I'm Your Lotte - Rosalie Wilson - ebook
NOWOŚĆ

I'm Your Lotte ebook

Rosalie Wilson

0,0

25 osób interesuje się tą książką

Opis

Od dramatycznych wydarzeń w mieszkaniu Kulczyckiego mijają trzy lata, ale Charlotte wciąż nie potrafi stanąć na nogi. Jej codzienność to rozsypane kawałki, których nie umie ułożyć w całość. Torturowana wspomnieniami i wyrzutami sumienia, zduszona przez kogoś, kto miał być bezpieczną przystanią, tkwi w czymś, co przypomina bardziej wegetację niż życie.

A najgorsze dopiero się zbliża…

Jedna noc wystarcza, by jej świat ponownie runął. Brutalny napad i tajemnicze zniknięcie matki stają się początkiem koszmaru, z którego nie da się po prostu obudzić. Listy, zdjęcia znajomych miejsc i niepokojące wiadomości jasno pokazują, że jeśli chce ocalić mamę, musi wrócić tam, gdzie trzy lata temu skończyło się jej dawne życie.

On przez ten cały czas był. Czekał uśpiony w cieniu, a teraz wyszedł na światło dziennie w całej swojej upiornej okazałości.

Podążając tropem porywaczy, odkrywa sekrety, o których istnieniu nie miała pojęcia. Otoczona półprawdami nie zauważa, że ktoś z cienia próbuje ją chronić – nawet jeśli oznaczałoby to wejście prosto w środek piekła.

Czy Charlotte, stając twarzą w twarz z przeszłością, znajdzie w sobie siłę, by wreszcie zawalczyć o siebie?

Czy po tym, co zrobił jej Robert, zdoła jeszcze komukolwiek zaufać?

I czy uniesie prawdę, która w końcu wyjdzie na światło dzienne?

Czasami prawda potrafi zadać większy ból niż lata życia w kłamstwie.

 

Zwłaszcza gdy burzy to, co wydawało się jedynym oparciem. Ten finał pokazuje, że nawet najbardziej bolesne odkrycia mogą być początkiem wolności.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 273

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © Rosalie Wilson

Copyright © Wydawnictwo ReWizja

Wydanie I 

Wilkszyn 2026

ISBN 978-83-67520-67-6

Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części publikacji w jakiejkolwiek postaci zabronione bez wcześniejszej pisemnej zgody autora oraz wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pomocą nośników elektronicznych.

Projekt okładki: Katarzyna Grdeń, Studio Typika @typikastudio

Rysunek na okładce: Karolina Maluchnik

Redaktor prowadzący: Angelika Kuszła, poradniaredakcyjna.pl

Redakcja: Angelika Kuszła, poradniaredakcyjna.pl

Korekta I: Monika Całka, kropkaispolka.pl

Skład i łamanie: D.B. Foryś, dbforys.pl

Korekta II: Sylwia Dziemińska, korektaprzykawie.pl

Wydawnictwo ReWizja

Książka dostępna również w wersji drukowanej.

Dla tych, których zniszczono.

Dwa i pół roku wcześniej

Pomieszczenie było ciemne, zimne i cuchnęło wilgocią. Przez wąskie, brudne i przysłonięte pajęczynami okno wpadało nikłe światło, a grube ściany starego budynku skutecznie tłumiły wszelkie dźwięki z zewnątrz.

W rogu piwnicy klęczał mężczyzna. Ręce miał skrępowane za plecami drutem kolczastym, którym owinięto także nogi. Nie był do niczego przywiązany, ale i tak się nie poruszał, bo nawet niewielkie skinienie palcem sprawiało, że kolce wbijały się coraz głębiej w jego ciało. Nie chodziło o to, by go unieruchomić, lecz o to, by zniechęcić do jakiegokolwiek sprzeciwu.

Nie wiedział, jak długo tutaj był. Tydzień? Miesiąc? Całe lata? Poczucie czasu stracił tak dawno temu, że nawet nie potrafił sobie przypomnieć kiedy. Na początku liczył dni. To była jedyna rzecz, która trzymała go przy życiu i nie pozwalała zwariować. Potem, kiedy organizm zaczął opadać z sił, wszystko zaczęło się zlewać i mieszać.

Czasami zadawał pytania. Kiedy przynosił mu zupę lub wodę, pytał o dzień tygodnia albo o miesiąc. I nieraz otrzymał odpowiedź. Krótką, lakoniczną, nieprawdziwą lub prawdziwą. A to, wbrew pozorom, wcale nie poprawiało mu samopoczucia. Więc przestał pytać. A później mówić.

Któregoś razu coś w nim pękło. Jakaś część jego serca runęła niczym w ogromną przepaść bez dna. Nadzieja, którą żył i która pozwalała mu wierzyć, że kiedyś stąd wyjdzie, umarła. Chęci do walki odeszły. Pozostała tylko wegetacja i dźwięk budzika, oznaczający, że on lada chwila się pojawi.

Dlatego mężczyzna klęczał. Przez większość czasu leżał na przesiąkniętej, brudnej pościeli, ale kiedy dzwonił budzik, niezdarnie się podnosił i zastygał na kolanach. Robił to każdego dnia – może nawet więcej niż raz, nie umiał jednak tego określić – a każdy taki ruch sprawiał, że zaschnięte rany otwierały się na nowo. Teraz również czuł, jak strużka krwi spływa mu po brzegu dłoni aż na kciuk.

