Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Finałowy tom 4-częściowego cyklu, w którym krew leje się gęsto, a podział na dobrych i złych nie istnieje. W każdym mieszają się dwie strony mocy.
Imperium, które nigdy nie zaznało klęski, staje na krawędzi upadku.
Czy połączona potęga orków siczowych i imperialnych legionów wystarczy, by powstrzymać smoki i ich armie? W tej wojnie zwyciężą najbardziej bezwzględni.
W samym sercu Imperium Kathana Marr prowadzi własną grę – pośród zdrad, spisków i decyzji, które mogą kosztować ją wszystko.
Tymczasem Gorath, Morana i Noelle podążają tropem Evelona. Czy zdołają wykonać rozkaz: znaleźć i zabić elfiego maga? Na dalekiej północy odkryją prawdę, która odmieni nie tylko losy wojny, ale i samo oblicze świata.
Nadszedł czas Zabójców Bogów. Oto finał, w którym splatają się ścieżki bohaterów, a każdy wybór będzie ostateczny.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 345
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Redakcja:
Joanna Czarkowska
Korekta:
Emil „Paddy” Dworakowski
Projekt okładki:
Joanna Halerz
Layout, skład i łamanie:
Sylwia Gudyka
Wydanie I, Warszawa 2026
ISBN: 978-83-971490-9-0
Copyright © by Janusz Stankiewicz, Warszawa 2026
Wydawca: Wretched Hive, Warszawa 2026
Sinister Project
Sinisterproject.pl
Dla mojej żony, Agny
Kathana Marr wysyła Goratha na Wybrzeże Szkutników, by przeniknął w szeregi działającej tam gildii zabójców zwanych Nocnymi Cieniami. Odprawione rytuały sprawiają, że półork nie będzie w stanie ukryć się przed Okiem Marr, zatem o nieposłuszeństwie nie może być mowy. Han Drakhus, przerażający egzekutor Kathany, ma zniszczyć Cienie, gdy tylko Gorath odkryje ich wszystkie sekrety.
Gorath zwraca na siebie uwagę zabójców, mordując ich niedoszłą ofiarę – dawnego szpiega Kathany – w sypialni pięknej Iman Zafir, żony lokalnego kupca, która najwyraźniej owinęła sobie wokół palca zarówno męża, jak i kochanka.
Nocne Cienie okazują się niewielką, prowincjonalną organizacją skupioną wokół kultu Bogini Thenneth i jej mrocznego, tajnego aspektu. Wybicie się pośród nich nie jest trudnym zadaniem dla kogoś pokroju Goratha, choć misje, w których półork musi zabijać sprawniej niż inni, pozostawiają w nim mroczny ślad, gdyż ofiarami Cieni padają także postronni.
Ślad na ciele Goratha pozostawia także sama Thenneth w postaci wytatuowanego czarnego pająka, piętna zabójcy i znaku Nocnych Cieni, wymuszającego wobec nich posłuszeństwo. Odtąd Gorath znajduje się między młotem a kowadłem: nie może wykonać misji zleconej przez Kathanę bez narażenia się na zemstę bogini.
Wraz z byłą włamywaczką Noelle, sadystyczną Nyx i pod rozkazami Nihilusa Gorath wykonuje misje planowane przez przywódców Cieni: Vigo van Thorna i jego prawą rękę, wojowniczkę Moranę Thail. Wspólne misje zbliżają Goratha i Noelle, której podejście do życia i nieustannie dobry humor sprawiają, że nawet ponury półork zaczyna dostrzegać uroki życia.
Cienie pomagają Iman Zafir rozwinąć lukratywną działalność: polega ona na dostarczaniu ofiar do perwersyjnych zabaw arystokratów. Ponadto Cienie niszczą organizacje kupieckie w mieście Burdorf, by zapewnić monopol Gildii Kupców Korzennych i Jedwabnych, na której czele stoi także Vigo van Thorn. Lista łajdactw zdaje się nie mieć końca: rozprawiając się z rywalem Zafir, oddają jego nastoletnią córkę w łapska najpotworniejszych bandziorów, a szykując dywersję pod Burdorf, zdradzają Kratosa – dawnego bohatera Imperium Orków, obecnie jednego z upadłych Władców. Kiedy ofiarą zabaw zwyrodniałych arystokratów pada młoda prostytutka Cukierek, Gorath ma dość.
Dzięki pomocy dawnego przyjaciela – elfa Evelona, obecnie prominentnego maga, Gorath pozbywa się piętna zabójców, wykonując szaleńczy Skok Wiary. Odtąd w miejsce mrocznego aspektu nosi bliźniaczy znak drugiej twarzy Thenneth – bogini wiatrów i patronki podróżników. W zamian za dostarczenie Evelonowi informacji o gildii kupieckiej Vigo van Thorna elfi mag podejmuje się przygotować kopię esencji Goratha: odtąd Kathana Marr ma widzieć tylko dubla, trzymanego bezpiecznie w siedzibie Bractwa Oświeconych.
Kiedy Gorath jest gotów wystawić Nocne Cienie władzom, padają zaskakujące propozycje. Morana Thail chce obalić van Thorna i w jego miejsce na czele Cieni postawić… Goratha. A sam van Thorn wyjawia Gorathowi, że jest w istocie agentem obcego mocarstwa – Natanbanu – i za sprawą swojej gildii kupieckiej rozprowadza w Imperium truciznę wywołującą bezpłodność. W ten sposób przygotowuje grunt pod nadchodzącą inwazję Natanbanu, państwa, rządzonego przez mityczne smoki. Aby Gorath mógł się przyłączyć do van Thorna i szukać szczęścia za morzem, musi zamordować Evelona, który jako jedyny może jeszcze pokrzyżować szyki natanbańskiego agenta.
Gorath dokonuje wyboru i postanawia zniszczyć Cienie. Podczas ataku na ich siedzibę toczy nierówny bój z van Thornem, który, w momencie zagrożenia życia, przyjmuje swoją prawdziwą postać czarnego smoka. Siły Kathany Marr niszczą w końcu Nocne Cienie, choć w walce ze smokiem ginie wielu orków, w tym han Drakhus. Gorath ratuje z opresji Moranę Thail i Noelle, a sam ledwie uchodzi z życiem. Noelle nie potrafi wybaczyć mu zdrady, Morana wydaje się bardziej pragmatyczna, próbując ratować niedobitków Nocnych Cieni.
Wolny od kontroli Kathany Marr Gorath wyrusza szukać szczęścia na odległych Wyspach Południowych.
Pojawienie się smoka pod Savoną wywołało poruszenie wśród Władców, sprawiając, że wydarzenia mające miejsce na klifach tego miasta skupiły na sobie uwagę Kathany Marr. Podobnie jak Gorath, którego zeznania stały się dla Władczyni nadzwyczaj istotne.
Magiczna zmyłka, zastosowana przez Evelona, uniemożliwia Władczyni odnalezienie półorka, ale jednocześnie sprawia, że krzyżują się drogi Magistra Bractwa Oświeconych i Wielkiej Kathany. Elfi mag nie ugina się pod presją i nie łamie słowa danego dawnemu przyjacielowi. Wie, że Bractwo Oświeconych pełni zbyt istotną rolę w Imperium, by Marr spróbowała rozwiązań siłowych z tak błahego powodu jak zaginiony półork.
Jednocześnie Evelon i jego uczeń Xanadu nawiązują kontakt z nowym przedstawicielem Natanbanu – Atannarem, pochodzącym zza morza elfem wysokiego rodu. Postanawiają kontynuować dzieło Vigo van Thorna i rozprowadzać therańskie towary zatrute pyłkami kwiatu d’ar. Wywołują w ten sposób epidemię bezpłodności i poronień, tak wśród orków, jak i u pozostałych ludów, zwaną Klątwą Narodzin.
Tymczasem Gorath próbuje zacząć nowe życie na Wyspach Południowych. Szybko przekonuje się, że droga do uczciwości jest dużo trudniejsza, niż sobie wyobrażał. Dość szybko przystaje do gangsterów z miasta Malbergen, gdzie jest świadkiem okropieństw wojny i zniszczenia, jakie Imperium nawet na tak odległych ziemiach sprowadza na królestwa leśnych elfów.
Jego nowi pracodawcy nawiązują współpracę z Baronessą – bogatą inwestorką z kontynentu, i jej młodą przedstawicielką Elarą van Zandt. Odtąd najurodziwsi elficcy jeńcy mają trafiać na kontynent w charakterze seksualnych zabawek możnych arystokratów. Gorath nie jest bardzo zaskoczony, gdy okazuje się, że Baronessa to Iman Zafir, która wciąż pnie się po drabinie społecznej. Służy teraz Kathanowi Bovis-Torowi i zleca Czarnemu Żniwiarzowi – najstraszliwszemu z piratów Mórz Południowych – atak na statek Theran i zdobycie magicznej kuli, zapewniającej napęd natanbańskim okrętom.
Żniwiarz okazuje się dawnym kompanem Goratha, z którym dzieli krwawą przeszłość. Po skutecznej zasadzce i bitwie morskiej piraci zdobywają nie jedną, a trzy kule. Żniwiarz postanawia tylko jedną z nich oddać Kathanowi, a z pomocą Hadry – znajomej czarownicy, poznać tajemnicę kul.
Na kontynencie Evelon i Kathana Marr prowadzą ze sobą grę pozorów, nawzajem próbując wykorzystać słabości przeciwnika. Jednocześnie nie mogą się oprzeć wzajemnej fascynacji, która dość szybko przeradza się nawet nie w romans, co w fizyczną żądzę, której gwałtowne zaspokajanie wzbudza w obojgu zupełnie odmienne, choć równie silne emocje. Nieskrępowana swoboda i radość z życia Władczyni sprawiają, że Evelon niemal traci nad sobą kontrolę i uwalnia tłumione od lat namiętności, czym, zaskakująco, porusza serce Kathany.
Poczucie obowiązku wobec własnego narodu jest jednak silniejsze i nic nie jest w stanie powstrzymać Evelona przed realizacją planu. Nawet sprzeciw Xanadu, który nie potrafi się pogodzić z krzywdą wyrządzaną kolejnym społecznościom, także elfom ze świętego miasta Tir’en’riath. Nie mogąc przekonać ucznia do dalszych zbrodni w imię przyszłości narodu, Evelon morduje Xanadu. Wkrótce potem opuszcza Bractwo Oświeconych, kierując wściekłość zdradzonej Kathany przeciw swoim dawnym nauczycielom.
