Kate in Waiting - Becky Albertalli - ebook + książka

Kate in Waiting ebook

Albertalli Becky

3,9

Opis

Wbrew powszechnemu przekonaniu najlepsi przyjaciele Kate Garfield i Anderson Walker nie są od siebie uzależnieni. Przejażdżki jednym samochodem na próby teatralne? Ekologiczne i wygodne. Konsultowanie ze sobą każdej życiowej decyzji? Zwyczajny rozsądek. Wzdychanie do tych samych chłopaków? Wspólne zauroczenia i tak są bardziej zabawne.

Ale kiedy ostatni crush Kate i Andy’ego pojawia się w ich szkole, wszystko przestaje iść zgodnie z planem. Matt Olsson jest utalentowany i słodki, a Kate go lubi. Naprawdę go lubi. Jedyny problem? Tak samo Anderson.

Okazuje się, że wspólne zauroczenia nie są tak zabawne, gdy w grę wchodzą prawdziwe uczucia. To może być wielki finał przyjaźni Kate i Andersona.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 347

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,9 (21 ocen)
4
10
7
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
coolturka

Całkiem niezła

Dwójka najlepszych przyjaciół zakochana w tej samej osobie, czy to może skończyć się dobrze? Kate Garfield i Anderson Walker uwielbiają robić wszystko razem i spędzać wspólnie czas do momentu, gdy na ich drodze pojawi się chłopak, który obojgu zamiesza w głowach. Bo nawet najtrwalsza przyjaźń może nie przetrwać, gdy w grę wchodzą prawdziwe uczucia. To zdecydowanie nie była lektura dla mnie. Pierwsze zauroczenia, miłostki, przyjaźnie na śmierć i życie, które nie przetrwały próby czasu, dawno już mam za sobą. Bohaterami są dzieciaki ze szkoły średniej, a tłem przygotowania do wystawienia sztuki teatralnej. Książka w dużej mierze składa się z dialogów, napisanych z pewną lekkością, ale w stylu, który niekoniecznie mi przypadł mi do gustu. Autorka dość wiernie oddała wszystkie emocje związane nie tylko z rodzącym się uczuciem, ale i z kryzysem, który przeżywają przyjaciele. To powieść o relacjach z rówieśnikami, rodzicami i nauczycielami, którzy mają duży wpływ na życie stojących na pro...
00
Wolszczanka

Nie oderwiesz się od lektury

świetna! przytulna i zabawna
00
Paulineerr

Dobrze spędzony czas

"Kate in waiting" to bardzo udana młodzieżówka, w której fabuła ogrywa się w tle sztuki teatralnej. Do jej wystawienia przygotowuje się dwójka najlepszych przyjaciół... zakochana w tym samym chłopaku! Tak, dobrze przeczytaliście. W tej książce dwójka nierozłącznych, uzależnionych od siebie kumpli, czyli Kate i Anderson, czują przyspieszone bicie serca w obecności Matta. To jest naprawdę skomplikowana sytuacja, no bo jak nie zniszczyć wieloletniej przyjaźni, jednocześnie starając się o względy tej samej osoby? Czy tak się w ogóle da? Historia przedstawiona przez Becky Albertalli należy do kategorii tych, w których dobry humor łączy się z problematyczną codziennością nastolatków. Wyzwania, które stoją przed młodymi dorosłymi, nie są dla nich łatwe, a wszystko rozbija się o narastające w sercach licealistów uczucia. Chociaż pierwsze zauroczenia mam już za sobą, to przy tej publikacji bawiłam się świetnie, a rozterki bohaterów sprawiały, że sama poczułam się poruszona i doświadczałam sy...
00
Esclavo

Całkiem niezła

To miła, przyjemna i lekka powieść o dorastaniu, z reprezentacją LGBT. O problemach, o uczuciach i tym co ważne. Dobrze napisana, może nie porywająca, jednak warto przeczytać.
00

Popularność




UWERTURA

Pod wszystkimi względami czuję, że to naprawdę koniec. Gdy opada kurtyna, scena staje się jakby inną planetą. Mocno oświetloną planetą pełną styropianowych dekoracji, zamieszkaną jedynie przeze mnie i Andy’ego – i Matta.

Cola Matta.

– Teraz albo nigdy – szepcze Andy.

Ani drgnie.

Ja też.

Po prostu stoimy tak w cieniu Audrey 2 z papier-mâché.

Nie ma nic smutniejszego niż koniec zauroczenia. A to nie jedno z tych zauroczeń nieznajomym. Ja i Andy naprawdę zamieniliśmy z tym chłopakiem słowo. Tonę słów przy wielu cudownych okazjach. Nie lada wyczyn, bo uroda Matta należy do takich, na których widok zwykle zapominamy języka w gębie. Klasyczne rysy, blond włosy i różowe policzki. Nasza przyjaciółka Brandie zbiera gadżety Coca-Coli i słowo daję, że plakat retro w jej łazience wygląda toczka w toczkę jak Matt. Stąd ksywka. Hasło reklamowe głosi „Koniec pragnienia”. W naszym jednak przypadku pragnienie nie ma końca.

Prosta matematyka à la Avril Lavigne. Byliśmy asystentami teatralnymi. A on naszym atrakcyjnym konsultantem wokalnym. Sytuacja naprawdę nie mogła być już bardziej oczywista. I na bite sześć tygodni Matt stał się słońcem naszego układu słonecznego. Ale mieszka na północ od obozu, w Mentone w Alabamie.

Czyli jakieś sto sześćdziesiąt kilometrów od Roswell w Georgii.

Andy ma więc rację. Teraz albo nigdy.

Głęboki wdech.

– Hej. Słuchaj, Matt.

Niemal czuję zaskoczoną aprobatę Andersona. Garfield, cholera. Ryzykuję. Znajdź sobie swojego.

Odchrząkuję.

– No więc. Chcieliśmy się pożegnać. I. Hm. Dziękuję.

Matt wsuwa nuty do płóciennej torby i się uśmiecha.

– Za co?

– Za konsultacje wokalne – mówię. – I wszystko.

Andy kiwa żywo głową i poprawia okulary.

– Ooo, Kate! Ja też dziękuję. Fajnie było was poznać.

Matt zarzuca sobie torbę na ramię i wykonuje ruch w kierunku drzwi. Ledwie widoczny. Pozycja do wyjścia. Po prostu to zrobię…

– Możemy zrobić sobie selfie? – wypalam.

Już się krzywię w środku. Wiecie, co by było niezłe? Gdyby mi przestał drżeć głos. Poza tym Anderson. Kolego. Gdy tylko zapragniesz się przyłączyć, nie krępuj się.

– No, jasne – mówi Matt. – Zróbmy.

No dobra.

Ustawiamy się w kadrze, kurtyna łaskocze nas w plecy, wyciągam rękę do góry pod kątem, jak uczył mnie Anderson. I się uśmiechamy. To znaczy, ja się staram. Ale jestem tak zestresowana, że usta mi drżą.

Warte stresu. Nawet jeśli wyjdę jak oszołomiona fanka, będzie warto. Raina i Brandie błagają o fotograficzny dowód na urok Cola Matta, a nikt nie wie lepiej ode mnie, że Instagram niczego nie wykazał.

Tego zdjęcia nie robię jednak dla paczki. Tak naprawdę nie. Szczerze mówiąc, obie będą sobie z nas żartować za kolejny wspólny obiekt westchnień. Zdaniem Rainy jesteśmy z Andersonem złączeni, co oznacza w zasadzie uzależnienie od siebie nawzajem. Niektórzy wyraźnie sądzą, że człowiek powinien zakochiwać się w pojedynkę.

Tak, Raina tak świetnie zaliczyła rozszerzony kurs z psychologii, że w zasadzie już jest licencjonowaną terapeutką. Tylko nie rozumie jednego. Nie chodzi o Matta. Ani o Josha z ubiegłych wakacji, który miał pewne niezłomne przekonania na temat śniadań. Ani o Alexandra z poprzedniego lata, który naprawdę lubił pochodzić z Michigan. To z żadnym z nich nie miało nic wspólnego.

Chodziło o mnie i Andersona. O knucie w rekwizytorni i grube nadinterpretowanie każdego przelotnego spojrzenia. O mycie zębów sześć razy na dzień, żeby być zawsze gotowym na wypadek nieoczekiwanego pocałunku. I ostatecznie, kiedy ten scenariusz się nie realizował, to właściwie nie miało znaczenia. W ogóle. Bo nie o pocałunki chodziło.

Tylko o ekscytację.

Wiem, że to brzmi jak Lekka Przesada, ale tacy już z Andym jesteśmy. Wywołujemy to w sobie nawzajem. I prawdę mówiąc, letnie zauroczenia to zaskakująco zabawne i wciągające zajęcie drużynowe.

Mniej zabawne, kiedy wakacje się kończą. Teraz pozostaje to smętne poczucie zbyt wcześnie utraconego zauroczenia. Zauroczenia przerwanego w pełni rozkwitu.

SCENA 1

Pierwsze pięć minut trzeciej klasy, a ja mam dosyć. Nie, serio. Zakopmy ten rok głęboko pod ziemią.

Po pierwsze ledwie jestem w stanie utrzymać oczy otwarte. A to nie wróży dobrze, skoro jeszcze nawet nie weszłam do budynku. Ani nie opuściłam parkingu. Ani nawet nie odpięłam pasów.

A to wszystko wina Andersona.

Bo Anderson Walker wie, że bez siedmiu godzin snu jestem demonem zombie na xanaxie, a jednak. Mimo to! Ten psychol wszedł do mojego domu, do mojego pokoju, i włączył światła o piątej trzydzieści. Bo chciał poznać moją opinię na temat wyboru swetra na rozpoczęcie roku szkolnego. Granatowy z brązowymi guzikami czy granatowy z granatowymi guzikami.

– Chcę tylko zobaczyć twoją instynktowną reakcję – stwierdził.

Moja instynktowna reakcja polegała na ciśnięciu mu poduszki w twarz.

A teraz, niemal trzy godziny później – jak w zegarku – znów wpada w panikę na parkingu.

– Jesteś pewna, że granatowy może być?

– Andy. Jest okej.

– Tylko okej?

– Lepiej. Wyglądasz świetnie.

To prawda. Zawsze wygląda świetnie. Anderson jest za ładny na tę planetę, serio. Gładka brązowa skóra, dołeczki i krótkie, stylizowane afro, nie wspominając już o wielkich brązowych oczach za okularami w plastikowych oprawkach. Ma też do perfekcji opracowany styl na ucznia szkoły morskiej: świeżo wyprasowana koszula, kardigan i spodnie z podwiniętymi nogawkami.

Pociera policzki.

– Nie chcę wyglądać byle jak. To pierwszy dzień…

Zagłuszył go jednak trap dudniący z jeepa. Nadciągają fuckboys.

Niestety, Liceum Roswell Hill to wylęgarnia tego gatunku, głównie jego podmiejskiej sportowej odmiany. Fuckboius atleticus. Powaga. Wystarczy stanąć na korytarzu i na dwie sekundy wyciągnąć przed siebie ręce, a trafi się jednego z nich prosto w sportowe spodenki. Są wszędzie, całe zastępy, a wszyscy w drużynowych strojach naszej szkoły. Tylu się ich namnożyło, że musieliśmy nadać im niezbyt sekretny kryptonim. F-boys. Nie tuszuje to pełnego znaczenia, ale przynajmniej chroni niewinne uszy Brandie przed eksplozją.

