Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
15 osób interesuje się tą książką
Opowieść o miłości, bliskości i o tym, że życie może być piękne nawet w listopadzie.
Niełatwo trafić do krakowskiej biblioteki przy ulicy Cichej. Jeśli już ktoś zapląta się w okolicy, zwykle nie zagląda do środka. Odrapane mury, witryna pełna staroci i przysypiająca za ladą pani Waleria. A jednak każdy, kto odważy się przestąpić próg, wyjdzie odmieniony. Nie tylko za sprawą książek…
Julia przyjeżdża do Polski z dwójką małych dzieci i bagażem tajemnic. Nina, niegdyś diwa estrady, teraz planuje zejść ze świata na własnych zasadach. Michał chce przejąć zakład introligatorski po dziadku. Losy tej trójki splatają się w magicznym miejscu ukrytym w sercu Krakowa.
Wejdź do „Biblioteki na Cichej” i zaczytaj się w historii, która rozgrzewa jak jesienna herbata z miodem, imbirem i cytryną.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 250
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Lira Publishing Sp. z o.o.
Wydanie pierwsze
Warszawa 2026
ISBN 978-83-68817-92-8
Są tacy ludzie-duchy. Nie widać ich, nie słychać, nawet ich nie czuć. Siedzą gdzieś za winklem. Nie mówią nic. Tylko patrzą. Słuchają.
I gdyby ktoś spytał, czy był tam ten i tamten, danego dnia, o danej godzinie, zapierałbyś się, że nie.
Są także takie ulice.
Słyszę, jak deszcz po liściach coraz gęściej pluska.
Tak mnie nuży zwłok moich w zaświaty wywózka
Bolesław Leśmian, Pogrzeb (fragment)
Nikt prawie nie odwiedzał biblioteki na Cichej. Może dlatego że nikt prawie o ulicy Cichej nie wiedział. Schowanej między Kochanowskiego a Batorego, w cieniu parku Szymborskiej. Trochę w cieniu całej tej trójki. Bo jak tu się wybić, gdy obok dwoje wielkich poetów i król?
Zresztą Cicha chciała pozostać cicha. Ceniła sobie spokój w miejskim zgiełku. Cztery kamienice czynszowe, punkt ksero, sklepik kolonialny i drugi, w stylu mydło i powidło, gabinet uzdrowiciela, wreszcie biblioteka. Niewielka i zaniedbana. I całe szczęście.
Bywały dni, gdy nikt tam nie zaglądał. Książki leżały wtedy na półkach, tak jak się leży w łóżku w leniwy niedzielny poranek, bez obaw, że ktoś je zabierze.
Bo kiedy już ktoś jakąś zabrał, musiało zadziać się to, co dzieje się zawsze, gdy odpowiednia historia trafia na odpowiednią duszę. „Klik”, jak mawiała Waleria. Słowo, zdanie, czasem okładka trafiały zbłąkanego przybysza tam, gdzie trzeba, i potem to już jak w kulodromie. Jedna zapadka otwierała kolejną, potem następną i jeszcze jedną… Trybiki maszyny zaczynały przepisywać kod tego, co miało się zdarzyć.
I mogłoby tak być i być bez końca, bo komu to przeszkadzało? Kilka zmienionych żyć w miesiącu to aż nadto dla małej biblioteki w wielkim mieście. Ale zawsze znajdzie się ten jeden ambitny urzędnik.
„Rewitalizacja filii numer 59 Biblioteki Miejskiej na ulicy Cichej”. Tak sobie napisał w PowerPoincie i przedstawił plan na zebraniu. „Świetny pomysł, szanowny kolego, zupełnieśmy o niej zapomnieli”. Ochy, achy, klepanie po plecach, pieczątki.
Złożył wniosek, dostał dofinansowanie, urząd zabłysnął jak złoty ząb w ustach Jacka Sparrowa, a z końcem lata na Cichej zrobiło się głośno.
— „Przyjąć nowego pracownika, wyremontować pomieszczenia i aktywizować społeczność”? — Pani Waleria trzeci raz czyta maila z urzędu, bo a nuż gdzieś wyłapie, że to ten cały spam, o którym mówili na szkoleniu. — Po kiego grzyba? — spytała Catherine z okładki stojących na ladzie Wichrowych Wzgórz. — I na cholerę ta aktywizacja społeczna? Nie lepiej, jak każdy siedzi w domu? Sam się aktywuje, jak ma ochotę, a jak nie, to nie?
Płakała, modliła się do Wawrzyńca, patrona bibliotekarzy, dzwoniła nawet pod wskazany w mailu numer, choć kosztowało ją to skręt kiszek i niestrawność. Nic to. Z końcem sierpnia filia numer 59 została od środka odmalowana. Zaraz później pojawił się nowy pracownik — Michał.
No właśnie. Michał.
Młody. Narwany. Na pół etatu. Nie z tej ziemi. On książki do systemu wprowadzać będzie. On je, o zgrozo, poukłada. Jakby nie wiedział, że burzy porządek całego uniwersum.
— Czy to jest kara za niesegregowanie śmieci? Albo… za mój, malutki, mniejszy niż naparstek, nikomu niewadzący sekrecik? — pytała pani Waleria świętego Wawrzyńca i wszystkich świętych. A ci, jak na złość, ni hu-hu, zamilkli.
