Wydawca: HarperCollins Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 423 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Gorszy - Piotr Górski

Komisarz Kruk powinien odczuwać satysfakcję, że prokurator Marta Krynicka została oskarżona o morderstwo i czeka w areszcie na proces. A jednak nie wierzy w jej winę, chociażświadkowie widzieli, jak z bronią w ręku wybiegła z domu zastrzelonego mężczyzny. Owszem, Albert Adamiak pisał na nią skargi i stawiał jej poważne zarzuty, ale czy z tego powodu posunęłaby się do morderstwa? Kruk postanawia przyjrzeć się sprawie i rozpoczyna nieoficjalne śledztwo. Każda zebrana przez niego informacja rodzi kolejne pytania i wątpliwości. Dlaczego wpływowi rodzice Krynickiej nie udzielają córce należytego wsparcia? Czy świadkowie są wiarygodni? Dlaczego nikomu nie zależy na rzetelnym dochodzeniu? Krukowi udaje się dotrzeć do prawdy, odkryć sieć powiązań polityki i biznesu ze światem przestępczym, ale to zwycięstwo będzie miało gorzki smak.

Opinie o ebooku Gorszy - Piotr Górski

Fragment ebooka Gorszy - Piotr Górski

Okładka

Strona tytułowa

Piotr Górski

GORSZY

Każdy jest taki, jakim go Bóg stworzył, a często znacznie gorszy.

podobno

Miguel de Cervantes Saavedra

1

Tamten wielki facet stał pod wieżą zegarową Dworca Głównego PKP w Gdańsku i Mariusz Domański nie od razu zwrócił na niego uwagę. To stało się w chwili, gdy mijał go w drodze na postój taksówek.

Twarz faceta była zapuchnięta i zakrwawiona.

Nie sprawiał wrażenia, że na pewno o tym wie. Wpatrywał się pusto przed siebie, gdzie rozpościerały się Wały Jagiellońskie na przekór nocy szumiące samochodami, ale dla niego mogłaby to być jakakolwiek inna ulica czy choćby kubeł ze śmieciami. Wokół przechodzili ludzie, jednak nikogo nie zainteresował. Stał wyprostowany, nieruchomy, jakby walka o zachowanie pionu była ostatnim przejawem godności, jaki mu pozostał.

Mariusz Domański chciał go minąć jak inni. Zamiast tego zatrzymał się, wyjął papierosy i wykonał zapraszający gest.

Wielki mężczyzna nie poruszył się. Jego wytarty brudny ubiór wiele o nim mówił, a jednak facet nie skorzystał z okazji. Coś z nim było wyraźnie nie tak. Dopiero gdy Domański podsunął mu paczkę pod nos, prawa dłoń tamtego uniosła się co najmniej królewskim gestem, sprawnie wysupłując papierosa.

Brudne, pokaleczone palce zdradzały, że jednak nie był królem.

Zapalili.

– Ciężka noc?

Kiwnięcie głową. Domański zaciągnął się głęboko, wciągając dym do płuc. Do tych płuc, których data ważności kurczyła się z każdą kolejną dostawą substancji smolistych.

– Zabrali mi ostatniego dychacza.

Mężczyzna nie wykonał żadnego gestu, ale Domański dostrzegł niedaleko pięciu chłopaków. Mogli mieć po osiemnaście, dziewiętnaście lat, i nie wyglądali na uczniów renomowanych liceów.

– Tak cię urządzili za marną dychę?

– Mieli ubaw.

Domański pomyślał o innym dworcu, dwa lata temu. Dworzec w Dublinie. Wtedy on też tak stał jak ten facet. Był w podobnym stanie. Czy dlatego teraz się zatrzymał?

Wyjął sto złotych i wsunął wielkiemu facetowi do ręki.

Mężczyzna ścisnął banknot w dłoni. Z jego oczu dało się wyczytać, że prędzej da się zabić, niż go odda. Tak czasem się myśli, ale gdy przychodzi co do czego, nic z tego myślenia nie wynika.

– Biorę taksówkę – powiedział Domański. – Mogę cię gdzieś podwieźć.

Mężczyzna podniósł głowę. Na jego twarzy malowało się pytanie: „Niby gdzie?”. Ale nie powiedział nic. Odwrócił tylko wzrok, nagle czymś zawstydzony.

Wśród tych pięciu chłystków zapanowało poruszenie. Domański pomyślał, że popełnił błąd. Niepotrzebnie pozwolił, aby widzieli, że dał żebrakowi pieniądze. Strząsnął popiół. Może to wcale nie był błąd. Może zrobił to specjalnie.

Sam nie był pewny własnych intencji.

Wypatrzył pośród nich tego, który skupiał wokół siebie pozostałych. Miał charakterystyczne spojrzenie i krótkie włosy. Domański kiedyś też włóczył się po dworcach. Też miał takie spojrzenie. Może nawet fryzurę miał podobną.

– Dorwą cię – stwierdził spokojnie. – Lepiej jedź ze mną. Wysiądziesz po drodze.

Mężczyzna nie odpowiedział. Palił papierosa i patrzył przed siebie.

Domański rzucił niedopałek na chodnik i zdusił go butem. Ruszył w kierunku młodych ludzi. Obserwowali go spode łbów, gdy szedł. Krótkie spojrzenia, drobne gesty, zbłąkane uśmiechy… Wiedział, co sobie myślą. Patrzyli na wysokiego, wychudłego faceta, który usiłuje nie dyszeć, stawiając kolejny krok. Na przezroczystą skórę, opinającą się na czaszce jak zużyty pokrowiec. Na powieki opadające na zapadnięte oczy, pozbawione blasku.

Widzieli człowieka, który w połowie był trupem. Węszyli w nim słabość, okazję do rozrywki. Podnosili twarze, ich uśmiechy stawały się coraz szersze i bardziej bezczelne.

On też się uśmiechnął.

Patrzył, jak poważnieją. Nie chcieli mieć z nim nic wspólnego. Nawet uśmiechu.

Zatrzymał się. Nic nie mówiąc, odchylił połę kurtki, aby mogli wypatrzeć szelki, kaburę i wetkniętego tam glocka.

– O co ci, kurwa, chodzi? – spytał ten krótko ścięty, kandydat do Sztumu, najdalej za pięć lat.

Domański dostał ataku kaszlu. Zakrył dłonią usta, a zanim opuścił rękę, oni wymieniali już spojrzenia. Na palcach została krew.

Na moment jego wzrok poszybował na drugą stronę ulicy, przyciągnięty jasnością neonów i barwą rozbłyskujących świateł. Gdy powrócił z tej krótkiej podróży, Domański poczuł się tylko gorzej. Ile jeszcze czasu zostało? Jak długo będzie mu dane cieszyć się tymi światłami… całym tym światem, który stawał się tym piękniejszy, im bardziej się od niego oddalał?

Utkwił spojrzenie w tamtych pięciu. Zazdrościł im, że nadal będą się szlajać bez celu, gdy jego już nie będzie. Takie gnojki zostaną, gdzie tu sprawiedliwość? Czuł, że twarz mu się zmienia. Kiedyś łatwo było go rozzłościć. Może wciąż było łatwo.

– Spokojnie – powiedział krótko ścięty i uniósł ręce łagodzącym gestem. Rozrywkowy nastrój nagle mu minął, jakby coś w spojrzeniu Domańskiego obudziło w nim czujność.

Dał znak reszcie i młodzi mężczyźni zaczęli się oddalać. Mariusz stał bez ruchu i patrzył za nimi. Odwrócił się w stronę zabytkowego budynku dworca. Pobitego wielkoluda nigdzie nie było widać. Przestał robić za pomnik i zniknął ze stówą w garści. Może się bał, że będzie musiał ją zwrócić…

Chudy umierający człowiek powlókł się w stronę postoju taksówek. Żałował, że nie mógł od razu pojechać do Luizy. Potrzebował jej.

Musiał jednak poczekać do jutra. A potem upewnić się, że Warga, ten skunks, który czasami u niej mieszkał i wychowywał jego Adasia, wyjedzie do swojej pierdolonej pracy.

