Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Młody weterynarz Wojtek przeżywa kolejne przygody związane z pracą w lecznicy. Musi stawić czoła zawodowym wyzwaniom, samotności po wyjeździe swojej dziewczyny Agi na stypendium do Barcelony i problemom związanym z egzaminem maturalnym młodszego brata Mikołaja. A do tego pragnie rozwiązać tajemnicę rodzinnej pamiątki – starego manuskryptu napisanego przez hiszpańskiego przodka. W tym celu jedzie do Hiszpanii, by wraz z Agą udać się na wędrówkę i poszukać rozwiązania zagadki. W czasie podróży dwoje młodych ludzi poznaje nie tylko piękne zakątki Katalonii, ale musi też skonfrontować się z własnymi uczuciami. Hiszpański kot to barwna i pełna ciepła kontynuacja losów głównych bohaterów
znanych już Czytelnikom z powieści Nieczynne do odwołania.
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Biblioteka Publiczna im. H. Święcickiego w Śremie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 420
Rok wydania: 2014
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Hiszpański kot
Iwona ChodorekPiotr ChodorekAnula TrojanowskaHiszpański kot
Wszystkie prawa zastrzeżone. Książka ani jej część nie może być przedrukowywana ani w żaden inny sposób reprodukowana lub odczytywana w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody Wydawnictwa Szara Godzina s.c.
Projekt okładki i stron tytułowych
Anna Damasiewicz
Redakcja
Grzegorz Krzymianowski
Zdjęcia na okładce
© Elena Butinova | Depositphotos.com
© Avraham Kushnirov | Depositphotos.com
Redakcja techniczna, skład i łamanie
Grzegorz Bociek
Korekta
Zespół
Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń rzeczywistych jest w tej książce niezamierzone i przypadkowe.
Wydanie I, Katowice 2014
Wydawnictwo Szara Godzina s.c.
www.szaragodzina.pl
Dystrybucja: DICTUM Sp. z o.o.
ul. Kabaretowa 21, 01-942 Warszawa
tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12
www.dictum.pl
Tekst © by Iwona Chodorek
Tekst © by Piotr Chodorek
Tekst © by Anula Trojanowska
© Szara Godzina s.c., 2014
ISBN 978-83-64312-10-6
Druk i oprawa:
EDIT sp. z o.o.
ul. Dworkowa 2, 05-462 Wiązowna
tel./fax 22 780 46 78
www.edit.net.pl
Cuando menos se piensa, salta la liebre.(Rzeczy zdarzają się, kiedy się ich najmniej spodziewamy).
Za oknami drzewa gięły się pod uderzeniami wichury, na ciemnym niebie nabrzmiewały granatowe chmury, olbrzymie i ciężkie od lodu — grad uderzył z impetem o szyby. Rozszalała się marcowa nawałnica.
Zjawiska przyrody mało obchodziły młodego lekarza weterynarii, który właśnie przeprowadzał rutynowy zabieg sterylizacji kotki. Uśpione zwierzę leżało na stole operacyjnym w pozycji grzbietowej. Chirurg przeciął skórę, tkankę podskórną i linię białą, a następnie dostał się do jamy brzusznej. Był skupiony, w pamięci powtarzał sobie plan operacji, w końcu powiedział do siebie:
— W porządku, wszystko pod kontrolą.
Nagle światło w panelach na suficie zaczęło drgać nerwowo, czteroogniskowa lampa chirurgiczna na zmianę to rzucała cień, to rozbłyskiwała jaskrawym blaskiem, oświetlając szczupłą twarz operującego chłopaka. Zielone kafelki na ścianach migotały nierealnym światłem. Jedynie kotka na stole leżała nieruchomo i oddychała spokojnie. Po kolejnym rozbłysku światło zgasło i w pozbawionej okien salce chirurgicznej zapadły kompletne ciemności. Operator zamarł. No i co teraz?, myślał gorączkowo.
Zdenerwowany sięgnął po komórkę i oświetlił nią uśpione zwierzę. Drugą ręką rozłożył sterylne gaziki na ranie operacyjnej, po czym zdjął chirurgiczne rękawiczki i pobiegł przez korytarzyk do drugiego pomieszczenia. Tu też panował mrok, tylko na pulpicie biurka migotał ekran komputera. Nikle światło padało na meble i sprzęty, stół z metalowym blatem, mikroskop, lodówkę, szafki i ustawione na nich figurki zwierząt, które zdawały się poruszać wraz z drgającym światłem. Chłopak szybko wyłączył komputer. Brakuje tylko, żeby się zepsuł, pomyślał.
W lecznicy zrobiło się jeszcze ciemniej. W duże okno głośno walił grad, na zewnątrz szalała wichura. Chłopak otworzył drzwi wyjściowe i zatrzymał się na moment. Łomot lodowych kulek uderzających w daszek przed wejściem prawie go ogłuszył. Wzdrygnął się, musiał jednak działać szybko; w lodowatych strugach przebiegł kilka metrów dzielących go od domu. W ciasnej i ciemnej sionce zderzył się z młodszym bratem, rosłym młodym człowiekiem, który obserwował właśnie zasypane gradem podwórze i chylące się do ziemi iglaki.
— Co ty masz takie biegi, Wojtek, diabeł cię goni? — zapytał ze śmiechem Miki, patrząc na ociekającego wodą brata.
— Robię zabieg! — odparł zdenerwowany chłopak. — Światło zgasło, a kotka ma otwartą jamę brzuszną! Muszę szybko znaleźć oświetlenie i dokończyć operację.
Miki momentalnie spoważniał.
— Weź czołówkę, jest w szafce na korytarzu — powiedział i ruszył za bratem do tonącego w mroku korytarza.
Na szczęście latarka była w szufladzie na wierzchu. Wojtek włączył ją i umieścił na głowie.
— Weźmy jeszcze świeczki, może się przydadzą — rzucił Miki i sięgnął po kilka ozdobnych świec z szuflady.
Potem obaj złapali z wieszaków kurtki. Na ten widok domowe psy, Jazon i Mańka, zaczęły się kręcić niespokojnie, dziwiąc się, że w taką pogodę idą na spacer.
— Nie, nic z tego — uspokoił je Wojtek i pobiegł z powrotem do lecznicy.
Miki ruszył za nim, skacząc przez ogromne kałuże. Wpadli do środka, przebiegli małym korytarzykiem do salki chirurgicznej, nie zwracając uwagi na tasiemce i kleszcze, które zadrgały na ściennych plakatach, jakby spłoszone światłem latarek chciały ukryć się po kątach. W salce chirurgicznej bracia rozłożyli na krześle mokre okrycia, rozstawili na stole trzy zapalone świeczki. Po chwili w wątłym świetle ukazała się sylwetka leżącej kotki.
— Zupełnie jak podczas tajemnych obrzędów — zaśmiał się Miki.
— Nie gadaj, tylko zakładaj rękawiczki, myj ręce, będziesz mi asystował — Wojtek sprowadził go na ziemię.
— Poważnie, mogę ci pomóc? — zapytał zaskoczony Miki.
— Nie możesz, a musisz! W tych warunkach nie jest to zwykły zabieg, tylko megawyzwanie! — odparł Wojtek.
— Ekstra!
Stanęli z dwóch stron stołu chirurgicznego. Wojtek zdjął gaziki z rany, uważnie przyjrzał się pacjentce. Oddychała miarowo.
— Poświeć mi na jamę brzuszną! Muszę poszukać rogów macicy. Niżej, ok. Dobra — sterował młodszym bratem, ale zaraz dodał: — Kiepsko widzę w tym świetle. Wiesz co? Ty nie dotykaj się do pola operacyjnego, będziesz tylko oświetlał. Dobra? Jako przyszły filmowiec musisz sobie radzić z oświetleniem.
Miki nic nie odpowiedział, ale posłusznie wykonywał polecenia. Wreszcie Wojtek znalazł podobny do tasiemki różowy róg macicy, wyjął go i za kończącym róg jajnikiem, podobnym do ziarna grochu, zapiął pean.
— Jeszcze przewiązka — objaśniał półgłosem — i przeciąć za peanem.
Przesuwając się po wciągniętym rogu macicy, znalazł drugi róg i powtórzył te same czynności. Działał jak w transie, jego ruchy stały się automatyczne, jakby ktoś dyktował mu w głowie: znaleźć szyjkę macicy, podwiązać, zapiąć za peanem, przeciąć.
— Uff! Skończone. Teraz zszyć i finito, Juanito — zaśmiał się już prawie wyluzowany. Nie patrzył na młodszego brata, a tymczasem ten, chwiejąc się na nogach, usiadł koło mokrych kurtek i wy-stękał:
— Inaczej to wygląda niż na filmach. Jakoś mi słabo — przyznał cicho.
Wojtek spojrzał na niego.
— Bo widzisz, w realu jest inaczej niż w świecie iluzji. To nie Tarantino i jego Pulp fiction, gdzie po ścianach ściekają litry farby, a aktorzy biegają poplamieni ketchupem, to prawdziwe życie.
— Dobra, dobra, mądralo. To ty skończyłeś weterynarię, ja chcę zostać tylko operatorem filmowym w spokojnym świecie fikcji.
— W takim razie napij się nałęczowianki. Stoi na blacie — odparł starszy brat i wrócił do przerwanego zabiegu. W świetle świec i latarki zabrał się do zakładania szwów. Jeszcze pół roku temu, gdy stawiał swoje pierwsze kroki jako chirurg, szycie nie było dla niego prostą sprawą, pochłaniało dużo czasu, wymagało skupienia i opanowania drżącej ręki. Ale teraz już się wyrobił, nabył nieco wprawy i jego szwy wychodziły całkiem dobrze. Zszył szwem ciągłym mięśnie z otrzewną, następnie szwem przerywanym skórę. Potem podał kotce antybiotyk i umieścił ją w klatce.
— No i super! — stwierdził z zadowoleniem i ulgą.
— Super — niepewnie zawtórował mu Miki.
... Tu jest pięknie, od rana świeci słońce, jakby to już była prawdziwa wiosna. Na skwerze koło uczelni widziałam pierwsze żonkile. Już kwitną i pachną zielenią i wiosennym wiatrem. To mi przypomniało nasze spacery po lesie, ten pierwszy w deszczu, kiedy się w tobie zakochałam, i te kolejne, jesienne i zimowe, na które czekałam niecierpliwe, bo wtedy byłam tylko z tobą. Czasami jestem zła na siebie, że tak bardzo mi Ciebie brakuje, że się od Ciebie uzależniłam. Teraz też bardzo bym chciała, żebyś był tu razem ze mną. Wojtek jeszcze raz przeczytał e-maila od Agi. Pisała do niego codziennie, zazwyczaj wieczorem, wtedy dzieliła się z nim swoim dniem, przeżyciami i refleksjami — wszystkim, co mogło go zainteresować. Kilka zdań wystarczyło, a on czekał na te wiadomości. Potem, w ciągu dnia, gdy miał wolną chwilę, znowu do nich wracał i czytał łapczywie, jakby wypijał krzepiącą, niezbędną do dalszego funkcjonowania dawkę witamin.
Agata studiowała iberystykę i miesiąc temu wyjechała na cały wiosenno-letni semestr do Barcelony. Dla Wojtka to był bardzo długi miesiąc. Od ubiegłorocznych wakacji, właściwie od września, gdy zaczęli się spotykać, przyzwyczaił się, że dziewczyna jest blisko niego, że widują się, gdy tylko znajdą na to chwilę, że mówią sobie o różnych sprawach, zastanawiają się wspólnie, poznają siebie. A teraz, gdy Agata była daleko, wolny czas, jaki mu zostawał po pracy, zrobił się jakby niewygodny, nie pasował do niego jak za duże buty. Bez Agi nie było do czego się spieszyć, nie miał nawet z kim pogadać. Sprawdzał tylko pocztę, by przekonać się, czy dostał od niej nową wiadomość.
Bardzo przeżywał rozłąkę z Agą. Nie chciał się do tego przyznać nawet przed samym sobą, ale było mu ciężko. Zaraz po wyjeździe dziewczyny, w lutym, wydawało mu się, że po kilku dniach przywyknie do jej nieobecności, czy też do jej obecności na odległość. Ale nie przyzwyczaił się. Tęsknił za nią każdego dnia tak samo intensywnie i był to nie tylko stan ducha, ale i ciała. Był zmęczony, czasami nawet wzdychał ciężko, jakby brakowało mu tchu. Wiadomości od Agaty i rozmowy przez skype’a były chwilową pociechą.
— Nie mogę cały czas siedzieć przy komputerze — mówił sobie. — Ona też nie może, musi się uczyć. Zresztą maile to nie to samo.
„Myślę o Tobie, w dzień i w nocy” — odpisał. „Wczoraj śniło mi się, że poszliśmy na lodowisko. Śmieszne, bo od czasów szkoły nie jeździłem na łyżwach i już dawno wyrosłem ze swoich hokejówek. A na tym lodowisku byli ludzie i zwierzęta, i jakieś dziwne ptaki i wszyscy jeździli sobie swobodnie. Ale we śnie wszystko jest możliwe”. Zastanowił się przez chwilę, czy dodać, że okropnie za nią tęskni. Uznał, że to brzmi zbyt ckliwe, dopisał więc tylko: „Może uda mi się przyjechać w czerwcu, na kilka dni. Całuję gorąco” — wystukał i wysłał wiadomość.
Wakacje w Hiszpanii, morze i gorąca plaża — rozmarzył się. Ale na razie jest marzec w Polsce — widok za oknem przywrócił go do rzeczywistości. Nieciekawie to wygląda: to deszcz, to śnieg, taka pogoda, że nikomu wyjść się nie chce. Pacjentów też mniej, może zwierzaki mniej chorują? Rano był tylko zasmarkany kot i ten mieszaniec z biegunką.
Może to pora roku. Ciekawe, jak jest w innych lecznicach?
Lecznica w Pogodnej, którą Wojtek przejął w zeszłym roku po rodzicach, od lat miała stałych klientów. Najczęściej byli to ludzie tutejsi, zasiedziali tu od kilku pokoleń, lokalni patrioci, którzy wybierając się do centrum Warszawy, mówili, że jadą do miasta. Tak im zostało po przodkach, mimo że leżąca na linii otwockiej Pogodna zaraz po wojnie została przyłączona do wielkiej Warszawy. Pogodna zachowała też swój podmiejski charakter, któremu ton nadawały centralnie położone dom kultury, kościół i szkoła oraz sklepik u Danuśki, gdzie można było kupić mydło i powidło i dowiedzieć się najświeższych plotek. Większość mieszkańców znała się z widzenia, a część z nich, zwłaszcza ci, którzy mieszkali w domach z ogródkami, miała psa albo kota i od czasu do czasu odwiedzała lecznicę Wojtka.
Teraz zupełny zastój, pomyślał chłopak i żeby czymś się zająć, zabrał się do przeglądania faktury z hurtowni leków. Czuł się senny, jakby panująca na zewnątrz szarówka była jeszcze porą snu. Zastanawiał się, czy napić się kawy, gdy usłyszał, że ktoś zatrzymał samochód przed lecznicą. Wyjrzał przez okno — nie pomylił się. Wysoki mężczyzna wyciągał psa z samochodu. Zaraz skrzypnęły drzwi i rozległo się pukanie.
— Można, doktorze? — zapytał facet, uchylając drzwi.
— No, chodź, Mopek, no, chodź szybko, nie mamy czasu — poganiał psa.
— Tak, tak, proszę.
Stanął przed nim elegancko ubrany mężczyzna w średnim wieku, mocno posiwiały, w okularach w niebieskich drucianych oprawkach, w czarnym kaszmirowym płaszczu i nonszalancko zawiniętym jedwabnym czerwonym szaliku. W ręku trzymał długą skórzaną smycz, na końcu której stał niechętny do wejścia pies, polski owczarek nizinny, czyli pon, biało-szary kudłaty mop. Wojtek pamiętał takiego psa z dzieciństwa. Fajny kudłacz, pomyślał, przypominając sobie poczciwe poniki i domowy żart: Gdzie jest głowa pona? Nie wiesz, to postaw miskę z jedzeniem.
— No, chodź — zachęcał Wojtek, zamykając za psem drzwi gabinetu. Potem delikatnie przesunął zwierzę na środek. — Słucham panów? — zapytał.
— Jesteśmy u pana pierwszy raz, chciałbym zaszczepić psa przeciw chorobom, nosówce i takich tam — wyjaśnił facet.
— W jakim wieku jest pies?
— Skończył rok.
— Proszę postawić psa na stole.
— Oj, mam prośbę, czy nie można by zaszczepić go na podłodze? Ma całe zabłocone podwozie, a ja założyłem wyjściowy płaszcz, nie chciałbym się ubrudzić — zaczął tłumaczyć się mężczyzna.— Spieszę się na spotkanie.
— Dobrze — zgodził się Wojtek. Schylił się, zbadał psa, zmierzył mu temperaturę i przygotował szczepionkę. Kiedy robił zastrzyk, pies szarpnął się i ostrzegawczo zawarczał.
— Na następną wizytę zapraszam z kagańcem — zwrócił się do właściciela.
— Mopku, tak nie można! Co się stało, przecież zawsze jesteś taki grzeczny.
— Dorasta po prostu, może przydałoby się szkolenie.
Właściciel spojrzał na Wojtka niemal obrażony.
O rany, co za facet, pomyślał Wojtek. Prawie jakbym jego oceniał.
— Jeszcze poproszę tabletki na robaki... Na nicienie — poprawił się przybysz.
— To proszę postawić psa na wagę.
Elegant próbował wciągnąć psa na platformę. Mopek mocno się opierał, a w końcu wskoczył na właściciela. Zniecierpliwiony Wojtek podniósł psa i postawił na wagę.
— Dwadzieścia cztery kilogramy — odczytał. Zauważył jednak, że pies dziwnie się zachowuje; do tej pory wiercił się i wyrywał, a teraz nagle usiadł, a potem rozjechał się czterema łapami na platformie wagi.
— Mopek, chodź — zaśmiał się właściciel.
Pies nie reagował. Leżał nieruchomo.
— Mopek! — krzyknął facet.
Wojtek niespokojnie obserwował psa. W końcu schylił się, podniósł mu głowę, która bezwładnie osunęła się na platformę. Szybko przeniósł zwierzę na stół. Spojrzał na spojówki psa — były porcelanowe. Sprawdził tętno, ale ledwo je wyczuł, oddech był coraz płytszy.
Przez chwilę nie mógł opanować gonitwy myśli. Czuł, że miękną mu nogi, a serce łomocze w piersi. Strach go sparaliżował.
— Co się dzieje? — zdenerwował się właściciel.
— Wstrząs poszczepienny — z trudem powiedział Wojtek.
— Jak to wstrząs!? Był szczepiony już kilka razy i nic podobnego się nie działo! Jakich używa pan szczepionek? Co pan zrobił?! On nie żyje!
— Proszę przestać krzyczeć, wstrząs może być... — zaczął tłumaczyć chłopak.
— Wiem! — przerwał mu zdenerwowany mężczyzna. — Jestem lekarzem.
Och!, jęknął w duchu Wojtek. Z takimi najgorzej. Co robić? Wiedział, że musi szybko zapanować nad sytuacją, bo inaczej pies może nie przeżyć. Ręce mu się trzęsły, gdy przygotowywał zastrzyk ze sterydem. Szybko go podał i zyskał chwilę na zastanowienie się, co robić dalej. Jeszcze nigdy w swojej półrocznej praktyce weterynaryjnej nie miał takiego przypadku, znał ten problem tylko z wykładów na uczelni i z opowieści rodziców. Przypominał sobie słowa profesora, który powtarzał aż do znudzenia: „wypełnić łożysko naczyniowe, podać adrenalinę”. Kurczę! Ale ile? I gdzie jest to pudełko?, myślał gorączkowo, a jednocześnie drżącymi rękami wygolił miejsce wkłucia wenflonu i zacisnął stazą. Wstrzymał oddech. Bał się, czy uda mu się dobrze wkłuć do żyły. Czuł na sobie oskarżycielskie spojrzenie właściciela, ale starał się nie zwracać na to uwagi. Gdy pojawiła się krew w wenflonie, odetchnął z ulgą.
— W porządku, teraz płyn elektrolitowy — powiedział półgłosem, podłączył kroplówkę i wyregulował szybkość kapania kropli. Już spokojniejszy zaczął logicznie myśleć. Próbował sobie przypomnieć, gdzie jest pudełko z adrenaliną. W głowie miał niepokojącą pustkę, ale chwilę później już to wiedział. Wybiegł do sali chirurgicznej i tam w szklanej szafie na górnej półce znalazł niebieskie pudełeczko. Złapał je i omiótł wzrokiem stojące obok książki. Jest! — ucieszył się i zdjął z półki grubą Praktykę Kliniczną. Psy. Gdy tylko wziął ją do ręki, książka jakby sama się otworzyła na potrzebnym mu rozdziale. Spojrzał na tabelę dotyczącą dawkowania leku i przeliczył potrzebną ilość adrenaliny, a następnie wrócił do Mopka i podał lek. Po chwili pies zaczął oddychać trochę głębiej i bardziej miarowo.
— Mopciu, proszę, wracaj do nas — właściciel mówił czule i głaskał psa po głowie.
Wojtek obejrzał spojówki zwierzęcia — nie były już tak upiornie białe, przybrały bladoróżową barwę.
— Mamy szansę? — z nadzieją i nieśmiałym uśmiechem zapytał elegant.
— Na to wygląda, zresztą jest pan lekarzem, sam pan wie — odparł Wojtek.
— Panie doktorze, przepraszam. Poniosły mnie nerwy, emocje nie pomagają w takich sytuacjach i trudno o obiektywną ocenę — tłumaczył się facet. — A ten pies jest dla mnie szczególnie ważny, rozumie pan?
W tej chwili Mopek podniósł głowę i rozejrzał się zdziwiony. Obaj mężczyźni odetchnęli z ulgą.
— Leż, jeszcze trochę tu zostaniemy, nigdzie się nie spieszymy — właściciel był już spokojny i przemawiał do psa łagodnie melodyjnym głosem.
— Zaraz powinno być lepiej — stwierdził Wojtek, obserwując kudłatego pacjenta. A gdy pies odzyskiwał siły, zapytał zaciekawiony: — Jaką ma pan specjalizację?
— Jestem patologiem — odparł mężczyzna, wciąż wpatrzony w swojego psa.
— To chyba nie musi pan się spieszyć?
— Och, nie. Teraz już mi się nie spieszy, przełożę spotkanie. Wolę z nim zostać, ostatnio nie miałem dla niego czasu.
Po pożegnaniu z Mopkiem i jego panem Wojtek sięgnął po Praktykę Kliniczną, wyjął z niej zakładkę, którą zaznaczył rozdział poświęcony wstrząsowi. Użył złożonej na pół kartki, choć nie pamiętał, kiedy ją tam wsunął. Rozłożył ją i zobaczył rysunek — zrobioną przez matkę małą podobiznę kota. Widocznie też zaglądała do tej książki, stwierdził i uśmiechnął się na tę myśl. Czuł, że matka mu dziś pomogła.
Wciąż tęsknił za rodzicami. Minęło prawie osiem miesięcy od wypadku, w którym zginęli, ale na samą myśl o tym zdarzeniu czuł, że robi mu się zimno — tam gdzieś w środku, a najbardziej w sercu. Rozganiał ten chłód dobrymi wspomnieniami, teraz już się tego nauczył. Wiedział, że ten sposób działa, ale mroźne ukłucia wciąż go dopadały.
O siódmej zamknął furtkę do lecznicy, posprzątał gabinet i poczekalnię. Na dziś koniec pracy, uznał z zadowoleniem. Nieźle mi poszło z tym Mopkiem. Dobrze, że miałem wszystko pod ręką, trzeba być przygotowanym na takie niewypały.
Do domu miał dwa kroki, wystarczyło tylko przejść przez podwórze. Oba budynki znajdowały się na tej samej posesji. Ale jego dom był dziś ciemny, nikogo oprócz znudzonych zwierząt w nim nie było. Gdy otworzył drzwi, Jazon, duży wilczarz irlandzki, przywitał go radośnie. Obok stał mniejszy pies, łaciaty foksterier, Mańka.
— No, dobra, dobra, lećcie do ogrodu — wygonił je, a sam wszedł do kuchni i pozapalał światła. Wyglądało na to, że Miki jeszcze nie wrócił ze szkoły.
Mikołaj chodził do klasy maturalnej, ale czasami z tym chodzeniem miał kłopoty. Wojtek nie wiedział, jak ma wpłynąć na młodszego brata, żeby ten zaczął się uczyć. Nigdy nie przypuszczał, że spadnie na niego taki obowiązek opiekuńczo-wychowawczy. Był od Mikiego starszy o sześć lat, ale czasem czuł się tak, jakby dzieliła ich przepaść, w niektórych sprawach byli w ogóle niekompatybilni. W szkole Miki ciągle miał pod górkę i sam sobie te górki usypywał, bo gdyby się przyłożył, problemy by zniknęły. Teraz powinien myśleć o maturze i studiach, ale tym interesował się z doskoku.
Miki jak na zawołanie pojawił się w domu.
— Mamy coś do jedzenia? — zapytał, gdy tylko zajrzał do kuchni.
Wcale nie byli do siebie podobni, na pierwszy rzut oka trudno było rozpoznać, że są braćmi. Wojtek był szczupły, średniego wzrostu, miał sięgające prawie do ramion jasne włosy i wyglądał niemal jak nastolatek. Miki był wyższy, dobrze zbudowany i ciemnowłosy. Tylko oczy obaj mieli ciemne, prawie czarne, otoczone ciemną oprawą. Obaj potrafili uwodzić swoim spojrzeniem, obaj podobali się dziewczynom.
— Polski mam już w małym palcu — oświadczył Miki, zaglądając do lodówki. — Powtórzyliśmy z Adamem cały materiał, nawet testy zrobiliśmy. Ale zgłodniałem przez to!
Wojtek nie podzielał entuzjazmu brata.
— Jak masz w małym palcu, to dużo się tam nie zmieściło — ocenił krytycznie.
— No co ty! — oburzył się Miki. — Przecież na próbnej maturze nie poszło mi źle, a teraz jeszcze podszlifowaliśmy materiał. Z tym nie będę miał problemów. Matma to jest gorsza sprawa, tu mogą pojawić się małe komplikacje. Ale od czego ma się kolegów? Potrzebny jest nam tylko specjalistyczny sprzęt.
Wojtek łypnął podejrzliwie na brata.
— Nawet o tym nie myśl, Miki — rzucił ostrzegawczo. — Ucz się, a nie kombinuj. Żebyś sobie nie narobił kłopotów.
— Ty to zawsze dajesz się wkręcić — zaśmiał się Miki.
— Wiedziałem, że tak zaczniesz gadać. A co ty taki dziś nie w formie? Nie dostałeś listu od Agi? Biedny Misio-Pysio!
— Odczep się, nie jestem żadnym Misiem-Pysiem. Daj mi spokój, miałem wstrząs — odparł poważnie. — Znaczy się nie ja, tylko pies.
— Wstrząs? No ale co? Wyszedł z tego? — dopytywał się Miki.
— Wyszedł, ale miałem stracha i przez chwilę taką pustkę w głowie, że nie mogłem tego ogarnąć. Wydaje ci się, że wszystko idzie dobrze, że wszystko kontrolujesz, a tu nagle tracisz nad tym panowanie. Bałem się o psa, kiepsko to wyglądało i w ogóle pierwszy raz coś takiego mi się zdarzyło. A to był taki pon, wiesz, taki jak nasz Bobik... Pamiętasz Bobika?
Wojtek zaczął opowiadać o dzisiejszym zdarzeniu. Czasami dzielił się swymi przeżyciami z bratem. Nie było Agi, która zazwyczaj go wysłuchiwała, wspierała dobrym słowem i często uświadamiała mu, że cała historia może być inaczej widziana. Ale Aga wyjechała i teraz Wojtkowi został tylko Miki. Może słuchał tylko przez grzeczność, choć o to trudno było go podejrzewać. W każdym razie Miki nie był kompletnym ignorantem, jeśli idzie o zwierzęta. Od dzieciństwa przysłuchiwał się takim opowieściom — w domu, w którym mieszkają weterynarze, nie da się od tego uciec.
— Myślisz, że mama ci pomogła? — zastanawiał się Miki. — To może i mnie coś podpowie na maturze? Ojciec pewnie był dobry z matmy, a mama z polskiego. W słusznej sprawie chyba mogę liczyć na ich wsparcie?
