Jedenaście tysięcy dziewic - Joanna Marat - ebook

Jedenaście tysięcy dziewic ebook

Joanna Marat

0,0

Opis

Poruszająca saga o kobietach, które próbują odzyskać głos odebrany im przez historię. Opowieść o traumach i tajemnicach przekazywanych z pokolenia na pokolenie oraz o odwadze potrzebnej, by przerwać wieloletnie milczenie.
Joanna Marat splata losy swoich bohaterek z historią Gdańska, tworząc opowieść, w której pamięć okazuje się równie ważna jak miłość, a przeszłość nieustannie powraca, domagając się prawdy.
Anka, historyczka sztuki, opuszcza szpital po zakończonej chemioterapii. Na zewnątrz szaleje orkan Ksawery, a jej życie rozpada się równie gwałtownie. Mąż odszedł do innej kobiety, ukochana willa przy ulicy Polanki wkrótce przestanie być jej domem, a mężczyzna, którego nazywa Sinobrodym, nagle zamilkł. Zmuszona zmierzyć się z chorobą, stratą i samotnością, próbuje na nowo odnaleźć siebie i odbudować własny świat.
Nie wie jeszcze, że jej los powiązany jest z historiami kobiet, których głosy przez dziesięciolecia pozostawały niesłyszane. Gizela, Dorota i Roma należą do różnych pokoleń, lecz łączy je doświadczenie wojny, przemocy i przemilczanej krzywdy. To, co wydarzyło się w Gdańsku wiosną 1945 roku, nie zakończyło się wraz z ostatnimi wystrzałami. Pozostało w rodzinnej pamięci, odciskając piętno na życiu kolejnych pokoleń.
To drugie wydanie powieści o dziedziczonych ranach, sile kobiet i cenie prawdy, która – nawet po wielu latach – potrafi wyzwalać.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 439

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © 2026 by Joanna Marat

Copyright for this edition © 2026 by Axis Mundi

REDAKTOR PROWADZĄCY: Marta Szelichowska

REDAKCJA: Iwona Hardej

KOREKTA: Dominika Surma

KOREKTA TECHNICZNA: Basia Borowska

PROJEKT OKŁADKI: Anna Slotorsz

ZDJĘCIE AUTORKI: Archiwum prywatne Autorki

ILUSTRACJE NA OKŁADCE: © Foxytail @ Shutterstock, Kuhn, Rudolph Theodor (1842-1900) Danzig. Die Ober-Pfarr-Kirche zu St. Marien @ Domena publiczna

Wydanie I

ISBN 978-83-8468-013-1

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część książki nie może być wykorzystana bez zgody wydawcy.

Niniejsza powieść stanowi wytwór wyobraźni, a wszelkie podobieństwo do osób żyjących lub zmarłych, wydarzeń i miejsc jest całkowicie przypadkowe. Okładka została częściowo zmodyfikowana za pomocą sztucznej inteligencji.

\

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Weronika Panecka

Zamiast wstępu

To miasto jest jak palimpsest, gdyż to, co najciekawsze, znajduje się pod spodem. Uważny obserwator natrafi tu na plątaninę dziwnych tropów. Warto pamiętać, że niektóre z nich świadomie zacierano, żeby zakłamać przeszłość niepasującą do teraźniejszości, uwierającą jak kamyk w bucie.

Punktem wyjścia naszej wędrówki niech będzie Cmentarz Nieistniejących Cmentarzy, założony niedawno z inicjatywy gdańskiego magistratu dla upamiętnienia nekropolii zlikwidowanych po wojnie. Zniwelowano je, bo niszczały, pozbawione troskliwej opieki bliskich, o których jedni mówią, że wyjechali, a inni uporczywie nazywają ich wypędzonymi. To szczególne miejsce znajduje się w samym centrum miasta, u podnóża Góry Gradowej, z której rozciąga się wspaniały widok na Stare i Główne Miasto, a także na tereny dawnej Stoczni imienia Lenina, gdzie dziś jak grzyby po deszczu wyrastają budowane naprędce przez deweloperów toporne apartamentowce, dewastujące panoramę Gdańska. Na otarcie łez pozostawiono kilka stoczniowych żurawi. To tu, za wiaduktem Błędnik, zaczyna się aleja zwana najpierw Lipową, potem Wielką, w latach trzydziestych dwudziestego wieku przemianowaną na Aleję Hindenburga. Po drugiej wojnie światowej pruskiego wojaka zastąpił sowiecki marszałek Konstanty Rokossowski, którego przebrano w polski mundur. Obecnie patronuje jej zwycięstwo, ale mało kto zastanawia się czyje. Fundatorem Wielkiej Alei był Daniel Gralath, który kazał zasadzić w czterech rzędach szesnaście tysięcy lip sprowadzonych z Niderlandów. Na krótko przed zdobyciem miasta przez wojska 2. Frontu Białoruskiego lipy posłużyły nazistom jako szubienice dla żołnierzy i cywilów straconych w publicznych egzekucjach. Mniej więcej w połowie Alei, w miejscu dawnego kościoła Świętych Aniołów, vis-à-vis gmachu Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego, gdzie podczas wojny profesor Rudolf Spanner rzekomo wytwarzał mydło z ludzkich zwłok, stoi czołg T-34 – symbol zwycięstwa Armii Czerwonej, przywodzący na myśl masowe gwałty na mieszkankach miasta: Niemkach i Kaszubkach.

Wątek kobiecy, choć w mniej radykalnej formie, na dobre rozgościł się w wypiętrzonym nad Głównym Miastem kościele Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny (Marienkirche), gdzie można się pomodlić u stóp odzianej w niebieskie szaty Bogarodzicy, zapewne najurodziwszej Gdańszczanki (rocznik tysiąc czterysta dwudziesty). Dziewic jest w tej miejskiej farze znacznie więcej, ponieważ ołtarz główny przedstawia koronację wyrzeźbionej w lipowym drewnie Maryi. Jednak pod względem liczebności najbardziej imponująca jest Kaplica Jedenastu Tysięcy Dziewic. Ta nazwa pasuje raczej do Księgi Rekordów Guinnessa albo do jakiegoś flash mobu, zupełnie nierealnego w czasach, gdy dziewictwo jest skazą, a nie powodem do dumy. Wielkie przeszacowanie liczby towarzyszek świętej Urszuli wynika z błędnego odczytania napisu na kamieniu upamiętniającym zamordowaną przez Hunów księżniczkę i jej towarzyszki. Nieporozumienie wzięło się stąd, że napis XIMV odczytano jako jedenaście tysięcy dziewic, zamiast jedenaście męczennic dziewic. Średniowieczny kult dziewictwa opierał się na poglądach świętego Augustyna, który twierdził, że wyłącznie ciało mężczyzny jest obrazem Boga, ciało kobiety stanowi nieustanną przeszkodę w wykonywaniu nakazów rozumu. Trudno się więc dziwić, że dziewictwo reklamowano jako sposób przezwyciężenia owej imbecilitas, właściwej kobiecie-reproduktorce. Dobrze rozreklamowana dziewica mogła nawet zostać osobą publiczną, jak święta Katarzyna ze Sieny, która, by uniknąć zamążpójścia, stanęła pod strumieniem wrzącej solanki.

Patronką nowoczesnego tramwaju, sunącego w kierunku Oliwy, jest Joanna Henrietta Schopenhauer. Ta patrycjuszka, pisarka i matka wielkiego pesymisty Arthura mieszkała w jednym z dworów zbudowanych wzdłuż starego traktu biegnącego z Opactwa Cystersów w Oliwie w kierunku miasta, które w czasach Joanny nosiło nazwę Danzig. Słowiańska nazwa tej okolicy, wymieniana w dokumencie z tysiąc dwieście siedemdziesiątego dziewiątego roku, brzmi Polane. Z czasem mieszkańcy miasta zaczęli wymawiać tę nazwę z niemiecka: Pelonken. Numery domów rosły w miarę oddalania się od Oliwy. Może dlatego dzisiejsza numeracja posesji położonych przy ulicy Polanki niejednego wędrowca wyprowadziła na manowce. Spacerując tamtędy przed laty, zgubiłam drogę i przez pomyłkę weszłam do starej, poniemieckiej willi, gdzie zaczyna się ta opowieść.