Wsiadł do najbliższej taksówki, ale nie zdążył się odezwać, gdy ktoś zapukał w okno. Ten żebrak. Domański zdążył już o nim zapomnieć.

– Jednak bym pojechał – zabrzmiał ochrypły głos, gdy opadła szyba.

– Gdzie?

– Może być na Starogardzką.

Skinienie głowy i facet władował się do taksówki z drugiej strony. Trochę śmierdział, nie aż tak bardzo, żeby nie dało się wytrzymać, ale jednak, a nabrzmiała twarz nie dodawała mu uroku. Taksówkarz obrócił się w stronę tylnych siedzeń, mając ochotę coś powiedzieć. Ostatecznie nie powiedział nic. Jechali w ciszy przez Gdańsk, a na Starogardzkiej żebrak wysiadł gdzieś na wysokości dawnego niemieckiego obozu karnego SS i zniknął między drzewami.

– Gdzie teraz? – spytał taksówkarz.

– Do Wrzeszcza.

– Pojadę Niepołomicką, może być?

Samochód ruszył, mijając mleczarnię, a niedługo potem mały hotel z podniszczoną elewacją w otoczeniu kilku nieotynkowanych budynków. Wyglądał dostatecznie obskurnie, by spodobał się Domańskiemu.

– Zmieniłem zdanie – powiedział. – Wysiadam.

Popatrzył jeszcze raz na hotel i wyblakły napis WOLNE POKOJE podświetlony w oknie za firanką.

Tu będzie mu dobrze.

2

Czekała, kryjąc twarz w dłoniach. Gdy wszedł Sławek, coś się z nią stało i zanim się zorientowała, z płaczem zawisła mu na szyi. Strażniczki nie wzruszył ten wybuch czułości i ostrym głosem kazała jej wracać na miejsce.

Marta wróciła za stół. Tylko to mieli w tym pomieszczeniu. Stary stół i dwa krzesła. Usiadł naprzeciwko. Jej dłonie szukały jego dłoni i znalazły. Zdała sobie sprawę, że zachowuje się, jakby byli sobie nie wiadomo jak bliscy.

Nie potrafił ukryć, że nie czuje się z tym dobrze. Wyglądało, że jest zaskoczony, choć udawał, że nie jest. Był już w chwili, gdy zadzwoniła do niego.

Przed czterdziestoma dwoma godzinami.

Przed czterdziestoma dwoma godzinami koszmar się rozpoczął. Spędziła w prokuraturze cały piątek i sobotni poranek, choć odmówiła składania zeznań. Adwokat nie odstępował jej na krok. Podejrzewała, że Sławek dokładnie śledził, co z nią robią, bo pojawił się, gdy tylko stało się to możliwe. Kiedy trwający weekend wywiewał oskarżenia z głów nawet najbardziej zaciętych inkwizytorów.

Tylko co on o niej myślał?

Widziała, jak bardzo jej widok nim wstrząsnął. Pewnie dlatego, że nie miała makijażu. Miała za to szarą skórę i czarne cienie pod głęboko wbitymi w czaszkę oczami, więc w czym problem? Całkiem możliwe, że w tych oczach malowało się coś na kształt obłędu. Nie miała biżuterii i manikiuru, miała za to paznokcie wygryzione do mięsa. Jak zabierają ci jedne rzeczy, dostajesz w zamian inne.

– Jak się czujesz? – powiedział, gdy za strażniczką zamknęły się drzwi.

Przestała płakać i cofnęła dłonie. Wyprostowała się. Niby jak miała się czuć?

– Tu każdy myśli, że go zabiłam.

– Mam problem z zebraniem najprostszych informacji. Śledztwo przejął Ceboś, nasi w wojewódzkiej się cieszą, że nie musimy tego ruszać, a prokuratura mnie nie dopuszcza.

– Też myślisz, że to ja?

Usłyszała w swoim głosie histeryczny ton. Zaczynała się rozklejać. Miała do tego prawo, nie spała niemal dwie doby. Dwie doby psychologicznych gierek, niewypowiedzianych oskarżeń, strachu…

Zwlekał z odpowiedzią ułamek sekundy za długo.

– Nie.

– Kłamiesz. – Gardło miała ściśnięte, nie potrafiła przełknąć śliny. Nawet on… nawet Sławek był przeciwko niej.

– Posłuchaj, Marta – powiedział spokojnie, biorąc jej dłonie i chowając w swoich wielkich gorących łapach. – Myślę, że nie zadzwoniłabyś do mnie, gdybyś go zabiła. Ale obiektywnie sytuacja wygląda paskudnie. Przecież rozumiesz, dlaczego cię aresztowano?

Zaczynała się uspokajać. Nie z powodu tego, co mówił. W tym nie było nic uspokajającego. Działały na nią łagodność i tembr głosu, dotyk rąk, spojrzenie, które nie oskarżało.

– Warga do mnie zadzwonił – powiedziała. – Ściągnął mnie do domu Adamiaka, obiecał, że zobaczę coś niezwykłego, ale dom był pusty. Wiem, ostrzegałeś mnie…

– Zaczekaj. Rozmawiałem z Winsztajnem, zrobił mi wprowadzenie.

– To dobrze – szepnęła.

– Muszę się upewnić, że niczego nie poplątał. Wiesz, jacy są adwokaci. Gdy ich klient wali kamieniami w szybę wystawową, oni twierdzą, że przeszła burza gradowa.

Usiłowała się uśmiechnąć, ale nie potrafiła zmusić do tego ust.

– Chcę to usłyszeć jeszcze raz od ciebie. Muszę wszystko dobrze zrozumieć. Skup się. Potrafisz się skupić?

– Tak.

– Dobra. Sąsiedzi słyszeli dwa strzały, a potem widzieli ciebie, jak wychodzisz z domu Alberta Adamiaka z bronią w ręku. Zanotowali numery rejestracyjne twojego samochodu, zawiadomili policję, która po przyjeździe znalazła w salonie ciało z dwiema ranami postrzałowymi, a potem broń w twoim mieszkaniu. Taki sam kaliber, wystrzelone dwa pociski. Coś się w tym nie zgadza?

– Nie zabiłam go!

– Nie o to pytam. Czy w tym, co powiedziałem, jest jakieś przekłamanie?

– Gdy ja przebywałam w domu Adamiaka, nikogo tam nie było. Salon był pusty.

Kruk wyjął notes i otworzył go na stronie gęsto zapisanej niewyraźnymi notatkami.

– Według świadków opuściłaś dom Adamiaka o 16:37. Twierdzisz, że był pusty. Policja weszła do środka o 17:09. Stygnący trup leżał w salonie, rozbryzgi krwi dowodzą, że właśnie tam został zastrzelony. Chcę ci wierzyć, ale z tego wynika, że w ciągu tych trzydziestu dwóch minut Adamiak musiał dostać się do domu, choć świadkowie wyglądający na radiowóz przez okno nie widzieli, by wchodził do środka. Musiał się tam też znaleźć zabójca, choć jego też nikt nie widział. Zabójca musiał dwukrotnie strzelić, choć strzały słyszano dużo wcześniej, podczas twojego pobytu w domu. Potem równie niepostrzeżenie wymknął się i uciekł.

Marta zdała sobie sprawę, jak to brzmiało. Przerażająco, jak wyrok dwudziestu pięciu lat albo dożywocia. To niedorzeczne, przecież mówiła prawdę…

– Ja też słyszałam strzały – powiedziała tak słabym głosem, że miała wrażenie, że bełkocze. – Dlatego wyciągnęłam broń… Dlatego stamtąd uciekłam.

– Skąd dochodziły?

– Nie wiem… Miałam wrażenie, że z dworu…

– Adamiaka zabito w salonie. Rozbryzg krwi…

– Wiem! – wrzasnęła, nie panując nad sobą. – Przecież to wszystko wiem!

Do pokoju zajrzała strażniczka, ale Kruk pokazał jej gestem, że wszystko w porządku, więc ociągając się, wyszła.

– Marta – pochylił się nad stołem. – Jeśli mam ci pomóc, nie mogę nie zauważać faktów, aby cię nie denerwować. Wytrzymaj.

