H.M.S. „Ulisses” - Alstair MacLean - ebook

H.M.S. „Ulisses” ebook

Alstair MacLean

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Muzeum Marynarki Wojennej w Gdyni

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 447

Rok wydania: 1988

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Alistair MacLean

H.M.S.„Ulisses”

Przełożył Leonid Teliga

Iskry • Warszawa • 1988

Tytuł oryginału

H.M.S. „Ulysses”

Projekt okładki Jan Bokiewicz

Redaktor Mirosław Kowalski

Redaktor techniczny Elżbieta Kozak

Korektor Grażyna Henel

Wydanie II

ISBN 83-207-1076-6

Copyright by Państwowe Wydawnictwo „Iskry”, Warszawa 1988

Państwowe Wydawnictwo „Iskry”, Warszawa 1988 r.

Wydanie II. Nakład 149 700+300 egz.

Ark. wyd. 17,5. Ark. druk. 18.

Papier offset, kl. III, 70 g, 61 cm (rola).

Łódzka Drukarnia Dziełowa, Zam. nr 468/1100/87. K-5

Rozdział pierwszy. Preludium: Niedziela po południu

Powoli, z rozmysłem, Starr zdusił niedopałek papierosa. Kapitanowi1 Vallery’emu wydało się, że gest ten zawierał w sobie dziwny posmak ostatecznej decyzji. Wiedział, co nastąpi, i pomimo tępego bólu głowy, jaki nie opuszczał go przez ostatnie dni, tylko przez moment uczuł gorycz klęski. Lecz trwało to tylko chwilę. Był rzetelnie zmęczony – zbyt zmęczony, aby się przejąć.

– Przykro mi, panowie, naprawdę przykro. – Starr uśmiechnął się lekko. – Nie z powodu rozkazów. Mogę was zapewnić, że decyzja Admiralicji (jestem o tym osobiście przekonany) jest w obecnej sytuacji jedynie słuszna i uzasadniona. Lecz żałuję, że... no..., że nie potraficie pojąć naszego punktu .widzenia.

Przerwał. Wyciągnąwszy platynową papierośnicę częstował czterech oficerów siedzących wraz z nim przy okrągłym stole w salonie kontradmirała. W odpowiedzi na cztery odmowne, milczące potrząśnięcia głową uśmiechnął się ponownie. Starannie wybrał papierosa i wsunął papierośnicę do wewnętrznej kieszeni szarej dwurzędowej marynarki. Poprawił się w krześle. Uśmiech zniknął. Nietrudno było sobie wyobrazić na cywilnym garniturze złote oznaki i galony wiceadmirała Vincenta Starra, zastępcy szefa operacyjnego floty.

– Gdy dziś rano odlatywałem z Londynu – mówił spokojnie – byłem niezadowolony. Bardzo niezadowolony. Jestem bardzo zajęty. Myślałem, że Pierwszy Lord Admiralicji marnuje zarówno mój, jak i swój czas. Gdy wrócę, będę musiał go za to przeprosić. Sir Humphrey miał rację. Jak zwykle zresztą...

Zniżył głos do szeptu; w pełnej napięcia ciszy zgrzytnęło kółko zapalniczki. Pochylił się do przodu, oparł o stół i mówił dalej cichym głosem:

– Bądźmy zupełnie szczerzy, panowie. Spodziewałem się, miałem prawo się spodziewać całkowitego poparcia z waszej strony i pełnej współpracy przy jak najspieszniejszym załatwieniu tej nieprzyjemnej sprawy. Nieprzyjemna sprawa? – Uśmiechnął się kwaśno. – Dobieranie słów nic nie pomoże. Bunt, panowie, to jest ogólnie przyjęte określenie na takie wypadki. Gardłowa sprawa, o tym chyba nie muszę przypominać. A tymczasem co zastałem? – Powiódł wzrokiem wokół stołu. – Oficerowie floty Jego Królewskiej Mości łącznie z dowódcą okrętu flagowego jeśli nie popierają, to sympatyzują z buntem załogi maszynowej!

Przesadza! – pomyślał z trudem Vallery. – Prowokuje.

W słowach i tonie brzmiało pytanie, wyzwanie do odpowiedzi.

Repliki nie było. Oficerowie siedzieli nachmurzeni Cztery indywidualności; czterech mężczyzn – zupełnie różnych, a mimo to w tej chwili zadziwiająco do siebie podobnych: twarze poważne i nieruchome, poorane głębokimi zmarszczkami, oczy spokojne, zmrużone, tak bardzo postarzałe.

– Nie zdołałem was przekonać, panowie? – kontynuował. – Uważacie, że dobór moich słów jest nieco... hm... nieprzyjemny? – Pochylił się do tyłu. – Hm... bunt. – Smakował to słowo, zacisnął wargi, znów spojrzał wokół. – Nie, to nie brzmi przyjemnie, prawda, panowie? Prawdopodobnie znów znaleźlibyście inną nazwę? – Potrząsnął głową, pochylił się, palcami wygładził służbową depeszę.

– „Powróciliśmy po uderzeniu na Lofoty – czytał. – 15.45 – minięto zaporę; 16.10 – odstawiono maszynę2; 16.30 – z barki z zapasami i żywnością przy burcie, wyznaczono mieszany oddział marynarzy i palaczy do wyładunku beczek na smary; 16.50 —zameldowano kapitanowi, że palacze odmówili wykonania rozkazu starszego bosmana Hartleya, potem w kolejności – szefa palaczy Hendry’ego, porucznika inżyniera Griersona i komandora inżyniera. Podejrzewa się, że prowodyrami są palacze: Riley i Petersen; 17.05 – nie wykonano rozkazu kapitana; 17.15 – profos i podoficer inspekcyjny znieważeni czynnie podczas pełnienia obowiązków służbowych”. – Podniósł wzrok. – Jakich obowiązków? Czy podczas próby aresztowania prowodyrów?

Vallery przytaknął w milczeniu.

– „17.15 – widocznie przez sympatię dla buntowników oddział marynarzy przerwał pracę, obyło się bez rękoczynów; 17.25... 17.25 – kapitan przez głośnik ostrzegał przed konsekwencjami, rozkazał powrócić do pracy. Rozkaz nie został wykonany; 17.30 – depesza do dowódcy eskadry na «Duke of Cumberland» z prośbą o pomoc”.

Starr znów podniósł głowę, chłodno spojrzał na Vallery’ego.

– Dlaczego właśnie depesza do admirała? Z pewnością własna piechota morska...

– To był mój rozkaz – przerwał krótko Tyndall. – Rzucić własną piechotę morską przeciwko ludziom, z którymi pływali przez dwa i pół roku? Niemożliwe! Na tym okręcie nie ma antypatii między marynarzami i żołnierzami, admirale Starr. Zbyt wiele przeżyli wspólnie... Zresztą – dodał sucho – całkiem możliwe, że piechota morska także odmówiłaby wykonania rozkazu. Proszę nie zapominać, że jeśli użylibyśmy naszych ludzi do stłumienia tego... no... buntu, „Ulisses” skończyłby swoją karierę jako jednostka bojowa.

Starr patrzył na niego uparcie, wreszcie opuścił wzrok na depeszę.

– „18.30 – oddział piechoty morskiej przybywa z «Cumberlanda» i wchodzi na «Ulissesa» nie napotykając sprzeciwu. Próbuje aresztować sześciu czy ośmiu prowodyrów, palacze i marynarze stawiają gwałtowny opór; wywiązuje się zacięta walka na rufie, w mesie palaczy i pomieszczeniach mechaników; walka trwa do godziny 19.00; nie używano broni palnej, lecz jest 2 zabitych, 6 ciężko i 35 do 40 lekko rannych”. – Starr skończył czytać. Gwałtownym ruchem zgniótł meldunek. – Wiecie, panowie, zaczynam wierzyć, że macie rację... – jego głos był pełen ironii. – Bunt! Trudno to nazwać buntem. Pięćdziesięciu rannych i zabici. „Bitwa” to bardziej odpowiednie określenie.

Słowa i uszczypliwy ton admirała nie wywołały reakcji. Czterej oficerowie siedzieli bez ruchu, nie kryjąc swej obojętności.

Twarz admirała Starra zlodowaciała.

– Obawiam się, że nie potraficie obiektywnie spojrzeć na sprawy, panowie. Byliście tu przez dłuższy czas, a taka izolacja zniekształca perspektywę. Czy muszę wyższym oficerom przypominać, że podczas wojny osobiste uczucia, przeżycia i cierpienia nie mogą być brane pod uwagę? Liczą się jedynie flota i ojczyzna. – Delikatnie uderzył w stół; gest był rozkazujący w swoim hamowanym zniecierpliwieniu. – Mój Boże, panowie – wykrztusił – ważą się losy świata, a wy w egoistyczny, niewybaczalny sposób dajecie się pochłaniać własnym nieważnym sprawom! Macie czelność powiększać niebezpieczeństwo!

Komandor Turner uśmiechnął się ironicznie.

Piękna mowa, chłopcze, naprawdę piękna, chociaż przypomina wiktoriański melodramat. Gierka z zaciskaniem zębów z pewnością była niepotrzebna. Jaka szkoda, że nie przemawiasz w parlamencie. Zyskałbyś uznanie na ławach rządowych. – A później z niejakim zdumieniem pomyślał: – A jeżeli on jest naprawdę szczery?

– Przywódcy będą ujęci i ukarani, surowo ukarani. – Teraz głos brzmiał cierpkim, kąśliwym akcentem. – Tymczasem Czternasta Eskadra Lotniskowców ma spotkanie w Cieśninie Duńskiej w środę o godzinie 10.30 zamiast we wtorek; wysłaliśmy radiogram do Halifaxu, aby opóźnić wyjście konwoju. Jutro o godzinie 6.00 wyruszacie na morze. – Spojrzał na kontradmirała Tyndalla. – Proszę wydać rozkaz wszystkim okrętom, admirale!

