I znowu święta - Barbara Kwinta - ebook
NOWOŚĆ

I znowu święta ebook

Barbara Kwinta

0,0

46 osób interesuje się tą książką

Opis

Świąteczna komedia romantyczna z nutą wzruszenia i szczyptą grudniowej magii.

To będą pierwsze bajkowe święta w rodzinie Dzikich. Przynajmniej tak planuje Magda…Przytulny dom w lesie, choinka, barszcz z uszkami i mecenas Foch u boku. Tyle że nad Boże Doły nadciąga prawdziwa zawierucha grudniowych komplikacji!

Lokalnej fabryce bombek grozi bankructwo, dzieciaki pakują się w kłopoty, pod drzwiami kościoła ktoś porzuca niemowlę, a na horyzoncie jawią się zgryźliwi teściowie.Czy Dzikiej uda się zorganizować święta jak z bajki? I czy na pewno o takich marzyła?

Pełna humoru, wzruszeń i świątecznego ciepła opowieść o rodzinie, miłości i ludziach, którzy nawet w największym chaosie potrafią odnaleźć drogę do siebie.

 

Najnowsza historia Barbary Kwinty to grudniowy galimatias w najlepszym wydaniu. Po świetnie przyjętych „Razem na święta” i „W domu na święta” czas na komedię romantyczną pachnącą makowcem i zimowym lasem – idealną mieszankę humoru i wzruszeń zamkniętą w powieści obyczajowej. Ta historia działa jak ciepły wełniany szalik w mroźny dzień. Otul się nim, spakuj termos z herbatą i daj się wciągnąć w świąteczną zawieruchę w Bożych Dołach!

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 187

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 
 
WARSZAWA 2026

© Copyright by Lira Publishing Sp. z o.o., Warszawa 2026

© Copyright by Barbara Kwinta, 2026

 

Redaktor inicjujący: Paweł Pokora

Redakcja: Hanna Kwaśna

Korekta: Marta Trywiańska

Skład: Klara Perepłyś-Pająk

 

Projekt okładki: Grzegorz Araszewski / garasz.pl

Zdjęcia na okładce i źródła ilustracji: Magnific z wykorzystaniem narzędzi AI

Zdjęcie autorki: © Marta Sputo

 

Producenci wydawniczy:

Sylwia Reguła, Magdalena Wójcik-Zienkiewicz, Wojciech Jannasz

 

Wydawca: Marek Jannasz

 

Lira Publishing Sp. z o.o.

Wydanie pierwsze

Warszawa 2026

 

ISBN: 978-83-68987-27-0 (EPUB); 978-83-68987-28-7 (MOBI)

 
 

Lira Publishing Sp. z o.o.

al. J.Ch. Szucha 11 lok. 30, 00-580 Warszawa

www.wydawnictwolira.pl

 

Wydawnictwa Lira szukaj też na:

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

 
 
 
 

Wszystkim życiowym zakalcom.

Nie dajcie się i pozostańcie dzicy!

 
 
 
 
 

„Świat przed katastrofą zawsze

wygląda tak cicho i spokojnie”

 

Tove Jansson, Opowiadania z Doliny Muminków

 
 
Październik
 
1. AMEN

– Oto słowo Pańskie. – Ksiądz Rudolf zszedł z ambony, potknął się o własną albę, spojrzał na parę młodą i zaczął kazanie: – Moi kochani... to znaczy, tak się mówi: „moi kochani”, bo przecież nie wszystkich was kocham, niektórych tylko lubię, czy choćby toleruję. Na przykład Grześka organistę, ale sam pan Jezus mówił: „umiłowani bracia i siostry”, i ja za nim powtarzam. Zatem oto i oni, brat i siostra... To znaczy nie, że są spokrewnieni, kazirodztwo jest, jak wiecie, zakazane, nie tylko w Biblii... Ekhm, na czym to ja skończyłem? A, tak, brat i siostra we wspólnocie wiernych, których nie łączą więzy krwi, lecz uczucie, zostają dziś mężem i żoną. Tak. Tych dwoje po licznych perypetiach staje przed ołtarzem, od teraz jako jedność. Jak przypomina Kohelet: „Lepiej jest dwom niż jednemu”[1]. Bo jeśli jeden upadnie, drugi na niego wpadnie... to znaczy go podniesie. Dwoje ludzi to przecież hartowane ogniem sprzymierzenie, więź, która wzmacnia jak... jak wzmacniacz i naciska, emm, latarkę, kiedy gasną światła. Właśnie temu dzisiaj mówicie: „tak”. No. I na koniec, jak to bywa w baśniach, czas, byście żyli długo i szczęśliwie. A w waszym przypadku przynajmniej szczęśliwie. – Zakaszlał. – Cóż... może po prostu czas, byście żyli. Chociaż przez jakiś czas.

2. CZĘŚĆ TRZECIA

W trzeciej części, tej, którą robi się już tylko dla pieniędzy, musi być ślub. No bo co innego? Biała suknia, koronkowy tren, welon zbierający kurz z posadzki, dzieci podające obrączki i łzy wzruszenia cieknące po rumianych policzkach zebranych.