Wytrzyma. Oczywiście, że wytrzyma. Wcale nie dlatego, że jest silna i stać ją na wiele. Po prostu wytrzymanie i załamanie się były tak samo męczące.

– Zabójca musiałby mieć też broń, która kalibrem odpowiada twojej – powiedział ostrożnie Kruk. – Albo była to twoja broń.

Spojrzała na niego z wyzwaniem.

– Wzięłam pistolet dla bezpieczeństwa, ale nie strzelałam z niego. Po powrocie do domu zamknęłam go w sejfie. Były w nim wszystkie naboje.

– To znaczy – rzekł wolno Kruk – że jeśli zabójstwa dokonano w tym trzydziestodwuminutowym okienku po opuszczeniu przez ciebie posesji Adamiaka, strzały nie mogły paść z twojej broni. Miałaś ją przy sobie.

Zaśmiała się. Zabrzmiało to jak słaby, nerwowy chichot.

– Wierzysz w to? – spytała.

Nie odezwał się. Nie musiał.

– Boję się – powiedziała cicho.

– Wiem, Marta.

– Boję się, co wykaże analiza balistyczna. Tak, miałam pistolet cały czas przy sobie, nie strzelałam z niego, potem włożyłam do sejfu. A jednak policjant, który go z tego sejfu wyciągnął, twierdził, że z mojej broni strzelano i rzeczywiście, brakowało w niej dwóch naboi. Rozumiesz? Broń, która nie strzelała, strzelała. Może też, choć nie mogła zabić, zabiła? Myślę o tym bez przerwy.

Słuchał jej uważnie lekko pochylony, poważny. Wielki facet w zbyt znoszonej marynarce. Pomimo tej marynarki, był jej największą nadzieją.

– Analizy jeszcze nie ma – rzekł. – Zostawmy to na razie. Pozostaje sprawa telefonu Adamiaka. I twoje odciski palców.

– Telefon leżał w salonie na stole. Przy nim kartka: PREZENT DLA PANI PROKURATOR. Warga zwabił mnie tam, bo rzekomo chciał mi pokazać coś interesującego, ale dom był pusty i nie wiedziałam, co robić. Zadzwoniłam do niego. Zadźwięczał ten aparat na stole…

Przypomniała sobie emocje, jakich doświadczyła, gdy przeczytała na wyświetlaczu leżącego na stole telefonu komórkowego nazwę, pod jaką wpisano jej numer. Zebrało jej się na mdłości.

– Co dalej?

– Wzięłam go, przejrzałam kontakty i SMS-y. Mogłam wtedy zostawić odciski palców. Na pewno zostawiłam.

Kruk coś zanotował.

Podniósł głowę. On też nie wyglądał najlepiej i miał swoje powody do bezsennych nocy. Zdawała sobie z tego sprawę, choć sytuacja, w jakiej sama się znalazła, sprawiała, że nie zastanawiała się nad tym w ogóle. Wyciągnij mnie z tego, kołatało się jej pod czaszką. Myśl o mnie. Tylko o mnie. O tamtej nie myśl. Znajdziesz sobie inną kobietę.

– Winsztajn wspomniał, że zgubiłaś dwadzieścia cztery godziny – powiedział Kruk.

– Po powrocie zasnęłam przy telewizji. Dochodziła dziewiętnasta. Kilka minut po dziewiętnastej zaczął się do mnie dobijać prokurator Broniewski. Powiedział, że Adamiaka zastrzelono dzień wcześniej w salonie jego domu, że od tej pory jest tam policja, a przecież ja wiedziałam, że byłam tam zaledwie dwie czy trzy godziny wcześniej, policji nie było, a ja nie pomyliłam adresu. Czułam się jak w Matriksie. A potem w telewizji zobaczyłam relację z dnia i ludzi stojących w kolejkach po pączki. Wtedy do mnie dotarło. Zasypiałam w środę wieczorem, obudziłam się w Tłusty Czwartek. Myślałam, że spałam piętnaście minut. Przespałam całą dobę.

Kruk lekko przymrużył oczy. Widziała, że się zastanawia.

– Dlatego sprawa twojej broni, jeśli to z niej zabito ofiarę, przestaje być tak strasznie tajemnicza.

– Myślisz, że ktoś mnie uśpił, wykradł mi ją, zabił i podrzucił z powrotem, gdy spałam? Nie było na to czasu.

– Mylisz się. Było mnóstwo czasu.

– Sam mówiłeś, że zabójca miał tylko pół godziny po moim odjeździe, aby zabić. W tym czasie nie dotarłam nawet do domu. Broń miałam przy sobie.

– Poczekajmy na balistykę. Jadłaś coś po przyjeździe do siebie? Piłaś coś?

Miał taką minę, jaką już zdążyła u niego widzieć, kiedy na coś wpadł. Jednak wiedziała, że musi się mylić, bo nie powiedziała mu wszystkiego.

– Wypiłam tylko reddsa z butelki.

– Będę musiał dostać się do twojego mieszkania.

– Mecenas Winsztajn da ci klucze.

– A twoi rodzice? Jeszcze nie przyjechali?

Drgnęła. Nic nie odpowiedziała. Nie chciała o tym rozmawiać.

– Sławek, nikt nie mógł wejść do mojego mieszkania, gdy spałam.

– Czemu?

– Mam taki łańcuch zabezpieczający… Wiesz, montuje się go po to, by drzwi uchylały się tylko na pewną szerokość. Zawsze go zakładam, gdy jestem w domu. Aby go zdjąć, trzeba całkiem zamknąć drzwi, jest zbyt krótki, aby dało się to zrobić w inny sposób. Gdyby ktoś chciał wejść do mnie, gdy jestem w domu, musiałby nie tylko otworzyć zamki, ale też przeciąć łańcuch. To wciąż możliwe. Ale nie ma sposobu, aby wyjść z mieszkania i założyć łańcuch z powrotem. Można to zrobić tylko od wewnątrz. Gdy przyszedł Broniewski z policją, łańcuch był założony, musiałam go zdjąć, żeby otworzyć drzwi, pamiętam.

– A okna?

– Nie sprawdzałam, ale w domu było ciepło, żadnych przeciągów.

Kruk delikatnie przebierał palcami po stole. Twarz mu się ściągnęła. Skrzywił się.

– Są dwie możliwości – powiedział. – Pierwsza to taka, że mimo łańcucha na drzwiach i zamkniętych okien ktoś jednak wszedł do twojego mieszkania. Zrobił to, żeby podrzucić do sejfu broń, z której uprzednio dokonał zabójstwa. Druga możliwość…

Urwał i spojrzał jej głęboko w oczy.

– Jaka jest druga? – spytała tknięta złym przeczuciem.

– Że to ty zabiłaś Adamiaka.

3

Adasia bolał brzuch i Luiza od rana latała przy nim jak kot z pęcherzem. Wpuszczała w dzieciaka jakieś krople, a kiedy to nie pomogło, tabletki reklamowane w telewizji. Arkadiusz Warga przyglądał się temu bez większego zainteresowania.

– Mógłbyś pomóc – powiedziała, ładując małemu pod pachę starego typu termometr rtęciowy.

Warga nie miał pojęcia, co termometr ma do żołądka, ale nie zapytał.

W nocy Luiza nie była taką cholerną mamuśką, wyobraźni mogłaby pozazdrościć jej najdroższa kurwa. Gdyby kiedyś zabrakło kasy i trzeba było prowadzić burdel, Luiza miała kwalifikacje, aby szkolić personel. Dlatego znosił eksplozję jej macierzyńskich uczuć bez większej irytacji. Temperatura okazała się w porządku. Chłopak zapatrzył się na bajkę w Cartoon Network, zapominając na chwilę o bolącym brzuchu.

– To nic takiego – mruknął Warga. – A dzieciak jest twardy, po ojcu.

Na wzmiankę o Mariuszu niemal ją wykręciło. Patrzył na twarz Luizy, na którą jeszcze nie naniosła makijażu. Rzadko pozwalała sobie biegać w takim stanie, nawet po domu.

Ta dziunia jest zupełnie wyblakła, pomyślał. Trzeba ją pokolorować, żeby jakoś wyglądała.