Tyndall, którego w całej flocie znano pod przezwiskiem „Farmer Giles”, nie odpowiedział. Jego grubo ciosana twarz, zwykle pogodna i ruchliwa, wyrażała zawziętość, spojrzenie spod ciężkich powiek spoczęło z niepokojem na kapitanie Vallerym. Admirał zastanawiał się, jakie męki przeżywa w tej chwili ten uprzejmy, wrażliwy człowiek. Lecz wynędzniała od trudów twarz Vallery’ego nic mu nie zdradziła. Wszystko kryło się za delikatną maską opanowania.

– To chyba wszystko, co można na ten temat powiedzieć, proszę panów – ciągnął Starr. – Nie będę udawał, że macie przed sobą łatwy rejs. Sami dobrze wiecie, jaki los spotkał trzy ostatnie duże konwoje: PQ 17, FR 71 i 74. Nie znaleźliśmy jeszcze sposobu na akustyczne torpedy i sterowane bomby. Poza tym nasz wywiad w Bremie i Kolonii (co zresztą potwierdziły ostatnie wypadki na Atlantyku) melduje, że najnowszą taktyką łodzi podwodnych jest atakowanie w pierwszej kolejności eskorty... Może uratuje was pogoda...

Ty stary, mściwy diable – pomyślał bez gniewu Tyndall. – Niech cię szlag trafi! Mów dalej, używaj sobie.

– Przypuśćmy, że – choć będzie to wyglądało jak w wiktoriańskim melodramacie – damy „Ulissesowi” szansę odkupienia popełnionych win... – Starr odczekał niecierpliwie, aż Turner opanuje nagły atak kaszlu. – A potem, panowie, na Śródziemne. Ale najpierw FR 77 popłynie do Murmańska... bez względu na przeszkody... – Wściekłość przeświecała pod cienką warstewką uprzejmości. Przy ostatnim słowie głos Starra załamał się i zapiszczał. – „Ulisses” musi zapamiętać, że dowództwo floty w żadnym wypadku nie będzie tolerować niewykonania rozkazów, zaniedbywania służby, zorganizowanej rewolty i buntu!

– Bzdury!

Starr szarpnął się w fotelu, zacisnął dłonie na poręczach. Powiódł wokół wzrokiem i zatrzymał spojrzenie na komandorze lekarzu Brooksie; jego niezwykle żywe niebieskie oczy dziwnie wrogo błyszczały w tej chwili spod wspaniałej siwej grzywy.

Tyndall, patrząc na te pełne złości oczy, dostrzegł jednocześnie, jak krew napływa do twarzy Brooksa i westchnął cicho. Zbyt dobrze wiedział, co to znaczy. „Starego Sokratesa” zaraz rozsadzi irlandzki temperament.

Kontradmirał Tyndall chciał się odezwać, lecz pod wpływem gwałtownego gestu Starra opadł na fotel.

– Co pan powiedział, komandorze? – głos admirała brzmiał miękko, bezdźwięcznie.

– Bzdury! – z naciskiem powtórzył Brooks. – Nonsens, powiedziałem. Chciał pan szczerości. Dobrze, będę szczery. Zaniedbywanie służby, zorganizowana rewolta i bunt. Akurat! Przypuszczam jednak, że musiał pan znaleźć dla tego jakieś określenie, coś dobrze mieszczącego się w granicach pańskiego doświadczenia. Bóg jeden wie, za pomocą jakich dziwnych skojarzeń, dzięki jakiej ekwilibrystyce myślowej potrafi pan postawić znak równania między wczorajszymi zajściami na pokładzie „Ulissesa” a tak dobrze panu znanymi sformułowaniami kodeksu.

Brooks przerwał. W chwili milczenia wszyscy usłyszeli cienkie zawodzenie bosmańskiego gwizdka. Prawdopodobnie przepływał obok jakiś okręt.

– Niech mi pan powie, admirale – mówił dalej doktor – czy złego ducha szaleństwa mamy wyganiać za pomocą chłosty? To dość stary zwyczaj średniowieczny. Czy może przez pławienie? Pamięta pan świnie Gaderena w Biblii? A może uważa pan, że dwa lub trzy miesiące zamknięcia w lochu są najlepszym lekarstwem na gruźlicę?

– Brooks, na miłość boską, o czym pan mówi? – ze złością spytał Starr. – Świnie Gaderena, gruźlica! Co pan chce przez to powiedzieć? Proszę się wytłumaczyć! – Niecierpliwie zabębnił palcami po stole, wysoko uniósł brwi. – Mam nadzieję, komandorze Brooks, że pan uzasadni swoje zuchwalstwo, wytłumaczy te impertynencje...

– Jestem przekonany, że komandor Brooks nie miał zamiaru nikomu ubliżyć, panie admirale – po raz pierwszy odezwał się kapitan Vallery. – Chciał tylko wyrazić...

– Przepraszam, kapitanie Vallery – przerwał mu Starr. – Sam potrafię wydać o tym sąd. Tak mi się przynajmniej zdaje. – Uśmiechnął się cierpko. – No, proszę, komandorze Brooks.

Lekarz spojrzał nań uważnie, z zastanowieniem.

– Usprawiedliwiać się? – uśmiechnął się ze zmęczeniem. – Nie, panie admirale, tego nie potrafię. – Starr poczerwieniał lekko, słysząc ton tej wypowiedzi. – Lecz postaram się wytłumaczyć moje stanowisko – kontynuował Brooks. – To może przynieść korzyść.

Umilkł. Wsparł łokcie na stole. Przez chwilę charakterystycznym ruchem gładził bujną czuprynę. Nagle podniósł głowę i spytał:

– Panie admirale, kiedy pan był ostatni raz na morzu?

– Ostatni raz na morzu? – Starr nachmurzył się. – Cóż to pana, u diaska, obchodzi? Co to ma wspólnego z omawianą sprawą?

– O, bardzo dużo wspólnego – stwierdził Brooks. – Czy będzie pan uprzejmy odpowiedzieć na moje pytanie?

– Chyba wie pan i bez tego – odpowiedział spokojnie Starr. – Od początku wojny siedzę w Londynie w Głównym Dowództwie Marynarki Wojennej. O co właściwie chodzi?

– O nic. Pańska prawość i odwaga nie mogą być kwestionowane. Wszyscy o tym dobrze wiemy. Po prostu chciałem skonstatować fakt. – Brooks pochylił się do przodu. – Jestem lekarzem marynarki, admirale Starr. Jestem lekarzem od przeszło trzydziestu lat. – Uśmiechnął się ledwie widocznie. – Bardzo możliwe, że marny za mnie doktor, nie dotrzymuję kroku najnowszym osiągnięciom medycyny, tak jak powinienem... Ze spokojnym sumieniem mogę jednak stwierdzić, że dość zgłębiłem ludzką naturę. Nie czas w tej chwili na skromność. Wiem, jak kształtują się myśli, jak oddziałują na siebie wzajemnie ciało i duch. „Izolacja zniekształca perspektywę” – to pańskie słowa, admirale. Izolacja oznacza odcięcie, oderwanie od świata. Pański wniosek był częściowo słuszny. Lecz istnieje więcej światów niż jeden i w tym tkwi sedno. Morza północne, Arktyka, trasa wiecznej nocy do Rosji – to wszystko jest inny świat, całkowicie odmienny od pańskiego. To świat, o którym pan nie może mieć pojęcia. W istocie jest pan całkowicie odizolowany od naszego świata.

Starr nachmurzył się. Odchrząknął, jak gdyby miał zamiar przemówić, lecz Brooks nie dopuścił go do słowa.

– Jest to coś wyjątkowego, co nie ma precedensu w historii wojen. Rosyjskie konwoje są czymś zupełnie nowym, absolutnie nie spotykanym w historii ludzkości.

Urwał. Przez grube szkło iluminatora patrzył na mokry śnieg, siekący szarą wodę i ciemnobrunatne wzgórza otaczające redę w Scapa.

Nikt nie przerwał milczenia. Naczelny chirurg nie skończył jeszcze. Człowiek zmęczony musi mieć czas, by zebrać myśli.

– Ludzkość oczywiście może się przystosować do każdych warunków. – Brooks mówił cicho, jak gdyby do siebie. – Przez całe wieki przystosowywała się zarówno biologicznie, jak i fizycznie, aby nie zginąć. Lecz to wymaga czasu, bardzo dużo czasu. Nie można żądać, żeby przemiany wymagające dwudziestu wieków skrócić do paru lat. Tego nie wytrzyma ani mózg, ani ciało. Niewątpliwie, można próbować. Dzięki wyjątkowej prężności i wytrzymałości człowiek może to znieść przez krótki okres. Lecz bardzo szybko osiąga granicę, maksymalną możliwość adaptacji. Pchnijcie człowieka poza tę granicę, a za nic nie można ręczyć. Specjalnie powiedziałem „za nic”, ponieważ nie wiemy jeszcze, jak będzie wyglądać załamanie, ale ono nastąpić musi. Może byś fizyczne, umysłowe, duchowe, sam nie wiem jakie. Lecz jednego jestem pewien, admirale Starr, załoga „Ulissesa” została zmuszona do przekroczenia owej granicy.

– Bardzo to ciekawe, komandorze – cierpko stwierdził admirał. – Naprawdę bardzo ciekawe... bardzo pouczające. Niestety, pańska teoria (a jest to tylko teoria) nie może być uwzględniona.

Brooks wpatrywał się w niego.