— To może i mnie coś podpowie na maturze? Ojciec pewnie był dobry z matmy, a mama z polskiego. W słusznej sprawie chyba mogę liczyć na ich wsparcie
— Lepiej licz na siebie.
— Prezentację z historii sztuki przygotowuję, jakiś fajny temat mi potrzebny — powiedział, szykując sobie kanapkę z salcesonem, musztardą i oliwkami. — A gdzie masz ten rysunek mamy?
— Jest w książce w lecznicy, później ci pokażę.
— No tak, wszystko chowasz dla siebie. A może i dla mnie jest tam jakaś podpowiedź? Może mnie też olśni, jak go zobaczę?
— A bez olśnienia nie dasz rady?
— Olśnienie dodaje skrzydeł, jest jak zastrzyk gotówki — żartował Miki.
— Na gotówkę to ty nie licz, niedawno ci dałem. Jak chcesz, to przyniosę ten rysunek, niech stracę. Może będę świadkiem twojego olśnienia, ale zrób mi kanapkę — odparł Wojtek i poszedł do lecznicy.
Kiedy kilka minut później wrócił z kartką i podał ją bratu, ten przyjrzał się rysunkowi w milczeniu, a potem zapytał:
— Wiesz, co to jest?
— Jak to, co to jest? Rysunek mamy.
— Ale co to za zwierzak? Bo mnie przypomina naszego Skutera.
Skuter był jednym z dwóch domowych kotów. Rok temu został przyniesiony do lecznicy jako zmarznięty, zabiedzony maleńki kociak i odratowany przez matkę Mikiego i Wojtka. Wyrósł na pięknego i wesołego kota i szybko stał się domowym ulubieńcem. Do Mikiego wprost się lepił.
— Skutera? — zaczął zastanawiać się Wojtek. — Głowy bym za to nie dał. Może to i Skuter. Mama pewnie narysowała go z pamięci, kiedy siedziała w lecznicy i czekała na pacjentów.
Miki podrapał się po kędzierzawej głowie.
— Mogę to wziąć? — zapytał po namyśle, ale zaraz dodał: — Szkoda, że ja nie umiem rysować, mógłbym zostać grafikiem komputerowym albo fałszerzem. Nie wiem, co bardziej się opłaci — żartował sobie.
— I to jest to twoje olśnienie? — skrzywił się Wojtek. — Przecież mówiłeś, że idziesz do szkoły filmowej na wydział operatorski.
— Co chcesz? — odparł Miki. — Myślę równolegle. Mam szeroki widnokrąg.
— A nie widzisz gdzieś tam mojej kanapki? — przypomniał mu Wojtek.
Wojtek nerwowo spoglądał na zegarek. Mimo że wywiesił wczoraj kartkę informującą, że w czwartek pracuje tylko do 17:30, co chwila ktoś przychodził i prosił, żeby go szybko przyjąć. Taka sytuacja powtarzała się chyba za każdym razem, gdy musiał wyjść. A dziś spieszył się na ostatnie przed maturą zebranie w szkole u Mikiego. Zamykał pospiesznie furtkę za ostatnim pacjentem i szedł przez podwórko w kierunku domu, gdy znowu usłyszał pisk opon i wołanie przy furtce:
— Panie doktorze!
Rozdrażniony mruknął niecenzuralnie i odwrócił się w kierunku wołającego. Na parkingu obok starej granatowej skody stał pan Kaczmarek ze swoim Filutkiem.
— Ja bardzo przepraszam, doktorze, ale Filutek strasznie kaszle, prawie się dusi, raz nawet dzisiaj przy misce zwymiotował — tłumaczył przez furtkę zdenerwowany właściciel.
Wojtek zatrzymał się i zapytał:
— A kaszle od kiedy?
— No, od kilku tygodni — odparł pan Kaczmarek, ale widząc surowe spojrzenie doktora, szybko się poprawił: — Od kilku tygodni sporadycznie, a dzisiaj najgorzej.
— Proszę przyjść za dwie godziny, teraz bardzo się spieszę.
— Ale właśnie nie mogę, przyjechałem bez hamulca, tylko na ręcznym — opowiadał prosząco mężczyzna. — Mam zaraz odstawić samochód do mechanika, nie wiem nawet, czy teraz ruszy z powrotem.
— W takim razie proszę — westchnął Wojtek i szybko poszedł otworzyć ponownie lecznicę. Zbadał w pośpiechu Filutka, trzynastoletniego jamnika szorstkowłosego o ujmującym spojrzeniu ciemnych oczu. Pies zazwyczaj wyglądał jak serdelek, teraz był jednak zgarbiony, łatwo dało się wyczuć jego kręgosłup, nie wyglądał już jak okaz zdrowia sprzed kilku miesięcy.
— Czy on je? — zapytał Wojtek. Omacał psu brzuszek i pospiesznie osłuchał zwierzę, zmierzył mu temperaturę i obejrzał błony śluzowe. Nic nie wzbudziło jego podejrzeń.
— Je normalnie, czasami lepiej, czasami gorzej — stwierdził pan Kaczmarek. — Teraz jeżdżę do żony do szpitala, jak mu nie kupię mięska, to długo zastanawia się nad suszem.
— Nad czym?
— No, nad suchą karmą.
— Nic złego nie widać. Może to gardło? — zastanawiał się Wojtek.
Rzeczywiście, okolice gardła i tchawicy były tkliwe przy dotyku, wyczuł też powiększone węzły chłonne zagardłowe.
— Wydaje się, że to nic poważnego — zwrócił się do opiekuna. — Przewlekły stan zapalny górnych dróg oddechowych. Dzisiaj podam leki i zapraszam jutro — powiedział, po czym w pędzie zrobił trzy zastrzyki i pożegnał się z właścicielem. Kątem oka zauważył, że pies z trudem wychodzi z gabinetu, co chwila odkasłując.
— Za kilka godzin będzie lepiej — uspokoił właściciela albo może samego siebie.
Do szkoły wszedł kilka minut spóźniony. Zziajany wpadł do sali, w której odbywało się zebranie, podszedł do ostatniej ławki i usiadł obok ojca jednego z kolegów Mikiego. Ten uśmiechnął się smutno na powitanie.
— Witam, witam — podali sobie ręce.
— Coś już było ciekawego? — spytał Wojtek.
— Jeszcze nie, chyba dopiero się rozkręca. Ale sądząc po minie wychowawczyni, sytuacja wygląda katastrofalnie. A u pana co słychać? — zagaił ojciec Adama.
Wojtek już chciał odpowiedzieć, gdy usłyszał karcący głos nauczycielki:
— Proszę o ciszę!
Pierwsza część zebrania dotyczyła organizacji i terminów egzaminów maturalnych, które pani Trzaskowska skrupulatnie wypisała na tablicy. Następnie rozdała kartki z ocenami i grobowym głosem zaczęła wymieniać uczniów niedopuszczonych do matury. Wojtek w oczekiwaniu na najgorsze wstrzymał oddech, ale i tak czuł się porażony, gdy usłyszał:
— Mikołaj Gronostajski, język angielski.
Po chwili siedzący obok ojciec Adama jęknął powalony podobną informacją, a gdy odzyskał mowę, wymamrotał:
— Jezu, w kogo ten cymbał się wdał! Przecież nie we mnie.
— To smutne, że aż tyle osób nie zostało dopuszczonych do egzaminu maturalnego, bardzo proszę w tej sprawie rozmawiać z nauczycielami problematycznych przedmiotów — mówiła nauczycielka. — Na koniec jeszcze jedna bardzo przykra sprawa, o której muszę państwu powiedzieć — zaczęła z głębokim westchnieniem i tonem, jakim składa się kondolencje, powiedziała o skandalicznym filmie nakręconym w męskiej toalecie. Tu wymieniła klasowego reżysera — Mikołaja oraz aktorów: Adama, Rafała, Kubę i Roksanę, którzy palili i dmuchali do kamery, aby uzyskać efekt gazu łzawiącego i zasłonę dymną. Ekipa miała jeszcze kaskadera, który przechodził z jednej kabiny do drugiej. Niestety Jerzy spadł tak nieszczęśliwie, że noga uwięzła mu w muszli i zwichnął sobie kostkę. Przystąpi do matury z gipsem. — Ale to jeszcze nie wszystko — kontynuowała pani Trzaskowska. — Uczeń Sagan, który z pilnych przyczyn fizjologicznych usilnie dobijał się do zablokowanej przez filmowców toalety, w przypływie negatywnych emocji wyjął drzwi.
— A to nerwus, nie mógł wejść piętro wyżej? — zapytał ktoś z sali.
Nauczycielka podniosła głowę i spojrzała karcącym wzrokiem na zebranych, po czym dodała:
— Na dodatek film został umieszczony w Internecie, a męska toaleta stała się dla młodzieży miejscem niemal kultowym. Uczniowie robili sobie w niej zdjęcia, co przez kilka tygodni utrudniało jej normalne funkcjonowanie.
Z sali posypały się pytania:
— Ale co to za film? Gdzie to można zobaczyć?
— O czym to jest, nie wie pan? — szepnął do Wojtka ojciec Adama.
— Nie mam pojęcia, ale po nich można się spodziewać wszystkiego, co najgorsze.
— Ja słyszałem, że to reklama jakichś batonów czekoladowych —podpowiadał ktoś obok.
— Proszę państwa, proszę o ciszę! — Pani Trzaskowska postukała energicznie ołówkiem w blat biurka, żeby uciszyć rozgadanych rodziców.
— Ale kamery w toalecie? Co za niedyskrecja — skrzywiła się matka Roksany.