A już to, co wydarzyło się na początku września, to było o jeden most za daleko. Walerka chciała nawet urlop zdrowotny wziąć. Tylko gdzie ona odpocznie bardziej niż w bibliotece? Chyba nie u matki. Bo matki mają to do siebie, że odpocząć nie dają, jakby się bały, że kiedy dziecko (nawet dorosłe) raz usiądzie, to już przenigdy nie wstanie.
Dlatego została. Wpadła. Jak śliwka w kompot.
— A któż tu przyjdzie, proszę pana, jak nikt tu nigdy nie przychodzi? — pytała, tym razem osobiście, Waleria urzędnika, który odwiedził bibliotekę po remoncie, żeby przekazać wieści. Tragiczne wieści.
— Seniorzy. To świetna okazja, by wyszli z domu.
— Ależ oni wychodzą i bez tego. Niechże pan zobaczy. Wystarczy, że chleb im się skończy, albo leki na cukrzycę, i wychodzą. Jak mają nogi, to wychodzą przecież.
— Nie chodzi o wyjście z konieczności. Chodzi o poczucie wspólnoty. Bycie potrzebnym. Aktywizację społeczną.
A ten znowu o tej aktywizacji. Aktywista jeden. „Społeczność to nie jest przecież ekspres do kawy, że się ją naciska i aktywuje”. Tak mu chciała powiedzieć, ale ten dalej bredził i do głosu dojść nie dał.
— Podobna akcja w Norwegii przyniosła wspaniałe rezultaty. Badania pokazały…
— Tu jest Polska, proszę pana. — Waleria się wzdrygnęła. Zabrzmiała jak skrajna nacjonalistka, a co to, to nie, Boże uchowaj. Ale kontynuowała, no jakoś przekonać go musi: — Nasi emeryci, proszę pana, wychowali się w PRL-u. Nie chcą się czuć potrzebni. Chcą mieć święty spokój, żeby nikt się ich nie czepiał, nie podsłuchiwał, nie przesłuchiwał, i zapas jedzenia w spiżarni chcą mieć. Wiem, co mówię, do emerytury zostały mi trzy lata.
— Zobaczy pani, pani Walkirio.
— Walerio…
— Obcokrajowcy poznają nasz język i kulturę, a seniorzy przestaną narzekać na samotność. Piękna symbioza.
— Ależ kto tu na samotność narzeka? Słyszy pan kogoś? Bo ja nikogo. Samotność to jest, proszę pana, przecież stan cudowny, bo można wtedy jeść i czytać i nikt nam nie przeszkadza. To tak, jakby pan narzekał na nowy samochód. „O, zmiłuj się, dobry Jezu! To życie, gdy się zasuwa po mieście Porsche, takie ciężkie”, no sam pan słyszy, że to bez sensu jest.
— Tu chodzi o przewlekłą samotność. Seniorzy tygodniami nie mają się do kogo odezwać, z kim podzielić troskami, do kogo uśmiechnąć. Cierpią przez to na depresję, zapadają na demencję, to są poważne sprawy, dlatego podejmujemy działania prewencyjne, pani Wa… wa… lencjo?
— Walerio. — Waleria poczuła, jak spada jej cukier przez to wszystko. — Przestaną może i narzekać na samotność, a zaczną na stawy biodrowe. Albo grypsko przywleką do domu. No sam niech pan powie, co gorsze. Ludzi w sezonie infekcyjnym z domów wyciągać i do biblioteki zaganiać? Co oni tu będą robić z tymi obcokrajowcami? Puzzle układać? Jeśli w ogóle ktoś przyjdzie, bo jak znam życie…
— A i pani udzieli się nutka optymizmu. Tchniemy w to miejsce ducha. Nazwiemy to… program „Pomosty”. Genialne, prawda? Sam to teraz wymyśliłem. To będzie sztos wizerunkowy i komunikacyjny.
— I to jest właśnie ten jeden most za daleko.
— Słucham?
— Nic, nic.
— Dziesiątego września filia pięćdziesiąt dziewięć zapoczątkuje nowy trend. Będą o mnie, to znaczy o nas, pisać gazety, portale, media społecznościowe. Sytuacja win-win. Rozumie pani?
— Win-win. Jasne. — Waleria zrobiła Polish smile, bo ona też była z pokolenia fanów świętego spokoju. I nie wierzyła urzędnikom. Chciała się nawet zbuntować, ale się bała, że ten mądrala wie coś o jej niesegregowanych śmieciach albo o, nie daj Bóg, innych rzeczach. Małych rzeczach, jak naparstek małych. Jeszcze ją zwolni z pracy i zatrudni drugiego takiego Michała, co to chce książki w komputerze więzić. Nie mogła im tego zrobić.
Pożegnała cierpiącego na ambicję, zaparzyła dziurawiec i korzystając z błogiej samotności, usiadła między regałami, na dziale science fiction, bo to wydało jej się teraz adekwatne.
— Win-win — mruknęła do moli ucztujących na pozycji Zjawiska paranormalne. Wyjęła z kieszeni stare Prince Polo, takie z białym nalotem, i zjadła, popijając dziurawcem. Pod skórą czuła, że zbliża się nawałnica.
Skoro już o nawałnicy mowa, najwyższy czas przenieść się z centrum na obwodnicę miasta.