SPIS POSTACI

rodzina herbstów, koljaczków i badziągowskich:

Babcia Gizelka Koljaczkowa z d. Dzięgielewska – babcia Gosi Herbst, Kaszubka, zmarła w 1982 roku

Roma Herbst z d. Olczak – matka Juliusza, pierwsza żona Leona Herbsta

Leon (Lejb) Herbst – mąż Romy, wyemigrował z Polski do Izraela pod koniec lat 60. XX wieku

Juliusz Herbst – syn Leona i Romy, były mąż Gosi

Małgorzata (Gosia) Herbst z d. Koljaczek – była żona Juliusza, matka Agnieszki

Agnieszka Herbst – córka Juliusza i Gosi

Honorata Badziągowska – nowa partnerka Juliusza

Zdzisława (Dzidka) Badziągowska – matka Honoraty

rodzina wichurów i formelów:

Henryk Wichura – ojciec Grażyny, właściciel pewnych butów zakupionych w stanie wojennym na kartki

Marysia Wichura – siostra Henryka, matka chrzestna Grażyny, z zawodu położna, samarytanka i anioł z powołania, zmarła w latach 80. XX wieku

Grażyna Wichura – jedyna córka Henryka, bratanica Marysi, matka Anki Baumann, była cyrkówka, namiętna palaczka i wróżka (niekoniecznie dobra)

Anka Formela z d. Baumann – nieślubna córka Grażyny i Roberta Baumanna, miłośniczka koloru niebieskiego i świętego spokoju

Wiesiek Formela – mąż Anki, przedsiębiorca budowlany, właściciel pewnej willi przy ulicy Polanki

rodzina baumannów:

Bela Baumann – matka Roberta, babka Anki Formeli oraz Mańki i Jaśka Baumannów, postać legendarna, właścicielka blond loków i pokręconej biografii; zmarła na początku lat 70. XX wieku

Robert Baumann – syn Beli, ojciec Mańki, Jaśka i Anki; znany poeta

Bożenka Baumann z d. Gumoś – druga żona Roberta Baumanna, poślubiona last minute, pielęgniarka i self-made woman

Marianna Baumann – pierworodna córka Roberta, przyrodnia, niemitochondrialna siostra Anki Formeli, osobowość telewizyjna

Jan Baumann – syn Roberta, przyrodni brat Anki

Janusz Majewski – mąż Marianny

rodzina krugów:

Erika Dorothea Krug z d. Dombrowska – żona zegarmistrza Gottlieba Kruga zmarłego w 1943 roku, matka profesora Jana Dombrowskiego. Zmarła na początku lat 70. XX wieku

Jan Dombrowski – syn Eriki i Gottlieba, ojciec Stefana Kruga i Jarosława, profesor Uniwersytetu Gdańskiego

Stefan (Szczepan) Krug, zwany Sinobrodym – starszy syn Jana Dombrowskiego, fizyk jądrowy, mieszka i pracuje w Oskarshamn w Szwecji

Ralph i Norman Krugowie – synowie Stefana z pierwszego małżeństwa

Jarosław Dombrowski – młodszy syn profesora Dombrowskiego, pacjent szpitala psychiatrycznego na Srebrzysku

Ryszard Pokryfka zwany Buddą – osobny egzemplarz, mieszka w solarium nieopodal Hali Targowej w Gdańsku

1. Koljaczkowa

Siedziała wyprostowana w fotelu. Właśnie przeglądała stare fotografie i listy, które wysypały się z pudełka po butach. To on ma taki głupi zwyczaj, że wszystko chowa w tych pudełkach. Bałaganiarz. Brudas. Flejtuch po prostu. Niczego nie potrafi zrobić jak należy. Wszystko byle jak. A w jego pokoju jeszcze gorzej. Lepiej nie wchodzić. Zamknie go na klucz, niech się kurzą te papierzyska, to powieścidło nigdy nienapisane. Jednak z listami coś powinna zrobić. Wyrzucić? Nie, lepiej spalić. Albo przewiązać różową wstążeczką i oddać nadawcy. Ale pewnie by ich nawet do domu nie doniósł. Bo on zawsze wszystko gubił – klucze, dokumenty, chusteczki do nosa. Kiedyś nawet zgubił własną córkę. Na spacerze w parku. Ale to stare dzieje na szczęście. Szkoda gadać. Te listy i inne jego szpargały powinna oddać jego matce, chociaż wcale nie jest pewne, że jej była teściowa chciałaby je mieć. Skoro takiego wspaniałego synka wychowała, nie powinna liczyć na żadne przyjazne gesty ze strony byłej synowej. Będzie musiała przyjąć pod swój dach nie tylko syna, ale także jego rzeczy. Zresztą po tym jej synalku i tak nic nie zostanie. Puste butelki najwyżej i cała góra nikomu niepotrzebnych karteluszków zapisanych drobnym, niewyraźnym pismem. Nie do odcyfrowania dla normalnego człowieka. No i jeszcze Agnieszka. Ale ona tylko połowę genów miała po Juliuszu Herbście. Resztę, tę ważniejszą, mitochondrialną, macierzystą, po Gosi Herbst de domo Koljaczkównie. Powinna się nazywać Agnes. Jak tamta z powieści Güntera Grassa. I nosić nazwisko dziadka, nie ojca. Przynajmniej tyle literatury w rodzinie by zostało.

Co teraz powinna zrobić? Ach tak, te głupie listy. Sprzed trzydziestu lat. O czym on wtedy pisał? Że chodzi bez celu po Długim Pobrzeżu, że jej szuka, że każda jasnowłosa, długonoga nimfa z kaszubskich jezior przypomina mu tę jego jedną jedyną, Gosię K. A przecież dobrze wiedział, że była wtedy w Krakowie i tam studiowała na pierwszym roku anglistyki. I prawie codziennie chodziła na Kazimierz. I myślała o nim. O tych jego czarnych, inteligentnych oczach. I o ciemnych, kręconych włosach. I o tym, że był od niej o całe pięć centymetrów niższy. I że do ślubu nie będzie mogła założyć pantofli na wysokich obcasach. A on ciągle na tym Długim Pobrzeżu, zamiast wsiadać w pociąg i jechać, jechać za nią do Krakowa. I całą noc stać na korytarzu, gdzie pełno podpitych żołnierzy, a dym z papierosów wżera się w szary sweter, który wydziergała jego babka. Ta spod Wałbrzycha.

Jednak zamiast wsiadać do pociągu, ten rzekomo w niej zakochany chłopak wolał spacerować po Długim Pobrzeżu, które jest długie jak wszystko w tym mieście. Smagał go północno-zachodni wiatr, co latem unosi niesforne pierzaste obłoki, a jesienią ciężkie, pękate chmury, z których pada deszcz. Zimne krople wprost z ołowianego nieba padają na kryte czerwoną dachówką kamieniczki i spływają rynnami w dół. Gdy jakaś rynna jest uszkodzona, wówczas krople zamieniają się w strumyki i ciekną po czerwonych cegłach kościołów. Cegły te podobno spajano zaprawą z kurzych jaj. Pewnie dlatego nie strawił ich do końca ogień, gdy miasto płonęło i pękały serca dzwonów, a ludzie kryli się po piwnicach.

