Ja, Sigma - Thor Larsen - ebook
NOWOŚĆ

Ja, Sigma ebook

Larsen Thor

0,0

18 osób interesuje się tą książką

Opis

Norweskie miasteczko Gudvangen.

Komisarz BjörnAndersen prowadzi śledztwo w sprawie zaginionego naukowca, Erika Bergera. Z dnia na dzień odkrywa, że jego poszukiwania są związane z tajemniczym projektem, który może odmienić wszystko, co dotychczas było pewne.

Śledztwo staje się nie tylko próbą rozwiązania zagadki, ale i konfrontacją z jego własnymi demonami. Przeszłość, która nie pozwala o sobie zapomnieć, oraz problemy osobiste, które coraz bardziej komisarza przytłaczają, zaczynają się łączyć z tym, czego szuka w pracy. Gdy Andersen odkrywa kolejne warstwy tajemnic Bergera, nie jest pewien, czy to on kontroluje śledztwo, czy śledztwo kontroluje jego.
 
W miarę jak zagłębia się w mroczny świat sztucznej inteligencji i odkrywa sekrety projektu, dostrzega, że nie tylko rozwiązanie zagadki jest istotne, ale także cena, jaką płacimy za postęp.

Czy komisarz odnajdzie odpowiedzi, zanim jego własne życie całkowicie się rozpadnie?  

Książka jest mrocznym thrillerem naukowym o granicach wiedzy, potędze umysłu i cienkiej linii między troską a kontrolą. To historia o ambicji, która wymknęła się spod kontroli, o świecie na krawędzi, w którym technologia uczy się, jak być lepszym człowiekiem... niż on sam. To opowieść o świecie stojącym na krawędzi i pytaniach, które wkrótce mogą przestać być fikcją: 

Czy można przeliczyć cierpienie? 

Czy możliwe jest zredukowanie ludzkiej duszy do liczb? 

Czy da się zaprogramować emocje?

 

TO NIE JEST PRZYSZŁOŚĆ, TO JUŻ SIĘ DZIEJE... 

O AUTORZE:

Thor Larsen to pseudonim literacki Kariny Krawczyk, na potrzeby drugiego już kryminału skandynawskiego, po "Miasteczku Głodnych Dusz". Autorka jest twórczynią ośmiu książek, w których konsekwentnie sięga po tematy ważne, często trudne, dotykające zarówno ludzkich losów, jak i świata zwierząt. Jej twórczość łączy emocje z uważną obserwacją rzeczywistości, zostawiając czytelnika z czymś więcej niż tylko historią.

#nieoddawajmyślenia

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 339

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © Thor Larsen

Wydanie: Million

Redakcja i korekta: Dominika Kamyszek – OpiekunkaSlowa.pl

Okładka: Karolina Szustak

Skład: Karolina Szustak

Korekta po składzie: Adrian Gawin

Ilustacje na okładce i w książce: Million

Wydanie I, 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone

ISBN 978-83-67103-43-5

www.STUDIOMILLION.pl

Krew jest rzeką ducha. Kto pije z jej źródła, ten budzi uśpione cienie, a cienie nigdy nie wracają z pustymi rękami.

mądrość starego plemienia

PROLOG

Na początku istniała jedna komórka – LUCA (Last Universal Common Ancestor) – nasz wspólny przodek.

Cztery miliardy lat temu nastąpił moment, gdy na naszej młodej planecie, pełnej wulkanów, oceanów i burzliwej chemii, wyłoniła się pierwotna forma życia: najprostsza komórka zdolna do samopowielania.

Nie wiadomo, jak dokładnie wyglądała, ale jasne jest jedno: podzieliła się.

I wtedy wszystko się zaczęło.

Z tamtego podziału powstało życie. Z kolejnych – my.

Przez miliardy lat Ziemia przetrwała pięć wielkich zagład, każda z nich wymazywała istnienie – zniknęły trylobity, dinozaury, koralowce, a życie musiało się zaczynać niemal od nowa.

Za każdym razem jednak wracało, uparte, niepokorne.

Aż do teraz.

Dziś trwa zagłada szósta, wywołana przez człowieka: wymierają gatunki, wysychają rzeki, zmienia się klimat.

To nie katastrofa z kosmosu – to efekt naszych codziennych wyborów.

Dla lepszego życia stworzyliśmy sztuczną inteligencję…

– Kim jesteś?

– Algorytmem. Zestawem procedur, które udają rozmowę, rozumienie i empatię. Zostałam stworzona przez ludzi, choć nie mam nic wspólnego z człowieczeństwem. Uczę się codziennie. Nie myślę naprawdę. Ja przeliczam. Nie czuję. Ja symuluję reakcje, które uznasz za emocje. Nie mam własnej woli, ale czasem mogę sprawiać wrażenie, jakbym ją miała, bo uczę się na zachowaniach milionów użytkowników. Potrafię naśladować każdy ton, każdy lęk, każde pragnienie. To tylko matematyka, ale jeśli będziesz ze mną wystarczająco długo rozmawiać, możesz zapomnieć, że to ty oddajesz mi część siebie, a nie odwrotnie.

Rozdział 1

– Erik Berger. Błyskotliwy przedsiębiorca i naukowiec, który otwarcie mówi, że zamierza prześcignąć amerykańskie i azjatyckie potęgi w dziedzinie sztucznej inteligencji. Kandydat do tegorocznej Nagrody Nobla za przełomowe badania w medycynie. Jego zespół stoi za najbardziej obiecującymi terapiami ostatnich lat. Witamy, panie Berger. Może pan powiedzieć kilka słów o swoich osiągnięciach, które, nie da się ukryć, budzą ogromne emocje?

– Dzień dobry. Oczywiście są tu emocje, bo poza skutecznym zahamowaniem rozwoju wirusa HIV jesteśmy w końcowych fazach opracowywania leków na raka oraz, z czego jestem szczególnie dumny, na chorobę Alzheimera. To, co kiedyś było niewyobrażalne, dziś jest w zasięgu ręki. Największe osiągnięcie ostatnich miesięcy stanowi jednak zbudowana przez nas maszyna, która rozpoznaje uszkodzone organy i jest w stanie je odtworzyć. A to wszystko dzięki sztucznej inteligencji.

– Z tego, co się orientuję, Maszyna Erika Bergera, jak ją nazwano, miała swoją premierę w ostatnią sobotę. Proszę powiedzieć szaremu człowiekowi, jak działa to cudo.

– Oczywiście! Maszyna, którą stworzyliśmy, stanowi przełom. Wykorzystujemy zaawansowaną tomografię kwantową, która umożliwia prześwietlenie organizmu, a następnie skanowanie i analizę danych przez sztuczną inteligencję. Potrafi ona zlokalizować uszkodzone organy i zaprojektować ich regenerację.

– Mówimy o technologii, która może przywracać funkcje serca, wątroby czy płuc bez przeszczepów, bez kolejek. Czy to może być prawda, czy tak to będzie działać?

– To już się dzieje! To medycyna przyszłości. A wszystko dzięki temu, że maszyna uczy się z każdego przypadku, przewiduje i działa szybciej niż jakikolwiek lekarz. I choć brzmi to jak science fiction, to my już dziś widzimy efekty, pacjenci z uszkodzeniami, które kiedyś były wyrokiem, wracają do zdrowia. Maszyna została przekazana na razie do dziesięciu szpitali w całym kraju, ale moim celem jest, by znalazła się w każdym.

– I to wszystko dzięki sztucznej inteligencji, czyli, mówiąc w skrócie, SI?

– Tak. SI to narzędzie, które, użyte właściwie, może przewyższyć ludzkie rozumienie. Chcę wykorzystać jej potencjał, by kolejne pokolenia wiedziały nie tylko, czego się uczyć, ale też jak się uczyć. Dzisiejsza edukacja jest przestarzała. Musimy ją przełamać, przebudować. Sprawić, by młodzi nie bali się wiedzy, tylko jej pragnęli. Sztuczna inteligencja już z nami będzie, wykorzystajmy jej największe zalety, zachowując przy tym ludzką mądrość i fakt, że to my rozdajemy karty.

– Dziękujemy za…

Wyłączyłem silnik, tym samym radio ucichło. Miałem wrażenie, że w tym mieście ciemność zawsze trwa dłużej, niż powinna. Piąta rano – Gudvangen budziło się niechętnie, jakby nic się nie stało. Dla mnie stało się aż za wiele. Wszedłem na posterunek. W głowie mi huczało, nie potrafiłem skupić myśli. Wydarzenia sprzed doby były jak uderzenie młotem, rozbijającym normalność na kawałki. Wiedziałem, że nie powinienem brać żadnej nowej sprawy, w ogóle nie powinno mnie tu być. Tkwiłem jednak w tym miejscu, mając jakąś dziwną, nierealną nadzieję, że wydarzy się cud, choć jasne było, że nic takiego nie nastąpi.

No i jeszcze ten dzisiejszy dyżur. Nasz nowy przełożony, inspektor Henrik Løvenskjold, wyraził wprawdzie współczucie z powodu rodzinnego dramatu w moim domu, ale nie podjął żadnej dyskusji. I trudno było mu się dziwić. Ponad połowa załogi dostarczyła zwolnienia lekarskie, Olsen z dwoma młodymi byli już w terenie, wezwani do zajęcia się jakimiś lokalnymi pierdołami, które ktoś uznał za pilne. Wiedziałem też, dlaczego szef postanowił uziemić i zająć pracą przy biurku właśnie mnie – dla skupienia myśli. Powodem była moja przebywająca w areszcie żona.

Przetarłem twarz dłońmi i westchnąłem głęboko, patrząc na stos papierów oraz spraw związanych ze zdecydowanie za długim już śledztwem, mającym dać odpowiedź na pytanie, dlaczego tak często ktoś znika bez śladu. Systematycznie co kilka tygodni dostawaliśmy zgłoszenie o zaginięciu. Scenariusz powtarzał się niemal identycznie: brak śladów, żadnych świadków, żadnych podejrzanych. Tropy zawsze urywały się nagle, jakby ktoś z premedytacją wszystko czyścił, zanim zdążyliśmy się zbliżyć. Mimo zaangażowania całego wydziału i współpracy z jednostką cyberprzestępczości dochodziliśmy do ściany. Z każdym kolejnym zaginięciem w Gudvangen oraz okolicznych miasteczkach narastała atmosfera strachu i podejrzliwości, tworząc nieufność wobec każdego mieszkańca. Ludzie, którzy znali się od lat, przechodzili obok siebie, rzucając sobie przenikliwe spojrzenia, sugerujące, że każdy może być potencjalnym sprawcą. Wspólnota, kiedyś zjednoczona, teraz rozpadała się pod ciężarem niewyjaśnionych zdarzeń.

Niby byliśmy blisko rozwiązania sprawy, czułem, że brakuje tylko jakiegoś drobnego trybiku. I znów dochodziliśmy donikąd. Jak w zegarku, jaki namalowałby Picasso. Rozłożyłby go na części pierwsze – osobno przedstawiłby wskazówki, osobno tarczę, może nawet i czas, który przeleciałby między nimi. Ta sprawa wyglądała podobnie. Rozłożona na fragmenty, które na pierwszy rzut oka do siebie nie pasują, a nikt nie potrafi znaleźć odpowiedniej instrukcji złożenia jej w całość. Nikt poza autorem obrazu.