Tydzień później. Dziesiąty września
Scena wyjęta z obrazu Tamary Łempickiej Autoportret w zielonym Bugatti. Trasa Kraków – Warszawa. Tuż przed świtem. Zamiast Bugatti — Alfa Romeo Spider. Pędziło pustą drogą ekspresową S7. Za kierownicą ona — Nawałnica. To znaczy Nina Świerczyńska. Ta Nina Świerczyńska. Omotana jedwabnym szalem, w rękawiczkach z jagnięcej skóry, z czerwoną szminką na ustach, siwymi włosami tańczącymi na wietrze.
Zmieniła pas. Silnik trzymała na wysokich obrotach. Odgarnęła kosmyki z czoła i skierowała się prosto na barierki. Grała ostatnią rolę w życiowym spektaklu. Sama się w niej obsadziła, sama ucharakteryzowała i sama napisała scenariusz.
I wszystko byłoby tak, jak sobie wymyśliła, gdyby nie silnik. Dwulitrowy, czterocylindrowy, w teorii, jasna mać, niezawodny.
W połowie drogi do barierek zaczął się dławić. Samochód zarzęził jak gruźlik w sanatorium. Opony porysowały asfalt. Zredukowała bieg, na moment wrzuciła luz, wbiła dwójkę, puściła sprzęgło i delikatnie zaczęła dodawać gazu, pulsacyjnie, tak jak to lubił.
— Dalej, jeszcze trochę. — Poprawiła szalik i ścisnęła mocniej kierownicę, jakby to miało w czymś pomóc.
Spod maski buchnął popielaty dym. Ni cholery nie było widać drogi przed nią, i co ważniejsze, nie było widać barierki.
— Nożeż kur. Trzydzieści pięć lat bez jednej usterki i postanawiasz zepsuć się akurat teraz? Brutusie? Dawaj, do cholery!
Ale auto było równie uparte, jak jego właścicielka.
Przejechało jaszcze z dwadzieścia metrów, potoczyło się w bok i rozkraczyło w poprzek pobocza. Ktoś zatrąbił. Czerwony Mini Cooper minął ją prawym pasem. Nina pokazała kierowcy środkowy palec. W rękawiczce.
Uchyliła okno. Popielaty dym wpadał do środka auta, aż zaczęła się krztusić.
— Jakież to włoskie. Oczarować, rozkochać i porzucić w najgorszym momencie. — Przeklęła pod nosem i wysiadła. Odeszła za barierkę, żeby pomyśleć. Coś zrobić musiała, miała przecież plan. I wtedy Alfa stanęła w płomieniach.
Trzy godziny później Świerczyńska była już w swoim mieszkaniu na Cichej. Brudna. Spocona. I głodna.
Po drodze minęła tę sąsiadkę, której miała nadzieję już nigdy nie oglądać.
— Dzień dobry — powiedziała tamta, wlekąc za sobą opasłego jamnika. Brzuchem froterował podłogę.
Świerczyńska nie odpowiedziała. Brzydziła się kłamstwem, nie mogła więc odpowiedzieć „dzień dobry”, a „dzień do dupy” mogłoby nazbyt zszokować tę od jamnika. Wystraszyłaby się, spadła ze schodów i umarła pierwsza. Dlatego Nina minęła ją bez słowa i weszła do siebie.
— Takie porządne auto. Takie solidne — powtarzała, zdejmując buty. — Trzydzieści pięć lat razem. Święci pańscy. Trzydzieści pięć. — Weszła w głąb mieszkania ledwo żywa. Niestety.
Poprawiła jedwabny obrus, którym przykryła pianino. Chciała paść na kanapę, ale zdążyła obłożyć ją folią malarską i kartonem. Przez chwilę przyglądała się więc jasnym śladom po obrazach na ścianie, pustym regałom i plikom dokumentów ułożonym w stosik na okrągłym stole.
— Czas na plan B — zarządziła. W końcu to ona pisała scenariusz.
Świerczyńska wzięła krótki prysznic w zimnej wodzie. Nie będzie przyszłym najemcom rachunków nabijać. Otuliła się ręcznikiem, stopy wytarła, żeby śladów na parkiecie nie zostawić, i odświeżyła kostium. Pogniótł się, jasna mać, i plamę miał od sadzy przy kołnierzu.
Chanel suit, rocznik siedemdziesiąty piąty. Już dawno wybrała go na strój do trumny. Wełna czesankowa, tweed, pepitka, odcień czekoladowy, na jedwabnej podszewce, z lamówką. Mogła znaleźć w szafie coś made in Poland. Z Telimeny albo od Baśki Hoff. Pewnie, że mogła. Choćby tę welurową suknię bordo, z poduszkami na ramionach, z Hofflandu. Odszytą tak, jak Francuzki nie potrafią. Albo zestaw z czarnej tafty, od Antkowiaka. Wypisz wymaluj trumienny. Tyle że Chanel suit to był cud. Dojrzałe awokado w koszyczku życia. Nie do zdobycia w poszarzałej Polsce.
A ona go miała. I była to jedyna rzecz, którą zdobyła przez łóżko. Nie żałowała. Romans z marynarzem trwał może tydzień, ale kostium… święci pańscy! Ilekroć miała go na sobie, czuła, że ta kobieta w lustrze i ona to jedność. Że w każdej nitce płynie jej krew, a linie skrojono wedle rezonansu jej ciała. I teraz chciała w tym stroju umrzeć. I basta.