Babka Gizela Koljaczkowa świetnie zapamiętała tamten pożar i to, jak bolszewicy gwałcili kobiety. Nie tylko niemieckie, kaszubskie też. Wtedy właśnie począł się ojciec Gosi. To było bolesne poczęcie. Niechciane. Wstydliwe. Ale cóż dało się zrobić? Nie ma większych sił niż siły natury. Babka przez wiele lat utrzymywała, że jej syn był potomkiem nieboszczyka Koljaczka. Dopiero Juliusz wyciągnął z niej prawdę. Usiadł u stóp jej fotela. Wyjął reporterski magnetofon, zdobycz z czasów, gdy pracował w biurze prasowym Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”, i rozpoczął łagodne przesłuchanie.

Teraz, gdy od wielu lat nie było babki Gizeli Koljaczkowej, a Jul pewnie już zapadł w pijacką drzemkę po czterech piwach i leży w swoim barłogu, mogła tego posłuchać jeszcze raz. W spokoju, gdyż dom był pusty. Bo od pewnego czasu ten juliuszowy barłóg był już w mieszkaniu jego matki na Jaśkowej Dolinie, a nie tu. A ta nieszczęsna kaseta z opowieścią o pełnym sprzeczności i niedomówień początku rodziny wypadła ze starego pudełka po butach. Jego zawartość składała się na opowieść o młodym Juliuszu Herbście, jego miłości do Gosi Koljaczkówny i reporterskiej pasji. Ciągle jeździł nad jezioro i wypytywał babkę Koljaczkową o szczegóły z przeszłości. Po co? Rewelacje staruszki nikogo w rodzinie nie obchodziły. Trudno się temu dziwić, bo mało kto chce być synem, a zwłaszcza wnuczką czerwonoarmisty. Jakiegoś kałmuka na krzywych nogach. Nikt przecież nie zaprzeczy, że Koljaczek mógł być ojcem Joachima i dziadkiem Gosi. Zginął tuż przed zakończeniem wojny. Gdzieś na froncie, ale nawet nie wiadomo, na którym: wschodnim czy zachodnim. Wiadomo, że walczył w mundurze Wehrmachtu, tak jak inni chłopcy z wioski nad jeziorem. Juliusz jednak lubił komplikować ludzkie historie, więc pewnie wmówił babce, że stało się jeszcze inaczej. I ona w to uwierzyła. Była już wtedy stara. Nigdy zresztą nie odznaczała się specjalną bystrością umysłu. Wypiła za dużo wina porzeczkowego i nagadała bzdur. Jul wyjął magnetofon i zaczął nagrywać te niedorzeczności. Przepadał za takimi opowieściami i za Gizelą, która niespecjalnie lubiła się myć. Dlatego Gosia i jej brat unikali uścisków starej Kaszubki, jak tylko się dało. A babcia Gizelka była wylewna. Opowiadała nieskładnie. Powstawały z tego obrazy.

Oto po całej nocy zwijania się z bólu młoda wdowa po żołnierzu Wehrmachtu sama, bez niczyjej pomocy, urodziła syna. Potem ogromnie się cieszyła, że miał jasne włosy, niebieskie oczy, a jego nogi były długie i smukłe jak te, które należały do nieboszczyka Koljaczka. Lubiła też opowiadać Juliuszowi, jak ją Koljaczek oplatał tymi nogami i usiłował spłodzić potomka. Ale mimo sporego wysiłku z jego strony i pokornej uległości Gizeli nic z tego nie wychodziło. A potem zabrali go do wojska. Trzeba przyznać, że pięknie wyglądał w mundurze Wehrmachtu. Nawet Gosi podobał się ten dziadek w szwabskim mundurze. Juliusz był zachwycony. A przecież on właśnie powinien czuć lęk na widok tego munduru. Ale jakoś nie czuł. Lękał się wielu rzeczy, lecz dziadek Małgorzaty w niemieckim mundurze nie budził w Juliuszu Herbście żadnych obaw.

Gizelka nie chciała zostać sama na gospodarstwie, gdy jej Koljaczka zabrali do wojska. Modliła się, płakała, aż w końcu uciekła do miasta, do kuzynki Brigitte. Mieszkała przy Pelonkerweg i była tam podkuchenną u jednej pani profesorowej, która pewnego dnia uciekła z córkami. Zabrała biżuterię i futra. Zostawiła całą resztę. Cynowe garnki, lśniące patelnie, miśnieńską porcelanę, srebrne łyżeczki, adamaszkową bieliznę i mnóstwo innych pięknych rzeczy. Wkrótce okazało się, że profesorowa i jej córki zginęły. Statek, którym popłynęły, został storpedowany i zatonął, a one razem z nim. Dzięki temu adamaszkowa pościel przez wiele lat służyła Gizeli i jej synkowi. A potem korzystała z niej matka Gosi. Nawet jeszcze Agnieszka, gdy była mała, spała na poduszkach powleczonych pościelą pani profesorowej, której kości od dawna spoczywały na dnie Morza Bałtyckiego.

Więc gdy Gizela i jej kuzynka zostały same w profesorskiej willi i zaczęły przyglądać się temu bezpańskiemu dobytkowi i niepokoić się, czy aby właścicielki tych wspaniałości nie powrócą, rozległo się łomotanie do drzwi. To była Agnes – żona sklepikarza. Przybiegła, żeby je ostrzec. Cała rozedrgana opowiadała o tym, że bolszewicy są już w mieście, że palą kościoły i kamienice. Jakby tego było mało, gwałcą kobiety. Nie przebierają. Stare, młode, Niemki, Kaszubki. Gizela trochę się bała, ale jednocześnie była ciekawa, jak ci bolszewicy wyglądają. Czy rzeczywiście mają karabiny na sznurkach i krzywe nogi? Miała trzydzieści dwa lata. Od dziesięciu lat była żoną Koljaczka. Nigdy jednak nie czuła podniecenia, gdy jej płowowłosy mąż kładł się obok niej i przystępował do spełniania małżeńskich powinności. Teraz jednak odczuwała podekscytowanie. Jej długonogi wojak był daleko na froncie. Pisał do niej listy, ale ona nie umiała czytać, więc chowała je do skrzyni. A wilgotne, zwiastujące wiosnę powietrze, pomieszane z dymem i ceglanym pyłem, zapowiadało coś nowego i podniecającego. Czuła, że to nowe, pachnące wilgocią, kurzem i samogonem, jest już gdzieś blisko.

Kuzynka Brigitte wpadła w panikę. Chciała uciekać. Płonęły kościoły, w tym także ten najpotężniejszy z czerwonej cegły, górujący nad całym miastem. Słychać było dudnienie ludzkich stóp, odzianych w ciężkie buciory, sunących szeroką aleją wysadzaną lipami. Kuzynka nie chciała patrzeć, jak płoną kościoły. Gizeli, choć zawsze uważała się za osobę niezmiernie religijną, widok płonących świątyń sprawiał ogromną, wręcz niewypowiedzianą radość. W niej też coś zaczęło płonąć. Tyle lat mieszkała nad wodą, mimo że nigdy jej nie lubiła. W przeciwieństwie do Koljaczka, który świetnie pływał, łowił ryby i wiosłował, jego żona bała się tej niebieskiej toni. W chałupie też wszystko było niebieskie. Nawet ona musiała haftować serwety niebieską nicią. Jej mąż trzymał w skrzyni niebieski surdut. Ładnie się prezentował w tym kolorze. Jednak Gizela wolała ogień, który rozpalała pod kuchnią. Pewnie dlatego tak lubiła gotować i jeść. Gdy Koljaczek pływał, wiosłował, łowił ryby, ona jadła i robiła się coraz krąglejsza. Jej ciężkie piersi zwisały jak dwa wielkie bochny chleba. Gdy zdejmowała koszulę, mąż zawsze odwracał wzrok. Nie rozumiała dlaczego. Czuła się zawstydzona i upokorzona. Wiedziała, że nie pasowali do siebie: on – wysoki i smukły, ona – niska i krępa. Jak mogli ich pożenić ci ojce? Więc gdy paliło się miasto, Gizela zamiast lęku czuła podniecenie. Wiedziała, że stanie się coś, na co czekała przez całe swoje ponad trzydziestoletnie życie. W tym ogniu spełni się jej los.

Brigitte prawie nie umiała mówić po polsku, zapomniała nawet kaszubskiego. Od wielu lat mieszkała w mieście. Bała się strasznie, szukała kryjówki. Ciągnęła za sobą Gizelę. Ta jednak opierała się. Nie chciała schodzić do piwnicy ani smarować twarzy sadzą, ani udawać garbatej. Wręcz przeciwnie: obciągnęła bluzkę. Zerknęła w lustro. Całkiem ładnie wyglądała. Nosiła biustonosz, który ofiarowała jej kuzynka. Okazał się trochę za mały i cisnął, ale piersi nie były już obwisłe. Upięła rzadkie włosy w kok. Zeszła do piwnicy i spokojnie czekała na swoje przeznaczenie, któremu z pewnością nie było na imię Johann Koljaczek. Czekały tak dwa dni i znacznie gorsze od tych dni dwie niezbyt długie wiosenne noce. Brigitte na przemian modliła się i płakała. A Gizela spała i jadła, jak gdyby nigdy nic. Czekała.

Gdy już się wydawało, że do ich piwnicy nikt nie wtargnie, usłyszały dudnienie wojskowych butów. Ilu ich było? Gizela nie wszystko zapamiętała. Przypomniała sobie tylko dwóch. Ten pierwszy był niski i krępy. Zaraz gdy wpadł do piwnicy, natychmiast upatrzył sobie złotowłosą, wiotką Brigitte. Nic nie pomogła sadza położona na policzkach. Kałmuk od razu wybrał ładniejszą i rzucił się w jej kierunku z jakimś niezrozumiałym okrzykiem. Kuzynka, ubrana w szarą, podkreślającą jej kobiece kształty sukienkę, która kiedyś należała do jej pani, próbowała uciec przed paskudnym zalotnikiem. Na darmo. Dopadł ją. Gizela patrzyła na to, siedząc na skrzyni, w której gospodarze przechowywali jabłka. Była dziwnie spokojna, choć kuzynka wrzeszczała wniebogłosy, wiła się, wierzgając nogami tak zabawnie, że Gizeli po prostu chciało się śmiać, choć przecież powinna płakać. A kałmuk zupełnie nic sobie z tego nie robił. Za nic też miał jedwabną bieliznę pani profesorowej, która kilka tygodni wcześniej zdążyła przejść do wieczności wraz ze swoimi niewinnymi córeczkami. Jedna miała na imię Gretchen i przygotowywała się do konfirmacji, a młodsza, złotowłosa Lotta, lubiła, jak jej Brigitte kręciła włosy na papiloty. Ani jedwabie, ani angielskie wełny, ani nawet francuskie perfumy nie były jednak w stanie powstrzymać pragnącego wojennej zdobyczy barbarzyńcy. Brał ją chciwie i pewnie.

Wtedy do piwnicy wszedł ten drugi. Też nie był zbyt wysoki. Błyskawicznie ogarnął całą sytuację bystrym spojrzeniem ciemnych oczu. Zdjął ciężki, brudny kaftan. Miał kasztanowe włosy. Podszedł do skrzyni z jabłkami, na której siedziała Gizela. Obrzucił ją uważnym, lecz niechętnym spojrzeniem. Miał przed sobą trzydziestoletnią babę z olbrzymimi piersiami. Pewnie szukał młodej gazeli, a trafiła mu się byle jaka kaszubska chłopka. Było coraz bardziej wstyd. Wiedziała, że żołnierz wolałby jej smukłą kuzynkę, ale ta ledwie dyszała pod rozsierdzonym kałmukiem. Jej szara sukienka powoli nasiąkała krwią. Wiotkie ciało Brigitte już nie stawiało oporu.

Gdy już myślała, że ją ominie bolszewicki gwałt, ten drugi żołnierz podszedł do niej i jednym wprawnym ruchem swej ciężkiej dłoni zerwał z niej bluzkę i stanik. To, co zobaczył, musiało mu się spodobać, a może nawet wzruszyć, bo z wielką ochotą przypadł do jej wielkich piersi. Niewiele zapamiętała z tego, co zdarzyło się potem. Jedno wiedziała na pewno. To, co działo się z nią przez kilka lub kilkanaście następnych godzin, stanowiło dla niej dowód, że człowiek może za życia znaleźć się w raju. W pamięci został jej tylko zapach dymu, samogonu i machorki. Wszystko to kojarzyło się Gizeli z jej ulubionym żywiołem – ogniem, przez który zapewne niejeden raz przechodził ów bolszewicki żołnierz. Dobrze zapamiętała jego pokryte wojennym pyłem kasztanowe włosy, za które szarpała za każdym razem, gdy wydawało się jej, że jest w niebie. Chociaż właściwie to nie, bo niebo jest przecież niebieskie, a ona tego koloru nigdy nie lubiła, tak jak lśniącego jeziora i surduta, w który odziewał się Koljaczek w niedziele i święta. Tamten zaś miał na sobie pachnący dymem mundur, a jego oczy były brązowe, ciało od dawna niemyte, jędrne i gorące. To był prawdziwy oblubieniec Gizelki de domo Dzięgielewskiej, a po mężu Koljaczkowej. Na niego czekała, wędrując przez trzydzieści lat pośród kartoflisk i kapuścianych zagonów. Aż wreszcie w tym obcym, płonącym mieście znalazła swoje szczęście.

Gdy się obudziła, bolszewicy już sobie poszli. Leżała zupełnie naga na twardej skrzyni. W kącie, na worku z kartoflami rozpostarte było ciało jej pięknej kuzynki. Prawie nic nie zostało z jej eleganckiej sukienki z angielskiej wełny. Same tylko krwawe strzępki. Twarz przypominała miazgę, podobnie jak cała reszta. Brigitte od dawna już nie było w tej piwnicy. Gizela wiedziała to, zanim jeszcze dotknęła martwego, sztywnego ciała. W przeciwieństwie do Brigitte, Gizelka przeżyła chwile szczęścia, o jakim nawet nie śmiała marzyć przez wszystkie lata swego życia, gdy kopała ziemniaki, kisiła kapustę i haftowała serwetki niebieską nicią. Co było robić? Brigitte nikt już nie mógł pomóc. Ale ona, Gizela, wciąż jeszcze żyła, może nawet bardziej niż kiedyś. Jej życie właśnie stało się podwójne. Wiedziała to od pierwszej chwili. Niepokój budziła w niej tylko jedna myśl. Natrętna i niesforna. Starała się ją zagłuszyć. Ale ona wciąż wracała i wracała.

Weszła na piętro. Znalazła w szafie ciepłe swetry i spódnice. Na nogi włożyła ciężkie kamasze pana domu. Do brezentowego plecaka, którego kolor przypominał barwę munduru tego drugiego żołnierza, z którym zaznała iście bolszewickich rozkoszy, zapakowała skarby schowane uprzednio pod podłogą – półmisek i dwie filiżanki. Porcelanę owinęła w adamaszkową pościel i już była gotowa do wyjścia. Przypomniała sobie o łyżeczkach z monogramem J.K. O tym monogramie dowiedziała się od Brigitte. Sama nigdy nie miała głowy do liter, zwłaszcza niemieckich. Ale srebrne łyżeczki to co innego. W dodatku wygrawerowane na nich litery J.K. mogły znaczyć tyle, co Johann Koljaczek, jej ślubny. Nigdy nie wyciągała ręki po cudze, ale te łyżeczki mogły jej się przydać. Nie tylko jej zresztą. O świcie opuściła starą willę przy Pelonkerweg, w której zostało rozdarte na strzępy ciało jej kuzynki Brigitte. Gizela wiedziała, że powinna opuścić miasto jak najszybciej i ruszyć w stronę wzgórz i jezior, skąd przywędrowała. Choć nie lubiła tych jezior i chałupy Koljaczka, tam właśnie było jej miejsce. Wiedziała, jak poruszać się wśród pagórków i lasów. Wędrowała kilka dni. Zachodni wiatr uderzał prosto w jej brzuch. Wreszcie dotarła nad jezioro.