Wziął kilka głębszych oddechów i zastygł w bezruchu, kiedy w drzwiach kliknął zamek. Zawiasy zaskrzypiały złowrogo i wnętrze piwnicy zalała fala ostrego, jasnego światła. Mężczyzna zmrużył oczy i drgnął, na co jego kończyny zaprotestowały bólem. Nie widział swojego kata, ale słyszał powolne kroki, kiedy ten wszedł do środka. Zatrzymał się tuż przed nim i westchnął z wyraźną rezygnacją.

– Znowu się zlałeś? – zapytał. – Naprawdę nie potrafisz wytrzymać kilku godzin?

Więzień nie odpowiedział. Na przemian otwierał i zamykał powieki, starając się przyzwyczaić oczy do jasności.

– Mam dla ciebie niespodziankę – rzekł.

Jego głos docierał z niższego poziomu. I dopiero kiedy mógł swobodnie otworzyć oczy, dostrzegł, że jego kat kuca przed nim z dziwnie zadowolonym wyrazem twarzy.

Przełknął ślinę, czując ukłucie niepokoju. Niespodzianki nie oznaczały niczego dobrego. No, chyba że miałaby nią być śmierć. Wtedy rzeczywiście byłaby to naprawdę niezła niespodzianka.

Zmarszczył czoło, patrząc na przybysza. Czekał cierpliwie na jego dalsze słowa, ale ten nic nie powiedział. Uniósł jedynie obcęgi, które trzymał w dłoni, i pokiwał nimi, jakby pokazywał dziecku wymarzoną zabawkę.

– Wykąpiesz się i przebierzesz – powiedział, wstając na równe nogi. – Później ci wytłumaczę dlaczego.

Okrążył mężczyznę i z lekkim trudem rozciął druty. Odwinął je zadziwiająco delikatnie jak na kogoś, kto zamknął w piwnicy człowieka, a potem z niesmakiem wymalowanym na twarzy pomógł mężczyźnie wstać.

W kompletnym milczeniu wyprowadził go do jasnego korytarza, a następnie schodami na piętro. Tam pokierował go do pokoju, który w zamyśle miał być sypialnią gościnną, ale stał się składowiskiem wszystkiego, na co nie było miejsca gdzieś indziej. I dalej, do łazienki, w której nie było nic prócz umywalki, muszli klozetowej i prysznica.

– Zostawiłem ci ubrania i ręczniki. – Wskazał kąt podłogi nieopodal kabiny. – Masz dziesięć minut. Potrzebujesz skorzystać z toalety?

Mężczyzna spojrzał na swojego oprawcę i zmarszczył brwi. Próbował cokolwiek wyczytać z jego twarzy, bo zachowywał się dość… dziwnie. Nie krzyczał, nie wyzywał, nie bił. Na dodatek zamierzał mu pozwolić skorzystać z łazienki, co wcześniej zdarzyło się ledwie kilka razy i to tylko dlatego, że smród stał się nie do wytrzymania.

– Rozumiem, że nie – odpowiedział, a mężczyzna wciąż mu się przyglądał. – No dalej, czekasz na zaproszenie? Rozbieraj się. Nie mam całego dnia.

Posłuchał. Powoli zdjął brudną bluzkę, a następnie spodnie. Starał się nie patrzeć na rany po przypalaniu cygarami, blizny po rozcięciach czy poszarpaną skórę na nadgarstkach i kostkach. Wszedł do kabiny, odkręcił wodę i niemal jęknął, kiedy lodowaty strumień uderzył w jego głowę. Zacisnął zęby, przekręcił gałkę na czerwone pole. Nie czekał, aż woda zrobi się ciepła. Tak bardzo tęsknił za kąpielą, że nie przeszkadzało mu zimno, szczypiący płyn czy szorstka gąbka. Szorował ciało nawet tam, gdzie nadal goiły się rany. Widział, jak brud i krew spływają powoli w jasnym brodziku, zabierając ze sobą wszystkie złe wspomnienia. Cały ten koszmar. Namydlił włosy, które teraz były niemal do ramion. Później twarz z gęstym, zbyt długim zarostem. A kiedy zakręcił wodę i wyszedł z kabiny, zachciało mu się płakać. Nigdy nie podejrzewał, że mógłby tęsknić za czymś tak normalnym. I że wzbudzi w nim to tyle emocji. Nie chciał się rozklejać. Nie, kiedy on stał przy drzwiach i uważnie go obserwował. Jednak nie potrafił nad tym zapanować. Kilka łez spłynęło po jego policzkach, więc żeby to ukryć, chwycił ręcznik i zaczął nim wycierać twarz, a potem ciało.

Ubrał zbyt duże, czarne spodnie dresowe, T-shirt i rozpinaną bluzę, a kiedy stanął przed swoim oprawcą, ten uśmiechnął się upiornie.

– A jednak jeszcze potrafisz wyglądać jak człowiek – powiedział.

Otworzył drzwi łazienki i wskazał, że mężczyzna ma iść przodem. Wyszli z łazienki i z sypialni, a następnie przeszli przez korytarz i weszli do niewielkiej kuchni. Kat wskazał mężczyźnie jedno z czterech krzeseł przy stole stojącym na środku, sam zaś stanął przy kuchence. Założył ręce na piersi i przez chwilę obserwował swojego więźnia.

– Nadszedł czas, aby nasze drogi się rozeszły – zaczął. – Wyjeżdżam i nie będę w stanie tutaj przyjeżdżać co drugi dzień, aby cię karmić.

Serce mężczyzny zabiło szybciej. Siedział przy stole w bezruchu, ale w jego wnętrzu trwała istna burza. Czy zamierzał go wypuścić? A może chciał go poinformować, że za moment wpakuje mu kulkę między oczy?

– Oczekiwałem bardziej entuzjastycznej reakcji – rzekł, marszcząc czoło.

