Hornblower w Indiach Zachodnich - Cecil Scott Forester - ebook

Hornblower w Indiach Zachodnich ebook

Cecil Scott Forester

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Krosno Odrzańskie

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 425

Rok wydania: 1991

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



C.S. FORESTER

Hornblower w Indiach zachodnich

Przekład

Henryka Stępień

WYDAWNICTWO MORSKIE GDAŃSK

„TEKOP” GLIWICE

1991

Tytuł oryginału angielskiego

Hornblower in the West Indies

Redaktor

Alina Walczak

Opracowanie graficzne

Erwin Pawlusiński

Ryszard Bartnik

Korekta

Teresa Kubica

Mapki

Erwin Pawlusiński

© Copyright for the Polish edi

by Wydawnictwo Morskie 1991

ISBN 83-85297-16-2

Wydawnictwo Morskie, Gdańsk 1991

we współpracy z „Tekop” Spółka z o.o. Gliwice

Bielskie Zakłady Graficzne

zam. 1725/K

Święta Elżbieta Węgierska

Kontradmirał Lord Hornblower, mimo swego zaszczytnego stanowiska głównodowodzącego statków i okrętów Jego Królewskiej Mości w Indiach Zachodnich, składał oficjalną wizytę w Nowym Orleanie na „Crabie”, szkunerze JKM, uzbrojonym tylko w dwa działka sześciofuntowe i z załogą nie przekraczającą szesnastu ludzi, nie wliczając nadliczbowych.

Konsul generalny Jego Brytyjskiej Królewskiej Mości w Nowym Orleanie, pan Cloudesley Sharpe, skomentował ten fakt po swojemu.

– Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się, że zobaczę waszą lordowską wysokość na takiej małej jednostce – powiedział, rozglądając się wokół siebie. Podjechawszy powozem do nabrzeża, przy którym stał „Crab”, wysłał lokaja w liberii do trapu, żeby go zaanonsował, i poczuł się nieco rozczarowany, że przywitały go gwizdki zaledwie dwóch bosmanów (tylko tylu wolno było „Crabowi” zamustrować), a na pokładzie rufowym poza admirałem i jego oficerem flagowym oczekiwał go jedynie dowódca w stopniu porucznika.

– Trudności z tonażem, sir – wyjaśnił Hornblower.

– Jeśli jednak pozwoli pan za mną do mojej kajuty, to podejmę pana z całą gościnnością, na jaką stać ten mój tymczasowy okręt flagowy.

Pan Sharpe1 – z pewnością nie było nazwiska, które by się bardziej kłóciło z postacią tego, co je nosił, był to bowiem mężczyzna otyły, po prostu góra mięsa – wcisnął się w fotel przy stole w przyjemnej małej kajucie, ale gdy Hornblower zaproponował mu śniadanie, odparł, że już jadł. Miał widocznie bardzo poważne wątpliwości co do jakości śniadania, jakie mógłby dostać na tym okręciku. Gerard, oficer flagowy, usadowił się dyskretnie w kącie kajuty z ołówkiem i notesem na kolanach, a Hornblower ponownie zagaił rozmowę.

– „Phoebe” trafił piorun w pobliżu przylądka Morant – powiedział. —A zamierzałem przybyć tu na jej pokładzie. „Clorinda” była już w doku, w trakcie wyposażania. Zaś „Roebuck”2 przebywa w okolicy Curacao, gdzie ma oko na Holendrów – tam idzie teraz ożywiony handel bronią z Wenezuelą.

– No cóż, wiem o tym – rzekł Sharpe.

– To są moje trzy fregaty – ciągnął Hornblower.

– Ponieważ wszystko zostało już tu przygotowane, doszedłem do wniosku, że lepiej przybyć na tym szkunerze, niż nie przybyć wcale.

– Jakże podupadli możni tego świata! – zauważył pan Sharpe. – Weźmy waszą lordowską wysokość, głównodowodzący, a ma pan zaledwie trzy fregaty plus pół tuzina slupów i szkunerów.

– Czternaście slupów i szkunerów, sir – poprawił go Hornblower. – To jednostki bardzo przydatne do zadań, jakie mam wykonywać.

– Na pewno, milordzie – zgodził się Sharpe. – Pamiętam jednak czasy, kiedy głównodowodzący Bazy Zachodnioindyjskiej miał do. dyspozycji eskadrę okrętów liniowych.

– To było w czasie wojny, sir – odparł Hornblower, przypominają^ sobie uwagi Pierwszego Lorda Admiralicji wypowiedziane w trakcie rozmowy, w której zaoferowano mu to stanowisko. „Izba Gmin prędzej dopuści, żeby flota Królewskiej Marynarki Wojennej gniła na cumowiskach, niż przywróci podatek dochodowy”.

– Tak czy owak wasza lordowska wysokość jest tutaj – stwierdził Sharpe. – Wasza lordowska wysokość wymienił saluty z Fortem Św. Filipa?

– Wystrzał za wystrzał, zgodnie z pańską depeszą.

– Doskonale! – powiedział Sharpe.

Dziwnie skromna była ta uroczystość powitalna. Cała załoga szkunera „Crab” stała, jak należało, w szeregu przy relingu, a oficerowie na baczność na pokładzie rufowym, lecz ta „cała załoga” była bardzo nieliczna, bo czterech ludzi obsługiwało działko, z którego oddawano salut, jeden marynarz był przy flaglinkach i jeden u steru. Do tego padał deszcz i lśniący lamówkami mundur Hornblowera przemókł i przylgnął mu do ciała.

– Wasza lordowska wysokość skorzystał z usług holownika parowego?

– Oczywiście! – wykrzyknął Hornblower.

– Niezwykłe przeżycie dla waszej lordowskiej wysokości, nieprawdaż?

– Z pewnością tak – odrzekł Hornblower. – Ja...

Powstrzymał się przed wypowiedzeniem swych spostrzeżeń na ten temat, bo dałoby to asumpt do zbyt wielu pasjonujących dywagacji. Faktem było, że między świtem i zmierzchem holownik parowy przeprowadził „Craba” sto mil pod prąd, od morza do Nowego Orleanu, przybywając dokładnie co do minuty o czasie przewidzianym przez jego dowódcę. I oto jest Nowy Orlean, zatłoczony nie tylko pełnomorskimi żaglowcami, lecz także flotyllą długich, wąskich parowców wykonujących manewry odchodzenia w nurt rzeki i dobijania do nabrzeża z łatwością (dzięki dwóm kołom łopatkowym), z jaką nawet „Crab”, ze swym poręcznym ożaglowaniem skośnym, nie miał szans współzawodniczyć. Dzięki pracy tych kół łopatkowych mknęły pod prąd z niewiarygodną prawie prędkością.

– Para, milordzie, otworzyła dostęp do kontynentu – zauważył Sharpe, wtórując myślom Hornblowera.

– Prawdziwe imperium. Tysiące, tysiące mil żeglownych dróg wodnych. Za kilka lat ludność doliny Missisipi będzie liczona w milionach.

Hornblower wspomniał rozmowy w kraju, gdy jako oficer na połowie pensji czekał na awans do stopnia admiralskiego, kiedy to ktoś uczynił wzmiankę o „kotłach parowych”, nadmieniając nawet o możliwości budowy jednostek pełnomorskich napędzanych parą, co z pogardą wyśmiano – oznaczałoby to przecież upadek prawdziwej sztuki żeglarskiej. Hornblower nie był o tym tak bardzo przekonany, lecz przezornie zachował swoje opinie dla siebie, nie chcąc uchodzić za niebezpiecznego ekscentryka. Nie miał też zamiaru dać się teraz wciągać w podobną dyskusję, choćby tylko z cywilem.

– Ma pan dla mnie jakieś wiadomości, sir? – spytał.

– Bardzo dużo, milordzie.

Pan Sharpe wyjął zwitek papierów z kieszeni surduta.

– Oto najświeższe nowiny z Nowej Granady – sądzę, że świeższe od wszystkich, jakie pan miał dotychczas. Powstańcy...

Pan Sharpe zaczął szybko wyjaśniać sytuację wojskową i polityczną w Ameryce Środkowej. Kolonie hiszpańskie wchodziły w końcowy etap walki o niepodległość.

– Rząd jego królewskiej mości musi niedługo uznać tę niepodległość – powiedział. – Zaś nasz minister w Waszyngtonie informuje mnie, iż rząd Stanów Zjednoczonych również rozważa podobny krok. Pozostaje czekać, milordzie, co Święte Przymierze3 będzie miało do powiedzenia na ten temat.

Nie ulega wątpliwości, że Europa pozostająca pod rządami monarchii absolutnej będzie patrzeć zawistnym okiem na powstawanie szeregu nowych republik. Ale to, co Europa ma do powiedzenia, niewiele znaczy, dopóki Królewska Marynarka Wojenna – nawet uszczuplona na czas pokoju – sprawuje kontrolę nad morzami, a rządy obu krajów mówiących językiem angielskim pozostają w przyjaznych stosunkach.

– Kuba zdradza pewne oznaki niepokoju – ciągnął Sharpe – mam też wiadomość o wystawieniu dalszych listów kaperskich przez rząd hiszpański statkom wypływającym z Hawany...

Listy kaperskie stanowiły jedno z głównych źródeł zmartwień Hornblowera. Wystawiane zarówno przez powstańców, jak i prawowite władze państwowe upoważniały do polowania na jednostki żeglujące pod starymi i nowymi banderami, zaś ich posiadacze w mgnieniu oka przekształcali się w piratów w razie niedostatku jednostek, które na podstawie takich listów mogłyby być zdobywane jako pryzy, i przy braku sprawnie działających sądów pryzowych. Spośród czternastu stateczków Hornblowera rozstawionych po Karaibach trzynaście śledziło poczynania korsarzy.

– Przygotowałem duplikaty moich raportów do wiadomości waszej lordowskiej wysokości – zakończył Sharpe. – Zabrałem je ze sobą w celu przekazania waszej lordowskiej wysokości wraz z kopiami skarg kapitanów odnośnych statków.

– Dziękuję, sir – odrzekł Hornblower, a Gerard wziął papiery, żeby się nimi zająć.

