Gideon z Dziewiątego - Tamsyn Muir - ebook + audiobook + książka

Gideon z Dziewiątego ebook

Tamsyn Muir

0,0
69,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Cesarz potrzebuje nekromantów.

Nekromantka z Dziewiątego potrzebuje wojowniczki.

Gideon ma miecz, kilka sprośnych gazetek i serdecznie dość starych gnatów oraz grobowcowego szamba.

Wychowana wśród nieżyczliwych, kostniejących mniszek, prastarych służących i armii szkieletów, Gideon pragnie porzucić marne życie w mogilnianej służbie i uniknąć pośmiertnego losu ożywionego szkieletu. Pakuje miecz, buty i sprośne magazyny, gotowa wdrożyć plan brawurowej ucieczki. Ale zmora jej dzieciństwa, jej nemesis, nie zamierza wypuścić Gideon bez wypełnienia ostatniej posługi.

Harrowhark Nonagesimus, Wielebna Córka z Dziewiątego Domu, wybitna wiedźma kościomancji, została wezwana przez Cesarza. Wraz z innymi sukcesorami wiernych Domów ma przejść śmiertelnie niebezpieczne wyzwania, testujące umiejętności i inteligencję. Jeśli Harrowhark wyjdzie z tej próby zwycięsko, zyska nieśmiertelność i zostanie wszechmocnym sługą Wskrzeszenia.

Jednak żaden nekromanta nie może dostąpić wyniesienia bez swego kawalera. Bez miecza Gideon Harrow jest skazana na porażkę, a Dziewiąty Dom czeka upadek.

Oczywiście pewnych trupów lepiej nie budzić z uśpienia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 551

Rok wydania: 2026

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: Gideon the Ninth

Gideon the Ninth Copyright © 2019 by Tamsyn Muir. All rights reserved

Autorskie prawa osobiste autora zostały zastrzeżone.

Copyright for the Polish edition © 2026 by Grupa Wydawnicza FILIA

Wszelkie prawa zastrzeżone

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

Wydanie I, Filia, Poznań 2026

Ilustracja na okładce: Tommy Arnold

Projekt okładki: Jamie Stafford-Hill

Redakcja: Dominika Repeczko

Korekta: Olga Smolec-Kmoch, Agnieszka Luberadzka

Skład i łamanie: Dariusz Nowacki

PR & marketing: Karolina Nowak

ISBN: 978-83-8402-996-1

Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

SERIA: HYPE

dla pT

OSOBY

według chronologii pojawiania się Domów

Dom Dziewiąty

Strażnicy Zapieczętowanego Grobowca, Dom Zaszytego Języka, Czarni Westalowie

Harrowhark Nonagesimus – SUKCESORKA DOMU DZIEWIĄTEGO, WIELEBNA CÓRKA MOGILNICY

Pelleamena Novenarius – JEJ MATKA, WIELEBNA MATKA MOGILNICY

Priamhark Noniusvianus – JEJ OJCIEC, WIELEBNY OJCIEC MOGILNICY

Ortus Nigenad – PIERWSZY KAWALER SUKCESORKI

Crux – MARSZAŁEK DOMU DZIEWIĄTEGO

Aiglamena – KAPITAN STRAŻY DOMU DZIEWIĄTEGO

Siostra Lakrimorta – MNISZKA ZAPIECZĘTOWANEGO GROBOWCA

Siostra Aisamorta – MNISZKA ZAPIECZĘTOWANEGO GROBOWCA

Siostra Glauryka – MNISZKA ZAPIECZĘTOWANEGO GROBOWCA

Wyznawcy, kultyści, osoby świeckie z Domu Dziewiątego

oraz

Gideon Nav – KONTRAKTOWA WYROBNICA DOMU DZIEWIĄTEGO

Dom Pierwszy

Boski Nekromanta, Król Dziewięciu Odrodzeń, Wskrzesiciel, Najwyższy Nekromanta

CESARZ

JEGO LIKTORZY

KAPŁANI DOMU KANAAN

Dom Drugi

Zbrojne Ramię Cesarza, Dom Szkarłatnej Tarczy, Dom Centuriona

Judyta Deuteros – SUKCESORKA DOMU DRUGIEGO, W RANDZE KAPITANA KOHORTY

Marta Dyas – PIERWSZA KAWALER SUKCESORKI W RANDZE PIERWSZEGO PORUCZNIKA KOHORTY

Dom Trzeci

Głos Cesarza, Kondukt, Dom Świetlistego Umarłego

Coronabeth Tridentarius – SUKCESORKA DOMU TRZECIEGO, KORONOWANA KSIĘŻNICZKA IDY

Ianthe Tridentarius – SUKCESORKA DOMU TRZECIEGO, KSIĘŻNICZKA IDY

Naberius Tern – PIERWSZY KAWALER SUKCESORKI, KSIĄŻĘ IDY

Dom Czwarty

Nadzieja Cesarza, Cesarski Miecz

Izaak Tettares – SUKCESOR DOMU CZWARTEGO, BARON TISISU

Jeannemary Chatur – PIERWSZA KAWALER SUKCESORA, RYCERZ TISISU

Dom Piąty

Serce Cesarza, Strażnicy Rzeki

Abigail Pent – SUKCESORKA DOMU PIĄTEGO, PIERWSZA DAMA KONIORTOSU

Magnus Quinn – PIERWSZY KAWALER SUKCESORKI, SENESZAL NA DWORZE KONIORTOSU

Dom Szósty

Mądrość Cesarza, Wielcy Strażnicy

Palamedes Sekstus – SUKCESOR DOMU SZÓSTEGO, WIELKI STRAŻNIK BIBLIOTEKI

Kamila Hect – PIERWSZA KAWALER SUKCESORA, PRZYBOCZNA STRAŻNIKA BIBLIOTEKI

Dom Siódmy

Radość Cesarza, Różany Pąk

Dulcynea Septimus – SUKCESORKA DOMU SIÓDMEGO, KSIĘŻNICZKA RODOS

Protesilaus Ebdoma – PIERWSZY KAWALER SUKCESORKI, RYCERZ RODOS

Dom Ósmy

Opiekunowie Księgi, Dom Przebaczenia

Silas Octakiseron – SUKCESOR DOMU ÓSMEGO, MISTRZ ŚWIĘTYCH RYCERZY/ZAKONNYCH BIAŁEGO SZKŁA

Colum Asht – PIERWSZY KAWALER SUKCESORA, ŚWIĘTY RYCERZ/ZAKONNIK BIAŁEGO SZKŁA

Drugi dla dyscypliny niczym niewzruszonej.

Trzeci dla śmiechu i radości nieznużonej.

Czwarty dla wierności śmiało w przyszłość spogląda.

Piąty dla tradycji spłaty wobec duchów żąda.

Szósty dla prawdy, choć to kłamstwo niesie ukojenie.

Siódmy dla piękna, jak ulotnego motyla wcielenie.

Ósmy dla zbawienia jedną, prostą drogą kroczy.

Dziewiąty dla Grobowca i tego, co śmierci całun mroczy.

W MILIONOWYM ROKU PANOWANIA CESARZA – dziesięciotysięcznym roku władzy Króla Nieumarłego, miłościwego Pana Śmierci – Gideon Nav wzuła buty, spakowała miecz, sprośne magazyny i uciekła ze swej celi w Domu Dziewiątym.

Nie, nie biegła. Nigdy nie biegała, jeśli nie musiała.

W mroku przedświtu beztrosko umyła zęby, ochlapała twarz, a nawet posunęła się do tego, żeby zamieść posadzkę w celi. Strzepnęła swą obszerną czarną szatę zakonną i zawiesiła ją na haku. Powtarzała te czynności od dekady, więc mogła wykonać je po omacku. Podczas równonocy światło i tak tu nie docierało, a porę roku dało się określić tylko po intensywności skrzypienia nawiewów grzewczych. Gideon odziała się od stóp do głów w syntetyczny polimerowy kombinezon. Przygładziła włosy. Pogwizdując przez zęby, otworzyła opaskę dozorującą, a potem ułożyła ją wraz ze skradzionym kluczem na poduszce niczym czekoladki w eleganckim hotelu.

Opuściwszy celę, zarzuciła sobie plecak na ramię i niespiesznie zeszła pięć kondygnacji do katakumb, do nieoznaczonej niszy grobowej swojej matki. Zrobiła to z czystego sentymentu, ponieważ matki nie było tam od wielu lat i już nigdy nie miała tam wrócić. Potem Gideon wspięła się dwadzieścia dwa piętra w smolistej czerni tylnych schodów, której nie rozpraszał najsłabszy blask, i skierowała się do szybu dokowego, gdzie za dwie godziny miał się pojawić jej prom.

Z tego miejsca roztaczał się rozległy widok na kieszeń nieba Dziewiątego. Tam, gdzie wpompowywano atmosferę, było mlecznobiałe, a tam, gdzie się rozpraszała, granatowe. W otworze długiego pionowego kanału mrugnął jasny koralik Dominikusa. Gideon obeszła po ciemku platformę lądowiska, wodząc dłońmi po zimnej, tłustawej skale jaskini. Kiedy skończyła, niespiesznie i dokładnie rozgarnęła nogą każdy najniewinniej wyglądający kopczyk i każdą stertkę pyłu czy kamieni, którymi usiana była płaszczyzna lądowiska. Poskrobała podniszczonym stalowym noskiem buta twardą warstwę pod spodem i uznawszy z satysfakcją, że nikt nie zdołałby jej rozkopać, zostawiła ją w spokoju.

Sprawdziła każdy centymetr ogromnej przestrzeni, a kiedy generator mruknął, budząc światła do wątłego życia, sprawdziła wszystko jeszcze dwukrotnie. Wspięła się nawet na siatkowe ramy reflektorów i oślepiona blaskiem, obmacała też obudowy, a niczego nie znalazłszy, poczuła ponure zadowolenie.

Usadowiła się na jednej z rozwalonych stert gruzu, w samym środku lądowiska. Słabe lampy dawały nikłe światło, które pogłębiało i zniekształcało cienie Dziewiątego, zmieniając je w sinozimne plamy mroku o zmiennych formach. W takim to otoczeniu Gideon uraczyła się owsianką z małego woreczka, specjałem, który smakował cudownie szaro i ohydnie.

Poranek zaczął się tak, jak każdy inny od początków istnienia Dziewiątego. Gideon jeszcze raz okrążyła rozległe lądowisko, mimochodem roztrącając nogą mijane kopce. Wyszła na galerię i spojrzała w dół głównej pieczary. Wypatrując oznak ruchu, przesuwała językiem po zębach, zlizując z nich resztki owsianki. Po jakimś czasie usłyszała odległy klekot szkieletów idących zbierać śnieżne pory na polach uprawnych. Ujrzała je oczyma wyobraźni – zbrukana biel kości w żółtawym półmroku, unoszące się i opadające kilofy, niezliczone roje drgających czerwonych punkcików ślepi.

