Jeśli zachowasz pamięć o grzechu - Bajani Andrea - ebook + książka

Jeśli zachowasz pamięć o grzechu ebook

Bajani Andrea

3,9

Opis

Dla Lorenza wiadomość o śmierci matki, która przed laty opuściła rodzinę, by rozwinąć biznes za granicą, jest jak podcięcie lawiny. Wizyta w Rumunii, gdzie ma zostać pochowana, uruchamia w nim ciąg migotliwych obrazów z przeszłości: od wspólnych zabaw i rytuałów, przez jej coraz częstsze podróże i coraz rzadsze telefony, aż po całkowity zanik kontaktu. Ze strzępków własnych wspomnień i rozmów ze znajomymi matki Lorenzo stara się złożyć w całość jej portret i odtworzyć jej losy pod koniec życia, gdy odrzucona przez wszystkich umierała w samotności. Podczas podróży do Bukaresztu konfrontuje się również z widokami kolonizowanego przez Zachód kraju, który nie otrząsnął się jeszcze po reżimie Ceaușescu, a już pada ofiarą kolejnego systemu.

„Jeśli zachowasz pamięć o grzechu” to niejednoznaczna historia synowsko-matczynej relacji, ale także opowieść o miejscu, gdzie ludziom z pełnymi kieszeniami wolno wszystko, biednym nic, a jedni i drudzy stają się równi tylko wobec śmierci.

 

*

Alberto Manguel:

Każde poszukiwanie jest poszukiwaniem własnego ja. Narrator powieści Andrei Bajaniego, szukając matki, którą utracił, nie tylko odkrywa samego siebie, ale także kreśli krytyczny portret zachodniej kultury opartej na chciwości i egoistycznej żądzy władzy. Bajani napisał mądrą, poetycką, wysmakowaną książkę, która na długo pozostaje w pamięci. Nie byłem w stanie jej odłożyć.

 

Antonio Tabucchi:

Ta proza daje mi radość i ukojenie, bo sama w sobie jest formą oporu. 

 

*

 

Andrea Bajani – jeden z najważniejszych i najbardziej uznanych współczesnych pisarzy włoskich. Urodził się w 1975 roku w Rzymie. Za powieść „Jeśli zachowasz pamięć o grzechu” otrzymał liczne nagrody, w tym Premio Super Mondello, Premio Brancati, Premio Recanati i Premio Lo Straniero. Jest autorem nieprzetłumaczonych na język polski powieści: „Cordiali saluti” (2005) i „Ogni promessa” (2010), oraz tomów wierszy: „Promemoria” (2017) i „Dimora naturale” (2020). Za powieść „Il libro delle case” (2021) był nominowany do prestiżowej Premio Strega. 

 

*

 

Fragment powieści:

 

Raz napisałem na karteczce, że uciekł pies sąsiadów, i wsunąłem ją pod budzik. Napisałem na niej Witaj w domu, Mamo, bardzo się cieszę, że wróciłaś. Trzy dni temu uciekł pies sąsiadów i wszyscy się bardzo zdenerwowali. Wróciłem ze szkoły do domu, a ciebie wciąż nie było. Następnego ranka wziąłem kolejną kartkę i zmieniłem liczbę dni, które upłynęły od ucieczki psa sąsiadów. Witaj w domu, Mamo, bardzo się cieszę, że wróciłaś. Cztery dni temu uciekł pies sąsiadów i wszyscy się bardzo zdenerwowali. Witaj w domu, Mamo, bardzo się cieszę, że wróciłaś. Pięć dni temu uciekł pies sąsiadów i wszyscy się bardzo zdenerwowali. Witaj w domu, Mamo, bardzo się cieszę, że wróciłaś. Trzydzieści cztery dni temu uciekł pies sąsiadów i wszyscy się bardzo zdenerwowali. Kiedy w końcu wróciłaś na dobre, dni było siedemdziesiąt sześć, liczby na karteczce poprzekreślane i poprawione. A pies sąsiadów zdążył wrócić do domu.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 166

Rok wydania: 2023

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,9 (47 ocen)
19
12
8
6
2
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
pdefiance