Tylko że ja nie potrzebowałam pieniędzy. Bieda wyprowadziła się zeszłej zimy, a mnie stać było na skarpetki z wełny merino, chleb na zakwasie i pasztet z mięsem w składzie. Dlatego, a także ze stu innych powodów, ślubu nie będzie. Przynajmniej mojego z Fochem.

Za to Tekla i Romek to inna historia. Powiedzieli sobie „tak” w ostatnią, niemal czerwcową, sobotę października. Girlandy z babiego lata dekorowały drzewa. Gości było tak wielu, że nie zmieścili się w kościele i stali na cmentarzu. Panna młoda wystąpiła w kreacji w kolorze kremu z wuzetki (nieprzypadkowo), pan młody ją pocałował (w usta!), po kościele echem poniosło się „oooch” i „aaach”. Ksiądz Rudolf im błogosławił, a Boże Doły świętowały aż do Wszystkich Świętych. Zyta ze sklepu zrobiła nawet promocję na zestaw weselników „wódka i śledź w śmietanie”.

Złośliwi twierdzili, że cały ten ślub to głównie z powodów finansowych. Małżonkowie dziedziczą po sobie bez podatku, do tego korzystniejszy PIT, renta rodzinna... wszak Romek jako księgowy znał się na rzeczy. Ale ja tam ostatnio wierzę w miłość. Rozkoszuję się nią, jak trzylatek, co to dorwał się do kalendarza adwentowego i wsunął cały grudzień na raz, nie zważając na konsekwencje.

3. JAK W BAŚNIACH

No bo sami przyznajcie. Co złego jeszcze może się wydarzyć? Łamiąca serce rozłąka z trójką rozkosznych gremlinów? Była. Walka o dzieci i dom? Proszę bardzo. Pożar obracający słodkie zakończenie w pył? A jakże. Śnieżyce, rozterki sercowe, rozstania, powroty, prawie goła eksżona, urzędnicy, walka z systemem, ucieczki, zaginięcia, kuratorzy psychopaci... Limit życiowych śnieżynek, które walą w twarz i mrożą krew w żyłach, wyczerpany.

Dlatego teraz to już usiądźcie, zaparzcie ziółka, opatulcie się kocem. Ta historia jest bezpieczna nawet dla milenialsów, artystów i osób z nadciśnieniem. Będzie o świętach, bombkach, pichceniu makowca, miłości słodkiej jak miód spadziowy i o tym, że „żyli długo i szczęśliwie”. Jak w baśniach.

4. SKRÓT

Zanim wjedziemy naszym wesołym autobusem w grudzień, czas wsadzić ołówek w dziurkę, czyli przesunąć taśmę. Kto żył w epoce kaset magnetofonowych, ten wie.

Ci z was, co to przybyli do Bożych Dołów dwie historie wcześniej, wejdą w temat jak ciepły nóż w kostkę masła. Dla tych, co po wstępie czują się zagubieni niczym Mikołaj na osiedlu szeregówek, krótkie przypomnienie, bo przed świętami kto miałby czas na długie?

Matka dała mi na imię Fabia. Na pamiątkę namiętnego spotkania w Skodzie Fabii na jednej z tych dyskotek, na które trzydzieści lat temu chodziły panny na wydaniu, żeby poznać księcia z bajki. Ale ja nazwałam się Magda, bo to ładne imię. Lubię, jak coś jest ładne. Od dwóch lat jestem mamą zastępczą dla trójki mojego rodzeństwa: Leny („Nie mów mi, jak mam żyć, jestem prawie dorosła”), Bola (Young Leosia, Mata, Bedoes 2115, six seven, Dead Trigger... i tak nie zrozumiecie) i wreszcie najmłodszego – Franka („Dlaczego pachy nazywają się pachy, a nie śmierdziachy, skoro śmierdzą, a nie pachną?”).

Mieszkamy w Bożych Dołach, wsi położonej, jak nakazuje logika, na wzgórzach. Tam też prosperuje słynna Fabryka Bombek Andrzej Gadlewski, w której pracuje niemal cała wioska. W tym ja. Dekoruję, szkicuję, a od zeszłego roku tworzę wzory. Do tego, chyba w nagrodę za dwadzieścia siedem lat życiowego sajgonu, dorabiam w pracy marzeń – projektuję okładki książek dla Wydawnictwa Makutra. Jeśli na półce w księgarni zobaczycie rysowaną okładkę, bez brokatu, zdjęć stockowych, tandetnych widoczków, nieskalaną sztuczną inteligencją – to mogę być ja. I to jest tak, jakbym poprosiła Mikołaja o Barbie z kamperem, zestawem ubrań i łóżkiem z baldachimem, a on by mi to wszystko przyniósł.

