Gdzie Światło spotyka Mrok - Klimka Lena - ebook
NOWOŚĆ

Gdzie Światło spotyka Mrok ebook

Klimka Lena

4,2

12 osób interesuje się tą książką

Opis

Zbyt elficka w świecie Ludzi, zbyt ludzka w świecie Elfów, zbyt jasna w onyksowych murach stolicy Mrocznych Elfów. Taka jest Ava – główna bohaterka powieści „Gdzie Światło spotyka Mrok”.

Wyobraź sobie świat, którego równowaga opiera się na współistnieniu magii Światła i Mroku. W takim świecie osiemnastoletnia Ava, córka króla Ludzi, traci swoją pozycję na rzecz nowo narodzonego brata. Uwikłana w dworskie intrygi, zmuszona jest uciekać z pałacu.

Podczas ucieczki odkrywa, że jej przeznaczeniem jest odnaleźć legendarny Szafirowy Sztylet ukryty na odległej północy. W tej pełnej akcji podróży po krainach magii towarzyszyć jej będzie nieoczekiwany sojusznik – Mroczny Elf, równie irytujący, co fascynujący.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 314

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (44 oceny)
23
12
5
4
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
MBraun95

Nie oderwiesz się od lektury

Wciągająca
20
Aster22

Dobrze spędzony czas

Książka pozytywnie mnie zaskoczyła, fajna lektura na urlop. Dużo się dzieje. Czekam na kolejne części.
20
michalinagagajewska

Całkiem niezła

Dałam 3 gwiadki. Pomysł super, ale wykonanie raptowne, minimalne sceny 2 planu, ciągle tylko glowni bohaterowie, przez co masz wrazenie, ze nie ma tam nikogo procz Jej, Jego i tesciowej. Więcej nie napiszę, zeby nie zdradzać fabuły . Barzo dużo tu brakow w ogolnej fabule jak i dużej płytkosci w dialogach. Spokojnie ta część mogłaby miec 500 stron, Wszystko jak za pstryknięiem palca- jest bardzo źle ale nagle jest ratunek z opresji i juz jest milość przez wielkie M. Ale jest tez ndzieja na to,ze moze 2 tom bedzie bardziej opisowy . Nuc tu nie zadziwia. Nic nie szokuje a to,co powinno być zwrotem akcji jest niepłynnym i skróconym przejsciem do kolejnej sceny. To bardzo wkurzające, bo co chwile masz wrażenie, ze pomijasz wiele scen " pomiędzy" jednym a drugim zdarzeniem.
00
gosiaczek101

Nie oderwiesz się od lektury

Dawno nie czytałam tak świetnej książki . polecam 🙂
00



Co­py­ri­ght © Mag­da­le­na Klim­czyk, Kra­ków 2025

Re­ali­za­cja pro­jek­tu: Agen­cja wy­daw­ni­cza Od Sło­wa do Sło­wa, www.od­slo­wa­do.pl

Pro­jekt okład­ki: Ka­mil Po­tęgaRe­dak­cja: Mo­ni­ka Per­tek-Ko­prow­skaSkład i ła­ma­nie: To­masz Cho­jec­ki, Od Sło­wa do Sło­waAd­iu­sta­cja i ko­rek­ta: Syl­wia Cho­jec­ka, Od Sło­wa do Sło­waGra­fi­ki: ado­be.stock.com, fre­epik.com

ISBN ePub 978-83-974486-3-6ISBN Mobi 978-83-974486-2-9

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Nie­au­to­ry­zo­wa­ne roz­po­wszech­nia­nie ca­ło­ści lub frag­men­tu ni­niej­szej pu­bli­ka­cji w ja­kiej­kol­wiek po­sta­ci jest za­bro­nio­ne. Wy­ko­ny­wa­nie ko­pii me­to­dą kse­ro­gra­ficz­ną, fo­to­gra­ficz­ną, fo­no­gra­ficz­ną, a ta­kże ko­pio­wa­nie ksi­ążki na no­śni­ku fil­mo­wym, ma­gne­tycz­nym lub in­nym po­wo­du­je na­ru­sze­nie praw au­tor­skich ni­niej­szej pu­bli­ka­cji.

https://le­na­klim­ka.pl/

https://www.fa­ce­bo­ok.com/Le­na­Klim­ka

https://www.in­sta­gram.com/lena.klim­ka.of­fi­cial/

Ro­dzi­com

I Klątwa

„Klątwa ci­ąży na moim ojcu, nie na mnie…” – ta myśl, choć za­ska­ku­jąca w sy­tu­acji, gdy się ro­dzi nowe dziec­ko, była pierw­szą, któ­ra po­ja­wi­ła się w gło­wie osiem­na­sto­let­niej kró­lew­ny Avy. Ulga, jaką po­czu­ła, była tak obez­wład­nia­jąca, że pod dziew­czy­ną aż się ugi­ęły ko­la­na.

Dama dwo­ru, lady Ga­elia, spoj­rza­ła na Avę wspó­łczu­jąco. Na­ro­dzi­ny przy­rod­nie­go bra­ta ozna­cza­ły, że kró­lew­na wła­śnie utra­ci­ła pra­wo do tro­nu. Taka wie­ść może przy­pra­wić co wra­żliw­szą ko­bie­tę na­wet o omdle­nie. I choć Ga­elia wie­dzia­ła, że Ava nie na­le­ży do sła­bo­wi­tych, zda­wa­ła so­bie spra­wę z tego, jak wiel­ki to mu­siał być dla niej cios.

Tyle lat przy­ucza­ła się do roli kró­lo­wej w Kró­le­stwie Czer­wo­ne­go Kru­ka, szko­li­ła się w ety­kie­cie, hi­sto­rii świa­ta, dy­plo­ma­cji i sztu­kach wal­ki. I te­raz wszyst­ko prze­pa­dło!

– Prze­cież spo­dzie­wa­ły­śmy się, że two­ja ma­co­cha może uro­dzić syna… – przy­po­mnia­ła szep­tem lady Ga­elia. – Od daw­na przy­go­to­wy­wa­łam cię na ten mo­ment. Nie wol­no ci oka­zy­wać sła­bo­ści. Nie te­raz! Pa­mi­ętaj, że twój oj­ciec ma tu wszędzie szpie­gów! Nie mogą mu do­nie­ść o tym, że tak bar­dzo się zmar­twi­łaś!

Ava pod­nio­sła wzrok na nie­ofi­cjal­ną opie­kun­kę, a w jej zie­lo­nych oczach bły­snęło za­sko­cze­nie. Z bli­żej nie­zna­nych jej po­wo­dów wo­la­ła nie dzie­lić się z lady Ga­elią praw­dzi­wy­mi emo­cja­mi, któ­re wy­wo­ła­ła w niej wia­do­mo­ść o na­ro­dzi­nach bra­ta. Nie mia­ła prze­cież pod­staw, by jej nie ufać.

Była to od­da­na przy­ja­ció­łka i pierw­sza dama dwo­ru jej mat­ki. Choć słu­ży­ła te­raz no­wej kró­lo­wej, po­czu­wa­ła się do opie­ki nad sie­ro­tą. Pro­wa­dzi­ła ją tak, jak praw­do­po­dob­nie wy­cho­wy­wa­ła­by ją wła­sna mat­ka. W tro­sce o ży­cie Avy lady Ga­elia uzna­ła za słusz­ne jak naj­szyb­sze prze­ka­za­nie no­wi­ny o na­ro­dzi­nach bra­ta, któ­re­go po­ja­wie­nie się wła­śnie unie­wa­żni­ło po­li­sę bez­pie­cze­ństwa mło­dej kró­lew­ny.

Naj­istot­niej­szym szcze­gó­łem, na któ­ry Ava zwró­ci­ła uwa­gę, były uszy nowo na­ro­dzo­ne­go. Rów­nie szpi­cza­ste jak jej wła­sne. Całe ży­cie mu­sia­ła je ukry­wać pod nie­ty­po­wą jak na dwór kró­lew­ski fry­zu­rą. Jej ja­sno­blond wło­sy nie były upi­na­ne zgod­nie z uzna­nym ka­no­nem mody – nad usza­mi, by spły­wać ka­ska­dą na ra­mio­na. Zmu­szo­na była za­pla­tać lu­źny kok lub war­kocz tak, by szpi­cza­ste za­ko­ńcze­nie uszu było za­wsze przy­kry­te.

Te uszy były jej zmo­rą przez osiem­na­ście lat. To przez nie oj­ciec nie mógł znie­ść wi­do­ku cór­ki. To przez nie jej uko­cha­na mat­ka stra­ci­ła ży­cie… Oczy­wi­ście nikt nie udo­wod­nił zwi­ąz­ku po­mi­ędzy plot­ka­mi o nie­ślub­nym po­cho­dze­niu na­stęp­czy­ni tro­nu a śmier­cią kró­lo­wej Ma­eve. Król Ta­ma­in za­dbał o za­tu­szo­wa­nie tej zbrod­ni. Jed­nak Ava do­my­śli­ła się praw­dy. Czu­ła ją całą sobą. Nie umia­ła tego wy­tłu­ma­czyć. Nie uda­ło jej się też zna­le­źć żad­nych do­wo­dów. Na­wet lady Ga­elia nie wie­rzy­ła w te do­my­sły i wprost ostrze­ga­ła pod­opiecz­ną, że to nie­roz­sąd­ne ob­no­sić się z ta­ki­mi po­dej­rze­nia­mi – szcze­gól­nie wo­bec kró­la.

Dla­te­go też Ava sie­dzia­ła ci­cho, choć była to dla niej wy­jąt­ko­wo przy­kra lek­cja dy­plo­ma­cji. Kie­dy ma się sze­ść lat, trud­no za­pa­no­wać nad na­tu­ral­ną ten­den­cją do podąża­nia ście­żką do­bra i praw­dy. Dwa­na­ście lat pó­źniej co naj­wy­żej mo­gła się uśmiech­nąć z po­li­to­wa­niem nad swo­ją na­iw­no­ścią. Dwór to nie miej­sce dla uczci­wych Lu­dzi. Te­raz już to wie­dzia­ła.

– Prze­każ, pro­szę, Jej Kró­lew­skiej Mo­ści moje naj­szczer­sze gra­tu­la­cje – oznaj­mi­ła ofi­cjal­nie Ava, od­po­wied­nio gło­śno, by słu­żący pod­słu­chu­jący pod drzwia­mi mo­gli za­nie­ść te sło­wa bez­po­śred­nio do kró­la. – Bar­dzo mnie cie­szy, że bo­go­wie po­bło­go­sła­wi­li mo­ich wspa­nia­łych ro­dzi­ców po­tom­kiem płci męskiej!

Lady Ga­elia prze­wró­ci­ła wy­mow­nie ocza­mi, da­jąc znać kró­lew­nie, że prze­sa­dzi­ła. Ta tyl­ko wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. Było jej wszyst­ko jed­no. Oj­ciec i tak nie uwie­rzy w ani jed­no jej sło­wo. Oby słu­żący, któ­ry za­nie­sie mu te pod­słu­cha­ne bred­nie, za­cho­wał swą gło­wę…

– Oczy­wi­ście, że prze­ka­żę! – Dama dwo­ru ukło­ni­ła się i już-już mia­ła ru­szyć w stro­nę drzwi, kie­dy za­wa­ha­ła się i zer­k­nęła z nie­po­ko­jem na kró­lew­nę.

