Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
"Powieści Hornblowerowskie," to cykl dwunastu powieści przygodowych z okresu wojen napoleońskich, których bohaterem jest oficer Royal Navy Horatio Hornblower.
[Opis]
Cykl: Powieści Hornblowerowskie, t. 5
/Hornblower i jego okręt Atropos, Cecil Scott Forester, 1991 rok, ISBN 8385297162, Wydawnictwo Morskie, Tekop/
Książka dostępna w zasobach:
Mediateka Biblioteka Publiczna w Krośnie Odrzańskim
Biblioteka Miejsko-Powiatowa w Kwidzynie
Miejska Biblioteka Publiczna im. Jana Pawła II w Opolu
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Próchnika w Piotrkowie Trybunalskim (2)
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 421
Rok wydania: 1991
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
C.S. FORESTER
Hornblower i jego okręt Atropos
Przekład
Henryka Stępień
WYDAWNICTWO MORSKIE GDAŃSK
„TEKOP” GLIWICE
1991
Tytuł oryginału angielskiego
Hornblower and the Atropos
Redaktor
Alina Walczak
Opracowanie graficzne
Erwin Pawlusiński
Ryszard Bartnik
Korekta
Teresa Kubica
© Copyright for the Polish edition
by Wydawnictwo Morskie
ISBN 83-85297-16-2
Wydawnictwo Morskie, Gdańsk 1991
we wspołpracy z „Tekop” Społka z o.o. Gliwice
Bielskie Zakłady Graficzne
zam. 1720/K
Rozdział I
Pokonawszy śluzy, łódź kanałowa płynęła teraz krętą trasą przez urocze okolice Cotswoldu1. Hornblowera rozpierała radość: był w drodze do objęcia dowództwa nad nową jednostką i sycił wzrok nie znanymi widokami, podróżując w zupełnie nowy dla siebie sposób, podczas gdy kapryśna pogoda angielska zdecydowała się zainscenizować jasny, słoneczny dzień w połowie grudnia. Mimo chłodu ten rodzaj podróżowania bardzo mu odpowiadał.
– Przepraszam na chwilkę, moja droga – powiedział.
Maria, z uśpionym Horatiem w ramionach, skwitowała westchnieniem niecierpliwość małżonka i odsunęła kolana, żeby mu zrobić przejście. Hornblower wyprostował się, na ile było to możliwe w niskiej kajucie pierwszej klasy, i wyszedł na otwartą część dziobową łodzi pasażerskiej, gdzie mógł stanąć na skrzynce ze swoimi rzeczami i rozejrzeć się. Była to dziwna jednostka, o długości najmniej siedemdziesięciu stóp2 i ledwie pięciu stopach szerokości – przynajmniej tak mu się wydawało, gdy patrzył w kierunku rufy – podobne proporcje widywał w zwariowanych canoe z wydrążonych pni, jakimi posługiwano się w Indiach Zachodnich. Zanurzenie musiała mieć poniżej stopy; widać to było wyraźnie, kiedy mknęła za idącymi kłusem końmi z prędkością na pewno ośmiu węzłów – dziewięć mil na godzinę3, przeliczył szybko w myśli, bo tak mierzono prędkość tu, na wodach śródlądowych.
Łódź podążała z Gloucester do Londynu kanałem łączącym Tamizę z rzeką Severn. Sunąc znacznie spokojniej niż dyliżans, była prawie równie szybka i zdecydowanie tańsza, o pensa na mili, mimo że zajmowali kabinę pierwszej klasy. On, Maria i dziecko byli w tej klasie jedynymi pasażerami i kiedy Hornblower wręczał przewoźnikowi opłatę za przejazd, ten, obrzuciwszy porozumiewawczym spojrzeniem figurę Marii, zauważył, że po sprawiedliwości powinni zapłacić za dwoje dzieci, a nie za jedno. Maria zareagowała pogardliwym prychnięciem na taką wulgarność, a obecni przy tej scence skwitowali to chichotem.
Stojąc na skrzynce i patrząc przez obwałowanie kanału Hornblower widział szare kamienne ogrodzenia i z takiego samego szarego kamienia zabudowania gospodarskie. Rytmiczny stukot podków biegnących kłusem koni, które holowały łódź, podkreślał gładkość jej biegu; ślizgała się niemal bez szmeru po powierzchni wody – Hornblower podejrzał sztuczkę stosowaną przez przewoźników: gwałtownie przyśpieszając wjeżdżali na grzbiet fali dziobowej wywołanej ruchem łodzi i utrzymywali na niej dziób łodzi, zmniejszając w ten sposób turbulencję w kanale do minimum. A kiedy Hornblower obejrzał się na rufę, spostrzegł, że daleko w tyle trzciny przybrzeżne pochyliły się, aby wyprostować się ponownie dopiero w dłuższą chwilę po ich przejściu. Właśnie ta sztuczka pozwalała na uzyskiwanie fantastycznych w tych warunkach prędkości. Konie zmieniane co pół godziny utrzymywały stałą prędkość dziewięciu mil na godzinę. Dwie liny holownicze uwiązane były do drewnianych pachołków na dziobie i rufie; jeden z przewoźników jechał na tylnym koniu w charakterze poganiacza konia przedniego, pokrzykując i trzaskając z bicza. Na ławce rufowej siedział drugi przewoźnik, o gburowatym wyglądzie. Hak zastępował mu brakującą dłoń u jednej ręki; drugą dzierżył rumpel, prowadząc łódź przez zakręty ze zręcznością budzącą podziw Hornblowera.
Nagły dźwięk podków na kamiennym podłożu ostrzegł Hornblowera w samą porę. Nie zwalniając biegu konie cwałowały pod niskim mostem, z trudem mieszcząc się na ścieżce holowniczej między wodą a łukiem przęsła. Jadący konno przewoźnik wtulił twarz w grzywę zwierzęcia, żeby nie zawadzić głową o most; ledwo Hornblower zdążył zeskoczyć ze skrzynki i przykucnąć, a już most przemknął nad nim. Usłyszał, jak sternik zaśmiał się głośno, widząc jego popłoch.
– Ucz się pan szybko poruszać w łodzi kanałowej, kapitanie – powiedział głośno ze swego miejsca u steru.
– Taki, co ostatni zbiega z masztów, dostaje dwa tuziny kijów! Ale tu w Cotswold, kapitanie, pańska głowa się rozbije, jak nie będzie pan dobrze uważał.
– Nie pozwalaj, Horatio, żeby ten człowiek był taki niegrzeczny dla ciebie – odezwała się Maria z kajuty.
– Nie możesz kazać mu przestać?
– Nie tak łatwo, moja droga – odparł Hornblower.
– Tutaj on jest dowódcą, a ja tylko pasażerem. – Jak nie możesz kazać mu przestać, to chodź tu, gdzie nie dosięgną cię jego ordynarne odezwania.
– Dobrze, skarbie, za minutkę.
Hornblower wołał wystawiać się na drwiny przewoźnika, byle tylko móc rozglądać się wokoło; była to dla niego doskonała sposobność do obserwacji funkcjonowania kanałów, które w ciągu ubiegłych trzydziestu lat zmieniły ekonomiczne oblicze Anglii. A niedaleko przed nimi znajdował się tunel Sapperton, cud techniki stulecia, największe osiągnięcie nowoczesnej nauki. Chciał go koniecznie zobaczyć. Niech sobie sternik pokpiwa z niego, jeśli ma na to chęć. To zapewne dawny marynarz, zwolniony ze służby z powodu utraty dłoni. Dla takiego to nie lada gratka mieć pod swoją komendą kapitana marynarki wojennej.
W dali zamajaczyła szarokamienna wieża śluzy i drobna postać śluzowego otwierającego wrota. Na okrzyk przewoźnika, pełniącego funkcję poganiacza, konie zwolniły bieg; prędkość łodzi bardzo się zmniejszyła, gdy jej dziób ześliznął się z fali dziobowej. Łódź weszła do śluzy i jednoręki sternik wyskoczył na brzeg z liną, owijając ją zręcznie wokół pachoła; jedno, może dwa silne pociągnięcia za linę i łódź prawie stanęła. Przewoźnik pobiegł do przodu i zamocował linę na następnym pachole.
– Kapitanie, niech nam pan rzuci tę linę – zawołał i Hornblower posłusznie cisnął w jego stronę cumę dziobową łodzi. Prawo morza obowiązywało również na wodach śródlądowych – najpierw okręt, a następnie, w znacznie dalszej kolejności, godność osobista.
