Hotel w Wenecji - Tess Woods - ebook + książka

Hotel w Wenecji ebook

Tess Woods

0,0
44,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

W sercu Wenecji losy czterech kobiet splatają się w sposób, którego żadna z nich nie mogła przewidzieć. Gdy dawne sekrety wyjdą na jaw, rozpocznie się niebezpieczna gra

Mistrzyni włoskiej kuchni, Loretta Bianchi, musi dokonać wyboru między niepohamowaną namiętnością a mężczyzną, z którym spędziła całe życie. Sophie przybyła z Australii po kulinarne receptury. Wkrótce odkrywa, że miasto może zaoferować jej znacznie więcej niż tylko sekretne przepisy signory Bianchi. Prawniczka Elena czuje, że tonie – zupełnie jak jej rodzinne miasto, do którego wróciła. Nie cofnie się przed niczym, byle tylko uwolnić się z więzów małżeństwa. Dla Gayle z Arkansas wymarzone włoskie wakacje zmienią się w desperacką walkę o przetrwanie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 469

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



TYTUŁ ORY­GI­NAŁU: The Venice Hotel

PRO­JEKT OKŁADKI: Nikki Town­send Design © Pen­guin Ran­dom House Austra­lia Pty Ltd ZDJĘ­CIA NA OKŁADCE: Adobe Stock, Dre­am­stime, Shut­ter­stock ILU­STRA­CJA WE WNĘ­TRZU: wire­stock / Magni­fic REDAK­CJA: Edyta Chrza­now­ska KOREKTA: Agnieszka Madyń­ska REDAK­CJA TECH­NICZNA: Adam Kolenda

Copy­ri­ght © Tess Woods, 2024 First publi­shed by Pen­guin Books, 2024. This edi­tion publi­shed by arran­ge­ment with Pen­guin Ran­dom House Austra­lia Pty Ltd via Andrew Nurn­berg Asso­cia­tes War­saw Sp. z o.o. Copy­ri­ght © for the Polish edi­tion and trans­la­tion by Dres­sler Dublin Sp. z o.o., 2026

PRO­DU­CENT: Dres­sler Dublin Sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki e-mail: sekre­ta­riat@dres­sler.com.pl

DANE DO KON­TAKTU: Wydaw­nic­two Bukowy Las ul. Sokol­ni­cza 5/76, 53-676 Wro­cław e-mail: redak­cja@buko­wy­las.pl; buko­wy­las.pl

ISBN 978-83-80749-53-5

WYŁĄCZNY DYS­TRY­BU­TOR: Dres­sler Dublin Sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl www.dres­sler.com.pl

KSIĘ­GAR­NIE INTER­NE­TOWE: swiatk­siazki.pl, ksiazki.pl, czy­tam.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Dla wszyst­kich matek i córek, a szcze­gól­nie moich

Prolog

Stała nad nim, gdy powie­trze ucho­dziło z jego ciała wraz z ostat­nim odde­chem. Ni­gdy nie uwa­żała się za osobę zdolną do prze­mocy; wręcz prze­ciw­nie – szczy­ciła się swoją łagod­no­ścią. Lecz w chwili jego śmierci ten moralny pie­de­stał zała­mał się pod nią z hukiem.

Teraz będzie musiała prze­my­śleć na nowo, do czego jest zdolna. Do mor­der­stwa, jak się oka­zuje. Można to nazwać obja­wie­niem, któ­rego doznała dwu­na­stego dnia świąt. Życie bywa prze­wrot­nie iro­niczne.

Czy zro­bi­łaby to samo, gdyby mogła cof­nąć czas? Bez waha­nia. Z równą zacie­kło­ścią patrzy­łaby, jak kanały Wene­cji czer­wie­nią się od jego krwi.

Oto, kim się stała.

Pierwszego dnia świąt

Loretta

Kobieta tonie. Stoi wypro­sto­wana w szkla­nym zbior­niku, tak wąskim, że nie­mal dotyka ramio­nami jego ścian. Jej włosy i suk­nia są dłu­gie, białe, falu­jące. Bose stopy ma zanu­rzone w wodzie, dół cien­kiej sukienki wiruje wokół nóg. Loretta sły­szała, że to woda z kanału, choć to pew­nie tylko plotka. Patrząc jed­nak na tę kobietę, zaczyna podej­rze­wać, że może to być prawda.

Na kamien­nych pły­tach przed zbior­ni­kiem znaj­duje się meta­lowa tabliczka. Wid­nieje na niej jedno słowo, wyryte czarną czcionką: affo­gando.

– Co zna­czy affo­gando? – zwraca się do matki ame­ry­kań­ska nasto­latka sto­jąca obok Loretty na scho­dach placu. Wyma­wia to słowo nie­po­praw­nie.

– Nie mam poję­cia – odpo­wiada tamta, a z jej ust wydo­bywa się para.

Loretta odchrzą­kuje.

– To zna­czy „tonę”. Ta kobieta oznaj­mia nam, że tonie.

– Ach – bąka matka. – Chyba jak my wszy­scy.

Nasto­latka odwraca się ple­cami do per­for­merki i do Bazy­liki Świę­tego Marka. Pod­nosi tele­fon nad głowę, wydyma napom­po­wane, błysz­czące usta i unosi grubo obry­so­wane brwi. Matka kopiuje jej pozę. Dziób­ko­waty duet ota­cza sza­rość: kamienne płyty placu, budynki i arkady, oło­wiane chmury nad nimi.

Alberto trąca Lorettę w żebra.

– Może też zro­bimy sobie zdję­cie? – pyta po wło­sku.

– A po co?

– Nie wiem. Bo są święta. Czemu nie? – Uśmie­cha się.

Loretta igno­ruje prośbę, wska­zu­jąc pod­bród­kiem artystkę.

– Spójrz na nią, trzę­sie się z zimna. Ręce jej drżą.

To jedno z naj­zim­niej­szych świąt Bożego Naro­dze­nia od lat.

– Poznała cię – mówi Alberto.

Loretta o tym wie. Zawsze ją poznają. Była na okład­kach „Vogue’a” i wystę­po­wała w tylu pro­gra­mach tele­wi­zyj­nych, że nie spo­sób ich zli­czyć. Ale czy artystka ją koja­rzy, czy pamięta? Tego wła­śnie chce się dowie­dzieć.

Gdy o tym myśli, jej palce prze­su­wają się po krót­kim, szorst­kim wło­sku na pod­bródku. Prze­klina w duchu. Choć rano wysku­bała pół tuzina takich nie­sfor­nych wło­sków przed powięk­sza­ją­cym lustrem na toa­letce, już poja­wił się nowy, obwiesz­cza­jąc światu swoją obec­ność i przy­po­mi­na­jąc jej, że nie jest już młoda. Ujmuje go kciu­kiem i pal­cem wska­zu­ją­cym, szar­pie kil­ka­krot­nie, lecz włos trzyma się upar­cie.

Gło­śny oddech Alberta ją drażni. Nawet tutaj, na zatło­czo­nym placu, nie potrafi uciec od jego płyt­kiego, świsz­czą­cego odde­chu. Gdyby tylko wresz­cie rzu­cił papie­rosy. Odwraca się do niego: stoi o głowę niż­szy, w czar­nym melo­niku skry­wa­ją­cym coraz więk­szą łysinę, z dłońmi wci­śnię­tymi w kie­sze­nie weł­nia­nego płasz­cza. Jego twarz wydaje się zmę­czona, skóra zie­mi­sta, żół­tawa.

Pod­chwy­tuje jej spoj­rze­nie.

– Andiamo, cara?

Cie­pło w jego oczach łago­dzi roz­draż­nie­nie Loretty.

– Tak, chodźmy. – Bie­rze go pod ramię.

Artystka nie spusz­cza z niej wzroku mimo krę­cą­cych się mię­dzy nimi tury­stów. Odcho­dząc, Loretta lekko do niej macha. Wydaje jej się, że kobieta odwza­jem­nia uśmiech, ale nie ma pew­no­ści.

Ulice, które pro­wa­dzą do Hotelu Il Cuore, pękają w szwach. Sklepy z pamiąt­kami pełne są tury­stów zachwy­ca­ją­cych się kolo­ro­wymi bomb­kami, a tłumy w kawiar­niach wyle­wają się na zewnątrz pomimo zimna. Zawie­szone wysoko nad wąskimi ulicz­kami świą­teczne deko­ra­cje two­rzą bal­da­chim nad gło­wami Loretty i Alberta. Z roku na rok ilu­mi­na­cje stają się coraz bar­dziej wystawne. Każda ulica wygląda ina­czej.

– Cie­kawe, kiedy przy­je­dzie ta dzien­ni­karka kuli­narna – odzywa się Loretta, bar­dziej do sie­bie niż do Alberta.

– Dziwne, że posta­no­wiła zja­wić się aku­rat w Boże Naro­dze­nie. Na doda­tek sama.

– Przy­jeż­dża do pracy. To chyba oczy­wi­ste, że sama.

– Ale to nie w porządku. Powinna spę­dzić ten czas z rodziną.

– Nie wszyst­kim to odpo­wiada.

– Nie każdy ma tyle szczę­ścia co my. – Alberto kle­pie ją po dłoni. – Spra­wimy, że poczuje się mniej samotna.

– Skąd wiesz, że będzie się tak czuła?

– Prze­mie­rza pół świata w Boże Naro­dze­nie w poje­dynkę. Na pewno będzie.

Loretta nie odpo­wiada.

Mija ich para mło­dych tury­stów; gdy kobieta napo­tyka wzrok Loretty, jej twarz roz­ja­śnia się w osłu­pia­łej rado­ści. Loretta rzadko wycho­dzi z hotelu bez oku­la­rów prze­ciw­sło­necz­nych, lecz cza­sem – w takie dni jak ten – pra­gnie patrzeć na świat bez przy­ciem­nio­nych szkieł.

– O mój Boże, kocha­nie! – pisz­czy kobieta, minąw­szy ich. – Przy­się­gam, że to była Signora Bian­chi!

Alberto i Loretta wymie­niają uśmie­chy i idą dalej. On nuci Cichą noc, a ona słu­cha.

W hotelu za ladą recep­cji stoi Marina, wyraź­nie roz­go­rącz­ko­wana.

Loretta szybko do niej pod­cho­dzi.

– Mogę jakoś pomóc? – Uśmie­cha się do nowych gości, pań­stwa Daw­so­nów, sto­ją­cych po dru­giej stro­nie lady.

– Byłoby miło móc liczyć na czy­ją­kol­wiek pomoc. – Pot spływa z krza­cza­stych, siwych brwi signora Daw­sona pro­sto na bluzę z napi­sem „Kocham Wene­cję”.

Loretta sięga po pilota i regu­luje tem­pe­ra­turę w holu. Marina prze­sa­dziła z ogrze­wa­niem.

– Signor Daw­son jest nie­za­do­wo­lony ze śpiewu signora Giu­sep­pego pod­czas prze­jażdżki gon­dolą – oznaj­mia Marina z uśmie­chem, który nie sięga oczu.

Loretta z tru­dem powstrzy­muje par­sk­nię­cie śmie­chem.

– Zapła­ci­li­śmy for­tunę za tego śpie­waka i jedyne, co nam z tego przy­szło, to migrena mojej żony – mówi signor Daw­son, krzy­żu­jąc ramiona na brzu­chu.

– Pro­szę chwilę pocze­kać, signor. Z przy­jem­no­ścią pomogę. – Zdej­muje płaszcz i cicho zwraca się do Mariny po wło­sku: – Idź, idź. Ja się tym zajmę.

– Jesz­cze nie odpo­czę­łaś po spa­ce­rze. Pora­dzę sobie – odpo­wiada Marina, okrę­ca­jąc wokół palca jeden ze swo­ich dłu­gich, ciem­nych loków; nawyk z dzie­ciń­stwa.

– Artystka w zbior­niku już jest. Idź zoba­czyć, zanim zamar­z­nie na kość. Ja zajmę się tym idiotą. – Deli­kat­nie popy­cha Marinę w plecy.

– Dobrze, gra­zie, mamma. – Marina chwyta kurtkę i torebkę, po czym nie­mal bie­giem rusza przez wyło­żony dywa­nem hol ku prze­szklo­nym drzwiom wej­ścio­wym.

Loretta sięga pod golf po złoty łań­cu­szek, który nosi. Zwisa z niego meda­lion z Madonną tulącą do piersi Dzie­ciątko. To pre­zent od nonny z dnia jej pierw­szej komu­nii, gdy miała dzie­więć lat.

„Naj­święt­sza Panienka zawsze słu­cha. Ni­gdy cię nie zawie­dzie, jeśli będziesz o niej pamię­tać. Sły­szysz mnie, Loretto? Obie­caj, że będziesz się modlić”. Nonna ści­skała jej ramiona guzo­wa­tymi pal­cami, aż wnuczka zło­żyła obiet­nicę.