Tymczasem wiedźma Hadra odkrywa, że w therańskich kulach znajdują się uwięzione demony, a Żniwiarz w przypływie inspiracji pragnie zawrzeć z jednym z nich pakt. Wobec sprzeciwu czarownicy poddaje ją torturom, dowiadując się, że jej córka, Kamina, może być w stanie wydostać diabła z kuli, prawdopodobnie za cenę własnego życia.
Obserwując poczynania dawnego kompana, Gorath rozumie, kim mógłby się stać, podążając dalej drogą bezprawia, która w tym świecie wynagradza najbardziej okrutnych. Postanawia wrócić na kontynent i oddać się na służbę Kathany Marr, by spróbować opuścić zaklęty krąg przemocy i nadać swojemu życiu jakiś sens.
Jednak gdy oddają obiecaną therańskich kulę Elarze van Zandt, Gorath wpada w zastawioną przez nią pułapkę. Młoda pomocniczka Baronessy okazuje się córką jej dawnego rywala, teraz odmienioną i bezwzględną jak jej nowa pani. Elara, by odpłacić Gorathowi za rolę, jaką odegrał w jej niedoli, każe go ciężko pobić i zakutego w łańcuchy zabrać na statek jako podarek dla Bovis-Tora.
Kathana Marr, żądna zemsty po zdradzie Evelona, niszczy Bractwo Oświeconych, a wraz z nim zmyłkę – kopię esencji Goratha. Dzięki temu jej agenci mogą wreszcie odnaleźć półorka. Wyciągają go ze szponów Baronessy dosłownie w ostatniej chwili, choć przebiegłej Iman udaje się zbiec wraz z pomocniczkami oraz therańską Kulą. Na artefakt czeka Wielki Kathan Bovis-Tor, który nie tylko spiskuje z agentami Natanbanu, ale także paktuje z demonami.
Gorath staje przed obliczem Kathany i wyjawia jej wszystko, czego dowiedział się od Vigo van Thorna o nadchodzącej inwazji. Zdradza także, kim van Thorn był w istocie. Elementy układanki zaczynają składać się w całość, choć wciąż niejasna pozostaje rola Evelona w spisku Theran. Czy od początku współpracował z van Thornem, czy tylko wykorzystał okazję? Tak czy inaczej, za zdradę ma zapłacić życiem, a wyrok mają wykonać Gorath oraz Morana Thail – dawna Mistrzyni Broni Nocnych Cieni, obecnie będąca w służbie Kratosa.
Sam upadły Władca, zamiast podążać tropem Evelona, podejmuje się zaprowadzenia porządku w orkowych siczach, silnie dotkniętych Klątwą Narodzin oraz pogrążonych w chaosie i bratobójczych walkach.
Evelon dociera na odległą północ, by w elfiej stolicy Tir’en’riath poderwać swój lud do walki po stronie Dominium Natanbanu. Pragnie podążać śladami wielkich przodków, a w zamorskiej potędze widzi przyszłych wyzwolicieli. Podczas płomiennego przemówienia ciężko rani sceptyczne i ostrożne przywódczynie elfów z Tir’en’riath, gdy te próbują go powstrzymać.
Tymczasem na Morzach Południowych Czarny Żniwiarz ogłasza się królem piratów. Ma nową pomocniczkę – córkę wiedźmy Hadry, obecnie opętaną przez demona z therańskiej Kuli. Jego rządy nie trwają jednak długo – pierwszą ofiarą smoczych armii pada właśnie piracka flota. Choć flagowy okręt Żniwiarza – zdobyty na Theranach „Młot” – wymyka się smokom dzięki magii demonicy Kaminy.
Wykorzystując dawnych agentów Nocnych Cieni w mieście Zandfort, Gorath i Morana Thail dowiadują się, gdzie szukać Evelona. W samym Zandfort wyciągają z kłopotów Noelle, która – pragnąc zemsty – zadarła z lokalnym półświatkiem przestępczym. Cała trójka, wyjaśniwszy nieporozumienia również między sobą, wkrótce wyrusza do odległego Tir’en’riath.
Skomplikowana gra, którą prowadzi Bovis-Tor, zaczyna wymykać mu się z rąk, gdy Vigo van Thorn, wyjawiając prawdziwą naturę władców Dominium Natanbanu, zmusza go do uległości. Bovis-Tor akceptuje obiecaną mu przez Theran pozycję marionetkowego Imperatora i w rozpoczynającej się wojnie potęg staje po stronie Natanbanu.
Jednocześnie Arcydemon, z którym Kathan-Czarnoksiężnik paktuje, podsuwa inne rozwiązanie: otwarcie bram do Otchłani, by demony wtargnęły do tego świata i zniszczyły smoki. Nagrodą dla Bovis-Tora ma być władza absolutna. Brama znajduje się pod pałacem Imperatora w stolicy.
Rozpoczyna się inwazja Natanbanu. W pierwszych dniach wojny padają nadmorskie miasta, w tym Savona oraz siedziba Kathany Marr – Skała. Gotowa na wojnę Marr wymyka się armiom wroga, by zdać naoczną relację z ataku smoków samemu Imperatorowi i Radzie Kathanów.
Potężne orkowe Legiony powracają z rubieży, by stawić czoła smoczym armiom, a w siczach Kratos jednoczy skłócone klany pod swoim dowództwem. Imperium, mimo wewnętrznych problemów, staje gotowe do wojny.
Gorath, Morana i Noelle docierają do Tir’en’riath, zanim do elfiej stolicy napłyną wieści o wojnie i powstałych z legend przeszłości odwiecznych wrogach – smokach. W ogarniętym świąteczną atmosferą mieście nie będzie łatwo trafić na ślad Evelona, tym bardziej że zniszczono lokalny oddział imperialnego wywiadu, a agentów wymordowano.
Starożytny złoty smok Shurug-Dakros, zaskakując Kathanę Marr, wyjawia jej prawdziwą przyczynę inwazji: Imperium jest jedynie przypadkową ofiarą odwiecznej wojny smoków z demonami – wojny o kontrolę nad Źródłem. Składa Władczyni niesłychaną ofertę: zamknięcie bramy do Otchłani, będącej źródłem wszelkiej magii, by zakończyć odwieczny cykl.
Morana Thail – dawna Mistrzyni Broni Nocnych Cieni, wyznawczyni mrocznego aspektu Bogini Thenneth.
Gorath – półork szukający własnej drogi po życiu pełnym przemocy.
Noelle – złodziejka, włamywaczka, zabójczyni i mścicielka o pseudonimie „Szept”.
Atreides – książę z Tir’en’riath, syn Wysokiej Kapłanki, elf wielu talentów.
Vanora Alessiel – Wysoka Kapłanka Sanktuarium Północnego Tchnienia.
Selafin – jedna z faworytek konkursu lotów Czasu Zrównania.
Imperator – Syna Słońca, władca absolutny Imperium Orków.
Kathana Marr – jedyna kobieta wśród Kathanów. Pani Domeny Informacji, czyli imperialnego wywiadu, zwanego potocznie „Okiem Marr”.
Reuben Stallo – szef szpiegów i prawa ręka Kathany Marr.
Kallig – jeden z dyplomatów podległych Kathanie Marr. Wystarczająco miękki.
Kathan Vargast – najważniejszy duchowny Imperium, zwierzchnik Wielkiej Świątyni Bram Niebios w Arkus.
Kathan Rand – najmniej wojowniczy spośród Kathanów. Odpowiedzialny za handel i dyplomację.
Kathan Gurthas – Pierwszy Przyboczny Syna Słońca, najważniejszy z Kathanów.
Wielebny Gilthur – zaufany Vargasta. Należy do rasy Władców, choć niezbyt czystej krwi.
Bleys Telleri – najważniejszy z bankierów Imperium.
Lex Chalamet – młody wilczek bankowości.
Katje Telleri – dziedziczka bankierskiej fortuny.
Mea, Bea, Mawinor, Teo – wierni osobiści służący Kathany Marr.
Kold – krasnoludzki zdrajca i renegat, obecnie w służbie Kathany Marr.
Książę Elba – dowodzący rycerstwem skłóconych państewek wasalnych z Maaslandu i Rughostu. Miłośnik spokojnych poranków.
Kathan Haart – zwany Batogiem Imperatora. Naczelny Wódz Legionów.
han Hagler – dowódca lekkiej kawalerii orków.
han Vatanen – stary Władca, któremu powierzono oddziały poborowej zbieraniny.
hrabia Lenard Tremar – zapalczywy maaslandzki rycerz, zastępca księcia Elby.
baron Ewing Nassana – drugi z zastępców Elby, arystokrata z zasłużonego rodu.
Karshan – krasnolud przewodzący oddziałom inżynieryjnym. Bardziej od Władców nienawidzi tylko smoków.
Chyżwar – ork o wyjątkowo brutalnej aparycji i reputacji. Dowódca osławionego Siódmego Legionu.
Tib – poborowy z Arkus, z legionu Vatanena.
Noris – wyrokowiec z legionu Vatanena.
tar Gharrus – dowódca kompani legionu Vatanena.
Jakar – ork z Savony, teraz w legionie Vatanena.
Ralogh – zaprawiony w boju wojownik z Siódmego Legionu.
Hadvahr – ork z Siódmego Legionu, przyjaciel Ralogha.
han Kratos – legendarny Władca, największy z wodzów Imperium. Prowadzi armię orków siczowych.
tar Gasthar – doświadczony przywódca orków z siczy. Przyboczny hana Kratosa.
Skev Stepowy Pies – młody, zajadły wojownik siczowy.
Evelon – mag, polityk, mesjasz i zdrajca. Elf wysokiego rodu, potomek bohaterów. Zbawca i fałszywy prorok swego ludu. Dawny przyjaciel Goratha.
Zenith – najwspanialszy z elfich żeglarzy, kapitan „Vingilota”.
Anubia – uzdrowicielka z Thalas Eren, miłośniczka roślin i pięknych widoków.
Mircea, Pram’etai, Venil – legendarni przywódcy elfów.
Bovis-Tor – Kathan renegat, sprzymierzony z Theranami. Arcydemon z Otchłani obiecał mu imperatorski tron. Podobną obietnicę otrzymał od przywódców Natanbanu.