– Coś jesz­cze, lady Ga­elio? – Ava po­de­rwa­ła gło­wę za­in­try­go­wa­na.

– My­ślę, że będę mia­ła dla cie­bie pre­zent z oka­zji na­ro­dzin bra­ta…

– Och… – Nie wie­dzia­ła, jak za­re­ago­wać na tę dzi­wacz­ną obiet­ni­cę. – Do­praw­dy nie po­trze­bu­ję żad­ne­go…

– Tego aku­rat będziesz po­trze­bo­wać – szep­nęła lady Ga­elia, a po­tem opu­ści­ła kom­na­tę kró­lew­ny.

Ava wresz­cie zo­sta­ła sama. Wsta­ła z szez­lon­gu, na któ­rym przy­sia­dła po wy­słu­cha­niu wie­ści przy­nie­sio­nych przez damę dwo­ru. Od­ru­cho­wo wy­gła­dzi­ła je­dwab­ną suk­nię, mimo że mia­ła ocho­tę ro­ze­drzeć to pa­skudz­two na tyle nie­szczęśli­wie, żeby mo­żna było je wy­rzu­cić. Nie zno­si­ła ró­żo­we­go ko­lo­ru, ale król na­wet w za­kre­sie gar­de­ro­by swo­jej cór­ki mu­siał mieć ostat­nie sło­wo. Upa­rł się ubie­rać ją w ró­żo­we je­dwa­bie, choć ona naj­le­piej czu­ła się w zie­le­ni i brązach. Kie­dy od­wa­ży­ła się o tym po­wie­dzieć, oj­ciec wpa­dł w taką fu­rię, że nie­wie­le bra­ko­wa­ło, a ude­rzy­łby ją przy dwo­rza­nach!

Ubie­ra­ła się więc w ró­żo­we je­dwa­bie, nie zno­sząc ich ka­żdą ko­mór­ką cia­ła. Tyl­ko pod­czas na­uki sztuk wal­ki wręcz i fech­tun­ku po­zwo­lo­no jej no­sić ulu­bio­ne bar­wy. Sir Le­onàrch po­tra­fił wy­ko­rzy­stać swo­ją po­zy­cję na dwo­rze i uzy­skać ak­cep­ta­cję kró­la co do nie­ty­po­we­go stro­ju na­stęp­czy­ni tro­nu. Wszak cho­dzi­ło o wy­szko­le­nie jej na wo­jow­nicz­kę, a do tego mu­sia­ła czuć się swo­bod­nie pod­czas lek­cji.

Ach, za­tęsk­ni­ła do za­jęć szer­mier­ki. Po­trze­bo­wa­ła spo­żyt­ko­wać gdzieś na­gro­ma­dzo­ną ener­gię, wy­bie­gać fru­stra­cję i po pro­stu wy­jść z tych czte­rech ścian! Ale nie wy­pa­da­ło. Mia­ła spa­ce­ro­wać po kom­na­cie i za­czy­ty­wać się po­ezją! Ewen­tu­al­nie wy­pa­da­ło po­dzi­wiać wi­do­ki roz­po­ście­ra­jące się z jej okna… Och, co za nudy!

Wy­szła na nie­wiel­ki ta­ras przy­le­ga­jący do jej kom­na­ty. Nic no­we­go. Drze­wa po­ra­sta­jące od­le­głe wzgó­rza były do­kład­nie ta­kie same jak za­wsze. Żeby cho­ciaż zmie­nia­ły ko­lo­ry wraz z na­stęp­stwem pór roku! Ale nie. To mu­sia­ły być wiecz­nie zie­lo­ne drze­wa ro­snące w pusz­czy Kró­le­stwa El­fów. Tym to się zie­leń ni­g­dy nie znu­dzi… Ko­cha­ła ten ko­lor po­dob­nie jak i oni – za­pew­ne w ge­nach otrzy­ma­ła nie tyl­ko el­fie uszy, ale i za­mi­ło­wa­nie do przy­ro­dy i zie­le­ni – po­trze­bo­wa­ła jed­nak ja­kie­goś uroz­ma­ice­nia w swo­jej jed­no­staj­nej eg­zy­sten­cji.

Wes­tchnęła i po­gła­dzi­ła kie­szeń suk­ni. Był to je­den z nie­licz­nych prze­ja­wów bun­tu, na ja­kie po­zwa­la­ła so­bie kró­lew­na. Prze­my­ci­ła ten po­my­sł pod­czas pro­jek­to­wa­nia naj­now­szej gar­de­ro­by. I choć na­dwor­na kraw­co­wa nie chcia­ła po­cząt­ko­wo my­śleć o tak jaw­nym zła­ma­niu kró­lew­skich roz­ka­zów, osta­tecz­nie ule­gła na­mo­wom dziew­czy­ny. Ava mo­gła so­bie po­gra­tu­lo­wać ta­len­tu per­swa­zji – naj­wy­ra­źniej lek­cje dy­plo­ma­cji się opła­ci­ły!

Tro­chę się na­tru­dzi­ły z kraw­co­wą, by kie­szeń spe­łnia­ła funk­cję kry­jów­ki dla nie­wiel­kie­go szty­le­tu, któ­ry kró­lew­na chcia­ła mieć za­wsze przy so­bie. Je­dwab był zbyt de­li­kat­nym ma­te­ria­łem i ostrze zdra­dza­ło się przy naj­mniej­szym na­wet ru­chu. Wresz­cie szwacz­ka za­pro­po­no­wa­ła zdo­bie­nie brze­gów suk­ni tra­dy­cyj­nym wzo­rem, co po­zwo­li­ło na uży­cie sztyw­niej­szych szwów i ukry­cie kie­sze­ni. Król prze­łk­nął tę zmia­nę bez mru­gni­ęcia okiem, zu­pe­łnie jak­by od mo­men­tu, w któ­rym jego dru­ga żona za­szła w ci­ążę, było mu wszyst­ko jed­no, w co ubra­na była jego cór­ka. Pod wa­run­kiem że nie było to nic zie­lo­ne­go.

Do­tkni­ęcie ręko­je­ści szty­le­tu dzia­ła­ło na Avę jak za­klęcie. Na­tych­miast od­zy­ski­wa­ła spo­kój i po­czu­cie bez­pie­cze­ństwa. Broń była mi­zer­nych roz­mia­rów, ale ma­te­riał suk­ni nie po­zwa­lał na scho­wa­nie cze­go­kol­wiek wi­ęk­sze­go. Kró­lew­na po­cie­sza­ła się my­ślą, że w zwin­nych rękach na­wet mały no­żyk mó­głby wy­rządzić duże szko­dy. A sam sir Le­onàrch nie­raz przy­zna­wał, że nie miał jesz­cze ucznia z ta­kim ta­len­tem do szty­le­tów.

Ava po­now­nie wes­tchnęła i spoj­rza­ła wy­mow­nie na za­le­sio­ne wzgó­rza. Te na da­le­kiej pó­łno­cy wy­da­wa­ły się wręcz czar­ne – rów­nie ciem­ne jak Mrocz­ne Elfy za­miesz­ku­jące tam­te te­re­ny. Nie było to miej­sce, o któ­rym mó­wio­no zbyt wie­le w Ta­mun­ste­rze, sto­li­cy Kró­le­stwa Lu­dzi. Roz­pra­wia­nie o tych skry­to­bój­cach i tru­ci­cie­lach po­strze­ga­ne było na dwo­rze kró­la Ta­ma­ina jako coś w wy­jąt­ko­wo złym gu­ście. O sąsia­dach z Wiecz­nej Pusz­czy też nie wspo­mi­na­no – głów­nie ze względu na zdra­dę, któ­rej po­dob­no do­pu­ści­ła się kró­lo­wa Ma­eve. Co po­wie­dzą te­raz o kró­lo­wej La­en­ne? Czy ona też po­wi­ła nie­ślub­ne dziec­ko? Czy­żby na dwo­rze ukry­wał się ja­kiś Elf, któ­ry uwo­dzi ko­lej­ne żony kró­la? Czy może to z kró­lem było coś nie tak?

Ava, jak przy­sta­ło na wy­rod­ną cór­kę, skła­nia­ła się ku tej dru­giej teo­rii.

II Wy­rok

– Jego Kró­lew­ska Mość pro­si Wa­szą Kró­lew­ską Wy­so­ko­ść do sali tro­no­wej – oznaj­mił su­chym to­nem szam­be­lan kró­la Ta­ma­ina.

Prze­ma­wiał jak za­wsze z wzro­kiem utkwio­nym gdzieś w oko­li­cy pod­su­fi­to­wych stiu­ków. Ava stłu­mi­ła wes­tchnie­nie iry­ta­cji. Nie lu­bi­ła szam­be­la­na, któ­ry ko­ja­rzył się jej z bez­wol­ną ku­kie­łką. Wład­ca roz­ka­że, śle­py słu­ga wy­ko­na bez­re­flek­syj­nie. Kie­dy przy­ucza­no ją do roli przy­szłej kró­lo­wej, po­wta­rza­no jej, że o ta­kich słu­żących trze­ba dbać naj­bar­dziej. Pod­da­wa­nie Lu­dzi tre­su­rze wy­da­wa­ło się kró­lew­nie mało szla­chet­ne i nie wy­obra­ża­ła so­bie rządze­nia kra­jem w oto­cze­niu ta­kich bez­wol­nych stwo­rzeń. Te­raz jed­nak to i tak nie był jej pro­blem. Już nie była na­stęp­czy­nią tro­nu.

Pro­śba ojca o spo­tka­nie była tak na­praw­dę roz­ka­zem. Ava nie mo­gła od­mó­wić uda­nia się na au­dien­cję. Cza­sa­mi mia­ła wra­że­nie, że z obo­wi­ąz­ku nie zwol­ni­ła­by jej na­wet ci­ężka cho­ro­ba. Może śmie­rć… Oj­ciec nie mó­głby jej za­bić po raz dru­gi.

Kró­lew­na wy­gła­dzi­ła suk­nię, de­li­kat­nie spraw­dza­jąc po­ło­że­nie szwów i ukry­te­go szty­le­tu, a na­stęp­nie ru­szy­ła za szam­be­la­nem. Cze­kał ich dłu­gi spa­cer. Kom­na­ty Avy znaj­do­wa­ły się na dru­gim pi­ętrze – we wschod­nim skrzy­dle pa­ła­cu, do­bu­do­wa­nym przez ojca kró­la Ta­ma­ina, by wła­śnie tam przy­szły król urządził apar­ta­men­ty dla nowo za­ło­żo­nej ro­dzi­ny. Tyle że Ta­ma­in ni­g­dy nie za­miesz­kał w tej części pa­ła­cu. Jego oj­ciec uma­rł, za­nim kró­lo­wa Ma­eve zdąży­ła spla­mić ho­nor swe­go męża. Po na­ro­dzi­nach Avy kró­lo­wa z dziec­kiem za­miesz­ka­ła we wschod­nim skrzy­dle, wład­ca zaś po­zo­stał w apar­ta­men­tach w skrzy­dle za­chod­nim – byle da­lej od wia­ro­łom­nej żony.

Sala tro­no­wa znaj­do­wa­ła się w części cen­tral­nej. Ava mia­ła po­li­czo­ny ka­żdy krok mi­ędzy swo­ją kom­na­tą a miej­scem, w któ­rym naj­częściej prze­by­wał jej oj­ciec. Ile­kroć była wzy­wa­na przed jego ob­li­cze, cze­ka­ło ją ła­ja­nie lub li­sta no­wych obo­wi­ąz­ków. Spa­cer trak­to­wa­ła jako oka­zję do szyb­kie­go prze­ana­li­zo­wa­nia ostat­nich wy­bry­ków i przy­go­to­wa­nia ewen­tu­al­nej li­nii obro­ny.

Dzi­siaj nie wie­dzia­ła, cze­go się spo­dzie­wać. Od rana przy­szło jej do gło­wy co naj­mniej dzie­si­ęć spo­so­bów, na któ­re oj­ciec będzie pró­bo­wał po­zbyć się jej z pa­ła­cu. Naj­bar­dziej praw­do­po­dob­ne były ry­chłe za­mążpó­jście lub skry­to­bój­stwo. Z dwoj­ga złe­go wo­la­ła tru­ci­znę albo cios w ple­cy… Król ze swo­im upodo­ba­niem do sa­dy­zmu za­pew­ne już wy­brał ja­kie­goś sta­re­go zgre­da na jej męża i usta­lił na­wet datę ślu­bu! Aż się wzdry­gnęła z obrzy­dze­nia!

Ta­ma­in cze­kał na nią przed we­jściem do sali tro­no­wej. Za­sko­czy­ło ją to. Za­zwy­czaj sie­dział na tro­nie i przyj­mo­wał ją na au­dien­cji, jak­by była jed­ną z jego licz­nych pod­da­nych. Zmru­żył oczy na jej wi­dok. Wy­ra­źniej nie mógł oka­zać, jak bar­dzo jej nie­na­wi­dził! Czu­ły oj­czu­lek… „O bo­go­wie! Gdzie­ście byli, jak mi da­wa­li­ście te cho­ler­ne el­fie uszy!” Bóg Ognia, Fou, zna­ny był ze swo­je­go po­czu­cia hu­mo­ru, ale z tym żar­tem tro­chę go po­nio­sło.

– Przej­dźmy się! – rzu­cił król oschle w stro­nę cór­ki. Ob­rzu­cił ją szyb­kim spoj­rze­niem, ale nie do­strze­głszy prze­ja­wów jej el­fie­go po­cho­dze­nia, wró­cił do osten­ta­cyj­ne­go igno­ro­wa­nia jej wi­do­ku.

Ru­szył w stro­nę drzwi pro­wa­dzących do ogro­dów. „Ach, czy­li jed­nak cios w ple­cy…” – prze­mknęło Avie przez myśl. „I do­brze. Nie lu­bię żyć w nie­pew­no­ści…”

– Chcę, żeby była ja­sno­ść! – ode­zwał się Ta­ma­in po dłu­ższej chwi­li spa­ce­ro­wa­nia w ide­al­nej ci­szy. – Na­ro­dzi­ny mo­je­go syna nie zmie­nia­ją two­jej po­zy­cji jako mo­jej pier­wo­rod­nej cór­ki.

To było coś no­we­go! Przez całe ży­cie da­wał jej do zro­zu­mie­nia, że może so­bie być cór­ką kró­lo­wej, ale on do tego ręki nie przy­ło­żył. Kie­dyś lady Ga­elia za­su­ge­ro­wa­ła w roz­mo­wie, że brał na­wet pod uwa­gę ode­bra­nie jej ty­tu­łu kró­lew­skie­go po­tom­ka i nada­nie sta­tu­su ksi­ężnicz­ki. Ta znie­wa­ga bo­la­ła Avę do dzi­siaj. Nie wie­rzy­ła, że mat­ka mo­gła do­pu­ścić się zdra­dy. Przez dwa­na­ście lat jej ob­raz moc­no się za­ta­rł w jej pa­mi­ęci, ale po­zo­sta­ły frag­men­ty emo­cji, kom­bi­na­cja za­pa­chów, szmer gło­su… Mat­ka była do­brym czło­wie­kiem i z pew­no­ścią po­zo­sta­ła wier­na mężo­wi do ko­ńca. Czy­żby szpi­cza­ste uszy ko­lej­ne­go po­tom­ka wresz­cie otwo­rzy­ły kró­lo­wi oczy?

– Nie­mniej… – kon­ty­nu­ował Ta­ma­in, a cór­ka w ostat­niej chwi­li po­wstrzy­ma­ła się od po­kręce­nia gło­wą z roz­cza­ro­wa­niem: „A jed­nak! Wilk zmie­nia skó­rę, lecz nie oby­cza­je”. – Uczo­no cię, więc za­kła­dam, że wiesz, iż tron w pierw­szej ko­lej­no­ści prze­cho­dzi na po­tom­ka płci męskiej. To ozna­cza, że Ta­ma­el na­był pierw­sze­ństwo przed tobą.

Ava kiw­nęła gło­wą, na wy­pa­dek gdy­by oj­ciec stwier­dził, że brak przy­tak­ni­ęcia świad­czy o jej głu­po­cie albo nie­uwa­dze pod­czas lek­cji he­ral­dy­ki i hi­sto­rii. Na­dal nie wie­dzia­ła, do­kąd zmie­rza ta roz­mo­wa. Na wszel­ki wy­pa­dek za­cho­wy­wa­ła więc da­le­ce po­su­ni­ętą ostro­żno­ść.

– Do­pó­ki jed­nak mój syn – pod­kre­ślił „mój” tak wy­ra­źnie, że cór­ka mia­ła ocho­tę krzyk­nąć: „Czy­żby jego uszy nie były rów­nie szpi­cza­ste jak moje?!” – nie osi­ągnie wie­ku od­po­wied­nie­go do roz­po­częcia nauk, po­zo­sta­jesz głów­ną in­fant­ką. Ro­zu­mie­my się?

– Tak, Wa­sza Kró­lew­ska Mość. – Kiw­nęła gło­wą tak, jak ją uczo­no.

– Oj­cze! – po­pra­wił ją cierp­kim to­nem.

– Oj­cze – po­wtó­rzy­ła po­kor­nie, zdu­mio­na tą zmia­ną. Do tej pory nie po­zwa­lał tak się ty­tu­ło­wać.

– Do­sko­na­le! – Roz­po­go­dził się. – Cie­szę się, że do­szli­śmy do po­ro­zu­mie­nia. Twój plan za­jęć nie ule­gnie za­sad­ni­czej zmia­nie. Jak ro­zu­miem, na­dal chcesz roz­wi­jać swój ta­lent wal­ki.

– Tak, o… oj­cze… – Za­sta­na­wia­ła się przez chwi­lę, nie­pew­na, czy na­dal obo­wi­ązy­wa­ło przy­zwo­le­nie na zwra­ca­nie się do nie­go w ten spo­sób.

– Do­sko­na­le! – po­wtó­rzył. – Sir Le­onàrch bar­dzo cię chwa­lił za po­stępy. Po­dob­no opa­no­wa­łaś już szer­mier­kę, szty­le­ty oraz wal­kę wręcz?

– Wkrót­ce mamy prze­jść do noży – wy­ja­śni­ła, choć wie­dzia­ła, że król z pew­no­ścią już zo­stał o tym po­in­for­mo­wa­ny.

– Noże… To taka mało sub­tel­na dzie­dzi­na wal­ki. Ale ja­kże przy­dat­na. Ja­kże przy­dat­na… – mruk­nął bar­dziej do sie­bie niż do niej. – Cóż… Dzi­ęku­ję ci, cór­ko, za wspól­ny spa­cer. Mam na­dzie­ję, że na­sza po­ga­węd­ka była dla cie­bie rów­nie mi­łym do­świad­cze­niem jak dla mnie.

– Oczy­wi­ście, oj­cze – od­pa­rła po­wści­ągli­wie, na co on ukło­nił się z uzna­niem.

Wy­trąci­ło ją to z rów­no­wa­gi. Za­cho­wy­wał się, jak­by go pod­mie­nio­no. Nie­mo­żli­we, żeby zmie­nił się w ci­ągu jed­nej chwi­li tyl­ko dla­te­go, że uro­dził mu się syn. Z el­fi­mi usza­mi. Ava nie zro­zu­mia­ła z tej po­ga­węd­ki zu­pe­łnie nic – ani jej celu, ani tego, co się w niej tak po­do­ba­ło jej ojcu. „Miłe do­świad­cze­nie”. Co to mia­ło zna­czyć?! Od kie­dy król Ta­ma­in po­tra­fił mieć miłe do­świad­cze­nia?!

Ana­li­zo­wa­ła prze­bieg tej roz­mo­wy w cza­sie po­wro­tu do swo­jej kom­na­ty. Ale sko­ńczo­na licz­ba kro­ków nie wy­star­czy­ła, by Ava do­szła do ja­kich­kol­wiek wnio­sków. Od­po­wie­dź na te wąt­pli­wo­ści znaj­do­wa­ła się we­wnątrz jej apar­ta­men­tu.

Na szez­lon­gu sie­dzia­ła lady Ga­elia z nie­wiel­kim brązo­wym pu­dlem w ob­jęciach. Na py­ta­jące spoj­rze­nie kró­lew­ny ge­stem na­ka­za­ła za­mkni­ęcie drzwi, po czym oznaj­mi­ła dra­ma­tycz­nym szep­tem:

– Wy­dał na cie­bie wy­rok śmier­ci…

III Tru­ci­zny

Ava zszo­ko­wa­na wpa­try­wa­ła się w damę dwo­ru.

– Nie­mo­żli­we! – wy­krztu­si­ła wresz­cie. – Przed chwi­lą za­pew­niał mnie, że wszyst­ko zo­sta­je po sta­re­mu, do­pó­ki Ta­ma­el nie do­ro­śnie!

– A po­tem co? Wyda cię za mąż? Taką pod­sta­rza­łą pan­ni­cę? – Lady Ga­elia się za­śmia­ła. – Chy­ba nie je­steś tak na­iw­na, żeby sądzić, że król pla­nu­je wspól­ną przy­szło­ść ca­łej wa­szej szczęśli­wej ro­dzi­ny!

„Oczy­wi­ście, że nie!” – Ava to mia­ła na ko­ńcu języ­ka, ale po­wstrzy­ma­ła ją ja­kaś we­wnętrz­na siła. Nie za­le­ża­ło jej na prze­ko­ny­wa­niu ko­go­kol­wiek o stop­niu wła­snej na­iw­no­ści. Dwór nie był miej­scem dla uczci­wych Lu­dzi – tę bo­le­sną praw­dę po­wta­rza­ła so­bie co­dzien­nie i za­mie­rza­ła się jej trzy­mać do ko­ńca. Na­wet je­śli roz­mów­czy­nią była naj­bli­ższa przy­ja­ció­łka jej mat­ki.

– Król wie, że twój ta­lent wal­ki jest wy­jąt­ko­wy. Ra­czej nie zle­ci za­bój­stwa…

– Skąd to wszyst­ko wiesz? – wy­rwa­ło się Avie.

– Mam swo­je źró­dła. Kie­dy będziesz prze­by­wać na dwo­rze tyle lat co ja, będziesz wie­dzia­ła, gdzie szu­kać in­for­ma­cji.

– Z two­ich wie­ści wy­ni­ka, że ra­czej nie po­ży­ję wy­star­cza­jąco dłu­go – sko­men­to­wa­ła kwa­śno kró­lew­na, ale lady Ga­elia zi­gno­ro­wa­ła te sło­wa.

– Bar­dziej praw­do­po­dob­ne jest sys­te­ma­tycz­ne pod­tru­wa­nie. Nie uchro­nię cię przez tru­ci­zna­mi pod­czas wspól­nych po­si­łków, ale póki ja­dasz sama w swo­jej kom­na­cie, mo­że­my spró­bo­wać. Jeść i pić prze­cież mu­sisz!

– Wy­na­la­złaś de­tek­tor tru­cizn?

– Pra­wie…

– Nie wie­rzę! Coś ta­kie­go nie ist­nie­je! Już prędzej od­trut­ka…

– I będziesz cho­dzi­ła z ku­fer­kiem elik­si­rów i ły­ka­ła je wszyst­kie? Wierz mi, taka ich ilo­ść może za­bić, za­miast po­móc.

– Więc co?

– Mój pre­zent dla cie­bie z oka­zji na­ro­dzin bra­ta. Ten oto pies.

– Pies… – Ava utkwi­ła iro­nicz­ne spoj­rze­nie w da­mie dwo­ru. – Se­rio?

– Żywy de­tek­tor na tru­ci­zny.

– Wszyst­kie?

– Wszyst­kie mi zna­ne.

– Tru­łaś go, żeby go wy­tre­so­wać?

– Nie prze­ży­łby tego! Nie bądź głu­pia! Nie two­ja spra­wa, jak go wy­tre­so­wa­łam. Zo­sta­wiam ci go. Po­wi­nien wy­czuć tru­ci­znę w two­im je­dze­niu i pi­ciu.

– I co wte­dy? Mam nie jeść?

– Zja­daj to, co bez­piecz­ne. Nie za­tru­ją ca­łej po­tra­wy. Ra­czej będą pod­tru­wać cię ma­ły­mi daw­ka­mi, że­byś stop­nio­wo za­pa­da­ła na zdro­wiu. Po­tem roz­pusz­czą plot­kę o ja­kie­jś ta­jem­ni­czej za­ra­zie. Nikt nie po­łączy tych fak­tów.

– Zu­pe­łnie jak…

– Nie ko­ńcz! – ostrze­gła lady Ga­elia. – Sama do­brze wiesz, że nie było żad­nych do­wo­dów. Nie po­zwo­lę, żeby to się po­wtó­rzy­ło!

Ava mil­cza­ła przez dłu­ższą chwi­lę. Mu­sia­ła prze­tra­wić naj­now­sze od­kry­cie, że opie­kun­ka po­dzie­la­ła jej po­dej­rze­nia co do za­bój­stwa mat­ki. Dla­cze­go ni­g­dy wcze­śniej nie przy­zna­ła jej ra­cji? Czy­żby udo­wod­nie­nie praw­dy było aż tak nie­bez­piecz­ne?

– Ykhm… – od­chrząk­nęła wresz­cie i po­sta­no­wi­ła zmie­nić te­mat: – Jak wabi się ten psiak?

– Mo­żesz go na­zwać, jak ze­chcesz.

– Je­śli go tre­so­wa­łaś, to za­pew­ne już jest przy­zwy­cza­jo­ny do ja­kie­goś imie­nia – stwier­dzi­ła Ava zdu­mio­na uni­kiem lady Ga­elii. – Nie będzie pro­ściej?

– Wo­ła­łam na nie­go po pro­stu „pie­sku”.

„Jak ory­gi­nal­nie…” – sko­men­to­wa­ła w my­ślach dziew­czy­na, ale się nie ode­zwa­ła. To była jed­na z ta­kich sy­tu­acji, kie­dy mil­cze­nie po­pła­ca. Na wszel­ki wy­pa­dek nie drąży­ła kwe­stii imie­nia zwie­rza­ka. Le­piej było przy­stać na oso­bli­wy plan damy dwo­ru.

– No do­brze… – Wes­tchnęła. – Spró­bu­ję z tym two­im wy­kry­wa­czem. Czy ni­ko­go nie zdzi­wi, że na­gle za­czy­nam ob­no­sić się z ja­ki­mś fu­trza­kiem?

– Je­steś cór­ką kró­la. Mo­żesz mieć ka­pry­sy… – Lady Ga­elia się uśmiech­nęła.

– Fak­tycz­nie… – od­pa­rła Ava z prze­kąsem. – Do tej pory nie mie­wa­łam żad­nych.

– Poza nie­by­wa­łym upo­rem ubie­ra­nia się w spodnie!

– Jak we­dług cie­bie mia­ła­bym uczyć się wal­czyć w tych cho­ler­nych je­dwa­biach?!

– Wy­ra­żaj się! – syk­nęła ostrze­gaw­czo opie­kun­ka. – Wa­szej Wy­so­ko­ści nie wy­pa­da uży­wać wul­ga­ry­zmów!

– Na­wet we wła­snej kom­na­cie?

– Zwłasz­cza we wła­snej kom­na­cie! W tym pa­ła­cu nie ma miej­sca, w któ­rym mo­żesz so­bie po­zwo­lić na swo­bo­dę.

– Nie mo­żna się pil­no­wać na ka­żdym kro­ku!

– Ty mu­sisz! Nie wol­no ci opu­ścić gar­dy choć na chwi­lę! Po­zo­stań czuj­na!

Ava prze­wró­ci­ła ocza­mi. Tak często słu­cha­ła ta­kich prze­stróg, że za­czy­na­ło się to ro­bić nud­ne. „Po­zo­stań czuj­na, po­zo­stań czuj­na…” Osza­leć mo­żna! My­śla­łby kto, że za ka­żdym ro­giem czai się skry­to­bój­ca! Nic dziw­ne­go, że wła­sny oj­ciec jawi się jej jako sa­dy­sta pla­nu­jący mor­der­stwo!

– Obie­cu­ję, że będę ostro­żna – stwier­dzi­ła wresz­cie ugo­do­wo. – A te­raz po­wiedz mi, co mam zro­bić z tym psem.

Zer­k­nęła na pu­dla, któ­ry le­żał na dy­wa­ni­ku przy ko­min­ku. Łeb zło­żył na przed­nich ła­pach i nie od­ry­wał wzro­ku od kró­lew­ny. Może to było tyl­ko złu­dze­nie, ale te oczy zda­wa­ły się pe­łne łez. Czy­żby ten pies na­wąchał się tylu tru­cizn, że wy­czu­wał ich opa­ry na­wet w tej kom­na­cie? Czy ist­nia­ły śmier­tel­ne elik­si­ry, któ­rych nie trze­ba było do­da­wać do po­traw, by uśmier­cić czło­wie­ka? Dla­cze­go uczo­no ją ety­kie­ty, dy­plo­ma­cji i ta­ńców dwor­skich, a nie prze­ka­za­no istot­nej wie­dzy o tru­ciz­nach?

„I za­klęciach…” – pod­po­wie­dział jej ci­chy gło­sik w gło­wie.

Ten te­mat był za­ka­za­ny w pa­ła­cu. Poza tym, od kie­dy od­kry­to w niej ta­lent wal­ki, ma­gia na­tych­miast zo­sta­ła wy­klu­czo­na z kręgów ja­kie­go­kol­wiek za­in­te­re­so­wa­nia. Bo­go­wie mo­gli ob­da­rzyć tyl­ko jed­nym wio­dącym ta­len­tem i była to albo wal­ka, albo ma­gia. Lu­dzie za­zwy­czaj otrzy­my­wa­li ten pierw­szy. Rzad­kie przy­pad­ki ta­len­tu ma­gicz­ne­go skut­ko­wa­ły usu­ni­ęciem ze spo­łecz­no­ści – taki wy­rzu­tek mu­siał szu­kać schro­nie­nia w sąsia­du­jącym Kró­le­stwie El­fów, któ­rzy spe­cja­li­zo­wa­li się w Ma­gii Ży­cia, zwa­nej też Ma­gią Świa­tła. Nie zna­czy­ło to wca­le, że nie ro­dzi­ły się Elfy z ta­len­tem wal­ki. Ava uczy­ła się o ich wy­bit­nych wo­jow­ni­kach. I mimo że ża­den nie po­tra­fił wów­czas opa­no­wać na­wet pod­staw Ma­gii Ży­cia, byli ce­nie­ni w swo­im kra­ju na rów­ni z El­fa­mi ob­da­rzo­ny­mi ta­len­tem ma­gicz­nym. Wi­dać Bo­gi­ni Aeve­réin, któ­rą czci­li, była bar­dziej niż bó­stwa Lu­dzi sko­ra do za­cho­wa­nia rów­no­wa­gi.

Nie­wie­le wia­do­mo było – przy­naj­mniej kró­lew­nie – o zdol­no­ściach Mrocz­nych El­fów. Jej na­uczy­cie­le uni­ka­li tego te­ma­tu jak ognia, za­sła­nia­jąc się zni­ko­mą po­trze­bą zdo­by­wa­nia wie­dzy o od­le­głej kra­inie od­mie­ńców. Po­wta­rza­li, że naj­pierw i tak trze­ba by prze­drzeć się przez Wiecz­ną Pusz­czę, któ­rej strze­gą Elfy – za­rów­no w jed­ną, jak i dru­gą stro­nę. To da­wa­ło Kró­le­stwu Lu­dzi po­czu­cie bez­pie­cze­ństwa za­pew­nio­ne­go przez bu­for w po­sta­ci bez­po­śred­nich sąsia­dów. We­dług Avy była to tyl­ko ułu­da. Wie­dza o wro­gu, na­wet tym od­da­lo­nym i nie­osi­ągal­nym, da­wa­ła­by praw­dzi­wą prze­wa­gę.

Jako że na­uczy­cie­le za­wie­dli ją w tym za­kre­sie, po­sta­no­wi­ła po­szu­kać in­for­ma­cji na wła­sną rękę. Na szczęście kró­lew­ska bi­blio­te­ka było bo­ga­to wy­po­sa­żo­na, kró­lew­na zaś spędza­ła tam tak wie­le cza­su, że ża­den z nie­od­stępu­jących jej szpie­gów nie wy­trzy­my­wał dłu­go prze­sia­dy­wa­nia w pó­łm­ro­ku w ca­łko­wi­tej ci­szy. Uwol­nio­na od to­wa­rzy­stwa nie­chcia­nych opie­ku­nów, si­ęga­ła po za­ka­za­ne ksi­ęgi. Do­wie­dzia­ła się z nich, że Mrocz­ne Elfy od­da­ją cze­ść sio­strze Aeve­réin – Da­oiréin, któ­ra była Bo­gi­nią Śmier­ci czy, jak kto woli, Mro­ku. Ich spe­cjal­no­ścią były wszel­kie­go ro­dza­ju elik­si­ry i tru­ci­zny. Częściej też ro­dzi­ły się tam dzie­ci z ta­len­tem ma­gicz­nym. Ale te z ta­len­tem wal­ki były rów­nie nie­bez­piecz­ne. To wła­śnie one sta­wa­ły się do­sko­na­ły­mi skry­to­bój­ca­mi.