Zanim znaleźliśmy się w domu w lesie, by wieść życie jak z baśni, musiałam zawalczyć w sądzie o prawo do opieki nad gremlinami, trzy razy się przeprowadzić, odkopać z takich zasp, że gdyby nie przyjaciele i ich łopaty, byłabym sześć stóp pod ziemią, a przy okazji zdarzyło mi się zakochać, bo jak mówi jedna z wielu bożodolskich mądrości: miłość i kłopoty żołądkowe (bez obrzydliwości, w końcu to świąteczna historia) przychodzą znienacka. Mecenas Foch zjawił się, by pomóc mi odzyskać dzieci, a potem został, najpierw w progu, później w korytarzu, by wreszcie, tego lata, wejść krok po kroku do kuchni, czyli w sam środek dzikiego galimatiasu.

Jak widzicie, ostatnie dwa lata to młyn. Tematów do plotek pod sklepem starczyłoby na dekadę. Ale zła passa się skończyła, po burzy wychodzi słońce, po nocy jest dzień, i nawet szarańcza z Biblii w końcu odleciała. I to będą najlepsze święta w historii Bożych Dołów, albo nie nazywam się Magda Dzika.

 
 
Listopad
 
5. CZUŁE SŁÓWKA

I znowu święta. Ledwie Mariah Carey zdążyła otworzyć usta, już siedziałam przy biurku, przed kartką z napisem: „Dzikie święta – plan doskonały”. Foch parzył espresso romano, Franek czytał Dziady (sic!), Bolo jak zawsze walczył ze złem (Dead Trigger 3), ale tym razem w przerwach czatował z łanią o imieniu Wiki, a Lena skrolowała telefon, osłonięta vademecum maturzysty. Przynajmniej wszyscy razem, na jednym piętrze, tuż obok siebie.

Usiadłam przy biurku w mojej samotni, otworzyłam piórnik, wyjęłam flamastry i zaczęłam szkicować strzałki, tabelki, listy zakupów, rozpiskę działań na każdy dzień aż do Wigilii.

Mój plan zakładał rozświetlenie domu i rosnących w ogrodzie drzew dziesiątkami światełek. Zawieszenie stroika na drzwiach, takiego z wielką, aksamitną kokardą. Girlandę zdobiącą poręcz schodów. Choinkę na środku salonu, z gwiazdką na czubku, dotykającą sufitu. Pod nią prezenty, prezenty i jeszcze trochę prezentów. I najważniejsze: Wigilia. Dwanaście dań, sianko pod obrusem, cały dom gości, huk, gwar, Wśród nocnej ciszy, pasterka. Czy coś pominęłam?

– Przyszło mi do głowy, żeby oprócz babci Foch zaprosić też twoich rodziców. Co ty na to? – spytałam Focha, bo oszalałam.

– To może od razu twojego ojca? Tak dla podkreślenia rodzinnej atmosfery. – Mecenas zaserwował mi kawę z włoskiej palarni. Żeby ją zamówić, zaliczył pierwszy poziom włoskiego w Duolingo.

– Six seven – posłużyłam się zwrotem Bola, choć nawet nie wiedziałam, co to znaczy, i wróciłam do rysowania świąt jak z baśni, bo co mu miałam odpowiedzieć?

Wojtek przynajmniej znał swoich rodziców od urodzenia. Była to znajomość przelotna, a oni podobno nie należeli do osób, z którymi chciałoby się zatrzasnąć w windzie, ale istnieli, mieli imiona i raz w miesiącu dzwonili z Warszawy: „co słychać, synu?”. Za to mój ojciec był jak wąsy domalowane Mona Lisie. Nie planowałam go, nie wiedziałam, co mam z nim zrobić i psuł cały obraz.

– Zobacz, tutaj wszystko zmalowałam i opisałam. – Zaprezentowałam Wojtkowi szkic choinki, listę potraw, spis rzeczy do kupienia, pomysły na prezenty, świąteczne stylizacje, menu i plan usadzenia gości.

Mecenas zaszedł mnie od tyłu i dokonał stosownej analizy, gładząc mnie po włosach.

– E... a nie przesadzasz, Dzikusie? Wiem, że to będą pierwsze takie święta, ale „śledź w emulsji z białego porto z pieprzem syczuańskim i różą”? „Wilgotny makowiec Tekli”, „zupa grzybowa z suszonych borowików z olejem truflowym i pieczonym topinamburem”? Co to jest w ogóle topinambur? I czy nie uważasz, że pierogi z tej garmażerii na Kleparzu są całkiem...

– Te święta mają być jak z baśni. Od wejścia będzie pachniało barszczem, cynamonem, suszkami, makowcem ze skórką cytrynową. Chcę, żeby powietrze było duszne od zapachów.

– To kupimy jakiś dyfuzor i...

– Sam jesteś dyfuzor.

– Ja tylko wyrażam obawę, że z tego wszystkiego zapomnimy zagrać w Scrabble, poleżeć na kanapie z zaplecionymi stopami twoje w moje, zapaść w sen z przejedzenia, ot tak, w środku dnia, i po raz dwieście dwudziesty trzeci obejrzeć To właśnie miłość.

– Mam wszystko pod kontrolą, mecenasie. Na tydzień przed świętami biorę urlop. Zrobię zakupy na Kleparzu, upichcę to i owo zawczasu...

