Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Niektóre tajemnice nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego…
Końcówka lat 90. Środek mroźnej, listopadowej nocy. Jagoda Krzak, młoda, aspirująca reporterka, samotnie przemierza opustoszałą drogę wojewódzką, kiedy przed maską jej samochodu niespodziewanie pojawia się naga, obłąkana kobieta w średnim wieku.
To absurdalne, makabryczne spotkanie staje się początkiem koszmaru.
Próby ustalenia tożsamości nieznajomej kończą się fiaskiem. Widząc w tym szansę na wyrwanie się z lokalnego tygodnika, Jagoda rozpoczyna śledztwo na własną rękę. Nie wie, że trop prowadzący do tajemniczej kobiety otworzy drzwi do sekretów, które od lat powinny pozostać pogrzebane.
W tym samym czasie poznaje Jerzego – niepełnosprawnego, zanurzonego w chorobie alkoholowej człowieka, który wieczory spędza w obskurnym barze na obrzeżach miasta. Kiedy śledztwo Jagody zaczyna zamieniać się w niebezpieczną obsesję, jej los nieodwracalnie splata się z życiem zrujnowanego mężczyzny.
Reporterka nie podejrzewa, że odpowiedzi, których tak desperacko szuka, kryją się głęboko w brutalnej przeszłości Jerzego. Przeszłości, której bezwzględnie strzeże komisarz Malicki – sadysta, gotowy zniszczyć każdego, kto zacznie zadawać niewygodne pytania.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 289
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
CZĘŚĆ PIERWSZA
KOBIETA
1
Chaos powstaje w tej samej chwili, kiedy beztrosko spoglądasz w niebo i stwierdzasz, że życie wreszcie zaczyna się układać tak, jak powinno. I gdyby tylko Jagoda Krzak wiedziała o tym wcześniej, może kolejne dni potoczyłyby się innym rytmem. Może najbliższą noc spędziłaby we własnym łóżku, otulona grubą warstwą kołdry i jeszcze grubszą warstwą koca, z książką w dłoniach i głową zatopioną głęboko w poduszce.
Nikt jednak nie zdaje sobie sprawy z pewnej zależności: to, co robisz dziś, w pewnym stopniu oddziałuje na jutrzejszą rzeczywistość. Jutrzejsze zaś doświadczenia wpływają na kolejne, dopóki nie powstaje kula śnieżna, która uderza w ciebie z impetem, łamiąc kości.
Lawina zaczęła się tamtego wieczoru, dwunastego listopada tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego siódmego roku, kiedy Jagoda swobodnie opierała się o niewielki mur sięgający jej mniej więcej do miednicy i wyciągała z kieszeni płaszcza paczkę Caro. Ze środka wydłubała ostatniego papierosa. Wsadziła go między lodowate wargi i podpaliła drżącą z zimna dłonią. Za każdym razem czuła to przyjemne drapanie, przypominające jej o tym, że wcale nie robi niczego dobrego. Powinna rzucić już dawno, tak zresztą słyszała z ust rodziców, którzy – o ironio – kopcili dużo więcej od niej samej.
Artur miał skorzystać z toalety i dołączyć do niej po kilku chwilach. Stała więc sama, ściągając na siebie spojrzenia mężczyzn w średnim wieku, którzy jakby tylko czekali na odpowiedni moment, aby podejść, zaproponować drinka, a później… Później to wszyscy powinni wiedzieć. Jagoda całkiem ich ignorowała. Od dwóch miesięcy była w oficjalnym związku z Arturem, którego poznała właśnie w tym miejscu – w barze Kometa położonym w zachodniej części miasta. Weszła ze znajomą, a wyszła z nieznajomym, co wydawało się najbardziej nieodpowiedzialną rzeczą na świecie. Czasem jednak człowiek nieodpowiedzialny zyskuje to, o co ten odpowiedzialny walczy długimi latami. Wielokrotnie słyszała, że w barach i klubach można się tylko zabawić, a miłość przychodzi w najbardziej nieoczekiwanym momencie.
Bzdura.
Wypaliła do połowy, kiedy zauważyła Artura, przeciskającego się przez grupę pijanych gości. Omijał ich zwinnie, mimo że sam nie był trzeźwy. Kiedy znalazł skrawek wolnej przestrzeni, powiódł wzrokiem po okolicy, szukając Jagody. Kilka chwil później stał przy niej, rozbawiony, z lekko zaczerwienionym nosem.
– Co cię tak bawi? – zapytała.
– Tamci faceci. Muszą zazdrościć mi takiej laski. – Uśmiechnął się szeroko i puścił do niej oczko.
Uwielbiała, kiedy mówił o niej w ten sposób, co musiał doskonale wiedzieć, choć nigdy się do tego nie przyznała. Lekko przechyliła głowę na bok, poczyniwszy gest, który z kolei podobał się Arturowi, a następnie zwilżyła spękane usta i powoli zbliżyła je do tych jego. Przyjemne ciepło rozlało się po ciele Jagody.
Bas dudnił nieustannie z szeroko otwartych okien, splątany w sidłach męskiego gwaru. Parking baru niemal zawsze był pusty, wszyscy mieszkańcy bowiem przychodzili pieszo. W rogu, tuż przy migoczącej lampie stał jedynie jej poobijany Ford Sierra w rażąco czerwonym kolorze.
Artur zapalił i zaciągnął się porządnie. Papieros tkwił między wargami, kiedy chłopak zwinnie poprawiał kołnierz długiego, granatowego płaszcza. Następnie potarł dłonie i syknął.
– Zimno – stwierdził. – Dopalmy i wracajmy. Wciąż zbyt mało w siebie wlałem. – Zaśmiał się i odwrócił głowę. Jagoda podążyła oczami za jego spojrzeniem, zawieszonym wysoko nad dachami budynków. Nie miała wątpliwości, na co patrzy. Ciemnopomarańczowa łuna pulsowała w oddali. Płomienie rytmicznie lizały ciemne, bezchmurne niebo.
– Nie wyłączą tego, nawet gdy wszyscy poumieramy – rzekła Jagoda, lecz nawet to, co powiedziała, nie sprawiło, że Artur choć na chwilę spuścił wzrok.
