Ice Obsession - Sylvia Noire - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Ice Obsession ebook i audiobook

Sylvia Noire

3,7

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

381 osób interesuje się tą książką

Opis

Jedna śmierć.
Jedna tajemnica.
Jedna gra, w której stawką było znacznie więcej niż prawda.

Viermont było miejscem, gdzie przyszłość należała do wybranych, a przeszłość najlepiej było zakopać głęboko.

Kimberly Hart nie planowała zostać częścią tego świata. Simon Veyra nie planował pozwolić jej się do niego zbliżyć.

Ona miała sekrety, których nie chciała ujawniać.
On miał nazwisko, od którego nie potrafił uciec.

Kiedy tajemnicza Nocturne zaczęła odkrywać kolejne warstwy mrocznej historii akademii, granica między tym, co powinno pozostać ukryte, a tym, co musi zostać ujawnione, zaczęła znikać.

A pomiędzy Kimberly i Simonem pojawiło się uczucie, które komplikowało wszystko.

Bo czasami największym zagrożeniem nie jest prawda.

Tylko człowiek, dla którego jesteś gotowa ją poznać.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 467

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 4 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Agata GóralMaciej Kosmala

Oceny
3,7 (3 oceny)
2
0
0
0
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Ewakr1

Nie oderwiesz się od lektury

intrygująca , ciekawa , tajemnicza
10
Justyna6124

Nie polecam

Naprawdę? Od nienawiści do miłości w kilka stron ?
00



Spis Treści

Co­py­ri­ghtChap­ter PRO­LOGROZ­DZIAŁ 1ROZ­DZIAŁ 2ROZ­DZIAŁ 3

Co­py­ri­ght © by SY­LVIA NO­IRE Co­py­ri­ght © by Moje Wy­daw­nic­two All ri­ghts re­se­rved · Wszyst­kie pra­wa za­strze­żo­ne Re­dak­cja: Bar­ba­ra Wro­na (tekst­na­no­wo.pl) Ko­rek­ta: Agniesz­ka Li­szow­ska Skład i ła­ma­nie tek­stu: K&K De­si­gner Opra­co­wa­nie okład­ki: K&K De­si­gner Po­my­sł na okład­kę: Moje Wy­daw­nic­two ISBN Pa­pier: 978-83-68837-41-4 ISBN Ebo­ok: 978-83-68837-42-1 ISBN Au­dio: 978-83-68837-43-8

Moje Wy­daw­nic­two

Stro­na: www.mo­je­wy­daw­nic­two.plEma­il: wspol­pra­ca@mo­je­wy­daw­nic­two.plIn­sta­gram: mo­je­wy­daw­nic­twoX: mo­je­wy­daw­nic­twoTik­Tok: moje.wy­daw­nic­twoFa­ce­bo­ok: mo­je­wy­daw­nic­two

Kie­dyinniocze­ku­jąod nas, że sta­nie­my się ta­ki­mi, ja­ki­mi oni chcą, że­by­śmy byli, zmu­sza­ją nas do znisz­cze­nia tego, kim na­praw­dę je­ste­śmy.

To do­syć sub­tel­ny ro­dzaj mor­der­stwa.

Wi­ęk­szo­ść ko­cha­jących ro­dzi­ców i krew­nych po­pe­łnia je z uśmie­chem na twa­rzy.

Jim Mor­ri­son

PROLOG

Rok.

Mi­nął do­kład­nie rok od nocy, któ­ra roz­bi­ła mój świat na ka­wa­łki, a mimo to wszyst­ko wci­ąż wra­ca do mnie z tą samą bru­tal­ną wy­ra­zi­sto­ścią. Za­pach al­ko­ho­lu, dźwi­ęk śmie­chu od­bi­ja­jący się od mar­mu­ro­wych ścian re­zy­den­cji jed­ne­go z za­wod­ni­ków, mi­go­czące świa­tła i mu­zy­ka, któ­ra mia­ła być ce­le­bra­cją zwy­ci­ęstwa. Im­pre­za po wy­gra­nym me­czu. Nasz triumf. A jej ko­niec.

Lily.

Była tam. Pa­mi­ętam jej uśmiech, kie­dy po­wie­dzia­ła, że idzie za­czerp­nąć świe­że­go po­wie­trza. Pa­mi­ętam, jak po­pra­wia­ła su­kien­kę, jak rzu­ci­ła mi spoj­rze­nie pe­łne cze­goś, cze­go wte­dy nie po­tra­fi­łem na­zwać. Może to była pro­śba, może za­po­wie­dź po­że­gna­nia. Nie po­sze­dłem za nią. Zo­sta­łem. Śmia­łem się. Pi­łem. Uda­wa­łem, że cały świat ist­nie­je tyl­ko tu i te­raz.

Zna­le­źli ją go­dzi­nę pó­źniej.

Mar­twą.

A po­tem wszyst­ko po­to­czy­ło się tak, jak za­wsze w na­szym świe­cie – szyb­ko, ale zbyt ci­cho i per­fek­cyj­nie. Po­li­cja, pry­wat­ni praw­ni­cy, roz­mo­wy za za­mkni­ęty­mi drzwia­mi i mi­lio­no­we na­zwi­ska, któ­re mia­ły za­dbać, by praw­da ni­g­dy nie wy­do­sta­ła się na po­wierzch­nię. Eli­tar­na szko­ła nie mo­gła po­zwo­lić so­bie na skan­dal. Ro­dzi­ce za wszel­ką cenę chro­ni­li swój nie­ska­zi­tel­ny wi­ze­ru­nek. A my – zło­ta mło­dzież – mie­li­śmy po­zo­stać nie­tkni­ęci.

Spra­wa zo­sta­ła za­mie­cio­na pod dy­wan szyb­ciej, niż do­ta­rło do mnie tak na­praw­dę, że Lily już nie od­dy­cha.

Ofi­cjal­nie był to nie­szczęśli­wy wy­pa­dek. Nie­ofi­cjal­nie – te­mat tabu. Imię, któ­re­go nie wy­po­wia­da­ło się na głos. Hi­sto­ria, któ­rej nie było.

A ja? Zo­sta­łem z ci­szą, któ­ra na­gle sta­ła się nie do znie­sie­nia.

Sie­dzę te­raz w swo­im po­ko­ju, w ide­al­nie upo­rząd­ko­wa­nej prze­strze­ni, przy­po­mi­na­jącej ra­czej wy­sta­wo­wy apar­ta­ment, a nie miej­sce, w któ­rym żyje czło­wiek. Świa­tło noc­nej lamp­ki rzu­ca zim­ne cie­nie na ścia­ny, a ja za­ci­skam pal­ce na kra­wędzi łó­żka, pró­bu­jąc od­rzu­cić wspo­mnie­nia. Nie ana­li­zo­wać tego już wi­ęcej.

Ale to nie­mo­żli­we.

Jej twarz wci­ąż wra­ca do mnie no­ca­mi. Jej głos. Do­tyk dło­ni na moim kar­ku. I py­ta­nie, któ­re ni­g­dy nie daje mi spo­ko­ju.

Dla­cze­go?

Dla­cze­go ona? Dla­cze­go tej nocy? Dla­cze­go nikt nie chciał po­znać praw­dy?

To wła­śnie wte­dy coś we mnie pękło. Mo­ment, w któ­rym prze­sta­łem wie­rzyć w lu­dzi, w uczu­cia, w cie­pło. Zo­stał tyl­ko chłód. Kon­tro­la. Zim­na pre­cy­zja. Lód, któ­ry za­mro­ził wszyst­ko, co kie­dyś było mi­ęk­kie i żywe.

Od tam­tej pory nie po­zwa­lam ni­ko­mu się zbli­żyć. Utrzy­mu­ję dy­stans. Bu­du­ję mur. A jed­nak pod tą lo­do­wą po­wierzch­nią wci­ąż pul­su­je gniew. I żal. I ob­se­syj­na po­trze­ba po­zna­nia praw­dy.

W świe­cie, w któ­rym Lily zo­sta­ła wy­ma­za­na jak nie­wy­god­ny błąd, po­ja­wi­ła się Kim. Była jak nie­chcia­na praw­da.

Jak iskra pod lo­dem.

A lód za­wsze pęka naj­gło­śniej wte­dy, gdy wy­da­je się naj­tward­szy.

ROZDZIAŁ 1

UPADEK

SI­MONZ LODU I KO­ŚCI

Vier­mont. Miej­sce, w któ­rym szyb­ciej uczy­my się gry na lo­dzie niż czy­ta­nia mi­ędzy wier­sza­mi. Gdzie ka­żdy upa­dek czło­wie­ka sprze­da­je się go­rzej niż zła­ma­ne ły­żwy. Dziś o ka­pi­ta­nie, któ­re­go ide­al­na po­zy­cja na ta­fli była rów­nie bez­względ­na, co per­fek­cyj­na fry­zu­ra po po­ran­nym tre­nin­gu. Mo­żna go po­dzi­wiać – i mo­żna się go bać. Dla jed­nych sym­bol, dla in­nych – za­sa­da. A za­sa­dy są wy­god­ne, do­pó­ki nie za­czy­na­ją bo­leć. Py­ta­nie pro­ste – ile kosz­tu­je per­fek­cja? Kto de­cy­du­je, któ­re rysy są war­te za­kry­cia? W Vier­mont ła­twiej jest za­mie­ść kru­cho­ść pod dy­wan, niż przy­znać, że ktoś zo­stał zra­nio­ny. Wte­dy pa­ku­je­my jed­no­ra­zo­we uśmie­chy i idzie­my da­lej. Nie­któ­re śla­dy zni­ka­ją szyb­ko – ale nie zni­ka­ją ca­łko­wi­cie.Zwłasz­cza te, któ­re po­zo­sta­wi­ła noc, o któ­rej ofi­cjal­nie nikt już nie mówi.Noc­tur­ne

Zgnio­tłemga­zet­kęwdło­ni, nim do­ta­rłem do ko­ńca tek­stu. Pa­pier za­pisz­czał pod mo­imi pal­ca­mi, a ja po­czu­łem zna­jo­me na­pi­ęcie w kar­ku – to samo, któ­re na­wie­dza­ło mnie za­wsze, gdy ktoś pró­bo­wał pod­wa­żyć zaj­mo­wa­ną prze­ze mnie po­zy­cję. Moje na­zwi­sko nie pa­dło ani razu, a mimo to ka­żdy, kto czy­tał ten fe­lie­ton, wie­dział do­kład­nie, o kim mowa.

O mnie. O ka­pi­ta­nie. O Si­mo­nie Vey­ra. O ide­al­nym chłop­cu Vier­mont.

I o Lily.

To jed­no zda­nie, niby nie­win­ne, niby alu­zyj­ne, a jed­nak ostre jak ostrze ły­żwy: „noc, o któ­rej ofi­cjal­nie nikt już nie mówi”. Ser­ce ude­rzy­ło mi moc­niej, wy­trąca­jąc mnie na mo­ment z rów­no­wa­gi. Przez uła­mek se­kun­dy lo­do­wa­ta kon­tro­la, z któ­rej by­łem zna­ny, pękła. Ktoś wła­śnie si­ęgnął po coś, co po­win­no na za­wsze po­zo­stać po­grze­ba­ne.

– To ja­kiś żart – mruk­nąłem, uno­sząc wzrok znad pa­pie­ru.