Dozorca zamykał już za nimi wrota śluzy, a jego żona otwierała zasuwy wrót górnych, przez które zaczęła wdzierać się woda. Pod jej naporem dolne wrota zamknęły się z trzaskiem i łódź poszła w górę na wzbierającej z bulgotem wodzie. W mgnieniu oka zmieniono konie; przewoźnik-poganiacz wgramolił się na siodło. Przytknąwszy do ust ciemną butelkę, przechylił głowę do tyłu i ciągnął przez kilka sekund pozostałych do wypełnienia się śluzy. Sternik odrzucił liny – Hornblower odebrał od niego cumę dziobową – żona śluzowego napierała na jedną połowę wrót górnych, a śluzowy, nadbiegłszy od dołu śluzy zaczął napierać na drugą. Poganiacz krzyknął, trzasnął z bicza i konie szarpnęły łódź do przodu. Sternik wskoczył na swoje miejsce na ławce rufowej i już płynęli dalej, nie straciwszy ani sekundy. Niewątpliwie ruch na tym kanale był szczytem nowoczesności i przyjemnie było podróżować „Queen Charlotte”, najszybszą ze wszystkich łodzi kanałowych, której wszystkie inne jednostki ustępowały z drogi. Na dziobie miała przytwierdzony połyskujący brzeszczot kosy, dumny symbol swojej ważności. Jego ostrze przecięłoby linę holowniczą każdej zbliżającej się łodzi, która nie opuściłaby jej dostatecznie szybko, żeby dać im przejście. Około czterdziestu żon wieśniaków i dziewcząt wiejskich w drugiej klasie, na rufie, wiozło kury, kaczki, jajka i masło na targ odległy o dwadzieścia mil, z zamiarem powrotu jeszcze tego samego dnia. Naprawdę zadziwiające.
Teraz, kiedy płynęli ku szczytowi wzgórza, śluza goniła śluzę, a przy każdej poganiacz podnosił swoją ciemną butelkę do ust. Pokrzykiwał na konie coraz bardziej ochrypłym głosem i coraz częściej strzelał z bata. Przy każdej śluzie Hornblower posłusznie podawał cumę dziobową, mimo usilnych próśb Marii, żeby tego nie robił.
– Moja droga – perswadował jej – oszczędzamy w ten sposób czas.
– Ale to nie jest w porządku – upierała się Maria. – On wie, że jesteś kapitanem w marynarce wojennej.
– Wie aż za dobrze – odparł Hornblower z krzywym uśmiechem. – Ale ja mam dowództwo do objęcia.
– Jakby to nie mogło poczekać – fuknęła Maria.
Trudno było jej pojąć, że dla dowódcy okrętu jego stanowisko jest najważniejsze ze wszystkiego i że nie będzie on chciał tracić ani godziny, ani minuty w drodze do przejęcia dowództwa nad swoją korwetą4 wojenną na Tamizie; nie mógł się doczekać chwili, gdy ujrzy „Atroposa”, miotany nadzieją i obawą, jak narzeczony zakwefionej dziewicy na Wschodzie – o takiej jednak analogii lepiej było nie mówić Marii.
Sunęli teraz częścią kanału wiodącego przez szczyt wzniesienia; wykop pogłębiał się i stukot kopyt końskich odbijał się dzwoniącym echem od skalistych brzegów. Za małym zakrętem będzie już na pewno tunel Sapperton.
– Nie popuszczaj, Charlie! – zawołał nagle sternik. Zaraz też skoczył do rufowej liny holowniczej, żeby zdjąć ją z drewnianego pachołka. Nastąpiło wielkie zamieszanie. Krzyki i wrzaski na ścieżce holowniczej, rżenie koni, uderzenia podków. Hornblower ujrzał, jak koń czołowy w szaleńczym wysiłku próbował wdrapać się na stromą ścianę wykopu – tuż przed nimi był zakończony blankami mroczny otwór tunelu i koń nie miał innej drogi. „Queen Charlotte” przechyliła się niebezpiecznie w kierunku brzegu przy akompaniamencie krzyków pasażerek drugiej klasy; przez chwilę Hornblower był przekonany, że się wywrócą. Jednakże po zluźnieniu lin łódź wyprostowała się i stanęła; gwałtowna szarpanina drugiego konia zaplątanego w dwie liny holownicze skończyła się wyzwoleniem go z ich uwięzi. Sternik wygramolił się na ścieżkę holowniczą i założył cumę rufową na pachoł.
– Ładny klops – powiedział.
Jakiś mężczyzna zbiegł ku nim z wysokiego obwałowania, skąd rżąc spoglądały na nich zapasowe konie. Ujął za uzdy konie holujące „Queen Charlotte”. Na ziemi, tuż u jego stóp, leżał Charlie, przewoźnik-poganiacz, z twarzą zmienioną w krwawą maskę.
– Wracać mi z powrotem! – huknął sternik na kobiety wysypujące się tłumnie z kabiny drugiej klasy.
– Nic się nie stało. Z powrotem do kabiny! Jak da im się wyjść na ląd – dodał do Hornblowera – to potem trudniej je połapać niż te ich kury.
– Horatio, co się dzieje? – pytała Maria stając w drzwiach kajuty pierwszej klasy, z dzieckiem w ramionach.
– Nic takiego, skarbie, żebyś musiała się niepokoić – odparł Hornblower. – Opanuj się. To nie jest czas na nerwy.
Odwrócił się i patrzył, jak jednoręki sternik pochylony nad Charliem sprawdza, co mu się stało; zaczepiwszy swoim stalowym hakiem o przód jego bluzy uniósł jego tułów do góry, ale głowa Charliego zwisła bezwładnie do tyłu. Po policzkach spływała krew.
– Z Charliego niewiele będzie pożytku – stwierdził sternik. Odczepił hak i ciało opadło z tępym stuknięciem. Gdy Hornblower schylił się, żeby popatrzyć z bliska, zauważył strużkę dżynu o trzy stopy od krwawiących ust. Na pół zemdlony i na pół pijany – właściwie bardziej pijany niż zemdlony.
– Musimy przenóżkować przez tunel – oświadczył sternik. – Jest tam ktoś w budynku na górze?
– Ani żywej duszy – odpowiedział człowiek trzymający konie. – Cały ruch przeszedł wczesnym rankiem.
Sternik gwizdnął.
– Będziesz musiał popłynąć z nami – zdecydował.
– Ja nie – sprzeciwił się koniarz. – Mam szesnaście koni – z tymi dwoma osiemnaście. Nie mogę ich zostawić.
Sternik bluznął stekiem wyszukanych przekleństw, zadziwiając nawet Hornblowera, który tyle ich słyszał w swoim życiu.
– Co to znaczy „przenóżkować” przez tunel? – zapytał.
Sternik wskazał kikutem ręki posępną, ziejącą mrokiem gardziel tunelu oblankowaną u wlotu.
– W tunelu nie ma ścieżki holowniczej, to chyba jasne, kapitanie – powiedział. – Zostawiamy tu konie i przepychamy łódź nogami. Na dziób zakłada się parę „skrzydeł” – coś jak kotbelki. Charlie kładzie się na jednej, ja na drugiej, głowami do środka, a nogami do ścian tunelu. A potem tak jakby idziemy i tak się przeciąga łódź przez tunel, a tam, na południowym końcu, bierze się świeżą parę koni.
– Rozumiem – powiedział Hornblower.
– Wyleję parę wiader wody na tego opoja – ciągnął sternik. – Może to go ocuci.
– Może – zgodził się Hornblower.
Ale wiadra wody nie zrobiły żadnego wrażenia na nieprzytomnym Charliem, który uległ widocznie szokowi. Mimo obmycia potłuczonej twarzy ciekła z ‘niej dalej powoli strużka krwi. Sternik wyrzucił z siebie nowy potok przekleństw.
– Przypłynom tu za wamy inne – zauważył koniarz.
– Za jakie dwie godziny.
W odpowiedzi usłyszał nową porcję wymyślań.
– Z progów na Tamizie musimy zjechać za widna – stwierdził sternik. – Dwie godziny? Nawet jak ruszymy zaraz, ledwie zdążymy tam za dnia.
Powiódł wzrokiem wokoło, po milczącym wykopie kanału i gardzieli tunelu, po kobietach trajkocących po pokładzie łodzi i towarzyszących im paru zgrzybiałych starcach.
– Będziemy spóźnieni dwanaście godzin – powiedział zatroskany.
Dla Hornblowera oznaczało to dzień zwłoki w objęciu dowództwa nad okrętem.
– Niech to diabli – mruknął. – Pomogę wam przenóżkować.
– To zacnie z pana strony, sir – ucieszył się sternik, znacząco zastępując egalitarne „kapitanie” słówkiem „sir”, czego dotąd starannie unikał. – Tylko czy pan potrafi?
– Chyba tak – uspokoił go Hornblower.
– No to zakładamy te skrzydła – zdecydował natychmiast sternik.
Były to małe platformy wystające po obu stronach dziobu.
– Horatio – zapytała Maria. – Co ty wyczyniasz? Takiego właśnie pytania można się było spodziewać po
Marii. Hornblower miał już zamiar odpowiedzieć, że doi kury, jak to kiedyś słyszał na „Renown”, ale się powstrzymał.
– Pomagam tylko przewoźnikowi, skarbie – wyjaśnił cierpliwie.
– Za mało dbasz o swoją pozycję – gniewała się Maria.
Hornblower był już teraz na tyle doświadczonym małżonkiem, żeby wiedzieć, że warto pozwolić żonie mówić, co tylko chce, byle sam mógł robić, na co ma ochotę. Założono skrzydła i wszyscy trzej, on ze sternikiem na łodzi, a koniarz na brzegu, zajęli stanowiska wzdłuż burty „Queen Charlotte”. Silne zespołowe odbicie pchnęło łódź wykopem w stronę tunelu.
– Sir, niech pan jej nie daje stanąć – rzucił sternik gramoląc się w stronę dziobu na lewe skrzydło boczne. Było rzeczą oczywistą, że znacznie łatwej jest utrzymywać łódź w ciągłym, acz powolnym, ruchu, niż posuwać się skokami, to zatrzymując się, to ruszając. Hornblower pospieszył na prawe skrzydło, kładąc się na nim na płask z głową skierowaną ku środkowi. Dziób łodzi wsunął się już w mroczną czeluść tunelu. Hornblower wyczuł, że wyciągniętymi nogami dotyka kamiennej obmurówki. Zaparł się stopami i przebierając nimi posuwał łódź naprzód.
– Spokojnie, sir – doradził sternik, z głową tuż przy głowie Hornblowera. – Mamy do przejścia więcej jak dwie mile.
Dwumilowy tunel wydrążony w litej skale pogórza cotswoldskiego! Nic dziwnego, że uznano go za ósmy cud świata. Akwedukty Rzymian były niczym w porównaniu z tym dziełem. Posuwali się coraz dalej w głąb tunelu, w gęstniejących ciemnościach, aż mrok stał się kompletny i chociaż wytężali wzrok, przestali widzieć cokolwiek. Na początku tunelu kobiety gadały, śmiały się i pokrzykiwały, żeby usłyszeć echo swoich słów.
– Głupie gęsi – mruknął sternik.
Teraz jednak, przygnębione ciemnością, zamilkły wszystkie, z wyjątkiem Marii.
– Mam nadzieję, Horatio, że pamiętasz o porządnym ubraniu, które masz na sobie – gderała.
– Tak, skarbie – odparł Hornblower, rad, że Maria nie może go widzieć.
To, co robił, nie miało nic wspólnego z godnością ani z wygodą. Po kilku minutach mocno już odczuwał twardość platformy pod sobą, wkrótce i nogi zaczęły się buntować przeciwko wysiłkowi, do jakiego zostały zmuszone. Próbował zmieniać trochę pozycję, pracować innymi mięśniami i leżeć na innych okolicach swego ciała, ale szybko zorientował się, że należy to czynić rytmicznie i w odpowiednich momentach, żeby nie zakłócić równomiernego tempa posuwania się łodzi – sternik leżący tuż przy nim ofuknął go mrukliwie za to, że łódź chybnęła się nieco, kiedy Hornblower nie zdążył odepchnąć się prawą nogą od muru.
– Niech pan jej nie daje stanąć, sir – powtórzył.
Niczym w koszmarnym śnie posuwali się w absolutnej ciemności i ciszy. „Queen Charlotte” płynęła zbyt wolno, żeby wzbudzić szmer wody pod dziobem. Hornblower przebierał wciąż stopami, zmuszając obolałe nogi do ciągłego wysiłku; podeszwami butów wyczuł, że skończyła się obmurowana część tunelu, a zaczęła naga skała – szorstka i nierówna, jak ją zostawili drążący tunel robotnicy po rozbiciu oskardami i ładunkami prochu. To jeszcze bardziej utrudniało jego zadanie.
Z dala dobiegł go jakiś odgłos, cichutki pomruk – początkowo tak słaby, że dopiero gdy zwrócił na niego uwagę, zorientował się, że słyszał go już od pewnego czasu. W miarę posuwania się łodzi pomruk nasilał się, aż przeszedł w głośny ryk; Hornblower nie miał pojęcia, co to takiego, a ponieważ leżący obok sternik nie zdradzał niepokoju, postanowił go nie pytać.
– Odpocznijmy minutkę, sir – zaproponował sternik. Zdziwiony jego słowami Hornblower zluźnił nacisk obolałych stóp, gdy tymczasem jego sąsiad, dalej w pozycji leżącej, szukał czegoś obok po omacku. Po chwili naciągnął na nich obu plandekę aż po stopy wystające poza nią. Pod plandeką nie było ciemniej niż na zewnątrz, ale znacznie duszniej.
– Pchamy dalej, sir – powiedział sternik i Hornblower znowu zaczął odpychać się stopami od skały. Plandeka przytłumiła nieco słyszany przedtem hałas. Przetoczyła się po niej głośno strużka wody, potem druga, i Hornblower nagle pojął, co to był za odgłos.
– Nadchodzi – powiedział sternik spod plandeki.
Podziemny strumień przerwał tu sklepienie tunelu i spływał hucząc do kanału. Woda lała się na nich ogłuszającymi kataraktami, cisnąc na plandekę i dudniąc po daszkach kabin. W tym huku utonęły krzyki kobiet. Po chwili potok wody osłabł, zaczął się rozpadać na strużki i wkrótce pozostał za nimi.
– Jeszcze raz będzie coś takiego – mówił sternik obok niego w dusznych ciemnościach. – Po suchym lecie jest lepiej.
– Zmokłeś, Horatio? – rozległ się głos Marii.
– Nie, skarbie – odparł Hornblower, tym prostym zaprzeczeniem zapobiegając dalszym indagacjom.
Stopy miał faktycznie mokre, ale po jedenastu latach na morzu była to fraszka dla niego; znacznie bardziej martwiło go zmęczenie odczuwane w nogach. Wydawało mu się, że wiek upłynął, zanim następne strużki wody i okrzyk sternika „Nadchodzi” oznajmiły drugi potop. Gdy przeszli pod nim, sternik z westchnieniem ulgi ściągnął z nich plandekę. A wtedy, wykręciwszy szyję,Hornblower dojrzał coś daleko w przodzie. Oczy przywykły już do ciemności i w gęstym mroku, bardzo bardzo daleko, mignęło nagle coś o rozmiarach może ziarnka piasku. To był drugi koniec tunelu. Hornblower zaczął energiczniej pracować nogami. Wylot tunelu rósł w oczach, od ziarnka piasku do nasiona grochu; jak się należało spodziewać, kształt miał półokrągły i wciąż się zwiększał, dzięki czemu w tunelu robiło się powoli coraz widniej, aż można było dojrzeć ciemną powierzchnię wody i nierówności sklepienia. Tutaj tunel miał znowu wymurówkę z cegieł i łatwiej było się posuwać – przynajmniej się zdawało, że dużo łatwiej.
– Koniec nóżkownia – zakomenderował sternik odepchnąwszy się ostatni raz.
Hornblowerowi trudno było uwierzyć, że nie musi już wysilać nóg, że wypływają już na światło dzienne i że nie spadną na niego kaskady z podziemnych źródeł, gdy dusząc się będzie leżał pod plandeką. Łódź wyśliznęła się wolno z gardzieli tunelu i mimo że płynęła powoli, a zimowe słońce świeciło słabo, poczuł się przez chwilę oślepiony. Głośne teraz paplanie pasażerów urosło prawie do rozmiaru hałasu, z jakim podziemny strumień lal się na plandekę. Usiadł i mrugając powiekami rozglądał się wokoło. Na ścieżce holowniczej czekał człowiek z parą koni. Złapał linę rzuconą przez sternika i konie przyciągnęły łódź do brzegu. Duża grupa pasażerów, którzy tu wysiadali, wyroiła się z tobołkami i drobiem. Reszta czekała na pokładzie.
