Goodbye i wybrane opowiadania - Osamu Dazai - ebook + książka

Goodbye i wybrane opowiadania ebook

Dazai Osamu

4,0

Opis

Tajima Shūji, przystojny redaktor bogacący się na czarnym rynku powojennego Tokio, ma jeden problem – zbyt wiele kochanek, z którymi na dodatek chce się rozstać. Tylko jak sprawić, by zgodziły się wypuścić go z rąk?

Tak rozpoczyna się Goodbye – ostatni (!), niedokończony utwór Osamu Dazaia, wybitnego pisarza, którego twórczość wciąż cieszy się w Japonii wielką popularnością. Prace nad tą komedią przerwała samobójcza śmierć autora. Niniejszy zbiór prezentuje przekrój bogatej i różnorodnej twórczości Dazaia. Czytelnik znajdzie tu nie tylko boleśnie szczere wyznania, z których znany jest autor, odnoszące się do jego samotnej młodości, problemów z uzależnieniem czy nieudanych prób samobójczych. W książce znalazły się również pełne ironii i humoru rozważania o przyziemnych aspektach życia, zaskakujące przetworzenia zachodniej tradycji, a także przestroga, by nigdy nie ufać psom.

 

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 305

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Wstęp: DARIUSZ LATOŚ
Redakcja i korekta: ANNA KUZIEMSKA
Skład i łamanie: ANNA SZARKO
Projekt okładki: WIKTOR DYNDO
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Akademickie DIALOG, 2020 Wszelkie prawa zastrzeżone
ISBN e-pub 978-83-8002-862-3
ISBN mobi 978-83-8002-864-7
Wydanie elektroniczne, Warszawa 2020
Wydawnictwo Akademickie DIALOG Spółka z o.o. 00-112 Warszawa, ul. Bagno 3/218 tel./faks (+48 22) 620 87 03 e-mail:[email protected]
Konwersja:eLitera s.c.

Wstęp

Osamu Dazai (właśc. Shūji Tsushima, 1909–1948), jeden z wybitnych pisarzy japońskich dwudziestego wieku, w swojej ojczyźnie wciąż cieszy się wielką popularnością. Jego dzieła są ekranizowane w formie filmów aktorskich i animacji, on sam jest jednym z bohaterów bestsellerowej serii komiksów Bungou Stray Dogs: Bezpańscy literaci. Z pewnością niemały udział w niesłabnącym zainteresowaniu postacią Dazaia ma dramatyczny życiorys pisarza, jednak największym walorem pozostaje jego twórczość: poruszająca tematy aktualne i dla wielu czytelników bliskie, równocześnie przystępna i atrakcyjna językowo.

O ile najpopularniejsze powieści Dazaia od dłuższego czasu są dostępne po polsku – m.in. powieść Zmierzch od 2001 roku (wydana przez Wydawnictwo Akademickie Dialog w tłumaczeniu Mikołaja Melanowicza) – o tyle bogaty dorobek jego krótszych form bardzo długo pozostawał w dużej mierze niedostępny dla polskiego czytelnika. W 1986 roku Państwowy Instytut Wydawniczy zawarł w swoich zbiorach poświęconych literaturze japońskiej dwa utwory[1]: Rybką być w tłumaczeniu Blanki Yonekawy (w zbiorze Ballada o Narayamie) orazMój mąż, Villon w przekładzie Krystyny Okazaki (w zbiorze Tydzień świętego mozołu), jednak na następne opowiadania Dazaia przyszło czekać ponad trzydzieści lat – w zeszłym roku nakładem Wydawnictwa Akademickiego Dialog ukazały się Otogizōshi: Księga japońskich opowieści (w przekładzie Katarzyny Sonnenberg-Musiał) i Uczennica (w tłumaczeniu Igi Rutkowskiej).

Niniejszy tom prezentuje przekrojowy wybór opowiadań Dazaia ułożonych chronologicznie – od początku jego kariery pisarskiej aż po ostatnią, niedokończoną powieść Goodbye. Wspomnienia, jeden z pierwszych utworów autora, wpisuje się w autobiograficzny nurt jego twórczości; przedstawia w nim swoje dzieciństwo z ujmującą szczerością. Jak sam wspominał w przedmowie: „Napisałem Wspomnienia w 1932 roku, miałem dwadzieścia cztery lata. Pracowałem nad nimi, uważając, by nie przedstawić samego siebie jako grzecznego, dobrego dziecka”[2]. Tekst ten jest ważnym dokonaniem początkowego okresu twórczości Dazaia i istotną pomocą zapewniającą kontekst przy lekturze jego późniejszych dzieł. Prostota środków, jakich użył, by opowiedzieć o pierwszych kilkunastu latach swojego życia, jest uderzająca w porównaniu z drugim tekstem zbioru, Perłami błazeństwa, które powstały jedynie trzy lata później. To relacja z rekonwalescencji Yōzō Ōby – alter ego pisarza – po próbie podwójnego samobójstwa[3]. Konwencjonalnie prowadzoną fabułę przeplatają liczne metatekstowe wtrącenia samego twórcy utrzymane w autoironicznym tonie; całość stanowi ciekawy eksperyment formalny i przykład tego, jak Dazai szukał swego autorskiego głosu. Oba te utwory pochodzą z debiutanckiego zbioru Lata schyłku wydanego w 1936 roku.

Autor raczej nie kojarzy się polskiemu czytelnikowi z komedią – a jednak w jego dorobku znajdziemy niemało tekstów o żartobliwym wydźwięku, czego przykład stanowią zawarte tu Opowieść o psie i W kwestii ubioru, opublikowane odpowiednio w 1939 i 1941 roku. Humor opiera się w nich na autoironii, narrator tych quasi-autobiograficznych tekstów przez cały czas zachowuje kamienną twarz, lecz jego potoczysta, momentami brawurowo przesadna fraza na pewno wywoła uśmiech u niejednego czytelnika.

Na przełomie lat trzydziestych i czterdziestych Dazai stworzył kilka utworów czerpiących z tradycji zachodniej, między innymi sztukę teatralną Nowy Hamlet, opowiadanieBiegnij, Melosie, którego akcja rozgrywa się w starożytnej Grecji (do dziś jest czytane przez japońskich gimnazjalistów jako lektura szkolna) oraz zawartą w niniejszym zbiorze Naglącą skargę – opowiadanie w formie gorączkowego monologu, najbardziej udane spośród tych nietypowych dzieł.

Co ciekawe, zostało ono podyktowane przez Dazaia, a spisane przez jego żonę Michiko[4].

Kolejnym tekstem wracamy do nurtu autobiograficznego w dorobku autora: Osiem widoków Tokio z 1940 roku pod względem nastroju przypomina Wspomnienia, jednak ponurą, depresyjną atmosferę rozjaśniają humorystyczne momenty; również konstrukcja tego utworu uwidacznia, jak bardzo rozwinął się warsztat Dazaia.

Żona Villona (opublikowana w 1947 r.), jedno ze szczytowych osiągnięć pisarza, przedstawia żywy obraz powojennej Japonii i przejmujący portret kobiety zmagającej się z ówczesnymi realiami, która nie traci jednak pogody ducha mimo dramatycznych wydarzeń. Zbiór reprezentatywnych opowiadań autora nie mógłby się obejść bez tego tytułu, co stworzyło okazję, by zaprezentować go w nowym przekładzie.

Osamu Dazai odebrał sobie życie 13 czerwca 1948 roku, była to jego piąta próba samobójcza. Przed śmiercią skończył prace nad powieścią Zatracenie, wstrząsającym rozrachunkiem ze światem – można by się spodziewać, że inne dzieło, nad którym pracował w ostatnich tygodniach życia, również będzie poświęcone zgłębianiu mrocznych zakamarków ludzkiej duszy. Nic bardziej mylnego: Goodbye to komedia, oparta na wartkich dialogach opowieść o „Don Juanie na opak”, jak pisał sam Dazai. Niestety pozostała nieukończona.

Czy mimo to warto ją przeczytać? Tak – choćby po to, aby docenić wszechstronność autora.

Niniejszy tom daje okazję do prześledzenia pisarskiej drogi Dazaia na różnych jej etapach, do przyjrzenia się, jak twórczo przetwarzał on wydarzenia ze swojej biografii, elementy tradycji innych kultur oraz prozaiczne aspekty codzienności, by na ich kanwie budować swoje utwory. Należy przy tym pamiętać, że prezentowany tutaj wybór stanowi jedynie ułamek bogatej twórczości pisarza – pozostaje mieć nadzieję, że w przyszłości polscy czytelnicy będą mogli poznać ją znacznie dokładniej.

Wspomnienia

Rozdział I

Zmierzchało, gdy staliśmy z ciocią w bramie, jedno obok drugiego. Musiała nieść dziecko na plecach, miała na sobie nenneko[1]. Wciąż pamiętam ciszę, jaka panowała wtedy na cienistej ulicy. „Jego cesarska mość odszedł” – powiedziała mi ciocia. „Bóg w ciele człowieka”. „Bóg w ciele człowieka” – powtórzyłem szeptem, zaciekawiony. Potem powiedziałem chyba coś niegrzecznego, bo mnie skarciła: „Jak ty się wyrażasz, mówi się odszedł”. „Ale gdzie poszedł?” – pamiętam, że zapytałem specjalnie, aby ją rozśmieszyć, choć doskonale wiedziałem, co miała na myśli.

Urodziłem się latem 1909 roku, więc zgodnie ze starą rachubą[2] w dniu śmierci cesarza miałem trochę ponad cztery lata. Pewnego razu, podejrzewam, że właśnie w tamtym okresie, ciocia zabrała mnie do krewnych w wiosce około ośmiu kilometrów od naszej; nigdy nie zapomnę wodospadu, który tam widziałem. Był w górach niedaleko. Woda spadała szerokim, białym strumieniem ze zbocza pokrytego głęboką zielenią mchu. Oglądałem wodospad, siedząc na barana u jakiegoś mężczyzny, którego nie znałem. Obok stała świątynia, on pokazywał mi różne tabliczki ema[3], które tam wisiały, ale mnie było coraz bardziej smutno, aż zacząłem płakać: „Gacia! Gacia!”. Tak mówiłem na ciocię, „Gacia”. Ona bawiła się z krewnymi dużo niżej, na płaskim terenie, ale kiedy usłyszała mój płacz, poderwała się na równe nogi i nagle schyliła się głęboko, jakby wykonywała pokłon. Musiała zahaczyć stopą o koc, który rozłożyli na ziemi. Reszta zaczęła z niej żartować: „Upiła się! Upiła!”. Patrzyłem na tę scenę z oddali i płakałem jeszcze głośniej, tak bardzo było mi przykro. Innym razem śniłem, że ciocia mnie porzuciła i chciała wyjść z domu. Jej tułów wypełniał całe boczne drzwi, nabrzmiały, zaczerwieniony biust spływał kroplami potu. „Mam cię dość”, mamrotała gniewnie. Przywarłem policzkiem do jej piersi i błagałem, zalewając się łzami, „Proszę, nie!”. Kiedy mną trzęsła, żebym się obudził, płakałem w łóżku, wtulając w nią twarz. Po przebudzeniu wciąż było mi smutno i jeszcze długo szlochałem, ale nie opowiedziałem tego snu ani jej, ani nikomu innemu.