Sze­dłem ko­ry­ta­rzem, a echo mo­ich kro­ków od­bi­ja­ło się od zim­nych ścian aka­de­mii. Czu­łem na so­bie spoj­rze­nia. Plot­ki ro­dzi­ły się szyb­ciej niż lód na nie­przy­go­to­wa­nej ta­fli. W Vier­mont jed­no sło­wo po­tra­fi­ło znisz­czyć re­pu­ta­cję, na któ­rą pra­co­wa­ło się la­ta­mi. A Noc­tur­ne wła­śnie rzu­ci­ła ręka­wi­cę. Bo by­łem nie­mal pe­wien, że to była ona. Nie twarz, nie głos – styl. Pre­cy­zyj­ny, in­te­li­gent­ny i uwa­żny. Ktoś, kto znał dru­ży­nę od środ­ka, ale stał na wy­star­cza­jąco bez­piecz­nym dy­stan­sie, by wi­dzieć wi­ęcej. I na­gle to imię po­ja­wi­ło się w mo­jej gło­wie – jak nie­chcia­na myśl, któ­rej nie dało się już wy­przeć.

Kim.

Była dziew­czy­na Ja­re­da. Zbyt bły­sko­tli­wa jak na zwy­kłą re­dak­tor­kę szkol­nej ga­zet­ki. Wy­jąt­ko­wo prze­ni­kli­wa w spoj­rze­niu. Za­wsze gdzieś obok – na try­bu­nach, na ko­ry­ta­rzu, z no­te­sem albo te­le­fo­nem, nie­ustan­nie ana­li­zu­jąca wszyst­ko wo­kół. A przede wszyst­kim: zbyt bli­sko mnie, od­kąd Lily uma­rła.

Do­strze­głem ją przy au­to­ma­cie z kawą. Opie­ra­ła się nie­dba­le o ścia­nę, roz­ma­wia­jąc z kimś z re­dak­cji, a jej śmiech był za­ska­ku­jąco ja­sny jak na miej­sce, któ­re od­dy­cha­ło chło­dem i am­bi­cją. Gdy na­sze spoj­rze­nia się spo­tka­ły, nie od­wró­ci­ła wzro­ku. Prze­ciw­nie – le­d­wie za­uwa­żal­nie unio­sła brew, jak­by do­strze­ga­ła rze­czy, któ­re po­win­ny po­zo­stać ukry­te.

Pew­na sie­bie i spo­koj­na.

A przy tym… wy­ra­źnie za­in­te­re­so­wa­na.

Nie po­wie­dzia­łem nic. Tyl­ko ob­ser­wo­wa­łem. Z no­to­rycz­ną pre­cy­zją, jaką za­cho­wy­wa­łem na lo­dzie. Ka­żdy jej gest i drgni­ęcie pal­ców. Ka­żdy uśmiech pod­szy­ty czy­mś, cze­go nie po­tra­fi­łem jesz­cze na­zwać.

Może to nie była ona, ale je­śli była – wła­śnie roz­po­częła grę, któ­rej za­sad nie za­mie­rza­łem re­spek­to­wać. A ja ni­g­dy nie prze­gry­wa­łem.

Kie­dy mi­ja­łem ją na ko­ry­ta­rzu, po­czu­łem sub­tel­ny za­pach jej per­fum – cie­pły, nie­pa­su­jący do zim­ne­go świa­ta Vier­mont. Za­trzy­ma­łem się tyl­ko na mo­ment.

– Ra­dzi­łbym uwa­żać na to, co się pi­sze – oznaj­mi­łem chłod­no – Nie­któ­re hi­sto­rie po­tra­fią wró­cić i ko­goś zmia­żdżyć.

Jej uśmiech nie zga­sł.

– A nie­któ­re w ko­ńcu za­słu­gu­ją, by zo­stać opo­wie­dzia­ne – od­pa­rła mi­ęk­ko, z nutą sar­ka­zmu. Czy­żby do­kład­nie wie­dzia­ła, gdzie ude­rzyć?

Zro­zu­mia­łem jed­no. Co­kol­wiek ro­bi­ła czy ukry­wa­ła. Kim­kol­wiek była. Od tej chwi­li nie za­mie­rza­łem spusz­czać z niej wzro­ku.

Mi­nąłem ją bez sło­wa, ale czu­łem jej spoj­rze­nie na ple­cach jesz­cze dłu­go po tym, jak skręci­łem w stro­nę hali. Nie mu­sia­łem się od­wra­cać, by wie­dzieć, że pew­nie po­sła­ła za mną tę swo­ją iry­tu­jąco spo­koj­ną minę – ta cała sy­tu­acja była pew­nie je­dy­nie drob­ną sce­ną w jej pry­wat­nym przed­sta­wie­niu.

Kim mia­ła w so­bie coś dra­żni­ąco lek­kie­go. Wy­gląda­ło na to, że Vier­mont jest dla niej tyl­ko plan­szą do gry, a nie po­lem mi­no­wym, po któ­rym wszy­scy ostro­żnie sta­wia­li kro­ki.

Ja nie mia­łem ta­kie­go luk­su­su.

***

Lo­do­wi­sko przy­wi­ta­ło mnie lo­do­wa­tym po­wie­trzem i cha­rak­te­ry­stycz­nym za­pa­chem gumy, potu oraz che­mii do kon­ser­wa­cji ta­fli. Ten aro­mat był moim je­dy­nym sta­łym punk­tem. Je­dy­ną pew­no­ścią w świe­cie, któ­ry prze­stał mieć sens. Sze­dłem do szat­ni, ostrza ły­żew ude­rza­ły o be­ton w ryt­micz­nym, zna­jo­mym tem­pie, a echo roz­mów od­bi­ja­ło się od wy­so­kie­go su­fi­tu ni­czym stłu­mio­ny po­mruk bu­rzy.

Za­ci­ągnąłem moc­niej ta­śmę wo­kół dło­ni, te­stu­jąc chwyt kija. Drew­no było zim­ne, ale pew­ne – zu­pe­łne prze­ci­wie­ństwo cha­osu, któ­ry za­czy­nał wdzie­rać się w moje ży­cie poza lo­dem. Szat­nia tęt­ni­ła ener­gią przed­tre­nin­go­wą – prze­kle­ństwa, śmiech, głu­che ude­rze­nia sprzętu o me­ta­lo­we ław­ki. Ka­ski, ochra­nia­cze, blu­zy dru­ży­no­we po­rzu­co­ne byle jak. Nor­mal­no­ść. Gdy­by nie je­den pie­przo­ny fe­lie­ton.

– Wi­dzie­li­ście tę ga­zet­kę? – rzu­cił ktoś z ko­ńca po­miesz­cze­nia. – Noc­tur­ne nie­źle po­le­cia­ła.

Zi­gno­ro­wa­łem to i za­jąłem swo­je miej­sce. Wte­dy go zo­ba­czy­łem.

Ja­red sie­dział kil­ka sza­fek da­lej i wła­śnie za­pi­nał ochra­nia­cze na ko­la­nach. Dla nie­go wszyst­ko było w ide­al­nym po­rząd­ku. Nic nie pękło, a Kim nie była pro­ble­mem, któ­ry mógł roz­sa­dzić spo­kój dru­ży­ny od środ­ka.

Wsta­łem po­wo­li i pod­sze­dłem do nie­go, nie spusz­cza­jąc z nie­go wzro­ku.

– Po­ga­da­my? – po­wie­dzia­łem ni­sko.

Unió­sł gło­wę. W jego oczach nie było już daw­nej ko­le­że­ńsko­ści. Była tam su­ro­wa, lep­ka ry­wa­li­za­cja. Taka, któ­ra tyl­ko cze­ka­ła, żeby eks­plo­do­wać.

– O czym? – prych­nął.

– O tym, że masz trzy­mać swo­ją byłą na krót­kiej smy­czy – wark­nąłem. – Nie chcę wi­ęcej wi­dzieć po­dob­nych gó­wien w tej śmiesz­nej ga­zet­ce, na któ­rą dy­rek­tor­ka Ra­ven­co­urt po­zwa­la tyl­ko po to, żeby uda­wać po­stępo­wą.

Kil­ka głów unio­sło się na­tych­miast.

Ja­red wstał po­wo­li, de­mon­stra­cyj­nie.

– Nie je­ste­śmy już ra­zem. Nie za­uwa­ży­łeś, Si­mon? A poza tym, Kim na pew­no nie jest ni­czy­ją wła­sno­ścią – wy­ja­śnił chłod­no. – Może w two­im lo­do­wym kró­le­stwie tak to dzia­ła, ale nie wszy­scy liżą ci dupę tyl­ko dla­te­go, że masz li­ter­kę K na ko­szul­ce.

Po­czu­łem, jak coś we mnie pękło.

– Pil­nuj tego, co tra­fia do jej fe­lie­to­nów, albo prze­sta­niesz tu pa­so­wać – od­pa­rłem jesz­cze bar­dziej lo­do­wa­to. – I nie mó­wię o ży­ciu to­wa­rzy­skim.

Jego szczęka na­pi­ęła się mo­men­tal­nie.

– Może bo­isz się, że ktoś w ko­ńcu za­cznie pi­sać o to­bie? – rzu­cił. – Bo wiesz… ka­pi­tan z kru­chą prze­szło­ścią tra­ci blask szyb­ciej niż ostrze bez re­gu­lar­nych szli­fów.

Zro­bi­łem krok bli­żej.

– Po­wiedz to jesz­cze raz.

– Albo co? – Uśmiech­nął się kpi­ąco. – Przy­po­mnisz mi, że to ty wy­bra­łeś Lily za­miast…

Nie do­ko­ńczył.

Pi­ęść sama po­le­cia­ła.

Ude­rzy­łem go moc­no w szczękę. Od­po­wie­dział na­tych­miast – pchni­ęciem, szarp­ni­ęciem za ko­łnierz blu­zy, prze­kle­ństwem, któ­re wstrząsnęło całą szat­nią. Ktoś prze­wró­cił ław­kę. Kask ude­rzył o podło­gę z głu­chym trza­skiem.

– Si­mon, kur­wa, uspo­kój się! – wy­da­rł się ktoś. – Roz­dziel­cie ich!

Kil­ka sil­nych rąk od­ci­ągnęło mnie do tyłu, ale Ja­red też się wy­ry­wał. Oczy miał roz­pa­lo­ne jak przed de­cy­du­jącą ter­cją.

– Mam się bać two­je­go ty­tu­łu? – krzyk­nął. – Ka­żdy wie, że tyl­ko cze­kasz, aż ktoś cię zrzu­ci z pie­de­sta­łu!

Od­dy­cha­łem ci­ężko. Mi­ęśnie pa­li­ły, a w gło­wie pul­so­wa­ła czy­sta, zwie­rzęca wście­kło­ść.

– Spró­buj – syk­nąłem. – Zo­ba­czy­my, czy wy­trzy­masz pre­sję cho­ćby jed­ne­go me­czu na moim miej­scu.

Za­pa­dła ci­sza. Gęsta i ci­ężka. Za­po­wia­da­jąca woj­nę.

Tre­ner wsze­dł do­kład­nie w tym mo­men­cie i zmie­rzył nas zde­cy­do­wa­nym wzro­kiem.

– Na lód. Te­raz – rzu­cił krót­ko. – A pry­wat­ne dra­ma­ty zo­staw­cie na pie­przo­ne wie­czo­ry te­ra­peu­tycz­ne.

Za­pi­ąłem kask i wy­sze­dłem pierw­szy.

Gdy moje ostrze prze­ci­ęło ta­flę, po­czu­łem zna­jo­me na­pi­ęcie. Lód re­ago­wał na­tych­miast, bez za­wa­ha­nia. Krążek su­nął pod ki­jem ide­al­nie, ka­żdy zwód był in­stynk­tem, ka­żde przy­spie­sze­nie przy­po­mi­na­ło mi, kim by­łem.

Ka­pi­ta­nem.