Film o Gumballu dobiegł końca i Adaś znowu zaczął się skarżyć na brzuch.

– Zbierajcie się – powiedział Warga, który miał dosyć jęków na jedno popołudnie. – Jedziemy do McDonalda.

Przez chwilę miał wrażenie, że Luiza rzuci w niego termometrem, który właśnie wsuwała do plastikowego opakowania.

– Jesteś zupełnie popieprzony.

Adaś aż podskoczył na kanapie. Szeroko otwartymi oczami patrzył to na matkę, to na Wargę, który przysiadł przy nim.

– Jak byliśmy mali z twoim tatą, zawsze gdy bolał nas brzuch, szliśmy do McDonalda.

– Naprawdę? – Adaś wykazał pewną nieufność, ale tylko w takiej dawce, aby nie podpaść mamie. Spojrzał na nią niepewnie i wyrecytował: – McDonald jest niezdrowy.

– Bzdura. To najzdrowsze jedzenie na świecie. Gdyby był niezdrowy, nikt nie chciałby go jeść. Znasz kogoś, kto nie lubi McDonalda?

– Mama nie lubi – stwierdził Adaś po namyśle. – Ale w zeszłym tygodniu zabrała mnie tam po zerówce.

– Widzisz? Wszyscy kochają pożerać pana McDonalda. Biegnij się ubierać.

Chłopiec wciąż patrzył z wahaniem na matkę, która pokręciła głową.

– Co ty za bzdury kładziesz mu do głowy?

– Spójrz na niego. Już poczuł się lepiej. Zje hamburgera, nażłopie się coli i cola wyżre wszystkie bakterie, które ma w żołądku.

– Cola też jest niezdrowa – stwierdził Adaś.

– Aleś ty mądry. A co jest zdrowe?

– Szczypiorek.

– Szczypiorek nie naprawi twojego brzucha. – Zwrócił się do Luizy. – To jak?

Patrzyła na dziecko poważnie. Cokolwiek sobie myślała, nie mogła odmówić Wardze sukcesu. Adaś sprawiał wrażenie, że oto nic go nie boli, ale może natychmiast zacząć, jeśli wycieczka do restauracji McDonald zostanie odwołana.

– Kiedyś mówiła mi jedna farmaceutka, że na ból brzucha wypija litr coli – stwierdziła z wahaniem. – Sama nie wiem.

– Leć się przygotować.

Westchnęła, zrezygnowana.

– Zrobię tylko makijaż.

Poszła schodami na piętro. Adaś usiadł przed telewizorem i zaczął oglądać kolejny odcinek Gumballa. Zdawał sobie sprawę, że ten makijaż to nie taka prosta sprawa i chwilę potrwa.

Warga podszedł do okna i oparł się dłońmi w białych płóciennych rękawiczkach o parapet. Stał w tej pozycji, wyglądając na podwórko i ulicę z nagimi drzewami i parkującymi gdzieniegdzie przy chodnikach samochodami.

Uważnie przypatrywał się wnętrzom tych samochodów.

W takich wnętrzach czasami kryły się niespodzianki.

4

Kruk wszedł do mieszkania i przekręcił dwukrotnie gałkę górnego zamka, a potem wsunął klucz do dolnego, zamknął go i zostawił klucz w drzwiach. Nie założył tylko łańcucha.

Westchnął i rozejrzał się.

Podobało mu się mieszkanie. Było takie bardzo w stylu… Marty. Ładne. Trzy pokoje urządzone bez minimalizmu, ale i bez tysiąca zbędnych drobiazgów. Dużo bieli, dużo przestrzeni, sprzęt elektroniczny najlepszych marek. Dało się tu żyć.

To znaczy dałoby się, gdyby tu posprzątać. Choć jak na kwadrat, który gruntownie przetrząsnęła policja, i tak było nieźle.

Adwokat Marty Krynickiej wręczył mu klucze i przez chwilę wahał się, czy nie przyjechać z Krukiem. W końcu uznał, że nie musi. Facet nazywał się Miłosz Winsztajn i był własnością Eugeniusza Winiarskiego, starszego milionera, z którym los zderzył komisarza w styczniu.

Teraz Winsztajn został wypożyczony Marcie. To dobrze dla niej, mieć w narożniku takiego prawnika. To, co dziwiło Kruka, to fakt, że sprawy Marty w tej dramatycznej sytuacji organizował Winiarski, przyjaciel rodziny. Ojciec Marty nawet jeszcze nie przyjechał do Gdańska.

Kruk przespacerował się po pustym mieszkaniu. Właściwie nie wiedział czemu. Przyszedł tu w konkretnym celu, powinien zrobić swoje i wyjść. Zamiast tego przyglądał się książkom na półkach, i tym książkom, które leżały na podłodze, bo funkcjonariusze nie ułożyli ich z powrotem. Głównie dzieła prawnicze i kilka romansów, które musiały zostać upchnięte gdzieś z tyłu, a po rewizji leżały na samym wierzchu.

Czytał tytuły filmów na DVD, jakie Marta miała w kolekcji. Obejrzał sobie jej garderobę i szafę pełną butów. W gruncie rzeczy normalna dziewczyna. O ile zapomnieć o tym, że w sypialni trzymała sejf typu Koliber, a w środku broń, od której prawdopodobnie zginął człowiek.

Kruk skierował się do kuchni. Gdy przechodził przez przedpokój, zatrzymał się. Oparty o zamknięte drzwi mieszkania stał mężczyzna w płaszczu zarzuconym na szary garnitur.

– Już? – spytał Kruk.

– Dopiero – odparł smutno mężczyzna. – Starzeję się.

– Wszyscy się starzejemy. Zostawiłem klucz w drzwiach, żeby było trudniej.

– Wkładka dwustronna niezależnie otwierana. – Mężczyzna nazywał się Jerzy Walczak i kiedyś był włamywaczem, a obecnie zdarzało mu się społecznie udzielać dla Kruka. – Nie zostawiłem żadnych śladów, tak jak chciałeś. Potrzebne byłoby badanie mechanoskopijne, aby coś wykryć. I dlatego nie podoba mi się to, co robimy.

– Bo?

– Bo forsując dla ciebie zamki, zacieram ślady poprzedniego włamania. Przecież ktoś tu się włamał, prawda? Dlatego mnie ściągnąłeś.

– Ależ z ciebie, kurwa, prawy człowiek – mruknął Kruk i poszedł do kuchni.

Oczywiście Walczak miał rację. Może trzeba było podpowiedzieć Winsztajnowi to badanie, zamiast robić nieoficjalną wizję lokalną, aby sprawdzić słowa Marty.

Za późno na to. A Kruk sam musiał mieć pewność, że Marta nie zrobiła tego, o co ją oskarżano.

W koszu na śmieci ani nigdzie indziej nie znalazł butelki po reddsie.

Dokładnie obejrzał wszystkie okna. Nie nosiły śladów uszkodzeń. Wyszedł na mały balkon. Mieszkanie znajdowało się na trzecim piętrze, balkony sąsiadujących mieszkań dzieliła spora przestrzeń. Raczej niemożliwe, by ktoś tak po prostu przeszedł z jednego na drugi.

Wstępnie wykluczył, aby ktokolwiek dostał się do mieszkania tą drogą lub tą drogą się stąd wydostał bez pozostawiania śladów.

Wrócił do drzwi. Walczak zniknął, a oba zamki były na głucho zamknięte. W dolnym nadal tkwił klucz. Kruk rozbroił je, a potem otworzył drzwi.

– Powinieneś pracować w cyrku – powiedział do Walczaka nudzącego się na klatce schodowej.

– Za mało płacą.

Były włamywacz pracował obecnie jako specjalista do spraw zabezpieczeń w znanej firmie ubezpieczeniowej. Jego umiejętności i wiedza były w cenie.

Kruk uważał, że to miłe, iż płaci się złodziejom duże pieniądze za dawną nieuczciwość. Uczciwość za to nie była w cenie, ani obecna, ani przeszła. Kruk coś o tym wiedział.

– A gdybym założył łańcuch? – spytał.

– Aby wejść, musiałbym go przeciąć.