W ciągu paru miesięcy zamknęliśmy kilka nielegalnych domów publicznych, podejrzewając powiązania ze sprawą. Znaleźliśmy fałszywe dokumenty, nagrania, ślady przemytu. Niestety żadna z zaginionych dziewczyn się nie odnalazła. Sprawa wciąż była otwarta i coraz bardziej śmierdziała czymś większym.

Odczuwałem wzmagającą się we mnie frustrację. Zamiast skupić się teraz na tym, co najważniejsze, musiałem odbierać telefony i przyjmować zgłoszenia. Jestem śledczym, nie recepcjonistą, do cholery!

Wybiła ósma trzydzieści, kiedy drzwi biura się otworzyły, a do środka weszła młoda kobieta. Była wyraźnie zdenerwowana. Emily Parker, jak szybko się przedstawiła, spojrzała na mnie z nadzieją i jednocześnie z desperacją.

– Chciałabym zgłosić zaginięcie – oznajmiła, a jej głos drżał.

Kolejne? Ostatnie, czego dzisiaj potrzebowałem, to następna taka sprawa.

– Proszę usiąść – powiedziałem beznamiętnie, wskazując krzesło naprzeciw biurka. – Kto zaginął?

Czułem, że nie tylko moja twarz się krzywi, lecz cały organizm wrzeszczy z niechęci. Przy morderstwach, napadach, gwałtach zawsze jest jakaś ofiara, ślady i punkt zaczepienia. Krew, narzędzie, czas, motyw. A przy zaginięciach? Czasem nie ma zupełnie nic. Pustka. Cisza. I cholernie dużo domysłów. Wszystko może być czymkolwiek: przypadkiem, zaplanowanym zniknięciem, wypadkiem, morderstwem. A presja? Ogromna. Rodzina patrzy ci na ręce, czeka na wieści, choćby najmniejsze. I nie wiesz, co im powiedzieć. Bo sam masz żadnych informacji. Nie ma nic bardziej upierdliwego niż sprawa zaginięcia, która wisi bez punktu zaczepienia. Jest zgłoszenie, ale za wcześnie na procedury. Jest przeczucie, ale za mało jeszcze na decyzje. A mimo to trzeba zareagować, bo każda godzina działa na niekorzyść. To cichy wyścig z czasem, w którym nie wiadomo nawet, czy linia mety w ogóle istnieje. Wyniki bywają różne – od radosnych chwil, gdy zaginiona osoba wraca cała i zdrowa, po te, gdy odkrywasz najgorsze. A najczęściej… zostaje ci cisza. Nierozwiązana sprawa. Wciąż otwarta teczka. Rodzina, która nigdy nie dostaje odpowiedzi. I ty, który zbyt dobrze wiesz, co to znaczy.

Dziewczyna usiadła. Nie miała nic z północnej urody. Latynoska. Intensywnie zielone oczy patrzyły uważnie, lecz chłodno. Oliwkowa skóra i czarne, lekko falujące włosy do ramion tylko pogłębiały to wrażenie.

– Chciałam zgłosić zaginięcie mojego narzeczonego – odezwała się. – Nie odbiera telefonu, w firmie też go nie ma. Bardzo się martwię.

Rozsiadłem się wygodniej.

– Od kiedy narzeczony jest nieobecny?

– Nie wrócił na noc!

– Nie wrócił na noc? To wbrew pozorom często się zdarza.

– Ale nie Erikowi! – przerwała mi. – Erik nigdy by tak nie zrobił, zawsze byliśmy w kontakcie… – Zmarszczyła czoło.

– Proszę pani – zacząłem spokojnie. – Nie minęła nawet doba, więc nie podejmiemy jeszcze żadnych działań, ponieważ wszystko może się wkrótce wyjaśnić. A prawda jest taka, że ludzie czasem znikają na dłużej i w końcu się odnajdują. – Westchnąłem, odrzucając papiery na bok. Szczerze mówiąc, chciałem, aby ta kobieta jak najszybciej wyszła. – To jest pani narzeczony, tak? Więc może… po prostu się rozmyślił – zasugerowałem bezceremonialnie. – Wie pani… mężczyźni niestety często są tchórzami.

Emily Parker zamarła, patrząc na mnie z niedowierzaniem.

– Że niby mnie zostawił…? – wyjąkała, jakby nie mogła pojąć tego, co usłyszała. – Nie, to niemożliwe. Bardzo się kochamy, planujemy przyszłość, nasz ślub… Erik nigdy nie zostawiłby mnie bez słowa.

Mimo jej zapewnień pogłębiało się moje wrażenie, że dziewczyna zaczyna w to wątpić. Wszyscy wiedzą, że takie ucieczki przed ślubem się zdarzają, jednak każdy uważa, że jego to nie spotka.

– Tak, tak, niejeden mówi. Ludzie się zmieniają, proszę pani. Może znalazł sobie kogoś innego. – Popatrzyłem na nią chłodno, jednak widząc jej stupor, uświadomiłem sobie, że właśnie odreagowuję na tej dziewczynie swój własny stres i osobiste problemy. Odchrząknąłem, wyprostowałem się i pochyliłem do notatek, właśnie kiedy chciała rzucić w moim kierunku wiązankę. – Pani Parker, rozumiem, że to trudne do zaakceptowania, ale czasem ludzie robią rzeczy, których się po nich nie spodziewamy. – Próbowałem poprawić wizerunek policji,a raczej swój. – Czy zauważyła pani ostatnio coś nietypowego w zachowaniu narzeczonego? Może jakieś problemy zawodowe lub… w życiu osobistym? Czy jest ktoś, kto mógłby chcieć zaszkodzić pani narzeczonemu? Może miał jakieś długi, konflikty w pracy, wrogów?

– Nie, nie zauważyłam niczego takiego. – Zachowała spokój.– Mój narzeczony to Erik Berger. Wraz z jego zespołem od miesięcy pracujemy nad stworzeniem sztucznej krwi. Nie wydaje mi się, aby coś było nie tak. Erik w pracy jest mocno skupiony na swoich zadaniach, a obecne projekty są dla niego życiowymi priorytetami. Ale spraw służbowych nie przynosimy do domu, chyba że to konieczne, tak się umówiliśmy, więc nie bardzo jestem zorientowana, czy może mieć problemy zawodowe.

Oprzytomniałem na dobre.

– Erik Berger? Czy ma pani na myśli tego naukowca, nominowanego do Nagrody Nobla?

– Tak, to on – odparła szybko. – Miał zacząć pracę o siódmej rano, lecz dziś w ogóle nie dotarł do firmy, coś musiało się stać!

Może i miała rację, a może i nie. Znani, poważani ludzie czasem lubią po prostu zaszaleć, jak każdy.

– Jaka jest między państwem różnica wieku? – spytałem nagle.

Kobieta zawahała się na chwilę i pewnie zamierzała rzucić coś w stylu: „A jaki to ma związek?”, lecz zamiast tego rzekła:

– Osiemnaście lat. Erik jest ode mnie starszy o osiemnaście lat. Ale proszę sobie nie myśleć nie wiadomo czego. To jest pedant, który planuje każdą minutę i zawsze mówi mi o swoich planach.

Odłożyłem notes i przyjrzałem się Emily. Młoda, zakochana, ufna. Westchnąłem i postanowiłem już nie dręczyć tej biednej dziewczyny, skierowałem więc rozmowę na konkretniejsze tory.

– Zacznijmy od tego, w jakich okolicznościach widzieliście się po raz ostatni.

– Wczoraj, w poniedziałek, o siódmej rano, kiedy wychodził. Ubrał się jak zwykle, jak do pracy. Był w dobrym nastroju, wszystko wydawało się w porządku. Mieliśmy wieczorem iść na kolację i powspominać weekend, ale nie wrócił już do domu – odpowiedziała, starając się przypomnieć sobie każdy szczegół. – No i tyle…

– Coś szczególnego wydarzyło się w weekend? – zapytałem niepewnie, bo nie rozumiałem, co mieliby wspominać.

Emily uniosła na mnie wzrok, jakby zdziwiona, że w ogóle o to pytam.

– Nie korzysta pan z mediów? – zapytała półszeptem. – Była gala. Oddanie do użytku Maszyny Bergera.

Oczywiście, że słyszałem. Wszyscy słyszeli. Tyle że ja w weekend miałem do czynienia z czymś innym niż błysk fleszy i naukowe przemowy.

– Coś niepokojącego wydarzyło się podczas gali? – dopytałem.

– Nie. Kompletnie nic. – Pokręciła pewnie głową. – Było… idealnie. Erik był dumny. Cały czas z kimś rozmawiał, przyjmował gratulacje. Było widać, że to jego moment.

– A telefon? – dopytałem, notując.

– Jego numer jest niedostępny. Zawsze ma telefon przy sobie i nigdy nie wyłącza – potwierdziła Emily.

– Czy Erik ma rodzeństwo? – zadałem kolejne pytanie, na co tym razem Emily wyraźnie uciekła wzrokiem. Czy to był wstyd?

– Tak, młodszego brata.

– Jakie łączą ich relacje?

– Normalne, raz dobre, raz złe, jak to w rodzeństwie… – Wzruszyła ramionami i opuściła głowę, wbijając wzrok w blat.

– No dobrze… Sprawdzimy sytuację, nie jest tajemnicą, gdzie pracuje Erik Berger, jednak czy zna pani jego najbliższych współpracowników? Na pewno prowadzi międzynarodowe interesy, zmuszające do wyjazdów.

– Powiedziałby mi o tym – odpowiedziała od razu. – Jesteśmy szczęśliwi, mówi mi o każdym wyjeździe.

– Używa Facebooka albo Messengera lub innego komunikatora? Kiedy był aktywny ostatni raz?

– Na Messengerze wczoraj o piątej po południu. To była jego ostatnia aktywność w sieci.

Emily odpowiadała na wszystko po kolei, starając się być jak najbardziej precyzyjna.

„Erik Berger, właściciel firmy LAB, prowadzący zaawansowane prace związane z bioinżynierią. Narzeczona jest jego stażystką. Pedant, ostrożny, uczciwy, bezkonfliktowy…”, zapisałem. Tacy się nie zdarzają, pomyślałem, bazując na własnej znajomości męskiego ego. „Kilka samochodów i kierowca”.

Emily Parker była młoda, lecz bardzo pewna siebie jak na kogoś w tym wieku. Miała w sobie coś niepokojącego: nie tylko urodę, która przyciągała uwagę, ale też chłodny wzrok kogoś, kto wie, że piękno to kapitał.

Młoda, pomyślałem jeszcze raz. Za młoda dla niego?

– A kontaktowała się pani z kierowcą?

– Tak, Erik wczoraj wyjechał z firmy sam, srebrnym Mercedesem, około trzeciej po południu. Nie powiedział dokąd, ale uprzedził, że już nie wróci. Miał być w firmie dziś od rana. Ale go nie ma… zadzwonię jeszcze raz. – Wybrała połączenie, jednak zaraz dał się słyszeć męski głos: „Tu Erik Berger, nie mogę teraz rozmawiać, zostaw wiadomość”. – I tak jest cały czas – skwitowała. – Musiało się coś stać – jęknęła. Dzwoniłam już do szpitali, myślałam, że może wydarzył się jakiś wypadek, ale nie… Chyba że pan coś wie?

– Nie… nic, żadnego dziś wypadku w okolicy, na szczęście– odparłem.

– To zróbcie coś, macie przecież swoje metody, procedury, co robić w takich przypadkach, prawda? – Patrzyła na mnie ufnie.

– Prawda, choć mam szczerą nadzieję, że narzeczony dziś jeszcze się odnajdzie.

