44,90 zł
W sercu Wenecji losy czterech kobiet splatają się w sposób, którego żadna z nich nie mogła przewidzieć. Gdy dawne sekrety wyjdą na jaw, rozpocznie się niebezpieczna gra
Mistrzyni włoskiej kuchni, Loretta Bianchi, musi dokonać wyboru między niepohamowaną namiętnością a mężczyzną, z którym spędziła całe życie. Sophie przybyła z Australii po kulinarne receptury. Wkrótce odkrywa, że miasto może zaoferować jej znacznie więcej niż tylko sekretne przepisy signory Bianchi. Prawniczka Elena czuje, że tonie – zupełnie jak jej rodzinne miasto, do którego wróciła. Nie cofnie się przed niczym, byle tylko uwolnić się z więzów małżeństwa. Dla Gayle z Arkansas wymarzone włoskie wakacje zmienią się w desperacką walkę o przetrwanie.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 469
TYTUŁ ORYGINAŁU: The Venice Hotel
PROJEKT OKŁADKI: Nikki Townsend Design © Penguin Random House Australia Pty Ltd ZDJĘCIA NA OKŁADCE: Adobe Stock, Dreamstime, Shutterstock ILUSTRACJA WE WNĘTRZU: wirestock / Magnific REDAKCJA: Edyta Chrzanowska KOREKTA: Agnieszka Madyńska REDAKCJA TECHNICZNA: Adam Kolenda
Copyright © Tess Woods, 2024 First published by Penguin Books, 2024. This edition published by arrangement with Penguin Random House Australia Pty Ltd via Andrew Nurnberg Associates Warsaw Sp. z o.o. Copyright © for the Polish edition and translation by Dressler Dublin Sp. z o.o., 2026
PRODUCENT: Dressler Dublin Sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki e-mail: sekretariat@dressler.com.pl
DANE DO KONTAKTU: Wydawnictwo Bukowy Las ul. Sokolnicza 5/76, 53-676 Wrocław e-mail: redakcja@bukowylas.pl; bukowylas.pl
ISBN 978-83-80749-53-5
WYŁĄCZNY DYSTRYBUTOR: Dressler Dublin Sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl www.dressler.com.pl
KSIĘGARNIE INTERNETOWE: swiatksiazki.pl, ksiazki.pl, czytam.pl
Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer
Dla wszystkich matek i córek, a szczególnie moich
Stała nad nim, gdy powietrze uchodziło z jego ciała wraz z ostatnim oddechem. Nigdy nie uważała się za osobę zdolną do przemocy; wręcz przeciwnie – szczyciła się swoją łagodnością. Lecz w chwili jego śmierci ten moralny piedestał załamał się pod nią z hukiem.
Teraz będzie musiała przemyśleć na nowo, do czego jest zdolna. Do morderstwa, jak się okazuje. Można to nazwać objawieniem, którego doznała dwunastego dnia świąt. Życie bywa przewrotnie ironiczne.
Czy zrobiłaby to samo, gdyby mogła cofnąć czas? Bez wahania. Z równą zaciekłością patrzyłaby, jak kanały Wenecji czerwienią się od jego krwi.
Oto, kim się stała.
Kobieta tonie. Stoi wyprostowana w szklanym zbiorniku, tak wąskim, że niemal dotyka ramionami jego ścian. Jej włosy i suknia są długie, białe, falujące. Bose stopy ma zanurzone w wodzie, dół cienkiej sukienki wiruje wokół nóg. Loretta słyszała, że to woda z kanału, choć to pewnie tylko plotka. Patrząc jednak na tę kobietę, zaczyna podejrzewać, że może to być prawda.
Na kamiennych płytach przed zbiornikiem znajduje się metalowa tabliczka. Widnieje na niej jedno słowo, wyryte czarną czcionką: affogando.
– Co znaczy affogando? – zwraca się do matki amerykańska nastolatka stojąca obok Loretty na schodach placu. Wymawia to słowo niepoprawnie.
– Nie mam pojęcia – odpowiada tamta, a z jej ust wydobywa się para.
Loretta odchrząkuje.
– To znaczy „tonę”. Ta kobieta oznajmia nam, że tonie.
– Ach – bąka matka. – Chyba jak my wszyscy.
Nastolatka odwraca się plecami do performerki i do Bazyliki Świętego Marka. Podnosi telefon nad głowę, wydyma napompowane, błyszczące usta i unosi grubo obrysowane brwi. Matka kopiuje jej pozę. Dzióbkowaty duet otacza szarość: kamienne płyty placu, budynki i arkady, ołowiane chmury nad nimi.
Alberto trąca Lorettę w żebra.
– Może też zrobimy sobie zdjęcie? – pyta po włosku.
– A po co?
– Nie wiem. Bo są święta. Czemu nie? – Uśmiecha się.
Loretta ignoruje prośbę, wskazując podbródkiem artystkę.
– Spójrz na nią, trzęsie się z zimna. Ręce jej drżą.
To jedno z najzimniejszych świąt Bożego Narodzenia od lat.
– Poznała cię – mówi Alberto.
Loretta o tym wie. Zawsze ją poznają. Była na okładkach „Vogue’a” i występowała w tylu programach telewizyjnych, że nie sposób ich zliczyć. Ale czy artystka ją kojarzy, czy pamięta? Tego właśnie chce się dowiedzieć.
Gdy o tym myśli, jej palce przesuwają się po krótkim, szorstkim włosku na podbródku. Przeklina w duchu. Choć rano wyskubała pół tuzina takich niesfornych włosków przed powiększającym lustrem na toaletce, już pojawił się nowy, obwieszczając światu swoją obecność i przypominając jej, że nie jest już młoda. Ujmuje go kciukiem i palcem wskazującym, szarpie kilkakrotnie, lecz włos trzyma się uparcie.
Głośny oddech Alberta ją drażni. Nawet tutaj, na zatłoczonym placu, nie potrafi uciec od jego płytkiego, świszczącego oddechu. Gdyby tylko wreszcie rzucił papierosy. Odwraca się do niego: stoi o głowę niższy, w czarnym meloniku skrywającym coraz większą łysinę, z dłońmi wciśniętymi w kieszenie wełnianego płaszcza. Jego twarz wydaje się zmęczona, skóra ziemista, żółtawa.
Podchwytuje jej spojrzenie.
– Andiamo, cara?
Ciepło w jego oczach łagodzi rozdrażnienie Loretty.
– Tak, chodźmy. – Bierze go pod ramię.
Artystka nie spuszcza z niej wzroku mimo kręcących się między nimi turystów. Odchodząc, Loretta lekko do niej macha. Wydaje jej się, że kobieta odwzajemnia uśmiech, ale nie ma pewności.
Ulice, które prowadzą do Hotelu Il Cuore, pękają w szwach. Sklepy z pamiątkami pełne są turystów zachwycających się kolorowymi bombkami, a tłumy w kawiarniach wylewają się na zewnątrz pomimo zimna. Zawieszone wysoko nad wąskimi uliczkami świąteczne dekoracje tworzą baldachim nad głowami Loretty i Alberta. Z roku na rok iluminacje stają się coraz bardziej wystawne. Każda ulica wygląda inaczej.
– Ciekawe, kiedy przyjedzie ta dziennikarka kulinarna – odzywa się Loretta, bardziej do siebie niż do Alberta.
– Dziwne, że postanowiła zjawić się akurat w Boże Narodzenie. Na dodatek sama.
– Przyjeżdża do pracy. To chyba oczywiste, że sama.
– Ale to nie w porządku. Powinna spędzić ten czas z rodziną.
– Nie wszystkim to odpowiada.
– Nie każdy ma tyle szczęścia co my. – Alberto klepie ją po dłoni. – Sprawimy, że poczuje się mniej samotna.
– Skąd wiesz, że będzie się tak czuła?
– Przemierza pół świata w Boże Narodzenie w pojedynkę. Na pewno będzie.
Loretta nie odpowiada.
Mija ich para młodych turystów; gdy kobieta napotyka wzrok Loretty, jej twarz rozjaśnia się w osłupiałej radości. Loretta rzadko wychodzi z hotelu bez okularów przeciwsłonecznych, lecz czasem – w takie dni jak ten – pragnie patrzeć na świat bez przyciemnionych szkieł.
– O mój Boże, kochanie! – piszczy kobieta, minąwszy ich. – Przysięgam, że to była Signora Bianchi!
Alberto i Loretta wymieniają uśmiechy i idą dalej. On nuci Cichą noc, a ona słucha.
W hotelu za ladą recepcji stoi Marina, wyraźnie rozgorączkowana.
Loretta szybko do niej podchodzi.
– Mogę jakoś pomóc? – Uśmiecha się do nowych gości, państwa Dawsonów, stojących po drugiej stronie lady.
– Byłoby miło móc liczyć na czyjąkolwiek pomoc. – Pot spływa z krzaczastych, siwych brwi signora Dawsona prosto na bluzę z napisem „Kocham Wenecję”.
Loretta sięga po pilota i reguluje temperaturę w holu. Marina przesadziła z ogrzewaniem.
– Signor Dawson jest niezadowolony ze śpiewu signora Giuseppego podczas przejażdżki gondolą – oznajmia Marina z uśmiechem, który nie sięga oczu.
Loretta z trudem powstrzymuje parsknięcie śmiechem.
– Zapłaciliśmy fortunę za tego śpiewaka i jedyne, co nam z tego przyszło, to migrena mojej żony – mówi signor Dawson, krzyżując ramiona na brzuchu.
– Proszę chwilę poczekać, signor. Z przyjemnością pomogę. – Zdejmuje płaszcz i cicho zwraca się do Mariny po włosku: – Idź, idź. Ja się tym zajmę.
– Jeszcze nie odpoczęłaś po spacerze. Poradzę sobie – odpowiada Marina, okręcając wokół palca jeden ze swoich długich, ciemnych loków; nawyk z dzieciństwa.
– Artystka w zbiorniku już jest. Idź zobaczyć, zanim zamarznie na kość. Ja zajmę się tym idiotą. – Delikatnie popycha Marinę w plecy.
– Dobrze, grazie, mamma. – Marina chwyta kurtkę i torebkę, po czym niemal biegiem rusza przez wyłożony dywanem hol ku przeszklonym drzwiom wejściowym.
Loretta sięga pod golf po złoty łańcuszek, który nosi. Zwisa z niego medalion z Madonną tulącą do piersi Dzieciątko. To prezent od nonny z dnia jej pierwszej komunii, gdy miała dziewięć lat.
„Najświętsza Panienka zawsze słucha. Nigdy cię nie zawiedzie, jeśli będziesz o niej pamiętać. Słyszysz mnie, Loretto? Obiecaj, że będziesz się modlić”. Nonna ściskała jej ramiona guzowatymi palcami, aż wnuczka złożyła obietnicę.