Pew­ne­go dnia wszyst­kie ksi­ęgi o Mrocz­nych El­fach znik­nęły z bi­blio­te­ki i tym sa­mym Ava za­ko­ńczy­ła swo­ją edu­ka­cję na ten te­mat. Utwier­dzi­ła się w prze­ko­na­niu, że w pa­ła­cu ni­g­dy nie była ca­łkiem sama i ktoś od­krył jej lek­tu­rę uzu­pe­łnia­jącą.

W obec­nej sy­tu­acji zna­jo­mo­ść cho­ćby pod­sta­wo­wych tru­cizn i od­tru­tek by­ła­by bar­dziej niż przy­dat­na. Nie­ste­ty do tej wie­dzy nie zdąży­ła do­trzeć, za­nim ksi­ążki zo­sta­ły usu­ni­ęte. Mu­sia­ła po­le­gać na smut­nym pu­dlu, któ­re­go po­noć wy­tre­so­wa­ła lady Ga­elia. Cie­ka­we, jak to zro­bi­ła… Skąd wzi­ęła te wszyst­kie tru­ci­zny, żeby na­uczyć to bied­ne stwo­rze­nie je roz­ró­żniać? Nie po­do­ba­ło jej się to, ale ży­cie w pa­ła­cu na­uczy­ło ją bar­dzo wska­za­nej w tej sy­tu­acji umie­jęt­no­ści – cier­pli­wo­ści.

IV Pró­ba

„Będzie si­niak!” – po­my­śla­ła Ava, kie­dy po raz ko­lej­ny wy­lądo­wa­ła bio­drem na drew­nia­nej podło­dze. Sir Le­onàrch nie miał dzi­siaj dla niej li­to­ści. Nie, po­praw­ka! On ni­g­dy nie miał dla niej li­to­ści, ale dzi­siaj za­pla­no­wał wy­jąt­ko­wo uci­ążli­wy tre­ning. Kró­lew­na bie­ga­ła, wspi­na­ła się, wal­czy­ła wręcz i za po­mo­cą szty­le­tów… Dała się oba­lić raz, po­tem za­sko­czyć cio­sem znie­nac­ka, żeby na­stęp­nie paść na zie­mię pod­ci­ęta spryt­nie przez swo­je­go mi­strza.

– Je­steś bez for­my, Wa­sza Wy­so­ko­ść… – sko­men­to­wał bez­na­mi­ęt­nie sir Le­onàrch. – Mam za to wi­nić fi­zjo­lo­gię czy…?

– Jesz­cze cze­go! – wark­nęła i ze­rwa­ła się na rów­ne nogi. „Wstręt­ny mi­zo­gin!”

Na­uczy­ciel sztuk wal­ki uśmiech­nął się pod si­wie­jącym wąsem. Siła mo­ty­wa­cji u kró­lew­ny była wprost nie­spo­ty­ka­na! Wy­star­czy­ło ją zde­ner­wo­wać. A je­śli zna­ło się ją od­po­wied­nio dłu­go, wie­dzia­ło się, czym najła­twiej ją spro­wo­ko­wać.

– Dra­bin­ka! – rzu­cił i się od­su­nął.

Ava po­bie­gła do ścia­ny i za­częła się wspi­nać, jak­by ją go­ni­ło sta­do wy­głod­nia­łych wil­ków. Była już na dwóch trze­cich wy­so­ko­ści, kie­dy Le­onàrch prze­su­nął nie­wiel­ką dźwi­gnię u pod­sta­wy dra­bin­ki. Szcze­ble na­tych­miast scho­wa­ły się do bo­ków i kró­lew­na z krót­kim okrzy­kiem za­częła spa­dać. Wy­ci­ągnęła dłoń przed sie­bie i od­bi­ła się od po­wierzch­ni lek­ko w pra­wo. Zła­pa­ła za kon­struk­cję.

– Ty sta­ry, wred­ny… – wy­ce­dzi­ła ze zło­ścią. Nie­na­wi­dzi­ła, kie­dy to ro­bił!

– Góra, góra! Nie ga­da­my! – do­bie­gło ją z dołu. – Nie obi­jaj się.

Wy­krzy­wi­ła usta w gry­ma­sie i wspi­ęła się po palu. Zzia­ja­na, usia­dła z ulgą na pó­łce. Pot lał się po ple­cach, ręce się trzęsły. Do­brze cho­ciaż, że na tre­nin­gu mo­gła za­pla­tać wło­sy we­dle wła­snej wy­go­dy – w cia­sny war­kocz, bo jej do­zwo­lo­na co­dzien­na fry­zu­ra unie­mo­żli­wia­ła chło­dze­nie się skó­ry na szyi i gło­wie. Na­uczy­cie­la sztuk wal­ki nie in­te­re­so­wał sto­pień szpi­cza­sto­ści jej uszu, tyl­ko umie­jęt­no­ści wo­jen­ne.

– Nie ma od­po­czyn­ku! – krzyk­nął. – Dół! – Wska­zał wi­szącą nie­opo­dal linę.

– Chy­ba cię po­gi­ęło! – jęk­nęła. Nie czu­ła się na si­łach, żeby tam do­sko­czyć.

„Naj­wy­żej się za­bi­ję i będzie z gło­wy!” – po­my­śla­ła. Była już zmęczo­na tymi prze­ci­ąga­jący­mi się pod­cho­da­mi tru­ci­cie­li. Jej pu­del od paru ty­go­dni ob­wąchi­wał wszyst­kie prze­kąski, da­nia i na­po­je. Na wszyst­kie jej ulu­bio­ne przy­sma­ki ro­bił nie­szczęśli­wą minę i skom­lał ci­chut­ko. Zo­sta­wa­ły same świ­ństwa, za któ­ry­mi nie prze­pa­da­ła, ale coś jeść mu­sia­ła… Tyle że ja­dła mniej niż zwy­kle. Schu­dła nie­co, zbla­dła i osła­bła na tyle, że tre­ning z sir Le­onàr­chem zwy­czaj­nie ją wy­ka­ńczał.

Za­ci­snęła zęby i ze­rwa­ła się do sko­ku. Zła­pa­ła linę i zsu­nęła się na dół, a tam pa­dła bez ru­chu na podło­gę. „Szlag by to tra­fił – będzie ko­lej­ny si­niak!”

Sir Le­onàrch pod­sze­dł do uczen­ni­cy i wy­ci­ągnął do niej rękę. Sko­rzy­sta­ła z po­mo­cy i choć spo­dzie­wa­ła się, że za­raz zo­sta­nie za­ata­ko­wa­na, było jej już wszyst­ko jed­no. Tym­cza­sem na­uczy­ciel po­prze­stał na po­sta­wie­niu jej na nogi. Po­ło­żył obie dło­nie na jej ra­mio­nach i ob­rzu­cił ją uwa­żnym spoj­rze­niem, po czym wes­tchnął smut­no.

– Tak wie­lu rze­czy jesz­cze cię nie na­uczy­łem… 

– Mamy czas! – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

Sir Le­onàrch ni­g­dy nie zwra­cał się do niej w ten spo­sób. Ow­szem, chwa­lił ją, kie­dy coś osi­ągnęła albo go czy­mś za­sko­czy­ła. Naj­częściej zaś po­na­glał lub besz­tał. Albo wy­pro­wa­dzał ją z rów­no­wa­gi, żeby zmo­ty­wo­wać do wi­ęk­sze­go wy­si­łku.

Po­trząsnął gło­wą.

– Już się za­częło od­li­cza­nie. Mu­sisz po­le­gać na tym, co umiesz.

– Ja­kie od­li­cza­nie?

– Ro­bisz się co­raz słab­sza… – po­wie­dział ta­kim to­nem, jak­by to wszyst­ko tłu­ma­czy­ło.

Zro­zu­mia­ła. Miał na my­śli wpływ tru­cizn…

– Mu­sisz być go­to­wa – do­dał.

Wie­dzia­ła, że po­win­na za­dać na­iw­ne py­ta­nie: „Na co?”, ale nie chcia­ła ob­ra­żać in­te­li­gen­cji swo­je­go mi­strza. Ani wła­snej. Tyle lat tre­no­wa­li ra­zem, że nie trze­ba było wie­lu słów.

– Będę – obie­ca­ła.

– Świet­nie. Dzi­siaj sko­ńczy­my wcze­śniej… Po­win­naś od­po­cząć…

Zdzi­wi­ło ją to. Na tre­nin­gach wal­ki nie było ta­ry­fy ulgo­wej. Sir Le­onàrch nie od­pusz­czał, ona zaś da­wa­ła z sie­bie wszyst­ko. Nie tyl­ko dla­te­go, że chcia­ła udo­wod­nić – i so­bie, i jemu – że jest do­bra bez względu na płeć i po­zy­cję. Zwy­czaj­nie spra­wia­ło jej to fraj­dę.

Poza tym lu­bi­ła się zmęczyć. Po ci­ężkim tre­nin­gu wy­po­czy­wa­ło się wy­jąt­ko­wo przy­jem­nie. Kie­dy sir Le­onàrch dał jej wresz­cie sy­gnał, że lek­cja sko­ńczo­na, wy­bie­gła z sali ćwi­czeń pro­sto do swo­ich apar­ta­men­tów. Za­sta­na­wia­ła się, ja­kich olej­ków ete­rycz­nych za­ży­czy so­bie do kąpie­li re­ge­ne­ru­jącej. Za­zwy­czaj pro­si­ła o la­wen­do­wy, bo po­ma­gał zre­lak­so­wać się po wy­si­łku i wpły­wał ko­jąco na zbo­la­łe mi­ęśnie. Dzi­siaj jed­nak mia­ła nie­okre­ślo­ną ocho­tę na ole­jek ró­ża­ny. Dziw­ne…

Z im­pe­tem we­szła do swo­jej kom­na­ty. Chcia­ła za­or­dy­no­wać kąpiel jak naj­szyb­ciej, a słu­żące z pew­no­ścią jesz­cze się jej nie spo­dzie­wa­ły. Okro­jo­na die­ta moc­no wpły­nęła na wy­dol­no­ść jej or­ga­ni­zmu, więc po­trze­ba re­ge­ne­ra­cji była dość pa­ląca. Głos uwi­ązł jej w gar­dle, gdy tyl­ko prze­kro­czy­ła próg.

