Gold - Raven Kennedy - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Gold ebook i audiobook

Kennedy Raven

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

38 osób interesuje się tą książką

Opis

Każdy koniec jest jednocześnie początkiem.

Myślałam, że umrę – i tak by się stało, gdyby nie Slade. Tylko on potrafił otworzyć szczelinę między światami i mnie uratować. A ja musiałam przez nią przejść. Tylko dlatego żyję.

Czasem ucieczka z jednego niebezpiecznego miejsca prowadzi prosto w drugie.

Annwyn.

Królestwo fae.

Magia. Piękno. I śmiertelne niebezpieczeństwo zagrożenia.

Ale ja też stanowię część tej ciemności.

Nie jestem już tą dziewczyną z pozłacanej klatki. Nic nie powstrzyma mnie przed powrotem do Slade’a.

Muszę tylko stawić czoła wyzwaniom. Odkryć tajemnice. Płonąć na tyle jasno, by znaleźć drogę. Zanim pochłonie mnie mrok.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 688

Data ważności licencji: 11/6/2028

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 18 godz. 15 min

Lektor: Jakub Kamieński

Data ważności licencji: 11/6/2028

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: Gold

Projekt okładki: A.T. Cover Designs

Opracowanie graficzne: Imagine Ink Designs

Ilustracje: Bex Creations, Carmen Di Mauro, Ashley Nobes

Redakcja: Maria Śleszyńska

Redaktor inicjujący: Katarzyna Lipnicka-Kołtuniak

Redaktor prowadzący: Grażyna Muszyńska

Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Aleksandra Zok-Smoła (Lingventa)

Mapa na wyklejce: Fictive Designs

Ostrzeżenie: książka zawiera śmiałe i mroczne fragmenty, mogące wywoływać silne emocje. W powieściach obecne są sceny erotyczne, wulgarny język, opisy przemocy, m.in. seksualnej, i manipulacji emocjonalnej. Treści te są nieodpowiednie dla czytelników, którzy nie ukończyli osiemnastego roku życia.

Powieść, którą macie w ręku, stanowi część sagi.

Jest przeznaczona dla czytelników 18+

© 2023 by Raven Kennedy

All Rights Reserved.

This book is a work of fiction. Any resemblance to actual persons, living or dead, business establishments, events or locales, is entirely coincidental. This work, or any portion thereof, may not be reproduced in any form or by any electronic or mechanical means, including information storage and retrieval systems, or used in any manner whatsoever, without the express written permission of the author, except for the use of brief quotations in a book review.

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2026

© for the Polish translation by Stanisław Bończyk

978-83-287-3565-1

Wydawnictwo Akurat

Wydanie I

Warszawa 2026

–fragment–

Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).

Wydawnictwo Akurat

imprint MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz

Kiedy poczujesz, że pochłania cię mrok,

obyś sam sobie stał się światłem.

ROZDZIAŁ 1

AUREN

Mój upadek jest głośny.

Zanurzona w hałasie, opadam w pustkę.

Samotnemu spadaniu towarzyszy ogłuszający turkot.

Otacza mnie przedziwna ciemność, ale nie zamykam oczu. Wewnątrz mnie, niczym nawałnica, wyje ból. Przeszywa moją pierś, hucząc jak piorun, a po policzkach spływają łzy, wtórując temu hukowi.

Świat został rozerwany, a mnie oderwano od Ripa.

Co za koszmar. To poczucie rozdarcia jest nie do zniesienia. Czuję się, jakby ktoś zacisnął palce na moich żebrach i rozwarł moją pierś na oścież.

Jakby uleciało ze mnie wszystko, co miałam w środku.

Gęste, pędzące powietrze smaga moją skórę. Zatyka mi nos i skrapla się na języku. Nie słyszę nic poza ogłuszającym łoskotem. Pośród ziejącej ciemności raz po raz błyskają pioruny i gwiazdy. Ponad nimi, wysoko w oddali, dostrzegam szczelinę. Poszarpane niebo i zdradzieckie oreańskie powietrze przypominają ciętą ranę na ciele mroku.

Ciekłe złoto sączy się w czeluść. Gęste jak syrop krople spadają w nicość. Szczelina oddala się coraz bardziej – moje ciało, gnane niepowstrzymaną siłą, spada coraz głębiej w nieznane.