Ale nie miała racji. Najświętsza Panienka zawiodła Lorettę już wiele razy. Mimo to, z przyzwyczajenia, ściska medalion i modli się w milczeniu. Ave Maria, piena di grazia…
– Signora Bianchi? Signora Bianchi! Zamierza nam pani pomóc czy nie? – Twarz signora Dawsona znajduje się zaledwie kilka centymetrów od jej twarzy.
– Tak, oczywiście, signor. Właśnie się zastanawiałam, jak najlepiej rozwiązać problem. Widzi pan, to pierwsza skarga, jaką kiedykolwiek otrzymaliśmy na signora Giuseppego. Jest jednym z najbardziej cenionych śpiewaków w całym San Marco.
– Najlepszym – wtrąca Alberto zza jej pleców.
Loretta rzuca mu ostre spojrzenie.
– Trzeba opróżnić kosz w kuchni.
Alberto śmieje się i znika na zapleczu.
Loretta znów zwraca się do gości, puszczając medalion:
– Przekażę państwa uwagi firmie wynajmującej gondole. Tymczasem, ponieważ rezerwowali państwo przejażdżkę przez nasz hotel, natychmiast zlecę pełny zwrot kosztów. Czy to satysfakcjonujące rozwiązanie?
Signora Dawson – niska, krępa kobieta o krótko przyciętych siwych lokach, w identycznej bluzie z napisem „Kocham Wenecję” – nieznacznie kiwa głową. Nie podnosi wzroku, jej twarz jest zaczerwieniona. Lorettę uderza intensywny błękit cienia na jej powiekach i to, jak grubo został nałożony.
– Tak, tak, to wystarczy – stwierdza il signore. – I proszę przekazać tej firmie, że biję tego „jednego z najbardziej cenionych śpiewaków” na głowę, nucąc pod prysznicem.
Loretta szczerze w to wątpi, ale przytakuje.
Gdy starsze małżeństwo odchodzi, Loretta włącza komputer i wyszukuje ich w systemie.
– Che succede, mamma? – Rocco wychyla się z kuchni, uśmiechnięty. Uśmiech niemal nigdy nie schodzi mu z twarzy. To jedna z rzeczy, które Loretta najbardziej w nim kocha.
– Właśnie księguję sto siedemdziesiąt euro zwrotu. Śpiew Giuseppego najwyraźniej nie przypadł naszemu gościowi do gustu.
– L’Americano?
– A któżby inny? – Loretta otwiera konto Dawsonów.
– Rano przy śniadaniu narzekał, że żona dostaje migreny, bo ściany w jadalni są zbyt różowe.
– Słyszałam – mówi Loretta, przewracając oczami. – Wygląda na to, że wszystko w San Marco przyprawia tę kobietę o ból głowy. Zanieś im, proszę, małą deskę serów. Na koszt hotelu, z okazji świąt. Może to spowolni lawinę skarg.
– Dobrze. I nie będę nucił w ich pobliżu, bo jeszcze zażądają zwrotu za cały pobyt.
– Tak, lepiej dmuchać na zimne. – Śmieje się.
Niechętnie zatwierdza zwrot na koncie Dawsonów, po czym odpowiada na dwa maile z zapytaniami. Alberto wraca z kuchni i staje za jej plecami. Oddycha głośniej i szybciej niż zwykle – a ją to drażni.
– Posłuchaj siebie – mówi, nie odrywając wzroku od ekranu. – Pal dalej, na zdrowie.
– Źle się czuję.
– Żartowałam.
– Loretto… – sapie, a jego głos jest dziwnie zdławiony.
Odwraca się gwałtownie. Alberto opiera się o ladę, twarz lśni mu od potu.
– Co jest? Co się dzieje?
Łapie powietrze i kręci głową.
Loretta chwyta go za ramię.
– Mów, co się dzieje!
Kolana uginają się pod nim i osuwa się na podłogę, jak marionetka, której ktoś przeciął sznurki.
– Alberto! – krzyczy Loretta. – Alberto!
Pada na kolana i przewraca go na plecy. Jest bezwładny; oczy ma zamknięte. Głośny oddech nagle się urywa. Czy on w ogóle oddycha? Loretta nie potrafi tego stwierdzić.
– Rocco! Pomocy!
Chwyta jego zwiotczałą rękę i próbuje wyczuć puls na nadgarstku. Jest? Trudno powiedzieć.
– Rocco! – woła znowu.
Jej syn zbiega po schodach.
– Papà!
– Dzwoń po karetkę! – wykrzykuje do niego. – Szybko!
Rocco rzuca się do telefonu i drżącym głosem podaje dyspozytorowi szczegóły.
Czy on nie żyje? Santa Maria, umarł?
– Czy on umarł?! – krzyczy do Rocca.
– Nie wiem, mamo. Nie wiem.
Loretta spogląda w stronę drzwi wejściowych, wypatrując Mariny, jakby mogła ją przywołać samą myślą.
W holu zaczynają gromadzić się goście.
Alberto ani drgnie.
– Zadzwoniliście po karetkę? – pyta ktoś.
– Czy ktoś zna się na pierwszej pomocy? – woła inny głos.
– Reanimacja! – krzyczy Loretta. – Kto umie ją przeprowadzić?
Goście kręcą głowami, mamrocząc przeprosiny.
– Zacznę go reanimować – mówi do Rocca.
– Wiesz jak?
– Nie.
Odchyla głowę Alberta, otwiera jego zwiotczałe usta i przyciska swoje wargi do jego. Czuje smak stęchłego dymu papierosowego. Wdmuchuje w niego powietrze, ile tylko zdoła. I znowu. Ile oddechów powinna wykonać? Robi to jeszcze trzy razy.
– Uciskaj serce – poleca synowi.
Rocco obchodzi ciało ojca i drżącymi dłońmi naciska środek klatki piersiowej.
– Nie wiem, co robić. – Łzy zbierają mu się za szkłami okularów.
– Nie przestawaj. Jeszcze kilka razy. – Bierze głęboki wdech i znów pochyla się nad ustami Alberta.
Wspólnymi siłami wykonują kolejne cykle wdechów i uciśnięć. Alberto pozostaje przerażająco nieruchomy.
Loretcie szybko zaczyna brakować tchu, kręci jej się w głowie. Nie przestawaj – powtarza sobie mimo obezwładniającego zmęczenia. – Nie przestawaj.
– Jestem lekarzem.
Gość hotelowy, który zameldował się rano, młody Australijczyk – signor Taylor – góruje nad nią.
– Co się stało?
– Nie wiem. Nie wiem! Powiedział, że źle się czuje, a potem się przewrócił – odpowiada, cofając się, by zrobić mu miejsce.
Signor Taylor klęka obok niej i przykłada ucho do ust Alberta.
– Wezwaliście karetkę?
– Tak.
– Zjadł coś, na co mógłby być uczulony? Alkohol? Narkotyki? – Unosi ramię Alberta i sprawdza puls.
Pytania padają jak z karabinu maszynowego, więc Loretta równie szybko odpowiada:
– Żadnych uczuleń. Do lunchu wypił kieliszek czerwonego wina. Nigdy nie zażywał narkotyków.
– Miał już zawał albo zatrzymanie krążenia?
– Nie.
– A inne schorzenia?
– Nie. – Przełyka ślinę. – Pali.
– To widać. – Lekarz unosi powieki Alberta, jedną po drugiej, i świeci mu latarką z telefonu w oczy. Źrenice są rozszerzone. – Będę kontynuował resuscytację do przyjazdu karetki.
– Jest pan lekarzem? – Musi usłyszeć to jeszcze raz.
– Neurochirurgiem.
Grazie a Dio.
Lekarz natychmiast wykonuje dwa krótkie, zdecydowane oddechy. Loretta obserwuje, jak klatka piersiowa męża unosi się i opada. Potem uciska mostek – mocno, z absolutną pewnością siebie – o wiele więcej razy, niż robił to Rocco, po czym znów wykonuje dwa oddechy i wraca do ucisków. Jest spokojny, metodyczny. Ten cudowny mężczyzna o twarzy anioła dokładnie wie, co robi.
Rocco obejmuje Lorettę ramieniem. Kucają razem na podłodze, podczas gdy lekarz głośno liczy do trzydziestu, uciskając klatkę piersiową Alberta przy każdej liczbie.
Loretta wpatruje się w plamę na dywanie obok głowy Alberta.
Boże, błagam, ocal mojego Alberta. Pozwól mi jeszcze raz usłyszeć jego śmiech. Jego śpiew. Obiecuję, że będę dobra, jeśli go oszczędzisz. Przed oczami staje jej uśmiechnięta twarz Alberta w dniu ślubu – dumny, stojący naprzeciw niej przy ołtarzu.
Modli się, aż wzory paisley na dywanie zaczynają wirować, a potem mruga. Podnosi wzrok na szepczący tłum i napotyka spojrzenie signory Taylor – młodej żony lekarza stojącej nieopodal. Gesù Cristo, co ona z siebie zrobiła. Co za osobliwa para: mąż wygląda jak model z wybiegu, z rysami jak posąg. Nawet teraz Loretta dostrzega, jak przenikliwie niebieskie są jego oczy.
– Chyba oddycha – mówi lekarz, znów przykładając ucho do ust Alberta. – Tak. Oddycha.
– Będzie żył? – Rocco dotyka ramienia ojca.
– Nie wiem. Jak ma na imię?
– Alberto – odpowiada Rocco.
Lekarz potrząsa nim mocno za ramiona.
– Alberto! Słyszysz mnie? Alberto! Obudź się!
Głowa Alberta bezwładnie opada.
– Nie budzi się – szepcze Loretta do Rocca, gdy lekarz ponownie nim potrząsa.
I wtedy powraca świst. Loretta nigdy nie była tak szczęśliwa, słysząc ten dźwięk.
Kolejne minuty zlewają się w jedno. Ratownicy wpadają do holu, przepychając się przez gapiów. Rozmawiają z lekarzem po angielsku, ten ociera pot z czoła. Góruje nad nimi wzrostem, szerokimi ramionami i głębokim głosem.
– Uratował mu pan życie, dottore. Brawo.
Ratowniczka, drobna szatynka, trzepocze rzęsami w jego stronę.
Ratownicy mierzą Albertowi ciśnienie i poziom tlenu. Znowu nim potrząsają.
– Alberto, proszę się obudzić!
Jęczy, lecz nie otwiera oczu; oddycha płytko, nierówno, ze świstem.
– Signora, zabieramy go do szpitala. Na łodzi jest miejsce tylko dla pacjenta – oznajmia ratownik.
– Pójdę pieszo – odpowiada Loretta.
Rocco pomaga jej wstać. Obejmują się mocno. Oboje drżą.
Loretta odwraca się, by podziękować lekarzowi, ale nigdzie go nie ma.