– Na przykład „sernik piernikowy na kruchym maśle, z glazurą z białego maku i pistacji”? – Foch doczytał ostatnią pozycję z rubryki „Desery” i dopił espresso.

Odwróciłam się przodem do niego.

– Zależy mi, żeby gremliny zapamiętały te święta. Bez biedy, ciasnoty i strachu, że ktoś nas rozdzieli. Boże Narodzenie to najlepszy czas na budowanie wspomnień z dzieciństwa. To jest ostatni moment, żeby w ich hipokampach zapisał się baśniowy obraz świąt. Wiesz, jaki to ma wpływ na dorosłe życie? Czytałam taki artykuł w „Wiedzy i Życiu”. Naukowcy z Uniwersytetu w gdzieś tam odkryli, że celebrowanie świąt odgrywa ogromną rolę w budowaniu własnej wartości, radzeniu sobie z porażkami, poczuciu wspólnoty – wyliczałam.

Mecenas przez chwilę korzystał z prawa do milczenia. Przekręcił głowę, zmarszczył nos i stał bez ruchu, a to znaczyło, że myślał.

– Dobrze już, Dzikusie. Osobiście poszukam pieprzu syczuańskiego. – Pochylił się, zakręcił fotelem obrotowym tak, że znowu byłam tyłem do niego, zanurzył twarz w moich włosach i pocałował mnie w kark.

Pocałunek w kark naciskał odpowiedni guzik. Wszystko przez nerw potyliczny, który tamtędy biegł. Czytałam w „Wiedzy i Życiu” (wykupiłam prenumeratę). Rozmiękłam jak biszkopt w herbacie i na chwilę zapomniałam o świętach wyjętych z kanału Hallmark.

– Skoro mowa o pieprzu... i pieprzeniu... – Wstałam i pocałowałam Focha w nos, a potem w usta, a potem...

– Chyba musimy wcisnąć pauzę. Dzieci... – Wojtek wskazał na salon oblężony przez gremliny.

Wyglądało na to, że powoli stawał się dojrzałym i odpowiedzialnym opiekunem trójki małoletnich.

Trzy godziny później Franek zasnął. Bolo zamknął się w pokoju z telefonem w ręku, a Lena wyszła na imprezę. Włożyłam satynową piżamę z koronką, tę, w której nie sposób zasnąć, bo wpija się w tyłek i drapie pod pachami, ale przecież takich piżam nie kupuje się do spania, tylko do komunikowania. Zrzuciłam kołdrę na podłogę, aż Hermeneutyka granic jurysdykcji w sporach transgranicznych wypadła Fochowi z rąk.

– Mów do mnie czułe słówka. – Usiadłam na nim.

– Rozładowałem zmywarkę.

– Tak.

– Powiesiłem pranie.

– Tak.

– Schowałem rosół do lodówki.

– Tak, tak, taaak!

 

Drogi Mikołaju,

w tym roku proszę o święta jak z baśni. I wizytę Roberta Makłowicza, żeby pomógł mi to wszystko ugotować.

Z wyrazami dzikości

Magda

6. MUSZE SZCZĄTKI NA PARAPECIE

Mieszkanie w środku lasu miało do siebie to, że mieszkało się w środku lasu. Żeby usłyszeć śpiew ptaków, nie trzeba było włączać playlisty „Śpiew ptaków”. Wystarczyło otworzyć okno. Żeby się zrelaksować, nie jeździliśmy do spa – wychodziliśmy na taras. Dzikie zwierzęta widywaliśmy za płotem, a czasem w drodze do szkoły albo do pracy. I, co wydawało się jakby luksusowe, mieliśmy czym oddychać.

Może dlatego tak dobrze się tu czuliśmy? Frankowi zdarzało się uśmiechać i bawić zabawkami, choć „to bez sensu”. Bolo zakochiwał się co tydzień w innej dziewczynie i zwiększył zasób słownictwa. Nawet Lena złagodniała. Raz w tygodniu gotowała obiad, nadrobiła zaległości w szkole w chmurze, używała zwrotów takich jak „proszę” i „dziękuję”. Sielanka dziesięć na dziesięć.

Foch co prawda narzekał, że stanie w korkach do pracy boli bardziej niż leczenie kanałowe, ale czego się nie robi dla miłości?

Ja na przykład codziennie robiłam śniadanie. Nauczyłam się też, jaka jest różnica między arabiką a robustą (arabika jest smaczna, a robusta paskudna i piją ją tylko snoby) i malowałam usta szminką, choć to już naprawdę było bez sensu. Szminka babrała zęby, brudziła kubki z herbatą i po chwili już jej nie było.

– Pośpiesz się, Fochu, od wczoraj remont na Opolskiej – powiedziałam jednego ze zwykłych listopadowych poranków i zostawiłam na Fochowym policzku ślad tej czerwonej szminki. Może właśnie po to ona była? Żeby kobiety mogły zaznaczać swoich facetów.

– Znowu? – Mecenas próbował wyczyścić z mieszanki błota i igliwia buty nieprzystosowane do życia w lesie.

– Spakowałam ci kanapki z pasztetem i wodę. – Podałam mu lunchbox jak amerykańska pani domu z lat siedemdziesiątych. Brakowało mi tylko trwałej ondulacji i fartuszka.

– Kochaność dziesięć na dziesięć.

– Czystość butów sześć na dziesięć.

– Pa, Dzikusie. – Foch cmoknął mnie w policzek, bo tak właśnie robią pary z niemal dwuletnim stażem. Zabrał aktówkę, czapkę, kluczyki i wyszedł. Po chwili jego auto walczyło już w koleinach, a ja budziłam gremliny.

Godzinę później, mimo „nie chcę iść do szkoły, boli mnie palec u lewej nogi, chyba mam malarię”, byłam już w drodze do fabryki bombek. Listopadowy las pachniał zgnilizną. Wicher ogołocił drzewa, a między konary opadła dymna mgła. Co jakiś czas co lichsza gałąź łamała się pod moimi butami. Odgłosy ruchliwej drogi z każdym krokiem intensywniały i wyobrażałam sobie, że mogłabym dojść do pracy z zamkniętymi oczami, kierując się w stronę zgiełku.

Pod fabrykę dotarłam przed czasem. Auto Romka właśnie parkowało pod znakiem „Parking wyłącznie dla pracowników”.

– Już po urlopie? – spytałam księgowego, bo sądząc po nazwie, miesiąc miodowy powinien trwać miesiąc, a Tekla z Romkiem wrócili do pracy po tygodniu.

– Trzeba pracować, póki jest gdzie. – Fabryczna wiedźma trzasnęła drzwiami Fiata Pandy i nie czekając na męża, ruszyła schodami do wejścia.

– Najsłynniejszej fabryce bombek w Polsce chyba nie grozi upadek.

Przywitałam się z panem Złotą Rączką, dokręcał akurat balustradę przy schodach, i podreptałam za Teklą. Romek człapał za nami z torbą na laptopa i teczką papierów pod pachą.

– A ciebie, Dzika, naiwność już tyle razy zgubiła, że mogłabyś się nauczyć. – Panna Młoda odwiesiła płaszcz w szatni i skręciła w stronę dekoratorni. – Podobno w tym roku nie załapaliśmy się na zamówienie dla szejka. Pałac Buckingham rozważa ekologiczne bombki z Litwy. Amerykanie dogadali się z Chinami i też nic nie zamówią. Jak tak dalej pójdzie, Andrzej będzie musiał zwolnić trzy czwarte zakładu.

Zatrzymałyśmy się w kuchni.

– Na pewno nie jest tak źle. – Zaparzyłam earl grey w kubku z Kubusiem Puchatkiem. Wieszczenie przez Teklę końców świata było już bożodolską tradycją i nikt nie brał jej przewidywań na poważnie. – A jak minęła podróż poślubna? – spytałam już w dekoratorni.

– Chyba przedpogrzebowa. Tak się powinna nazywać.

– Przedpogrzebowa? – Wyjęłam z pudełka z napisem „Nic pilnego” przezroczystą bańkę i zaczęłam nakładać na nią złoty ornament.

– Piach między palcami, upał taki, że każdy krok to ryzyko udaru, a od słońca prawie dostałam kurzej ślepoty. I jeszcze te piramidy na środku pustyni. Dwa ciut większe stożki, a ludzie szturmują jak na promocję masła w markecie. Pół dnia dłużej w tym piekle, a przywieźliby mnie do Bożych Dołów w czarnym worku.

– Przynajmniej Romek nie płaciłby podatku od dziedziczenia – wymsknęło mi się.

– Ty, Dzika, nie bądź taka hop i siup z przerzutką. Trójka dzieci na garnuszku, chałupa zaraz do remontu, a twój adwokat po pierwszej zimie na wsi ucieknie. Płaszczyk bez podbitki, buty nieocieplane, szalik to bardziej dla ozdoby nosi. Widać od razu, że miastowy.

– A tobie, Tekla, klątwa faraona się na głowę nie rzuciła? – Górecka podstawiła pannie młodej pod nos piernikowe latte z nowego firmowego ekspresu.

Tekla obwąchała je, odsunęła na bok i zabrała się za pudełko szklanych mikołajów gotowych do obtoczenia w brokacie.

– Dzika powymyślała krasnale, choinki, domki z piernika i weź tu, człowieku, skichaj się, żeby je pomalować. Do tego te kolory: róż malinowy, błękit perlisty i czerwień aksamitu. Od samego czytania etykiet na słoikach mam mdłości.

– Miłości? – Darina jak zawsze szukała piękna nawet w Tekli.

– Tekla ma rację. Przesłodziłam. Za rok zrobimy kolekcję inspirowaną trzecią częścią Dziadów. Wreszcie zużyjemy błotnisty brąz, pleśniejącą zieleń i popłuczysty róż.

Już miałam coś dorzucić albo włączyć Last Christmas, żeby fabryczna wieszczka padła na świąteczną cukrzycę, ale wtedy przypomniałam sobie, że nie mogę jej uśmiercić. W końcu Tekla i tylko Tekla znała przepis na wilgotny makowiec Tekli.