Dobrze spędzony czas

nie wiem, czy obraz zmieniającej się Rumunii, który w tle kreśli autor, jest dla mnie wystarczający. chyba nie, ale może dlatego, że Rumunia to dla mnie jeden z ciekawszych i najbardziej podobnych do Polski krajów w Europie. jednak podoba mi się subtelność i pokazywanie tego kraju mimochodem, poprzez kilka scen, obrazów. smutna jest ta historia – w największym stopniu o chłopcu, porzuconym przez matkę i odrzuconym przez resztę rodziny; o kobiecie, która wyjechała do obcego kraju i odniosła w nim sukces zawodowy, ale porażkę życiową, bo nigdy nie opuściły jej wyrzuty sumienia, chociaż bardzo próbowała je ukryć; trochę o mężczyznach – często miernych i obrzydliwych, czasami wiernych i budzących współczucie (a może litość?). krótka, ale intensywna książka, która niczego nie wymusza ani nie tłumaczy. spośród wielu książek, które rozliczenie z rodzicami traktują jako swój główny temat, ta wydaje mi się najlepsza literacko i najciekawsza, bo powoli ujawnia swoje sekrety.
30
aniapiwo

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo dobra, oryginalna powieść o bezwarunkowej miłości. Literatura dla uważnych, lubiących niesztampową narrację.
10
Karaszda

Z braku laku…

Mocno obyczajowa historia o człowieku porządkującym sprawy po śmierci matki-emigrantki. Gdzieniegdzie powtykane refleksje i spostrzeżenia na temat nowej, postkomunistycznej rzeczywistości rumuńskiej, ale stanowią jedynie tło dla całej historii, zdecydowanie za mało wyeksponowane, by uznać ją za powieść stricte o reformach i społeczeństwie. Całość skupia się raczej na relacjach z matką i próbie odkrycia, jak to naprawdę z nią było, dla jakich dobrodziejstw Wołoszczyzny porzuciła swoją rodzinę i co z tego wyniknęło. Brak pretensjonalizmu czyni z niej dobrą, kameralną historię, choć rozwijającą się bez większego zamysłu czy osi.
10
jacanek

Nie oderwiesz się od lektury

rzadko spotykana oszczędność języka, a przy tym niezwykle poruszająca książka
10
brodie

Nie oderwiesz się od lektury

Ciekawa, pięknie napisana współczesna książka. Autor pokazuje że nie trzeba na siłę udziwniać swojej prozy by zademonstrować literacki talent i wrażliwość.
00

Popularność




An­drea Ba­jani, Je­śli za­cho­wasz pa­mięć o grze­chu, prze­ło­żył To­masz Kwie­cień,Oko­niny 2023
Ty­tuł an­giel­ski: If You Kept a Re­cord of Sins
Co­py­ri­ght © 2007 by An­drea Ba­jani Pu­bli­shed by ar­ran­ge­ment with The Ita­lian Li­te­rary Agency Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by To­masz Kwie­cień, 2023 Co­py­ri­ght © for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Drza­zgi, 2023
Re­dak­cja – Agata Chmie­lecka, Fi­lip Fie­rek
Ko­rekta, pro­jekt ty­po­gra­ficzny, skład i ła­ma­nie – By Mo­use | by­mo­use.pl
Pro­jekt okładki – Sara Ma­kuch
Wy­da­nie I
ISBN 978-83-968988-1-4
Wy­daw­nic­two Drza­zgi Oko­niny 17B 89-530 Śli­wice
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

Są­dzę, że kiedy przy­le­cia­łaś tu po raz pierw­szy, było tak samo. Że za­raz za strefą od­bioru ba­gaży cze­kał na cie­bie męż­czy­zna trzy­ma­jący kartkę z twoim na­zwi­skiem. I pa­trzył na ko­lejne twa­rze, pró­bu­jąc od­gad­nąć tę wła­ściwą, od­po­wia­da­jącą temu, co na­pi­sano na ka­wałku pa­pieru. Męż­czy­zna, który cze­kał na mnie, na­pie­rał na ba­rierkę i uno­sił kartkę wy­żej od po­zo­sta­łych, a wszyst­kie te unie­sione ar­ku­siki bar­dziej niż akt po­wi­ta­nia przy­po­mi­nały ma­ni­fe­sta­cję sprze­ciwu. Po­tem się roz­po­zna­li­śmy i ru­szy­łem w jego stronę, a on zło­żył kartkę na czworo i scho­wał ją do kie­szeni. Wid­niały na niej twoje imię i na­zwi­sko, jak­byś to ty miała przy­być, a nie ja, przy­la­tu­jący tu tylko po to, by pa­trzeć, jak cię cho­wają.