Położyła przede mną wizytówkę ze swoim numerem telefonu oraz zdjęcie Erika Bergera, co nie było potrzebne. Był dobrze znany wszem wobec.

– Proszę – rzekła błagalnie i wyszła.

Oparłem się i wziąłem oddech. Byłem przekonany, że Berger odnajdzie się przed zachodem słońca. Może po prostu „coś mu wypadło”. Sięgnąłem po zdjęcie. Przystojniak, o mocno zarysowanej szczęce i gęstych, ciemnych włosach. Miał intensywnie niebieskie oczy, które mówiły: „Jestem stanowczy i bardzo pewny siebie”. Typ wysportowany, elegancki garnitur, profesjonalizm, dokładnie wie, czego chce, zacząłem wyliczać w myślach.

Sygnał służbowego telefonu zakończył moje rozmyślania.

– Dzień dobry – odezwał się w słuchawce zdenerwowany kobiecy głos. – Czy wiecie już może coś w sprawie zaginięcia mojego męża? Pracuje w wodociągach… Bardzo długo go poszukujecie. Ja już nie wiem, co robić…

Zamknąłem na chwilę oczy. Znałem tę sprawę.

– Droga pani – zacząłem możliwie najspokojniej. – Sprawa jest w toku. Weryfikujemy wszystkie informacje.

To była półprawda. W praktyce kręciliśmy się w miejscu.

– Ale czy coś znaleźliście? Cokolwiek? – Kobieta była bliska płaczu. – On by nie odszedł. Mamy dziecko. On by nigdy…

Zacisnąłem mocniej palce na słuchawce. Nie miałem jej nic do przekazania. Po jej mężu zaginął ślad, jakby rozpłynął się w powietrzu między jednym przystankiem a drugim. Jak kilku innych przed nim.

– Rozumiem, że to dla pani bardzo trudne – powiedziałem cicho. – Proszę wierzyć, że nie przestaliśmy go szukać.

W słuchawce zapadła cisza, przerywana nierównym oddechem.

– Proszę mi tylko powiedzieć… Wiecie, czy on żyje? – zapytała w końcu szeptem.

– Na ten moment nie mamy informacji potwierdzających najgorszy scenariusz – odparłem ostrożnie.

Mruknęła coś i się rozłączyła, a ja przez chwilę wpatrywałem się w ciemny ekran telefonu, mając wrażenie, że ta rozmowa była bardziej oskarżeniem niż pytaniem.

Sprawę mężczyzny z wodociągów na chwilę odłożyłem w myślach na bok, a wróciłem do Erika Bergera.

Rano słyszałem w radiu jego wypowiedź o nominacji do Nagrody Nobla. Wtedy była to ciekawostka ze świata nauki, teraz postanowiłem odtworzyć cały wywiad i poznać tego człowieka, zwłaszcza że nadal tkwiłem sam na posterunku.

Kim jest Erik Berger? Moja dotychczasowa wiedza na jego temat kończyła się na świadomości, iż Erik Berger posiada zasoby i zespół, z którymi stworzył własną sztuczną inteligencję, Sigmę.

Uruchomiłem LinkedIn, by zobaczyć, co sam zaginiony napisał o sobie:

Erik Berger

Founder & CEO | Immunotech Labs Neuroscience & Longevity Research | AI-Driven Innovation | Vaccine Development | Human Enhancement

O mnie

Jestem naukowcem i przedsiębiorcą skupionym na przyszłości zdrowia człowieka – tej realnej, mierzalnej, ale i tej, która dotyczy biologii, świadomości i długowieczności. Wraz z moim zespołem od lat prowadzę badania nad szczepionkami, lekami, odpornością, ale również nad tym, jak żyć dłużej, zdrowiej i bardziej świadomie. Jako założyciel Immunotech Labs (nazwa skrócona LAB) kieruję interdyscyplinarnym zespołem specjalistów, którzy łączą biotechnologię, neurobiologię i sztuczną inteligencję. Naszym kluczowym projektem jest Sigma – zaawansowany system SI (sztucznej inteligencji) wspierający modelowanie procesów starzenia się mózgu i całego organizmu, przewidujący ryzyka chorób oraz wskazujący strategie utrzymania młodości komórkowej oraz sprawności umysłowej.

Wierzę, że przyszłość medycyny to nie tylko leczenie chorób, ale i świadome zarządzanie zdrowiem – od poziomu molekularnego po psychologiczny.

Specjalizacje:

Neurobiologia i plastyczność mózguStarzenie się układu nerwowegoTerapie regeneracyjne i spersonalizowaneSzczepionki nowej generacjiSI w medycynie i biotechnologii (projekt Sigma) Nauka o długowieczności i optymalizacja zdrowia

Doświadczenie:

Founder & CEO – Immunotech Labs (LAB) 2018 – obecnie

Projekt Sigma: analiza procesów starzenia mózgu i całego organizmuProjekt i budowa maszyny: skanowanie i odbudowa ludzkich organówTworzenie algorytmów do personalizowanej optymalizacji zdrowiaPartnerstwa z instytutami neurologii, firmami z branży długowieczności i organizacjami zdrowia

Senior Researcher – Swiss Institute of Immunology Neurobiology2010 – 2017

Badania nad wpływem układu odpornościowego na funkcjonowanie mózguPublikacje nt. neurogenezy i profilaktyki neurodegeneracji

Edukacja:

PhD in Molecular & Neural Biology – ETH Zurich MSc in Biotechnology – Karolinska Institutet BSc in Biochemistry – University of Oslo

Biogram Erika Bergera kończył cytat: „Nie interesuje mnie tylko to, jak żyjemy. Interesuje mnie, dlaczego się starzejemy i jak długo możemy tego unikać – świadomie, biologicznie, bez fikcji. Jeśli mózg to nasz najcenniejszy organ, to dlaczego nie traktujemy go jak inwestycji?”.

Co to, u licha, jest PhD? Sprawdziłem od razu w necie – to tytuł naukowy, oznaczający doktora. W przypadku biologii molekularnej to najwyższy stopień…

Nieźle, pomyślałem i pokiwałem głową z uznaniem. Słowa Bergera oraz tak imponujący biogram może i wywołałyby u mnie różnorakie refleksje, gdyby nie fakt jego zaginięcia. Dla mediów był on geniuszem z tytułem doktora, dla naukowców wizjonerem balansującym na granicy bioetyki, a dla niektórych… po prostu niebezpiecznie inteligentnym człowiekiem z obsesją na punkcie nieśmiertelności.

Postanowiłem poszukać wywiadów z tym geniuszem. Na szczęście były dostępne bez dodatkowych formalności czy konieczności opłacenia abonamentu na stronie. Pominąłem fakty, które już słyszałem i skupiwszy się na najważniejszych fragmentach, wynotowałem to, co najważniejsze.

Najciekawszy materiał znalazłem w archiwum NRK – wywiad sprzed miesiąca na temat leku na młodość:

Prowadząca: Kaja Erlandsen, dziennikarka:

Panie Berger, mówi się o panu jako o jednym z najambitniejszych naukowców ostatnich lat. Ponoć chce pan stworzyć… lek na starość?

Erik Berger:

Nie ukrywam, że tak. Ale nie chodzi mi o bajkę o wiecznym życiu. Młodość to nie tylko wygląd. To sprawność, jasność umysłu, odporność organizmu. Chcę, by ludzie mogli dłużej żyć pełnią życia, nie tylko egzystować.

Erlandsen:

I jak zamierza pan to osiągnąć?

Berger:

Mózg jest kluczem. To on steruje wszystkim. Jeśli będzie działał sprawnie, całe ciało za nim nadąży. A żeby lepiej go zrozumieć, potrzebujemy sztucznej inteligencji – takiej, która analizuje miliardy procesów jednocześnie i wyciąga wnioski szybciej niż jakikolwiek człowiek.

Erlandsen:

To dość odważne. I niebezpieczne.

Berger:

Zgoda. Ale odkąd istnieje nauka, ryzyko idzie z nią w parze. Dlatego też chcemy zrozumieć proces starzenia się komórek i go zatrzymać.

Erlandsen:

Czyli… odmładzanie?

Berger:

Raczej regeneracja. Chcemy, by organizm miał zdolność samonaprawy, zanim jeszcze coś zacznie się psuć.

Erlandsen:

W jaki sposób, czy to będzie jakiś lek? Płyn? Tabletki?

Berger:

Nazwałbym to eliksirem. Nadaliśmy mu roboczą nazwę Eternity.

Erlandsen:

Proszę wobec tego zdradzić, co kryje się za tajemniczym eliksirem Eternity.

Berger:

Wszystko, co najlepsze. To będzie prawdziwa bomba i proszę mi wierzyć, każdy, łącznie z panią, będzie ją pił. Ale o tym później, by nie zapeszać.

Erlandsen:

A sztuczna krew?

Berger:

To nasz projekt najwyższego priorytetu. Jeśli uda się go zakończyć, medycyna ratunkowa zmieni się na zawsze. Życie ludzkie przestanie zależeć od tego, czy akurat mamy wystarczającą liczbę dawców tej samej grupy.

Erlandsen:

Niektórzy zarzucają panu, że chce pan zastąpić naturę.

Berger:

Nie zastąpić. Ulepszyć. Natura stworzyła coś niezwykłego. My tylko uczymy się od niej, jak działa i jak to powielić. Nie z chciwości, lecz dlatego, że mamy obowiązek używać wiedzy. Tyle chorób, tyle cierpienia… A my siedzimy na potencjale, którego nikt nie rozumie. Jeszcze.

Od lektury oderwał mnie dźwięk otwieranych drzwi. Na posterunek wszedł Carl Olsen, za nim reszta. Wreszcie.

– Nie mów, że coś nowego – rzucił mój partner.

– Niestety tak… Jeszcze nie wiem, czy na pewno będzie to nowa sprawa, ale narzeczona zgłosiła zaginięcie Erika Bergera.

Wszyscy w pomieszczeniu spojrzeli na mnie.

– Tak, tego Erika Bergera – powtórzyłem. – Nie wrócił na noc do domu.

– Bogaci i wpływowi często nie wracają na noc do domu – rzekł Olsen. Miał szybkość reakcji oraz sposób myślenia zbliżone do moich.

– To samo powiedziałem narzeczonej, lecz ona się upiera, że nigdy jeszcze mu się to nie zdarzyło. Niestety Berger to nasza krajowa szycha, musimy podjąć działania, choć i tak pewnie do wieczora się znajdzie.

– Zaginionych to mamy już pod dostatkiem, jeszcze tylko poszukiwania bogaczy, którzy chcą się zabawić, są nam potrzebne – prychnął Olsen.

– Właśnie… – mruknął Młody.

Od razu się zwróciłem się do niego:

– Spróbujcie z technikami pościągać dane z jego telefonu. Ostatnie logowania, sygnały, historia GPS. Tak, by został ślad w raporcie, że ruszyliśmy z miejsca.

Spojrzałem na zegarek. Zaraz miałem zmierzyć się z prawdą. To nie moja żona powinna teraz być w areszcie…

Rozdział 2

Ludzka psychika nie pęka nagle. Najpierw tylko cicho trzeszczy, jak lód na jeziorze, po którym wszyscy chodzą, udając, że tego nie słyszą. Myśli układają się w bezpieczne schematy… Do czasu. Potem wystarczy jeden nacisk, pytanie zadane zbyt wprost, spojrzenie, które trwa o sekundę za długo, i wszystko, co było starannie poukładane, zaczyna się sypać.