– Zresztą, po co te swady i spory. Zakopmy, nawiązując do tematyki funeralnej, topór i weźmy się do pracy. Wszak bez niej nie ma kołaczy... i makowców też. – Wstałam, ustawiłam ulubione teklowe radio Mimoza i ruszyłam z pomocą w zdobieniu krasnali.

I tak, przy audycji o naturalnych sposobach na odgrzybienie organizmu i piosenkach Marka Grechuty, „Powiedz, kto mógł zasiać to dzikie wino! Może to zrobiłaś Ty, ej, dziewczyno”[2], minęło nam przedpołudnie. W przerwie obiadowej wypróbowałam piernikowe latte z nowego ekspresu, choć Foch znalazłby na ten kawopodobny wyrób paragraf, poczekałam, aż kuchnia opustoszeje i dosiadłam się do Tekli.

– Hej, Tekla.

– Hej, Tekla? – Wieszczka wyjęła z torebki foliową siatkę, z niej zawiniątko w sreberku, a z niego kajzerkę ociekającą majonezem.

– Ta opalenizna... bardzo twarzowa – skomplementowałam.

– A jaka ma być, skoro na twarzy? Pośladkowa?

– W każdym razie podkreśla twoje... naturalne, ehm... piękno.

– Uderzyłaś się w głowę?

– Ja?

– Bredzisz, Dzika, jak po urazie.

– Po prostu uważam, że kwitniesz.

– Czy ja ci wyglądam na stokrotkę? – Tekla wgryzła się w kanapkę i wytarła majonez z brody.

– Prędzej na mak. Kwiat maku w pełnym rozkwicie, o! A skoro już o maku mowa, w tym roku mam taki plan, żeby stworzyć święta jak z baśni. Baśniowe święta dla dzieci. Takie, jakich nigdy nie miały. No wiesz, z choinką, prezentami, pysznościami na stole...

– Urzekła mnie twoja historia.

– I tak sobie pomyślałam, że mogłabyś mi pomóc.

– Czy ja ci, Dzika, wyglądam na wolontariuszkę Szlachetnej Paczki?

– Cóż...

– Jak skończyłaś tę wzruszającą opowieść o baśniowych świętach, to wracaj do roboty. Ciesz się robotą, póki jest. Tyle ci powiem.

Przysiadłam się bliżej, uśmiechnęłam. Nie zniechęci mnie teklowa zmarzlina, nie zatrzyma w realizacji planu świąt doskonałych, o nie!

– Chodzi o to, że chciałam upiec wilgotny makowiec sama, żeby w domu pachniało.

– Żeby w domu pachniało, to trzeba, Dzika, posprzątać. Skarpetki uprać i pościel na nową zmienić.

– Mam na myśli zapach makowca. Chcę, by gremliny, to znaczy dzieci, zapamiętały te święta jako magiczne, a naukowcy są zgodni, że zapachy są najlepszymi nośnikami dobrych wspomnień.

– Czy ty dryfujesz jak spróchniałe drewno po oceanie, czy płyniesz do jakiegoś brzegu?

– Wiemy, że przepis na idealny makowiec masz ty i tylko ty, i pomyślałam...

– Nie od dziś wiemy, że myślenie nie jest twoją mocną stroną, Dzika.

– Gdybyś podała mi składniki... Mogę dać słowo harcerza, słowo Bożodolana... Bożodolańczyka? Bożodolca?

– Bożodolanina.

– Właśnie. Słowo Bożodolanina, że przepis na wilgotny makowiec Tekli zostanie naszą, nomen omen, słodką tajemnicą.

– Jasne... – Tekla zwinęła w kulkę folię aluminiową po kanapce. Siorbnęła fusiastej kawy, najpewniej zjadła część fusów, co się będą marnować, i wstała od stołu. – Jasne... że nie. Mój przepis, mój makowiec. I żaden promienny uśmiech owładniętej zakochaniem wariatki nic tu nie pomoże. To ciasto to ostatni bastion tradycji. Zabiorę tę recepturę ze sobą do grobu.

– A wy tu piknik urządzacie czy jak? Już dawno po dwunastej. – W drzwiach fabrycznej kuchni stanął Andrzej, choć gdyby ktoś wierzył w duchy, mógłby pomyśleć, że zjawa. Szef był bledszy niż zastawa Rosenthala, a włosy na głowie stały mu na sztorc, jakby wsadził palce do kontaktu.

– Co się dzieje? Czego larum podnosi? Pali się? – Tekla zlizała resztki majonezu znad ust.

– Gorzej. – Andrzej ruszył do dekoratorni, my za nim.

Na miejscu trzydzieści par rąk, minus dwie pary nasze, drżało jak po szóstej kawie.

„No i wszystkie wzory do poprawy”, pomyślałam, patrząc, jak Cicha Wiola partaczy krasnala.