– Nawet nie może być tematem dyskusji. To są bzdury, doktorze. Pańskie przesłanki są z gruntu błędne. – Admirał pochylił się do przodu. Ruchem ręki podkreślał słowa. – Ta przepaść, ta różnica pomiędzy konwojami do Rosji a normalnymi działaniami na morzu w ogóle nie istnieje. Czy może pan wymienić jakiekolwiek czynniki lub warunki istniejące na morzach północnych, których nie spotyka się w innych częściach świata? Czy potrafi pan, komandorze Brooks?

– Nie! – Brooks był zupełnie opanowany. – Lecz mogę wskazać na często przeoczany fakt, że różnice w natężeniu i koncentracji tych czynników i warunków mogą mieć znacznie silniejszy i głębszy wpływ niż różnice w ich rodzaju. Zaraz to wyjaśnię. Strach może zniszczyć człowieka. Stwierdzam, że strach jest uczuciem naturalnym. Spotykamy się z nim na każdym teatrze wojennym. Stwierdzam jednak, że nigdzie nie spotykamy go tak często i w takim natężeniu, jak w konwojach arktycznych. Niepewność, napięcie mogą załamać każdego człowieka. Widziałem to często, o wiele za często! A jeśli nerwy są napięte do ostateczności, czasem przez siedemnaście dni z rzędu; gdy każdy dzień przypomina, co może cię spotkać; gdy codziennie widzisz rozwalone, tonące okręty, poszarpane ciała; cóż... jesteśmy tylko ludźmi, nie maszynami. Coś musi nawalić. I nawala. Chyba pan wie, admirale, że po dwóch ostatnich rejsach dziewiętnastu ludzi wysłaliśmy do sanatoriów, do sanatoriów dla umysłowo chorych?

Brooks wstał. Grube, mocne dłonie wsparł na polerowanej powierzchni stołu, oczyma świdrował Starra.

– Głód wypala żywotną energię ludzi. Wysysa siły, osłabia reakcję, niszczy wolę walki, nawet wolę przetrwania. Dziwi to pana, admirale? Pan myśli, że głód jest niemożliwy na nowoczesnym, dobrze zaopatrzonym okręcie? Jest możliwy, panie admirale Starr. Jest nieunikniony. Wysyła nas pan na morze, gdy rosyjski sezon jest zakończony; gdy noce są niewiele dłuższe od dni; gdy na dwadzieścia cztery godziny dwadzieścia spędza się na wachcie lub stanowiskach bojowych. I sądzi pan, że w tych warunkach można się dobrze odżywiać? – Uderzył dłonią w stół. – Jak, u diabła, można tego dokonać, jeśli kucharze prawie cały czas spędzają w magazynach amunicyjnych, przy obsłudze wież artyleryjskich, w oddziałach remontowych? Jedynie rzeźnik i piekarz są od tego zwolnieni, więc żywimy się kanapkami z konserwą wołową. Przez całe tygodnie Kanapki z corned-beefem! – doktor Brooks o mało nie splunął z obrzydzenia.

Poczciwy Stary Sokrates – myślał uszczęśliwiony Turner. – Nareszcie mu powiedział!

Tyndall potakiwał z wielkim uznaniem. Tylko Vallery czuł się nieswojo. Nie z powodu treści, ale dlatego, że to Brooks mówił. On, Vallery, jest dowódcą, a ktoś inny bierze na siebie odpowiedzialność.

– Strach, napięcie, głód – Brooks mówił cicho – to są czynniki załamujące ludzi, niszczące ich tak dokładnie, jak może zniszczyć ogień, stal czy zaraza. To są mordercy. Lecz to jeszcze nie wszystko, admirale Starr. To są tylko wykonawcy, można powiedzieć pomocnicy trzech jeźdźców Apokalipsy – chłodu, braku snu i wyczerpania. Czy pan wie, admirale Starr, jak w noc lutową bywa między wyspami Mayen a Niedźwiedzią? Oczywiście nie! Czy pan wie, jak to bywa przy dwudziestostopniowym mrozie na Oceanie Północnym, który nie zamarza? Czy pan wie, jak przy dwudziestu stopniach poniżej zera wicher pędzący z wyciem od bieguna do grenladzkich lodowców skalpelem przecina najgrubszą odzież? Gdy na pokładzie spiętrzy się pięćset ton lodu; gdy wystarczy nie osłonić najdrobniejszej cząstki ciała, aby odmrozić ją w pięć minut; gdy dziób okrętu wali się w dolinę między falami, a bryzgi uderzają już jako kawałki lodu; gdy silny mróz niszczy nawet baterie latarek elektrycznych? Czy pan wie, admirale Starr, no... wie pan czy nie?

Brooks cisnął te słowa w admirała, wbił je w niego.

– A czy pan wie, co znaczy wytrzymywać długie dni bez snu? Przez całe tygodnie sypiać ledwie po dwie, trzy godziny na dobę? Zna pan te wrażenia, admirale! Owo wyraziste uczucie, gdy każdy nerw, każda komórka w ciele i mózgu napięte są do granic wytrzymałości i spychają człowieka na skraj szaleństwa. Co pan o tym wie, admirale Starr? To najbardziej wyszukany na świecie rodzaj agonii. Wówczas za błogosławiony przywilej zamknięcia oczu i machnięcia ręką na wszystko można by sprzedać swoich przyjaciół, rodzinę, a nawet nadzieję na nieśmiertelność! Wszystkiemu temu towarzyszy zmęczenie, potworne wyczerpanie, które nigdy nie mija. Częściowo jest to osłabiające działanie chłodu, częściowo brak snu, a częściowo skutek złej pogody. Sam pan wie, jak wyczerpujące są zmagania (choćby przez parę godzin) z kołyszącym się, nurkującym pokładem. Nasi chłopcy żyją w tym przez całe miesiące. Sztormy są zwykłym zjawiskiem podczas arktycznych rejsów. Mogę pokazać panu dziesięciu, dwudziestu starych ludzi, z których żaden nie ma jeszcze dwudziestu lat...

Brooks odepchnął fotel i zaczął niespokojnie spacerować w poprzek kajuty. Tyndall i Turner wymienili spojrzenia, a później zwrócili wzrok na Vallery’ego. Zgarbiony, z pochyloną głową bezmyślnie wpatrywał się w swoje splecione dłonie. Przez chwilę wydało się, że Starr nie istnieje.

– To jest szatański, morderczy krąg. – Oparty o ścianę Brooks, z rękami wsuniętymi głęboko w kieszenie, spoglądał nie widzącymi oczyma przez zamglony iluminator. – Im mniej snu, tym większe znużenie. Im większe znużenie, tym łatwiej odczuwa się chłód. I tak w koło. A przy tym nieustanny głód i straszliwe napięcie. Wszystko oddziałuje na siebie wzajemnie, każdy czynnik sprzymierza się z innymi, aby zniszczyć człowieka, złamać go fizycznie i psychicznie i wydać na łup chorobie. Tak, admirale, chorobie! – Roześmiał się w twarz Starrowi, ale w śmiechu tym nie było wesołości. – Ludzie upakowani jak śledzie w beczce, pozbawieni ostatniej szansy obrony, zamknięci na długie dni pod pokładem. Czegóż mogą oczekiwać? Jedynie gruźlicy. Jest nieunikniona. – Wstrząsnął się. – Tak, do szpitala zabrałem zaledwie paru chorych, lecz wiem, że czynna gruźlica płuc dojrzewa pod pokładem. Już miesiące temu widziałem, jak zbliża się załamanie. Kilkakrotnie alarmowałem naczelnego lekarza floty. Dwa razy pisałem do Admiralicji. Współczuli, i to wszystko. Brak okrętów, brak ludzi... Reszty dokonało ostatnie sto dni, dodatek do poprzednich miesięcy. Sto dni prawdziwego, krwawego piekła, bez jednej godziny na brzegu. Do portu zawijaliśmy dwukrotnie, tylko po amunicję. Całe zaopatrzenie: paliwo i żywność pobieraliśmy ze statków na morzu. A każdego dnia otchłań zimna, głodu, niebezpieczeństwa i męki. Na miłość boską, nie jesteśmy maszynami! – krzyknął i ruszył w stronę Starra, nadal trzymając ręce głęboko w kieszeniach. – Trudno mi o tym mówić w obecności dowódcy, lecz każdy oficer na okręcie, z wyjątkiem kapitana Vallery’ego, wiedział, że załoga musi się – jak pan to mówi – zbuntować. Zbuntowałaby się już dawno, gdyby nie kapitan Vallery. Nadzwyczajna osobista lojalność załogi, uwielbienie, rodzaj bałwochwalstwa dla dowódcy jest czymś, czego nie spotykałem w mojej karierze, admirale Starr.

Tyndall i Turner zamruczeli z aprobatą. Vallery nadal siedział bez ruchu.

– Lecz nawet i lojalność ma granice. To musiało nastąpić. A teraz pan mówi o karze, o aresztowaniach. Wielki Boże! Z równym powodzeniem może pan wieszać ludzi za to, że to trędowaci, lub skazywać na więzienie, ponieważ chorują na raka! Nasza załoga jest równie niewinna. Po prostu nie mogli się opanować. Nie potrafią już rozróżnić, co złe, a co dobre. Nie potrafią myśleć logicznie. Chcą tylko odpocząć, mieć trochę spokoju, parę dni błogosławionej ciszy. Daliby za to wszystko, co mają na świecie. Nie są już zdolni myśleć o czymkolwiek innym. Czy pan nie potrafi tego zrozumieć, admirale Starr?... Nie potrafi pan? Naprawdę nie?

Przez dłuższą chwilę w kabinie admirała panowała martwa cisza. Wysokie, delikatne zawodzenie wiatru i szelest gradu wydawały się nienaturalnie głośne. Starr zerwał się nagle z fotela, sięgnął po rękawiczki. Vallery po raz pierwszy uniósł wzrok. Zrozumiał, że Brooks przegrał.