Mężczyzna poruszył się niespokojnie i spojrzał na twarz swojego porywacza. Przez chwilę w kuchni panowała idealna cisza.

– Wypuszczę cię – odezwał się w końcu. – Ale jest jeden warunek…

Bolesny prąd przepłynął przez plecy więźnia. Nie wierzył w ani jedno słowo. Już kiedyś go tak oszukał. Jeszcze wtedy, kiedy miał siłę walczyć. Obiecał mu, że go wypuści, a później zrobił sobie z jego pleców tarczę do przypalania. Dlatego teraz nie reagował. Dopóki nie miał pewności, czekał.

Kat sięgnął do tylnej kieszeni swoich jeansów i wyciągnął z niej woreczek strunowy. Rozwinął go, a oczom mężczyzny ukazał się pukiel rudych włosów.

– Wiesz, co będzie, jeśli ktokolwiek się o mnie dowie? – zapytał, spoglądając na niego znacząco. Pokiwał woreczkiem jak trofeum. – Ona zapłaci za twoją głupotę.

Mężczyzna poczuł, jak jego serce staje. Patrzył na kosmyk włosów, a w jego wnętrzu trwała istna bitwa wspomnień. Przed oczami widział uroczy, szczery uśmiech. Spojrzenie pełne blasku i ciepła. Dotyk delikatnej dłoni. Przełknął ślinę, chociaż miał wrażenie, że w jego ustach jest bardziej sucho niż na pustyni.

– To jak? – zapytał kat. – Będziesz milczał?

Czy będzie milczał? Dla niej mógłby sobie nawet odciąć język.

Przeniósł wzrok z włosów na kata. Skinął głową, a jego ciało dosłownie drżało od nadmiaru emocji.

Kat uśmiechnął się krzywo i rzucił woreczek na stół przed mężczyzną.

– Na pamiątkę – rzekł. – Żebyś nigdy nie zapomniał, że to ona zgotowała ci taki los.

Obecnie

Spokojny głos lektorki radiowej wypełniał wnętrze samochodu. Właśnie trwał cotygodniowy wieczorny podcast kryminalny i nieco znużona oparłam głowę o chłodną szybę. Światła mijanych latarni mieniły się w samochodzie, tańcząc z cieniami, a chodniki na zewnątrz świeciły pustkami.

– Dziękuję, że przyjechałaś – powiedziałam, spoglądając w kierunku kobiety za kierownicą.

Nie odpowiedziała. Skinęła tylko głową, a potem włączyła kierunek i skręciła w lewo.

Westchnęłam. Minęło już kilka tygodni, odkąd mama przestała się do mnie odzywać. Mówiła tylko wtedy, kiedy musiała, a resztę ignorowała. A to łamało mi serce. Bo ilekroć próbowałam jej wszystko wytłumaczyć, wyjaśnić, że nic nie było tak, jak zakładała, to odrzucała moje argumenty. Zamknęła się przede mną, chociaż zawsze wydawało mi się, że to niemożliwe.

Mama.

Moja kochana, wspaniała.

Teresa Bright nie przypominała już tej roztrzepanej, zwariowanej kobiety, którą była trzy lata temu. Wszystkie wydarzenia z przeszłości odbiły się również na niej, a ostatnie rewelacje złamały ją całkowicie. Przez ubiegłe lata mama gorliwie zapewniała mnie, że nie byłam niczemu winna. Nawet przez sekundę nie patrzyła na mnie jak na kogoś, kto zniszczył jej życie. A przecież to zrobiłam. Bo to przeze mnie przeprowadziłyśmy się do innego miasta. To przeze mnie musiała zmienić pracę, znajomych. I to przeze mnie pozostała przy boku tego potwora.

Ale teraz? Teraz już nic nie było takie samo. Mama w końcu dostrzegła to, co sama widziałam każdego wieczoru w lustrze. Zauważyła, jaka byłam zepsuta, odrażająca i wstrętna. Zrozumiała, że wychowała ścierwo. I nie potrafiła tego znieść.

Teresa miała zaciętą minę. Widziałam, że mocno zaciska dłonie na kierownicy i uporczywie wpatruje się w drogę. Nie wygłupiała się. Nie śpiewała i nie śmiała. Znikała rankiem, wracała wieczorami. I wychodziła z kuchni, kiedy ja do niej wchodziłam.

– Nie wiem, co się stało – odezwałam się niepewnie. – Mechanik mówił, że auto będzie normalnie odpalało, ale znowu nie działa.

Patrzyłam na Teresę z nadzieją. Rozpaczliwie próbowałam znaleźć z nią wspólny język, ale na marne. Kobieta wyciągnęła rękę i zwiększyła głośność audycji, dając mi tym samym do zrozumienia, że nie interesowały ją moje problemy z samochodem.

Odwróciłam głowę w stronę okna. Kolejny dzień, kolejna próba i kolejne odrzucenie. Jak wiele mogłam ich jeszcze znieść? Jak długo mogłyśmy trwać w takiej relacji pod jednym dachem?

– Mamo, musisz w końcu ze mną porozmawiać – powiedziałam, czując, jak w moim gardle rośnie bolesna gula. – Nie możesz…

– Mogę – odpowiedziała ostro. – Nie chcę cię słuchać, niech to w końcu do ciebie dotrze.

– Ale…

– Nie! – zawołała. – Nie chcę słuchać twoich tłumaczeń! Wydarzyło się wystarczająco dużo, nie uważasz? – Posłała mi pełne złości spojrzenie. – Zobacz, do czego nas doprowadziłaś. Straciłyśmy wszystko. Dom, przyjaciół. JA straciłam wszystko. Utknęłam tutaj, Lotte. W mieszkaniu, które mi się nie podoba, w pracy, której nienawidzę i w dodatku pod jednym dachem z… – urwała, jakby w ostatniej chwili ugryzła się w język.

Ale ja wiedziałam, co chciała powiedzieć. I poczułam się tak, jakby przyłożyła mi z pięści w twarz.

– Z kim? – wydusiłam, czując łzy na policzkach.

Zacisnęła usta i zerknęła w lusterko wsteczne. Nie zamierzała odpowiadać, ale nie wiedziałam, czy dlatego że wiedziała, jak bardzo ta odpowiedź mnie zrani, czy może dlatego, że mimo wszystko wciąż żywiła do mnie jakieś uczucia.

– Z kim utknęłaś, mamo? – dopytywałam. – Powiedz to na głos. Miejmy to już za sobą.

Nadal milczała. Spoglądała raz w lusterko wsteczne, a raz w lusterko po swojej stronie, ale nie powiedziała ani słowa. Udawała, że bardziej interesuje ją to, co działo się z tyłu, chociaż obie doskonale wiedziałyśmy, że nie było tam zupełnie niczego.

Przełknęłam ślinę i uderzyłam potylicą o zagłówek. Od trzech lat żyłam w jakimś koszmarze, który z dnia na dzień przybierał coraz to nowsze oblicza. I przez to coraz bardziej żałowałam, że nie udało mi się wtedy ze sobą skończyć. Teresa nie powinna była mnie ratować. Gdyby nie ja, dzisiaj byłaby w zupełnie innym miejscu. Lepszym.

– Co do… – zaczęła, ale nie skończyła.

Obok nas z zawrotną prędkością przeleciało czarne, wysokie auto. Jakiś SUV. Wyprzedziło nas, a potem tak gwałtownie zahamowało, że mama w ostatniej chwili zdążyła zareagować i nacisnąć pedał hamulca. Pisk opon był tak głośny, że przedarł się nawet przez odgłosy audycji radiowej.

– Mamo? Co się dzieje? – zapytałam zaskoczona.

Zatrzymałyśmy się tak gwałtownie, że poczułam mocne szarpnięcie pasa bezpieczeństwa. Moje serce zaczęło szybciej bić. Drzwi SUV-a otworzyły się z impetem i z pojazdu wysiadło trzech wysokich, zamaskowanych mężczyzn. Ruszyli w naszym kierunku szybkim krokiem. Poczułam, jak przerażenie zaczyna rozpływać się po moim ciele. Nieświadomie chwyciłam przedramię mamy i ścisnęłam je mocno, natomiast ona w panice próbowała wrzucić wsteczny.

– Mamo, jedź! – zawołałam przerażona. – No jedź, do cholery!

Drzwi do samochodu były zablokowane, ale napastnikom to nie przeszkadzało. Kiedy dotarli do auta, z łatwością wybili szyby po obu stronach. Krzyknęłam, kiedy łapy jednego z nich stanowczo chwyciły mnie za poły kurtki. Próbowałam mu się wyrwać, waliłam na oślep pięściami, ale na marne. Wszystko działo się tak szybko, że ledwo rejestrowałam kolejne obrazy.

Coś ostrego w jego dłoni.

Przecięty pas bezpieczeństwa.

I moje wierzgające nogi, kiedy wyciągnął mnie na zewnątrz.

Widziałam, jak mama zacięcie walczyła z pozostałą dwójką. Ją również wyciągnęli na zewnątrz. Słyszałam jej wrzask. Jeden z oprawców wziął potężny zamach i przyłożył kobiecie z pięści w twarz.

– Mamo! – krzyczałam, nadal walcząc z gorylem, który ciągnął mnie w stronę krzaków. – Mamo!

– Lotte! – zawołała. – Zostaw ją, ty bydlaku! Zabiję cię, rozumiesz?! Zabiję!

Nie słuchali. Mama walczyła tak zaciekle, że w końcu jeden z mężczyzn chwycił pobliski kamień i zdzielił nim Teresę w głowę. Ta zachwiała się blada niczym ściana, a potem osunęła po karoserii samochodu na ziemię.

Nie.

Nie.

Nie!

Napastnik nadal ciągnął mnie w stronę zarośli. Zaparłam się jeszcze bardziej, chociaż nie miałam z nim najmniejszych szans. Był wyższy i silniejszy, z łatwością uniósł mnie nad ziemią, a potem rzucił jak lalką w mokrą od rosy trawę. Zrobił to tak dotkliwie, że rąbnęłam głową o coś twardego.

I nagle świat stał się zamazany. Jak przez mgłę widziałam faceta nade mną. Moje kończyny stały się nienaturalnie ciężkie. A powieki coraz bardziej opadały.

– Mama – wyjąkałam. – Nie. Nie!

Świat zalała czerń.

Pik. Pik. Pik.

Coś gdzieś pikało powoli i rytmicznie, wybudzając mój mózg z odrętwienia. Do moich nozdrzy dotarł charakterystyczny, duszący zapach. Doskonale go znałam. Byłam pewna, że czułam go już nieraz, ale nie potrafiłam określić gdzie. Powietrze było ciężkie, przesycone duchotą do tego stopnia, że ciężko mi było złapać oddech. Miałam wrażenie, że zaraz się uduszę.

Potem zaczęła wracać świadomość reszty ciała. Ból dłoni promieniował niemal do łokcia. W głowie łupało, jakby w środku ktoś walił kilofem w mózg. Coś oplatało moją klatkę piersiową, a coś innego uwierało w drugą rękę. Chciało mi się pić. I umierałam z gorąca.

Powoli uchyliłam powieki. Były niesamowicie ciężkie. W pierwszym odruchu zaczęły mnie szczypać oczy, a wszechobecna jasność niemal oślepiła. Zamknęłam oczy, a po chwili otworzyłam je ponownie. I znowu zamknęłam, bo światło wzmagało ból głowy. Kiedy w końcu udało mi się przyzwyczaić do jasności, miałam wrażenie, że wszystko dookoła drga. Nawet powietrze się ruszało. Białe ściany kurczyły się i rozciągały w rytm mojego oddechu. Jasna pościel oraz moje ręce wiły się niczym węże. Gdzieś ktoś coś mówił, ale słowa nie miały kompletnie żadnego sensu. Miałam wrażenie, że wepchnięto mnie pod taflę wody, bo to, co słyszałam, przypominało odgłosy podczas nurkowania. Wiedziałam, że gdzieś obok byli ludzie – ich głosy były wyraźne, ale rozmowy zupełnie niezrozumiałe. Moje serce zabiło szybciej, kiedy zdezorientowana rozejrzałam się dookoła. To, co dotychczas uwierało mnie w lewą rękę, teraz zaczęło szczypać. Było ostre i w falującym obrazie dłoni dostrzegłam, że coś mam tam wbite.

Co do…?

Ból głowy nasilił się jeszcze bardziej. Próbowałam zrozumieć, gdzie jestem, co się stało, ale wspomnienia były niczym potłuczone szkło. Miliony niezrozumiałych fragmentów. Jakieś auto. Krzyk. Radio. I nic więcej. Czy ja śniłam? Tkwiłam w jakimś nierzeczywistym świecie?

Nie. Na pewno nie.

Coś ciepłego dotknęło mojej prawej, obolałej dłoni. Było delikatne, jakby wiedziało, że kontakt sprawi mi ból.

– Kochanie? – usłyszałam cichy, damski głos.

Znałam go. Tylko skąd?

Powoli odwróciłam głowę w prawo. Przez moją czaszkę przetoczyła się kolejna fala bólu i jęknęłam głośno. Przymknęłam oczy na chwilę, a kiedy fala minęła, otworzyłam je z powrotem.

Siedziała przy mnie kobieta. Była starsza, jej siwawe włosy opadały swobodnie na ramiona. Ciemne oczy patrzyły na mnie z troską, a pomarszczona twarz, bez grama makijażu, wyrażała ogromny smutek. Była mi bliska. Wiedziałam to instynktownie, ale nie potrafiłam przypomnieć sobie jej imienia. Czułam jej miłość. Bezpieczeństwo. A jednocześnie nie wiedziałam, kim była.

– Co… – wydusiłam, ale w moich ustach było tak sucho, że ledwo mogłam wydusić cokolwiek. – Pić.

– Och! – Kobieta poderwała się z krzesła i natychmiast chwyciła szklankę stojącą obok na stoliku.

Nalała do niej odrobinę wody, a potem bardzo ostrożnie pomogła mi się napić.

– Jak się czujesz, skarbie? – zapytała z czułością.

Przełknęłam resztkę wody i spojrzałam w biały sufit nade mną. Potrzebowałam chwili, żeby jakoś ogarnąć, co się właściwie wydarzyło.

– Boli mnie głowa – powiedziałam już nieco pewniej.

Zaćmienie umysłu coraz bardziej się rozwiewało. Znowu spojrzałam na kobietę, a wyjaśnienie samo wpadło mi do głowy.

Babcia.

To moja babcia.

– Będziesz obolała przez jakiś czas – odpowiedziała, odstawiając szklankę na stolik. Usiadła z powrotem na krześle, a jej ciepła dłoń zamknęła się na moich palcach. – Wiesz, gdzie jesteś?

Zmarszczyłam czoło. Obraz przestawał falować i teraz już dokładnie widziałam jasne ściany, szeroko otwarte drzwi i korytarz, po którym co chwilę przechodził ktoś w charakterystycznym stroju. Z pomieszczenia obok docierało dziwne pikanie, dokładnie takie jak na filmach, kiedy podłączają kogoś do aparatury monitorującej funkcje życiowe.

– Szpital? – zapytałam cicho. – Co się stało?

– Nic nie pamiętasz?

Zastanowiłam się przez chwilę. Jeszcze chwilę temu nie pamiętałam niemal nic. Ale z każdą sekundą coraz więcej elementów wyłaniało się z odmętów ospałego umysłu. Powróciły do mnie obrazy ciemnego SUV-a, mężczyzn i mamy…

Boże, mama!

Poderwałam się na łóżku, czując, że serce zaraz wyskoczy mi z piersi.

– Gdzie jest mama?! – zawołałam, ignorując łupanie w głowie. – Gdzie ona jest?!

Babcia wstała i delikatnie próbowała namówić mnie do spokoju. Położyła dłonie na moich ramionach, ale nie chciałam jej słuchać. Ktoś nas napadł. Ktoś zranił Teresę!

– Mamo! – zawołałam. – Mamo!

– Charlotte, uspokój się – prosiła babcia. – Kochanie, zrobisz sobie krzywdę.

Odrzuciłam kołdrę i spróbowałam wstać. Zaalarmowana hałasem pielęgniarka zajrzała do sali, a potem szybko podeszła do łóżka.

– Spokojnie – mówiła i razem z babcią próbowały z powrotem mnie położyć. – Wszystko będzie dobrze.

– Nie! – krzyczałam w rozpaczy.

Ze strachu nie mogłam złapać oddechu. Serce waliło mi w piersi, krew w żyłach wrzała. Po plecach przebiegły mi złowieszcze dreszcze. W mojej głowie cały czas przewijał się obraz mamy, która nieprzytomna osuwa się na ziemię.

– Proszę, mamo! – wołałam, czując spływające po policzkach łzy. – Gdzie ona jest?! Gdzie jest mama?!

Jak w amoku odepchnęłam pielęgniarkę, ale babcia nie dawała za wygraną. Chwyciła mnie stanowczo za ramiona, ścisnęła mocno i szarpnęła z bólem w oczach.

– Nie wiem! – zawołała, a jej podniesiony głos sprawił, że zamarłam.

Patrzyłam w jej twarz zszokowana, natomiast kobieta z rezygnacją opadła na krzesło. Załkała zrozpaczona i ukryła twarz w dłoniach.

– Nie wiem, gdzie jest twoja mama – dodała po chwili. Nadal nie odsłaniała twarzy.

– Co? – wydusiłam. – Byłyśmy razem, kiedy…

Łzy rozmyły mi widok. Widziałam tylko, że babcia opuściła dłonie, ale nie mogłam rozpoznać, czy na mnie patrzyła.

– Twoja mama zniknęła, Charlotte – rzekła tak cicho, że ledwie ją słyszałam przez dudnienie krwi w głowie. – Przepadła jak kamień w wodę.

Zaczęło mi dzwonić w uszach. Czułam łzy na policzkach, ale wszystko docierało do mnie jak zza szyby. Słyszałam mój własny głos. Chociaż nie. Słyszałam wrzask. Przeraźliwy wrzask, który niemal zdarł mi gardło. Jakieś ręce mocno mnie trzymały. Inne wstrzykiwały mi coś w żyłę. Dookoła było wiele osób, rozmywały się niczym zjawy, kiedy krzyczałam, kopałam i próbowałam wstać z łóżka.

Mama.

Moja kochana mama.

Zniknęła.

Porwali ją i nie wiadomo, co jej robili. Skrzywdzili ją, a ja jej nie obroniłam. Nie zrobiłam nic, by ją ocalić. To była moja wina. Moja i nikogo innego.

Kręciło mi się w głowie. Cokolwiek mi wstrzyknięto, zaczęło działać. Serce spowolniło pracę, ciało poddawało się senności, chociaż mózg nadal pragnął walczyć i wrzeszczeć. Nie mogłam spać. Musiałam ratować Teresę. Nie mogłam tutaj leżeć! Ale byłam więźniem własnego ciała. Opadłam na poduszkę, czując, jak kolejne łzy wylewają mi się na policzki. Widziałam rozpacz babci i niepokój pielęgniarek, które obserwowały, czy leki działają tak, jak powinny. A potem odpłynęłam.

Stałam pośrodku niczego. Moje bose stopy tonęły w miękkim białym piasku. Jasnoniebieska sukienka, dokładnie ta sama, która pasowała na mnie jakieś pięć kilo temu, falowała wokół kolan niczym lekki welon. Kosmyki włosów przykleiły mi się do wilgotnego czoła, a powietrze pachniało solą i jodem. Do moich uszu docierał znajomy szum. Nie słyszałam go od dawna i dopiero teraz zrozumiałam, jak bardzo za nim tęskniłam. Ten dźwięk rozlał po moim wnętrzu ciepło, a ciało przeszył przyjemny dreszcz.

Przede mną roztaczał się widok na rozległe wydmy. Stałam na jednej z nich, tej najwyższej, i patrzyłam, jak białe mewy urządzają sobie podniebne wyścigi. Dźwięk fal uderzających o brzeg idealnie współgrał z ciepłym wiatrem, otulającym moje ramiona. Kiedy spojrzałam przez ramię, gdzieś w dole dostrzegłam plażę oraz spokojne morze.

Woda ciągnęła się aż po horyzont. Równa linia odcinała niebieską taflę od niesamowicie różowego nieba. Taką paletę kolorów widziałam dotychczas tylko na obrazach lub fotografiach mocno przerobionych w programach graficznych. To był zachwycający widok i żałowałam, że nie miałam przy sobie aparatu.

Plaża była niemal pusta. Na piasku niedaleko falochronów odpoczywały dwa łabędzie. Kompletnie nie zwracały uwagi na kobietę, która powoli szła brzegiem, pozwalając, by fale co chwilę obmywały jej stopy. Wyglądała zjawiskowo w jasnej, letniej sukience oraz włosach, które tańczyły na wietrze. Była niczym zjawa. Duch, ale nie taki przerażający, którym straszy się małe dzieci. Przypominała anioła.

Coś mnie ukłuło w klatce piersiowej. Odwróciłam się przodem do morza. Uniosłam rękę, chcąc pozdrowić kobietę, ale w jej twarzy dostrzegłam coś dziwnego.

Była smutna.

Zatrzymała się i spojrzała wprost na mnie. Chociaż była daleko, wiedziałam, że jej twarz jest wykrzywiona cierpieniem. Nie potrafiłam określić, skąd to wiedziałam, ale byłam tego pewna. I to sprawiło, że po moich plecach przebiegł nieprzyjemny dreszcz.

Nagle krajobraz zaczął się zmieniać. Na różowe niebo powoli wpływały ciemne, burzowe chmury. Sunęły niczym ogromne statki, a długie błyskawice układały się w coś, co przypominało setki wielkich pęknięć. Deszcz lunął tak gwałtownie i niespodziewanie, że kiedy krople uderzyły w moją głowę, wywołały ból. Chciałam się gdzieś schronić, jednak nie potrafiłam oderwać oczu od kobiety.

– Mamo! – zawołałam. – Mamo, schowaj się!