– Brokat na stolikach, nieoznakowane puszki z substancjami, brak zabezpieczeń, musze szczątki na parapecie. – Urzędniczka z sanepidu fotografowała najdziksze zakamarki pracowni.

– To fabryka bombek. Brokat na stoliku jest nieunikniony. – Szef stanął między stolikami, jakby chciał nas osłonić przed zagrożeniem własną piersią.

– Czyli brak możliwości zabezpieczenia pracowników przed mikroplastikiem. – Kobieta notowała w tablecie, na co Andrzej z białego zrobił się przezroczysty. – BHP się kłania, panie Gadlewski – wystrzeliła strzałę prosto w andrzejowe serce.

– Ależ u nas BHP to jest święta księga, mogę pokazać, leży na półce obok Biblii i kroniki Bożych Dołów.

– Czy półka jest odpowiednio zamontowana? Czy książka może spaść komuś na głowę? Bo jeśli tak, to ma pan obowiązek wyposażyć pracowników z kaski, a tych nigdzie nie widzę.

– Chryste Panie, wszystko jest zabezpieczone, droga pani, kto jak kto, ale szef dba o nas i jest czysty jak łzy dziewicy – odezwała się Górecka, bo odkąd w czterdziestym piątym przeżyła epidemię tyfusu, nie bała się niczego. Nawet Tekli. I nawet sanepidu.

– O, à propos wody, pobierzemy próbki z kranu i zobaczymy, czy nadaje się do spożycia.

Kontrolerka przeszła do kuchni. Tekla odprowadziła ją wzrokiem. Pokiwała głową, jakby oglądała odcinek Klanu i dokładnie się spodziewała tego, co teraz nawywija Bożenka.

– A nie mówiłam? Zamkną zakład jak nic.

– Sama się zamknij – huknęła Górecka, aż stolik się zatrząsnął, a brokat wzbił się w powietrze.

– Co to znaczy „musze szczątki na parapecie”? – Darina próbowała powtórzyć, rozmiękczając polskie dwuznaki tak, że brzmiało to jak snobistyczna poezja dla tych, co piją robustę.

– Mogiła. Kaplica. I dno – oświeciła ją Tekla.

Jak się okaże kilka stron dalej, miała, cholera, rację.

7. KOLONOSKOPIA

Nieszczęścia chodzą stadami, nie od dziś wiadomo. Trzy dni po sanepidzie fabrykę odwiedziła skarbówka. Wynosili pudła dokumentów, zgrzytali zębami, chrząkali, kawy ani herbaty nie chcieli. Romek księgowy schudł jak po Ozempiku, a Tekla wykupiła ze spożywczaka wszystkie konserwy, gotowa na najgorsze.

– Pogrzebią, pogrzebią i dadzą spokój. Jak na kolonoskopii – uspokajałam załogę, kiedy w południe zbieraliśmy się na kawie, a fabryczna wiedźma rozsiewała po kątach swoje czarne wizje.

„Konkurencja”, „normy unijne”, „zalew chińszczyzny”, „spisek”, „mafia, długi, narkotyki” – gderała.

– Luz w sutannie. Ktokolwiek pisze tę historię, nie dowali nam przecież katastrofy po raz trzeci. To byłoby zbyt wiele jak na świąteczną komedię – tłumaczyłam.

Wtedy Tekla stukała się w czoło, bo „co ty, Dzika, możesz wiedzieć o życiu?”.

Darina uśmiechała się do moich optymistycznych teorii, bo miała tę paskudną cechę, że wierzyła w happy endy. Górecka rozdawała kubki z kawą, Cicha Wiola milczała (milczenie jest złotem, a złoto zawsze się przyda, szczególnie jeśli pójdziemy z torbami).

Po kwadransie w kuchni wracałyśmy do roboty, bo jak mawiały najstarsze Bożodolanki, „żeby zrobić, trza robić”. A my roboty miałyśmy po uszy. O ile pieniądze za zamówienia w końcu spłyną na konto fabryki. Bo spłyną, prawda?

 

Drogi Mikołaju,

jak u ciebie z bombkami? Nie chciałbyś doposażyć się w tym roku w polskie? Jakość premium? Unikalne wzornictwo? Szwajcarskie szkło?

Z pozdrowieniami

zarobiona (potencjalnie) M.

8. ŚCIEŻKA AMYGDALARNA

– Czy wiecie, że gdyby nie to, że w setnej sekundzie po wielkim wybuchu powstała nadwyżka materii nad antymaterią, nie byłoby nas? Nic. Zero. Całkowita anihilacja! – Franek wgryzł się w grzankę z serem i obserwował ptasie MMA za oknem.

– Czy wiesz, że dzieciom, które spóźniają się w listopadzie do szkoły, wyrastają ogony? Owłosione na końcu? – spytałam i jak każda matka o 7.30 rano zrobiłam minę „spóźnisz się, co z ciebie wyrośnie, jak tak dalej pójdzie, to łopata i kopanie rowów przed tobą”.

Młody Schopenhauer dojadł śniadanie bez pośpiechu i cienia przestrachu. Wszak czas to tylko jednostka, a prace ziemne są teraz w cenie.