– A teraz, jeśli wasza lordowska wysokość pozwoli, przejdę do handlu niewolnikami – ciągnął Sharpe otwierając nowy plik papierów.

Handel niewolnikami był problemem równie nabrzmiałym co piractwo, a pod pewnymi względami nawet bardziej, ponieważ Stowarzyszenie do Zwalczania Niewolnictwa powstałe w Anglii i dysponujące silnym i głośnym poparciem w obu izbach parlamentu podniosłoby znacznie gwałtowniejszy szum w sprawie ładunku niewolników wiezionego do Hawany czy do Rio de Janeiro niż kompania żeglugowa w sprawie nękania jej przez korsarzy.

– Obecnie, milordzie, murzyński parobek bez kwalifikacji, świeżo przywieziony z Wybrzeża Niewolniczego, kosztuje w Hawanie osiemdziesiąt funtów, a we Whydach kupuje się go za towary warte nie więcej niż funta. Takie zyski są kuszące, milordzie.

– Naturalnie – zgodził się Hornblower.

– Mam powód sądzić, milordzie, że jednostki z brytyjską i amerykańską rejestracją są zaangażowane w tym handlu.

– I ja też.

Pierwszy Lord Admiralicji stuknął wtedy, w trakcie tamtej rozmowy, groźnie w stół, przechodząc do tej części instrukcji dla Hornblowera. Według nowego prawa poddani brytyjscy zajmujący się handlem niewolnikami mogli zostać skazani na powieszenie, a ich statki na konfiskatę. Trzeba jednak być przezornym, mówił, w postępowaniu ze statkami pływającymi pod banderą amerykańską. Jeśli odmówią stanięcia w dryf na otwartym morzu dla przeprowadzenia kontroli, należy podejść do nich z wielkim wyczuciem. Zestrzelenie drzewca na jednostce amerykańskiej lub zabicie obywatela amerykańskiego oznaczałoby kłopoty. Nie dawniej niż dziewięć lat temu Ameryka podjęła kroki wojenne przeciwko Anglii z bardzo podobnych przyczyn.

– Nie chcemy kłopotów, milordzie – rzeki Sharpe. Miał twarde, inteligentne szare oczy głęboko osadzone w nalanej twarzy.

– Zdaję sobie z tego sprawę, sir.

– A w związku z tym, milordzie, muszę położyć specjalny nacisk na zwrócenie uwagi waszej lordowskiej wysokości na statek przygotowujący się tu, w Nowym Orleanie, do wyjścia w morze.

– Co to za statek?

– Widać go stąd, milordzie. Chwileczkę... – Sharpe wygramolił się z fotela i podszedł do iluminatora kajuty. – Tak, to ten. Co pan sądzi o nim, milordzie?

Hornblower stanął obok Sharpe’a i popatrzył. Zobaczył piękny statek o tonażu rzędu ośmiuset ton, a może i większym. Miał kształtną sylwetkę, maszty strzelające wysoko w niebo i długie reje – a wszystko to wyraźnie wskazywało, że postawiono tam na prędkość żeglowania uzyskaną kosztem nośności ładunkowej. Był to gładkopokładowiec z sześcioma malowanymi furtami strzelniczymi w każdej burcie. Amerykańscy konstruktorzy okrętów zawsze zdradzali skłonność do budowy szybkich jednostek, lecz ta była szczególnie dobitnym przykładem tego typu.

– Czy za otworami strzelniczymi kryją się działa? – spytał Hornblower.

– Dwunastofuntowe, milordzie.

Nawet teraz, w czasie pokoju, nie było czymś niezwyczajnym wyposażanie w armaty statków handlowych wypływających w drogę do Indii Zachodnich lub Wschodnich, lecz to uzbrojenie było cięższe niż normalnie.

– Był budowany jako statek korsarski – orzekł Hornblower.

– Słusznie, milordzie. Nazywa się „Daring”4. Zbudowany w czasie wojny, odbył jedną wyprawę i zabrał nam sześć pryzów, zanim ogłoszono pokój gandawski. A teraz, milordzie?

– Może być statkiem niewolniczym.

– I znowu wasza lordowska wysokość ma oczywiście rację.

Takie ciężkie uzbrojenie byłoby pożądane na statku niewolniczym, rzucającym kotwicę na rzece zachodnioafrykariskiej, gdzie mógł zostać zdradziecko zaatakowany. Gładkopokładowa konstrukcja umożliwiała urządzenie pokładu niewolniczego, a duża prędkość zmniejszałaby do minimum zgony niewolników w drodze z Afryki Zachodniej do Indii Zachodnich. Na statku niewolniczym brak miejsca na ładunki masowe byłby bez znaczenia.

– Czy jest to statek niewolniczy? – spytał Hornblower.

– Chyba raczej nie, milordzie, mimo jego wyglądu. Został jednak wynajęty do przewozu dużej liczby ludzi.

– Byłbym rad, panie Sharpe, żeby zechciał mi pan to bliżej wyjaśnić.

– Mogę jedynie podać waszej lordowskiej wysokości fakty, tak jak zostały mi ujawnione. Wynajął go generał francuski, hrabia Cambronne.

– Cambronne? Cambronne? Ten, co dowodził gwardią cesarską pod Waterloo?

– Ten sam, milordzie.

– Człowiek, który powiedział: „Stara gwardia umiera, lecz się nie poddaje”?

– Tak, milordzie, chociaż podobno wyraził to w bardziej dosadnych słowach. Został ranny i wzięty do niewoli, ale wyżył.

– Słyszałem o tym. Lecz po co mu ten statek?

– Na pozór sprawa jest jasna i nie budząca zastrzeżeń. Po wojnie stara gwardia Bonia utworzyła organizację wzajemnej pomocy. W 1816 postanowili zostać osadnikami – wasza lordowska wysokość musiał słyszeć coś o tym projekcie?

– Chyba nie.

– Wyjechali i objęli w posiadanie szmat ziemi na wybrzeżu Teksasu, prowincji Meksyku graniczącej ze stanem Luizjana.

– O tym słyszałem, ale to wszystko, co wiem.

– Zacząć było dosyć łatwo w warunkach, gdy w Meksyku wrzała rewolta przeciwko Hiszpanii. Jak można się było spodziewać, milordzie, nie napotkali więc żadnego oporu. Lecz trudniej było dalej prowadzić to przedsięwzięcie. Nie wierzę, żeby żołnierze starej gwardii w ogóle mogli być dobrymi rolnikami. W dodatku na tym zapowietrzonym wybrzeżu, będącym właściwie szeregiem ponurych, prawie nie zamieszkałych lagun.

– Przedsięwzięcie nie powiodło się?

– Jak wasza lordowska wysokość mógł oczekiwać. Połowa wymarła na malarię i żółtą febrę, a połowa z tych, co przetrwali, po prostu przymierała głodem. Cambronne przybył z Francji, żeby zabrać do ojczyzny tych pięciuset pozostałych przy życiu. Wasza lordowska wysokość rozumie, że to ich przedsięwzięcie nie było w ogóle w smak rządowi Stanów Zjednoczonych, a teraz władze powstańcze są na tyle silne, żeby się przeciwstawić obecności na wybrzeżu Meksyku dużej grupy wyszkolonych żołnierzy, choćby ich zamiary były nie wiem jak pokojowe. Jak wasza lordowska wysokość widzi, to co mówi Cambronne, może wcale nie mijać się z prawdą.

– Tak.

Ośmiusettonowy statek, wyposażony jak do przewozu niewolników, mógłby wziąć na pokład pięciuset żołnierzy i wykarmić ich przez okres długiej podróży.

– Cambronne zaopatruje statek głównie w ryż i wodę – niewolnicza strawa, milordzie, lecz właśnie dlatego najodpowiedniejsza do tego celu.

Handlarze niewolnikami mieli długie doświadczenie w utrzymywaniu przy życiu dużej liczby ciasno stłoczonych ludzi.

– Jeśli Cambronne zamierza zabrać ich z powrotem do Francji, nie powinienem nic robić, żeby mu przeszkodzić – stwierdził Hornblower. – Raczej wprost przeciwnie.

– Słusznie, milordzie.

Szare oczy Sharpe’a patrzyły na Hornblowera spojrzeniem pozbawionym wyrazu. Obecność pięciuset wyszkolonych żołnierzy na statku w Zatoce Meksykańskiej to duży problem dla głównodowodzącego admirała brytyjskiego w okresie, gdy wybrzeża zatoki i Karaiby są w stanie silnego wrzenia. Boliwar i inni hiszpańsko-amerykańscy powstańcy dobrze zapłaciliby za ich usługi w tej wojnie. Ktoś mógłby się też zastanawiać nad podbojem Haiti czy atakiem piratów na Hawanę. Możliwe są też jakieś wypady korsarskie. Jeśli już o to idzie, to obecny rząd burboński we Francji też może szukać sprawy, w której mógłby maczać palce, okazji do błyskawicznego zdobycia kolonii i postawienia mocarstw strefy języka angielskiego przed fait accompli5.

– Będę miał na nich oko, dopóki nie odpłyną na bezpieczną odległość – rzekł Hornblower.

– Zwróciłem oficjalnie uwagę waszej lordowskiej wysokości na tę sprawę – dorzucił Sharpe.

Będzie to dodatkowe zadanie dla skąpej liczby jednostek, jaką dysponuje Hornblower dla sprawowania kontroli nad Karaibami. Zaczął się już zastanawiać, którą z nich mógłby odkomenderować do obserwacji wybrzeży zatoki.

– A teraz, milordzie – ciągnął Sharpe – jest moim obowiązkiem omówić szczegóły pobytu waszej lordowskiej wysokości tu, w Nowym Orleanie. Ułożyłem program oficjalnych wizyt waszej lordowskiej wysokości. Czy wasza lordowska wysokość mówi po francusku?

– Tak – odparł Hornblower, tłumiąc chęć powiedzenia: „Moja lordowska wysokość mówi tym językiem”.