Ale nie miała racji. Naj­święt­sza Panienka zawio­dła Lorettę już wiele razy. Mimo to, z przy­zwy­cza­je­nia, ści­ska meda­lion i modli się w mil­cze­niu. Ave Maria, piena di gra­zia…

– Signora Bian­chi? Signora Bian­chi! Zamie­rza nam pani pomóc czy nie? – Twarz signora Daw­sona znaj­duje się zale­d­wie kilka cen­ty­me­trów od jej twa­rzy.

– Tak, oczy­wi­ście, signor. Wła­śnie się zasta­na­wia­łam, jak naj­le­piej roz­wią­zać pro­blem. Widzi pan, to pierw­sza skarga, jaką kie­dy­kol­wiek otrzy­ma­li­śmy na signora Giu­sep­pego. Jest jed­nym z naj­bar­dziej cenio­nych śpie­wa­ków w całym San Marco.

– Naj­lep­szym – wtrąca Alberto zza jej ple­ców.

Loretta rzuca mu ostre spoj­rze­nie.

– Trzeba opróż­nić kosz w kuchni.

Alberto śmieje się i znika na zaple­czu.

Loretta znów zwraca się do gości, pusz­cza­jąc meda­lion:

– Prze­każę pań­stwa uwagi fir­mie wynaj­mu­ją­cej gon­dole. Tym­cza­sem, ponie­waż rezer­wo­wali pań­stwo prze­jażdżkę przez nasz hotel, natych­miast zlecę pełny zwrot kosz­tów. Czy to satys­fak­cjo­nu­jące roz­wią­za­nie?

Signora Daw­son – niska, krępa kobieta o krótko przy­cię­tych siwych lokach, w iden­tycz­nej blu­zie z napi­sem „Kocham Wene­cję” – nie­znacz­nie kiwa głową. Nie pod­nosi wzroku, jej twarz jest zaczer­wie­niona. Lorettę ude­rza inten­sywny błę­kit cie­nia na jej powie­kach i to, jak grubo został nało­żony.

– Tak, tak, to wystar­czy – stwier­dza il signore. – I pro­szę prze­ka­zać tej fir­mie, że biję tego „jed­nego z naj­bar­dziej cenio­nych śpie­wa­ków” na głowę, nucąc pod prysz­ni­cem.

Loretta szcze­rze w to wątpi, ale przy­ta­kuje.

Gdy star­sze mał­żeń­stwo odcho­dzi, Loretta włą­cza kom­pu­ter i wyszu­kuje ich w sys­te­mie.

– Che suc­cede, mamma? – Rocco wychyla się z kuchni, uśmiech­nięty. Uśmiech nie­mal ni­gdy nie scho­dzi mu z twa­rzy. To jedna z rze­czy, które Loretta naj­bar­dziej w nim kocha.

– Wła­śnie księ­guję sto sie­dem­dzie­siąt euro zwrotu. Śpiew Giu­sep­pego naj­wy­raź­niej nie przy­padł naszemu gościowi do gustu.

– L’Ame­ri­cano?

– A któżby inny? – Loretta otwiera konto Daw­so­nów.

– Rano przy śnia­da­niu narze­kał, że żona dostaje migreny, bo ściany w jadalni są zbyt różowe.

– Sły­sza­łam – mówi Loretta, prze­wra­ca­jąc oczami. – Wygląda na to, że wszystko w San Marco przy­pra­wia tę kobietę o ból głowy. Zanieś im, pro­szę, małą deskę serów. Na koszt hotelu, z oka­zji świąt. Może to spo­wolni lawinę skarg.

– Dobrze. I nie będę nucił w ich pobliżu, bo jesz­cze zażą­dają zwrotu za cały pobyt.

– Tak, lepiej dmu­chać na zimne. – Śmieje się.

Nie­chęt­nie zatwier­dza zwrot na kon­cie Daw­so­nów, po czym odpo­wiada na dwa maile z zapy­ta­niami. Alberto wraca z kuchni i staje za jej ple­cami. Oddy­cha gło­śniej i szyb­ciej niż zwy­kle – a ją to drażni.

– Posłu­chaj sie­bie – mówi, nie odry­wa­jąc wzroku od ekranu. – Pal dalej, na zdro­wie.

– Źle się czuję.

– Żar­to­wa­łam.

– Loretto… – sapie, a jego głos jest dziw­nie zdła­wiony.

Odwraca się gwał­tow­nie. Alberto opiera się o ladę, twarz lśni mu od potu.

– Co jest? Co się dzieje?

Łapie powie­trze i kręci głową.

Loretta chwyta go za ramię.

– Mów, co się dzieje!

Kolana ugi­nają się pod nim i osuwa się na pod­łogę, jak mario­netka, któ­rej ktoś prze­ciął sznurki.

– Alberto! – krzy­czy Loretta. – Alberto!

Pada na kolana i prze­wraca go na plecy. Jest bez­władny; oczy ma zamknięte. Gło­śny oddech nagle się urywa. Czy on w ogóle oddy­cha? Loretta nie potrafi tego stwier­dzić.

– Rocco! Pomocy!

Chwyta jego zwiot­czałą rękę i pró­buje wyczuć puls na nad­garstku. Jest? Trudno powie­dzieć.

– Rocco! – woła znowu.

Jej syn zbiega po scho­dach.

– Papà!

– Dzwoń po karetkę! – wykrzy­kuje do niego. – Szybko!

Rocco rzuca się do tele­fonu i drżą­cym gło­sem podaje dys­po­zy­to­rowi szcze­góły.

Czy on nie żyje? Santa Maria, umarł?

– Czy on umarł?! – krzy­czy do Rocca.

– Nie wiem, mamo. Nie wiem.

Loretta spo­gląda w stronę drzwi wej­ścio­wych, wypa­tru­jąc Mariny, jakby mogła ją przy­wo­łać samą myślą.

W holu zaczy­nają gro­ma­dzić się goście.

Alberto ani drgnie.

– Zadzwo­ni­li­ście po karetkę? – pyta ktoś.

– Czy ktoś zna się na pierw­szej pomocy? – woła inny głos.

– Reani­ma­cja! – krzy­czy Loretta. – Kto umie ją prze­pro­wa­dzić?

Goście kręcą gło­wami, mam­ro­cząc prze­pro­siny.

– Zacznę go reani­mo­wać – mówi do Rocca.

– Wiesz jak?

– Nie.

Odchyla głowę Alberta, otwiera jego zwiot­czałe usta i przy­ci­ska swoje wargi do jego. Czuje smak stę­chłego dymu papie­ro­so­wego. Wdmu­chuje w niego powie­trze, ile tylko zdoła. I znowu. Ile odde­chów powinna wyko­nać? Robi to jesz­cze trzy razy.

– Uci­skaj serce – poleca synowi.

Rocco obcho­dzi ciało ojca i drżą­cymi dłońmi naci­ska śro­dek klatki pier­sio­wej.

– Nie wiem, co robić. – Łzy zbie­rają mu się za szkłami oku­la­rów.

– Nie prze­sta­waj. Jesz­cze kilka razy. – Bie­rze głę­boki wdech i znów pochyla się nad ustami Alberta.

Wspól­nymi siłami wyko­nują kolejne cykle wde­chów i uci­śnięć. Alberto pozo­staje prze­ra­ża­jąco nie­ru­chomy.

Loret­cie szybko zaczyna bra­ko­wać tchu, kręci jej się w gło­wie. Nie prze­sta­waj – powta­rza sobie mimo obez­wład­nia­ją­cego zmę­cze­nia. – Nie prze­sta­waj.

– Jestem leka­rzem.

Gość hote­lowy, który zamel­do­wał się rano, młody Austra­lij­czyk – signor Tay­lor – góruje nad nią.

– Co się stało?

– Nie wiem. Nie wiem! Powie­dział, że źle się czuje, a potem się prze­wró­cił – odpo­wiada, cofa­jąc się, by zro­bić mu miej­sce.

Signor Tay­lor klęka obok niej i przy­kłada ucho do ust Alberta.

– Wezwa­li­ście karetkę?

– Tak.

– Zjadł coś, na co mógłby być uczu­lony? Alko­hol? Nar­ko­tyki? – Unosi ramię Alberta i spraw­dza puls.

Pyta­nia padają jak z kara­binu maszy­no­wego, więc Loretta rów­nie szybko odpo­wiada:

– Żad­nych uczu­leń. Do lun­chu wypił kie­li­szek czer­wo­nego wina. Ni­gdy nie zaży­wał nar­ko­ty­ków.

– Miał już zawał albo zatrzy­ma­nie krą­że­nia?

– Nie.

– A inne scho­rze­nia?

– Nie. – Prze­łyka ślinę. – Pali.

– To widać. – Lekarz unosi powieki Alberta, jedną po dru­giej, i świeci mu latarką z tele­fonu w oczy. Źre­nice są roz­sze­rzone. – Będę kon­ty­nu­ował resu­scy­ta­cję do przy­jazdu karetki.

– Jest pan leka­rzem? – Musi usły­szeć to jesz­cze raz.

– Neu­ro­chi­rur­giem.

Gra­zie a Dio.

Lekarz natych­miast wyko­nuje dwa krót­kie, zde­cy­do­wane odde­chy. Loretta obser­wuje, jak klatka pier­siowa męża unosi się i opada. Potem uci­ska mostek – mocno, z abso­lutną pew­no­ścią sie­bie – o wiele wię­cej razy, niż robił to Rocco, po czym znów wyko­nuje dwa odde­chy i wraca do uci­sków. Jest spo­kojny, meto­dyczny. Ten cudowny męż­czy­zna o twa­rzy anioła dokład­nie wie, co robi.

Rocco obej­muje Lorettę ramie­niem. Kucają razem na pod­ło­dze, pod­czas gdy lekarz gło­śno liczy do trzy­dzie­stu, uci­ska­jąc klatkę pier­siową Alberta przy każ­dej licz­bie.

Loretta wpa­truje się w plamę na dywa­nie obok głowy Alberta.

Boże, bła­gam, ocal mojego Alberta. Pozwól mi jesz­cze raz usły­szeć jego śmiech. Jego śpiew. Obie­cuję, że będę dobra, jeśli go oszczę­dzisz. Przed oczami staje jej uśmiech­nięta twarz Alberta w dniu ślubu – dumny, sto­jący naprze­ciw niej przy ołta­rzu.

Modli się, aż wzory paisley na dywa­nie zaczy­nają wiro­wać, a potem mruga. Pod­nosi wzrok na szep­czący tłum i napo­tyka spoj­rze­nie signory Tay­lor – mło­dej żony leka­rza sto­ją­cej nie­opo­dal. Gesù Cri­sto, co ona z sie­bie zro­biła. Co za oso­bliwa para: mąż wygląda jak model z wybiegu, z rysami jak posąg. Nawet teraz Loretta dostrzega, jak prze­ni­kli­wie nie­bie­skie są jego oczy.

– Chyba oddy­cha – mówi lekarz, znów przy­kła­da­jąc ucho do ust Alberta. – Tak. Oddy­cha.

– Będzie żył? – Rocco dotyka ramie­nia ojca.

– Nie wiem. Jak ma na imię?

– Alberto – odpo­wiada Rocco.

Lekarz potrząsa nim mocno za ramiona.

– Alberto! Sły­szysz mnie? Alberto! Obudź się!

Głowa Alberta bez­wład­nie opada.

– Nie budzi się – szep­cze Loretta do Rocca, gdy lekarz ponow­nie nim potrząsa.

I wtedy powraca świst. Loretta ni­gdy nie była tak szczę­śliwa, sły­sząc ten dźwięk.

Kolejne minuty zle­wają się w jedno. Ratow­nicy wpa­dają do holu, prze­py­cha­jąc się przez gapiów. Roz­ma­wiają z leka­rzem po angiel­sku, ten ociera pot z czoła. Góruje nad nimi wzro­stem, sze­ro­kimi ramio­nami i głę­bo­kim gło­sem.

– Ura­to­wał mu pan życie, dot­tore. Brawo.

Ratow­niczka, drobna sza­tynka, trze­po­cze rzę­sami w jego stronę.

Ratow­nicy mie­rzą Alber­towi ciśnie­nie i poziom tlenu. Znowu nim potrzą­sają.

– Alberto, pro­szę się obu­dzić!

Jęczy, lecz nie otwiera oczu; oddy­cha płytko, nie­równo, ze świ­stem.

– Signora, zabie­ramy go do szpi­tala. Na łodzi jest miej­sce tylko dla pacjenta – oznaj­mia ratow­nik.

– Pójdę pie­szo – odpo­wiada Loretta.

Rocco pomaga jej wstać. Obej­mują się mocno. Oboje drżą.

Loretta odwraca się, by podzię­ko­wać leka­rzowi, ale ni­gdzie go nie ma.

Ratow­nicy ukła­dają Alberta na noszach i kie­rują się w stronę tyl­nego wyj­ścia z hotelu, pro­wa­dzą­cego pro­sto nad kanał, gdzie czeka już wodna karetka. Loretta ści­ska jego bez­władną dłoń. Czy on w ogóle wie, co się dzieje? Czy cierpi?