Uści­snę­li­śmy so­bie dło­nie przy po­wi­ta­niu i za­mil­kli­śmy. Po­wie­dział mi tylko, że ma na imię Chri­stian, a po­tem spu­ścił wzrok. Na dłoni po­zo­stała mi pa­mięć szorst­kiej skóry, od­cisk ręki jakby od ko­goś po­ży­czo­nej, tak bar­dzo nie pa­so­wała do ła­god­nej, nie na mnie pa­trzą­cej twa­rzy. Wi­tamy w Ru­mu­nii, do­dał, bio­rąc moje wa­lizki. Przez kilka chwil sta­li­śmy bez ru­chu parę me­trów od prze­suw­nych drzwi. Nie mo­głem się zde­cy­do­wać na wyj­ście, a drzwi otwie­rały się i za­my­kały, prze­pusz­cza­jąc ko­lejne osoby. Wi­tamy w Ru­mu­nii, po­wie­dział, choć prze­cież na tym ru­muń­skim lot­ni­sku wi­dzia­łem tylko po­dró­żu­ją­cych Wło­chów, męż­czyzn i ko­biety, spie­szą­cych do wyj­ścia z tor­bami i wa­liz­kami na kół­kach. Tych sa­mych, z któ­rymi jesz­cze kilka mi­nut wcze­śniej sie­dzia­łem w ka­bi­nie sa­mo­lotu, tych sa­mych, któ­rzy za­częli krzy­czeć do mi­kro­fo­nów swo­ich ko­mó­rek, le­d­wie sa­mo­lot za­trzy­mał się na lot­ni­sko­wej pły­cie, tych sa­mych, któ­rzy krzy­czeli da­lej w au­to­bu­sie do ter­mi­nalu, a po­tem zni­kli wraz ze swoim pod­ręcz­nym ba­ga­żem, pod­czas gdy ja wciąż cze­ka­łem na swoją wa­lizkę. Mię­dzy tymi za­bie­ga­nymi ludźmi by­łaś kie­dyś i ty.

Chri­stian stał przez ja­kiś czas obok mnie; dwaj nie­ru­chomi męż­czyźni w stre­fie cią­głego ru­chu. Ale po chwili prze­jął ini­cja­tywę, po­wie­dział Pro­szę za mną, ru­szył do wyj­ścia i prze­śli­zgnął się przez au­to­ma­tyczne drzwi. Pa­trząc na niego od tyłu, na jego sze­ro­kie ra­miona i wci­śniętą w barki szyję, ro­zu­miało się twar­dość jego dłoni. Kiedy pod­nio­słem głowę, już go nie było, znikł po dru­giej stro­nie ulicy, a obok mnie prze­cho­dzili lu­dzie, gło­śnik mó­wił Aeoro­por­tul Oto­peni i re­cy­to­wał od­loty i przy­loty we wszyst­kich ję­zy­kach świata. W końcu i ja ru­szy­łem do szkla­nych drzwi, od­naj­du­jąc do­brze mi znany smak w pa­trze­niu, jak otwie­rają się w ostat­niej chwili przed zde­rze­niem z prze­zro­czy­stą ta­flą. Zna­la­złem się na ze­wnątrz, słońce ude­rzyło mnie w twarz i to już była Ru­mu­nia. W cha­osie nad­jeż­dża­ją­cych i od­jeż­dża­ją­cych sa­mo­cho­dów pró­bo­wa­łem na­mie­rzyć wzro­kiem Chri­stiana, ale ośle­piały mnie bły­ski słońca na szy­bach aut, nie dało się przez nie nic do­strzec. W końcu za­uwa­ży­łem go koło sie­bie, oka­zało się, że nie­świa­do­mie sta­li­śmy tuż obok, szu­ka­jąc się po prze­ciw­nej stro­nie ulicy. Prze­szli­śmy na drugą stronę, wci­ska­jąc się mię­dzy auta wlo­kące się w korku, dla bez­pie­czeń­stwa opie­ra­jąc ręce na ma­skach sa­mo­cho­dów. Krę­ci­li­śmy się przez ja­kiś czas wśród sto­ją­cych ma­szyn, Chri­stian nie pa­mię­tał, gdzie za­par­ko­wał. Kiedy zo­ba­czył swoje auto, przy­spie­szył kroku. Otwo­rzył je pi­lo­tem, bły­snęły świa­tła, me­to­dycz­nie umie­ścił moje torby w ba­gaż­niku. Obok nas par­ko­wała sta­reńka, po­obi­jana da­cia, wy­glą­dała, jakby nikt jej stam­tąd nie ru­szał od pięć­dzie­się­ciu lat. Na par­kingu stało pełno ta­kich sa­mo­cho­dów, wy­glą­dały jak wraki na mie­liź­nie, jak przy­pięte do słupa ro­wery, któ­rych wła­ści­ciele dawno po­umie­rali, mi­jane obo­jęt­nie przez prze­chod­niów.