– To świetnie, albowiem francuski jest tu w powszechnym użyciu wśród ludzi z towarzystwa. Oczywiście wasza lordowska wysokość złoży wizyty władzom morskim i gubernatorowi. Planowane jest wieczorne przyjęcie na cześć waszej lordowskiej wysokości. Mój powóz jest oczywiście do dyspozycji waszej lordowskiej wysokości.

– Bardzo to uprzejmie z pańskiej strony, sir.

– Ależ bynajmniej, milordzie. Wielka to dla mnie przyjemność móc przyczynić się do tego, aby wizyta waszej lordowskiej wysokości w Nowym Orleanie była możliwie jak najprzyjemniejsza. Mam tu listę wybitnych osobistości, z którymi zetknie się wasza lordowska wysokość, z krótką notką o każdej. Może powinienem omówić tę sprawę z pańskim oficerem flagowym?

– Z pewnością – zgodził się Hornblower, rad, że będzie mógł trochę rozluźnić uwagę. Gerard to dobry oficer flagowy. Bardzo przykładnie pomagał mu w czasie dziesięciu miesięcy sprawowania funkcji głównodowodzącego. Umie też znaleźć się w towarzystwie, o co on sam wcale nie dba. Sprawa została szybko załatwiona.

– No to świetnie, milordzie – odetchnął z ulgą Sharpe. – Mogę teraz odejść. Będę miał przyjemność spotkać się znowu z waszą lordowską wysokością w domu gubernatora.

– Jestem panu głęboko zobowiązany, sir.

Nowy Orlean był uroczym miastem i Hornblower z entuzjazmem myślał o perspektywie jego poznania. Nie tylko zresztą on, jak się okazało, gdy po odejściu Sharpe’a porucznik Harcourt, dowódca „Craba”, zatrzymał Hornblowera na pokładzie rufowym.

– Przepraszam, milordzie – powiedział salutując.

– Czy są dla mnie jakieś rozkazy?

Nie mogło być wątpliwości, o co szło Harcourtowi. Większa część załogi „Craba” skupiona na dziobie opodal grotmasztu zerkała niecierpliwie ku rufie – na tak małej jednostce każdy orientuje się w sprawach współtowarzyszy i dyscyplina wygląda tu inaczej niż na dużych okrętach.

– Panie Harcourt, czy może pan zaufać swoim ludziom, że zachowają się spokojnie na lądzie? – spytał Hornblower.

– Tak, milordzie.

Hornblower znowu spojrzał w kierunku dziobu okrętu. Marynarze wyglądali niezwykle elegancko – przez całą drogę z Kingston, od momentu, gdy oznajmiono, że „Crab” dostąpi niezwykłego wyróżnienia w postaci podniesienia na nim flagi admiralskiej, wszyscy pracowicie przygotowywali nowe ubrania. Mieli teraz na sobie porządne granatowe swetry, białe spodnie drelichowe i słomiane kapelusze z szerokim rondem. Hornblower widział ich niepewność – wiedzieli doskonale, o czym była mowa. Byli to marynarze czasu pokoju, z dobrowolnego zaciągu. Hornblower miał za sobą dwadzieścia lat służby wojennej z załogami z przymusowego poboru, po których zawsze można się było spodziewać dezercji, i teraz swój stosunek do załogi musiał dostosować do tej zmiany.

– Gdyby mógł mi pan zdradzić, kiedy zamierza pan wychodzić z portu, sir... to znaczy, milordzie – poprosił Harcourt.

– W każdym razie nie wcześniej niż jutro o świcie – odparł Hornblower, podejmując nagle decyzję, na co dotąd nie miał czasu.

– Tak jest, milordzie.

Czy bary przy nabrzeżach Nowego Orleanu różnią się od barów w Kingston lub Port of Spain?

– A teraz, panie Gerard, chciałbym zjeść śniadanie – powiedział Hornblower. – Chyba że ma pan coś przeciwko temu?

– Tak jest, milordzie – odrzekł Gerard, celowo ignorując sarkazm. Od dawna wiedział, że jego admirał nie znosi zabierać się do jakiegokolwiek działania przed śniadaniem.

Było po śniadaniu, gdy bosy, ciemnoskóry mężczyzna, niosący na głowie kosz owoców, podszedł do trapu i przekazał kosz w momencie, gdy Hornblower miał wyruszyć na oficjalne wizyty.

– Jest tu też list, milordzie – rzekł Gerard. – Mam go otworzyć?

– Tak.

– To od pana Sharpe’a – oznajmił Gerard po złamaniu pieczęci, a kilka sekund później dodał: – Może lepiej sam pan przeczyta, milordzie.

Hornblower wziął list niecierpliwym ruchem.

Milordzie (czytał),

Pozwalam sobie przesiać owoce Waszej Lordowskiej Wysokości. Uważam za swój obowiązek powiadomić Waszą Lordowską Wysokość, iż właśnie otrzymałem informację, że ładunek, który hrabia Cambronne przywiózł tu z Francji i który leżał w składzie Służby Celnej Stanów Zjednoczonych, zostanie wkrótce przetransportowany na „Daring” barką celniczą. Jak Wasza Lordowską Wysokość zdaje sobie sprawę, stanowi to oczywiście wskazówkę, że „Daring” wkrótce odpływa. Zgodnie z posiadanymi przeze mnie informacjami ładunek złożony przez Cambronne’a w składzie wolnocłowym jest bardzo duży i staram się dowiedzieć, z czego się składa. Może Wasza Lordowską Wysokość mógłby nakazać, aby z punktu obserwacyjnego u Waszej Lordowskiej Wysokości próbowano ustalić rodzaj tego ładunku.

Pozostaję z głębokim szacunkiem

pokorny i posłuszny sługa Waszej

Lordowskiej Wysokości

Cloudesley Sharpe

Konsul generalny JBKM w Nowym Orleanie

Cóż mógł przywieźć Cambronne z Francji w dużej ilości? Jaki legalny ładunek potrzebny do celu podanego przy wynajmowaniu „Daring”? Z pewnością nie rzeczy osobiste. Ani żywność czy napoje – to wszystko możedostać tanio w Nowym Orleanie. Więc co? Może cieplejszą odzież? Mogłaby być potrzebna gwardzistom wracającym do Francji z Zatoki Meksykańskiej. Bardzo możliwe. Lecz generał francuski, mający do dyspozycji pięciuset żołnierzy gwardii cesarskiej, powinien być pod bardzo skrupulatną obserwacją w okresie obecnych niepokojów na Karaibach. Bardzo dobrze byłoby wiedzieć, jaki rodzaj ładunku zabiera na statek.

– Panie Harcourt!

– Sir... milordzie!

– Chciałbym, żeby zszedł pan ze mną na chwilę do mojej kajuty.

Młody porucznik stanął w kajucie na baczność, czekając z niepokojem, co admirał ma mu do powiedzenia.

– To nie będzie nagana, panie Harcourt – rzekł Hornblower zirytowanym tonem. – Ani nawet upomnienie.

Dziękuję, milordzie – odparł Harcourt z ulgą.

Hornblower podprowadził go do iluminatora kajuty i wskazał, jak poprzednio Sharpe.

– To jest „Daring” – rzekł. – Były statek korsarski, obecnie wynajęty przez generała francuskiego.

Harcourt patrzył na niego zdumiony.

– Tak rzecz się ma – ciągnął Hornblower. – A dziś będą odbierać jakiś ładunek z magazynu wolnocłowego. Przywiezie go stamtąd barka.

– Tak, milordzie.

– Chciałbym wiedzieć możliwie najwięcej o tym ładunku.

– Tak milordzie.

– Nie życzę sobie oczywiście, żeby rozeszła się wiadomość, iż się tym interesuję. Niech bez potrzeby nikt się o tym nie dowie.

– Tak, milordzie. Mógłbym patrzeć stąd przez lunetę i przy pewnym szczęściu sporo zobaczyć.

– Bardzo słusznie. Niech pan notuje, czy to są bele, skrzynie czy worki. Ile czego jest. Po rodzaju użytej talii może pan ocenić ciężar. To może pan zrobić bez trudu.

– Tak jest, milordzie.

– Proszę notować dokładnie wszystko, co pan zaobserwuje.

– Tak jest, milordzie.

Hornblower utkwił wzrok w twarzy młodziutkiego dowódcy okrętu flagowego, próbując ocenić jego dojrzałość. Pamiętał bowiem doskonale słowa wypowiedziane z naciskiem przez Pierwszego Lorda Admiralicji na temat konieczności bardzo ostrożnego postępowania ze względu na drażliwość Amerykanów. Zdecydował, że może zaufać temu młodzieńcowi.

– A teraz, panie Harcourt – ciągnął – niech pan szczególnie uważa na to, co powiem. Im więcej dowiem się o ładunku, tym lepiej. Lecz proszę to robić dyskretnie. Jeśli nadarzy się sposobność ustalenia, co to za ładunek, musi pan z niej skorzystać. Nie potrafię powiedzieć, jaka to mogłaby być sposobność, lecz sposobności przydarzają się tym, którzy je przewidują.

Dawno, dawno temu Barbara powiedziała, że szczęście jest udziałem tych, co na nie zasługują.

– Rozumiem, milordzie.

– Jeśliby się coś wydało – gdyby Amerykanie lub Francuzi dowiedzieli się o pańskich poczynaniach, panie Harcourt – pożałowałby pan, że się pan narodził.

– Tak, milordzie.

– Do tego zadania, panie Harcourt, nie nadaje się oficer ze zbytnią fantazją. Potrzebny mi jest po prostu człowiek pomysłowy, ktoś ze sprytem. Na pewno rozumiemy się?

– Tak, milordzie.

Hornblower odwrócił wreszcie wzrok od twarzy Harcourta. Kiedyś sam był oficerem o wielkiej fantazji. Teraz bardziej niż kiedykolwiek współczuł swoim przełożonym, którzy musieli powierzać mu jakieś zadania. Starszy rangą oficer powinien z konieczności ufać młodszym, zawsze jednak na nim ciąży ostateczna odpowiedzialność. Jeśli Harcourt popełni błąd, jeśli wskutek jego niedyskrecji dojdzie do protestu dyplomatycznego, to naprawdę będzie żałować, że się w ogóle narodził – już on, Hornblower, tego dopilnuje. Lecz i on sam też pożałuje, że się narodził. Niemniej dalsze straszenie Harcourta nie miało sensu.