Stra­te­giem.

Li­de­rem.

Ale na­wet tu, mi­ędzy nie­bie­ski­mi li­nia­mi i czer­wo­nym punk­tem wzno­wień, do­strze­głem ją. Na try­bu­nach. Z no­tat­ni­kiem w dło­ni. Sku­pio­ną. Czuj­ną. Za­miast pa­trzeć na krążek, po raz pierw­szy od daw­na po­czu­łem, że ktoś pró­bu­je ode­brać mi kon­tro­lę nie tyl­ko nad dru­ży­ną, ale nad ca­łym moim ży­ciem.

Krążek śmi­gał pod moim ki­jem, choć moje ru­chy były spó­źnio­ne i nie­do­kład­ne. Ostrza śli­zga­ły się nie­pew­nie, a ta­fla zda­wa­ła się kpić ze mnie na ka­żdym kro­ku. My­śli kłębi­ły się w mo­jej gło­wie, upar­cie wra­ca­jąc do Noc­tur­ne, fe­lie­to­nu, Kim oraz Lily.

Za­miast pre­cy­zyj­nych po­dań tra­fia­łem w pust­kę. Moje strza­ły mia­ły zmu­szać bram­ka­rza do ka­pi­tu­la­cji, ale krążek ucie­kał mi spod kon­tro­lo­wa­ne­go ude­rze­nia. Ka­żdy ruch był cha­otycz­ny, nie­pa­su­jący do mo­je­go zwy­kłe­go ryt­mu.

– Si­mon! – krzyk­nął ktoś zza mo­ich ple­ców. – Wi­dzia­łeś w ogó­le, do­kąd idzie ten krążek?!

– Ka­pi­ta­nie, ogar­nij się! – do­rzu­cił Max. – Nie mo­że­my cały czas ra­to­wać two­jej dupy!

Ich fru­stra­cja wkra­da­ła się w moje my­śli, a ja czu­łem tyl­ko wi­ęk­szą pre­sję. Ni­g­dy wcze­śniej nie po­zwo­li­łem, by coś tak mnie roz­pro­szy­ło. A te­raz? Spó­źnio­ne ru­chy, spu­dło­wa­ne po­da­nia… Dru­ży­na pa­trzy­ła na mnie z ro­snącym zde­ner­wo­wa­niem.

– Si­mon, stój! – ryk­nął tre­ner, gwizd­kiem prze­ry­wa­jąc ak­cję. – Dość!

Za­trzy­ma­łem się gwa­łtow­nie, ła­pi­ąc od­dech. Dru­ży­na sta­ła w mil­cze­niu, nie­któ­rzy prze­wra­ca­li ocza­mi, inni kręci­li gło­wa­mi z nie­do­wie­rza­niem.

– Ga­bi­net. Te­raz. – Tre­ner wska­zał dło­nią. – Nie pró­buj mi tłu­ma­czyć, że to wina lodu.

Zrzu­ci­łem kask, pa­trząc na ko­le­gów z dru­ży­ny. Wi­dzia­łem ich fru­stra­cję, iry­ta­cję, a może i strach – bo je­śli nie uda mi się opa­no­wać sie­bie, ktoś może za­pła­cić za moje błędy.

Kie­dy wsze­dłem do ga­bi­ne­tu tre­ne­ra, drzwi za­trza­snęły się za mną z ta­kim hu­kiem, że echo wy­da­wa­ło się do­no­śniej­sze niż ka­żde ude­rze­nie krążka.

– Co się dzie­je z tobą, Si­mon? – za­py­tał tre­ner, wska­zu­jąc krze­sło. – Ni­g­dy nie wi­dzia­łem cię tak roz­ko­ja­rzo­ne­go. Na­wet w naj­gor­szych me­czach nie tra­ci­łeś kon­tro­li nad dru­ży­ną.

Opa­rłem się o blat, pró­bu­jąc ze­brać my­śli, ale im bar­dziej pró­bo­wa­łem, tym bar­dziej wra­ca­ły ob­ra­zy Kim, jej spoj­rze­nia, fe­lie­ton.

– Mu­sisz mi wy­tłu­ma­czyć – kon­ty­nu­ował tre­ner – bo je­śli nie ogar­niesz tego te­raz, nie tyl­ko twój tre­ning ucier­pi, ale też cała dru­ży­na. A ja nie mam za­mia­ru ci­ągle sprzątać po two­ich emo­cjach.

Czu­łem, że na­pi­ęcie w mo­jej klat­ce pier­sio­wej ro­śnie. Wie­dzia­łem, że musi się coś zmie­nić, że mu­szę zna­le­źć spo­sób, by ode­rwać te my­śli, za­nim za­czną mnie ca­łko­wi­cie nisz­czyć – i za­nim ktoś w dru­ży­nie zro­bi coś głu­pie­go z po­wo­du mo­jej nie­uwa­gi.

Ale jed­no było pew­ne: Kim nie po­zwo­li­ła mi się od­ci­ąć.

Usia­dłem ci­ężko na krze­śle, jesz­cze czu­jąc drże­nie w dło­niach. Tre­ner pa­trzył na mnie z mie­sza­ni­ną zdzi­wie­nia i iry­ta­cji, a ja nie mo­głem się po­wstrzy­mać od wy­my­śla­nia ko­lej­nych sce­na­riu­szy.

– Si­mon… – za­czął, ale prze­rwa­łem mu ru­chem ręki.

– Nie te­raz. Mu­szę to po­ukła­dać.

Za­mknąłem oczy i prze­su­nąłem ob­raz w gło­wie: fe­lie­ton, sar­ka­stycz­ne uwa­gi, któ­re zda­wa­ły się czy­tać ka­żdą moją myśl. Noc­tur­ne. Kim. Była zbyt in­te­li­gent­na i czuj­na, żeby nie być au­tor­ką. Kie­dyś bli­sko Lily i tak bli­sko praw­dy.

– Wiem, że my­ślisz o niej – po­wie­dział mężczy­zna, prze­ry­wa­jąc moje mil­cze­nie. – Ale to nie po­wód, żeby roz­pie­przyć cały tre­ning i do­pro­wa­dzić chło­pa­ków do sza­le­ństwa.

– Ona… nie jest zwy­kłą dziew­czy­ną z wi­dow­ni. To coś wi­ęcej. Fe­lie­ton, w któ­rym ktoś ru­sza sta­rą spra­wę… Ktoś, kto wie, jak ude­rzyć we mnie bez­po­śred­nio.

Tre­ner zmarsz­czył brwi.

– Kim? Była z Ja­re­dem, nie?

Ski­nąłem gło­wą.

– Do­kład­nie. I to, że prze­sta­ła z nim być, ni­cze­go nie zmie­nia. Ona wci­ąż jest w tej grze. W tej… ich grze w Vier­mont. I coś mi mówi, że nie po­zwo­li, że­bym co­kol­wiek kon­tro­lo­wał tak jak wcze­śniej.

– Słu­chaj… – wes­tchnął tre­ner. – Mu­sisz na­uczyć się od­dzie­lać lód od resz­ty. Od emo­cji. Od… pro­ble­mów z dziew­czy­na­mi. Nie mo­żesz po­zwo­lić, żeby ktoś z ze­wnątrz de­cy­do­wał o two­jej kon­tro­li nad dru­ży­ną.

– Wiem – przy­tak­nąłem. – Ale nie mogę po­zwo­lić, żeby ktoś… grał w grę, któ­rej re­gu­ły sam usta­lam.

Tre­ner po­ki­wał gło­wą i opa­rł się o biur­ko, pa­trząc na mnie uwa­żnie.

– To, co ro­bisz, to nie tyl­ko sport. To stra­te­gia, kon­tro­la, prze­wi­dy­wa­nie ru­chów prze­ciw­ni­ka. Jed­nak pa­mi­ętaj, że ka­żdy ruch ma kon­se­kwen­cje. Je­śli po­zwo­lisz, by Kim lub Noc­tur­ne zy­ska­ły prze­wa­gę… nie sko­ńczy się na fe­lie­to­nie.

To było ostrze­że­nie i wy­zwa­nie w jed­nym. Wie­dzia­łem, że musi tak być. Mu­szę ob­ser­wo­wać praw­do­po­dob­ną au­tor­kę wpi­su, spraw­dzać ka­żdy jej ruch i ko­men­tarz. Iro­nię i uśmiech.

I nie po­zwo­lę, żeby kto­kol­wiek ode­brał mi kon­tro­lę, na­wet ona – nad dru­ży­ną, nad ta­flą, nad sobą. Bo je­śli jest jed­na rzecz, któ­rej nie mogę stra­cić… to by­cie ka­pi­ta­nem.

***

Kam­pus po­wi­tał mnie ci­szą, któ­ra kon­tra­sto­wa­ła z ha­ła­sem hali. Ko­ry­ta­rze były pu­ste, lam­py rzu­ca­ły zim­ne świa­tło na podło­gę. Kro­ki od­bi­ja­ły się echem, a ja czu­łem, jak na­pi­ęcie z szat­ni po­wo­li we mnie krąży, nie po­zwa­la­jąc ode­tchnąć.

W po­ko­ju za­sta­łem zna­jo­my chłód i po­rządek – sprzęty, ksi­ążki, któ­re już daw­no po­wi­nie­nem po­se­gre­go­wać, no­tat­ki z tre­nin­gów. Usia­dłem na łó­żku, zrzu­ca­jąc ta­śmę z dło­ni, i si­ęgnąłem po te­le­fon, po czym wy­bra­łem zna­jo­my kon­takt.

– Hej, Max – ode­zwa­łem się, gdy tyl­ko ode­brał.

– Si­mon? – Jego głos brzmiał jak zwy­kle na lek­ko roz­ba­wio­ny, ale wy­czu­wa­łem na­pi­ęcie. – Brzmisz, jak­byś wła­śnie prze­grał wal­kę w rin­gu. Tre­ner bar­dzo ci na­ga­dał?

– Mo­żna tak po­wie­dzieć – przy­zna­łem. – Szat­nia była… cie­ka­wa. Fe­lie­ton, Kim, Ja­red. Wszyst­ko ra­zem.

Kum­pel par­sk­nął śmie­chem.

– Wiesz co? Masz pra­wo być wkur­wio­ny, ale mu­sisz od­pu­ścić. Cho­dźmy na piz­zę, cho­ciaż na chwi­lę wy­rwij­my się z tego prze­klęte­go kam­pu­su. Tro­chę nor­mal­no­ści, za­nim cała aka­de­mia zje­dzie się z po­wro­tem.

– Piz­za brzmi do­brze, tyle że nie mogę się ca­łkiem od­ci­ąć. Nie po tym, co się dzie­je.

– Wła­śnie dla­te­go idzie­my – uci­ął krót­ko. – Złap od­dech, zo­ba­czysz, że świe­że po­wie­trze i tro­chę sera zro­bią wi­ęcej niż ko­lej­ny tre­ning.

Uśmiech­nąłem się, bo Max za­wsze wie­dział, jak ude­rzyć w od­po­wied­ni punkt.

– Do­bra. Spo­tkaj­my się za go­dzi­nę przy bra­mie głów­nej.

Roz­łączy­łem się, opa­dłem na łó­żko i wle­pi­łem wzrok w su­fit. My­śli wci­ąż krąży­ły wo­kół tych sa­mych te­ma­tów, po raz pierw­szy jed­nak od wie­lu go­dzin po­czu­łem, że mogę cho­ciaż na chwi­lę wy­rwać się z tej woj­ny – i spraw­dzić, czy świat poza ta­flą i po­li­ty­ką Vier­mont wci­ąż ist­nie­je. Nie na dłu­go, to wie­dzia­łem, ale na­wet mała prze­rwa od lo­do­we­go kró­le­stwa mo­gła dać mi coś, cze­go bra­ko­wa­ło naj­bar­dziej: spo­kój.