Chciał, że­bym usiadł z tyłu, Pro­szę, na­le­gał, otwie­ra­jąc mi drzwi. Po­tem przez więk­szą część drogi mil­czał, a ja pa­trzy­łem na jego kark i li­nię wło­sów, szu­ka­łem na nim Ru­mu­nii i ja­kie­goś śladu cie­bie. Cza­sem, zer­ka­jąc na mnie w lu­sterku wstecz­nym, oświad­czał Przy­kro mi z po­wodu pań­skiej matki. Mó­wił to gładką włosz­czy­zną, nutę ob­co­ści czuć było bar­dziej w spoj­rze­niu, które to­wa­rzy­szyło sło­wom, niż w for­mie, w ja­kiej wy­cho­dziły z jego ust. Na twarz na­ło­żył ża­łobę, jakby ten prze­jazd z lot­ni­ska sta­no­wił część two­jej ce­re­mo­nii po­grze­bo­wej. Chri­stian był twoim kie­rowcą przez wiele lat. Ile­kroć lą­do­wa­łaś w Bu­ka­resz­cie, po­ja­wiał się na lot­ni­sku, ocze­ki­wał cię parę me­trów za ba­rier­kami, a na­stęp­nie uwal­niał od ba­gaży. Za­wsze sa­dzał cię na tyl­nej ka­na­pie, wy­szu­ki­wał coś do­brego w ra­diu i je­cha­li­ście ra­zem do firmy; nie mu­sia­łaś na­wet nic mó­wić. Wie­czo­rem przy­jeż­dżał i od­wo­ził cię do domu. Sa­mo­chód był wciąż ten sam, twoje na­zwi­sko wid­niało na jego boku wraz z na­zwi­skiem two­jego wspól­nika. Sie­dzia­łaś tam, gdzie ja te­raz sie­dzia­łem, wi­dzia­łaś to samo, co ja te­raz wi­dzia­łem, mia­sto koń­czące się na­gle jak no­żem uciął i cią­gnące się ki­lo­me­trami jed­na­kie szczere pole.

Chri­stian miał naj­wy­żej trzy­dzie­ści lat, ale wy­glą­dał na znacz­nie wię­cej, si­wiały mu włosy na skroni, oczy ze zmarszcz­kami roz­cho­dzą­cymi się pro­mie­ni­ście od ich ką­ci­ków przy­po­mi­nały cu­kierki owi­nięte w pa­pie­rek. Pro­wa­dził ucze­piony kie­row­nicy, jakby chciał zrów­no­wa­żyć siłą ra­mion wy­bo­istość drogi, którą je­cha­li­śmy. Ro­bił to z pew­nym uni­że­niem, bo nie­za­leż­nie od mo­jego wieku by­łem prze­cież twoim sy­nem. Przy każ­dej dziu­rze zer­kał w lu­sterko i mó­wił Prze­pra­szam, jakby to z jego winy nie wszystko na mój przy­jazd znaj­do­wało się w na­le­ży­tym po­rządku. Je­cha­li­śmy więc wolno, Chri­stian la­wi­ro­wał po szo­sie, by omi­nąć dziury w na­wierzchni, a ja chwy­ta­łem się fo­tela przede mną i, sam nie wiem dla­czego, chciało mi się śmiać. Cza­sem wy­prze­dza­li­śmy wó­zek za­przę­żony w ko­nia, Chri­stian wska­zy­wał mi go, uno­sząc brew z mie­sza­niną dumy i wstydu. Na­gle wiej­ski kra­jo­braz zo­stał prze­rwany przez szpa­ler bla­sza­nych ba­ra­ków sto­ją­cych gę­sto obok sie­bie, każdy z na­zwi­skiem na szczy­cie ni­czym ban­dera. W tym kor­do­nie pro­sto­pa­dło­ścia­nów cią­gną­cym się obok nas ki­lo­me­trami na kształt muru z bla­chy i be­tonu były na­zwi­ska wło­skie, fran­cu­skie, nie­miec­kie, duń­skie, ame­ry­kań­skie. Two­jego nie zna­la­złem.