– A zatem panie, Harcourt, to wszystko.

– Tak jest, sir.

– Chodźmy, panie Gerard. Jesteśmy już spóźnieni.

Powóz pana Sharpe’a wybity był zieloną satyną i miał doskonałe resorowanie, więc chociaż chwiał się i kołysał na nierównej nawierzchni ulic, nie dawał odczuć podskoków i wstrząsów. Jednakże po pięciu minutach chwiania i kołysania – a powóz stał przedtem przez jakiś czas w upalnym majowym słońcu – Hornblower poczuł, że robi się zielony jak obicie wnętrza. Ledwie rzucił okiem na Rue Royale, Place d’Armes i katedrę. Z radością witał postoje, mimo że każdy oznaczał oficjalne spotkanie z obcymi mu ludźmi, a więc rodzaj kontaktów, których najbardziej nie lubił. Oddychał ciężko wilgotnym powietrzem przez błogie chwile między wyjściem z powozu a wejściem pod ozdobne portyki, gdzie czekano, aby go powitać. Nigdy dotąd nie przyszło mu do głowy, że galowy mundur admiralski mógłby przecież być uszyty z czegoś cieńszego od sukna. A szeroką czerwoną wstęgę i lśniącą gwiazdę orderu nosił już zbyt często, aby afiszowanie się nią sprawiało mu jakąś przyjemność.

W dowództwie Marynarki Wojennej pił doskonałą maderę; generał poczęstował go ciężką marsalą6; w pałacyku gubernatora podano napój w wysokim kielichu zamrożony (przypuszczalnie lodem przywożonym tu zimą z Nowej Anglii i przechowywanym w lodowni prawie do połowy lata, kiedy to stawał się droższy od złota) w nadzwyczajny sposób do stanu, przy którym na szkle widać było prawdziwy szron. Rozkosznie chłodna zawartość kielicha znikła szybko i równie szybko ktoś napełnił go ponownie. Hornblower opanował się błyskawicznie, stwierdziwszy, że peroruje nieco zbyt głośno i z uporem na jakiś błahy temat. Był rad, gdy pochwyciwszy spojrzenie Gerarda mógł wycofać się możliwie grzecznie. Ucieszyło go, że Gerard wyglądał na całkiem opanowanego i trzeźwego i że sprawował pieczę nad pudełkiem z wizytówkami, wykładając niezbędną ich liczbę na srebrne tace podstawiane przez kolorowych lokajów. Wróciwszy do domu Sharpe’a poczuł zadowolenie na widok przyjaznej twarzy – przyjaznej, mimo że ujrzał ją po raz pierwszy zaledwie tego ranka.

– Milordzie, mamy jeszcze godzinę do przybycia gości – powiedział Sharpe. – Może wasza lordowska wysokość chciałby chwilę odpocząć?

– Bardzo chętnie – zgodził się Hornblower.

Dom pana Sharpe’a wyposażony był w godne wielkiej uwagi urządzenie. Był to douche7 – Hornblower znał tylko tę francuską nazwę. Zainstalowano go w kącie łazienki, gdzie podłoga i ściany były wyłożone najprzedniejszym drewnem tekowym. Z sufitu zwisał aparat z dziurkowanej blachy cynkowej, a przy nim łańcuszek z brązu. Gdy Hornblower stanął pod tym aparatem i pociągnął za łańcuszek, z niewidocznego zbiornika w górze lunął na niego strumień rozkosznie chłodnej wody, równie odświeżający jak strumień z pompy pokładowej w trakcie podróży morskiej, z tą dodatkową zaletą, że tu woda była słodka, co teraz, po trudach dnia, działało jeszcze bardziej odświeżająco. Hornblower stał długo pod deszczem kropli, odżywając z każdą sekundą. Pomyślał, że trzeba będzie zainstalować coś takiego w Smallbridge House, jeśli w ogóle wróci do domu.

Kolorowy lokaj w liberii czekał z ręcznikami, żeby Hornblower nie spocił się przy osuszaniu się po kąpieli. Akurat go wycierał, gdy stukanie do drzwi oznajmiło przybycie Gerarda.

– Milordzie, kazałem przywieźć z okrętu świeżą koszulę dla pana – powiedział.

Gerard rzeczywiście dawał dowody inteligencji. Hornblower z wdzięcznością włożył czystą koszulę, potem z wewnętrznym sprzeciwem zacisnął węzeł krawata i wdział ponownie ciężki mundur. Przewiesił przez ramię czerwoną wstęgę, poprawił gwiazdę i już był gotów stawić czoło następnej sytuacji. Zapadał mrok wieczorny, lecz upał wcale nie zelżał. Wprost przeciwnie, salon w domu pana Sharpe’a był rzęsiście oświetlony świecami, przez co było tam gorąco jak w piecu. Sharpe, w czarnym surducie, czekał na Hornblowera. Koszula ozdobiona koronkowym żabotem sprawiała, że jego ciężka postać wyglądała jeszcze potężniej niż zwykle. Pani Sharpe, sunąca majestatycznie w turkusowobłękitnej sukni, była mniej więcej tego samego wzrostu co małżonek. Na ukłon Hornblowera, przedstawionego jej przez pana Sharpe’a, odpowiedziała głębokim dygiem dworskim, witając go w swym domu po francusku, a jej miękka wymowa miło zabrzmiała w jego uszach.

– Coś na orzeźwienie, milordzie? – spytał Sharpe.

– Dziękuję, nie teraz, sir – odparł śpiesznie Hornblower.

– Spodziewamy się dwudziestu ośmiu osób, nie licząc waszej lordowskiej wysokości i pana Gerarda – oznajmił Sharpe. – Niektórych wasza lordowska wysokość poznał już w czasie dzisiejszych oficjalnych wizyt. Ponadto będą...

Hornblower bardzo się starał zapamiętać nazwiska gości i uwagi na ich temat. Gerard, który wszedł za nim i znalazł już sobie krzesło na boku, również słuchał uważnie.

– Będzie też oczywiście Cambronne – ciągnął Sharpe.— Naprawdę?

– Trudno byłoby mi wydać tak duży obiad nie zapraszając najznakomitszego po waszej lordowskiej wysokości gościa z zagranicy przebywającego w naszym mieście.

– To rzecz oczywista – przyznał Hornblower.

Jednakże sześć lat pokoju nie całkiem wygasiło uprzedzenia utrwalone przez dwadzieścia lat wojny. Było coś nienaturalnego w perspektywie spotkania z generałem francuskim na przyjaznej stopie, szczególnie z byłym głównodowodzącym cesarskiej gwardii Bonapartego. Spotkaniu może towarzyszyć pewne napięcie, ponieważ Bonaparte jest w więzieniu na Świętej Helenie i mocno się na nie uskarża.

– Towarzyszyć mu będzie francuski konsul generalny – dodał Sharpe. – Przyjdzie też holenderski konsul generalny, szwedzki...

Lista wydawała się nie mieć końca, anonsowano pierwszych gości, gdy pan Sharpe kończył ją cytować. Zamożni obywatele i ich bogate żony; oficerowie marynarki wojennej i armii, których Hornblower poznał wcześniej, wraz ze swoimi paniami ; przedstawiciele dyplomatyczni. W krótce obszerny salon wypełnił się mężczyznami gnącymi się w ukłonach i kobietami witającymi go dygiem dworskim. Prostując się z ukłonu Hornblower znowu znalazł pana Sharpe’a u swego boku.

– Mam zaszczyt poznać ze sobą dwie wybitne postacie – rzeki Sharpe po francusku.

– Son Excellence Rear-Admiral Milord Hornblower, Chevalier de 1’Ordre Militaire du Bain. Son Excellence le Lieutenant-General le Comte de Cambronne, Grand Cordon de la Légion d’Honneur8.

Nawet w takiej chwili Hornblower nie potrafił oprzeć się podziwowi dla eleganckiego sposobu, w jaki Sharpe obszedł drażliwą kwestię, kogo komu przedstawiać, prezentując generała francuskiego z tytułem hrabiego i angielskiego admirała z tytułem para. Cambronne był wysoki jak tyczka chmielowa. Przez chudy policzek i haczykowaty nos biegła purpurowa szrama – może po ranie odniesionej pod Waterloo czy też pod Austerlitz, Jeną lub w którejś z innych bitew, w których armia francuska powalała narody. Miał na sobie granatowy mundur obszyty złotymi lamówkami, przepasany jasnoczerwoną jedwabną wstęgą Legii Honorowej, i złotą gwiazdę na lewej piersi.

– Jestem zachwycony, że mogę pana poznać, sir – przemówił Hornblower swoją najlepszą francuszczyzną.

– Nie bardziej niż ja jestem rad z poznania pana, milordzie – odrzekł Cambronne. Miał zimne szarozielone oczy z migocącymi w nich iskierkami. Górną wargę ozdabiał ostry, siwy wąsik.

– Baronowa de Vautour – mówił Sharpe. – Baron de Vautour, konsul generalny jego arcychrześcijańskiej królewskiej mości.

Hornblower skłonił się i znowu powiedział, że jest mu bardzo miło. Jego arcychrześcijańską królewską mością był Ludwik XVIII francuski, używający tytułu nadanego jego rodowi przez papieża przed setkami lat.

– Hrabia jest przekorny – powiedział Vautour wskazując na gwiazdę orderową Cambronne’a. – Nosi Wielkiego Orła przyznanego mu przez poprzedni reżim. Oficjalnie zastąpiono go Wielką Wstęgą, jak to słusznie zauważył nasz gospodarz.

Vautour wskazał na swoją gwiazdę, o znacznie skromniejszym wyglądzie. Order Cambronne’a przedstawiał dużego orła ze złota, symbol nie istniejącego obecnie cesarstwa francuskiego.

– Zdobyłem go na polu bitwy – wyjaśnił Cambronne.

– Don Alphonso de Versage – ciągnął Sharpe. – Konsul generalny jego arcykatolickiej królewskiej mości.