Wystroiła się w niego. Już drugi raz tego dnia. Strząsnęła sadzę z kołnierza. Zeszło na szczęście bez śladu. Włosy rozpuściła i ułożyła znów w kok. Dwie srebrne wsuwki z jednej, dwie z drugiej strony, po jednej od góry i od dołu. Kredowy puder na twarz. Perłowe cienie do powiek od L’Oréal. Już ich nie robią. Trzymała resztki na wyjątkowe okazje. Czarne kreski tłustą kredką nad okiem. Szminka. MAC Ruby Woo. Utrwalacz. Tak, żeby nikt nie musiał po niej poprawiać.
Ułożyła na stoliku cztery pudełka leków nasennych. Zasypała kawę. Trzy kopiaste łyżki, na siekierę. Przepuściła wrzątek przez filtr. Ryflowana szklanka do połowy pełna. Wystarczyło tylko dodać whiskey. Wyjęła kształtną butelkę z szafki pod zlewem. Teeling Small Batch. Siedmioletnia.
— Maybe this time I’ll be lucky — zanuciła ulubiony fragment z musicalu Cabaret.
Odetkała korek, powąchała i zaczęła mieszać solidne Irish Coffee.
— Niech żyje Irlandia. — Wzniosła toast, spojrzała w lustro, żeby upewnić się, że dobrze wygląda, i właśnie wtedy go dostrzegła.
Leśmian. Leżał między szafą a regałem, jakby był u siebie.
— Cholerny Leśmian. — Nie zauważyła whiskey rozlewającej się po stole. Wlepiła wzrok w tom wierszy Łąka, który jeszcze wiosną przyniosła z biblioteki. Przeczytała, odłożyła, a on zlał się z szarą ścianą. Leśmian kameleon.
Nie mogła go zostawić. No nie mogła.
Nie wierzyła niby w te brednie o duszach błąkających się po świecie przez niepozałatwiane sprawy. Ale pewności nie miała. Nie będzie się potem przez jednego nieoddanego Leśmiana między światami tułać, jasna mać.
Wytarła stół, wzięła łyk kawy, włożyła jesionkę, otuliła się szalem i wyszła do biblioteki.
— No całe szczęście, zapraszamy, zapraszamy. Myślałam już, że nikt nie przyjdzie. — Bibliotekarka, zazwyczaj przysypiająca za ladą flegmatyczka, teraz przywitała Świerczyńską w drzwiach, jakby właśnie na nią czekała.
— Ja tylko… — Nina sięgnęła do kieszeni po Leśmiana. Dopiero wtedy zauważyła, że od jej ostatniej wizyty biblioteka przeszła gruntowny remont. Ściany pokrywała kremowa farba, nowe drewniane regały wypełniały większą salę od strony dziedzińca, a w rogu tej mniejszej stworzono przytulną czytelnię. Znajomy zapach stęchlizny i wilgoci zmieszał się z wonią sklepu meblowego.
— Proszę tutaj, przy pierwszym stoliku. Mamy ciasto, herbatę. — Facet w garniturze, na oko urzędnik, pojawił się nagle jak skurcz w nocy i wciągnął ją w głąb pomieszczenia.
Nim zdążyła się odezwać, zdjął z niej płaszcz, rozsupłał z szyi jedwabny szalik.
— Co mi tu pan? — Odsunęła się.
— Proszę się rozgościć i nie denerwować. Za chwilę pewnie zjawią się kolejni goście.
Z „proszę się nie denerwować” było jak z „nie patrz w dół”. Komenda działała na opak.
— Szczerze mówiąc, spieszę się. — Nina spróbowała zawrócić. Poszukała wzrokiem bibliotekarki, płaszcza i szalika. — Oddam Leśmiana, zapłacę karę i wychodzę — powiedziała i zorientowała się, że nikt nie słucha.
W zazwyczaj pustych wnętrzach fili numer 59 nagle zaroiło się od ludzi. Przy wejściu stała ekipa telewizyjna. Przed kamerą prężył się ten w garniaku, na oko urzędnik. Deklamował okrągłe rzeczowniki, takie jak „inicjatywa”, „rewitalizacja”, „aktywacja” i „integracja”.
Bibliotekarka stała teraz w kącie sali z książkami i kiedy nikt nie patrzył (albo wydawało jej się, że nikt), podgryzała czekoladowy baton.
Za ladą uśmiechał się młokos wyjęty z innej scenografii. Wcześniej go tu nie widziała. Bluza z napisem „Stanford University”. Włosy, jakby ledwie co z łóżka wstał. Spojrzenie nieskażone udręką egzystencji. Ot, młody DiCaprio, z elementami Jamesa Deana.
— Halo… — Świerczyńska spróbowała złapać z nim kontakt wzrokowy, ale on patrzył w drugą stronę. Nie. Nie patrzył. Gapił się jak sroka w gnat w zjawisko, które właśnie stanęło w progu biblioteki.
Zjawisko miało na sobie szary sweter z długaśnymi rękawami. Legginsy. Na nosie okulary w okrągłych oprawkach, za nimi przerażone oczy, jak u sowy, co to ją ktoś budzi w środku dnia. Włosy splecione na szybko we francuza. Krótkie kosmyki rozmierzwione przy czole i skroniach. Z jego prawej strony przebierały nogami dwie małe istoty. Ten w garniaku natychmiast zaprosił całą trójkę do środka. Kamera na nich.