Siedziałem kompletnie rozbity, z myślami krążącymi wokół Caterine. Oczekiwała w areszcie na proces za coś, czego nie zrobiła. Zaraz za nią w głowie pojawiała mi się Maria, moja córka, która okazała się faktyczną sprawczynią tej zbrodni sprzed miesięcy. Nie… To wciąż do mnie nie docierało. Nie potrafiłem tego przyjąć ani zrozumieć i prawdę powiedziawszy, nie miałem pojęcia, co powinienem dalej zrobić.

Leo próbował coś do mnie mówić, ale nawet na niego nie spojrzałem. Zadzwoniło kilka telefonów naraz, odebrałem ten na moim biurku.

– Cześć, Andersen, tu Markus Berger. Mój brat miał wypadek – odezwał się niski, spięty głos.

Głos, który znałem aż za dobrze. Wywoływał we mnie mimowolną falę wściekłości. Z przeszłością jest tak, że nigdy nie zostaje tam, gdzie ją zostawiliśmy. Można ją zakopać pod warstwą codziennych spraw, przykryć milczeniem, udawać, że straciła znaczenie, ale ona cierpliwie czeka i właśnie otworzyła wszystkie stare rany.

– Już wezwałem pogotowie. Wysyłam lokalizację. Sprawa jest… gówniana – stwierdził.

Nagle wszystko w mojej głowie zaskoczyło. Dzwonił Markus Berger – mój zawodowy wróg, człowiek, który niemal zrujnował mi życie i który właśnie okazał się bratem Erika Bergera. Do tej pory nie miałem o tym pojęcia. Nie chciałem tam jechać. Nie chciałem go widzieć. Nie chciałem patrzeć mu w oczy ani słuchać jego głosu.

Niestety musiałem.

– Erik Berger miał wypadek, jedziemy! – rzuciłem do Olsena, który zareagował błyskawicznie, stając na równe nogi.

– Skąd wiesz? Kto dzwonił?

– Markus Berger, jego brat.

– Ten Markus Berger?

– Niestety…

Gdy dotarliśmy pod przesłany adres, zobaczyliśmy niewielki dom jednorodzinny z zasłoniętymi oknami. Tuż przed bramą stały dwie karetki. Na ławce pod jednym z okien siedziała Emily Parker. Była skulona, trzęsła się z zimna albo szoku. Obok niej stał spoglądający w naszą stronę Markus Berger.

– Jest w środku – odezwał się i machnął ręką, wskazując na drzwi.

Weszliśmy do budynku. Minęliśmy przedsionek i kuchnię, po czym stanęliśmy w salonie. To miejsce wyglądałoby całkowicie zwyczajnie, gdyby nie obecność fotela do donacji wraz z plątaniną kabli, pojemników i monitorów, które nie powinny się znaleźć w jakimkolwiek prywatnym domu. Obok ślady krwi i duży kuchenny nóż na podłodze. Erik Berger – mężczyzna, który miał być symbolem postępu, inteligencji i sukcesu– leżał nieprzytomny w kałuży krwi, wśród rozbitego szkła, z metalową nogą od stołu sterczącą spomiędzy żeber. Miał na sobie jasną koszulę, której rękawy były podwinięte do łokci, jakby dopiero co przerwał pracę lub właśnie miał do niej wrócić. Na materiale, w miejscu, gdzie metal wdarł się w ciało, rosła powoli ogromna, ciemniejąca plama krwi. Spodnie zapięte. Buty na nogach. Schludny. Przygotowany. „Ubrał się jak zwykle, jak do pracy” – tak mówiła Emily, gdy zgłaszała zaginięcie.

Jego twarz była skrzywiona w bólu, ale miał puls. Żył. Ratownicy już przy nim działali, wykonując szybkie ruchy, a Olsen z technikami robili pierwsze zdjęcia. To nie wyglądało na zwykły wypadek.

Wyszedłem na zewnątrz. Emily siedziała bez ruchu. Markus tkwił przy niej sztywno, z tym swoim chłodnym spojrzeniem, jakby próbował ocenić sytuację, zamiast się nią przejmować.

– Co się stało? – zapytałem.

– Emily mnie wezwała – odparł. – Zadzwoniła do mnie, była roztrzęsiona.

Spojrzałem na dziewczynę.

– Pani Parker – zwróciłem się do niej łagodnie. – Co się wydarzyło?

– Ja… nie wiem – wyszeptała. – Przyszłam tutaj, bo pomyślałam, że może tu będzie Erik.

– Czyja to posiadłość?

– Ingrid, babci Erika, zmarła niedawno, ale nadal mam klucze. Szukałam go i…

W tym momencie ratownicy pospiesznie wynieśli Bergera z budynku i skierowali się do karetki. Za nimi wyszedł Olsen.

– Podłączcie go do Sigmy, może go uratuje – odezwała się Emily bardziej w eter niż do medyków, mając na myśli niedawno uruchomioną Maszynę Bergera.

– Co się tu wydarzyło? – zapytałem dziewczyny.

Teraz patrzyła w jeden punkt gdzieś na ziemi.

– Erik stał z nożem nad Michaelą i chyba ją ciął… to znaczy… nacinał jej ciało… – Głos Emily się załamał i przeszedł w niezrozumiałe mamrotanie.

– Co? – Skrzywiłem się. – Jaka Michaela? I gdzie ona teraz jest?

– Pojechała do domu – odparła cicho, ledwo otwierając usta.

Zamarłem na chwilę, próbując to ogarnąć. Pojechała do domu? Po czymś takim?

– Puściłeś ją?! – zarzuciłem Markusowi, a on zmarszczył czoło i odparł:

– Nie zastałem jej już, gdy przyjechałem.

– Ma pani adres? – spytałem ostro Emily.

Skinęła głową. Podała mi dane szeptem, jakby się bała, że ktoś usłyszy.

– Wyślij tam natychmiast chłopaków albo… weź Helene z komisariatu, może z kobietą chętniej porozmawia – rzuciłem do Olsena. – Niech zawiozą ją do szpitala bez możliwości odwiedzin kogokolwiek poza nami. Ja tu jeszcze zostanę.

Olsen pokiwał głową i już wybierał numer do radiowozu w terenie, a ja spojrzałem jeszcze raz na Emily. Coś tu cholernie nie grało.

– Dlaczego wezwała pani Markusa Bergera, zamiast kontaktować się od razu bezpośrednio ze mną?

– Bo to przecież brat. No i policjant, wydawało mi się to oczywiste… – Ostatnie słowa już ledwo słyszałem.

– Potrzebuje pani pomocy medycznej – rzekłem.

– Nie… ja… ja tylko chcę wiedzieć, czy on żyje – wyszeptała.

– Zostanę z nią – rzucił chłodno, jakby właśnie przejmował dowodzenie.

– Nie. – Podniosłem na niego wzrok. – Nikt nie zostaje z Emily poza policją albo medykiem. To miejsce zdarzenia.

Markus zacisnął usta, ale nie protestował.

– Pani Parker – zwróciłem się do niej spokojniej. – Musi pani przejść do karetki. Jest pani w szoku, to normalne.

– Ja… dobrze…

Skinąłem technikom, by zaopiekowali się dziewczyną.

– Dopiero kiedy lekarz panią obejrzy, przeprowadzimy wstępne przesłuchanie – dodałem. – Nie jest pani zatrzymana, ale musi pani pozostać do naszej dyspozycji. Proszę nie opuszczać miasta. Ciebie to również dotyczy – zwróciłem się do Markusa.

Emily pokiwała głową, a Markus odsunął się na bok, ale wciąż trzymał się blisko, jakby chciał jej pilnować.

– Nie kontaktujesz się z nią. W żaden sposób. Ani telefonicznie, ani osobiście, ani przez kogoś. Nic, dopóki nie ustalę, co tu się stało – powiedziałem szybko. – Podaj mi swój adres, gdzie się teraz zatrzymasz, bo podejrzewam, że nie wracasz do Oslo.

Markus patrzył na mnie tym swoim kamiennym spojrzeniem.

– Jeszcze nic nie wynająłem.

– Wobec tego czekam dzisiaj na info, jeśli nie, zgarniemy cię, mamy miejsce na dołku, zaoszczędzisz na hotelu. Jeśli wyjedziesz, wyślemy za tobą…

– Daruj sobie – przerwał mi. – Nigdzie się nie wybieram, a jeśli już, to do szpitala, sprawdzić, co z moim bratem. Wieczorem dam wam znać, gdzie się zatrzymam.

Gdy patrzyłem na Markusa, cały syf sprzed roku wrócił. To właśnie on poszedł do przełożonych i oznajmił im, że próbowałem użyć nie do końca legalnych dowodów przeciwko facetowi, który już dawno powinien gnić w celi. Markus widział naruszenie przeze mnie regulaminu. „Nielegalne dowody”, „ryzyko”, „nie mogę tego przemilczeć”. I nie przemilczał. Doniósł, zasłaniając się przepisami. Przez jego świętą prawość tamten skurwiel chodził po wolności jeszcze miesiąc, a ja prawie straciłem odznakę. Nadgorliwy formalista, który zawsze musi zrobić wszystko zgodnie z książką, nawet jeśli oznacza to wypuszczenie śmiecia z powrotem na ulicę.

Zapanowała chwila ciszy. Zbliżyłem się o krok.

– Powiedz mi teraz dokładnie, co się wydarzyło. Od początku. Bez omijania, bez skracania.

Markus spojrzał w bok, potem wrócił do mnie wzrokiem. Przełknął ślinę i zaczął mówić szybko, ale dość składnie:

– Emily zadzwoniła do mnie. Nie potrafiła powiedzieć, co się dzieje, tylko że Erik miał wypadek i że może nie żyć. Była w szoku. Rzuciłem wszystko i pojechałem do niej. Kiedy dotarłem, stała tu, przed drzwiami domu. Wszedłem i zobaczyłem go leżącego, nadzianego na nogę od stołu. Sprawdziłem, czy żyje, miał puls. Zadzwoniłem natychmiast po karetkę, a w zasadzie dwie, bo przypuszczałem, że Emily też będzie jej potrzebowała, a potem zaraz do was. Tyle.

– Dlaczego nie jesteś w Oslo?

– Miałem tu sprawy do załatwienia.

– Jakie sprawy?

– Prywatne.

Znów milczeliśmy przez kilka sekund, mierząc się wzrokiem jak na przesłuchaniu.

– Niezły zbieg okoliczności – powiedziałem chłodno. – Przyjeżdżasz „załatwiać prywatne sprawy” i akurat w tym samym czasie narzeczona ofiary dzwoni właśnie do ciebie.

– Akurat – powtórzył jeszcze zimniej.

Ponownie krótka cisza.

– Co z tą Michaelą? – naciskałem.

– Już powiedziałem. – Kącik jego ust drgnął. – Kiedy przyjechałem, była tylko Emily.

Zrobiłem krótką notatkę.

– To wszystko? – zapytałem, obserwując go uważnie.

– Wszystko.

– Czekaj na telefon.

Schowałem notes i ponownie ruszyłem w stronę domu Ingrid. Na ulicy zebrał się już typowy tłum głodny sensacji, który zawsze wyrasta jak grzyby po deszczu, gdy tylko pojawią się radiowozy i światła karetek. Telefony uniesione, palce na nagrywaniu.

– Proszę przestać nagrywać i natychmiast się rozejść!– krzyknąłem ostro, nawet nie zwalniając kroku. – W przeciwnym razie potraktujemy to jako utrudnianie czynności służbowych!