Z samochodu Andersona rzucam przez okno od strony pasażera gniewne spojrzenie na jeepa. Kierowca otacza usta dłońmi, na wzór megafonu, żeby krzyknąć coś do przechodzącej nieopodal grupki dziewczyn. Śpiew godowy f-boya. Ale drzwi jego samochodu są otwarte na oścież, blokując tym samym moje.

Ten tupet f-boya.

– Kate.

Anderson trąca mnie kluczykami, ale mu je wyrywam. Tak bardzo podoba mi się jego breloczek z disneyowską Roszpunką, że prawie miałabym ochotę zrobić prawko. Prawie.

Nasze telefony zaczynają równocześnie wibrować. Na pewno wiadomość od Rainy albo Brandie.

Andy zerka na ekran.

– Chodźmy, już są na miejscu.

Dobra, to jest motywacja. Z Rainą widzieliśmy się parę razy od końca obozu, ale Brandie wyjechała do Meksyku dzień przed naszym powrotem. Co oznacza, że od blisko dwóch miesięcy nie spotkaliśmy się w pełnym składzie.

Anderson łapie mnie za rękę, żeby pomóc mi w przedostaniu się nad dźwignią zmiany biegów, a potem przecinamy parking i całkowicie omijamy główne wejście. Zmierzamy natomiast do bocznych drzwi, które prowadzą bezpośrednio do sali teatralnej. Prosto do kanciapy pani Zhao, gdzie zebrali się stali bywalcy.

Prawdę mówiąc, my, członkowie teatru, jesteśmy tak rozpoznawalni na pierwszy rzut oka jak f-boys. Tyle że w naszym przypadku nie polega to na ubraniach, a raczej na aurze. Mój brat powiedział kiedyś, że chodzimy tak, jakby każdy miał nad głową własny prywatny reflektor. Jestem pewna, że to nie był komplement.

Ale to prawda. Nie ma tu miejsca na tę wymuszoną nonszalancję, z jaką inni podchodzą do pierwszego dnia szkoły. Jest natomiast Margaret Daskin i Emma McLeod mordujące Gazeciarzy w pobliżu windy, Lindsay Ward krzycząca do słuchawki i Colin Nakamura używający głowy Pierry Embry jako bębna. I oczywiście Lana Bennett robiąca wykład Kelly Matthews, która, jak zakładam, popełniła błąd i nazwała szkolny musical sztuką. Nie ma niczego, co Lana Bennett lubiłaby bardziej niż wyjaśnianie różnicy między musicalem a sztuką osobom, które… doskonale znają różnicę między musicalem i sztuką.

Brandie i Raina są jednak stosunkowo wyluzowane, opierają się tylko o ścianę i czytają coś w telefonach. Wszyscy chyba wiedzą, że z naszej ekipy to one w największej mierze ogarniają życie. Zastanawiałam się wielokrotnie, która z nich pełni funkcję przyjaciółki-mamy, ale prawda jest taka, że obie ją pełnią. Tylko każda w inny sposób. Raina to mama apodyktyczna, która zmusza wszystkich do nauki, zdrowego trybu życia i picia wody. Brandie to mama wrażliwa, która pozwala ci się wypłakać w swój sweter, kiedy twój obiekt westchnień zaczyna spotykać się z f-girl z drużyny siatkarskiej.

Dziś są czymś tak pochłonięte, że zauważają nas, dopiero kiedy stajemy z nimi niemal nos w nos.

– Bu – mówię.

Obie podnoszą z zaskoczeniem głowy, a wzrok Rainy wędruje prosto do kluczyków Andersona w mojej dłoni.

– Kate, prowadziłaś?

Śmieję się, rzucając kluczyki z powrotem Andy’emu.

– Taa, nie.

– Nie twierdziłaś, że zamierzasz…

– No. Zamierzam.

Raina mruży oczy.

– Naprawdę! Już niedługo.

Technicznie rzecz ujmując, mogłabym zdawać choćby jutro – od ponad półtora roku mam pozwolenie na jazdę z drugim kierowcą. Ale nie zdobyłam się na ten krok. I nieszczególnie mi się do tego pali.

Tak naprawdę jestem typem pasażera.

Brandie mnie ściska.

– Masz świetną fryzurę!

Może więc Andersonowa pobudka o piątej trzydzieści się opłaciła. Zwykle mam na głowie osławiony już chaos. Moje włosy są dokładnie w pół drogi między blond i brązem, a pozostawione same sobie układają się w brawurowe niemal fale. W tej chwili jednak mam coś, co Anderson nazywa falami z YouTube’a białej dziewczyny. Wiem, że od czasu do czasu są warte wysiłku, zwłaszcza że należę do osób, których ogólny poziom atrakcyjności jest w wysokim stopniu skorelowany z fryzurą. Ale w tej chwili odnoszę wrażenie, że całemu światu demonstruję, jak bardzo się staram.

– Jak tam Meksyk? – Dotykam marszczonego rękawa sukienki Brandie. – Świetne.

Uśmiecha się.

– Było super. Ale strasznie gorąco. Jak tam obóz?

– Nikt nie umarł.

– Dobra robota – mówi Raina.

– I – przyciskam dłoń do serca – Matt zna nasze imiona.

– Cola Matt? – szczerzy się Raina.

– Wiesz co, bluźnisz. – Marszczę nos. – Mówię poważnie, jest jak adonis z dawnych czasów…

– O czym byśmy wiedziały, gdyby ktoś potrafił zrobić grupowe selfie, nikogo nie dekapitując.

– Hm, to nie moja wina, że Matt ma metr osiemdziesiąt wzrostu – mówię. – Wspominałam, że ma metr osiemdziesiąt wzrostu?

– Dziesięć razy – odpowiada Raina.

Anderson odwraca się do Brandie i Rainy.

– Mówiłem wam, że umiał wymienić twórców tragedii greckiej? I to za pierwszym razem?

– To brzmi jak materiał na chłopaka – mówi Brandie.

– I to jak – potwierdza Anderson. – Nie masz ochoty po prostu, no… włożyć jego bejsbolówki i pozwolić, żeby obezwładnił cię na…

– …na łóżku? – pyta Raina.

Anderson hamuje uśmiech, a potem kręci pospiesznie głową.

– Zmieniając temat. – Jego wzrok przenosi się na drzwi pani Zhao. – Żadnych wieści?

– Zero – mówi Raina. – Ani podpowiedzi. Harold uważa, że stanie na Chórze.

Anderson obraca się, żeby być do niej przodem.

– Czemu?

– Przeczucie? – Raina wzrusza ramionami. – Intuicja rudzielca?

– Czy istnieje w ogóle coś takiego?

– Zdaniem Harolda, tak.

Harold MacCallum: słodki jak marshmallow. Promyk słońca w ludzkiej postaci. Chłopak Rainy. Poznali się jakiś rok temu online w grupie wsparcia dla trans, którą moderuje Raina. Harold jest cis, ale jego bliźniak jest niebinarny. Mieszkają całkiem niedaleko. Jest bardzo nieśmiały i cudnie nieporadny. Ilekroć Raina o nim mówi, słychać w jej głosie uśmiech.

– Dobra, mam teorię – odzywa się Anderson. – To rok średniowiecza.

– Co takiego?

– Posłuchajcie mnie. W zeszłym roku była West Side Story. W pierwszej klasie Tajemnice lasu. A kiedy kończyliśmy gimnazjum, wystawiali Bye Bye Birdie.

– Nie rozumiem – stwierdza Brandie.

– Tak tylko mówię. Komitet rodzicielski jest bardzo skąpy, prawda? Więc przerabiamy tylko dwa komplety kostiumów. Mamy kostiumy na lata pięćdziesiąte i kostiumy średniowieczne. Używają ich zamiennie, żeby nikt się nie połapał. Tylko patrzcie. Za moment Zhao wyjdzie z listą do zapisów. – Andy dobrze się bawi, wyciąga kolejne informacje, dołeczki aktywują się w policzkach. – I zobaczycie. Mamy rok średniowiecza. Zapamiętajcie moje słowa. Kopciuszek, Camelot…

– Albo będzie po prostu Chór – mówię. – A ty poczujesz się jak skończony dureń.

– Tak, ale – unosi palec – Chór w średniowiecznych strojach. Idź za pieniędzmi, Garfield. Idź za pieniędzmi.

Parskamy z Rainą dokładnie w tej samej chwili. Zanim jednak któraś z nas wymyśli konieczną ciętą ripostę, drzwi do pokoju pani Zhao się uchylają.

I na korytarzu zapada głucha cisza.

Anderson chwyta mnie za rękę, a serce podchodzi mi do gardła. Choć to bez sensu, bo nie ma żadnego suspensu. Co roku to samo. Pani Zhao ogłasza jesienny musical pierwszego dnia szkoły. A potem ja przez tydzień czy dwa panikuję bez dania racji, puszczając w kółko ścieżkę dźwiękową i wodze fantazji. Za każdym razem towarzyszy mi ta sama nonsensowna myśl. Może to jest mój rok. Może teraz dostanę szansę. Prawda jest jednak taka, że dobrze wiem, gdzie znajdę swoje nazwisko, kiedy obsada zostanie opublikowana.

Na dole strony. Bezimienna rola w zespole. Stała się już legendą w kategorii Bezimienna Rola w Zespole.

Ale jakoś ta chwila zawsze mnie rusza. To, że wszyscy zamierają, kiedy pani Zhao wychodzi ze swojej kanciapy. To, że twarz ma nieporuszoną i nikomu nie patrzy w oczy, dopóki lista nie zawiśnie oficjalnie na jej drzwiach.

Przynajmniej tak to powinno wyglądać.

Kiedy jednak drzwi w końcu się otwierają, wcale nie ma w nich pani Zhao.

SCENA 2

Ręka Andersona opada.

– Ja pierdolę.

I stąd wiem, że sobie tego nie wyobraziłam.

A jednak coś tu się nie zgadza. Nie jest z Roswell. Ani nawet z Georgii.

Serce utyka mi w gardle.

Bo Matt. Boski Matt. Cola Matt.

Tu jest.

– Wszystko z wami w porządku? – Brandie wygląda na zaniepokojoną. – Znamy go?

– Ciii!

– Widzi nas – wydusza Anderson. – O, Boże. Co on tu robi? Co… Czeeeść.

Podchodzi do nas. TEN Cola Matt podchodzi do nas, a spojrzenie jego niebieskich oczu przenosi się z Andy’ego na mnie i z powrotem. I… o, cholera. Pragnienie wcale nie miało końca. Nie ustało. Ani trochę, ani odrobinę.

– Yyy. Hej.

Jego lekki akcent z Alabamy.

– Czy ty… − urywam.

– Właśnie się tu przeprowadziłem. – Przegarnia dłonią włosy.

– Ty… − zamrugałam. – Chodzisz do naszej szkoły?

– Do ostatniej klasy.

– Spójrz na nich. Na ich miny – mruczy Raina do Brandie.

– Miłość od pierwszego wejrzenia – szepcze Brandie.

– Albo jakieś popierdolone zbiorowe zauroczenie od pierwszego wejrzenia.

Wow, laski. Co za subtelność. I ocena! Raina tego nie rozumie. Żadna z nich nie rozumie i wątpię, żeby kiedykolwiek zdołała pojąć.

Prawda jest taka: zakochiwanie się bez Andy’ego nie ma sensu. Więcej, jest bolesne. Zakochiwanie się w pojedynkę jest jak ćwiczenie dialogu bez partnera. Nie ma punktu odniesienia, a głos brzmi sztucznie i donośnie.

W tej chwili jednak ani mój głos, ani mózg nie funkcjonują. Rozmowę rejestruję tylko częściowo. Jestem zbyt skoncentrowana na tym, że Matt właśnie uścisnął dłoń Brandie i przedstawił się pełnym imieniem i nazwiskiem. Jak dziadek. Urocze.

Matt Olsson.

Nie mogę uwierzyć, że tu jest.

Rozstanie z nim złamało mi serce. To takie durne, bo przecież nawet się z nim nie przyjaźniliśmy. Nie przesiadywaliśmy razem do późna na piętrowych łóżkach, wymieniając się tajemnicami. Dosłownie pięć sekund temu poznałam nazwisko tego chłopca.

Ale miałam wrażenie, jakbyśmy go znali. I nie tylko w kwestii znajomości greckich twórców, która tak podnieciła Andy’ego. Nic mnie oni nie obchodzą. Po prostu czuję się kompletnie… sama nie wiem. Osłupiała. To jest to słowo.

Bo oto zjawia się Matt Olsson i wygląda, jakby się urwał z komiksu o Archiem1. Złotowłosy i w oczywisty sposób piękny. I stoi przed nami. Chodzi do ostatniej klasy w naszej szkole. Liceum MY. W Roswell. Roswell w stanie Georgia, trzydzieści kilometrów na północ od Atlanty, siedzibie imponująco dobrze zaopatrzonego hipermarketu Target, niezliczonych kawiarni i porażającej liczby f-boyów.

Spogląda mi w oczy.

– Masz inne włosy.

– To jest takie dziwne – mówię ledwo słyszalnie.

Matt się śmieje.

– Tak, wiem. Właśnie przyszedłem na pierwsze zajęcia. – Wskazuje salę teatralną. – Nie sądziłem…

– Masz na pierwszej lekcji panią Zhao? – Anderson robi wielkie oczy. – Rozszerzona wiedza o teatrze.

Rozszerzona wiedza o teatrze, lepiej znana jako Rozwot. Nie mam pojęcia czemu, oprócz tego, że to zajęcia dla ostatniej klasy i ludzie lubią mówić „mam rozwód”. Ale ten kurs obrósł legendą. Zhao nie dopuszcza nikogo, kto nie traktuje teatru poważnie. A pierwsze dwa miesiące polegają przede wszystkim na budowaniu zaufania, bo potem sprawy przybierają intensywny obrót i da się pracować tylko wtedy, kiedy jest się na to otwartym. Wszyscy twierdzą, że z Rozwotu wychodzi się w zasadzie z magistrem sztuk scenicznych. Nie wiem, czy to kupuję, ale wiem, że te zajęcia łączą ludzi na całe życie. Andy i ja marzymy o zapisaniu się na nie od pierwszej klasy.

– No, dobra – mówi Matt. – Mam zanieść formularz do gabinetu pana Merceda.

– Teraz? – Brandie wskazuje ruchem głowy drzwi. – Ale pani Zhao zaraz ogłosi tytuł musicalu. Dosłownie. Za. Moment.

– A to tajemnica?

Raina obraca się i staje przodem do niego, mrużąc oczy.

– Powiedziała ci, tak?

Matt uśmiecha się najbardziej uroczym, ledwie zauważalnym i skruszonym uśmiechem, jaki w życiu widziałam.

– Powiedz nam – Anderson klaszcze w dłonie. – Proszę, powiedz.

Matt przechyla głowę.

– A powinienem?

No nie, jakim cudem już się z nami droczy? Dlaczego jest taki wyluzowany? Ja wciąż usiłuję uspokoić wirujące myśli, a Matt trolluje sobie delikatnie ekipę, jakby nas znał od lat.

– Chodzi wam o to, że gdyby to miał być Once Upon a Mattress, to chcielibyście wiedzieć?

– Ożeż kurwa.

Raina wygląda na równie zszokowaną jak ja. Zhao powiedziała Mattowi o musicalu. Wow. No to po tradycji. Po ceremonii, rytuale i tajemnicy. Tak po prostu… mu powiedziała. Powiedziała Mattowi.

Cola Mattowi. Który chodzi teraz do naszej szkoły.

No, dobra, pomóż mi, jogowa rozgrzewko. Spróbujmy wykonać delikatny wdech. Zatrzymać na dziesięć sekund. Delikatny wydech. Kate Garfield Wokalistko, jesteś opanowana jak mistrz zen. W ogóle nie panikujesz. Nie. Żadnego przeciążenia mózgu.

Matt spogląda na mnie i się uśmiecha.

Dobrze, tak, teraz nie mogę trzeźwo myśleć, nawet trzeźwo oddychać ani choćby utrzymać głowy w pionie, ani…

– Muszę się wysikać – szepcze Andy.

Kiwam powoli głową i wreszcie odzyskuję oddech.

Muszę się wysikać.

Nasz magiczny kod bezpieczeństwa.

SCENA 3

No, może nie jest to wyrafinowany szyfr.

Oznacza prywatne spotkanie w łazience. A konkretnie, w męskiej toalecie za salą teatralną, znanej też jako Klop Awaryjny. KA. Tylko my z niej w ogóle korzystamy. Mimo wszystko jednak to porządna łazienka. Niewiele graffiti na ścianach, a to, co jest, ma urok retro – głównie penisy rysowane pisakami Sharpie i stylizowane na gotyckie liczne litery S. Kierujemy kroki prosto do ulubionych kabin, jedna koło drugiej, i z muszli robimy sobie krzesła. Nie pamiętam nawet, jak doszliśmy do takiego układu. Wiem tylko, że siedzenie tu – obok siebie w łazienkowych kabinkach – i rozmawianie przez ściankę działową to dziwnie osobiste przeżycie. Jestem Żydówką, ale może właśnie tak wygląda spowiedź. Kiedy tu jesteśmy, zawsze mówię trochę więcej, niż zamierzam.

– Co. Się. Kurwa. Dzieje? – zaczyna Andy.

Choć go nie widzę, potrafię go sobie doskonale wyobrazić – siedzącego niezręcznie okrakiem na toalecie, jakby dosiadał osła.

– Moment, panikujemy z powodu sztuki czy…

– Cola Matta. Nie przyśniło mi się to, prawda? On tu jest? W naszej pierdolonej szkole?

– Cola Matt jest w naszej pierdolonej szkole – potwierdzam.

– Ale czemu?

– Bo się tu przeprowadził?

Andy wypuszcza powietrze.

– Czemu się tu przeprowadził?

– Może nas śledził?

Przesuwam stopy po płytkach do przodu.

– O, Boże. Zakochał się w nas i pojechał z obozu za nami.

– MOMENT…

– Musiał przecież wiedzieć, prawda? – mówi Andy.

– Racja, nie. Zdecydowanie. To zbyt duży zbie…

– Ale – zauważa Andy – ale, ale, ale. Był wyraźnie zaskoczony na nasz widok.

– Mógł grać.

– Chodzi na rozszerzone zajęcia teatralne.

– To strasznie dziwne – mówię chyba po raz milionowy tego ranka.

– STRASZNIE dziwne.

– Jak w ogóle mamy…

Ale mój głos zanika, bo ni stąd, ni zowąd drzwi łazienki się otwierają. A potem, chwilę później, dobiega nas odgłos siusiania do pisuaru.

Wiadomość od Andersona: „YYYYY”

Odpisuję: „intruz!!!!!!!!!!”

„INFILTRATOR. JAK ŚMIE” – pisze Andy, a ja chichoczę, zanim zdążę się pohamować.

Strumień moczu gwałtownie ustaje.

Na moment zapada głucha cisza.

– Możesz sikać dalej – mówi wreszcie Andy.

Tym razem zakrywam usta dłońmi, żeby się nie roześmiać.

Infiltrator odchrząkuje.

– Ja…

– Znalazłeś się we właściwym miejscu – ciągnie Andy. – Załatw, co potrzebujesz, i życzę ci wspaniałego dnia.

„ŻYCZĘ CI WSPANIAŁEGO DNIA???” – piszę do niego. – „Gadasz jak przywódca sekty”.

„Dobra, ale czemu nie sika?!”

„Bo go wystraszyłeś i teraz nie chce przyłączać się do twojego kultu »wspaniałego dnia«”.

„Jesteś zazdrosna, że w moim kulcie mamy wspaniały dzień” – odpisuje. – „To ty się roześmiałaś. Kto się tak zachowuje???”

„No, ja, jak widać”.

„Katy, on sobie nie idzie. Co robimy???”

„Jak sądzisz, kto to?” – piszę.

„OMG”

„CHWILA”

Przez moment widzę tylko kropki. A potem nic. A potem emotka z żarówką, po której nadchodzi bardzo zbliżone selfie szeroko otwartych oczu Andersona.

A następnie: „Czy to MATT???”

– Czy w czymś wam przeszkodziłem?

„To nie jest jego głos” – odpisuję.

– Nie – mówi radośnie Andy. – Skąd. My tak po prostu. No wiesz.

– Sikamy – dodaję szybko. – Tylko sikamy.

– Kate? – pyta intruz.

I właśnie wtedy rozpoznaję głos, chociaż wątpię, żeby rozpoznał go Andy. Podnoszę się i otwieram zamek, po czym zatrzymuję się przed otwarciem drzwi.

– Podciągnąłeś gacie?

– Niezłe pytanie, Mała Garfield.

Mmm. Zgadnijcie, jak bardzo uwielbiam, kiedy Małą Garfield nazywa mnie ktoś o sześć tygodni młodszy?

– Werbalne potwierdzenie, Noah.

– Tak, podciągnąłem gacie.

Uchylam drzwi i zza nich wyglądam.

– Skąd się tu wziąłeś?

– W męskiej toalecie? A skąd ty się tu wzięłaś?

Noah Kaplan, mieszkający obok mnie f-boy. Dobra, technicznie rzecz ujmując, mieszka naprzeciwko i tylko domu taty. Są z moim bratem nierozłączni, chociaż Ryan chodzi do ostatniej klasy. Podejrzewam, że to ten rodzaj braterskiej przyjaźni bejsbolowej, która nie zna ograniczeń wiekowych.

– To nie szatnia – woła Anderson ze swojej kabiny.