Pierwszy Dzwon wybił swoje niemelodyjne, zrzędliwe wezwanie na modlitwę – brzmiał jak zwykle, jakby staczał się po schodach: bam-bang… bam-bang… bam-bang… – ten dźwięk budził Gideon każdego ranka, odkąd sięgała pamięcią. Zaczął się ruch. Spojrzała w dół, gdzie pod zimnobiałą bramą zamku Mogilnicy zaczęły zbierać się cienie. Osadzone w skale, majestatyczne, pokryte pyłem wrota były szerokie na trzy i wysokie na sześć ciał. Ustawione po obu stronach koksowniki nieprzerwanie kopciły gęstym, śmierdzącym dymem. Nad bramą umieszczono zdobienia w formie białych postaci w różnych pozach, setki tysięcy sylwetek, wyrzeźbionych z pomocą jakiegoś dziwnego triku, który sprawiał, że zdawały się śledzić wchodzących wzrokiem. Ilekroć jako dziecko Gideon musiała tamtędy przejść, wrzeszczała, jakby żywcem darto z niej pasy.

Ruch na dolnych poziomach wzmógł się, a światło pojaśniało. Dziewiąty wylegał z cel po porannej kontemplacji, aby udać się na modły, a zamkowa służba szykowała się do nadchodzącego dnia. W głębokich zakamarkach odprawiano wiele podniosłych i bezsensownych rytuałów. Gideon wyrzuciła pustą torebkę przez krawędź tarasu, usiadła z mieczem na kolanach i zabrała się do polerowania. Czterdzieści minut do odlotu.

Nagle niezmienna rutyna poranka została zburzona. Pierwszy Dzwon zabrzmiał ponownie: bam-bang… bam-bang… bam-bang… Gideon przekrzywiła głowę, czujnie nasłuchując. Jej dłonie znieruchomiały na klindze. Dzwon uderzył dwadzieścia razy, zanim zamilkł. O, sygnał na zbiórkę. Po chwili znów rozległ się klekot szkieletów, które posłusznie rzucały kilofy i motyki, żeby stawić się na wezwanie. Spływały w dół zygzakowatym nurtem, gęsto usianym rdzawoczarnymi utykającymi sylwetkami. Gideon wróciła do polerowania – to było pomysłowe, ale nie zamierzała dać się nabrać.

Nie podniosła głowy na dźwięk znajomych, ciężkich kroków, zgrzytu zardzewiałej zbroi i rzężącego oddechu.

– Całe pół godziny, odkąd ją zdjęłam, Crux – powiedziała, nie przerywając pracy. – Zupełnie jakbyś chciał, żebym uciekła. No nie, ty chyba naprawdę tego chcesz?

– Posunęłaś się do oszustwa, żeby ściągnąć tu wahadłowiec – wybulgotał marszałek Mogilnicy, słynący głównie z tego, że rozpadał się za życia intensywniej niż prawdziwe trupy. Stanął przed nią, kipiąc z oburzenia. – Sfałszowałaś dokumenty. Ukradłaś klucz. Zdjęłaś obręcz. Wyrządziłaś szkody temu Domowi, wykorzystałaś jego własność niezgodnie z przeznaczeniem, kradniesz zasoby.

– Daj spokój, Crux, na pewno się jakoś dogadamy – przymiliła się Gideon nieszczerze, obracając miecz i przyglądając mu się krytycznie w poszukiwaniu defektów. – Ty nienawidzisz mnie, ja nienawidzę ciebie. Pozwól mi odejść bez zamieszania, a będziesz mógł sobie spokojnie przejść na emeryturkę. Znajdziesz jakieś hobby. Zaczniesz pisać pamiętniki.

– Wyrządziłaś szkody temu Domowi, wykorzystałaś jego własność niezgodnie z przeznaczeniem, kradniesz zasoby. – Crux uwielbiał czasowniki.

– Powiedz, że mój prom wybuchł. Zginęłam, ach, co za tragedia! Daj mi spokój, Crux, błagam. Oddam ci gazetkę z cielistymi. „Przednie Cycusie Piątego”. – Zyskała tylko tyle, że marszałek oniemiał ze zgrozy. – Dobra, dobra, cofam to. Taka gazetka nie istnieje.

Crux sunął ku niej niczym lodowiec świadomie zmierzający do celu. Gideon zrobiła przewrót w tył, umykając przed starożytną pięścią, która wzbiła fontannę pyłu i żwiru. Błyskawicznie wsunęła miecz do pochwy i zamknęła ją w objęciach niczym dziecko. Cofała się poza zasięg butów Cruxa i jego wielkich, prastarych rąk. Może i był prawie trupem, ale twardym jak kość i posiadał, jak się zdawało, trzydzieści knykci w każdej pięści. Był stary, ale cholernie przerażający.

– Spokojnie, marszałku. Uważaj, bo jeszcze trochę i może ci się to nawet spodobać – pogroziła, choć to ona czołgała się w kurzu.

– Głośno szczekasz jak na niewolny zasób – powiedział marszałek. – Głośno pyszczysz jak na zastaw dłużny. Nienawidzę cię, ale należysz do dobytku, inwentarza, który jest pod moją pieczą. Ująłem w księgach twoje płuca jako płuca Dziewiątego, przeliczyłem krople żółci i zapisałem je jako należące do Dziewiątego. Twój mózg to mała, pokurczona gąbka, ale to gąbka Dziewiątego. Chodź tu, to ci popodbijam gały i stłukę do nieprzytomności.

Gideon nie przestawała się odczołgiwać, utrzymując dystans.

– Crux, groźba powinna brzmieć „Chodź tu albo…”.

– Chodź tu, to ci popodbijam gały i stłukę do nieprzytomności! – wyskrzeczał starzec, nie przestając się zbliżać. – A potem stawisz się na wezwanie pani.

Dopiero wtedy Gideon zaświerzbiły ręce. Popatrzyła w górę na nadciągające straszydło, a ono odwzajemniło spojrzenie swoim jedynym okiem, koszmarnym i pełnym nienawiści. Antyczna zbroja zdawała się gnić bezpośrednio na ciele Cruxa. Mimo że spurpurowiała skóra, naciągnięta na czaszce do granic możliwości, wyglądała, jakby zaraz miała popękać, to jej właściciel najwyraźniej w ogóle się tym nie przejmował. Gideon podejrzewała, że choć Crux nie ma w sobie nawet krzty nekromancji, po śmierci będzie trwał wiecznie, napędzany czystą złośliwością.

– Ty możesz popodbijać mi oczy i stłuc do nieprzytomności – powiedziała powoli – ale twoja pani może sobie iść do diabła.

Crux splunął na nią. Było to obrzydliwe, ale cóż, zdarzało się. Jego dłoń powędrowała ku długiemu nożowi, spoczywającemu w zapleśniałej pochwie na ramieniu. Wysunął go, pokazując kawałek ostrza, ale Gideon już stała, osłaniając się swoim orężem niczym tarczą, trzymając miecz za rękojeść i końcówkę futerału. Stali twarzą w twarz, ona w bezruchu, Crux dysząc starczo, głośno i chrapliwie.

– Nie popełnij tego błędu, Crux, nie wyciągaj go – ostrzegła.

– Nie jesteś nawet w połowie tak dobra, jak ci się wydaje, Gideon Nav – prychnął marszałek Mogilnicy. – A pewnego dnia oskóruję cię za arogancję. Pewnego dnia przerobię cię na papier, a siostry z Zapieczętowanego Grobowca będą zamiatały posadzki w ostecie twoją szczeciną. Pewnego dnia twoje harde gnaty będą szorowały każdy zakątek miejsca, które kalasz swą obecnością, i polerowały kamienie twoim własnym tłuszczem. A teraz, Nav, masz się stawić na wezwanie. Rozkazuję ci się tam udać.

– Sam się udawaj, zdechły parchaty psie. – Gideon straciła panowanie nad sobą. – Możesz jej powiedzieć, że już mnie tu nie ma.

Ku jej bezbrzeżnemu zdumieniu odwrócił się na pięcie i odmaszerował w głąb ciemnego, śliskiego poziomu. Po drodze klikał stawami i złorzeczył, ale Gideon powiedziała sobie stanowczo, że wygrała, jeszcze zanim tego ranka otworzyła oczy. Crux był więc tylko bezsilnym symbolem kontroli, który podjął ostatnią próbę przetestowania, czy jest na tyle głupia lub tchórzliwa, żeby wrócić posłusznie za zimne kraty swego więzienia. Do mrocznego, gnijącego serca Mogilnicy. I jeszcze mroczniejszego i bardziej gnijącego serca jego pani.

Sięgnęła do kieszeni po zegarek i sprawdziła godzinę: dwadzieścia minut do odlotu, kwadrans z kawałkiem i wszystko się zmieni. Będzie wolna od Domu. Nie będzie jej tu. I nic, i nikt nie mógł już tego zmienić.

* * *

Na piętnaście minut przed odlotem od strony wejścia odezwał się głos.

– Crux wyrzeka na ciebie do każdego, kto zechce go słuchać. Mówi, że groziłaś mu mieczem. I proponowałaś pornografię.

Gideon znów zaswędziały ręce. Usiadła na swoim koślawym tronie z kamieni i zaczęła kołysać zegarkiem między kolanami, wpatrując się w maleńką wskazówkę, która odliczała upływające minuty.

– Nie jestem idiotką, Aiglameno – powiedziała. – Grożenie obnażoną bronią wyższemu urzędnikowi Domu to kanał, po czymś takim w Kohorcie nie daliby mi nawet kibli szorować.

– A pornografia?

– Zaproponowałam mu tylko znakomite studium cycków, nie moja wina, że poczuł się urażony. I było warto, żeby zobaczyć jego minę. I takie rzeczy Kohorty nie obchodzą. Wspominałam już o Kohorcie? Słyszałaś o niej, o jej szeregach? Wiesz, to ta Kohorta, do której uciekałam stąd już trzydzieści trzy razy.

– Oszczędź sobie tego melodramatyzmu, mała – rzuciła fechmistrzyni. – Wiem, o czym marzysz.

Aiglamena wkuśtykała w plamę światła. Kapitan gwardii Domu miała całą masę blizn na głowie, za to brakowało jej nogi, którą niezbyt utalentowany adept kości zastąpił nową. Kończyna wykrzywiała się niemożebnie, przez co Aiglamena przywodziła na myśl budynek, którego fundamenty podparto naprędce byle czym. Gwardzistka była młodsza od Cruxa, czyli tylko bardzo stara, za to pełna żywotności, czystej energii, podczas gdy marszałek stanowił okaz typowego mieszkańca Dziewiątego, czyli przeżartego zgnilizną dziadygi.

– Trzydzieści trzy razy – powtórzyła Gideon z nutą znużenia. Sprawdziła zegarek: jeszcze czternaście minut. – Ostatnio zamknęła mnie w windzie. A poprzednio wyłączyła mi ogrzewanie, przez co odmroziłam sobie trzy palce u nóg. A jeszcze wcześniej zaprawiła mi żarcie trutką, po której przez miesiąc srałam krwią. Muszę się stąd wyrwać.

– Nie stała ci się trwała krzywda – stwierdziła mistrzyni nieporuszona. – Nie dostałaś zgody na odejście.

– Wolno mi się zaciągnąć do wojska, pani kapitan. Nie jestem niewolnikiem, tylko kontraktowcem. I nie ma tu ze mnie żadnego pożytku.