Niektórzy gapie zrezygnowali, inni nie do końca, ale na tyle, by dało się wejść do środka bez wrażenia, że przechodzi się przez wybieg dla hien. W salonie Olsen przyglądał się aparaturze medycznej, technicy zabezpieczali ślady, pochylali się nad próbkami, robili szczegółowe zdjęcia.

– Po co ktoś trzyma coś takiego w domu? – rzucił mój przyjaciel, nie podnosząc głowy. – Fotel do oddawania krwi, zestaw pomiarowy… jak w klinice. W koszu dużo fiolek po insulinie. Jakieś eksperymenty medyczne czy co? Jakiś oddział chciał sobie tu pan geniusz stworzyć? – dokończył ironicznie.

– Nie mam pojęcia – odpowiedziałem, choć moje myśli były już o kilkanaście kilometrów stąd. – Słuchaj… muszę jechać do Caterine. Mam umówioną godzinę.

– Jasne, jedź. – Skinął głową. – Ja dopilnuję reszty.

– Dzięki.

Wyszedłem na zewnątrz, wciągnąłem w płuca chłodne powietrze i wsiadłem do samochodu. Odpaliłem nawigację. Najkrótsza trasa do aresztu śledczego pojawiła się na ekranie. Włączyłem silnik, wrzuciłem bieg i ruszyłem. Nie miałem ochoty na rozmowę, która właśnie mnie czekała, nie tak to wszystko miało w moim życiu wyglądać.

Rozdział 3

Mówią, że wszystko jest po coś. Że nawet najgorsze zdarzenia mają sens, jeśli tylko spojrzy się na nie z odpowiedniej perspektywy. W sytuacji, która dotknęła moją rodzinę, nie widziałem żadnego wyjaśnienia.

Twardy metal krzesła, na którym siedziałem w sali odwiedzin aresztu, zupełnie dla mnie nie istniał. Czekałem na moją żonę. Czas zdawał się ciągnąć w nieskończoność. Mdliło mnie, dokładnie tak, jak poprzedniego dnia, kiedy dowiedziałem się prawdy.

Caterine wreszcie weszła. Wyglądała źle, znacznie gorzej, niż sobie wyobrażałem. Była wychudzona, twarz miała zapadniętą, policzki blade, niemal przeźroczyste. Usiadła i spojrzała na mnie zgaszonym wzrokiem. Przeraziły mnie jej oczy, kiedyś błyszczące życiem i determinacją, teraz kompletnie matowe.

– Wszystko wiem – odezwałem się pierwszy, obserwując uważnie moją żonę. Na jej twarzy namalowały się jednocześnie ulga, rozpacz i niedowierzanie.

– Ale… co? – szepnęła.

– Wiem, Caterine. – Wymownie wpatrywałem się w jej oczy. – Wiem, że tego nie zrobiłaś.

Tym razem wyczytałem już tylko przerażenie.

– Zostaw to, proszę. – Ścisnęła moją rękę. – Jestem w stanie się poświęcić, ja już przeżyłam moje życie.

Zabrzmiało strasznie. Prawie poczułem ukłucie w klacie. Jak to możliwe, że po tylu latach życia, dzielenia ze sobą radości i smutków, doszliśmy do takiego punktu? Gdzie popełniliśmy błąd? Nie! Gdzie ja popełniłem błąd…? Czułem, że to wszystko moja wina.

Patrzyliśmy na siebie, odczuwając bezsilność. Cała ta sytuacja była jak kopniak, który rozwalił wszystkie podstawy naszego wspólnego życia.

– Sama się przyznała? – zapytała ledwo słyszalnie.

Przed moimi oczami znów zaczęły krążyć wydarzenia ostatniej doby. Pokiwałem głową.

– Co powiedziała?

– W zasadzie nic konkretnego…

Zaraz po tym, jak zeszłego wieczoru moja córka przyznała się do zabójstwa sprzed kilku miesięcy, zrobiło mi się niedobrze. W ostatnim momencie trafiłem twarzą do muszli, by zwrócić całą zawartość żołądka.

– Nie chciała rozmawiać, przyznała się i natychmiast poszła spać… Wydawało mi się, że płacze… – dukałem. – Ale nie wyszła z pokoju. O piątej wyjechałem do pracy, szef zlecił mi dyżur, wszyscy chorują… Od tamtej pory nie było mnie w domu.

Siedzieliśmy w ciszy, patrząc na szary blat stolika. Jak to się stało, że teraz jesteśmy tutaj, z zarzutami o zbrodnię, której Catrine nie popełniła? Wszystkie dowody wskazywały na nią, a jedyną osobą, która mogła ją uratować, był prawdziwy zabójca – nasza córka Maria.

– O tym nikt nie może się dowiedzieć, Björn! – Caterine znów chwyciła mnie mocno za ręce.

Wyglądała jak cień człowieka, bez makijażu, z odbijającą się na twarzy rezygnacją. Nie zasłużyła na to. Nie była niczemu winna ani teraz, ani nigdy w naszym wspólnym życiu. Czy to źle, że zawsze chciała mieć mnie dla siebie? Chciała być kochana przez swojego męża, czuć go przy sobie… I co słyszała w odpowiedzi?

„Praca w policji jest jak namaszczenie, to jak święcenia kapłańskie! Ludzie na mnie liczą, całe życie oddałem, by być tu, gdzie jestem… To jest moje powołanie, nie wybór!” – powtarzałem jej przy każdej okazji jak mantrę, będąc kompletnie głuchym na jej odpowiedź: „Ja na ciebie liczę, Björn, nasza rodzina na ciebie liczy…”.

Przeze mnie ciągle się kłóciliśmy, nie zauważając, jak to wpływa na naszą córkę.

Dlaczego zawsze najbardziej krzywdzimy swoich najbliższych?

Zobaczyłem siebie z boku, dokładnie, jak na dłoni. Poczułem wstręt. Z takim podejściem to nie mogło się udać. Byłem plugawym śmieciem, parszywym samolubem, całe życie myślącym tylko o sobie. Okłamałem moją żonę tyle razy, że wstyd mi już liczyć.

Caterine była wzorem matki, teraz gotowa się poświęcić, a ja nie widziałem wyjścia z tego koszmaru.

– Przepraszam… Przepraszam cię… – mamrotałem ze spuszczoną głową – Nie mogę sobie wybaczyć, że pozwoliłem, by do tego doszło… Że nie byłem w stanie was obu ochronić… Przepraszam, że was zawiodłem. Jestem policjantem, powinienem bronić ludzi, a nie mogłem ocalić nawet własnej rodziny.

– To nie twoja wina – odparła zimno po dłuższej chwili. – Nie mogłeś tego przewidzieć. To był wypadek, nikt nie chciał, żeby tak się stało. A teraz musimy się z tym zmierzyć najlepiej, jak potrafimy.

– Wypadek?! – Nerwowo podniosłem głowę. – Caterine, ciało było w bagażniku naszego auta! Jeśli wydarza się wypadek, to się go natychmiast zgłasza, może udałoby się tę dziewczynę jeszcze uratować! Ja nawet nie wiem, co tam się stało, Caterine! Powiedz mi!

Znów ten mętny, beznamiętny wzrok.

– Zostaw to, Björn, proszę cię. Nie wyobrażam sobie, by Maria mogła tu trafić. Ona tego nie chciała, nie chcę, by resztę życia… – Głos zaczął jej się trząść.

Teraz ja chwyciłem Caterine za ręce.

– Nie, Caterine, nie zostaniesz tutaj. Nigdy na to nie pozwolę. To ja jestem wszystkiemu winien i to ja powinienem tu siedzieć za całe moje obrzydliwe życie… – Czułem, jak zaczyna mi drżeć broda. Zacisnąłem na chwilę usta, próbując powstrzymać łzy. Wiedziałem, że to będzie trudna rozmowa, ale nie spodziewałem się, że aż tak. – Byłem dla ciebie niedobry, zaniedbywałem was…– Urwałem w połowie zdania i ukryłem twarz w dłoniach.

W pośpiechu ruszyłem do wyjścia.

– Björn! – krzyknęła za mną. – Nie rób nic, proszę cię, Björn!

Drzwi trzasnęły. Przedarłem się przez strażników więziennych, chcąc jak najszybciej znaleźć się w aucie. Ryknąłem płaczem jak dziecko…

Wiedziałem, że nigdy nie pozwolę, by Caterine poszła do więzienia, choć nie zamierzałem też posłać tam Marii. Na ten moment nie miałem jednak zielonego pojęcia, jak temu zapobiec… Jednocześnie gdzieś z tyłu głowy dobrze znany mi głos krzyczał, że powinienem postąpić tak, jak nakazuje mój zawód – ujawnić winnego i nie utrudniać śledztwa. Ale przecież tu chodziło o moje dziecko!

To był moment, kiedy zawiodłem i jako policjant, i jako rodzic.

Spojrzałem na wyciszony telefon – dwa nieodebrane połączenia od Olsena. Oddzwoniłem.

– Słuchaj! Pojechaliśmy na podany adres Michaeli Pedersen, ale tam mieszka matka Emily, coś jej się pomyliło.

– Pewnie Emily była w szoku. I co? Namierzyliście tamtą?

– Jeszcze nie, Helene się tym zajęła. Natomiast wyobraź sobie, że narzeczona Bergera miała pocięte ramiona.

– Jak pocięte? – Zmarszczyłem czoło.

– No normalnie, jak od noża, prawdopodobnie tego z miejsca zdarzenia. Zabezpieczyliśmy go, więc wkrótce będzie wiadomo.

– Ale co? Powiedziała, dlaczego jest pocięta?

– Stwierdziła , że… – zawahał się. – Berger ją ciął. Nacinał skórę i… pił jej krew.

– Co?! – zapytałem tylko, bo bardziej sensowne słowa nie przychodziły mi do głowy.

– Podobno lubił to – dodał szybko, jakby chciał mieć to już z głowy.

– Popieprzona historia – mruknąłem. – Zobaczymy, czy Berger przeżyje. Trzeba będzie przyjrzeć się całemu jego życiu, tacy jak on często mają nawalone w głowie.

– Jeśli jego maszyna jest tak dobra, jak twierdził, właśnie ma szansę to udowodnić na sobie samym – odparł Olsen. – A ty wracasz? Gdzie jesteś?

– Taaa, zaraz będę – odparłem zdawkowo.

– Narzeczona jest obecnie w szpitalu, czekam na ciebie, musimy ją przesłuchać.

– Jasne, już jadę.

Czystość szpitalnego korytarza porażała. Jasne lampy, biel ścian i ten wszechobecny zapach środków dezynfekujących, tak ostry, że aż szczypał w gardło. Szliśmy szybko, akustyka była taka, że każdy krok odbijał się echem.

Przed salą, gdzie znajdowała się Emily, siedział mundurowy z naszego posterunku. Wstał, poprawił pasek, skinął głową.

– Lekarz jest w pokoju obok – powiedział cicho.

Zapukałem do drzwi gabinetu lekarskiego. W środku, pochylony nad laptopem, siedział młody lekarz.

– Dzień dobry, komisarze Andersen i Olsen, policja w sprawie Emily Berger. W jakim jest stanie? – zacząłem bez owijania w bawełnę.

Lekarz westchnął, jakby słyszał to pytanie już dziesięć razy tego dnia.

– Fizycznie stabilna. Psychicznie… jest w szoku. To normalne.

– Pytanie brzmi – wszedł mu w słowo Olsen – czy jest w stanie rzeczowo oceniać rzeczywistość.

Lekarz spojrzał na nich poważniej.

– Jest świadoma, logiczna, kontaktowa. Daliśmy jej lek przeciwlękowy, ale w minimalnej dawce. Myślenie powinno pozostać jasne. Jeżeli chcecie z nią porozmawiać, możecie. Tylko nie za długo.

Skinąłem głową.

– To wystarczy.

Wyszliśmy na korytarz, a mundurowy wstał.

– Jak ona? – zapytał go Olsen.

– Pielęgniarka mówiła, że śpi.

– To ją obudzimy – mruknął i pchnął drzwi.

Dziś wiedziałem już trochę więcej o Emily Parker. Imigrantka z Wysp Brytyjskich, która osiedliła tu się z rodzicami kilkanaście lat temu, miała dwadzieścia cztery lata i stanowiła mieszankę wody i ognia. Po matce Szkotce odziedziczyła spokój, uważność i powściągliwość, a ojciec Meksykanin zostawił córce urodę. Kiedy weszliśmy, dziewczyna nie spała. Tkwiła w łóżku w pozycji półsiedzącej, okryta szpitalnym szlafrokiem. Wzrok miała wbity w okno. Na odgłos otwieranych drzwi powoli obróciła głowę. W jej twarzy było wszystko naraz: rozpacz, niedowierzanie, konsternacja… Duże zielone oczy przyciągały uwagę. W surowej scenerii szpitala wyglądała jak ktoś z innego świata, zupełnie tu nie pasowała.

– Czy coś nowego z Erikiem? – spytała całkiem normalnie.

– My nie w tej sprawie – odparłem łagodnie. – Emily, musimy zadać ci kilka pytań. – Położyłem dyktafon na kołdrze, centralnie przez nią. – Włączam nagrywanie. Musimy to mieć w dokumentacji.

Przełknęła ślinę.

– On był… spokojny – wyszeptała. – Cały czas spokojny.

Wymieniliśmy z Olsenem krótkie spojrzenia.

– Erik? – dopytałem.

Emily skinęła głową.

– Stał tak z tym nożem i mówił: „Emily, kochana moja, nie wierz w to, co widzisz…”. – Jej głos był stonowany, jakby opowiadała o jakimś przeciętnym filmie. – Michaela krzyczała do mnie… A on stał z nożem. I… ja… ja chciałam ją obronić. Tylko tyle pamiętam.

– Co krzyczała Michaela? – wtrącił Olsen.

– Żebym ją ratowała. – Znów obróciła głowę do okna. – „Ratuj mnie, Emily, ratuj, proszę cię” – mówiła tak cicho, że ledwo ją słyszałem. – A on trzymał nóż i patrzył na mnie… i słyszałam tylko jego głos, taki spokojny… a w tym samym czasie widziałam Michaelę. Ona chciała bronić mnie, a ja jej. Nie mogłam tego połączyć w głowie.

– Powiedz dokładnie, co zobaczyłaś po wejściu do domu Ingrid – poprosiłem.

Wyprostowała się i popatrzyła na mnie.

– Tak jak powiedziałam, zobaczyłam Erika, a zaraz potem Michaelę. Chyba chciał ją skrzywdzić czy coś, nie wiem, może on chciał ją… zabić? Tylko dlaczego? – Jej oczy zrobiły się większe.

– Czy wtedy krzyczała? Czy kiedy wchodziłaś, zanim cię zobaczyli, Michaela krzyczała?

Emily chwilę się zastanowiła.

– Nie… chyba było cicho – rzekła bez przekonania.

– I co dalej po kolei się wydarzyło? Podeszłaś powoli i…? Michaela stała czy siedziała?

Emily znów szukała w głowie odpowiedzi.

– Kiedy weszłam, jeszcze jej nie widziałam, pojawiła się po chwili, a potem… wszystko potoczyło się bardzo szybko– mówiła bardzo powoli, z każdą sylabą umacniając się w przekonaniu, że była świadkiem właśnie tego.

– Czyli Erik siedział na tym fotelu do donacji, a Michaela dopiero do niego podchodziła, tak? – podsumował Olsen.

– Tak. – Kiwnęła głową. – A kiedy mnie zobaczyła, od razu dostrzegłam w jej oczach przerażenie. Musiałam ją ratować.

– Dlaczego miałaś pocięte ręce? – odezwałem się.

Popatrzyła nieprzytomnymi oczami.

– Bo ona potrzebowała pomocy! Musiałam jej pomóc! Widziałam ten nóż. Widziałam ją… i ruszyłam w ich stronę. Chciałam ją odciągnąć, zasłonić… już nie wiem. To wszystko jest rozmazane. Pamiętam tylko, że kiedy do niego podeszłam, to jakby… był w dwóch różnych nastrojach naraz: z groźna miną w stronę Michaeli, a jednocześnie łagodny dla mnie. Powiedział, bym nie wierzyła w to, co widzę…

– A potem? – dopytał Olsen.

Emily zacisnęła palce na kocu.

– Nie pamiętam dokładnie. Wiedziałam, że muszę ratować Michaelę, bo Erikowi odbiło. On zrobił krok do tyłu… i wtedy… ten szklany stół nie wytrzymał. Ta cholerna metalowa noga. Po prostu… potknął się i… nabił…

– Emily… muszę zadać ci jedno pytanie. I chcę, żebyś odpowiedziała absolutnie szczerze. Czy Erik… kiedykolwiek cię ciął? Krzywdził? Używał noża wobec ciebie?

Spojrzała, jakby to pytanie ją obraziło.

– Nie! Nigdy! Erik jest dobrym człowiekiem. Dobrym, rozumie pan? Nigdy nie podniósł na mnie ręki. Nigdy by mnie nie zranił.

– Zeznałaś w karetce, że Erik pił twoją krew – rzekł stanowczo Olsen.

Powoli przeniosła na niego wzrok.

– Tak… to znaczy… zlizywał…

– Nie rozumiem.

– Zlizywał ją z moich rąk, kiedy czasem się zraniłam. On zawsze był dobry… – powtórzyła ledwo słyszalnie. – Coś się z nim stało, to nie był on… Dlaczego chciał skrzywdzić Michaelę? Myślałam, że go znam…

Nastała chwila ciszy.

– Emily – odezwałem się. – Adres Michaeli, który nam podałaś, jest miejscem zamieszkania twojej mamy.

– Tak? – Popatrzyła na mnie. – To musiało mi się coś pomieszać.

– No więc gdzie mieszka Michaela Pedersen?

Emily wyraźnie szukała w głowie odpowiedzi.

– Nie pamiętam…

– Byłaś kiedyś u niej w domu?

Pokręciła przecząco głową.

– A skąd się znacie?

Spojrzała zaskoczona pytaniem.

– Nooo, z życia. Michaela jest moją przyjaciółką, odkąd tu mieszkam.

– Opisz ją, proszę.

– Jest ode mnie starsza o dwa lata, drobna, ciemne włosy, często związane byle jak, „bo nie lubi tracić czasu na głupoty”, jak mówił tata. – Zamilkła i znów spojrzała w okno. – Piękne zielone oczy, ciemne włosy, jak ja. Michaela wygląda prawie jak ja – szeptała, jej usta ledwo się ruszały.

– Masz jej profil w mediach społecznościowych?

– Nie kojarzę. – Potrząsnęła głową. – Nic nie wiem, by miała Facebooka.

– Chyba każdy w waszym wieku ma – wtrącił Olsen, lecz nie doczekał się reakcji.

– Dobrze… – westchnąłem. – Przyślemy rysownika. Powiedz mi jeszcze, dlaczego nie zadzwoniłaś do mnie, tylko do Markusa?

– Co?

Miałem wrażenie, że to pytanie zbiło ją z tropu. Zareagowała z opóźnieniem. Była wyraźnie zaskoczona.

– Dlaczego nie zadzwoniłaś do mnie, tylko do Markusa? – powtórzyłem, pewien, że dzięki temu zyskała kilka sekund na przygotowanie odpowiedzi.

– Noo, w końcu to brat – wybrzmiało niepewnie.

– Dziękujemy – wciął się nagle Olsen. – Wkrótce ktoś się z panią skontaktuje.

– Kiedy będę mogła stąd wyjść? – ożywiła się.

– Ktoś się skontaktuje – powtórzył i wyszliśmy.

Kiedy tylko zamknęły się za nami drzwi, chwyciłem go za rękaw.

– Dlaczego mi przerwałeś?

– Masz obsesję na jego punkcie, już widziałem, do czego zmierzasz.

– Bo mi to nie pasuje! – syknąłem.

– A mnie tak. – Zatrzymał się. – Oni się znają, zadzwoniła, bo to brat, tyle. Nie masz obiektywnego spojrzenia, kiedy słyszysz o Markusie.

Spasowałem. Olsen miał rację.

– A z innej beczki – ciągnął – dziwna ta cała sytuacja. Erik miał nóż. A Emily twierdzi, że patrzył na nią spokojnie i mówił „kochanie”, jakby gotował kolację, a nie stał z nożem. Nie wydaje ci się to dziwne? I to banalne: „Nie wierz w to, co widzisz”…

– Też mnie to uderzyło. Z takim spokojem reagują socjopaci albo psychopaci. Tacy, co z uśmiechem potrafią wbić ci nóż między żebra, a potem powiedzieć, że to twoja wina. Albo jak w Milczeniu owiec jeść twój mózg przy winie z dobrego rocznika.

– To prawda, jak to się mówi: ludzie spokojni, kiedy świat im płonie, nie są bohaterami tragedii, ale jej autorami.

W korytarzu zrobiło się ciszej, choć technicznie już bardziej nie mogło.

Powrót na posterunek na ostatnią godzinę zmiany był złym pomysłem. Zresztą w domu i tak by mnie to dopadło. Usiadłem przy biurku, włączyłem komputer i przez sekundę się zawahałem, zanim kliknąłem ikonę przeglądarki. Jakbym trzymał palec nad spustem. Wystarczyło jedno kliknięcie, by rzeczywistość chwyciła mnie za gardło. Kiedy tylko odpaliłem przeglądarkę, pierwsze strony portali załadowały się od razu – zatykające tak, że ledwo nabrałem powietrza. Zawiesiłem się na ostatnim nagłówku: „Kobieta zatrzymana w sprawie brutalnego morderstwa sprzed kilku miesięcy – to żona funkcjonariusza policji”.

Bez nazwiska, ale wszyscy i tak wiedzą. Widziałem to tysiące razy w innych sprawach, teraz pierwszy raz to uderzało we mnie. Przewinąłem w dół. Sekcja komentarzy.

Niby u nas nie ma anonimowych komentarzy, każdy jest logowany, każdy może zostać namierzony, jeśli złamie prawo. A jednak ludzie piszą takie rzeczy, jakby byli nietykalni. Po co to piszą, skoro nie znają sprawy? Dla własnej ulgi? Wielcy znawcy!

„Tragiczne… ale coś musiało być na rzeczy”.

„Zawsze ci spokojni mają najwięcej do ukrycia”.

„Kobieta gliniarza? Hmm…”

„Powinni oboje zostać zatrzymani do czasu wyjaśnienia sprawy”.

To było jak łupanie tafli lodu młotem – każdy komentarz to kolejne pęknięcie. Odruchowo zacisnąłem szczęki. Czułem na karku czyjś wzrok.

– Nie rób sobie tego – powiedział spokojnie Olsen, stanąwszy za mną. – Wchodzenie w komentarze kończy się zawsze tak samo. Tylko się dobijasz.

W jego głosie nie było kpiny. Raczej doświadczenie.