Jestem sama. Sama pośród ciemności i bezkresnej pustki. Oderwana od Slade’a.

Spadam i spadam, coraz dalej od szczeliny. Coraz dalej od niego. I jakby to było nie dość przerażające, nagle tracę kontakt ze wszystkimi zmysłami. W jednej chwili mój wzrok, słuch, dotyk, smak i węch znikają bez śladu. Milknie też krzyk, który jeszcze przed chwilą rozdzierał mi gardło. A jeśli rozlega się nadal – nie potrafię go poczuć. Mój słuch nie rejestruje już żadnego dźwięku.

Pozbawiona zmysłów, niezdolna doświadczyć czegokolwiek, czuję, jak wzbierają we mnie rozpacz i strach. Czas rozciąga się i rwie na strzępy. Nie wiem, co się ze mną stanie w tej pustce. Nie wiem, czy właśnie tak się czujemy, umierając.

Jestem pewna tylko jednego.

Właśnie

tak się

czujemy,

ROZDZIAŁ 2

SAIRA TURLEY

Na początku był most.

Most donikąd, mówili.

Most ku nieistnieniu – po którego przejściu ludzie nigdy nie wracali.

Ścierały się na nim chłód i barwy, a górą był ten pierwszy.

Pewnego dnia… weszłam na most.

Szłam przed siebie, a on jakby nie miał końca. Brnęłam przez jałową szarość, ocierając się o czas, który zdawał się zanikać. Moje chude ręce pokryła gęsia skórka.

Byłam wciąż dzieckiem, a jednak poszłam tam. Zrobiłam to, bo wcześniej do przejścia mostu zmuszono mojego ojca.

Nie wrócił.

Zza mostu nikt nigdy nie wracał.

Dlatego ruszyłam w ciszy na drugą stronę, pełna determinacji, by go odnaleźć. Powtarzałam sobie, że go nie zawiodę. Nie mogłam zawrócić.

Gdy dziś ludzie słuchają mojej historii, sądzą, że przeszłam na drugą stronę, bo jestem odważna. Prawda jest jednak inna – po prostu bałam się spaść.

Więc szłam. Miesiącami i latami. Poprzez wspomnienia i chwile.

Wkrótce dotarło do mnie, że to nie była zwyczajna ścieżka. Znalazłam się pośród wszechogarniającej, beznadziejnej pustki, która zatruwała mnie myślą, że nie dotrę do celu – tak samo jak nigdy nie uwolnię się od bólu rozrywającego moją duszę. Dwie złowieszcze idee szły ze sobą pod rękę, aż w końcu zlały się w jedną. Przeprawa przez most stała się moją drogą przez rozpacz. Moja matka nie żyła, a ojciec przepadł bez śladu. Byłam więc zupełnie sama, jeszcze zanim wyruszyłam w drogę.

Byłam spragniona, głodna i potwornie zmęczona. Zimne powietrze wokół mnie poruszało się w przedziwny sposób, sprawiając, że z mglistej nicości nagle dobiegały dźwięki i słowa. Słyszałam głos ojca, który zagrzewał mnie do dalszej wędrówki, i zapłakaną matkę, błagającą, bym zawróciła. Bezbarwna ziemia pod moimi stopami ciągnęła się jednak dalej i dalej, dając stabilne oparcie. Pozwoliłam jej prowadzić się przez wieczność i powłócząc nogami, brnęłam przed siebie.

I tak nie miałam dokąd wracać. Prąc naprzód, niczego nie traciłam, za to droga w dół wydawała się upadkiem w przepaść bez dna.

Szłam więc dalej.

Póki z wycieńczenia nie zaczęłam się zastanawiać, czy nie czas położyć się i czekać na śmierć – samotne ciało i zapomniana dusza, z których na ścieżce przez nicość uleciało życie.

Lecz wtedy… most się urwał.

O ironio. Brnęłam przed siebie, bo bałam się zboczyć ze ścieżki i runąć w dół. Tymczasem okazało się, że przeprawa bez końca miała jednak koniec. Nierówna ścieżka prowadziła mnie krok za krokiem, aż nagle… zniknęła.

Po całym tym wysiłku i tak czekał mnie upadek.

Upadek osobliwy – jakbym nie spadała w pustkę, lecz przez coś się przebijała.