– I po wyjściu łańcuch pozostałby przecięty?

Walczak skinął głową.

Kruk dokładnie przypatrzył się łańcuchowi. Zmierzył długość. Założył łańcuch na szynę i uchylił drzwi. Spróbował zdjąć łańcuch i w tym celu przymykał skrzydło coraz mocniej. Udało mu się, dopiero gdy drzwi zostały całkowicie zamknięte.

Marta miała rację. Nikt nie mógł wyjść i założyć łańcucha z powrotem. Ani wejść, nie przecinając go. O ile rzeczywiście go założyła, ale tego była pewna.

Czyli nie ma się z czego cieszyć. To poważna okoliczność obciążająca. Może powinna przestać być tego tak pewna.

Pomyślał, jak dziwnie życie się układa. Przez ostatnie tygodnie Marta włożyła sporo wysiłku, żeby móc wysłać go na Kurkową, jeśli tylko przyjdzie jej na to ochota. Teraz sama tam wylądowała.

Odepchnął tę myśl.

Wszystkim nam się wydaje, że jesteśmy mniej lub bardziej nietykalni.

Tę myśl także odepchnął.

Wrócił do mieszkania i zaczął znowu spacerować po domu. Odkąd poznał Martę, cały czas mu kłamała. Przy każdej okazji.

Jak wszyscy, pomyślał. Wszyscy ci kłamią.

Gdy opuścił mieszkanie i schodzili po schodach, odezwał się:

– Wiesz co, Jurek? Do tego mieszkania ktoś się włamał, nie zostawiając śladów mimo założonego łańcucha, a potem elegancko wyszedł sobie, zamykając na powrót mieszkanie, wciąż zabezpieczone łańcuchem. I ja domyślam się, jak to się stało. Ty nie?

Walczak uśmiechnął się lekko. Skinął głową.

– Dzisiaj musiałbym przeciąć łańcuch, aby wejść. Jutro już nie.

– A co jest jutro?

– Niedziela.

– Co jest w niedzielę?

– Nie o to chodzi.

Walczak zrelacjonował Krukowi, jak dokonałby takiego włamania.

5

Gdy Warga stanął w oknie, Mariusz Domański niemal cały się rozpłaszczył na przednim siedzeniu wypożyczonego peugeota. Poczekał, aż tamtemu znudzi się gapienie w przestrzeń. Znowu usiadł wygodniej, tłumiąc kaszel.

Od domu Luizy dzieliła go spora odległość, nie sądził, żeby Warga zdołał go dostrzec. Mimo wszystko wolał zachować ostrożność. Ostrożność zawsze była wskazana. Wyglądało na to, że Arek zrobił sobie wolną sobotę i Domański marnował czas. Zresztą, w soboty Adaś też był w domu. Mariusz i tak nie mógłby wejść. Bo choć dzieci są kochane i człowiek tęskni za nimi najbardziej, nie umieją dochować tajemnicy.

Musiał jednak przyjechać. Miał nadzieję, że zobaczy chłopca i Luizę choćby z daleka. Zamiast tego mógł oglądać Wargę.

Zniechęcony siedział jeszcze jakiś czas. Powinien wrócić do hotelu i położyć się. Czuł się słabo. Nie było jeszcze najgorzej, to nie ten etap, kiedy pogorszenie przychodzi z dnia na dzień. Na razie czuł się słabiej z każdym tygodniem i utrzymywał w miarę jednostajne tempo umierania.

Ktoś mu kiedyś powiedział, że w życiu należy się cieszyć z drobnych sukcesów.

Wyciągnął rękę, aby przekręcić kluczyk w stacyjce i odjechać, ale właśnie wtedy drzwi domu otworzyły się i stanęła w nich Luiza, trzymając Adasia za rękę. Świetnie wyglądała w skórzanym płaszczu, z lejącymi się na ramiona czarnymi włosami, z ustami bijącymi czerwienią szminki, jakby dawała świetlne sygnały. Chłopiec podskakiwał.

Przeszli do stojącego przed domem bmw X5, a Warga, po tym jak zamknął dom, usiadł za kierownicą. Wycofał samochód i wyjechał z posesji, kierując się w stronę Wrzeszcza, przetaczając potężną maszynę tak blisko peugeota Domańskiego, że omal nie zarysował lakieru.

Zniknęli za zakrętem.

Mariusz czuł, że serce bije mu tylko nieznacznie szybciej. Chyba na więcej nie mógł dziś liczyć.

Odczekał dziesięć minut, zanim uruchomił silnik. Włączył cicho radio. Wszędzie nadawano wiadomości i wyłączył je. Poprowadził peugeota wąskimi uliczkami w kierunku alei Grunwaldzkiej, aby stamtąd pojechać na Maćkowy. Hotel nie zawiódł oczekiwań: pokój okazał się znośny, a widok z okna na ślepą ścianę sąsiedniego budynku dostatecznie nieciekawy, aby nie budził tęsknoty za życiem.

Zdążył ujechać kilka kilometrów, gdy zadźwięczała jego komórka.

– Mario – usłyszał w aparacie.

– Aro.

Tak wołali na siebie kiedyś, w dawnych czasach. W czasach, o których każdy z nich chciałby zapomnieć.

– Podoba ci się Gdańsk po latach?

– Tak.

– To dobrze.

W tle rozbrzmiewał szum głosów, śmiechy dzieci. Domański opanował się, bo miał jedną z tych duszności, od których kręciło mu się w głowie.

– Adasia bolał brzuch i wywiozłem go do Maca.

– Odbiło ci.

– Twoja była się zgodziła. Chciałem, żebyś mógł ich zobaczyć, skoro garujesz pod jej domem.

– Nie ma mnie pod jej domem.

– Teraz może już nie. Po co miałbyś dalej tam siedzieć.

Domański wcisnął pedał hamulca i peugeot zatrzymał się przed światłami, które zmieniły się na czerwone. Dla odmiany jego prawa ręka, zaciśnięta na kierownicy, wyglądała na całkiem zbielałą.

– Co ze spotkaniem?

– Już niedługo. Stary się zgodził, ale na razie jest trochę zajęty.

– Przyjechałem specjalnie…

– Wiem. Ciesz się pobytem. Kończę, Luiza wraca z małym z kibla. Ten brzuch to chyba jednak na poważnie.

– Zabierz Adasia do lekarza.

– Fajną masz rodzinę. Nie mam ci za złe, że muszę się nimi zajmować.

Połączenie zostało przerwane.

Wróciły duszności. Lekarz zabronił Domańskiemu się denerwować. Miał odpoczywać, prowadzić ustabilizowane życie, a wtedy wszystko będzie jak należy. To znaczy będzie zdychał zgodnie z harmonogramem znanym z podręczników medycznych i lekarza prowadzącego nie czekały żadne niespodzianki. Dla lekarza to ważne.

Piknięcie SMS-a. Domański sprawdził.

Od zleceniodawcy. Szukał kontaktu.

6

Ulica była kolorowa i czysta, a domy wyglądały bajkowo. Wierzyć się nie chciało, że w takim otoczeniu może się zdarzyć coś złego. Ale w każdej bajce jest przecież zły wilk albo inne paskudztwo, pomyślał Kruk, naciskając przycisk domofonu przy furtce wiodącej na posesję zastrzelonego Alberta Adamiaka.

– Tak? – usłyszał zniekształcony przez głośnik kobiecy głos.

– Komisarz Sławomir Kruk z policji.

Nic się nie wydarzyło. Głos znowu się odezwał:

– Co z tego?

– Do pani Pauliny Adamiak.

Zadźwięczał brzęczyk, Kruk pchnął furtkę i wszedł za ogrodzenie. Drzwi domu otworzyły się i pojawiła się w nich szczupła, na oko trzydziestopięcioletnia kobieta, w roboczym stroju usmarowanym białą farbą.

– Dzień dobry – powiedział Kruk.

Nie wiadomo dlaczego spodziewał się, że będzie dużo starsza i otyła. Widział kiedyś Alberta Adamiaka i wyobrażenie jego żony, jakie wytworzył na swój użytek, współgrało z wyglądem jej męża. Tym większe wrażenie zrobiła na nim rzucająca się w oczy delikatność kobiety.