— Oho. I proszę. Widzą państwo. To działa. Oto jedna z uczestniczek tej wspaniałej inicjatywy. — Dziennikarka podstawiła zjawisku mikrofon pod nos. — Czy może się pani przedstawić?
— Hmmm? — Zjawisko rozciągnęło usta w uśmiech. Taki, co to od razu wypełnia całe pomieszczenie jak konfitura pączka.
— Imię? What’s your name?
— Aaa, Julia.
Młokos wyszedł zza lady. Przywitał się z tą w okularach. Dzieci poczęstował ciastem. Jakby to była jego biblioteka, jasna mać, a nie publiczna. „Witajcie w moich włościach, piękni nieznajomi”. Tak się zachowywał, cwaniaczek.
Bibliotekarka wytarła czekoladowe usta, przestała udawać regał, ruszyła w ich stronę, nagle oświecona, że to jej kolej.
— Proszę, o tutaj, do stolika. — Odsunęła krzesło naprzeciw Świerczyńskiej. „Aaa, Julia” zerknęła na dzieci. Znów się uśmiechnęła, aż Ninę zemdliło. Podeszła w jej stronę.
— I tak to wygląda, proszę państwa. Biblioteka na Cichej jako pierwsza wdrożyła program „Pomosty”, łączący seniorów z osobami, które chcą się nauczyć języka polskiego i dowiedzieć się więcej o naszej kulturze. Spotkania odbywają się raz w tygodniu, pierwsza tura potrwa do trzydziestego listopada.
— Proszę powiedzieć, co skłoniło pana do rozpoczęcia tego projektu? — spytała dziennikarka. Niezłą miała dykcję jak na młódkę.
Garniak deklamował dalej. Tymczasem okularnica usiadła naprzeciw Niny. Dzieci jadły ciasto. Mlaskały przy tym tak, że bolały uszy. Młokos zaprosił je do kącika z książkami i pluszakami. Patrzcie go, jaki uczynny.
Bibliotekarka, znowu schowana za regałami, rozganiała rumieńce starym „Przekrojem”. Kamera na Ninę i Julię.
— Zaszła jakaś pomyłka — powtórzyła po raz trzeci Świerczyńska.
— Po-mył-ka. — Julia otworzyła notes w lnianej oprawie i zapisała. — Dobrze?
— Chryste Panie… czeski film.
— Cieski? — Okularnica zamrugała. — Po czesku to ja nic. Ale po polsku, ja dużo rozumie, babcia moja była Polka. Polką była. Kochana babcia babunia. I mama dużo mówiła. I ja rozumie, tylko pisanie słabe, bo u nas inne literki, pani patrzy. — Julia zaprezentowała kartkę z zeszytu zapisaną pokraczną mieszanką cyrylicy i polskiego.
— Tego już za wiele, jasna mać. — Nina wstała. Rozejrzała się za swoją jesionką. I wyjściem ewakuacyjnym. I Markiem Koterskim, który wyskoczy z operatorki i krzyknie „cięcie!”, bo wszystko wskazywało na to, że kręcili tu kontynuację Dnia Świra.
Naraz od dźwięków, zapachów i ludzi zakręciło jej się w głowie. Padła na krzesło. Zorientowała się, że ostatnie, co trafiło do jej żołądka, to łyk kawy z whiskey, a wcześniej wczorajsza kolacja: stek z ziemniakami i resztka wiśniówki.
— Czy u pani dobrze? — spytała Julia, zmiękczając „cz” i „rz”. — Bo pani blada jak ściana. Tak się mówi, tak? Blada? Jak ściana?
Wywiadu dziennikarce udzielała teraz bibliotekarka. Z nerwów wyrywała kolejne guziki ze swetra. Urzędnik układał się do selfie na tle Niny i Julii. Ten młody, co tu nie pasował, patrzył to na dzieci wygłupiające się w kąciku czytelniczym, to na Julię.
— Halo, czy dobrze pani? Pani dobrze? Wody?
Nina próbowała zrozumieć dziwaczne przedstawienie, które oglądała. Żeby tylko oglądała! Grała w nim, choć nawet nie była na castingu, nie zabiegała o angaż, Leśmiana oddać chciała, odwrócić się i wyjść.
— Co pani czuje jako samotna seniorka, która wreszcie może z kimś porozmawiać? — Dziennikarka podetknęła jej mikrofon pod nos. Kamerzysta wycelował w nią ślepie kamery.
„Życie jest teatrem, aktorami ludzie”, przemknęło jej przez głowę, jakby jej to szepnął sufler znudzony.
I wtedy zrozumiała. Kiwnęła głową. Niby do okularnicy, na potwierdzenie, że jest okej. Niby do kamery. Niby suflerowi, że pojmuje. Święci pańscy. Im szybciej wejdzie w rolę łaknącej towarzystwa seniorki, tym szybciej stąd wyjdzie i wróci do własnego scenariusza.
— Czuję, że przystawiła mi pani mikrofon do twarzy bez ostrzeżenia — mruknęła.
Kamerzysta odwrócił się w stronę regałów i zrobił zbliżenie na książki. Prezenterka za nim. Zostały same przy stoliku. Ona i okularnica.
— Babcia była z Podlasia? — spytała uswetrzonej uczennicy. Na oko ledwo po dwudziestce.
— Z Sokółki.
— Czyli z Podlasia. Dlatego rozumie, a nie rozumiem. — Nina zabrała zeszyt, taki jak dawniej, szyty na grzbiecie na okrętkę, wzmocniony gazą. Skąd, u licha, taki miała i po cóż marnowała go na koślawe, pełne błędów zdania?