Go­dzi­na mi­nęła szyb­ciej, niż się spo­dzie­wa­łem. Max cze­kał przy bra­mie z ręka­mi w kie­sze­niach blu­zy, uśmiech miał roz­lu­źnio­ny i pro­wo­ku­jący jed­no­cze­śnie.

– Go­to­wy na ode­rwa­nie się od świa­ta lo­do­wych ty­ra­nów? – rzu­cił na mój wi­dok.

Ski­nąłem gło­wą.

– Je­śli piz­za będzie do­bra, to je­stem w sta­nie uwie­rzyć, że świat jesz­cze ma sens.

Mia­sto przy­wi­ta­ło nas cie­płym po­wie­trzem i cha­osem nor­mal­ne­go wie­czo­ru. Świa­tła la­tar­ni od­bi­ja­ły się w mo­krym as­fal­cie, a od­gło­sy uli­cy – klak­so­ny, śmiech lu­dzi, stu­kot bu­tów – były tak inne od echa szat­ni, że na chwi­lę nie­mal za­po­mnia­łem o trzy­ma­jącym mnie na­pi­ęciu.

– Więc – za­czął Max, sztur­cha­jąc mnie lek­ko w ra­mię – jak na­praw­dę czu­jesz się po tym… dzi­siej­szym cyr­ku?

Od­chrząk­nąłem.

– Wkur­wio­ny. Roz­ko­ja­rzo­ny. I… nie mogę prze­stać my­śleć o Kim. Ten fe­lie­ton… Noc­tur­ne. Wszyst­ko w niej jest iry­tu­jąco ce­lo­we.

Max spoj­rzał na mnie uwa­żnie, cień za­cie­ka­wie­nia w jego oczach.

– A je­steś pew­ny, że to na­praw­dę Kim? Bo prze­cież te fe­lie­to­ny wy­cho­dzą już od ja­kie­goś cza­su. Ró­żne dziw­ne rze­czy się po­ja­wia­ły, a nikt nie ma pew­no­ści, kto sie­dzi za tym ca­łym pseu­do­ni­mem Noc­tur­ne.

– Wiem, że nie mam do­wo­dów – przy­zna­łem po­wo­li. – Ale coś w tym wszyst­kim pach­nie zna­jo­mo. In­te­li­gen­cja, spo­sób ob­ser­wa­cji i te wszyst­kie sub­tel­ne pro­wo­ka­cje. Kim wy­gląda na spryt­ną i uwa­żną. Nie­wy­klu­czo­ne, że to on stoi za tym szaj­sem.

– Ale… – Max unió­sł brwi. – Na­praw­dę we­szła­by z tobą na wo­jen­ną ście­żkę? To nie jest zwy­kła pro­wo­ka­cja, to fron­tal­ny atak.

Przy­mru­ży­łem oczy.

– To nie woj­na, to test. I mam wra­że­nie, że ona chce mnie spro­wo­ko­wać… by zo­ba­czyć, jak za­re­agu­ję.

Max uśmiech­nął się lek­ko kpi­ąco, ale też z nutą tro­ski.

– No to po­wo­dze­nia, ka­pi­ta­nie. Cho­dźmy na piz­zę, za­nim ten cały lód i fe­lie­to­ny cię do­bi­ją. Może ode­rwa­nie się od aka­de­mii po­zwo­li ci w ko­ńcu ze­brać my­śli.

Wes­tchnąłem. I w tym wes­tchnie­niu była ulga. Cho­ciaż na chwi­lę.

Bo wie­dzia­łem, że kie­dy będzie­my z po­wro­tem, wszyst­ko wró­ci do lo­do­we­go kró­le­stwa – do Kim, Noc­tur­ne i ca­łej tej gry, któ­rej nikt nie ro­zu­miał tak do­brze, jak ja.

ROZDZIAŁ 2

WIDMO

KIM

Sie­dzia­łamprzysta­rym,skrzy­pi­ącym biur­ku w re­dak­cji, oto­czo­na pa­pie­ra­mi, dłu­go­pi­sa­mi i mo­ni­to­ra­mi, któ­re bar­dziej przy­po­mi­na­ły la­bo­ra­to­rium niż miej­sce, w któ­rym po­wsta­ją tek­sty. Przede mną i ze­spo­łem le­żał nowy nu­mer ga­zet­ki, któ­re­go częścią miał być fe­lie­ton „Z LODU I KO­ŚCI” pod­pi­sa­ny przez Noc­tur­ne.

– Kim, se­rio, kto to jest? – za­gad­nął Leo, mój przy­ja­ciel od za­wsze, szczu­pły gej, z za­dzior­nym uśmie­chem i blond wło­sa­mi, z któ­rym mo­głam roz­ma­wiać o wszyst­kim. – Prze­cież te fe­lie­to­ny to nie są zwy­kłe tek­sty. To chy­ba… dzie­je się po to, żeby na­mie­szać w ca­łej szko­le.

– Nie wiem – od­po­wie­dzia­łam spo­koj­nie, pod­no­sząc brew. – Trzy mie­si­ące temu do­sta­łam ma­ila. Cały ze­staw fe­lie­to­nów z do­pi­skiem: „Je­że­li chcesz po­znać praw­dę, za­cznij pu­bli­ko­wać”. Za­ry­zy­ko­wa­łam. I to wszyst­ko.

Maya prze­wró­ci­ła ocza­mi.

– Se­rio, Kim, do­sta­łaś coś i od razu pod­jęłaś de­cy­zję. Te­raz my to pu­bli­ku­je­my, nie wie­dząc na­wet, kto stoi za tym szaj­sem?

– Do­kład­nie tak – po­twier­dzi­łam, a ona tyl­ko po­ki­wa­ła gło­wą, niby ro­zu­mie­jąc, ale wci­ąż scep­tycz­nie. Cho­ciaż dziw­ne, że do­pie­ro te­raz za­częli się za­sta­na­wiać, kto to jest. Przy wcze­śniej­szych tek­stach nie za­da­wa­li py­tań. No ale prze­cież cho­dzi o zło­te­go chłop­ca, per­fek­cyj­ne­go ka­pi­ta­na, ide­ał w ka­żdym calu.

– A Theo? – Leo spoj­rzał na chło­pa­ka sie­dzące­go po dru­giej stro­nie sto­łu. – Ty pew­nie już no­tu­jesz, kto może to pi­sać.

Theo unió­sł brew. Wi­dać było, że pró­bo­wał po­wie­dzieć „nie wci­ągaj mnie w to”, ale za­cho­wał to dla sie­bie i uśmiech­nął się pod no­sem.

– To ktoś, kto zna ka­żdy za­ka­ma­rek tej szko­ły. Ktoś, kto wi­dzi rze­czy, któ­re nor­mal­nie umy­ka­ją. Ja ro­bię tyl­ko no­tat­ki…

– Dla mnie to też jest dziw­ne – wtrąci­łam się, wy­ci­ąga­jąc lap­to­pa. – Nie znam au­to­ra, ale ka­żdy tekst ma cel. Ten ktoś ob­ser­wu­je na­szą szko­łę, uczniów, na­szą cu­dow­ną dru­ży­nę. I to nie są zwy­kłe plot­ki, ale pre­cy­zyj­na ana­li­za. – Leo uśmiech­nął się sze­ro­ko na moje sło­wa. – Czy­li mamy fron­to­wą li­nię w Vier­mont, a my je­ste­śmy na wi­do­ku. I w do­dat­ku ja je­stem „na­rzędziem” tej oso­by – mruk­nęłam. – To zna­czy… pu­bli­ku­ję, nie wiem, kto to pi­sze, ale ka­żdy tekst wy­wo­łu­je falę re­ak­cji.

Maya po­chy­li­ła się z za­cie­ka­wie­niem.

– No i co? Se­rio ktoś by ry­zy­ko­wał kon­flikt z ka­pi­ta­nem dru­ży­ny ho­ke­jo­wej? Z kró­lem lodu nikt nie za­dzie­ra, zwłasz­cza od tam­tej im­pre­zy – do­da­ła ci­szej.

– Wiem. – Po­ki­wa­łam gło­wą na zgo­dę. – Ten ktoś może… wstrząsnąć całą aka­de­mią. A ja chcę po­znać praw­dę. Chcę wie­dzieć, co się sta­ło z Lily. I dla­cze­go nikt jej nie bro­nił.

Leo za­mru­gał, usi­łu­jąc oswo­ić mój gniew.

– Masz na my­śli Si­mo­na?

– Tak. My­ślę, że nie byli tak ide­al­ną parą, jak wszyst­kim mo­gło się wy­da­wać. Nikt z nas nie wie, co się dzia­ło za za­mkni­ęty­mi drzwia­mi.

– Kim? – ode­zwał się znów Leo, marsz­cząc czo­ło. – Prze­cież te fe­lie­to­ny są pu­bli­ko­wa­ne od ty­go­dni. Ró­żne dziw­ne rze­czy już wy­szły… ale nikt nie po­wie­dział, że to ty je­steś od­po­wie­dzial­na za te tek­sty. Na­praw­dę we­szła­byś na wo­jen­ną ście­żkę z Si­mo­nem, gdy­byś była au­tor­ką?

– To skom­pli­ko­wa­ne – od­po­wie­dzia­łam, od­chy­la­jąc się na krze­śle. – Ni­g­dy bym nie za­częła cze­goś ta­kie­go z po­bu­dek oso­bi­stych. To nie o mnie, to o praw­dzie.

– I ja ci wie­rzę – przy­znał spo­koj­nie Theo. – Na­wet je­śli nie zna­my au­to­ra, to ja­sne, że w ko­ńcu lu­dzie za­czną py­tać, kim on jest.

– Do­brze, pu­bli­ku­je­my da­lej i zo­ba­czy­my, co się sta­nie – pod­su­mo­wa­ła Maya. – Ale obie­cu­ję, że będę pil­no­wać, by nikt nie wy­sze­dł zbyt po­szko­do­wa­ny z tej sy­tu­acji.

Leo na­chy­lił się do mnie z uśmie­chem i szep­nął:

– I pa­mi­ętaj, Kim, że masz mnie. Oko na wszyst­ko, przy­ja­ciel przy boku. Nie je­steś sama.

Czu­łam, że w tym miej­scu mamy na­szą małą for­te­cę. Wred­ną, upar­tą, nie­bez­piecz­ną… i wci­ąż praw­dzi­wą.

Do­ta­rło jed­nak do mnie, że wszyst­ko do­pie­ro się za­czy­na.

***

Jego imię po­ja­wi­ło się w mo­jej gło­wie nie­pro­szo­nym echem. Ja­red.

Wy­star­czy­ło jed­no wspo­mnie­nie, je­den de­tal, by żo­łądek ści­snął mi się bo­le­śnie, a cia­ło ze­sztyw­nia­ło w do­brze zna­nym, pa­nicz­nym bez­ru­chu. Dłoń au­to­ma­tycz­nie po­wędro­wa­ła do ręka­wa blu­zy, któ­ry ner­wo­wo ści­snęłam, jak­bym mo­gła w ten spo­sób po­wstrzy­mać drże­nie. Na ze­wnątrz by­łam Kim­ber­ly – pew­ną sie­bie, sar­ka­stycz­ną, ci­ętą dziew­czy­ną, któ­rej nikt nie pod­ska­ki­wał. W środ­ku jed­nak wci­ąż kry­ła się ta sama, prze­stra­szo­na wer­sja mnie, któ­ra na­uczy­ła się nie ufać do­ty­ko­wi, nie wie­rzyć spoj­rze­niom, ana­li­zo­wać ka­żdy gest. Ka­żdy chło­pak był po­ten­cjal­nym za­gro­że­niem. Ka­żdy uśmiech ta­kim sa­mym jak jego.