Nie pusz­cza jego ręki, dopóki nie musi.

Gdy zabie­rają Alberta, kilku gości pod­cho­dzi, by zło­żyć jej i Roc­cowi wyrazy współ­czu­cia. Rocco prze­pro­wa­dza ją przez tłum, osła­nia­jąc ramie­niem.

Dopiero kiedy gapie zostają za nimi, Loretta dostrzega zakon­nicę sto­jącą samot­nie przy wiel­kiej cho­ince pośrodku holu. Ma na sobie jasno­brą­zowy habit i czarny welon; przy uchu wymknęło jej się pasmo siwie­ją­cych blond wło­sów. Patrzy pro­sto na Lorettę, z lekko prze­chy­loną głową i nie­śmia­łym, nie­mal pyta­ją­cym uśmie­chem.

Przez chwilę Loretta boi się, że nie tylko serce Alberta dziś się zatrzyma. Przy­ci­ska dłoń do piersi, w któ­rej jej wła­sne bije jak osza­lałe, i chwiej­nym kro­kiem pod­cho­dzi do zakon­nicy, aż dzielą je zale­d­wie cen­ty­me­try. Musi się powstrzy­mać, by nie wycią­gnąć ręki i nie dotknąć jej twa­rzy – upew­nić się, że to nie zjawa.

– Fla­via? – pyta ochry­płym gło­sem. – To naprawdę ty?

– Od dzie­sią­tek lat nie sły­sza­łam tego imie­nia. – Fla­via uśmie­cha się sze­rzej. – Witaj, Loretto. Jak się masz?

Loretta nie potrafi zna­leźć słów. Wszystko wokół niej się roz­pływa. Widzi tylko Fla­vię.

– Chyba wybra­łam nie­naj­lep­szy moment na przy­jazd – mówi Fla­via, spla­ta­jąc dło­nie. – Prze­pra­szam. To był twój mąż? Mam nadzieję, że doj­dzie do sie­bie.

– Co tu robisz?

Fla­via śmieje się krótko. Minęło trzy­dzie­ści sześć lat, odkąd Loretta po raz ostatni sły­szała ten śmiech, a wciąż działa na nią tak samo.

– Czy to nie oczy­wi­ste? – pyta łagod­nie. – Przy­je­cha­łam tu dla cie­bie.

Loretta nie potrafi ode­rwać wzroku od jej piw­nych oczu i peł­nych ust. Jej uroda ani tro­chę nie przy­ga­sła z wie­kiem.

Pod­cho­dzi do nich Rocco.

– Buon Natale, suora. – Z sza­cun­kiem kła­nia się zakon­nicy, po czym zwraca się do Loretty: – Chcesz, żebym przy­niósł ci coś do szpi­tala, mamma?

Obec­ność syna przy­po­mina Loret­cie, gdzie się znaj­duje i czyją jest żoną. Nagle uświa­da­mia sobie, że stoi tu bez ruchu, jakby życie Alberta nie wisiało na wło­sku. Kto wie, czy w ogóle jesz­cze oddy­cha.

– Przy­nieś moją torebkę – mówi do Rocca. – Potrze­buję tele­fonu. I spa­kuj oku­lary.

Gdy jej syn oddala się truch­tem, Loretta unosi brodę i patrzy Fla­vii pro­sto w oczy.

– Jeśli przy­je­cha­łaś po mnie, to się spóź­ni­łaś. O trzy­dzie­ści sześć lat.

Odcho­dzi od niej.

– Loretto! – woła Fla­via.

Loretta staje, lecz się nie odwraca.

– Zatrzy­ma­łam się w San Zac­ca­rii, na ple­ba­nii. – Głos Fla­vii nie­sie się przez hol.

Loretta idzie dalej, ku wyj­ściu, nie oglą­da­jąc się za sie­bie. Na zewnątrz, w lodo­wa­tym wenec­kim powie­trzu, wsa­dza dłoń pod swe­ter, szu­ka­jąc uko­je­nia w dotyku meda­lionu. To prawda, wiele razy czuła się porzu­cona przez Naj­święt­szą Panienkę, lecz dziś gorąco wie­rzy, że jej nie zawie­dzie. Madonna już oka­zała łaskę, zsy­ła­jąc aniel­skiego leka­rza, który ura­to­wał życie Alber­towi.

Loretta ści­ska meda­lion i modli się, by Naj­święt­sza Panienka dopeł­niła cudu i spra­wiła, że jej mąż wróci do zdro­wia.

Idzie szyb­kim kro­kiem w stronę szpi­tala. Dopiero gdy zęby zaczy­nają jej szczę­kać, uświa­da­mia sobie, że wyszła bez płasz­cza i nawet nie pocze­kała na Rocca z torebką. Mimo to idzie dalej – odda­la­jąc się od kobiety, która ją porzu­ciła, ku męż­czyź­nie, co do któ­rego ma nadzieję, że ni­gdy tego nie zrobi.

Sophie

Sophie zasta­na­wia się, czy jej prze­wod­niczka nie tre­nuje przy­pad­kiem do mara­tonu. Wyprze­dziła ją tak bar­dzo, że Sophie bez trudu mogłaby ją zgu­bić w tłu­mie.

– Prze­pra­szam. Prze­pra­szam – mam­ro­cze co rusz do poiry­to­wa­nych prze­chod­niów, któ­rych nie­chcący trąca bio­drem albo ramie­niem, roz­pacz­li­wie pró­bu­jąc dotrzy­mać jej kroku.

Prze­wod­niczka – chuda jak patyk, ubrana w białe skó­rzane spodnie i szpilki na nie­bo­tycz­nie wyso­kich obca­sach – która nawet się nie przed­sta­wiła, gdy spo­tkały się na lot­ni­sku Marco Polo, dociera do scho­dów i na szczę­ście zatrzy­muje się, żeby wystu­kać coś na tele­fo­nie. Sophie pod­biega do niej. To już piąte schody, odkąd wysia­dły z vapo­retto1. Snu­jąc marze­nia o pięk­nych kana­łach prze­ci­na­ją­cych mia­sto, nie pomy­ślała, że trzeba je poko­ny­wać pie­szo, po most­kach. A mostki ozna­czają schody. Cho­ler­nie dużo scho­dów. Zgrzała się mimo lodo­wa­tego powie­trza, a gumowe kółko w walizce trzyma się na słowo honoru, choć to jego dzie­wi­cza wyprawa.

Podob­nie jak para jaskra­wo­ró­żo­wych bot­ków do kostki – tych, w które klik­nęła dosłow­nie raz na Insta­gra­mie w zeszłym mie­siącu, przez co zaczęły poja­wiać się w jej feedzie osiem razy dzien­nie, aż w końcu ska­pi­tu­lo­wała i je kupiła. Teraz obie pięty palą ją żywym ogniem – pęche­rze ma gwa­ran­to­wane jak w banku. W świe­cie zwie­rząt nazywa się to agre­sywną mimi­krą: ofiara daje się zwa­bić wyglą­dowi dra­pież­nika, który potem ją zabija. Dra­pież­nik, botki – jeden pies.

W ciągu ostat­nich pię­ciu minut minęła co naj­mniej pół tuzina buti­ków z cudow­nymi butami w witry­nach – zapewne o połowę tań­szymi niż narzę­dzia tor­tur, które ma na nogach. Kto, do dia­bła, kupuje skó­rzane buty przed przy­jaz­dem do Włoch?

– Pro­szę iść za mną – mówi prze­wod­niczka, nawet na nią nie patrząc, po czym znów rusza w takim tem­pie, jakby pla­no­wała pobić życiówkę. Sophie rów­nie dobrze mogłaby gonić Stru­sia Pędzi­wia­tra, cią­gnąc za sobą walizkę z feler­nym kół­kiem. – Jeste­śmy na miej­scu, signora. – Kobieta zatrzy­muje się gwał­tow­nie i macha Sophie kartką przed nosem. – Hotel Il Cuore. Pro­szę pod­pi­sać. Prego.

Sophie składa pod­pis na żół­tym świstku.

– Dzię­kuję, bar­dzo doce­niam… – zaczyna, lecz kobieta już pędzi z powro­tem w stronę Canal Grande. – Miiip, miiip – mru­czy pod nosem.

Powinna się cie­szyć, że „Foodie” w ogóle zor­ga­ni­zo­wało dla niej prze­wod­niczkę. Sama ni­gdy w życiu nie tra­fi­łaby do hotelu. Skrę­cały w lewo i w prawo tyle razy, że dawno stra­ciła rachubę.

Zatrzy­muje się na chwilę, by poza­chwy­cać się fasadą kul­to­wego Hotelu Il Cuore – trzy­pię­tro­wego budynku z jasno­nie­bie­skiego kamie­nia, który błysz­czy jak klej­not pośród ota­cza­ją­cych go czer­wo­nych i kre­mo­wych kamie­nic – po czym wciąga walizkę po sze­ściu stro­mych stop­niach do wej­ścia. Na lot­ni­sku w Mel­bo­urne jej walizkę upo­ko­rzono wielką naklejką z napi­sem „HEAVY”, ostrze­ga­jącą obsługę przed cię­ża­rem bagażu. Gdy nie­mal wyrywa sobie bark, tasz­cząc ją na ostatni sto­pień, prze­klina w duchu Sophie z wczo­raj, która spa­ko­wała nie­mal cały swój doby­tek na dwu­ty­go­dniowy wyjazd. Bo „dobrze mieć wybór”.

Dysząc, opiera się o szklane drzwi pro­wa­dzące do holu. Lobby Il Cuore wygląda dokład­nie tak jak w inter­ne­cie – cia­sne, nieco prze­sta­rzałe, uro­cze: plu­szowy dywan we wzory, grube białe kolumny ople­cione sztucz­nymi rośli­nami, wystawne żyran­dole zwi­sa­jące z rozet sufi­to­wych, lada recep­cji z ciem­nego maho­niu, a pośrodku – cho­inka tak ogromna, że nie­mal pochła­nia całe wnę­trze.

– Buon­giorno, signora. Weso­łych Świąt! Mel­du­jemy się? – Pra­cow­nik hotelu pod­biega do niej z dru­giego końca foyer.

Ooo, dzień dobry. Kogo my tu mamy? Wysoki – jest. Sza­tyn – jest. Przy­stojny – JESZ­CZE JAK.

Uśmie­cha się do niego tak, jakby nie była spo­cona i ledwo żywa.

– Cześć! Tak, mel­duję się. Sophie Black. Rezer­wa­cja może być na „Foodie Mag” albo Foodie Enter­pri­ses? A może po pro­stu na Sophie Black. Tak zwy­kle robią. Sama się gubię. I pana przy oka­zji też. Ha! – Prze­stań paplać.

– Ach, to pani jest tą dzien­ni­karką kuli­narną! Pozwoli pani, że wezmę walizkę. Prego, prego. Pro­szę za mną. Jestem Rocco Bian­chi, syn Loretty Bian­chi!

Pro­wa­dzi ją do lady recep­cji ozdo­bio­nej gir­landą z migo­czą­cymi lamp­kami.

– Marino! Marino! La signora z Austra­lii przy­je­chała! Marino! Dove? Pro­szę tu chwilę pocze­kać, signora. Niech pani usią­dzie. – Wska­zuje aksa­mitną kanapę obok recep­cji. – Momen­cik. – Unosi palec i znika za waha­dło­wymi drzwiami.

Czy wszy­scy Wene­cja­nie bez prze­rwy bie­gają? Czy to jakaś lokalna cecha?

Tele­fon Sophie wibruje w jej kie­szeni. Wia­do­mość od Bec.

Dotar­łaś już?

Jak ci się podoba bella Vene­zia?

Bro­dzisz po wodzie w gumia­kach?

Wła­śnie przy­je­cha­łam!

Powo­dzi brak, ale Wene­cja jest bar­dziej lodo­wata niż Nicole Kid­man.

Zaraz lecę na Piazza San Marco na porządne zwiady

Jak tam święta?

Istna posta­po­ka­lipsa.

Wszy­scy nie­przy­tomni z prze­je­dze­nia.

Daj jutro znać, jak ci poszło.

Nie mogę się docze­kać, co powiesz o Signo­rze Bian­chi!

Wła­śnie pozna­łam jej syna.

Cał­kiem nie­zły!

Ooo, ale czy też gotuje?

Wraca Rocco, a za nim kobieta, która musi być jego bliź­niaczką. Oboje wysocy i szczu­pli, z wiel­kimi brą­zo­wymi oczami, wyso­kimi kośćmi policz­ko­wymi i burzą czar­nych loków – u niego krót­kich, u niej opa­da­ją­cych na ramiona. Oboje w oku­la­rach: Rocco w cien­kich dru­cia­nych opraw­kach à la John Len­non, Marina w wiel­kich, pla­sti­ko­wych, czer­wo­nych. Oboje onie­śmie­la­jąco piękni.

Rocco wyko­nuje teatralny gest w stronę Mariny.

– A oto i ona. Moja sio­stra!

Jakby przed­sta­wiał Sophie człon­ki­nię rodziny kró­lew­skiej. Uro­cze.

– Weso­łych Świąt, signora. Czy Rocco wyja­śnił już sytu­ację? – Marina siada za ladą. Jest wyraź­nie mniej nakrę­cona niż brat.

Zanim Sophie zdąży odpo­wie­dzieć, Rocco wtrąca:

– To tylko drobna nie­do­god­ność, signora. – Zbliża do sie­bie kciuk i palec wska­zu­jący, poka­zu­jąc, jak bar­dzo drobna. – Otóż dziś nasz papà miał tyci zawał.

Co do…?

– Zawał? O mój Boże! Czy on… czy wszystko z nim w porządku?

– Tak, gra­zie a Dio, został odra­to­wany i teraz jest w szpi­talu – odpo­wiada Rocco. – Wszystko dobrze.

– Żadne tam „dobrze”. – Marina posyła mu wście­kłe spoj­rze­nie. – Nasz ojciec pra­wie dziś umarł. Jego stan jest na razie sta­bilny, ale prze­bywa na oddziale inten­syw­nej tera­pii i leka­rze mówią, że potrzebna będzie ope­ra­cja. Nie wiemy, jak będą wyglą­dały naj­bliż­sze dni, a nawet tygo­dnie czy mie­siące. Nasza mama oczy­wi­ście jest z nim w szpi­talu. Moż­liwe, że nie będzie w sta­nie pra­co­wać przez jakiś czas. Przy­kro mi, signora, ale musimy się wyco­fać z arty­kułu.

Powie­trze ucho­dzi Sophie z płuc.

– Rozu­miem.

– Ale papà nie­długo wyj­dzie ze szpi­tala i wszystko wróci do normy… – zaczyna Rocco.

– Nic nie wróci do normy przez długi czas – wcho­dzi mu w słowo Marina. – Wiem, że to fatalny moment, ale nie możemy gościć w kuchni dzien­ni­karki, gdy dzieje się coś takiego.

Kurwa.

Rocco wpa­truje się w pod­łogę, zaci­ska­jąc szczękę.

Marina wzdy­cha.

– Bar­dzo prze­pra­szamy, signora.

Sophie szybko bie­rze się w garść.

– Pro­szę się nie mar­twić. To żaden pro­blem.

– Dzię­kuję za zro­zu­mie­nie – mówi Marina. – Czy potrze­buje pani pomocy w prze­bu­ko­wa­niu lotu powrot­nego do Austra­lii?

Prrr, kobieto, daj mi sekundę.

– Nie, nie, macie już wystar­cza­jąco dużo spraw na gło­wie. Rano sama wszystko ogarnę i wyniosę się stąd naj­szyb­ciej, jak się da. Słowo.

– Musi pani być bar­dzo zmę­czona po podróży. – Marina uśmie­cha się nieco cie­plej. Naj­wy­raź­niej Sophie zyskała w jej oczach, dekla­ru­jąc, że się „wynie­sie”. – Przy­ślemy do pani apar­ta­mentu kawa­łek keksu i her­batę. Rocco panią zapro­wa­dzi. Jesz­cze raz prze­pra­szam. – Wrę­cza jej kartę do pokoju.

Rocco pro­wa­dzi Sophie przez hol, tasz­cząc jej walizkę. Sophie kuś­tyka za nim. Gdy tylko zosta­nie sama, dra­pieżne botki wylą­dują w koszu. Albo nie – są zbyt ładne.

Kiedy Marina nie może ich już usły­szeć, Rocco nachyla się w stronę Sophie.

– Pro­szę nie brać sobie do serca tego, co powie­działa moja sio­stra. Niech pani nie wyjeż­dża. Marina myśli, że zdoła prze­ko­nać naszą mammę, żeby nie pra­co­wała, ale to nie­moż­liwe. Pro­szę zostać i pocze­kać, aż wróci. Bar­dzo się cie­szyła na współ­pracę z panią.

– Na pewno? Mam tu spę­dzić tylko dwa tygo­dnie.

– Roz­ma­wia­łem z nią przez tele­fon dosłow­nie parę minut przed pani przy­jaz­dem. Pró­bo­wała mnie prze­ko­nać, żebym poje­chał do szpi­tala zamiast niej, bo chciała wie­czo­rem popra­co­wać. Papà dopro­wa­dza ją do szału. – Rocco par­ska cichym śmie­chem. – Ani się obej­rzymy i wróci do nas. Obie­cuję.

– Ope­ra­cja serca to nie prze­lewki. Może nie doce­nia pan powagi sytu­acji?

– Znam rodzi­ców. Papà będzie chciał jak naj­szyb­ciej opu­ścić szpi­tal, a mamma będzie myślała tylko o restau­ra­cji. Miesz­kamy tu, na miej­scu, więc wszy­scy możemy się nim zająć. Pro­szę nie wyjeż­dżać, signora. Niech pani zosta­nie.

Uśmie­cha się do niej – i Sophie podej­muje bły­ska­wiczną decy­zję. Bo nawet jeśli Signora Bian­chi nie wróci do pracy wystar­cza­jąco szybko, kto byłby w sta­nie odmó­wić uro­czemu Wło­chowi, który tak pięk­nie prosi?

– Chyba mogę się tro­chę wstrzy­mać z wyjaz­dem, jeśli moja sze­fowa się zgo­dzi. Zoba­czymy, jak się poto­czą sprawy z pań­skimi rodzi­cami.

– Dosko­nale! Czyli ni­gdzie pani nie leci, a gdy mamma wróci, pokaże pani naj­lep­sze wenec­kie prze­pisy do maga­zynu. Jest cudowną kucharką. I naj­wspa­nial­szą osobą na świe­cie. Prze­kona się pani!

– Nie mogę się docze­kać, żeby ją poznać.

Myśli Sophie na moment bie­gną ku jej wła­snej matce i czte­rem połą­cze­niom od niej, które dziś odrzu­ciła. Wie, że powinna oddzwo­nić. Jeśli nie w Boże Naro­dze­nie, to kiedy?

Zatrzy­mują się przy win­dzie. Sophie widziała podobne windy – z żela­zną kratą – tylko w sta­rych fil­mach. Rocco gestem zapra­sza ją do środka, po czym wcho­dzi za nią z walizką i ręcz­nie zamyka kratę oraz drzwi.

– Apar­ta­ment na pierw­szym pię­trze. Dostała pani nasz naj­lep­szy pokój. – Uśmie­cha się, a Sophie aż ści­ska w żołądku. – Kolej­nym powo­dem, dla któ­rego powinna pani zostać, jest wystawa Venice Rising, która zaczęła się wła­śnie dziś. Przez dwa­na­ście dni, aż do uro­czy­sto­ści Obja­wie­nia Pań­skiego, pre­zen­to­wana będzie sztuka z całego świata. To bar­dzo ważna wystawa poświę­cona walce na rzecz kli­matu. – Gesty­ku­luje rękami, jakby grał na akor­de­onie.

– Tak? Będę musiała to zoba­czyć.

Stoją tak bli­sko sie­bie, że Sophie czuje zapach kawy w jego odde­chu. Winda wjeż­dża na pię­tro – trzę­sąc się i skrzy­piąc – znacz­nie dłu­żej, niż wydaje się to moż­liwe. Sophie obser­wuje Rocca z taką samą uwagą, z jaką śle­dzi twa­rze ste­war­des pod­czas tur­bu­len­cji. Spra­wia wra­że­nie nie­wzru­szo­nego. Gdy winda wresz­cie zatrzy­muje się z głu­chym łosko­tem, ma wra­że­nie, jakby wła­śnie dotarła na szczyt Empire State Buil­ding.

– Prego. – Rocco gestem zapra­sza ją do wyj­ścia na kory­tarz wyło­żony dywa­nem, z paste­lo­wo­ró­żo­wymi drzwiami po obu stro­nach. Naprze­ciwko windy, na końcu dłu­giego kory­tarza, w zło­co­nej ramie wisi ogromny por­tret papieża.

– Papież! – woła Sophie, wska­zu­jąc pal­cem obraz, jakby ujrzała stado krów przez okno samo­chodu.

– Tak. Il Papa. Lubi go pani?

– Eee… nie jestem szcze­gól­nie reli­gijna.

– Ja też. Ale moja mamma… – Gwiż­dże cicho. – Jest bar­dzo, bar­dzo, bar­dzo reli­gijna.

Dobrze wie­dzieć. Zero żar­tów o Jezu­sie.

Rocco otwiera drzwi do ostat­niego apar­ta­mentu po pra­wej i przy­trzy­muje je dla Sophie.

– To pani pokój. Witamy, signora.

– Sophie.

– Dobrze. Mam nadzieję, że spę­dzisz tu miło czas, Sophie.

Jej wzrok wędruje po różowo-bia­łej tape­cie w pio­nowe pasy, hafto­wa­nej lnia­nej narzu­cie na mosięż­nym łóżku, przy­tul­nym fotelu w rogu i bia­łej drew­nia­nej komo­dzie, na któ­rej stoi wazon z paste­lo­wymi różami. Pokój jak żyw­cem wyjęty z jej dzie­cię­cych marzeń. Gdyby nie palący ból stóp, pod­sko­czy­łaby z rado­ści.

Rocco pod­cho­dzi do okna i otwiera czer­wone okien­nice. Firanki uno­szą się, gdy do środka wpada powiew chłod­nego powie­trza.

– Jest zimno, ale podejdź na chwilę i posłu­chaj.

Z dołu dola­tują potężne, ope­rowe głosy gon­do­lie­rów śpie­wa­ją­cych chó­rem. Sophie pod­cho­dzi, wychyla się przez okno i patrzy w dół na wąski kanał. Pod oknem prze­pły­wają dwie gon­dole, jedna za drugą. Gon­do­lie­rzy pochy­lają głowy, mija­jąc mostek. Dziew­czynka pły­nąca z rodzi­cami zauważa Sophie i Rocca i do nich macha. Sophie odwza­jem­nia gest, a Rocco posyła małej całusa, na co ta chi­cho­cze i zakrywa usta dło­nią, zanim gon­dola znik­nie za zakrę­tem.

Roz­brzmie­wają dzwony kościelne – gło­śne, melo­dyjne.

– To dzwony z wieży na Piazza San Marco – wyja­śnia. – Tylko teraz, mię­dzy Bożym Naro­dze­niem a Obja­wie­niem Pań­skim, biją co godzinę. Zwy­kle można je usły­szeć jedy­nie dwa razy dzien­nie.

– Jaki cudowny dźwięk! – zachwyca się Sophie.

Sły­chać je, jakby biły tuż obok, a nie kilka ulic dalej.

Rocco zamyka okien­nice, gdy dzwony cichną.

– Wrócę za dwie minuty z czymś dobrym do jedze­nia, dobrze? Zapu­kam. Gdy usły­szysz puka­nie, będziesz wie­działa, że to ja, Rocco. – Popra­wia oku­lary.

Sophie patrzy na tego uro­czego, sek­sow­nego męż­czy­znę z potar­ga­nymi czar­nymi lokami, który wtasz­czył jej bagaż, przy­pro­wa­dził ją do tego raj­skiego zaka­marka, a zaraz przy­nie­sie jej her­batę oraz coś do zje­dze­nia, i docho­dzi do wnio­sku, że chyba wła­śnie odro­binkę się zadu­rzyła.

Po wyj­ściu Rocca tele­fon Sophie zaczyna wibro­wać. Na ekra­nie znów wyświe­tla się imię Pene­lope. Sophie czeka, aż się roz­łą­czy. Wyjazd do Wene­cji uchro­nił ją przed spę­dze­niem pierw­szego dnia świąt w przy­gnę­bia­ją­cym sze­re­gowcu matki, przy pud­dingu z Wool­wor­thsa, ale prę­dzej czy póź­niej i tak będzie musiała z nią poroz­ma­wiać.

Roz­lega się puka­nie do drzwi. Rocco wnosi do środka srebrną tacę z cera­micz­nym czaj­ni­kiem w kwia­towy rzu­cik, fili­żanką i spodkiem od kom­pletu oraz tale­rzy­kiem z dwoma solid­nymi kawał­kami cia­sta naszpi­ko­wa­nymi owo­cami.

– Maran­tega, popi­sowe cia­sto mojej mammy – oznaj­mia z dumą, sta­wia­jąc tacę na komo­dzie. – Pie­cze świeżą maran­tegę każ­dego dnia przez dwa­na­ście dni świąt. Dziś jemy pierw­szą bla­chę. Mam nadzieję, że tobie też będzie sma­ko­wać, Sophie.

Kobieta odła­muje pal­cami spory kawa­łek. Cia­sto roz­pada się na języku; smaki kopru wło­skiego, moreli i rodzy­nek kon­ku­rują ze sobą.

– Mmm. Pyszne.

– A nie mówi­łem? Dobre, prawda? Buon appe­tito. – Zerka na zega­rek. – Widzimy się o szó­stej wie­czo­rem na kola­cji?

– Pora­dzi­cie sobie bez Signory Bian­chi?