Nie odpowiedziała. Stała przez chwilę w miejscu, pozwalając, by morze coraz bardziej zamykało się wokół jej nóg. Spojrzała w stronę horyzontu.

– Mamo? – zapytałam niepewnie.

Ruszyła powoli we wzburzoną, niebezpieczną wodę.

– Co…? – Chciałam ruszyć jej na pomoc, ale coś mnie trzymało. – Mamo! – wrzasnęłam.

Szarpnęłam ręką. Dopiero wtedy poczułam, że coś mocno ściska mój nadgarstek i nie pozwala ruszyć do przodu. Spojrzałam w dół, gdzie blada dłoń zaciskała palce wokół mojej ręki niczym imadło. Moje serce zabiło mocniej i ponownie szarpnęłam ręką.

– Zostań ze mną – usłyszałam głos.

Męski, dobrze mi znany. Jęknęłam, kiedy z bladej dłoni długimi cieniami zaczęło się kształtować coś, co przypominało człowieka. Z ciemnych taśm utworzyły się ramiona, klatka piersiowa i w końcu twarz.

Dokładnie ta sama, którą pragnęłam zapomnieć.

– Puść mnie – wydusiłam, czując łzy na policzkach. – Muszę ją ratować.

– Jestem tu. Zostań – mówił. Jego głos odbijał się echem. Był głośny, jakby przemawiał przez mikrofon lub co najmniej megafon.

– Puszczaj! – krzyknęłam i znowu szarpnęłam.

Robert przyciągnął mnie do siebie i oparł swoje czoło o moje. Niby wyglądał tak samo, ale było w nim coś dziwnego. Obcego i nienaturalnego. Patrzył mi prosto w oczy, a bliskość jego ciała przyprawiała mnie o mdłości.

– Zostań – wycedził przez zęby.

Nie chciałam tutaj być. Pragnęłam pobiec na dół, w morze, ratować mamę. Ale Robert był zbyt silny. Chociaż próbowałam się wyswobodzić, on nawet na sekundę nie poluzował uścisku. Trzymał mnie blisko, niczym swój własny talizman, który bał się zgubić. Jakbym była jego własnością. Naparł czołem na moją głowę i zaczął się zmieniać. Blond włosy zaczęły ciemnieć. Twarz wydłużyła się, oczy rozszerzyły, a szerokie ramiona nieco zwęziły.

To już nie był Robert. Teraz stał przede mną Tomasz. Uśmiechał się upiornie ze złowrogim błyskiem w oku.

– I co, maleńka? – zapytał. – Zostaliśmy sami.

Chwycił mnie stanowczo za ramiona i odwrócił w stronę morza. W panice rozglądałam się za mamą, ale plaża świeciła pustkami.

Teresa przepadła.

Otworzyłam oczy zlana zimnym potem. Krzyk ugrzązł gdzieś w gardle i w pierwszej chwili ogarnęła mnie panika. Nie wiedziałam, gdzie jestem. Świat był zamazaną, wirującą karuzelą, przez którą zrobiło mi się niedobrze. Powietrze było ciężkie i pachniało czymś sterylnym. Dopiero po kilku sekundach jasność umysłu zaczęła wracać i zrozumiałam. Byłam w szpitalu.

Wspomnienia uderzyły we mnie niczym rozpędzony pociąg. Napad, babcia, jej słowa o tym, że mama zaginęła. Niewidzialna siła przygniotła moją klatkę piersiową, a żal rozpłynął się po całym ciele nieprzyjemnym prądem.

Mama.

Tak zaciekle walczyła z napastnikami. Mimo tego, co jej zrobiłam, jak bardzo ją skrzywdziłam, chciała mnie chronić. Wyrywała im się, kopała, drapała tylko po to, by dotrzeć do mnie. I nawet jeśli wiedziała, że nie miała żadnych szans w tym starciu, dalej próbowała.

Oczy mnie zapiekły, a na policzki wypłynęło kilka łez.

Mama.

Co się z nią stało? Dokąd ją zabrali?

Przetarłam oczy drżącymi dłońmi i powoli usiadłam na łóżku. Moja głowa nadal pulsowała bólem, ale strach o mamę był silniejszy niż dolegliwości fizyczne. W sali panował półmrok, który rozświetlał blask ulicznej latarni za oknem. Rozejrzałam się dookoła. Leżałam na łóżku ustawionym pod ścianą, tuż obok okna. Przy parapecie ustawiono niewielki stolik, a przy nim krzesło. Sąsiednie łóżko świeciło pustkami.

Spojrzałam na ścianę tuż przy mojej głowie. Znajdowało się tam kilka kontaktów, a do jednego ktoś wpiął ładowarkę od mojego telefonu. Komórka leżała na stoliku, nadal podłączona do kabla, ale jej ekran świecił czernią. Poniżej kontaktów znajdowało się kilka przycisków, jednak wolałam nie sprawdzać, do czego służą. Drżącą ręką chwyciłam telefon i łatwo go uruchomiłam.

Jasność ekranu sprawiła, że moją głowę przeszyła fala ostrego bólu. Niepewnie dotknęłam skroni i dopiero teraz zrozumiałam, że moja głowa została obandażowana. Pamiętałam, że uderzyłam o coś w trakcie szarpaniny z napastnikiem. A potem… potem nie pamiętałam już nic.

Przesunęłam palcami po bandażu. Ból był dotkliwszy z tyłu, na potylicy i tam wyczułam pod bandażem coś grubszego. Chyba jakiś opatrunek. Bolała mnie też prawa dłoń, ale w nikłym świetle wpadającym przez okno nie byłam w stanie ocenić, czy była posiniaczona lub opuchnięta.

Z powrotem spojrzałam na ekran komórki. Widniało na nim mnóstwo powiadomień. Wiadomości od Sary, nieodebranych połączeń, SMS-ów od szefowej. Moja przyjaciółka umierała z niepokoju, więc nie bacząc na późną godzinę, zadzwoniłam do niej.

– Jezu, Lotte! – zawołała, kiedy odebrała. – Niemal zeszłam na zawał, jak twoja babcia powiedziała mi, co się stało! Jak się czujesz? Wiesz, co to za gnoje?! Z samego rana jadę do ciebie! – zasypywała mnie pytaniami i informacjami, jakby strzelała z pistoletu.

Rozmasowałam sobie skroń, aby jakoś uporządkować myśli.

– Głowa mi pęka – przyznałam zgodnie z prawdą. – I jestem rozbita. Nie rozumiem, co się stało.

Sara westchnęła.

– Twoja babcia mówiła, że policja nie ma żadnych tropów. Liczą na twoje zeznania. Wiesz, kto to był? Czego chciał?

Zmarszczyłam brwi, próbując sobie przypomnieć moment napadu. Trzech napastników. Żadnych słów. W trakcie szarpaniny żaden z nich nic nie powiedział. Nawet nie jęknęli.

– Nie wiem – wyjąkałam. – Po prostu zajechali nam drogę i… – urwałam, bo dalsze mówienie stało się zbyt ciężkie.

– Boże! – W głosie Sary brzmiało przerażenie. – A Tomek? Przecież jako policjant na pewno ma jakiś pomysł. Albo chociażby niewielkie przypuszczenie, dlaczego was napadnięto.

Zamknęłam oczy.

Sara nie miała pojęcia o tym, co się wydarzyło między mamą, mną i Tomkiem. Nie wiedziała, że od kilku tygodni Tomasz z nami nie mieszkał. Ani o tym, że nie rozmawiałam z nim od tamtego okropnego wieczoru.

– Nie rozmawiałam z nim – wyjaśniłam wymijająco. – Dopiero zaczynam dochodzić do siebie. Tak naprawdę nie rozmawiałam z nikim oprócz babci.

– Jezu… – Coś w słuchawce stuknęło. – Jutro u ciebie będę. Potrzebujesz czegoś? Jakichś ubrań? Czegokolwiek?

Potrzebowałam mamy. Pragnęłam zobaczyć ją całą i zdrową. Chciałam, by weszła do sali i usiadła na pustym krześle. Mogłaby się do mnie nie odzywać już do końca świata, ale jedyne, czego na ten moment chciałam, to wyłącznie Teresy.

– Chyba nie – wyjąkałam, czując bolesną gulę w gardle.

Sara coś odpowiedziała, ale kompletnie jej nie słyszałam. Moją uwagę przykuł dziwny cień, który pojawił się przy drzwiach. Coś – a raczej ktoś – przysłonił łunę światła przedostającą się pod drzwiami do sali. Osoba po drugiej stronie stała przez chwilę bez ruchu, jakby nasłuchiwała dźwięków wewnątrz. To mógł być każdy – pielęgniarka, a może lekarz, ale coś w środku mnie zaczęło bić na alarm. Zaczęłam szybciej oddychać i jak w transie powiedziałam do Sary:

– Przepraszam, ale głowa mi pęka. Położę się, okej? Do zobaczenia jutro.

Zakończyłam połączenie, zanim dziewczyna odpowiedziała.

Patrzyłam na cień przy drzwiach. Czy jeśli ten ktoś będzie chciał mnie skrzywdzić, mój krzyk zwabi tutaj pielęgniarkę?

Ale kimkolwiek była osoba na korytarzu, nie zamierzała wchodzić. Coś zaszeleściło cicho i pod drzwiami pojawiła się biała, niewielka koperta. Cień stał jeszcze przez kilka sekund w miejscu, a potem pchnął kopertę tak mocno, że prześlizgnęła się po podłodze i uderzyła w nogę sąsiedniego łóżka. Potem odszedł równie cicho, jak się pojawił.

Moje plecy przeszył nieprzyjemny dreszcz. Powoli odrzuciłam kołdrę i niepewnie opuściłam nogi na podłogę. Do mojej żyły nadal była podłączona jakaś kroplówka, ale wężyka starczyło, abym mogła przejść kilka kroków. Wstałam, ignorując ból głowy, i podeszłam do łóżka. Sięgnęłam po kopertę i wróciłam na posłanie, bo moje kolana drżały niebezpiecznie. Usiadłam, zbliżyłam kopertę do okna, aby mieć lepsze światło, i otworzyłam ją.

W środku było zdjęcie. Jedna fotografia, która sprawiła, że żołądek podjechał mi do gardła. W panice obejrzałam kopertę, ale nie było na niej ani słowa. Więc odwróciłam fotografię. I niemal zjechałam z łóżka na podłogę.

Na zdjęciu widniało moje liceum. Przedstawiało parking szkolny wypełniony samochodami, szeroko otwarte drzwi do budynku i uczniów, którzy wchodzili do środka. A na odwrocie ktoś napisał wielkimi literami kilka słów. I już wiedziałam, że to, co się wydarzyło, nie było przypadkiem. Że koszmar sprzed trzech lat nie zakończył się tamtego dnia w mieszkaniu Roberta. On przez ten cały czas trwał. Czekał uśpiony w cieniu, a teraz wyszedł na światło dziennie w całej swojej upiornej okazałości.

Zsunęłam się na kolana, czytając raz po raz:

ZAWSZE JESTEM BLISKO