Mam wiele wspomnień z tamtego czasu dotyczących cioci, ale niestety żadnego, w którym występowaliby moi rodzice. Wychowywałem się w licznej rodzinie – z prababką, babką, ojcem, matką, trzema starszymi braćmi, czterema starszymi siostrami, jednym młodszym bratem, ciocią i jej czterema córkami – ale można powiedzieć, że do piątego czy szóstego roku życia nie zdawałem sobie sprawy z istnienia nikogo poza ciocią. Pamiętam jak przez mgłę, że w rozległym ogrodzie za domem rosło kilka wielkich jabłoni, a ja wspinałem się na nie razem z grupką dziewczynek pewnego ciemnego, pochmurnego dnia; kiedy indziej, gdy padało, oglądałem kwitnące chryzantemy posadzone na skraju ogrodu, także z grupką dziewczynek, trzymaliśmy sobie nawzajem parasolki – możliwe, że to były moje siostry i kuzynki.

Wspomnienia z okresu, kiedy miałem sześć czy siedem lat, są już wyraźne. Służąca imieniem Take nauczyła mnie czytać i razem poznawaliśmy różne książki. Bardzo jej zależało na mojej edukacji. Byłem chorowitym dzieckiem, dlatego dużo czytałem, leżąc w posłaniu; kiedy kończyły mi się lektury, Take chodziła na przykład do szkółki niedzielnej, wypożyczała książki dla dzieci i przynosiła mi jedną za drugą. Potrafiłem czytać po cichu, więc w ogóle się tym nie męczyłem. Take uczyła mnie też moralności. Często chodziliśmy do świątyni, gdzie pokazywała mi malowidło przedstawiające piekło i wyjaśniała jego znaczenie. Podpalacze musieli nosić na plecach klatki pełne kłębiących się, czerwonych płomieni, a ci, którzy za życia mieli kochanki, dusili się w uścisku dwugłowego niebieskiego węża. Wszędzie – w Stawie Krwi, na Górze Igielnej, w bezdennej czeluści spowitej białym oparem, zwanej Mukennaraku – było widać trupiobladych, wychudłych ludzi wyjących z bólu z bojaźliwie rozchylonymi ustami. Kiedy usłyszałem, że jeśli skłamię, pójdę do piekła i demon wyrwie mi język, tak jak na obrazie, rozpłakałem się ze strachu.

Na niewielkim wzniesieniu za świątynią był cmentarz. Wzdłuż żywopłotu, chyba ze złotlinu albo innego krzewu, stał cały las wysokich, drewnianych tabliczek nagrobnych. W każdej z nich osadzono czarny, żelazny krążek wielkości księżyca w pełni; Take mówiła, że jeśli się nim zakręci, a on zaturkocze i zastygnie bez ruchu, pójdzie się do nieba, a jeśli zacznie się odkręcać, pójdzie się do piekła. Kiedy Take nimi obracała, wydawały miarowy stukot, po czym zawsze stawały w miejscu, ale kiedy ja to robiłem, często kręciły się z powrotem. Pewnego dnia – pamiętam, że jesienią – poszedłem do świątyni sam, lecz którym bym nie obrócił, wszystkie odkręcały się z turkotem, jakby były w zmowie. Próbowałem uparcie, kilkadziesiąt razy z rzędu, ledwo powstrzymując napad histerii. Zrozpaczony uciekłem z cmentarza, bo zaczęło zmierzchać.

W tamtym okresie moi rodzice musieli chyba przenieść się do Tokio, gdyż ciocia wzięła mnie ze sobą i pojechaliśmy do stolicy. Byłem tam ponoć całkiem długo, ale niewiele z tego pobytu zostało mi w pamięci. Pamiętam jedynie, że do naszego tokijskiego domu przychodziła czasem w odwiedziny jedna starsza kobieta. Nie znosiłem jej i płakałem za każdym razem, kiedy się zjawiała. Dostałem od niej w prezencie zabawkową czerwoną furgonetkę pocztową, ale wcale mi się nie podobała.

Niedługo potem poszedłem do szkoły podstawowej w naszych rodzinnych stronach – od tamtej pory moje wspomnienia wyglądają zupełnie inaczej. Take zniknęła sam nie wiem kiedy. Później dowiedziałem się, że wzięła ślub i zamieszkała z rodziną męża w pewnej wiosce rybackiej, ale wyjechała nagle, nic mi nie mówiąc; może z obawy, że będę chciał jechać za nią? Odwiedziła nas w czasie Obonu[4], chyba następnego roku, ale była jakaś chłodna. Zapytała mnie o oceny. Nie zareagowałem. Ktoś inny jej odpowiedział. „Pamiętaj, nigdy nie wolno tracić czujności”, rzuciła tylko, nie chwaląc mnie nawet szczególnie.

W tamtym czasie okoliczności sprawiły, że musiałem rozstać się także z ciocią. Jej druga córka była już mężatką, trzecia nie żyła, a najstarsza właśnie wzięła ślub z dentystą, który wszedł do rodziny jako adoptowany zięć. Ciocia zabrała ich i najmłodszą córkę do odległego miasta, by stworzyć tam nową gałąź rodziny. Pojechałem razem z nimi. Była zima, kucnąłem przy cioci na skraju krytych sań. Zanim ruszyliśmy, najmłodszy z moich starszych braci zlał mnie po pupie przez płótno zadaszenia, o które się opierałem. Wyśmiewał się: „Patrzcie go, drugi pan młody! Dwóch adoptowali!”. Zniosłem to upokorzenie, zaciskając zęby. Myślałem, że naprawdę zostanę u cioci, ale kiedy przyszła pora iść do szkoły, odesłała mnie do domu.

Gdy zacząłem szkołę, nie byłem już dzieckiem. Za główną rezydencją stał nieużywany budynek z ogrodem zarośniętym mnóstwem chwastów; pewnego pogodnego, letniego dnia, opiekunka mojego młodszego brata pokazała mi zabawę, od której ściskało mnie w gardle. Miałem wtedy osiem lat, ona pewnie nie więcej niż piętnaście. Pozbyła się mojego trzy lata młodszego brata, mówiąc, żeby poszedł szukać czterolistnej bokusy – tak się u nas mówiło na koniczynę – wzięła mnie w ramiona i tarzaliśmy się po trawie. Potem robiliśmy to wiele razy, chowając się w magazynie albo w szafie. Obecność małego okropnie nam w tym przeszkadzała. Raz, kiedy został sam, bo my zniknęliśmy w schowku na pościel, rozpłakał się i przez to nakrył nas mój starszy brat – zapytał tamtego, gdzie jesteśmy, po czym odsunął drzwi schowka. Opiekunka jak gdyby nigdy nic wyjaśniła mu, że szukaliśmy monety, która jej tam wypadła.

Kłamałem cały czas. W drugiej czy trzeciej klasie na Hina-matsuri[5] zmyśliłem nauczycielowi, że kazano mi wrócić wcześniej do domu, bo będziemy ustawiać lalki, i wyszedłem już po pierwszej lekcji, za to w domu powiedziałem, że mamy wolne w szkole z okazji święta dziewczynek; potem pomagałem przy wyciąganiu lalek z pudełek, choć wcale nie byłem potrzebny. Poza tym kochałem ptasie jaja. Te wróbli zawsze mogłem zdobyć w dużych ilościach, wystarczyło zajrzeć pod dachówki na dachu magazynu, ale kurzych czy wronich już tam nie było. Te błyszczące na zielono i uroczo nakrapiane dostawałem od kolegów ze szkoły. W zamian dawałem im po pięć albo dziesięć książek z domowej biblioteczki. Zgromadzone jaja zawijałem w materiał i chowałem, zapełniłem nimi całą szufladę biurka. Starszy brat chyba odkrył moje potajemne transakcje, bo pewnego wieczoru poprosił, żebym pożyczył mu dwie książki – zbiór zachodnich baśni i jeszcze coś, nie pamiętam dokładnie. Nienawidziłem jego złośliwości. Obie te książki już wymieniłem – ale gdybym mu powiedział, że ich nie mam, zacząłby drążyć, co się z nimi stało, dlatego odpowiedziałem, że się rozejrzę, bo na pewno gdzieś są. Przeszukałem z lampą w dłoni nie tylko swój pokój, ale też caluteńki dom. Brat chodził za mną, wyśmiewając się: „Ojej, jednak nie ma?”. „Są”, odpowiadałem mu uparcie. Wdrapałem się nawet na szafki w kuchni. Koniec końców rzucił tylko, że już nieważne, i odpuścił.

Co do wypracowań, które pisałem do szkoły, to bez obaw można je wszystkie nazwać stekiem kłamstw. Bardzo się starałem, żeby jawić się w nich jako grzeczne, dobre dziecko – wtedy wszyscy mnie chwalili. Dopuściłem się nawet plagiatu. Cień młodszego brata, który nauczyciele wychwalali jako prawdziwe arcydzieło, oryginalnie ukazał się w czasopiśmie dla młodzieży jako zwycięska praca jakiegoś konkursu, ja skopiowałem go stamtąd słowo w słowo. Wychowawca kazał mi przepisać to na czysto pędzelkiem i wywiesić na szkolnej wystawie. Później jakiś mól książkowy z mojej klasy odkrył prawdę; modliłem się, żeby umarł. W Jesiennym wieczorze, innym wychwalanym przez całą kadrę wypracowaniu, opisałem, jak pewnego razu usiadłem na werandzie z głową bolącą od nadmiaru nauki – patrzyłem na ogród, księżyc świecił jasno, w stawie pływały karpie i złote rybki. Zatraciłem się w tym widoku, gdy nagle z sąsiedniego pokoju dobiegł śmiech mojej matki; ocknąłem się, a migrena zniknęła bez śladu. Oczywiście nie było w tym ani krzty prawdy. Opis ogrodu wziąłem z zeszytu do wypracowań którejś starszej siostry, a przede wszystkim nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek uczył się tyle, by rozbolała mnie głowa. Nie znosiłem szkoły, ani razu nie otworzyłem w domu żadnego podręcznika. Czytałem, owszem, ale tylko dla rozrywki. Za to wszyscy z mojej rodziny myśleli, że skoro trzymam książkę w dłoniach, to na pewno się uczę.