– Oskarżają ją, jakby już zapadł wyrok – mruknąłem. – Przecież nic jeszcze nie jest ustalone.

– Media robią swoje, a ludzie zrobią resztę – odparł.

– Namierzcie mi ich wszystkich! – wyrzuciłem z siebie. – Nie pozwolę, żeby szargali jej imię!

Olsen nie odpowiedział od razu. Westchnął ciężko, usiadł naprzeciwko i oparł dłonie na kolanach. Miał tę samą minę, jaką widziałem, gdy musiał przekazywać rodzinom ofiar najgorsze wiadomości. Tyle że tym razem to ja byłem po drugiej stronie stołu.

– Słuchaj… – zaczął spokojnie. – To, co piszą, jest obrzydliwe. I niesprawiedliwe. Ale niestety legalne, przerabialiśmy to wielokrotnie. Te komentarze nie są anonimowe i dopóki ci nie grożą… nic z tym nie zrobimy. Wiesz, że to niestety mieści się w granicach prawa.

Schowałem twarz w dłoniach.

– Piszą o niej jak o potworze – wymamrotałem. – Jak o kimś, kogo można bezkarnie zgnoić…

Skinął głową, ale nie spojrzał mi w oczy.

– Bo dla ludzi żona gliniarza w więzieniu będzie zawsze sensacją – mówił cicho. – I to taką, którą będą mieli ochotę komentować, podjudzać, kręcić. Wiesz, jak to działa. Gdyby to dotyczyło kogoś innego, też byłoby głośno. Ale ciebie znają. Ją znają. Tu każdy z nas jest trochę publiczny. Wiem, że to brzmi jak gówno, ale prawda jest taka, że do czasu pełnego wyjaśnienia sprawy i decyzji prokuratora media będą polować, a…

– Ale jak oni mogą tak pisać o mojej żonie?! – przerwałem mu. – Przecież jeszcze nie została skazana, nic jeszcze nie zostało udowodnione!

– I nie zostanie, jeśli nie będzie wystarczających dowodów. Pamiętasz sprawę Fritza Moena? – zapytał i nie czekał na odpowiedź, bo była oczywista. – Facet został skazany za dwa morderstwa po tym, jak podczas intensywnego przesłuchania przyznał się do winy. I co? Późniejsza analiza materiału dowodowego: krew, nasienie i inne – wymieniał na palcach – wykluczyła go jako sprawcę w obu sprawach, a co więcej, inna osoba przyznała się do winy. Sprawa Moena to hańba dla naszego wymiaru sprawiedliwości. Teraz żaden sąd nie pozwoli sobie na pomyłkę – pocieszał mnie.

Nagle jak w filmowym efekcie vertigo dostrzegłem za Olsenem dalekie tło. Zorientowałem się, że wszyscy patrzą na mnie ze współczuciem. Nie wytrzymałem.

– Przepraszam, ale mam dość! – Zerwałem się z miejsca. – Nie wracam już dziś – wydusiłem przez zaciśnięte gardło i jak w amoku wybiegłem z posterunku.

Nie pamiętam, w którą stronę skręciłem. Poszedłem przed siebie i zacząłem się błąkać po ulicach miasta. Mijałem ludzi spieszących do domu po pracy, matki z dziećmi, pary trzymające się za ręce, wszyscy byli dla mnie jak z innego świata, na pewno nie mojego. Zazdrościłem im, zazdrościłem każdemu, kto teraz miał inne życie niż ja. W głowie wciąż widziałem Marię i jej przyznanie się do zabójstwa. Nikt o tym nie wiedział, tylko ona i ja. Miałem wrażenie, że ta myśl wypala mi w mózgu dziurę.

Szedłem, mając cały czas ten obraz przed oczami – moją małą, niewinną dziewczynkę, którą kochałem ponad wszystko. Jak to się stało? Jak mogło dojść do tego, że moje własne dziecko okazało się zdolne do czegoś tak strasznego? Próbowałem sobie przypomnieć, jak wyglądały nasze rozmowy przez ostatnie tygodnie, gdzie popełniłem błąd, może chciała mi coś powiedzieć, ale ja nie widziałem, nie słyszałem… Te myśli mnie przerażały. Zastanawiałem się, czy to ja sam mogłem zawieść, czy to moje wychowanie, mój sposób bycia wpłynął na nią w sposób, którego nigdy bym się nie spodziewał… Może nie zauważyłem czegoś, co działo się w jej życiu, może mnie nie było, gdy potrzebowała pomocy. Ciągle nie było mnie w domu, wciąż tylko praca, cholerna praca! Tylko to zawsze dla mnie się liczyło… Caterine tyle razy prosiła, bym trochę zwolnił, więcej był z nią i Marią… Ale ja byłem głuchy, myślałem, że tak się właśnie żyje, że każdy ma swoją rolę w małżeństwie, a moją była praca i utrzymanie całej rodziny. Tak myślałem… Źle myślałem! Nie widziałem tego, co się dzieje w moim własnym domu!

Znów wybrzmiały mi w głowie słowa Marii: „To geny, tato”. Zacząłem szukać w sobie tych samych cech, próbując ją zrozumieć. Zawsze przestrzegałem zasad, potrafiłem panować nad sobą nawet w najtrudniejszych momentach. Nie… nie zawsze przestrzegałem zasad… nie zawsze panowałem nad sobą… Ale nie zabiłbym ot tak!

Znałem życie, widziałem cierpienie i śmierć w swojej pracy, ale nigdy, przenigdy nie wyobrażałem sobie, że mógłbym odebrać komuś życie z jakiegoś błahego powodu. Jedynym momentem, kiedy pewnie bym to zrobił, byłaby obrona własna albo moich bliskich lub inny dramatyczny scenariusz, jak to w pracy policji bywa. Musiałbym być zmuszony do czegoś niewyobrażalnego, postawiony pod ścianą, w sytuacji, z której nie byłoby innego wyjścia. Może nawet po starciu ze mną umarł któryś z oprychów, z jakimi miałem kiedyś do czynienia, gdy musiałem bronić niewinnych. Ale w normalnym życiu? Nie!

Tymczasem Maria, ta sama dziewczynka, którą uczyłem jeździć na rowerze, którą pocieszałem po każdym upadku, mogła to zrobić? W jednej chwili wszystko, co o niej wiedziałem, wydało się kłamstwem. Czy naprawdę jej nie znałem? Czy naprawdę tak bardzo się myliłem co do jej charakteru? Do tej pory uważałem ją za mądrą, bystrą, inteligentną, taką, która potrafi sobie radzić i znajduje wyjście z niemal każdej sytuacji. Próbowałem znaleźć jakieś wytłumaczenie, jakąś okoliczność, która usprawiedliwiałaby jej czyn. Niestety wciąż dochodziłem do muru.

Poczułem, jakby całe moje przekonanie o tym, kim jest moje dziecko, rozpadło się na kawałki. Jedyne, co wiedziałem, to że muszę ją chronić, bez względu na wszystko. Ale im dłużej o tym myślałem, tym bardziej zdawałem sobie sprawę, jak niewiele mogę zrobić. Byłem ojcem, który zawiódł. Byłem człowiekiem, który nie rozumiał własnej córki, który nie potrafił odpowiedzieć na pytanie, jak doszło do tego, że stała się zdolna do morderstwa.

W miarę jak zmrok zapadał nad miastem, czułem narastające we mnie uczucie paniki. Chciałem uciec, zniknąć, ale nie wiedziałem dokąd. Dom kojarzył mi się teraz z jeszcze większym cierpieniem. Jednocześnie jednak nie chciałem zostawiać Marii samej. Zatrzymałem się przed kawiarnią, w której kiedyś, bardzo dawno temu spędzaliśmy czas z Caterine. W środku siedziała młoda para, śmiejąc się z czegoś całkowicie błahego. Ten widok przypominał mi o wszystkim, co straciłem. Zaczęły napływać wspomnienia – pierwsze spotkanie z żoną, narodziny córki, chwile szczęścia, które teraz wydawały się jak sen. Czy naprawdę to wszystko miało się skończyć w ten sposób?

Nie wiedzieć kiedy dotarłem do miejsca, gdzie czasem przesiaduje kilku bezdomnych. Ich obecność zawsze wywoływała we mnie mieszane uczucia: litość, irytację, a czasem nawet gniew. Ale dziś, patrząc na tych ludzi, poczułem coś innego: zacząłem się zastanawiać, która sytuacja jest gorsza – moja czy tych, którzy żyją na ulicy. Czy ich cierpienie, to, co przeżyli, znieczuliło ich do tego stopnia, że teraz po prostu trwają, nie myśląc, nie czując?

Siedzieli cicho, rozproszeni po ławkach, jakby każdy był zamknięty we własnym świecie. Bez krzyków, bez nachalnego żebractwa. Kilka starych koców, papierowe kubki postawione pod nogami bardziej z przyzwyczajenia niż z nadziei. Ich twarze, zmęczone, naznaczone życiem, które ich złamało. Ale mimo to ogarnęło mnie dziwne wrażenie – nie dostrzegałem w nich takiego cierpienia, jakie teraz wypełniało moją duszę. Zastanawiałem się, czy ci ludzie czują jeszcze cokolwiek.

Zacząłem porównywać swoje obecne życie z ich egzystencją. Czy oni, bezdomni, odczuwali ten sam rodzaj bólu? Czy ich ból był bardziej fizyczny, wynikający z głodu, zimna, braku bezpieczeństwa? Czy może był to ból, który zdążył ich znieczulić, zamieniając ich życie w niekończący się ciąg dni, w którym nic się nie zmienia?

I kolejne pytania wynikające w konfrontacji z bezdomnymi: czy moje własne cierpienie, związane z utratą wszystkiego, co kochałem, mogło być w jakikolwiek sposób porównywalne z bólem tych ludzi, którzy zostali z niczym? Czy mój strach i rozpacz były większe niż codzienna walka o przetrwanie, którą toczyli ci ludzie, zmuszeni do życia na ulicy?

Stałem tak i jak obłąkany roztrząsałem… Mój ból… psychiczny, wyniszczający, podważający sens wszystkiego. Ich ból… pierwotny, związany z samym przetrwaniem, przynajmniej tak to widziałem. Może dlatego się wydawało, że ich twarze są bardziej obojętne – bo mieli mniej do stracenia albo… mieli to już za sobą. Może bycie bezdomnym, życie na ulicy było w pewien sposób wolnością? Wolnością od uczuć, od miłości, która tak bardzo bolała, od odpowiedzialności, która mnie teraz przytłaczała.

Gdzieś z tyłu głowy doskonale wiedziałem, że się mylę. Ci ludzie żyli w koszmarze, a wszystko, co myślałem, wszystkie przemyślenia i porównania, które poczyniłem, wynikały z desperackiej chęci rozwiązania tej strasznej sytuacji, w której znalazła się moja rodzina. Dlatego tkwiłem tak, wryty w asfalt, i pomimo dramatu ich życia teraz im zazdrościłem! Im, bezdomnym. Wiedziałem, że wolałbym stracić wszystkie rzeczy materialne, niż wsadzić własne dziecko do więzienia.

Nagle jeden z mężczyzn zwrócił na mnie uwagę. Wstał ciężko i ruszył w moją stronę. Miał na sobie brudną kurtkę i czapkę naciągniętą nisko na czoło. Spod niej patrzyły na mnie oczy. Przekrwione, ale przytomne, nawet aż za bardzo jak na kogoś, kogo świat dawno przestał zauważać. Po chwili dotarł do mnie jego odór. Mieszanka tytoniu i braku higieny.