– To bez znaczenia. Wybrałaś sobie fatalny dzień na ucieczkę. – Aiglamena ruchem podbródka wskazała dno jaskini. – Dom ma ważny komunikat, czekają na ciebie na dole.

– To tylko kolejny przejaw jej smutku i rozpaczy – burknęła Gideon. – Ma obsesję na moim punkcie… Musi wszystko kontrolować. Nie może mi nic zrobić. Będę unikała kłopotów. Będę trzymała gębę na kłódkę. A nawet, i możesz to zapisać i potem mnie zacytować, dotrzymam zobowiązań wobec Dziewiątego Domu. Ale nie mydl mi oczu, Aiglameno, że jak zejdę na dół, to nie wsadzą mi wora na łeb i kolejnych pięciu tygodni nie spędzę w ostecie ze wstrząśnieniem mózgu.

– Ty egotyczny wypierdku, myślisz, że nasza pani kazała bić na zbiórkę z twojego powodu?

– Powiem ci coś. Twoja pani podpaliłaby sam Zapieczętowany Grobowiec, jeśli dzięki temu miałabym nie ujrzeć nigdy innego nieba – powiedziała Gideon, spoglądając w górę. – Z zimną krwią pożarłaby niemowlę, jeśli to oznaczałoby zamknięcie mnie tu na zawsze. Twoja pani wysmarowałaby się gównem praciotki, jeśli to zepsułoby mi dzień. Twoja pani to najwredniejsza su…

Policzek od Aiglameny nie niósł w sobie tego ładunku roztrzęsionej obrazy, z jaką mógłby wymierzyć cios Crux. Kapitan po prostu uderzyła Gideon, jakby karciła jazgoczące zwierzę. Głowa Gideon zapłonęła bólem.

– Zapominasz się, Gideon Nav – stwierdziła lakonicznie gwardzistka. – Nie jesteś niewolnikiem, ale masz służyć Dziewiątemu Domowi po dzień swojej śmierci i po niej. I nie pozwolę ci popełniać grzechu perfidii w mojejobecności. Wezwanie na zgromadzenie jest autentyczne. Stawisz się z własnej woli czy okryjesz mnie hańbą?

Swego czasu Gideon zrobiłaby wiele, żeby nie zhańbić Aiglameny. Hańbienie siebie przychodziło jej lekko, ale do starej żołnierki miała słabość. W Dziewiątym Domu nikt nigdy nie okazywał Gideon miłości, a choć Aiglamena z pewnością jej nie kochała i na samą sugestię, że tak jest, zaśmiałaby się na dawno już opóźnioną śmierć, jednak miała w sobie miejsce na pewną dozę tolerancji wobec swojej uczennicy, gotowość poluzowania smyczy, żeby przekonać się, do czego Gideon jest zdolna, jeśli zapewni się jej odrobinę swobody. Gideon kochała swobodę. To Aiglamena przekonała Dom, by dali Gideon miecz i nie marnowali jej talentu na służbę przy ołtarzu czy harówkę w ostecie. Ale Aiglamena nie była wiarołomna. Gideon spuściła wzrok i otarła usta. Kiedy spojrzała na rękę, zobaczyła na niej smugę własnej krwi i śliny oraz swój miecz. A miecz kochała nade wszystko, kochała go tak bardzo, że mogłaby go poślubić.

Ale przy okazji zahaczyła też wzrokiem o zegarek odmierzający minuty. Dwanaście. Nie zyskuje się wolności, mięknąc. Mimo swej zapleśniałej kruchości Dziewiąty był twardy jak stal.

– Chyba jednak okryję cię hańbą – przyznała Gideon spokojnie. – Czuję, że do tego się urodziłam. Jestem chodzącą siewczynią zniewagi.

Fechmistrzyni wbiła w nią spojrzenie podpuchniętych oczu, osadzonych w starzejącej się jastrzębiej twarzy, ale nawet ponurość tego spojrzenia nie zmusiła Gideon do odwrócenia wzroku. Byłoby łatwiej, gdyby Aiglamena wzorem Cruxa zareagowała stekiem przekleństw, ale preceptorka powiedziała tylko:

– Tak szybko się uczysz, a nadal tak niewiele rozumiesz. To chyba moja wina. Posłuchaj, Nav, im bardziej się miotasz, im silniej walczysz z Dziewiątym Domem, tym głębiej cię wciąga. Im głośniej będziesz na nich pomstowała, tym głośniejszy krzyk z ciebie wycisną.

Z tymi słowami, wyprostowana niczym struna, Aiglamena odeszła tym swoim pociesznym krokiem, a Gideon poczuła się, jakby oblała właśnie ważny test. Trudno, powiedziała sobie. Dwoje z głowy i droga wolna. Jedenaście minut, podpowiedział jej zegarek, jedenaście minut i będzie po wszystkim. Tylko to się liczyło. Tylko to liczyło się od chwili, gdy dawno temu zdała sobie sprawę, że jeśli nie poweźmie jakiegoś radykalnego kroku, umrze w tej ciemnicy.

A co najgorsze, byłby to dopiero początek koszmaru.

* * *

Nazwisko „Nav” nadał jej Dziewiąty. Gideon nie wiedziała, skąd pochodzi. Na tej maleńkiej, martwej planecie znajdowały się tylko twierdza Domu i małe więzienie, gdzie osadzano przestępców, których zbrodnie były zbyt ohydne, by ktokolwiek chciał przetrzymywać ich na swojej ziemi. Gideon nigdy nie widziała tego więzienia. Dom Dziewiąty był gigantyczną dziurą wydrążoną w planecie, szybem biegnącym w stronę jądra, a więzienie bańkowatą konstrukcją umieszczoną pośród warstw atmosfery, gdzie warunki do życia były prawdopodobnie dużo lepsze niż na dole.

Osiemnaście lat wcześniej matka Gideon wpadła do szybu, ubrana w podniszczony skafander, wlokąc za sobą spadochron hamujący, i zdryfowała powoli w dół niczym martwa ćma. Kilka minut wcześniej w skafandrze skończyło się zasilanie i kobieta wylądowała w stanie śmierci mózgowej. Całą moc baterii wyssał podłączony do skafandra biopojemnik, taki jak do transportu kończyn do przeszczepu. W kontenerze spoczywała jednodniowa Gideon.

Piekielnie tajemnicza sprawa. Gideon przez całe życie analizowała ze szczegółami wszystkie fakty. Zasilanie musiało się skończyć godzinę przed lądowaniem, a niemożliwe, żeby ktokolwiek przeżył skok znad planety, bo skafander eksplodowałby pod wpływem grawitacji. Więzienie, rejestrujące pilnie każdego osadzonego, zaprzeczało stanowczo, jakoby kobieta zbiegła od nich. Posłano po mniszki ze zgromadzenia Zapieczętowanego Grobowca, które znały sekret pętania dusz. Nawet jednak one – stare, wytrawne nekromantki mrocznego, potężnego Domu Dziewiątego – nie zdołały przywołać cienia zmarłej, by się czegoś dowiedzieć. Jej duszy nie skusiły ani świeża, ani stara krew. Była już za daleko, gdy wykończone mniszki ściągnęły ją siłą, zupełnie jakby śmierć stała się dla kobiety bodźcem, by natychmiast uciec w zaświaty. Z jej ust wydarł się tylko krzyk: Gideon! Gideon! Gideon! i odeszła bezpowrotnie.

Nawet jeśli Dom Dziewiąty, pełny mrocznych sekretów, niesamowity Dziewiąty, Dom Zaszytego Języka, Dom Anachorety, Dom Heretyckich Tajemnic, został zaskoczony nagłym pojawieniem się niemowlęcia i tak zareagował błyskawicznie. Dziewiąty z dawien dawna wypełniał swe sale pokutnikami z innych Domów, mistykami i pielgrzymami, którzy uznali jego posępną regułę za atrakcyjniejszą od spuścizny własnego Domu. Zgodnie ze starymi regułami, którym podlegali suplikanci pielgrzymujący pomiędzy ośmioma planetami, Gideon została uznana za małą hołdowniczkę, nie członkinię Domu Dziewiątego, a dłużną wyrobniczkę – bo czy może być zobowiązanie większe niż to, które zaciągnęła na swoje wykarmienie i wychowanie? I czy istnieje bardziej honorowy status niż hołdowniczki Mogilnicy? Niech dziecko dorasta na postulantkę. Niech zostanie oblatką. Zaczipowali ją, dali nazwisko i umieścili w żłobku. W owych czasach Dom Dziewiąty mógł się poszczycić posiadaniem dwustu dzieci pomiędzy niemowlęctwem a dziewiętnastym rokiem życia i Gideon została dwieście pierwszym.

Niecałe dwa lata później Gideon Nav była już tylko jednym z trojga dzieci. W całym Domu Dziewiątym została tylko ona, dużo starszy chłopak i niemowlę, sukcesorka Domu Dziewiątego, córka Pana i Pani. Kiedy Gideon kończyła pięć lat, wiedziano już, że nie jest nekromantką, a trzy lata później porzucono nadzieje, że zostanie mniszką. Po upływie kolejnych dwóch uznano, że wie za dużo, żeby mogła odejść.

Przez osiemnaście lat bezskutecznie próbowała ich zmiękczyć, odwołując się do poczucia przyzwoitości, moralności, przekonując do swych mglistych planów, uciekając się do przekupstwa i prób ucieczki, których miała za sobą osiemdziesiąt cztery. Przy czym pierwszą w wieku czterech lat.

NA PIĘĆ MINUT przed odlotem osiemdziesiąty siódmy plan ucieczki Gideon legł w gruzach w iście spektakularny sposób.

– Widzę, Głupeon, że tym razem twoja genialna strategia opierała się na wezwaniu wahadłowca i wyjściu przez frontowe drzwi – rozległ się nowy głos od strony wejścia na poziom.

Pani Domu Dziewiątego, przyodziana w czerń i drwinę, stała przy szybie. Wielebna Córka Harrowhark Nonagesimus miała na czerń i drwinę niemalże kosmiczny monopol. Stanowiły sto procent jej osobowości. Gideon dziwiła się, jak można żyć na świecie zaledwie siedemnaście lat, a obnosić czerń i drwiące uśmieszki z tak prastarą pewnością siebie.

– No cóż mogę rzec? Jestem urodzonym taktykiem.

Ozdobny, przykurzony płaszcz Domu zamiatał proch, kiedy Wielebna Córka zbliżała się do Gideon. Przyprowadziła ze sobą marszałka oraz Aiglamenę. Orszak złożony z paru mniszek klęczał przy wejściu na poziom. Mniszki Dziewiątego pokrywały twarze alabastrowo-szarą farbą, a potem czarną malowały plamy na policzkach i ustach, aby uzyskać podobieństwo do trupiej czaszki. Ich obszerne zrudziałoczarne szaty stapiały się z mrokiem, przez co twarze wyglądały jak rząd zawieszonych w powietrzu starych, smutnych masek.

– Wstyd, że musiało do tego dojść – odezwała się Pani Dziewiątego, zsuwając kaptur. Biała farba na jej twarzy odcinała się jaskrawo od czerni spowijającej ją od stóp do głów. Nawet na dłoniach Wielebna Córka miała czarne rękawiczki. – Nie obchodzi mnie, że uciekasz. Sęk w tym, że robisz to niewłaściwie. Zdejmij rękę z miecza, ośmieszasz się.