– Z tru­dem. – Gesty­ku­luje żywo. – Papà oczy­wi­ście też bar­dzo pomaga w kuchni. Nasi kuzyni, Chiara i Salva­tore, przy­je­chali z Padwy, żeby nas wes­przeć. Pra­cują tutaj, ale dziś mieli mieć wolne. – Śmieje się. – W każ­dym razie jakoś sobie pora­dzimy. Mamma przy­go­to­wała wszystko rano, zanim biedny papà… – Urywa, wzdy­cha­jąc. – Jutro będzie gorzej. Tury­ści przy­cho­dzą tu wyłącz­nie dla mammy i jej jedze­nia. Mam nadzieję, że nie poczują się bar­dzo roz­cza­ro­wani, gdy zamiast Signory Bian­chi będzie goto­wać jej gamo­nio­waty syn.

– Chęt­nie pomogę – mówi Sophie. – Znam się tro­chę na kuchni.

– To bar­dzo miłe, ale przy­le­cia­łaś tu po to, żeby pisać o mam­mie, a nie stać przy garach. – Znowu spo­gląda na zega­rek. – Odpocz­nij, napij się her­baty, zanim wysty­gnie, zjedz cia­sto, a pod wie­czór, o szó­stej, przyjdź do restau­ra­cji. Zare­zer­wuję dla cie­bie naj­lep­szy sto­lik.

Po jego wyj­ściu Sophie ponow­nie otwiera okien­nice i siada przy oknie, z paru­jącą fili­żanką her­baty w dło­niach.

Zostaje sama ze swo­imi myślami i natych­miast ogar­nia ją smu­tek. Od mie­siąca – odkąd poznała prawdę o matce – słowa Pene­lope nie dają jej spo­koju.

To nie był zawał, wiesz? Tylko ja.

Pene­lope była pijana, wyzna­jąc to pod­czas jed­nej z ich czwart­ko­wych kola­cji. Tak pijana, że Sophie nie ma pew­no­ści, czy matka w ogóle pamięta, co wtedy powie­działa, ser­wu­jąc jej roz­go­to­waną woło­winę i rzad­kie purée ziem­nia­czane. Kie­dyś Pene­lope była świetną kucharką. Naj­lep­szą. Ale te czasy dawno minęły.

Następ­nego popo­łu­dnia Pene­lope zadzwo­niła, jakby nic się nie stało. Jak gdyby nie wysa­dziła w powie­trze całego świata Sophie jed­nym wyzna­niem.

Sophie kręci głową, wspo­mi­na­jąc, jak matka zaczęła opo­wia­dać o nowym prze­pi­sie z uży­ciem Ther­mo­miksa, który wła­śnie testo­wała.

– Sieka mi nawet cebulę, kocha­nie. Naprawdę, musisz sobie taki spra­wić, jeśli cię stać.

Prze­stań gadać o swoim Ther­mo­mik­sie, ty bez­względna mor­der­czyni! – miała ochotę krzyk­nąć do słu­chawki.

Śpiew gon­do­lie­rów wypeł­nia powie­trze. Sophie popija her­batę. Nie będzie mogła uni­kać Pene­lope w nie­skoń­czo­ność, ale na razie jest tutaj – w pięk­nym nowym mie­ście, daleko od niej.

Koń­czy cia­sto i roz­pa­ko­wuje walizkę. Gdy dzwony obwiesz­czają piątą po połu­dniu, wsuwa stopy w mniej eks­tra­wa­ganc­kie buty, zwią­zuje włosy w kucyk, bie­rze kartę do pokoju i wycho­dzi z apar­ta­mentu.

Na kory­ta­rzu znów staje twa­rzą w twarz z gro­te­skowo wiel­kim por­tre­tem papieża Fran­ciszka. Wygląda, jakby coś ukry­wał.

Na dole, na końcu holu, har­mo­nij­kowe drzwi pro­wa­dzące do restau­ra­cji są sze­roko otwarte. Wej­ście do środka przy­po­mina wkro­cze­nie do kra­iny cudów. Wysoki prze­szklony sufit daje wra­że­nie prze­strzeni pod gołym nie­bem, a stra­te­gicz­nie roz­miesz­czone gazowe ogrze­wa­cze pod­trzy­mują przy­jemne cie­pło. Ponad tuzin gli­nia­nych donic, się­ga­ją­cych Sophie do bio­der, mie­ści bli­sko dwu­me­trowe papro­cie ople­cione tysią­cami lam­pek. Rośliny stoją mię­dzy około dwu­dzie­stoma kwa­dra­to­wymi sto­li­kami przy­kry­tymi obru­sami w różowo-białą kratkę, z wazo­nami peł­nymi kolo­ro­wych róż. Nic dziw­nego, że to miej­sce jest sławne.

Sophie przez chwilę chło­nie to piękno, po czym wypusz­cza powie­trze i prze­cho­dzi przez waha­dłowe drzwi z napi­sem „Tylko dla per­so­nelu”.

W prze­stron­nej śnież­no­bia­łej kuchni panuje chaos. Rocco i Marina, a także jesz­cze jeden męż­czy­zna i jedna kobieta – rów­nie wysocy, szczu­pli, kędzie­rzawi i nie­wia­ry­god­nie atrak­cyjni, zapewne kuzyni, o któ­rych wspo­mi­nał Rocco – mówią wszy­scy naraz. Na kuchence stoją rzę­dem ogromne sta­lowe garnki, w któ­rych coś bul­go­cze. Na wiel­kiej mar­mu­ro­wej wyspie panuje totalny bała­gan: garnki, ścierki, warzywa pokro­jone na deskach i dzie­siątki suro­wych ravioli wiel­ko­ści dłoni, roz­ło­żo­nych na papie­rze do pie­cze­nia.

Nikt nie zwraca na Sophie uwagi.

– Cześć! – woła.

Wciąż roz­ma­wiają ze sobą po wło­sku, pod­nie­sio­nymi gło­sami, gesty­ku­lu­jąc żywo, jakby grali na wyima­gi­no­wa­nych akor­de­onach.

– Halo! – mówi gło­śniej.

Wszy­scy nagle milkną i odwra­cają się w jej stronę.

– Signora, witam. – Marina marsz­czy brwi. – W czym mogę pomóc?

– Wła­śnie po to tu jestem – odpo­wiada z uśmie­chem. – Żeby zapro­po­no­wać pomoc.

– Sophie! – Rocco pod­cho­dzi do niej, uno­sząc ramiona w powi­tal­nym geście. Na jego czar­nej koszuli odzna­czają się wiel­kie plamy potu pod pachami. – Jesteś taka miła. Mówi­łem prze­cież, żebyś się nami nie przej­mo­wała.

– A ja posta­no­wi­łam to zigno­ro­wać. Macie za sobą kosz­marny dzień. Ja zdą­ży­łam odpo­cząć, zjeść pyszny pod­wie­czo­rek, za który swoją drogą bar­dzo dzię­kuję, i czuję się jak nowo naro­dzona. – Dostrzega far­tuch wiszący przy drzwiach. – No dobrze. – Zakłada go przez głowę i wiąże w pasie. – To od czego zaczy­namy?

Gdy piękną twarz Rocca roz­świe­tla uśmiech, jej serce mięk­nie bez reszty.

Elena

Mamma ści­ska dłoń Eleny, jakby w oba­wie, że jeśli ją puści, córka znik­nie. Sie­dzą na wytar­tej brą­zo­wej kana­pie w miesz­ka­niu rodzi­ców, a pomię­dzy nimi – sąsiadka.

Mamma wpa­truje się w Elenę. Pod­czas ich nie­licz­nych wide­oro­zmów Elena mani­pu­lo­wała świa­tłem, by ukryć przed nią powagę sytu­acji. Sta­rała się też zasła­niać jak naj­wię­cej, cho­wa­jąc się za Chri­stia­nem. To on zawsze trzy­mał tele­fon. Dla­tego mamma przyj­rzała jej się tak naprawdę po raz pierw­szy od pię­ciu lat dopiero wtedy, gdy trzy godziny temu sta­nęli na progu jej miesz­ka­nia.

– Zmie­ni­łaś się – szep­nęła.

Elena nie odpo­wie­działa. Rzu­ciła się w jej otwarte ramiona i od tam­tej pory nie mogły się od sie­bie odkleić.

Miesz­ka­nie jest pełne krew­nych i przy­ja­ciół, któ­rzy po raz pierw­szy mają oka­zję poznać Chri­stiana, a przy oka­zji widzą, do jakiego stanu dopro­wa­dziła się Elena. Unika ich spoj­rzeń, roz­glą­da­jąc się po pokoju. Nie­wiele się zmie­niło. Stary tele­wi­zor wciąż stoi na wybla­kłej drew­nia­nej skrzynce ozdo­bio­nej poje­dyn­czym pasem cien­kiej, zie­lo­nej lamety. Koron­kowe firanki z polie­stru są bar­dziej pożół­kłe, niż zapa­mię­tała; zasła­niają jedyne okno wycho­dzące na wąską uliczkę. Po jego obu stro­nach wiszą ozdobne tale­rze z kolek­cji mammy. Elena kocha każdy ele­ment tej cia­snej, zagra­co­nej prze­strzeni. Nie zda­wała sobie sprawy, jak bar­dzo bra­ko­wało jej tego miej­sca.

Przy­le­cieli do Wene­cji póź­nym ran­kiem, spę­dziw­szy trzy­dzie­ści dwie godziny w podróży. Elena marzyła, by po zamel­do­wa­niu w Il Cuore od razu przy­je­chać do mamy, lecz Chri­stian musiał się naj­pierw prze­spać. Led­wie parę godzin przed wylo­tem z Syd­ney skoń­czył pisać swój ostatni egza­min, a gdy tylko przy­ło­żył głowę do poduszki, prze­spał cią­giem cztery godziny. Elena leżała obok niego roz­draż­niona, cze­ka­jąc, aż się obu­dzi. Osta­tecz­nie zbu­dziły go krzyki Signory Bian­chi dobie­ga­jące z holu. Chwilę póź­niej był już ubrany i pędził po scho­dach.

Elena wciąż usi­ło­wała roze­znać się w sytu­acji, gdy Chri­stian roz­py­chał się łok­ciami przez tłum, a póź­niej pod­wi­nął rękawy i zaczął reani­mo­wać star­szego wła­ści­ciela hotelu.

Znała swo­jego męża od sze­ściu lat, lecz dopiero dziś zoba­czyła go w akcji. Chri­stian został przy signo­rze Bian­chim, dopóki nie prze­jęli go ratow­nicy, a potem ulot­nił się, wypro­wa­dza­jąc Elenę z hotelu, zanim kto­kol­wiek zdą­żył mu podzię­ko­wać. Żadne z nich nie wspo­mniało o tym w miesz­ka­niu mammy.

Kuzynka Eleny, Marta, ubrana w top z nie­moż­li­wie głę­bo­kim dekol­tem, pod­suwa piersi Chri­stia­nowi pod sam nos – aż dziw bie­rze, że jesz­cze nie zła­mała sobie krę­go­słupa. Chri­stian zawsze tak działa na ludzi. Wła­śnie roz­ma­wia z padre Ales­san­drem, który przy­je­chał z samego Waty­kanu. Ales­san­dro wygląda dokład­nie tak jak przed wyjaz­dem Eleny do Syd­ney – mniej wię­cej w tym samym cza­sie prze­pro­wa­dził się do Rzymu. Na­dal ma w sobie łobu­zer­ski urok; blond włosy opa­dają mu na sta­lo­wo­nie­bie­skie oczy. Bar­dziej przy­po­mina skan­dy­naw­skiego modela niż wło­skiego księ­dza.

Ales­san­dro zerka na nią ukrad­kiem, gdy Chri­stian coś do niego mówi. Elena nie może znieść tego, że wszy­scy się na nią gapią. Ale czy może mieć o to żal? Na ich miej­scu też by się gapiła.

Pośród ota­cza­ją­cego ją gwaru roz­mów sku­pia wzrok na cho­ince. Skrom­nie przy­stro­jona, nie sięga jej nawet do pasa. Stoi wci­śnięta w naj­dal­szy róg pokoju, jak zawsty­dzony gość. Wokół niej leżą kolo­rowe, nie­roz­pa­ko­wane pre­zenty.

Elena przy­po­mina sobie Boże Naro­dze­nie z cza­sów, gdy była dziec­kiem, a jej brat Paolo wciąż żył. Gdy ich dom wypeł­niały śmiech i dobra zabawa. Papà zbu­do­wał dla nich gokarta z drew­nia­nej skrzynki po owo­cach, którą przy­niósł ze swo­jego skrom­nego warzyw­niaka. Elena sie­działa mię­dzy nogami Paola i krzy­czała z zachwytu i stra­chu. Włosy roz­wie­wały jej się na wie­trze, gdy papà spy­chał ich ze stro­mego zbo­cza w stronę piazzy.