Chałupa stała nienaruszona. Gdy weszła do środka, nawet nie rozpaliła pod kuchnią. Nie chciała, żeby ktokolwiek z sąsiadów wiedział, że Koljaczkowa wróciła do domu. Miała zresztą inne zmartwienia. Po kilku miesiącach, gdy jej brzuch wyraźnie się zaokrąglił, niepokój stał się jeszcze większy. A jeśli to kałmuk? Ten, co zamęczył kuzynkę Brigitte…? Przecież też dopadł ją tam, na tej skrzyni. Jak Brigitte ucichła na amen, wtedy Gizelka doświadczyła kałmuka. Nie dało się tego zapomnieć. Został w niej lęk, który towarzyszył jej przez całe życie. Nawet wtedy, gdy się okazało, że jej syn ma zupełnie proste i w dodatku długie nogi, dokładnie takie jak nieboszczyk Koljaczek, świeć Panie nad jego duszą, gdziekolwiek jego ciało spoczywa. Stara kobieta zapłakała. Już za wiele opowiedziała temu ciemnowłosemu chłopakowi o czarnych oczach, w które tak zapatrzyła się jej wnuczka, płowowłosa Gosia. Szloch staruszki i ciepłe słowa Juliusza kończyły nagranie.

No już dość na dzisiaj, jest chyba dwunasta w nocy. Gosia wyłączyła magnetofon, zgasiła światło i powędrowała na górę. Weszła do łazienki. Niecierpliwym gestem zdjęła czarny sweter, a potem spodnie. Lubiła czarny kolor. Tuszował wszystkie niedoskonałości jej ciała. Tak jej się przynajmniej wydawało. Babka Gizela też ubierała się na czarno, ale ona nie zamierzała niczego tuszować. Wręcz przeciwnie – była niezmiernie otwarta. Babka ubierała się na czarno, bo przez większość życia była wdową. Obnosiła się z tym swoim wdowieństwem. Kłuła nim w oczy. Ale Gosia nie była wdową, lecz rozwódką.

Rozebrała się. Stanęła przed wielkim lustrem w łazience. Była wysoka, choć nie tak smukła jak wtedy, gdy kształt jej ud i łydek w swoich nigdy nieopublikowanych wierszach opiewał Juliusz Herbst. Zawsze miała szerokie biodra, które zakłócały harmonię jej sylwetki, a teraz na dodatek jej dawniej zgrabne nogi zrobiły się ciężkie i masywne. Dlatego wolała nosić spodnie zamiast ulubionych niegdyś minispódniczek. Patrzyła z nostalgią na coraz dłuższe i szczuplejsze kończyny swojej córki Agnieszki i myślała, że to jest jedna z tych rzeczy, które chciałaby odzyskać. Ale ani diety, ani basen, ani nawet uporczywe ćwiczenia na siłowni nic nie pomagały. Wciąż stała twardo na ziemi na tych swoich potężnych nogach i wiedziała, że nie wzbudzą one niczyjego zachwytu. Z kolei piersi miała tak małe, że zdawały się tonąć w czeluściach staników z najmniejszą miseczką A. Weszła do kabiny prysznicowej, zamknęła szczelnie drzwi. Nadszedł czas, żeby zmyć z siebie kurz i pot. Stała długo pod intensywnym strumieniem ciepłej wody, nie bacząc na to, że taka kąpiel niewątpliwie sporo kosztuje. Kiedy mieszkał tu Juliusz, wszystkim domownikom wydzielała czas, który mogli spędzić pod prysznicem, albo ilość ciepłej wody, którą można było wlać do wanny. Jul w końcu zupełnie przestał używać ciepłej wody. Mówił, że się hartuje. Ale zamiast tego przeziębiał się i okropnie kaszlał. Nie dało się wytrzymać z nim w sypialni. Nie chcąc budzić swoich kobiet, spał na kanapie w salonie. Wtedy wszystko było w porządku. Dzięki temu Gosia mogła zostawać w sypialni sama ze swymi fantazmatami, których bohaterem był Wiesiek Formela. Rosły blondyn o ciężkich dłoniach. Znali się jeszcze z liceum.

Wszystkie dziewczyny za nim szalały, jedynie Gosia była wobec niego lodowato obojętna. A biedny Wiesio Formela ciągle o niej rozmyślał. Usiłował jej zaimponować starą Syreną ojca, którą przyjeżdżał pod samą szkołę. Ponieważ oboje mieszkali w dzielnicy portowej, często ją odwoził i przywoził ze szkoły. Trwało to do czasu, gdy pojawił się Juliusz, a wraz z nim zaczęła się era tramwajowa, a potem pociągowa. Nieszczęsny Formela zamiast pisać patriotyczne poematy i studiować polonistykę, poszedł na budownictwo lądowe i zaczął myśleć o własnym domu. Mieszka teraz dwie ulice dalej. Wyremontował starą, zaniedbaną willę przy ulicy Polanki. Jaką głupią gęsią była, że go nie wybrała! Przecież zawsze jej się podobał. Ale teraz jest zajęty. Ożenił się z jakąś mądralą. Chude to i zasuszone. Podobno naukowiec. Pani naukowczyni. Śmiechu warte.

Wytarła mokre ciało szorstkim ręcznikiem, natarła balsamem nawilżającym. Weszła do sypialni. Zdjęła szlafrok i położyła się na wznak. Zaczęła wyobrażać sobie, że oto Wiesiek dzwoni do drzwi, a ona w samym tylko szlafroku zbiega na dół. Otwiera mu drzwi. Formela wchodzi. Gdy zamyka drzwi na zasuwę, on już zdejmuje z niej szlafrok i choć Gosia prosi go, żeby poszedł z nią do sypialni, on wybiera kanapę Juliusza w salonie. Dopiero tam, na tej kanapie, Gosia znajduje utracone szczęście i namiętnie ciągnie za płowe kudły Wieśka za każdym razem, gdy osiąga orgazm. Po kilku zbliżeniach nareszcie może zasnąć.

Nazajutrz obudziła się około południa z okropnym bólem głowy. Czekał ją kolejny dzień wspomnień. Pokój Juliusza Herbsta stanowił wyzwanie dla każdego, kto tam wchodził. Już od progu atakował słodkawy zapach brudnych skarpetek. Nie, z pewnością nie będzie ich prać. Szkoda pralki, proszku, nie mówiąc już o energii i wodzie. Wyjęła z szuflady w kuchni foliowy worek na śmieci i zaczęła zbierać szarobure, boleśnie poskręcane skarpetki, porozrzucane po całym gabinecie niespełnionego pisarza. Ze skarpetkami poszło łatwo. Gorzej z popielniczkami, puszkami po piwie i niedokręconymi butelkami, w których Jul, z właściwą sobie perfidią, zostawił dość cieczy, by przez przypadek można było wylać ich zawartość na książki i papiery. Gośka musiała być ostrożna. Pochylała się nad każdą butelką i dopiero zakręciwszy ją, wrzucała do worka. Najgorsze jednak były pety, które można było znaleźć w najbardziej nieoczekiwanych miejscach. Także w pudełkach po butach, gdzie Juliusz archiwizował dokumentację do swojej wielkiej powieści, której tematem miało być oczywiście miasto. To wspaniałe, dumne miasto, które przez stulecia przechodziło z rąk do rąk, chlubiąc się swoją niezależnością niczym jakaś grecka polis. Mąż Gosi znał je od podstaw. Kiedy był studentem, brał udział w badaniach archeologicznych prowadzonych przez profesora Dombrowskiego, który z upodobaniem penetrował cmentarze zalegające pod posadzkami kościołów i niejednokrotnie dokopał się do calca, gdzie już nie było ani kości, ani nawet Wojciechowych krzyżyków. Tam był początek. Juliusz go znał i wiedział, co było dalej. Z każdym rokiem swojej żmudnej pracy wiedział coraz więcej o mieście i jego mieszkańcach. Jednak jego powieść nie miała nawet początku. Zdawała się także nie mieć końca. Za to inni pisarze zgrabnie opiewali niegdysiejsze i obecne piękno owego miasta. I to właśni ci inni, którzy wcale nie dotykali krzyżyków pozostawionych tu u zarania dziejów przez praskiego biskupa, dostawali nagrody, a ich twórczość znajdowała amatorów także za granicą, co przynosiło sławę i całkiem spore dochody. Juliusz tymczasem szukał swojego bohatera, który miał go wyprowadzić z labiryntu szczegółów, których nie sposób było ze sobą powiązać.

Kilkakrotnie wydawało mu się, że znalazł właściwy trop, właściwego człowieka. Najpierw była to babka Koljaczkowa, ale ona tak niewiele czasu spędziła przy ulicy Pelonkerweg, a obecnie Polanki. Choć widziała, jak płonęły kościoły i odchodzili dawni mieszkańcy, to przecież jej właściwym miejscem był dom nad jeziorem, gdzie przyszedł na świat jej jedynak – Joachim, a siedemnaście lat później pewna dziewczyna, która pracowała jako kelnerka w pobliskim ośrodku wczasowym, urodziła mu córkę Małgorzatę, która lubiła przedstawiać się jako Gosia. Bez tych zgrzytających spółgłosek w środku jej pełnego imienia. Tak więc przez następnych dziesięć lat chałupa pełna była wrzasków, a gdy te cichły, słychać było pochlipywanie matki Gosi, która nie mogła wytrzymać pod jednym dachem z apodyktyczna teściową. Aż wreszcie jej małżonek pojechał do Ameryki i przywiózł dolary, za które kupił mieszkanie w portowej dzielnicy. Wtedy przenieśli się do miasta.

Potem w życiu Juliusza pojawiła się pewna młoda Niemka. Jej dziadkowie zdołali w porę uciec z miasta i szczęśliwie dotrzeć do Bawarii, skąd pochodziła znakomicie mówiąca po polsku Annemarie. Jasnowłosa dziewczyna przyjechała pod pozorem zbierania materiałów do pracy doktorskiej akurat wtedy, gdy Gosia była w ciąży. Oczywiście właściwy obiekt badań ambitnej doktorantki stanowił młody asystent, którego wygląd i nazwisko musiały wzbudzać zrozumiałe wyrzuty sumienia w tej przedstawicielce rasy dawno wygnanych stąd panów. Jednak oprócz owych wyrzutów było coś jeszcze. Właśnie to najbardziej irytowało Gosię, przemienioną za sprawą Juliusza Herbsta w pokraczne stworzenie o kształtach hipopotamicy. Annemarie była wysoka i rosła. Miała rudawe włosy i twarz niewiniątka. Lubiła zabierać Juliusza w dalekie podróże, dzięki którym odnajdował ową nić, która miała stanowić wątek główny jego powieści. Niemka zaproponowała mu kontynuowanie badań w monachijskich bibliotekach i archiwach, oferując jednocześnie niezbędną pomoc językową, ponieważ Jul w czytaniu pisanej gotykiem niemczyzny był równie biegły jak babcia Koljaczkowa. Gdy więc Gosia zbolała po ciężkim porodzie wróciła do mieszkania rodziców, zamiast męża znalazła tylko nabazgraną znajomym pismem kartkę wyrwaną z zeszytu, z której wynikało, że jej autor udał się do Niemiec na kwerendę i wróci w październiku, czyli za trzy miesiące. Kwerenda musiała być niezwykle udana, gdyż Juliusz zaledwie raz przysłał kartkę, w której pozdrawiał wszystkich, a na końcu nawet swoją nowo narodzoną córkę Sarę. Nawiasem mówiąc, córka Juliusza i Gosi otrzymała na chrzcie imię Agnieszka, a jej matka złożyła pozew o rozwód.

Chronologicznie pierwszą, a w ogóle ostatnią nicią, która miała stanowić zarówno osnowę, jak i wątek główny powieści o mieście, był Artur Hoffmann, potomek starej pruskiej szlachty. Polak z wyboru. Chociaż nieraz żałował tego wyboru. Głównie za sprawą Polaków. Jednak Hoffmann, mimo iż z natury wielki pesymista, nie ustawał w wysiłkach, by dźwigać z ruin miasto, potem walczył o jego kulturową tożsamość i kulturalną autonomię środowiska literatów, któremu przewodził, by w końcu wspierać swym intelektem ruch obywatelskiego nieposłuszeństwa, ogarniający najpierw miasto, a potem cały kraj dokładnie wtedy, gdy Juliusz i Gosia przygotowywali się do matury. Kilka miesięcy wcześniej do klasy, w której uczyli się Gosia i Wiesiek, dyrektorka przyprowadziła nowego ucznia. Zaraz wszyscy zaczęli szeptać, że Juliusz jest Żydem. Ma się rozumieć, że Herbst to Żyd. „Precz z Żydami” – krzyczał Wiesio Formela, nerwowo zerkając na Gosię, która nie mogła oderwać wzroku od nowego ucznia. Cały czas się na niego gapiła. A on nic. Był cichy i skryty. Z nikim nie gadał. Dziewczyny wyszpiegowały, że jest od nich trzy lata starszy, choć taki mały i drobny. Kiepsko się uczył. Właściwie to nie uczył się wcale. Był zajęty czymś innym. Tym czymś było przesiadywanie w niewielkim pokoju w starej willi przy ulicy Polanki. Artur Hoffman miał tam swoje małe mieszkanko – pokój z wnęką kuchenną oraz mikroskopijną łazienką, przerobioną z dawnego WC. Kawalerka Hoffmanna znajdowała się na parterze willi, którą od lat zamieszkiwała rodzina profesora Politechniki Gdańskiej, Michała Meyera. Dawniej cały parter: salon, gabinet, kuchnia, spiżarnia i duża łazienka z wanną należały do Hoffmana.

Przez wszystkie lata małżeństwa Gosia i Juliusz wielokrotnie zastanawiali się, czy willa przy ulicy Polanki, gdzie w czasach ich młodości mieszkał Artur Hoffmann, to ta sama willa, w której została zgwałcona babcia Koljaczkowa. Niestety nie zdążyli o to zapytać Gizelki, która zmarła w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym drugim roku. Niezaprzeczalne było jedynie to, że w tej właśnie willi mieszkał obecnie ich dawny szkolny kolega Wiesiek Formela z żoną.

Znowu siedziała wyprostowana w fotelu. Myślała, co dzieje się z Julem. Pewnie leży w swoim barłogu i gnije. Psują mu się zęby, ale do dentysty oczywiście nie pójdzie, bo się boi. O tej porze jest już pewnie kompletnie pijany. Wzięła do ręki telefon i wykręciła numer Wieśka. W słuchawce usłyszała niski męski głos. Chciała życia, nowego początku, zupełnie jak kiedyś jej babka. W powietrzu czuło się zapach zbliżającej się wiosny, ogień płonął na kominku.

2. Słodka Dziurka

Każdy spędza święta po swojemu, prawda? Monika ze swoim Waldusiem, cholernym draniem i damskim bokserem, Gośka z Wieśkiem – wciąż jeszcze mężem Anki, Sinobrody w samotności zapewne (chociaż kto go tam wie?), a ona, Anka Formela, spędzi je w swojej nowej chustce na łysej głowie i z pomysłem na książkę w tej głowie. Więc wszyscy mają coś, a czasem nawet kogoś na te święta. Ale na razie nadszedł dopiero szósty grudnia, imieniny Świętego Mikołaja. Dawniej dla małej Ani był to najważniejszy dzień w roku, bo dostawała prezenty od ojca. Spotykała się z nim. Brał ją na kolana i mogła bezkarnie szarpać go za brodę. Czuła jego ciepło i zapach wody po goleniu. Przez wiele lat nie udało jej się zidentyfikować tego zapachu. Aż wreszcie spotkała mężczyznę, który pachniał jak ojciec i też nosił brodę. Tak czy owak, mikołajki pozostały dla Anki najbardziej wyczekiwanym dniem w roku. Ulubionym i najprzyjemniejszym. Dlatego właśnie uznała, że dziś powinna zjeść ciastko. Z kremem albo bez, ale kaloryczne. Przynajmniej tyle będzie słodkiego w jej życiu. To ciastko musi zrównoważyć wszystko, co było lub jest nie do przełknięcia. Właściwie: do wyrzygania. Ostatnio trafiały jej się same paskudztwa. Słone i gorzkie. W najlepszym wypadku mdłe. Niestety, po ciastkach również zbierało się Ani na wymioty. I tak źle, i tak niedobrze. Cholerna ludowa mądrość. Zawsze na czasie.

Jakieś pół roku temu usłyszała w słuchawce nieznajomy głos. Zacinający się, bełkotliwy. Nie wiedziała, o co chodzi. Chciała odłożyć słuchawkę. Ale ponieważ zawsze starała się być uprzejma, słuchała dalej wynurzeń nieznajomego głosu. Wtedy padły te słowa, których się nie spodziewała. Głos mówił o tym, że jej mąż, Wiesiek Formela, chce się z nią rozwieść, że planuje ten rozwód już od roku i że zamierza ożenić się z Koljaczkową, to znaczy z Gośką Herbstową. Wtedy Ankę zemdliło. Jakoś tak nietypowo. Z początku myślała, że to pod wpływem tej hiobowej wieści, którą ten nieznany głos przekazał jej drogą telefoniczną, ale to było z zupełnie innego powodu. Niestety. Z tego właściwego powodu siedziała teraz z Moniką w tej dziurze, którą ktoś dla żartu nazwał słodką, i słuchała paplaniny koleżanki. Bo Monika Ryba-Dopierała chyba świetnie się bawiła, wyśmiewając tych wszystkich niemłodych już ludzi, którzy mimo szalejącej na dworze zamieci przyszli tu jedynie po to, żeby nakupić sobie ciastek i najeść się słodkości, zanim umrą.

Anka też czuła, że czas najwyższy przełknąć coś słodkiego, by przełamać gorycz w ustach i niesmak, towarzyszące jej przez ostatnie tygodnie, które spędziła w szpitalu. Teraz pora na przyjemności. Właśnie tu, w Słodkiej Dziurce, zaczynał się dla niej radosny, świąteczny czas. Miesiąc, który miała wyłącznie dla siebie. Żeby odetchnąć i żeby popracować. Więc teraz powinna zjeść i wypić coś zupełnie nieszpitalnego. Żeby się zrelaksować, zanim w domu, w łazience, ostatecznie zeskrobie z siebie poszpitalny osad. Brud i wspomnienia. Niechciane towarzystwo obcych ludzi. Upokorzenia. I to, że po chemii nic się nie da zjeść. Przynajmniej przez pewien czas. Zresztą potem i tak wszystko smakuje inaczej. Metalicznie. Bo ma się w sobie całą tablicę Mendelejewa albo przynajmniej połowę. W szpitalu rzygała jak kot, którego zawsze ogromnie chciała mieć, ale nigdy nie miała. Nie wiadomo dlaczego. Może z tego samego powodu, który sprawiał, że nigdy nie była w nikim zakochana. Z wzajemnością. Tak jej się przynajmniej wydawało.

– Bo wiesz, tu przyłażą te wszystkie stare baby i stare dziady, co się chcą nawpieprzać słodyczy, zanim wyciągną kopyta. Stare dziady inżyniery. Takie jak mój ojciec. Stare politechniczne dziady, które lubią flanelowe koszule i szetlandzkie sweterki. Dobrze wiedzą, że życie się kończy i trzeba poszaleć.

– Trzeba żyć, trzeba czekać na swój koniec. – Anka nie wiedziała, co odpowiedzieć na tę gadkę koleżanki, więc palnęła zdanko ni z gruszki, ni z pietruszki, aż Monika zamilkła. Widocznie poczuła się głupio. Wypadła z roli pocieszycielki-rozśmieszaczki, która towarzyszy chorej w drodze ze szpitala do normalnego życia.

Zamiast śmichów-chichów zapadła kłopotliwa cisza. Monika miała rację. Rzeczywiście po Słodkiej Dziurce kręciły się głównie starsze panie i wszystkie kupowały ciastka. W dużych ilościach. Starsi panowie najwyraźniej też byli spragnieni słodyczy. Napoleonki, pączki, ptysie. Z kremem, z dżemem, z budyniem. Pychota. Bita śmietana. Krem sułtański z rodzynkami. Sama słodycz. Ance zbierało się na wymioty na samą myśl o takim kremie. Ale nie tym staruszkom, łaknącym smaków zapamiętanych z dzieciństwa. Sprzed wielu lat. Gdy w niedzielę po kościele za rączkę z mamusią i z tatusiem wędrowali do cukierni. Tej w rynku, gdzie były najlepsze kremówki. Zawsze świeże.

Anka zapamiętała z dzieciństwa jedynie krem sułtański. Nie mogła też zapomnieć, że dostawała mdłości, gdy matka stawiała przed nią pucharek z tym smakołykiem. Ciężkim, słodkim, tłustym, naszpikowanym rodzynkami, posypanym wiórkami czekolady. Nie do zjedzenia. Siedziały w kawiarni Bombonierka na Rynku Nowego Miasta w Warszawie. To była ulubiona kawiarnia matki. Mała Ania przestraszonym wzrokiem wpatrywała się w tę obcą kobietę, która była jej matką. Siedziała przed nią. Wysoka, rudowłosa. Uszminkowana. Z doklejonymi rzęsami. Popijała czarną kawę i paliła papierosy. Jednego za drugim. Mocne papierosy bez filtra. Śmierdziały potwornie. Ale w tamtych, dość odległych czasach nikomu nie przeszkadzał smród papierosów. Do kawiarni przychodziło się na kawę i na papierosa. Jedynie małej Anusi – bo tak zawsze mówiła do niej matka – drobnej dziewczynce ze skwaszoną minką, przeszkadzał wgryzający się w ubranie i we włosy nieznośny papierosowy dym. Mimo to skwapliwie pochylała się nad pucharkiem i próbowała jakoś okiełznać ten krem za pomocą łyżeczki. Takiej aluminiowej, bez monogramu ani innych oznak szlachectwa. Ania starała się z całych sił, bo nie chciała rozgniewać matki, która uważała, że słodki krem sułtański to najlepsza rzecz, jaką można zafundować dziecku w kawiarni. Mała więc zawzięcie wiosłowała łyżeczką, żeby zjeść jak najwięcej. Nadaremno. Krem sułtański nie nadawał się do zjedzenia. Można było najwyżej pogmerać w pucharku. Żeby nie sprawić przykrości rodzicielce, fundatorce słodkich tortur. Ale matkę niełatwo było wprowadzić w błąd.

– Nie smakuje ci? – zadając to pytanie, marszczyła brwi. Widać było, że jest niezadowolona.

– Smakuje, no smakuje, ale za dużo – skarżyła się Ania.

– Trudno ci dogodzić! – Matka była wyraźnie zagniewana, więc mała kuliła się w sobie, przeczuwając, co będzie, jeśli nie zje, i próbowała jeść dalej. Wysilała się, jak mogła, byle nie wyniknęła z tego kolejna awantura. Żeby matka nie krzyczała, nie gniewała się na nią. I nie robiła tych strasznych, niezadowolonych min, których mała Ania tak ogromnie się bała. Ale jej rodzicielka zwykle nie dawała za wygraną. Gasiła papierosa, dopijała ostatni łyk kawy, potrząsała gniewnie rudą czupryną i poirytowanym tonem zwracała się do kelnera:

– Rachunek proszę!