— To nie jest zgodne z prawem o ochronie danych osobowych — podjęła pani w brązowym żakiecie.
— I ze standardami Unii Europejskiej — dopowiedział ktoś teatralnym szeptem.
— I nie ma zgody uczniów — podsumowała pani Trzaskowska.
— Ale co ma do tego Unia?
— Oni we wszystko muszą się mieszać, nawet sedesy muszą być zgodne z normami unijnymi!
Pani Trzaskowska wzniosła oczy ku niebu, a właściwie ku lampie, chwilę odczekała, a potem znów postukała ołówkiem w biurko.
— Proszę o ciszę! To było już ostatnie zebranie przed maturą. Z mojej strony to wszystko. Jestem do dyspozycji w czasie godziny nauczycielskiej w tygodniu — przypomniała.
W różnych nastrojach wychodzili rodzice z zebrania. Kilka osób wyskoczyło z sali jak z procy. Ojciec Adama z ociąganiem wstał z krzesła i spojrzał na Wojtka.
— Sam nie wiem, co z tym moim cymbałem, czy śmiać się, czy płakać — przyznał.
Wojtkowi wcale nie było do śmiechu. Poszukał nauczycielki od angielskiego i usiadł w kolejce z innymi rodzicami. Ojciec Adama siedział naprzeciw, na korytarzu, przy pracowni biologicznej. Kiedy przyszła kolej na Wojtka, poczuł, jak ze złości na brata pulsują mu skronie. Wszedł do sali, podszedł do anglistki i przedstawił się:
— Dzień dobry, pani profesor. Jestem Wojtek Gronostajski, brat Mikiego.
Anglistka spojrzała na niego zmęczonym wzrokiem.
— Sprawa jest poważna, wołałabym rozmawiać z rodzicem.
— Ale oboje nie żyją, ja mieszkam z bratem — odparł Wojtek.
— A, to pan. — Teraz spojrzała na niego uważnie, przypomniała sobie i westchnęła. — Otóż Mikołaj ma tylko czterdzieści procent obecności na lekcjach angielskiego. Aby być kwalifikowany, musi mieć co najmniej pięćdziesiąt procent, o liczbie ocen nie wspominam.
— Co to znaczy? — zapytał zaskoczony Wojtek. — Nie może przystąpić do matury?
— W świetle przepisów nie może — odpowiedziała anglistka.
Zapadło milczenie.
— Jedyne rozwiązanie to egzamin semestralny w obecności dyrekcji. Odbędzie się za dwa tygodnie, pod koniec marca — dodała kobieta.
— Rozumiem, za dwa tygodnie. — Wojtek miał tak ściśnięte gardło, że ledwo mógł mówić. Wyszedł z sali, zmagając się z myślami i narastającym bólem głowy.
*
Wrócił do domu wściekły na brata, otworzył drzwi z impetem burzy. Miki z nogami na stole jadł chipsy, popijając piwem. Był tak zaaferowany słuchaniem koncertu w radiu, że nie zwrócił uwagi na Wojtka.
— Wyłącz to pudło! — ryknął starszy brat.
Zdziwiony Miki spojrzał na intruza.
— Luzik, co jest?
— Wiesz, że jesteś niedopuszczony do matury z powodu niskiej frekwencji!? To jakiś absurd!
— Spoko, spoko. Mówiłem ci, że mam kilka nieobecności, ale jakoś to będzie. Bez paniki, stary.
Wkurzony do granic wytrzymałości Wojtek miał ochotę podnieść z fotela wyluzowanego braciszka i strzelić go w ryja. Zamiast tego wziął trzy oddechy i powiedział powoli, cedząc każde słowo:
— Koniec matkowania. Jesteś pełnoletni, wiesz, co robisz. Nie zdasz, to idziesz do pracy! Nie sądziłem, że jesteś takim głupim kretynem! — oświadczył i wyszedł z pokoju, trzaskając drzwiami.
Nie pamiętał, kiedy założył dres i adidasy. Dopiero po trzech kilometrach ulubionej trasy zauważył, że nie biegnie z psami, które zwykle ze sobą zabierał. Był tak wzburzony, że o nich zapomniał — wybiegł z domu, jakby go ktoś gonił. Kiedy wrócił, Mikiego nie było; w przedpokoju siedziały psy, które jak zawsze przywitały go z radością.
— Dobrze, dobrze — odganiał się od nich. — Idźcie pobiegać do ogrodu.
Wypuścił je, a sam poszedł pod prysznic. Próbował zmyć z siebie wszystkie niepowodzenia i problemy. Nie chciał myśleć o tym, co będzie z Mikołajem. Może jutro albo pojutrze się nad tym zastanowi. Ale nie teraz. Mam swoje życie, swoją pracę, no i Agę. Zaraz do niej napiszę, postanowił. Pomyślał z ulgą, że może się jej zwierzyć z kłopotów i pogadać z nią o niebieskich migdałach.
*
Następnego dnia rano pierwszym klientem był pan Karczmarek.
— Gdzie Filutek? — zapytał Wojtek.
— Nie żyje — odparł sucho właściciel.
— Co? — Wojtek patrzył na pana Kaczmarka z niedowierzaniem.
— Filutek w nocy się dusił, był siny, pojechałem taksówką do Megakliniki. Tam na stole odszedł — stwierdzono chorobę serca i płyn w płucach. Stąd brał się ten kaszel — relacjonował właściciel. — Przyszedłem, żeby to panu powiedzieć i się rozliczyć.
— Bardzo mi przykro — odrzekł smutno Wojtek. — Nic nie jest mi pan winien, przecież nie pomogłem — stwierdził zawstydzony swoją błędną diagnozą.
— Widocznie tak miało być. Ja pana nie obwiniam. Choroba żony, szpital, to wszystko spowodowało, że nie zauważyłem wcześniej poważnych objawów. A z pana lecznicą byliśmy związani od początku. Filutek jest wnukiem naszej poprzedniej suczki, która nie mogła się oszczenić. Trzeba było ciąć i reanimować siedem szczeniaków. Pana mama powiedziała mi, że wykonają zabieg, ale jest kłopot z innym oseskiem w wózku. Koniec był taki, że pana rodzice operowali, a ja poszedłem z panem w wózku na spacer — opowiadał pan Kaczmarek. — No cóż, takie jest życie — dodał z westchnieniem, po czym wyjął z kieszeni banknot, położył go na stole i wyszedł pospiesznie, zostawiając zażenowanego Wojtka.
Takie jest życie, zgodził się chłopak, powracając myślami do wczorajszych zdarzeń. Ciche pukanie do drzwi wyrwało go z odrętwienia.
— Proszę.
W drzwiach stała Saba, dziewczyna Mikiego. Wyglądała jak zawsze oryginalnie i buntowniczo. Zasadniczo buntowała się przeciw rodzinie, a głównie przeciw ojczymowi, który chciał pozbyć się jej z domu, żeby nie zaburzała jego relacji z żoną i małym synem. Według Saby dla niej w tym układzie nie było miejsca, bo zdaniem ojczyma powinna szybko wydorośleć i iść na swoje. I właśnie przeciwko temu protestowała — na to, żeby pójść na swoje, miała marne szanse. Buntowała się też przeciwko złemu traktowaniu zwierząt i robiła to całym sercem. Od czasu do czasu podejmowała również walkę ze swoją lekką nadwagą i apetytem na słodycze. Nie ukrywała swojego oburzenia na świat, wyrażała je przede wszystkim ignorowaniem takich nieżyciowych przeżytków jak szkoła oraz swoim wyglądem oraz niebanalnie skomponowanym strojem, który łamał wszelkie konwencje i raził co wrażliwsze oczy Dziś założyła jaskrawozieloną kurtkę i cytrynowe spodnie, jakby od piżamy, tyle że w czarne kwiaty. Włosy miała wygolone po bokach, pozostałe były skręcone w dredy Przyszła ze sroką w dłoniach, ale widząc niewesołą minę Wojtka, zapytała:
— Coś się stało?
— A stało się. Przez te wasze filmy i koncerty Miki może być niedopuszczony do matury. Ciekawe, jak ty wypadłaś?
Zwlekała z odpowiedzią, zwiesiła głowę i patrząc na ptaka, w końcu przyznała:
— No, może być kiepsko, mam problem z matmą. Zawsze dobrze mi szła, sama wchodziła mi do głowy, nie musiałam się uczyć. Chciałam nawet zdawać w rozszerzonym zakresie, ale ostatnią klasę zawaliłam, chyba nie dam rady teraz poprawić. Nauczycielka postawiła mi niedostateczny i przez to w ogóle nie będę zdawać matury. Niesprawiedliwy babiszon, wie, że za mną nikt się nie wstawi, że starzy nie załatwią mi korków — mówiła rozżalona. — A z Mikim mało się teraz widuję — dodała smutno.
Wojtek spojrzał na nią badawczo.
— No fakt, ostatnio rzadko u nas bywasz. Posprzeczaliście się?
— Nie, właściwie nie. Tylko tak jakoś się porobiło.
— Porobiło się — powtórzył zmartwiony Wojtek. — Czyli takie jest życie. No, co z tą sroką?
Dziewczyna ożywiła się i zaczęła opowiadać o ptaku. Zajęli się nią wspólnie, bo Wojtek widział, że Saba ma dobre podejście do zwierząt. Lubił ją za to, choć nie tylko za to. Lubił ją, bo była sobą, nie udawała.
— Ale z maturą spróbuj coś jeszcze zadziałać. Pomyśl, bo masz zadatki na weterynarza — powiedział zachęcająco.