– Pani Adamiak?

Nieznacznie skinęła głową. Miała bladą twarz, półprzytomne spojrzenie, sprawiała wrażenie, że myślami jest zupełnie gdzie indziej.

– Czy zechciałaby pani ze mną porozmawiać?

– O czym?

Mówiła tak cicho, że Kruk musiał się nachylić, żeby ją lepiej słyszeć.

– O pani mężu. O tym, co się stało.

– Rozmawiałam już z policją.

– Wiem. Zgodzi się pani porozmawiać jeszcze ze mną?

– Muszę?

Chciał skłamać, że tak, ale był w niej taki smutek, że się zawahał. Gdy człowiek zaczyna się wahać, kłamstwa przestają przychodzić bez trudu.

– Nie.

– To dobrze. Nie chcę rozmawiać.

– Nie chciałbym pani dręczyć, ale…

– Ale jednak pan będzie, prawda? – Uniosła wzrok, poruszając powiekami, jakby zbierało jej się na płacz. – Niech pan mnie zostawi w spokoju, proszę.

Cofnęła się, kładąc dłoń na klamce.

– Pani Paulino…

– Tak?

– To śledztwo skończyło się, zanim się jeszcze zaczęło. Oskarżona może zostać niewinna osoba. Proszę ze mną porozmawiać, potrzebuję informacji. – Jego słowa płynęły gdzieś ponad nią, nie przebijając gęstej mgły, która zdawała się spowijać jej umysł. Wiedział, że za chwilę schowa się przed nim w domu, więc zapytał szybko: – Dlaczego nie odesłała mnie pani przez domofon?

Uniosła głowę i jej zmęczona twarz wysunęła się z cienia rzucanego przez drzwi, w którym już zaczynała się skrywać. Nie była to piękna twarz, odrobinę zbyt szeroka, z małymi ustami i spiczastą brodą.

Za to w oczach przelewały się czarne oceany.

– Sama nie wiem – odparła głosem osoby, której jest wszystko jedno, dlaczego robi różne rzeczy. – Przepraszam, zamalowuję śmierć.

Zamknęła za sobą drzwi przepraszającym gestem.

Komisarz stał przez chwilę, zastanawiając się, co to miało znaczyć. Wyjął wizytówkę i zostawił na wycieraczce. Miał nadzieję, że wiatr jej nie zdmuchnie.

Na razie nie miał szczęścia, a raczej nie miała go Marta. W końcu o nią tu chodziło. Wykorzystał okazję, by przejść na tyły domu. Był tam nieduży taras i przeszklone drzwi zamykane na zamek patentowy prowadzące do ogrodu. Mogły pełnić rolę drugiego wejścia. Stojąc przy nich, nie widział domu sąsiadów, którzy – jak poinformował go Winsztajn – powiadomili policję o strzałach. Cały ogród był za to doskonale widoczny z okien innego domu i raczej tylko stamtąd. Od zachodu posesja graniczyła z parcelą, na której postawiono jedynie fundamenty sporego domu i zarzucono budowę.

W ogrodzeniu po tej właśnie stronie była furtka, a za nią piaszczysta łacha zryta oponami samochodów. Prawdopodobnie kiedyś będzie tu droga wewnętrzna, ale już teraz kierowcy skracali sobie tędy drogę. Kruk popatrzył na ślady na piasku, zastanawiając się, czy ktoś zadał sobie trud, żeby je zdjąć, a potem odwrócił się w stronę domu.

Za szybą tarasowych drzwi zamajaczyła kobieca postać i Kruk dostrzegł, że Paulina Adamiak, trzymając w ręku wałek malarski, przygląda mu się z wnętrza. Lekko skinął głową, ale nie zareagowała. W jej postawie było coś rozpaczliwie bezbronnego, jakby wysyłała w świat wołanie o pomoc, nie zdając sobie z tego sprawy.

Poczuł wyrzuty sumienia, że łazi po jej terenie, choć nie wyraziła na to zgody.

Wrócił na ulicę, gdzie zostawił samochód, ale minął go i skierował się do domu sąsiadów, z okien których widać było ogród Adamiaków. Nikt nie zareagował na dzwonienie. Przespacerował się ponownie przed ogrodzeniem Adamiaków i zadzwonił tym razem do tych sąsiadów, którzy zawiadomili policję. Może było to tylko złudzenie, ale czuł na sobie wzrok Pauliny Adamiak, jakby śledziła jego poczynania.

Znowu nie miał szczęścia, bo nikt się nie odezwał.

Kruk pomyślał, że dzisiaj już nic nie zwojuje, za to jutro z rana uda się do kogoś bardziej gościnnego.

Do bandyty i lichwiarza Bartosza Kani.

7

Wrócił do swojego mieszkania, zdjął buty i kurtkę. Było cicho. Przedmioty leżały na swoich miejscach dokładnie tam, gdzie je zostawił, wychodząc.

Powlókł się do lodówki i zajrzał do środka. Jej zawartość niczym go nie zaskoczyła. Ruszył do pokoju, podejmując decyzję, że woli nic nie zjeść niż iść do sklepu. Jedzenie wymagało zbyt dużo zachodu.

Włączył radio. Grano jakieś kawałki hip-hopowe, a może był to rap, nie znał się na tym. Wysłuchał dwóch utworów o miłości. Zarówno jeden, jak i drugi wokalista skarżył się, że kobiety chcą pieniędzy i trzeba robić hajs, żeby je zdobyć.

Sięgnął po pilota do radia. Tak, kobiety chcą pieniędzy, czy to tak trudno zrozumieć? Znalazł stację z jazzem. Jazzmani znali chyba inne kobiety, bo ich standardy miały przyjemne nazwy: Petite Fleur, I Fall In Love Too Easily, What You Won’t Do For Love. Kruk pomyślał, że kobietę można też oczarować. Siedział na kanapie, a przez okno wlewało się do pokoju popołudniowe zimowe światło.

Rozpoczęły się wiadomości i wyłączył radio.

Myślał o Sylwii Rańskiej. Potem zaczął się zastanawiać, jak Marta radzi sobie w areszcie. Przez chwilę jego myśli błądziły też wokół Ewy, byłej żony.

Ciche piknięcie komórki. Był niemal pewien, że to właśnie Ewa, bo ostatnio przypomniała sobie o jego istnieniu i powróciła do jego życia z siłą i wdziękiem walca drogowego.

To nie była Ewa. Jakiś nieznany numer. Kruk odczytał SMS-a:

Chcial pan porozmawiac komisarzu. Jutro o 5 rano w So! Coffee na lotnisku. Prosze o absolutna dyskrecje.

Uderzył palcem w numer, a gdy otwarło się menu, wybrał opcję „Utwórz kontakt”. Wpisał imię i nazwisko: Paulina Adamiak.

Piąta rano. Ostatnio, niezależnie od tego, o której kładł się spać, budził się o czwartej. Może być.

Nie miał co ze sobą zrobić. Potrzebował sposobu, żeby zabić resztę niedzieli.

Wyjął z barku piękną butelkę wódki, którą trzymał na specjalną okazję. Tylko że w jego życiu nie było specjalnych okazji. Miał wcześnie rano spotkanie, ale co z tego.

Napije się wódki belvedere i poczuje się jak James Bond.

8

W hali odlotów usiadł przy kawiarnianym stoliku. Pomimo wczesnej pory, znaczna część miejsc była zajęta. Wypił kawę, a potem jeszcze jedną. O wpół do szóstej przyszło mu do głowy, że zwlekł się z łóżka na próżno.

Wtedy ją zobaczył. Ciągnęła za sobą niewielką podróżną walizkę, która kwalifikowała się na bagaż podręczny. Jeszcze w rozsuwanych drzwiach rozpięła płaszcz, jakby nagle poczuła uderzenie gorąca. Dotoczyła walizkę do stolika Kruka i usiadła, z roztargnieniem rozglądając się wokół.

– Zamówić pani kawę?

Posłała mu łagodne spojrzenie, wstała i zdjęła płaszcz, kładąc go na krzesło obok.