Pod­łogę wokół cho­inki pokrywa gruba war­stwa kurzu. Oczy­wi­ście mamma nie miała czasu sprzą­tać, samot­nie opie­ku­jąc się papą przez ostat­nie mie­siące. Wzru­sze­nie ści­snęło Elenę za gar­dło. Moc­niej chwyta dłoń mamy.

Ma jej tyle do powie­dze­nia, lecz papà zmarł zale­d­wie cztery dni temu i Elena wciąż szuka odpo­wied­nich słów. Żałoba wydaje jej się tak świeża, jakby stra­ciła war­stwę naskórka. Na całym ciele czuje mro­wie­nie tysiąca ostrych igie­łek.

Roz­mowy toczą się bez jej udziału. Krewne krzą­tają się mię­dzy kuch­nią a salo­nem, zor­ga­ni­zo­wane jak kolo­nia mró­wek: zapeł­niają lodówkę i stół jedze­niem na jutrzej­szą stypę, roz­kła­dają tale­rze i sztućce. Elena zaofe­ro­wała swoją pomoc, ale ciotki nie chciały o tym sły­szeć.

– Posiedź z Anną-Marią. Została cał­kiem sama.

Prze­kaz jest jasny. Twój ojciec umie­rał, a ty nie wró­ci­łaś do domu.

Elena nie potrze­buje cio­tek, by zadrę­czały ją wyrzu­tami sumie­nia. I tak nie mogłaby się już gorzej czuć.

Bez­u­stan­nie drę­czy ją poczu­cie winy na zmianę z żalem. Mamma zadzwo­niła w zeszłym mie­siącu z wia­do­mo­ścią, że lecze­nie papy nie przy­nio­sło spo­dzie­wa­nych efek­tów, a rak roz­prze­strze­nił się po całym orga­ni­zmie.

– Dają mu mie­siąc, góra dwa. Prze­rzuty są wszę­dzie: w płu­cach, wątro­bie, krę­go­słu­pie. Nie radzę sobie sama. Jest taki ciężki, Eleno. Muszę go prze­no­sić na toa­letę i z niej zdej­mo­wać, myć, ubie­rać… – Głos jej się zała­mał.

– A twoje sio­stry? – zapy­tała Elena. – Nie mogą pomóc?

– Poma­gają. Przy­cho­dzą, kiedy tylko mogą. Ale mają wła­sne rodziny. Potrze­buję kogoś na stałe. – Mamma się zawa­hała. – Wróć do domu, Eleno. Jesteś tu potrzebna.

Ale Elena nie wró­ciła.

Na uła­mek sekundy przy­myka oczy i głę­boko zaczer­puje powie­trza.

Dotyk na ramie­niu wyrywa ją z roz­my­ślań.

– Dobrze się czu­jesz, skar­bie? – Chri­stian stoi przy jej boku.

– Tak. Po pro­stu jestem zmę­czona.

Gła­dzi ją po wło­sach.

– Powiedz, kiedy będziesz chciała wyjść.

– Jesz­cze chwilę.

Chce uciec od tłumu, scho­wać się w hotelu, lecz nie jest gotowa zosta­wić mammy, która w ciągu pię­ciu lat od ślubu Eleny w Syd­ney posta­rzała się o całe dekady.

Jej ciem­no­brą­zowe włosy zdą­żyły pra­wie cał­kiem posi­wieć, a twarz ma pooraną zmarszcz­kami. Schu­dła i wygląda znacz­nie sta­rzej niż na swoje pięć­dzie­siąt dwa lata. Żałobna czerń dodaje jej lat. Pro­sta weł­niana sukienka jest na nią o dwa roz­miary za duża. Widocz­nie poży­czyła ją od któ­rejś z sióstr.

– Naprawdę musimy być jutro ubrane na czarno, zia? – woła kuzynka Eleny, Por­tia.

– Dla­czego pytasz o to ciotkę, skoro już powie­dzia­łam, że tak? – odpo­wiada zia Romina.

– Czarny jest taki ponury – maru­dzi Por­tia. – A to ma być prze­cież cele­bra­cja.

– Cele­bra­cja?! Niby czego? To prze­cież pogrzeb, nie kar­na­wał!

– Cele­bra­cja życia wujka, mamma! – Por­tia jest rów­nie gło­śna jak jej matka.

Romina macha ręką.

– Jakiego życia? Bie­dak umarł w wieku pięć­dzie­się­ciu dzie­wię­ciu lat, Panie, świeć nad jego duszą. – Żegna się.

– W Anglii wszy­scy przy­cho­dzą na pogrzeby ubrani w jasne kolory. – Por­tia nie daje za wygraną.

– Skoro tak kochasz Anglię, to sobie tam zamiesz­kaj! – Romina nie­mal na nią krzy­czy. – Zoba­czymy, jak ci się spodoba goto­wa­nie i sprzą­ta­nie po sobie.

Chri­stian pod­chwy­tuje spoj­rze­nie Eleny i wymie­nia z nią szybki uśmiech. Nie zna wło­skiego, lecz nie­trudno domy­ślić się atmos­fery roz­mowy.

Na szczę­ście Por­tia w końcu odpusz­cza i Elena znów zaczyna się przy­glą­dać meblom w salo­nie. Umie­jęt­ność wyłą­cza­nia się to jedyne, co trzyma ją w cało­ści. Jeśli dopu­ści do sie­bie myśl, że papà umarł, a jej życie to skoń­czone bagno, roz­pad­nie się na kawałki. A nie może sobie na to pozwo­lić. Mamma jej potrze­buje. Elena bie­rze więc kolejny głę­boki oddech i dalej się uśmie­cha.

Zia Sonia, kolejna z sióstr mammy, pod­cho­dzi do kanapy ze srebrną tacą. Pochyla się, czę­stu­jąc ją kawał­kiem świą­tecz­nej maran­tegi. Co roku pie­cze ją w takiej ilo­ści, by wystar­czyło dla całej rodziny. Elena jest zdu­miona tym, jak bar­dzo jej życie zmie­niło się od wyjazdu z Wene­cji – i że tutaj wszystko zostało po sta­remu.

Mamma pusz­cza dłoń córki, by poczę­sto­wać się cia­stem. Elena czuje na sobie cię­żar spoj­rzeń wszyst­kich w pokoju, gdy zia Sonia podaje jej tacę. Kręci prze­cząco głową.

Mamma dotyka jej policzka.

– Jak to się stało? – szep­cze.

– Wymknęło się spod kon­troli – odpo­wiada Elena zgod­nie z prawdą. – Ale nie zawsze będę tak wyglą­dać, słowo.

Spo­gląda na Chri­stiana, który zaba­wia grupę jej kuzy­nek opo­wie­ścią o tym, jak nie­wiele bra­ko­wało, by spóź­nili się na samo­lot, gdy w Ube­rze skoń­czyła się ben­zyna.

Nie zawsze będę taka – obie­cuje sobie.

Gayle

To był dzień pełen wzlo­tów i upad­ków. Zaczęło się od pokazu dmu­cha­nia szkła na wyspie Murano. A to nie byle co! Męż­czy­zna pro­wa­dzący pokaz w kilka minut wydmu­chał szkla­nego konika. A póź­niej… poda­ro­wał go Gayle. Sala była pełna po brzegi. Peł­niu­sieńka! A on wybrał wła­śnie ją!

– Założę się o ostat­niego dolara, że to przez bluzę z napi­sem „Kocham Wene­cję” – stwier­dził Mike, gdy wra­cali vapo­retto z powro­tem do San Marco. – Mówi­łem ci, co nie? Miej­scowi to lubią.

– I jak zwy­kle mia­łeś rację, kocha­nie.

Po emo­cjach zwią­za­nych ze szkla­nym koniem przy­szedł czas na dra­mat z prze­jażdżką gon­dolą.

– Nie cho­dziło o to, że nie umiał śpie­wać, to mi nie prze­szka­dzało – narze­kał póź­niej Mike – ale chcia­łem móc zaśpie­wać razem z nim.

Wyobra­żał sobie, że gon­do­lier odśpiewa kilka prze­bo­jów Sina­try albo Elvisa, a on się do niego przy­łą­czy, ku ucie­sze ludzi wychy­la­ją­cych się z bal­ko­nów, pod któ­rymi prze­pły­wała łódź. Gayle mogłaby to wszystko nagrać i wrzu­cić na blog. Ale oczy­wi­ście nie mógł się przy­łą­czyć, skoro wszyst­kie pio­senki były po wło­sku.

– Włosi spe­cjal­nie tak robią – bur­czał – żeby cała uwaga była sku­piona wyłącz­nie na nich.

Na szczę­ście Signora Bian­chi uparła się, że zwróci im koszt prze­jażdżki gon­dolą. Co wię­cej, zro­biła im nie­spo­dziankę, wysy­ła­jąc swo­jego sym­pa­tycz­nego syna, oku­lar­nika Rocca, do ich pokoju z cał­kiem pokaźną deską serów. Jed­nak „opłaca się narze­kać”, jak mawia Mike.

Szkoda tylko, że nie zdą­żyli się nimi nacie­szyć. Na dole roz­pę­tało się pie­kło – Signora Bian­chi zaczęła krzy­czeć, jakby się paliło. Oczy­wi­ście pobie­gli za Rok­kiem spraw­dzić, co się dzieje. Inni goście rów­nież wyle­gli na kory­tarz, nie­omal się tra­tu­jąc w dro­dze do lobby. Gayle kur­czowo trzy­mała się porę­czy scho­dów, gdy ludzie prze­ci­skali się obok niej. Usi­ło­wała dotrzy­mać kroku Mike’owi, który był od niej szyb­szy i spraw­niej­szy. Gdy dotarli na dół, dyszała jak loko­mo­tywa.

A co zastali w lobby? Signora Bian­chiego, który leżał nie­przy­tomny na pod­ło­dze, z roz­trzę­sioną żoną u boku. Signora Bian­chi zwró­ciła się do zgro­ma­dzo­nych z pyta­niem, czy ktoś zna się na pierw­szej pomocy, patrząc pro­sto na Gayle, a ona – z poczu­ciem winy – pokrę­ciła głową. Mogła tylko obser­wo­wać całą scenę, zasta­na­wia­jąc się, czy bie­da­czyna nie umarł, i to aku­rat w Boże Naro­dze­nie.

Widząc signora Bian­chiego w takim sta­nie, odru­chowo się­gnęła po dłoń Mike’a, by upew­nić się, że jej mężowi nic nie dolega.

Gdyby nie cudowny młody lekarz z Austra­lii, który zja­wił się w ide­al­nym momen­cie, nie wia­domo, co by się stało z signo­rem Bian­chim. Ten (nie­zwy­kle przy­stojny) dok­tor ura­to­wał mu życie na oczach gości, któ­rzy nagro­dzili go za to grom­kimi i w pełni zasłu­żo­nymi bra­wami.

Kiedy wró­cili do apar­ta­mentu, sery były już cie­płe i obe­schnięte od sta­nia przy grzej­niku, co znowu wpra­wiło Mike’a w podły nastrój.

Signory Bian­chi zabra­kło przy kola­cji – dokład­nie tak, jak prze­wi­dział. Obsłu­gi­wało ich młod­sze poko­le­nie rodziny, razem z nową austra­lij­ską kel­nerką imie­niem Sophie. Per­so­nel był pomocny i ser­deczny – szcze­gól­nie Sophie. Nikt by się nie domy­ślił, że dopiero zaczęła pracę. Jak powie­działa Gayle, przy­le­ciała z Mel­bo­urne zale­d­wie przed paroma godzi­nami. Ci Austra­lij­czycy naprawdę byli dziś boha­te­rami dnia!

Sophie była tak ujmu­jąca i pewna sie­bie, że oboje z Mikiem zgod­nie uznali, iż wyglą­dała, jakby pra­co­wała w hotelu od lat. A do tego była bar­dzo ładna: miała wysoko upięte, sprę­ży­ste blond loki, duże zie­lone oczy i usta poma­lo­wane jaskra­wo­czer­woną szminką. Nosiła śliczną sukienkę w stylu lat pięć­dzie­sią­tych – liliową, w kwiaty, z sze­ro­kim czar­nym paskiem – per­łowy cho­ker i lakie­ro­wane czarne pan­to­fle Mary Jane. Ema­no­wała aurą daw­nego Hol­ly­wo­odu.

Jed­nak pomimo wszyst­kich jej zalet prawda była taka, że zde­cy­do­wali się na pobyt w Il Cuore wyłącz­nie ze względu na Signorę Bian­chi. Jej nie­obec­ność – mimo wysił­ków Austra­lijki i młod­szego poko­le­nia rodziny wła­ści­cieli – była dotkli­wie odczu­walna.

Gayle i Mike przy­je­chali do Wene­cji dzień wcze­śniej. Pod­czas ich pierw­szego wie­czoru w Il Cuore Signora Bian­chi pode­szła do ich sto­lika, poroz­ma­wiała z Gayle przez kilka minut, a nawet zro­biła sobie z nią zdję­cie. Póź­niej Gayle żało­wała, że nie prze­brała się z dre­sów w coś bar­dziej ele­ganc­kiego i nie zało­żyła usztyw­nia­nego sta­nika. Wyglą­dała – i czuła się – dokład­nie na swoje sie­dem­dzie­siąt pięć lat. Tym­cza­sem Signora Bian­chi, młod­sza od niej rap­tem o dzie­więć lat, na żywo pre­zen­to­wała się jesz­cze bar­dziej olśnie­wa­jąco niż na ich wspól­nym zdję­ciu. Wysoka, smu­kła, fili­gra­nowa – wła­śnie taka Gayle zawsze chciała być. Jej oliw­kowa skóra pro­mie­niała zdro­wiem, zapewne dzięki wspa­nia­łej kuchni (i może też genom). Gayle była tak ocza­ro­wana słynną kucharką, że ledwo wmu­siła w sie­bie kola­cję zło­żoną z duszo­nej woło­winy i pie­czo­nych warzyw korze­nio­wych – żołą­dek miała ści­śnięty z emo­cji.

Tego wie­czoru restau­ra­cja wyda­wała się cał­kiem pozba­wiona ener­gii, bez Signory Bian­chi krą­żą­cej mię­dzy sto­li­kami z dobrym sło­wem dla każ­dego gościa. Zapy­tali Rocca o stan jego ojca i choć ucie­szyła ich wia­do­mość, że jest sta­bilny, po kola­cji wró­cili do apar­ta­mentu z poczu­ciem roz­cza­ro­wa­nia. Z całą pew­no­ścią nie na taką świą­teczną kola­cję liczyli.

Teraz sie­dzą przy małym sto­liku obok łóżka, ści­śnięci jedno przy dru­gim, z iPa­dem przed sobą. Cze­kają na wide­oro­zmowę z dziećmi w Lit­tle Rock. Ma do nich zadzwo­nić Justin, ich naj­star­szy syn.

– I pomy­śleć, że stuk­nęła mu pięć­dzie­siątka, a wciąż nie nauczył się punk­tu­al­no­ści – bur­czy Mike, spo­glą­da­jąc na zega­rek. – Na litość boską, już trzy minuty po cza­sie. Może zadzwo­nię i zapy­tam, co go zatrzy­mało.

– Kocha­nie, daj mu jesz­cze minutkę – prosi Gayle.

Ledwo koń­czy zda­nie, gdy na ekra­nie poja­wia się imię Justina.

– Prze­suń, żeby ode­brać – mówi Mike, prze­su­wa­jąc pal­cem po ekra­nie.

Gayle rośnie serce, gdy na ekra­nie poja­wiają się uśmiech­nięte twa­rze dzieci, wnu­ków, a nawet prawnu­ków; wszy­scy stło­czeni razem, łączący się z trzech róż­nych domów.

– Mama!

– Hej, tatku!

– Weso­łych Świąt, bab­ciu i dziadku!

– Powiedz „cześć” babuni, Amber!

– Spójrz, Joshy, widzisz dzia­dzia?

– Weso­łych Świąt, strasz­nie za wami tęsk­nimy!

Gayle jest kom­plet­nie przy­tło­czona tym, że witają ją wszy­scy naraz. Nie wie, kogo powinna pozdro­wić pierw­szego, więc macha i posyła całusy w stronę ekranu. To ich pierw­sze podej­ście do gru­po­wej wide­oro­zmowy i Gayle mogłaby uca­ło­wać Justina za pomy­sło­wość – za to, że zebrał ich wszyst­kich w ten spo­sób. Nie może uwie­rzyć, że mu się udało i że patrzy na twa­rze swo­ich bli­skich w Sta­nach, choć sama jest we Wło­szech.

– Patrz­cie pań­stwo – śmieje się Mike. – Nie­sa­mo­wita rzecz, ta cała tech­no­lo­gia!

Uśmie­chy dzieci i wnu­ków nagle ustę­pują miej­sca zmarsz­czo­nym brwiom.

– Nie sły­szymy cię, tatku! – mówi Susan, ich naj­star­sza córka.

Sie­dzi obok męża, Hanka, trzy­ma­jąc na kola­nach pra­wnuczkę Gayle, Elsie. Wnuczki Gayle i ich mężo­wie tło­czą się za nimi. Cała rodzina ma na sobie świą­teczne swe­try – nawet maleńka Elsie. Można się roz­pły­nąć z tej sło­dy­czy.

– Jak to mnie nie sły­szy­cie? – Mike pod­nosi głos o kilka tonów. – A teraz?

Gayle krzywi się na ten hałas. Po dru­giej stro­nie ekranu wciąż kręcą gło­wami.

– Masz wyci­szony mikro­fon, tatku – oznaj­mia Eli­za­beth, ich druga córka. Jej rów­nież towa­rzy­szy mąż, Der­rick, a obok stoją ich trzej syno­wie z żonami.

– Sły­szy­cie mnie teraz? – Mike krzy­czy jesz­cze gło­śniej.

Dwu­letni Hud­son, wnuk Eli­za­beth, wyciąga rączkę i dotyka ekranu, wska­zu­jąc pal­cem na Gayle.

– Bunia!

Gayle odwza­jem­nia gest.

– Wyłącz wyci­sze­nie, dziadku – pod­po­wiada Corey, syn Justina.

Mike patrzy na Gayle.

– Co to zna­czy?

– Dotknij mikro­fonu – wyja­śnia Justin.

– Jakiego mikro­fonu?

– Naj­pierw dotknij ekranu, tatku. Powinna poja­wić się ikonka mikro­fonu.

– A, jest! – Mike stuka w ikonę. – No i jak? Sły­chać mnie teraz? – ryczy.

Dzieci wybu­chają śmie­chem i biją mu brawo.

– Trzy­ma­cie się tam jakoś? – pyta Justin. – Już za wami tęsk­nimy. – Gła­dzi czu­bek głowy, na któ­rym prze­stały mu rosnąć włosy. – Opo­wiedz­cie o Wene­cji.

Mike natych­miast zaczyna opo­wia­dać o akty­wi­stach wyma­chu­ją­cych fla­gami w łód­kach, któ­rzy dzień wcze­śniej pró­bo­wali nie dopu­ścić ich statku wyciecz­ko­wego do nabrzeża.

– Sto­imy tam, wasza mama i ja, pod­eks­cy­to­wani jak dzieci, że wresz­cie dopły­wamy do Wene­cji, gdy nagle ata­kuje nas banda wku­rzo­nych wło­skich chu­li­ga­nów! Musia­łem bły­ska­wicz­nie ewa­ku­ować waszą mamę w bez­pieczne miej­sce, na wypa­dek gdyby rzu­cili w nas gra­na­tem albo czymś podob­nym.

Prawdę powie­dziaw­szy, „banda” skła­dała się z trzech mło­dych męż­czyzn i jed­nej kobiety w łódeczce, któ­rzy w mil­cze­niu machali flagą i wyglą­dali na cał­ko­wi­cie nie­groź­nych. Skala ich pro­te­stu była bez­na­dziej­nie nie­pro­por­cjo­nalna wzglę­dem ogrom­nego statku wyciecz­ko­wego wpły­wa­ją­cego do portu, więc musieli ustą­pić mu z drogi. Gayle uśmie­chała się pod nosem, słu­cha­jąc pod­ko­lo­ry­zo­wa­nej wer­sji Mike’a.

– Nie chcieli nam pozwo­lić zejść na ląd – gde­rał dalej. – Gdy­by­ście sły­szeli, jak nam wygra­żali! Byłem o krok od zło­że­nia pozwu.

W rze­czy­wi­sto­ści skan­do­wali coś po wło­sku, gdy tury­ści scho­dzili na nabrzeże – znaj­do­wali się jed­nak tak daleko, że wiatr ledwo niósł ich głosy.

Dzieci oczy­wi­ście zdą­żyły już prze­czy­tać tę histo­rię na blogu Mike’a poprzed­niego wie­czoru, ale słu­chały uważ­nie i reago­wały dokład­nie tak, jak nale­żało. Gayle kochała ich za to.

– Dla­czego wam wygra­żali, dziadku? – pyta Eli­jah, syn Eli­za­beth. Spod koł­nie­rzyka koszuli wystaje mu tatuaż w kształ­cie węża. Gayle wciąż nie może przy­wyk­nąć do tego widoku.

Mike wzru­sza ramio­nami.

– Nie mam poję­cia. My tylko sobie nie­win­nie pły­nę­li­śmy! Ci Euro­pej­czycy zawsze robią z igły widły.

Eli­jah unosi prze­kłuty łuk brwiowy.

– Dziadku, to tro­chę kseno…

– Może otwo­rzy­cie teraz pre­zenty, tak jak pla­no­wa­li­śmy? – wtrąca szybko Gayle. – Macie je pod ręką?

Roz­pę­tuje się chaos, gdy ich bli­scy podają sobie pre­zenty, które Gayle z takim pie­ty­zmem zapa­ko­wała przed wyjaz­dem. Na widok ich min ogar­nia ją czy­sta radość. Część pre­zen­tów została usta­lona wcze­śniej – na przy­kład nowe pokrowce na fotele do SUV-a dla Coreya – inne, jak cera­miczne wałki do wło­sów dla Jemimy, córki Justina, były nie­spo­dzianką.

– Bab­ciu! Dokład­nie takie chcia­łam! – pisz­czy Jemima. – Skąd wie­dzia­łaś?

– Zapy­ta­łam twoją mamę. – Gayle uśmie­cha się pro­mien­nie do swo­jej syno­wej, Nicky.

– Kocham cię, bab­ciu. Dzię­kuję! – Jemima posyła całusy w stronę ekranu.

– Nie zapo­mnij podzię­ko­wać też dziad­kowi – upo­mina ją łagod­nie Gayle. – To on jest żywi­cie­lem rodziny, dzięki któ­remu te wszyst­kie bło­go­sła­wień­stwa są moż­liwe.

Roz­lega się chó­ralne: „Dzię­ku­jemy, tatku”, „Dzięki, dziadku!”.

– Wszystko, co naj­lep­sze, dla klanu Daw­so­nów – odpo­wiada z dumą Mike.

– Może odmó­wimy modli­twę? – pro­po­nuje Hank. Wszy­scy pochy­lają głowy, gdy zaczyna: – Panie Jezu Chry­ste, nasz Zba­wi­cielu…

Gayle aż bolą ramiona z żalu, że nie może ich wszyst­kich objąć. To pierw­sze święta, gdy nie zgro­ma­dziła całej rodziny w ich domu w Arkan­sas.

– Jaka jest Signora Bian­chi, mamo? – pyta Susan po modli­twie.

Zanim Gayle zdąży odpo­wie­dzieć, Mike stresz­cza im dra­ma­tyczną histo­rię zawału signora Bian­chiego.

– Czyli nasz przy­jazd do Wene­cji stra­cił sens – kwi­tuje.

– Ale udało mi się ją poznać – wtrąca Gayle. – I była cudowna. A leśna restau­ra­cja… oj, kochani, myślę, że wła­śnie tak wyglą­dał raj!

Gayle uwiel­bia oglą­dać popo­łu­dniowy pro­gram Gotuj z Giną. Signora Bian­chi regu­lar­nie w nim wystę­puje, gdy Gina przy­jeż­dża ze swo­jego domu w Bolo­nii do Wene­cji. Gayle jest nią wręcz ocza­ro­wana – nawet bar­dziej niż samą Giną. Dla­tego gdy Mike zasko­czył ją wyjaz­dem do San Marco, z noc­le­giem w hotelu nale­żą­cym do Signory Bian­chi, była mu bez­gra­nicz­nie wdzięczna. Ich wielka wło­ska podróż została zapla­no­wana w okre­sie Bożego Naro­dze­nia – Mike wie­dział, jak bar­dzo Gayle prze­ży­wa­łaby brak Noaha przy świą­tecz­nym stole, więc wymy­ślił Wene­cję. Niech Bóg mu to wyna­gro­dzi.

Tyle że teraz cała ta idea ucieczki do Włoch wydaje się pozba­wiona sensu. Pierw­szy dzień świąt wła­śnie dobiega końca, a Gayle nie potrafi sobie wyobra­zić, by serce mogło ją boleć w Lit­tle Rock bar­dziej niż tutaj, w Wene­cji. Boli tak, jakby miało pęk­nąć na pół. Do tego jesz­cze ta kosz­marna migrena. Choć wła­ści­wie głowa boli ją ostat­nio nie­mal bez prze­rwy.

Gayle nie lubi narze­kać. Mike wło­żył tyle wysiłku w ten wyjazd. Dla­tego, gdy roz­mowa dobiega końca, tylko się uśmie­cha, macha do ekranu i posyła całusy dzie­ciom i wnu­kom.

Kiedy Mike szuka łado­warki do iPada, tele­fon Gayle wibruje. Wia­do­mość od Eli­za­beth.

Jak się czu­jesz, mamo? Tak szcze­rze.

Wszystko ok?

W porządku, słonko.

Po pro­stu strasz­nie za wami tęsk­nię.

Też mi go bra­kuje, mamo.

Bez niego to już nie to samo.

– Z kim piszesz? – pyta Mike.

– Z Liz­zie.

Wiem, słonko.

Mogła­bym umrzeć z tego żalu.

– Czego ona znowu chce? Dopiero co skoń­czy­ły­ście roz­ma­wiać.

– Nic waż­nego, kocha­nie.

Loretta

Alberto jęczy i trze­po­cze powie­kami, po czym otwiera oczy. Loretta zrywa się z krze­sła i już jest przy jego łóżku.

Mąż spo­gląda na nią spod cięż­kich powiek i uśmie­cha się blado.

– Loretto – mówi chra­pli­wie. – Ho sete.

Chce mu się pić.

Pie­lę­gniarka – kobieta imie­niem Oriana, z dłu­gimi tle­nio­nymi wło­sami ścią­gnię­tymi w kucyk, która wygląda tak młodo, jakby wciąż cho­dziła do liceum – stoi po dru­giej stro­nie łóżka i nalewa mu wody do szklanki.

– Signor, czy jest panu wygod­nie? – pyta.

– A to co? – bur­czy Alberto, szar­piąc za kaniulę tle­nową.

– Tlen. Pro­szę tego nie doty­kać – odpo­wiada Oriana, mie­rząc mu tem­pe­ra­turę. – Czy jest panu wygod­nie?

– Nie.

– Co się dzieje? – Jej dziew­częca twarz wyraża szczere zanie­po­ko­je­nie.

– Chcę iść do domu – odpo­wiada Alberto, zwra­ca­jąc się do Loretty.

– Czy mogę panu jakoś pomóc? – Oriana kła­dzie mu dłoń na ramie­niu.

Alberto kaszle.

– Tak. Pozwól­cie mi wró­cić do domu.

– To nie­moż­liwe, signor. Poin­for­muję dok­tora Fal­co­nego, że się pan obu­dził.

Alberto macha rękami.

– Już mówi­łem temu dru­giemu leka­rzowi, że nie zga­dzam się na żadną ope­ra­cję! – Ponow­nie zwraca się do żony. – Powiedz im, cara. Powiedz, że nic mi nie jest. Zemdla­łem, to wszystko.

– Nic ci nie jest? – Loretta kręci głową. – Pra­wie dziś umar­łeś. Twoje serce się zatrzy­mało!

Zasłony roz­su­wają się i do sali wcho­dzi kar­dio­log, który kilka minut wcze­śniej prze­jął dyżur na oddziale – Luca Fal­cone. Luca jest synem jed­nej z naj­star­szych przy­ja­ció­łek Loretty, Pii. Zna go od dnia, w któ­rym się uro­dził.

– Buona­sera, zio, zia – wita się z nimi lek­kim uśmie­chem i zerka na kartę u stóp łóżka. – Zio, kole­dzy mówią, że odma­wiasz wsz­cze­pie­nia defi­bry­la­tora. Możesz mi wyja­śnić dla­czego?

– To nie­nor­malne mieć maszynę w sercu. Poza tym czuję się świet­nie. Spójrz na mnie, jestem zdrów jak ryba. Mogę nawet zaśpie­wać, posłu­chaj. – I na całe gar­dło zaczyna śpie­wać refren O Sole Mio.

– Ciii! – Loretta ude­rza go w ramię. – Jesteś na inten­syw­nej tera­pii. Cre­tino.

– To, że możesz śpie­wać, nie zna­czy, że twoje serce znów się nie zatrzyma – tłu­ma­czy Luca.

– Nie chcę skoń­czyć jak Alfonzo Buc­ca­letti – odpo­wiada Alberto. – Poje­chał do Medio­lanu, dał się zope­ro­wać naj­bar­dziej sza­no­wa­nemu kar­dio­lo­gowi we Wło­szech i co? Bum, kop­nął w kalen­darz! Nie, dzię­kuję. Żad­nego bum, żad­nego umie­ra­nia.

Luca przy­suwa pla­sti­kowe krze­sło i siada obok Loretty. Ledwo się na nim mie­ści – ma smu­kłą, atle­tyczną syl­wetkę i dobrze ponad metr osiem­dzie­siąt wzro­stu. Zawsze był przy­stojny; nawet teraz, w śred­nim wieku, nic się pod tym wzglę­dem nie zmie­niło. Ciemne włosy, już lekko posi­wiałe, ma zwią­zane w koczek, a jego broda jest sta­ran­nie przy­strzy­żona.

– Sły­sza­łem o signo­rze Buc­ca­let­tim – mówi – ale twoja sytu­acja jest inna. On był bar­dzo chory i potrze­bo­wał nie­zwy­kle ryzy­kow­nej ope­ra­cji, dla­tego musiał jechać do Medio­lanu. Zabieg, któ­rego ty potrze­bu­jesz, jest pro­sty. Wyko­na­łem ich setki. I powiem ci coś jesz­cze: jak na nało­go­wego pala­cza, twoje tęt­nice są w zaska­ku­jąco dobrym sta­nie. Jedyny powód zatrzy­ma­nia krą­że­nia jest taki, że twoje serce bije za szybko. Wsz­cze­pimy defi­bry­la­tor i po pro­ble­mie. Doży­jesz setki, pod warun­kiem że rzu­cisz pale­nie.

Alberto macha lek­ce­wa­żąco ręką.

– Serce raz zabiło tro­chę za szybko, no i co? To się wię­cej nie powtó­rzy.

– Mylisz się – tłu­ma­czy mu Luca. – To aku­rat bar­dzo praw­do­po­dobne. A jeśli twoje serce znów się zatrzyma, możesz nie mieć tyle szczę­ścia co dzi­siaj.

– Posłu­chaj Luki – mówi Loretta. – Potrze­bu­jesz tej ope­ra­cji, Alberto.

Jej mąż wysuwa pod­bró­dek.

– Nie.

Loretta znów ma ochotę pac­nąć go w ramię.

– Pró­bo­wa­łaś go prze­ko­nać, zia? – zwraca się do niej Luca.

– Pró­bo­wa­łam. – Patrzy na męża, mru­żąc oczy. – A przed chwilą byli tu Rocco i Marina. Oni też pró­bo­wali. Żadne z nas nie potrafi się prze­bić do tego zaku­tego łba.

Luca wstaje.

– Zasta­nów się jesz­cze, per favore. Wrócę nie­ba­wem, żeby spraw­dzić, jak się czu­jesz.

Po wyj­ściu Luki Oriana zaj­muje się kartą pacjenta. Loretta ma zamiar zmyć Alber­towi głowę, ale ten wyciąga rękę, chwyta jej dłoń i ści­ska ją mocno.

– Boję się, Loretto – szep­cze.

Cała jej złość na ośli upór męża w jed­nej chwili wypa­ro­wuje. Alberto wygląda tak kru­cho.

– Czego się boisz?

– Że umrę na stole, jak Alfonzo.

– Nie sły­sza­łeś, co powie­dział Luca? Twój przy­pa­dek jest inny.

– Mimo wszystko.

– Ja boję się raczej tego, że cię stracę, jeśli odmó­wisz ope­ra­cji.

– Nie stra­cisz. Mam ci znów zaśpie­wać? Prze­ko­nasz się, jaki jestem silny.

– Bła­gam, tylko nie to.

Alberto śmieje się, po czym wzdy­cha prze­cią­gle i zamyka oczy.

Po chwili oddy­cha już głę­boko, a ona zostaje sama ze swo­imi myślami. Bez­wstyd­nie szybko – zamiast krą­żyć wokół Alberta – jej myśli wra­cają do Fla­vii, któ­rej nagłe poja­wie­nie się nie daje Loret­cie spo­koju od chwili, gdy zoba­czyła ją w hote­lo­wym lobby.

To nie tak, że nie kocha męża. Po pro­stu jej uczu­cie do Alberta nie może się rów­nać z tym do zakon­nicy.

Elena

– Koja­rzysz parę sta­rych, nie­okrze­sa­nych Ame­ry­ka­nów, którą widzie­li­śmy pod­czas mel­do­wa­nia? Wpa­dłem na nich w kory­ta­rzu, a ten facet macha do mnie i woła: „Hola, dok­to­rze!” – mówi ze śmie­chem Chri­stian, wcho­dząc do apar­ta­mentu. – Hola! Na co ja mu odma­chuję i mówię: Ni hao, sir. Nie zała­pał żartu. Cho­dzą w iden­tycz­nych blu­zach z napi­sem „Kocham Wene­cję”.

Elena par­ska śmie­chem.

– Widzia­łam, jak się gapili, kiedy reani­mo­wa­łeś wła­ści­ciela.

Po połu­dniu stała i patrzyła – rów­nie bez­radna i bez­u­ży­teczna jak wszy­scy wokół – jak jej mąż przy­wraca signora Bian­chiego do życia. Nie była jed­nak jak inni goście hote­lowi, zafa­scy­no­wani cudzym nie­szczę­ściem bez cie­nia emo­cjo­nal­nego zaan­ga­żo­wa­nia. Ona kocha Bian­chich. Kochała ich przez więk­szą część życia. Jej brat Paolo przez lata grał w piłkę nożną z Rok­kiem. Dora­sta­jąc, trak­to­wała ich jak drugą rodzinę. Ostatni raz widziała ich dwa­na­ście lat temu, na pogrze­bie Paola – miała wtedy szes­na­ście lat.

To Chri­stian wybrał Hotel Il Cuore. Ona wola­łaby coś bli­żej miesz­ka­nia mammy w dziel­nicy żydow­skiej, ale – jak to bywa z cudzo­ziem­cami, któ­rzy nie­wiele wie­dzą o Wene­cji – uparł się na San Marco. Spodo­bał mu się pomysł restau­ra­cji sty­li­zo­wa­nej na las, ze szklaną kopułą, i oczy­wi­ście magnes w postaci słyn­nej Signory Bian­chi.

Nie powie­działa mu, że zna Bian­chich oso­bi­ście. Liczy na to, że jej nie roz­po­znają.

Chri­stian pod­cho­dzi do łóżka, na któ­rym sie­dzi jego żona, i podaje jej białą zło­żoną ser­wetkę, skry­wa­jącą zawar­tość.

– Pamię­tasz, jak Marina mówiła o ciast­kach zosta­wia­nych w restau­ra­cji dla gości? Posze­dłem na dół i coś ci przy­nio­słem.

Elena roz­wija ser­wetkę, a jej żołą­dek skręca się w supeł.

– Och… can­nolo.

– Z cze­ko­la­do­wym kre­mem. Mówi­łaś, że w dzie­ciń­stwie to był twój ulu­biony deser, prawda?

Elena kiwa głową. Prawda. A to ozna­cza potężną dawkę kalo­rii, jeśli zde­cy­duje się je zjeść. Ma na to wielką ochotę – ogromną. Tyle że to nie pozo­sta­nie bez kon­se­kwen­cji. Będzie musiała odpo­ku­to­wać. Czy to ciastko jest tego warte? Ślina napływa jej do ust.

– No dalej, Ellie – mówi łagod­nie Chri­stian. – Tylko ten jeden raz, kocha­nie.

Nie widział, jak wcze­śniej, za zamknię­tymi drzwiami łazienki w miesz­ka­niu matki, pochło­nęła kawa­łek maran­tegi. Gdyby widział, nie mówiłby „tylko ten jeden raz”.

Elena przy­gryza wargę.

– Powin­nam uwa­żać na to, co jem.

– To był ciężki dzień. Zasłu­ży­łaś.

To prawda. Był ciężki. Elena ulega mężowi i bie­rze duży kęs. Kru­che cia­sto osy­puje się na bluzkę.

– Mmm. Pyszne. Dzię­kuję.

Krem jest obłęd­nie gęsty i aksa­mitny. Gdy tylko prze­łyka ostatni kęs, żal roz­lewa się po niej falą. Nie było warto.

Chri­stian idzie do łazienki.

– Może wybie­rzemy się jesz­cze na krótki spa­cer przed snem? – woła. – Roz­sta­wili już te insta­la­cje na wystawę o kli­ma­cie, o któ­rej ci mówi­łem. Podobno nie­które roz­świe­tlają się po zmroku. Brzmi faj­nie.

– Chri­stian, padam z nóg. Nie chcę już ni­gdzie wycho­dzić.

Kie­dyś obcho­dziły ją zmiany kli­matu. Była nimi tak prze­jęta, że stu­dio­wała prawo ochrony śro­do­wi­ska. Teraz jed­nak cały świat mógłby się zamie­nić w wielką kulę ognia – i nic by jej to nie obe­szło. Jej papà nie żyje, a ona nie zdą­żyła wró­cić na czas. Cze­kała, aż Chri­stian zda ostatni egza­min, by mogli razem przy­le­cieć do Wene­cji. I o to wła­śnie ma do niego żal.

Sły­szy, jak mąż płu­cze usta w łazience i wypluwa pastę, po czym znów się odzywa:

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Tram­waj wodny, pod­sta­wowy śro­dek trans­portu w Wene­cji. Wszyst­kie przy­pisy pocho­dzą od tłu­maczki. [wróć]