A więc to jest przedstawiciel Hiszpanii. Hornblower pomyślał, że warto by zamienić z nim kilka słów na temat nie załatwionej sprawy cesji Florydy. Ledwo jednak zdążył wymienić kurtuazyjne zwroty, już przedstawiano mu następnego gościa. Upłynęła dłuższa chwila, nim złapał trochę oddechu i mógł popatrzeć na otaczającą go piękną scenerię, oświetloną blaskiem świec, na mundury i ubrania z luksusowego sukna, na obnażone ręce i ramiona kobiet w jasnych sukniach i lśniącej biżuterii i na małżonków Sharpe, poruszających się swobodnie w tej ciżbie i wprowadzających kolejno gości według ważności zajmowanych przez nich pozycji. Wejście gubernatora i jego żony stało się sygnałem do oznajmienia, że obiad jest podany.

Jadalnia była równie obszerna jak salon. Mieścił się w niej swobodnie stół z nakryciami dla trzydziestu osób, a dookoła było jeszcze dosyć miejsca dla licznych lokajów. Mimo przytłumionego tu blasku świec wspaniale lśniły srebra, którymi zastawiony był stół. Hornblower, usadowiony między panią gubernatorową i panią Sharpe, pomyślał, że powinien mieć się na baczności i bardzo uważać na swoje zachowanie przy stole, tym bardziej że z sąsiadką z jednej strony będzie musiał rozmawiać po francusku, a z drugiej po angielsku. Popatrzył niepewnie na sześć kielichów do wina, każdy inny, ustawionych przy wszystkich nakryciach – do pierwszego nalewano już sherry. Widział, że Cambronne, posadzony między dwiema urodziwymi dziewczętami, wyraźnie stara się być miłym dla obydwóch. Nie zdradzał najmniejszych oznak niepokoju. Jeśli nawet myślał o wyprawie korsarskiej, to sprawa ta nie zaprzątała zbyt mocno jego umysłu.

Dymiący talerz zupy żółwiowej, gęstej od pływających w niej skrawków zielonkawego tłuszczu. Miał to być obiad serwowany na sposób kontynentalny, modny po Waterloo, bez ustawiania rozmaitych potraw na stole, żeby goście sami sobie nabierali. Ostrożnie, łyżka za łyżką, spożywał Hornblower gorącą zupę, gawędząc przy tym z sąsiadkami. Danie następowało za daniem i wkrótce w nagrzanej sali stanął przed nim delikatny problem z dziedziny etykiety: czy lepiej otrzeć pot z twarzy, czy też pozwolić, żeby spływał z niej zauważalnym strumieniem. Pot jednak drażnił go do tego stopnia, że się zdecydował otrzeć go ukradkiem. A właśnie Sharpe poszukał jego wzroku, więc trzeba było podnieść się z miejsca i w zamierającym gwarze zmusić otumaniony mózg do pracy. Uniósł w górę swój kielich.

– Zdrowie prezydenta Stanów Zjednoczonych – rzeki. Już miał dodać idiotyczne: „Niech długo panuje”, lecz zreflektowawszy się błyskawicznie, ciągnął dalej:

– Niech wielki naród, którego on jest prezydentem, długo cieszy się pomyślnością i dobrymi stosunkami z innymi krajami, czego to spotkanie jest symbolem.

Toast został spełniony z aplauzem, bez słowa o tym, że na ponad połowie kontynentu Hiszpanie i Hiszpano -Amerykanie wybijają się nawzajem. Siadł i znów otarł twarz z potu. Teraz wstał Cambronne.

– Zdrowie jego brytyjskiej królewskiej mości Jerzego Czwartego, króla Wielkiej Brytanii i Irlandii.

Po wypiciu toastu znowu przyszła kolej na Hornblowera, o czym Sharpe dal mu znać spojrzeniem. Podniósł się więc, z kielichem w dłoni, i zaczął długą litanię.

– Zdrowie jego arcychrześcijańskiej królewskiej mości. Zdrowie jego arcykatolickiej królewskiej mości. Zdrowie jego arcywiernej królewskiej mości. – To załatwiało Francję, Hiszpanię i Portugalię. – Zdrowie jego królewskiej mości króla Niderlandów.

Za nic nie umiał sobie przypomnieć, kto ma być następny. Lecz Gerard pochwyciwszy jego zdesperowany wzrok wykonał znaczący ruch kciukiem.

– Zdrowie jego królewskiej mości króla Szwecji – wydusił z siebie Hornblower. – Zdrowie jego królewskiej mości króla Prus.

Uspokajającym skinieniem głowy Gerard upewnił go, że wyczerpana została lista reprezentowanych na obiedzie narodów, zakończył więc wystąpienie zdaniem, jakie udało mu się wyłowić z chaosu myśli.

– Niech ich królewskie moście długo panują w coraz większej czci i chwale.

No, nareszcie koniec, może znowu usiąść. Ale teraz wstał gubernator. Popłynęły retoryczne zwroty, przez przytępiony umysł Hornblowera przemknęło przypuszczenie, że teraz może być pite jego zdrowie, starał się więc słuchać. Czuł na sobie ciekawe spojrzenia rzucane zewsząd od stołu, gdy gubernator uczynił aluzję do obrony tego miasta, Nowego Orleanu, przed „źle dowodzonymi hordami”, atakującymi je daremnie, aluzja widać nieunikniona, chociaż od bitwy minęło ponad sześć lat – i spróbował wywołać uśmiech na twarz. Wreszcie gubernator skończył.

– Zdrowie jego lordowskiej wysokości admirała Hornblowera, z którego nazwiskiem łączę toast na cześć Brytyjskiej Marynarki Wojennej.

Hornblower powstał znowu, gdy ucichł aprobujący szmer zebranych.

– Dziękuję panu za ten nieoczekiwany zaszczyt – rzeki i połykając ślinę szukał w myśli dalszych słów.

– Zaś połączenie mego nazwiska z imieniem wielkiej marynarki wojennej, w której mam przywilej służyć tak długo, to zaszczyt dodatkowy, za który składam panu podziękowanie.

Gdy usiadł, panie zaczęły podnosić się od stołu, więc powstał czekając, aż wyjdą. Świetnie wytresowani lokaje w mgnieniu oka sprzątnęli wszystko ze stołu, zaś panowie skupili się w jednym jego końcu, gdzie karafka poszła w ruch. Podczas napełniania kieliszków Sharpe wciągnął do rozmowy jednego z kupców obecnych na przyjęciu, pytając go o zbiory bawełny. Był to bezpieczny grunt, z którego można było robić krótkie i ostrożne wypady na bardziej dyskusyjny teren sytuacji światowej. Ale już po kilku minutach wszedł główny lokaj i szepnął coś panu Sharpe. Ten odwróciwszy się do francuskiego konsula generalnego przekazał mu otrzymaną wiadomość. Vautour podniósł się z miejsca z wyrazem konsternacji na twarzy.

– Zechce mi pan wybaczyć, sir – rzekł. – Jest mi niezmiernie przykro, ale muszę odejść.

– Nie bardziej przykro niż mnie, baronie – odparł Sharpe. – Mam nadzieję, że to tylko lekka niedyspozycja.

– I ja też – odrzekł Vautour.

– Baronowa czuje się niedysponowana – wyjaśnił Sharpe zebranym. – Jestem pewien, panowie, że wszyscy podzielacie mą nadzieję, iż jak rzekłem, niedyspozycja będzie lekka, i żal, że pozbawia nas ona czarującego towarzystwa barona.

Wśród pomruków współczucia Vautour zwrócił się do Cambronne’a.

– Hrabio, czy mam przysłać powóz z powrotem po pana? – zapytał.

Cambronne szarpnął swój ostry wąsik.

– Może lepiej będzie – rzekł – jeśli pojadę z panem. Chociaż bardzo mi żal opuszczać tak miłe towarzystwo.

Pożegnawszy się uprzejmie obaj Francuzi ruszyli do wyjścia.

– Było mi bardzo miło poznać pana, milordzie – zwrócił się Cambronne z ukłonem do Hornblowera. Sztywność ukłonu łagodził błysk w jego oku.

– Wielkie to dla mnie przeżycie spotkać tak wybitnego żołnierza byłego cesarstwa – odparł Hornblower.

Z wylewnymi wyrazami żalu Sharpe wyprowadził Francuzów z sali.

– Panowie – powiedział wróciwszy – nasze kielichy czekają, żeby je znowu napełnić.

Hornblower niczego bardziej nie znosił niż picia porta dużymi kieliszkami w nagrzanym, wilgotnym pokoju, mimo że teraz mógł rozmawiać swobodnie z hiszpańskim konsulem generalnym na temat Florydy. Był rad, że Sharpe odszedł, żeby przyłączyć się do pań. Gdzieś w salonie, w zasięgu słuchu, grała orkiestra smyczkowa, ale na szczęście cicho, tak że Hornblowerowi oszczędzona została irytacja, jaką zwykle odczuwał, gdy był zmuszony przysłuchiwać się muzyce swoim głuchym na tony uchem. Jak się okazało, usiadł przy jednej z pięknych młodych kobiet, między którymi siedział Cambronne w czasie obiadu. Odpowiadając na jej pytania musiał przyznać, że podczas pierwszego dnia pobytu nie zwiedził prawie wcale Nowego Orleanu, a to przyznanie sprowadziło rozmowę na inne miejscowości, w których bywał. Dwie filiżanki kawy nalane przez lokaja krążącego po salonie rozwidniły mu trochę w głowie. Młoda dama zachowywała się z wielką atencją i była dobrą słuchaczką. Pokiwała głową ze współczuciem, gdy z rozmowy wyniknęło, że Hornblower, wysłany służbowo, zostawił w Anglii żonę i dziesięcioletniego syna.

Stopniowo zbliżała się noc. W końcu gubernator z małżonką wstali ze swych miejsc i przyjęcie dobiegło końca. Jeszcze kilka ostatnich męczących minut nie klejącej się rozmowy, gdy kolejno anonsowano powozy i Sharpe, odprowadziwszy ostatniego gościa, wrócił do salonu.