Ranek był szary, padał mokry śnieg. Wojtek też był w podłym nastroju, przeżywał ciężkie chwile. Trzeci dzień po zebraniu nadal mieli z Mikim ciche dni, starali się nawzajem unikać. Poczta mailowa też świeciła pustką, Aga zdawkowo odpowiadała na jego SMS-y albo była poza zasięgiem sieci. Nie miał z kim pogadać o Mikim, pozostawała babcia Ina, ale ta doświadczyła już zbyt dużo bólu i zmartwień. Nie chciał jej dodatkowo obciążać; gdy wczoraj zadzwoniła, żeby się dowiedzieć, co u nich słychać, on jak zwykle powiedział, że wszystko jest pod kontrolą.
— Miki orłem to nie jest, ale jakoś sobie radzi, mówi, że się uczy — zapewniał ją spokojnie. Nadal jednak był wściekły na brata i tak jak zapowiedział, nie chciał mieszać się w jego sprawy. Nie będę ciągnął go za uszy, żeby zmądrzał i zaczął się uczyć, pomyślał. Musi sam załapać, co dla niego ważne, powtarzał sobie, ilekroć widział brata zajętego działalnością pozaszkolną. Trudno mu było przestać myśleć o jego przyszłości. A nad głową Mikiego jak miecz Damoklesa wisiała teraz poprawka z angielskiego. Miki nie bardzo się tym przejmował, ze słuchawkami w uszach zalegał na tapczanie albo na kanapie w dużym pokoju i uważał, że w ten sposób uczy się słówek i zwrotów, a właściwie one same wchodzą mu do głowy, nawet przez sen.
— Moja nowa udoskonalona metoda nauki — oświadczył, gdy Wojtek natknął się na niego w południe w domu. — Roksi to dla mnie nagrała. Ma niezły głos, chcesz posłuchać? — zapytał, nie ruszając się z kanapy. Obok miał torbę pikantnych chipsów i puszkę piwa.
Wojtkowi opadały ręce.
— Nie, ja pracuję, i to nie przez sen — odparł zły i wrócił do lecznicy.
W końcu nadszedł sądny dzień i Miki w dość optymistycznym nastroju poszedł do szkoły zaliczyć angielski.
— Spoko — zapewniał Wojtka tuż przed wyjściem. — Anglica mnie lubi, nie może zrobić mi krzywdy i nie zaliczyć.
— Miki, zastanów się, co ty gadasz! Nie zalicza się za ładne oczy.
— Wyluzuj! Panuję nad sytuacją — zapewniał młodszy brat, spoglądając kontrolnie w lustro.
Bił od niego blask samozadowolenia i zapach wody Old Spice, którą Wojtek dostał od Agi przed jej wyjazdem. Ze szkoły Miki wrócił w gorszej formie.
— No i jak poszło? — zapytał wieczorem Wojtek, gdy brat ściągnął do kuchni.
— Średniawo — burknął przygnębiony Miki. — Nie wstrzeliłem się. Uczyłem się z zeszytu, a anglica dała co innego. Kurczę, tyle czasu zmarnowałem!
— To wyrazy współczucia — rzucił zjadliwie Wojtek.
— Możesz sobie żartować, a ja mam problem — przyznał Miki, w zdenerwowaniu głaszcząc coraz mocniej Skutera. Kot cierpliwie znosił te pieszczoty, ale po kilku minutach miał dosyć i uciekł. — Nawet ty mnie porzucasz w potrzebie? — rozżalił się chłopak.
Wojtek uznał, że brat chce pogadać, postawił więc przed nim kubek gorącej herbaty, podsunął kanapki z paprykarzem z puszki i powiedział niewesołym tonem:
— Nagrabiłeś sobie, Miki, to teraz masz problem, a ja nie mogę ci w niczym pomóc. Nie wiem, jak z tego wybrniesz. Możesz jeszcze raz to zaliczyć? Masz jakieś szanse?
— Powiedziała, że muszę zdawać cały materiał, to mi zaliczy.
— To łatwo nie masz. Ale i tak musisz przygotować się do matury, to w sumie jak się teraz nauczysz, będziesz miał, jak znalazł — zaczął pocieszać brata. — Dasz radę.
Miki westchnął ciężko, wyglądał na przybitego, ale słowa brata trochę go uspokoiły.
— Kiedy masz zdawać? — dopytywał się Wojtek.
— Za dwa tygodnie.
— Dwa tygodnie — powtórzył Wojtek, starając się ocenić, jakie Miki ma szanse na przyswojenie całości materiału. — Rozplanuj sobie to jakoś strategicznie, co dzień po kawałku. Nic więcej nie wymyślę. I weź pod uwagę korki. Może przydałoby ci się kilka godzin.
— Jasne — odparł Miki i zgnębiony powoli zjadał kanapki.
Widać było, że tym razem się przejął. Trudno było przewidzieć, na jak długo i na ile ta ostatnia szansa poprawy podziała na niego mobilizująco. Wojtek zastanawiał się, co ma zrobić: z jednej strony miał się nie wtrącać, nie ingerować w sprawy brata, z drugiej jednak przejmował się jego maturą, nie mógł siedzieć spokojnie i czekać na rozwój wypadków. Pogadam z nauczycielką. Przynajmniej będę wiedział, na czym Miki stoi, postanowił i pomyślał, że rano zadzwoni do szkoły.
*
W środę skończył więc wcześniej przyjmowanie pacjentów, ubrał się na poważnie, przyszykował się na ciężką rozmowę i poszedł do szkoły zdecydowany zawalczyć o brata. Mikiemu nie wspomniał o tym ani słowem.
Zrobiła się ładna pogoda, świeciło słońce, ale Wojtek tego nie zauważał. Denerwował się, nie miał pewności, czy Miki nie wymyślił tej drugiej poprawki, żeby odsunąć termin konfrontacji z prawdą. Chyba mnie nie okłamał?, zastanawiał się Wojtek po drodze. No, niedługo się przekonam. Ach ten Miki! Zawsze były z nim kłopoty, rodzice dzielili się tymi kłopotami na pół, a ja muszę rozwiązywać je sam. Ale co tam, tylko do matury. Potem pan Mikołaj będzie sam o siebie dbał.
Anglistkę znalazł w pokoju nauczycielskim. Tego dnia wydawała mu się młoda i nawet ładna. Ubierała się trochę zbyt wyszukanie jak na pracę w szkole. Tweedowa marynarka i spódniczka, chyba chce podkreślić swój angielski styl, uznał, podchodząc do stolika, przy którym siedziała zajęta lekturą kobiecego magazynu. Podniosła głowę.
— Pan do mnie? — zapytała, przyglądając mu się z zaciekawieniem, i zanim Wojtek wyksztusił coś z siebie, powiedziała: — Pamiętam pana z wywiadówki, pan jest bratem Mikołaja Gronostajskiego. Zgadza się?
— Właśnie — przyznał Wojtek.
W jej towarzystwie czuł się dziwnie nieswojo, jakby sam był uczniem albo petentem w urzędzie, ale chciał szybko zakończyć sprawę.
— Brat powiedział, że poprawiał u pani angielski i nie bardzo mu poszło, więc ma jeszcze raz zaliczać.
— Tak, ale już nie musi — odparła lekkim tonem.
— Nie rozumiem, dlaczego nie musi? — zdenerwowany Wojtek podejrzewał najgorsze.
— Usprawiedliwiłam mu te nieobecności. To taki miły chłopak i ma takie ładne oczy — odparła i uśmiechnęła się łagodnie.
Wojtek chwilę przetrawiał tę odpowiedź. Nie wiedział, czy kobieta przypadkiem nie żartuje. Musiał się upewnić, więc zapytał jeszcze:
— Czyli że brat ma zaliczony angielski?
— Tak, postawiłam mu trójkę.
— Aha — powoli przyswajał tę informację. — Trójkę. No to bardzo dziękuję, na pewno Mikołaj będzie zachwycony.
— Już mu o tym powiedziałam, nie powtórzył panu? — zdziwiła się. — Zabawny jest.
— Chyba zapomniał — odparł Wojtek, próbując się uśmiechnąć.
Wracał do domu w bojowym nastroju. Przed domem zwolnił jednak kroku. Starał się wyluzować, zaczął się zastanawiać, jak rozmówić się z bratem. Chyba nie powiem mu, że byłem w szkole. Nie musi o tym wiedzieć, miałem się nie mieszać do jego spraw. Ale co to za nauczyciele? Najpierw straszą poprawką, a za kilka dni mu odpuszczają. Nie ogarniam tego.
Miki był już w domu. Szykował sobie makaron z kiełbaskami, ale gdy Wojtek się pokazał, młodszy brat spojrzał na niego z wyrzutem.
— No co ty wyprawiasz! Ludzie czekają, a ciebie nie ma. Musiałem opowiadać jakieś legendy.
— A ja musiałem wyskoczyć na chwilę — tłumaczył się zaskoczony Wojtek.
Miki przyjrzał mu się krytycznie.
— Do spożywczaka chyba się tak nie wystroiłeś? Ja tam się nie wtrącam, nie moja broszka, ale ty zawsze mi gderasz, że się obijam, a sam nie jesteś lepszy. A w ogóle chciałem ci powiedzieć, że angielski już mam z głowy.
— Jak z głowy? — Wojtek udawał zaskoczonego.
— Mówiłem ci, że mam ładne oczy
Deszcz uderzał o szyby gabinetu, przesłaniał widok milionami zimnych kropli. Cały dzień taki zamazany, wzdrygnął się Wojtek. Przez chwilę obserwował, jak krople nabrzmiewały i ześlizgiwały się z okiennej szyby, kreśląc na niej nieprecyzyjne linie. Czekał, aż kolejny właściciel wejdzie ze swoim pupilem.
Pan Jurek, niewysoki, szczupły mężczyzna w roboczym kombinezonie, ciągnął zwierzaka za smycz. Pies, leciwy owczarek niemiecki ledwo człapał. Przednie łapy funkcjonowały dobrze, ale tył wyglądał, jakby był zapożyczony od innego psa, prawie wlókł się po podłodze. Wojtek leczył Maxa już od kilku miesięcy, ale po polepszeniu następował nawrót choroby, zwłaszcza przy takiej paskudnej pogodzie.
— Coraz gorzej po tych ostatnich tabletkach — powiedział na powitanie właściciel. — Max prawie nie chodzi, muszę go znosić ze schodów, już mnie boli od tego kręgosłup. A wie pan, ile wydałem pieniędzy na jego leczenie?
Wojtek nie raz wysłuchał takich przemów, ale nadal krępowało go biadolenie i wypominanie mu kosztów leczenia. Jakby to była jego wina, że zwierzę zachorowało, a leki są drogie.
— No cóż, to ludzie ulepszyli tę rasę tak, żeby dobrze wyglądała — zauważył. — Pies miał być dobrze kątowany i teraz kręgosłup prosty w odcinku piersiowym załamuje się w odcinku lędźwiowym i właśnie przy tym przejściu kręgi ulegają zwyrodnieniu i wypadają dyski — tłumaczył. —A pogorszenie nastąpiło, bo tabletki działają słabiej niż zastrzyki. Przecież mówił pan, że nie może go tak często przywozić, żebym mógł robić zastrzyki.
— Żebyś wiedział, doktorze, jak uświnił mi dzisiaj samochód — kontynuował niezrażony właściciel. — Może pan będzie robił zastrzyki u mnie w domu?
— Mogę robić, ale będzie to drożej kosztowało. A w ogóle robił pan Maxowi RTG kręgosłupa?
— Nie miałem kiedy — burknął facet. — A pan, młody człowieku, tylko o pieniądzach. Rób, doktor, zastrzyk, tylko żeby pomógł. A i ostatnio coś trzepie uszami, to proszę je oczyścić. Tylko żebym nie musiał tu przyjeżdżać codziennie — marudził mężczyzna, robiąc przy tym nieszczęśliwą minę.
— Uszu nie wyleczę jednego dnia, mogę sprzedać preparat z antybiotykiem i nauczyć pana, jak go stosować.
— Nic nie będę kupował! — zaprotestował pan Jurek. — I proszę się postarać, żeby pomogło. No, koniec pogaduszek, do roboty — zaśmiał się na koniec.
Wojtek nie ciągnął dalej dyskusji. Nie miało to sensu — facet był z tych, którzy i tak wiedzieli swoje. Zrobił zastrzyk ze sterydem o średnim czasie działania. Jeżeli poskutkuje, będę mógł podać długo działający. A kiedy zrobi się ciepło, może zwierzę poczuje się lepiej, pomyślał i zabrał się do czyszczenia psich uszu. Do każdego zapuścił antybiotyk w zawiesinie. Max zareagował od razu, zaczął dynamicznie kręcić szyją i trzepać uszami, żeby pozbyć się przeszkadzającego mu płynu. Udało mu się, na ściany lecznicy wyłożone zielono-żółtymi kafelkami, na stół, a nawet na okno, wyleciały brązowe skrzepy w szarym płynie. Wojtek stał oniemiały, nie wiedział, czy za chwilę jakiś odprysk nie wyląduje na nim.
— A nie mówiłem, że coś mu tam chlupało w uszach! — triumfował pan Jerzy, a kiedy Max skończył się trzepać, właściciel filuternie przymrużył powieki i zapytał: — Ile płacę i dlaczego tak drogo?
— Czterdzieści.
— To niech będzie krakowskim targiem trzydzieści.
— Jesteśmy w Warszawie, a nie w Krakowie i w lecznicy, a nie na bazarze — odparł spokojnie Wojtek.
— No dobrze, dobrze — odparł mężczyzna i wyjął gruby plik banknotów, wyciągnął jeden z nich, poczekał na resztę i pociągnął psa ze sobą.
Ale sknerus, pomyślał Wojtek. Ma kasę, a targuje się o każdą złotówkę, jakby naprawdę musiał się liczyć z każdym groszem. A może dlatego ma kasę, bo tak skąpi?, zastanawiał się. Ale jakbym ja tak kutwił i tak by to nic nie dało, stwierdził i zaczął przeglądać skrzynkę mailową. Ucieszył się, gdy znalazł list od Agi.
Od rana świeci słońce, na drzewach pojawiają się zielone pączki, a na ulicach coraz więcej turystów Bardzo bym chciała, żebyś był teraz razem ze mną. Moglibyśmy łazić do wieczora, pokazałabym ci miasto, tu jest tyle niezwykłych, tajemniczych miejsc. Potem mogliśmy wyruszyć dalej, tak jak planuje Magda, wiesz, ta, z którą mieszkam. Ona podczas przerwy wielkanocnej chce przejść kilka odcinków drogą świętego Jakuba. Nie trzeba mieć dużo pieniędzy, nocuje się w schroniskach, czasami w klasztorach, bo to jest stara trasa pielgrzymkowa do Santiago de Compostela (sprawdź na mapie), teraz uznana za dziedzictwo kulturowe, odnowiona i przywrócona do użytku dla wszystkich chętnych. Cały dzień wędruje się z plecakiem i w ten sposób poznaje się Hiszpanię z innej perspektywy, od zaplecza, bo idzie się bocznymi drogami przez wsie i miasteczka. Po drodze można zobaczyć różne ciekawe miejsca, do których zwykli turyści tak masowo nie docierają. Chciałabym tak pójść z tobą. Gdybyś mógł przyjechać na kilka dni, byłoby fantastycznie. Zastanów się nad tym, może to byłby fajny pomysł na nasze wspólne wakacje. Może w czerwcu, tak jak pisałeś? Mnie wystarczyłyby nawet takie malutkie, kilkudniowe:) Bo i tak najważniejsze, żeby być razem z Tobą.
Wojtek uśmiechnął się. „Też bym chciał być razem z Tobą — odpisał — ale na razie nie mogę się wyrwać. Ciągle myślę o Tobie, widzę Cię nawet w kroplach deszczu, brakuje mi Ciebie”. Najechał myszką na „Wyślij” i wiadomość pobiegła do Agi.
Tak, w Barcelonie może jest i wiosna, ale u nas kolejny dzień bez słońca. Spojrzał za okno i przed oczami pojawiła mu się szczupła, dziewczęca postać Agi. Oczami wyobraźni widział jej drobne dłonie i czarne włosy upięte wysoko w kok. Lubił ich zapach, lubił, gdy puszczone swobodnie łaskotały go w twarz. Niemal czuł ich dotyk. Westchnął głęboko na to wspomnienie, wszystko w nim buntowało się przeciw takiej rozłące. To nie była tylko zmysłowa fascynacja, pragnienie i pożądanie — to było coś więcej, coś zagadkowego, czego jeszcze nie umiał określić.
Spojrzał na duży zegar wiszący na ścianie. Jeszcze godzinka i będę mógł zamknąć lecznicę. Dziś i tak pewnie już nikt nie zajrzy. Martwił się, bo ostatnio w lecznicy był zastój, a to przekładało się oczywiście na finanse.
— Nieciekawie — westchnął i jakby w odpowiedzi na korytarzu usłyszał odgłos szarpaniny.
Do gabinetu wpadła para młodych ludzi z rosłym, łaciatym mieszańcem o wadze około dwudziestu kilogramów. Z ucha psa kapała krew.
— Nasz Noris znowu się pogryzł z jakimś kundlem. Tamten oberwał, ale naszemu też się dostało. Chyba trzeba go szyć — powiedziała dziewczyna.
— To proszę założyć mu kaganiec.
— Kiedy nie mamy.
Na takie okazje Wojtek miał w szafce tzw. kaganiec służbowy, wyjął go więc i podał właścicielom. Próbowali go założyć Norisowi, ale ten wykonywał zwinne, krótkie uniki i warczał przy tym ostrzegawczo. Właścicielka ze strachem cofała rękę, a chłopak stał obok i bezradnie się przyglądał. Wojtek nie mógł już na to patrzeć.
— Proszę przytrzymać za smycz! — zadysponował dziewczynie i stanął nad psem. Kiedy wydawało mu się, że pies jest unieruchomiony, spróbował wsunąć kaganiec zza właścicielki na pysk psa. Prawie mu się udało, ale Noris był wyjątkowo szybki, wyszarpnął się z niepewnego uchwytu i mocno uderzył zębami w rękę z kagańcem. Wojtek poczuł straszny ból prawej dłoni. Właścicielka odskoczyła ze strachem, a pies jeszcze raz zaatakował prawą rękę weterynarza, po czym błyskawicznie skoczył na lewą. Wojtek jednak był już za stołem. Spojrzał na swoją dłoń, w jej grzbiecie zobaczył dziury od wbitych zębów, w ranie dostrzegł obnażone kości śródręcza, ścięgna i naczynia. Wszystko jak na dłoni, przeleciało mu przez głowę. Z ręki zaczęła kapać mu krew, najpierw delikatnie, a potem mocnym strumieniem. Zrobiło mu się mdło, a przed oczami pojawiły mu się mroczki, trzęsły się pod nim nogi. Chwilę odczekał, zanim zebrał siły i mocnym głosem poprosił klientów o opuszczenie gabinetu. Zatkało go, kiedy usłyszał pytanie klientki:
— A co z uchem Norisa?