– Horatio – odezwała się Maria wychodząc ze swej kajuty. Maleńki Horatio obudził się i trochę kaprysił.
– Co, skarbie?
Hornblower czuł na sobie spojrzenie Marii, lustrujące nieporządny wygląd jego odzieży. Wiedział, że Maria najpierw go zbeszta, a potem wyszczotkuje mu ubranie, traktując go z taką samą macierzyńską zaborczością, z jaką on traktował swego syna. Ale w tym momencie nie chciał być traktowany zaborczo.
– Chwileczkę, kochanie, wybacz mi – powiedział i zszedłszy śpiesznie na ścieżkę holowniczą, włączył się do rozmowy sternika i właściciela koni.
– Nie ma tu ani jednego mężczyzny – mówił ten ostatni. – I nie znajdziecie nikogo aż do Oksfordu, to wam ręczę.
Sternik obrzucił go takim samym stekiem przekleństw, co poprzedniego koniarza.
– Nie ma rady, tak sprawy stoją – stwierdził filozoficznie koniarz. – Będziecie musieli poczekać aż ktoś przypłynie.
– Nie ma nikogo na podorędziu? – dziwił się Hornblower.
– Nikogo, sir – odparł sternik i dodał po chwili wahania: – Może pan, sir, zgodziłby się zająć parą koni?
– Ja nie – odpowiedział natychmiast Hornblower – tak go zaskoczyła ta propozycja, że nie próbował nawet ukryć konsternacji na myśl o poganianiu koni, co dotąd robił potłuczony Charlie; potem przyszło mu do głowy, jak zachowując swoją godność może się wymigać spod opiekuńczych zakusów Marii, więc dodał: – Ale zajmę się sterem.
– To by pan mógł, sir – ucieszył się sternik. – Sterować dla pana nie pierwszyzna. Na pewno da pan sobie radę. Sprawa jasna. A ja poprowadzę szkapy . Moja awaryjna ręka mi w tym pomoże – dodał kierując spojrzenie na kikut ze stalowym hakiem.
– Załatwione – zdecydował Hornblower.
– Jestem panu wdzięczny, sir, jak pragnę zdrowia – ciągnął sternik, dorzucając parę przekleństw dla podkreślenia swej szczerości. – Dostałem zamówienie na ten przejazd – tamte dwie skrzynie herbaty na dziobie dla Londenu5, z pierwszego zbioru w Chinach. Zaoszczędzi mi pan funtów, sir, i pomoże zachować moje dobre imię. Wdzięczny jestem jak...
Znowu podkreślił przekleństwami prawdziwość swoich słów.
– Nie ma o czym mówić – odparł Hornblower. – Im wcześniej ruszymy, tym szybciej będziemy na miejscu. Jak się nazywacie?
– Jenkins, sir. – Tom Jenkins, sternik, który teraz miał pełnić funkcję poganiacza, pociągnął za grzywkę nad czołem. – Starszy obsady marsa na starej „Superb”, pod kapitanem Keatesem, sir.
– W porządku, Jenkins. Ruszamy.
Właściciel koni zabrał się do przywiązywania lin holowniczych. Jenkins odrzucił cumę dziobową; Hornblower rzucił rufową i czekał, z liną raz tylko owiniętą wokół pachołka; Jenkins żwawo wgramolił się na siodło i zaczepił lejce o hak u kikuta.
– Ależ, Horatio – zawołała Maria – co ty masz zamiar robić?
– Dopłynąć do Londynu, skarbie – odparł Hornblower. W tym momencie świsnął bat i liny holownicze naprężyły się.
Hornblower, dzierżąc linę w ręku, musiał skoczyć na ławkę rufową i chwycić za rumpel. Maria mogła jeszcze gadać swoje, ale on był już zbyt zajęty, żeby słuchać, co ona mówi. Rzecz zadziwiająca, jak szybko „Queen Charlotte” nabierała rozpędu, gdy konie, przeszedłszy nagle w kłus, wciągnęły jej dziób na falę dziobową. Konie z kłusa przeszły w cwał i prędkość stała się fantastyczna – tak przynajmniej odbierała to wyobraźnia Hornblowera, który ze zwykłego pasażera stał się teraz sternikiem. Brzegi uciekały szybko; na szczęście w tym głębokim wykopie, przeprowadzonym szczytem wzniesienia, kanał biegł początkowo prosto, bo sterowanie nie było wcale takie łatwe. Dwie liny holownicze, jedna zamocowana do dziobu, a druga do rufy, utrzymywały stateczek w położeniu równoległym do nasypu przy minimalnym użyciu rumpla – to ekonomiczne wykorzystanie siły przemawiało do matematycznego umysłu Hornblowera, lecz utrudniało nieco wyczuwanie ruchu łodzi, gdy Hornblower chciał wypróbować działanie rumpla.
Z pewną obawą patrzył przed siebie na zbliżający się zakręt, a gdy podpływali do niego, przerzucał spojrzenie z brzegu na brzeg, chcąc sę upewnić, że idą środkiem toru wodnego. Za zakrętem, prawie na wprost nich, był most – jeszcze jeden z tych piekielnych mostów kanałowych,oszczędnie budowanych, gdzie z powodu wybrzuszenia ścieżki holowniczej pod łukiem mostowym trzeba było dobrze uważać, żeby nie stracić z oczu środka bardzo tu zwężonego kanału. Maria z pewnością mówiła coś do niego, a mały Horatio niewątpliwie darł się w niebogłosy, ale nie miał czasu spojrzeć na nich ani nawet o nich pomyśleć. Przeprowadził łódź za zakręt i kopyta konia czołowego już zadzwoniły o kocie łby pod mostem. O Boże! Za mocno wychylił ster. Pchnął go z powrotem. Za daleko w drugą stronę! Cofnął ster i wyprostował kurs łodzi, gdy dziobem już weszła w zwężenie kanału. Skręciła, nawet dość szybko – częścią rufową prawej burty, gdzie stał Hornblower, uderzyła z tępym odgłosem o wygiętą obmurówkę ściany kanału, ale pas jej poszycia był w tym miejscu zabezpieczony grubą liną odbojową – przypuszczalnie właśnie na takie sytuacje – co zamortyzowało wstrząs; uderzenie było za słabe, żeby pasażerowie w kabinie pospadali z ławek, ale Hornblower, który nisko przykucnął w czasie przechodzenia pod łukiem mostu, omal nie upadł na twarz. Nie było czasu myśleć o tym, chociaż na dziobie mały Horatio, uderzywszy się widocznie o coś wskutek wstrząsu, darł się teraz jeszcze głośniej niż przedtem – kanał skręcał w przeciwną stronę i trzeba było przeprowadzić „Queen Charlotte” przez ten zakręt.
Trzask – trzask – trzask – trzask – to Jenkins z biczem – czyżby prędkość wciąż mu była za mała? Na zakręcie pojawiła się inna łódź, holowana wolniutko przez jednego konia, płynąca naprzeciw nim. Hornblower zrozumiał, że te cztery trzaśnięcia biczem były sygnałem żądającym wolnego przejścia; miał gorącą nadzieję, że je otrzymają, gdyż szybko zbliżali się do barki.
Flisak prowadzący konia holującego barkę zatrzymał go i skierował za ogrodzenie przy ścieżce holowniczej; jego żona wychyliła ster i barka resztą rozpędu skręciła majestatycznie w trzciny porastające przeciwległy brzeg. Zluźniona w ten sposób lina między koniem i barką opadła na ścieżkę i dosyć głęboko w wodę. Poganiane przez Jenkinsa konie przeszły nad nią galopem, a Hornblower skierował łódź w wąskie przejście między barką a ścieżką holowniczą. Domyślał się, że woda przy brzegu jest płytka i że łódź musi przepłynąć możliwie blisko barki. Żona flisaka, przywykła mieć do czynienia z wytrawnymi sternikami, zostawiła mu bardzo mało miejsca. Mknęli szybko i Hornblower był już bliski popadnięcia w panikę.
Ster w lewo – wstrzymywać. Ster w prawo – wstrzymywać. Sam sobie wydawał te rozkazy, jakby swemu sternikowi; poprzez zamęt w mózgu przebiła się myśl, że chociaż potrafi rzucać polecenia, nie może mieć pewności, iż jego niezręczne kończyny wykonają je z precyzją doświadczonego sternika. Wpływał właśnie w lukę; rufa skręcała jeszcze i dopiero w ostatnim momencie udało mu się opanować ją przy pomocy steru wyłożonego na burtę. Miał wrażenie, że mijają barkę z szybkością strzały; ledwie zauważył kącikiem oka, jak pozdrowienie rzucone przez żonę flisaka przeszło w zaskoczenie na widok „Queen Charlotte” sterowanej przez kogoś zupełnie nieznajomego. Usłyszał, że kobieta coś powiedziała, ale nie dosłyszał co – nie mógł pozwolić sobie na rozpraszanie uwagi przez wymianę grzecznościowych zwrotów.