Pa­mi­ęta­łam, jak to się za­częło. Dość nie­win­nie.

– Prze­sa­dzasz, Kim – mó­wił wte­dy z tym swo­im roz­le­ni­wio­nym uśmie­chem. – Po pro­stu się o cie­bie mar­twię.

„Mar­twię się”. Te sło­wa były jak ak­sa­mit­ny ka­ga­niec. Naj­pierw słod­kie, po­tem cia­sne. Nie lu­bił, gdy roz­ma­wia­łam z in­ny­mi chło­pa­ka­mi. Nie zno­sił, gdy śmia­łam się gło­śno albo za­kła­da­łam coś „nie­ak­cep­to­wal­nie krót­kie­go”. Za­wsze znaj­do­wał spo­sób, by spra­wić, że za­czy­na­łam w sie­bie wąt­pić.

– Po co ci ta bluz­ka? Kogo pró­bu­jesz pro­wo­ko­wać? Na­praw­dę mu­sisz z nim pi­sać? Za­cho­wu­jesz się, jak­byś nie mia­ła sza­cun­ku do wła­sne­go chło­pa­ka.

Po­wta­rzał to tak dłu­go, aż za­częłam wie­rzyć, że to ze mną jest coś nie tak. Że to ja prze­sa­dzam. Że to ja pro­wo­ku­ję. Że to ja za­słu­ży­łam na jego chłód, jego mil­cze­nie, jego na­głe zmia­ny na­stro­ju. Pa­mi­ęta­łam, jak jego dłoń moc­niej za­ci­ska­ła się cza­sem na moim nad­garst­ku, gdy ktoś z dru­ży­ny spoj­rzał na mnie o se­kun­dę za dłu­go. Jak na­chy­lał się wte­dy bli­sko, uda­jąc tro­skę.

– Nie pro­wo­kuj mnie, Kim – szep­tał. – Wiesz, jak mnie to de­ner­wu­je.

Ser­ce wte­dy przy­spie­sza­ło, a od­dech plątał się w pier­si, ale się uśmie­cha­łam. Za­wsze się uśmie­cha­łam. Bo do­bra dziew­czy­na nie robi scen. Do­bra dziew­czy­na ro­zu­mie.

A ja bar­dzo chcia­łam być tą „do­brą”.

Z cza­sem prze­sta­łam pierw­sza si­ęgać po jego dłoń. Za­częłam co­fać się przy zbyt na­głym ru­chu. Za­uwa­ży­łam, że drża­łam, gdy sta­wał bli­żej, niż po­wi­nien. On to wi­dział. I za­miast się za­trzy­mać – uśmie­chał się, jak­by ta kon­tro­la da­wa­ła mu sa­tys­fak­cję.

– Bo­isz się mnie? – py­tał cza­sem pó­łżar­tem. Nie od­po­wia­da­łam. Bo praw­da była zbyt ci­ężka na­wet dla mnie. Za­częłam li­czyć dni do mo­men­tu, w któ­rym w ko­ńcu po­wiem „dość”. Szu­ka­łam wy­mó­wek, ra­tun­ku, ci­chej dro­gi uciecz­ki, ale wi­ęzy, któ­re zbu­do­wał, nie były wi­docz­ne. Były w sło­wach, w spoj­rze­niach, w jego zdol­no­ści spra­wia­nia, że czu­łam się win­na za wszyst­ko.

A po­tem nad­sze­dł dzień, po któ­rym już nic nie było ta­kie samo. Nie po­tra­fi­łam wte­dy jesz­cze na­zwać tego, co się wy­da­rzy­ło. W mo­jej gło­wie to było tyl­ko jed­no – mo­ment, w któ­rym pękłam. Mo­ment, gdy prze­sta­łam być jego dziew­czy­ną, a za­częłam być kimś, kto na­uczył się bać.

Pa­mi­ętam jego twarz, gdy po­wie­dzia­łam, że to ko­niec. Nie było w niej bólu, tyl­ko zim­na kal­ku­la­cja, jak u dra­pie­żni­ka, któ­ry wła­śnie stra­cił za­baw­kę.

– My­ślisz, że mo­żesz mnie tak po pro­stu zo­sta­wić? – uśmiech­nął się krzy­wo, opie­ra­jąc się o szaf­ki. – Je­steś na­iw­na, Kim.

Za­ma­rłam, gdy wy­jął te­le­fon. Nie mu­siał nic wy­ja­śniać. Wie­dzia­łam.

– Te zdjęcia? Pa­mi­ętasz, jak mó­wi­łem, że to tyl­ko dla mnie? – Prze­su­nął pal­cem po ekra­nie z cho­rą czu­ło­ścią. – Wy­star­czy je­den klik i cała szko­ła zo­ba­czy, jaka z cie­bie była grzecz­na dziew­czyn­ka.

Po­czu­łam, jak kręci mi się w gło­wie, ale on tyl­ko pod­sze­dł bli­żej, na­chy­la­jąc się tak, by nikt nie sły­szał.

– Będziesz sko­ńczo­na. Sty­pen­dium, re­pu­ta­cja, stu­dia… Wszyst­ko. A ja? – Unió­sł brew. – Ja na­dal będę zło­tym chłop­cem Vier­mont. Za­wod­ni­kiem dru­ży­ny przy­szło­ści. Ide­ałem. Tak mnie wi­dzą.

Dla nich był per­fek­cyj­nym gra­czem, uśmiech­ni­ętym bo­ha­te­rem lo­do­wi­ska, dla mnie – opraw­cą w bia­łych ręka­wicz­kach. Kimś, kto po­tra­fił za­mknąć mnie w klat­ce bez krat, bo ta stwo­rzo­na przez Ja­re­da była z słów i stra­chu. jak­by do­strze­ga­ła rze­czy, któ­re po­win­ny po­zo­stać ukry­te.

– Spró­buj co­kol­wiek po­wie­dzieć – do­dał spo­koj­nie. – A do­wiesz się, jak wy­gląda praw­dzi­wy kosz­mar.

I wte­dy zro­zu­mia­łam, że roz­sta­nie z nim nie było ko­ńcem. Było po­cząt­kiem woj­ny, któ­rej nie chcia­łam, ale w któ­rej już uczest­ni­czy­łam.

Kie­dy ode­szłam, nie było krzy­ków. Nie było scen. Po pro­stu prze­sta­łam ist­nieć w jego świe­cie, a on prze­stał ist­nieć w moim. Na ko­ry­ta­rzach mi­ja­li­śmy się jak obcy. Jak gdy­by mi­ędzy nami ni­g­dy nic nie było. Jak­by jego dło­nie ni­g­dy nie po­zo­sta­wi­ły po so­bie śla­dów, a moje noc­ne kosz­ma­ry nie na­le­ża­ły do jego imie­nia.

Te­raz, gdy ktoś zbli­żał się za bar­dzo, moje cia­ło re­ago­wa­ło au­to­ma­tycz­nie. Od­su­wa­łam się. Usztyw­nia­łam. Od­dy­cha­łam pły­cej. I tyl­ko Leo po­tra­fił do­strzec to bez oce­nia­nia. Bez py­tań. Zwy­czaj­nie był – z dy­stan­sem, któ­ry da­wał mi po­czu­cie bez­pie­cze­ństwa.

– Wszyst­ko okej? – za­py­tał kie­dyś dys­kret­nie, gdy od­su­nęłam się od przy­pad­ko­we­go do­ty­ku jed­ne­go z uczniów.

– Ja­sne – skła­ma­łam.

Bo Kim za­wsze była „okej”. Na­wet gdy całe jej wnętrze krzy­cza­ło.

I może wła­śnie dla­te­go tak bar­dzo chcia­łam ujaw­nić praw­dę. Roz­bić ten per­fek­cyj­ny świat Vier­mont na ka­wa­łki. Bo wie­dzia­łam, że pod ele­ganc­ki­mi uśmie­cha­mi i po­zo­ra­mi kry­ły się hi­sto­rie po­dob­ne do mo­jej.

Ci­che. Bo­lące. Igno­ro­wa­ne.

A ja mia­łam dość mil­cze­nia.

***

Re­dak­cja po dwu­dzie­stej dru­giej była zu­pe­łnie in­nym miej­scem niż w ci­ągu dnia. Ci­sza nie była tu pu­sta – nio­sła echo wszyst­kich słów, któ­re cze­ka­ły, by zo­stać wy­po­wie­dzia­ne. Lamp­ki nad biur­ka­mi rzu­ca­ły cie­płe, przy­tłu­mio­ne świa­tło na sto­sy pa­pie­rów, no­tat­ki i kub­ki po zim­nej ka­wie.

Sie­dzia­łam sama – jak zwy­kle wte­dy, gdy nie po­tra­fi­łam za­snąć.

Lap­top był otwar­ty, a fol­der z pod­pi­sem NOC­TUR­NE pul­so­wał nie­mal pro­wo­ku­jąco, przy­po­mi­na­jąc mi, że ta hi­sto­ria ni­g­dy nie była przy­pad­kiem. Prze­wi­ja­łam ko­lej­ne tek­sty, któ­re do­sta­łam kil­ka mie­si­ęcy temu – jed­ne opu­bli­ko­wa­ne, inne wci­ąż nie­tkni­ęte.

I wte­dy go zo­ba­czy­łam. Plik, któ­ry był jed­nym z pierw­szych w spi­sie od ta­jem­ni­cze­go au­to­ra. Jed­nak ja sama de­cy­do­wa­łam, któ­ry opu­bli­ku­je­my, nie trzy­ma­łam się li­sty, tyl­ko ro­bi­łam tak, jak czu­łam.

Ty­tuł: „Ide­al­ni chłop­cy na po­kaz”. Ser­ce za­bi­ło mi szyb­ciej – za szyb­ko.

Otwo­rzy­łam go. To było o nim. O Ja­re­dzie. O mnie.

Nie mo­głam tego pu­ścić w eter. Jesz­cze nie. A może ni­g­dy. Za­częłam czy­tać.