Ratownicy układają Alberta na noszach i kierują się w stronę tylnego wyjścia z hotelu, prowadzącego prosto nad kanał, gdzie czeka już wodna karetka. Loretta ściska jego bezwładną dłoń. Czy on w ogóle wie, co się dzieje? Czy cierpi?
Nie puszcza jego ręki, dopóki nie musi.
Gdy zabierają Alberta, kilku gości podchodzi, by złożyć jej i Roccowi wyrazy współczucia. Rocco przeprowadza ją przez tłum, osłaniając ramieniem.
Dopiero kiedy gapie zostają za nimi, Loretta dostrzega zakonnicę stojącą samotnie przy wielkiej choince pośrodku holu. Ma na sobie jasnobrązowy habit i czarny welon; przy uchu wymknęło jej się pasmo siwiejących blond włosów. Patrzy prosto na Lorettę, z lekko przechyloną głową i nieśmiałym, niemal pytającym uśmiechem.
Przez chwilę Loretta boi się, że nie tylko serce Alberta dziś się zatrzyma. Przyciska dłoń do piersi, w której jej własne bije jak oszalałe, i chwiejnym krokiem podchodzi do zakonnicy, aż dzielą je zaledwie centymetry. Musi się powstrzymać, by nie wyciągnąć ręki i nie dotknąć jej twarzy – upewnić się, że to nie zjawa.
– Flavia? – pyta ochrypłym głosem. – To naprawdę ty?
– Od dziesiątek lat nie słyszałam tego imienia. – Flavia uśmiecha się szerzej. – Witaj, Loretto. Jak się masz?
Loretta nie potrafi znaleźć słów. Wszystko wokół niej się rozpływa. Widzi tylko Flavię.
– Chyba wybrałam nienajlepszy moment na przyjazd – mówi Flavia, splatając dłonie. – Przepraszam. To był twój mąż? Mam nadzieję, że dojdzie do siebie.
– Co tu robisz?
Flavia śmieje się krótko. Minęło trzydzieści sześć lat, odkąd Loretta po raz ostatni słyszała ten śmiech, a wciąż działa na nią tak samo.
– Czy to nie oczywiste? – pyta łagodnie. – Przyjechałam tu dla ciebie.
Loretta nie potrafi oderwać wzroku od jej piwnych oczu i pełnych ust. Jej uroda ani trochę nie przygasła z wiekiem.
Podchodzi do nich Rocco.
– Buon Natale, suora. – Z szacunkiem kłania się zakonnicy, po czym zwraca się do Loretty: – Chcesz, żebym przyniósł ci coś do szpitala, mamma?
Obecność syna przypomina Loretcie, gdzie się znajduje i czyją jest żoną. Nagle uświadamia sobie, że stoi tu bez ruchu, jakby życie Alberta nie wisiało na włosku. Kto wie, czy w ogóle jeszcze oddycha.
– Przynieś moją torebkę – mówi do Rocca. – Potrzebuję telefonu. I spakuj okulary.
Gdy jej syn oddala się truchtem, Loretta unosi brodę i patrzy Flavii prosto w oczy.
– Jeśli przyjechałaś po mnie, to się spóźniłaś. O trzydzieści sześć lat.
Odchodzi od niej.
– Loretto! – woła Flavia.
Loretta staje, lecz się nie odwraca.
– Zatrzymałam się w San Zaccarii, na plebanii. – Głos Flavii niesie się przez hol.
Loretta idzie dalej, ku wyjściu, nie oglądając się za siebie. Na zewnątrz, w lodowatym weneckim powietrzu, wsadza dłoń pod sweter, szukając ukojenia w dotyku medalionu. To prawda, wiele razy czuła się porzucona przez Najświętszą Panienkę, lecz dziś gorąco wierzy, że jej nie zawiedzie. Madonna już okazała łaskę, zsyłając anielskiego lekarza, który uratował życie Albertowi.
Loretta ściska medalion i modli się, by Najświętsza Panienka dopełniła cudu i sprawiła, że jej mąż wróci do zdrowia.
Idzie szybkim krokiem w stronę szpitala. Dopiero gdy zęby zaczynają jej szczękać, uświadamia sobie, że wyszła bez płaszcza i nawet nie poczekała na Rocca z torebką. Mimo to idzie dalej – oddalając się od kobiety, która ją porzuciła, ku mężczyźnie, co do którego ma nadzieję, że nigdy tego nie zrobi.
Sophie zastanawia się, czy jej przewodniczka nie trenuje przypadkiem do maratonu. Wyprzedziła ją tak bardzo, że Sophie bez trudu mogłaby ją zgubić w tłumie.
– Przepraszam. Przepraszam – mamrocze co rusz do poirytowanych przechodniów, których niechcący trąca biodrem albo ramieniem, rozpaczliwie próbując dotrzymać jej kroku.
Przewodniczka – chuda jak patyk, ubrana w białe skórzane spodnie i szpilki na niebotycznie wysokich obcasach – która nawet się nie przedstawiła, gdy spotkały się na lotnisku Marco Polo, dociera do schodów i na szczęście zatrzymuje się, żeby wystukać coś na telefonie. Sophie podbiega do niej. To już piąte schody, odkąd wysiadły z vaporetto1. Snując marzenia o pięknych kanałach przecinających miasto, nie pomyślała, że trzeba je pokonywać pieszo, po mostkach. A mostki oznaczają schody. Cholernie dużo schodów. Zgrzała się mimo lodowatego powietrza, a gumowe kółko w walizce trzyma się na słowo honoru, choć to jego dziewicza wyprawa.
Podobnie jak para jaskraworóżowych botków do kostki – tych, w które kliknęła dosłownie raz na Instagramie w zeszłym miesiącu, przez co zaczęły pojawiać się w jej feedzie osiem razy dziennie, aż w końcu skapitulowała i je kupiła. Teraz obie pięty palą ją żywym ogniem – pęcherze ma gwarantowane jak w banku. W świecie zwierząt nazywa się to agresywną mimikrą: ofiara daje się zwabić wyglądowi drapieżnika, który potem ją zabija. Drapieżnik, botki – jeden pies.
W ciągu ostatnich pięciu minut minęła co najmniej pół tuzina butików z cudownymi butami w witrynach – zapewne o połowę tańszymi niż narzędzia tortur, które ma na nogach. Kto, do diabła, kupuje skórzane buty przed przyjazdem do Włoch?
– Proszę iść za mną – mówi przewodniczka, nawet na nią nie patrząc, po czym znów rusza w takim tempie, jakby planowała pobić życiówkę. Sophie równie dobrze mogłaby gonić Strusia Pędziwiatra, ciągnąc za sobą walizkę z felernym kółkiem. – Jesteśmy na miejscu, signora. – Kobieta zatrzymuje się gwałtownie i macha Sophie kartką przed nosem. – Hotel Il Cuore. Proszę podpisać. Prego.
Sophie składa podpis na żółtym świstku.
– Dziękuję, bardzo doceniam… – zaczyna, lecz kobieta już pędzi z powrotem w stronę Canal Grande. – Miiip, miiip – mruczy pod nosem.
Powinna się cieszyć, że „Foodie” w ogóle zorganizowało dla niej przewodniczkę. Sama nigdy w życiu nie trafiłaby do hotelu. Skręcały w lewo i w prawo tyle razy, że dawno straciła rachubę.
Zatrzymuje się na chwilę, by pozachwycać się fasadą kultowego Hotelu Il Cuore – trzypiętrowego budynku z jasnoniebieskiego kamienia, który błyszczy jak klejnot pośród otaczających go czerwonych i kremowych kamienic – po czym wciąga walizkę po sześciu stromych stopniach do wejścia. Na lotnisku w Melbourne jej walizkę upokorzono wielką naklejką z napisem „HEAVY”, ostrzegającą obsługę przed ciężarem bagażu. Gdy niemal wyrywa sobie bark, taszcząc ją na ostatni stopień, przeklina w duchu Sophie z wczoraj, która spakowała niemal cały swój dobytek na dwutygodniowy wyjazd. Bo „dobrze mieć wybór”.
Dysząc, opiera się o szklane drzwi prowadzące do holu. Lobby Il Cuore wygląda dokładnie tak jak w internecie – ciasne, nieco przestarzałe, urocze: pluszowy dywan we wzory, grube białe kolumny oplecione sztucznymi roślinami, wystawne żyrandole zwisające z rozet sufitowych, lada recepcji z ciemnego mahoniu, a pośrodku – choinka tak ogromna, że niemal pochłania całe wnętrze.
– Buongiorno, signora. Wesołych Świąt! Meldujemy się? – Pracownik hotelu podbiega do niej z drugiego końca foyer.
Ooo, dzień dobry. Kogo my tu mamy? Wysoki – jest. Szatyn – jest. Przystojny – JESZCZE JAK.
Uśmiecha się do niego tak, jakby nie była spocona i ledwo żywa.
– Cześć! Tak, melduję się. Sophie Black. Rezerwacja może być na „Foodie Mag” albo Foodie Enterprises? A może po prostu na Sophie Black. Tak zwykle robią. Sama się gubię. I pana przy okazji też. Ha! – Przestań paplać.
– Ach, to pani jest tą dziennikarką kulinarną! Pozwoli pani, że wezmę walizkę. Prego, prego. Proszę za mną. Jestem Rocco Bianchi, syn Loretty Bianchi!
Prowadzi ją do lady recepcji ozdobionej girlandą z migoczącymi lampkami.
– Marino! Marino! La signora z Australii przyjechała! Marino! Dove? Proszę tu chwilę poczekać, signora. Niech pani usiądzie. – Wskazuje aksamitną kanapę obok recepcji. – Momencik. – Unosi palec i znika za wahadłowymi drzwiami.
Czy wszyscy Wenecjanie bez przerwy biegają? Czy to jakaś lokalna cecha?
Telefon Sophie wibruje w jej kieszeni. Wiadomość od Bec.
Dotarłaś już?
Jak ci się podoba bella Venezia?
Brodzisz po wodzie w gumiakach?
Właśnie przyjechałam!
Powodzi brak, ale Wenecja jest bardziej lodowata niż Nicole Kidman.
Zaraz lecę na Piazza San Marco na porządne zwiady
Jak tam święta?
Istna postapokalipsa.
Wszyscy nieprzytomni z przejedzenia.
Daj jutro znać, jak ci poszło.
Nie mogę się doczekać, co powiesz o Signorze Bianchi!
Właśnie poznałam jej syna.
Całkiem niezły!
Ooo, ale czy też gotuje?
Wraca Rocco, a za nim kobieta, która musi być jego bliźniaczką. Oboje wysocy i szczupli, z wielkimi brązowymi oczami, wysokimi kośćmi policzkowymi i burzą czarnych loków – u niego krótkich, u niej opadających na ramiona. Oboje w okularach: Rocco w cienkich drucianych oprawkach à la John Lennon, Marina w wielkich, plastikowych, czerwonych. Oboje onieśmielająco piękni.