Moje zdarte, odparzone stopy prześlizgnęły się przez cień ziemi, a z moich ust wyrwał się krzyk. Spadałam, spadałam i spadałam. Przez skały, piach, szlam i gruz. Kurz dławił mój oddech, a ręce nie mogły niczego uchwycić.

Myślałam, że nigdy już nie przestanę spadać.

I wtedy nagle – jak gorzki kęs – zostałam wypluta w ametystowe niebo i przebiłam się przez chmury.

Ziemia zdawała się nienamacalna, niebo zaś było jak ciecz. Czułam jego gęsty ciężar, a bawełniane chmury ciskały mną to w lewo, to w prawo. Ziemia w górze, niebo na dole. Miotało mną tak bardzo, że z mojego ubrania zostały strzępy. Podarta tkanina sukienki spadała kaskadą z pleców, przypominając postrzępione skrzydła. Daremnie wymachiwałam rękami, starając się jakoś wyhamować pęd.

Próbowałam szybować, ale wciąż tylko spadałam.

Aż nagle – przestałam.

Grawitacja była ledwie wyczuwalnym powiewem wiatru. Czułam się lżejsza niż źdźbło trawy. Palce moich stóp odbiły się delikatnie od podłoża, a tuż po nich pięty łagodnie dotknęły ziemi. Strzępy sukienki załopotały za plecami jak skrzydła po locie.

Gdy tylko wylądowałam, wokół mnie rozeszła się fala energii. Wystrzeliła spod stóp, by w mgnieniu oka tchnąć życie w całe morze połyskujących błękitnych kwiatów. Ziemia, po której stąpałam, wreszcie była zwarta i stabilna. W powietrzu unosił się kwiatowy aromat, a niebo nie wydawało się już zdradliwym prądem, próbującym mnie porwać.

Znalazłam się… tutaj.

Pokonałam most donikąd i dotarłam do nowego miejsca. Nie znałam tego świata – do tamtego dnia nie opuściłam nawet rodzinnego miasta w Siódmym Królestwie. Miałam jednak absolutną pewność, że nie jestem już w Orei.

I nie byłam tam sama! Zaraz dostrzegłam wokół siebie ludzi, którzy przypatrywali mi się wybałuszonymi oczami. Zerkali to na mnie, to na chmury, przez które się przebiłam. Już wtedy – choć nie potrafiłam tego nazwać – wyczuwałam w powietrzu magię. Nie wiedziałam, jak zareagują przechodnie ani co oznaczają ich spiczaste uszy.

Wkrótce jednak miałam się tego dowiedzieć.

Z biegiem lat magiczny świat, do którego trafiłam, stał się moim domem, ale wspomnienie morderczej przeprawy przez most zostało ze mną na zawsze. Fae z kolei nigdy nie zapomnieli, jak runęłam z nieba, przebijając się przez chmury. W ich krainie już zawsze nazywano mnie ptakiem o połamanych skrzydłach.

Tak, bałam się upadku. Jednak kto nie spada, nie może wylądować.

A jakże cudownie było to zrobić!

ROZDZIAŁ 3

AUREN

Łup.

To dobija się do mnie potrzaskana świadomość.

Jest jak konar uderzający o nadbrzeżną skałę. Jednostajny, pusty odgłos przypomina mi o tym, co martwe i spłukane przez czas. Niektóre strzępy świadomości są ostre i sprawiają ból. Inne zdążyły się stępić od rozmytych, utraconych wspomnień.

Łup.

Pierwsze, co z mozołem sobie uświadamiam, to smak. Otchłań, która pozbawiła mnie zmysłów, zdaje się powoli mi je przywracać.

Czuję na języku słodki, drewniany posmak trzciny cukrowej. Przypominam sobie widok obranych łodyg – pod naciętymi brzegami kryło się to, co najlepsze. Cofam się myślami do lat dzieciństwa. Wspominam, jak brałam kawałki łodyg do ust i wysysałam z nich słodycz.

Wspomnienie jest tak żywe, że czuję nawet ciepło promieni słonecznych ogrzewających trzcinowe kępy.

Jakbym znów była w Annwynie i mogła smakować go wszystkimi zmysłami.

Gdy na moim języku wybucha sacharynowa słodycz, aż cieknie mi ślinka.