Prawda w wypracowaniu zawsze oznaczała kłopoty. Kiedy poskarżyłem się w jednym, że rodzice mnie nie kochają, zostałem wezwany do pokoju nauczycielskiego i skarcony. Innym razem temat brzmiał „Gdyby jutro wybuchła wojna” – napisałem, że jeśli naprawdę przyjdzie wojna, czyli coś straszniejszego od najstraszniejszych rzeczy: trzęsień ziemi, piorunów, pożarów oraz ojców, ucieknę głęboko w góry i wezmę ze sobą nauczycieli, przecież nauczyciele to też ludzie i ja też jestem człowiekiem, wojny wszyscy boimy się tak samo. Wtedy dyrektor i młodszy nauczyciel przepytali mnie we dwóch. Najpierw chcieli wiedzieć, czy pisałem na poważnie. Skłamałem bez większego zaangażowania, że raczej dla żartu, z ciekawości. „Ciekawość”, zapisał nauczyciel w kajecie. Wtedy wywiązała się między nami mała dyskusja. „Widzę tu zdanie nauczyciele to też ludzie i ja też jestem człowiekiem. Uważasz, że wszyscy ludzie są równi?” – zapytał. „Tak myślę” – odparłem nieśmiało. Byłem bardzo małomówny. „Skoro ja i pan dyrektor jesteśmy równi, dlaczego dostajemy różne pensje?” – drążył. Zastanawiałem się przez chwilę. „Dlatego, że pan i pan dyrektor mają inną pracę?”. Nauczyciel, mężczyzna z małą twarzą i okularami w metalowych oprawkach, dokładnie zanotował moje słowa. Od dłuższego czasu czułem do niego sympatię. „Twój ojciec i my też jesteśmy równi?”. Strapiłem się i nie odpowiedziałem.

Mój ojciec był bardzo zajętym człowiekiem. Prawie nigdy nie bywał w domu, a nawet jeśli przyjechał, nie spędzał czasu z dziećmi. Bałem się go. Bardzo chciałem dostać jego wieczne pióro, ale nie potrafiłem mu o tym powiedzieć; długo walczyłem z myślami w samotności, aż pewnego wieczoru, kiedy leżałem w łóżku z zamkniętymi oczami, zacząłem udawać, że mówię przez sen – wołałem cicho do ojca przyjmującego gości w pokoju obok: „Pióro! Pióro!”. Moje słowa oczywiście nie dotarły ani do jego uszu, ani do serca. Innym razem bawiliśmy się wesoło z młodszym bratem w dużej komórce, gdzie worki na ryż stały ułożone jeden na drugim w wysokich stosach. Ojciec stanął w drzwiach i krzyknął, żebyśmy natychmiast stamtąd uciekli. Światło padało na niego od tyłu; jego wielka postać była czarna jak smoła. Do dziś mam dreszcze, kiedy przypominam sobie tamto przerażenie.

Z matką także nie miałem bliskiego kontaktu. Rosłem najpierw na mleku mamki, potem w objęciach cioci – nie znałem swojej matki aż do drugiej czy trzeciej klasy szkoły podstawowej. Pewnej nocy leżałem w posłaniu obok, naśladując to, czego nauczyło mnie wcześniej dwóch służących, gdy ona, zdziwiona szelestem kołdry, zapytała, co robię. „Masuję sobie biodro, bo mnie boli”, odpowiedziałem, okropnie zawstydzony. „Lepiej pogładź delikatniej, od klepania będzie tylko gorzej”, rzuciła zaspanym głosem. Milczałem, przez długą chwilę gładząc się po biodrze. Mam wiele przykrych wspomnień związanych z matką. Raz wyjąłem z magazynu garnitur brata, założyłem go i chodziłem bez celu między klombami w ogrodzie za domem, nucąc zaimprowizowane, rzewne melodie i sam się nimi wzruszając. Nabrałem ochoty, żeby pobawić się w tym stroju ze studentem, który pomagał w domu z księgami rachunkowymi w zamian za wikt i opierunek, więc posłałem po niego służącą. Długo nie przychodził. Czekałem, ze stukotem przesuwając butem po bambusowym ogrodzeniu, ale w końcu straciłem cierpliwość i rozpłakałem się z rękami w kieszeniach. Takiego znalazła mnie matka; zdarła ze mnie garnitur brata i spuściła mi lanie, nie wiem dlaczego. Upokorzenie bolało tak, jakby coś przecinało mi skórę.

Od dziecka fascynowały mnie stroje. Nie zgadzałem się na koszule bez guzików przy mankietach, lubiłem takie z białej flaneli. Juban[6] też musiałem mieć z białym kołnierzem, bo zawsze zwracałem uwagę, by wystawał na kilka milimetrów spod okrycia. Co roku w dniu Święta Piętnastej Nocy[7], kiedy wszyscy przychodzili do szkoły odświętnie ubrani, wkładałem kimono z flaneli w szerokie, brązowe pasy i chodziłem po wąskich korytarzach lekkimi, drobnymi kroczkami, jak kobieta. Robiłem to wszystko po kryjomu, by nikt nie zauważył – w domu często nazywano mnie najmniej urodziwym spośród braci, stałbym się pośmiewiskiem, gdyby wyszło na jaw, że brzydal mojego pokroju tak bardzo zwraca uwagę na swój wygląd. Udawałem całkowitą obojętność w kwestii ubioru, mało tego, moje starania w pewnym stopniu odnosiły skutek. Wszystkim wkoło wydawałem się pewnie pozbawionym dobrego smaku prostakiem. Gdy siedziałem z braćmi przy stole, babka albo matka często z pełną powagą komentowały mój brak urody. Ja oczywiście nie mogłem tego znieść. Sam uważałem, że jestem przystojny, dlatego zdarzało mi się zachodzić do pokoju służących i niby od niechcenia pytać, który z nas najlepiej wygląda. Zwykle odpowiadały, że mój najstarszy brat, a ja dostawałem drugie miejsce. Rumieniłem się, ale i tak czułem lekki niedosyt. Chciałem usłyszeć, że jestem ładniejszy nawet od niego.

Przeszkadzał im nie tylko mój wygląd, ale i niezdarność. Babka przy każdym posiłku napominała mnie, że źle trzymam pałeczki, ciągle mówiła też, że nie może patrzeć, jak się kłaniam, bo unoszę przy tym zadek. Kazała mi siadać przed sobą i kłaniać się bez końca, ale ile razy bym tego nie zrobił, nigdy mnie nie pochwaliła.

Nie lubiłem jej. Kiedy na otwarcie teatru w naszej miejscowości przyjechała z Tokio trupa Jakusaburō, nie opuściłem ani jednego przedstawienia. Mój ojciec zbudował ten teatr, dlatego zawsze dostawałem dobre miejsce za darmo. Jak tylko wracałem ze szkoły, przebierałem się w miękkie kimono, zawieszałem przy pasie mały ołówek na cienkim, srebrnym łańcuszku i biegłem tam. Pierwszy raz w życiu doświadczyłem, co to kabuki. Nie zliczę, ile razy płakałem podczas spektakli. Kiedy trupa wróciła do stolicy, postanowiłem założyć własną i przygotować przedstawienie z młodszym bratem oraz innymi dziećmi z rodziny. Od małego lubiłem zabawiać publiczność – skrzykiwałem służących i służące, żeby opowiadać im bajki albo urządzać pokazy ruchomych obrazów czy przezroczy z latarni magicznej. Nasz repertuar składał się ze sztuk Yamanaka Shikanosuke[8], Dom gołębi oraz tańca kappore. Pierwszą przygotowałem, adaptując scenę z pewnego czasopisma dla młodzieży, w której Yamanaka zdobywa wasala, Hayakawę Ayunosuke, w górskiej herbaciarni. Okropnie się natrudziłem, by zapisać długie kwestie bohaterów zgodnie z metrum wymaganym w kabuki – siedmiu i pięciu sylab następujących naprzemiennie. Dom gołębi to powieść, którą czytałem wiele razy, za każdym razem zalewając się łzami; jeden ze szczególnie ckliwych momentów wybrałem na drugą scenkę mojego przedstawienia. Co do kappore, to trupa Jakusaburō zawsze na koniec występu wykonywała ten taniec całym zespołem, dlatego ja także postanowiłem go zaprezentować. Ćwiczyliśmy niecały tydzień, a w dniu premiery zrobiliśmy scenę w szerokim przejściu przed magazynem, gdzie przechowywano książki i kosztowności. Co prawda przygotowywaliśmy ją za dnia, ale babka i tak musiała nie zauważyć drutu, na którym zwisała kurtyna, i zawadziła o niego brodą. Złajała nas potem wściekle: „Chcieliście mnie zabić? Dość tego! Kto to widział, udawać jakieś nędzne aktorzyny!”. I tak zebrałem wieczorem około dziesięcioro służących i urządziliśmy pokaz, ale słowa babki ciążyły mi na sercu. Odegrałem Yamanakę Shikanosuke i chłopca z Domu gołębi, zatańczyłem też kappore, jednak zupełnie bez entuzjazmu, było mi nieznośnie smutno. Potem organizowałem jeszcze czasem pokazy znanych sztuk, na przykład Ushimusubito, Sarayashiki czyShuntokumaru – babka zawsze wyglądała na oburzoną.