– Kapitanie Vallery, proszę mój kuter pod burtę. Natychmiast! Admirał Starr był znowu spokojny.

– Jak najszybciej należy uzupełnić ropę, żywność i amunicję. Admirale Tyndall, życzę panu i pańskiej eskadrze szczęśliwej podróży. Jeśli chodzi o pana, komandorze Brooks, dostatecznie dobrze zrozumiałem pańską argumentację. – Wargi admirała rozchylił chłodny uśmiech. – Pan jest zupełnie wyraźnie przepracowany i potrzebuje odpoczynku. Zwolnienie z okrętu dostanie pan dziś przed północą. Kapitanie, proszę za mną...

Zwrócił się ku drzwiom, ale zdążył zrobić tylko dwa kroki, gdy zatrzymał go głos Vallery’ego:

– Chwileczkę, panie admirale, jeśli łaska.

Starr zrobił w tył zwrot. Kapitan Vallery nie uczynił żadnego ruchu. Siedział nieruchomo; uśmiechał się. W uśmiechu tym była uprzejmość, wyrozumiałość i przedziwna nieugiętość. Starr poczuł lekkie zakłopotanie. Vallery przemówił:

– Komandor chirurg Brooks jest wyjątkowym oficerem. Jest naprawdę bezcenny, niezastąpiony i bardzo na „Ulissesie” potrzebny. Pragnąłbym nadal korzystać z jego pomocy...

– Decyzja już zapadła – przerwał Starr. – Mam wrażenie, że pan wie, jaką władzę dała mi Admiralicja polecając przeprowadzić śledztwo...

– Tak jest! – Vallery był nadal spokojny. – Jednak powtarzam, że nie stać nas na to, aby tracić oficera tej miary, co Brooks.

Słowa i ton były grzeczne, pełne szacunku, lecz sens ich nie pozostawiał wątpliwości.

Brooks zrobił krok do przodu. Na twarzy jego malowało się zmieszanie. Nim zdążył otworzyć usta, zręcznie i wytwornie wtrącił się Turner.

– Przypuszczam, że na konferencję byłem zaproszony nie tylko dla celów dekoracyjnych – mówił sennie, wlepiając oczy w sufit. – Wydaje mi się, że powinienem coś powiedzieć... Bez zastrzeżeń zgadzam się z każdym słowem starego Brooksa...

Starr zesztywniał. – A pan, admirale? – zwrócił się do Tyndalla.

Całe napięcie i troska zniknęły z twarzy kontradmirała. Wyglądał jak prawdziwy „Farmer Giles” z zachodnich prowincji. Rozmyślał obojętnie, że ważą się losy jego kariery. Śmieszne – powiedział sobie w duchu – jak nagle cała kariera może stać się zupełnie czymś nieważnym.

– Jako dowódca przede wszystkim troszczę się o utrzymanie najwyższej zdolności bojowej eskadry. Niektórzy ludzie są niezastąpieni. Kapitan Vallery uważa, że doktor Brooks jest jednym z nich. Całkowicie się z nim zgadzam.

– Rozumiem, panowie – z trudem wykrztusił Starr. Twarz mu płonęła. – Konwój wyruszył już z Halifaxu i mam związane ręce. Lecz popełniacie wielki błąd, panowie, przystawiając Admiralicji pistolet do skroni. Tam, w Whitehall, mamy dobrą pamięć. Całą sprawę przedyskutujemy dokładnie... po waszym powrocie. Żegnam panów.

Wstrząsany dreszczami Brooks ciężko stąpał po schodach wiodących z górnego pokładu; minął kuchnię i poszedł w kierunku izby chorych. Johnson, starszy felczer, wyjrzał z gabinetu zabiegowego.

– Jak się mają nasi chorzy? – spytał lekarz. – Trzymają się dzielnie?

Johnson ponurym wzrokiem obrzucił osiem łóżek.

– Przeklęci dekownicy. Połowa z nich, cholera, wygląda lepiej ode mnie. Spójrz pan na palacza Rileya; ma złamany palec i kupę numerów „Reader’s Digest”. Próbowano już wszystkich sposobów leczenia, drze się ciągle, żeby mu dać sulfatiazol, penicylinę i wszystkie najnowsze antybiotyki. Nie potrafi wymówić połowy nazw. Zdaje mu się, że umiera.

– Wielka strata – mruknął naczelny chirurg. – Nie rozumiem, co też komandor Dodson w nim widzi? A co słychać w szpitalu?

Twarz Johnsona zmieniła wyraz.

– Chodzą całkiem bez głowy – odpowiedział drewnianym głosem. – Pięć minut temu, o trzeciej, zmarł szeregowy marynarz Ralston.

Brooks pochylił głowę. Umieszczenie tego poharatanego chłopca w szpitalu było tylko gestem. Komandor poczuł się zmęczony. Zwano go Starym Sokratesem, lecz on dopiero teraz odczuł ciężar swoich lat, może nawet więcej niż swoich lat. Być może minęłoby to po dobrze przespanej nocy, lecz nie mógł na nią liczyć. Westchnął.

– Zmartwiła cię ta śmierć, prawda?

– Osiemnaście lat. Miał zaledwie osiemnaście lat – cicho odpowiedział rozgoryczony Johnson. – Przed chwilą rozmawiałem z Burgessem, tym z sąsiedniego łóżka. Opowiadał, że Ralston stał właśnie na progu umywalni z ręcznikiem na ramieniu. Obok przebiegał tłum. Nagle wpadł ten przeklęty, wielki jak goryl sołdat i walnął go kolbą w głowę. Chłopak nawet nie wiedział, kto go zdzielił, nie wiedział za co...

Brooks uśmiechnął się smutno.

– Wiesz, że to się nazywa „buntownicze gadanie”, Johnson – powiedział miękko.

– Przepraszam. Wiem, że nie powinienem, ale... tak...

– Daj spokój, chłopcze. Przecież to ja pytałem. Nie można zabronić myśleć. Ale nie trzeba myśleć na głos. To jest... to jest... niebezpieczne dla morskiej dyscypliny. Zdaje się, że woła cię twój przyjaciel Riley. Najlepiej spraw mu słownik.

Odwrócił się i przesunął między zasłonami sali operacyjnej. Nad dentystycznym fotelem widać było czarną czuprynę. Porucznik Johnny Nicholls, młodszy chirurg, zerwał się trzymając w lewej ręce plik blankietów.

– Halo, komandorze! Może szklaneczkę? – Twarz Brooksa rozjaśniła się.

– Wspaniały pomysł, poruczniku. Bardzo się cieszę, że w dzisiejszych czasach można spotkać młodego oficera, który rozumie, o co chodzi. Dziękuję, dziękuję. – Z westchnieniem usiadł na fotelu. Poprawiał oparcie pod głową. – Gdybyś tak, mój chłopcze, podniósł jeszcze oparcie pod stopy... o tak. Dziękuję. – Wyciągnął się wygodnie, układając głowę na podpórce. Znów westchnął. – Jestem już stary, mój chłopcze.

– Ależ skąd, komandorze – odparł energicznie Nicholls. – To po prostu lekka niedyspozycja. A teraz, jeśli pan pozwoli, przepiszę panu odpowiednie lekarstwo...

Podszedł do szafki, wyłowił dwie szklaneczki i prążkowaną ciemnozieloną butelkę z napisem „Trucizna”. Napełnił szklanki i jedną podał Brooksowi. – Moje osobiste zalecenie: na zdrowie!

Brooks najprzód spojrzał na bursztynowy płyn, a potem na Nichollsa.

– Na szkockim uniwersytecie uczyli was pogańskich praktyk, mój chłopcze... Wspaniali kompani z tych starych dzikusów. Co mi dajesz tym razem, Johnny?

– Coś pierwszej klasy – śmiał się Nicholls. – Produkt wyspy Coli.

Stary chirurg spojrzał na niego podejrzliwie. – Nie wiedziałem, że i tam mają gorzelnie...

– Nie mają. To ja sobie wymyśliłem Coli. Jak tam sprawy na górze?

– Cholernie źle! Pewien facet groził nam, że wszyscy zawiśniemy na rei. Specjalnie uczepił się mnie. Mówił, że natychmiast powinienem być wyrzucony z okrętu. I mówił prawdę.

– Pan?! – Nicholls szeroko otworzył zaczerwienione od bezsenności, głęboko zapadnięte piwne oczy. – To żarty!

– Nie. Naprawdę. Ale wszystko jest po dawnemu. Nie odchodzę. Stary Giles, szyper i Turnes powiedzieli Starrowi, że jeśli mnie zwolni, może od razu szukać sobie nowego admirała, kapitana i komandora. Wariaci! Naturalnie nie powinni byli tak mówić, ale to wywarło wrażenie.

Stary Vincent odszedł głęboko urażony, rzucając nieokreślone pogróżki... nie takie znów nieokreślone, jak się zastanowić.

– Przeklęty stary dureń – powiedział współczująco Nicholls.

– W rzeczywistości nie taki zły, Johnny. Właściwie to wspaniały chłop. Nie zrobią cię dyrektorem departamentu operacyjnego floty za darmo. Giles opowiadał, że to mistrz, jeśli chodzi o strategię i taktykę. Naprawdę nie jest taki zły, jak go malujemy. Nie możemy mieć pretensji do starego Vincenta, że nas znów wypycha na morze. Chłop ma przed sobą zadanie nie do rozwiązania. Dysponuje ograniczonymi środkami, a zapotrzebowanie na okręty i ludzi na innych teatrach wojny jest olbrzymie. Nie sposób zaspokoić choćby części. On musi być magikiem. Tylko że zawsze jest nieludzki. Nie rozumie ludzi.