— Rozumie, a nie rozumie? Nic nie rozumie…
— No właśnie. Zjadasz „m”. Bo babcia była z Podlasia. Tamtejsza gwara połyka końcówki. Do tego zmienia „o” w „u” i „h” w „g” i zmiękcza głoski.
Nina przypomniała sobie miesiące ćwiczeń z mówienia polsko-ukraińsko-białoruskim narzeczem do roli Luby w Krwawych koralach.
— Dalej nie rozumie.
Świerczyńska poczuła, jak pali ją w przełyku. Geriatra mówił, że to refluks, ona jednak była pewna, że to wszystkie niewypowiedziane przekleństwa.
— Dlaczego to auto musiało się zepsuć akurat dziś? — mruknęła.
— Auto? Ma pani auto? Ja też i też popsute! — Julia rozpromieniła się jak Las Vegas po zmierzchu.
— Już nie mam. Spłonęło nad ranem.
— Spłonęło?
— Zapaliło się.
— No a moje zapalić nie chce. I w tym cały problem. Ja próbowała i próbowała i nic.
— Próbowałam!
— Pani też próbowała?
— Nie. Chodzi o to, że tam na końcu jest „m”. Em. Rozumiem. Próbowałam. Zidiociałam…
— Rozumie…
Absurd. Czysty Monty Python.
Nina spojrzała na wychodzącą z biblioteki ekipę TVP Kraków i garniaka żegnającego się z bibliotekarką w swetrze bez guzików. Droga wolna.
— Dobrze. Na mnie już czas. Do widzenia — burknęła, jakby sama dykcji nie miała.
Julia przygryzała końcówkę długopisu. Wyglądała teraz jak cała z włóczki wydziergana. Przez kogoś, kto uczy się dopiero, pętelkuje i myli ściegi.
— Rozumie. Do zobaczenia za tydzień. Ja bardzo dziękuję pani. Ja uczę się szybko. Szybko wchodzi mi do hłowy. Będzie dobrze.
Nic nie rozumiała. Zginie w tym mieście w tydzień. Ona i te dzieci.
Nina zdążyła potknąć się na krawężniku, minąć punkt ksero i zakląć, żeby się pozbyć refluksu. I wtedy lunęło. Bez zapowiedzi, bez poprzedzającej ulewę mżawki i nisko latających jaskółek. Od razu łup. Ściana deszczu.
— Jeszcze mi zacieków na jedwabnym szalu brakowało, jasna mać. — Przeskoczyła nad kałużą, sama zdziwiona tym, jak łatwo jej to przyszło mimo haluksów. Widać mięśnie ciągle pamiętały musicalowe choreografie.
Przeszła na drugą stronę drogi. Odruchowo spojrzała na witrynę sklepu z mydłem i powidłem. Co jakiś czas pojawiały się tam nowe, dziwne przedmioty, w sam raz do kolejnego filmu Stanleya Kubricka, świeć Panie nad jego cudaczną duszą. Aż szkoda było przegapić. Tym bardziej że to ostatni raz, gdy tędy idzie.
— Przepraszam. — Ktoś poklepał ją po ramieniu. — Czy to pani…
Oderwała się od podziwiania porcelanowej zastawy dla lalek i nabojów śrutowych do wiatrówki.
— Tak, tak, to ja. Małgorzata z Zakrystii, Józka z Pokrętnych losów więźniarek, Luba z Krwawych korali i Anna z Romansu z nieznajomym. Zdjęcie czy autograf? — Starała się ukryć zdziwienie. Ostatnio rzadko kto ją rozpoznawał. A raczej tamtą Ninę w tej Ninie.
— Yyyy, chciałem tylko spytać, czy to pani… wypadły chusteczki higieniczne. Leżały na chodniku. — Nastolatek zamachał jej przed nosem foliową paczką.
Właśnie tego Nina chciała uniknąć. Uczucia, że nie jest już sobą. I stawiania pasjansa z innymi pomarszczonymi pensjonariuszkami w Skolimowie, podczas gdy jakaś siksa pielęgniarka zaserwuje jej papkę brokułową, bez choćby szczypty pieprzu. Dlatego planowała ten dzień od miesięcy, tak jak się planuje spektakl. I zupełnie jak w teatrze, od rana, jak krew z nosa.
Zmierzyła gówniarza, który jej nie poznał, od adidasów po pryszcza na nosie, burknęła coś o straconym pokoleniu i przesiąknięta deszczem do najmniejszego mitochondrium w ciele ruszyła pod kamienicę, jakby zapomniała, że zgodnie z prawem Murphy’ego, jeśli coś może pójść źle, pójdzie źle. Albo jeszcze gorzej.
— Proszę pani! Pani, to ja!
Przez deszcz bębniący o blachę zadaszenia nad wejściem do kamienicy przebijał się głos. Jakby gdzieś już go słyszała. Może jednak umarła w tym aucie dzisiaj nad ranem? Może spłonęła w swojej Chanelce i trafiła do czyśćca. To by się zgadzało. Nie była ani wybitnie dobra, ani całkowicie zła. Bóg widać uznał, że komedia omyłek, w której teraz grała, to wystarczające zadośćuczynienie za kilka zgryźliwości, których się na koniec życia dopuściła.