Nie kochałem jej, ale w noce, gdy nie mogłem spać, czułem wobec niej wdzięczność. W trzeciej klasie szkoły podstawowej zacząłem cierpieć na bezsenność; wybijała druga, wybijała trzecia, a ja płakałem w posłaniu, nie będąc w stanie zmrużyć oka. Członkowie rodziny podsuwali mi różne sposoby: „Poliż cukier przed snem”, „Licz tykanie zegara”, „Ochłódź sobie stopy w wodzie”, „Włóż liść albicji pod poduszkę” – ale żadne z nich nie działały. Miałem skłonność do zamartwiania się i ciągłego rozpamiętywania nawet najbłahszych spraw, co także nie pomagało mi w zasypianiu. Kiedy przez przypadek zbiłem binokle ojca, bawiąc się nimi po kryjomu, nie spałem przez kilka następnych dni. Dwa domy od naszego był sklep z różnymi drobiazgami, gdzie sprzedawano także trochę książek. Pewnego dnia przeglądałem tam ilustracje z kobiecych czasopism, gdy nagle odkryłem wśród nich akwarelę żółtej syreny – zapragnąłem jej tak mocno, że postanowiłem dokonać kradzieży. Zacząłem po kryjomu wyrywać stronę, ale młody właściciel zaraz zaczął mnie wołać zdrobniałym imieniem: „Osako! Osako!”. Z krzykiem rzuciłem czasopismo na podłogę i biegiem uciekłem do domu. Takie blamaże długo nie pozwalały mi zasnąć. Jakby tego było mało, w posłaniu często bez powodu gnębił mnie strach przed pożarem. „A co, gdyby nasz dom spłonął?” – myślałem i nie mogłem już zmrużyć oka. Którejś nocy, gdy przed snem wracałem z wychodka, zauważyłem, że student mieszkający w pokoju po drugiej stronie korytarza sam jeden w całkowitej ciemności ogląda ruchome obrazki – scenka niedźwiedzia polarnego skaczącego z lodowego brzegu do morza migała na papierowej ściance, nie większa od pudełka zapałek. Zrobiło mi się go nieznośnie żal. Kiedy już leżałem w posłaniu, serce biło mi jak szalone na wspomnienie tego samotnego seansu. Myślałem o sytuacji studenta, ale też odchodziłem od zmysłów ze strachu, bojąc się, że taśma filmowa może zapłonąć i wywołać pożar; nie spałem niemal do świtu. Właśnie w takie noce czułem wdzięczność dla babki.

Ale po kolei. Służąca kładła mnie spać około ósmej wieczorem i musiała leżeć obok, póki nie zasnąłem, ale było mi jej szkoda, dlatego zaraz udawałem, że już śpię. Czułem, jak ukradkiem wyślizguje się spod kołdry, a sam z całych sił próbowałem zapaść w sen. Przewracałem się z boku na bok do około dziesiątej, potem nie mogłem powstrzymać płaczu i wstawałem. O tej porze wszyscy już spali – tylko nie babka, która siedziała ze starym nocnym stróżem przy dużym, wpuszczonym w podłogę palenisku w kuchni. Wślizgiwałem się tam, ubrany w ocieplane kimono, i po cichu słuchałem ich rozmów. Zawsze plotkowali o osobach z naszej miejscowości. Pewnej jesiennej nocy, gdy nadstawiałem uszu, by wychwycić ich szepty, z oddali dobiegło bicie bębnów na święto Mushi-okuri[9]. Do dziś pamiętam, z jaką ulgą pomyślałem wtedy: „O, czyli wielu ludzi jeszcze nie śpi”.

Co do wspomnień związanych z dźwiękami. Mój najstarszy brat uczył się wtedy na uniwersytecie w Tokio, a za każdym razem, kiedy wracał do domu na wakacje, przywoził na prowincję nowości ze świata muzyki i literatury. Studiował teatr. Zmagania, jednoaktówka, którą opublikował w czasopiśmie jednego ze swoich znajomych, cieszyła się sporą popularnością wśród miejscowej młodzieży. Kiedy skończył ją pisać, przeczytał całość nam, swoim młodszym braciom i siostrom. Wszyscy słuchali, mówiąc co chwilę, że nie rozumieją, ale ja zrozumiałem. Pojąłem nawet liryzm zawarty w zdawkowej ostatniej kwestii brzmiącej: „Jaki ciemny wieczór”. Moim zdaniem tytuł powinien brzmieć Osty, a nie Zmagania, dlatego po odczycie dodałem mały komentarz na marginesie pokreślonego rękopisu. Brat chyba nie zwrócił na niego uwagi, bo opublikował sztukę pod niezmienionym tytułem. Zbierał też płyty. Mój ojciec zawsze specjalnie posyłał po gejsze z odległych, dużych miast, kiedy tylko organizował w domu jakieś przyjęcie – pamiętam, jak mnie przytulały, kiedy miałem pięć czy sześć lat, ich piosenki oraz tańce, dlatego kiedy brat zaczął przywozić płyty z zachodnią muzyką, ja byłem już przywiązany do japońskiej. Pewnej nocy, kiedy leżałem w łóżku, z jego pokoju dobiegła fascynująca melodia; podniosłem głowę z poduszki i nadstawiłem uszu. Następnego dnia zerwałem się wcześnie rano, pobiegłem tam i sprawdziłem wszystkie albumy, które wpadły mi w ręce. Wreszcie znalazłem. Nagraniem, które poprzedniej nocy oczarowało mnie tak mocno, że nie mogłem spać, była tradycyjna śpiewana opowieść Ranchō[10].

Jednak bardziej niż z najstarszym czułem się związany z drugim w kolejności bratem. Skończył on z wyróżnieniem szkołę handlową w Tokio, po czym wrócił do domu i zajął posadę w naszym banku. Reszta rodziny traktowała go chłodno. Raz usłyszałem, jak matka i babka mówiły, że ja jestem najbrzydszy, a on plasuje się zaraz po mnie – dlatego myślałem, że ogólny brak sympatii do niego wynika właśnie z wyglądu. „Gdybyśmy tylko urodzili się trochę przystojniejsi, co? Niczego więcej nam nie trzeba” – pamiętam jego żartobliwy ton, kiedy mówił tak, trochę się ze mnie naśmiewając. W moich oczach nie był nieładnym mężczyzną, nigdy tak o nim nie pomyślałem. Uważałem też, że pod względem inteligencji plasuje się w czołówce naszej piątki. Niemal codziennie pił i kłócił się z babką. Za każdym razem nienawidziłem jej w głębi serca.

Mój trzeci starszy brat i ja byliśmy wrogami. Znał wiele moich tajemnic, dlatego nigdy nie czułem się przy nim swobodnie. Na dodatek i on, i mój młodszy brat wyglądali bardzo podobnie, wszyscy się zachwycali, jacy oni piękni – czułem, jakby napierali na mnie z obu stron, nie mogłem tego znieść. Ulżyło mi dopiero, gdy starszy pojechał do gimnazjum w Tokio. Młodszy, jako ostatnie, miłe i grzeczne dziecko, mógł liczyć na miłość rodziców. Bez przerwy byłem o to zazdrosny, czasami go biłem – wtedy matka mnie karciła, a ja miałem do niej żal. Pewnego razu, chyba w moim dziesiątym czy jedenastym roku, brat trochę się ze mnie podśmiewywał, bo szwy mojej koszuli i jubanu wyglądały jak posypane czarnym sezamem od rojących się tam wszy; dosłownie rozłożyłem go wtedy na łopatki, ale zaraz zacząłem się o niego martwić i nasmarowałem mu guzy płynem Fukain.

Siostry mnie rozpieszczały. Najstarsza już nie żyła, druga wyszła za mąż, a dwie kolejne chodziły do szkół w różnych miastach. Do naszej miejscowości nie dojeżdżał pociąg – najbliższa stacja była w mieście około dwunastu kilometrów dalej. Latem jeździło się tam powozem, zimą saniami, ale w czasie wiosennych roztopów i jesiennego deszczu ze śniegiem trzeba było iść. Siostry źle znosiły jazdę na saniach, dlatego nawet zimą wracały ze stacji pieszo. Za każdym razem wychodziłem po nie aż na skraj wioski, gdzie składowano drewno. Było jasno od śniegu, choć słońce całkiem już zaszło. Gdy z cienia lasu wyłaniały się niosące latarnie siostry, wołałem do nich na całe gardło, machając rękami.

Starsza chodziła do szkoły w mniejszym mieście, dlatego jej prezenty zawsze wyglądały biednie w porównaniu z tym, co przywoziła druga. Kiedyś wyciągnęła z kosza tylko kilka wiązek zimnych ogni, czerwona ze wstydu, i wręczyła mi je, przepraszając. Ścisnęło mnie wtedy w sercu. Reszta rodziny często komentowała też, że los poskąpił jej urody.

Aż do czasu rozpoczęcia nauki w szkole dla dziewcząt spała razem z prababką w mniejszym domu stojącym obok głównej rezydencji. Długo byłem przekonany, że jest jej córką, a nie moją siostrą. Prababka zmarła pod koniec mojej szkoły podstawowej. Gdy wkładali ją do trumny, przez moment widziałem skurczone ciało ubrane w białe kimono; bałem się potem, że ten widok zostanie mi przed oczami już na zawsze.

Niedługo później skończyłem szkołę, ale z uwagi na moje problemy zdrowotne rodzina zdecydowała posłać mnie na rok do tak zwanej wyższej szkoły podstawowej. Ojciec mówił, że kiedy wydobrzeję, pójdę do gimnazjum, jednak nie w Tokio, tak jak moi bracia, tylko gdzieś bardziej na prowincji, bo życie w wielkim mieście mogłoby mi zaszkodzić. Nie miałem szczególnej ochoty iść do gimnazjum, ale i tak skarżyłem się na swoje choroby w wypracowaniach, żeby wymusić współczucie na nauczycielach.

W tamtym okresie nasza wieś została mianowana małym miastem. Wyższa szkoła podstawowa powstała jako wspólna inwestycja naszej miejscowości i kilku sąsiednich wsi. Leżała w sosnowym lasku około dwóch kilometrów od mojego domu. Często opuszczałem zajęcia przez chorobę, ale i tak musiałem starać się o miejsce na szczycie rankingu – placówka gromadziła najlepszych uczniów z poszczególnych wsi, a ja byłem reprezentantem swojej. Mimo wszystko w ogóle się nie uczyłem, tak jak i wcześniej. Dumne przekonanie, że niedługo pójdę do gimnazjum, kazało mi postrzegać tamtą szkołę jako coś plugawego i nieprzyjemnego. Na lekcjach głównie rysowałem komiksy, a kiedy nadchodziła przerwa, opowiadałem ich fabułę innym uczniom, naśladując różne głosy. Zgromadziłem pięć czy sześć zeszytów pełnych tych historyjek. Potrafiłem też przesiedzieć całą lekcję z brodą opartą na dłoni, patrząc nieobecnym wzrokiem za okno przy moim biurku. Mucha, którą ktoś rozgniótł, długo wisiała przyczepiona do szyby; wiele razy okropnie się przestraszyłem, myśląc, że to bażant albo turkawka, kiedy pojawiała się nagle na skraju pola widzenia, dziwnie powiększona. Czasem uciekałem z lekcji razem z kilkoma chłopakami, którzy mnie uwielbiali, szliśmy nad staw za lasem, kładliśmy się na brzegu i rozmawialiśmy o dziewczynach albo podwijaliśmy kimona i porównywaliśmy rzadkie włoski, które zaczynały nam rosnąć.

Szkoła była koedukacyjna, ale nigdy nie próbowałem sam z siebie zbliżyć się do dziewcząt. Czułem okropne pożądanie – próbowałem je opanować ze wszystkich sił, a wobec płci przeciwnej stałem się bardzo nieśmiały. Do tamtej pory dwie czy trzy były we mnie zakochane, ale zawsze udawałem, że tego nie zauważam. Często wyciągałem z biblioteczki ojca katalog wybranych prac z wystawy Cesarskiej Akademii Sztuk Pięknych i oglądałem z wypiekami na twarzy skryty tam biały obraz. Pozwalałem też często kopulować parze królików, którą mieliśmy w domu – serce biło mi gorączkowo, kiedy patrzyłem na samca z zaokrąglonym grzbietem. Tak starałem się opanować popęd. Byłem zbyt próżny, by powiedzieć komukolwiek o moich „masażach”. Próbowałem wszystkiego, by przestać, bo czytałem gdzieś o ich zgubnych skutkach, ale na nic. W międzyczasie codzienne chodzenie do szkoły tak daleko na piechotę sprawiło, że nabrałem trochę ciała. Na czole zaczęły mi wyskakiwać pryszcze, małe jak ziarenka prosa. Tego też się wstydziłem. Smarowałem je czerwoną maścią Hōtankō. Tamtego roku najstarszy brat brał ślub – wieczorem, przed przyjęciem, razem z najmłodszym zakradliśmy się do pokoju naszej nowej szwagierki. Upinała sobie włosy, siedząc plecami do drzwi. Zerknąłem na jej uśmiechniętą, upudrowaną twarz w lustrze, po czym natychmiast uciekłem, ciągnąc za sobą brata. „Nie ma się czym zachwycać!” – rzuciłem do niego, z całych sił udając, że panna młoda wcale nie zrobiła na mnie wrażenia. W ten sposób dałem upust emocjom – z połową twarzy wysmarowaną na czerwono czułem się wyjątkowo niepewnie.

Nadchodziła zima, a ja musiałem zacząć naukę do egzaminów wstępnych do gimnazjum. Przejrzałem reklamy w czasopismach i zamówiłem z Tokio różne pomoce naukowe, ale ustawiłem je tylko na półce, żadnej nawet nie otworzyłem. Szkoła, do której miałem zdawać, znajdowała się w największym mieście całej prefektury, chętnych zawsze było przynajmniej dwa lub trzy razy więcej niż miejsc. Momentami nachodził mnie blady strach, że nie zdam. Wtedy zabierałem się do przygotowań, ale po zaledwie tygodniu nauki odzyskiwałem pewność siebie. W trakcie tych moich zrywów nie chodziłem spać przed dwunastą, za to wstawałem zwykle już o czwartej. Kazałem służącej imieniem Tami być stale przy mnie, żeby rozpalała ogień i przynosiła herbatę. Zawsze przychodziła mnie obudzić o czwartej, nieważne, jak późno skończyliśmy poprzedniego wieczora. Siedziała obok w ciszy, czytając książkę, kiedy ja męczyłem się na przykład z zadaniem matematycznym o rozmnażających się myszach. Później obowiązki Tami przejęła inna służąca, starsza i gruba kobieta. Była to sprawka mojej matki. Kiedy o tym usłyszałem, skrzywiłem się z obrzydzeniem na myśl o powodach, które nią kierowały.

Następnej wiosny, gdy zaspy były jeszcze wysokie, mój ojciec zaczął kaszleć krwią i zmarł w szpitalu w Tokio. Nasz regionalny dziennik wydrukował dodatek specjalny z jego nekrologiem. To poruszyło mnie bardziej niż jego śmierć – moje imię i nazwisko było w gazecie, na liście rodziny zmarłego. Ciało złożone w wielkiej trumnie wróciło w rodzinne strony na saniach. Czekałem na ich przyjazd aż pod sąsiednią wsią, razem z tłumem innych mieszkańców. Wreszcie kolumna wyłoniła się z ciemnego lasu. „Jakie piękne”, pomyślałem, widząc niekończący się rząd sań sunących w blasku księżyca.

Następnego dnia cała rodzina zebrała się w pokoju z butsudanem[11], gdzie postawiono trumnę. Kiedy uniesiono wieko, wszyscy zaczęli płakać. Ojciec wyglądał, jakby spał. Wysoki grzbiet jego nosa był całkiem blady. Szlochy pozostałych sprawiły, że pociekły mi łzy.

Przez następny miesiąc w domu panował chaos, jakby się paliło. Ja też uczestniczyłem w tym zamieszaniu i całkiem zaniedbałem naukę do egzaminów. Podczas testów końcoworocznych w szkole podawałem odpowiedzi na chybił trafił. Koniec końców uplasowałem się chyba na trzecim miejscu w rankingu, ale było oczywiste, że nauczyciele wzięli pod uwagę moją sytuację rodzinną. Czułem, że pogorszyła mi się pamięć. Musiałem wrócić do przygotowań, inaczej na egzaminie wstępnym nie byłbym w stanie niczego napisać. Pierwszy raz w życiu doświadczyłem czegoś takiego.

Rozdział II

Nie miałem zbyt dobrych ocen na świadectwie, ale wiosną podszedłem do egzaminów wstępnych i zostałem przyjęty do gimnazjum. Włożyłem nowe plisowane spodnie hakama, czarne skarpetki i sznurowane buty, filcową pelerynę – koc, którym do tej pory nakrywałem się w podróży, zostawiłem w domu – zarzuciłem ją na ramiona, nie zapinając guzika, jak na modnisia przystało, i ruszyłem w drogę do niewielkiego nadmorskiego miasta. Podróż zakończyłem przed sklepem z tkaninami, który należał do moich dalekich krewnych. Właśnie tam, w tym domu z wystrzępionym, starym norenem[12] wiszącym nad wejściem, miałem zamieszkać.

Z natury wpadałem w euforię pod byle pretekstem, ale wtedy, zaraz po rozpoczęciu nauki w nowej szkole, przechodziłem samego siebie; zakładałem hakama i uczniowską czapkę, nawet kiedy szedłem tylko do łaźni. Ba, nawet kłaniałem się lekko z uśmiechem na ustach, widząc swoje odbicie w mijanych po drodze oknach.

Mimo to szkoła była zupełnie nieciekawa. Leżała na obrzeżach miasta, budynki pomalowano na biało, a zaraz za nimi rozciągał się płaski park wychodzący na morze – szum fal i szelest sosen słyszało się nawet podczas lekcji, korytarze były szerokie, sufity w salach wysokie, słowem, wszystko sprawiało jak najlepsze wrażenie, ale tamtejsi nauczyciele bezlitośnie mnie prześladowali.

Jeden, który uczył gimnastyki, uderzył mnie już pierwszego dnia. Ponoć byłem bezczelny. Poczułem się boleśnie zraniony przede wszystkim dlatego, że to właśnie on przeprowadzał mój egzamin ustny podczas rekrutacji i powiedział wtedy z wielką troską, że pewnie nie mogłem się przygotować tak, jak bym chciał, ze względu na odejście ojca, a ja schyliłem przed nim głowę. Później bili mnie też inni nauczyciele. Za uśmiechanie się, za ziewanie, z różnych powodów. Raz usłyszałem nawet, że jestem sławny w pokoju nauczycielskim, bo tak szeroko ziewam podczas zajęć. Pomyślałem wtedy, że profesorom chyba coś się pomyliło, że rozmawiają ze sobą o takich głupotach.

Pewien uczeń, który pochodził z tej samej miejscowości co ja, zawołał mnie kiedyś za wydmę na terenie szkoły. „Słuchaj, ty naprawdę sprawiasz strasznie bezczelne wrażenie. Jak tak dalej pójdzie i będą cię tylko ciągle bili, nie zdasz do następnej klasy” – ostrzegł mnie lojalnie. Byłem w szoku. Tamtego dnia wróciłem do domu plażą, sam. Szedłem, wzdychając głęboko, a fale obmywały podeszwy moich butów. Kiedy otarłem pot z czoła rękawem szkolnego mundurka, zaskakująco wielki żagiel w mysim kolorze przemknął mi przed oczami, kołysząc się.

Byłem jak płatek kwiatu, który zaczął opadać. Trząsłem się i drżałem przy najmniejszym podmuchu wiatru. Nawet błahy wyraz pogardy czy lekceważenia sprawiał, że wiłem się w agonii, jakbym zaraz miał umrzeć. Wierzyłem, że niedługo zostanę kimś bardzo ważnym, więc nie mogłem puścić płazem żadnej zniewagi, bo chodziło o moje dobre imię, o honor wielkiego człowieka – dlatego hańba nieukończenia szkoły była dla mnie śmiertelnie groźna. Od tamtej pory chodziłem na lekcje z duszą na ramieniu. W trakcie zajęć ani na moment nie traciłem czujności, przekonany, że razem ze mną w klasie siedzi jeszcze setka niewidzialnych przeciwników. Każdego ranka przed wyjściem do szkoły wróżyłem, jaki los czeka mnie nadchodzącego dnia, układając na biurku karty do gry. Kier oznaczał wielkie szczęście, karo mniejsze szczęście, trefl mniejsze nieszczęście, a pik wielkie nieszczęście. W tamtym czasie za każdym razem najwięcej było pików.

Egzaminy nadeszły bardzo szybko. Postanowiłem wyuczyć się podręczników na pamięć, słowo w słowo – wszystkiego, i przyrody, i geografii, i etyki. Ta metoda wynikała pewnie z mojej desperackiej drobiazgowości, ale nie przyniosła dobrych rezultatów. Nauka była nieznośnie żmudna, a podczas testów straciłem wszelką swobodę myślenia; na jedne pytania odpowiadałem idealnie, a przy innych zbytnio skupiałem się na dokładnym odtwarzaniu definicji, gubiłem wątek i koniec końców brudziłem kartkę wyjaśnieniami pozbawionymi sensu.