– Jakiż jest ostateczny wynik tego wszystkiego?

– Znów Murmańsk. Wyruszamy jutro o szóstej.

– Co? Znowu? Z tą gromadą żywych trupów? – Nicholls nie ukrywał sceptycyzmu. – Ale dlaczego? Oni nie mają prawa tego robić! Nie wolno im!

– Mimo to wydali rozkaz, mój chłopcze. „Ulisses” musi, hm... odkupić swoje winy. – Brooks otworzył oczy. – Do licha, przeraża mnie sama myśl o tym. Czy masz jeszcze trochę tej trucizny, chłopcze?

Nicholls odstawił do szafy opróżnioną butelkę i oburzonym gestem wyciągnął kciuk w kierunku iluminatora, przez który wyraźnie było widać masywny pancernik obracający się z wiatrem na kotwicy, trzy czy cztery kable od „Ulissesa”.

– Dlaczego zawsze my, doktorze? Zawsze my! Dlaczego od czasu do czasu nie wyślą w morze tych bezużytecznych pływających baraków? Kręci się to na swojej głównej zafajdanej kotwicy, miesiąc w tę, miesiąc w drugą stronę.

– W tym rzecz – przerwał uroczyście Brooks. – Zgodnie z tym, co mówił Kapok-Kid3, potworny ciężar blaszanek po skondensowanym mleku i puszek po śledziach w tomacie, gromadzący się na dnie oceanu od przeszło dwunastu miesięcy, całkowicie uniemożliwia wszelkie próby podniesienia kotwicy.

Wydawało się, że Nicholls nie słucha.

– Tydzień w tamtą stronę, tydzień z powrotem, bez przerwy miesiąc po miesiącu wysyłają „Ulissesa” w morze. Zmieniają lotniskowce, dają odpoczynek niszczycielom osłony, lecz nigdy „Ulissesowi”. Nie ma wytchnienia. Nigdy. Ani razu. Lecz za to „Duke of Cumberland” jest zawsze gotów wysłać silnych i wielkich chamów z piechoty morskiej tu do nas, aby masakrować chorych, złamanych ludzi, co w ciągu tygodnia zrobili więcej niż...

– Spokojnie, chłopcze, spokojnie – strofował komandor. – Nie można powiedzieć, że trzech zabitych i gromadka rannych bohaterów, leżących tam na sali, to już masakra. Piechota morska wykonała tylko swoje zadanie. Jeśli chodzi o „Cumberlanda”, to trzeba się z tym pogodzić. Jesteśmy jedynym okrętem we flocie krajowej wyposażonym do dowodzenia lotniskowcami.

Nicholls wychylił szklankę i posępnie spojrzał na przełożonego.

– Są chwile, gdy naprawdę kocham Niemców.

– Ty i Johnson powinniście się kiedyś dogadać – poradził Brooks. – Starr zakuje was razem w kajdany za szerzenie paniki i... Ool... – Wyprostował się w fotelu i pochylił do przodu. – Spójrz no, Johnny, na starego „Duke’a”! Na górnym pokładzie cała gala bielizny, a marynarze biegną, naprawdę biegną, na sam dziób. Niewątpliwy objaw ożywienia. Na Boga, to zaskakujące. Co o tym myślisz, chłopcze?

– Pewnie dowiedzieli się, że idą na urlop! – warknął Nicholls. – Nic innego nie poruszyłoby tej bandy. A kimże my jesteśmy, że żałujemy im nagrody za ich trud? Po długim, trudnym i niebezpiecznym okresie służby na morzach północnych...

Przeraźliwy dźwięk dzwonka alarmowego zagłuszył dalszą część zdania. Rozmawiający instynktownie rzucili okiem na trzeszczący głośnik i wymienili pełne zaskoczenia i niedowierzania spojrzenia. Zerwali się z miejsc. Głos dzwonka wzywający na stanowiska bojowe nie słabł.

– O Boże, nie! – jęknął Brooks. – O nie, nie! Niemożliwe, żeby jeszcze raz! Nie w Scapa Flow!

Owego szarego zimowego wieczora w Scapa Flow te same uczucia tkwiły w sercach 727 wyczerpanych, spragnionych snu, zgorzkniałych ludzi. O tym myślano i o tym jedynie potrafiono myśleć, gdyż terkot dzwonka przerwał nagle wszystkie zajęcia na pokładach i wewnątrz okrętu – w maszynowni, kotłowni, na barkach amunicyjnych, zbiornikowcach, w kuchniach i biurach. O tym jedynie zdolna była myśleć wachta w głębi okrętu. A myślała z szarpiącą serce rezygnacją, gdy przeraźliwy dźwięk rozdzierał zasłonę błogiego zapomnienia, a pozbawionych zdolności prawidłowego myślenia, ledwie wlokących nogi ludzi stawiał wobec brutalnej rzeczywistości. Trzeba było powziąć decyzję. Załoga „Ulissesa” mogła załamać się i skończyć na zawsze jako jednostka bojowa. Zgorzkniali, wycieńczeni ludzie odpoczywali w warunkach względnego bezpieczeństwa na otoczonej lądem redzie. Chwilę tę mogli wykorzystać do nie dającego się uniknąć protestu wobec władz, przeciwko milczącemu, bezmyślnemu przymusowi, bezlitosnemu uporowi, który mógł ich całkowicie zniszczyć. Jeśli kiedykolwiek była taka chwila, to właśnie teraz.

Chwila nadeszła i minęła. Była niczym więcej, jak tylko zwiewnym cieniem, cieniem myśli, co przemknęła przez umysły i zniknęła, zgubiła się w tupocie nóg biegnących na stanowiska bojowe. Możliwe, że spowodował to instynkt samozachowawczy. Lecz raczej nie – „Ulisses” od dawna przestał dbać o cokolwiek. Być może była to dyscyplina wojskowa lub lojalność wobec kapitana czy, jak to powiadają psychologowie, odruch warunkowy – słyszysz zgrzyt hamulców i błyskawicznie odskakujesz w bok, ratując życie. A mogło to być coś całkiem innego.

Cokolwiek tego dokonało, cała załoga, z wyjątkiem wachty kotwicznej na lewej burcie, znalazła się na posterunkach bojowych w dwie minuty. Nikt nie wierzył, że coś podobnego jest możliwe w Scapa Flow. Zależnie od temperamentu, jedni zajmowali stanowiska w milczeniu, inni z krzykami. Szli niechętnie, ponuro, z oburzeniem, pełni desperacji. Lecz szli.

Na posterunku stanął również kontradmirał Tyndall. Nie należał do tych, co milczeli. Klnąc wspiął się na mostek, przecisnął przez drzwi na lewej burcie i zwalił na fotel w lewym przednim rogu platformy kompasowej. Spojrzał na Vallery’ego.

– Co to za idiotyzmy? – spytał. – Wydaje się, że panuje idealny spokój.

– Nic nie wiem. – Vallery zaniepokojonym wzrokiem rozejrzał się po redzie. – Od głównego dowódcy otrzymałem sygnał alarmowy, rozkaz do natychmiastowej gotowości podróżnej.

– Szykować się do drogi? Ależ człowieku, z jakiego powodu, dlaczego?

Vallery potrząsnął głową.

– To wszystko zmowa, wymysł, aby mnie, starszego pana, pozbawić popołudniowej drzemki – jęknął Tyndall.

– Raczej genialny pomysł Starra, aby dać nam szkołę – warknął Turner.

– Nie! – z przekonaniem powiedział Tyndall. – Nie odważyłby się. Poza tym, mimo wszystko, nie jest mściwy.

Zapadło milczenie, cisza przerywana jedynie werblem deszczu ze śniegiem i gradu i niesamowitym jak z zaświatów tykaniem asdicu4. Nagle Vallery podniósł lornetę.

– Dobry Boże, Tyndall, niech pan tam spojrzy! „Duke” porzucił kotwicę i łańcuch.

Co do tego nie było wątpliwości. Została wybita przetyczka szelki i wielki okręt ruszył obracając powoli swój dziób.

– Co za cuda? – kontradmirał lustrował niebo. – Nie widać ani samolotu, ani spadochroniarzy; radar nic nie wykrywa; asdic nie daje kontaktu; ani śladu niemieckiej floty przedzierającej się przez zapory...

– Sygnał! – rozkazał Bentley, dowódca sygnalistów. – Natychmiast przejść na miejsce, gdzie staliśmy na kotwicy. Cumować do północnej beczki.

– Proś o potwierdzenie – rzucił Vallery. Z rąk telefonisty wziął słuchawkę aparatu połączonego z dziobem.

– Mówi kapitan. Czy pierwszy oficer? Wszystko gotowe? Pokład i dół? Dobrze. – Zwrócił się do oficera wachtowego. – Mała naprzód. Ster dziesięć w prawo. – Spojrzał na admirała siedzącego w rogu; podniósł pytająco brwi.

– To pewnie najnowsza gra salonowa – warczał Tyndall. – Wiesz, rodzaj morskich komórek do wynajęcia... – Poczekaj no! Spójrz! Na „Cumberlandzie” wszystkie 5.255 pochylone do maksimum! – Spotkali się wzrokiem.

– Niemożliwe! Na Boga... pan przypuszcza?...

Dźwięk dolatujący z umieszczonego tuż za mostkiem głośnika asdicu dał odpowiedź. Szef hydroakustyków mówił wyraźnie i bez pośpiechu.

– Asdic do dowódcy. Asdic do dowódcy. Echo czerwone 30. Powtarzam: czerwone 306. Nadchodzi. Zbliża się.

– Centralny celownik, alarm! Czerwone trzydzieści. Wszystkie zenitówki maksymalne pochylenie. Cel podwodny. Torpedyści – to było skierowane do porucznika Marshalla, kanadyjskiego oficera torpedowego – na stanowiska przy bombach głębinowych.

Zwrócił się do Tyndalla.

– To niemożliwe, po prostu niemożliwe! Łódź podwodna... Łódź w Scapa Flow... Wykluczone!

– Prien?

– Kapitan porucznik Prien. Ten gość, co rozwalił„Royal Oak”.

– To się nie może powtórzyć. Nowe zapory obronne...

– ...mogą zatrzymać zwykłe okręty podwodne – dokończył Tyndall. Zniżył głos do szeptu. – Pamiętasz, co w zeszłym miesiącu mówiono nam o naszych podwodnych łodziach liliputach, o „rydwanach”? O tych działających z baz szetlandzkich, co miały być przerzucone do Norwegii na łodziach rybackich? Widocznie Niemcy wpadli na ten sam pomysł.

– Możliwe – sceptycznie zgodził się Vallery. – Spójrz na „Cumberlanda”. Idzie prosto na zaporę. – Zamilkł na parę sekund; zastanawiał się. Znów spojrzał na Tyndalla. – Jak się to panu podoba?

– Co, kapitanie?

– Zabawa w ciuciubabkę – Vallery uśmiechnął się łobuzersko. – Nie stać nas na stratę pancernika wartości iluś tam milionów funtów, więc „Duke” zmyka jak zając na pełne morze, gdzie bezpieczniej; my zakotwiczymy się w pobliżu miejsca, gdzie on stał. Mógłbym założyć się, że niemiecki wywiad zna tę pozycję z dokładnością do paru cali. Te łodzie liliputy są uzbrojone w ładunki wybuchowe, które można umocować pod nieprzyjacielskim okrętem. Jeśli komu przylepią, to na pewno nam.

Tyndall spokojnie przyglądał się mówiącemu.

Nadal napływały meldunki z asdicu, wskazując stały namiar z lewej burty i coraz mniejszą odległość.

– Oczywiście, oczywiście – mruknął admirał. – Jesteśmy kozłem ofiarnym. Do licha, to nie jest przyjemne. – Skrzywił się i roześmiał bez cienia wesołości. – Czy mnie się podoba? Dla naszej załogi będzie to ostatnia kropla przepełniająca miarkę. Ostatni piekielny rejs, bunt, piechota morska z „Cumberlandu”, alarm bojowy w porcie, a teraz to! Nadstawiać karku... i po co... na co?... – Urwał. Mruczał przez chwilę, klął ze złością. Później mówił cicho: – Co powiesz ludziom, kapitanie? Na Boga, to niesamowite! Czuję, jakbym sam był bliski buntu... – wstrzymał się i spojrzał pytająco ponad ramię Vallery’ego.

Kapitan odwrócił się.

– O co chodzi, Marshall?

– Przepraszam. O to echo. – Marshall machnął ręką w tył. –

Łódź? Chyba wyjątkowo mała? – Jego kanadyjski akcent był teraz bardzo wyraźny.

– To możliwe. Czemu pan pyta?

– Bośmy z Ralstonem coś wykombinowali – wyszczerzył zęby w uśmiechu. – Wpadliśmy na pomysł, jak się z nią rozprawić.

Vallery wyjrzał na siekący deszcz; wydał rozkazy dla steru i maszyny, po czym zwrócił się do oficera torpedysty. Zakasłał z wysiłkiem, boleśnie; wskazał na przykrytą szkłem mapę zatoki. – Czyżbyś miał zamiar urwać nam rufę bombami na tych płyciznach?

– Nie, komandorze. Wątpię, czy moglibyśmy je w ogóle nastawić na takie głębokości. Nasz pomysł, a właściwie Ralstona, to wziąć motorówkę i kilka dwudziestopięciofuntowych ładunków z osiemnastosekundowymi chemicznymi zapalnikami. Wiem, że nie robią wiele szumu, ale w miniaturowej łodzi podwodnej nie ma co się spodziewać czort wie jakich... to znaczy, chciałem powiedzieć, grubych blach. A jeśli załoga siedzi w skafandrach na pokładzie tej zabawki, a nie głębiej, to oberwą na pewno. Zrobi się z nich placuszki.

Vallery uśmiechnął się.

– Całkiem nieźle, Marshall. Przypuszczam, że wystarczy ci to za odpowiedź. A co pan myśli, admirale?

– Warto spróbować – zgodził się Tyndall – lepiej niż wyczekiwać jak kura na gnieździe.

– Do diabła. – Vallery badawczo spojrzał na torpedystę. – Kto jest pańskim minerem?

– Mam zamiar wziąć Ralstona.

– Tak właśnie myślałem. Ale pan, kolego, nie weźmie nikogo – stanowczo powiedział Vallery. – Nie puszczę pana. Nie stać mnie na stratę oficera torpedowego.

Marshall wyglądał na zmartwionego; po chwili powiedział z rezygnacją: – Wobec tego wyznaczę mata szefa torpedystów i starszego celowniczego Ralstona. Obaj morowi chłopcy.

– Zgoda. Bentley wyznaczy jednego ze swoich, aby im towarzyszył. Będziemy mu podawać namiary z asdicu. Niech zabierze przenośną lampę sygnalizacyjną. – Zniżył głos. – Marshall?

– Komandorze?...

– Młodszy brat Ralstona zmarł po południu w szpitalu. Czy on już wie o tym?

Porucznik patrzał poza Vallery’ego na stojącego z dala wysokiego poważnego blondyna, ubranego w wypłowiały kombinezon widoczny spod płaszcza. Klął cicho, siarczyście, bez zająknięcia.

– Marshall! – krzyknął Vallery rozkazującym tonem, lecz oficer nie zwracał na niego uwagi. Twarz mu zakrzepła, nieczuły był zarówno na przywołujący go do porządku głos kapitana, jak i na siekące strumienie śniegu zmieszanego z deszczem.

– Nie – powiedział po dłuższej chwili. – Nie wie. Lecz otrzymał pewne wiadomości dziś rano. W zeszłym tygodniu było bombardowanie Croydon. Mieszka tam jego matka i trzy siostry. Mieszkały. Spadła ciężka bomba. Nie było co zbierać. – Zrobił w tył zwrot i szybko opuścił mostek.

W kwadrans później już było po wszystkim.

„Ulisses” stale szedł jeszcze w kierunku beczki kotwicznej, gdy z prawej burty spuszczono welbot7, a z lewej motorówkę. Welbot z cumą sterował do beczki, a motorówka ruszyła w swoją stronę.

Czterysta jardów8 od okrętu, na świetlny rozkaz z mostka, Ralston wyłowił z kieszeni kombinezonu płaskoszczypy i zgniótł końcówki chemicznych zapalników. Mat wlepił oczy w stoper. Po dwunastu sekundach ładunek poszedł za burtę. Motorówka zataczała krąg. Jeszcze trzy ładunki o różnie przyciętych zapalnikach plusnęły w wodę. Pierwsze trzy wybuchy uniosły rufę i wściekle wstrząsnęły całą łodzią. To wszystko. Lecz po czwartym wybuchu na powierzchni zabulgotała wielką bania powietrza, a po chwili ukazały się oleiste plamy. Gdy woda uspokoiła się, cienka warstewka ropy rozpłynęła się po morzu na setki jardów...

Marynarze opuścili stanowiska bojowe i z kamiennymi twarzami obserwowali powracającą do „Ulissesa” motorówkę. Haki talii założono w ostatniej chwili: urządzenie sterowe typu Hotchkiss było niebezpiecznie pogięte, a przez rufę łodzi gwałtownie wdzierała się woda.

A „Duke of Cumberland” zniknął za dalekim przylądkiem, pozostawiając po sobie tylko smugę dymu.

Ralston trzymając w rękach czapkę usiadł naprzeciw kapitana. Przez długą chwilę Vallery patrzał na niego w milczeniu. Zastanawiał się, co powiedzieć, jak wyrazić to najlepiej. Nienawidził takich chwil. Nienawidził również wojny. Zawsze jej nienawidził i przeklinał dzień, który wyrwał go z wygodnego stanu spoczynku na emeryturze. „Wyrwał go”, tak to przynajmniej delikatnie sam określał; jedynie Tyndall wiedział, że kapitan na ochotnika zgłosił się do Admiralicji 1 września 1939 roku i przyjęty został z radością.

Mimo to nienawidził wojny. Nie dlatego, że oderwała go od kultywowanych przez całe życie namiętności: muzyki i literatury, w których uchodził za znaczny autorytet. Nie dlatego nawet, że wojna nieustannie znieważała jego poczucie estetyki, prawa i celowości. Nienawidził jej, ponieważ był głęboko wierzący; ponieważ ubolewał, widząc w człowieku dziką bestię z pierwotnej dżungli; ponieważ uważał, że krzyżowa droga życia jest już wystarczająco ciernista, nawet bez niezawinionej męki agonii psychicznej i fizycznej zadawanej przez wojnę. A przede wszystkim dlatego, że widział, jak dzikim i pozbawionym sensu szaleństwem jest wojna – szaleństwem, które nic nie rozwiązuje, niczego nie może dowieść, z wyjątkiem bardzo starej prawdy, że Bóg jest po stronie silniejszych batalionów.

Lecz były sprawy, w których musiał wziąć udział. Vallery dobrze wiedział, że ta wojna musi być także jego wojną. Dlatego też powrócił do służby, postarzał się w ciągu złych lat, stał się mniej twardy, a bardziej uprzejmy, tolerancyjny i wyrozumiały. Był unikatem między kapitanami marynarki wojennej, ba! między ludźmi. W swej dobroci i skromności Ryszard Vallery był osamotniony. Miarą jego wielkości mogło być to, że nigdy o tym nie myślał.

Westchnął. W tej chwili zastanawiał się, co powinien powiedzieć Ralstonowi. Lecz celowniczy zaczął pierwszy.

– Wszystko w porządku, panie kapitanie – mówił stłumionym, spokojnym głosem. – Już wiem wszystko. Powiedział mi oficer torpedowy.

Vallery odkaszlnął.

– Słowa są tu bezużyteczne, Ralston, naprawdę bezużyteczne. Twój młodszy brat i reszta rodziny. Wszyscy odeszli. Przykro mi, mój chłopcze, straszliwie przykro. – Spojrzał na pozbawioną wyrazu twarz i uśmiechnął się gorzko. – Może przypuszczasz, że są to tylko słowa, rozumiesz, coś oficjalnego, po prostu czcza formułka...

Niespodziewanie Ralston uśmiechnął się.

– Nie, tego nie przypuszczam. Potrafię ocenić, co pan czuje. Wie pan, mój ojciec jest również kapitanem. Kiedyś mi mówił, że odczuwa w podobnej sytuacji...

Vallery przyglądał mu się ze zdziwieniem.

– Twój ojciec? Powiedziałeś, że...

– Tak jest. – Vallery mógłby przysiąc, że w tych niebieskich, tak pewnych siebie, tak spokojnych oczach błysnął ognik zadowolenia. – Jest kapitanem zbiornikowca we flocie handlowej. Szesnaście tysięcy ton.

Vallery nie odezwał się. Ralston mówił cicho dalej.

– A co do Billy’ego, mojego młodszego brata, to tylko ja jestem winien. Ja prosiłem, aby przyszedł na ten okręt. Moja wina, jedynie moja. – Szczupłe opalone dłonie mięły i gniotły brzeg czapki. Vallery zastanawiał się, o ile gorzej będzie, gdy minie pierwsze oszołomienie po podwójnym ciosie, gdy biedny chłopiec zacznie myśleć normalnie.

– Uważaj, mój chłopcze. Myślę, że przyda ci się parę dni odpoczynku, trochę czasu, abyś wszystko przemyślał.

Boże – zdał sobie nagle sprawę – jakie to niepotrzebne, próżne gadanie.

– W tej chwili podoficer administracyjny wypisuje ci rozkaz wyjazdu. Od dziś masz czternastodniowy urlop.

– A do jakiej miejscowości ma być ten rozkaz wyjazdu? – Gniótł czapkę w dłoniach. – Croydon?

– Oczywiście. Dokąd by jeszcze... – Vallery zamarł. Uderzyła go potworność nietaktu. – Przebacz mi, chłopcze. Zaczynam pleść głupstwa.

– Proszę nie wysyłać mnie nigdzie, panie kapitanie – prosił cicho Ralston. – Wiem, że zabrzmi to pompatycznie, jakbym litował się nad sobą... lecz nie mam dokąd jechać. Moje miejsce jest tu. Należę do „Ulissesa”. Przez cały czas będę mógł coś robić, być zajęty, pracować, spać. Nie muszę rozważać, mogę działać...

Pewność siebie była tylko bardzo cienką, łamliwą glazurą, kryjącą cichą rozpacz.

– Mogę mieć szansę zemsty – pośpiesznie mówił Ralston – chciażby przygotowując zapalniki, jak dziś... To, hm... to był zaszczyt. Nawet więcej niż zaszczyt, to było... o... nie umiem tego wyrazić, panie kapitanie.

Vallery zrozumiał. Czuł się przygnębiony, znużony, bezbronny. Co mógł temu chłopcu ofiarować w zamian za jego nienawiść, ten tak bardzo ludzki, pochłaniający żar zemsty? Wiedział, że nie ma nic, czym by Ralston nie pogardził, czego by nie wyśmiał. Nie była to chwila stosowna do mówienia pobożnych komunałów. Znów westchnął, tym razem jeszcze ciężej.

– Naturalnie możesz pozostać, Ralston. Zejdź do biura policyjnego i każ podrzeć rozkaz wyjazdu. Jeśli mogę ci być pomocny, w każdej chwili...

– Rozumiem, panie kapitanie. Bardzo dziękuję. Dobranoc.

– Dobranoc, chłopcze.

Drzwi cicho zamknęły się za Ralstonem.

1 Tytuł kapitana używany jest tu w znaczeniu dowódcy okrętu, gdyż Vallery posiadał stopień wojskowy komandora (przyp. tłum ).

2 Odstawić maszynę – zawiadomić załogę maszynową, że praca na dłuższy czas skończona (przyp. tłum ).

3 Kapok-Kid – przezwisko, dosłownie: ,,chłopiec z waty kapokowej” (przyp. tłum ).

4 Asdic – urządzenie hydroakustyczne do wykrywania łodzi podwodnych

5 5,25 – armaty o kalibrze 5,25 cala. Cal angielski równa się 2,54 centymetra

6 Czerwone 30 – namiar z lewej burty, 30 stopni.

7 Welbot – typ szalupy.

8 Jard – 91 centymetrów.

Rozdział drugi. Poniedziałek rano

– Zamknąć wszystkie drzwi wodoszczelne i włazy! Załoga na stanowiska manewrowe, do opuszczenia portu!

Bezduszny, brutalny, metaliczny dźwięk głośników dotarł w najdalsze zakamarki okrętu.

Na to wezwanie ze wszystkich pomieszczeń ruszyli ludzie, aby wykonać rozkaz. Byli przemarznięci, trzęśli się na lodowatym północnym wietrze. Klęli siarczyście, gdy za kołnierze i do rękawów wciskał się obficie sypiący śnieg, gdy zdrętwiałe dłonie przymarzały do lin i żelaza. Byli zmęczeni, gdyż pobieranie ropy, prowiantów i amunicji przeciągnęło się do pierwszej wachty. Zaledwie paru marynarzy urwało ze trzy godziny snu.

Byli rozdrażnieni i pełni buntu. Rozkazy wykonywali z mechaniczną sprawnością dobrze wyszkolonej załogi. Lecz pozorne posłuszeństwo, wymuszone dyscypliną, ledwie cienką warstewką pokrywało niechęć i opór. Oficerowie i podoficerowie obchodzili się z ludźmi delikatnie jak w rękawiczkach. Vallery był czuły na tym punkcie.

Dość nielogiczne, lecz do szczytowego punktu niezadowolenia omal nie doprowadziła ostrożna ucieczka „Cumberlanda”. Zalążek tkwił w służbowym komunikacie nadanym poprzedniego dnia:„Poczta zamyka się o 20.00”. Listy! Ci, którzy nie pracowali cały dzień bez przerwy, spali jak zabici. Nie mieli ani głowy, ani chęci do pisania. Starszy marynarz Doyle, szef mesy „B” i dostojny żołnierz z trzema krokiewkami na rękawie (sam mówił o tym skromnie, że naszywki za nienaganną służbę oznaczają, iż przez trzynaście lat nie nakryto go na żadnym wykroczeniu), zwięźle zreferował sprawę:

– Jeśli moja stara byłaby skrzyżowaniem Heleny Trojańskiej z Jane Russel – a wy wszyscy, coście widzieli zdjęcie mojej kochanej kobity, wiecie, że porównanie takie jest straszną zniewagą dla wyżej wymienionych dam – to i tak nie napisałbym nawet zasmarkanej pocztówki. Trzeba wiedzieć, gdzie się zatrzymać. Ja zawsze przed pisaniem.

Po czym ściągnął z wieszaka hamak, zawiesił go z dokładnością co do milimetra pod nawietrznikiem gorącego powietrza i zasnął w dwie minuty. Wachta lewej burty co do jednego uczyniła to samo. Worek z pocztą powędrował na brzeg prawie pusty...

Dokładnie o godzinie 6.00 H.M.S.9 „Ulisses” oddał cumę i powoli ruszył w kierunku zapory. W szarym półmroku, pod niskimi ołowianymi chmurami, sunął przez redę jak eteryczny duch, co chwila znikając za gwałtownymi, gęstymi falami śnieżycy. Już po chwili trudno byłoby go wykryć. Nie posiadał już potęgi, ciężaru, określonej sylwetki. Stał się czymś niestałym, zwiewnym. Oczywiście było to złudzenie, lecz złudzenie zgodne z legendą – „Ulisses” bowiem w swym krótkim życiu stał się legendą. Znali go i witali radośnie marynarze ze statków handlowych, żeglarze, co przemierzali okrutne morza Północy od St. John do Archangielska, od Szetlandów do Jana Mayena, od Grenlandii do dalekich brzegów Szpicbergenu, zagubieni na krańcach świata... Gdzie groziło niebezpieczeństwo, gdzie hasała śmierć, mogłeś znaleźć „Ulissesa”. Wynurzał się z mgły jak zjawa lub po prostu jakimś cudem tkwił tam w zimnym brzasku arktycznego poranka, który przynosił jedynie groźbę, a czasem prawie pewność, że nigdy nie ujrzy się następnego.

Okręt widmo, prawie legenda. „Ulisses” był nowym okrętem, lecz się postarzał w rosyjskich konwojach i na arktycznych patrolach. Był tam od pierwszej chwili. Nie znał innego życia. Początkowo działał w pojedynkę, eskortując statki lub grupy złożone z dwóch, trzech frachtowców. Później współdziałał z korwetami i fregatami, a obecnie nie ruszał się bez swojej eskadry 14 Grupy Lotniskowców Osłonowych.

Lecz naprawdę „Ulisses” nigdy nie żeglował samotnie. Śmierć – nieodstępna jego towarzyszka – była przy nim. Kładła swój palec na zbiornikowcu i wyzwalała piekło wybuchu wysokooktanowej benzyny; dotykała frachtowca łamiąc mu kręgosłup niemiecką torpedą i posyłała na dno wraz z ładunkiem wojennego sprzętu; przechodziła nad niszczycielem i ten na pełnych obrotach maszyn wrzynał się w szaroczarne głębiny Morza Barentsa; sięgała po niemiecką łódź podwodną, wyrzucała ją na powierzchnię pod niszczący ogień dział lub spychała powoli pod wodę.

Załoga, przerażona myślą o powolnej agonii z braku powietrza w żelaznym grobowcu na dnie oceanu, miała nadzieję, że nadwerężony kadłub zostanie zgnieciony i nastąpi natychmiastowy, jak cios łaski, zgon.

Gdziekolwiek płynął„Ulisses”, tam szła śmierć. Lecz jego nie imała się. Miał szczęście. Szczęśliwy okręt, okręt widmo, którego domem był Ocean Lodowaty.

Owa widmowość to oczywiście złudzenie, lecz złudzenie przygotowane. „Ulisses” był bowiem specjalnie przystosowany do określonego zadania, przeznaczony na jeden ocean, i specjaliści od maskowania dokonali wspaniałego dzieła. Dzięki specjalnemu arktycznemu kamuflażowi, połamanym, skośnym, białym i szarym pasom, spłowiałemu błękitowi, pięknie, niedostrzegalnie wtapiał się w równie szare i białe, niewyraźne cienie, w zimny a ponury mrok pustynnych mórz północnych.

Kamuflaż był jedynie zewnętrzną, powierzchowną cechą jego kwalifikacji do walki na morzach północnych. Jeśli chodzi o stronę techniczną, „Ulisses” był lekkim krążownikiem. Jedynym w swej klasie zmodyfikowanym typem słynnego „Dido” o wyporności 5500 ton, poprzednikiem klasy „Black Prince”. Miał pięćset dziesięć stóp10 długości, był wąski przy swoich pięćdziesięciu stopach szerokości, ze skośnie ściętym ku wodzie dziobem i prostokątną rufą krążownika, z przednim pokładem długim na przeszło dwieście stóp, sięgającym daleko poza mostek.

Wykryj – wstąp do walki – zniszcz! – oto trzy zadania, jakie stawia się przed okrętem podczas wojny.„Ulisses” był doskonale wyposażony, aby wykonać każde z nich jak najszybciej i najskuteczniej.

Na przykład zdolność wykrywania wroga! Naturalnie czynnika ludzkiego nie da się niczym zastąpić i Vallery był zbyt doświadczonym i znającym się na wojnie dowódcą, aby nie doceniać znaczenia nieustannej czujności obserwatorów i sygnalistów. Oko ludzkie nie boi się przerwania prądu elektrycznego, technicznych wstrząsów, mechanicznych uszkodzeń. Naturalnie swoje znaczenie miały również meldunki radiowe i asdic – jedyna obrona przeciwko łodziom podwodnym.

Lecz zasadnicza zdolność wykrywania wroga opierała się na czymś innym. „Ulisses” był pierwszym na świecie okrętem posiadającym całkowite wyposażenie radarowe. Dzień i noc bez przerwy na przednim i głównym maszcie obracały się anteny radarowe, omiatając pełny krąg 360 stopni, lustrując horyzont, szukały, szukały, szukały.

Pod pokładem, w ośmiu kabinach radarowych, wyćwiczone, wyczulone na najlżejszą niedokładność oczy ani na chwilę nie odrywały się od świecących ekranów. Dokładność i zasięg radaru były fantastyczne. Producenci sądzili, że bardzo optymistycznie określają skuteczny zasięg urządzeń na 40—45 mil11. A „Ulisses” podczas pierwszych prób wykrył condora – którego później zestrzelił blenheim – w odległości 65 mil.

Wstąp do walki – to drugi krok. Czasem nieprzyjaciel sam nadchodził, lecz najczęściej trzeba było go tropić. A wówczas liczyło się jedno – szybkość...

„Ulisses” był nadzwyczaj szybki. Cztery potężne turbiny Persona z pojedynczym reduktorem, umieszczone w dwóch maszynowniach (przedniej i tylnej), dawały czterem śrubom moc, o jakiej stare pancerniki nie mogły nawet marzyć. Teoretycznie mógł rozwinąć szybkość 33,5 węzła12. Podczas próby maszyn w pobliżu Arran13, idąc pełną parą (uniósł wysoko dziób, zarył się rufą w wodę jak ślizgacz, wibrował każdym wykutym na brzegach Clyde nitem; woda u burt wrzała, kłębiła się spieniona z dziesięć stóp wyżej niż pokład rufowy), osiągnął na dystansie mili pomiarowej zawrotną szybkość 39,5 węzła, co odpowiada 71.154 kilometra na godzinę. „Dudę” – komandor inżynier Dodson uśmiechał się tajemniczo i twierdził, że nie wykorzystał nawet połowy możliwości.

– Poczekajcie tylko na „Abdiel” i „Manxman”, a wówczas zobaczycie, co potrafię!

Wiadomo było, że obydwa krążowniki stawiacze min mogły wyciągnąć 44 węzły i oficerowie lekceważyli przechwałki Dodsona, wyczuwając w nich zawodową zazdrość. Nie zdradzając się z tym, byli równie dumni z potężnych maszyn jak Dodson.

Wykryj – wstąp do walki – zniszcz. Zniszczenie. To jest podstawowe, ostateczne zadanie. Wziąć przeciwnika na cel i zniszczyć. Również i do tego „Ulisses” był wyposażony należycie.

Na przednim i tylnym pokładzie na wieżach stały podwójne armaty kalibru 5,25 cala – szybkostrzelne, uniwersalne, nadające się zarówno do walki z celami powietrznymi, jak i nawodnymi. Ustawiano je z wież centralnych celowników, z których główna umieszczona była w przedniej części okrętu, nieco w tyle nad mostkiem, i pomocnicza – bliżej ku rufie. Z tych wież podawano do centrali przeliczników niezbędne dane, jak: namiar celu, szybkość wiatru, dryf, odległość, szybkość własną i nieprzyjaciela, kąty kursowe. Wielkie przeliczniki elektronowe w centrali umieszczonej dość niezwykle we „wnętrznościach” okrętu, nisko pod linią wodną, przekazywały do wież artyleryjskich proste składowe – kąt pionowy i poziomy. Oczywiście obie baterie mogły prowadzić ogień niezależnie.

Takie było główne uzbrojenie. Pozostałe działa to wyłącznie zenitówki: baterie sprzężonych pom-pomów14 strzelające dwufuntowymi pociskami, szybkim, ale niezbyt precyzyjnym ogniem tworzącym zaporę, która przerazi każdego nieprzyjacielskiego pilota; odizolowane gniazda oerlikonów15, nadzwyczaj celnych, o pociskach z dużą szybkością początkową, złośliwych i rażących śmiertelnie, jeśli kierują nimi dobre ręce.

Wreszcie „Ulisses” miał na pokładzie bomby głębinowe i torpedy. Zaledwie 36 bomb – drobiazg, jeśli porównać z korwetami czy niszczycielami. Maksymalna ilość, którą mógł wyrzucić w jednej wiązce, to sześć. Lecz jedna bomba zawierała 450 funtów amatolu16. Ubiegłej zimy „Ulisses” niszczył nawet duże łodzie podwodne. Każda 21-calowa torpeda posiadała głowicę bojową z 750 funtami T.N.T. Torpedy, smukłe i groźne, leżały w potrójnych wyrzutniach na głównym pokładzie, po obu burtach tuż za drugim kominem. Czekały na walkę. Taki był „Ulisses”. Całość – doskonała bojowa maszyna – jak dotychczas najwyższe osiągnięcie myśli ludzkiej, stapiającej wiedzę i pierwotne instynkty w jedno narzędzie zniszczenia, lecz jedynie wówczas, gdy kieruje nią i obsługuje idealnie zgrany, działający bez zakłóceń zespół ludzi. Żaden okręt nie może być lepszy niż jego załoga. A załoga „Ulissesa” rozpadała się teraz i załamywała; na wulkan nałożono pokrywę, lecz wstrząsy nie ustawały.

W trzy godziny po wyjściu z portu dały się zauważyć pierwsze niepokojące oznaki. Jak zwykle trałowce przeczesywały morze przed krążownikiem, lecz również jak zwykle Vallery nie pozostawiał nic na los szczęścia. Dzięki temu „Ulisses” dotychczas nie zginął. O 06.20 wypuścił parawany – obłe, podobne do torped pływaki umocowane na stalowych linach odchodziły pod kątem po obu stronach dziobu. W teorii liny kotwiczne min ześlizgiwały się po stalowym kablu parawanu, oddalały od okrętu i były przecinane przez urządzenie przy pływakach. Wypływały wówczas na powierzchnię i zatapiano je lub eksplodowano za pomocą pocisków karabinowych.

O 09.00 kapitan rozkazał podnieść parawany. „Ulisses” zmniejszył szybkość. Pierwszy oficer, komandor porucznik Carrington, poszedł na dziób, aby kontrolować manewr. Marynarze, obsługa windy i młodsi oficerowie kierujący manewrem zajęli stanowiska po obu burtach.

Szybko podniesiono bomy dźwigów z ich podstaw tuż za światłami pozycyjnymi, wychylono za burty i uzbrojono linami do wyciągania parawanów. Trzytonowe windy na artyleryjskim pokładzie „B” bez zakłóceń zaczęły pracę pełną mocą. Parawany wychyliły się z wody.

I wtedy z winy marynarza Ferry’ego nastąpił wypadek. Pech chciał, że lewa winda była uszkodzona, kabel doprowadzający prąd miał zepsuty wyłącznik; pechowe było i to, że obsługiwał ją Ralston – milczący, zgnębiony Ralston, którego nie obchodziło nic, a najmniej to, co mówił lub robił. Lecz za to, co nastąpiło, odpowiedzialność ponosił Carslake.