– Chyba udał się wieczór. Mam nadzieję, że wasza lordowska wysokość zgodzi się ze mną – powiedział, po czym zwrócił się do żony. – Muszę cię jednak prosić,kochanie, żebyś nie zapomniała dać Groverowi reprymendy za suflet.

Zanim pani Sharpe zdążyła odpowiedzieć, wszedł znowu główny lokaj i przekazał szeptem nową wiadomość.

– Przepraszam waszą lordowską wysokość – rzekł Sharpe. Z wyrazem konsternacji na twarzy pośpiesznie opuścił salon, zostawiając Hornblowera i Gerarda uprzejmie dziękujących gospodyni za miły wieczór.

– Cambronne uprzedził nas! – zawołał Sharpe wracając do pokoju śpiesznym, kaczkowatym chodem. – „Daring” odcumował trzy godziny temu. Prosto stąd Cambronne musiał się udać na jego pokład.

Odwrócił się w stronę żony.

– Czy baronowa rzeczywiście źle się poczuła? – spytał.

– Wyglądała blado – odparła pani Sharpe.

– To wszystko musiało być ukartowane – orzekł Sharpe. – Udawała. Cambronne wtajemniczył Vautourów, bo chciał mieć sposobność do odejścia.

– Jak pan myśli, co on zamierza robić? – spytał Hornblower.

– Bóg wie. Sądzę jednak, że przybycie tu okrętu królewskiego popsuło mu szyki. Po sposobie, w jaki się oddalił, należy przypuszczać, że nie ma dobrych zamiarów. San Domingo – Kartagena – dokąd zabiera tę swoją gwardię cesarską?

– W każdym jazie płynę za nim – zdecydował Hornblower podnosząc się z miejsca.

– Będzie panu trudno go dogonić – powiedział Sharpe. – Fakt, że użył słowa „pan”, a nie „wasza lordowska wysokość”, świadczył o jego poruszeniu. – Wziął dwa holowniki, „Lightning”9 i „Star”10, a z tymi nowymi latarniami morskimi na rzece nawet koń idący galopem nie dopędziłby go przed wyjściem na otwarte wody. O świcie znajdą się daleko na pełnym morzu. Poza tym, milordzie, nie wiem, czy tej nocy uda nam się znaleźć holownik dla pana.

– Mimo to ruszam za nim – upierał się Hornblower.

– Kazałem, milordzie, żeby zajechał powóz – rzekł Sharpe. – Wybacz nam, moja droga, że opuszczamy cię tak bezceremonialnie. Pani Sharpe przyjęła pośpieszne ukłony trzech mężczyzn, lokaj czekał już z nakryciami głowy. Wsiedli do czekającego przed domem powozu.

– Ładunek, który Cambronne zabrał ze strefy wolnocłowej, został załadowany o zmroku – powiedział Sharpe. – Mój człowiek czeka na mnie z meldunkiem przy pańskim okręcie.

– To może nam pomóc w podjęciu decyzji – zauważył Hornblower. Powóz kołysząc się jechał przez ciemne jak smoła ulice.

– Milordzie, czy wolno mi coś zasugerować? – odezwał się Gerard.

– Słucham. Co takiego?

– Cokolwiek by Cambronne nie planował, milordzie, Vautour bierze w tym udział. A on jest w służbie rządu francuskiego.

– Ma pan rację. Burbonowie chcą wszędzie wtykać swoje trzy grosze – powiedział Sharpe w zamyśleniu. – Wykorzystują każdą sposobność do występowania z roszczeniami. Można by pomyśleć, że to ich, a nie Bonia, pobiliśmy pod Waterlo. Odgłos kopyt końskich zmienił się nagle, gdy powóz dojechał do nabrzeża. Zatrzymali się, a Sharpe otworzył drzwiczki, zanim lokaj zdążył zeskoczyć z kozła, żeby z kapeluszem w ręku, u drzwiczek, asystować przy wysiadaniu trójki mężczyzn. Jego ciemną twarz rozjaśniały światła powozu.

– Czekać! – rzucił Sharpe do woźnicy. Prawie biegnąc podążyli nabrzeżem ku miejscu, gdzie w migocącym świetle lampy widać było trap. Dwaj marynarze z wachty kotwicznej stanęli w ciemnościach na baczność, gdy przybysze śpiesznie wchodzili na pokład.

– Panie Harcourt! – krzyknął Hornblower, gdy tylko jego stopa dotknęła pokładu – nie było czasu bawić się w ceremonie. Na oświetlonej zejściówce pojawił się Harcourt.

– Jestem tu, milordzie.

Hornblower przecisnął się do kajuty na rufie. U belki pokładowej wisiała zapalona latarnia, a Gerard przyniósł drugą.

– Co ma pan do zameldowania, panie Harcourt?

– „Daring” odpłynął o piątej szklance pierwszej wachty, milordzie – odparł Harcourt. – Miał dwa holowniki.

– Wiem. Co jeszcze?

– Barka z ładunkiem podeszła do jego burty na początku drugiej psiej wachty. Zaraz po zmroku, milordzie.

Niski, ciemnolicy mężczyzna wszedł do kajuty, gdy Harcourt wypowiadał te słowa, i dyskretnie czekał u drzwi.

– Co jest?

– To pan, którego przysłał pan Sharpe, milordzie, żeby uważał razem ze mną, co będą brali na pokład.

– Co to było?

– Liczyłem wciągane ładunki, milordzie. Mieli światła na sztagu stermasztu.

– I co?

Harcourt zaczął czytać z trzymanego w ręku kawałka papieru.

– Dwadzieścia pięć drewnianych skrzyń, milordzie. – I dodał, chcąc uprzedzić gniewne parsknięcie Hornblowera: – Rozpoznałem te skrzynie, milordzie. To takie, w jakie zwykle ładuje się muszkiety, po dwadzieścia cztery komplety broni w każdej.

– Sześćset muszkietów i bagnetów – obliczył szybko Gerard.

– Tyle się spodziewałem – zauważył Sharpe.

– Co jeszcze? – poganiał go Hornblower.

– Dwanaście wielkich beli, milordzie. Podłużnych. I dwadzieścia innych, długich i wąskich.

– Czy nie domyśla się pan? ...

– Milordzie, czy zechce pan wysłuchać meldunku marynarza wysłanego przeze mnie?

– Bardzo proszę.

– Chodźcie tu, Jones – krzyknął Harcourt do kogoś na zejściówce i znów odwrócił się do Hornblowera.

– Jones, milordzie, to dobry pływak. Posłałem jego i jeszcze jednego z załogi w łódce i Jones podpłynął do barki. Powiedzcie, Jones, jego lordowskiej wysokości, coście ustalili.

Jones, kościsty młodzieniec niskiego wzrostu, zbliżył się mrugając w świetle lamp, onieśmielony obecnością tak znacznych osób. Mówił z akcentem Seven Dials.

– To byli mundury, sir. W tych wielkich belach.

– Skąd wiecie?

– Podpłynełem do barki, sir. Wyciągiem rękę i pomacałem, sir.

– Czy ktoś was zauważył? – przerwał Sharpe.

– Nie, sir. Nikt zupełnie mnie nie widział, sir. Oni wszystkie byli tam zajęte wciąganiem skrzyń. A w tych belach, to jakem powiedział, byli mundury, sir. Wymacałem guziki przez worek, sir. Nie takie płaskie, sir, jak u pana, sir. Okrągłe guziki, jakby kulki, sir, rządkami, na każdym mundurze. I chyba żem też wymacał obszywki, może złote lamowania, sir. To byli mundury, sir. Mogę to powiedzieć na pewno.

W tym momencie wystąpił do przodu ciemnoskóry mężczyzna. Trzymał w rękach coś wiotkiego, przypominającego utopionego czarnego kota. Jones wskazał na ten przedmiot, zanim zaczął mówić dalej.

– Za nic żem nie mógł zgadnąć, co było w drugich belach, sir, tych długich. No to żem wyciągnął swój nóż...

– Jesteście pewni, że nikt was nie widział?

– Murowane, że .nie, sir. Ja żem wyjął noża i przeciął szwy na końcu. Bedo myśleć, sir, że im się rozpękło przy załadunku. Wyciągiem takie jedne coś za koniec i popłynełem z tem nazad do łodzi, sir.

Ciemnoskóry wysunął to coś do przodu, żeby można było to obejrzeć. Hornblower ujął ostrożnie czarną, namiękłą masę włosia i obracając przedmiot w palcach natrafił na metal.

– Orzołki, sir – powiedział Jones.

Był tam mosiężny łańcuszek i duża mosiężna oznaka – taki sam orzeł z rozpostartymi skrzydłami, jakiego widział wieczorem na piersi Cambronne’a. To, co trzymał w ręku, było mundurową czapą z futra niedźwiedziego, z mosiężnymi ozdobami, mokrą od niedawnego przebywania w wodzie.

– Czy takie nosiła gwardia cesarska, milordzie? – pytał Gerard.

Tak – odrzekł Hornblower.

Dosyć często oglądał sztychy wystawione na sprzedaż a przedstawiające najświeższy komplet wyposażenia gwardii pod Waterloo. Obecnie gwardia królewska w Londynie pyszni się czapami futrzanymi, mało się różniącymi od tej, którą trzymał w ręku. Przyznano je gwardzistom w nagrodę za klęskę zadaną gwardii cesarskiej w kulminacyjnym momencie walki.

– Wiemy więc wszystko, co potrzebowaliśmy wiedzieć – zauważył Sharpe.

– Muszę spróbować schwytać „Daring” – rzekł Hornblower. – Panie Harcourt, proszę wezwać całą załogę.

– Tak jest, milordzie.

Po tej automatycznej odpowiedzi Harcourt otworzył usta, żeby dodać coś jeszcze, lecz nie był w stanie wydać z siebie głosu.

– Pamiętam – powiedział Hornblower czując, jak kielich goryczy wypełnia się po brzegi. – Powiedziałem, że nie będę potrzebował ludzi przed rankiem.

– Tak, milordzie. Ale nie są daleko. Każę ich szukać przy nabrzeżach. Będę miał ich tu za godzinę.