Na kre­mo­wym nie­gdyś dy­wa­ni­ku, tuż obok jej szez­lon­gu le­żał brązo­wy pu­del. A ra­czej to, co z nie­go zo­sta­ło po roz­pła­ta­niu go na pół. Podło­ga zaś za­la­na była krwią bied­ne­go zwie­rza­ka. Naj­wy­ra­źniej ktoś od­krył, do cze­go kró­lew­nie słu­żył nowy pu­pil…

Ava stłu­mi­ła szloch. Nie żeby zdąży­ła bar­dzo przy­wi­ązać się do „pie­ska”, któ­re­mu na­wet nie nada­ła imie­nia. Jed­nak fakt za­szlach­to­wa­nia go – i to jesz­cze na środ­ku jej po­ko­ju – wstrząsnął nią do głębi.

Ostro­żnie po­de­szła do łó­żka, sta­ra­jąc się sta­wiać sto­py z da­le­ka od ka­łu­ży krwi. Wpa­try­wa­ła się w tru­chło na dy­wa­ni­ku, mru­ga­jąc przy tym za­wzi­ęcie, żeby nie po­zwo­lić łzom ze­brać się w oczach i za­bu­rzyć jej wi­dze­nia.

Na łó­żku le­ża­ła nie­wiel­ka kart­ka zło­żo­na na pół. Drżącą ręką Ava si­ęgnęła po pa­pier. Za­nim prze­czy­ta­ła, co było tam na­pi­sa­ne, już wie­dzia­ła, że nie jest do­brze… Cha­rak­ter pi­sma wska­zy­wał na lady Ga­elię.

„Ucie­kaj!”

V Nie­spo­dzie­wa­ne

Pa­nicz­ny strach chwy­cił Avę za gar­dło. Nie mia­ła żad­ne­go pla­nu ani żad­nej in­struk­cji. Do­kąd niby mia­ła ucie­kać? Gdzie się ukryć? W pa­ła­cu zna­li ją wszy­scy! A poza lady Ga­elią i sir Le­onàr­chem wła­ści­wie ka­żdy mógł ją zdra­dzić i za­pro­wa­dzić pro­sto do ojca. Albo cze­ka­jące­go na nią kata.

Poza tym jej mi­ęśnie krzy­cza­ły o od­po­czy­nek w kąpie­li. Bo­lał ją ka­żdy skra­wek cia­ła, któ­re mu­sia­ło się dzi­siaj wspi­ąć na wy­ży­ny mo­żli­wo­ści, żeby wy­pe­łnić wszyst­kie po­le­ce­nia na­uczy­cie­la wal­ki. Chcia­ła od­po­cząć. Może to tyl­ko ja­kiś głu­pi żart?

Zer­k­nęła na zwło­ki pu­dla. To zde­cy­do­wa­nie nie mógł być dow­cip. Nikt dla żar­tu nie mor­du­je pu­pi­la cór­ki kró­la, chy­ba że sam chce się po­że­gnać z ży­ciem.

Mu­sia­ła dzia­łać szyb­ko. Wie­dzia­ła o tym. Czu­ła całą sobą, że po­śpiech jest wska­za­ny. Tym­cza­sem sta­ła wro­śni­ęta w zie­mię i ga­pi­ła się na swo­je­go psa. We­wnętrz­na siła, któ­rą na­zy­wa­ła wy­jąt­ko­wą in­tu­icją, pchnęła ją wresz­cie do dzia­ła­nia!

Z prze­ra­że­niem uświa­do­mi­ła so­bie, że jej po­wrót z tre­nin­gu – choć wcze­śniej­szy – mu­siał zo­stać za­uwa­żo­ny. Nie kry­ła się prze­cież, a drzwia­mi tak rąb­nęła, że kto­kol­wiek na nią czy­hał, już wie­dział, gdzie jej szu­kać.

„Rusz tę kró­lew­ską dupę!” – na­ka­za­ła so­bie i jej sto­py ode­rwa­ły się od podło­ża. Co wzi­ąć ze sobą? Go­rącz­ko­wo ana­li­zo­wa­ła naj­po­trzeb­niej­sze rze­czy. Strój do wal­ki na szczęście mia­ła na so­bie, więc mo­gła być spo­koj­na o swo­bo­dę po­ru­sza­nia się. Ko­szu­la nie krępo­wa­ła ru­chów, a w ka­mi­zel­ce mia­ła ukry­te czte­ry szty­le­ty.

Szty­le­ty! Za­wa­ha­ła się. Na opar­ciu fo­te­la wi­sia­ła suk­nia, któ­rą mia­ła na so­bie dzi­siej­sze­go ran­ka, za­nim uda­ła się na lek­cję wal­ki. Je­śli odej­dzie z pa­ła­cu, wyda się mała kra­wiec­ka ta­jem­ni­ca – co było ukry­te w grub­szych szwach na brze­gu suk­ni. Na­ra­zi kraw­co­wą na śmie­rć lub przy­naj­mniej tor­tu­ry. Ko­bie­tę, któ­ra z do­bre­go ser­ca spe­łni­ła jej za­chcian­kę. Nie, nie zro­bi tego! Na­wet je­śli od­kry­ją kie­sze­nie w in­nych suk­niach, nie będą wie­dzieć, do cze­go słu­ży­ły. Za­wsze mo­gła tam no­sić głu­pie chu­s­tecz­ki lub pa­mi­ąt­kę po mat­ce. To nie było za­bro­nio­ne. A poza tym… Do­kąd­kol­wiek się uda, jed­na suk­nia może się przy­dać. Szcze­gól­nie że, zbie­giem oko­licz­no­ści, nie była ró­żo­wa, tyl­ko bla­do­zie­lo­na. W jej gar­de­ro­bie je­dy­na, któ­rej ko­lo­ru nie wy­brał oj­ciec…

Do­jście do tego wnio­sku za­jęło Avie śmiesz­ny uła­mek se­kun­dy. Wła­ści­wie jesz­cze nie sko­ńczy­ła for­mu­ło­wać my­śli, a dło­nie już zręcz­nie zwi­ja­ły suk­nię w zgrab­ny wa­łek. Wresz­cie cały ten je­dwab na coś się przy­dał. Zwi­ni­ęty, zaj­mo­wał bar­dzo mało miej­sca. Wci­snęła gru­by ru­lo­nik i kart­kę od lady Ga­elii do sa­kwy przy­tro­czo­nej do pa­ska. Żad­nych śla­dów pro­wa­dzących do osób, któ­re jej po­mo­gły!

Ob­rzu­ci­ła kom­na­tę szyb­kim spoj­rze­niem. Nie było tu nic, co by­ło­by jej po­trzeb­ne, a cze­go za­bra­nie nie spo­wol­ni­ło­by uciecz­ki lub ją unie­mo­żli­wi­ło. Py­ta­nie brzmia­ło: któ­rędy i do­kąd mia­ła się udać? Nikt ni­g­dy nie po­ru­szał z nią te­ma­tu bez­piecz­nych kry­jó­wek, na wy­pa­dek gdy­by król po­sta­no­wił po­zbyć się jej nie tyl­ko z pa­ła­cu, ale też z tego pa­do­łu. Od­no­to­wa­ła w my­ślach, że je­śli kie­dy­kol­wiek jesz­cze spo­tka lady Ga­elię lub sir Le­onàr­cha, wy­po­mni im to nie­do­pa­trze­nie.

„O bo­go­wie! Ra­tun­ku!” – jęk­nęła w du­szy. Może oni by po­mo­gli? Ale do któ­re­go się po­mo­dlić? Ojcu z pew­no­ścią sprzy­jał Bóg Ognia, Fou. Ze wszyst­kich czte­rech ży­wio­łów król Ta­ma­in zde­cy­do­wa­nie pre­fe­ro­wał ogień, woj­nę, znisz­cze­nie, a bóg zda­wał się od­pła­cać za tę wia­rę wy­jąt­ko­wą przy­chyl­no­ścią. Po­zo­sta­ły­mi ży­wio­ła­mi opie­ko­wa­ły się bo­gi­nie: bli­źniacz­ki Eirël i Te­irël oraz Haël. Wszyst­kie jed­nak sym­pa­ty­zo­wa­ły z Fou. Po­zo­sta­ły jesz­cze Świa­tło i Mrok.

Bo­gi­ni Aeve­réin…

To by ozna­cza­ło sprze­nie­wie­rze­nie się bo­gom Lu­dzi! Dla­cze­go w jej gło­wie po­ja­wi­ła się ta myśl? Na wi­dok śmier­ci po­my­śla­ła o ży­ciu? A może za­pra­gnęła świa­tła, któ­re po­pro­wa­dzi ją przez mrok? Da­oiréin… – za­szem­rał głos w jej gło­wie. Głos uwo­dzący obiet­ni­cą… Nie, Ava nie chcia­ła mro­ku! Na­czy­ta­ła się o Mrocz­nych El­fach wy­star­cza­jąco dużo, żeby wie­dzieć, że to oni w pierw­szej ko­lej­no­ści będą na­sta­wać na jej ży­cie. Kto, jak nie oni, do­star­czał kró­lo­wi tru­cizn, któ­re do­da­wa­no do jej po­si­łków?!

– Aeve­réin, pro­wa­dź mnie, pro­szę! – po­wie­dzia­ła ci­cho. – Nie znasz mnie, wiem… Ale…

Głos jej się za­ła­mał, lecz wła­śnie wte­dy de­li­kat­ny wiatr wpa­dł przez otwar­te okno i owio­nął ją cie­płym po­wie­wem nio­sącym za­pach… ma­gno­lii. Ma­gno­lie? Ava wci­ągnęła po­wie­trze raz jesz­cze. Nie­mo­żli­we. Ma­gno­lie nie ro­sły w oko­li­cy. Oj­ciec wy­ra­źnie za­ka­zał sa­dze­nia tych drzew w ogro­dzie i za­wsze żądał za­my­ka­nia okien, kie­dy wia­ło od wscho­du, żeby przy­pad­kiem nie nad­ci­ągnęła upa­ja­jąca woń tych kwia­tów z sąsied­nie­go kró­le­stwa.

Przez gło­wę kró­lew­ny prze­mknęła myśl, że to może Eirël przy­sła­ła wiatr, za­gnie­wa­na przy­wo­ła­niem in­nej bo­gi­ni. Ale ma­gno­lie były świ­ęty­mi drze­wa­mi El­fów, za­tem ich za­pach świad­czy­łby o tym, że…

– Je­ste­śmy jed­no­ścią – ode­zwał się słod­ki ko­bie­cy głos w gło­wie Avy, a jej ser­ce na­pe­łni­ły nie­wy­tłu­ma­czal­na ra­do­ść i spo­kój.

– Kto jest jed­no­ścią? – za­da­ła to py­ta­nie gło­so­wi i so­bie.

– Eirël i ja. I Te­irël. I Haël. Och, na­wet Fou… – za­chi­cho­tał głos, po czym do­dał mi­ęk­ko: – I Da­oiréin.

– Aeve­réin?

Cóż za oczy­wi­ste py­ta­nie! Mo­gła so­bie po­gra­tu­lo­wać na­iw­no­ści. Głos w jej gło­wie ro­ze­śmiał się, a brzmia­ło to, jak­by ży­wiej za­szem­ra­ła woda, za­sze­le­ści­ły drze­wa, po­ru­szy­ły się dzwon­ki wietrz­ne…

– Cho­dź! – na­ka­za­ła Bo­gi­ni.

– A do­kąd kon­kret­nie? – spy­ta­ła Ava zgry­źli­wie.

– Byle da­lej, czyż nie? – Bo­gi­ni za­chi­cho­ta­ła jej w gło­wie, zu­pe­łnie jak­by były umó­wio­ne na po­po­łu­dnio­wą her­bat­kę, a nie pró­bo­wa­ły wy­ci­ągnąć kró­lew­nę ze śmier­tel­nej pu­łap­ki. – Mu­sisz do­trzeć do ko­ńca ko­ry­ta­rza pra­we­go skrzy­dła pa­ła­cu. Scho­da­mi w dół. Uciek­niesz wy­jściem dla słu­żby. Ru­szaj!

Ava nie za­sta­na­wia­ła się już ani chwi­li. Roz­ba­wio­na czy nie, Bo­gi­ni El­fów naj­wy­ra­źniej chcia­ła jej po­móc. Może rze­czy­wi­ście wszyst­kie bó­stwa wspó­łpra­co­wa­ły ze sobą, za­miast wza­jem­nie się zwal­czać. Czy nie było tak, że z ro­man­su Eirël i Fou bra­ły się bu­rze z pio­ru­na­mi, Te­irël z Fou two­rzy­li prze­ra­ża­jące wul­ka­ny i po­ża­ry, kie­dy zaś Bóg Ognia ob­co­wał z Haël, wy­stępo­wa­ły gwa­łtow­ne po­wo­dzie? Strach po­my­śleć, co by było, gdy­by za­czął kom­bi­no­wać z Aeve­réin lub Da­oiréin…

Chi­chot w gło­wie dziew­czy­ny przy­brał na sile. Dzwo­necz­ki brzęcza­ły co­raz gło­śniej. Bo­gi­ni Świa­tła i Ży­cia wy­ra­źnie była uba­wio­na to­kiem my­śle­nia kró­lew­ny, któ­rej te re­flek­sje zu­pe­łnie nie prze­szka­dza­ły w nie­mal bez­sze­lest­nym bie­gu w stro­nę bocz­nej klat­ki scho­do­wej. Zna­ła to wy­jście bar­dzo do­brze, bo w ra­mach ćwi­czeń z sir Le­onàr­chem zda­rza­ło jej się wy­my­kać bocz­ną furt­ką z te­re­nów pa­ła­co­wych.

Zbie­gła po krętych scho­dach i ostro­żnie uchy­li­ła drzwi wy­jścio­we. Ro­zej­rza­ła się wo­ko­ło, a po­tem pod­nio­sła wzrok na mury. Nie było wi­dać stra­żni­ków, jed­nak nie to mar­twi­ło Avę. Je­śli król wy­na­jął skry­to­bój­cę, nie uda jej się go wy­pa­trzyć. Prędzej po­czu­je ostrze wbi­ja­ne mi­ędzy że­bra, niż od­kry­je ja­ki­kol­wiek ślad mor­der­cy.

„Trud­no. I tak wszy­scy kie­dyś umrze­my”.

– Tak ła­two się pod­da­jesz?

– Ni­g­dy! – za­pew­ni­ła Ava i wy­sko­czy­ła na ze­wnątrz.

Od drzwi do bocz­nej furt­ki pro­wa­dzi­ła wy­dep­ta­na ście­żka. Słu­żba uży­wa­ła tego prze­jścia do opró­żnia­nia prze­ró­żnych nie­czy­sto­ści. Nic dziw­ne­go, że nie było to miej­sce po­pu­lar­ne wśród dwo­rzan, a człon­ko­wie ro­dzi­ny kró­lew­skiej prze­wa­żnie na­wet o nim nie wie­dzie­li – z wy­jąt­kiem tych, któ­rzy mie­li na­uczy­cie­li z ory­gi­nal­ny­mi po­my­sła­mi. Ava za­tęsk­ni­ła za za­pa­chem ma­gno­lii przy­nie­sio­nych przez Eirël i Aeve­réin.

„Cho­le­ra ja­sna!” – prze­klęła w my­ślach, kie­dy po­śli­zgnęła się na po­my­jach. W jej gło­wie za­szem­rał ła­god­ny śmiech, jak­by te sło­wa roz­ba­wi­ły Bo­gi­nię.

– Prze­pra­szam! Za­po­mnia­łam, że słu­chasz!

– Ja za­wsze słu­cham… – wy­szep­ta­ła Aeve­réin.

– No to z góry cię prze­pra­szam za to, że dość często będę prze­kli­nać.

– Wiem, znam cię, Ava­le­an.

– Ava! – po­pra­wi­ła i na­tych­miast skar­ci­ła się za im­per­ty­nen­cję. Czy ona wła­śnie py­sko­wa­ła Bo­gi­ni?!

Ale znów roz­le­gł się szmer chi­cho­tu Aeve­réin.

– My­ślę, że będzie­my mu­sia­ły po­roz­ma­wiać o two­im imie­niu, Ava­le­an – za­po­wie­dzia­ła we­so­ło, po czym do­da­ła na­gląco: – A te­raz się spiesz!

I Ava pchnęła drzwi bocz­nej furt­ki.

VI Uciecz­ka

Nikt jej nie go­nił. Tro­chę ją to zdzi­wi­ło. Może nie po­win­na tak po­chop­nie ucie­kać? Może… Nie, nie mo­gła za­po­mnieć o pu­dlu, któ­ry le­żał na kre­mo­wym dy­wa­nie jak krwa­we ostrze­że­nie. I o li­ści­ku lady Ga­elii. Sir Le­onàrch też wy­ra­źnie da­wał jej do zro­zu­mie­nia, że nad­cho­dzi pora, kie­dy będzie mu­sia­ła wy­ko­rzy­stać na­by­te umie­jęt­no­ści. I to wca­le nie na woj­nie…

Może więc wy­słan­ni­cy kró­la jesz­cze się nie zo­rien­to­wa­li, że znik­nęła? I tyl­ko dla­te­go nie ru­szy­li za nią w po­goń? To było bar­dzo praw­do­po­dob­ne. Nikt się nie spo­dzie­wał, że tre­ning będzie krót­szy, a Ava znaj­dzie w so­bie wy­star­cza­jąco dużo sił, żeby uciec. Poza tym tak po­tężna Bo­gi­ni jak Aeve­réin nie przy­szła­by jej z po­mo­cą, gdy­by sy­tu­acja nie była bez­na­dziej­na, praw­da?

– Aeve­réin? – spy­ta­ła w my­ślach, ale od­po­wie­dzia­ła jej ci­sza.

Szem­rzący stru­myk z dzwon­ka­mi wietrz­ny­mi wy­nio­sły się z jej gło­wy, gdy tyl­ko opu­ści­ła te­ren pa­ła­cu. To by było na tyle, je­śli cho­dzi o bo­ską opatrz­no­ść. Te­raz musi ra­dzić so­bie sama! Wes­tchnęła i za­częła ostro­żnie zsu­wać się po zbo­czu wzgó­rza, omi­ja­jąc w mia­rę mo­żli­wo­ści za­cie­ki z wy­le­wa­nych przez słu­żbę nie­czy­sto­ści.

– Tak ła­two się pod­da­jesz. – Bo­gi­ni się za­śmia­ła.

Ava aż pod­sko­czy­ła i stra­ci­ła rów­no­wa­gę. Upa­dła na obo­la­ły po tre­nin­gu ty­łek i zje­cha­ła na nim kil­ka­dzie­si­ąt me­trów.

– No bra­wo, cho­le­ra! – wark­nęła. – Je­śli roz­da­rłam spodnie, to będę mu­sia­ła prze­dzie­rać się przez krza­ki w je­dwab­nej suk­ni… Świet­na ro­bo­ta, Ava! Po­gra­tu­lo­wać!

Dzwo­necz­ki w gło­wie za­brzęcza­ły. Przy­naj­mniej Bo­gi­ni świet­nie się ba­wi­ła! Szko­da tyl­ko, że Ava nie po­dzie­la­ła tej ra­do­ści. Wsta­ła i otrze­pa­ła się z zie­mi. Po­ma­ca­ła ma­te­riał spodni na sie­dze­niu i z ulgą stwier­dzi­ła, że wy­trzy­mał prze­ja­żdżkę po zbo­czu. Je­śli kie­dy­kol­wiek jesz­cze spo­tka na­dwor­ną kraw­co­wą, po­dzi­ęku­je jej za wy­ko­na­nie świet­nej ro­bo­ty.

– Już wiem, o czym za­po­mnia­łam – mruk­nęła, kie­dy do­ta­rł do niej pierw­szy sy­gnał gło­du. – O je­dze­niu…

– I tak byś nic nie za­bra­ła z pa­ła­cu, sko­ro nie masz po­jęcia, co mo­żesz bez­piecz­nie zje­ść.

– Skąd wiesz?

– Ja wiem wszyst­ko. No, pra­wie wszyst­ko…

– Po­wiesz mi, gdzie znaj­dę je­dze­nie?

– Ava­le­an… – Głos na­brał od­cie­nia na­ga­ny. – Czy­żbyś ro­bi­ła się le­ni­wa? Czyż nie je­steś mi­strzy­nią szty­le­tów? Czyż nie je­steś świa­tłą…? Tak, to do­bre okre­śle­nie… – W gło­sie znów sły­chać było śmiech. – Lu­bię świa­tło.

– Dla­cze­go na­zy­wasz mnie Ava­le­an?

– Nie wszyst­ko na­raz, ko­cha­ne dziec­ko. Nie wszyst­ko na­raz… Po­roz­ma­wia­my o two­im imie­niu, kie­dy już będziesz bez­piecz­na. Od­wie­dzisz mnie przy świ­ętym dębie.

– Dębie? Nie ma­gno­lii?

– Och, nie… Nie ma­gno­lii. Kie­dyś zro­zu­miesz.

– Taa, na pew­no. – Ava się skrzy­wi­ła. Była scep­tycz­nie na­sta­wio­na do tych wszyst­kich pó­łsłó­wek, któ­ry­mi ra­czy­ła ją Aeve­réin.

– Pa­mi­ętaj o na­szym spo­tka­niu! A gdy­byś była w kło­po­tach, za­wsze mo­żesz mnie za­wo­łać! Chy­ba że za­pra­gniesz usły­szeć się z moją sio­strą. My­ślę, że Da­oiréin już nie może się do­cze­kać wa­sze­go ­spo­tka­nia!

– Dla­cze­go Bo­gi­ni Śmier­ci chce się ze mną spo­tkać? Nie­spiesz­no mi na tam­ten świat!

– Lu­dzie i ich uprasz­cza­nie po­strze­ga­nia świa­ta! – Aeve­réin wes­tchnęła prze­ci­ągle. – Nie wszyst­ko na­raz, ko­cha­ne dziec­ko – po­wtó­rzy­ła. – Tu cię zo­sta­wię. Je­steś już pra­wie bez­piecz­na. Twój strój prze­trwał, więc je­dwa­bie mo­żesz zo­sta­wić na bar­dziej wy­szu­ka­ną oka­zję. A je­stem prze­ko­na­na, że ta­ko­wa cze­ka cię w bli­skiej przy­szło­ści. O tak…

– Pra­wie bez­piecz­na? – pod­chwy­ci­ła Ava. – Jak to pra­wie?!