Łup.

Nagle spowija mnie zapach. Wiem, że to woń kwiatu, ale nie potrafię przypomnieć sobie jego nazwy ani wyglądu. Kalejdoskop w mojej głowie zaraz przywołuje jednak kolejny skrawek wspomnień: stoję obok matki i wtulam nos w tkaninę jej płaszcza. Zapach jest intensywny, bogaty i aż uderza do głowy kwiatową świeżością, a ja mam ochotę zanurzyć się w nim i wdychać go przez całą wieczność.

Nie tylko dla niego samego, ale też po to, by czuć bliskość matki.

Ta woń i ja przylgnęłyśmy do niej w ten sam kojący sposób. Gdy ją wdycham, mój węch zaczyna znów działać. Czuję zaraz, jak lepkie powietrze czeluści wypiera zapach mojej matki. W jego miejsce pojawia się coś głębszego i burzliwszego. Coś, co zdaje się pochodzić z nietkniętej przez tysiąc lat pieczary, do której nie docierają ani światło, ani powiewy wiatru.

Łup.

Łup.

Niestrudzenie dobija się do mnie kolejne odczucie. Stuknięcia o moją skórę zwiastują, że zmysł dotyku zaraz się przebudzi. W rękach i nogach czuję iskrę życia. Do moich nerwów znów docierają bodźce.

Zaczęło się od tego, że poczułam czyjąś dłoń na swojej. Wspomnienie jej dotyku było tak rzeczywiste, że moje palce odruchowo się ugięły – nie minęło, nawet gdy powróciło wrażenie spadania, a żołądek znów podszedł mi do gardła. Ta zrogowaciała skóra, to ciepło… Choć nie widziałam jego twarzy i nie słyszałam jego głosu, od razu rozpoznałam swego ojca. Wiem, że to on wziął mnie za rękę. Mocny i pewny uścisk dał mi poczucie bezpieczeństwa.

Póki czułam jego dotyk, wiedziałam, że nie grożą mi strach ani ból.

Łup.

Łup.

To budzi się nagle mój słuch. Wpasowuje się w układankę moich myśli, jest jak klucz wsuwany do zamka.

– Auren! – Słyszę wołający mnie chłopięcy głos. – Aa… Auren! – Chłopczyk jest tak rozradowany i rozemocjonowany, że aż lekko się jąka. Moje imię wybrzmiewa, jakby głoski drżały na wybojach, a na końcu pękały jak bańka mydlana. Jego echo niesie w sobie radość dzieciństwa – czystą i niezmąconą.

Czuję w sercu bolesne ukłucie.

Gdy głos milknie, słyszę znów szelest wiatru. A po chwili huk grzmotu pośród pustki.

I wreszcie, niczym dar, wraca ostatni z moich zmysłów. Jakby ktoś zerwał z moich oczu papier pakowy i pozwolił mi wyjrzeć z ciemności. Ukazuje mi się wspomnienie annwyńskiego poranka – promienie słońca muskają czule otoczenie, jakby składały pocałunek na linii horyzontu.

Czuję się, jakbym nigdy nie zamknęła oczu, a nagle je otworzyła i spojrzała prosto w światło.

Odzyskując wzrok, mrugam powiekami i zerkam w górę, ku szczelinie. Jest wysoko nade mną i przypomina rozpłataną sztyletem czarną płachtę. Jest nieruchoma i znajduje się daleko poza moim zasięgiem. Wciąż jednak sączy się z niej przypominająca lśniącą kaskadę struga ciekłego złota. Jej blask rozświetla mrok nieba i spowija mnie świetlistymi oparami. Złota łuna sprawia, że moja skóra lśni, a ja na chwilę zapominam, że powinnam czuć strach – tak piękny jest ten świetlny spektakl pośród ciemności.

Nagle postrzępione krawędzie szczeliny się poruszają. Portal zaczyna się pomału zamykać.

Czuję ścisk w gardle.

Łup.

Łup.

To łomocze moje serce.

Bezradnie przyglądam się, jak czerń nade mną się zasklepia. Woskowe macki wyciągają się ku mnie i próbują mnie pochwycić. Gnam przez otchłań między światami, a włókniste szczęki mroku zatrzaskują się z potężną siłą.

Dopada mnie prawdziwy strach.