– Dziękuję, panie Harcourt. Proszę zrobić, co się da. Panie Sharpe, trzeba będzie doholować nas do wylotu kanału. Zechce pan posłać kogoś, żeby zamówił parowy holownik?

Sharpe obrócił wzrok na ciemnolicego, który przyniósł czapę futrzaną.

– Wątpię, czy znajdzie się jakiś do południa – odparł tamten. – „Daring” wziął dwa, i teraz wiem, po co. „President Madison” został wycofany z eksploatacji. „Toueur” holuje łodzie płaskodenne w górę rzeki do Baton Rouge. „Ecrevisse” – ten, który holował „Craba” w górę rzeki – ruszył z powrotem w dół rzeki dziś po południu. Sądzę, że „Temeraire” płynie w górę rzeki. Moglibyśmy kazać jej zawrócić, jak tylko się tu zjawi. I to wszystko, czym dysponujemy.

– Południe – zastanawiał się Hornblower. – Trzynastogodzinne wyprzedzenie. „Daring” będzie na morzu, zanim stąd wypłyniemy.

– A jest to jeden z najszybszych okrętów, jakie znam – dodał Sharpe. – Jak wykazywał log, wyciągał piętnaście węzłów, gdy w czasie wojny był ścigany przez „Tenedosa”.

– Co to za port meksykański, w którym mają brać żołnierzy na pokład?

– Zwykła wioska nad laguną, Corpus Christi, milordzie. Pięćset mil i sprzyjający wiatr.

Hornblower wyobraził sobie „Daring” z jego piękną sylwetką i ogromną powierzchnią żagli, jak mknie pasatowym fordewindem. Maleńki „Crab”, w którego kajucie teraz się znajdował, nie był przeznaczony do szybkich przebiegów oceanicznych. Został zbudowany i otaklowany jako mała, zwrotna jednostka, zdolna zachodzić do nieznanych, wąskich zatoczek w trakcie patrolowania archipelagu zachodnioindyjskiego. Na odcinku do Corpus Christi „Daring” z pewnością zyska kilka godzin, lub dzień albo i więcej, zwiększając swe już dwunastogodzinne wyprzedzenie. Doprowadzenie na pokład lub dowiezienie promem pięciuset zdyscyplinowanych ludzi nie zajmie wiele czasu, a potem „Daring” znowu odpłynie. Dokąd? Zmęczony umysł Hornblowera protestował przeciwko rozważaniu wielce skomplikowanej sytuacji politycznej na ziemiach w sąsiedztwie Corpus Christi. Gdyby potrafił to odgadnąć, mógłby uprzedzić „Daring” i wcześniej przybyć do punktu zagrożenia. Jeśli ograniczy się do pościgu za uciekinierem do Corpus Christi, to prawie na pewno przypłynie tam, aby się dowiedzieć, że statek wraz z żołnierzami i ładunkiem jest już gdzieś na morskich przestworzach, zdążając ku zdrożnemu celowi, jaki sobie zaplanował.

– „Daring” to jednostka amerykańska, milordzie – dodał Sharpe, pogłębiając tą uwagą jego już i tak kłopotliwą sytuację.

Bo to był ważny punkt, bardzo ważny. „Daring” dostał jakieś ostentacyjnie legalne zadanie do wykonania i płynie pod gwiaździstą banderą. Hornblower nie potrafił wymyślić żadnego powodu do skierowania uciekiniera do portu na inspekcję. Otrzymał ścisłe instrukcje w sprawie postępowania z jednostkami pod amerykańską banderą. Nie dawniej niż dziewięć lat temu Ameryka zuchwale wdała się w wojnę z największą potęgą morską na świecie z powodu stosunku Królewskiej Marynarki Wojennej do amerykańskiej floty handlowej.

– Jest uzbrojony, milordzie, i wypchany ludźmi – zauważył Gerard.

To był dalszy istotny punkt, i to o wielkiej wadze. Z dwunastofuntowymi armatami i pięcioma setkami zdyscyplinowanego wojska – oraz liczną załogą amerykańską

– „Daring” może śmiać się z pogróżek „Craba” uzbrojonego w sześciofuntówki i mającego zaledwie szesnastoosobową załogę. „Daring” będzie w prawie odmówić posłuszeństwa jakimkolwiek sygnałom z „Craba”, a ten ostatni nic nie będzie mógł zrobić, żeby to posłuszeństwo wymusić. Zestrzelić drzewce? Nie tak łatwo dokonać tego przy pomocy sześciofuntowego działka. Jeśli nawet nikt nie zostałby przy tym zabity przez przypadek, zerwałaby się potężna burza dyplomatyczna z powodu ostrzelania statku pływającego pod gwiaździstą banderą. Czy może iść w ślad za „Daring” jak cień, żeby przynajmniej być na miejscu, gdy ujawni się prawdziwy cel jego podróży? Nie, to niemożliwe. Wszędzie na pełnym morzu wystarczy, aby „Daring” rozpostarł swe skrzydła na pomyślny wiatr, a zostawi „Craba” za widnokręgiem w jedno popołudnie i będzie mógł wrócić, nie ścigany, na swój właściwy kurs.

Pocąc się w duszną noc, Hornblower czuł się jak schwytane na lasso dzikie zwierzę. Co chwila nowa pętla omotywała mu szyję, czyniąc go coraz bardziej bezradnym. Kusiło go, żeby jak dzikie zwierzę przestać panować nad sobą i popaść w szaloną panikę; żeby wyładować całą swą siłę w wybuchu wściekłości. Podczas długiej zawodowej kariery widywał niekiedy starszych rangą oficerów pozwalających sobie na takie wybuchy. Ale to nic nie pomoże. Potoczył wzrokiem po kręgu twarzy w świetle lamp – miały kamienny wyraz, jaki przybierają twarze ludzi będących świadkami czyjegoś niepowodzenia, zdających sobie sprawę, że mają przed sobą admirała, który fatalnie rozegrał pierwszą ważną sprawę, na jaką się natknął. Już to samo mogło rozwścieczyć go do szaleństwa.

Na pomoc przyszła duma. Nie ulegnie ludzkim słabościom na oczach tych ludzi.

– Tak czy inaczej płynę – oświadczył chłodno – jak tylko będę miał załogę i holownik parowy.

– Mogę spytać, co wasza lordowska wysokość zamierza uczynić? – odezwał się Sharpe.

Hornblower szukał gwałtownie w myślach rozsądnej odpowiedzi na to pytanie, lecz nic nie przychodziło mu do głowy. Wiedział tylko, że nie zrezygnuje bez walki. Marnowanie czasu nigdy nie pomagało w trudnej sytuacji.

– Czas, jaki mi tu zostaje, spędzę na przygotowaniu rozkazów dla mojej eskadry – oświadczył. – Podyktuję je mojemu oficerowi flagowemu, a pana, panie Sharpe, poproszę o rozprowadzenie ich wszelkimi dostępnymi panu środkami.

– W porządku, milordzie.

W tym momencie Hornblower przypomniał sobie o czymś, co już powinien był zrobić. Nie było jeszcze za późno na spełnienie swego obowiązku w tym względzie. A w każdym razie pomoże to ukryć rozterkę ducha.

– Panie Harcourt – powiedział – muszę pana bardzo pochwalić za sposób wykonania moich rozkazów. Zadanie obserwowania „Daring” przeprowadził pan wprost przykładowo. Może pan być pewien, że zwrócę uwagę ich lordowskich wysokości na pańskie zachowanie.

– Dziękuję, milordzie.

– A jeśli idzie o tego Jonesa – ciągnął Hornblower – to żaden marynarz nie mógłby zachować się w sposób bardziej rozgarnięty. Zrobił pan dobry wybór, panie Harcourt, a Jones to udowodnił. Będę pamiętał, żeby go wynagrodzić. Mogę go wstępnie awansować i potwierdzić ten awans przy pierwszej sposobności.

– Dziękuję, milordzie, on już był awansowany, a potem zdegradowany.

– Pijaństwo? Czy to dlatego nie dostał pozwolenia na wyjście na ląd?

– Niestety tak, milordzie.

– Cóż więc pan radzi?

Harcourt nie miał pojęcia, co odpowiedzieć.

– Może pan, milordzie, powtórzyć mu osobiście to, co mi pan teraz powiedział. Może mu pan uścisnąć dłoń...

Hornblower roześmiał się.

– I dać się poznać w całej Marynarce Wojennej jako najskąpszy admirał w jej dziejach? Nie. Co najmniej złota gwinea. Dwie gwinee. Wręczę mu je osobiście i poproszę pana o danie mu trzech dni urlopu, gdy tylko wrócimy do Kingston. Niech sobie pohula, jeśli jest to jedyny sposób, w jaki możemy go wynagrodzić. Muszę brać pod uwagę odczucia całej eskadry.

– Tak jest, milordzie.

– A teraz, panie Gerard, zaczynamy pisać rozkazy.

Zeszło do południa, zanim „Crab” odrzucił cumy i został wzięty na hol przez „Temeraire”. To, że Hornblower nie pomyślał ani przez moment, z czym związana jest ta słynna nazwa, świadczyło o stanie jego umysłu. Cały czas do odpłynięcia, cały długi, duszny ranek zajęło mu dyktowanie rozkazów, które miały zostać rozprowadzone wśród wszystkich jednostek jego eskadry. Trzeba było przygotować dużo kopii. Sharpe będzie je wysyłał pod pieczęcią każdym statkiem brytyjskim wychodzącym z Nowego Orleanu do Indii Zachodnich w nadziei, że jeśli któryś z nich napotka okręt królewski, rozkazy zostaną dostarczone bez zwłoki, nieuniknionej, gdyby je przesłano do Kingston i przekazywano dalej drogą urzędową. Wszystkie jednostki floty zachodnioindyjskiej miały pilnie uważać, czy pojawi się amerykański okręt „Daring”. Każda miała starać się wywiedzieć, z jakim płynie zadaniem, i ustalić, czy ma wojsko na pokładzie. Lecz (formułując dalsze słowa, Hornblower spocił się bardziej niż dotąd) dowódcom jednostek JKM przypomina się ustęp w pierwotnych instrukcjach głównodowodzącego, dotyczący zachowania się wobec statków pod banderą amerykańską. Jeśli na okręcie nie będzie wojska, należy podjąć próbę ustalenia, gdzie zostało wysadzone na ląd; gdyby na pokładzie byli żołnierze, należy trzymać „Daring” pod obserwacją aż do ich wylądowania. Dowódcy mają zachować wielką rozwagę w zakresie ingerencji w operacje „Daring’.