Nazara – ekstrawagancka Namiestniczka Bovis-Tora w Rughoście, Arcykapłanka świątyni w Ter Slan. Po zwycięskiej wojnie liczy na tytuł Wielkiej Kathany.
diuk Velaria, diuszesa Velaria – arystokraci panujący nad miastem Ravellon, aż do jego podboju.
Sogelrus – słynny ravelloński filozof, autor traktatu „O Równinie Sprawiedliwości”.
han Vorthas – wojowniczy Władca w służbie Bovis-Tora. Znany z brutalności, bezwzględności i braku finezji.
Veeska-Re – dowódca sarigów – trzonu armii Theran.
Generał Shekt-Bellit – przywódczyni elfów z Natanbanu, rzeźniczka Savony. Elfka o zdumiewającej sylwetce i jeszcze bardziej zdumiewającym usposobieniu.
Shurug-Dakros – starożytny złoty smok, Pan Śnieżnych Szczytów, Pierwszy i Ostatni.
Morg-Raknir – największy z czerwonych smoków, Władca Armii Czerwonego Zmierzchu i Protektor Bezarionu.
Vigo – smok czarny jak jego dusza. W ludzkiej postaci występował jako Mistrz Nocnych Cieni i Magister Gildii Kupców Korzennych i Jedwabnych.
Atannar – błękitny smok, w elfiej postaci występował jako emisariusz zza morza i potężny mag.
Heimdull – dawny towarzysz Goratha, teraz znany jako Czarny Żniwiarz, król piratów na wygnaniu.
Vort – nawigator na „Młocie”, flagowym – i jedynym – statku Czarnego Żniwiarza, zdobytym na Theranach.
Dym, Wdowa, Brzytwa, Skar – oficerowie Żniwiarza, zajadli piraci pływający ze swym kapitanem najpierw na „Krawędzi Otchłani”, a po jej zatopieniu, na „Młocie”.
Kamina – córka wiedźmy Hadry, opętana przez demona z therańskiej Kuli. Związan demoniczną lojalnością z Czarnym Żniwiarzem.
Za długo już jej nie ma. – Morana Thail znów zmarszczyła czoło.
Gorath przyznałby jej rację, ale dość już miał pochmurnego grymasu, który przez ostatni tydzień niemal nie znikał z twarzy ciemnoskórej wojowniczki. Wolał jej nieznaczny uśmiech, tak jak wcześniej tego wieczoru, gdy – czekając na Noelle – siedzieli przy jednym z rozstawionych stolików niewielkiego placyku i przysłuchiwali się koncertowi.
– Za bardzo się przejmujesz, Morana – odparł, by odegnać i własne niespokojne myśli. – Wieczór wciąż młody, Noelle zna się na rzeczy, będzie dobrze. Ciesz się chwilą, póki trwa.
Tego dnia obserwację prowadzili w Szczytach – najwyżej położonej, elitarnej dzielnicy Tir’en’riath, która wprost tętniła życiem, swobodą i świątecznym luzem. Szczyty, zwykle zamknięte dla niżej urodzonych mieszkańców elfiej stolicy, teraz, w Czasie Zrównania – święta rozpoczynającej się jesieni – przyjmowały gości, by olśnić ich przepychem okolicznościowych dekoracji, elegancją uliczek, niewymuszoną swobodą, z jaką nosili się elefowie zamieszkujący najbardziej prestiżowe, starożytne pałace i wille.
Gorath, Morana i Noelle musieli wprawdzie zostawić długą broń u strażników przy bramie, jednak nawet bez pełnego rynsztunku nie czuli się zagrożeni. Może za wyjątkiem Morany, która wyjątkowo niechętnie rozstawała się ze swoim mieczem – pamiątką z czasów młodości, jeszcze sprzed Nocnych Cieni. Ale sądząc po jakości uzbrojenia elitarnych elfich strażników, nie było mowy, by któryś z nich choćby zainteresował się jej bronią, a tym bardziej chciał ją sobie przywłaszczyć. Zresztą, krótsza broń będzie z pewnością bardziej poręczna, jeśli któryś z wciąż nieuchwytnych przeciwników postanowi wykonać ruch w tłumnie wypełnionych uliczkach Szczytów.
Po starciu na dachach dolnego Tir’en’riath nie natrafili więcej na żadnego tajemniczego wywiadowcę, nikt nie próbował ich atakować, nie dostrzegli nikogo podejrzanego, co wskazywałoby, że mieli tamtego pierwszego wieczoru szczęście. A jednak ani Gorath, ani Morana nie potrafili pozbyć się wrażenia, że są obserwowani, a lekceważący stosunek Noelle do „ich paranoi”, jak się wyraziła, tylko wzmagał niepokój.
Nie pomagał też brak jakichkolwiek wieści na temat wojny. Poza ogólną świadomością, że coś dzieje się na południowym zachodzie, mieszkańcy Tir’en’riath zdawali się zupełnie nie przejmować i nie interesować działaniami wojennymi. Imperium Orków wciąż prowadziło jakąś wojnę i ta – jak dotąd – nie jawiła się tutejszym elfom jako cokolwiek innego od zwyczajowych, sezonowych rzezi.
Nic też nie wskazywało na to, by władcy Enklawy mieli zamiar wypowiedzieć posłuszeństwo orkom, nie było żadnych śladów przygotowań do ewentualnej insurekcji. Jeśli cokolwiek tu przygotowywano, to uroczystości Czasu Zrównania, których zwieńczeniem miał być konkurs lotniarzy. Panował typowo elfi świąteczny luz i radość. Gorath spodziewał się, że gdy dotrze tu wieść nie tylko o wrogich armiach i skali inwazji, ale i o smokach, nastroje natychmiast ulegną zmianie.
Na razie jednak mieszkańcy Tir’en’riath najwięcej uwagi poświęcali zabawie i uroczystościom świątecznym. W każdym zaułku, na każdym skwerze i placyku można było napotkać artystów i tłumnie obserwujących ich widzów. Egzotycznie przebrani cyrkowcy i akrobaci prezentowali salta lub kroczyli po napiętych linach, spacerowali wśród ulicznego tłumu na niemożliwie wysokich szczudłach, paradowali na niezwykłych zwierzętach, tak jak jedna półnaga półelfka – na osiodłanym wielkim, drapieżnym kocie. W niemal każdej bramie i szerszej wnęce zbierali się muzycy, by dawać występ solo lub w zespołach. Obok nich portreciści przenosili na płótna urodę przechodniów i klientów licznych przybytków oferujących ciepłe i zimne napitki, egzotyczne przysmaki lub po prostu odpoczynek od gwaru i ciągłego ruchu. Nie było ciasno ani tłoczno; szerokie bulwary zapewniały wygodę i przestrzeń, choć niewątpliwie tętniły życiem i upajającą, dekadencko hipnotyzującą atmosferą festiwalu, przyjemności i swobody.
Z placyku, na którym Gorath i Morana popijali lekkie wino, a także oklaskiwali występujących muzyków, rozciągał się wspaniały widok na potężny masyw górski nad miastem, którego ośnieżone szczyty ginęły w ciemnych, wieczornych chmurach. Co jednak ważniejsze, ze swojego stolika dwójka zabójców mogła bez przeszkód obserwować jasne mury i bramę pałacu, przylegającego do kompleksu najważniejszych świątyń w mieście.
Evelon, jak pamiętał Gorath, był arystokratą, potomkiem jednego z najbardziej znaczących elfich rodów, a mimo to nie pojawił się na żadnej z licznych uroczystości, które Gorathowi, Noelle i Moranie udało się zaliczyć podczas tygodnia spędzonego w świętującym Zrównanie Tir’en’riath.
Aptekarz Tufingel – szpieg Nocnych Cieni z Zandfort – nie pomylił się jednak, wskazując odległą elfią stolicę jako najprawdopodobniejsze miejsce pobytu Evelona. Wystarczająco odległa, by mógł tu się czuć względnie bezpiecznie, leżąca poza zasięgiem Kathany Marr, od zawsze odcinająca się od imperialnej polityki, zanurzona w tradycji, mistycyzmie i wiedzy. A jednocześnie zasobna w młodych i gniewnych elfów – idealne podglebie dla insurekcji, jaką, zdaniem doradców Kathany, szykował Evelon.
Insurekcję i zdradę, perfekcyjnie zgraną z inwazją zza morza.
Rodzinne majątki Evelona: zarówno pałacyk w górnym mieście, jak i rozległa willa na zielonych terenach na wschód od Tir’en’riath, stały opuszczone. Za zamkniętymi bramami nie było nawet dozorców. Sądząc po ich stanie, obie posiadłości opuszczono niedawno, jednak nie pozostawiono żadnych śladów lub znaków mogących naprowadzić na trop elfiego maga. Wydawało się, że Evelon rzeczywiście był wcześniej w mieście, ale opuścił je, zabierając ze sobą służbę i znaczną część majątku. Oraz starannie zacierając ślady.
Zawsze był dokładny, niemal perfekcyjny, chodząca doskonałość: inteligentny, bogaty i przystojny. Szlachetnie urodzony, o wszechstronnym wykształceniu i do tego jeszcze utalentowany magicznie. Jeśli Evelon, którego pamiętał Gorath, miał jakieś wady, to były nimi nadmierna uczciwość oraz obsesyjna wręcz potrzeba gromadzenia informacji i wiedzy. Nawet jeśli szlag wreszcie trafił jego kodeks moralny, co Goratha na dobrą sprawę nie dziwiło, nie wierzył, by mag pozwolił sobie na utratę kontroli nad tym, co dzieje się w Tir’en’riath. Musiał pozostawić w mieście informatorów, czujki i szpiegów. A biorąc pod uwagę jego status oraz zwyczaje, Evelon naprawdę zaufać mógł tylko arystokracji, bo tylko podobnych sobie rozumiał, z nimi dzielił pasje, a pewnie i przekonania.
Zatem elfów pozostających w kontakcie z Evelonem: dostarczających mu informacji i zaspokajających jego potrzebę kontroli, należało szukać wśród, podobnych mu, wysoko urodzonych.
To był mimo wszystko cienki strzał. Równie dobrze mógł okazać się zupełnie chybiony: za dużo przypuszczeń, a za mało pewników, a jednak Gorath czuł, że ma rację. Coś pod skórą, może w kościach, może mięśniach albo po prostu we flakach, mówiło mu, żeby tym razem zaufał przeczuciu. Instynktowi. Że tym razem go nie zawiedzie. No i czegoś musieli się chwycić, od czegoś zacząć.
– Tracimy czas. – Morana jednak nie potrafiła się rozluźnić.
Nie pomagał ani spokojniejszy utwór, który – dotąd szalejące na skrzypcach, flecie i dudach trio – zagrało pewnie dla odpoczynku, ani uśmiechy na wymalowanych twarzach otaczających ich świętujących elfów, ani znakomite wino, które kosztowało stanowczo za wiele monet. Przynajmniej na koszt Kathany Marr.
– Nie byłaś w wojsku, co? – bardziej stwierdził niż zapytał Gorath. – Na wojnie każda chwila spokoju jest na wagę złota. Jak nie musisz walczyć, maszerować, kopać latryn, stać na warcie albo czekać, aż ruszy się wreszcie ta banda skurwysynów, która chce wypruć z ciebie flaki, to odsypiasz, luzujesz się. Relaksujesz. Zrelaksuj się, Morana. Potem może nie być już okazji.
Jego słowa nie przynosiły efektu. Morana wciąż marszczyła to swoje gładkie, ciemne czoło, bawiąc się jednocześnie skórzanym pierścieniem spinającym jeden z jej licznych warkoczyków.
Gorath podążył za jej spojrzeniem. Białą bramę pałacu Atreidesa znał już zbyt dobrze, za to budowle za bramą wciąż pozostawały zagadką, na którą odpowiedzi przynieść miała Noelle. Spóźniona już ponad godzinę.
– Stąd i tak już więcej nie zobaczymy – dodał leniwie, sam próbując się odprężyć. – Dziś możemy już tylko czekać.
Najbardziej pewnym ze wszystkich cienkich strzałów w poszukiwaniu kontaktów Evelona, był jak dotąd Atreides. Jedynym, co trójka zabójców osiągnęła, podczas tygodnia w elfiej stolicy: obserwując, rozpytując, śledząc, a nawet prowokując zadziwiająco dyskretnych mieszkańców Tir’en’riath, była informacja, że z kompleksu świątyń w górnym mieście codziennie wypuszczano kruki pocztowe w kierunku północnym. W góry, gdzie, jak sprawdzili na mapach w zakładzie, starego jak jego pergaminy, kartografa, nie było już nic, żadnego miasta, osady, nawet kopalni.
A jednak do kogoś te kruki posyłano.
Spośród licznych mieszkańców kompleksu świątynnego, duchownych z Sanktuarium Północnego Tchnienia, Akuszerek z Kręgu Szeptów i personelu pomocniczego, informatorem Evelona mógł być praktycznie każdy: spiskujący akolici, ambitny kapitan straży, zakochana nowicjuszka… Ale Gorath obstawiał – kierowany przeczuciem graniczącym z pewnością – że będzie to młody Atreides, syn jednej z najważniejszych elfich kapłanek. Kompan z młodzieńczych lat Evelona, tak jak i on szlachetnie urodzony, kształcony i kształtowany na przyszłego przywódcę. To jego okna i liczne balkony pałacu, w którym mieszkał, obserwowała teraz spóźniona Noelle. Spóźniona, bo kruka wylatującego zza białych wież świątyń, widzieli jeszcze przed zapadnięciem wieczoru.
Gorath wziął kolejny łyk wina z niewysokiego pucharku. Drogie, ale – musiał przyznać – cholernie dobre. Nieoczywistym, lecz wyrazistym smakiem kojarzyło się z przewijającymi się po ulicach mieszkańcami Szczytów. W większości smukłymi i gibkimi, o twarzach zdobionych mocnym makijażem, połyskującym metalicznie lub skrzącym się jak drogocenne kamienie, barwnie ustrojonymi w długie płaszcze, obcisłe żakiety o wysokich kołnierzach, obszywane cienkim futrem kaftany lub dopasowane wamsy, zdobione haftami koszule, błyszczące gorsety – ubrania bardziej przypominające kostiumy niż praktyczne odzienie.
I występowali w najróżniejszych konfiguracjach: obok dwóch, bliźniaczo podobnych długowłosych blondynów, trzymających się za ręce, szła roześmiana grupka, której przewodził średniego wzrostu mężczyzna w trudnym do określenia wieku, ustrojony w niebieską szatę zdobioną gwiazdkami, niczym czarodziej z rycin dla dzieci. Otaczały go trzy, wyraźnie wyższe i wyraźnie starsze kobiety w efektownych błyszczących kostiumach, śmiejące się w głos z tego, co powiedział. Musiał być bardzo zabawny, bo dwie ze starszych elfek niemal wieszały się na nim, zanosząc się śmiechem i wodząc smukłymi, upierścienionymi dłońmi po jego ramionach, podczas gdy trzecia obejmowała poufale jego szyję. Parę kroków dalej, nie zważając na żonglującego piłeczkami, obnażonego do pasa albinosa na zbyt długich szczudłach, para obejmujących się kochanków przeglądała ofertę straganu z biżuterią. Wyglądaliby niemal zwyczajnie, gdyby nie fakt, że wysoki i brodaty elf nosił damskie pantofle i krótką sukienkę haftowaną w polne kwiaty, a tonąca pod jego muskularnym ramieniem, o połowę niższa partnerka, ubrana była w ciężkie buciory, szerokie spodnie i kraciastą koszulę, przywodząc na myśl krasnoludzkiego drwala i to pomimo wyjątkowo dziewczęcej, drobnej twarzyczki. Dalej przechodziło troje elfów o trudnej do ustalenia płci, zajadając się trzymanym przez jedno z nich, nabitym na patyk niezbyt smakowicie wyglądającym przysmakiem. Sposób, w jaki spoglądali w swoje twarze i uśmiechali się do siebie sugerował, że cała trójka jest czymś więcej niż tylko przyjaciółmi.
– Trzeba przyznać, że mają tu specyficzny model rodziny. – Noelle zaskoczyła Goratha i Moranę wynurzając się nagle z tłumu, z zupełnie innej strony, niż się spodziewali. W ręku trzymała, solidnie już ogryziony, ten sam przysmak, którym dzieliło się troje elfów. Wyglądał jak błyszczące, kolorowe kulki nabite na patyk. – Ale podoba mi się tu. Egzotycznie.
– Jest i nasza zguba. – Gorath przesunął się z krzesłem, by zrobić jej miejsce przy stoliku. – Pasujesz tu, Noelle. Tylko się nie przyzwyczajaj. Następnego lata zamiast tych kolorowych dziwolągów będziesz tu miała smoczy ogień albo orkowe buciory.
– Nie marudź, Gorath, ciesz się chwilą. – Noelle sięgnęła po jego pucharek, ale natychmiast odstawiła, zorientowawszy się, że jest pusty. Wyciągnęła dłoń w stronę kielicha Morany, jednak napotkawszy jej chmurne spojrzenie, zmieniła zdanie i pociągnęła solidny łyk wina prosto z butelki. – Dobre, cholera! Naprawdę niezłe…
– Obserwacja, Noelle – powiedziała zimno Morana. – Co ustaliłaś, dlaczego się spóźniłaś?
Przez ledwie zauważalną chwilę na twarz młodej zabójczyni wrócił grymas, który Gorath pamiętał z Zandfort, z czasu, gdy jako Szept szukała zemsty na tamtejszych bandziorach, zaraz jednak roześmiała się swobodnie.
– Przysięgam, mroczniejsza niż otaczający cię cień. Kobieto, spróbuj mieć trochę radości z życia, cokolwiek byś nie robiła! Młody książę szykuje się do zawodów, zastałam go przy ćwiczeniach. Co za ciało, trzeba było widzieć, jak się rozciąga… I tak, to on wysyła kruki na północ, miałeś nosa, Gorath.
– To mamy przewodnika. – Gorath wyszczerzył się złym uśmiechem. – Byle tylko się nie połamał w tym ich lotniczym konkursie.
– No coś ty, podobno to faworyt! A ja od dzisiaj jestem jego fanką. – Noelle z szelmowskim uśmiechem polizała gwint butelki, zanim pociągnęła kolejny łyk. – Książę Atreides zwycięży w zawodach, a my w nagrodę zabierzemy go na wycieczkę. Na spotkanie z przyjacielem.
– O ile nie zmieni zwyczajów. – Moranę wyraźnie irytował entuzjazm Noelle. Ale nawet na jej twarzy dało się dostrzec cień zadowolenia. Wreszcie mieli jakiś konkret.
– W „Szczytowaniu” już się szykują na wieczór po lotach. – Pewność w głosie Noelle zdawała się potwierdzać, że dziewczyna jednak nie traciła czasu i zbadała teren. – Zamknęli lokal, zatrudniają dodatkowy personel. Jutro mają sprawdzić, czy się nadaję na sierotkę do roznoszenia trunków i narkotyków. Gdzie indziej zgłosiłabym się na tancerkę, ale tu, wśród tych elfek… Marne szanse.
– Działaj zgodnie z planem, Noelle. Potrzebny mi rozkład pomieszczeń, nic więcej. Trzy dni to i tak niewiele na przygotowanie.
– Wierzę w ciebie, Morana. – Noelle spojrzała w stronę baru, oceniając rozmiar kolejki. – Zjadłabym coś jeszcze, zanim się będziemy zbierać. Przyłączycie się?
Krucha baranina z warzywami i ostrym sosem, zawijana w cienkie ciasto smakowała wybornie. Kolejna butelka – wciąż zbyt drogiego – tym razem czerwonego wina, idealnie pasowała do potrawy. To był, być może, ich ostatni spokojny wieczór i Gorath miał zamiar z niego korzystać, póki się dało. Nawet zwykle chmurna Morana zdawała się rozluźniać, gdy tak sobie po prostu siedzieli w urokliwej uliczce górnego Tir’en’riath, słuchając muzyki, otoczeni świętującymi elfami z lepszych rodzin. Obserwując ich, Gorath nie mógł pozbyć się wrażenia, że uczestniczy w balu na tonącym statku. Takim, który już nabiera wody, choć pasażerowie na górnym pokładzie jeszcze niczego nie zauważyli.
W takich sytuacjach podobno pierwsze uciekają szczury. Czyżby Evelon był jednym z nich?
„Selafin”, „Selafin”!
Szept ekscytacji płynął przez tłum rozlany wokół wzgórza niczym pstrokaty, kolorowy kobierzec rozwinięty na pełnej kwiatów łące. Lub jak wymiociny po nazbyt obfitym posiłku – Gorath nie mógł się zdecydować, które porównanie bardziej mu pasowało. Wraz z Moraną zajęli miejsca na pobliskim pagórku, dużo niższym niż Wzgórze Startów – czy jak tam nazywali je świętujący mieszkańcy Tir’en’riath – skąd mieli całkiem przyzwoity widok, bez ścisku tłumu w dole.
Najznamienitsi elfowie siedzieli w przygotowanych lożach na szczycie wzgórza. Dosłownie roiło się tam też od kapłanów i kapłanek błogosławiących śmiałym lotnikom. Jak należało się spodziewać, Evelona wśród zebranej śmietanki arystokratycznej nie było, za to Morana dość szybko wypatrzyła wśród zawodników księcia Atreidesa. Gorath pokręcił głową, widząc skrzywione w półuśmieszku usta zabójczyni, gdy operowała mosiężną lunetą, starając się lepiej przyjrzeć przystojnemu arystokracie. Najwyraźniej wpadł on w oko nie tylko Noelle.
Teraz jednak miała startować lotniczka o imieniu Selafin, sądząc po reakcjach tłumu w dole, a także obecnych na pagórku obserwatorów, jedna z faworytek konkursu. W cieniu kilku drzew porastających szczyt pagórka zgromadziły się całe rodziny: te zwyczajne i te po elfiemu nietypowe. Porozkładani wygodnie na kocach, spokojnie popijali z gąsiorków i zajadali się przyniesionym drugim śniadaniem, wesoło przy tym rozmawiając lub leniwie popatrując na zawody przez lunetki podobne do tej, którą miała Morana. Teraz jednak zamilkli w napięciu i ekscytacji lub pełnym podziwu szeptem powtarzali imię zawodniczki.
Popisy lotników robiły wrażenie. Startujący ze wzgórza śmiałkowie wznosili się wysoko w stronę malowniczo pokrytego poszarpanymi chmurami błękitnego nieba, by potem wirować i krążyć wokół rozpiętych na balonach i powiązanych linami przeszkód. Same lotnie – jak nazywano materiałowe skrzydła umożliwiające powietrzne akrobacje – były najróżniejszych kształtów i kolorów, zapewne w związku z barwami rodzin sponsorujących zawodników. Gorath, mimo początkowego zachwytu, szybko znudził się popisami, a jego myśli krążyły pomiędzy Noelle, która wraz z personelem „Szczytowania” szykowała się na przyjęcie świętujących arystokratów, a wspomnieniami wspólnych wędrówek z Evelonem, z przeszłości, sprzed lat. A jednak popis Selafin nawet jego wyrwał z ponurych rozmyślań.
Lotnię zawodniczki wycięto i pomalowano na wzór skrzydeł motyla, i sam jej występ przypominał delikatne, lekko nerwowe ruchy kolorowego owada. Do pełni przedstawienia brakowało tylko muzyki, choć półork nie wątpił, że zebranej na Wzgórzu Startów elicie towarzyskiej przygrywano w rytm popisów lotniczki. Selafin opadała i wznosiła się, krążąc wokół skupisk balonów właśnie niczym motyl na łące, przyspieszała, wirowała, a w pewnym momencie, wzbudzając okrzyki podziwu publiczności, zawisła w miejscu, jakby szukając kolejnej kępy barwnych dekoracji, by za chwilę opaść zaskakująco szybkim lotem koszącym i płynnie, miękko wylądować w kręgu do tego wyznaczonym. Brawa i okrzyki uznania rozbrzmiały wszędzie wokół. Nawet Gorath do nich dołączył, spoglądając na Moranę, szukając i na jej twarzy podziwu dla gracji i odwagi elfiej lotniczki.
Ciemnoskóra zabójczyni ostrożnie dzieliła się emocjami. Jeśli cokolwiek wskazywało, że podniebny popis zrobił na niej wrażenie, to tylko nieznacznie uniesiona lewa brew, zaraz jednak znów zmarszczona, gdy ponownie przyłożyła do oka swą lunetę.
– Teraz Atreides. – Mimo wszystko Gorath wyczuł w jej głosie ślad ekscytacji.
Okrzyki i gwar ucichły, gdy tylko czarna sylwetka lotni Atreidesa pojawiła się w miejscu startu. Uformowano ją na kształt skrzydeł nietoperza, czy może raczej zgodnie z wizją nietoperza zrodzoną w umyśle któregoś z elfich artystów. Ostre, wyciągnięte w górę szpice przypominające pazury oraz głębokie wcięcia w dole sugerowały niebezpiecznego drapieżnika, a smukła, odziana w czarny kostium sylwetka księcia zawieszona pomiędzy skrzydłami, przypominała rzeźbioną postać na dziobie okrętu rzucającą wyzwanie burzom i wiatrom.
Robił wrażenie. Także na Moranie, dosłownie przyklejonej do lunety, w bezruchu i napięciu obserwującej jego powietrzne akrobacje. Gorath przez chwilę nie mógł zdecydować, co jest ciekawsze: podniebne popisy gibkiego lotnika czy grymasy fascynacji wyraźnie rysujące się na powściągliwej zwykle twarzy Morany.
Atreides rzeczywiście był najlepszy, jakby z zupełnie innej ligi niż pozostali lotnicy, nawet Selafin. Sposób, w jaki się poruszał: zdecydowany, szybki, agresywny sprawiał wrażenie, jakby panował nad otaczającą go przestrzenią – dziesiątkami stóp pustej przestrzeni wokół siebie – władał nią, a powietrzne przeszkody zawieszono tylko po to, by tańczyły wraz z nim ten podniebny balet. Gorath uznał, że nie chciałby z nim walczyć.
Czarny nietoperz minął najeżony kolcami balon, niemal ocierając się o niego, skręcił ostro raz, drugi, lecąc zygzakiem, rysując kąty, nie półokręgi jak poprzedni lotnicy. Swobodnie, jak nóż, przeszedł przez dużą obręcz pomarańczowych balonów, wzniósł się wysoko, na chwilę zniknął w oślepiającym blasku słońca, by zaraz spaść niemal pionowo, jak drapieżnik na ofiarę, ukrywającą się gdzieś w soczyście zielonych trawach poniżej. Każdy ostry skręt Atreidesa tłum kwitował głośnym „aaaach”, okrzykami zdumienia, Goratha doszedł nawet pełen ekscytacji pisk jakiejś młodej dziewczyny, gdy elfi książę zszedł naprawdę nisko, dosłownie kilkanaście stóp nad łąkę, by zdecydowanie, pewnie, mocno odbić w górę.
– Jest niesamowity… – mruknęła Morana. Na jej zwykle niewzruszonej twarzy teraz malował się zachwyt. Przez ten krótki moment przypominała małą dziewczynkę oczarowaną występami cyrkowców. – Przejdzie przez czarne…! Niemożliwe!
Jedna z powietrznych przeszkód wydawała się tylko dekoracją, kręgiem o zbyt małej średnicy, by lotnie zawodników mogły przez niego przelecieć. Atreides nie przejął się niebezpieczeństwem, uniósł się do dogodnej pozycji, na jedno uderzenie serca zawisł w powietrzu, by zaraz opaść jak strzała prosto w mały krąg. Skrzydła swojej nietoperzowatej lotni złożył wzdłuż ciała, ograniczając ich powierzchnię, mknął teraz z niewiarygodną prędkością. Tłum wstrzymał oddech, by za chwilę wybuchnąć okrzykami euforii, gdy elfi książę przeszedł przez małą obręcz niczym nić przez ucho igły. Morana w ekscytacji klepnęła ramię Goratha, który nawet nie zwrócił na to uwagi, zdumiony tym, czego przed chwilą byli świadkami.
Nie mogło być wątpliwości, kto jest zwycięzcą zawodów. Wrzawa na wzgórzu oraz poniżej, wiwaty i okrzyki radości sprawiały, że Gorath i Morana opóźniali swoje odejście. Nie było jednak sensu zostawać tu dłużej, uroczystości, choć przyjemne, nie przybliżały ich do celu misji. Evelon nie pojawił się na nich, zatem to książę Atreides będzie musiał ich do niego doprowadzić. Tego wieczoru spotkają go w „Szczytowaniu”.
Należało się spodziewać, że najlepszy dom schadzek w elfiej stolicy nie będzie podobny do przybytków, w jakich zdarzało się Gorathowi czasem bywać. Przypomniał sobie „Otwartą sakiewkę” w Porcie Horyzont, gdzie wraz z Heimdullem postanowili uczcić spotkanie po latach. Wystrój pirackiego burdelu, choć przyzwoity i usiłujący trzymać pewien poziom, w niczym nie przystawał do wnętrz „Szczytowania”.
Zamiast zadymionego, wyłożonego drewnem dużego salonu, w którym na zbyt starych meblach przesiadywały zbyt młode i zbyt zmęczone prostytutki, miał przed sobą elegancką, otwartą przestrzeń z kamienia i marmuru, poprzecinaną przezroczystymi kotarami, ozdobioną rzeźbami i wielkimi malowidłami, wypełnioną muzyką, rozmowami i cichym śmiechem. Światła kolorowych lamp dzieliły otwartą salę na strefy, z pewnością przeznaczone do odmiennych rodzajów zabaw, przy kilku półotwartych barach serwowano napitki. Nie było tłoczno, poza niewielkim parkietem pośrodku sali, gdzie kilkanaście ciał poruszało się w takt niepokojąco przyjemnej muzyki.
– Spróbujmy wtopić się w tło – powiedział, zupełnie niepotrzebnie, do stojącej obok niego Morany. Taki był plan.
Nie wydawał się łatwym zadaniem. Na dobrą sprawę Gorath zdziwił się, że w ogóle ich tutaj wpuszczono. Noelle, zatrudniona tu od kilku dni, potwierdziła, że na okres świąt podwoje „Szczytowania” otwierają się na przyjezdnych gości, a jednak Gorath miał poważne wątpliwości, czy dwoje półorków będzie w stanie przejść selekcję na wejściu. Nie obeszło się bez łapówki dla zaskakująco poważnej elfki, witającej gości zaraz za pierwszymi drzwiami. Pomogły też egzotyczne stroje, na które wydali majątek.
Mimo usilnych namów krawca i obydwu zabójczyń, Gorath nie zgodził się na obcisłe, jedwabne spodenki zakrywające tylko pośladki, decydując się ostatecznie na niewygodne i dziwacznie skrojone spodnie w idiotycznie czerwonym kolorze. Długi czarny płaszcz, a właściwie kamizela bez rękawów wyszywana była złotą nicią, na szczęście projektant nie znalazł metalowych obręczy wystarczająco szerokich, by dało się je zapiąć na masywnych bicepsach półorka. Zarówno krawiec, jak i jego pomocnicy, wsparci przez Noelle i Moranę, skutecznie sprzeciwili się jakiejkolwiek koszuli i teraz Gorath nieustannie zwalczał odruch drapania się po odsłoniętym, nagim torsie. Przynajmniej nie pozwolił go zgolić na gładko, choć i tak czuł się nadmiernie odsłonięty.
Podobnie musiała czuć się Morana, której Gorath w takiej odsłonie dotąd nie oglądał. Aby wiarygodnie odgrywała amatorkę uciech cielesnych, przebrano ją w taki sposób, by – mimo że nie naga – odsłaniała jak najwięcej ciała. Poza butami na obcasie, w których poruszała się zaskakująco zgrabnie, jej nogi osłaniały tylko przezroczyste paski materiału, zawieszone w charakterze spódnicy na łańcuszku oplecionym wokół szerokich bioder. Coś w rodzaju przepaski lub długich naramienników z czarnej skóry ciasno opinało jej barki, piersi i ręce aż do łokci, pozostawiając plecy, silnie umięśniony brzuch i przedramiona zabójczyni zupełnie odkrytymi. Zaplecione w cienkie warkoczyki włosy zebrała w kucyk, a jej czoło zdobiły misternie splecione łańcuszki miękko przechodzące we wpięte w uszy kolczyki. Całości obrazu dopełniały czarne rękawiczki okrywające tylko palce i pół dłoni.
Wydali na te kostiumy znaczną część funduszy otrzymanych od Kathany Marr, choć spoglądając na Moranę, Gorath uznał, że były warte swej ceny. Zabójczyni wyglądała jak jakaś wojownicza księżniczka, egzotyczna i pociągająca.
Mimo wszystko to nie stroje wyróżniały ich wśród gości „Szczytowania”, a raczej krępa – zwłaszcza na tle elfów – półorcza budowa ciała. Zmierzając w stronę najbliższego z barów, musieli przejść przez niewielki parkiet, na którym ekstrawagancko półnadzy mężczyźni w pełnym makijażu i gibkie, wiotkie kobiety na absurdalnie wysokich obcasach wyginali zmysłowo ciała w rytm rozbrzmiewającej wokół muzyki. Muskularna sylwetka Morany wyraźnie odcinała się na tle tańczących elfów, półelfów i ludzi, a gdy w jednym z wysokich luster Gorathowi mignęło jego własne odbicie, uznał, że żaden strój nie sprawi, że będą tu pasować. A jednak nie wzbudzali sensacji, co najwyżej pogardliwy brak zainteresowania lub półuśmiech zdziwienia.
– Dziwki rozpoznasz po czerwonej wstążce – powiedziała Morana, gdy dotarli do baru. Napoje musiały być wliczone w cenę, gdyż stojący za ladą blady półelf, nawet nieproszony, napełnił dla nich dwie wysokie szklanki złocistym płynem.
Gorath pociągnął łyk pachnącej jałowcem wódki wymieszanej z czymś gorzkim i znów rozejrzał się po otoczeniu. Jedno wejście, obstawiane przez parę eleganckich ochroniarzy uzbrojonych w długie kije. Poza tym kilka par drzwi prowadzących do kolejnych pomieszczeń, w tym do pokoju masażu, z którego dało się wyjść na wewnętrzny dziedziniec. To tam Noelle ukryła ostrza w oparciu jednego z foteli. To stamtąd planowali uprowadzić Atreidesa. Sam książę jeszcze się nie pojawił, ale nie spodziewali się go wcześniej niż przed północą. Oficjalne uroczystości celebrowania zwycięzcy musiały swoje potrwać, Noelle potwierdziła jednak, że lokal uprzedzono o planowanym przybyciu arystokraty. Teraz mignęła Gorathowi przez chwilę – jak i inne posługaczki – bosa i półnaga, tylko w przepasce biodrowej, niosła tacę z napojami do jednej z wewnętrznych loży.
Część gości „Szczytowania” rozpoczęła już zabawę. Z lóż i alków, oddzielonych tylko lekką tkaniną, przebijały się przez muzykę odgłosy rozkoszy: wyuzdany śmiech, spazmatyczny jęk, triumfalny okrzyk, podczas gdy w głównej sali, na prostych, choć wyglądających na wygodne meblach siedzieli lub półleżeli ci z klientów lokalu, którzy jeszcze nie zdecydowali, co będą robić tej nocy.
Większość, włącznie z prostytutkami płci obojga, ubrana była podobnie dziwnie jak Morana i Gorath, w stroje mające dawać pozór odzienia, choć przede wszystkim odsłaniać ciała i kusić, zachęcać, pobudzać wyobraźnię. Zgromadzeni tu byli atrakcyjni – poza kilkoma przypadkami – szczupli i zdrowi, a nade wszystko zadbani. Całkiem sporo z nich zajmowało się sobą, co było, ku zdziwieniu Goratha, tolerowane lub nawet akceptowane, choć dobrze ponad połowę obecnych stanowiły wszetecznice i wszetecznicy zatrudniani przez lokal. Tak jak zauważyła Morana: można ich było rozpoznać po eleganckich, czerwonych wstążkach oplecionych wokół zgrabnych nadgarstków.
Kilkoro już pracowało na swoje wynagrodzenie: oprócz klasycznych obrazków, jak dwie chichoczące sztucznie dziewczyny wtulone w starszawego, autentycznie zadowolonego jegomościa czy parka półnagich półelfów tańczących przed trójką wyraźnie zamożnych i wyraźnie pijanych młodzieńców, Gorath spostrzegł także kompletnie nagą dziewczynę, która zastygła na czworaka, podczas gdy pogrążona w intymnej rozmowie para w średnim wieku trzymała na jej plecach obute nogi. Zaraz obok roześmiana panienka karmiła truskawkami klęczącego przed nią jak pies nagiego mężczyznę. Co ciekawe, to na jej nadgarstku wisiała czerwona wstążka.
Pomiędzy sofami i gośćmi krążyły też zwykłe dziewczyny z obsługi, sprawnie roznosząc trunki i przekąski, zbierając zamówienia, udając, że bawią je obleśne żarty klientów. Te ubrane, a raczej rozebrane były jednolicie – tak jak Noelle bose i z odsłoniętymi piersiami, tylko w przepaskach biodrowych ze srebra i jedwabiu, mających zapewne za zadanie bardziej podkreślić nagość, niż ją ukryć.
Atmosfera perwersji i rozpusty wyraźnie nie pasowała Moranie. Zabójczyni stała spięta, niespokojna, czujna, a smok wytatuowany na jej odsłoniętych plecach poruszał się wraz z napiętymi mięśniami, gdy nerwowo rozglądała się po sali. W tym stanie gotowa była udusić któregoś z gości „Szczytowania”, jeśli tylko spróbowałby jej dotknąć. Ta agresywna postawa nawet pasowała do jej stroju, ale mogła też ściągnąć na nich kłopoty, a przynajmniej niepotrzebną uwagę. Lub raczej jeszcze więcej niepotrzebnej uwagi, gdyż zdumione, bezczelnie pogardliwe lub zdegustowane spojrzenia omiatały ich dwoje dużo częściej niż te pobłyskujące niezdrową fascynacją.
– Ochroniarze wyglądają na sprawnych. – Gorath zdecydował się skierować uwagę Morany na bezpieczne, znajome jej tematy. – Jeśli się połapią, nie będzie łatwo wyprowadzić stąd naszego księcia. Dobrze, że mamy tu broń. O ile tylko Noelle...
– Broń jest dla mnie. – Morana popatrzyła na półorka poważnie. – Przeciw ochronie. W razie czego zatrzymam ich na tyle długo, żebyście przedostali się na dziedziniec i do niskiego muru. Ale uważaj z ostrzami przy Atreidesie. Ranny będzie nas tylko spowalniał. Martwy do niczego nam się nie przyda.
– Spokojna głowa. – Gorath wyszczerzył się swoim złym, wilczym uśmiechem. – Capnę bratka tak, że nawet nie miauknie. To nie pierwszy bogaty chłopak, którego…
– Pamiętam młodego Goslinga, syna Farinaty. I co z nim zrobiłeś.
– Tamto, to była osobista sprawa. Należało się skurwielowi. A Atreidesa nawet lubię, szkoda by było takiego artysty.
Oczy Morany na chwilę straciły swój ostry wyraz.
– Sposób, w jaki latał… To było niezwykłe. Ale i niełatwe. Trzeba wielkiej sprawności, by robić coś takiego. I odwagi. Uważaj na niego.
Gorath pociągnął ostatni, niewielki łyk jałowcowej wódki, popatrzył uważniej na Moranę.
– Wolałabyś, żeby był tu z nami Kratos, co?
Morana także odstawiła swoją szklankę. Tego wieczoru nie mogli sobie pozwolić na utratę koncentracji.
– Z hanem miałabym pewność, że nam się uda.
– Może i tak. – Gorath odsłonił zęby w uśmiechu, gdy schodząca z parkietu para elfów obdarzyła ich nieprzyjemnym, aroganckim spojrzeniem. – Ale nie wtopiłby się w tłum tak dobrze, jak my.
Przez poważną twarz Morany przebiegł cień uśmiechu, tak jakby na moment zapomniała być spięta. Zaraz jednak znów stanęła sztywno, gdy podszedł do niej niewysoki, starszawy półelf o niepewnym siebie uśmiechu. Gorath odwrócił się w stronę baru, by faceta nie odstraszyć, a przy okazji zamówić coś lżejszego do picia, bez alkoholu. Kątem oka obserwował, jak podstarzały amant próbuje namówić Moranę na jakieś grzeszne przyjemności. Mężczyzna zachowywał się zapewne zgodnie ze zwyczajami „Szczytowania”, jednak wyglądało to nieco komicznie, gdy z jednej strony obawiał się podejść zbyt blisko, a z drugiej pożerał wzrokiem muskularną, dzięki obcasom o głowę od niego wyższą, ale i wyraźnie speszoną wojowniczkę. Ostatecznie nic nie wyszło z jego zalotów, a gdy się oddalił, lekko zarumieniona Morana skinęła na barmana, by nalał jej jeszcze kieliszek wódki.
– Wtapiamy się w tłum – przypomniał Gorath, gdy znów na chwilę zostali sami.
– Wystarczy, że dałam się przebrać w… to – prychnęła gniewnie, wskazując odsłonięte nogi i brzuch. – Lepiej niech się trzymają z daleka!
– Gdy jesteś przebrana w… to? Ja tam im się nie dziwię…
– Ani słowa więcej, Gorath!
Domyślał się, że ta sytuacja może być dla zabójczyni trudniejsza niż stawianie czoła uzbrojonym przeciwnikom. Uznał, że bezpieczniej będzie wrócić do poprzedniego tematu.
– Wiesz, że byłem tam wtedy, gdy Kratos sprzeciwił się Kathanie?
Morana wychyliła swój kieliszek wódki, odetchnęła głębiej i spojrzała na półorka już zupełnie spokojnie, czekając, co powie dalej.
– Chciała go wysłać tutaj, nawet gdy przyniosłem jej wieści o nadchodzącej wojnie – dokończył myśl.
– Chciała go wysłać za naszym celem – poprawiła Morana. – Kto mógł wiedzieć, że dotrzemy aż tutaj? Ale miejsce hana jest na wojnie, nie tu. To wielki wódz.
Gdy mówiła o Kratosie, jej głos lekko zmieniał barwę. Naprawdę go podziwiała. Nazywała „hanem” w taki sposób, jakby inni hanowie nie istnieli. Jakby jedynym hanem, jedynym wodzem dla niej był tylko Kratos.
– Możesz mieć rację. – Gorath podrapał się po policzku, zapominając, że jest gładko ogolony. – Kawał twardziela, tak się postawić Kathanie Marr.
– Han stawia dobro Imperium ponad wszystko.
– A ty, Morana? Nie powinnaś teraz stać u jego boku, na wojnie? Skąpana w krwi wrogów, zamiast w spojrzeniach tych zbereźników tutaj?
Odwróciła do niego twarz, popatrzyła poważnie, mrużąc lekko oczy.
– Wypełnię rozkazy Kathany. Nawet nie próbuj…
– Nie próbuję. – Wszedł jej w słowo, kładąc dłoń na jej twardym ramieniu. – I cieszę się, że tu ze mną jesteś. W takiej robocie dobrze jest mieć partnera, na którym można polegać.
Poruszenie przy wejściu sprawiło, że nie zdążyła odpowiedzieć. Na schodkach prowadzących do sali pojawił się Atreides. Wysoki, elegancki i zadowolony z siebie, wkraczał do „Szczytowania” niespiesznie, bardziej zajęty rozmową z kilkorgiem kompanów niż samym lokalem, jakby wyuzdana atmosfera tego miejsca nie była dla niego niczym nowym.
Dotąd niemal niewidoczna Noelle wyłoniła się z głębi sali, wyminęła z gracją parę obściskujących się klientów i rzuciwszy Gorathowi i Moranie znaczące spojrzenie, ruszyła w stronę księcia. Jego obecność nie umknęła także uwagi innych gości „Szczytowania”. Kilka gromkich wiwatów, okrzyki pozdrowienia, a nawet skromne brawa rozbrzmiały w całym lokalu, jednak rozpustnicy już po krótkiej chwili wrócili do smakowania własnych przyjemności.
Atreides przyjął napitki z tacy Noelle, nie zwracając na dziewczynę większej uwagi, po czym wraz z towarzyszącymi mu elfami skierował się w głąb sali, zdawkowo odpowiadając na pozdrowienia pracowników i gości lokalu. Gdy rozsiedli się na ustawionych w otwarty czworobok sofach, przywitał się z nimi elegancko ubrany mężczyzna, na którego znak Noelle i jeszcze dwie inne posługaczki zajęły się gośćmi. Morana i Gorath w milczeniu obserwowali, jak elfi arystokraci raczą się napojami, wciągają rozsypane w jasnych kreskach narkotyki, zaśmiewają się z sobie tylko znanych dowcipów. Ekipa Atreidesa była wyraźnie w znakomitych humorach, zapewne po wygranych zawodach lotniczych.
– Chce zacząć od masażu – powiedziała Noelle, podchodząc do baru, by odebrać kolejne zamówienie. – Wybiera się tam tylko z jednym kompanem. To już niedługo.
– Wchodzimy zaraz za nimi. – Morana wpiła wzrok w drzwi prowadzące do sali masażów. – Ty, Noelle, idź tam już teraz.
– Wszystko zgodnie z planem, co? – Jasnowłosa zabójczyni błysnęła uśmiechem. – Sprawdzałam salę jeszcze godzinę temu. Ledwie kilka masażystek, nie będzie z nimi problemu. Pamiętajcie: broń jest w oparciu wysokiego czerwonego fotela.
– Ruszyli się. – Gorath odstawił pustą szklankę na blat baru. – Zaczynamy.
Atreides i jeszcze jeden z elfów wstali ze swoich miejsc i skierowali się w stronę wejścia do sali masażu. Noelle podążyła za nimi, porzucając barmana z pustą tacą, Morana i Gorath dali jej czas, by w ślad za księciem zniknęła za drzwiami.
Nie było sensu dłużej czekać, zostawili bar za sobą i spokojnym krokiem ruszyli w stronę schodków i kotary oraz czerwonych, zdobionych drzwi za nimi. Zespół, grający na niewielkiej scenie, jakby mocniej szarpnął za struny instrumentów, muzyka stała się głośniejsza, a może tylko tak się Gorathowi wydało, gdy przechodzili w pobliżu grajków. Mijani imprezowicze, czy to goście „Szczytowania”, czy obsługujące ich prostytutki, wchodzili już w tę fazę zabawy, której wolał nie oglądać z bliska. Jęki rozkoszy, irytujący chichot, pomruki zadowolenia lub wydawane zimnym głosem polecenia otaczały półorków zewsząd, gdy kroczyli w poprzek sali. Morana musiała nawet strząsnąć z uda czyjąś zbyt śmiałą dłoń, ale nie zatrzymali się. Byle do drzwi. Zostawić to dziwne towarzystwo za sobą. Wykonać robotę, do której najlepiej się nadawali.
Szerokie, pokryte czerwoną farbą drzwi odcinały salę masażu od reszty „Szczytowania”, zapewne ze względu na inną temperaturę połączonych z łaźniami pokoi, a może by odseparować zaznających relaksu od dźwięków głównej sali. Stał przy nich ochroniarz: lekko znudzony półelf wyposażony w krótką pałkę oraz nahajkę, która równie dobrze mogłaby pełnić rolę rekwizytu w którejś z sal rozkoszy. Obrzucił pobieżnym spojrzeniem półorków, spoglądając chwilę dłużej na odsłonięty brzuch Morany, ale nie zatrzymywał ich.
Za drzwiami było jaśniej, dużo jaśniej, tak, że przywykły do półmroku wzrok potrzebował chwili, by dostosować się do nowego otoczenia. Jasnego i zdumiewająco cichego. Zanim dostrzegł uzbrojonych w ostrą broń strażników rozstawionych precyzyjnie pod każdą ze ścian, wzrok Goratha przyciągnął czerwony fotel – ten, w którego oparciu czekała ukryta broń – i siedząca na nim sztywno Noelle. Obok, na wygodnej, także czerwonej sofie czekała – wyraźnie na nich czekała – elegancko ubrana elfka o surowym, zdradzającym mocno dojrzały wiek obliczu.
Książę Atreides stał dalej, w głębi, mierząc półorków ciekawym spojrzeniem. Strażników była dobra dziesiątka, czujnych, pewnych siebie i dobrze uzbrojonych. Zbyt wielu by próbować walki, mimo to Gorath spiął się, instynkt schwytanego w klatkę zwierzęcia na chwilę przeważył nad rozsądkiem. Morana obok niego także pochyliła się i lekko ugięła nogi, gotowa pozbyć się niewygodnych obcasów i zaatakować. Ale nie wyglądało to dobrze; jeśli strażnicy byli wyszkoleni podobnie jak elf, z którym Gorath walczył na dachach miasta, starcie w tej sali byłoby bardzo krótkie i nie skończyło się dobrze dla półorków oraz Noelle.
– Zapraszam – odezwała się surowym, zimnym głosem elfka. – Dołączcie do waszej towarzyszki. Czas, byśmy porozmawiali.
Gorath jeszcze raz obrzucił złym wzrokiem strażników, wyłożoną drewnem salę i szerokie rozsuwane drzwi na drugim jej końcu, prowadzące na dziedziniec, którym mieli uprowadzić Atreidesa. Nie znalazł prostego wyjścia z pułapki, w którą wpadli. Chwilowo byli w mocy tej starszej kobiety. Morana zrozumiała to nawet wcześniej niż on, ruszając sztywnym, napiętym krokiem w stronę sofy i czekającej naprzeciw tajemniczej elfki.
– Jestem Vanora Alessiel, Wysoka Kapłanka Sanktuarium Północnego Tchnienia. – Wyraz twarzy elfki nie zmienił się ani na jotę. Wciąż zimna kompetencja i surowe, oceniające spojrzenie. – Nawet wiatr szepce mi o tym, co dzieje się na uliczkach Tir’en’riath, nie ma tu przede mną sekretów. Podążacie śladem Evelona en’ela Venila. A wraz z wami idzie śmierć.
– Nie mam pojęcia, o czym… – spróbował Gorath, ale uniesiona dłoń kapłanki nie dała mu dokończyć.
– Powstrzymaj swój język, półorku, zanim powiesz coś, co uznam za zniewagę dla mojej inteligencji.
W ciszy, jaka zapadła po tych słowach, poczuł, jak podnoszą mu się włoski na przedramionach. Obecni w pokoju elfowie jakby zastygli, wstrzymali oddech. Tylko zza drzwi, z ciemnych wnętrz „Szczytowania”, wciąż docierały odgłosy namiętnych zabaw.
– Omal nie popełniliśmy błędu, tak długo pozwalając wam węszyć za Evelonem, obserwując tylko, co z tego wyniknie. Za jego sprawą straciłam już siostrę i wielka Mircea mi świadkiem, zniszczę każdego, kto spróbuje skrzywdzić mojego syna.