Rocco wykonuje teatralny gest w stronę Mariny.
– A oto i ona. Moja siostra!
Jakby przedstawiał Sophie członkinię rodziny królewskiej. Urocze.
– Wesołych Świąt, signora. Czy Rocco wyjaśnił już sytuację? – Marina siada za ladą. Jest wyraźnie mniej nakręcona niż brat.
Zanim Sophie zdąży odpowiedzieć, Rocco wtrąca:
– To tylko drobna niedogodność, signora. – Zbliża do siebie kciuk i palec wskazujący, pokazując, jak bardzo drobna. – Otóż dziś nasz papà miał tyci zawał.
Co do…?
– Zawał? O mój Boże! Czy on… czy wszystko z nim w porządku?
– Tak, grazie a Dio, został odratowany i teraz jest w szpitalu – odpowiada Rocco. – Wszystko dobrze.
– Żadne tam „dobrze”. – Marina posyła mu wściekłe spojrzenie. – Nasz ojciec prawie dziś umarł. Jego stan jest na razie stabilny, ale przebywa na oddziale intensywnej terapii i lekarze mówią, że potrzebna będzie operacja. Nie wiemy, jak będą wyglądały najbliższe dni, a nawet tygodnie czy miesiące. Nasza mama oczywiście jest z nim w szpitalu. Możliwe, że nie będzie w stanie pracować przez jakiś czas. Przykro mi, signora, ale musimy się wycofać z artykułu.
Powietrze uchodzi Sophie z płuc.
– Rozumiem.
– Ale papà niedługo wyjdzie ze szpitala i wszystko wróci do normy… – zaczyna Rocco.
– Nic nie wróci do normy przez długi czas – wchodzi mu w słowo Marina. – Wiem, że to fatalny moment, ale nie możemy gościć w kuchni dziennikarki, gdy dzieje się coś takiego.
Kurwa.
Rocco wpatruje się w podłogę, zaciskając szczękę.
Marina wzdycha.
– Bardzo przepraszamy, signora.
Sophie szybko bierze się w garść.
– Proszę się nie martwić. To żaden problem.
– Dziękuję za zrozumienie – mówi Marina. – Czy potrzebuje pani pomocy w przebukowaniu lotu powrotnego do Australii?
Prrr, kobieto, daj mi sekundę.
– Nie, nie, macie już wystarczająco dużo spraw na głowie. Rano sama wszystko ogarnę i wyniosę się stąd najszybciej, jak się da. Słowo.
– Musi pani być bardzo zmęczona po podróży. – Marina uśmiecha się nieco cieplej. Najwyraźniej Sophie zyskała w jej oczach, deklarując, że się „wyniesie”. – Przyślemy do pani apartamentu kawałek keksu i herbatę. Rocco panią zaprowadzi. Jeszcze raz przepraszam. – Wręcza jej kartę do pokoju.
Rocco prowadzi Sophie przez hol, taszcząc jej walizkę. Sophie kuśtyka za nim. Gdy tylko zostanie sama, drapieżne botki wylądują w koszu. Albo nie – są zbyt ładne.
Kiedy Marina nie może ich już usłyszeć, Rocco nachyla się w stronę Sophie.
– Proszę nie brać sobie do serca tego, co powiedziała moja siostra. Niech pani nie wyjeżdża. Marina myśli, że zdoła przekonać naszą mammę, żeby nie pracowała, ale to niemożliwe. Proszę zostać i poczekać, aż wróci. Bardzo się cieszyła na współpracę z panią.
– Na pewno? Mam tu spędzić tylko dwa tygodnie.
– Rozmawiałem z nią przez telefon dosłownie parę minut przed pani przyjazdem. Próbowała mnie przekonać, żebym pojechał do szpitala zamiast niej, bo chciała wieczorem popracować. Papà doprowadza ją do szału. – Rocco parska cichym śmiechem. – Ani się obejrzymy i wróci do nas. Obiecuję.
– Operacja serca to nie przelewki. Może nie docenia pan powagi sytuacji?
– Znam rodziców. Papà będzie chciał jak najszybciej opuścić szpital, a mamma będzie myślała tylko o restauracji. Mieszkamy tu, na miejscu, więc wszyscy możemy się nim zająć. Proszę nie wyjeżdżać, signora. Niech pani zostanie.
Uśmiecha się do niej – i Sophie podejmuje błyskawiczną decyzję. Bo nawet jeśli Signora Bianchi nie wróci do pracy wystarczająco szybko, kto byłby w stanie odmówić uroczemu Włochowi, który tak pięknie prosi?
– Chyba mogę się trochę wstrzymać z wyjazdem, jeśli moja szefowa się zgodzi. Zobaczymy, jak się potoczą sprawy z pańskimi rodzicami.
– Doskonale! Czyli nigdzie pani nie leci, a gdy mamma wróci, pokaże pani najlepsze weneckie przepisy do magazynu. Jest cudowną kucharką. I najwspanialszą osobą na świecie. Przekona się pani!
– Nie mogę się doczekać, żeby ją poznać.
Myśli Sophie na moment biegną ku jej własnej matce i czterem połączeniom od niej, które dziś odrzuciła. Wie, że powinna oddzwonić. Jeśli nie w Boże Narodzenie, to kiedy?
Zatrzymują się przy windzie. Sophie widziała podobne windy – z żelazną kratą – tylko w starych filmach. Rocco gestem zaprasza ją do środka, po czym wchodzi za nią z walizką i ręcznie zamyka kratę oraz drzwi.
– Apartament na pierwszym piętrze. Dostała pani nasz najlepszy pokój. – Uśmiecha się, a Sophie aż ściska w żołądku. – Kolejnym powodem, dla którego powinna pani zostać, jest wystawa Venice Rising, która zaczęła się właśnie dziś. Przez dwanaście dni, aż do uroczystości Objawienia Pańskiego, prezentowana będzie sztuka z całego świata. To bardzo ważna wystawa poświęcona walce na rzecz klimatu. – Gestykuluje rękami, jakby grał na akordeonie.
– Tak? Będę musiała to zobaczyć.
Stoją tak blisko siebie, że Sophie czuje zapach kawy w jego oddechu. Winda wjeżdża na piętro – trzęsąc się i skrzypiąc – znacznie dłużej, niż wydaje się to możliwe. Sophie obserwuje Rocca z taką samą uwagą, z jaką śledzi twarze stewardes podczas turbulencji. Sprawia wrażenie niewzruszonego. Gdy winda wreszcie zatrzymuje się z głuchym łoskotem, ma wrażenie, jakby właśnie dotarła na szczyt Empire State Building.
– Prego. – Rocco gestem zaprasza ją do wyjścia na korytarz wyłożony dywanem, z pasteloworóżowymi drzwiami po obu stronach. Naprzeciwko windy, na końcu długiego korytarza, w złoconej ramie wisi ogromny portret papieża.
– Papież! – woła Sophie, wskazując palcem obraz, jakby ujrzała stado krów przez okno samochodu.
– Tak. Il Papa. Lubi go pani?
– Eee… nie jestem szczególnie religijna.
– Ja też. Ale moja mamma… – Gwiżdże cicho. – Jest bardzo, bardzo, bardzo religijna.
Dobrze wiedzieć. Zero żartów o Jezusie.
Rocco otwiera drzwi do ostatniego apartamentu po prawej i przytrzymuje je dla Sophie.
– To pani pokój. Witamy, signora.
– Sophie.
– Dobrze. Mam nadzieję, że spędzisz tu miło czas, Sophie.
Jej wzrok wędruje po różowo-białej tapecie w pionowe pasy, haftowanej lnianej narzucie na mosiężnym łóżku, przytulnym fotelu w rogu i białej drewnianej komodzie, na której stoi wazon z pastelowymi różami. Pokój jak żywcem wyjęty z jej dziecięcych marzeń. Gdyby nie palący ból stóp, podskoczyłaby z radości.
Rocco podchodzi do okna i otwiera czerwone okiennice. Firanki unoszą się, gdy do środka wpada powiew chłodnego powietrza.
– Jest zimno, ale podejdź na chwilę i posłuchaj.
Z dołu dolatują potężne, operowe głosy gondolierów śpiewających chórem. Sophie podchodzi, wychyla się przez okno i patrzy w dół na wąski kanał. Pod oknem przepływają dwie gondole, jedna za drugą. Gondolierzy pochylają głowy, mijając mostek. Dziewczynka płynąca z rodzicami zauważa Sophie i Rocca i do nich macha. Sophie odwzajemnia gest, a Rocco posyła małej całusa, na co ta chichocze i zakrywa usta dłonią, zanim gondola zniknie za zakrętem.
Rozbrzmiewają dzwony kościelne – głośne, melodyjne.
– To dzwony z wieży na Piazza San Marco – wyjaśnia. – Tylko teraz, między Bożym Narodzeniem a Objawieniem Pańskim, biją co godzinę. Zwykle można je usłyszeć jedynie dwa razy dziennie.
– Jaki cudowny dźwięk! – zachwyca się Sophie.
Słychać je, jakby biły tuż obok, a nie kilka ulic dalej.
Rocco zamyka okiennice, gdy dzwony cichną.
– Wrócę za dwie minuty z czymś dobrym do jedzenia, dobrze? Zapukam. Gdy usłyszysz pukanie, będziesz wiedziała, że to ja, Rocco. – Poprawia okulary.
Sophie patrzy na tego uroczego, seksownego mężczyznę z potarganymi czarnymi lokami, który wtaszczył jej bagaż, przyprowadził ją do tego rajskiego zakamarka, a zaraz przyniesie jej herbatę oraz coś do zjedzenia, i dochodzi do wniosku, że chyba właśnie odrobinkę się zadurzyła.
Po wyjściu Rocca telefon Sophie zaczyna wibrować. Na ekranie znów wyświetla się imię Penelope. Sophie czeka, aż się rozłączy. Wyjazd do Wenecji uchronił ją przed spędzeniem pierwszego dnia świąt w przygnębiającym szeregowcu matki, przy puddingu z Woolworthsa, ale prędzej czy później i tak będzie musiała z nią porozmawiać.
Rozlega się pukanie do drzwi. Rocco wnosi do środka srebrną tacę z ceramicznym czajnikiem w kwiatowy rzucik, filiżanką i spodkiem od kompletu oraz talerzykiem z dwoma solidnymi kawałkami ciasta naszpikowanymi owocami.
– Marantega, popisowe ciasto mojej mammy – oznajmia z dumą, stawiając tacę na komodzie. – Piecze świeżą marantegę każdego dnia przez dwanaście dni świąt. Dziś jemy pierwszą blachę. Mam nadzieję, że tobie też będzie smakować, Sophie.