Choć wspomnienie dzieciństwa w Annwynie wciąż poi moje zmysły, zaczynam odczuwać przerażenie. A po chwili całkowicie mu ulegam. Wciąż spadam i być może utknę w tej bezpańskiej przestrzeni na zawsze, a jedynym, co mi pozostanie, będą strzępy wspomnień.

Może na to właśnie zasłużyłam.

Szczelina się zasklepia, a to znaczy, że Slade nie będzie mógł ruszyć za mną. Świadomość mojego położenia jest jak bolesny cios.

Portal się zamyka, a ja jestem wyzuta z mocy. Nie mam pojęcia, co robić. Jestem sama. I wciąż spadam.

Nie spadnij. Wzbij się w górę. – Głos Slade’a przebija się przez kalejdoskopowy wir moich myśli. Jak gorąca lutownica spaja porozrzucane odłamki i sprawia, że zaczynam dochodzić do siebie.

Choć nie mam pod sobą nic poza powietrzem, czuję się, jakbym znów mocno stanęła na ziemi.

Nie uda mi się do ciebie przedostać, Maleńka. Musisz przejść sama.

Patrzę, jak nade mną w mgnieniu oka zamykają się ostatnie fragmenty szczeliny. Postrzępione macki otchłani przypominają tusz rozlewający się po jedynym białym skrawku arkusza. Zamykają wylot drogi przez otchłań. Drogi stworzonej dla mnie.

Nie chciałam z niej korzystać. Nie chciałam znaleźć się tu sama.

Spójrz na mnie.

Mój wzrok natychmiast wędruje ku ostatniemu skrawkowi portalu. Jakby wciąż mogło dotrzeć do mnie przez niego spojrzenie Slade’a.

Jakbyśmy nie zostali jeszcze ostatecznie odgrodzeni.

Odszukam cię. W tym życiu!

Moje zmysły zalewa wspomnienie o Sladzie.

Przypominam sobie smak skóry na jego szyi. Zapach, który czułam, przyciskając policzek do jego piersi. Dotyk jego rąk, gdy brał mnie w objęcia. Ich pewny chwyt i poczucie bezpieczeństwa, które mi dawały. Bicie serca, które mi oddał, i dźwięk jego głosu, gdy nazywał mnie Złotą Rybką.

Pamiętam jego widok, gdy jak objawienie przybywał z nieba. Mój nieustraszony, porywczy wojownik, gotów zatruć rozkładem cały świat, byle tylko zapewnić mi bezpieczeństwo.

Przypominam sobie jego oczy – raz zielone, raz czarne – wpatrzone we mnie i mówiące tysiące rzeczy jednym spojrzeniem.

Odszukam cię, Złota Rybko, przyrzekam. Ale teraz płyń sama.

Płyń.

Nagle rozlega się huk, który niesie się echem jak odgłos zderzenia potężnych fal.

Przy jego wtórze znika ostatni skrawek szczeliny.

Droga jest zamknięta. Całkowicie i ostatecznie. Nie pozostała choćby szpara, którą moje złoto mogłoby dalej sączyć się na dół. Gdy patrzę w górę, sama już nie wiem, czy szczelina w ogóle tam była. Spowija mnie czerń otchłani. Jest jak nieznośnie ciężka peleryna.

Droga powrotna została odcięta. Orea – świat, którego się nauczyłam – przepadł. Pozostaje mi brnąć w nieznane.

Oczami umysłu widzę Annwyn, a w uszach słyszę głos Slade’a.

Pokrzepiający. Przypominający.

Nie spadnij.

górę.

w

się

Wzbij

Czy zdołam?

Na jeden oddech zamykam oczy. Dławię w sobie przerażenie. Odpycham od siebie słabość. W głowie raz po raz odtwarzam krzepiące, wypowiedziane ze spokojem słowa Slade’a. Gdy ponownie otworzę oczy, chcę być gotowa, by zmierzyć się z upadkiem.

Chcę obrócić swój strach w siłę.

Złoto, które zdążyło wlać się przez szczelinę, zaczyna gromadzić się wokół mnie. Jego lśniące smugi – jakby odpowiadały na niewypowiedziane wezwanie – otulają moje ciało. Nawet pustka dookoła zdaje się zmieniać wraz z moim nastrojem. Błyski skrzą się złocistymi iskrami, a gwiazdy pulsują złotą barwą w rytm uderzeń mojego serca.