– Tsa… – mruknął. Dym rozmył się w powietrzu jak sen. – Podobno dobrze płacą. Ale kto by chciał przy tym świństwie pracować. Ponoć raka idzie się nabawić, ale tak tylko słyszałem. Od wuja. – Zaciągnął się ostatni raz, następnie rzucił niedopałek i zgniótł go podeszwą buta.
Bywały takie momenty, kiedy w żaden sposób nie mogła oderwać od niego wzroku. Był diabelnie przystojny, wyższy od Jagody mniej więcej o głowę, umięśniony i zadbany. A do tego wspaniale ją traktował. Żałowała, że poznała go dopiero teraz, dwa lata po tym, jak zerwała zaręczyny z Rafałem, największym dupkiem spośród wszystkich dupków mieszkających na tej planecie. Do tej pory natomiast powracały do niej wspomnienia tej toksycznej, trwającej niespełna jedenaście miesięcy relacji. I dlaczego, do jasnej cholery, zgodziła się na zaręczyny po tak krótkim czasie? Potrafiła się usprawiedliwiać w wielu kwestiach, oprócz właśnie tej.
– Hej! – Głos Artura wyrwał ją z zamyślenia. Potrząsnęła głową. – Kontaktujesz?
– Kontaktuję.
– Chodźmy. Zaraz tu zamarzniemy.
Przytaknęła, po czym poczuła, jak Artur obejmuje ją w talii. Ruszyła w stronę wejścia do Komety. Tłum przed barem zgęstniał, gwar coraz szerzej roznosił się po okolicy. Mimo to nie musieli się przepychać. Tuż przy drzwiach ujrzała grupę skąpo ubranych nastoletnich dziewczyn, które zdecydowanie nie powinny znajdować się w takim miejscu o takiej porze.
Kiedy Jagoda przekroczyła próg baru, natychmiast zalało ją przyjemne ciepło. Duszność wypełniała niemal każdy zakamarek ciasnej przestrzeni, przesyconej zapachem tytoniu i wódki. Przy bocznej ścianie stało tylko kilka stolików okrytych obrzydliwą ceratą, wszystkie jednak były zajęte. Ściany pokrywały ciemna boazeria, stanowiąca przestarzałe dziedzictwo lat PRL-u, oraz plakaty przedstawiające orzeźwiające piwo lub papierosy. Za ladą, pół metra od lodówki wypełnionej butelkami alkoholu, wisiał kalendarz z półnagą pięknością, która z całą pewnością musiała ściągać spojrzenia wielu mężczyzn. Żółte, przytłumione światło kładło się łagodnie na mokrej i kleistej ladzie.
– Widzę dwa miejsca – poinformował Artur, po czym delikatnie chwycił dłoń Jagody. Był silny, ale gdyby tylko chciał, mógłby złamać ją niczym zapałkę, a jednak za każdym razem, kiedy była obok, wykazywał niezwykłą czułość.
Zanim jeszcze ruszyli, ściągnęli płaszcze i zostawili je na wieszakach. Chwilę później wcisnęli się między mamroczących, od dawna nietrzeźwych facetów. Artur wyciągnął paczkę fajek i poczęstował Jagodę, która wzięła papierosa bez wahania. Podpaliła, praktycznie tonąc w oparach siwego dymu sięgającego tu po sam sufit. Palili wszyscy, nawet ten ledwo przytomny gość przy jej prawym ramieniu. Od czasu do czasu na niego zerkała i śmiało mogła przyznać, że był najstarszym spośród wszystkich klientów baru.
Głosy namnażały się w chaotycznym tempie. Ludzie rozmawiali o nowych i starych pieniądzach, o wojnie, o Gierku, o tym, że brakuje pracy, o pędzeniu bimbru i ściąganiu papierosów z Ukrainy, o prywatyzacji, nowych filmach Pasikowskiego, telefonach komórkowych i autach sprowadzanych z Niemiec. Być może w innym życiu, w innej skórze Jagoda puściłaby to wszystko mimo uszu, ale obecnie nie pozwalał jej na to dziennikarski instynkt. Chłonęła wszystko jak gąbka, tylko po to, aby w kolejnym wydaniu tygodnika mieszkańcy mogli o tym przeczytać.
Nagle poczuła dotyk Artura na policzku. Następnie jego usta zjeżdżające niżej, w kierunku szyi. Subtelny, niemal niezauważalny gest, który sprawił, że po jej ciele przeszedł dreszcz.
– Pijesz wódkę? – zapytał.
Pokręciła głową.
– Muszę jakoś wrócić.
Spojrzał na nią przymrużonymi oczami, ale nie powiedział nic więcej, nie oceniał jej decyzji. Nie tak jak Rafał, który zawsze musiał wtrącić swoje pieprzone trzy grosze… Chryste, czy ona właśnie ich ze sobą porównywała?
Barmanem był młody mężczyzna o bujnym zaroście i długich, spiętych w kitkę włosach. Wyglądał na pewnego siebie i doskonale odnajdującego się w swoim fachu. Kiedy nawiązał kontakt wzrokowy z Arturem, ten zamówił jednego drinka dla siebie i piwo dla Jagody. W ostatniej chwili ujrzała plakietkę z imieniem Dawid na jego piersi. Zanim jeszcze zdążyli wypalić, alkohol stał na ladzie. Upiła łyk piwa, które spłynęło jej po gardle jak zimny eliksir błogosławieństwa.
– Dziś zamierzam zajebiście świętować – rzekł Artur. Wyczuła dolatującą z jego ust mieszankę dymu papierosowego i etanolu.
– Za co? Wygrałeś na loterii?
– W sumie można tak powiedzieć. Tylko nie wypłacili mi forsy, ale zajebistą dziewczynę. – Uśmiechnął się szeroko, a Jagoda nabrała ogromnej ochoty, aby rzucić się na niego, zerwać jego ciemną, flanelową koszulę i kochać się z nim do samego końca świata.
– Przestań, bo cała się rumienię… – rzekła. Nie mogła narzekać na brak powodzenia u facetów. Była atrakcyjna i miała długie, spływające po ramionach rdzawe włosy. Często była zaczepiana, kiedy chodziła po mieście i zbierała materiały do artykułów. Jeszcze zanim poznała Artura, całkiem to lubiła, ale od pewnego czasu nie widziała świata poza nim. Obsypywał ją komplementami wystarczająco często, aby czuła się doceniana i kochana.
– Daj spokój. A teraz wypijmy, bo gardło suche!
Zimne piwo przyjemnie chłodziło przełyk. Artur przechylił kieliszek wódki, po czym ugryzł kawałek cytryny. Skrzywił się komicznie i Jagoda wybuchła śmiechem.
– Kwaśne. Sama spróbuj. – Podsunął jej pod nos drugą połówkę plastra. Zatopiła zęby w owocu i wyssała z niego większość soku. Niewzruszona odchyliła się i przeżuwała powoli, z kamiennym wyrazem twarzy.
– Można? Można!
Artur pokiwał głową z uznaniem.
– Ciekawe, ile jeszcze ukrywasz przede mną talentów – powiedział.
Zanim zdążyła odpowiedzieć, zauważyła barmana przechodzącego po drugiej stronie lady. Artur uniósł nieznacznie dłoń i zawołał:
– Dawid! Dawid, podejdź na sekundę.
Kilka chwil później ona siedziała naprzeciwko kolejnego kufla piwa, mimo że nie dopiła wcześniejszego, a Artur wpatrywał się w kolorową wódkę. Impreza dopiero się rozkręcała, choć dla niektórych mogłaby się już zakończyć. Na przykład dla tego gościa siedzącego obok Jagody, którego policzek zdążył na dobre przylgnąć do kleistej lady. Nim zdążyła odezwać się do Artura, zainterweniował barman.
– Panie Jurku! – zawołał, nachyliwszy się nad mężczyzną. – Panie Jurku! Halo?! Niech pan się obudzi, pora do domu. Zamówić panu taksówkę?
Podejrzewała, że facet był tu stałym klientem. Zaczął mamrotać coś niezrozumiałego, ledwo przytomny i najpewniej ledwo świadomy. Barman poklepał go lekko po barku, kiedy mężczyzna zaczął się podnosić. Wolno, z wyraźną ciężkością, jakby był muchą i próbował uciec z pajęczyny. Burknął kilka przekleństw, po czym przekrwione oczy na moment zrównały się z tymi Jagody. Natychmiast przeszył ją dreszcz. Szybko przeniosła wzrok na barmana.
– …giełdowe i…
Ten drugi głos. Głos Artura. Wylewał się z innej rzeczywistości. Materia niknąca w powietrzu, rozpływająca się powoli jak wspomnienia zacierane w pamięci. Nie mogła wyrwać się z osłupienia. W tamtej krótkiej chwili, kiedy ujrzała to spojrzenie… Boże…
– Jagoda?
Poczuła dotyk Artura na ramieniu i zadrżała.
– Hej, kochanie? Masz gęsią skórkę – zauważył.
– Doprawdy?
Przejechała dłonią po przedramieniu. Rzeczywiście włosy stanęły jej dęba.
– Zawiesiłam się. O czym mówiłeś?
Artur wyglądał na zakłopotanego. Naprzemiennie obserwował Jagodę i zapijaczonego gościa.
– O notowaniach giełdowych.
– Och.
– Później pokażę ci nadchodzącą okazję inwestycyjną.
– Pewnie.
W rzeczywistości nie miała ochoty o tym słuchać i gdyby tylko miała wskazać jedyną wadę Artura, byłaby to jego obsesja na punkcie giełdy. Gdy przed dwoma laty zainwestował pokaźną sumę w Bank Śląski, sypiał w domku letniskowym na działce i w zimowe dni ogrzewał się starą, buczącą farelką. Dwa lata później sprzedał udziały z trzystuprocentowym zyskiem. Zarobił kilkadziesiąt tysięcy, za które kupił działki nad Jeziorem Przytomnym. Na nich zbudował dwa niewielkie domki wakacyjne pod wynajem, dodatkowo zagospodarowując przestrzeń na kampery i pole namiotowe. Twierdził, że jest ustawiony do końca życia i obecna etatowa praca w biurze rachunkowym jest mu całkowicie niepotrzebna.
Jagoda błądziła myślami w różnych kierunkach. Tłukły się one pod czaszką jak na ringu bokserskim. Nie mogła wymazać z pamięci tego przerażającego, pustego spojrzenia.
– Idziemy na parkiet? – zapytał Artur.
– Dopijmy. Nie chcę, żeby ktoś mi coś dosypał do piwa.
Skinął głową i przechylił kolejny kieliszek. Twarz miał zaczerwienioną, a głowa łagodnie kołysała się na obie strony. Jagoda bardzo wolno sączyła piwo, lekko szumiało jej w uszach. Każdy łyk był lekarstwem, z minuty na minutę stawała się kimś innym, niczym wąż zrzucający starą skórę i odziewający nową.
Nagle usłyszała głos tego gościa obok. Kiedy odwróciła głowę w jego kierunku, siedział lekko nachylony nad blatem, z oczami przyklejonymi do barmana.
– Synku, polej mi – rzekł, a po Jagodzie przepełzł dreszcz zażenowania. Spojrzała na Artura, lecz ten nie zwrócił na nią uwagi. Studiował schowane za szybą jednej z wielkich komód alkohole. – Kamilku, postaw wódkę. Postaw tę cholerną butelkę!
– Proszę pana – odparł Dawid. – Nie mam na imię Kamil. – Wskazał mu plakietkę.
Pijaczyna potrząsnął głową.
– Prze-przepraszam pana. – Po tych słowach głośno czknął i zdezorientowanym wzrokiem próbował znaleźć coś, na czym mógłby go zawiesić.
Chwilę później dostał to, co chciał. Kieliszek zimnej wódki błyszczał w świetle.
– Widzisz te wszystkie kolorowe buteleczki? – zapytał Artur. – Kiedyś zbiorę taką kolekcję w naszym domu.
Kiedy to powiedział, Jagoda o mało się nie zakrztusiła.
– Chodzimy ze sobą dwa miesiące, a ty już takie rzeczy obmyślasz? – Posłała mu szeroki, szczery uśmiech.
– Jagódka, skarbie, mógłbym spędzić z tobą caaałą resztę życia.
Na pewno musiała się zaczerwienić, bo Artur wybuchł śmiechem na widok jej reakcji. Uwielbiała go, a kiedy tylko stawała przy jego ramieniu, w jednej krótkiej chwili zamieniała się w małą dziewczynkę, zwłaszcza gdy mówił do niej zdrobnieniem. Nie była Jagodą Krzak, wschodzącą reporterką i dziennikarką z aspiracjami dołączenia do jednej z największych gazet w Polsce. Nie była stanowczą, pewną siebie kobietą, ale Jagódką – niewinną, kilkuletnią Jagódką. I nie potrafiła zrozumieć, dlaczego tak bardzo jej się to podobało.
Kwadrans później wślizgnęli się w tańczący na parkiecie tłum. Akurat leciało Mr. Vain zespołu Culture Beat. Nie musieli długo czekać, aż ich ciała zsynchronizują się z rytmem. Artur miał do tego dryg, od czasu do czasu przystawiał się do niej łagodnie, obejmował w pasie i kołysał biodrami, a ona delikatnie mierzwiła mu włosy na karku. W jednej krótkiej chwili myślała, że są tu całkowicie sami. Gdzieś z tłumu dało się słyszeć gwizdy i śmiech, lecz wszystkie dźwięki znikały, kiedy tylko Jagoda tonęła w pociągającym spojrzeniu Artura. Miał duże, błyszczące oczy w kolorze dojrzałej trawy.
Poczuła dotyk gładkiej dłoni na policzku, następnie zamknęła oczy i czekała, aż mięsiste usta Artura opadną na jej wargi, pomalowane czerwoną szminką. Wolno zsunęła dłoń między jego łopatki, szerokie i twarde, a następnie wbiła długie paznokcie w skórę schowaną pod warstwą cienkiej koszuli. Artur lekko przygryzł jej dolną wargę i wtedy eksplodowała ciepłem przyjemnie rozchodzącym się po każdym zakamarku ciała. Tylko cudem utrzymywała się na tych miękkich, drżących nogach.
– Boże… – wyszeptała mu do ucha. – Jesteś cudowny…
Uśmiechnął się szeroko. Białe zęby błyszczały w słabym świetle jarzeniówek. Ten moment jest magiczny, pomyślała wtedy i sądziła, że zapamięta go do końca życia. Nieważne, co by się stało.
– Chyba powinniśmy już wracać – rzekł Artur.
Przylgnął do niej jeszcze mocniej i wtedy wyczuła wypukłość pod materiałem jego spodni.
2
Głośno oddychała, opadając plecami na miękki materac i gniotąc wilgotną kołdrę.
Była naga, rozpalona, z włosami przypominającymi gniazdo i przyjemnym mrowieniem w okolicach pachwin. Przejechała dłonią po piersiach; skóra na całym torsie zroszona była potem. Artur dyszał nieco ciszej, starając się uregulować oddech.
– Nigdy nie uprawiałam lepszego seksu – stwierdziła i po tych słowach Artur przekręcił się na bok, podparł się łokciem, a następnie przejechał wierzchem dłoni wzdłuż jej lewego policzka. – To… to było… boskie!
Równie dobrze mogłaby mówić to pod przysięgą. Spojrzała na niego. Lekko cmoknął ją w czoło, po czym wypełzł z łóżka i chwiejnym z początku krokiem ruszył do niewielkiego salonu połączonego z kuchnią. Wrócił po paru chwilach, trzymając w dłoni szklankę wody. Na krótki czas zawiesiła wzrok na rozbudowanych mięśniach brzucha i szerokiej, muskularnej klatce piersiowej. Usiadła na brzegu łóżka, wzięła dwa łyki chłodnej wody. Wyczuła nutę cytryny. Zawieszony na ścianie zegar wskazywał godzinę drugą pięćdziesiąt cztery.
Cholera.
– Zostaniesz na noc? – spytał Artur. Leżał teraz w pozycji modela z gazet dla samotnych, zrozpaczonych kobiet, które zbyt długo poszukiwały księcia z bajki.
– Mam pracę do zrobienia – odparła i jej mina zrzedła.
Artur chwycił ją za kark i długo całował.
– Powiedz, że cię nie będzie – zaproponował. – Albo daj mi komórkę, przedzwonię. Powiem im wszystkim, co sądzisz o tej robocie.
Zaśmiała się głośno.
– Chciałabym, ale nie mogę. Z czegoś muszę żyć.
W tej chwili spodziewała się, że powie cokolwiek, a jednak wybrał milczenie. W wielkich oczach dostrzegła chwilowy błysk niepokoju. Często wyczuwała nadchodzące, ciężkie słowa. Miała do tego dar. Przewidziała już wiele słów, które skumulowane tylko czekały, aż zostaną wypowiedziane, aż wypłyną spomiędzy warg, takie bezlitosne i gorzkie.
Wyjątkowo głęboko w pamięci Jagody zagnieździło się pewne wiosenne popołudnie, pół roku po zakończeniu studiów polonistycznych. Siedziała wtedy na twardym krześle przy wielkim, okrągłym stole wiecznie zastawionym jak dla gości, mimo że w całym tym pieprzonym zamku mieszkali ledwie we czworo. Patrzyła na polanę ciągnącą się aż po horyzont, gdzie dostrzegała wyrastające wysokie świerki. Sączyła czarną kawę, w popielniczce dogaszając papierosa. Wtedy przyszli. Ojciec i matka. Powiedzieli, że już jest po studiach, że powinna znaleźć pracę i w końcu się wyprowadzić, usamodzielnić. Kwadrans później wiedziała o tygodniku. Redaktor „Wieści Gostynińskich” był dobrym kumplem jej ojca, więc nie musiała nawet iść na rozmowę rekrutacyjną.
Niemal mogła dotknąć tego oschłego tonu ojca. Jego oczy tylko raz zrównały się z tymi Jagody i wtedy wyczytała z nich dużo więcej. Ten wzrok niemal krzyczał, aby się wynosiła.
A teraz widziała coś podobnego u Artura.
Boże, czy on chciał mnie tylko wykorzystać?
– Słuchaj, Jagoda… – zaczął i odchrząknął.
Wskazówki zegara tykały nagle dużo głośniej, próbując nadążyć za rytmem tłukącego się w klatce piersiowej serca dziewczyny.
– Rozmawiałem z takim jednym chłopakiem z Warszawy. Powiedział, że szukają kogoś na stanowisko doradcy kredytowego. To duży bank, dobrze płacą, dają możliwość awansu w przyszłości…
Wiedziała, co chciał powiedzieć.
„Zrywam z tobą”. Nie, to zbyt brutalne.
„Musimy to zakończyć”. Lepiej. Mogła się tego spodziewać.
„Będzie lepiej, jeśli…” I dopowiedz sobie, kurwa, sama.
– Och, Artur… – bąknęła, powiodła spojrzeniem wzdłuż framugi okna, następnie przeniosła je na niego, leżącego niezmiennie w tej samej pozycji. Zrobiło jej się chłodniej, więc włożyła bieliznę, która w amoku rozrzucona została po całej sypialni, a następnie sięgnęła po jedną z koszulek Artura. Była na nią co najmniej dwa rozmiary za duża.
– Nie myśl sobie, że chcę od ciebie zwiać – zapewnił. – Jesteś świetną laską, a my dogadujemy się zajebiście. Po prostu… To moja szansa. Zawsze chciałem pracować z ludźmi. Obecna robota ogranicza się do ślęczenia nad jakimiś durnymi papierami w ciasnym, dusznym gabinecie. Nie chcę ci o tym truć, Jagoda, ale…
– Powiedziałeś, że masz te domki letniskowe.
Przez chwilę wyglądał jak zbity z tropu.
– Zarobiłeś na giełdzie, potem kupiłeś działki. Nie wyżyjesz z tego?
– Poza sezonem zarobek jest marny. Nikt tu nie przyjeżdża, cała okolica zionie pustką. To trudny okres, nie wiem, czy czasem nie popełniłem ogromnego błędu.
Milczała. Jeszcze kilka minut temu było tu gorąco, a ona kleiła się od potu. Teraz drżała z zimna.
– Znalazłem mieszkanie na wynajem w całkiem niezłej cenie. Kawalerka na Żoliborzu. Jedź ze mną, Jagoda. Zaczniemy w końcu żyć, wyrwiemy się z tego miasta.
Siedziała na brzegu łóżka, lekko zgarbiona, patrząc na niego spode łba. Westchnęła, a Artur odrzucił kołdrę i po chwili siedział przy ramieniu dziewczyny. Sięgnęła po leżące na stoliku nocnym fajki i wyciągnęła dwie, następnie podpaliła, najpierw sobie, potem Arturowi.
– Nie mogę – odparła po niecałej minucie.
– Możesz. Pewnie, że możesz. Jesteś młoda i wolna.
Czuła, jak w środku niej przepychają się dwie osoby. Pierwsza Jagoda pragnęła zostać w mieście przez jakiś czas, głównie ze względu na pracę i myśl, że któregoś dnia otrzyma awans. Albo że ofertę przyśle jej większe, prestiżowe czasopismo. Że będzie pisać o najnowszych odkryciach w badaniach nad różnymi chorobami. O deweloperskich inwestycjach, zmianach w rządach, zmianach w przepisach, o nowych uchwałach, ważnych wydarzeniach w kraju i na świecie. Marzyła, by ujrzeć siebie kiedyś w samolocie, oddelegowaną do innego państwa. Często myślała o Paryżu i Rzymie. Bez zająknięcia wzięłaby bilety i popędziła na lotnisko. Napisałaby reportaż, felieton, artykuł o kulturze, tradycjach, ludziach, zwyczajach, kuchni i życiu codziennym.
Z drugiej jednak strony patrzyła na Artura, na jego dobrze zarysowaną szczękę, nieziemskie oczy i umięśnioną sylwetkę. Nie znała go najlepiej, lecz czuła, że mogła obdarzyć go zaufaniem. Był poukładany i zabawny, a do tego zaradny, zmotywowany do działania i gotowy do wejścia w głębszą relację. Podskórnie wiedziała, że mógłby oświadczyć jej się tu, w niewielkiej sypialni drewnianego, letniskowego domku, położonego pośrodku wysokich drzew oblepionych zamarzniętym śniegiem. Tu, kawałek od Jeziora Przytomnego, którego powierzchnia po kilku dniach siarczystego mrozu zastygła w bezruchu, pokryta warstwą twardego lodu. To był jej świat, należała do niego. Do tych pól, do tej natury, do tych budynków nieopodal. Ale…
– Chciałabym, Artur.
– Jedźmy więc! Mówię poważnie. Na początku nie będzie łatwo…
– Chciałabym, ale nic z tego – ucięła.
Słowa zawisły w powietrzu. Dym papierosowy spokojnie sunął pod sufit.
– Jeszcze nie – kontynuowała. – Potrzebuję czasu. Czuję, że cię kocham, cholernie kocham, jak nikogo innego, ale jest za wcześnie. Za wcześnie dla mnie. I co, jeśli nie wypali? Ojciec załatwił mi tę robotę. Nie przyjęliby mnie z powrotem, gdyby się okazało, że nikt nie zechce mnie w stolicy. Boję się, Artur, po prostu się boję, choć bardzo bym chciała, aby było inaczej.
Objął ją ramieniem. Delikatnie, jakby miała złamać się przy pierwszym lepszym dotyku.
– Będę przyjeżdżał do ciebie co weekend.
Uśmiechnęła się nieznacznie. Odwróciła głowę i wyjrzała przez niewielkie okno. Świat na zewnątrz był biały i błyszczał w odbiciu Księżyca. Zgniotła niedopałek w popielniczce, po czym bez słowa wstała. Ubrała się. Dżinsy z wysokim stanem, crop top, do tego skórzana, dopasowana ramoneska. Bez namysłu złapała za torebkę i przeszła do salonu. Deski podłogowe trzeszczały upiornie i gdyby tylko usłyszała ten dźwięk w środku nocy, będąc w tym miejscu samą, wrzeszczałaby do zdarcia głosu.
Artur stanął w drzwiach sypialni, na sobie miał tylko bokserki. Jagoda zdążyła włożyć płaszcz i owinąć szyję grubym szalikiem.
– Zadzwonisz? – zapytała.
Podszedł do niej i objął w pasie. Pocałował.
– Zadzwonię.
Nie mówiła nic więcej. Uśmiechnęła się tylko, następnie przekręciła zamek w drzwiach. Przed wyjściem pomachała Arturowi, a on odwzajemnił gest.
Chwilę później wyszła. Świat powitał ją porywem wiatru. Siarczysty mróz ściskał boleśnie. Było minus dwadzieścia stopni. Przeszła przez wydeptany śnieg, który trzeszczał pod butami. Kiedy stanęła przy drzwiach kierowcy, miała sztywne palce. Wsiadła do środka, przekręciła klucz w stacyjce i usłyszała, jak silnik się dławi. Samochodem zatrzęsło, a kiedy odpaliła, z rury wydechowej wystrzeliły kłęby szarego dymu. Gdyby została tu do rana, Artur musiałby najpewniej ładować jej akumulator. Radio zatrzeszczało, po chwili umilkło i mogła wsłuchiwać się tylko we własny, niemiarowy oddech.
3
Bywały takie noce, kiedy Jagodzie Krzak cała rzeczywistość wymykała się spod kontroli. Kiedy stawała się zwykłym, biernym obserwatorem siedzącym gdzieś obok, poza ciałem, poza duszą, patrzącym na nią z boku, raz z lewej, raz z prawej strony, czasem od frontu lub od tyłu. Czasem zewsząd jednocześnie.
Zrzucała to na zmęczenie, stres, kofeinę, nikotynę, alkohol, potem na pracę, szefa, kolegów dupków, którzy chcieli ją zerżnąć na pierwszej lepszej imprezie firmowej, na Rafała, na rodziców, zwłaszcza na matkę, rzadziej na ojca, w końcu na studia, na profesorów, studentów, pracowników uczelni, aż docierała do całego świata i w jednej chwili cały świat buntował się przeciwko niej. Potem szybko poczucie braku kontroli mijało, jakby coś wstąpiło pod skórę i zaczęło oddychać na nowo. Czasem stwierdzała, że może wszystko powoli jej nie przerasta. Od wielu lat czuła potrzebę realizacji czegoś wielkiego, czegoś sławnego na cały kraj, a może i na cały glob. Czemu nie mogła być drugą Skłodowską albo Szymborską? Czym różniła się od ludzi uznanych, niebywale utalentowanych i dążących do celu wszelkimi siłami? Miała wrażenie, że przecież robi to samo, że ona też walczy, walczy, jak może, zapiera się rękami i nogami, ale na samym końcu… upada.
Długo o tym myślała. I ostatnio coraz częściej. W zasadzie cały czas, kiedy tylko nie było przy niej Artura. Artur sprawiał, że zapominała.
Wyjechała z posesji niecałe pięć minut temu. Od tamtej pory nieustannie przemierzała pokrytą lodem drogę leśną, obserwując po obu stronach wysokie na metr zaspy twardego, zamarzniętego śniegu. Reflektory rzucały blade światło, oświetlające przestrzeń kilku metrów przed maską. Masywne drzewa z szerokimi, obumarłymi koronami wyglądały upiornie, zwłaszcza kiedy chybotały się we wszystkie strony pod naporem wiatru.
Wtedy słyszała, jak groteskowo skrzypią.
Jechała na drugim biegu, przekraczając dwa tysiące obrotów. Silnik terkotał, jakby lada moment miał zgasnąć i pozostawić ją tu, na zupełnym odludziu, niemalże w środku lasu. Orientowała się, że najbliższe domy znajdowały się dopiero przy głównej drodze wojewódzkiej prowadzącej do miasta. Dwa, może trzy kilometry dalej. Nie potrafiła ocenić, skupiona na tym, żeby w najgorszej z możliwych sytuacji w porę zapanować nad samochodem.
Tej zimy noce były wyjątkowo mroźne.
Udało jej się nastawić w radiu stację, lecz ono od czasu do czasu gubiło zasięg. W urywkach rozpoznała jeden z utworów Depeche Mode i podkręciła regulator w nadziei, że niebawem będzie mogła usłyszeć go wyraźnie. Nie myliła się, bo kiedy minęło kilka chwil, Enjoy the Silence wybrzmiało w niewielkiej przestrzeni auta.
Droga wojewódzka prowadziła przez wielkie pola rozciągnięte aż po horyzont. Była to jedna z tych tras o największym natężeniu ruchu, lecz tej nocy Jagoda jechała tu całkiem sama. Przyspieszyła do pięćdziesiątki, a silnik Sierry zawarczał. Po obu stronach asfaltu znajdowały się głębokie na co najmniej półtora metra rowy, przykryte grubą warstwą śniegu. Jagoda minęła kilka wolnostojących domów, ale w żadnym z okien nie dostrzegła światła. Okolica zamarła.
Wszędzie rozpościerała się przenikliwa ciemność. Czerń rozpraszana przez reflektory po chwili znów była czernią. Do świtu pozostało jeszcze kilka długich, zdominowanych przez noc godzin. Noc, która za każdym razem kryła w sobie zaskakujące tajemnice.
W aucie wciąż było chłodno, mimo że od początku drogi Jagoda ustawiła ogrzewanie. Pozostała już tylko ostatnia prosta. Poczuła, jak bardzo pocą jej się dłonie. Następnie szum w uszach, pulsowanie w skroniach, tłukące się w klatce piersiowej serce i… Boże… ogromne pragnienie wypicia choćby lampki wina przed snem. Oddałaby wszystko, byle tylko pozbyć się suchości w ustach.
– Przestań się nakręcać – mruknęła, wypuszczając z ust parę.
Jechała stałą prędkością, choć miała ochotę przycisnąć gaz do dechy. Radio znów upiornie zatrzeszczało, w jednej chwili zniekształcając głos wokalisty, po czym całkiem padło. Jagoda wyłączała je i włączała na przemian, próbując cokolwiek wskórać. Przełączała kanały, regulowała pokrętłem, próbowała zrobić cokolwiek, byle nie pozostać samą w tej dokuczliwej ciszy. Od wielu lat cisza była jej wrogiem.
W końcu się poddała i westchnęła.
Widziała lśniące na drodze drobinki lodu i czuła, jak letnie opony Sierry tracą momentami przyczepność na asfalcie. W mieście jest lepiej. Sypią sól i piasek, a kiedy trzeba, po ulicach jeżdżą masywne pługi.
Przyspieszyła. Igiełka na prędkościomierzu przesunęła się nieznacznie. Pięćdziesiąt, potem pięćdziesiąt pięć…
I może gdyby nie była tak skupiona na durnej prędkości, może gdyby jednak została na noc u Artura, a rano zadzwoniła do szefostwa i zmyśliła, że dostała biegunki, gorączki, grypy, czegokolwiek, w porę ujrzałaby tę nagą kobietę, która nagle pojawiła się kilkanaście metrów przed maską. Z całym impetem wdusiła pedał hamulca. Kierownica zablokowała się nagle, a na desce rozdzielczej zamigotały kontrolki. System ABS pomógł jej zachować kontrolę nad samochodem, dzięki czemu w ostatniej chwili Jagoda wyminęła nieznajomą wrośniętą w sam środek ulicy. Najpierw zarzuciło przodem auta, później tyłem. Wrzask dziewczyny wypełnił ciasne wnętrze Sierry.
Oddychała szybko, płytko, a między tymi oddechami krzyczała, dopóki samochód nie stanął w miejscu. Nagle poczuła napływającą falę frustracji. Całymi siłami zaczęła okładać kierownicę, aż opadła z sił i uświadomiła sobie, że o mały włos nie rozjechała człowieka.
Człowieka…
To słowo pobrzękiwało jej w głowie coraz głośniej. Nerwowo odpięła pas i prędko wypadła na zewnątrz. Omal nie poślizgnęła się na lodzie. Uświadomiła sobie, że było przecież o krok od tragedii. Mogła zabić tę kobietę, która – Bóg wie czemu – stała całkiem naga, odwrócona do niej plecami, wpatrzona w głęboką ciemność przykrywającą pole.
– Jezus Maria! – zawołała. Z jej ust wydostały się duże kłęby pary. – Rany boskie, czy nic pani nie jest?!
Spazmatycznie wdychała i wydychała powietrze. Przerażona, sztywna od mrozu, oczekiwała odpowiedzi. Cisza ciągnęła się przez kolejne sekundy, kiedy Jagoda podeszła bliżej ciemnej, wychudzonej sylwetki unoszącej się nad asfaltem jak zjawa. Serce tłukło jej w piersi, krople potu zrosiły jej czoło i skronie. Poczuła, jak drętwieją jej palce. Naga kobieta stała nieruchomo, lekko zgarbiona. Plecy i kawałek prawego pośladka pokrywała cienka warstwa zamarzniętego śniegu.
– Halo, proszę pani?
Cisza. Wśród niej słyszała własny oddech, stygnący silnik i pękający pod butami lód.
Kiedy podeszła jeszcze bliżej, ujrzała płytkie rany na zabrudzonej skórze kobiety. Jagoda podejrzewała, że musiały powstać w momencie, kiedy ta przedzierała się przez gęstwinę lasów. Obtarcia nie wyglądały groźnie, ale zajmowały niemal całą długość przedramion. Ponownie podjęła próbę kontaktu z kobietą, która nagle wydała z siebie zduszony jęk. Jagoda drgnęła, a następnie wzięła się w garść i ściągnęła płaszcz. Mimo minusowych temperatur było jej gorąco. Ostrożnie odziała nieznajomą. Położyła dłoń na jej ramieniu i znów spróbowała coś powiedzieć:
– Proszę pani… Czy nic pani nie jest?
Kobieta odwróciła się powoli. Wpierw Jagoda dojrzała poharatany prawy polik i świdrujące ją spojrzenie pełne obłędu. Na sinej twarzy malował się wyraz, który równie dobrze mógł należeć do człowieka cudem ocalonego z płonącego budynku. Dziewczyna dostrzegła szeroko rozwarte oczy i drobne kryształki lodu osadzone na rzęsach i brwiach. Kobieta nerwowo chwyciła brzegi płaszcza. Zanim zakryła dekolt, Jagodzie mignął przed oczami obraz sterczących pod cienką warstwą skóry żeber przypominających grube stopnie drabiny.
– Cała pani drży… Proszę, niech pani pójdzie ze mną. Pomogę pani – nalegała Jagoda, mimo strachu ściskającego jej gardło. W krótkiej chwili przemknęła jej przez myśl scena wyciągnięta z horroru: moment, kiedy kobieta łapie ją za krtań kościstymi, wysuszonymi jak u mumii paluchami, po czym zaciska je z niewiarygodną siłą, dusząc Jagodę tu, na samym środku ciemnej, oblodzonej drogi…
Przestań! – nakazała samej sobie, odpychając natłok myśli. Delikatnie chwyciła lodowaty nadgarstek kobiety i podprowadziła ją pod drzwi pasażera. Wciąż czuła utkwiony na sobie nieufny wzrok nieznajomej. Pomogła wsiąść jej do środka, a następnie okrążyła samochód, siadła za kierownicą i uruchomiła silnik. W lekkim żółtym świetle zerkała na kościste policzki nieznajomej. Drgnęła, kiedy z radia znów popłynęła melodia. Szybko ściszyła muzykę i zaczęła szukać telefonu komórkowego.
Nie znalazła go w schowku pod łokciem ani w schowku pasażera. Przeszukała kieszenie spodni, potem znów wszystkie schowki, sięgnęła nawet pod fotel. Nigdzie nie mogła wymacać Nokii. Głęboko westchnęła, próbując uspokoić tłukące w klatce serce, po czym ruszyła. Nogi miała sztywne jak dwa długie kije, każdy ruch sprawiał dyskomfort. Prowadziła ostrożnie, w milczeniu, ale z głową pełną kłębiących się myśli.
– Może pani sprawdzić, czy w płaszczu nie ma mojej komórki? – zapytała. – Muszę do kogoś zadzwonić, ale nigdzie nie mogę…
Urwała, kiedy ich spojrzenia się skrzyżowały. Puste spojrzenie kobiety świdrowało Jagodę.
Zostawiłam telefon u Artura, pomyślała. Musi leżeć na stole w jadalni albo przy kanapie – to w tamtym miejscu ostatnim razem go widziała. Szlag! Gdyby tylko mogła do kogoś zadzwonić, byłaby dużo spokojniejsza. Teraz wiedziała, że najrozsądniejszym wyjściem będzie zawiezienie nieznajomej na policję i pozostawienie jej w dobrych rękach.
Naszła ją niezwykle silna ochota na papierosa. W schowku pod łokciem – tam, gdzie w ciągu ostatnich pięciu minut zaglądała trzykrotnie – znalazła w połowie opróżnioną paczkę Caro oraz zapalniczkę. Wyciągnęła kartonik, omal nie wytrącając go spomiędzy palców.
– Czy nie przeszkadza pani dym? – zapytała, ale po chwili przeszło jej przez głowę, że niepotrzebnie. Jagody nikt nigdy o to nie pytał, przez ostatnie lata żyła wyłącznie w oparach tytoniu.
Kobieta nie odpowiedziała. Nie pokręciła głową, tylko na nią patrzyła tym trudnym do zdefiniowania, mętnym wzrokiem. Jagoda drżącymi dłońmi wyciągnęła papierosa i podpaliła. Zaciągnąwszy się dymem, poczuła, jak mięśnie się luzują, a umysł jaśnieje.
– Jak się pani czuje? – kontynuowała, choć topornie. – Może chce się pani czegoś napić? Mam wodę. Na pewno jest pani spragniona.
Zero reakcji.
– Pojedziemy na komisariat, tam się panią zaopiekują, dobrze?
Nic. Tylko cisza rozrywana przez głos wokalisty i drżący oddech Jagody. Kobieta sprawiała wrażenie, jakby straciła mowę albo była pogrążona w traumatycznym szoku. Takim, w którym człowiek traci zmysły i możliwość jakiejkolwiek reakcji poza tępym spoglądaniem na rozmówcę. Jagoda starała się unormować oddech i skierować myśli na inny tor, ale jedyne, co widziała, to nagłówki, jeden pod drugim.
NAGA KOBIETA ZNALEZIONA W ŚRODKU NOCY.
OBŁĄKANA POSTAĆ NA DRODZE.
Kolejne zdania zalewały jej głowę. Wymyślała dalszy ciąg artykułu, zdanie po zdaniu, a w bardziej rozbudowanej wersji tej wizji dostrzegała własne nazwisko na łamach największych polskich gazet. Gdyby tylko dowiedziała się, skąd pochodzi kobieta, jak się nazywa i jak się tu znalazła, mogłaby stworzyć coś naprawdę ambitnego i całkiem innego w porównaniu z monotonnymi wieściami.
– Czy pani mnie rozumie? – zadała kolejne pytanie, nastawiona na dłużącą się ciszę, kiedy nagle kobieta skinęła lekko głową. Jagoda poczuła zalewające ją ciepło i paraliżujący strach. W tym geście było coś, co blokowało dech w piersiach. – Czy… czy u-umie pa-a-ani mówić?
Nigdy wcześniej się nie jąkała. Nie była nawet świadkiem tak głęboko zagnieżdżonego lęku. Nagle wypłynęły z niej pokłady przerażenia, które wcześniej pozostawały uśpione.
Zorientowała się, że wjechała do miasta. Świat w jednej chwili stał się obszarem dziwnej, groteskowej rzeczywistości. Wzięła głęboki wdech, następnie wypuściła powietrze ze świstem i dopaliła papierosa. Niedopałek wyrzuciła przez okno. Mimo zadanego wcześniej pytania nie miała odwagi spojrzeć na kobietę. W końcu wróciła do pionu, a raczej przywróciły ją rzędy lamp rzucających żółte, migoczące światło. Cień samochodu regularnie kładł się na asfalcie, kiedy Jagoda mijała kolejne ulice. Miasto pogrążone było w mroku zimowej nocy. Po bokach drogi zamarzały nieregularne kształty zasp śniegu.
Budynek komisariatu był obskurny. Za większością szyb panowała czerń, tylko w dwóch pokojach światło skutecznie tę czerń rozganiało. Na policyjnym parkingu stały równo zaparkowane radiowozy. Jagoda stanęła autem obok jednego z nich, a następnie zgasiła silnik. W zalegającej ciszy słyszała chrapliwy oddech kobiety. Wysiadła, okrążyła samochód i pomogła wygramolić się nieznajomej. Obejmowała jej chude, kościste nadgarstki z niezwykłą ostrożnością. Następnie chwyciła ją delikatnie pod ramię i zaprowadziła pod drzwi komisariatu.
Serce łomotało jej w piersi. Skronie pulsowały, zapowiadając atak migreny.
Redakcja: Olga Smolec-KmochKorekta: Elżbieta RożkiewiczProjekt okładki: Bartosz KaczmarekSkład: Tomasz Biernat
Copyright by Igor Adamczyk 2026Copyright for the Polish Edition by Wydawnictwo Nocą,Warszawa 2026
Druk i oprawa:Drukarnia Sowa
ISBN: 978-83-68657-74-6
WYDAWNICTWO NOCĄul. Filipiny Płaskowickiej 46/8902-778 WarszawaNIP: 9512496374www.wydawnictwonoca.ple-mail: [email protected]
Spis treści
CZĘŚĆ PIERWSZA
KOBIETA
1
2
3