IDE­AL­NI CHŁOP­CY NA PO­KAZW Vier­mont ko­cha­my mi­strzów. Ko­cha­my ich błysz­czące uśmie­chy, per­fek­cyj­ne ge­sty i spor­to­we am­bi­cje, któ­re pach­ną suk­ce­sem, jesz­cze za­nim w ogó­le wyj­dą na lód. Szcze­gól­nie ce­ni­my tych, któ­rzy po­tra­fią wy­glądać jak bo­ha­te­ro­wie – na­wet je­śli nie no­szą li­te­ry K na pier­si i nie pro­wa­dzą dru­ży­ny do zwy­ci­ęstwa. Wy­star­czy, że so­lid­nie trzy­ma­ją swo­ją po­zy­cję. Że są wi­docz­ni. Wy­star­cza­jąco do­brzy, by bu­dzić po­dziw. Wy­star­cza­jąco spryt­ni, by ni­g­dy nie wzi­ąć pe­łnej od­po­wie­dzial­no­ści. Tacy chłop­cy są ide­al­ni na rand­ki. Na im­pre­zy in­te­gra­cyj­ne, zdjęcia i uśmie­chy do ka­mer. Są też do­sko­na­li w za­my­ka­niu drzwi. Bo kie­dy świa­tło re­flek­to­rów ga­śnie, a szkol­ne ko­ry­ta­rze prze­sta­ją być sce­ną, ich de­li­kat­no­ść zmie­nia ton, a czu­ło­ść sta­je się na­rzędziem. Kon­tro­la – tro­ską. A za­zdro­ść – mi­ło­ścią, któ­ra rze­ko­mo ma chro­nić przed ca­łym świa­tem. Ide­al­ny chło­piec wie, jak spra­wić, by dziew­czy­na za­częła wąt­pić we wła­sne my­śli. Jak wmó­wić jej, że bez nie­go jest ni­kim. Jak wy­ma­zać jej pew­no­ść sie­bie po­wo­li, cier­pli­wie – sło­wo po sło­wie. Ide­al­ny chło­piec nie pod­no­si gło­su. Nie zo­sta­wia si­nia­ków. Zo­sta­wia ci­szę. I strach. Naj­lep­si z nich za­wsze mają coś w za­na­drzu – fo­to­gra­fie, wia­do­mo­ści, uryw­ki in­tym­no­ści, któ­re mia­ły po­zo­stać pry­wat­ne. Pa­mi­ąt­ki po za­ufa­niu, któ­re mo­żna wy­ko­rzy­stać jak nóż – ci­cho, pre­cy­zyj­nie, a przede wszyst­kim sku­tecz­nie. Bo prze­cież ide­al­ny chło­piec nie krzyw­dzi. On tyl­ko „uczy po­ko­ry”. „Usta­wia gra­ni­ce”.„Dys­cy­pli­nu­je”. A szko­ła bije mu bra­wo. Dzi­ęki nie­mu dziew­czy­ny uczą się nie pa­trzeć w oczy. Nie mó­wić zbyt gło­śno. Nie wy­chy­lać się. Nie ufać. I choć wszy­scy wi­dzą w nim przy­szłą gwiaz­dę lo­do­wi­ska – nie­wie­lu za­uwa­ża, że jego naj­wi­ęk­szym osi­ągni­ęciem nie są bram­ki, a per­fek­cyj­nie zła­ma­na dziew­czy­na. au­tor: Noc­tur­ne

Za­mknęłam plik od­ru­cho­wo. Nie chcia­łam już na to pa­trzeć. Kur­sor znik­nął, a ekran znów wy­pe­łni­ła bez­piecz­na pust­ka pul­pi­tu.

– Nie – wy­szep­ta­łam sama do sie­bie. – Tego nie opu­bli­ku­ję.

Nie by­łam go­to­wa.

Nie by­łam pew­na, czy kie­dy­kol­wiek będę.

A mimo to wie­dzia­łam, że Noc­tur­ne wie­dział. O mnie. O Ja­re­dzie. O tym, kim by­łam, za­nim na­uczy­łam się cho­wać za sar­ka­zmem i ostry­mi ri­po­sta­mi. I to było prze­ra­ża­jące.

W re­dak­cji pa­no­wa­ła ci­sza, ale ja czu­łam się tak, jak­by ktoś stał tuż za mną – ob­ser­wo­wał ka­żdy mój ruch i nie­pew­ną myśl. Praw­da już daw­no wy­pły­nęła, a ja wci­ąż pró­bo­wa­łam za­trzy­mać ją pod po­wierzch­nią.

***

Kie­dy wy­szłam z gma­chu głów­ne­go, było już pó­źno. Noc zdąży­ła już opa­ść na kam­pus mi­ęk­kim, ciem­no­gra­na­to­wym we­lo­nem, a po­wie­trze pach­nia­ło mo­krą tra­wą i be­to­nem, któ­ry od­da­wał cie­pło ca­łe­go dnia. Przy­ci­snęłam tor­bę z no­tat­ni­kiem do boku i ru­szy­łam w stro­nę aka­de­mi­ków, sta­ra­jąc się nie my­śleć o ma­ilach, o Noc­tur­ne, o Ja­re­dzie… o Si­mo­nie.

Oczy­wi­ście los miał dla mnie inne pla­ny.

Zo­ba­czy­łam ich przy jed­nej z ale­jek – dwa cie­nie su­nące nie­rów­no w świe­tle la­tar­ni. Si­mon i Max. Śmia­li się z cze­goś pó­łgło­sem, jak­by pó­źna pora zu­pe­łnie ich nie ob­cho­dzi­ła. Wy­jąt­ko­wo bez­tro­sko jak na noc w Vier­mont. Ich kro­ki były odro­bi­nę nie­sko­or­dy­no­wa­ne, ru­chy lu­źniej­sze, spoj­rze­nia mniej czuj­ne.

Po­my­śla­łam, że ich omi­nę. Że prze­mknę bo­kiem – jak za­wsze. Si­mon jed­nak mnie za­uwa­żył. Jego wzrok na­tych­miast stward­niał, spra­wiał wra­że­nie, jak­by ktoś w jed­nej se­kun­dzie zga­sił w nim reszt­ki al­ko­ho­lu i za­pa­lił czuj­no­ść. Max po­słał mi szyb­kie, trud­ne do od­czy­ta­nia spoj­rze­nie, ale to Si­mon zro­bił krok w moją stro­nę.

– No pro­szę… noc­na re­dak­tor­ka – rzu­cił z cie­niem drwi­ny. – Pra­cu­jesz nad ko­lej­nym dzie­łem sztu­ki czy tyl­ko po­lu­jesz na bo­ha­te­ra?

Unio­słam brew.

– Spo­koj­nie, ka­pi­ta­nie. Gdy­bym chcia­ła o to­bie pi­sać, uży­ła­bym wi­ęcej me­ta­for. I mniej li­to­ści.

Max ci­cho par­sk­nął śmie­chem, a Si­mon za­ci­snął szczękę.

– My­ślisz, że je­steś za­baw­na? – za­py­tał, pod­cho­dząc bli­żej. Zbyt bli­sko.

– My­ślę, że je­stem re­alist­ką – od­pa­rłam słod­ko. – A re­alizm cza­sem bywa nie­wy­god­ny. Szcze­gól­nie dla tych, któ­rzy żyją na pie­de­sta­le.

– Uwa­żaj, Kim – wtrącił Max, pó­łżar­tem, pó­ło­strze­gaw­czo. – On dziś nie ma do­bre­go hu­mo­ru.

– Wi­dzę. – Prze­nio­słam spoj­rze­nie na Si­mo­na. — Może to przez brak snu. Albo dużą ilo­ść... au­to­ry­te­tu.

Jego oczy po­ciem­nia­ły.

– Po­win­naś prze­stać igrać z ogniem – ostrze­gł ci­szej. – Se­rio? Nie ka­żda bra­wu­ra ko­ńczy się hap­py en­dem.

Zro­bi­łam krok w bok, żeby ich mi­nąć i za­ko­ńczyć tę far­sę. I wte­dy to się sta­ło. Dłoń Si­mo­na – nie­umy­śl­na, szyb­ka, niby zwy­kły gest ma­jący mnie za­trzy­mać – mu­snęła mój nad­gar­stek.

Świat za­ma­rł. Ser­ce ude­rzy­ło gwa­łtow­nie, po­wie­trze ugrzęzło mi w gar­dle, a skó­ra za­pło­nęła w miej­scu do­ty­ku jak pod żrącym lo­dem. Cia­ło prze­sta­ło re­ago­wać, czu­łam, że coś we mnie pęka, a ja co­fam się o kil­ka­na­ście mie­si­ęcy.

– Kim? – Głos Si­mo­na stra­cił ostrą nutę. – Hej… ja tyl­ko…

Zbyt pó­źno. Ma­ska opa­dła. Czu­łam to aż za bar­dzo – spi­ęcie w ka­żdym mi­ęśniu, dłoń za­ci­śni­ętą w pi­ęść, spoj­rze­nie wbi­te w jego pal­ce, jak­by były czy­mś ob­cym. Gro­źnym.

Max od razu to za­uwa­żył.

– Sta­ry… zo­staw ją – mruk­nął, wy­ra­źnie trze­źwie­jąc.

Si­mon cof­nął rękę jak po­pa­rzo­ny moją re­ak­cją.

– Ja nie chcia­łem… – za­czął.

– Nie pro­blem – wy­du­si­łam po chwi­li, pró­bu­jąc od­zy­skać ton, któ­ry za­wsze mnie ra­to­wał. Sar­kazm. Pan­cerz. – Po pro­stu nie do­ty­kaj lu­dzi, któ­rych nie znasz, okej?

Uśmiech, któ­ry pró­bo­wa­łam przy­kle­ić na twarz, był krzy­wy. Nie­szcze­ry. Ale on już wi­dział. Wi­dział tę se­kun­dę bez­bron­no­ści. Ten mo­ment, gdy moje cia­ło zdra­dzi­ło to, co gło­wa usi­ło­wa­ła uci­szyć la­ta­mi.

– Kim, ja… – spró­bo­wał mnie uspo­ko­ić jesz­cze raz, tyle że ostro­żniej.

– Do­bra­noc, ka­pi­ta­nie – prze­rwa­łam mu. – I ra­dzę uwa­żać na to, kogo pró­bu­jesz za­stra­szać. Nie ka­żdy się boi… praw­da?

Od­wró­ci­łam się i ode­szłam szyb­ciej, niż pod­po­wia­da­ła mi duma. Nie obej­rza­łam się ani razu, ale czu­łam jego ci­ężki wzrok na ple­cach. Był za­nie­po­ko­jo­ny, a za­ra­zem uwa­żny.

Po raz pierw­szy po­my­śla­łam, że Si­mon Vey­ra może być bar­dziej nie­bez­piecz­ny, niż chcia­łam przy­znać. A może po pro­stu bar­dziej skom­pli­ko­wa­ny.

ROZDZIAŁ 3

WYBRANY

SI­MON

Lo­do­wi­skobyłoje­dy­nymmiej­scem, gdzie świat prze­sta­wał ga­dać mi do ucha. Zim­no wbi­ja­ło się w ko­ści, od­dech za­mie­niał się w parę, a krążek śmi­gał po ta­fli jak po­cisk. Tu wszyst­ko było pro­ste – albo pro­wa­dzi­łeś dru­ży­nę, albo zo­sta­wa­łeś w cie­niu.

Nie za­mie­rza­łem od­dać ni­ko­mu swo­jej po­zy­cji. A Ja­red… Ja­red nad wy­raz chęt­nie wy­obra­żał so­bie, jak zaj­mu­je moje miej­sce.

Su­nął po lo­dzie z tą swo­ją po­zor­ną pew­no­ścią, z uśmie­chem, któ­ry za­wsze mnie dra­żnił. Zło­ty chło­piec szko­ły. Ulu­bie­niec na­uczy­cie­li. Ten, któ­ry ma­rzył, by ktoś w ko­ńcu za­ło­żył mu opa­skę ka­pi­ta­na. Nie miał jej. I cho­ler­nie go to bo­la­ło.

Max za­gwiz­dał ostro, su­nąc wzdłuż ban­dy.

– Skład! I prze­sta­ńcie grać pod Ja­re­da, to nie jego pry­wat­ne show. Ka­pi­tan jest je­den.

Wska­zał mnie ko­ńców­ką kija, bo fak­tycz­nie trze­ba było ko­mu­kol­wiek o tym przy­po­mi­nać.

– Może po pro­stu jest w for­mie – mruk­nął któ­ryś z chło­pa­ków.

Ja­red uśmiech­nął się pó­łgęb­kiem.

– Spo­koj­nie. Nie wszy­scy mu­szą błysz­czeć tyl­ko dla­te­go, że no­szą opa­skę.

Za­ha­mo­wa­łem gwa­łtow­nie, ostrze za­ha­czy­ło o lód. Unio­słem wzrok.

– Masz z nią ja­kiś pro­blem, Ja­red? – za­py­ta­łem z prze­sa­dzo­nym spo­ko­jem.

– Skąd. Mó­wię tyl­ko, że cza­sem war­to grać ze­spo­ło­wo, a nie pod wła­sne ego.

– Śmiesz­ne, że to mó­wisz, sko­ro całe ży­cie pró­bu­jesz grać pod pu­blicz­kę.

Z try­bun do­bie­gł śmiech. Ktoś za­kla­skał. I wte­dy to usły­sza­łem.

– Wow. Chłop­cy, se­rio, to już po­ziom przed­szko­la, czy da­lej wal­czy­my o ty­tuł naj­bar­dziej ura­żo­ne­go sam­ca alfa?

Kim.

Sta­ła opar­ta o ba­rier­kę, te­le­fon trzy­ma­ła lu­źno w dło­ni, jak­by przy­szła tu tyl­ko po wi­do­wi­sko. Świa­tło od­bi­ja­ło się w jej oczach, a ten jej iro­nicz­ny spo­kój dzia­łał mi na ner­wy bar­dziej niż ko­men­ta­rze ca­łej dru­ży­ny.

Ja­red spoj­rzał na nią tyl­ko przez uła­mek se­kun­dy. Krót­ko, ale ja to za­uwa­ży­łem.

– Co, Hart? – prych­nął. – Zbie­rasz ma­te­riał na ko­lej­ny pasz­kwil? „Jak roz­po­znać tok­sycz­ne­go ho­ke­istę w pi­ęciu kro­kach”?

Jej uśmiech był chłod­ny i pre­cy­zyj­ny jak ci­ęcie ły­żwy.

– Spo­koj­nie, Ja­red. Nie ka­żdy za­słu­gu­je na osob­ny roz­dział. Nie­któ­rzy le­d­wo na przy­pis.

W po­wie­trzu za­wi­sło na­pi­ęcie gęste jak mgła nad lo­dem.

Max zer­k­nął na mnie zna­cząco.

– Do­bra, ko­niec tej te­le­no­we­li – rzu­cił. – Tre­ning, pa­nien­ki. Albo za­raz ktoś na­praw­dę stra­ci zęby.

Gwiaz­dek nie było. Tyl­ko sport, lód i spoj­rze­nia, któ­re mó­wi­ły wi­ęcej niż sło­wa, a ja już wie­dzia­łem, że to nie był zwy­kły dzień na ta­fli.

***

Wy­sze­dłem z lo­do­wi­ska pó­źniej niż resz­ta. Tre­ning mnie wkur­wił – nie dla­te­go, że był zły, tyl­ko dla­te­go, że Ja­red zno­wu mu­siał grać li­de­ra, że niby świat bez nie­go miał się za­wa­lić. Ide­al­ny chło­pak szko­ły. Zło­ta rącz­ka, zło­ty uśmiech, zło­ta re­pu­ta­cja. I zło­ty nar­cyz.

– Se­rio, sta­ry, ty wi­dzia­łeś, jak on się na tej od­pra­wie prężył? – Max prych­nął, ko­pi­ąc mały ka­mień. – Jak­by był ka­pi­ta­nem NHL, a nie człon­kiem szkol­nej dru­ży­ny.

– On nie gra w ho­ke­ja, tyl­ko sprze­da­je wi­ze­ru­nek – rzu­ci­łem chłod­no. – A tre­ner to ku­pu­je jak de­bil.

– Ale la­ski też – wzru­szył ra­mio­na­mi. – W tym jego była.

Nie mu­siał mó­wić imie­nia. Wie­dzia­łem, o kogo cho­dzi.

– Kim nie jest już jego spra­wą – po­wie­dzia­łem, choć sam nie wie­dzia­łem, cze­mu w ogó­le to ko­men­tu­ję.

Max zmru­żył oczy.

– Co, bro­nisz jej? My­śla­łem, że nie masz sła­bo­ści do szkol­nych wie­dźm.

– Nie mam sła­bo­ści do ni­ko­go – uci­ąłem. – Po pro­stu nie zno­szę ty­pów, któ­rzy my­ślą, że są Bo­giem, bo po­tra­fią cel­nie ude­rzyć krążek.

Za­śmiał się, ale w jego śmie­chu było coś ner­wo­we­go.

– Spo­koj­nie, Si­mon, od­pu­ść. Cho­dźmy na piwo, to roz­ła­du­je­my na­pi­ęcie.

Za­ci­ągnąłem się chłod­nym po­wie­trzem i ru­szy­łem alej­ką w stro­nę aka­de­mi­ków.

Wte­dy ją zo­ba­czy­łem.

Kim.

Szła od stro­ny głów­ne­go gma­chu, gdzie znaj­do­wa­ła się re­dak­cja. Ra­mio­na na­pi­ęte, ple­cy wy­pro­sto­wa­ne, wzrok wbi­ty przed sie­bie. Za­wsze wy­gląda­ła na ko­goś, kto pró­bu­je być po­nad tym miej­scem, a wszy­scy wo­kół niej byli je­dy­nie tłem.

Max też ją za­uwa­żył i szturch­nął mnie ra­mie­niem.

– No pro­szę – mruk­nąłem. – Kró­lo­wa szkol­ne­go dra­ma­tu na wie­czor­nym pa­tro­lu.

Przy­ja­ciel zer­k­nął w jej stro­nę, a uśmiech roz­lał mu się po twa­rzy.

– Ona se­rio ma jaja, że po tym wszyst­kim jesz­cze tu spa­ce­ru­je. Gdy­bym był jej by­łym, już bym zmie­nił szko­łę.

Kim unio­sła gło­wę, a jej spoj­rze­nie było ostre jak szkło.

– A ja my­śla­łam, że sko­ńczy­li­ście już tre­ning – rzu­ci­ła. – Czy może za­mknęli lo­do­wi­sko z po­wo­du za­tru­cia te­sto­ste­ro­nem?

– Spo­koj­nie, nie ka­żdy może pra­co­wać umy­sło­wo jak ty. – Max kiw­nął w stro­nę re­dak­cji. – Ktoś musi ro­bić tam za mózg szko­ły.

– A ktoś inny za jej ego – do­da­ła spo­koj­nie. – W tej roli je­ste­ście nie­źli.

Unio­słem brew, pa­trząc na nią uwa­żnie.

– Uwa­żaj, Kim, bo jesz­cze ktoś po­my­śli, że masz oso­bo­wo­ść.

– Spo­koj­nie, Si­mon – uśmiech­nęła się krzy­wo. – Przy to­bie ka­żdy wy­gląda jak ge­niusz. Na­wet Max.

– Ej, halo, ja tu je­stem – obu­rzył się te­atral­nie. – I mam uczu­cia, wiesz?

– Nie za­uwa­ży­łam ich, pew­nie scho­wa­ły się pod za­pa­chem two­jej wody po go­le­niu. – od­pa­rła bez mru­gni­ęcia.

Było w niej coś nie­bez­piecz­nie po­ci­ąga­jące­go. Mia­ła ci­ęty język, ale ra­mio­na zdra­dza­ły na­pi­ęcie. Ka­żdy mi­ęsień mó­wił: ucie­kaj. Ka­żde zda­nie: nie dam się.

Zbli­ży­łem się o krok. Tyl­ko je­den. Chcia­łem zo­ba­czyć, czy się cof­nie. Nie cof­nęła się, ale jej pal­ce drgnęły.

– Na­dal ba­wisz się w ide­al­ną dziew­czy­nę Ja­re­da? – za­py­ta­łem, ce­lu­jąc w czu­ły punkt. – Czy te­raz je­steś już tyl­ko jego by­łym pro­ble­mem?

Na uła­mek se­kun­dy za­drża­ła. I to nie był gniew.

– Przy­naj­mniej nie mu­szę ni­ko­go ter­ro­ry­zo­wać spoj­rze­niem, żeby czuć się wa­żna – po­wie­dzia­ła chłod­no. – W prze­ci­wie­ństwie do cie­bie.

Max cmok­nął.

– Okej, robi się go­rąco. Może wy so­bie to wy­ja­śni­cie w ku­lu­arach?

– Nie po­trze­bu­ję wi­dow­ni – uci­ąłem. – Wy­star­czy ona.

Pa­trzy­ła na mnie wy­zy­wa­jąco, ale głębo­ko w tych oczach coś pęka­ło. Jak szkło pod na­ci­skiem.

W trak­cie roz­mo­wy zu­pe­łnie nie­świa­do­mie prze­su­nąłem dło­nią po jej ra­mie­niu, pró­bu­jąc od­su­nąć ją z dro­gi.

I wte­dy to się sta­ło.

Za­ma­rła.

Jej cia­ło ze­sztyw­nia­ło, spoj­rze­nie ucie­kło gdzieś poza mnie. Od­dech stał się nie­rów­ny, krót­ki. Sar­kazm znik­nął. Ma­skę szlag tra­fił, a ona na­gle wró­ci­ła do cze­goś, cze­go nie chcia­ła pa­mi­ętać.

Cof­nąłem rękę na­tych­miast.

– Hej… – mruk­nąłem. – Wszyst­ko okej?

Za szyb­ko jed­nak od­zy­ska­ła kon­tro­lę i zbyt per­fek­cyj­nie.

– Nie do­ty­kaj mnie – po­wie­dzia­ła ci­cho, ale twar­do. – Ni­g­dy.

Max prze­stał się śmiać. To było aż za bar­dzo wi­docz­ne.

– Se­rio, Kim, co to było? – za­py­tał już bez drwi­ny. – Jak­byś zo­ba­czy­ła du­cha.

Prze­szy­ła go spoj­rze­niem.

– Zaj­mij się sobą, Max.

A po­tem po­pa­trzy­ła na mnie zno­wu. I nie było już tyl­ko sar­ka­zmu. Były stal i lęk. I coś, co tak głębo­ko we­szło mi pod skó­rę.

Zro­bi­łem krok w tył. Nie dla­te­go, że mnie po­ko­na­ła, ale dla­te­go, że nie wie­dzia­łem, co z tym zro­bić.

– Masz pro­blem z do­ty­kiem – stwier­dzi­łem.

– Masz pro­blem z prze­kra­cza­niem gra­nic – od­bi­ła bez za­wa­ha­nia.

Cho­le­ra.

Pa­trzy­łem, jak od­cho­dzi, znów pro­stu­jąc ra­mio­na i za­kła­da­jąc swo­ją we­wnętrz­ną zbro­ję. Sil­na i ostra. Nie­do­stęp­na. Ale ja już wi­dzia­łem mo­ment, w któ­rym ta zbro­ja pękła. I choć od mie­si­ęcy trzy­ma­łem wszyst­kich na dy­stans, po raz pierw­szy po­czu­łem coś nie­po­ko­jące­go. Zdzi­wie­nie, a za­ra­zem za­in­te­re­so­wa­nie. I cho­ler­ną chęć zro­zu­mie­nia, co ją zła­ma­ło.

To był pro­blem, bo ja ni­g­dy nie chcia­łem ni­ko­go ro­zu­mieć.

Wró­ci­li­śmy do aka­de­mi­ka w ci­szy, jak­by lo­do­wa­te po­wie­trze z ze­wnątrz wpe­łzło z nami do środ­ka i za­gnie­ździ­ło się mi­ędzy że­bra­mi. Max przez całą dro­gę był nie­na­tu­ral­nie mil­czący. To za­wsze ozna­cza­ło jed­no – coś go gry­zło, tyl­ko jesz­cze nie wie­dział, w kogo po­wi­nien wbić zęby.