Kobieta odłamuje palcami spory kawałek. Ciasto rozpada się na języku; smaki kopru włoskiego, moreli i rodzynek konkurują ze sobą.
– Mmm. Pyszne.
– A nie mówiłem? Dobre, prawda? Buon appetito. – Zerka na zegarek. – Widzimy się o szóstej wieczorem na kolacji?
– Poradzicie sobie bez Signory Bianchi?
– Z trudem. – Gestykuluje żywo. – Papà oczywiście też bardzo pomaga w kuchni. Nasi kuzyni, Chiara i Salvatore, przyjechali z Padwy, żeby nas wesprzeć. Pracują tutaj, ale dziś mieli mieć wolne. – Śmieje się. – W każdym razie jakoś sobie poradzimy. Mamma przygotowała wszystko rano, zanim biedny papà… – Urywa, wzdychając. – Jutro będzie gorzej. Turyści przychodzą tu wyłącznie dla mammy i jej jedzenia. Mam nadzieję, że nie poczują się bardzo rozczarowani, gdy zamiast Signory Bianchi będzie gotować jej gamoniowaty syn.
– Chętnie pomogę – mówi Sophie. – Znam się trochę na kuchni.
– To bardzo miłe, ale przyleciałaś tu po to, żeby pisać o mammie, a nie stać przy garach. – Znowu spogląda na zegarek. – Odpocznij, napij się herbaty, zanim wystygnie, zjedz ciasto, a pod wieczór, o szóstej, przyjdź do restauracji. Zarezerwuję dla ciebie najlepszy stolik.
Po jego wyjściu Sophie ponownie otwiera okiennice i siada przy oknie, z parującą filiżanką herbaty w dłoniach.
Zostaje sama ze swoimi myślami i natychmiast ogarnia ją smutek. Od miesiąca – odkąd poznała prawdę o matce – słowa Penelope nie dają jej spokoju.
To nie był zawał, wiesz? Tylko ja.
Penelope była pijana, wyznając to podczas jednej z ich czwartkowych kolacji. Tak pijana, że Sophie nie ma pewności, czy matka w ogóle pamięta, co wtedy powiedziała, serwując jej rozgotowaną wołowinę i rzadkie purée ziemniaczane. Kiedyś Penelope była świetną kucharką. Najlepszą. Ale te czasy dawno minęły.
Następnego popołudnia Penelope zadzwoniła, jakby nic się nie stało. Jak gdyby nie wysadziła w powietrze całego świata Sophie jednym wyznaniem.
Sophie kręci głową, wspominając, jak matka zaczęła opowiadać o nowym przepisie z użyciem Thermomiksa, który właśnie testowała.
– Sieka mi nawet cebulę, kochanie. Naprawdę, musisz sobie taki sprawić, jeśli cię stać.
Przestań gadać o swoim Thermomiksie, ty bezwzględna morderczyni! – miała ochotę krzyknąć do słuchawki.
Śpiew gondolierów wypełnia powietrze. Sophie popija herbatę. Nie będzie mogła unikać Penelope w nieskończoność, ale na razie jest tutaj – w pięknym nowym mieście, daleko od niej.
Kończy ciasto i rozpakowuje walizkę. Gdy dzwony obwieszczają piątą po południu, wsuwa stopy w mniej ekstrawaganckie buty, związuje włosy w kucyk, bierze kartę do pokoju i wychodzi z apartamentu.
Na korytarzu znów staje twarzą w twarz z groteskowo wielkim portretem papieża Franciszka. Wygląda, jakby coś ukrywał.
Na dole, na końcu holu, harmonijkowe drzwi prowadzące do restauracji są szeroko otwarte. Wejście do środka przypomina wkroczenie do krainy cudów. Wysoki przeszklony sufit daje wrażenie przestrzeni pod gołym niebem, a strategicznie rozmieszczone gazowe ogrzewacze podtrzymują przyjemne ciepło. Ponad tuzin glinianych donic, sięgających Sophie do bioder, mieści blisko dwumetrowe paprocie oplecione tysiącami lampek. Rośliny stoją między około dwudziestoma kwadratowymi stolikami przykrytymi obrusami w różowo-białą kratkę, z wazonami pełnymi kolorowych róż. Nic dziwnego, że to miejsce jest sławne.
Sophie przez chwilę chłonie to piękno, po czym wypuszcza powietrze i przechodzi przez wahadłowe drzwi z napisem „Tylko dla personelu”.
W przestronnej śnieżnobiałej kuchni panuje chaos. Rocco i Marina, a także jeszcze jeden mężczyzna i jedna kobieta – równie wysocy, szczupli, kędzierzawi i niewiarygodnie atrakcyjni, zapewne kuzyni, o których wspominał Rocco – mówią wszyscy naraz. Na kuchence stoją rzędem ogromne stalowe garnki, w których coś bulgocze. Na wielkiej marmurowej wyspie panuje totalny bałagan: garnki, ścierki, warzywa pokrojone na deskach i dziesiątki surowych ravioli wielkości dłoni, rozłożonych na papierze do pieczenia.
Nikt nie zwraca na Sophie uwagi.
– Cześć! – woła.
Wciąż rozmawiają ze sobą po włosku, podniesionymi głosami, gestykulując żywo, jakby grali na wyimaginowanych akordeonach.
– Halo! – mówi głośniej.
Wszyscy nagle milkną i odwracają się w jej stronę.
– Signora, witam. – Marina marszczy brwi. – W czym mogę pomóc?
– Właśnie po to tu jestem – odpowiada z uśmiechem. – Żeby zaproponować pomoc.
– Sophie! – Rocco podchodzi do niej, unosząc ramiona w powitalnym geście. Na jego czarnej koszuli odznaczają się wielkie plamy potu pod pachami. – Jesteś taka miła. Mówiłem przecież, żebyś się nami nie przejmowała.
– A ja postanowiłam to zignorować. Macie za sobą koszmarny dzień. Ja zdążyłam odpocząć, zjeść pyszny podwieczorek, za który swoją drogą bardzo dziękuję, i czuję się jak nowo narodzona. – Dostrzega fartuch wiszący przy drzwiach. – No dobrze. – Zakłada go przez głowę i wiąże w pasie. – To od czego zaczynamy?
Gdy piękną twarz Rocca rozświetla uśmiech, jej serce mięknie bez reszty.
Mamma ściska dłoń Eleny, jakby w obawie, że jeśli ją puści, córka zniknie. Siedzą na wytartej brązowej kanapie w mieszkaniu rodziców, a pomiędzy nimi – sąsiadka.
Mamma wpatruje się w Elenę. Podczas ich nielicznych wideorozmów Elena manipulowała światłem, by ukryć przed nią powagę sytuacji. Starała się też zasłaniać jak najwięcej, chowając się za Christianem. To on zawsze trzymał telefon. Dlatego mamma przyjrzała jej się tak naprawdę po raz pierwszy od pięciu lat dopiero wtedy, gdy trzy godziny temu stanęli na progu jej mieszkania.
– Zmieniłaś się – szepnęła.
Elena nie odpowiedziała. Rzuciła się w jej otwarte ramiona i od tamtej pory nie mogły się od siebie odkleić.
Mieszkanie jest pełne krewnych i przyjaciół, którzy po raz pierwszy mają okazję poznać Christiana, a przy okazji widzą, do jakiego stanu doprowadziła się Elena. Unika ich spojrzeń, rozglądając się po pokoju. Niewiele się zmieniło. Stary telewizor wciąż stoi na wyblakłej drewnianej skrzynce ozdobionej pojedynczym pasem cienkiej, zielonej lamety. Koronkowe firanki z poliestru są bardziej pożółkłe, niż zapamiętała; zasłaniają jedyne okno wychodzące na wąską uliczkę. Po jego obu stronach wiszą ozdobne talerze z kolekcji mammy. Elena kocha każdy element tej ciasnej, zagraconej przestrzeni. Nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo brakowało jej tego miejsca.
Przylecieli do Wenecji późnym rankiem, spędziwszy trzydzieści dwie godziny w podróży. Elena marzyła, by po zameldowaniu w Il Cuore od razu przyjechać do mamy, lecz Christian musiał się najpierw przespać. Ledwie parę godzin przed wylotem z Sydney skończył pisać swój ostatni egzamin, a gdy tylko przyłożył głowę do poduszki, przespał ciągiem cztery godziny. Elena leżała obok niego rozdrażniona, czekając, aż się obudzi. Ostatecznie zbudziły go krzyki Signory Bianchi dobiegające z holu. Chwilę później był już ubrany i pędził po schodach.
Elena wciąż usiłowała rozeznać się w sytuacji, gdy Christian rozpychał się łokciami przez tłum, a później podwinął rękawy i zaczął reanimować starszego właściciela hotelu.
Znała swojego męża od sześciu lat, lecz dopiero dziś zobaczyła go w akcji. Christian został przy signorze Bianchim, dopóki nie przejęli go ratownicy, a potem ulotnił się, wyprowadzając Elenę z hotelu, zanim ktokolwiek zdążył mu podziękować. Żadne z nich nie wspomniało o tym w mieszkaniu mammy.
Kuzynka Eleny, Marta, ubrana w top z niemożliwie głębokim dekoltem, podsuwa piersi Christianowi pod sam nos – aż dziw bierze, że jeszcze nie złamała sobie kręgosłupa. Christian zawsze tak działa na ludzi. Właśnie rozmawia z padre Alessandrem, który przyjechał z samego Watykanu. Alessandro wygląda dokładnie tak jak przed wyjazdem Eleny do Sydney – mniej więcej w tym samym czasie przeprowadził się do Rzymu. Nadal ma w sobie łobuzerski urok; blond włosy opadają mu na stalowoniebieskie oczy. Bardziej przypomina skandynawskiego modela niż włoskiego księdza.
Alessandro zerka na nią ukradkiem, gdy Christian coś do niego mówi. Elena nie może znieść tego, że wszyscy się na nią gapią. Ale czy może mieć o to żal? Na ich miejscu też by się gapiła.
Pośród otaczającego ją gwaru rozmów skupia wzrok na choince. Skromnie przystrojona, nie sięga jej nawet do pasa. Stoi wciśnięta w najdalszy róg pokoju, jak zawstydzony gość. Wokół niej leżą kolorowe, nierozpakowane prezenty.
Elena przypomina sobie Boże Narodzenie z czasów, gdy była dzieckiem, a jej brat Paolo wciąż żył. Gdy ich dom wypełniały śmiech i dobra zabawa. Papà zbudował dla nich gokarta z drewnianej skrzynki po owocach, którą przyniósł ze swojego skromnego warzywniaka. Elena siedziała między nogami Paola i krzyczała z zachwytu i strachu. Włosy rozwiewały jej się na wietrze, gdy papà spychał ich ze stromego zbocza w stronę piazzy.