– Dziękuję. Pójdę sama.

Obserwował, jak rozmawia z baristką. Było coś harmonijnego w sposobie, w jaki układała głowę i w jaki się poruszała. Kruk uświadomił sobie, że sprawia mu przyjemność, gdy na nią patrzy.

Wróciła i uśmiechnęła się blado. Wydawała się bardziej przytomna niż w niedzielę, ale tylko trochę.

– Dlaczego tutaj? – spytał.

– Wszędzie, byle nie tam. Nie w domu. – Na tacce, którą przyniosła, stała filiżanka czarnej kawy i czekoladowe ciastko. – W moim domu w biały dzień zastrzelono mi męża. Myślałam, że jak wszystko posprzątam, wymaluję ściany, jakoś dam radę. Ale i tak uciekłam. Noc spędziłam u rodziców, z dziećmi.

Skinął głową i czekał. Usiłowała zabrać się za ciastko, ale widelczyk zawisł w powietrzu i nie zanurzył się w czekoladzie. Kruk śledził jego los.

– Szukałam w internecie informacji o panu. Pobił pan człowieka na komendzie.

Nie odpowiedział.

– Pan sądził, że on ciężko skrzywdził żonę. – Zrobiła krótką pauzę i dodała: – Przeczytałam też, jak zakończyło się pańskie ostatnie śledztwo. Prowadził je pan z prokurator Martą Krynicką.

Kruk nie czytał, co wypisują na ten temat. I nie chciał, aby mu o tym przypominano. Był jednak gotów wybaczyć podjęcie tematu tej kobiecie, która usiłowała zapanować nad sobą, ale ledwo trzymała się na nogach. Czekał, aż Paulina Adamiak wyjaśni, do czego zmierza.

– Musiałam ocenić, czy mogę panu zaufać.

– I może pani?

– Komuś muszę. Czemu pan przyszedł do mojego domu?

– Chciałem zadać kilka pytań.

– Mój Boże – zezłościła się. Umiała się ładnie złościć. – To przecież wiem. Jakich pytań?

– Różnych. – Chwilę patrzyli sobie w oczy w milczeniu. Jej oczy świetnie udawały spokój. Trzeba było spojrzeć głębiej, aby dostrzec tłumioną histerię, która w każdej chwili mogła przeniknąć na powierzchnię. – Na przykład czy wiedziała pani, że mąż miał długi u pewnego biznesmena, Bartosza Kani?

Nie poruszyła się, słysząc nazwisko. Wreszcie zaatakowała ciastko, jakby jedzenie miało odgrodzić ją od Kruka.

– Ten człowiek to znany lichwiarz – dodał.

– Inni policjanci wypytywali wyłącznie o związki męża z prokurator Krynicką. Pan nie będzie o to pytał?

– Niekoniecznie.

– Nie wierzy pan, że zabiła Alberta?

– Wierzą w to inni. Ja chciałbym zbadać pozostałe możliwości. Chodzi o prawdę i sprawiedliwość.

Odwróciła wzrok, gdy zadała kolejne pytanie:

– Naprawdę tylko o to?

– Jest młoda – odparł i zamierzał powiedzieć coś jeszcze, ale urwał, gdy machnęła lekceważąco ręką.

– Zależy panu. Nie jest pan bezstronny. – Nagle uniosła wzrok. – Coś pana z nią łączy?

Niektórych pytań nie zadaje się po to, by usłyszeć odpowiedź, ale by zaobserwować reakcję. Pierwsza reakcja Kruka była odruchowa, na szczęście nie aż tak odruchowa, by nie zdołał się opanować.

– Nie – odparł spokojnie.

– Zdenerwowałam pana?

– Nie.

Odsunęła od siebie talerzyk z do połowy zjedzonym ciastkiem. Napiła się kawy i wymęczyła z siebie uśmiech.

– Zabawne, że chociaż na chwilę role się odwróciły. Policja tak bardzo mnie dręczyła, jakbym to ja zabiła Alberta.

– Odpowie pani na moje pytanie?

– Bardzo bym chciała, ale już zapomniałam, o co pan zapytał.

Możliwe, że to była czarująca kobieta, bo choć sobie z nim pogrywała, Kruk nie czuł irytacji. Wyszła za mąż za mężczyznę starszego o blisko dwadzieścia lat, a teraz on zginął tragicznie. Niewątpliwie wciąż była tym wstrząśnięta, ale nie przysłoniło to całego jej świata. Za dużo było w niej życia.

Kruk zaczynał być ciekawy, jaki jest ten jej świat. Ta część, której nie naruszyła śmierć męża.

– Niewinna kobieta siedzi w areszcie. Czemu nie chce pani ze mną rozmawiać?

– Skąd pan wie, że jest niewinna? Udzieliłam informacji policjantom prowadzącym śledztwo. – W jej oczach błysnęło. – Za kogo pan się ma?

– Za kogo pani mnie ma, że pani mnie tu ściągnęła?

Najwyraźniej zaczęła się nad tym zastanawiać. Obserwował drgnienia jej twarzy, zbędne poruszenia dłoni, którymi usiłowała zamaskować niepewność. Spojrzała na zegar na tablicy odlotów.

– Za dziesięć minut muszę przejść kontrolę bezpieczeństwa – powiedziała cicho.

– Gdzie pani leci?

– Do Warszawy, ale wracam wieczorem. Zostawiłam dzieci pod opieką rodziców… Bliźniaki, mają po dziewięć lat, i tak naprawdę jeszcze nic do nich nie dotarło. Przed nami okropnie trudny czas.

Kruk nic nie powiedział, a ona zaczęła się usprawiedliwiać.

– Nie chcę zostawać w Trójmieście, zastanawiać się, płakać… Czekać, aż prokuratura zechce wydać mi ciało męża. Chciałabym, aby miał dobry pogrzeb… Ale zanim będę mogła się tym zająć… Pomyślałam, że przez ten czas zajmę się pracą.

– Czym się pani zajmuje?

– Nieruchomości. Po latach wychowywania dzieci zaczęłam wracać do zawodu.

Tym razem Kruk spojrzał na zegar.

– Nie chce pani odpowiadać na pytania związane ze śledztwem. Po co tu jesteśmy?

– Policja zabrała coś z mojego domu. Czy pan mógłby to dla mnie odzyskać?

– Co takiego?

– Kartkę papieru. Zabezpieczyli ją jako dowód. Była na niej krew.

Poprosił gestem, żeby mówiła dalej.

– Mamy w domu dużo kwiatów. Gdy wyjeżdżam, wypisuję mężowi, kiedy ma podlać każdy kwiat. – Urwała. – Wypisywałam… Jedne lubią wodę bardziej, inne mniej. Albert nigdy nie mógł tego spamiętać. Nie obchodziły go kwiaty. – Głos jej się załamał. – Teraz, gdy to się stało, byłam w Warszawie i też zostawiłam mu taką kartkę. Chciałabym dostać ją z powrotem.

– Dlaczego?

Pokręciła głową, zaciskając usta.

– Proszę mi powiedzieć, dlaczego ta kartka jest taka ważna.

– Może powiem. I obiecuję, że odpowiem na inne pańskie pytania… Jak już pan ją przyniesie.

Wstała. Zaczęła się śpieszyć. Pomógł jej włożyć płaszcz. Sięgnęła po walizkę.

– Proszę zachować dyskrecję – powiedziała na odchodnym. – Nie bez powodu nie idę z tym do prokuratora. Niech pan nikomu nie zdradzi, że mi na tej kartce zależy.

Ruszyła w stronę bramek. Zawróciła i dotknęła jego ramienia.

– Nikomu, rozumie pan?

9

Gdy Kruk wszedł do biura firmy Drobarex, mocno łysiejący, niewysoki facet poderwał się z miejsca i z uśmiechem szczęścia na twarzy zaczął ściskać mu dłoń. Pomyślałby kto, że jest starym przyjacielem, który nie mógł doczekać się spotkania. I jak na starego przyjaciela przystało, nie zamierzał się przedstawić.