— Hmmm? — Spojrzała za siebie. — Znowu ty?
Zjawisko, tym razem zmokłe i zdyszane, stało dwie kałuże od niej. Wycierało rękawem swetra szkiełka okularów. Po chwili dobiegło do niej mniejsze, różowe zjawisko i ciut większe od tego mniejszego, żółto-zielone. Oba w pelerynach.
— Całe szczęście. Pani. Pani pomoże? Bo ja… spóźnienie, ja wpadnę w taparaty i będzie katastrofu.
— Tarapaty…
— Tak. I ja rozmowa o pracę… Ja muszę iść, ja muszę! Bo inaczej… — Wręczyła chłopcu w żółto-zielonej pelerynie zwinięte w rulon dwadzieścia złotych. — I ja wrócę szybko, naprawdę, ja nie zostawię długo. Dzieci nie mam z kim, nie znam nikoho, my tu dopiero trzy tyhodniu, a panią znam już troszku. Pani miła. One zdrowe. I ja się spóźnię już… i ja błagam, na chwilkę.
O czym ona bredziła? I do kogo? Bo przecież nie do Świerczyńskiej.
— Zaraz, jasna mać! Halo! Ale ja nie… Co ty wyprawiasz, dziewczyno?
— Na chwilkę tylko! Ja muszę, bo praca, a pani… I ja nikoho innego.
Jak na zjawisko przystało, po tych słowach Julia zniknęła na rogu Cichej i Batorego. Prysła jak kot z Cheshire, zostawiając Ninę samą z dwójką maluchów. W deszczu.
— Baba! — Małe zjawisko, to w różowej pelerynie, wskoczyło do kałuży. I jeszcze raz. I jeszcze.
— Żadna baba.
Nina sięgnęła do kieszeni po telefon. Chciała zadzwonić na policję, pogotowie, straż miejską i do Koterskiego, żeby wyłączył kamerę, ale przypomniała sobie, że wsadziła swój głupi smartfon do szuflady w kredensie. Na wieczny odpoczynek. Amen.
— Baba, chodź, pokażę ci Bobka. Chodź! Chodź!
— Bobek to taki jakby owcojeż. Ulubiony pluszak Mili — wyjaśnił chłopiec, najwyraźniej tłumacz dziwnego narzecza.
— Wykluczone. Idę do domu, czekajcie na matkę. Matkę idiotkę, dodam.
Nina weszła na klatkę i trzasnęła drzwiami od wewnątrz, bo w tym przedstawieniu to ona pisała scenariusz. Miała już początek, rozwinięcie i zakończenie. I nie będą jej żadne zjawiska w fabule mieszały, jasna mać.
Dochodziła czternasta. Nina mogłaby właśnie kończyć swoje zimne już Irish Coffee z porządną, siedmioletnią whiskey. Popijać nią dropsy. Ba, przy odrobinie szczęścia sama mogła być już zimna i leżeć w foliowym worku łapiduchów, jak smartfon w szufladzie.
Co robiła zamiast tego?
Tosty. Tosty na maśle, jasna mać. Z zeschniętym cheddarem i masłem. Bo może i była zepsuta, ale bardziej na czyściec niż na piekło. A zostawienie dwójki małych dzieci na ulicy, w deszczu, w obcym mieście, wydawało się jednak biletem do księstwa Mefisto. Dlatego w połowie drogi do mieszkania zawróciła i odprowadziła tę zgraję do domu.
Okazało się, że są sąsiadami. Mieszkają z matką w kamienicy, tej ze sklepem kolonialnym na parterze. Olek, bo tak miał na imię chłopiec, uniósł pęk kluczy dyndający na szyi i wskazał okrągłe okno w dachu budynku naprzeciwko. I tak Nina trafiła do zagraconego mieszkania na poddaszu. Stojąc w drzwiach, liczyła na śmierć z wycieńczenia. Zamiast tego przyszedł głód.
— Baba, to jest Bobek. — Mała zaprezentowała maskotkę, gdy tylko weszli do środka.
— Nie jestem baba. — Świerczyńska, chcąc nie chcąc, spojrzała na nabite pluszem skrzyżowanie oposa i jaszczurki.
— Bobek mówi, że ma pusty brzuch. — Mila zrobiła tę minę, jaką potrafią robić tylko trzylatki, by zdobyć absolutnie wszystko, czego potrzebują.
— My nie jedli od śniadania — dodał jej brat i otworzył lodówkę. W środku, prócz światła, leżakowały wyschnięty cheddar, obok pół kabanosa, masło i, z powodu sobie tylko znanego, skarpetka.
Dlatego Nina zrobiła te tosty. Może jak nie zostawi ich z burczącymi brzuchami, dostanie promocję do nieba?
— Proszę. Głodnych nakarmić. — Ustawiła przed dziećmi talerz chrupiących grzanek z serem zapieczonym na złoto.
— A sosik? — spytała ta mała.
— Sosik?
— Ketchup. — Olek ustawił na stoliku czerwoną tubkę.
Nina patrzyła, jak utopiły tosty w sosiku i wgryzły się w nie jak lwy w antylopę. Mlaskały znów okrutnie, jakby wydawanie dźwięków wzmagało doznania smakowe.
— Mniam! Baba, pycha!
— Pani robi tosty lepsze niż mama Julia!