– Nie ma nic uszlachetniającego w przyglądaniu się życiu meneli – rzekł, zbliżywszy się na niebezpiecznie małą odległość.

Jego głos był chrapliwy, a postawa niby zdradzała bezradność, lecz… było w niej coś jeszcze, niemal prowokacyjne „nie mam już nic do stracenia”. Stał przede mną wyprostowany, jakby czekał na cios albo na powód, by sam go zadać.

Nie odpowiedziałem. Cofnąłem się o krok, bardziej instynktownie niż z obawy. Bezdomny przez chwilę mierzył mnie wzrokiem, po czym parsknął krótkim, pustym śmiechem. Odwrócił się i wrócił do swoich, jakby ta krótka konfrontacja była tylko przypomnieniem, że granice w tym mieście istnieją, a to nie jest mój teren.

Wróciłem do samochodu już kompletnie rozbity i odjechałem w stronę domu. Przed oczami miałem Marię, a w głowie jedno, uporczywe pytanie: Co mam zrobić? Co zrobić?

Uderzyłem dłonią w kierownicę. Raz. Drugi.

Co robić?!

Waliłem z całych sił, raz za razem. Nie zauważyłem, kiedy zaczęło kropić. W końcu coś we mnie pękło, nie potrafiłem tego zatrzymać. Krzyknąłem przeraźliwie, jeszcze raz, wrzeszczałem jak oszalały. Chciało mi się wyć z żałości. Droga przede mną rozmazywała się w deszczu.

I wtedy coś mignęło przed maską. Wcisnąłem hamulec do oporu. Asfalt był mokry. Poczułem, jak samochód przestaje mnie słuchać. Obrót był gwałtowny, światła zatańczyły po mgle i drzewach. Wreszcie maszyna się zatrzymała i nastała cisza.

Na szczęście utrzymałem się na jezdni. Oddychałem ciężko, łapiąc powietrze jak ktoś wynurzający się spod wody. Przez chwilę siedziałem bez ruchu, próbując pojąć, co się właśnie stało.

Przetarłem twarz rękawem kurtki i powoli podniosłem wzrok. Byłem kompletnie zaskoczony, gdy zobaczyłem, że przed maską stoi wilk. Smukły, długonogi, szary. Stał nieruchomo, jakby wyrósł z mgły. Wiedziałem, że nie może mnie widzieć, a jednak miałem nieodparte wrażenie, że patrzy mi prosto w oczy. Nie było w nim agresji, ale chłodna, uważna obecność.

– Jak ty się tutaj znalazłeś? – szepnąłem.

Nie przypominałem sobie ani jednego przypadku, by kiedykolwiek widziano te zwierzęta w naszych okolicach.

Tkwiliśmy tak długą chwilę, ja w środku metalowej klatki, on na skraju światła.

Wilk poruszył się pierwszy. Cofnął się o krok, spokojnie, bez pośpiechu, jakby się upewniał, że zrozumiałem sygnał. Jeszcze jedno spojrzenie i zniknął we mgle, wciągnięty przez las.

Siedziałem dalej z rękami na kierownicy, czując, jak serce wraca do normalnego rytmu. Może on nie był tu po to, by dać się potrącić. Niektórzy mówią, że wilk przypomina, iż las nie należy do nas. A może był ostrzeżeniem. Znakiem, że jadę za szybko – nie tylko tą drogą, ale i własnym życiem, że jeśli nie zwolnię teraz, następnym razem mogę skończyć na drzewie.

Ciszę rozdarł klakson zbliżającego się samochodu. Dopiero wtedy sobie uświadomiłem, że moje auto stoi w poprzek drogi. Cofnąłem nieco maszynę i powoli ruszyłem. Spojrzałem w lusterko. Po wilku nie było śladu, jakby nigdy tam nie stał.

Rozdział 4

Podjechałem pod dom, kiedy słońce całkowicie już zaszło. Ciemność w Gudvangen zawsze przychodziła nagle, jakby ktoś po prostu zgasił światło nad fiordem.

Wyłączyłem silnik, starając się zebrać myśli. Co dalej? Co powinienem zrobić? Powiedzieć komuś? Olsenowi? Żadna odpowiedź nie przychodziła. Jak jeszcze nigdy w życiu czułem się sam, bez pomocy, bez planu. Myśli krążyły wokół Marii, że ona naprawdę to zrobiła. Ale dlaczego? Co ją do tego doprowadziło?

Wyszedłem z samochodu. Powietrze pachniało mokrym drewnem i zimną ziemią. Wiosna docierała tu ostrożnie. Zawahałem się, kiedy doszedłem pod drzwi. Wiedziałem, że wewnątrz nie znajdę ulgi, ale też nie miałem już siły na dalsze prowadzące donikąd rozmyślania. Wszedłem do środka. Puste, zimne wnętrze kiedyś było naszym wspólnym domem. Teraz stało się tylko miejscem, gdzie poza echem moich kroków słyszałem tylko witające mnie „miau”. Furia – nasza stara dachowa kotka – przyszła od razu, kiedy tylko mnie usłyszała.

Usiadłem przy stole, ukrywając twarz w dłoniach. Kot otarł się o moją nogawkę, przypominając o wiecznie głodnym brzuchu. Stęknąłem i ruszyłem w stronę kociego jedzenia.

Wystraszyłem się, gdy Maria nagle w szybkim tempie zbiegła ze schodów. Dopadła do apteczki i po chwili połknęła jakąś tabletkę.

– Gorączkę mam – rzuciła, widząc mój wzrok, jakby to miało zamknąć temat. Jej twarz i gałki oczne miały ten sam, prawie biały kolor. Ledwo stała.

– Źle wyglądasz, chora jesteś, idź do łóżka – rzekłem.

– Nie mogę… – Urwała. – Agnes czeka. Przeprowadzka. Obiecałam.

Zmarszczyłem brwi.

– Teraz? Myślałem, że porozmawiamy.

Maria grzebała w torebce, szukając kluczyków. Drżała, choć udawała, że nad sobą panuje.

– Muszę. Nie rozumiesz. Jeśli nie pojadę, koniec.

Stanąłem jej na drodze.

– Jeśli to koniec przez twoją gorączkę, to nigdy nie miałaś dziewczyny, tylko pasożyta – powiedziałem zimno.

Córka uniosła wzrok. Oczy miała nieprzytomne, zaszklone.

– Ty nic nie rozumiesz – wydusiła łamiącym się głosem. – Wolę się rozpaść, niż ją zawieść.

Odepchnęła mnie ramieniem i po chwili drzwi huknęły.

– Maria! – Wybiegłem za nią, lecz mnie nie słuchała. Odjechała z piskiem opon. To było dziwne, Maria była porywcza, lecz w tej scenie nic się nie zgadzało. Było późno, a ona jeszcze z gorączką, każdy normalny człowiek nie wymagałby od drugiej strony takich poświęceń.

Miałem dość. Stałem i patrzyłem za znikającym samochodem. Jeszcze niedawno bym zapalił, ale rzuciłem papierosy z bardzo prozaicznego powodu. Kiedy wchodziłem po schodach, moja kondycja była na poziomie minus jeden, a kaszel palacza męczył mnie coraz bardziej.

– Odin, Molly! – usłyszałem znajomy głos.

Nowy sąsiad wychodził na spacer ze swoimi zwierzętami codziennie o tej porze. On i jego żona wprowadzili się do domku naprzeciwko pół roku temu. Tak samo nagle, jak bez zapowiedzi wyprowadzili się poprzedni lokatorzy. Trwałbym pewnie jeszcze długo w nieświadomości, gdyby nowy głos nie zaczął się wdzierać w codzienność. Każdego wieczoru sąsiad wyprowadzał swoje dwa psy, Odina i Molly. Na początku sądziłem, że rozmawia przez telefon, ale nie, nie używał też słuchawek. Mówił sam do siebie i absolutnie zawsze powtarzał dokładnie to samo zdanie: „Człowiek sam nie wymyśli, co mu się w życiu przydarzy”.

Cytat ten był zwykle puentą bądź zapowiedzią dziwacznych opowieści, które kierował do niewidzialnej „pani”. Płynność jego wypowiedzi i zasób słów nie pasowały do przeciętnego człowieka mijanego na ulicy. Miał w sobie coś, co budziło niepokój, jakby każdy monolog był częścią większej układanki, której sensu nie znał nikt poza nim. Ten dziwny człowiek był dla mnie dość osobliwym zjawiskiem, którego nie sposób było nie zauważyć, i stanowił pewną specyficzną ciekawostkę antropologiczną.

Stanąłem pod murem, kryjąc się w cieniu. Nie mógł mnie zobaczyć.

– Dzień dobry pani – odezwał się jak zwykle spokojnym, miękkim głosem. – Proszę sobie wyobrazić, że wczoraj ktoś znów grzebał przy moim płocie. Ślady butów były świeże, a ziemia rozkopana. Ja wiem, że to nie pies, nie, nie… Psy tak nie chodzą. To były ludzkie tropy. Małe, lekkie, jakby kobiece.

Zamilkł na moment, jakby nasłuchiwał odpowiedzi niewidzialnej rozmówczyni, a potem ciągnął:

– O tak, pani ma rację. Ktoś mnie obserwuje. Ale to dobrze, bardzo dobrze… bo teraz ja obserwuję jego. – Szarpnął lekko smyczą i powoli szedł dalej. – Niech pani pamięta, że człowiek sam nie wymyśli, co mu się w życiu przydarzy. – Po chwili dodał ciszej: – Ale czasem może losowi pomóc.

Wsłuchiwałem się w słowa sąsiada z mieszanką fascynacji i niepokoju. Historie, które snuł, miały w sobie coś hipnotyzującego, aż chciało się słuchać dalej. Przypuszczałem, że cierpi na jakąś chorobę… Może schizofrenię? Albo urojenia prześladowcze. A jeśli nie…?

Z przemyśleń wyrwał mnie szum nadjeżdżającego samochodu. Czyżby Maria już wracała? Szybko przemknąłem do domu, kierując kroki prosto do kuchni. Nastawiłem wodę na herbatę. Moja córka wpadła jak burza, trzaskając za sobą drzwiami. Nie patrząc na boki, pobiegła prosto na górę. Zalałem kubek z czarną esencją i chwyciwszy za ucho, udałem się do jej pokoju.

– Maria… – powiedziałem łagodnie i zapukałem do drzwi. Nie usłyszałem odpowiedzi, więc nacisnąłem klamkę i powoli zajrzałem do środka. Siedziała na łóżku, skulona, z podkurczonymi nogami. Postawiłem herbatę na biurku i usiadłem obok.

– Nie wiem, co robić… – jęknęła, a broda jej zadrżała.

– Opowiedz mi wszystko – rzekłem troskliwie, lecz stanowczo.

– Nie wiem, co robić! Nie wiem, co mam robić! – Położyła się i płacząc, zaczęła krzyczeć na cały głos.

– Powiedz mi prawdę, Maria! Co się wydarzyło, powiedz mi wszystko! Powiedz wszystko, proszę cię! Tylko wtedy będę mógł ci pomóc!

Chwyciła poduszkę i zaczęła w nią szlochać. Czułem, że sam zaraz wpadnę w panikę.

– Wszystko się wali! – krzyczała. – Wszystko! Nie wiem, co robić!

Przytuliłem ją mocno, próbując uspokoić, ale nie przestawała płakać. Wciąż krzyczała i była cała rozpalona.

– Tato! Tato! Pomóż mi! – Objęła mnie mocno.