– Taka nie­cier­pli­wa! – W gło­sie znów po­ja­wi­ła się nut­ka na­ga­ny. – Dasz so­bie radę. Naj­wa­żniej­sze, że opu­ści­łaś pa­łac. Twoi opie­ku­no­wie wy­po­sa­ży­li cię w od­po­wied­nie umie­jęt­no­ści. Ru­szaj! Pa­mi­ętaj o na­szym spo­tka­niu przy świ­ętym dębie. Będę na cie­bie cze­kać!

– Po­wiesz mi wte­dy o moim imie­niu? I o Da­oiréin? I…

– Nie wszyst­ko na­raz… – upo­mnia­ła ją Aeve­réin, a dziew­czy­nie się zda­ło, że wiatr de­li­kat­nie po­gła­dził jej wło­sy.

Po­tem dźwi­ęk dzwo­necz­ków po­wo­li ci­chł w gło­wie Avy, aż wresz­cie wszyst­ko umil­kło. Kró­lew­na na­gle po­czu­ła się sa­mot­na i wbrew temu, co mó­wi­ła Bo­gi­ni – znów wró­ci­ło po­czu­cie nie­bez­pie­cze­ństwa czy­ha­jące­go za ka­żdym drze­wem i krza­kiem. Do­brze cho­ciaż, że do zmierz­chu zo­sta­ło kil­ka go­dzin, a po­kry­te la­sem wzgó­rza wca­le nie wy­da­wa­ły się tak da­le­ko. Mu­sia­ła tam do­trzeć przed zmro­kiem.

Krew pod wpły­wem ad­re­na­li­ny i stra­chu za­częła szyb­ciej krążyć w jej ży­łach. Mia­ła nowy cel i przez chwi­lę czu­ła się jak pod­czas tre­nin­gów pod okiem sir Le­onàr­cha. To tyl­ko ko­lej­ne za­da­nie, któ­re jej za­dał. Mi­ęśnie od­pocz­ną pó­źniej. „Przej­dź z punk­tu A do punk­tu B, omi­ja­jąc pu­łap­ki i otwar­ty te­ren. Mam cię nie wi­dzieć!” – tak by jej do­ra­dził, gdy­by to była lek­cja.

Po­pra­wi­ła pa­sek, spraw­dzi­ła, czy sa­kwa jest po­rząd­nie za­mkni­ęta. Przy­po­mnia­ła so­bie o tym, że nie spa­ko­wa­ła je­dze­nia, i o tym, co rze­kła Bo­gi­ni Świa­tła. Fakt, nie za­bra­ła­by żyw­no­ści ze swo­jej kom­na­ty. Jej oso­bi­sty de­tek­tor tru­cizn za­pła­cił ży­ciem za ra­to­wa­nie jej skó­ry przez ostat­nich kil­ka ty­go­dni. Gdy­by usu­nęli go po ci­chu, mo­gli­by ją spo­koj­nie otruć dużo wcze­śniej.

Wła­śnie… Dla­cze­go ktoś ujaw­nił krwio­żer­cze pla­ny wo­bec niej tak oczy­wi­stym ak­tem prze­mo­cy? Gdy­by to ona była na miej­scu swo­je­go ojca, prze­pro­wa­dzi­ła­by całą ope­ra­cję zde­cy­do­wa­nie sub­tel­niej. Za­sko­czy­ło ją to, że ta­kie my­śli przy­szły jej w ogó­le do gło­wy. Ni­g­dy nie mia­ła ta­kich za­pędów. Nie po­tra­fi­ła­by za­bić z zim­ną krwią, z ukry­cia, pod­stępem. Ona taka nie była!

– Hmm… – za­mru­czał ci­chy głos, ten uwo­dzący, któ­ry już dzi­siaj sły­sza­ła. Ten, któ­ry wy­po­wie­dział imię Bo­gi­ni Mro­ku.

– Nie! – za­opo­no­wa­ła Ava, prze­stra­szo­na samą my­ślą, że w jej gło­wie za­do­mo­wi­ła się ko­lej­na Bo­gi­ni.

Może i do­brze być pod sta­łą pie­czą bó­stwa – nie­wa­żne, czy opie­ku­jące­go się któ­ry­mś ży­wio­łem, czy Ży­ciem, czy Śmier­cią. Dla­cze­go więc tak bała się bli­sko­ści Da­oiréin?

Ode­tchnęła głębo­ko. Za­wsze mo­gła przy­wo­łać Aeve­réin. Po­sta­no­wi­ła jed­nak nie nad­uży­wać ser­decz­no­ści Bo­gi­ni Świa­tła. Po­win­na wy­ka­zać się sa­mo­dziel­no­ścią, cho­ćby po to, żeby znów nie usły­szeć przy­ga­ny, że robi się le­ni­wa. Do ro­bo­ty!

Ru­szy­ła przed sie­bie zgod­nie ze sztu­ką, któ­rej na­uczył ją sir Le­onàrch. Klu­czy­ła po­mi­ędzy kępa­mi krza­ków, aż do­ta­rła do li­nii pierw­szych drzew. Oce­ni­ła na szyb­ko od­le­gło­ści po­mi­ędzy po­szcze­gól­ny­mi pnia­mi. Je­śli po­goń się roz­po­częła, jej śla­dy mu­sia­ły znik­nąć z po­wierzch­ni zie­mi. Wspi­ęła się szyb­ko na naj­bli­ższe drze­wo, tak jak­by na­uczy­ciel wal­ki wy­dał jej do­pie­ro pierw­sze po­le­ce­nie w ci­ągu dnia. Nie my­śla­ła o zmęcze­niu mi­ęśni. Na uża­la­nie się nad sobą przyj­dzie jesz­cze czas.

Kie­dy znik­nęła w ko­ro­nie drze­wa, mo­gła się za sie­bie obej­rzeć, żeby spraw­dzić, na ile się od­da­li­ła od pa­ła­cu. Roz­cza­ro­wa­na, mu­sia­ła stwier­dzić, że nie prze­by­ła na­wet po­ło­wy dy­stan­su mi­ędzy pod­nó­żem zam­ko­we­go wzgó­rza a ścia­ną lasu, któ­ry sta­no­wił gra­ni­cę Kró­le­stwa Lu­dzi i Kró­le­stwa El­fów. Pa­łac na gó­rze za­snu­ty był mgłą. Gdzieś na dnie ser­ca po­ja­wi­ła się iskier­ka na­dziei, że może to Haël przy­szła jej z po­mo­cą i zrzu­ci­ła wod­ną za­sło­nę na jej prze­śla­dow­ców. Od­wró­ci­ła wzrok. Mu­sia­ła sku­pić się na tym, co przed nią. Nie na­le­ża­ło oglądać się za sie­bie.

Sąsied­nie drze­wo znaj­do­wa­ło się nie da­lej niż lina, na któ­rą sir Le­onàrch ka­zał jej dzi­siaj sko­czyć z pó­łki pod su­fi­tem. Ava wie­dzia­ła, że so­bie po­ra­dzi, jed­nak pa­ra­li­żo­wa­ła ją świa­do­mo­ść, że to nie był tre­ning, a na dole nie po­dej­dzie do niej na­uczy­ciel i nie pod­nie­sie tego, co z niej zo­sta­nie, je­śli skok się nie uda. Spró­bo­wa­ła roz­lu­źnić mi­ęśnie. Jesz­cze dwa głęb­sze od­de­chy… I sko­czy­ła.

Zła­pa­ła się pnia so­sny z ulgą i jed­no­cze­sną sa­tys­fak­cją. Nie było to jed­nak przy­jem­ne do­świad­cze­nie, bo pień był chro­po­wa­ty, nie zaś gład­ki jak ele­men­ty kon­struk­cji, na któ­rych ćwi­czy­ła pod­czas swo­ich tre­nin­gów. Spraw­dzi­ła, czy nie uszko­dzi­ła ubra­nia, i za­śmia­ła się na myśl o tym, że na­stęp­ne sko­ki mu­sia­ła­by od­by­wać w je­dwab­nej suk­ni. Pa­rad­ne!

Pięć drzew da­lej nie czu­ła już rąk, a mi­ęśnie ud, na któ­rych sile opie­ra­ła tę wy­so­ko­pien­ną tu­ry­sty­kę, za­częły ła­pać skur­cze. Prze­li­czy­ła swo­je mo­żli­wo­ści – stop­nio­wo za­częła zda­wać so­bie z tego spra­wę i prze­ra­ża­ło ją to, bo zna­czy­ło­by, że po­pe­łni­ła błąd. Nie osi­ągnęła pod­sta­wo­we­go celu, bo dy­stans był na tyle krót­ki, że psy go­ńcze na­tych­miast zła­pią jej trop, stra­ci­ła za to siły i czas. To zmo­bi­li­zo­wa­ło ją do wy­ko­na­nia ko­lej­ne­go sko­ku. I jesz­cze kil­ku na­stęp­nych. Gra­ni­ca lasu zda­wa­ła się zbli­żać do niej, o ile tyl­ko nie po­zwa­la­ła so­bie na fol­go­wa­nie sła­bo­ściom. Nie da się zła­pać żywa!

Ad­re­na­li­na ca­łko­wi­cie za­głu­szy­ła sy­gna­ły zgła­sza­ne przez obo­la­łe cia­ło. Dziew­czy­na upar­cie nie zwra­ca­ła uwa­gi na po­dar­te skó­rza­ne ręka­wicz­ki ani na na­de­rwa­ne ręka­wy ­ko­szu­li. Nie my­śla­ła o gło­dzie, od któ­re­go ręce i nogi za­czy­na­ły się trząść. Sku­pio­na była na ciem­nie­jącej gra­ni­cy Wiecz­nej Pusz­czy – miej­sca, do któ­re­go mu­sia­ła do­trzeć, nie do­ty­ka­jąc zie­mi.

Je­śli po­goń stra­ci trop przy gra­ni­cy z El­fa­mi, król Ta­ma­in pod po­zo­rem od­zy­ska­nia upro­wa­dzo­nej cór­ki może roz­po­cząć woj­nę z sąsied­nim kró­le­stwem. Le­piej, żeby kró­lew­na Ava znik­nęła z po­wierzch­ni zie­mi tak, jak chciał – po ci­chu, w nie­wy­ja­śnio­nych oko­licz­no­ściach. Bez śla­du.

Jesz­cze trzy drze­wa, jesz­cze dwa… Ostat­ni skok. To już na­praw­dę ostat­ni skok! Ode­pchnęła się reszt­ką sił i po­fru­nęła w gęstwi­nę drzew Wiecz­nej Pusz­czy. Le­cia­ła wprost w ko­ro­nę do­rod­ne­go dębu i wpa­dła w de­li­kat­ną jak mgie­łka zło­ci­stą pa­jęczy­nę. Stra­ci­ła przy­tom­no­ść…

Spis tre­ści

I Klątwa

II Wy­rok

III Tru­ci­zny

IV Pró­ba

V Nie­spo­dzie­wa­ne

VI Uciecz­ka