Biorąc pod uwagę fakt, że te rozkazy nie wyjdą z Nowego Orleanu przed następnym rankiem i że będą wiezione przez powolny statek handlowy, istniało małe prawdopodobieństwo, że dotrą do jakiejkolwiek jednostki eskadry przed zrealizowaniem przez „Daring” jego planu. Trzeba jednak było podjąć wszelkie możliwe środki ostrożności.

Spoconą ręką podpisał Hornblower dwadzieścia kopii rozkazów, dopilnował, żeby zostały zapieczętowane i wręczył je panu Sharpe. Uścisnęli sobie dłonie i Sharpe zaczął schodzić trapem.

– Moim zdaniem, milordzie, Cambronne popłynie do Port-au-Prince albo do Hawany – powiedział Sharpe.

Obie te miejscowości były odległe od siebie o mniej więcej tysiąc mil.

– Nie mogłaby to być Kartagena lub La Guaira? – zapytał Hornblower z wymyślną ironią. I te miasta były odległe od siebie o tysiąc mil i o ponad tysiąc od Hawany.

– Całkiem możliwe – odparł Sharpe, wcale nie zauważając ironii. Nie można było jednak powiedzieć, że nie współczuł Hornblowerowi w jego kłopotach, dodał bowiem: – W każdym razie, milordzie, życzę powodzenia. Jestem pewien, że wasza lordowska wysokość odniesie sukces.

Rzuciwszy cumy, „Crab” ruszył na holu za „Temeraire”, z której kominów, ku wielkiemu oburzeniu Harcourta, buchał dym i sypały się iskry. Obawiając się nie tylko pożaru, lecz zabrudzenia swego nieskazitelnie czystego pokładu, kazał marynarzom pompować wodę zza burty, żeby ciągle spłukiwać pokład i takielunek.

– Śniadanie, milordzie? – spytał Gerard stając obok Hornblowera.

Śniadanie? Była pierwsza po południu. Nie kładł się wcale od wczoraj. Wieczorem wypił o wiele za dużo, potem miał pracowity, niespokojny ranek, a w tej chwili też był pełen desperackich obaw. Miał już powiedzieć: nie, ale przypomniał sobie, że wczoraj (dopiero wczoraj? wydawało się, że więcej jak tydzień temu) narzekał na spóźnione śniadanie. Nie pozwoli dać poznać po sobie zdenerwowania.

– Oczywiście – odparł. – Mogło być podane wcześniej, panie Gerard – dodał uważając, że zachowuje się jak człowiek zły, że nie jadł śniadania o czasie.

– Tak jest, milordzie – odrzekł Gerard. Był oficerem flagowym Hornblowera już od kilku miesięcy i poznał jego obyczaje prawie w takim stopniu, w jakim mogłaby znać je żona. Znał również dobre serce Hornblowera. Otrzymał swe stanowisko, jako syn starego przyjaciela, w okresie, gdy synowie admirałów i książąt marzyli o służbie w randze oficera u legendarnego Hornblowera.

Hornblower zmusił się do zjedzenia podanych owoców i gotowanych jajek i mimo gorąca wypił kawę. Odczekał dłuższy czas, zanim znów wyszedł na pokład i przez ten czas udało mu się naprawdę zapomnieć o swoich problemach – przynajmniej prawie zapomnieć. Wróciły jednak z całą siłą, gdy tylko wszedł na pokład. Tak go nękały, że nie był w stanie zainteresować się tą wciąż jeszcze niecodzienną metodą żeglowania po rzece ani też niskimi brzegami przesuwającymi się szybko koło burty. Przecież ich śpieszne wypłynięcie z Nowego Orleanu było tylko gestem rozpaczy. Nie mógł mieć nadziei na pochwycenie „Daring”. Cambronne przeprowadzi pomyślnie swój zamiar prawie pod jego nosem, robiąc z niego pośmiewisko świata – a przynajmniej jego światka. Dla niego zaś będzie to ostatnie stanowisko dowódcze w życiu. Hornblower cofnął się myślą do lat na połowie pensji po Waterloo. Można by sądzić, że były to lata godne i szczęśliwe, z mandatem w Izbie Lordów i wpływową pozycją w hrabstwie, z kochającą żoną i podrastającym synem, lecz z tym wszystkim nie żył wtedy prawdziwym życiem. Te pięć lat po Waterloo, do czasu gdy wreszcie naturalny bieg rzeczy przyniósł mu awans do stopnia admiralskiego, były denerwującym okresem. Zdał sobie z tego sprawę dopiero, kiedy przeżył głęboką radość z wysłania go do Indii Zachodnich. A teraz wszystkie przyszłe lata, aż do grobu, będą tak samo ponure jak tamte pięć, a nawet gorsze, bo nie ożywiane nadzieją na przyszłe zatrudnienie.

No i właśnie rozczula się nad sobą, stwierdził w duchu z goryczą, zamiast, jak powinien, zajmować się szukaniem rozwiązania stojących przed nim problemów. Co knuje Cambronne? Gdyby zdołał go wyprzedzić, przybyć triumfalnie tam, gdzie Cambronne zamierza zadać cios, mógłby uratować swą reputację. Przy dużej dozie szczęścia jego interwencja mogłaby mieć decydujące znaczenie. Lecz w całej Ameryce hiszpańskiej, a także w Indiach Zachodnich, z wyjątkiem kolonii brytyjskich, panuje wrzenie. Wszędzie jest tak samo. W każdym razie jest rzeczą wysoce wątpliwą, czy znajdzie się jakiś pozór dla interwencji – Cambronne ma przypuszczalnie upoważnienie do działania od Boli wara czy jakiegoś innego przywódcy. Z drugiej jednak strony kroki ostrożności podjęte przez Cambronne’a każą przypuszczać, że wolałby on co najmniej, żeby Królewska Marynarka Wojenna nie miała okazji do interwencji. Interwencji? Z szesnastoosobową załogą, bez nadliczbowych, i tylko z sześciofuntowymi działkami? Nonsens. Jest idiotą. Ale musi myśleć, myśleć, myśleć.

– Milordzie, słońce zajdzie, zanim zaoczymy St Philip – zameldował Harcourt.

– W porządku, panie Harcourt.

Nie będzie więc salutów armatnich. Opuści Stany Zjednoczone, żeby tak rzec, z podkulonym ogonem. Z pewnością będą komentarze na temat krótkości jego wizyty. Sharpe może nie wiem jak się wysilać nad wyjaśnieniem, czemu odpłynął w takim pośpiechu, lecz żadne wyjaśnienie nie będzie zadowalające. Tak czy inaczej misja, której tak pragnął, staje się śmiechu godnym fiaskiem.

Nawet ten pobyt, na który tak bardzo się cieszył, przyniósł rozczarowanie. Prawie wcale nie poznał Nowego Orleanu, Ameryki i Amerykanów. Nie zdążył poświęcić uwagi ogromowi Missisipi. Zaprzątające go problemy nie pozwalały interesować się otoczeniem, zaś otoczenie przeszkadzało mu w poświęcaniu dostatecznej uwagi owym problemom. Na przykład ta niezwykła metoda żeglowania – „Crab” pruł wodę z prędkością dobrych pięciu węzłów, do tego dochodził prąd rzeki. W rezultacie powstawał za nimi niezły wiatr względny. Nadzwyczajne było to posuwanie się naprzód przy absolutnie przeciwnym wietrze, bez przechyłów bocznych czy wzdłużnych, z cichutkim skrzypem takielunku stałego, lecz bez najmniejszego skrzypnięcia olinowania ruchomego.

– Obiad czeka na stole, milordzie – powiedział Gerard zjawiając się znów na pokładzie.

Ciemność zamykała się nad „Crabem”, gdy Hornblower schodził pod pokład, ale w kajucie było gorąco i duszno.

– Zupa szkocka11, milordzie – oznajmił Giles, stawiając przed nim dymiący talerz.

Hornblower niedbałym ruchem zanurzył w zupie łyżkę i przełknąwszy kilka łyków zaraz ją odłożył. Giles nalał mu szklankę wina. Nie miał chęci ani na wino, ani na zupę, lecz zmusił się do zjedzenia jeszcze odrobiny zupy, żeby się nie zdradzić z tą ludzką słabostką.

– Kurczę a la Marengo – powiedział Giles, stawiając przed nim następny talerz.

Przy kurczęciu łatwiej było zachowywać pozory. Hornblower podłubał w mięsie, zjadł kilka kęsów i odłożył nóż i widelec. Daliby mu znać z pokładu, gdyby zdarzył się cud, gdyby zepsuły się oba parowe holowniki ciągnące „Daring” albo uciekinier władował się na mieliznę, a oni minęliby go triumfalnie. Absurdalna nadzieja. Głupiec z niego.

Giles sprzątnął ze stołu, postawił paterę z seramii talerz do sera i nalał porto do szklaneczki. Plasterek sera, łyk porto i obiad można uznać za zjedzony. Giles postawił srebrną lampkę spirytusową, srebrny dzbanek do kawy, porcelanową filiżankę – ostatni prezent dla niego od Barbary. Mimo trudnego położenia Hornblower znalazł pociechę w kawie, jedyną pociechę na tym ponurym świecie.

Gdy wyszedł znowu na pokład, było zupełnie ciemno. Od dziobu z prawej strony zabłysło światło, przesuwając się wolno ku rufie na prawy trawers. Musiała to być któraś z latarni morskich, zainstalowanych przez Amerykanów, żeby żeglowanie po Missisipi było równie łatwe nocą jak za dnia. Stanowiło to jeszcze jeden dowód znaczenia rozwijającego się tutaj handlu – dalszym był fakt, że aż sześć parowych holowników było tu w ciągłym użyciu.