Podłogę wokół choinki pokrywa gruba warstwa kurzu. Oczywiście mamma nie miała czasu sprzątać, samotnie opiekując się papą przez ostatnie miesiące. Wzruszenie ścisnęło Elenę za gardło. Mocniej chwyta dłoń mamy.
Ma jej tyle do powiedzenia, lecz papà zmarł zaledwie cztery dni temu i Elena wciąż szuka odpowiednich słów. Żałoba wydaje jej się tak świeża, jakby straciła warstwę naskórka. Na całym ciele czuje mrowienie tysiąca ostrych igiełek.
Rozmowy toczą się bez jej udziału. Krewne krzątają się między kuchnią a salonem, zorganizowane jak kolonia mrówek: zapełniają lodówkę i stół jedzeniem na jutrzejszą stypę, rozkładają talerze i sztućce. Elena zaoferowała swoją pomoc, ale ciotki nie chciały o tym słyszeć.
– Posiedź z Anną-Marią. Została całkiem sama.
Przekaz jest jasny. Twój ojciec umierał, a ty nie wróciłaś do domu.
Elena nie potrzebuje ciotek, by zadręczały ją wyrzutami sumienia. I tak nie mogłaby się już gorzej czuć.
Bezustannie dręczy ją poczucie winy na zmianę z żalem. Mamma zadzwoniła w zeszłym miesiącu z wiadomością, że leczenie papy nie przyniosło spodziewanych efektów, a rak rozprzestrzenił się po całym organizmie.
– Dają mu miesiąc, góra dwa. Przerzuty są wszędzie: w płucach, wątrobie, kręgosłupie. Nie radzę sobie sama. Jest taki ciężki, Eleno. Muszę go przenosić na toaletę i z niej zdejmować, myć, ubierać… – Głos jej się załamał.
– A twoje siostry? – zapytała Elena. – Nie mogą pomóc?
– Pomagają. Przychodzą, kiedy tylko mogą. Ale mają własne rodziny. Potrzebuję kogoś na stałe. – Mamma się zawahała. – Wróć do domu, Eleno. Jesteś tu potrzebna.
Ale Elena nie wróciła.
Na ułamek sekundy przymyka oczy i głęboko zaczerpuje powietrza.
Dotyk na ramieniu wyrywa ją z rozmyślań.
– Dobrze się czujesz, skarbie? – Christian stoi przy jej boku.
– Tak. Po prostu jestem zmęczona.
Gładzi ją po włosach.
– Powiedz, kiedy będziesz chciała wyjść.
– Jeszcze chwilę.
Chce uciec od tłumu, schować się w hotelu, lecz nie jest gotowa zostawić mammy, która w ciągu pięciu lat od ślubu Eleny w Sydney postarzała się o całe dekady.
Jej ciemnobrązowe włosy zdążyły prawie całkiem posiwieć, a twarz ma pooraną zmarszczkami. Schudła i wygląda znacznie starzej niż na swoje pięćdziesiąt dwa lata. Żałobna czerń dodaje jej lat. Prosta wełniana sukienka jest na nią o dwa rozmiary za duża. Widocznie pożyczyła ją od którejś z sióstr.
– Naprawdę musimy być jutro ubrane na czarno, zia? – woła kuzynka Eleny, Portia.
– Dlaczego pytasz o to ciotkę, skoro już powiedziałam, że tak? – odpowiada zia Romina.
– Czarny jest taki ponury – marudzi Portia. – A to ma być przecież celebracja.
– Celebracja?! Niby czego? To przecież pogrzeb, nie karnawał!
– Celebracja życia wujka, mamma! – Portia jest równie głośna jak jej matka.
Romina macha ręką.
– Jakiego życia? Biedak umarł w wieku pięćdziesięciu dziewięciu lat, Panie, świeć nad jego duszą. – Żegna się.
– W Anglii wszyscy przychodzą na pogrzeby ubrani w jasne kolory. – Portia nie daje za wygraną.
– Skoro tak kochasz Anglię, to sobie tam zamieszkaj! – Romina niemal na nią krzyczy. – Zobaczymy, jak ci się spodoba gotowanie i sprzątanie po sobie.
Christian podchwytuje spojrzenie Eleny i wymienia z nią szybki uśmiech. Nie zna włoskiego, lecz nietrudno domyślić się atmosfery rozmowy.
Na szczęście Portia w końcu odpuszcza i Elena znów zaczyna się przyglądać meblom w salonie. Umiejętność wyłączania się to jedyne, co trzyma ją w całości. Jeśli dopuści do siebie myśl, że papà umarł, a jej życie to skończone bagno, rozpadnie się na kawałki. A nie może sobie na to pozwolić. Mamma jej potrzebuje. Elena bierze więc kolejny głęboki oddech i dalej się uśmiecha.
Zia Sonia, kolejna z sióstr mammy, podchodzi do kanapy ze srebrną tacą. Pochyla się, częstując ją kawałkiem świątecznej marantegi. Co roku piecze ją w takiej ilości, by wystarczyło dla całej rodziny. Elena jest zdumiona tym, jak bardzo jej życie zmieniło się od wyjazdu z Wenecji – i że tutaj wszystko zostało po staremu.
Mamma puszcza dłoń córki, by poczęstować się ciastem. Elena czuje na sobie ciężar spojrzeń wszystkich w pokoju, gdy zia Sonia podaje jej tacę. Kręci przecząco głową.
Mamma dotyka jej policzka.
– Jak to się stało? – szepcze.
– Wymknęło się spod kontroli – odpowiada Elena zgodnie z prawdą. – Ale nie zawsze będę tak wyglądać, słowo.
Spogląda na Christiana, który zabawia grupę jej kuzynek opowieścią o tym, jak niewiele brakowało, by spóźnili się na samolot, gdy w Uberze skończyła się benzyna.
Nie zawsze będę taka – obiecuje sobie.
To był dzień pełen wzlotów i upadków. Zaczęło się od pokazu dmuchania szkła na wyspie Murano. A to nie byle co! Mężczyzna prowadzący pokaz w kilka minut wydmuchał szklanego konika. A później… podarował go Gayle. Sala była pełna po brzegi. Pełniusieńka! A on wybrał właśnie ją!
– Założę się o ostatniego dolara, że to przez bluzę z napisem „Kocham Wenecję” – stwierdził Mike, gdy wracali vaporetto z powrotem do San Marco. – Mówiłem ci, co nie? Miejscowi to lubią.
– I jak zwykle miałeś rację, kochanie.
Po emocjach związanych ze szklanym koniem przyszedł czas na dramat z przejażdżką gondolą.
– Nie chodziło o to, że nie umiał śpiewać, to mi nie przeszkadzało – narzekał później Mike – ale chciałem móc zaśpiewać razem z nim.
Wyobrażał sobie, że gondolier odśpiewa kilka przebojów Sinatry albo Elvisa, a on się do niego przyłączy, ku uciesze ludzi wychylających się z balkonów, pod którymi przepływała łódź. Gayle mogłaby to wszystko nagrać i wrzucić na blog. Ale oczywiście nie mógł się przyłączyć, skoro wszystkie piosenki były po włosku.
– Włosi specjalnie tak robią – burczał – żeby cała uwaga była skupiona wyłącznie na nich.
Na szczęście Signora Bianchi uparła się, że zwróci im koszt przejażdżki gondolą. Co więcej, zrobiła im niespodziankę, wysyłając swojego sympatycznego syna, okularnika Rocca, do ich pokoju z całkiem pokaźną deską serów. Jednak „opłaca się narzekać”, jak mawia Mike.
Szkoda tylko, że nie zdążyli się nimi nacieszyć. Na dole rozpętało się piekło – Signora Bianchi zaczęła krzyczeć, jakby się paliło. Oczywiście pobiegli za Rokkiem sprawdzić, co się dzieje. Inni goście również wylegli na korytarz, nieomal się tratując w drodze do lobby. Gayle kurczowo trzymała się poręczy schodów, gdy ludzie przeciskali się obok niej. Usiłowała dotrzymać kroku Mike’owi, który był od niej szybszy i sprawniejszy. Gdy dotarli na dół, dyszała jak lokomotywa.
A co zastali w lobby? Signora Bianchiego, który leżał nieprzytomny na podłodze, z roztrzęsioną żoną u boku. Signora Bianchi zwróciła się do zgromadzonych z pytaniem, czy ktoś zna się na pierwszej pomocy, patrząc prosto na Gayle, a ona – z poczuciem winy – pokręciła głową. Mogła tylko obserwować całą scenę, zastanawiając się, czy biedaczyna nie umarł, i to akurat w Boże Narodzenie.
Widząc signora Bianchiego w takim stanie, odruchowo sięgnęła po dłoń Mike’a, by upewnić się, że jej mężowi nic nie dolega.
Gdyby nie cudowny młody lekarz z Australii, który zjawił się w idealnym momencie, nie wiadomo, co by się stało z signorem Bianchim. Ten (niezwykle przystojny) doktor uratował mu życie na oczach gości, którzy nagrodzili go za to gromkimi i w pełni zasłużonymi brawami.
Kiedy wrócili do apartamentu, sery były już ciepłe i obeschnięte od stania przy grzejniku, co znowu wprawiło Mike’a w podły nastrój.
Signory Bianchi zabrakło przy kolacji – dokładnie tak, jak przewidział. Obsługiwało ich młodsze pokolenie rodziny, razem z nową australijską kelnerką imieniem Sophie. Personel był pomocny i serdeczny – szczególnie Sophie. Nikt by się nie domyślił, że dopiero zaczęła pracę. Jak powiedziała Gayle, przyleciała z Melbourne zaledwie przed paroma godzinami. Ci Australijczycy naprawdę byli dziś bohaterami dnia!
Sophie była tak ujmująca i pewna siebie, że oboje z Mikiem zgodnie uznali, iż wyglądała, jakby pracowała w hotelu od lat. A do tego była bardzo ładna: miała wysoko upięte, sprężyste blond loki, duże zielone oczy i usta pomalowane jaskrawoczerwoną szminką. Nosiła śliczną sukienkę w stylu lat pięćdziesiątych – liliową, w kwiaty, z szerokim czarnym paskiem – perłowy choker i lakierowane czarne pantofle Mary Jane. Emanowała aurą dawnego Hollywoodu.
Jednak pomimo wszystkich jej zalet prawda była taka, że zdecydowali się na pobyt w Il Cuore wyłącznie ze względu na Signorę Bianchi. Jej nieobecność – mimo wysiłków Australijki i młodszego pokolenia rodziny właścicieli – była dotkliwie odczuwalna.