– Za niecałe dziesięć minut przybędzie tu prom, którym udam się do Drugiego, do Trenthamonu – oświadczyła Gideon, nie cofając dłoni z rękojeści. – Wsiądę na niego. Zatrzasnę klapę włazu. I pomacham na do widzenia. A ty nie jesteś w stanie zrobić nic, żeby mnie powstrzymać.

Harrow wyciągnęła przed siebie rękę i w zamyśleniu zaczęła masować palce. Nikły blask oświetlił jej twarz z pomalowanymi na czarno policzkami i krótko przystrzyżone włosy barwy martwych kruków.

– W porządku, rozegrajmy tę partię dla dobra sprawy. Po pierwsze, Kohorta nie przyjmie wyrobniczki, której kontrakt trwa, i dobrze o tym wiesz.

– Podrobiłam twój podpis na zwolnieniu – odparła Gideon.

– Ale wystarczy jedno moje słowo, a sprowadzą cię tu z powrotem w kajdanach.

– Ale nie wypowiesz tego słowa.

Harrowhark otoczyła dwoma palcami przegub i powoli przesuwała nimi w górę i w dół.

– Urocza historyjka, ale niewiarygodna charakterystyka postaci. Skąd niby ta nagła wspaniałomyślność z mojej strony?

– Jeśli zabronisz mi odejść – zaczęła Gideon, trzymając niezmiennie dłoń na głowni miecza. – Albo gdy ściągniesz mnie z powrotem, dając Kohorcie powód do odesłania mnie, na przykład listę sprokurowanych zarzutów kryminalnych…

– Niektóre z twoich gazetek są bardzo zboczone – zauważyła Pani Dziewiątego.

– Zacznę śpiewać – dokończyła Gideon. – Będę śpiewała tak głośno i długo, aż usłyszą mnie ci z Ósmego. Powiem im wszystko, co wiem. A wiesz, ile wiem. A potem przedstawię im liczby. Może sprowadzą mnie tu w kajdanach, ale będę się przy tym zwijała ze śmiechu.

Na te słowa Harrowhark zaprzestała manualnej autofizjoterapii nadgarstka, popatrzyła na Gideon i bezceremonialnym gestem odprawiła geriatryczny fanklub za plecami. Ucałowawszy posadzkę, towarzystwo rozpierzchło się natychmiast i przy akompaniamencie kostek modlitewnych i wystrzałów z pozbawionych mazi stawów zniknęło w czarnej głębi poziomu. Zostali tylko Crux i Aiglamena. Harrow przekrzywiła głowę jak zaciekawiony ptak i wygięła wargi w oszczędnym, wzgardliwym uśmieszku.

– Jakże brutalnie i prostacko – skwitowała. – Skutecznie i żenująco ordynarnie. Moi rodzice powinni cię byli z miejsca udusić.

– Aha, nic straconego, prawda, Wielebna Córko? – odszczeknęła Gideon niewzruszona.

– Mieliłabyś ozorem, nawet gdybyś nie miała z tego żadnych korzyści – stwierdziła Harrowhark Nonagesimus z nutą zadziwienia. – Nawet świadoma cierpień, jakie cię przez to czekają. Nawet wiedząc, z czym to się wiąże. A to wszystko, ponieważ…?

– Ponieważ – Gideon zerknęła na zegarek – ponieważ kurewsko cię nienawidzę, ponieważ jesteś wredną suką z piekła rodem. Bez urazy.

Zapadło krótkie milczenie.

– Och, Głupeon! – wykrzyknęła Harrow współczująco. – Ale ja przez większość czasu nawet nie pamiętam, że istniejesz.

Wpatrywały się w siebie przez chwilę. Na usta Gideon wpełzł krzywy uśmieszek, który sprawił, że twarz Harrow przybrała jeszcze bardziej kapryśny, nadąsany wyraz.

– No dobrze, masz na mnie haka – stwierdziła wreszcie Harrow, jakby zaskoczona tym faktem. – Twój transport będzie tu za pięć minut. Nie wątpię, że twoje dokumenty wyglądają przekonująco. Grzechem z mojej strony byłoby użycie nieuzasadnionej przemocy. Naprawdę nic nie mogę poradzić. – A kiedy Gideon uparcie milczała, Harrow ciągnęła: – Alert jest prawdziwy. Trzeba omówić ważną sprawę Dziewiątego. Nie poświęcisz paru minut, żeby wziąć udział w ostatnim zgromadzeniu Domu?

– Za żadne skarby świata.

– A gdybym odwołała się do twojego głębokiego poczucia obowiązku?

– Czego?

– Warto było spróbować. – Harrow w zamyśleniu postukała palcem w podbródek. – A co powiesz na przekupstwo?

– O, coraz lepiej. Jak tu się oprzeć czemuś takiemu? – rzuciła Gideon w przestrzeń. – „Gideon, masz tu trochę kasy. Będziesz ją mogła wydać. Tutaj. Obkupisz się w kości”. „Gideon, zostań, a już nigdy nie będę dla ciebie wredna. I dostaniesz komnatę Cruxa”. „Gideon, oto twoje łoże, pełne wyuzdanych lasek. Tylko uważaj, bo to grobowniczki, więc mają dziewięćdziesięcioprocentową osteoporozę”.

Harrowhark, gestem niepozbawionym melodramatyzmu, wyciągnęła z kieszeni świeży pergamin. Dokument, prawdziwy! Opatrzony oficjalnym nagłówkiem Domu Dziewiątego. Żeby go zdobyć, musiała zrobić skok na szkatułę Domu. Włoski na karku Gideon zjeżyły się ostrzegawczo. Harrow podeszła i ostentacyjnie położyła papier na szczycie kupki kamieni, a potem cofnęła się, unosząc ręce w geście poddania.

– Albo… – zaczęła, gdy Gideon zbliżyła się, by złapać dokument – całkowicie autentyczna promesa na wykup patentu w Kohorcie. Tego nie da się podrobić. Ale, ale… Pamiętaj, że musi być podpisany krwią, więc nie wsadzaj go sobie jeszcze… do kieszeni.

Było to autentyczne zobowiązanie Dziewiątego, spisane poprawnie i w sposób niepozostawiający wątpliwości. Potwierdzało wniesienie opłaty za patent oficerski w stopniu podporucznika dla Gideon Nav. Nie dało się go odsprzedać, więc w razie przejścia w stan spoczynku ze wszystkimi honorami Dziewiąty nie będzie domagał się zwrotu kapitału. Ten dokument zapewniał pełne szkolenia oficerskie. Jak zwykle w przypadku takich umów część zwycięskich łupów i zajętych terytoriów przypadał sponsorującemu Domowi, ale spłata nawet tak zawyżonego wykupu była kwestią raczej pięciu niż trzydziestu lat. To był gest więcej niż hojny. Harrow strzelała sobie w stopę. W zasadzie strzelała w jedną i mierzyła od razu w drugą. Ponieważ tym samym traciła wszelkie prawa do swojej wyrobniczki. Gideon ścięła się krew w żyłach.

– Nie możesz powiedzieć, że mi nie zależy – oświadczyła Harrow.

– Nie zależy ci – wypaliła Gideon. – Z nudów byłabyś gotowa rozkazać mniszkom, żeby zjadały się nawzajem żywcem. Jesteś psychopatką.

– Nie chcesz, to nie. – Harrow wzruszyła ramionami. – Oddawaj. Papier zawsze się przyda.

Jedynym rozsądnym posunięciem byłoby złożenie dokumentu w jaskółkę i ciśnięcie go tam, skąd się wziął. Cztery minuty do lądowania i Gideon mogła stąd zniknąć, zostawiając za sobą smugę gorących gazów ponad atmosferą. Już wygrała, a to tylko próba zastosowania wytrychu do jej słabości, próba, która mogła obrócić wniwecz wszystko: miesiące kombinowania, jak zinfiltrować system kursów wahadłowców, miesiące zacierania śladów, aby niepostrzeżenie zdobyć właściwe formularze, niezauważenie przechwycić sygnał, miesiące czekania i napięcia. To był podstęp. Podstęp Harrowhark Nonagesimus, czyli podstęp zdradziecki o fatalnych konsekwencjach…

– No dobra. Podaj swoją cenę.

– Weźmiesz udział w zgromadzeniu.

Gideon nawet nie ukrywała zdumienia.

– Co takiego masz tam ogłosić, Harrow?

Wielebna Córka pozostała nieuśmiechnięta.

– Chyba nie sądzisz, że ci powiem tu i teraz?

Gideon milczała dość długo. W końcu z sykiem wypuściła powietrze przez zęby, z heroicznym wysiłkiem rzuciła papier na ziemię i się cofnęła.

– Dzięki, ale nie skorzystam – oznajmiła i z zaciekawieniem dostrzegła drgnienie czarnych brwi Pani Dziewiątego. – Wolę to zrobić po swojemu. Nie zejdę z tobą do Mogilnicy. Do diabła, nie pójdę z tobą do Mogilnicy, nawet gdybyś zmusiła szkielet mojej matki, żeby tu przyszedł i przede mną pląsał.

– Na litość boską, Gideon! – Harrow straciła równowagę i zacisnęła urękawiczone dłonie w pięści. – To układ doskonały! Daję ci wszystko, o co zawsze skamlałaś, wszystko, czego tak uparcie się dopraszałaś, nie próbując nawet zrozumieć, dlaczego nie możesz tego dostać! Grozisz mojemu Domowi, gardzisz służbą, kłamiesz, oszukujesz, wymykasz się i kradniesz. Dobrze wiesz, co masz na sumieniu, i wiesz, że jesteś małą, wstrętną kukułką!

– Nie znoszę, kiedy się zachowujesz jak uszczypnięta w tyłek mniszyca! – zaatakowała Gideon, którą w tej litanii zabolało tylko jedno.

– Taak? No to jak sobie chcesz! – warknęła Harrowhark, nagle odzyskując panowanie nad sobą. Z niejakim wysiłkiem wyplątała się z długiego, bogato zdobionego płaszczyska, a ludzka klatka żebrowa, którą Harrow nosiła jako gorset, błysnęła bielą na czarnym tle ubrania. Crux wykrzyknął zgorszony, kiedy Harrow zaczęła odpinać srebrne klamerki utrzymujące łukowate kości na torsie Wielebnej Córki, ale ona uciszyła go krótkim gestem dłoni i zdjęła osteogorset.

Gideon wiedziała, co się dzieje. Zdjęły ją litość i odraza, kiedy patrzyła, jak Harrow ściąga kościane bransolety, zębowy naszyjnik i wyciąga małe kiełki – wkrętki z uszu. Wszystko to Pani Dziewiątego wcisnęła w ręce Cruxa i wmaszerowała na środek lądowiska, gdzie zaprezentowała się niczym pozbawiony strzał kołczan. Tylko w rękawiczkach, butach, koszuli i spodniach, z wystrzyżonymi krótko czarnymi włosami i obliczem ściągniętym gniewem, wydała się nagle tym, kim była – zdesperowaną dziewczyną, młodszą od Gideon, dość niską i raczej słabowitą.

– Słuchaj, Nonagesimus – zaczęła Gideon, wytrącona z równowagi i autentycznie zbita z tropu. – Daj se siana. Nie rób… tego, co tam zamierzałaś zrobić. Pozwól mi odejść.

– Na pewno nie dam ci się ot tak odwrócić na pięcie i sobie pójść, Nav – oświadczyła Harrowhark lodowato.

– Mam ci skopać tyłek na pożegnanie?

– Zamknij się – fuknęła Wielebna Córka i dodała z zawziętością: – Zmieniam warunki. Uczciwa walka i…

– Wymigam się od kary? Jeszcze nie zgłupiałam, żeby…

– Nie. Uczciwa walka i możesz odejść, z patentem. Jeśli wygram, pójdziesz na zgromadzenie, a potem będziesz mogła odejść, z patentem. Jeśli przegram, będziesz mogła odejść teraz. Z patentem. – Złapała leżący na ziemi papier, wyjęła z kieszeni wieczne pióro i wsunęła je sobie między wargi, żeby dziabnąć wnętrze policzka. Wyjęła zakrwawioną stalówkę – Jej ulubiona sztuczka imprezowa, uświadomiła sobie osłupiała Gideon – i podpisała: „Pelleamena Novenarius, Wielebna Matka Zapieczętowanego Grobowca, Władczyni Mogilnicy, Pani Domu Dziewiątego”.

– Ale to podpis twojej matki – zauważyła zbaraniała Gideon.

– Przecież nie podpiszę swoim imieniem, skończona idiotko, bo wydałby się cały ten teatr – oznajmiła Harrow.

Z tak niewielkiej odległości Gideon widziała czerwone pajączki w kącikach oczu Wielebnej Córki, różowe piętna nieprzespanej nocy. Kiedy Harrow wyciągnęła rękę z dokumentem, Gideon chwyciła go z bezwstydną łapczywością, zwinęła i wsadziła sobie za pazuchę pod bandeau. Harrow nawet nie wygięła ust w krzywym uśmieszku.

– Czyli zgadzasz się zmierzyć ze mną na oczach marszałka i kapitan gwardii. I uznajesz, że walka jest uczciwa.

Harrowhark, animatorka szkieletów, teraz, zaślepiona wściekłością i dumą, proponowała coś, co z pewnością nie było walką uczciwą, jeśli chodzi o równe szanse. Czystej krwi adeptka Dziewiątego pozbawiła się całej przewagi, nie mając przy sobie żadnego szkieletu do wskrzeszenia i odrzucając każdą kosteczkę, która mogła ją wzmocnić. W takim nastroju Gideon widziała ją dotychczas tylko raz i nie sądziła, że dane jej będzie doświadczyć tego ponownie. Harrow dobrze wiedziała, że tylko skończony dupek zgodziłby się na taki pojedynek. Jej przeciwnik musiałby być niereformowalnym łajdakiem, przystępującym do walki z pełną świadomością, że to po prostu żałosny akt okrucieństwa.

– Ale w razie przegranej muszę tylko iść na to twoje zebranie, a potem mogę odejść z patentem? – upewniła się Gideon.

– Tak.

– A jeśli zwyciężę, od razu wsiadam z patentem na prom?

– Tak – potwierdziła Harrow pobladłymi ustami.

W górze rozległ się ryk silników. Po lądowisku przesunęły się snopy świateł szperaczy, a wahadłowiec zaczął zagłębiać się w ranę w tkance planety. Gideon sprawdziła godzinę na zegarku. Dwie minuty do startu. Bez cienia skrępowania pospiesznie obszukała Wielebną Córkę, oklepując od góry w dół, poprzez ramiona, tors, nogi, na końcu mocno ścisnęła cholewki butów. Na ten widok Crux znów wydał z siebie okrzyk oburzenia i odrazy. Harrow milczała, a to mówiło więcej, niż gdyby rzeczywiście się odezwała. Ale żeby coś osiągnąć w życiu, trzeba twardym być, nie miękkim. Dom był twardy jak żelazo. A żelazo łamie się po uderzeniu w najsłabsze miejsce.

– Słyszeliście – zwróciła się Gideon do Cruxa i Aiglameny. Crux wbił w nią spojrzenie emanujące wściekłością eksplodującej gwiazdy, pustką wsysanej podciśnieniem nienawiści, pochłaniającą światło czarną dziurą urazy. Aiglamena odwróciła wzrok. Trochę głupio, ale cóż. Gideon zaczęła grzebać w plecaku w poszukiwaniu rękawiczek. – Słyszeliście. Jesteście świadkami. Mogę odejść tak czy inaczej, takie warunki zaoferowała. Uczciwa walka. Przysięgasz na swą matkę, że będzie to uczciwa walka?

– Jak śmiesz, Nav…

– Na matkę. Walczymy do pierwszego powalenia przeciwnika.

– Przysięgam na matkę. Nie mam przy sobie już żadnej kości. Do powalenia – warknęła Harrow przy akompaniamencie staccato gniewnego oddechu. Ale kiedy Gideon zakładała pospiesznie polimerowe rękawiczki i zapinała duże zatrzaski na nadgarstkach, Wielebna Córka wykrzywiła twarz w uśmiechu. – No nieźle, Głupeon, nawet skóry nie założyłaś. Przeceniasz mnie, aż tak dobra to nie jestem.

Odsunęły się od siebie i wtedy odezwała się Aiglamena, przekrzykując narastający hałas wahadłowca:

– Gideon Nav! Przypomnij sobie, co to honor, i daj swej pani broń!

Gideon nie mogła się powstrzymać.

– Znaczy mam jej… Rzucić kość?

– Nav!

– Wystarczy, że oddałam jej całe życie – oświadczyła Gideon i obnażyła miecz.

Tak naprawdę z tym mieczem to był pusty gest. Kolejność wydarzeń miała być taka: Gideon unosi nogę i kopie Harrow tak mocno, żeby Pani Dziewiątego grzmotnęła na dupsko tak ostatecznie, żeby nie mogła wstać i dać się upokorzyć ponownie. Kop ciężkim buciorem w brzuch i po krzyku. Ewentualnie w razie konieczności Gideon mogłaby usiąść na leżącej, żeby ostatecznie przygwoździć ją do ziemi. Bo nikt w Dziewiątym nie pojmował, czym jest prawdziwe okrucieństwo, nikt nie rozumiał, czym jest brutalność, nikt poza Wielebną Córką. Wiedza ta została z nich odessana, odparowana mrokiem zbierającym się na dnie bezkresnych katakumb pod Mogilnicą. Aiglamena i Crux nie mieliby wyjścia, musieliby ogłosić, że walka była uczciwa, a Gideon mogłaby odejść jako prawie wolna kobieta.

Jednak planowana kolejność wydarzeń poszła się grzebać.

To, co nastąpiło, wyglądało tak: Harrowhark powoli zdjęła rękawiczki. Jej dłonie były zmasakrowane. Palce powalane ziemią, pokaleczone, z ran sączyła się krew, a pod połamanymi paznokciami było pełno piachu. Następnie odrzuciła rękawiczki, wyciągnęła przed siebie poranione ręce i pomachała nimi przed oczami Gideon. Ta miała zaledwie ułamek sekundy, żeby skojarzyć ten brud z piachem i ziemią z lądowiska i zrozumieć, że stoi dosłownie na morzu kości.

Rzuciła się naprzód. Za późno jednak. Spod twardej powierzchni pod wzgórkami pyłu i kamieni, które Gideon tak pracowicie rozkopywała, wystrzeliły pogrzebane tam kości. Z małych jam w ziemi wyłoniły się ręce, doskonałe, czteropalczaste i okciukowane. Gideon, tkwiąca jeszcze w błędnych założeniach, kopnęła najbliższe ramiona i zaczęła uciekać. Nic to jednak nie dało, bo co metr, co jeden cholerny metr, kości wyrastały spod ziemi i chwytały ją za buty, za kostki, za spodnie. Potykając się i zataczając, rozpaczliwie starała się znaleźć granicę tego kościopla. Bezskutecznie. Całe lądowisko wybuchało przegubami i paliczkami falującymi łagodnie, jakby kołysał je wiatr.

Gideon podniosła wzrok na Harrow. Wielebna Córka, mimo że zlana krwawym potem, odpowiedziała spokojnym, chłodnym spojrzeniem.

Gideon z nieartykułowanym wrzaskiem rzuciła się ku Pani Mogilnicy, kosząc w biegu nadgarstki i śródręcza. Nadaremno. Jedna mała kość udowa czy piszczelowa na życzenie Harrow przekształcała się w kompletny, doskonały szkielet. Gdy Gideon była już blisko władczyni, spadła na nią fala ożywionych kości. Mocny kopniak posłał Harrow w ramiona dwóch jej tworów, które z łatwością uniosły swą panią poza zasięg zagrożenia. Niewzruszona Harrowhark zniknęła za zasłoną bezcielesnych postaci, piszczeli i łopatek poruszających się z nadnaturalną szybkością. Gideon używała miecza jak kosy, starając się, żeby każdy zamach był jak najskuteczniejszy, siekała kości, obracając je w deszcz białych odłamków, ale przeciwników było za dużo. O wiele za dużo. Nowi powstawali szybciej, niż ich rozbijała. Gdziekolwiek się nie obróciła, z każdej strony zalewały ją coraz potężniejsze fale owoców zasianych w tym makabrycznym ogrodzie.

Ryk wahadłowca utonął w klekocie i szumie krwi pulsującej w uszach Gideon, unieruchomionej przez dziesiątki rąk. Potęga talentu Harrow tkwiła w skali, w umiejętności stworzenia kompletnej jednostki z kawałka miednicy czy kości ramienia, sformowania całej armii z tego, z czego inny zdołałby stworzyć jednostkę. Gideon zawsze miała mgliste przeczucie, że zginie właśnie tak, zatłuczona na śmierć przez bandę szkieletów. Nagle zwały kości spłynęły na bok, a silny kopniak wywrócił ją na ziemię. Szkielet przygwoździł Gideon, gdy ta zakrwawiona, plująca kawałkami kości próbowała się podnieść. Ujrzała nad sobą Harrow, pogodną, melancholijną, w otoczeniu szczerzących się kościanych sług. Wielebna Córka uniosła nogę i kopnęła Gideon w twarz.

Przez kilka sekund Nav widziała wszystko w czerni i bieli. Odwróciła głowę na bok, wykrztusiła ząb i zaczęła się dławić i miotać, usiłując wstać. But nacisnął jej na gardło mocniej i jeszcze mocniej, zmuszając do pozostania na twardej ziemi. Burza pyłu wzniecona przez lądujący wahadłowiec wyrzuciła część szkieletów w powietrze. Harrow przestała je animować, więc spadły z grzechotem, nieruchomiejąc w formie anatomicznie bezładnych kupek.

– To było żałosne, Głupeon – rzekła Pani Dziewiątego. Adrenalina zaczęła opadać, a wraz z nią opadały pojedyncze kości szkieletów, tu ramię, tam żuchwa. Kościotrupy chwiały się i traciły spójność. Harrow się przeforsowała. Całe lądowisko pokrywały kratery, z których wychynęły kościotrupy niczym leje po niewielkich minach. Nonagesimus stała pośród tych wgłębień z pałającymi policzkami i płynącymi z nosa strużkami szkarłatu. Obojętnie otarła rękawem krew z twarzy. – Żałosne – powtórzyła nieco nosowo. – Podeszłam cię. Zafundowałam ci przedstawienie. A na dodatek na własne życzenie będziesz miała moralnego kaca. Już bardziej mi się podłożyć nie mogłaś. A najtrudniejsze w tym wszystkim było to całonocne kopanie.

– Kopałaś… – wydyszała Gideon, przyduszona pyłem i piachem – …całą noc…

– No tak. Ta ziemia jest cholernie twarda, a sporo było do zakopania.

– Ty obłąkana dziwko… – prychnęła Gideon.

– Ogłoś to, Crux – rozkazała Harrowhark.

– Walkę uznano za uczciwą – ogłosił marszałek z ledwie skrywaną satysfakcją. – Przeciwnik upadł! Zwycięstwo lady Nonagesimus.

Lady Nonagesimus odwróciła się do swoich sług i uniosła ręce, żeby wsunęli jej na ramiona porzuconą szatę. Wykaszlała na ziemię mały skrzep krwi i odprawiła niecierpliwym gestem trzęsącego się nad nią Cruxa. Oszołomiona, porażona Gideon uniosła głowę, ale zaraz ją opuściła, uderzając potylicą o twardą ziemię. Aiglamena patrzyła na nią z nieodgadnioną miną. Współczuciem? Rozczarowaniem? Wstydem?

Wahadłowiec wysunął stabilizatory i ciężko osiadł na gruncie. Gideon spojrzała na maszynę, na jej lśniącą powłokę, dymiące dysze silników i spróbowała dźwignąć się na łokciach. Nie była w stanie, nadal brakowało jej sił. Nie dała rady nawet unieść drżącego z wysiłku środkowego palca, żeby pokazać go zwyciężczyni. Mogła tylko patrzeć na prom, swój plecak i swój miecz.

– Zbieraj się – rozkazała Harrowhark i splunęła różową plwociną blisko głowy Gideon. – Kapitan Aiglameno, proszę przekazać pilotowi, że ma czekać. Zapłacę mu za postój.

– A jeśli zapyta o pasażera, pani?

Kochana Aiglamena.

– Poinformuj go, że się spóźni. Przeproś i powiedz, żeby zaczekał, z łaski mojej, godzinę. Rodzice czekają już wystarczająco długo, zajęło mi to więcej czasu, niż zakładałam. Marszałku, zabierz ją do sanktuarium…

GIDEON USILNIE STARAŁA SIĘ stracić przytomność, kiedy zimne, suche palce Cruxa zamknęły się na jej kostce. Prawie się udało. Ocknęła się kilka razy i zmrużyła oczy w mdłym świetle windy zmierzającej w dół głównego szybu, ale pozostała świadoma przez cały czas, kiedy marszałek wlókł ją po podłodze poziomu niczym worek zgniłych bulw. Nie czuła nic – ani bólu, ani gniewu, ani rozczarowania. Gdy była przeciągana przez bramę Mogilnicy, przepełniało ją jedynie frapujące poczucie zadziwienia i oderwania. W chwilowym przypływie sił chciała uciec, ale gdy tylko Crux zauważył, że Gideon czepia się wytartych chodników przykrywających śliską posadzkę zamku, kopnął ją w głowę. Wtedy zemdlała naprawdę i na dłużej. Ocknęła się, kiedy rzucił ją na ławkę w sanktuarium. Kamienna powierzchnia była tak zimna, że skóra się do niej przyklejała, a każdy oddech kłuł niczym garść igieł wciągniętych do płuc.

Ocknęła się, dygocąc z zimna, na dźwięk modlitwy. W obrządku Dziewiątego nie było mówionych inwokacji. Tylko grzechot kości, paliczków nawleczonych na nici, wygładzonych przez stare palce mniszek, które potrafiły przesuwać je w modlitwach tak szybko, że msze przypominały stukot deszczu o dach. Gideon znajdowała się na przodzie długiej, wąskiej sali. Wokół panował mrok. Wzdłuż przejścia pomiędzy ławkami wisiał co prawda szereg gazowych lamp, ale te zawsze jarzyły się opornie, jakby tego nie znosiły i świecenie było dla nich smutnym przymusem. Łuki stropowe oprószono luminescencyjnym pyłem, który osypywał się czasami niczym bladozielony brokat. W głównej i bocznych nawach siedziały nieme szkielety posypane ziemią z pól. Gideon spojrzała za siebie – większość zgromadzonych stanowiły szkielety. Kościotrupia bibka. W sanktuarium zdolnym pomieścić tysiąc wiernych połowę miejsc zajmowały szkielety, między którymi od czasu do czasu trafiał się jakiś człowiek.

Nieliczni w miarę żywi ludzie okupywali ławy w transepcie – mniszki w welonach, eremici z ogolonymi głowami lub krótko przyciętymi włosami oraz znużeni, niemrawi mieszkańcy Dziewiątego. Głównie kapłani Zapieczętowanego Grobowca. Żołnierzy czy innej mundurowej braci nie było tu od czasów dzieciństwa Gideon. Ostatnia wojowniczka, Aiglamena, wraz z nogą straciła nadzieję i szansę na wyrwanie się stąd na jakiś daleki front. Nieustanny grzechot w transepcie przerywało sporadyczne gruźlicze kaszlnięcie lub charkotliwe odchrząknięcie.

W absydzie zasiadała garstka szlachty Dziewiątego – Wielebna Córka, przycupnięta skromnie na skraju długiej ławki, z twarzą obsypaną świetlistym pyłem, który przykleił się do strużek krwi płynącej z nosa, jej upiorne babki cioteczne oraz rodzice, Pan i Pani Dziewiątego Domu, Wielebny Ojciec i Wielebna Matka. Ci dwoje mieli zaszczyt zasiadać przed ołtarzem, bokiem do zgromadzenia. Krzesełko Cruxa w wilgotnym ambicie tonęło w morzu świec, z których połowa zdążyła się już wypalić. Obok marszałka siedział jedyny Kawaler Domu, Ortus, smętny, baryłkowaty trzydziestopięcioletni młodzieniec. Jego matka, typowa starucha z Dziewiątego, gmerała mu chusteczką przy uchu.

Gideon zamrugała, żeby wyostrzyć zmącony wzrok, i skupiła spojrzenie na absydzie. Od dobrych dwóch lat nie zdołali zaciągnąć jej do Mogilnicy, więc dawno już nie widziała ohydnych babek ciotecznych ani Wielebnych Rodziców. Błogosławiona Siostra Lakrimorta i Błogosławiona Siostra Aisamorta nie zmieniły się ani na jotę. Nadal były pokurczone, twarze miały pomarszczone i pomalowane na szaro, a ponieważ w Dziewiątym nie zdarzały się cuda, nadal były też ślepe. Na ich czarnych przepaskach namalowano białe wytrzeszczone oczy. Obie modliły się za pomocą dwóch zestawów koralików, po jednym w każdej zasuszonej ręce, wystukując zaskakująco zwinnymi palcami rytm poczwórnego werbla.

Ortus również się nie zmienił. Nadal był smętny i kluchowaty. Tytuł Pierwszego Kawalera Dziewiątego Domu od wieków już nie przydawał chluby. Kawalerowie w innych Domach byli szanowanymi, szlachetnymi osobami o długim rodowodzie bądź wielkich talentach i często gościli na stronicach tych mniej obscenicznych magazynów Gideon. W Dziewiątym jednak o przydatności Kawalera decydowały możliwości udźwigu kości na grzbiecie. Ortus był w zasadzie cherlawym osłem. Jego ojciec, Kawaler ojca Harrow, był ogromnym, silnym mężczyzną, poważnym i oddanym, dźwigającym potężny miecz i dwie słusznych rozmiarów sakwy paliczków, ale syn się w niego nie wrodził. Połączenie go z Harrow byłoby jak zaprzęgnięcie w parze kobry i pączka. Prawdopodobnie dlatego właśnie, że Ortus był taką kaciałą, Aiglamena skupiła się na Gideon i to na niej wyładowywała swoje niezaspokojone ambicje. Ortus był nadwrażliwym, szkaradnym młodzieńcem, a w dodatku matka miała na jego punkcie obsesję. Za każdym razem, kiedy się zaziębił, kazała mu leżeć plackiem w łóżku tak długo, aż dostawał odleżyn.

Na Panią i Pana Dziewiątego Gideon też spojrzała, choć wbrew chęciom. Lady Pelleamena i lord Priamhark siedzieli obok siebie, każde z nich jedną dłoń trzymało na kolanie, drugą splotło z ręką partnera. Oboje modlili się synchronicznie na sznurkach zdobionych kości. Od stóp do głów spowijała ich czerń, a twarze ocieniały głęboko nasunięte kaptury. Gideon widziała ich blade woskowe profile, pokryte smugami jarzącego się pyłu. Oboje nosili znak dłoni Harrow. Mieli zamknięte oczy. Piękna twarz Pelleameny, niczym zamrożona w czasie, była dokładnie taka sama jak wtedy, gdy Gideon widziała ją po raz ostatni – czarne skrzydła brwi nietknięte srebrem, cienka siateczka zmarszczek wokół oczu, niewzbogacona nowymi. Linia szczęki Priama nadal była ostro zarysowana, jego ramiona proste, a czoło gładkie. Byli niezmiennie niezmienni, bardziej nawet niezmienni niż te zasrane praciotki.

To dlatego, że byli od lat martwi.

Zmumifikowane twarze nie poddawały się upływowi czasu, ponieważ, o czym wiedzieli Gideon, marszałek, kapitan i nikt inny w całym wszechświecie, Harrowhark zamroziła rodziców na wieczność.

Obsesyjnie żądna wiedzy i skryta młoda uczona ogromnym wysiłkiem zdobyła zapomniany przepis na konserwację i animowanie ciał. Odnalazła pewną makabryczną i zakazaną książczynę w wielkim repozytorium makabrycznych i zakazanych książek Dziewiątego. Pozostałe Domy dostałyby kolektywnego zawału na wieść, że Wielebna Córka miała ją w ogóle w rękach. Nie wszystko poszło idealnie – rodzice zachowani byli rewelacyjnie od ramion w górę, ale reszta znajdowała się w fatalnym stanie. Ale ostatecznie Harrow miała wtedy zaledwie dziesięć lat.

Gideon natomiast, gdy Pan i Pani Dziewiątego Domu osunęli się w śmierć, nagłą i utrzymywaną w sekrecie, miała ich jedenaście. Całe to wydarzenie – wszystko to, co Gideon wtedy odkryła i co ujrzała – było jednym wielkim gnojowiskiem. Ale nie czuła smutku, kiedy umarli. Gdyby była rodzicem Harrow, też postarałaby się umrzeć możliwie jak najszybciej.

– Wysłuchajcie mnie – rzekła Wielebna Córka Dziewiątego, wstając.