Kruk widział go po raz pierwszy w życiu, ale patrząc na jego nienaganny szary garnitur, czujne spojrzenie za uśmiechem, stos dokumentów na biurku przysłoniętych gazetą i kawałek wizytówki wysuniętej tak precyzyjnie, aby dało się dostrzec jedynie słowo ADWOKAT, pomyślał, że facet może być prawnikiem albo takiego udawał.

Za to Bartosz Kania nawet nie drgnął. Siedział przy swoim biurku, twarz miał pustą i patrzył bez ciekawości za okno. Był tylko w koszulce, demonstrując potężnie umięśnione ramiona i tatuaże. Od lat zajmował się lichwiarstwem i Kruk potrafił zrozumieć, że ludzie chętnie oddają mu pożyczone pieniądze.

Nie potrafił za to pojąć, jak można wpaść na pomysł, aby cokolwiek od Kani pożyczyć. Komisarz nie wziąłby od niego nawet piątaka na chwilę przed śmiercią głodową. Wolałby pić wodę z kałuży.

Z pewnością, gdy chodziło o zawieranie transakcji, do głosu dochodził urok osobisty Kani.

Dziś jednak facet nie wykazywał za grosz uroku osobistego.

– Już się nie lubimy? – spytał go Kruk, siadając na jedynym wolnym krześle.

Bartosz Kania nie odpowiedział. Nie zwrócił nawet głowy w jego stronę. Za to prawnik aż zapiał z urazy.

– Co pan opowiada, panie komisarzu. Bardzo się cieszę, że pan przyszedł. Co mogę dla pana zrobić?

Kruk popatrzył na niego, a potem na siedzącego na stołku pod ścianą jeszcze jednego mężczyznę, który miał na sobie czarny garnitur, jakby właśnie wrócił z pogrzebu. Wyglądał na takiego, który woli pogrzeby od wesel. Był równie wielki i potężny jak Kania. I tak samo gapił się za okno. Na policzkach nosił kilka paskudnych blizn, a sama twarz… Zdarzały się przyjemniejsze oblicza.

Taki ktoś w biurze Kani to było coś nowego.

– Nie z panem chcę rozmawiać – rzekł Kruk do prawnika.

– A to ci przykrość. – Prawnik zasępił się zadziwiająco szczerze. Wyglądał na zdruzgotanego. – No i co my teraz zrobimy?

Kruk nie miał ochoty uczestniczyć w komedii reżyserowanej przez Kanię i granej przez jego aktorów. Jednak mógł przebywać w biurze Drobareksu jedynie dlatego, że oni mu pozwalali. Nie miał żadnych prawnych podstaw, aby tu wejść. W każdej chwili mogli go grzecznie poprosić, żeby się wynosił, a jemu nie zostanie nic innego, jak równie grzecznie posłuchać.

– W zeszłą środę ktoś zastrzelił Alberta Adamiaka. – Kruk rzucił to zdanie w przestrzeń.

– Co z tego? – odparł prawnik głosem, który stał się odrobinę chłodniejszy.

– Rozpytujemy jego znajomych. Może coś wiedzą.

– To nazwisko nic mi nie mówi.

– A może jednak? Proszę sobie przypomnieć.

– Niestety. Nikt tutaj nie znał nikogo takiego.

Kruk skrzywił się.

– Znał go na przykład wasz młotek z szuflady. Albert Adamiak nie wygoił skutków tej znajomości do śmierci.

Kania nadal się nie poruszył, ale jego kompan w czarnym garniturze nie potrafił się powstrzymać i rzucił Krukowi ponure spojrzenie. Komisarz uśmiechnął się do niego, bo wierzył, że uśmiech może zdziałać cuda.

– O czym pan mówi? – spytał prawnik. – Czy pan Adamiak, o którym słyszę po raz pierwszy w życiu, został zabity młotkiem?

Kruk uznał, że nic tak nie osiągnie. Zmienił temat.

– Zdaje się, że pracuje u was niejaki Arkadiusz Warga. Tego pan zna?

– Nazwisko brzmi znajomo.

– Całe szczęście. Bałem się, że z pana jakiś odludek i nikogo pan nie zna. Chciałbym z nim porozmawiać.

– Ależ czy ja panu bronię?

– Warga jest na terenie zakładu?

– Tego nie wiem. Nie mam nic przeciwko, aby pan poszedł i poszukał.

To chyba znaczyło, że go nie ma. Kruk nie miał najmniejszej ochoty łazić po tej ich całej ubojni i oglądać rzezi kurczaków, aby się przekonać.

– Da mi pan jego adres domowy? Nie chcę przeszkadzać mu w obowiązkach.

– Oczywiście.

Prawnik podszedł do starego regału i otworzył szafkę. Chwilę wodził palcem po grzbietach papierowych teczek.

– Dziwne – mruknął.

– Nie ma? – spytał grzecznie Kruk.

– Powinna tu być. Na pewno zaraz znajdę. Arkadiusz Warga, mówi pan?

Kruk podniósł się z krzesła. Takie komedie szybko przestawały bawić.

– Niech pan już tak zawzięcie nie szuka. Bo jeszcze się pan zmęczy.

Prawnik odwrócił się i pokiwał ze smutkiem głową.

– Bałagan w dokumentacji to niewybaczalna rzecz. Chyba że się pomyliłem i taki człowiek tu nie pracuje. Czego pan właściwie od niego chce?

– Co to ma za znaczenie, skoro go nie ma?

Mężczyzna w pogrzebowym garniturze sapnął, rozprostował się. Sprawiał wrażenie skrajnie znudzonego. Bezcelowe siedzenie na stołku wyraźnie mu nie służyło.

Kruk nachylił się w stronę Kani.

– Czego się boisz, Bartek? Po co ci nagle ochrona?

Prawnik załamał ręce.

– Najbardziej boimy się zawirowań na rynku drobiarskim. Pan nie zdaje sobie sprawy, jakie nastały czasy dla biznesu.

Kruk machnął ręką i skierował się do drzwi. Kania nawet nie poruszył powieką. Równie dobrze mógł być martwy, a oni go tam posadzili, żeby poudawać. Schodząc po schodach, Kruk pomyślał, że coś musiało się dziać nie po myśli Bartosza Kani.

Stając na parkingu przed budynkiem i otwierając drzwi samochodu, komisarz coś sobie przypomniał. Kilka tygodni temu był w Drobareksie z Martą Krynicką, kiedy rozpracowywał sprawę trupa w worku, a Marta mu w tym przeszkadzała, jak mogła. Ale młoda pani prokurator spisała wtedy numery samochodów stojących przed budynkiem. Warga tamtego dnia był w biurze ubojni. Jeden z tych samochodów należał prawdopodobnie do niego.

Kruk miał nadzieję, że Marta wciąż miała te notatki i że nie spoczywają wraz z innymi dowodami w sprawie, zamknięte na cztery spusty w prokuraturze.

Zanim odjechał, dostrzegł faceta w puchowej kurtce, który palił papierosa przed jednym z budynków za biurem Kani. Mógł to być zwyczajny pracownik ubojni, ale Kruk nie postawiłby na to pieniędzy. Jego wzrok bez zainteresowania prześliznął się po postaci komisarza, po czym mężczyzna zajął się czymś znacznie ciekawszym: wgapianiem się w kawałek krawężnika.

Gdy już go sobie dostatecznie pooglądał, uniósł lekko głowę i znowu popatrzył na Kruka.

Komisarz nie mógł mieć żadnej pewności, ale sposób, w jaki tamten stał, wyraz jego twarzy i eleganckie, wyglansowane buty kazały wątpić, że facet trudni się podwieszaniem drobiu na wyciągu. Prawdopodobnie był to kolejny ochroniarz. Kania wystawił czujkę także przed budynkiem.

To dało Krukowi do myślenia.

Strona redakcyjna

Opracowanie graficzne okładki: Emotion Media

Redaktor prowadzący: Grażyna Ordęga

Opracowanie redakcyjne: Karol Maj

Korekta: Małgorzata Narewska

© 2017 by Piotr Górski

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o.Warszawa, 2018

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

HarperCollins jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce: Shutterstock.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25

www.harpercollins.pl

ISBN: 978-83-276-3965-3

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.