Mimo wszystko uplasowałem się na trzecim miejscu w klasie. Z zachowania dostałem ocenę wzorową. Ja, który cierpiałem ze strachu przed oblaniem egzaminów, biegłem teraz boso po plaży za szkołą, z wykazem ocen w jednej dłoni i butami w drugiej. Byłem szczęśliwy.

Trymestr dobiegł końca, nadeszła pora na przerwę i pierwszy powrót do domu. Chciałem jak najbarwniej przedstawić młodszemu bratu i reszcie to krótkie doświadczenie życia gimnazjalisty, dlatego zapakowałem do walizki wszystkie rzeczy, które zgromadziłem w trakcie ostatnich trzech miesięcy, nawet poduszkę do siedzenia.

Gdy powóz wyjechał z cienia lasów sąsiedniej wioski, kołysząc się na drodze, ujrzałem bezkresne morze zielonych pól, a na jego skraju wznosił się duży, czerwony dach mojego domu. Patrzyłem z poczuciem, jakbym nie widział go co najmniej dziesięć lat.

Nigdy wcześniej nie byłem taki dumny i szczęśliwy, jak przez ten miesiąc wakacji. Kiedy opowiadałem o wszystkim młodszemu bratu i jego kolegom, gimnazjum wydawało się miejscem wyjętym ze snu; zmyślałem i wyolbrzymiałem, by niewielkie miasto na wybrzeżu jawiło im się niemal magiczną krainą.

Biegałem po polach i dolinach, szkicując widoki i zbierając owady – nauczyciel kazał nam przynieść dziesięć rzadkich okazów oraz namalować pięć akwarel w ramach zadania domowego. Ja niosłem na ramieniu siatkę do łapania motyli, bratu dałem torbę z pincetami i słoiczkiem pełnym trucizny. Spędzaliśmy całe dnie, goniąc bielinki rzepniki i pasikoniki po polach skąpanych w letnim słońcu. Wieczorami rozpalaliśmy ognisko na dziedzińcu i siatką albo miotłą strącaliśmy na ziemię zlatujące się całym mrowiem owady, jednego po drugim. Najmłodszy z moich starszych braci uczył się rzeźby w szkole plastycznej; codziennie siedział pod dużym kasztanem w ogrodzie na dziedzińcu z rękami w glinie. Tworzył popiersie naszej siostry, która skończyła już szkołę dla dziewcząt. Ja siedziałem obok, szkicując jej twarz i wymieniając z bratem złośliwe uwagi na temat efektów naszej pracy. Siostra sumiennie pozowała nam obu, ale w tych sprzeczkach brała moją stronę. „Wszystkim dzieciakom się mówi, że są geniuszami” – mówił brat, wyśmiewając wszystkie moje talenty. Drwił nawet z mojego pisania, nazywając je „wypracowankami z podstawówki”. Ja wtedy też zupełnie otwarcie szydziłem z jego zdolności artystycznych.

Pewnego wieczora przyszedł do mojego pokoju, kiedy już spałem. Kucnął i wsunął mi pod moskitierę lekko zgniecioną chusteczkę, powtarzając cicho: „Patrz, mam wyjątkowy okaz!”. Wiedział, że zbieram rzadkie owady. Z zawiniątka dochodziło drapanie przebierającego odnóżami żyjątka. Ten ledwo słyszalny dźwięk był dla mnie dowodem braterskiej miłości. Rozwinąłem chusteczkę gwałtownym ruchem. „Ej! Ucieknie ci!”, zasyczał brat ściszonym głosem. Okazało się, że to zwykły chrząszcz z rodziny jelonkowatych, ale i tak dodałem go do kolekcji, którą oddałem później nauczycielowi w ramach zadania domowego.

Wraz z końcem wakacji ogarnął mnie smutek. Gdy opuściłem rodzinne strony, przyjechałem do miasta i otworzyłem walizkę, sam jak palec w pokoju na pierwszym piętrze sklepu z tkaninami, mało brakowało, a bym się rozpłakał. W chwilach samotności chodziłem do księgarni; wtedy też pobiegłem do jednej po sąsiedzku. Samo patrzenie na niezliczone grzbiety ustawionych w rzędach książek tajemniczym sposobem przepędzało moją melancholię. Na regale w rogu stało kilka publikacji, których nie mogłem kupić, choć bardzo ich pragnąłem. Czasami przystawałem tam jak gdyby nigdy nic i z drżeniem kolan zaglądałem ukradkiem do środka. Nie chodziłem jednak do księgarni tylko po to, by czytać tego rodzaju medyczne artykuły. W owym czasie każda książka była dla mnie wytchnieniem i źródłem ukojenia.

Szkoła robiła się coraz nudniejsza. Musiałem zaznaczać na mapach pasma górskie, zatoki i rzeki farbami wodnymi – takich zadań nienawidziłem najbardziej. Przykładałem ogromną wagę do szczegółów, dlatego kolorowanie takiej mapki zajmowało mi trzy czy nawet cztery godziny. Na lekcjach historii nie było lepiej. Nauczyciel kazał przygotowywać notatki z nowego materiału, a potem uzupełniać je o najważniejsze informacje z zajęć, ale jego wykłady przypominały odczytywanie podręcznika, więc nie miałem innego wyjścia, jak tylko przepisywać stamtąd całe zdania. Byłem jednak przywiązany do moich dobrych ocen, dlatego codziennie w pocie czoła robiłem wszystko, co nam kazano. Jesienią w mieście zaczął się turniej sportowy, podczas którego uczniowie wszystkich tamtejszych gimnazjów rywalizowali ze sobą w różnych konkurencjach. Ja przyjechałem ze wsi, nigdy nawet nie widziałem meczu bejsbolowego, a terminy takie jak „zajęte bazy”, „środkowy” czy „fastball” znałem tylko z powieści; teraz nauczyłem się oglądać grę, ale nie czułem wielkiej ekscytacji. Jako członek sekcji kibicowskiej musiałem dopingować naszych zawodników, kiedy tylko występowali przeciwko reprezentantom innych szkół – nie tylko w bejsbolu, ale też tenisie, judo i innych sportach. Przez to jeszcze bardziej obrzydło mi gimnazjalne życie. Sekcja kibicowska oczywiście musiała mieć swojego przewodniczącego: chłopak specjalnie chodził obdarty, a kiedy wspinał się na niewysokie ogrodzenie na skraju terenu szkoły i wygłaszał mowy, trzymając wachlarz z flagą, wszyscy ze śmiechem mówili między sobą, jaki z niego niechluj. W czasie meczów na każdej przerwie machał tym swoim wachlarzem, po czym wołał: „All stand up!”. Wstawaliśmy i wszyscy razem potrząsaliśmy trójkątnymi fioletowymi chorągiewkami, intonując przyśpiewkę „Godny rywal, rywal zacny, ale nasi...”. Mnie było wstyd. Uciekałem do domu, jak tylko nadarzyła się okazja.

Nie można jednak powiedzieć, że nigdy nie miałem do czynienia ze sportem. Byłem trochę siny na twarzy – święcie wierzyłem, że z powodu moich „masaży”, dlatego ilekroć ktoś wspomniał o mojej karnacji, czułem atak paniki, jakby wytknięto mi wstydliwy sekret. Zacząłem uprawiać sport, bo za wszelką cenę chciałem nabrać zdrowszego wyglądu.

Cierpiałem z tego powodu już od bardzo dawna. Kiedy byłem w czwartej czy piątej klasie szkoły podstawowej, starszy brat opowiedział mi o idei zwanej demokracją. Słyszałem nawet, jak mama narzekała przy gościach, że przez nią podniosły się podatki i trzeba oddawać prawie całe zbiory. Nie wiedziałem, co o tym wszystkim myśleć, ale postanowiłem pokazać służącym, na czym ta cała demokracja polega – latem pomagałem im przy koszeniu trawy, a zimą przy spychaniu śniegu z dachu. Później dowiedziałem się, że moje wysiłki wcale ich nie cieszyły, bo i tak potem musieli po mnie poprawiać, na przykład dociąć trawę, którą źle skosiłem. Prawda była taka, że pomoc stanowiła pretekst, a ja chciałem tylko nabrać trochę zdrowego kolorytu, jednak moja karnacja nie poprawiła się nawet od morderczej pracy.

W gimnazjum pomyślałem, że nabiorę upragnionych rumieńców za pomocą sportu. W ciepłe miesiące zawsze pływałem w morzu w drodze ze szkoły do domu. Lubiłem pływać żabką, wyrzucając nogi szeroko na boki. Głowę miałem cały czas nad wodą, dlatego mogłem obserwować wszystko wokół: gęstą siatkę naprzemiennie opadających i podnoszących się fal, zielone liście na brzegu, chmury sunące po niebie. Pływałem, wyciągając szyję niczym żółw, wysoko nad powierzchnię – tak blisko słońca, jak to możliwe, żeby szybciej się opalić.

Za domem, w którym mieszkałem, leżał duży cmentarz. Wymierzyłem sobie tam tor na dokładnie sto metrów i gorliwie biegałem w pojedynkę. Gdy się zmęczyłem, spacerowałem pod wysokimi topolami otaczającymi teren, czytając napisy na tabliczkach nagrobnych. Do dziś pamiętam niektóre z nich: „Światło księżyca przenika głęboko[13]” czy „Trzy światy – jeden umysł”. Pewnego dnia odkryłem ciemny od wilgoci, gęsto obrośnięty porostnicą grób człowieka o pośmiertnym mianie Jakushō Seiryō[14], na widok którego szybciej zabiło mi serce. Leżał przed nim świeżo przyniesiony papierowy kwiat lotosu; wziąłem jeden z białych liści, nabrałem na palec mokrej ziemi i namazałem – delikatnie, jakby zrobił to duch – słowa nawiązujące do wiersza pewnego francuskiego poety: Pod ziemią bawię się teraz z czerwiami. Następnego popołudnia, zanim zacząłem ćwiczenia na cmentarzu, poszedłem najpierw na tamten grób, lecz poranny deszcz zmył wiadomość od zjawy, zanim zdążyła sprawić przykrość komuś z rodziny zmarłego, poszarpał też miejscami papierowe liście.

Oddawałem się takim wygłupom, nabrałem wielkiej wprawy w bieganiu, a mięśnie na nogach urosły mi duże i okrągłe, moja karnacja pozostawała jednak bez zmian. Pod ciemnawą powierzchnią skóry wciąż zalegał obrzydliwy, siny odcień.

Fascynowała mnie moja twarz. Gdy zmęczyłem się czytaniem, wyciągałem lusterko i bez końca się w nim przeglądałem, wykrzywiając usta w uśmiechu, ściągając brwi albo w zamyśleniu opierając brodę na dłoni. Opanowałem do perfekcji wyraz twarzy, który mógł rozśmieszyć każdego: mrużyłem oczy, marszczyłem nos, a usta wydymałem lekko – wyglądałem słodko jak mały niedźwiadek. Robiłem taką minę zawsze, kiedy byłem niezadowolony albo zdezorientowany. Pokazywałem ją też, gdy odwiedzałem najbliższą mi wiekiem starszą siostrę, która leżała wtedy w szpitalu prefekturalnym w mieście; tarzała się ze śmiechu, ściskając rękami brzuch. Było jej bardzo samotnie, bo miała przy sobie tylko służącą, którą przysłano razem z nią z domu rodzinnego, więc cieszyła się już na sam dźwięk moich ciężkich kroków, kiedy szedłem długim szpitalnym korytarzem. Zawsze chodziłem głośniej niż przeciętny człowiek. Gdy nie odwiedzałem jej choćby przez tydzień, posyłała po mnie tę służącą, która mówiła z całkowitą powagą, że bez moich wizyt siostra dostaje dziwnie wysokiej gorączki i jej stan się pogarsza.

Miałem już wtedy piętnaście czy szesnaście lat, żyły prześwitywały mi niebieskawo spod skóry na dłoniach, cały czułem się dziwnie ciężki. Skrycie kochałem się w małym, ciemnym chłopaku z mojej klasy, on we mnie też. Zawsze wracaliśmy ze szkoły razem, idąc ramię w ramię. Rumieniliśmy się nawet, gdy nasze małe palce przypadkiem się o siebie ocierały. Pewnego razu, kiedy szliśmy drogą za szkołą, zauważył traszkę unoszącą się na powierzchni zielonego od pietruszki i gwiazdnicy kanału między polami ryżowymi. Wyłowił ją i podarował mi bez słowa. Nie znosiłem traszek, ale udałem, że się cieszę i zawinąłem ją w chusteczkę. Po powrocie do domu wypuściłem płaza do oczka wodnego na dziedzińcu. Pływała w kółko, wyciągając na boki krótką szyję. Następnego ranka już jej nie było, musiała uciec.

Bardzo ceniłem swoją dumę, dlatego nawet nie przyszło mi do głowy, by wyjawić swoje uczucia. Do chłopaka i tak rzadko się odzywałem, a kiedy mijałem na ulicy chudą uczennicę szkoły dla dziewcząt z domu obok – na którą też zacząłem wtedy zwracać uwagę – odwracałem głowę w drugą stronę, zupełnie jakbym robił sobie z niej żarty. Jednej nocy jesienią w okolicy wybuchł pożar. Wyszedłem przed dom, żeby zobaczyć, co się dzieje; zabudowania za świątynią płonęły, ciskając w górę iskry. Czarny jak smoła cedrowy zagajnik stał niczym mur, ptaki latały nad nim gorączkowo, podobne do targanych wiatrem liści. Doskonale wiedziałem, że tamta dziewczyna stoi przy bramie w stroju do spania – dlatego oglądałem pożar, zwrócony do niej bokiem, byłem bowiem przekonany, że mój profil wypadnie wspaniale w czerwonym blasku ognia. Tak to z mojej strony wyglądało, więc ani z chłopakiem z mojej klasy, ani z tą uczennicą nie połączyły mnie bliższe stosunki. Natomiast w pojedynkę byłem o wiele śmielszy. Uśmiechałem się do swojego odbicia w lustrze, posyłając sobie oczko, albo przywierałem ustami do warg, które wykroiłem nożykiem w blacie biurka. Spróbowałem pomalować je czerwonym tuszem, ale zaraz dziwnie pociemniały i zaczęły wyglądać odpychająco, dlatego zdrapałem kolorową warstwę.

Pewnego ranka w trzeciej klasie, zatrzymałem się na moście po drodze do szkoły, oparłem o okrągłą, cynobrową belkę, i pogrążyłem się w myślach. Poniżej wolno płynęła rzeka szeroka jak tokijska Sumida. Aż do tamtej pory nigdy nie pozwalałem sobie na roztargnienie, przez które straciłbym kontakt ze światem. Zawsze miałem wrażenie, że gdzieś za mną ktoś jest i mnie obserwuje, zawsze przybierałem jakąś pozę. Do każdego, nawet najdrobniejszego gestu dodawałem w głowie didaskalia: „zdezorientowany, patrzy na swoją dłoń”, „mówi, drapiąc się za uchem” – zachowania, przy których mogłoby stać „odruchowo” czy „nieświadomie” dla mnie nie istniały. Kiedy ocknąłem się z zamyślenia, serce aż zadrżało mi z samotności. W takich momentach zawsze myślałem o przeszłości i przyszłości. Szedłem, stukając butami o deski mostu, i przypominałem sobie różne wydarzenia. Znów pogrążyłem się w rozmyślaniach. Na koniec westchnąłem ciężko: „Czy na pewno zdołam zostać kimś wielkim?”. Mniej więcej wtedy zdenerwowanie zaczęło wypełniać mi serce. Nic nie dawało mi pełnej satysfakcji, wciąż szamotałem się na próżno. Nosiłem dziesięć, dwadzieścia masek naraz, dlatego nie potrafiłem określić, jak wielki smutek czuję pod każdą z osobna. Wtem nareszcie odnalazłem pewną nieszczęsną drogę ujścia dla moich uczuć: pisanie. Pomyślałem, że w tym fachu wielu jest podobnych mi ludzi, którzy tak jak ja przyglądają się temu niezrozumiałemu drżeniu. W głębi serca pragnąłem zostać pisarzem. Mój młodszy brat zaczął już wtedy gimnazjum, mieszkał ze mną w jednym pokoju. Poradziłem się go, po czym na początku lata zebrałem kilku przyjaciół i wspólnie założyliśmy nasze własne czasopismo. Skorzystaliśmy z dużej drukarni, która mieściła się po przekątnej od domu moich krewnych. Na okładkę zamówiłem piękną litografię. Potem rozdaliśmy wszystkim w klasie po egzemplarzu. Co miesiąc publikowałem tam swoje teksty. Na początku pisałem lekko filozoficzną powieść w odcinkach dotyczącą kwestii moralności. Moją specjalnością były też miniatury na jedną czy dwie linijki. Wydawaliśmy ten periodyk przez rok. Z jego powodu doprowadziłem do nieprzyjemnej sytuacji między mną a najstarszym bratem.

Przysłał mi długi list, najwyraźniej zmartwiony moją literacką manią. „Adepci chemii czy geometrii otrzymują klucze pozwalające na doskonałe zrozumienie tych dziedzin: równania reakcji i twierdzenia. W literaturze nic takiego nie istnieje; jestem przekonany, że uchwycenie istoty literatury wymaga osiągnięcia odpowiedniego wieku i życia w odpowiednich warunkach” – pisał mój brat niezwykle formalnym tonem. Ja podzielałem jego poglądy. Mało tego, wierzyłem, że spełniam wszystkie te warunki. Odpowiedziałem mu natychmiast. „Drogi bracie, zgadzam się ze wszystkim, co napisałeś. To szczęście mieć tak wspaniałego brata. Nie zaniedbuję jednak nauki na rzecz literatury, wręcz przeciwnie, z jej powodu uczę się jeszcze pilniej” – przekonywałem go, gdzieniegdzie wplatając nawet wyolbrzymione uczucia.

Naprawdę się uczyłem – co prawda ze względu na graniczące z przymusem przekonanie, że co by się nie działo, muszę być najlepszy ze wszystkich, ale i tak. Od trzeciego roku cały czas zajmowałem pierwszą lokatę w klasie. Trudno było tego dokonać, nie otrzymując przy okazji łatki kujona, ale ze mnie nikt się tak nie wyśmiewał, ba, sztukę zjednywania sobie kolegów opanowałem do perfekcji. Nawet kapitan szkolnej reprezentacji judo, zwany Ośmiornicą, był mi posłuszny. Czasem wskazywałem na dużą wazę stojącą w rogu, do której wrzucało się papiery, i mówiłem do niego: „Ośmiornica, a zmieścisz się tam?”. Wtedy on wsadzał głowę do środka i śmiał się, a jego śmiech rezonował wewnątrz naczynia, tworząc przedziwny dźwięk. Klasowe przystojniaki też zazwyczaj do mnie lgnęły. Mógłbym przyjść do szkoły z pryszczami poobklejanymi trójkącikami, sześciokątami i kwiatkami wyciętymi z plastrów, a i tak nikt by się nie śmiał.

Pryszcze były źródłem moich nieustannych cierpień. W tamtym czasie robiło się ich coraz więcej; każdego ranka po przebudzeniu przesuwałem palcami po twarzy, żeby sprawdzić, czy przybyło nowych. Próbowałem różnych lekarstw, ale żadne nie działało. Kiedy szedłem do apteki, pytałem o dany specyfik, czytając jego nazwę ze skrawka papieru, jakby ktoś inny mnie po niego wysłał – nie potrafiłem inaczej. Uważałem pryszcze za oznakę mojej niezaspokojonej żądzy, dlatego na samą myśl o nich robiło mi się ciemno przed oczami ze wstydu. Czasem stwierdzałem nawet, że wolałbym już umrzeć. Wśród rodziny opinie na temat mojego wyglądu sięgnęły dna. Najstarsza siostra, która żyła już w domu swojego męża, ponoć powiedziała nawet, że nigdy nie znajdę sobie żony. Tym sumienniej smarowałem się maściami.

Młodszy brat też się martwił stanem mojej twarzy i często chodził do apteki za mnie. Od dziecka za sobą nie przepadaliśmy – do tego stopnia, że kiedy zdawał do gimnazjum, życzyłem mu porażki, ale gdy obaj zamieszkaliśmy z dala od domu, zacząłem dostrzegać coraz więcej dobrych stron jego charakteru. Z wiekiem robił się małomówny i skryty. Czasem zamieszczał jakieś drobiazgi w naszym czasopiśmie, ale jego tekstom brakowało energii, śmiałości. Bez przerwy zamartwiał się, że nie idzie mu w szkole tak dobrze jak mnie. Próbowałem go pocieszać, ale wtedy wpadał w jeszcze gorszy humor. Do tego rozpaczał, że linia włosów nad czołem układa mu się w trójkątny kształt góry Fuji, jak u kobiety. „Mam małe czoło, dlatego jestem taki głupi” – święcie w to wierzył. Jemu jednemu niczego nie odmawiałem. W tamtym okresie podchodziłem do ludzi tylko na dwa sposoby: albo ukrywałem przed nimi wszystko, albo nic. Z bratem nie mieliśmy przed sobą żadnych sekretów.