– Straszenie dziecka. Prymitywna próba modulacji zachowania przez wywołanie lęku anty... antycypacyjnego.

– Cooo? – Osłabłam.

– Ale lęk nie sprzyja inter... internalizacji norm. Powoduje jedynie unikanie bodźca, nigdy jego zrozumienie. To dlatego, że uruchamia się ten... no, układ limbiczny, a dokładniej szybka ścieżka... am... amy... amygdalarna, która pełni funkcję alarmową. Kiedy się ją pobudzi, dochodzi do inhibicji kory przedczołowej.

– Inhibicji? – Zakrztusiłam się kawą. Rozlała się po wszędzie. Kim jest ten człowiek przede mną i dlaczego zamieszkał w ciele ośmiolatka?

– „Ścieżka amygdalarna”, powiadasz. Szalenie interesujące. – Foch wytarł swój ulubiony napój ze swojego ulubionego, jak mniemałam, dekoltu swojej ulubionej, jak miałam nadzieję, osoby.

– Czytałem o tym w broszurze u pedagożki. – Franciszek dopił kakao. Kakao się nie rozlało.

– Byłeś u pedagożki?

– Wczoraj. Wezwała mnie, bo powiedziałem, że uczenie się kaligrafii w czasach cyfryzacji jest bez sensu. I że patrząc na to, w jakim stanie jest planeta, powinniśmy raczej nauczyć się, jak przeżyć na Marsie albo uzdatniać wodę deszczową. Jakubowska na to: „Dziki, nie siej herezji”, na to ja: „Herezja to Boże Narodzenie w grudniu, bo przecież wiadomo, że Jezus urodził się na wiosnę”, na to ona: „Marsz do pedagoga”. Nie użyła nawet feminatywu!

Kojarzycie tę scenę z Kevina, w której Harry wchodzi od domu McCallisterów, a palnik nad drzwiami uruchamia się i podpala mu włosy? Harry robi wtedy takie: „Aaaaaaaa!” i dymi mu czacha. To ja. Codziennie. Kilka razy dziennie.

– Aaaaaa! Do mycia zębów. Szoruj – wycedziłam i padłam. Na szczęście nie byle gdzie, tylko w ramiona. Nie byle jakie. Fosze.

– Dolewkę kawy?

– Poproszę. Kawa dziesięć na dziesięć.

– Nie widział ktoś mojej maszynki do golenia? Za dwie godziny mam sesję zdjęciową dla koreańskich balsamów do ciała ultrawygładzających z ceramidami – odezwała się z łazienki Lena. – W tym domu wszystko ginie! Zarosnę jak Yeti. Będę reklamować balsam na porost włosów!

– I wyrośnie ci ogon. – Franek minął się z nią w drzwiach.

– Spóźnimy się. – W kuchni pojawił się Bolo. Miał na sobie bluzę z napisem: „Nawzajem”, a plecak wisiał mu na ramieniu, pracując na zwyrodnienie bolowego kręgosłupa po trzydziestce.

Spóźnili się. O 7.50 wyszli z domu. Foch podwiózł Franka i Bola do szkoły, a Lenę na przystanek. Sam utknął w korkach do miasta.

W domu w lesie nastała cisza. A ja miałam dwie i pół godziny dla siebie przed wyjściem do fabryki.

Co robią matki Polki, mając dwie i pół godziny dla siebie? Odpoczywają. Aktywnie, bo w „Wiedzy i Życiu” piszą tłustym drukiem, że taki odpoczynek jest najlepszy.

Wstawiają pranie, cerują skarpetki, odkamieniają czajniki, choć nikt nie powiedział, że to są dwie godziny dla czajnika. Do tego sprawdzają maile. A tam, jako że to rok cudów, miła świąteczna historia, coś takiego:

 

Szanowna Pani Magdo,

poprzednie projekty rysowane przez Panią zdobyły uznanie w branży, dlatego po długich konsultacjach na kolegium to właśnie Panią wybraliśmy do stworzenia okładki naszej sprzedażowej perełki. Chodzi o powieść Szczeliny Ludwiki Radeckiej, tegorocznej laureatki Nike.

Po Nowym Roku planujemy wznowienie pozycji w grubej oprawie. Potrzebujemy ascetycznej, wyrazistej okładki, pasującej do treści.

Jeśli jest Pani na tak, prosimy o zapoznanie się z książką do końca listopada i trzy propozycje okładek najpóźniej do świąt.

Z pozdrowieniami

Redakcja

 

Wstałam, wrzasnęłam coś jakby „łuhu!” i „aaaaa!”, potańczyłam sobie do We Are the Champions, bo jak się mieszka w środku lasu, to tak można, a później usiadłam i odpisałam szybciej, niż pomyślałam:

 

Szanowna Redakcjo,

oczywiście!

Z poważaniem

Magda Dzika

 

A nie mówiłam, że moje życie to baśń i teraz to już z górki? Na sankach? W ciepłym kombinezonie prosperity? Śpiewajcie ze mną: „Co za radość, gdy saniami tak można jechać w dal”[3], hej!