To intronizowani Państwo powinni prowadzić obrzędy sakralne, ale nie mogli tego robić jako megamartwi. Harrowhark poradziła sobie z tym, przypisując im złożenie ślubów milczenia. Każdego roku dodawała rodzicom kolejne pokuty – post, całodzienne kontemplacje, odosobnienie – tak bezczelnie i na widoku, że zdawało się niemożliwe, żeby ktoś w końcu nie powiedział: „Zaraz, zaraz, ale to wygląda na JEDNĄ WIELKĄ BZDURĘ” i nie odkrył jej podstępu. Tak jednak się nie stało. Crux ją krył i Aiglamena ją kryła, a Pierwszy Kawaler wyświadczył jej uprzejmość i umarł tego samego dnia co Priam. Gideon również ją kryła, nienawidząc każdej minuty utrzymywania tego sekretu i oszczędzając go na czarną godzinę w nadziei, że stanie się jej przepustką do wolności.

Kosteczki modlitewne przestały klekotać. Ręce rodziców Harrow znieruchomiały z nienaturalną synchronizacją. Gideon zarzuciła ramiona na oparcie ławki i wywaliła nogi do przodu, krzyżując je w kostkach. Myślała tylko o tym, żeby przestało jej dzwonić w głowie.

– Szlachetny Dom Dziewiąty zgromadził was tutaj – przemówiła Harrowhark – albowiem otrzymaliśmy dar ogromnego znaczenia. Nasz święty Cesarz, Najwyższy Nekromanta, Władca Dziewięciu Odrodzeń, nasz Wskrzesiciel, przysłał nam wezwanie.

To poruszyło sztywne tyłki na ławach. Szkielety co prawda nadal siedziały nieruchomo i słuchały pilnie, ale pośród reszty kongregacji Dziewiątego zapanowało podniecenie. Rozległy się westchnienia radości. Stęknięcia chwały i jęki wdzięczności. Ten list mógłby być rysunkiem tyłka, a oni ustawiliby się w kolejce, żeby ucałować margines.

– Niniejszym odczytam wam ten list – ciągnęła Harrowhark – albowiem nikt tak nie kocha swych poddanych, swych świętych braci i sióstr, jak Dziewiąty Dom miłuje swoich wyznawców, kapłanów, dzieci i wiernych. – (Gideon uznała, że Harrow grubo przesadziła). – Czy Wielebna Matka zezwoli swojej córce odczytać ten list?

Jak by mogła nie zezwolić, skoro za jej sznurki pociągała Harrow. Pelleamena skinęła głową z tak bladym uśmiechem, jaki nigdy nie wygiął jej warg za życia, gdyż za życia była zimna i daleka jak lód na dnie szczeliny.

– A więc za pozwoleniem mojej łaskawej matki. – Harrow zaczęła czytać:

Do Domu Dziewiątego, ich Wielebności, Jej Wysokości Pelleameny Novearius i Jego Wysokości Priama Noniusvianusa:

Cześć i chwała Domowi Dziewiątemu, wszelkie błogosławieństwa jego mogiłom, spoczywającym w pokoju zmarłym i jego nieskończonym tajemnicom.

Jego Niebiańska Miłość, Pierwszy Odrodzony, w imię szacunku i umiłowania Stwórcy, błaga o uszanowanie umowy zawartej w dniu Wskrzeszenia i pokornie prosi o najpierwsze owoce waszego rodu…” Tu wymienia moje imię – wtrąciła Harrowhark z kokieteryjną skromnością, a potem z mniejszym entuzjazmem dodała: – i Ortusa. „Albowiem w potrzebie znalazły się Ręce Cesarza, najmiłościwszego błogosławionego Króla Nieumarłego, niechaj panuje nam po wsze czasy! Cesarz wynosi postulantów do godności Liktora, sukcesorów ośmiu niezłomnych, którzy służyli mu dziesięć tysięcy lat, albowiem wielu z nich czeka już na dzień, kiedy rzeki wystąpią z brzegów, żeby obudzić się dla swego Króla. Ostatni zaś Strażnicy proszą uniżenie o uzupełnienie swego zastępu, błagając, by Pan nad Panami znalazł ośmiu nowych wasali.

Zatem błagamy Najpierwszą Waszego Domu oraz jej Kawalera, by przyjęli ten zaszczyt i wzięli udział w najchwalebniejszej próbie, ażeby stać się kością i stawem Cesarza, jego pięściami, jego gestami…

Żywimy nadzieję, iż ośmiu dopełni wyzwania i wstąpi w chwale w progi świątyni Pierwszego Domu, ośmiu nowych Liktorów wraz ze swymi Kawalerami. A jeśli Jego Najwyższa Nekromanckość pobłogosławi ich, lecz nie przyjmie do siebie, powrócą oni do Domów z pełnymi honorami przy wtórze trąb i bębnów.

W oczach jego nie ma bowiem daru doskonalszego ani piękniejszego.

Harrowhark opuściła pismo w głęboką ciszę. Prawdziwą ciszę, niemąconą nawet jednym klekotem kości modlitewnej czy jednym skrzypnięciem zawiasu odpadającej żuchwy. Cały Dziewiąty jakby osłupiał. Z transeptu za plecami Gideon dobiegł gruchot ciała spadającego z ławki, ponieważ jeden z wiernych postanowił w tym momencie iść na całość i dostać zawału serca. To zdjęło ze wszystkich czar. Mniszki robiły, co w ich mocy, ale kilka chwil później potwierdzono, że jeden z eremitów zszedł ostatecznie, więc wszyscy wokół niego zaczęli świętować jego błogosławione szczęście. Gideon nie zdołała powściągnąć śmiechu, gdy Harrow westchnęła, wyraźnie kalkulując w duchu, co oznacza ten wyłom w populacji Dziewiątego.

– Nie pozwolę!

Drugi wstrząs ostatecznie zmącił spokój zebrania w grobowcu. Tym razem, dla odmiany, ktoś zerwał się z ławki. Matka Ortusa stanęła z wyciągniętym drżącym palcem jednej ręki, podczas gdy drugą zaborczo przygarniała do biodra swego syna. Ortus robił wrażenie sparaliżowanego z przerażenia. Jego rodzicielka wyglądała, jakby za chwilę miała przedwcześnie podążyć za eremitą do mogiły – oblicze pod skorupą alabastrowej farby zastygło ze zgrozy, pot rozmazywał czarny malunek czaszki.

– Mój syn! Mój syneczek! – krzyknęła wstrząśnięta i zrozpaczona. – Moje pierworodne pieścidełko! Duma ojca! Moja jedyna radość!

– Siostro Glauryko, przestań, proszę – sapnęła Harrow znudzona.

Matka oplotła Ortusa ramionami i rozszlochała się w jego ramię. Jej synuś natomiast trząsł się ze strachu i rozżalenia. Był niewątpliwie i łzawo przybity.

– Oddałam ci męża, lordzie Noniusvianusie – łkała Glauryka. – Oddałam ci ukochanego, lordzie Noniusvianusie, a teraz żądasz, bym oddała ci jedynego syna? Chcesz odebrać mi jedyne dziecię? Nie pozwolę! Nie zgadzam się!

– Zapominasz się, Glauryko! – skarcił ją Crux.

– Wiem, co spotyka Kawalerów, panie, wiem, jaki spotyka ich los!

– Uspokój się, siostro Glauryko – usiłowała przywołać ją do porządku Harrowhark.

– Jest taki młodziutki! – zawodziła matka Ortusa, wciągając go głębiej w bezpieczny mrok absydy, bo zrozumiała już, że pan Noniusvianus nie zamierza zareagować. – To jeszcze dziecko, jest słaby i chorowity!

– Nie wszyscy tak uważają – rzuciła Harrowhark półgłosem.

– A jednak obawiam się śmierci, lady Harrowhark – rzekł Ortus zdławionym, cienkim głosem, podnosząc na nią wielkie, posępne oczy.

– Kawaler powinien śmiać się śmierci w twarz! – zjeżyła się Aiglamena.

– Twój ojciec powitał śmierć bez drgnienia powieki! – zawtórował jej Crux.

Glauryka uderzyła w płacz, rozgoryczona tym bestialskim brakiem współczucia. Przez zgromadzenie przebiegła fala karcących pomruków. Gideon wyprostowała się z ożywieniem. W sumie nie był to najgorszy dzień w jej życiu. Robiła się z tej hecy całkiem niezła rozrywka. Ortus nawet nie próbował wyzwolić się z objęć szlochającej matki, tylko pocieszał ją, powtarzając, że zadba o jej utrzymanie. Obleśne babki cioteczne wróciły do modłów i nuciły bezsłowny hymn, Crux głośno beształ Glaurykę, a Harrowhark stała w milczeniu pośród tego wszystkiego niczym pomnik wzgardy.

– …przestań i módl się o wskazówkę, inaczej usunę cię z sanktuarium – pieklił się Crux.

– …oddałam temu domowi wszystko, zapłaciłam najwyższą cenę…

– …tak się kończy, jak Mortus bierze sobie imigrantkę z Ósmego, ty bezwstydna wiedźmo…

Gideon uśmiechała się już tak szeroko, że pokaleczone wargi zaczęły krwawić. Ponad morzem obojętnych czaszek nieumarłych i poruszonych do głębi głów dewotów oczy Harrow odszukały Gideon, a ich spojrzenia się skrzyżowały. I drobna rysa skaziła beznamiętność maski pogardy – Harrow zacisnęła usta. Wśród zgromadzonych panował ruch. Ucieszona Gideon puściła do niej oko.

– Dość tego! – warknęła Wielebna Córka głosem niczym ostrze noża. – Módlmy się.

Na zebranych opadła cisza, jak opadały płatki luminescencyjnego pyłu. Umilkło łkanie matki Ortusa. Teraz kobiecina trzęsła się w bezgłośnym płaczu, ukrywając twarz na piersi syna, który ogarnął ją ciastowatym ramieniem. On też płakał bezdźwięcznie w jej włosy. Hymn paskudnych babek ciotecznych uderzył w wysoką, drżącą nutę i zawisł w powietrzu, niezakończony. Harrow spuściła głowę, tak samo jej rodzice – z symultanicznym posłuszeństwem. Babki cioteczne wcisnęły brody w klatki piersiowe, Aiglamena i Crux poszli za ich przykładem. Gideon zadarła swoją do góry i znów wyciągnęła przed siebie skrzyżowane nogi, mrugając, gdy pył wpadał jej do oczu.

– Modlę się, by Grobowiec po wsze czasy pozostał zawarty… – zaintonowała Harrowhark z zagadkową żarliwością, jaką zawsze wykazywała podczas modłów. – Modlę się, by kamień wiecznie spoczywał na miejscu nieruszony. Modlę się, by to, co pogrzebane, takim pozostało, niezmienione, w nieskończonym spoczynku, z zamkniętymi oczyma i stężałym mózgiem. Modlę się, by żyło, modlę się, by spało… Modlę się, by zaspokojone zostały potrzeby Szczodrobliwego Cesarza, Króla Nieumarłego, jego Cnót i jego ludzi. Modlę się za Dom Drugi, Trzeci, Czwarty, Piąty, Szósty, Siódmy i Ósmy. Modlę się za Dom Dziewiąty, modlę się, by rodził owoce. Modlę się za żołnierzy i adeptów na polach bitew z dala od domu, i za te części Imperium, które mogą zaznać spokoju i cichości. Niechaj tak będzie.

Wszyscy modlili się, aby tak było, grzechocąc pilnie kostkami. Gideon nie modliła się już od dawna. Potoczyła spojrzeniem po nagich, bielejących czaszkach szkieletów i krótkowłosych czerepach wiernych z Dziewiątego i zatonęła w rozważaniach, co zrobi najpierw po opuszczeniu Trentham. W jej niezbyt realistyczne wyobrażenia o podciąganiu się na drążku na oczach grupki klaszczących z zachwytu chorążych oraz w jednostajny grzechot kostek modlitewnych wdarły się gwałtowne łkania nieszczęsnej matki Ortusa. Harrow, w masce niezachwianej cierpliwości, wyszeptała coś do Cruxa, wskazując na zapłakaną parkę. Crux wyprowadził ich niezbyt delikatnie z sanktuarium. Kroczyli wzdłuż głównej nawy, Crux popychał ich niecierpliwie, Ortus toczył się ociężale, a jego matka chwiała się pod ciężarem rozpaczy. Kiedy ją mijali, Gideon pokazała nieszczęsnemu Kawalerowi kciuk do góry. Odpowiedział przelotnym, łzawym uśmiechem.

Potem zgromadzenie się zakończyło. Większość kongregacji została, by pomodlić się o szczęście, ze świadomością, że lada moment i tak zabije Drugi Dzwon. Gideon już dawno by się poderwała i pobiegła do czekającego na nią wahadłowca, ale w tej chwili środkiem nawy ruszyła równiutka rzeka szkieletów, blokując wszelką możliwość przejścia. Spieszyły ochoczo z powrotem do swoich śnieżnych porów i ciepła lamp na polach uprawnych. Ohydne babki cioteczne zniknęły w głębi rodzinnej kaplicy, a Harrow wstała z posłusznymi mumiami swych rodziców i wyprowadziła je tam, gdzie zwykle je przechowywała. Prawdopodobnie do ich luksusowej celi, by zawrzeć za nimi porządnie drzwi. Gdy mijała ją fechmistrzyni, Gideon masowała akurat obolałe palce.

– To wierutna kłamczucha – powiedziała do preceptorki. – Jeśli jeszcze nie zauważyłaś. Nigdy nie dotrzymała obietnicy. Nawet jednej.

Aiglamena nie odpowiedziała. Ale Gideon wcale tego nie oczekiwała. Mistrzyni szermierki stała, nadal unikając wzroku uczennicy, zaciskając pokrytą wątrobianymi plamami dłoń na rękojeści miecza.

– Zawsze brakowało ci poczucia obowiązku – odezwała się w końcu szorstko. – Nie zaprzeczysz temu. Nie potrafiłabyś przeliterować słowa „zobowiązanie”, nawet gdybym ci je wyrżnęła na tyłku.

– Przyznaję, akurat to pewnie niewiele by pomogło – zgodziła się Gideon. – Rany, cieszę się, że nie uczyłaś mnie pisać i czytać.

– Najbardziej pożądaną cechą żołnierza jest jego oddanie. Lojalność. Nic poza tym się nie liczy.

– Wiem, wiem. – Gideon na próbę podniosła się z ławki. Stała, to już coś. Ale bolały ją żebra, jedno prawdopodobnie było pęknięte. Zadek bolał ją po wleczeniu po ziemi. Do wieczora spuchnie i zsinieje. Na dodatek musiała sobie wstawić ząb. Ale nie u mniszek. Za żadne skarby świata, już nigdy więcej. Kohorta powinna mieć masę magików od kości. – To nic. Nie zrozum mnie źle, pani kapitan. Obiecuję, że tam, gdzie się wybieram, będę całymi dniami sikała wiernością. Mam w sobie całe pokłady wierności. Wiernię Cesarza każdą najmniejszą kosteczką w ciele. Wiernię go mocno.

– Nie rozpoznałabyś wierności, nawet gdyby…

– Nie wciskaj mi tu w dupę tych swoich hipotetyzmów – przerwała jej Gideon. – To nigdy nie kończy się dobrze.

Chroma staruszka zdjęła z pleców pochwę i podała Gideon zmęczonym gestem. W końcu futerał należał do Nav, wraz z bezpiecznie spoczywającym w nim mieczem. Aiglamena rzuciła swej uczennicy pod nogi zostawioną na lądowisku sakwę. Na wyraźniejsze przeprosiny Gideon nie mogła liczyć. Ta kobieta nigdy by jej nie dotknęła i nigdy nie wypowiedziałaby wobec niej słów, które nie miały ostrych kantów. Jednak jak na starą gwardzistkę był to gest nieomal czuły, a Gideon zamierzała go przyjąć z wdzięcznością i czym prędzej zwiać.

W przejściu pomiędzy rzędami ławek rozbrzmiały stanowcze kroki, którym akompaniował szelest starej koronki na obsydianowej posadzce. Gideon poczuła, jak skręcają się jej wnętrzności.

– Jak zamierzasz się z tego wykręcić, Nonagesimus? – zapytała mimo niechęci.

– Nie zamierzam – odrzekła Harrow, czym zaskoczyła Gideon. Szpiczasta, lisia broda Wielebnej Córki była wysunięta wyzywająco, a wokół nozdrzy ciemniły się obwódki zaschniętej krwi, ale z płonącymi czarnymi oczyma Harrow wyglądała wyniośle, niczym zła do szpiku kości Święta. – Zamierzam się stawić. To moja szansa na uzyskanie wstawiennictwa. Zresztą ty i tak byś tego nie zrozumiała.

– Pewnie nie, ale i tak mam to gdzieś – prychnęła Gideon.

– Każdy z nas dostaje szanse, Nav. Ty swoją dostałaś.

Gideon miała ochotę stłuc ją do nieprzytomności, ale zachowała pozory spokoju.

– Swoją drogą, rozkminiłam twój paskudny podstęp, ty kanalio – rzuciła z udawaną wesołością.

Aiglamena nie ofuknęła jej, co było kolejną formą przeprosin. Wycelowała w nią tylko ostrzegawczo palec. Harrowhark uniosła twarz tak autentycznie zaskoczona, aż kaptur zsunął się jej z głowy, odsłaniając ciemnego jeżyka.

– Zaiste? – wycedziła. – A zatem?

– Podpis twojej matki na promesie patentowej. Bomba zegarowa na odchodne. Jeśli się wygadam, podpis stanie się nieważny, prawda? W ten sposób zapewniłaś sobie moje milczenie. Nieźle rozegrane. Będę musiała trzymać język za zębami, kiedy wręczę im ten papier, i dobrze o tym wiesz.

Harrow przekrzywiła lekko głowę.

– Nawet na to nie wpadłam – przyznała beztrosko. – Myślałam, że mówisz o wahadłowcu.

W głowie Gideon rozległ się alarm, jak Pierwszy i Drugi Dzwon razem wzięte. Czuła, jak krew odpływa jej z twarzy, i już wychodziła z ławki do przejścia, gotowa rzucić się pędem na lądowisko. Na twarzy Harrow malowała się wystudiowana niewinność, doskonała niefrasobliwość. Na widok miny Gideon Aiglamena położyła rękę na głowni miecza i z ostrzegawczym tupnięciem wkroczyła pomiędzy dziewczyny.

– O… wahadłowcu…? – wykrztusiła Gideon.

– No tak. Ortus i jego matka go ukradli – powiedziała Harrowhark. – Pewnie są już daleko. Glauryka ma rodzinę w Ósmym, zapewne liczy, że ją przyjmą. – Śmiechem skwitowała osłupienie Gideon. – Podkładasz się, jak możesz, Głupeon. Jak zawsze.

* * *

Gideon nigdy wcześniej nie miała pękniętego serca. Nigdy nie udało się jej zajść na tyle daleko, by zdążyło pęknąć. Teraz klęczała na lądowisku, kolanami w żwirze, obejmując się mocno ramionami. Na powierzchni platformy pozostały tylko rozdmuchane kręgi, koliste wzory w kamykach, w miejscu, gdzie wylądował prom. Ogarnęło ją głębokie otępienie, przenikliwy chłód, całkowity bezwład. Serce w piersi pulsowało jednym wielkim żalem. Każde uderzenie zdawało się odmierzać przestrzeń pomiędzy bezczuciem a cierpieniem. Momentami była przytomna i wtedy wypełniał ją stłumiony żar, z tych, które nigdy nie buchają płomieniem, tylko wypalają, spopielają wszystko od środka. Przez resztę czasu czuła się zupełnie, jakby była całkiem gdzie indziej.

Stojąca za jej plecami Pani Dziewiątego obserwowała ją bez satysfakcji.

– O twoim planie dowiedziałam się dopiero w zeszłym tygodniu – przyznała.

Gideon milczała.

– Tydzień temu – ciągnęła Harrow. – A nie dowiedziałabym się wcale, gdyby nie to wezwanie od Cesarza. Zrobiłaś wszystko jak trzeba. Umyślny powiedział, że jeśli chcę napisać odpowiedź, mogę ją przesłać tym zamówionym już promem. Nie mogłaś tego przewidzieć. Mogłam ci zepsuć wszystko już wcześniej, ale postanowiłam nic nie robić do ostatniej chwili. Chciałam poczekać na… Ten moment, kiedy będziesz myślała, że ci się udało. Chciałam ci to odebrać.

– Dlaczego? – wykrztusiła z trudem Gideon.

Twarz Harrow wyglądała tak samo jak wtedy, gdy Gideon znalazła jej rodziców wiszących pod stropem celi. Martwa, biała i nieruchoma.

– Bo cię kurewsko nienawidzę – odpowiedziała Harrowhark. – Bez urazy.

MOŻE BYŁOBY lepiej, gdyby te wszystkie rozczarowania i nieszczęścia Gideon, wszystkie, od samych narodzin, skropliły się w tym momencie w katalizator – gdyby świeża, płomienna determinacja przerodziła się w tamtej ciemności w nową ambicję, jeszcze żywsze pragnienie wolności. Tak jednak się nie stało. Gideon wpadła w depresję. Leżała w celi, rozgrzebując swoje życie, jak nielubiane jedzenie na talerzu. Nie brała do ręki miecza. Nie robiła przebieżek wokół pól uprawnych, wyobrażając sobie, jak wyglądają dni rekrutów Kohorty. Ukradła skrzynkę pasty odżywczej dodawanej do kleików i zup, którymi karmiono wiernych Dziewiątego, i wyciskała ją sobie do ust, kiedy zgłodniała. Leżała na łóżku, gapiąc się w sufit, apatycznie przerzucając gazetki i robiąc przysiady, by zabić czas. Crux znów zapiął jej na kostce opaskę dozorującą, która grzechotała przy każdym ruchu. Gideon nie włączała nawet światła, smętnie pobrzękując nią po ciemku.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

PODZIĘKOWANIA

Dostępne w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Akt pierwszy

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Epilog

Podziękowania

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Dedykacja

Meritum publikacji

Spis treści