Póź­niej od­chy­li­łem się na opar­cie, a Chri­stian włą­czył ra­dio i ob­ser­wo­wał mnie w lu­sterku. Pod­nio­słem wieczko po­piel­niczki, w środku znaj­do­wało się cmen­ta­rzy­sko zgnie­cio­nych nie­do­pał­ków, to były twoje pa­pie­rosy. Na­tych­miast ją za­mkną­łem. Już pra­wie je­ste­śmy, po­wie­dział Chri­stian po chwili. Na­wet nie wie­dzia­łem, do­kąd je­dziemy. Do­sta­łem je­dy­nie te­le­gram od two­jego wspól­nika, tego sa­mego, któ­rego na­zwi­sko tuż obok two­jego wid­niało na drzwiach sa­mo­chodu. Te­le­gram za­wie­rał je­dy­nie datę po­grzebu i nu­mer te­le­fonu, na który prze­ka­za­łem go­dzinę przy­lotu na lot­ni­sko Oto­peni. Dziew­czyna, która ze mną roz­ma­wiała, po­wie­działa mi, że ktoś mnie od­bie­rze i przy­wie­zie na Miej­sce. Do­dała jesz­cze Przy­kro mi, Lo­renzo, a moje imię za­brzmiało w jej ustach tak, jak­by­śmy się znali od dawna.

Zje­cha­li­śmy z drogi głów­nej na żwi­rówkę bie­gnącą wśród pól. Chri­stian wy­łą­czył ra­dio. Da­leko przed nami ma­ja­czył nie­bie­ski han­gar sto­jący po­środku ni­czego, wy­glą­dał jak pa­ła­cyk my­śliw­ski z bla­chy. Nad wej­ściem po­wie­wały dwie flagi, ta więk­sza była wło­ska. Obok, mniej­sza, flaga Ju­ven­tusu. Chri­stian od­wró­cił się do mnie, po­wie­dział Je­ste­śmy, a po­tem sku­pił się na dro­dze. Zwol­nił, za­trą­bił dwa razy, skrzy­dła bramy otwarły się na oścież. Je­ste­śmy, po­wtó­rzy­łem za nim i wje­cha­li­śmy do środka. Brama z wolna się za nami za­mknęła.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Książki, które uka­zały się na­kła­demWy­daw­nic­twa Drza­zgi:

ZYTA ORY­SZYN, Najada

BAR­BARA WOŹ­NIAK, Nie­jedno

UNICA ZÜRN, Trąby je­ry­choń­skie,prze­ło­żyły Mał­go­rzata Łu­ka­sie­wicz i Ma­ryna Ochab

EVA ME­IJER, Zwie­rzęta mó­wią,prze­ło­żyli Alek­san­dra Ma­łecka i Mi­łosz Bie­drzycki

AL­BERTO MAN­GUEL, Po­że­gna­nie z bi­blio­teką,prze­ło­żył Mi­chał Ta­ba­czyń­ski

OLGA GÓR­SKA, Nie wszy­scy pój­dziemy do raju

ARIANE KOCH, Gośćprze­ło­żyła Zo­fia Su­char­ska

INGA IWA­SIÓW, Późne ży­cie

CA­LEB AZU­MAH NEL­SON, Otwarte wodyprze­ło­żył Ma­riusz Gą­dek