Andy nie ma cierpliwości do f-boyów. Ani f-lasek. Ani nikogo choćby w najmniejszym stopniu sprzymierzonego z f-siłami. Kto by mu się dziwił? Nie można powiedzieć, żeby szkolna populacja wyżej wymienionych urządziła paradę równości, kiedy Andy się wyoutował. Noah nie jest taki zły – to puszczalski, nie homofobiczny typ f-boya. To jeden z tych, którzy zawsze ostentacyjnie flirtują, publicznie okazują uczucia lub są głośno rzucani na korytarzu. W zeszłym roku poszedł na jesienny bal z dwiema dziewczynami i nawet się z tym nie krył. Miał dwie butonierki.

Kiedyś Andy spojrzał na Noaha i bez związku z czymkolwiek spytał:

– Czy wszystko dobrze u chłopaków hetero? Potrzebują pomocy?

Pytanie stare jak świat.

Noah uśmiecha się cierpko.

– Nie szukam szatni.

Podwija rękawy swojej bluzy – i wtedy zauważam, że ma śnieżyście biały gips syntetyczny, sięgający niemal do łokcia.

– Łooo. Co się stało? – pytam.

– Złamanie dystalnej części kości promieniowej.

– To od piłki?

– Coś w tym rodzaju.

Anderson uchyla drzwi i przez nie wygląda.

– Szkoda, że nie wystawiamy Drogi Evanie Hansenie – mówi.

– Teatralna aluzja – stwierdza Noah.

– Noahu Kaplanie – odzywa się Andy. – Jestem pod wrażeniem.

– Rozgrzewam się przed zajęciami teatralnymi na pierwszej godzinie – rzuca Noah.

– Chwileczkę. – Wychodzę ze swojej kabiny, zamykając za sobą drzwi. – Rozwot?

– Jaki rozwód?

– Rozwot. Zajęcia. Rozszerzone zajęcia z wiedzy o teatrze. Andy, wyłaź. – Opieram się o drzwi swojej kabiny i wbijam wzrok w Noaha. – Chodzisz do trzeciej klasy.

Anderson wychodzi ze swojej kabiny niczym diwa wysiadająca z limuzyny. Spogląda Noahowi prosto w oczy.

– Jak?

– Zostałem… tak rozpisany?

Patrzy to na mnie, to na Andersona, mrużąc piwne oczy. Klasyczna mina Noaha. Wiecie, jak ludzie zapadają w pamięć jako stop-klatki, prawie jak zdjęcia profilowe w mózgu? Tak wygląda w mojej głowie Noah. Z wiecznie zmrużonymi oczami. Już się nie kumplujemy. Ale zawsze jest gdzieś w pobliżu. Na imprezach sąsiedzkich w okolicy domu taty albo rozwalony z Ryanem w naszym salonie w deszczowe przedtelewizorowe dni.

Anderson, który najwyraźniej przemienił się w serialowego prawnika, zaczyna przesłuchanie.

– Mówili coś na temat twojego rocznika?

– Nie.

– Albo tego, że nie interesowałeś się teatrem? Nigdy?

Noah wzrusza ramionami.

– Musiałem przenieść się z wuefu, a tu były wolne miejsca…

– Co? – Andy wciąga gwałtownie powietrze. – Czemu są wolne miejsca?

– Nigdy nie ma wolnych miejsc – dodaję.

– Chyba że… − Andy urywa i pisze gorączkowo na telefonie. A potem podsuwa mi ekran pod nos. – Kate, spójrz, spójrz, spójrz!

Strona internetowa Liceum Roswell Hill. Zajęcia muzyczne. Aktualności.

Podnoszę wzrok na Andy’ego.

– Klub Glee to teraz zajęcia?

– Nowiuteńkie. Widziałem ulotkę, ale nie połączyłem kropek – mówi Anderson bez tchu. – Katy, to pierwsza lekcja…

– Więc konkuruje z…

– Tak! Dobrze, tak. Nic dziwnego…

– Wszystko z wami w porządku? – pyta Noah.

– Lepiej być nie może.

Anderson bierze mnie za rękę i ciągnie. I w ułamku sekundy znajdujemy się w połowie drogi do sekretariatu.

SCENA 4

– Chyba nie nadążam – mówi pan Merced, pedagog.

Jest nowy – co dobrze rokuje – i młody. Może więc da się go ubłagać.

– Oboje prosicie o przeniesienie na rozszerzone zajęcia teatralne.

Serce wali mi jak młotem.

– Tak.

Poprawia okulary i zerka na ekran.

– Nie jestem pewien, czy system mi na to pozwoli.

– Ale spróbuje pan? – pyta Anderson.

Pan Merced już zaczął pisać.

– Andrew… Walker?

– Anderson Walker.

– A. W porządku. Tak, jesteś. – Pan Merced przewija coś na ekranie z zaciśniętymi ustami. – Pierwsza lekcja, widzę, że masz…

– Samodzielną naukę – mówi Andy. – Tylko samodzielną naukę. Zmarnowana godzina. Serio, samodzielna nauka na pierwszej lekcji. Kto w ogóle będzie na to chodził?

Pan Merced unosi brwi.

– JA. Ja będę na to chodził. Bo w życiu nie opuściłem zajęć – dodaje Anderson pospiesznie. – Nigdy bym tego nie zrobił.

– Nigdy. Ja też nie. – Kiwam głową.

Anderson przesuwa się na skraj krzesła i opiera łokcie na biurku pana Merceda.

– A tak w ogóle to badania wykazały, że udział w zajęciach artystycznych pomaga w…

Pan Merced mu przerywa.

– Dobrze, Walker. Załatwione.

– Jak to… słucham?

– Pierwsza lekcja, Rozszerzona wiedza o teatrze, Zhao, sala…

– Nie, wiem. Ale… dostałem się?

– Wydrukuję ci poprawiony grafik i możesz już tam iść. Potrzebujesz przepustki?

Anderson zerka na mnie z rozdziawionymi ustami.

– A co ze mną? – odzywam się. – Kate Garfield.

Pan Merced zaczyna pisać.

– Chciałabyś dokonać takiej samej zmiany jak pan Walker, zgadza się? Wycofujesz się z zajęć samodzielnych i…

– W zasadzie to naukę samodzielną mam na siódmej lekcji. Na pierwszej mam algebrę z…

– Aha. – Pan Merced marszczy brwi. – Panno Garfield, jeśli na pierwszej lekcji masz jedne z głównych zajęć programowych…

– Tak, wiem – wyrzucam z siebie pospiesznie. – Ale mogłabym przenieść się do grupy na trzeciej godzinie…

– To nie bardzo…

– Albo gdybyśmy przełożyli chemię na czwartą lekcję, to może…

Rozlega się pukanie i pan Merced wstaje.

– Mam spotkanie o dziewiątej.

– Chwileczkę…

– No tak! – Pan Merced celuje pistoletem z palców. – Przepustki. – Wyjmuje z szuflady jaskraworóżowy notes i długopis. – Dobrze… Pani Garfield. – Zdejmuje zatyczkę, wciąż stojąc. – Godzina 8:57… przepustka na algebrę… z… panią Evans. Proszę bardzo. – Podaje mi ją, a moje serce ściska się boleśnie z żalu. – I pan Walker… powiedzmy, 8:58… przepustka na Teatr… z… panią Zhao.

– Moment… moment… moment – mówi Anderson, zrywając się z krzesła. – Coś musi się dać…

Ale pan Merced już prowadzi nas do drzwi.

– Powiadomię nauczyciela nadzorującego samodzielną naukę o zmianach. Bez obaw.

I jednym płynnym ruchem otwiera drzwi, a potem kieruje nas na korytarz, gdzie czeka już taki jeden Frank Gruber z pomiętym nieco planem lekcji. Tak naprawdę nie znam Franka zbyt dobrze, chociaż często pracowaliśmy w parze z powodów alfabetycznych. Ale w pierwszej klasie byłam w nim przez pół sekundy zakochana. Rozmawialiśmy czasem na lekcji wychowawczej. Miał zwyczaj przerywania wypowiedzi w pół słowa i gapienia mi się na usta. Jak satelita, który wypadł z orbity. A to, że ja, Kate Eliza Garfield, byłam zdolna strącić z trajektorii niezłego chłopaka, elektryzowało mnie.

Tyle że… Andersonowi Frank nieszczególnie się podobał, przez co chłopak od razu stał się sto razy mniej atrakcyjny. Wiem, że to okropne. Ale tak już mam. Jeśli zakochanie ma przetrwać, Andy też musi być zainteresowany. W przeciwnym razie coś się we mnie przełącza – i nagle nie czuję się zelektryzowana, chłopak nie jest atrakcyjny, a cała sytuacja traci urok. U Andy’ego działa to niemal równie mocno jak u mnie. Raina twierdzi, że to kolejny dowód na współzależność i właśnie dlatego spotykamy się wyłącznie z sobą nawzajem.

Frank Gruber, rzecz jasna, mija nas tylko pospiesznie w drodze do gabinetu pana Merceda. Nawet na nas nie spojrzy.

Drzwi się zamykają, a Anderson wygląda tak, jakby miał się zaraz rozpłakać.

– Katy, tak bardzo… bardzo mi przykro. Kretyństwo. Mogę przepisać się z powrotem…

– To nic.

– To nie jest nic. Tylko Rozwot. Mieliśmy chodzić na te zajęcia razem.

– No cóż.

Wzruszam ramionami, a on się wzdryga. Dobra. Nie jestem z tego dumna, ale malutka, ukryta część mnie cieszy się, że Andy czuje się podle. Wiem, że to nie jego wina. I wiem, że to tylko zajęcia. Jeszcze dziesięć minut temu nie sądziłam, że mogłabym w tym roku wziąć w nich udział. Ale nie mogę pozbyć się uczucia, że coś zostało mi sprzątnięte sprzed nosa.

Bo to nie tylko Rozwot. To Rozwot z Mattem.

Anderson będzie chodził na zajęcia z Mattem.

– Kate, serio. – Anderson bierze mnie za ręce. – Poproszę pana Merceda o przepisanie mnie z powrotem. Będziemy chodzili na te zajęcia razem. W przyszłym roku. Ty i ja.

– Andy, przestań.

Marszczy brwi.

– W porządku. Idź na lekcję. – Zmuszam się do uśmiechu. – Ktoś musi zdobywać poufne informacje na temat Matta.

Kiwa powoli głową.

– To prawda.

– I będziesz mi, oczywiście, o wszystkim mówił.

– O wszystkim. Sztuka po sztuce. Słowo. – Anderson mnie ściska. – Jesteś taka…

– Spóźniona na pierwszą lekcję. – Podnoszę do góry Różową Przepustkę do Algebraicznej Klęski. – Muszę lecieć.

SCENA 5

Lekcje już dawno się skończyły. Ale ja i Andy, lizusy roku, od blisko godziny rozwieszamy po szkole ulotki z informacją o przesłuchaniach u pani Zhao. Wiecie, że zawsze jest ten jeden nauczyciel, dla którego zrobilibyście wszystko? Który w każdej innej sytuacji byłby na pewno waszym najlepszym przyjacielem na dobre i na złe?

Pani Zhao. Bez żartów. Cała ekipa po prostu ją wielbi. Zhao jest po czterdziestce albo pod pięćdziesiątkę, ma żonę i dzieci i tak dalej, ale jest zawsze na bieżąco z nowinkami, popkulturą i wszystkimi naszymi durnymi memami. I nie dlatego, że się wysila. Widać, że uznaje swoich uczniów za fajnych i interesujących ludzi. Co nie powinno być dla nauczyciela rewolucyjną postawą, ale trochę jest.

Kiedy docieramy do domu, samochód mamy stoi w garażu, a ten Ryana zajmuje cały podjazd. Nie szkodzi. Andy zawsze staje na własnym pod domem obok i wracamy do mnie, przecinając przylegające do siebie trawniki przed naszymi domami. Gdy tylko stajemy w drzwiach, psy witają nas niczym powracających bohaterów. Karol i Camilla, szczeniak i pies.

Mama stoi przy blacie i przygotowuje talerz z przekąskami. Rozpromienia się na nasz widok.

– O, hej! Katy, minęłaś się właśnie z bratem. Poszedł pobiegać.

No jasne. Słowo daję, że Ryan jest z natury typem kanapowca, ale ostatnio nikt by się tego nie domyślił, szczególnie w sezonie koszykarskim. Włącza mu się pełen tryb sportowca.

– Robi pani krakersowe dzieło sztuki? – pyta Andy.

Przyglądam się półmiskowi mamy i bez pudła: wielobarwne rybki ułożone spiralnie w tęczowej kolejności. Zazwyczaj z Ryanem sami się sobą zajmujemy. Podobnie Andy – jego rodzice są lekarzami, więc zwykle przyjmują pacjentów do kolacji. A mama uczy muzyki w gimnazjum, co oznacza, że stale ma po lekcjach zajęcia z chórem albo występy. Kiedy jednak wraca wcześniej do domu, stara się, jak może.

Niesie swoje rybkowe dzieło, ale po drodze przemyca dla nas najpierw buziaki.

– Mój chłopczyk. Mua.

Zabawne – jeśli chodzi o mnie i Ryana, mama ma obsesję, żeby nikogo nie faworyzować. Wszystko jest skrupulatnie jednakowe – takie samo kieszonkowe, równej wielkości porcje płatków rano. Nie zdziwiłabym się, gdyby nazwała nas Ryan i Kate, żeby wydać dokładnie tyle samo na zestaw drewnianych liter, które zamówiła nam na drzwi naszych sypialni. Technicznie rzecz biorąc, połowa samochodu Ryana należy do mnie, a nawet nie mam prawa jazdy.

Wszystko to jednak nie dotyczy Andersona, jej prawdziwego ulubieńca. Kiedy przychodzi Andy, mamie włącza się tryb żydowskiej matki. To trochę przerażające.

– No i? Jaki musical? – pyta, ustawiając między nami spiralę ze złotych rybek.

Anderson opada na krzesło, zgarnia warstwę czerwonych z brzegu i wrzuca je do ust jak popcorn, po czym następuje żwawe żucie. A wszystko to żeby potrzymać mamę chwilę w niepewności, bo ten chłopak uwielbia pełne dramatyzmu pauzy.

Anderson wreszcie przełyka i uśmiecha się promiennie do mamy.

– Once Upon a Mattress.

– No coś ty! – Mama przyciska obie dłonie do piersi. – Grałam w nim na studiach! Byłam Winnifredą!

Anderson robi wielkie oczy.

– Nie wierzę.

– Naprawdę. – Mama aż puchnie z dumy. – Jedna z moich ulubionych ról.

No więc słuchajcie: ja śpiewam nieźle. Ale mama naprawdę umie śpiewać. Kiedy była w moim wieku, dostawała główne role, ilekroć wzięła udział w przesłuchaniach. Nie tylko w szkole – grała też w miejscowym teatrze w centrum kultury. I oczywiście była znana na letnim obozie nad Wolf Lake. Począwszy od czwartej klasy, w zasadzie prowadziła ich program teatralny.

– Once Upon a Mattress. Ekscytujące! Muszę powiedzieć o tym Ellen. Katy, pamiętasz moją przyjaciółkę Ellen, prawda? – mówi mama. I od razu się rozpędza: − …razem dorastałyśmy i byłyśmy najlepszymi kumpelami na obozie, ale nie utrzymujemy kontaktu od jakichś… ojej. Dwudziestu pięciu lat? – Mama kręci ze smutkiem głową. – Doszło między nami do jednej z tych idiotycznych kłótni. Spotykała się z pewnym koszmarnym chłopakiem, a znasz mnie. Nie trzymam języka za zębami. Kompletny palant. Dzięki Bogu to się skończyło. Bo Ellen to fantastyczna dziewczyna. Pamiętasz ją.

– No. Ellen z obozu, która spotykała się z palantem.

– Co gorsza, wyszła za tego palanta – mówi mama. – O, Boże. Na szczęście rozwód jest już prawie sfinalizowany, a ona wróciła do Roswell…

Myśli zaczynają mi odpływać. Kocham mamę, ale jest Gadułą przez wielkie „G”. Potrafi tak godzinami. Kiedy byliśmy mali, potajemnie mierzyliśmy jej z Ryanem czas. Andy, rzecz jasna, kiwa uprzejmie głową jak grzeczny chłopczyk, którym jest.

– Kolacja szabasowa – kończy mama. – No ale co ja was tak tu trzymam, kiedy założę się, że tylko marzycie, żeby się wymknąć i przesłuchać ścieżkę dźwiękową.

– O, nie… − zaczyna Andy, ale mu przerywam.

– Tak. TAK. Musimy popracować nad musicalem. Dzięki, mamo. Jesteś najlepsza.

Wiecie co? Kiedy mama daje drogę ucieczki, to się z niej korzysta.

SCENA 6

Niestety rozszerzona historia Stanów Zjednoczonych poważnie nadweręża grafik moich marzeń. Uważam, że oczekiwanie, żebyśmy skupili się na purytanach na osiem dni przed przesłuchaniami, to brak szacunku ze strony nauczycieli.

Muszę do tego czasu skoncentrować się na tylu sprawach, jak wybór piosenek, ćwiczenia oddechowe i że Zhao obsadzi w tym roku musical według starszeństwa. Co parę lat pani Zhao postanawia, że wszystkie dobre role powinni dostać uczniowie z ostatniej klasy. W późniejszym terminie byłby to doskonały tok myślenia – Zhao, nie krępuj się i zapierdalaj z tym pomysłem w przyszłym roku. Jeśli jednak podąży tą ścieżką w tym roku, nie mam żadnych szans.

Rzecz w tym, że znów robię sobie nadzieje. Cała ja, marzę o światłach reflektorów. Moje nazwisko na szczycie listy z obsadą. Mój głos szybujący na skrzydłach bezprzewodowego mikrofonu. Owacje na stojąco. Gromkie brawa. Co roku od nowa urzeka mnie ta wizja.

Co roku przeżywam rozczarowanie.

Tak głupio o tym marzyć. O roli głównej. Roli muzycznej. Do tej pory ledwie dostawałam rolę mówioną. Chyba nawet nie byłabym w stanie sobie z tym poradzić. I co z tego, że mój głos brzmi dobrze, kiedy siedzę sama w pokoju. Wszyscy wiedzą, że tracę głowę pod presją.

Wszyscy to wiedzą.

Ale jakoś nie mogę pozbyć się tych marzeń na jawie. Widzę to, za każdym razem, kiedy zamykam oczy. Ja jako księżniczka Winnifreda Woebegone. Ja, pośrodku sceny, w po mistrzowsku przemoczonej średniowiecznej sukni, śpiewająca o bagnach. Ja, przycupnięta na stercie materacy, a reszta obsady ustawiona wokół mnie.

Ja, idąca w ślady wielkich. Jak Carol Burnett. Sarah Jessica Parker. Tracey Ullman. Moja mama. W takich marzeniach lubię się zatapiać.

Przeszkadza mi tylko to, że pan Edelman chce, żebyśmy zajęcia z historii USA spędzali, ucząc się o historii USA, a dziś oznacza to zestaw kart z zadaniami. Dużo można powiedzieć o stopniu nauczycielskiej desperacji na podstawie tego, jak szybko ucieka się do zestawów zadań.

Mamy trzeci dzień szkoły.

Przynajmniej podzielił nas na grupy. Ale grupy nie są doskonałe. Pracuję z Brandie, ale zamiast Rainy czy Andersona dostałyśmy przypadkowo dobranego f-boya Jacka Randalla. Nie muszę dodawać, że zadania nie idą nam szczególnie dobrze. Po części dlatego, że Jack jest dupkiem, a purytanie są śmiertelnie nudni, ale po części dlatego, że Brandie i ja jesteśmy zajęte zupełnie czym innym.

– Skąd wiemy, czy to wersja oryginalna, czy wznowienie? – pyta Brandie.

– Już ja cię wznowię – mówi Jack.

Bo paraseksualny nonsens to język ojczysty fuckboyów. Brandie nie podnosi wzroku znad telefonu. Jack nachyla się do niej i teatralnie wciąga powietrze.

– Brandie Reyes. Te perfumy w twoich włosach. Brałbym.

Dobra, każdy, kto mówi „brałbym”, powinien dostać w jaja. Mówię śmiertelnie poważnie.

– To się nazywa szampon – odpowiada Brandie.

Z całej naszej paczki to ona ma najwięcej cierpliwości do f-boyów, czego dowodzi, nie dając Jackowi kopa w jaja. Raina jest oczywiście jej przeciwieństwem – teraz wystarczy, że zerknie na f-boya, a kop w jaja rozumie się sam przez się. Zabawnie tak obserwować sytuację w naturalnym środowisku. Coś w widoku Rainy i Brandie razem przyciąga fuckboyów na jakimś chemicznym poziomie – moja teoria jest taka, że obie są naprawdę atrakcyjne, ale każda w zupełnie inny sposób. Raina ma jedną z tych idealnie gładkich twarzy o mocnych kościach policzkowych i w ogóle wygląda jak mądra młodsza siostra każdej białoskórej ciemnowłosej aktorki telewizyjnej. Tymczasem Brandie ma tę bezpretensjonalną aurę dziewczyny z sąsiedztwa i romantyczne stroje w stylu boho. Poza tym Brandie w zasadzie nie zauważa flirtu, przez co pewien typ fuckboyów nie może się jej oprzeć. I właśnie tak dochodzimy do tej boskiej sceny, w której Jack zawzięcie dopytuje ją o pielęgnację włosów. I żadne z nas nawet nie zajrzało do karty zadań.

Jack zerka mi przez ramię.

– Oglądasz porno?

– Słucham?

– Na materacu. Chooolerka.

– To musical.

Przekopuję plecak w poszukiwaniu słuchawek. Coś mi mówi, że będę się musiała wspomóc w wyciszeniu głosu Jacka.

– Musical porno? – pyta zupełnie niezrażony.

Słyszę chichot Andersona.

– Nie uważasz, że jestem zabawny, Garfield? – Jack przechyla głowę i się szczerzy. – Twój chłopak ma inne zdanie.

Mówi oczywiście o Andym – chociaż tak naprawdę nie uważa go za mojego chłopaka. Cała szkoła wie już o Andersonie. Co zabawne, Anderson i ja naprawdę się kiedyś spotykaliśmy. W siódmej klasie. Po drugim pocałunku zdał sobie sprawę, że jest gejem.

Trochę mi jednak przeszkadza, że ludzie tak się dziwią naszej bliskiej znajomości. Gdybyśmy byli parą, nikomu nie drgnęłaby nawet powieka. Ale stale powtarzają, że gdyby nie wiedzieli, że Andy jest gejem, w życiu by nie uwierzyli, że jesteśmy tylko przyjaciółmi.

Kompletna bzdura. Po pierwsze jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi.

Po drugie nie ma żadnego „tylko”. Przyjaźń nie jest „tylko”. Tak, Andy jest gejem. Nie, nie jesteśmy parą. Ale Anderson Walker to bez dwóch zdań najważniejsza osoba w moim życiu.

– Once Upon a Mattress – Jack się uśmiecha. – To nie może być prawdziwy musical.

Wkładam do uszu słuchawki i przeglądam muzyczną bibliotekę. Potrzebuję Lizzo. Tylko ona potrafi zagłuszyć ten poziom fuckrogancji.

– Wygooglaj sobie – rzucam.

A potem wciskam play.

SCENA 7

Raina z impetem kładzie dłonie na stoliku w stołówce.

– Ostateczny przegląd sytuacji.

– Ścieżka dźwiękowa jest na Spotify. – Siadam obok niej i rozpakowuję papierową torbę. – Mamy dwie wersje filmu…

– Wersje karaoke?

– Pełno na YouTubie – mówi Andy. – No i mama Kate w tym grała, więc…

Za moimi plecami rozlega się śmiech i nawet nie muszę się odwracać, żeby wiedzieć, z którego stolika dobiega. Nie twierdzę, że Roswell Hill jest jak z młodzieżowego serialu, w którym kamera okrąża całą stołówkę, robiąc zbliżenia na wyraziście odróżniające się grupki.

Ale f-skład…

Nie wiem, jak to wyjaśnić. Pojedynczo nie są tacy źli. Jack Randall to kompletny palant, a Mira Reynolds i Eric Graves są bez wątpienia prawdziwymi czarnymi charakterami, ale większość z nich, oddzielona od reszty, jest w porządku.

Jednak kiedy są razem, to już zupełnie inna historia.

Nie chcę wyjść na krytykancką zołzę. Wiem, że czepiam się wydarzeń sprzed wielu lat. Z gimnazjum. A nawet z podstawówki. Ale trauma post-f-ekipowa to nie żarty.

– Mhm – mówi Andy, wbijając wzrok w punkt ponad moim ramieniem. – Zdaje się, że Chris Wrigley właśnie zaatakował bluzę twojego brata.

– Za… co? – Odwracam szybko głowę i natychmiast dostrzegam Ryana. Wszędzie rozpoznałabym te przygarbione plecy. Siedzi tyłem do nas, wciśnięty między Vivian Yang i Chrisa Wrigleya. – Nie widzę tego ataku…

Andy unosi podbródek.

– Obserwuj.

Przez blisko minutę nic się nie dzieje… ale potem wszystko odbywa się w mgnieniu oka. Chris Wrigley, zagorzały fuckboy, wyciąga rękę w kierunku Ryana, jakby chciał go objąć. Ale coś trzyma – frytkę? Wpatruję się z niedowierzaniem, jak jego dłoń zatrzymuje się nad kapturem Ryana, niczym automat z zabawkami tuż przed upuszczeniem nagrody.

Ryan jest niczego nieświadomy.

– Wrzucił mu tam jakieś piętnaście frytek – mówi Andy.

– Ale czemu?

Andy wzrusza ramionami.

– Bo jest dupkiem?

Obracam się na krześle i spoglądam w stronę Chrisa i Ryana. Nie ogarniam. Serio. Po pierwsze, Ryan zachowuje się spoko wobec Chrisa. Wobec wszystkich jest spoko. Jest ogólnie spoko.

– Powinnam go uratować?

– Przed frytkami? – pyta Raina.

Kręcę głową i rzucam wściekłe spojrzenie na Chrisa.

– Przed trollowaniem przez jakiegoś fuckboya.

– Masz na myśli jego kolegę z drużyny? – pyta Raina. – Tego, z którym z własnej woli siedzi?

– Nie z własnej woli ma na sobie lunch Chrisa. – Odsuwam krzesło. – Przepraszam, ale to jest przemoc.

– No, nie wiem – mówi Raina. – Myślę, że to tylko głupie żarty f-boyów.

– Ryan nie jest f-boyem.

Wymierzam jej cios w rękę, a ona się uśmiecha.

Ja też nie mogę pohamować uśmiechu. Zrobił się już z tego prywatny żarcik naszej ekipy. Nikt – dosłownie nikt – nie ma prawa nazywać mojego brata fuckboyem. Nie obchodzi mnie, że wygląda na f-boya czy że gra w baseball z f-boyami. Mógłby sobie nawet wytatuować wielkie czerwone F na piersi. To nie ma znaczenia.

Tak, jeśli mam być szczera, drażni mnie, że Ryan trzyma z takimi dupkami jak Chris Wrigley. Albo Eric Graves czy Mira Reynolds. Zwłaszcza takimi jak Eric Graves i Mira Reynolds. Nie podoba mi się to. Nie czaję tego. Ale to przecież nie są jego najlepsi przyjaciele. Powiedziałabym, że Ryan żyje na pograniczu f-strefy. Ma niejakie powiązania z f-składem. Ale nie jest dupkiem. Tylko sportowcem, który nie lubi robić szumu.

Chris, któremu najwyraźniej skończyły się frytki, wrzuca do kaptura serwetkę, jakby grał w kosza. Ryan ani drgnie. Ale ten ruch zwraca uwagę Vivian Yang – i chwilę później dziewczyna wyjmuje frytki i śmieci z kaptura Ryana i zsypuje je z powrotem na tacę Chrisa. Ryan się śmieje i szturcha Chrisa w ramię, ale Vivian odsuwa krzesło i wstaje. Spogląda mi w oczy i uśmiecha się blado, a ja odpowiadam tym samym. Szczerze, Vivian nie jest taka zła jak na f-laskę. Nie wiem nawet, czy się do nich zalicza. Może, jak Ryan, żyje na obrzeżach.

Co ciekawe, aż do początków liceum dość blisko przyjaźniła się z Andersonem. Chociaż Andy nigdy nie opowiada o tej zerwanej przyjaźni. Wiem tylko tyle, że razem należeli do chóru kościelnego i chodzili dwa razy w tygodniu na lekcje śpiewu, a rodzice wozili ich razem na przesłuchania i konkursy wokalne. Potem jednak Vivian dołączyła do drużyny lekkoatletycznej i całkiem zarzuciła śpiew. Podejrzewam, że zarzuciła też Andersona.

Odwracam się z powrotem do stolika, głównie po to, żeby sprawdzić, czy Andy ją zauważył, ale on wpatruje się z uśmiechem w swój telefon.

– Co cię tak rozśmieszyło?

– Nic takiego. – Podnosi telefon, żeby mi pokazać. – Lindsay wysłała mi mema.

– Lindsay Ward? – Patrzę na niego. – Nie wiedziałam, że do siebie piszecie.

Sam mem jest jednym z tych, które widziałam już milion razy, z jakimś kolesiem z anime i motylkiem. Ale tekst nie całkiem rozumiem.

Anderson patrzy na mnie z konsternacją.

– Prywatny żarcik.

– Aha.

– Z Rozwotu. Ale nie… tak. Przepraszam. – Odkłada telefon. – Przepraszam, nie wolno nam o tym mówić.

– No tak.

Serce ściska mi się w sposób, którego nie potrafiłabym dobrze wyjaśnić. Raina i Brandie zaczęły już spekulacje na temat przesłuchań, ale ja patrzę Andy’emu prosto w oczy. Jakby istniało między nami jakieś pole siłowe.

– Kate, to nie… nie. – Andy się pochyla. – Po prostu wszyscy uzgodniliśmy, że nie będziemy o tym mówić, rozumiesz? Że co dzieje się na zajęciach, zostaje na zajęciach. Taki krąg zaufania.

– A ja nie należę do tego kręgu?

Andy się nie odzywa.

– Wow.

– Katy, to nie tak.

– W takim razie jak?

– Nijak. Opowiadanie o tamtych zajęciach, kiedy wyraźnie postanowiliśmy o nich nie opowiadać, byłoby z mojej strony słabe. I tyle.

– Jasne. – Wypuszczam powietrze, głośniej, niż zamierzałam. – Tylko mówiłeś, że…

– Przepraszam, dobrze? Wiem, mówiłem, że podzielę się z tobą szczegółami, ale dosłownie mi nie wolno. To nie…

– Andy! W porządku, rozumiem. Rany.

Uśmiecha się do mnie niepewnie.

– Nie jesteś wkurzona?

– Nie, nie jestem. – Przygryzam wargę. – To tylko dziwne, wiesz? Nie jestem przyzwyczajona, że znajduję się poza nawiasem prywatnych żarcików.

– Wiem…

– I nie przywykłam do tego, żeby istniały między nami jakieś zabronione tematy.

Anderson wie, kiedy mam okres. Ja znam jego receptę na okulary i pięć ulubionych tweetów Chrissy Teigen. On zna rodzaj skrętu moich włosów. Po numerze. Nawet ja nie wiem, jaki numer ma mój typ włosów. I nie chciałabym, żeby zabrzmiało to makabrycznie, ale znamy nawzajem swoje hasła do Instagrama, na wypadek gdyby któreś z nas umarło. Poważnie. Wiemy o sobie wszystko.

Anderson wyciąga rękę nad stolikiem i ściska moją dłoń.

– Ja też do tego nie przywykłem.

Może to tylko odruch, ale odwzajemniam jego uścisk.

SCENA 8

Andy ma po szkole lekcję śpiewu, a mój brat nie odpisuje mi na wiadomości. Co oznacza dla mnie podróż autobusem. Jedyny minus nieposiadania prawa jazdy.

Do szkolnego plecaka wepchnęłam laptopa. Dawniej, w dniach, kiedy mieszkałam u taty, nosiłam ze sobą neonową torbę, na tyle dużą, żeby pomieściła ubrania na trzy dni. W tej chwili jednak nie muszę już wlec prawie niczego. Mamy z Ryanem po dwa egzemplarze większości przyborów – dwie ładowarki do telefonu, dwie szczoteczki do zębów, dwie szafy z ubraniami. A gitary w zasadzie nie wyjmuję z bagażnika samochodu Ryana. Wszystko działa teraz bez zarzutu.

Kiedy rozlega się dzwonek, utykam za grupką f-boyów kopiących podręcznik po korytarzu. Jestem więc potem zmuszona biec, żeby złapać autobus, przez co tracę oddech. Oczywiście wsiadam jako ostatnia.

I akurat to Noah Kaplan zajmuje miejsce z przodu, siedzi odwrócony plecami do okna. Rękę ma dziś na granatowym temblaku, przyciśniętą do piersi. Zazwyczaj Noah jeździ autem. A nawet w czasach, kiedy jeszcze nie jeździł, za nic nie usiadłby z przodu. Zdaje się, że pogruchotany nadgarstek popsuł mu stylówkę. Nasze spojrzenia się spotykają, wita się ze mną skinieniem głowy.

– Nie ma jak autobus – mówi.

– Nie ma – odpowiadam.

Usadawiam się za nim i rozplątuję słuchawki. W momencie, kiedy włączam muzykę, Noah przenosi się na miejsce obok mnie.

– Anderson cię wystawił?

– Co? Nie…

– Wow. Naprawdę cię porzucił. – Noah kręci głową. – Skazał na autobusowe piekło.

– Anderson mnie nie wystawił! Tylko…

– …ma ważniejsze i lepsze rzeczy do roboty. Rozumiem. Czasem wyrastamy z przyjaźni, Mała Garfield.

– O matko, ty kretynie. – Wymierzam mu cios w ramię. – Ma lekcję śpiewu.

Noah posyła mi ten swój uśmiech ze zmarszczonym nosem i przysuwa się odrobinę bliżej. Odstawiam pokazową scenę, w której odwracam się od niego i wkładam słuchawki do uszu.

– Ale wiesz co? – mówi Noah.

Słowo daję, że ten chłopak nie potrafi wytrzymać bez gadania dwóch sekund.

Odwraca dłonie wnętrzem do góry.

– Nie ogarniam, do czego służą lekcje śpiewu.

– Świetnie. Nie musisz.

– Czy to w ogóle działa? – pyta. – Gra na instrumencie, to rozumiem. Uczysz się jakiejś umiejętności…

– A śpiewanie to niby co?

– No ale albo umiesz śpiewać, albo nie. Przecież w wyniku ćwiczeń nie staniesz się Beyoncé.

– Nie, ale można trenować. – Odwracam się twarzą do niego. – Można poprawić oddech, poszerzyć skalę…

– Ale po co? Jaki jest cel? Jasne, jeśli myślisz o Broadwayu czy czymś, ale ostatecznie 99,9 procent ludzi śpiewa tylko pod prysznicem, więc…

– Mówisz poważnie? – wyrywam sobie z uszu słuchawki. – To tak jakbyś pytał, po co grać w liceum w baseball, skoro nie zamierzasz wchodzić do MLB.

Noah uśmiecha się szeroko.

– MLB?

– Główna liga?

– Tak, ale tak się nie mówi.

– Czemu nie? – krzyżuję ręce na piersi. – Mówi się NFL, NBA…

Noah wciąż kręci głową z rozbawieniem.

– MLB.

– Tak czy siak. – Rzucam mu spojrzenie z ukosa. – Dopóki nie zamierzasz grać w lidze, nie masz prawa twierdzić, że lekcje śpiewu są bezcelowe.

– Dobra… − Noah kiwa głową, jakby to rozważał. – Ale wysłuchaj mnie. Może granie w szkolny baseball nie ma nic wspólnego z samym baseballem. Może chodzi tu, dajmy na to, o robienie wrażenia na laskach.

Wzruszam ramionami.

– Może laski są pod większym wrażeniem śpiewu niż baseballa.

Zerkam na jego temblak, czując nagłe wyrzuty sumienia. Może jestem zbyt złośliwa. Jestem złośliwa? Czy niefajnie jest droczyć się z baseballistą na temat baseballa, kiedy nie może w niego grać?

Autobus zatrzymuje się na rogu naszej ulicy, więc Noah wstaje i czeka na mnie w przejściu.

– Hej. – Podnoszę na niego wzrok. – Przykro mi, że złamałeś sobie rękę.

– No cóż. – Uśmiecha się. – Życie sportowca. Wiesz, jak to jest.

– Wiem. – Sięgam po jego plecak. – Mogę ci go zabrać.

Śmieje się.

– Mała Garfield, nie będziesz nosiła mi plecaka.

– Sądzisz, że nie poradzę sobie z dwoma? – Wysiadam za nim z autobusu i ruszam obok niego. – Poradziłabym sobie z dziesięcioma. Nawet nie wiesz, do czego jestem zdolna.

SCENA 9

Okazuje się, że Ryan jest w domu. Tata też – kiedy tylko może, wychodzi w środy wcześniej z pracy. Jest prawnikiem, ale nie takim, który pozywa ludzi. Zajmuje się prawem rodzinnym, jak rozwody, opieka nad dziećmi i alimenty. Dziedzina, na której doskonale zna się adwokat Neil Garfield, sam rozwiedziony, dzielący opiekę nad dziećmi i płacący alimenty.

– Hejka, Kluseczko.

Tak, mam szesnaście lat, a ojciec nazywa mnie Kluseczką. Ponoć tak właśnie wyglądałam sześciotygodniowa ja w powijakach. Jak kluseczka.

Do kuchni wpadają psy, więc Ryan musiał po szkole odebrać je od mamy. Charles jest tak podekscytowany, że aż się cały trzęsie. Myślę, że mamy żółty stopień zagrożenia, że posika się na podłogę.

Tata podnosi go jedną ręką i pozwala lizać się po brodzie tak długo, że aż traci to urok. A potem drugą ręką robi Camilli dogłębny masaż miednicy. Teraz Camilla tak bardzo podstawia się pod drapanie po tyłku, że wygięła się w znak zapytania, a tata ma całą szyję zaślinioną przez jamnika. Sytuacja na poziomie.

– I jak poszło?

Tata odstawia Karola delikatnie na parkiet.

– Jak poszło co?

– Przesłuchanie. Do musicalu.

– Nie było jeszcze przesłuchania. Dopiero w przyszły czwartek.

Tata nie jest mistrzem szczegółu. W tej kwestii stanowi przeciwieństwo mamy. Ale to do niego jestem fizycznie podobna. Ryan też. Tak wszyscy twierdzą. Nie w kwestii włosów, bo prawie wyłysiał, chociaż zdjęcia dowodzą, że na studiach miał taką chyrę jak Ryan i ja. Ma jednak pełne policzki i piwne oczy, i usta w kształcie serca.

Zostawiam tatę i psy i ruszam na górę do pokoju brata. Ryan otrzymuje jedno ostrzegawcze puknięcie, po którym otwieram drzwi, ale wiem już dobrze, żeby nie czekać na zaproszenie. Chroniczny z niego olewacz pukania.

Siedzi rozparty w fotelu gamingowym, z padem do Xboxa w dłoniach i słuchawkami, które babcia kupiła mu na zeszłe Chanuka. Pokój Ryana to prawdziwa kraina chłopięcych marzeń, mimo że wystrój nie zmienił się tu od czasów szkoły podstawowej: ściany pokryte farbą tablicową i oprawionymi koszulkami sportowców, kalkomanią z logo Atlanta Falcons i gigantycznym Bulbasaurem z neonu. Nie panuje tu jednak bałagan. Nigdy. Słowo daję, że Ryan jest jeszcze większym pedantem niż Anderson. U mamy w jego pokoju stoją dwa łóżka i chociaż śpi tylko na jednym, to zawsze ścieli oba. Jeśli w przyszłym roku zostanie na studia w okolicy, to pewnie będzie wpadał codziennie do domu tylko po to, żeby zmienić nieużywaną pościel.

Kiedy wchodzę do środka, otwiera oczy i zsuwa słuchawki, wpatrując się we mnie z wyczekującą miną pod tytułem: „Czego chcesz?”. Jakby nie mógł uwierzyć w świat, w którym siostra może wpaść do pokoju brata bez ukrytych motywów. Obraźliwe. I słuszne.

– Potrzebuję twoich kluczyków.

Wyciąga je z kieszeni i rzuca, co jest chyba dobrą stroną braku prawa jazdy. Łatwo mu powierzyć mi kluczyki, skoro doskonale zdaje sobie sprawę, że nie zabiorę mu samochodu.

– Dzięki, Ry – mówię, ale ma już z powrotem słuchawki na uszach.

Przez chwilę go obserwuję. Ryan nigdy nie podśpiewuje do piosenek, ani nawet nie recytuje bezgłośnie tekstu, ale jego usta zawsze drgają, jakby miał na to ochotę. Potrafi śpiewać – tylko już tego nie robi, nawet wysoce ironicznym falsetem, używanym przez niektórych chłopaków na Snapchacie albo TikToku. Tej właśnie jednej rzeczy nie rozumiem u heteroseksualnych chłopaków – dobra, tej jednej pośród bardzo wielu innych. Ale poważnie. Czemu niektórzy są tak przeciwni demonstrowaniu swojego głosu? Skoro stawiają sobie za cel podrywanie dziewczyn, to czy nie powinni się w pełni w to zaangażować? Nawet sportsmenkom miękną serca na widok chłopców, którzy potrafią śpiewać. To prawdziwa romantyczna supermoc, a oni z niej nie korzystają.

Tyle że Ryan należy do tych chłopaków, którzy w zasadzie się z nikim nie spotykają, mimo że ma rozczochrane kasztanowe włosy, długie rzęsy i jest obiektywnie ponadprzeciętnie uroczy. Andy nazywa go cudownym marnotrawstwem. Ale Ryan jest dość nieśmiały i chociaż bez wątpienia lubi dziewczyny, to ma do nich wybitnie dziwaczny stosunek. Nie żeby to był temat, który mielibyśmy ochotę poruszać. KIEDYKOLWIEK.

Trudno wytłumaczyć moje relacje z Ryanem.

Prawdę mówiąc, sama ich nie rozumiem. Mogłabym przysiąc, że czasami nikt nie rozumie mnie lepiej niż on. Kiedy na przykład rodzice zachowują się jak dziwolągi, a my odbywamy całą rozmowę samymi spojrzeniami. Albo kiedy pewne sformułowania czy słowa wywołują w nas dokładnie tę samą reakcję.

Jednak kiedy indziej Ryan wraca po kryjomu po nocy z jakiejś imprezy f-składu albo na korytarzu szkolnym wita się żółwikiem z Jackiem Randallem, a ja czuję ucisk w piersi. Czasem się chyba zastanawiam, czy gdybyśmy nie byli rodzeństwem, to w ogóle byśmy ze sobą rozmawiali.

Dawniej byliśmy nierozłączni. Dzieli nas zaledwie osiemnaście miesięcy. Mama nazywa nas irlandzkimi bliźniakami, choć nie jesteśmy Irlandczykami, a półtora roku zdecydowanie wykracza poza irlandzki zakres. Ryan kończy w przyszłym miesiącu osiemnaście lat, a ja w marcu siedemnaście. Dawniej bawiliśmy się klockami, kartami Pokémon i grywaliśmy w Pokémon Rumble Blast, a dwa lata z rzędu przebieraliśmy się na Halloween za Asha Ketchuma i Pikachu. I dobra, nie chcę nikogo pokazywać palcem ani oskarżać o obsesję na punkcie Pokémonów, ale tylko jedno z rodzeństwa Garfieldów ma wciąż na ścianie neonowego Bulbasaura. Tak tylko mówię.

Nieważne. Przynajmniej mam jego kluczyki.

Ruszam na dół, przez kuchnię, w której psiaki drzemią na podłodze. W bagażniku czeka na mnie gitara. Obok rękawicy i kilku piłeczek baseballowych. Dźwigam pokrowiec za uchwyt i przytulam instrument do piersi.

Kocham tę głupią gitarę. Należała kiedyś do mamy, ale Ryan uratował ją parę lat temu z piwnicy. Nigdy nie nauczył się na niej grać – pozował z nią tylko często na Instagramie. Hashtag #jamsession. Nie pozwalam mu o tym zapomnieć. Gdybym to zrobiła, nie mogłabym nazywać się jego siostrą.

Żeby jednak oddać mu sprawiedliwość, to dzięki Ryanowi w ogóle zaczęłam grać na gitarze. Po tym, co wydarzyło się z Erikiem, sądziłam, że na zawsze zakończyłam swoją przygodę z muzyką.

SCENA 10

Eric Graves. Największy dupek. Najbardziej gówniany dzień. Nawet teraz na samą myśl robi mi się niedobrze. Ale wspomnienie pozostało na zawsze. Od tego to wszystko się chyba zaczęło.

No więc proszę bardzo.

Dawno temu, w ósmej klasie, królowa Kate Naiwna zakochała się w Sir Ptasimmóżdżku Fuckpotworze Eriku Skunksie, f-boyu level 69.

Trudno to wyjaśnić. Tak, był przystojny. Ale od początku dało się zauważyć wyraźne sygnały ostrzegawcze. Po pierwsze, Anderson nie podzielał mojej fascynacji. Nieważne, ile razy opowiadałam, jak to Eric przytrzymał mi raz drzwi. Anderson był nieporuszony – jego przekonanie o fuckpotwornym skunksim ptasim móżdżku Erica pozostawało niezachwiane.

To było przeciwieństwo wspólnego zauroczenia.

Ale ja z ósmej klasy nie przejmowałam się tym, co Anderson myślał o Ericu.

Pozwalałam, żeby mój zauroczony mózg bujał w obłokach. Wypisywałam imię Erica w zeszytach. Pozorowałam przypadkowe spotkania na korytarzu. Na wiedzy o społeczeństwie wpatrywałam się w tył jego głowy tak długo, że znałam na pamięć układ piegów na jego karku. A wieczorami miałam jeszcze większego bzika na punkcie romansów niż zwykle. Jakby to było jakieś uzależnienie. Niemal co tydzień szprycowałam się Do wszystkich chłopców, których kochałam. Wciągnęłam wszystkie komedie romantyczne dla nastolatków dostępne w bibliotece. A potem ekipa odkryła Ellę zaklętą, którą oglądałam z taką częstotliwością przez tyle miesięcy, że tata potrafił ją cytować. Oczywiście znałam na pamięć Somebody to Love Queen i umiałam zaśpiewać ją, jak Anne Hathaway w filmie. Identycznie. Każdą modulację, każdą pauzę, każdą choćby minimalną zmianę dynamiki. Nawet król Anderson Perfekcjonista był pod wrażeniem.

Oto, jak bardzo czułam się z siebie zadowolona: zaśpiewałam ją mamie.

Była zachwycona. Zachowywała się, jakbym wykonała solówkę w Kennedy Center. Zerwała się z kanapy z głośnym aplauzem i okrzykami brawo, brawo. Miała najprawdziwsze łzy w oczach. Przez wiele tygodni słyszałam potem, jak chwali się przed swoimi koleżankami po fachu moimi wyrazistymi spółgłoskami, prezencją czy tym, jak bardzo wydoroślał mój głos.

Powinnam więc była przewidzieć nadciągającą kwestię wieczoru talentów.

Temat nie należał do nowych. Mama od szóstej klasy usiłowała namówić nas na wzięcie udziału w wieczorze talentów. „Tak bardzo uwielbiacie musicale. Czemu, na litość, tak się wstydzicie występu w wieczorze talentów?”

Nie umiałam tego nigdy dokładnie wyjaśnić. Może chodziło o kontekst? Kiedy śpiewa się w musicalu, jest się postacią. Ma się scenariusz. Opowiada się historię. Ma się reżysera.

Podczas wieczoru talentów jest się sobą.

Kiedy jednak mama chce, żebyśmy coś zrobili, potrafi przeć do przodu niczym buldożer. I chyba ubzdurała sobie, że powinnam zagrać Ellę.

Dobrze, może niezupełnie o to chodziło.

Chciała, żebym zagrała tę rolę, owszem. I z początku odmówiłam. Ale potem wyobraziłam sobie Erica Gravesa na widowni, wpatrującego się we mnie jak w transie. Siedziałby w pierwszym rzędzie. I myślał, jakim cudem nigdy dotąd nie zwrócił uwagi na Kate Garfield.

Wierutne i mało oryginalne bzdury.

Chyba uległam naciskom buldożera.

W tamtych czasach nosiłam tak długie włosy, że godzinę zajmowało ich wysuszenie i wyprostowanie. Ubierałam się też jak Ella – a przynajmniej jej podrzędna marketowa wersja: biała bluzka typu chłopka, długa niebieska spódnica, szeroki pasek. Pokaz talentów to tylko jeden wieczór, zawsze piątkowy. Ale próbę generalną robiliśmy wszyscy razem w ciągu dnia. Byłam takim kłębkiem nerwów, że mama musiała dwukrotnie zagrać mi pierwsze takty. Z początku głos mi drżał, ale zamknęłam oczy i śpiewałam dalej.

A potem piosenka zrobiła to, co robią piosenki. Przejęła nade mną kontrolę. Wysadziła mnie z fotela kierowcy. Byłam Freddiem Mercurym i Ellą, a nawet Rachel z Glee i nigdy w życiu nie czułam się taka piękna. Otwarłam oczy po pierwszym refrenie i zobaczyłam Erica. W środku pierwszego rzędu. Światła na widowni były wygaszone, więc nie mogłam dostrzec wyrazu jego twarzy. Ale nie spał, nie szeptał ani nawet nie pisał esemesów, w odróżnieniu od siedzącej obok niego Miry Reynolds. Był skupiony. A kiedy skończyłam, zaczął klaskać i gwizdać.

Omal nie udławiłam się z radości.

Przez resztę dnia unosiłam się nad ziemią, czując ciche zwycięstwo. Nie pisnęłam ani słowem reszcie ekipy. Ale wyobrażałam sobie Erica, jak wraca do swojej klasy i usiłuje wyjaśnić, czego doświadczył, przyjaciołom. „Jej głos. Chyba się w niej zakochuję”.

Liczyłam, że do mnie napisze. Nie, żebyśmy do siebie pisywali. Ale może znał kogoś, kto znał kogoś, kto znał kogoś, kto miał mój numer. Może mógł go poszukać. Może zacząłby śledzić mnie na Instagramie. Zabawne – prawie nic nie pamiętam z samego występu. Pamiętam tylko, że byłam za kulisami i co chwilę zaglądałam w telefon.

Nic, nic, nic.

Ale gdy tylko dotarłam do domu, brat poszedł za mną prosto do pokoju, stąd wiedziałam, że coś się stało. Podał mi swój telefon, otwarty już na instaprofilu Miry.

I zobaczyłam siebie.

Trzynastoletnią, w wyłażącej ze spódnicy bluzce i z odgiętymi z boku włosami, czego wcześniej nie zauważyłam. Najgorsze z możliwych ujęć – od dołu, przez co wyglądałam jak stojący przed kamerą żywy mem. Mój skrupulatnie modulowany głos Elli był wysoki jak u sześciolatka, samogłoski okrągłe jak u chórzystki, a spółgłoski przesadnie wyartykułowane.

Filmik już miał trzydzieści dwa komentarze.

ups lol

widziałam na żywo, mocne wow [100 podkreślona – grafika]

PADŁEM

czy to siostra Ryana garfielda???

co się dzieje z jej twarzą w 32 sec? haha

ale obciach, nie mogę na to patrzeć

– Nie czytaj ich – powiedział Ryan, wyrywając mi telefon.

Ledwo byłam w stanie wydusić z siebie słowo.

– Miranda mnie nagrała?

Ryan pokazał mi podpis.

[font] Dziękuję e-kumplowi @sirEricGeneric za to dzieło kinematografii

Wszystko zamarło.

E-kumpel. Eric Graves.

– Olej, dobra? – Ryan poruszył się niepewnie obok mnie. – Tylko sto trzy wyświetlenia.

– Widziały to sto trzy osoby?

Pamiętam, że z trudem łapałam oddech. Pamiętam, że się zastanawiałam, czy da się zwymiotować własne serce.

– Nie jest wcale tak źle – powiedział Ryan.

Nie odpowiedziałam.

– No wiesz, przynajmniej twój głos brzmi…

– O, Boże, przestań już.

Ryan zamilkł.

Padłam na łóżko na plecy, z rękami skrzyżowanymi na piersi jak nieboszczyk.

Następnego dnia ktoś założył nowe konto na Instagramie o nazwie Kate Garfield Wokalistka. Składało się w całości z paskudnych stop-klatek z filmiku Erica. Kwadracik za kwadracikiem z moją otwartą szczęką, wykrzywionymi ustami, półprzymkniętymi oczami. W opisie widniało jedynie: „chyba umieram”. Zaryczana wysłałam link ekipie.

„PIERDOLIĆ” – odpisała Raina. – „ZNISZCZĘ ICH. CHOLERA”.

„Ale świństwo, kochana, tak mi przykro” – odpisała Brandie.

Anderson nie odpisał, bo już stał w moich drzwiach.

– Co za pierdolony potwór – powiedział.

Nawet się nie przywitał.

Otarłam oczy grzbietem dłoni.

– Które z nich?

– Eric. Mira. Oboje. Każdy pierdolony fuckboy, który śledzi tę stronę.

Było ich już siedemdziesięciu ośmiu. Co chwilę sprawdzałam. Niektóre twarze rozpoznawałam z f-składu, ale innych nie znałam.

Na kanapie w salonie siedział Ryan, ale i tak opadłam na nią i spojrzałam na Andersona.

– Nigdy więcej nie będę śpiewała. W życiu.

Ryan nawet nie podniósł głowy znad telefonu.

Ale kiedy obudziłam się w niedzielę, zastałam opartą o drzwi pokoju starą gitarę mamy.

Ryan leżał jeszcze w łóżku, ale już nie spał, tylko przeglądał podręcznik. Nie wyglądał na zaskoczonego moim widokiem.

Złapałam się framugi.

– Wiesz, że nie umiem grać na gitarze, prawda?

– Prześlę ci tutorial.

Wyciągnął rękę w bok i ruchem fachowca odpiął komórkę od ładowarki. Chwilę później zawibrował mój telefon.

Zerknęłam na niego, a potem znów wściekle na brata.

– Somebody to Love? – spytałam. – Taa, nie…

– To dobra piosenka. Nie pozwól, żeby banda gnojków ci ją zepsuła.

Wcisnęłam play. Filmik był bardzo prosty – jakiś koleś omawiał chwyty i pozycję palców na gitarze akustycznej. Coś jednak przemawiało do mnie w tym, jak dźwięki składały się w ciąg.

Nie mogłam oderwać oczu od ekranu.

– Dla kogo miałabym to niby zagrać?

– Co masz na myśli? – odparł Ryan, wzruszając ramionami. – Zagraj dla siebie.