Uśmiecham się pośród blasków w mroku. Wystarczyło, że okiełznałam strach, a wszystko wokół nagle staje się… właściwe.

Gdy ciemności przeszywa kolejna błyskawica, spoglądam w dół i dostrzegam gwiazdę jaśniejszą niż wszystkie inne. Czuję, jak coraz mocniej przyciąga mnie ku sobie. Mrużę oczy, oślepiona jej blaskiem, i już po chwili mam ją niemal na wyciągnięcie ręki.

Muskam palcem olśniewające światło – jego ciepło aż mnie parzy. Ten jeden dotyk wystarcza, by światłość zaczęła się przebijać na zewnątrz. Jakby wykluwała się, by zalać jasnością wszechobecny mrok.

Świetlista fala uwalnia się i porywa mnie w gwiezdny nurt.

A ja nie czuję strachu.

Już nie spadam – wzbijam się ku nieznanemu. Bez lęku, bez krzyku, bez oporu. Świadomie pozwalam się unosić.

Niesiona migoczącym nurtem, czuję się… jakbym się zakochiwała.

To wszystko jest tak rwące, jaskrawe, wciągające, rozpalone! Niesiona coraz dalej, czuję, jak przepełnia mnie otucha. Nurt przyprawia moje ciało o dreszcze, szeleści, omiata moją skórę. Opadam na plecy, jakbym unosiła się w toni oceanu słońca. Nie wiem, jak długo unoszę się i opadam wraz z nią, ale mam wrażenie, że dryfuję pośród magii całe wieki. Czuję, jak pulsuje i rozgrzewa mnie od środka.

Aż w końcu nurt wyrzuca mnie na ląd.

Każdy świetlisty okruch to teraz drobina ziemi. Żyznej gleby, która nagle zatyka mi usta i nos. Jakbym grzęzła w ruchomych piaskach – z tą różnicą, że zamiast się zapadać, wciąż się unoszę. Aż nagle zostaję wykatapultowana w nieokiełznane niebo.

Mrok znika. Gwiazdy również. I nawet po drobinach ziemi na mojej skórze nie zostaje ślad. Wokół mnie teraz miękkie, kremowe światło i jedwabiste kłęby obłoków. Wszystko to skąpane w słońcu świecącym inaczej niż w Orei.

Powietrze wydaje się jednocześnie inne i znajome. Biorę jeden oddech i czuję, jak drzemiąca we mnie dzika faeńska bestia unosi powieki. Część mnie syci się jej siłą i aż mruczy z radości. To dopiero znaczy odetchnąć pełną piersią. Moje oczy są szeroko otwarte, usta z determinacją zaciśnięte. Niesiona podniebnym nurtem rozpościeram ramiona, a bestia wewnątrz mnie rozpościera skrzydła. Czuję ją w sobie jak nigdy dotąd – harmonia między nami osiąga pełnię.

I wtedy, w chwili najgłębszej jedności, coś się uwalnia.

Pojawia się jak kwiat na nagiej łodydze. Jak pióra wyłaniające się spod skóry albo ząb wyrastający z dziąsła. Jak brzask rozlewający się nad horyzontem. Moje ciało przeszywa ból. Jest dojmujący, ale jednocześnie przynosi ulgę. To wir odrodzonych i odmienionych doznań – wreszcie wolnych od poczucia straty.

Zanurzam się w gąbczaste chmury jak ryba mknąca przez wodę. Aż nagle widzę pod sobą ziemię.

Ląd, który mnie przyzywa i zaprasza.

Chcę wtulić się w jego otwarte ramiona, lecz w tym momencie czuję, jak coś mnie otacza i spowija. Ból ustępuje miejsca ekstatycznemu uczuciu pokrzepienia, które zdaje się płynąć z najgłębszych zakamarków mojej duszy.

Tuż przed tym, jak dotykam stopami ziemi, czuję, że coś unosi się za mną w powietrzu. Jakbym naprawdę przestała spadać, a nauczyła się latać.

Coś otula i oplata moje ciało. Jak promienie słońca.

Jak opaski o sile stali.

Jak smugi ciepła.

Jak strugi światła.

Jak…

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji