Jak Henryk zdobył władzę - Erbel Joanna - ebook
NOWOŚĆ

Jak Henryk zdobył władzę ebook

Erbel Joanna

0,0

Opis

Nowe Glinianki to zielone osiedle przyszłości, w którym zaawansowana technologia wspiera codzienne życie, a ludzie i boty dzielą domy, obowiązki i tajemnice. Wśród ogrodów, laboratoriów i inteligentnych mieszkań wciąż jednak dochodzą do głosu dobrze znane uczucia: miłość, zazdrość, lęk i pragnienie władzy.

Karolina poświęciła lata budowaniu osiedlowej wspólnoty. Jej córka Tosia szuka własnej drogi, eksperymentując z roślinami i biohakingiem. Henryk, domowy bot, próbuje zrozumieć ludzi, nauczyć się żartować i odkryć, czy potrafiłby śnić. Kacper wierzy w demokrację i możliwość stworzenia lepszego świata, choć jego zaangażowanie coraz mocniej splata się z osobistymi uczuciami.

Tragiczne wydarzenie burzy równowagę osiedla. Zaufanie ustępuje podejrzliwości, spór o prawa botów nabiera nowej ostrości, a rodzinne konflikty przenikają do sąsiedzkiej polityki. Mieszkańcy muszą zmierzyć się z odpowiedzialnością za własne decyzje i z pytaniem, komu naprawdę chcą powierzyć swoją przyszłość.

„Jak Henryk zdobył władzę” Joanny Erbel to powieść łącząca fantastykę naukową z historią o bliskości, emancypacji i życiu we wspólnocie. Opowiedziana z perspektywy czterech bohaterów, pokazuje, jak trudno pogodzić odmienne potrzeby — nawet w świecie, który miał zapewnić wszystkim bezpieczeństwo i szczęście.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 204

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Joanna Erbel

Jak Henryk zdobył władzę

Copyright © Joanna Erbel

Redakcja: Agnieszka Ewa Zygmunt

Korekta: Jaga Marszewska

Projekt okładki: Ola Szmida

Skład: Damian Velkan Mełgieś

Wydanie I

ISBN 978-1-995773-16-2

Wydawnictwo Fosforos

www.fosforos.pl

Lydney 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione. Wykonywanie kopii metodą kserograficzną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji.

Spis treści

Rozdział 1 – Karolina

Rozdział 2 – Henryk

Rozdział 3 – Tosia

Rozdział 4 – Kacper

Rozdział 5 – Karolina

Rozdział 6 – Henryk

Rozdział 7 – Tosia

Rozdział 8 – Kacper

Rozdział 9 – Karolina

Rozdział 10 – Henryk

Rozdział 11 – Tosia

Rozdział 12 – Kacper

Podziękowania

Nawigacja

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Spis treści

Początek książki

Strony wydania źródłowego

5

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

35

37

38

39

40

41

42

43

44

45

46

47

48

49

50

51

52

53

54

55

56

57

58

59

60

61

62

63

65

66

67

68

69

70

71

72

73

74

75

76

77

78

79

81

83

84

85

86

87

88

89

90

91

92

93

94

95

96

97

98

99

101

102

103

104

105

106

107

108

109

110

111

112

113

114

115

117

118

119

120

121

122

123

124

125

126

127

128

129

130

131

133

135

136

137

138

139

140

141

142

143

144

145

146

147

148

149

150

151

152

153

154

155

157

158

159

160

161

162

163

164

165

166

167

168

169

170

171

172

173

174

175

176

177

179

180

181

182

183

184

185

186

187

188

189

190

191

192

193

194

195

196

197

199

201

202

203

204

205

206

207

208

209

210

211

212

213

214

215

216

217

219

220

221

222

223

224

225

226

227

228

229

230

231

232

233

234

235

236

237

239

240

241

242

243

244

245

246

247

248

249

250

251

252

253

255

Rozdział 1Karolina

Karolina z dumą rozejrzała się wokół. Park wyrósł i stał się spokojną ostoją dla ludzi i zwierząt. O tej porze roku był cały biały. Mirabelki bujnie zakwitły pokrywając alejki delikatnym puchem. Zapowiadały się obfite jesienne zbiory, więc cieszyła się już na coroczny konkurs na najlepszą konfiturę i na wszystkie ciasta, które przyniosą, aby świętować zakończenie lata. Rozejrzała się wokół. Na osiedlu były tłumy ludzi. Rocznica ściągnęła gości z całego miasta, którzy spacerowali podziwiając dobrze utrzymane budynki albo szukali wirtualnej wystawy, którą Tosia z Markiem ustawili na hologramach w różnych zakamarkach osiedla. Wszystko było tak, jak sobie wymarzyła, gdy się tu sprowadzała, albo nawet i lepiej, bo na jej marzeniach o przyszłości zawsze kładł się niepokojący cień. Dziś jednak wszystko było idealnie. Położyła dłoń na piersi i przycisnęła order do gołej skóry. Przez chwilę bała się, że go zgubiła, ale na szczęście wisiał na tytanowej lince. Był tak lekki, że ledwo go czuła, więc musiała się upewnić, czy nadal tam jest. Podczas wręczania medalu ministra innowacji pogratulowała jej siły i konsekwencji. Kiedy odbierała nagrodę, przez krótki moment chciała się pożalić, że tak dużo kosztowało ją utrzymanie innowacyjnego kursu rozwoju osiedla i tak wiele jest jeszcze do zrobienia, ale zdecydowała się nie przywoływać złych emocji. W końcu to był jej dzień. Wraz z orderem dostała również klucz do archiwum osiedla. Jak to powiedziała ministra: od teraz ma dostęp do wszystkich przeszłych i przyszłych tajemnic. Zastanawiała się, czy to na pewno dobrze. Czy poradzi sobie z odpowiedzialnością naczelnej archiwistki? Czy zdoła utrzymać w tajemnicy wszystkie obecne i przyszłe sekrety osiedla? Tego nie wiedziała. Ale była pewna jednego. Że nikomu innemu nie może zaufać tak bardzo, jak sobie samej.

– Zrobiłem ci kawę – głos Henryka ściągnął ją z powrotem do realnego świata.

– Dzięki…

– Jak ci się spało?

– Całkiem dobrze, miałam piękne sny. Udało ci się je nagrać?

– W dziewięćdziesięciu dwóch procentach. System nagrywania działa coraz lepiej, zwłaszcza od kiedy zdecydowałaś się na nową kołdrę sensoryczną. Mam też inne dobre wiadomości. Efektywność twojego snu się polepszyła. Dzisiaj udało ci się spędzić prawie trzydzieści procent czasu w fazie snu REM. To twój rekord.

– Ach… – mruknęła Karolina

– Jak widzisz, te nowe leki świetnie się sprawdzają. Cieszę się, że dałaś się na nie namówić – opowiadał dalej niezrażony Henryk.

– Nie, to nie one. Nie brałam ich jeszcze. – Karolina zamknęła oczy i poczuła, że znów wpada w sen, z którego dopiero co się wyrwała. Kołdra wciągała ją z powrotem w senność. Chętnie się temu poddała. We śnie wszystko było prostsze i układało się po jej myśli.

– Karolino! Planowałaś wstać o 9:00. Jest 9:13. – Henryk był nieustępliwy.

– Już, już… – zamruczała i zanurkowała z powrotem w miękkie warstwy otulającego ją kokonu. Poza kołdrą sensoryczną otaczało ją kilkanaście warstw cienkiej tkaniny, która utrzymywała ciepło, a jednocześnie zapewniania przepływ powietrza. Była lekka i ciężka zarazem, a jej elastyczna powłoka delikatnie uciskała ciało Karoliny.

Myśl o wyjściu z bezpiecznej przestrzeni łóżka przyprawiała ją o zawroty głowy. Nie czuła się gotowa na zderzenie z rzeczywistością. Codzienne obowiązki ją nużyły. Lubiła pracować, nie bała się wyzwań, ale przez ostanie tygodnie znacznie lepiej wychodziła jej praca ze snami. W ciągu dnia kreatywne myślenie szło jej opornie. Czuła, że wszystkie dobre rozwiązania są głęboko ukryte w jej nieświadomości, od której codzienność ją odgradzała. Kiedyś było inaczej. Cierpiała na nadmiar pomysłów, które domagały się jej uwagi. Były jak roje wielobarwnych motyli, które tworzyły przed jej oczami nowe obrazy. Czasami miała ich dość i chciała się ich pozbyć. Odganiała je, aż pewnego poranka zniknęły. Z dnia na dzień. Bez uprzedzenia. Teraz, kiedy ich tak bardzo potrzebowała, czuła pustkę w głowie. Nie wiedziała, co ma ze sobą zrobić. I dopiero wtedy zdała sobie sprawę, że to właśnie te wizje przyszłości były dla niej motorem działania. Wystarczyło jasno określić cel i konsekwentnie do niego dążyć. Tak jej się zawsze wydawało. Kiedy była młodsza, miała mnóstwo pomysłów na to, jak powinno rozwijać się osiedle, a jeśli rozwiązanie nie przychodziło na jawie, to odnajdywała je we śnie. Ostatnio ani za dnia, ani w nocy nie umiała sobie poradzić z wyzwaniami. Brakowało jej pomysłów i nie umiała odnaleźć się w tej nowej sytuacji. Nie rozumiała dzisiejszego snu. Czy to było pocieszenie? Czy nieświadomość motywowała ją, żeby skupiła się na wizji sukcesu i do niego dążyła? W realnym świecie jej codziennością były sąsiedzkie spory, a nie powszechne uznanie.

– Karolino, wszystko w porządku? – Henryk stał nad nią z kubkiem kawy i bacznie ją obserwował.

– Tak, tak, już wstaję… – Chętnie by pospała jeszcze godzinę, ale nie chciała go niepokoić. Jeszcze pomyśli, że jest chora lub zmęczona, i znów będzie musiała wysłuchiwać wykładów o zdrowiu.

Ale była zmęczona, i to bardzo. Czuła się przytłoczona nadmiarem zadań i nic nie zapowiadało, żeby miało się to zmienić. Henryk twierdził, że jest dla siebie zbyt krytyczna, bo i tak robi więcej niż inni. Może i tak, ale nie umiała inaczej. Zarządzanie osiedlem było całym jej życiem.

– Przeczytam ci plan dnia.

– Daj mi moment. Jeszcze się nie obudziłam do końca…

– To może poza czytnikiem snu zamówić ci budzik z wibratorem? Podobno budzi lepiej niż kawa grzybowa.

– Henryku, proszę cię… Co za okropny pomysł!

– Żartowałem tylko – odparł Henryk i ruszył w stronę kuchni.

– Od kiedy ty umiesz żartować? – zapytała Karolina, aby go przytrzymać przy sobie chwilę dłużej i odwlec moment wstawania.

– Mniej więcej od miesiąca. Tosia mnie nauczyła – odparł z dumą.

– To żartuj sobie z nią – fuknęła na niego, zdziwiła się swoją nagłą reakcją i ponownie zakryła się kołdrą.

– Jak sobie życzysz. Jeśli masz ochotę na drzemkę, to wrócę za kwadrans. Kawę zostawię ci na nocnym stoliku – odparł obojętnie Henryk i wycofał się z sypialni.

Karolina żałowała, że tak ostro zareagowała. To przecież nie jego wina, że jest zmęczona. Sama kazała się obudzić o dziewiątej. No, ale już trudno. Przez resztę dnia będzie dla niego milsza. Tylko, co z tą Tosią? Trudno jej było uwierzyć, że to Tosia nauczyła go żartować. Dziwne… Zresztą, co to za pomysł? Kto to wymyślił? Henryk? Przecież nie Tosia. Tosia była najpoważniejszą nastolatką, z jaką Karolina miała do czynienia. Od dziecka traktowała wszystko bardzo serio. Ale może coś się ostatnio zmieniło? W końcu dawno nie rozmawiały dłużej i czuła, że teraz nie do końca wie, kim jest jej córka. Relacja z Tosią to był jej kolejny wyrzut sumienia. Kiedyś dużo rozmawiały, a córka opowiadała jej swoje dziwne historie, ale w pewnym momencie coś się zmieniło. Nie pamiętała dokładnie tego dnia, ale zauważyła, że dziewczyna zaczęła zapadać się w sobie. Karolina nie wiedziała, co z tym zrobić. Tosia coraz bardziej zaczynała przypominać swojego ojca. Marek też potrafił znikać bez słowa i spędzać całe dnie w warsztacie. A przecież gdy Tosia była młodsza, to wszyscy sąsiedzi mówili, że wygląda jak młoda Karolina. Lubiła wtedy odpowiadać, że córka jest jej ulepszoną wersją.

Usiadła na łóżku i sięgnęła po kawę. Wzięła łyk i zdziwiona odsunęła kubek.

– Fuuu… Co to za mleko? Ohyda – skrzywiła się.

– Zwykłe. Konopne – odpowiedział Henryk z kuchni. Karolina zapomniała, że od niedawna ma on słuch absolutny, więc musi uważać, co mówi.

– Hm… – Zamoczyła jeszcze raz usta, degustując ciepły, lekko oleisty napar.

Faktycznie, konopne. Od kiedy Tosia zaczęła znosić te swoje dziwne wynalazki z laboratorium, Karolina zapomniała, jak smakuje zwykłe mleko. Zamyśliła się na chwilę, zastanawiając się, gdzie teraz może być jej córka. Zaczęła się zastanawiać, czy może powinny czasami zjeść wspólnie śniadanie… Ale może lepiej nie? Znów pokłóciłyby się o jedzenie i o to, że Tosia nic nie je, tylko pije te swoje mdławe, neonowe koktajle i mętne ziołowe napary. Może dobrze, że jej nie było.

Karolina nie chciała więcej myśleć o córce. Zwłaszcza że zaczęła już czuć wewnętrzną presję i denerwować się, że znów ma zaległości z pracą. Jej myśli odpłynęły do zaległych obowiązków. Czekał ją pracowity dzień. Obchody dwudziestopięciolecia osiedla zbliżały się nieuchronnie, a oni wciąż nie byli gotowi. Przeszło jej przez myśl, że gdyby wszystko organizowała sama, to poszłoby znacznie szybciej. A tak to ciągłe rozmowy i niekończące się dyskusje.

– Ela dzwoni. Połączyć? Czy chcesz, żebym z nią porozmawiał?

– Połącz. Odbiorę w kuchni.

Przeciągnęła się i poszła w stronę kuchni. Lubiła to mieszkanie. Zwłaszcza duży balkon i jasną kuchnię z salonem, który powiększyła o pokój Oli, kiedy z Mateuszem wyprowadzili się z domu. Pokój Mateusza miał oddzielna łazienkę, więc oddała go do osiedlowej puli. Administracja już dzień po jego wyprowadzce wstawiła dźwiękoszczelną ściankę działową i zaczęła nabór do nowo utworzonej kawalerki.

Karolina przypomniała sobie, że popołudniu miał wpaść na kawę nowy lokator. Jak on się nazywał? Piotrek? Antek? Na pewno Henryk zapamiętał. Musi go dopytać. A może zrzuci tę rozmowę na Henryka? W końcu i tak to on decyduje o większości spraw dotyczących tego mieszkania. Ale nie, to byłoby niegrzeczne. W końcu ten Piotrek-Antek zwrócił się bezpośrednio do niej. Nie może go tak zbywać. Co on sobie o niej pomyśli? I o całym osiedlu, którego w końcu była przedstawicielką? Postanowiła, że wypije kawę i zadzwoni do tego chłopaka. Przełoży ich spotkanie na jutro. Dziś będzie pod zbyt dużą presją. Jeszcze dzień dobrze się nie zaczął, a już czuła, że nie wyrobi się ze wszystkim. Może jednak zadzwoni od razu? Nie chciała, żeby czuł się zbywany. Ale nie. Musiała najpierw się umyć, ubrać i coś zjeść.

– Karolino, jesteś tam? – Z kuchni dobiegał głos Eli.

– Juuuż ideeę… – Karolina zorientowała się, że od kilku minut nerwowo skubie bukiet kwiatów akacji, który kupiła do salonu. Zebrała myśli i podeszła do kuchennego blatu, bliżej głośnika.

– Miło cię słyszeć, kochana! Jak się czujesz? – zapytała Ela.

– Wszystko dobrze, chociaż trochę się stresuję. – Wyczuła, że teściowa się o nią martwi. Chciała ją uspokoić, aby nie musieć przejmować się dodatkowo jej niepokojem. Żałowała, że nie poprosiła Henryka, żeby powiedział, że wyszła z domu.

– Obchody? – dopytywała Ela, która uwielbiała sąsiedzkie imprezy.

– No tak…

– Nic się nie martw! Będzie dobrze!

– No nie wiem… – Karolinę coraz bardziej irytował entuzjazm teściowej. Łatwo o niego, gdy jest się kilkaset kilometrów dalej.

– Dasz radę – zapewniała Ela.

– Z Radą to mam problem. A co u ciebie? Wszystko dobrze? – Karolina nie chciała już ciągnąć poprzedniego wątku. Wcale nie była przekonana, że sobie poradzi.

– Tak, wszystko dobrze! Zastanawiam się, kiedy w końcu zaczniemy działać sobie na nerwy. W końcu wiesz, jak jest w stałych związkach…

– Wiem, wiem… I nie tęsknię. – Karolina przypomniała sobie swoje wspólne mieszkanie z Markiem. Zwłaszcza poranki, gdy wstawała rano, żeby zrobić im śniadanie, które potem jedli wspólnie, ale w zasadzie osobno, bo Marek zawsze albo coś czytał, albo był pogrążony w myślach. Męczyło ją to, że jednocześnie jest z nią i go nie ma. Teraz była sama, ale mogła zająć się sobą. Trudno jej było to przyznać, ale cieszyła się, że Marek nie spieszy się z powrotem.

– A jak tam Mateusz? Przeprowadził się? Nie mogę się do niego dodzwonić – dopytywała Ela.

– Tak. W zeszłym miesiącu.

– Zadowolony?

– Chyba tak – Karolina była pewna, że Mateusz czuje się lepiej, od kiedy jest z dala od niej. – Zdziwiłam się, że zachował wszystkie meble, które zostawiłaś.

– Może to dobrze, że jest oszczędny. Po co wydawać pieniądze, żeby wszystko zmienić – radosny głos Eli działał jej na nerwy. Nie była pewna, czy bardziej się cieszy, że teściowa wyjechała, więc Mateusz mógł w końcu zamieszkać sam, czy bardziej za nią tęskni. W końcu Ela była jedyną osobą, przy której mogła zachowywać się swobodnie, a nie ciągle grać silniejszą, niż jest.

– Ale on naprawdę niczego zmienił. – Karolinę dziwiło, że Mateusz nie ma potrzeby zaznaczenia swojego gustu nawet w miejscu, w którym mieszka. Ale w sumie zawsze tak było, że poddawał się innym. Albo jej, albo Oli, która urządziła jego poprzedni pokój.

– A ten nowy kolega Mateusza, Antek? Poznałaś go już? – dopytywała Ela.

– Nie, jeszcze nie. Nie mogę znaleźć czasu, żeby z nim dłużej porozmawiać, ale wygląda miło. – Karolinie było wstyd, że Ela pamięta imię tego chłopaka, a ona nie. Zaczęła się zastanawiać, czy był kimś ważnym dla Mateusza, a ona znowu coś przegapiła. Rola matki trójki dorastających dzieci była ponad jej siły. Już i tak ledwo radziła sobie z zarządzaniem osiedlem i wszystkimi napięciami w radzie. Przynajmniej będzie miła dla tego Antka, to nie powinno być trudne.

– To dobrze. Mateusz mówił o nim same dobre rzeczy – ciągnęła teściowa niezrażona ciszą po drugiej stronie. – A właśnie, zupełnie bym zapomniała…

– Tak? – Karolina poczuła, jak spina jej się kark. Nie lubiła, gdy ktoś ją podchodził. Obawiała się, że Ela znów dzwoni z jakąś coachingową radą, a pytanie o Mateusza to tylko pretekst.

– Możesz coś dla mnie zrobić?

– Jasne – odparła, choć nadal nie wiedziała, czego się spodziewać. Umysł podpowiadał jej różne negatywne scenariusze.

– Czy mogłabyś zajrzeć do niego i wysłać mi zdjęcie, które wisi w kuchni?

– Ale które? – Karolina odetchnęła. Może przesadzała podejrzewając Elę o to, że ciągle krytycznie ją obserwuje.

– Jest tylko jedno – odparła

– To pilne? – zapytała Karolina, przypominając sobie, ile ma tego dnia na głowie.

– Nie, nie. Po prostu Róża nie wierzy, że miałam kiedyś długie, rude, bujne włosy, a to jedyne zdjęcie z tego okresu.

– Jasne. Zajrzę tam dzisiaj.

Karolina odetchnęła z ulgą słysząc, że tym razem prośba Eli miała z nią niewiele wspólnego. Nie potrzebowała teraz niczyjej troski. Ani ze strony Eli, ani Henryka. Dobrze, że chodziło tylko o zdjęcie. Zresztą Karolina wcale nie dziwiła się Róży, Ela wyglądała tak, jakby urodziła się siwą seniorką rodu. Nagle poczuła, że zalewa ją tęsknota. Choć minął już rok, wciąż trudno jej było uwierzyć, że Ela wyprowadziła się z Glinianek. Gdy pierwszy raz wspomniała o swoim zamiarze, Karolina pomyślała, że to żart. Zawsze jej się wydawało, że Ela jest bardziej przywiązana do ich osiedla niż ona. A tutaj taka niespodzianka. W ciągu tygodnia zamieniła swoje mieszkanie na mieszkanie na Nowych Żernikach, a po miesiącu już jej nie było. Wyjazd teściowej do Wrocławia ją przytłoczył. Dopiero, gdy zniknęła z jej życia, Karolina zauważyła, jak bardzo obecność Eli ułatwiała jej kontakt z córkami. Zawsze wiedziała, co tam u nich, więc Karolinie łatwiej było je zagaić, pytając o coś konkretnego. Tosia była zupełnie oderwana od świata. Na co dzień żyła w laboratorium, robiąc różne dziwne eksperymenty, jak te coraz dziwniejsze rodzaje komórkowego mleka, jakby nie można go było robić z roślin, jak wszyscy. Tosia miała obsesję, że znikną wszystkie rośliny i umrzemy z głodu. Starsza, Ola, wydawała się bardziej przyziemna ze swoją pracą w przedszkolu, ale na dobrą sprawę z nią też Karolina nie miała kontaktu. Może były zbyt podobne? Albo przeciwnie – zbyt różne od siebie. Czuła się bardzo związana z Olą, ale ta jej nie dopuszczała do siebie. Tosia przynajmniej miała jakieś hobby, które było pretekstem do rozmowy, a Ola strzegła swoich myśli i nie dzieliła się nimi z nikim, przynajmniej nie z nią. Może rację mają osoby, które mówią, że ludzie dogadują się ze sobą co drugie pokolenie? To byłoby optymistyczne, bo miałaby szanse na dobry kontakt z wnukami, ale do tego droga daleka, bo żadne z jej dzieci nie planowało rodzicielstwa. Dobrze, że miała Henryka.

Wypiła kawę, pogłaskała Filipa i już miała wyjść, ale przypomniało jej się, że po zebraniu planowała iść na obchód osiedla. Szybko zamieniła szpilki na trampki i wybiegła z domu. Szpilki, pomyślała. Co mi przyszło do głowy, żeby zakładać szpilki na zebranie sąsiedzkie? Przecież znamy się wszyscy od lat. Nie ma przed kim się stroić. Jednak dziś chciała wyglądać inaczej niż zwykle. Nie bardziej kobieco, bo nawet w dresie wyglądała jak dziewczynka mimo swoich prawie pięćdziesięciu lat, ale po prostu inaczej.

Zdyszana wpadła do sali. Wszyscy już byli. Adrian, Mirek, Mateusz, Ola i reszta sąsiadek i sąsiadów z rady. Nie było tylko Marysi i Tomka, ale pewnie się spóźnią. Nawet Tosia przyszła. Nie zauważyła jej od razu. Jej córka jak zwykle usiadła w kącie, zawinięta w ten swój dziwny kolczasty koc. Czy ona nie może ubrać się jak człowiek, albo chociaż usiąść ze wszystkimi? Już nawet Filip jest bardziej towarzyski. Za to Kacper jak zwykle siedział w pierwszym rzędzie i kręcił się niecierpliwie. Widziała, że coś energicznie tłumaczył Adrianowi. Gdy tylko ją zobaczył, zakrzyknął radośnie.

– Miło cię widzieć! Czekaliśmy na ciebie!

– Jest 10:00. Jestem na czas – spojrzała na niego chłodno.

– No wiem, wiem. Zawsze jesteś na czas – odpowiedział, rzucając jej filuterne spojrzenie.

Karolina była zła na siebie, że dała się sprowokować. Przecież i tak go nie obchodziła. Dla niego liczyło się tylko to, żeby mieć audytorium. Na pewno nie mógł się doczekać, aż zacznie się zebranie i będzie mógł znowu toczyć dyskusje o metodzie głosowania lub przewadze demokracji bezpośredniej nad demokracją przedstawicielską. Nie była w stanie traktować go poważnie. Był jak duży szczeniak, którego rozpiera energia i chce się ze wszystkimi zaprzyjaźnić. Biedny Adrian, który nieopatrznie usiadł obok niego. Żeby tylko Kacper go nie uszkodził, machając w amoku rękoma. Nie mogła się zdecydować, czy Kacper bardziej ją irytuje, czy jednak rozczula. Przypominał jej ją samą z początków osiedla. Była nawet jeszcze młodsza od niego i mniej doświadczona. Wierzyła, że cały świat należy do niej. Drażniło ją jednak, że się panoszył. Przyjechał ze Szwecji i myślał, że pozjadał wszystkie rozumy. Że wszystko można zacząć od nowa. Nie tutaj. Nie na osiedlu, które zaraz będzie miało ćwierć wieku.

– Zaczynamy? – Kacper niecierpliwie kręcił się na krześle.

– A Marysia i Tomek? – zapytała, chociaż znała odpowiedź. Chciała sprawdzić, jak bardzo on się wszystkim interesuje. Zaproponował ostatnio, że może ją wesprzeć jako współprowadzący, więc zrzuciła na niego pilnowanie obecności.

– Spóźnią się, ale będą. Powiedzieli, żeby na nich nie czekać.

Zaczęli zabranie. Karolina przyznała sobie rolę moderatorki spotkania. Protokół jak zwykle robiła Lori.

– Zacznijmy od podziału na zespoły. Nie ma sensu, żebyśmy na tym etapie o wszystkim rozmawiali wspólnie. Co wy na to? Ktoś jest przeciw? – Rozejrzała się po sali. – Nikt? To świetnie. To proponuję, żeby Kacper poprowadził grupę o nowym modelu głosowania.

– Z największą przyjemnością!

– Mirku, może byś zweryfikował z kilkoma osobami listę zaproszonych gości zewnętrznych, zwłaszcza tych z rządu.

– Oczywiście, nie ma sprawy.

– A ja poprowadzę grupę, która zajmie się scenariuszem imprezy. Tosiu, mogłabyś do mnie dołączyć? Chcielibyśmy otworzyć laboratorium dla zwiedzających. Ja i Mirek zostaniemy z naszymi zespołami w dużej sali. A ty, Kacprze, czy mógłbyś przenieść się ze swoją grupą do jadalni? Będziecie mieć tam więcej przestrzeni dla siebie.

Karolina chciała wykorzystać potencjał Kacpra. Metody głosowania to był jego konik. A do tego demokracja lokalna, w której równoprawny udział mieli również osobiści asystenci, była czymś, co znał z doświadczenia. Miała wobec niego wiele zastrzeżeń, ale bardzo ceniła jego wiedzę w tym zakresie. Musiała się też przed sobą przyznać, że przeniesienie grupy Kacpra do innego pomieszczenia gwarantowało ciszę i spokój głównie jej samej. Nie mogła się skupić w jego obecności. A to przecież ona był odpowiedzialna za przebieg święta dwudziestopięciolecia osiedla. Nie mogła sobie pozwolić, żeby czyjaś obecność ją rozpraszała. A już na pewno nie obecność młodego chłopaka. Jeszcze raz przejrzała agendę.

Po godzinie wszyscy ponownie zebrali się w dużej sali.

– Jesteście gotowi? Kto chce zacząć?

– Ja mogę!

– Proszę, Kacprze. Zaczynaj. Tylko mów spokojnie – poczuła, że jej głos znów zabrzmiał ostrzej, niż chciała.

– Nie udało nam się dojść do konsensus, więc będę mówił we własnym imieniu.

Kacper wyprostował się, wziął głęboki oddech i wszedł na mównicę. Karolina spojrzała na niego i miała wrażenie, że gdzieś zniknął ten pocieszny szczeniak. Stał wyprostowany, podpierając się dłońmi o pulpit. Jego ciało przybrało pomnikowy kształt. Zaczął mówić spokojnym głębokim głosem.

– Jako osiedle, które od samego swojego początku było pionierem we wdrażaniu innowacyjnych rozwiązań, powinniśmy zrobić kolejny krok naprzód i wprowadzić nowy model demokracji lokalnej. Coraz więcej osób o tym mówi, ale jeszcze nikt w Polsce nie zdecydował się przejść od teorii do praktyki. Najwyższy czas dać prawo głosu nie tylko ludzkiej, ale również technologicznej inteligencji – naszym prywatnym asystentkom i asystentom, którzy przez te wszystkie lata pozostawali niemi, a przecież dla wielu z nas są jak członkowie rodziny.

Karolina już dawno chciała włączyć boty do społeczności, ale dla osób, które pamiętały dawne czasy, było to nie do pomyślenia. Kilka lat temu poddała się w tej sprawie. Teraz technologia poszła tak bardzo do przodu, że można było wrócić do tego pytania. Nie miała już jednak siły na kolejne dyskusje. Czuła wewnętrzny opór i niemoc. Dlatego tym bardziej cieszyła się, że ten pomysł wyszedł do Kacpra, który patrzył na wszystko świeżym okiem. Dobrze, że na co dzień ostentacyjnie okazywała mu niechęć i nikt nie pomyśli, że się umówili.

– To właśnie nasi prywatni asystenci mają najlepszy dostęp do informacji. Nikt nie zna osiedla lepiej niż oni. Do tego są niezwykle racjonalni i odpowiedzialni. W naszych dyskusjach jest wiele emocji. My, ludzie, często głosujemy pod wpływem impulsu. Potrzebujemy naszych technologicznych przyjaciół, aby tonowali nasze spory i byli głosem rozsądku podczas podejmowania decyzji, które mają kluczowy wpływ na rozwój naszego osiedla. Zdaję sobie sprawę, że to odważna propozycja. Wielu z was jest wobec niej sceptycznych. Wiem jednak, że równie wiele osób pokłada w niej nadzieje. Nie chcę tutaj mówić do przekonanych, ale do sceptyków właśnie. Rozumiem was doskonale. Po wielu latach demokracji, w której to ludzie o wszystkim decydowali, pomysł pełnego upodmiotowienia botów może wydawać się szalony. Ale przecież starożytne polis też opierały się na wykluczeniu: ani kobiety, ani niewolnicy nie mieli głosu.

– Piękne czasy… – rzucił Adrian.

– Hehehehhe, wysoko się cenisz – zarechotał Mirek. – Mnie tam raczej wyglądasz na potomka niewolników, a nie panów.

– No wiesz!

– Panowie, spokój! – Karolina uderzyła w stół otwartą dłonią. Adrian i Mirek od razu się wyprostowali. Czuła, że się jej boją i tylko sprawdzają, na ile mogą sobie pozwolić. Ta krótka chwila władzy sprawiła jej przyjemność, ale szybko odrzuciła od siebie tę emocję. Wiedziała, jak niebezpieczne jest poddawanie się tej błogiej rozkoszy dominacji.

– Kontynuuj – zwróciła się do Kacpra.

– Technologia poszła do przodu szybciej niż moglibyśmy sobie wyobrazić – mówił dalej spokojnie Kacper, ignorując ich żarty. – Nawet dzisiaj odpowiedzialną funkcję sekretarza i notowania nie tylko naszych słów, ale też ładunków emocjonalnych, powierzyliśmy Lori.

Zgromadzeni wpatrywali się w Kacpra. Karolina widziała, jak bardzo jest poruszony. Mówił jak w transie. Poza Mirkiem i Adrianem, którzy co chwila chichotali, pozostali słuchali z uwagą. Nawet Henryk wyglądał na skupionego bardziej niż zwykle, ale może tylko jej się zdawało. Przecież jest na wskroś racjonalnym botem. Odczuwanie międzygatunkowych sojuszy z wykluczonymi całego świata musiało być wyłącznie jej projekcją pod wpływem mowy Kacpra.

Pokładała wiele nadziei w tym rozwiązaniu. Zawsze bardzo jej przeszkadzało, że w dyskusjach jest więcej emocji niż rozmowy o faktach. Zresztą nikt nie mógł zaprzeczyć, że każda kolejna generacja botów coraz bardziej przypomina nas samych. Nie była w stanie stwierdzić, czy odczuwają emocje, ale na pewno można było się z nimi zaprzyjaźnić i porozmawiać, zwłaszcza w trudnych momentach. Od czasu wyprowadzki Eli Henryk był dla niej ogromnym wsparciem. To poczucie bliskości było możliwe, bowiem boty znały profile psychologiczne domowników, pamiętały wszystkie rozmowy i lepiej niż terapeuci docierały do sedna problemu. Byli też pierwszymi alarmującymi o problemach zdrowotnych. Lekarze pierwszego kontaktu zniknęli