Przemknęli jak błyskawica i znowu mógł odetchnąć spokojnie i wyszczerzyć zęby w uśmiechu; wszystko idzie dobrze na tym cudownym świecie, kiedy steruje się łodzią płynącą z prędkością dziewięciu mil na godzinę kanałem Tamiza-Severn. Ale oto Jenkins znowu coś krzyczy i ściąga cugle koni; przed nimi widać szarą wieżę budynku śluzy. Wrota są otwarte i stoi przy nich śluzowy. Hornblower skierował tam łódź, co przyszło mu dużo łatwiej dzięki nagłemu spadkowi prędkości „Queen Charlotte”, gdy fala dziobowa uciekła spod jej dziobu. Z cumą rufową w ręce Hornblower wyskoczył na brzeg, jakimś cudem utrzymując się na nogach. Podbiegł do pachołka oddalonego o dziesięć stóp, zarzucił na niego pętlę liny i począł hamować pęd łodzi. Idealnym rozwiązaniem byłoby prawie całkowite wytracenie prędkości przez łódź, tak aby wsunęła się wolniutko do śluzy i stanęła przy następnym pachole, lecz trudno było oczekiwać, że uda mu się to za pierwszą próbą. Przepuszczał linę między dłońmi, obserwując posuwanie się łodzi, ale w pewnym momencie pociągnął za nią zbyt gwałtownie. Zaskrzypiał pachołek z liną; „Queen Charlotte” obróciła się w śluzie i uderzyła dziobem o przeciwległą stronę; stanęła, bezradna, w połowie drogi, aż żona śluzowego musiała przybiec od wrót wylotowych i odepchnąć dziób. Potem złapała za cumę dziobową i przełożywszy ją sobie przez mocne plecy przeciągnęła łódź przez końcowe dwanaście jardów śluzy – w ten sposób stracili kilka minut. Ale to jeszcze nie był koniec, gdyż za szczytem wzniesienia śluza prowadziła w dół. Hornblower nie zdążył przestawić się w myślach na tę zmianę i został zaskoczony nagłym spadaniem „Queen Charlotte” wraz z opadającą wodą po otwarciu skrzydeł wrót. W ostatniej chwili zluźnił cumę rufową – w przeciwnym razie łódź mogłaby na niej zawisnąć.
– Hej, człowieku, masz marne pojęcie o łodziach – powiedziała żona śluzowego, a Hornblowera zapiekły uszy ze wstydu. Pomyślał o zdanym przez siebie egzaminie z nawigacji i praktyki morskiej; o tym, jak często halsował wielkim okrętem liniowym w sztormowej pogodzie. Doświadczenie to nie na wiele mu się przydało tu, na śródlądowych wodach hrabstwa Gloucester – a może to już było hrabstwo Oksford – w każdym razie śluza opróżniła się, wrota stały otworem, liny holownicze były napięte i musiał szybko skoczyć sześć, a może i więcej stóp w dół, na rufę już będącą w ruchu, pamiętając o zabraniu ze sobą cumy rufowej. Jakoś mu to poszło, niezdarnie jak zwykle, i przepływając dołem, usłyszał z góry serdeczny śmiech żony śluzowego; coś też zawołała, ale nie dosłyszał co, bo musiał schwycić za rumpel i przeprowadzić pod mostem nabierającą rozpędu łódź. A kiedy na początku podróży płacił za przejazd, myślał, jakie przyjemne musi być życie przewoźnika na kanale!
O, niech to licho! Maria stanęła przy nim, przeszedłszy na rufę przez kabinę drugiej klasy.
– Kochany, jak możesz pozwalać tym ludziom, żeby się tak bezczelnie zachowywali wobec ciebie? – pytała.
– Czemu nie powiesz im, kim jesteś?
– Moja droga... – zaczął Hornblower i dał spokój.
Jeśli Maria nie rozumie, co znaczy fakt, że kapitan marynarki wojennej źle steruje łodzią kanałową, to nie ma co się z nią spierać. Nie mógł zresztą poświęcać jej uwagi, gdy „Queen Charlotte” mknęła lotem strzały ciągnięta przez galopujące konie.
– Wszystko to razem wydaje mi się całkiem niepotrzebne, mój drogi – ciągnęła Maria. – Po co masz się tak poniżać? Czy naprawdę cały ten pośpiech jest taki konieczny?
Hornblower przeprowadzał łódź przez zakręt – pogratulował sobie, że już wyczuwa ster.
– Czemu mi nie odpowiadasz? – denerwowała się Maria. – I obiad już czeka na nas, a mały Horatio...
Jej głos brzmiał jak głos sumienia – i faktycznie Maria była jego sumieniem.
– Mario – rzucił Hornblower. – Wracaj na dziób! Na dziób, mówię ci. Idź z powrotem do kajuty.
– Ależ, skarbie...
– Idź na dziób!
Tym razem Hornblower krzyknął ostro – zbliżała się następna barka i nie miał czasu na małżeńskie cackanie się.
– Nie masz zupełnie serca – westchnęła Maria – i to kiedy jestem w takim stanie.
Być może jest bez serca, ale tak bardzo był zaabsorbowany tym, co robił. Wychylił ster, a Maria, z chusteczką przy oczach, energicznym ruchem – na ile pozwolił jej obecny stan – odwróciła się i wycofała się do kabiny drugiej klasy. „Queen Charlotte” zgrabnie przemknęła luką między barką i ścieżką holowniczą i Hornblower mógł już teraz pomachać ręką żonie flisaka w odpowiedzi na jej pozdrowienie. Miał też czas na wyrzuty sumienia za sposób, w jaki potraktował Marię, ale tylko przez chwilę. Musiał dalej sterować łodzią.
1 Cotswold – pasmo wzgórz w Gloucestershire.
2 Stopa ang. — ok. 29,48 cm.
3 Tu mila lądowa – ok. 1609 m.
4 Ten typ okrętu tu i w poprzednich tomach nazywany jest też slupem lub dozorowcem (or. sloop), czyli chodzi o to samo, gdy mówi się: dozorowiec, korweta, slup.
5 Or.: for Lunnon – żargon.
Rozdział II
Było jeszcze widno, kiedy wpływali w dolinę Tamizy i Hornblower spoglądając w prawo widział w dole strużkę rodzącej się rzeki – nie tak bardzo zresztą skąpą przy zimowym stanie wody. Każdy zakręt i każda śluza przybliżały kanał do strumienia, aż wreszcie dotarli do Inglesham, skąd widać było wieżę kościelną w Lechlade, i do miejsca, gdzie kanał łączył się z rzeką. Przy śluzie Inglesham Jenkins zostawił konie i podszedł do Hornblowera.
– Sir, teraz będą na rzece trzy progi i trzeba będzie z nich zjechać – powiedział.
Hornblower nie miał pojęcia, jakie to są te progi i bardzo mu zależało, aby się dowiedzieć, zanim będzie musiał z nich zjeżdżać, ale równocześnie nie chciał się zdradzać z ignorancją. Może Jenkins miał tyle taktu, żeby to wyczuć, bo dodał wyjaśniająco:
– To są takie tamy na rzece, sir. O tej porze roku, kiedy jest dużo wody, niektóre zasuwki w tamach po stronie ścieżki holowniczej są otwarte na stałe i robi się tam mały wodospad, pięć albo sześć stóp w dół. – Pięć albo sześć stóp? – powtórzył zaniepokojony Hornblower.
– Tak, sir. Coś koło tego. Ale to nie jest właściwie wodospad, jeśli pan wie, co mam na myśli, sir. Stromy spadek, nic więcej.
– I musimy zjechać nim w dół?
– Tak, sir. To dosyć łatwo, sir... przynajmniej w górnej części.
– A na dole?
– Tam robi się wir, jak zresztą można się spodziewać. Ale jeśli utrzyma pan łódź prosto dziobem do przodu, to szkapy was przeciągną.
– Utrzymam ją prosto – stwierdził Hornblower.
– Jasna rzecz, sir.
– Ale po co im, do diabła, te progi na rzece?