— Dobrze. Świetnie. A teraz do widzenia. Czekajcie na matkę. Jeśli nie wróci do północy, dzwońcie na sto dwanaście — zwróciła się do chłopca, bo zdawało się, że on jeden z tej dziwnej rodziny cokolwiek rozumie. — Rozumiesz?
— Mhm — przytaknął młody.
— I super. — Nina przeszła przez salon usłany zabawkami, kartonami i ciuchami w kolorach, od których można było dostać oczopląsu. Między poduszkami na kanapie znalazła pilot do telewizora. Włączyła. — Proszę, akurat leci Jeden z dziesięciu. Obejrzycie, nauczcie się czegoś. I żeby wam głupie pomysły do głowy nie przyszły. Jasne?
— Jasne. — Chłopiec starł ketchup z nosa.
— Baba z nami, am, am. — Mała widać sposób pojmowania rzeczywistości odziedziczyła po matce.
— Nie baba i nie am, am, tylko pa, pa. — Świerczyńska przemówiła w narzeczu rozmówczyni. Poprawiła wygnieciony kostium, upewniła się, że wyłączyła toster i wyszła.
Zdążyła zejść na półpiętro, gdy w kamienicy rozległ się wrzask. Nie słyszała takiego od czasu wizyty w operze, na Puccinim. Jakby ktoś żywcem odzierał ze skóry dzikie zwierzę. Zawróciła, co miała zrobić? Najwyraźniej zejście z tego świata bywa trudniejsze niż przyjście.
— I co znowu? Ketchupu zabrakło, święci pańscy?
— Kolanooo — zawodziła mała. Już nie przypominała dzidzi z reklamy Bobo Frutów. Siedziała w kuchni na podłodze wpatrzona w stróżkę krwi płynącej z rozwalonego kolana i wyła. Na Niny ucho miała zadatki na sopran dramatyczny, ot co.
— Drzwiczki od szafki. Znowu. — Chłopiec wskazał na odkręcony zawias oplątany gumką recepturką, dwie trytytki próbujące łączyć go z drzwiczkami i wyłamane półki. — Ale tata naprawi. Jak wróci, to naprawi. I auto też naprawi. I piekarnik. Wszystko naprawi.
— Właśnie. Gdzie jest wasz ojciec? — Świerczyńska znalazła podręczną apteczkę nad lodówką. Wyjęła z niej plaster i wodę utlenioną.
— Tata to teraz walczy z potworami, ale jak wróci, to wszystko naprawi. — Olek próbował ustawić drzwiczki z powrotem na zawiasie. Upuścił je sobie na stopę. Udał, że nie boli.
Świerczyńska zdezynfekowała kolano młodej sopranistki i nakleiła opatrunek.
— Bobek musi pocałować — jęczała dalej poszkodowana.
— Wychodzę. Czekajcie na matkę. — Nina podniosła się z podłogi. Wtedy wrzask wrócił, ba, nadawał na częstotliwościach nie do zniesienia.
— Bobeeek, pocałuuuj!
— Bobek musi pocałować. Inaczej nie przestaje boleć. — Brat podał dziewczynce oposojaszczurkę.
Świat jest teatrem, aktorami ludzie.
— Święci pańscy, no już, już. Mmm, jakie biedne kolanko. Bobek da buziaczka i będzie po bólu. — Nina wcieliła się w rolę Bobka, bo dłużej tego lamentu wytrzymać się nie dało. Musiała być wiarygodna.
Mała natychmiast przestała zawodzić. Zarechotała, przytuliła maskotkę i znowu zmieniła się w słodziaka.
— A teraz Bobek macha tej uroczej starszej pani, która wychodzi i nie wróci. Pa, pa. — Świerczyńska wycofała się do korytarza, korzystając z chwili czułości dziewczynki z jej przytulanką. Chwyciła za klamkę i…
— Pani! Pani, ja tak dziękuju.
Wylądowała w objęciach Julii, która właśnie stanęła w drzwiach.
— Z deszczu w kałużę… jasna mać.
— Deszcz? Już nie ma deszczu. Ja wracała, to już sucho.
— Mama! — Dzieciaki wbiegły do korytarza i wczepiły się w matkę, a właściwie w zlepek matki i Niny, który stał w progu.
— Ja tak dziękuju pięknie pani i ja zapłacę, ja już płacę. — Julia sięgnęła do kurtki. Wyjęła z niej portfel, odsunęła zamek zakończony… trytytką i zaczęła wyjmować dziesięciozłotowe banknoty.
— Nie trzeba. — Nina ruszyła na klatkę schodową.
— Pani idzie? Ja mogę zrobić herbatę albo kawę, albo…
— Do widzenia. — Świerczyńska zbiegła schodami na parter, jakby zapomniała o endoprotezie biodra i tych nieszczęsnych haluksach. Co to za banda! Zaraz ją gonić zaczną, na śmierć zamęczą, gorsi niż ZOMO.
Ostatni raz czuła taką adrenalinę w siedemdziesiątym drugim. Uciekała wtedy przed milicją po tym, jak z Peweksu na Grodzkiej zwinęła Coca-Colę. W biegu potknęła się na wystającym kocim łbie. Żeby nie dać się złapać, musiała porzucić swoje lakierki na koturnie. Co to były za buty. Doskonałe i na co dzień, i na większe wyjścia. Nigdy ich potem nie odnalazła, ale jak ta Cola smakowała, to święci pańscy…
— Babaaa, baba, nie pa, paaa.