— A czy on na pewno jest szczepiony przeciw wściekliźnie? — syknął, zaciskając z bólu zęby.
Młodzi ludzie szybko wyszli ze szczerzącą zęby bestią. Wojtek włożył rękę pod kran z zimną woda, poczekał, aż lodowaty strumień przyniesie mu trochę ulgi. Próbował się skupić na tym, co robi, walcząc z narastającym bólem. Osuszył dłoń gazą i przyjrzał się ranie. Wyraźnie widział dziury po zębach. Spróbował poruszyć palcami — udało mu się, więc odetchnął z ulgą. Na szczęście pies nie naruszył ścięgien, kości czy dużych naczyń. Polał ranę wodą utlenioną; zapiekło tak, że aż zacisnął zęby. Wyjął bandaż i za pomocą lewej ręki niezgrabnie okręcił nim zranioną dłoń. Powinno wystarczyć, uznał i poszedł zamknąć furtkę. Miał dosyć na dziś.
W domu łyknął ibuprom, bo ręka pulsowała nieznośnie, ból świdrował mu aż za uszami. Ze też właśnie mnie musiało się coś takiego przytrafić, pomyślał rozżalony. Miał ochotę się przed kimś wyżalić; przyszedł mu na myśl Serpens, zaprzyjaźniony weterynarz z pobliskiej Rokitnej, który wprowadzał go w tajniki zawodu. Przez ostatnie pół roku Wojtek wiele się od niego nauczył, nawet zaczął uważać go za swojego mistrza. Teraz szybko odszukał w komórce jego numer, a kiedy usłyszał mocny głos znajomego, poczuł się lepiej. W kilku słowach opowiedział mu o pogryzieniu.
— Nie ma co rozpaczać nad rozlanym mlekiem, w naszym fachu tak bywa. Grunt, że masz sprawną rękę — stwierdził Serpens. — Teraz weź antybiotyk, najlepiej augmentin, i ewentualnie coś na beztlenowce. I pomyśl o wizycie u lekarza, a ja pogadam z Olgą. Nieźle sobie radzi u mnie z praktyką, na pewno chętnie ci pomoże. No to przeszedłeś chrzest — dodał i roześmiał się tubalnie.
Wojtek poczuł się raźniej i mimo pulsującego bólu zjadł kolację, którą zrobił Miki, bardzo przejęty kontuzją brata.
— Może to trzeba było zszyć? — martwił się młodszy brat. — Jak ty teraz będziesz pracował? Przecież z taką ręką nic nie zrobisz.
— Jutro będzie lepiej, wziąłem antybiotyk — odparł z przekonaniem Wojtek. Co prawda sam nie był tego taki pewien, ale lekarstwa powinny pomóc.
W nocy Wojtkowi śnił się olbrzymi skorpion — siedział mu na ręce, a on nie mógł go zrzucić. Próbował go strząsnąć, ale to tylko nasiliło ból ręki. Włożył ją do zimnej wody, ból zmienił się w odrętwienie, ale skorpion nadal nie ruszał się z miejsca. Widział go wyraźnie, był taki jak na ilustracji w starej książce Silva rerum. Sen nie wróżył niczego dobrego — skorpion był jakby ostrzeżeniem, zapowiedzią kłopotów. Wojtek już kilka razy się o tym przekonał. Teraz walczył z nim i zmagał się z bólem ręki, męczyły go na zmianę napady zimna i fale gorąca. Nad ranem zapad! w płytki sen.
Obudził go ruch w pokoju i delikatny zapach perfum. W pierwszej chwili, gdy leżał z zamkniętymi oczami, wydawało mu się, że to Aga. Miał wrażenie, że zaraz zobaczy jej uśmiechniętą twarz z lekko zadartym noskiem, że obudzi go jej głos i pocałunek. To na pewno by mu pomogło. Ale kiedy otworzył oczy, na tle zasłoniętego okna ujrzał inną dziewczynę. Zbliżyła się, postawiła na stoliku tacę z kanapkami i herbatą i popatrzyła na niego badawczo.
— Cześć, jak się czujesz? — zapytała z lekkim uśmiechem.
— Olga? Co ty tu robisz? — wymamrotał zaskoczony.
Olga była koleżanką Wojtka ze studiów; nie przyjaciółką, lecz po prostu znajomą z roku. Była bardzo zdolną, pewną siebie, a na dodatek piękną perfekcjonistką. Od kiedy jednak straciła pracę w Megaklinice, a Wojtek pomógł jej załatwić miejsce w lecznicy Serpensa, dziewczyna już nie była taka zadufana w sobie, już nie patrzyła na Wojtka z pobłażaniem; w spojrzeniu jej zielonych kocich oczu pojawiły się iskierki zaciekawienia, jakby zastanawiała się, czy chłopak wart jest jej uwagi.
— Cześć, biedaku, przysłał mnie Serpens. Przyjechałam trochę wcześniej, żeby pogadać z tobą o pacjentach przed otwarciem lecznicy. W kuchni spotkałam Mikiego, ale on gdzieś pędził. Zrobiłam ci małą przegryzkę. A teraz pokaż rękę i powiedz, jaką terapię zastosowałeś? — wyrzuciła z siebie jednym tchem, najwyraźniej trochę speszona sytuacją.
— Wziąłem augmentin i panadol, ale boli mnie jak wszyscy diabli — przyznał.
— Trzeba sprawdzić, co się tam dzieje. Tylko wpuszczę trochę światła — podeszła energicznie do okna i odsunęła zasłony.
Do pokoju wpadło szare światło deszczowego poranka i przez chwilę Wojtek nie wiedział, czy to wszystko nie jest tylko wymysłem jego wyobraźni. Olga w jego pokoju i to w roli troskliwej samarytanki? Wciąż czuł się tym zaskoczony Ale Olga jakby nigdy nic delikatnie wzięła go za rękę i odwinęła przesiąknięty krwią bandaż. Dłoń była opuchnięta, a rana po ugryzieniu zaogniła się, jej brzegi były czerwone i rozpulchnione.
— Nie za ładnie to wygląda — oceniła. — Może zrobić ci okład z rivanolu? I weź coś przeciw bakteriom beztlenowym, może metronidazol. Ale gdybyś miał temperaturę, to musisz iść do lekarza.
Chłopak skrzywił się znacząco. Bardzo mu się nie chciało opuszczać ciepłego łóżka i brnąć przez chlapę, a potem czekać jeszcze w olbrzymiej kolejce z kaszlącymi i kichającymi pacjentami.
— Nie strasz mnie! Sam potrafię o siebie zadbać. Nigdzie nie pójdę, przecież służba zdrowia to masakra!
Spojrzała na niego z pobłażaniem i powiedziała półgłosem:
— Ach, ci mężczyźni, niby tacy silni, inteligentni, a tacy delikatni.
— Nie o to chodzi... Ale ten tłok i kolejka, i wszyscy gadają o chorobach... Już od tego można się rozchorować — wytłumaczył jej.
— Dobrze, dobrze. — Zaśmiała się lekko. — Nie martw się, może nie będzie tak źle, w końcu jesteś pod moją opieką. Teraz powiedz, na co mam dzisiaj zwrócić uwagę w lecznicy, bo nie bardzo wiem, jak ty działasz.
— Słuchaj, wszystkie informacje o zwierzętach masz w komputerze, szukasz pod nazwiskiem właściciela — zaczął jej wyjaśniać. — A lekarstwa i sprzęt... Jeżeli będziesz miała wątpliwości, jestem na miejscu. — Uśmiechnął się słabo. — I w ogóle, wielkie dzięki za wsparcie. Powiedz tylko, jak się rozliczymy?
— Później o tym pogadamy, zobaczymy, co mi się uda zdziałać. Właściwie to ja jestem twoją dłużniczką za tę pracę u Serpensa — odparła i ruszyła do drzwi.
— Tylko pamiętaj o alarmie! — zawołał za nią.
— Miki już wyłączył — powiedziała, odwracając się w drzwiach. — Nie martw się, jakoś sobie poradzę.
Kiedy wyszła, Wojtek sięgnął po kubek z gorącą herbatą i pił, zagryzając kanapkami z szynką, serem i równiutko położonymi plasterkami pomidora posypanymi zielonym szczypiorkiem. Jak się postarała, nie to co Miki, uznał z zadowoleniem. Kiedy myślał o tych dwóch tak różnych dziewczynach, które pojawiły się w jego życiu, w głowie miał chaos. Obie są super. Agata jest moją dziewczyną i jest mi z nią dobrze. Pomogła mi wyjść z dola po śmierci rodziców, jest dla mnie kimś bardzo ważnym. Szkoda tylko, że teraz jest daleko. Ale mam z nią przecież kontakt, prawie codziennie gadamy przez skype’a albo mailujemy do siebie. No i zapowiadają się wspólne wakacje w Hiszpanii. A Olga? Ma bardzo ładny biust, to na pewno, przyjemnie popatrzeć. Nie wiedział, co o niej sądzić, nigdy nie podejrzewał, że może się podobać takiej dziewczynie. Bo Aga to co innego — jest bardziej otwarta i ufna, a może nawet trochę naiwna, ale z nią wszystko wydaje się za to proste. Olga była zupełnie inna, nie potrafił nazwać tej inności, ale czuł, że dziewczyna go intryguje, zwłaszcza gdy patrzy na niego swoimi pięknymi kocimi oczami. Ale co ona tu właściwie robi? Dlaczego stała się taka troskliwa? Robi to tylko z życzliwości czy chce się odwdzięczyć za to, że kiedyś jej pomogłem znaleźć pracę? Może próbuje pokazać się z dobrej strony, bo coś do mnie czuje?
