczynała się nim bawić.
Will odpowiedział jej obojętnym, znudzonym głosem.
– To wszystko.
Barmanka przeniosła wzrok na Aidona.
– Ten twój przyjaciel to miły gość. Czarujący. – Odwróciła się od nich i odeszła, miodowy kucyk mocno się zakołysał.
Aidon westchnął, odchylił się na krześle.
– Nie zdobywasz nam przyjaciół, co?
– Lepiej, żeby nie robiła sobie nadziei – mruknął ponuro Will.
Kiedyś bez namysłu wykorzystałby to zainteresowanie, teraz sama myśl o tym budziła mdłości. Zaczął dyskretnie oglądać wnętrze, zapamiętując istotne szczegóły.
Jeden człowiek za barem.
Jedna dziewczyna zbierająca zamówienia.
Dwanaście stolików, razem z tym, przy którym siedzieli, upchniętych w niewielkiej, ciasnej przestrzeni. Każdy stolik okupowany przez ludzi, którym życie dawało w kość i szukali tu ukojenia w alkoholu.
Drzwi po lewej stronie baru, za nimi mały kamienny piec, przy nim usmolony kucharz.
Dziewczyna wróciła z piwem, bez słowa postawiła kufle na stole i poszła do innych gości, którzy ją wołali. Drzwi tawerny otworzyły się, wpuszczając lodowaty podmuch.
– Na siedem piekieł, czy w tym kraju w ogóle wiedzą, czym jest ciepło? – mruknął Aidon znad piwa. Upił łyk i się skrzywił, Will odruchowo spojrzał na jego brodę.
Bardzo pomogła. Złagodziła kwadratową szczękę, odwróciła uwagę od wysokich kości policzkowych i nadała mu wygląd, jakiego nie kojarzy się tak od razu z królem. Gdyby Will nie znał Aidona tak dobrze, przesunąłby po nim wzrokiem, uznając go za jeszcze jednego mieszkańca tej mieściny.
Podrapał się po szczęce, na której zarost był raczej cieniem.
– Nietypowa pogoda jak na tę porę roku – przyznał, przyglądając się mężczyznom, którzy właśnie weszli. Jeśli wierzyć narzędziom zatkniętym za skórzanymi pasami, byli kamieniarzami.
Will wziął łyk piwa, gorzki smak na języku pomógł mu się skoncentrować. Dwa stoliki dalej błysnęło złoto, w monecie odbiło się światło ognia.
– Jesteś pewien, że to dobry pomysł? – spytał Aidona.
– Mówiłeś chyba, że potrzebujemy pieniędzy, mam rację?
Potrzebowali. Bo chociaż splądrowali wszystkie napotkane obozy, żołnierze Kakos nie przewozili trzosów miedzi czy złota, a informator Willa w Colmurze nie był tani.
– Wciąż rozważam zalety zwykłego okradzenia jakiegoś nieszczęsnego pijaczyny – wyznał Will. Nie żeby kradzież mogła zaspokoić ich potrzeby, w każdym razie nie bez zwrócenia uwagi strażników.
Lecz Aidon uśmiechnął się ponuro, pokazując małą sakiewkę.
– A myślisz, że jak uzyskałem pieniądze na początek?
Siedem piekieł. Will nawet nie zauważył, kiedy przyjaciel zwinął ją komuś.
– Mogę mieć tylko nadzieję, że jesteś tak dobry w karty, jak opowiadała mi Aya – ostrzegł.
Aidon uśmiechnął się drapieżnie.
– Jeszcze lepszy.
koniec darmowego fragmentu zapraszamy do zakupu pełnej wersji