Pewnego bezksiężycowego wieczora na początku jesieni poszliśmy na molo, gdzie przyjemny wiatr znad morza łopotał naszymi ubraniami, i rozmawialiśmy o czerwonej nici. Nauczyciel japońskiego opowiedział o niej kiedyś na lekcji: każdy z nas ma zawiązaną u małego palca prawej stopy niewidzialną czerwoną nitkę, która ciągnie się bardzo długa, a jej drugi koniec jest przywiązany do palca dziewczyny, która jest nam przeznaczona na żonę. Nić nie przerwie się, nieważne, jak wielka dzieli nas odległość; nie zapląta się, nawet jeśli przejdziemy obok siebie na ulicy. Bardzo się przejąłem, kiedy po raz pierwszy usłyszałem tę historię – opowiedziałem o wszystkim bratu, jak tylko wróciłem do domu. Właśnie o tym rozmawialiśmy tamtego wieczoru, wsłuchując się w szum fal i pisk mew. „Jak myślisz, co teraz robi twoja żona?” – zapytałem. On chwycił poręcz obiema rękami i potrząsnął nią parę razy. „Spaceruje po ogrodzie” – odpowiedział zmieszany. Dziewczyna w wysokich sandałach, oglądająca kwiaty wiesiołka z wachlarzem w ręku, bardzo do niego pasowała. Nadeszła moja kolej, ale ja wydusiłem tylko, że moja ma na sobie czerwony pas, i zamilkłem ze wzrokiem wbitym w czarną powierzchnię morza. Prom płynący z cieśniny wynurzył się zza horyzontu, kołysany przez fale, jak wielki zajazd z mnóstwem oświetlonych na żółto kajut.

Tylko o jednym nie powiedziałem bratu. Kiedy latem tego samego roku pojechałem do domu na wakacje, pracowała tam nowa służąca, drobna dziewczyna w yukacie z czerwonym pasem. Była bardzo szorstka, gdy pomagała mi zdjąć ubranie. Nazywała się Miyo.

Miałem w zwyczaju palić po kryjomu papierosa przed snem, obmyślając na przykład pierwsze zdanie nowego opowiadania. Nie wiem kiedy, ale Miyo musiała odkryć mój sekret, bo pewnego wieczora po rozścieleniu mi futonu położyła popielniczkę koło poduszki. Kiedy przyszła sprzątać następnego ranka, napomniałem ją, że palę w tajemnicy, więc nie wolno jej przynosić takich rzeczy. „Oczywiście” – odparła, ale chodziła potem nadąsana. Podczas tych samych wakacji do naszego miasteczka przyjechała trupa wystawiająca naniwabushi[15]. Wszyscy nasi służący mogli pójść posłuchać, mnie i bratu też kazano wybrać się razem z nimi, ale my uważaliśmy takie wiejskie rozrywki za jedną wielką głupotę – zamiast tego ruszyliśmy na pola, żeby łapać świetliki. Dotarliśmy aż pod las leżący w sąsiedniej wiosce, ale wieczorna rosa była zbyt obfita; wróciliśmy, złapawszy do koszyka zaledwie dwadzieścia. Niebawem służba przyszła ze spektaklu. Miyo rozścieliła nam posłania i zawiesiła moskitierę, my zgasiliśmy światło, po czym wypuściliśmy świetliki pod siatkę. Latały z gracją, a Miyo patrzyła na nie przez długą chwilę, stojąc z boku. Leżałem obok brata, lecz niebieskie światełka unoszących się w powietrzu owadów nie przyciągały mojej uwagi tak mocno jak jej niewyraźnie biaława sylwetka. „Czy naniwabushi okazało się ciekawe?” – zapytałem trochę sztywno. Wcześniej nigdy nie rozmawiałem ze służącymi o niczym poza ich obowiązkami. „Nie” – odparła spokojnie. Wybuchnąłem śmiechem. Brat w milczeniu machał wachlarzem, żeby uwolnić jednego świetlika, który przeczepił się do skraju moskitiery. Z jakiegoś powodu czułem się dziwnie.

Od tamtej pory nie mogłem przestać o niej myśleć. Kiedy przypominałem sobie opowieść o czerwonej nici, przed oczami stawała mi Miyo.

Rozdział III

W czwartej klasie niemal codziennie przychodziło do mnie dwóch kolegów. Podawałem wino i suszone kalmary, po czym zadziwiałem ich, wmawiając najróżniejsze niedorzeczności. Opowiadałem na przykład, że właśnie ukazała się książka na temat rozpalania węgla albo wyciągałem Potworną maszynę, powieść pewnego nowego pisarza, którą wcześniej wysmarowałem olejem silnikowym – „Tak ją sprzedają, ciekawe wydanie, prawda?”; innym razem wyciąłem kilka fragmentów z japońskiej wersji Belle amie, dzięki pomocy znajomego drukarza w tajemnicy wstawiłem tam gorszące akapity, które sam napisałem, a przy kolegach chwaliłem się, jaka to niezwykła książka.

Wspomnienia o Miyo bladły. Miałem też dziwne poczucie winy na myśl o tym, że uczucie mogłoby łączyć dwoje ludzi z tego samego domu, a zresztą i tak zawsze źle się wyrażałem o kobietach, bo taką przyjąłem pozę. Momentami wręcz ogarniała mnie złość, że choć odrobinę straciłem dla niej głowę. Nie powiedziałem o Miyo tym dwóm przyjaciołom, młodszemu bratu oczywiście też nie.

Potem przeczytałem jednak powieść pewnego sławnego rosyjskiego pisarza i zmieniłem zdanie. Historia opowiadała o losach pewnej więźniarki – jej upadek rozpoczął się od uwiedzenia przez siostrzeńca męża, studenta z arystokratycznej rodziny. Szybko zapomniałem, jaki był najważniejszy sens całego dzieła, a moją zakładkę z zasuszonego liścia włożyłem między strony, gdzie pod kwitnącymi lilakami dochodzi do pierwszego pocałunku bohaterów. Nie potrafiłem czytać wybitnych powieści w oderwaniu od samego siebie; nie mogłem powstrzymać wrażenia, że tych dwoje przypomina mnie i Miyo. Z odrobinę większą zuchwałością wobec wszystkich i wszystkiego, stałbym się dokładnie jak tamten student arystokrata – kiedy tak myślałem, nawet własne tchórzostwo wydawało mi się czymś ulotnym. Drobiazgowość i skostniałe myślenie uczyniło całe moje dotychczasowe życie boleśnie płaskim i nudnym. Pragnąłem sam zostać wspaniałym męczennikiem życia.

Najpierw zwierzyłem się bratu. Wyznałem mu prawdę, kiedy wieczorem położyliśmy się spać. Chciałem zachować powagę, ale persona, którą z taką uwagą sobie stworzyłem, teraz stanęła mi na drodze i wypadłem nonszalancko. Drapałem się po szyi, pocierałem o siebie dłońmi, mówiłem bez cienia elegancji. Poczułem wtedy, że smutny to nawyk, którym przymuszam sam siebie. Brat leżał bez ruchu i słuchał, co chwila oblizując wąską dolną wargę, aż wreszcie zapytał, jakby trudno było mu wymówić te słowa: „Weźmiesz z nią ślub?”. Przestraszyłem się, sam nie wiem dlaczego. „Kwestia tego, czy to w ogóle możliwe” – odparłem, celowo brzmiąc na załamanego. On dał mi do zrozumienia, w zawoalowany sposób i zaskakująco dojrzałym tonem, że raczej nie. Wtedy wreszcie zrozumiałem, jaka reakcja była naprawdę moja: czułem się urażony i wściekły. Usiadłem na posłaniu i oświadczyłem z mocą, ściszając głos: „Dlatego będę walczył. Będę walczył!”. Brat wiercił się pod kołdrą z wzorzystego perkalu, jakby chciał coś powiedzieć, wreszcie zerknął na mnie ukradkiem i uśmiechnął się lekko. Wybuchnąłem śmiechem. „Będziemy musieli się pożegnać” – wyciągnąłem do niego rękę, on też nieśmiało wystawił prawą dłoń z pościeli. Potrząsnąłem kilka razy jego bezwładnymi palcami, śmiejąc się cicho.

Całe szczęście natomiast, że nie musiałem przeżywać takich katuszy, kiedy przekonywałem do mojej decyzji przyjaciół. Słuchali, udając, że łamią sobie głowy, ale wiedziałem, że tylko po to, by ich zgoda wywarła lepszy efekt. Miałem rację.

Na wakacje w czwartej klasie przyjechałem do domu razem z nimi. Zaciągnąłem ich tam niemal siłą, oficjalnie po to, byśmy we trzech zaczęli naukę do egzaminów wstępnych do liceum, ale ja miałem jeszcze jeden, sekretny powód: chciałem im pokazać Miyo. Modliłem się, żeby przypadli do gustu mojej rodzinie. Wszyscy znajomi starszych braci wywodzili się z poważanych w całej okolicy rodzin; nie chodzili, jak moi, w mundurkach z trzema brakującymi guzikami.

W tamtym okresie przy pustym budynku na tyłach dobudowano duży kurnik – my uczyliśmy się, choć tylko przedpołudniami, w stróżówce obok. Od zewnątrz była pomalowana białą i zieloną farbą, w środku mieścił się pokój na dwa tsubo[16] z podłogą z desek i nowymi, lakierowanymi krzesłami oraz takim samym stołem. Od wschodu i północy były szerokie drzwi, a od południa nawet okno w zachodnim stylu, ze skrzydłami mocowanymi na zawiasach. Kiedy otwieraliśmy wszystkie na oścież, wiatr wpadał do wnętrza, przewracając z szelestem strony naszych książek. Ogród wokół zarastał chwastami jak dawniej – kilkadziesiąt żółtych kurczaczków bawiło się między nimi, to pokazując się, to znikając w trawie.

Zawsze