Gayle i Mike przyjechali do Wenecji dzień wcześniej. Podczas ich pierwszego wieczoru w Il Cuore Signora Bianchi podeszła do ich stolika, porozmawiała z Gayle przez kilka minut, a nawet zrobiła sobie z nią zdjęcie. Później Gayle żałowała, że nie przebrała się z dresów w coś bardziej eleganckiego i nie założyła usztywnianego stanika. Wyglądała – i czuła się – dokładnie na swoje siedemdziesiąt pięć lat. Tymczasem Signora Bianchi, młodsza od niej raptem o dziewięć lat, na żywo prezentowała się jeszcze bardziej olśniewająco niż na ich wspólnym zdjęciu. Wysoka, smukła, filigranowa – właśnie taka Gayle zawsze chciała być. Jej oliwkowa skóra promieniała zdrowiem, zapewne dzięki wspaniałej kuchni (i może też genom). Gayle była tak oczarowana słynną kucharką, że ledwo wmusiła w siebie kolację złożoną z duszonej wołowiny i pieczonych warzyw korzeniowych – żołądek miała ściśnięty z emocji.
Tego wieczoru restauracja wydawała się całkiem pozbawiona energii, bez Signory Bianchi krążącej między stolikami z dobrym słowem dla każdego gościa. Zapytali Rocca o stan jego ojca i choć ucieszyła ich wiadomość, że jest stabilny, po kolacji wrócili do apartamentu z poczuciem rozczarowania. Z całą pewnością nie na taką świąteczną kolację liczyli.
Teraz siedzą przy małym stoliku obok łóżka, ściśnięci jedno przy drugim, z iPadem przed sobą. Czekają na wideorozmowę z dziećmi w Little Rock. Ma do nich zadzwonić Justin, ich najstarszy syn.
– I pomyśleć, że stuknęła mu pięćdziesiątka, a wciąż nie nauczył się punktualności – burczy Mike, spoglądając na zegarek. – Na litość boską, już trzy minuty po czasie. Może zadzwonię i zapytam, co go zatrzymało.
– Kochanie, daj mu jeszcze minutkę – prosi Gayle.
Ledwo kończy zdanie, gdy na ekranie pojawia się imię Justina.
– Przesuń, żeby odebrać – mówi Mike, przesuwając palcem po ekranie.
Gayle rośnie serce, gdy na ekranie pojawiają się uśmiechnięte twarze dzieci, wnuków, a nawet prawnuków; wszyscy stłoczeni razem, łączący się z trzech różnych domów.
– Mama!
– Hej, tatku!
– Wesołych Świąt, babciu i dziadku!
– Powiedz „cześć” babuni, Amber!
– Spójrz, Joshy, widzisz dziadzia?
– Wesołych Świąt, strasznie za wami tęsknimy!
Gayle jest kompletnie przytłoczona tym, że witają ją wszyscy naraz. Nie wie, kogo powinna pozdrowić pierwszego, więc macha i posyła całusy w stronę ekranu. To ich pierwsze podejście do grupowej wideorozmowy i Gayle mogłaby ucałować Justina za pomysłowość – za to, że zebrał ich wszystkich w ten sposób. Nie może uwierzyć, że mu się udało i że patrzy na twarze swoich bliskich w Stanach, choć sama jest we Włoszech.
– Patrzcie państwo – śmieje się Mike. – Niesamowita rzecz, ta cała technologia!
Uśmiechy dzieci i wnuków nagle ustępują miejsca zmarszczonym brwiom.
– Nie słyszymy cię, tatku! – mówi Susan, ich najstarsza córka.
Siedzi obok męża, Hanka, trzymając na kolanach prawnuczkę Gayle, Elsie. Wnuczki Gayle i ich mężowie tłoczą się za nimi. Cała rodzina ma na sobie świąteczne swetry – nawet maleńka Elsie. Można się rozpłynąć z tej słodyczy.
– Jak to mnie nie słyszycie? – Mike podnosi głos o kilka tonów. – A teraz?
Gayle krzywi się na ten hałas. Po drugiej stronie ekranu wciąż kręcą głowami.
– Masz wyciszony mikrofon, tatku – oznajmia Elizabeth, ich druga córka. Jej również towarzyszy mąż, Derrick, a obok stoją ich trzej synowie z żonami.
– Słyszycie mnie teraz? – Mike krzyczy jeszcze głośniej.
Dwuletni Hudson, wnuk Elizabeth, wyciąga rączkę i dotyka ekranu, wskazując palcem na Gayle.
– Bunia!
Gayle odwzajemnia gest.
– Wyłącz wyciszenie, dziadku – podpowiada Corey, syn Justina.
Mike patrzy na Gayle.
– Co to znaczy?
– Dotknij mikrofonu – wyjaśnia Justin.
– Jakiego mikrofonu?
– Najpierw dotknij ekranu, tatku. Powinna pojawić się ikonka mikrofonu.
– A, jest! – Mike stuka w ikonę. – No i jak? Słychać mnie teraz? – ryczy.
Dzieci wybuchają śmiechem i biją mu brawo.
– Trzymacie się tam jakoś? – pyta Justin. – Już za wami tęsknimy. – Gładzi czubek głowy, na którym przestały mu rosnąć włosy. – Opowiedzcie o Wenecji.
Mike natychmiast zaczyna opowiadać o aktywistach wymachujących flagami w łódkach, którzy dzień wcześniej próbowali nie dopuścić ich statku wycieczkowego do nabrzeża.
– Stoimy tam, wasza mama i ja, podekscytowani jak dzieci, że wreszcie dopływamy do Wenecji, gdy nagle atakuje nas banda wkurzonych włoskich chuliganów! Musiałem błyskawicznie ewakuować waszą mamę w bezpieczne miejsce, na wypadek gdyby rzucili w nas granatem albo czymś podobnym.
Prawdę powiedziawszy, „banda” składała się z trzech młodych mężczyzn i jednej kobiety w łódeczce, którzy w milczeniu machali flagą i wyglądali na całkowicie niegroźnych. Skala ich protestu była beznadziejnie nieproporcjonalna względem ogromnego statku wycieczkowego wpływającego do portu, więc musieli ustąpić mu z drogi. Gayle uśmiechała się pod nosem, słuchając podkoloryzowanej wersji Mike’a.
– Nie chcieli nam pozwolić zejść na ląd – gderał dalej. – Gdybyście słyszeli, jak nam wygrażali! Byłem o krok od złożenia pozwu.
W rzeczywistości skandowali coś po włosku, gdy turyści schodzili na nabrzeże – znajdowali się jednak tak daleko, że wiatr ledwo niósł ich głosy.
Dzieci oczywiście zdążyły już przeczytać tę historię na blogu Mike’a poprzedniego wieczoru, ale słuchały uważnie i reagowały dokładnie tak, jak należało. Gayle kochała ich za to.
– Dlaczego wam wygrażali, dziadku? – pyta Elijah, syn Elizabeth. Spod kołnierzyka koszuli wystaje mu tatuaż w kształcie węża. Gayle wciąż nie może przywyknąć do tego widoku.
Mike wzrusza ramionami.
– Nie mam pojęcia. My tylko sobie niewinnie płynęliśmy! Ci Europejczycy zawsze robią z igły widły.
Elijah unosi przekłuty łuk brwiowy.
– Dziadku, to trochę kseno…
– Może otworzycie teraz prezenty, tak jak planowaliśmy? – wtrąca szybko Gayle. – Macie je pod ręką?
Rozpętuje się chaos, gdy ich bliscy podają sobie prezenty, które Gayle z takim pietyzmem zapakowała przed wyjazdem. Na widok ich min ogarnia ją czysta radość. Część prezentów została ustalona wcześniej – na przykład nowe pokrowce na fotele do SUV-a dla Coreya – inne, jak ceramiczne wałki do włosów dla Jemimy, córki Justina, były niespodzianką.
– Babciu! Dokładnie takie chciałam! – piszczy Jemima. – Skąd wiedziałaś?
– Zapytałam twoją mamę. – Gayle uśmiecha się promiennie do swojej synowej, Nicky.
– Kocham cię, babciu. Dziękuję! – Jemima posyła całusy w stronę ekranu.
– Nie zapomnij podziękować też dziadkowi – upomina ją łagodnie Gayle. – To on jest żywicielem rodziny, dzięki któremu te wszystkie błogosławieństwa są możliwe.
Rozlega się chóralne: „Dziękujemy, tatku”, „Dzięki, dziadku!”.
– Wszystko, co najlepsze, dla klanu Dawsonów – odpowiada z dumą Mike.
– Może odmówimy modlitwę? – proponuje Hank. Wszyscy pochylają głowy, gdy zaczyna: – Panie Jezu Chryste, nasz Zbawicielu…
Gayle aż bolą ramiona z żalu, że nie może ich wszystkich objąć. To pierwsze święta, gdy nie zgromadziła całej rodziny w ich domu w Arkansas.
– Jaka jest Signora Bianchi, mamo? – pyta Susan po modlitwie.
Zanim Gayle zdąży odpowiedzieć, Mike streszcza im dramatyczną historię zawału signora Bianchiego.
– Czyli nasz przyjazd do Wenecji stracił sens – kwituje.
– Ale udało mi się ją poznać – wtrąca Gayle. – I była cudowna. A leśna restauracja… oj, kochani, myślę, że właśnie tak wyglądał raj!
Gayle uwielbia oglądać popołudniowy program Gotuj z Giną. Signora Bianchi regularnie w nim występuje, gdy Gina przyjeżdża ze swojego domu w Bolonii do Wenecji. Gayle jest nią wręcz oczarowana – nawet bardziej niż samą Giną. Dlatego gdy Mike zaskoczył ją wyjazdem do San Marco, z noclegiem w hotelu należącym do Signory Bianchi, była mu bezgranicznie wdzięczna. Ich wielka włoska podróż została zaplanowana w okresie Bożego Narodzenia – Mike wiedział, jak bardzo Gayle przeżywałaby brak Noaha przy świątecznym stole, więc wymyślił Wenecję. Niech Bóg mu to wynagrodzi.
Tyle że teraz cała ta idea ucieczki do Włoch wydaje się pozbawiona sensu. Pierwszy dzień świąt właśnie dobiega końca, a Gayle nie potrafi sobie wyobrazić, by serce mogło ją boleć w Little Rock bardziej niż tutaj, w Wenecji. Boli tak, jakby miało pęknąć na pół. Do tego jeszcze ta koszmarna migrena. Choć właściwie głowa boli ją ostatnio niemal bez przerwy.
Gayle nie lubi narzekać. Mike włożył tyle wysiłku w ten wyjazd. Dlatego, gdy rozmowa dobiega końca, tylko się uśmiecha, macha do ekranu i posyła całusy dzieciom i wnukom.
Kiedy Mike szuka ładowarki do iPada, telefon Gayle wibruje. Wiadomość od Elizabeth.
Jak się czujesz, mamo? Tak szczerze.
Wszystko ok?
W porządku, słonko.
Po prostu strasznie za wami tęsknię.
Też mi go brakuje, mamo.
Bez niego to już nie to samo.
– Z kim piszesz? – pyta Mike.