Gorath rzucił okiem na wciąż opartego o ścianę Atreidesa, po czym spojrzał Vanorze prosto w oczy.
– Mimo to wciąż żyjemy.
– Spoglądam w was i poprzez was. – Kapłanka mówiła teraz powoli, z zadumą. – Moc burzy się wokół istoty, która zamierza zgładzić inną. Tak, jak wokół waszej trójki. Jesteście mordercami. Ale nie chodzi wam o mojego syna. Wy idziecie po Evelona.
– Czyżby wróg twojego wroga miał się okazać przyjacielem, kapłanko Alessiel? – Gorath wyszczerzył się w złym uśmiechu.
– Nie masz i nigdy nie będziesz miał twarzy mojego przyjaciela, półorku. Dla każdego z was jest już za późno. A jednak Evelon en’ela Venil zasłużył na śmierć.
– Wiesz, gdzie się ukrywa? – zapytała Noelle, przełamawszy już najwyraźniej pierwszy strach. – Wielebna Kapłanko? – dodała pospiesznie.
– Znamy miejsce, które obrał za swoją siedzibę. I wskażemy wam drogę, nie musicie uciekać się do waszych nikczemnych sposobów, czasem wystarczy tylko poprosić o pomoc. Evelon i jego zwolennicy nie ukrywają się, choć zapewne powinni, gdyż wrogowie gromadzą się na horyzoncie niczym burzowe chmury. Być może wszystkich nas czeka zagłada, ale nim to nastąpi, Evelon zapłaci za swoje grzechy.
Mimo takiego obrotu spraw, Gorath nie czuł się zaskoczony. Zaczynał już rozumieć, że jego dawny przyjaciel, prowadząc swoją grę, zbiera co najmniej tylu wrogów, co sojuszników. Fakt, że najważniejsza z elfich kapłanek pragnie śmierci Evelona, a tym samym z potencjalnego zagrożenia staje się – być może ostatnią – bezpieczną przystanią, wydał się właściwą ironią losu. Tym specyficznym poczuciem humorów bogów, którego półork już dawno nauczył się nie próbować nawet rozumieć.
– Po to nas tutaj przysłano – odpowiedział, zaskoczony lodowatą klarownością swoich myśli. – Bądź spokojna, kapłanko sanktuarium. Wystawcie go nam, a Evelon nie przeżyje naszego spotkania.
Spoglądał na Tir’en’riath poniżej, na plątaninę dachów, którymi kilka dni wcześniej ścigał elfiego szpiega. Balkon pałacu należącego do świątynnego kompleksu zapewniał wspaniały widok, wygodny fotel zachęcał do relaksu, łaźnia przy ich pokojach – z której właśnie korzystała Noelle – była czysta i przestronna. Bezpieczna, wygodna przystań, przed ostatnim z etapów ich misji. Grzechem byłoby nie skorzystać z luksusu, choćby chwilowego. Tylko Morana, przywykła do bardziej surowych warunków, czuła się tu nieswojo, niespokojna jak lwica przed polowaniem. Jej niepokój zarażał, irytował, na szczęście teraz przebywała parę pięter niżej, po raz kolejny przeglądając mapy w świątynnej bibliotece.
Vanora Alessiel dotrzymała słowa. Nie dość, że przyjęła trójkę zabójców w gościnnych apartamentach na terenie Sanktuarium, to także pokazała sekretne świątynne dokumenty, w tym szczegółowe szkice górskich przejść prowadzących do zapomnianej elfiej siedziby: Thalas Eren – Zmrożonego Bastionu, który, wraz ze swoimi zwolennikami – głównie elfią młodzieżą, jak się wyraziła Wysoka Kapłanka – zajął Evelon. Starego elfiego zamku, którego nie było na żadnej z oficjalnych map. Zamku – tajemnicy.
Znali już drogę, znali także przyczyny rozłamu wśród elfiej arystokracji. Atreides nie był agentem Evelona, jego sekretnym poplecznikiem w mieście. Wysyłając kruki z wiadomościami, próbował nawiązać zerwany kontakt, przemówić Evelonowi do rozsądku, zawrócić dawnego przyjaciela ze ścieżki prowadzącej do zagłady.
Jego matka, Vanora, porzuciła jednak wszelkie próby pojednania. Po śmierci siostry, ranionej przez Evelona, pragnęła już tylko zakończyć konflikt, jeśli trzeba nawet rękami obcych morderców. Gorath miał nawet wrażenie, że kapłanka preferuje takie wyjście, wybiera rozwiązanie, w którym krew Evelona nie splami bezpośrednio jej rąk. Albo, najzwyczajniej w świecie, nie była w stanie Evelona dosięgnąć. Może w ogóle nie było to możliwe i Gorath wraz z Noelle i Moraną jadą na spotkanie ze śmiercią.
Być może nie zasługiwali na nic innego. Trójka morderców, z których to on był najgorszy, gdyż spróbuje zabić kogoś, kto był mu kiedyś przyjacielem. Czy w Otchłani jest specjalne miejsce dla morderców przyjaciół? Powinno być. A Gorath, być może, nie powinien przyjmować tego zadania. Zabić przyjaciela, by zmienić własne życie na lepsze. Brzmi jak kiepski żart. Nie podjął się tego dawno temu, w Savonie, gdy zabójstwo Evelona zlecał mu Vigo van Thorn. Miało być jego biletem do Natanbanu, przepustką do nowego życia. Po stronie zwycięzców, jak się wtedy wyraził van Thorn i wiele wskazuje na to, że nie skłamał.
Co się zmieniło? Udział Evelona w spisku? Rozprowadzanie natanbańskiej trucizny? Fakt, że być może posłużył się wtedy Gorathem, nakłaniając go do zniszczenia Nocnych Cieni? Tylko tyle potrzeba, by zabić przyjaciela? Przecież i sam Gorath robił w przeszłości paskudne rzeczy. A Evelon zapewne wierzy w słuszność swojej sprawy, próbuje ratować elfów, zniszczyć Imperium czy przeprowadzić jakiś inny, wariacki plan. Zamordować przyjaciela, by nie osiągnął tego, w co wierzy? Nie. Ma zginąć, bo jest wrogiem. Wrogiem Imperium, wrogiem Kathany. W wojnie, która się toczy, Evelon stoi po niewłaściwej stronie. A wygrywanie wojen polega na zabijaniu wrogów. Czy w takim razie Gorath ma prawo nazwać się żołnierzem, wojownikiem? Bohaterem? Faktycznie: kiepski żart.
Noelle skończyła wreszcie kąpiel. Stanęła teraz obok fotela, w którym siedział Gorath, popatrzyła na miasto w dole. Z ich balkonu rozpościerał się widok na całe Tir’en’riath, położone na zboczu góry, poprzecinane murami wyznaczającymi granice dzielnic. Rozświetlone, tętniące życiem, malownicze. Delikatne, zwiewne niemal, a jednocześnie sprawiające wrażenie wiecznego. Starożytne, klasycznie piękne.
– Trzeba przyznać, że elfowie potrafią budować swoje miasta. – Zapaliła cygaretkę, zaciągnęła się głęboko i z zadowoleniem wypuściła dym. Przymknęła oczy, oddychając pełną piersią. Włosy wciąż miała mokre po kąpieli.
Gorath nie odpowiedział, wyciągnął tylko rękę po jej cygaretkę. Suchy, ostry smak zakłuł przyjemnie na języku.
– Coś taki ponury, półorku? – Noelle popatrzyła na niego z ukosa. – Luksus ci nie pasuje? Elfia gościnność? Czy jednak naprawdę chciałeś zobaczyć Atreidesa w powrozach i krzywisz się, że wyszło inaczej? Tak, na związanego Atreidesa to nawet chętnie bym popatrzyła.
– Jutro wyruszamy – odpowiedział niechętnie. – Tam, gdzieś za tą górą przed nami, wszystko się rozegra. To będzie koniec, czy dopiero początek? Jak to było z tobą, w Zandfort, Noelle? Udał ci się twój nowy początek?
– Pomściłam przyjaciół. Nawet jeśli nie wyszło to koniec końców najpiękniej.
– A ja jadę zabić przyjaciela.
Młoda zabójczyni popatrzyła na niego uważniej.
– Gdy orkowie napadli na klasztor Thenneth, myślałam, że nas zdradziłeś, Gorath. A przecież tak naprawdę uratowałeś wtedy mnie i Moranę, dałeś nam czas na ucieczkę. Ty masz jednak za miękkie serce, zwłaszcza dla przyjaciół.
– Nigdy nie miałem ich zbyt wielu.
– Jesteś zbyt lojalny. Ten Evelon zatruwał całe miasta, knuł z najeźdźcami, podpadł Kathanie. Nawet tu, u swoich, ma wrogów. Po tym, co zrobił, zasługuje na śmierć.
– Jak my wszyscy.
– Ej – powiedziała nagle zmienionym tonem i usiadła mu na kolanach okrakiem. Dłonią pogładziła go po policzku, spojrzała w oczy. – Wielki, zły Gorath ma w środku duże, miękkie serce dla przyjaciół. Nie znałam cię od tej strony.
Przez moment nie wiedział, co zrobić z rękami, zaskoczony jej nagłą bliskością. W końcu jedną dłoń oparł na biodrze Noelle, znajoma krągłość sprawiła, że momentalnie zesztywniał. Drugą, w której trzymał cygaretkę przytknął do ust, ale Noelle przejęła od niego niedopałek i strzeliła palcami wyrzucając go za balkon. Krótką chwilę patrzyli na siebie z bardzo bliska, ciepło jej oddechu przyjemnie drażniło mu wargi.
Pocałowała go mocno, zdecydowanie. Usta miała miękkie, tak jak pamiętał. Chwycił ją za włosy, wciąż mokre, przyciągnął silniej do siebie. Odgłosy miasta poniżej zlały się w jeden szum, zagłuszany tylko przez cichy pomruk Goratha i jego własne tętno mocno bijące gdzieś w uszach. Podniósł się z fotela, a Noelle objęła go mocniej nogami, nie przerywając pocałunku. Łóżko nie było daleko, znaleźli się w nim w kilku krokach. Zanim zupełnie oddał się przyjemności, Gorath pochwalił w myślach skrupulatność Morany, która kazała jej wciąż sprawdzać mapy.