– Po­wiem ci jed­no – mruk­nął w ko­ńcu, kie­dy wspi­na­li­śmy się po scho­dach. – Ta dziew­czy­na ma coś z gło­wą. Albo ty masz i za­czy­nasz to za­uwa­żać.

Zmru­ży­łem oczy.

– Za­mknij się, Max.

Par­sk­nął, ale nie ci­ągnął te­ma­tu. I do­brze.

Drzwi do mo­je­go po­ko­ju skrzyp­nęły ci­cho, gdy je otwo­rzy­łem. Było tak jak za­wsze – lek­ki pó­łm­rok, za­pach de­ter­gen­tów i chłod­nej po­ście­li. Nor­mal­no­ść. Ru­ty­na. Bez­piecz­na nuda, któ­rej zwy­kle na­wet nie za­uwa­ża­łem.

Tym ra­zem jed­nak coś było nie tak.

Na moim łó­żku le­ża­ła czer­wo­na ko­per­ta. Ide­al­nie gład­ka, jak­by ktoś po­ło­żył ją z na­masz­cze­niem. Na środ­ku, gdzie nie spo­sób jej prze­oczyć. Pa­pier był gru­by, ma­to­wy, nie­mal luk­su­so­wy. A na nim, czar­nym, pre­cy­zyj­nym dru­kiem:

THE DO­MI­NIUM PRO­JECT

Za­ma­rłem.

Max zro­bił krok do przo­du, a po­tem dru­gi, wol­niej­szy.

– Nie… – par­sk­nął ner­wo­wym śmie­chem. – To chy­ba ja­kiś je­ba­ny żart.

Nie od­po­wie­dzia­łem. Pa­trzy­łem tyl­ko na ko­per­tę, jak­by była czy­mś, co może się po­ru­szyć, je­śli spu­ści się z niej wzrok.

– Mó­wi­li, że to urban le­gend – do­dał już ci­szej. – Ja­kaś po­je­ba­na hi­sto­ria star­szych rocz­ni­ków. Że dy­rek­tor­ka ma ob­se­sję na punk­cie psy­cho­lo­gii eks­tre­mal­nej, że w piw­ni­cy szko­ły są ja­kieś sale bez okien, że wy­bie­ra­ją uczniów…

– Prze­stań – wark­nąłem, ale nie dla­te­go, że go nie słu­cha­łem. Wręcz prze­ciw­nie.

Sły­sza­łem to wszyst­ko już wcze­śniej. Na ko­ry­ta­rzach. Szep­tem. Pó­łżar­tem. Pó­łse­rio.

O eks­pe­ry­men­tach.

O prze­kra­cza­niu gra­nic.

O ła­ma­niu stra­chu.

O ćwi­cze­niach, któ­re mia­ły znisz­czyć albo uczy­nić nie­ty­kal­nym.

Mó­wi­li, że po tym pro­gra­mie wy­cho­dzi­ło się in­nym czło­wie­kiem. Sil­niej­szym. Tward­szym. Go­to­wym na pod­bój świa­ta.

A jed­no­cze­śnie mó­wi­li o tych, któ­rzy „znik­nęli na chwi­lę”.

O tych, któ­rzy wra­ca­li cich­si.

Albo nie­zro­zu­mia­le spo­koj­ni.

Ja ni­g­dy nie chcia­łem mieć z tym nic wspól­ne­go. Nie fa­scy­no­wa­ło mnie to. Nie kręci­ło.

W prze­ci­wie­ństwie do Lily.

Ona żyła tymi plot­ka­mi. Zna­ła ka­żde na­zwi­sko, któ­re rze­ko­mo „zo­sta­ło wy­bra­ne”. Twier­dzi­ła, że to szan­sa, pre­stiż, że to coś wi­ęcej niż zwy­kła szko­ła. Ma­rzy­ła o tej ko­per­cie jak o bi­le­cie do lep­sze­go świa­ta. I ni­g­dy jej nie do­sta­ła.

Za to ja pa­trzy­łem te­raz na jed­ną… na swo­im łó­żku.

– Si­mon… – Max spoj­rzał na mnie z boku, już bez iro­nii. – Czy­li to wszyst­ko jest praw­dą?

Po­wo­li ski­nąłem gło­wą, choć wca­le nie by­łem tego pe­wien. Mój in­stynkt krzy­czał, że to nie prank czy głu­pi nu­mer, ani za­ba­wa znu­dzo­nych li­ce­ali­stów.

Pod­sze­dłem bli­żej. Ka­żdy krok był jak wcho­dze­nie w coś, cze­go kon­se­kwen­cji nie dało się cof­nąć. Pal­ce za­wa­ha­ły się na se­kun­dę, za­nim chwy­ci­łem ko­per­tę. Sam jej ci­ężar wy­star­czył, że­bym po­czuł nie­po­kój.

– Nie otwie­raj jej, je­śli nie chcesz – rzu­cił Max. – Bo wiesz, że jak to prze­czy­tasz, już nie będzie od­wro­tu.

Spoj­rza­łem na nie­go krót­ko.

– Już nie ma.

Roz­da­rłem pa­pier po­wo­li. W środ­ku był je­dy­nie ar­kusz i kar­ta z na­dru­kiem tej sa­mej na­zwy. Tre­ść była la­ko­nicz­na, nie­mal chłod­na.

„Zo­sta­łeś wy­bra­ny do udzia­łu w Pro­gra­mie Do­mi­nium.

Uczest­nic­two jest przy­wi­le­jem.

Two­ja obec­no­ść wy­ma­ga­na jest ju­tro o 22:00. We­jście przez po­ziom -1.

Dys­kre­cja obo­wi­ąz­ko­wa”.

I nic wi­ęcej.

Żad­nych wy­ja­śnień.

Żad­nych obiet­nic.

Żad­nych ostrze­żeń.

Tyl­ko roz­kaz ubra­ny w ele­ganc­ką for­mę za­pro­sze­nia.

Max prze­chy­lił gło­wę.

– Kur­wa… – wy­du­sił. – Oni se­rio ist­nie­ją.

Za­ci­snąłem szczękę.

Nie chcia­łem tego.

Nie pro­si­łem o to.

Nie in­te­re­so­wa­ło mnie to.

A jed­nak ko­per­ta le­ża­ła u mnie, a nie u Lily. Nie u ja­kie­goś nad­gor­li­we­go pry­mu­sa czy dzie­cia­ka pra­gnące­go udo­wod­nić świa­tu swo­ją wiel­ko­ść. Ale u mnie.

I to było naj­bar­dziej nie­po­ko­jące.

***

Max wy­sze­dł kil­ka mi­nut pó­źniej. Rzu­cił jesz­cze z lękiem ostat­nie spoj­rze­nie na ko­per­tę i za­mknął za sobą drzwi. Zo­sta­łem sam.

Ci­sza w po­ko­ju była inna niż zwy­kle. Gęst­sza i ci­ęższa. Jak­by po­wie­trze wie­dzia­ło coś, cze­go ja jesz­cze nie zdąży­łem po­jąć.

Usia­dłem na łó­żku, obok miej­sca, gdzie jesz­cze przed chwi­lą le­ża­ła ko­per­ta. Trzy­ma­łem ją te­raz w dło­niach, ob­ra­ca­jąc po­wo­li, prze­śli­zgu­jąc pal­cem po wy­tło­czo­nych li­te­rach. The Do­mi­nium Pro­ject. Brzmia­ło jak na­zwa kor­po­ra­cji, któ­ra przej­mu­je nie fir­my, a lu­dzi.

Po­wi­nie­nem my­śleć o tym. O piw­ni­cach. O dy­rek­tor­ce. O eks­pe­ry­men­tach. O tym, że ju­tro o dwu­dzie­stej dru­giej mam sta­nąć twa­rzą w twarz z czy­mś, co do­tąd ist­nia­ło tyl­ko jako szept. A jed­nak moje my­śli upar­cie skręca­ły gdzie in­dziej.

Do niej.

Do spo­so­bu, w jaki ze­sztyw­nia­ła, gdy ją do­tknąłem.

Do jej spoj­rze­nia, gdy po­wie­dzia­ła: „Nie do­ty­kaj mnie. Ni­g­dy”.

Do tej jed­nej szcze­li­ny w ide­al­nie wy­ćwi­czo­nej ma­sce.

Kim­ber­ly.

Zmarsz­czy­łem brwi, po­iry­to­wa­ny wła­sną re­ak­cją. To było cho­re. Nie­nor­mal­ne. Przez ostat­ni rok moje my­śli na­le­ża­ły do blon­dyn­ki. Do jej śmie­chu. Do jej gło­su. Do wspo­mnień, któ­re nie chcia­ły wy­blak­nąć, na­wet gdy bar­dzo pró­bo­wa­łem.

Dziew­czy­ny? Ow­szem. Były. Na im­pre­zach. W ciem­nych po­ko­jach. Na tyl­nych sie­dze­niach sa­mo­cho­dów. Cia­ła cie­płe i chęt­ne, usta, któ­re nie za­da­wa­ły py­tań.

Seks. Tyl­ko seks. Bez imion, bez zo­bo­wi­ązań, bez ran.

Trzy­ma­łem je na dy­stans. Wszyst­kie. Bo żad­na nie mia­ła pra­wa zbli­żyć się do miej­sca, któ­re kie­dyś na­le­ża­ło do Lily. A te­raz ja­kaś py­ska­ta, iry­tu­jąco mądra i dum­na dziew­czy­na z re­dak­cji wśli­zgi­wa­ła się do mo­ich my­śli, jak­by ni­g­dy nie było mi­ędzy nami tej nie­wi­dzial­nej gra­ni­cy.

Zi­ry­to­wa­łem się. Wsta­łem, pod­sze­dłem do okna, opie­ra­jąc czo­ło o zim­ną szy­bę. Na dzie­dzi­ńcu było pu­sto, la­tar­nie rzu­ca­ły bla­de kręgi świa­tła na mo­kry as­falt. Nor­mal­ny wi­dok. Nor­mal­ny wie­czór. A jed­nak wszyst­ko wy­da­wa­ło się prze­su­ni­ęte o pół tonu.

„Nie masz nad nią żad­nej wła­dzy” – prze­mknęło mi przez myśl. I wła­śnie to bo­la­ło naj­bar­dziej.

Wró­ci­łem na łó­żko, znów kie­ru­jąc spoj­rze­nie na ko­per­tę. Na moje na­zwi­sko. Na de­cy­zję, któ­rej nie po­dej­mo­wa­łem.

Nie chcia­łem tej cie­ka­wo­ści. Nie chcia­łem tego nie­po­ko­jące­go przy­ci­ąga­nia. Nie chcia­łem jej. A mimo to coś we mnie bu­dzi­ło się z ka­żdym od­de­chem, ci­che i nie­ustępli­we – jak za­po­wie­dź bu­rzy wi­szącej nad ho­ry­zon­tem. Czu­łem, że ju­trzej­szy wie­czór będzie po­cząt­kiem ko­ńca wszyst­kie­go, co do­tąd trzy­ma­ło nas w ry­zach. Roz­pad­ną się gra­ni­ce, któ­re wy­da­wa­ły się nie­na­ru­szal­ne, opad­ną ma­ski, za któ­ry­mi ukry­wa­li­śmy praw­dę, a lęki, tłu­mio­ne przez tyle cza­su, wresz­cie znaj­dą dro­gę na po­wierzch­nię.

I mia­łem cho­ler­ną pew­no­ść, że je­śli ten pro­jekt na­praw­dę po­le­ga na ła­ma­niu czło­wie­ka, to Kim­ber­ly i ja prze­sta­nie­my być tyl­ko ob­ser­wa­to­ra­mi.