– Z Lizzie.
Wiem, słonko.
Mogłabym umrzeć z tego żalu.
– Czego ona znowu chce? Dopiero co skończyłyście rozmawiać.
– Nic ważnego, kochanie.
Alberto jęczy i trzepocze powiekami, po czym otwiera oczy. Loretta zrywa się z krzesła i już jest przy jego łóżku.
Mąż spogląda na nią spod ciężkich powiek i uśmiecha się blado.
– Loretto – mówi chrapliwie. – Ho sete.
Chce mu się pić.
Pielęgniarka – kobieta imieniem Oriana, z długimi tlenionymi włosami ściągniętymi w kucyk, która wygląda tak młodo, jakby wciąż chodziła do liceum – stoi po drugiej stronie łóżka i nalewa mu wody do szklanki.
– Signor, czy jest panu wygodnie? – pyta.
– A to co? – burczy Alberto, szarpiąc za kaniulę tlenową.
– Tlen. Proszę tego nie dotykać – odpowiada Oriana, mierząc mu temperaturę. – Czy jest panu wygodnie?
– Nie.
– Co się dzieje? – Jej dziewczęca twarz wyraża szczere zaniepokojenie.
– Chcę iść do domu – odpowiada Alberto, zwracając się do Loretty.
– Czy mogę panu jakoś pomóc? – Oriana kładzie mu dłoń na ramieniu.
Alberto kaszle.
– Tak. Pozwólcie mi wrócić do domu.
– To niemożliwe, signor. Poinformuję doktora Falconego, że się pan obudził.
Alberto macha rękami.
– Już mówiłem temu drugiemu lekarzowi, że nie zgadzam się na żadną operację! – Ponownie zwraca się do żony. – Powiedz im, cara. Powiedz, że nic mi nie jest. Zemdlałem, to wszystko.
– Nic ci nie jest? – Loretta kręci głową. – Prawie dziś umarłeś. Twoje serce się zatrzymało!
Zasłony rozsuwają się i do sali wchodzi kardiolog, który kilka minut wcześniej przejął dyżur na oddziale – Luca Falcone. Luca jest synem jednej z najstarszych przyjaciółek Loretty, Pii. Zna go od dnia, w którym się urodził.
– Buonasera, zio, zia – wita się z nimi lekkim uśmiechem i zerka na kartę u stóp łóżka. – Zio, koledzy mówią, że odmawiasz wszczepienia defibrylatora. Możesz mi wyjaśnić dlaczego?
– To nienormalne mieć maszynę w sercu. Poza tym czuję się świetnie. Spójrz na mnie, jestem zdrów jak ryba. Mogę nawet zaśpiewać, posłuchaj. – I na całe gardło zaczyna śpiewać refren O Sole Mio.
– Ciii! – Loretta uderza go w ramię. – Jesteś na intensywnej terapii. Cretino.
– To, że możesz śpiewać, nie znaczy, że twoje serce znów się nie zatrzyma – tłumaczy Luca.
– Nie chcę skończyć jak Alfonzo Buccaletti – odpowiada Alberto. – Pojechał do Mediolanu, dał się zoperować najbardziej szanowanemu kardiologowi we Włoszech i co? Bum, kopnął w kalendarz! Nie, dziękuję. Żadnego bum, żadnego umierania.
Luca przysuwa plastikowe krzesło i siada obok Loretty. Ledwo się na nim mieści – ma smukłą, atletyczną sylwetkę i dobrze ponad metr osiemdziesiąt wzrostu. Zawsze był przystojny; nawet teraz, w średnim wieku, nic się pod tym względem nie zmieniło. Ciemne włosy, już lekko posiwiałe, ma związane w koczek, a jego broda jest starannie przystrzyżona.
– Słyszałem o signorze Buccalettim – mówi – ale twoja sytuacja jest inna. On był bardzo chory i potrzebował niezwykle ryzykownej operacji, dlatego musiał jechać do Mediolanu. Zabieg, którego ty potrzebujesz, jest prosty. Wykonałem ich setki. I powiem ci coś jeszcze: jak na nałogowego palacza, twoje tętnice są w zaskakująco dobrym stanie. Jedyny powód zatrzymania krążenia jest taki, że twoje serce bije za szybko. Wszczepimy defibrylator i po problemie. Dożyjesz setki, pod warunkiem że rzucisz palenie.
Alberto macha lekceważąco ręką.
– Serce raz zabiło trochę za szybko, no i co? To się więcej nie powtórzy.
– Mylisz się – tłumaczy mu Luca. – To akurat bardzo prawdopodobne. A jeśli twoje serce znów się zatrzyma, możesz nie mieć tyle szczęścia co dzisiaj.
– Posłuchaj Luki – mówi Loretta. – Potrzebujesz tej operacji, Alberto.
Jej mąż wysuwa podbródek.
– Nie.
Loretta znów ma ochotę pacnąć go w ramię.
– Próbowałaś go przekonać, zia? – zwraca się do niej Luca.
– Próbowałam. – Patrzy na męża, mrużąc oczy. – A przed chwilą byli tu Rocco i Marina. Oni też próbowali. Żadne z nas nie potrafi się przebić do tego zakutego łba.
Luca wstaje.
– Zastanów się jeszcze, per favore. Wrócę niebawem, żeby sprawdzić, jak się czujesz.
Po wyjściu Luki Oriana zajmuje się kartą pacjenta. Loretta ma zamiar zmyć Albertowi głowę, ale ten wyciąga rękę, chwyta jej dłoń i ściska ją mocno.
– Boję się, Loretto – szepcze.
Cała jej złość na ośli upór męża w jednej chwili wyparowuje. Alberto wygląda tak krucho.
– Czego się boisz?
– Że umrę na stole, jak Alfonzo.
– Nie słyszałeś, co powiedział Luca? Twój przypadek jest inny.
– Mimo wszystko.
– Ja boję się raczej tego, że cię stracę, jeśli odmówisz operacji.
– Nie stracisz. Mam ci znów zaśpiewać? Przekonasz się, jaki jestem silny.
– Błagam, tylko nie to.
Alberto śmieje się, po czym wzdycha przeciągle i zamyka oczy.
Po chwili oddycha już głęboko, a ona zostaje sama ze swoimi myślami. Bezwstydnie szybko – zamiast krążyć wokół Alberta – jej myśli wracają do Flavii, której nagłe pojawienie się nie daje Loretcie spokoju od chwili, gdy zobaczyła ją w hotelowym lobby.
To nie tak, że nie kocha męża. Po prostu jej uczucie do Alberta nie może się równać z tym do zakonnicy.
– Kojarzysz parę starych, nieokrzesanych Amerykanów, którą widzieliśmy podczas meldowania? Wpadłem na nich w korytarzu, a ten facet macha do mnie i woła: „Hola, doktorze!” – mówi ze śmiechem Christian, wchodząc do apartamentu. – Hola! Na co ja mu odmachuję i mówię: Ni hao, sir. Nie załapał żartu. Chodzą w identycznych bluzach z napisem „Kocham Wenecję”.
Elena parska śmiechem.
– Widziałam, jak się gapili, kiedy reanimowałeś właściciela.
Po południu stała i patrzyła – równie bezradna i bezużyteczna jak wszyscy wokół – jak jej mąż przywraca signora Bianchiego do życia. Nie była jednak jak inni goście hotelowi, zafascynowani cudzym nieszczęściem bez cienia emocjonalnego zaangażowania. Ona kocha Bianchich. Kochała ich przez większą część życia. Jej brat Paolo przez lata grał w piłkę nożną z Rokkiem. Dorastając, traktowała ich jak drugą rodzinę. Ostatni raz widziała ich dwanaście lat temu, na pogrzebie Paola – miała wtedy szesnaście lat.
To Christian wybrał Hotel Il Cuore. Ona wolałaby coś bliżej mieszkania mammy w dzielnicy żydowskiej, ale – jak to bywa z cudzoziemcami, którzy niewiele wiedzą o Wenecji – uparł się na San Marco. Spodobał mu się pomysł restauracji stylizowanej na las, ze szklaną kopułą, i oczywiście magnes w postaci słynnej Signory Bianchi.
Nie powiedziała mu, że zna Bianchich osobiście. Liczy na to, że jej nie rozpoznają.
Christian podchodzi do łóżka, na którym siedzi jego żona, i podaje jej białą złożoną serwetkę, skrywającą zawartość.
– Pamiętasz, jak Marina mówiła o ciastkach zostawianych w restauracji dla gości? Poszedłem na dół i coś ci przyniosłem.
Elena rozwija serwetkę, a jej żołądek skręca się w supeł.
– Och… cannolo.
– Z czekoladowym kremem. Mówiłaś, że w dzieciństwie to był twój ulubiony deser, prawda?
Elena kiwa głową. Prawda. A to oznacza potężną dawkę kalorii, jeśli zdecyduje się je zjeść. Ma na to wielką ochotę – ogromną. Tyle że to nie pozostanie bez konsekwencji. Będzie musiała odpokutować. Czy to ciastko jest tego warte? Ślina napływa jej do ust.
– No dalej, Ellie – mówi łagodnie Christian. – Tylko ten jeden raz, kochanie.
Nie widział, jak wcześniej, za zamkniętymi drzwiami łazienki w mieszkaniu matki, pochłonęła kawałek marantegi. Gdyby widział, nie mówiłby „tylko ten jeden raz”.
Elena przygryza wargę.
– Powinnam uważać na to, co jem.
– To był ciężki dzień. Zasłużyłaś.
To prawda. Był ciężki. Elena ulega mężowi i bierze duży kęs. Kruche ciasto osypuje się na bluzkę.
– Mmm. Pyszne. Dziękuję.
Krem jest obłędnie gęsty i aksamitny. Gdy tylko przełyka ostatni kęs, żal rozlewa się po niej falą. Nie było warto.
Christian idzie do łazienki.
– Może wybierzemy się jeszcze na krótki spacer przed snem? – woła. – Rozstawili już te instalacje na wystawę o klimacie, o której ci mówiłem. Podobno niektóre rozświetlają się po zmroku. Brzmi fajnie.
– Christian, padam z nóg. Nie chcę już nigdzie wychodzić.
Kiedyś obchodziły ją zmiany klimatu. Była nimi tak przejęta, że studiowała prawo ochrony środowiska. Teraz jednak cały świat mógłby się zamienić w wielką kulę ognia – i nic by jej to nie obeszło. Jej papà nie żyje, a ona nie zdążyła wrócić na czas. Czekała, aż Christian zda ostatni egzamin, by mogli razem przylecieć do Wenecji. I o to właśnie ma do niego żal.
Słyszy, jak mąż płucze usta w łazience i wypluwa pastę, po czym znów się odzywa:
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Tramwaj wodny, podstawowy środek transportu w Wenecji. Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki. [wróć]