– Żeby spiętrzać wodę dla młynów... i dla nawigacji, sir.
– Czemu nie robią śluz?
Jenkins rozłożył bezradnie ręce – jedną z hakiem zamiast dłoni.
– Bo ja wiem, sir. Śluzy są znowu za Oksfordem. A te progi to istna plaga. Czasem trzeba sześć koni, żeby wywindować na nie w górę „Queen Charlotte”.
Zastanawiając się nad tą sprawą, Hornblower nie doszedł jeszcze w myślach do problemu pokonywania progów pod prąd; był trochę zły na siebie, że nie poruszył tego tematu. Zrobił więc tylko mądrą minę i kiwnął potakująco głową.
– Nie wątpię – powiedział. – No ale w tej podróży nie musimy się tym kłopotać.
– Nie, sir – potwierdził Jenkins i ciągnął dalej, wskazując na kanał przed nimi. – Pierwszy jest tam, pół mili za mostem lechladzkim. Bardziej z lewej burty. Na pewno go pan nie przeoczy.
Hornblower miał nadzieję, że nie. Zajął swe miejsce na rufie i chwycił za rumpel, dzielnie próbując ukryć obawę. Pomachał na pożegnanie dozorcy, gdy łódź pędem wyskoczyła ze śluzy – nabrał już takiej wprawy, że mógł sobie na to pozwolić, mimo że musiał przeprowadzić łódź przez wrota. Wypadli na powierzchnię szerszej tu już rzeki; płynęli z dość silnym prądem – Hornblower dostrzegł wir koło cypelka – ale konie biegły tak szybko, że zapewniały łodzi sterowną prędkość.
Most lechladzki mieli wprost przed sobą – a Jenkins mówił, że próg jest pół mili za nim. Chociaż powietrze było całkiem chłodne, Hornblower czuł, że jego dłonie spoczywające na rumplu są zupełnie mokre. Pomyślał teraz, że to wielka lekkomyślność z jego strony podejmować próbę spłynięcia w dół przez tamę bez żadnego doświadczenia w tej mierze. Dałby wiele – bardzo wiele – żeby to było niepotrzebne. Ale musiał przeprowadzić łódź pod sklepieniem mostu – konie szły tu po pęciny w wodzie, chlapiąc na wszystkie strony – a potem było już za późno na zmianę decyzji. Ukazała się linia tamy przecinającej strumień w poprzek, z dobrze widoczną luką po lewej stronie. Z powodu spadku za tamą nie było widać powierzchni rzeki, natomiast nad luką lśniąca woda spiętrzała się i była wyższa po bokach niż w środku; szczątki unoszące się na wodzie bystro spływały w tę stronę, jak ludzie w wielkiej sali pchający się do jednego wyjścia. Hornblower, tracąc dech z podniecenia, sterował na środek luki; czuł zmianę przegłębienia łodzi, w miarę jak jej dziób opadał, a rufa podnosiła się na stromiźnie wody. Zlatywali w dół, coraz niżej. W dole gładki strumień wody zwężał się do miejsca, za którym i po którego obu stronach był zmętniały wir. Łódź szła jeszcze na tyle szybko względem wody, że Hornblower mógł sterować na ten punkt; czuł reagowanie łodzi na ster, i chwilami kusiło go pójść po linii matematycznego rozwiązania tej sytuacji, podsuwanego mu przez mózg, ale nie miał na to ani czasu, ani właściwie ochoty. Dziób z pluskiem i wstrząsem wbił się w zbełtaną wodę. Łódź przechyliła się w wirze, lecz za chwilę liny holownicze pociągnęły ich do przodu. Jeszcze dwie sekundy uważnego sterowania i już byli za wirem i szli znowu po gładkiej powierzchni, wprawdzie ze smugami piany, ale gładkiej, i Hornblower roześmiał się na głos. Zadanie okazało się proste, a fakt, że się udało, tak go ucieszył, iż zapomniał naurągać sobie w myślach za swoje obawy. Jenkins obróciwszy się w siodle spojrzał w jego stronę i pomachał batem, a Hornblower odpowiedział ruchem dłoni.
– Horatio – oświadczyła Maria – musisz przyjść zjeść obiad. Przez cały dzień zostawiłeś mnie samą.
– Teraz, skarbie, mamy już blisko do Oksfordu – odparł Hornblower – jakoś udało mu się nie zdradzić, że przez pewien czas, aż do tej chwili, zapomniał o istnieniu żony i syna.
– Horatio...
– Za momencik, kochanie – powiedział Hornblower. Zapadał zimowy wieczór, jasność dnia bladła, gasnąc nad polami ornymi i łąkami, nad ogłowionymi wierzbami, których pnie stały w wodzie, nad domostwami i zabudowaniami gospodarskimi. Wyglądało to tak pięknie, że Hornblower zapragnął, aby chwila ta trwała wiecznie. Czuł się szczęśliwy; dobre samopoczucie przeszło w spokój, spokojna też stała się powierzchnia wody za wirem. Wkrótce będzie żył znowu innym życiem, w świecie okrucieństwa i wojny – świecie, jaki zostawił za sobą na wodach rzeki Severn i w jaki wejdzie znowu w obszarze pływowym Tamizy. Było coś symbolicznego w fakcie, że tę przelotną chwilę głębokiego szczęścia przeżył tu, w środku Anglii. Bydło na polach, gawrony na drzewach – czy i one w części wpłynęły na to uczucie? Może tak, a może nie. Szczęście miało źródło w nim samym, a zależało od czynników może jeszcze bardziej ulotnych. Hornblower wdychał z lubością powietrze wieczorne, gdy zauważył, że Jenkins daje mu z siodła znak, wskazując na coś biczem, i chwila szczęścia umknęła, stracona na zawsze. To, co pokazał Jenkins, to była następna zapora. Hornblower skierował łódź na nią, bez zdenerwowania; ustawił łódź na kurs nad zaporą, wyczuł podniesienie łodzi i nagłe przyspieszenie, gdy weszła na szczyt stromizny wodnej i ukazał zęby z ukontentowaniem, kiedy poszła w dół jak strzała, trafiła w wir pod tamą i wyszła z niego, jak poprzednio, po króciutkiej chwili niepewności. Płynęli w dół rzeki wśród gęstniejących ciemności, minęli mosty i jeszcze jedną tamę – Hornblower ucieszył się, że już ostatnią. Jenkins miał wiele racji mówiąc, że trzeba je pokonywać przy świetle dziennym. Zostawiali za sobą wsie, kościoły. W końcu zrobiło się całkiem ciemno i Hornblower poczuł, że jest zziębnięty i zmęczony. Gdy Maria znowu przyszła do niego na rufę, rozmawiał z nią w miły sposób i nawet podzielił jej oburzenie, że Oksford jest tak daleko. Jenkins zapalił latarnie świecowe: jedna wisiała u chomąta konia czołowego, a druga u tylnego łęku siodła konia, na którym jechał. Ze swojej ławki rufowej na„Queen Charlotte” Hornblower widział plamki światła tańczące na ścieżce holowniczej – sygnalizowały mu one zakręty rzeki i umożliwiały prowadzenie łodzi bezpiecznym kursem, chociaż dwukrotnie serce skoczyło mu do gardła, gdy otarli się burtą o trzciny przybrzeżne. Ściemniło się już zupełnie, kiedy Hornblower poczuł, że łódź zwalnia nagle wskutek zluźnienia lin holowniczych. Na spokojne zawołanie Jenkinsa skierował łódź w stronę oświetlonej latarniami przystani. Czekający tam ludzie chwycili za liny i zacumowali łódź, i pasażerowie zaczęli ją tłumnie opuszczać.
– Kapitanie... sir? – odezwał się Jenkins.
Nie w taki sposób użył słowa „kapitanie” przy ich pierwszym spotkaniu. Wtedy pobrzmiewał w nim egalitarny ton szyderstwa; teraz użył formułki i intonacji, jakiej by użył każdy członek załogi okrętu zwracając się do swego dowódcy.
– Słucham? – odparł Hornblower.
– To Oksford, sir, i zmiana obsady.
W chwiejnym blasku latarni Hornblower zobaczył dwóch mężczyzn, na których wskazywał Jenkins.
– Więc mogę już zjeść obiad? – zapytał z łagodną ironią.
– No chyba, sir. I bardzo mi przykro, sir, że musiał pan z tym czekać. Sir, jestem pańskim dłużnikiem. Sir...
– Nie ma o czym mówić, Jenkins – przerwał mu Hornblower z rozdrażnieniem. – Miałem własne powody, żeby chcieć się dostać do Londynu.
– Dzięki serdeczne, sir, i...
– Jak daleko stąd do Londynu?
– Sto mil rzeką do Brentford, sir. Będziecie tam o świcie. Jem, jak będzie wtenczas z pływem?
– Akurat będzie przypływ – odpowiedział członek obsady zmianowej, z biczem w ręku. – Może pan tam złapać odpływ, sir, i za godzinę być przy Schodach Whitehall.
– Dziękuję – rzucił w odpowiedzi Hornblower. – A zatem, Jenkins, do zobaczenia.
– Do widzenia, sir, i jeszcze raz dziękuję za prawdziwą szlachetność.
Maria stała na dziobie łodzi, słabo widoczna, lecz Hornblower wyczuł wyrzut w jej postawie. Jej słowa jednak nie odzwierciedliły tego.
– Dostałam dla ciebie, Horatio, gorącą kolację – powiedziała.
– Na Jowisza! – ucieszył się Hornblower.
Na nabrzeżu czekało kilku chłopców i dziewcząt sprzedających różne rzeczy do jedzenia pasażerom podróżującym rzeką. Ten, na którym spoczął wzrok Hornblowera, był młodzieńcem silnej budowy, z baryłką na nosidłach, niewątpliwie zawierającą piwo; Hornblower poczuł, że męczy go pragnienie silniejsze chyba od głodu.
– Tego mi właśnie potrzeba – powiedział. – Daj mi kwartę6.
– Tylko w półkwaterkach, sir – odpowiedział młodzieniec.
– To dawaj dwie, ciamajdo.
Bez trudu, jednym tchem opróżnił drewniany kufel i już brał się za drugi, kiedy przypomniał sobie, że powinien uważać na swoje zachowanie. Ale tak był spragniony, że zupełnie o tym zapomniał.
– A ty, skarbie? – zapytał Marię.
– Wypiłabym ćwierć kwaterki – odpowiedziała – mógł od razu domyślić się, co powie. Według Marii damy piją piwo wyłącznie ćwierćkwaterkami.
– Tylko w półkwaterkach – powtórzył młodzian.
– No to podaj pani, a jak nie wypije, to ja dokończę – zdecydował Hornblower, wypróżniając drugi kufel.
– Wszyscy na pokład! – zawołał nowy sternik. – Wszyscy na pokład!
– Należy się szyling, sir – oznajmił sprzedawca.
– Cztery pensy za półkwaterkę takiego piwska! – cudowała Maria.
– Wcale niedrogo – stwierdził Hornblower.
– Masz tu, chłopcze.
W przystępie dobrego humoru dał sprzedawcy monetę dwuszylingową. Ten, uradowany, podrzucił ją w góręi dopiero potem wsunął do kieszeni. Hornblower wziął kufel z rąk Marii, wypił do końca i rzucił chłopcu.
– Wszyscy na pokład!
Hornblower wszedł do łodzi i uważnie pomógł wejść Marii. Był niemile zaskoczony faktem, że „Queen Charlotte” przyjęła dalszych pasażerów pierwszej klasy, tu czy na wcześniejszym etapie podróży. W kajucie oświetlonej lampą siedziało dwóch lub trzech mężczyzn i z pół tuzina kobiet; mały Horatio spał w rogu kabiny. Maria była zdenerwowana; chciała pomówić o sprawach rodzinnych, ale krępowała się obecnością obcych. Powiedziała szeptem, co miała powiedzieć, wykonując od czasu do czasu gesty w kierunku nowo przybyłych siedzących z obojętnymi twarzami, mające dać do zrozumienia, o ile więcej powiedziałaby, gdyby ich tu nie było.
– Dałeś chłopcu dwa szylingi, mój drogi – stwierdziła. – Czemuś to zrobił?
– Straciłem chyba rozum, skarbie, straciłem rozum – odparł Hornblower lekkim tonem, wcale nie tak daleki od prawdy.
Maria spojrzała z westchnieniem na swego nieobliczalnego małżonka, który wyrzucał szylinga i mówił przy obcych, że musiał zgłupieć, nie przyciszając wcale głosu.
– A tu kolacja, którą kupiłam, kiedy rozmawiałeś z tymi ludźmi – ciągnęła Maria. – Chyba jeszcze ciepła. Nie brałeś nic do ust przez cały dzień, a chleb i mięso, kupione na obiad, już nie są dobre do jedzenia.
– Zjem wszystko, co jest i jeszcze więcej – zapewniał ją Hornblower, mając w pustym żołądku tylko przeszło kwartę piwa.
Maria wskazała na dwa drewniane talerze stojące na ławie obok małego Horatia.
– Wyjęłam nasze łyżki i widelce – powiedziała.
– A talerze zostawimy tu, na łodzi.
– Wyśmienicie – pochwalił ją Hornblower.
Na każdym talerzu leżały dwie kiełbaski i masa dymiącego jeszcze puree z grochu. Hornblower usiadł z talerzem na kolanach, i zabrał się do jedzenia. Kiełbaski były naturalnie z wołowiny, jeśli nie z baraniny, a możez mięsa koziego lub końskiego, zrobione z najmniej wartościowych części. Skórka była równie twarda jak nadzienie. Hornblower spojrzał ukradkiem na Marię, która jadła z wyraźnym zadowoleniem. Tego dnia uraził ją już parokrotnie i nie chciał dotknąć jej znowu; w przeciwnym razie wyrzuciłby te kiełbaski przez burtę do rzeki, gdzie może ryby poradziłyby sobie z nimi. Ale w tej sytuacji zabrał się do nich dzielnie. Gdy jednak zaczął drugą, uznał, że to ponad jego siły. Przygotował chusteczkę w lewej ręce.
– Lada chwila dopłyniemy do pierwszej śluzy – powiedział do Marii, gestem prawej ręki odciągając jej uwagę w stronę ciemnego okna. Maria próbowała coś dojrzeć, a on w tym czasie zawinął kiełbaskę w chusteczkę i wpakował w kieszeń. Pochwycił spojrzenie starszawego mężczyzny siedzącego prawie na wprost nich w wąskiej kabinie. Osobnik ten, okutany w obszerny płaszcz i szal, z kapeluszem nisko nasuniętym na czoło, z dezaprobatą obserwował spod oka każdy ruch Hornblowera. Hornblower mrugnął porozumiewawczo w stronę podejrzliwego starucha, widząc zdumienie malujące się na jego twarzy, zamiast poprzedniego nieprzychylnego zaciekawienia. Nie było to mrugnięcie spiskowca; nie podjął też Hornblower beznadziejnej próby udawania, że co dzień wsadza do kieszeni gorące kiełbaski. Mrugnięciem tym dał po prostu do zrozumienia starszemu człowiekowi, aby nie robił uwag i nawet nie zastanawiał się specjalnie nad tym cudacznym postępkiem. Sam zabrał się do zjedzenia resztek puree z grochu.
– Tak szybko jesz, mój drogi – odezwała się Maria.
– To nie wyjdzie na dobre twojemu żołądkowi.
Ona sama zmagała się desperacko ze swymi kiełbaskami.
– Taki jestem głodny, że pożarłbym konia – odrzekł Hornblower. – A teraz zabiorę się do tego, co miało być na obiad, nawet jeśli już jest niezbyt świeże.
– Bardzo się z tego cieszę – powiedziała Maria.
– Pozwól, że...
– Nie, skarbie. Siedź spokojnie. Dam sobie radę.
Hornblower sięgnął po paczkę z jedzeniem i otworzył ją.
– Całkiem dobre – stwierdził, z ustami pełnymi chleba i mięsa.
Starał się teraz wynagradzać Marii nonszalancję, z jaką traktował ją przez cały ten dzień. Im więcej jadł, tym większy okazywał apetyt i tym większą sprawiał Marii przyjemność. Mały gest, taki jak wzięcie sobie samemu obiadu, radował ją ogromnie. Mógł dawać jej tyle szczęścia; i tak łatwo ją ranić.
– Żałuję, moja droga – powiedział – że tak mało spędziłem dziś z tobą czasu. To strata dla mnie. Ale gdybym nie pomógł w prowadzeniu łodzi, tkwilibyśmy dotychczas przed tunelem Sapperton.
– Tak, skarbie – przyznała Maria.
– Bardzo chciałem pokazywać ci mijane krajobrazy – ciągnął, walcząc z budzącą się w nim odrazą dla własnej hipokryzji. – Ale i tak chyba ci się podobały?
– Nie tyle co gdybyś był ze mną, kochany – odparła Maria, uszczęśliwiona ponad wszelką miarę. Obrzucała spojrzeniami inne kobiety w kabinie, aby dostrzec zazdrość, jaką muszą odczuwać, że ona ma takiego nadzwyczajnego męża. – Czy dzieciak był grzeczny? – zapytał Hornblower. – Zjadł swoją kaszkę?
– Wszyściutko – powiedziała Maria, z dumą patrząc na śpiącego synka. – Chwilami popłakiwał, ale teraz śpi ładnie.
– Gdybyśmy odbywali tę podróż dwa lata później – ciągnął dalej Hornblower – jak by go to interesowało! Pomagałby przy cumach, a ja pokazałbym mu, jak trzymać rumpel.
Teraz w jego słowach nie było ani krzty hipokryzji.
– Już dzisiaj zdradzał zaciekawienie – chwaliła syna Maria.
– A jak tam jego siostrzyczka? – dopytywał się Hornblower. – Czy dobrze się zachowywała?
– Horatio! – Maria była wyraźnie zgorszona.
– Mam nadzieję, skarbie, że nie najgorzej – odpowiedział za nią Hornblower, uśmiechem pokrywając jej zmieszanie.
– Tak, bardzo dobrze – potwierdziła Maria.
Wpływali w śluzę; Hornblower słyszał szczęk zamykanych za nimi wrót.
– Jakoś wolno ci idzie z kiełbaskami, kochanie – zauważył. – Pozwól, że ja zajmę się nimi, a ty zjedz tymczasem trochę chleba z mięsem – naprawdę smakuje świetnie.
– Ale, skarbie...
– Proszę cię o to – powiedział z naleganiem.
Wziął talerz swój i Marii i przeszedł na dziób łodzi, gdzie było ciemno. Wystarczyła chwila na spłukanie za burtą tego, co zostało na talerzach; następnie wyrzucił błyskawicznie do wody kiełbaskę ukrytą w kieszeni i wrócił z ociekającymi talerzami do Marii, zgorszonej i zachwyconej, że małżonek jej zniżył się do tak pospolitej czynności.
– Za ciemno, żeby podziwiać krajobraz – rzeki – łódź opuszczała już śluzę. – Mario, kochanie, jak skończysz kolację, przygotuję ci w miarę wygodne posłanie na noc.
Stał pochylony nad śpiącym dzieckiem, podczas gdy Maria pakowała resztki z kolacji.
– No już, skarbie.
– Horatio, naprawdę nie powinieneś. Proszę cię, Horatio ...
– Kapelusz nie jest konieczny o tej porze nocy. A więc zdejmiemy go. Jest dosyć miejsca dla ciebie na ławie. Połóż tu nogi. Buciki też niepotrzebne. Cicho, ani słowa. Teraz poduszka pod głowę. Podłożymy pod nią worek. Czy tak ci wygodnie? A teraz przykryjemy cię kocem, żeby ci było ciepło. No już, śpij dobrze, kochana.
Maria była wniebowzięta z powodu tych objawów władczej troski, toteż nie protestowała. Leżała spokojnie całe dwie minuty, zanim otworzyła znowu oczy, aby zapytać, co zrobi, żeby jemu było wygodnie.
– Nie martw się o to, moja droga. Jestem weteranem zaprawionym w bojach. No, zamknij oczy i śpij spokojnie, mój skarbie.
Hornblowerowi stanowczo nie było wygodnie, chociaż spędził już wiele gorszych nocy, na przykład w otwartych łodziach. Ponieważ Maria z dzieckiem leżała na cienko wyściełanej ławie, on musiał siedzieć prosto, jak inni pasażerowie. W małej, zatłoczonej kajucie powietrze było duszne od lampy i oddechów zgromadzonych tu ludzi; nogi miał zdrętwiałe i bolał go krzyż, a część ciała, na której siedział, protestowała przeciwko ciągłemu dźwiganiu jego ciężaru. Ale przecież będzie to tylko jedna noc. Wsunął ręce w kieszenie i poprawił się na siedzeniu. Łódź płynęła rzeką w ciemnościach, przystając pod śluzami, uderzając łagodnie o ich ściany i sunąc znowu naprzód. Nie znał oczywiście odcinka rzeki między Oksfordem i Londynem, toteż nie orientował się, jakie okolice mijali. Ale posuwali się w dół rzeki, ku nowej jednostce, nad którą miał objąć dowództwo.
Szczęście, że ją dostałem, mówił sobie. Nie jest to fregata, lecz duża korweta uzbrojona w dwadzieścia dwa działa – akurat dosyć, aby mógł nią dowodzić kapitan, a nie młodszy oficer. Na nic lepszego nie mógł liczyć człowiek, który przed miesiącem był sześćset pierwszym kapitanem na liście liczącej sześćset dwa nazwiska. Przypuszczalnie Caldecott, dotychczasowy dowódca „Atroposa”, rozchorował się w trakcie wyposażania tej jednostki w Deptford, i temu zawdzięczał Hornblower niespodziewane wezwanie go na jego miejsce. Rozkazy doszły do niego jednocześnie z dotarciem do Anglii wiadomości o zwycięstwie Nelsona pod Trafalgarem. Od tego czasu wszyscy myśleli tylko o Nelsonie i Trafalgarze. Kraj radował się ogromnie ze zniszczenia floty Villeneuve’a i tonął w smutku z powodu śmierci Nelsona. Nelson – Trafalgar – Nelson – Trafalgar – na każdej szpalcie gazety, w każdej przelotnej pogawędce z obcym musiały paść te słowa. Ojczyzna hojnie szafowała nagrodami. Ogłoszono, że pogrzeb Nelsona odbędzie się na koszt państwa; dla marynarki wojennej znalazły się tytuły parów i godności szlacheckie oraz awanse. Po ponownym wprowadzeniu rangi admirała Eskadry Czerwonej7 dwudziestu kapitanów pierwszych na liście otrzymało awans na admirałów; dwóch kapitanów padło pod Trafalgarem, dwaj zmarli i na liście kapitanów Hornblower przesunął się na pięćset siedemdziesiątą siódmą pozycję. Równocześnie szczodrze rozdawano awanse młodszym oficerom. Na liście kapitanów znalazło się czterdzieści jeden nowych nazwisk – przyjemnie pomyśleć, że jest się teraz starszym stażem od czterdziestu dwóch kolegów. Oznaczało to jednak, że obecnie sześciuset dziewiętnastu kapitanów poszukuje zatrudnienia i nawet ogromnej machinie marynarki wojennej nie będzie dla nich dosyć wolnych miejsc. Co najmniej stu – a raczej nawet stu pięćdziesięciu – będzie wegetować na połowie pensji, czekając na obsadzenie. Można by uznać, że tak być powinno. Ci czekający nie tylko mogli zastąpić chorujących dowódców i tych, co odchodzili na emeryturę, ale sprawiali, że było rzeczą niepotrzebną zatrudniać osoby nieudolne.
Chyba że ci nieudolni mieliby przyjaciół na wysokich stanowiskach; wówczas na połowie pensji zostawałby pechowiec pozbawiony przyjaciół. Hornblower wiedział, że ich nie ma i nawet gratulując sobie szczęśliwego zrządzenia losu wciąż uważał, że i tak w końcu jest skazany na niepowodzenie. Płynął przejąć okręt wyposażony przez kogoś innego, z oficerami i członkami załogi, o których nic nie wiedział; już same te fakty stwarzały dostateczną podstawę do snucia pesymistycznych przewidywań.
Maria na ławie westchnęła i zmieniła pozycję; Hornblower przysunął się do niej, żeby poprawić gruby płaszcz, którym była przykryta.
6 Kwarta – 1,136 1.
7 Nazwa eskadra „czerwona” pochodzi od koloru podnoszonej bandery. Biała (white ensign) stała się banderą marynarki wojennej na cześć Nelsona, który pod Trafalgarem był dowódcą eskadry „białej”; niebieska (blue ensign) – jednostek pomocniczych marynarki wojennej, a czerwona (red ensign) – marynarki handlowej.
Rozdział III
W Brentfordzie, we wczesnym świetle zimowego poranka, było zimno, wilgotno i ponuro. Mały Horatio ciągle popłakiwał. Maria nie czuła się dobrze i była zmęczona. Stała obok Hornblowera, patrząc jak wyładowywano z łodzi jej kufer i dwie skrzynki z jego rzeczami.
– Kochanie, czy daleko do Deptfordu? – zapytała.