Ania wiedziała, że całą drogę powrotną przez Ogród Krasińskich matka będzie jej wypominać ten nieszczęsny krem. Niepotrzebnie wydane pieniądze, na które przecież niełatwo było zapracować. Zacznie szarpać ją za rękę. Tego bała się najbardziej. Wstydź się, Anusiu, niejadku, cholerny francuski piesku, któremu nigdy nic nie smakuje! Nawet pyszny krem sułtański. Przepyszny! Wilcze oczy, a gardło jak u małego ptaszka. Zawsze wszystko zepsujesz tym swoim marudzeniem! Każdą przyjemną chwilę! Spacer na Nowe Miasto w wiosenne, niedzielne przedpołudnie. A przecież słoneczne przedpołudnia nie tak często się zdarzają. Więc dlaczego je psujesz, wiecznie skrzywiona, niezadowolona? Ciągle wszystko jest nie tak! Matka na głowie staje, żeby ci sprawić przyjemność, a ty nie potrafisz tego docenić. Ani starań matki, ani tej pięknej pogody. Nawet ten przepyszny sułtański krem ci nie smakuje! Nie umiesz się cieszyć. Z niczego! Nie umiesz okazywać wdzięczności. Po kim ty taka jesteś? Bo na pewno nie po mnie! Jesteś taka jak twój ojciec. Zupełnie jak on. Taka sama. Wiecznie niezadowolona mina. Nic ci się nie podoba. Matka się dla ciebie zarzyna, wydaje ostatnie pieniądze, a ty nie umiesz tego docenić!

Ania nie wiedziała jeszcze wtedy, jaki naprawdę jest jej ojciec, bo go prawie nie znała. Znała tylko jego zapach. I tę szorstką brodę. No i wiedziała, że od niego są te wszystkie piękne zabawki, które dostawała na mikołajki. Klocki, kolorowe książki i czekolady, które smakowały zupełnie inaczej niż wyroby czekoladopodobne kupowane w okrąglaku przy Okopowej. A pluszowy miś panda pachniał zupełnie jak ojciec. Lubiła ten zapach. Wolała go od matczynych perfum Masumi, wymieszanych ze smrodem papierosów. Jednak mimo całej sympatii do ojca wiedziała, że jej rzekome podobieństwo do niego jest piętnem nie do zatarcia. Że będzie się za nią ciągnąć to podobieństwo, które przy każdej nadarzającej się okazji uparcie wypominała jej matka.

Wciąż wahała się, czy zamówić coś słodkiego, czy jednak nic nie zamawiać. Sprawiała tym przykrość koleżance i może nawet sobie samej. Ale to było od niej silniejsze. Naprawdę chciała, żeby było słodko i miło. Takie przedświąteczne ciuciu-muciu, ale niestety nie dało się. Żołądek odmawiał jej posłuszeństwa zupełnie tak jak wtedy, gdy siedziały z matką w tej kawiarni na Nowym Mieście. Dziś, w dniu swoich trzydziestych siódmych urodzin, po prostu nie mogła patrzeć na słodycze, bo mdliło ją jeszcze bardziej. Mdliło jak cholera od samego rana, strach pomyśleć, co będzie później. A przecież przyszła tu w towarzystwie Moniki, żeby się rozerwać. To były jej urodziny i w dodatku mikołajki. Kiedyś czekała na ten dzień przez cały rok, ponieważ spędzała go z ojcem. Zwykle dzwonił rano albo nawet poprzedniego dnia i umawiali się, żeby spędzić ten dzień razem. Ojciec mimo upływu lat wyglądał i pachniał tak samo. Zawsze mało mówił, ale uważnie słuchał i celnie ripostował. W jej urodziny zwykle dokądś jechali. Lubił prowadzić samochód. Nigdy nie miał żadnej stłuczki, żadnego wypadku. Dostał może ze dwa mandaty za drobne wykroczenia. Anka zaś trzy razy oblała egzamin na prawo jazdy. Wstydziła się tego. „Masz to po mnie”, ironizowała matka. „Też nie zrobiłam prawka. Nikt go nie miał w rodzinie Wichurów. Ani prawka, ani autka. Nigdy żeśmy groszem nie śmierdzieli. Ani benzyną”.

Tamtego dnia Słodka Dziurka była pierwszym przystankiem Anki po wyjściu ze szpitala.

– Wreszcie na wolności, co? – Monika postanowiła wznowić rozmowę.

– Uff. To prawda.

– Chyba najgorsze masz za sobą.

– Chyba jednak nie, ale przynajmniej urwałam się z tego piekła. I to na cały miesiąc.

– I to w dodatku świąteczny. Będziesz mogła święta spędzić w domu. Z rodziną.

– Ja nie mam rodziny.

Monika pechowo się zagalopowała. Wiedziała, że Anka jest teraz sama. Ale jej święta kojarzyły się wyłącznie z rodziną i dlatego tak chlapnęła. Anka cieszyła się, że dopiero za trzydzieści dni będzie musiała ponownie zgłosić się do szpitala. Z piżamą i szczoteczką do zębów. Niemniej na samą myśl, że znowu musi się tam znaleźć, skóra cierpła jej na plecach i miała ochotę zwagarować. Tak na dobre. Nie tylko na chwilę, dwie, ale na resztę życia. Uciec jak najdalej. Teraz miała celebrować chwilową wolność. Coś w rodzaju zimowych wakacji. Niestety te wakacje zaczęły się trochę pechowo, bo na dworze szalała zawieja. Orkan, któremu Niemcy podobno nadali imię Ksawery.

– Napijesz się kawy? – zapytała Monika, rozciągając wargi w wymuszonym uśmiechu. Chciała zatrzeć złe wrażenie. Naprawdę pragnęła sprawić przyjemność koleżance. Wiedziała, że Anka przepada za kawą, zwłaszcza za taką ekspresu. Czarną. Mocną jak diabli. Ale teraz niestety nie mogła nawet pomarzyć o takiej.

– Zamów mi herbatę, proszę. – Głos rekonwalescentki zabrzmiał słabo i nienaturalnie.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

3. Nie da się zmienić Sinobrodego

Dostępne w wersji pełnej

4. Zgniłe kompromisy

Dostępne w wersji pełnej

5. Piękna Madonna Gdańska

Dostępne w wersji pełnej

6. Kościelna

Dostępne w wersji pełnej

7. Na Gibalaku

Dostępne w wersji pełnej

8. Ania czy Mania?

Dostępne w wersji pełnej

9. Polonia Restituta

Dostępne w wersji pełnej

10. All good things

Dostępne w wersji pełnej

11. „Kto ty jesteś?”

Dostępne w wersji pełnej

12. Hormony szczęścia

Dostępne w wersji pełnej

13. Farrow

Dostępne w wersji pełnej

14. Do pierwszej krwi

Dostępne w wersji pełnej

15. Lokator

Dostępne w wersji pełnej

16. Być jak Judi Dench

Dostępne w wersji pełnej

17. Magia świąt

Dostępne w wersji pełnej

18. Drugie życie

Dostępne w wersji pełnej

19. „A w sercu ciągle maj!”

Dostępne w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa: Joanna Marat, Jedenaście tysięcy dziewic. Gdańskie historie. Tom 2

Karta redakcyjna

Zamiast wstępu

Spis postaci

1. Koljaczkowa

2. Słodka Dziurka

3. Nie da się zmienić Sinobrodego

4. Zgniłe kompromisy

5. Piękna Madonna Gdańska

6. Kościelna

7. Na Gibalaku

8. Ania czy Mania?

9. Polonia Restituta

10. All good things

11. „Kto ty jesteś?”

12. Hormony szczęścia

13. Farrow

14. Do pierwszej krwi

15. Lokator

16. Być jak Judi Dench

17. Magia świąt

18. Drugie życie

19. „A w sercu ciągle maj!”