Gdy płoną trzciny - Łukasz Zabilski - ebook
NOWOŚĆ

Gdy płoną trzciny ebook

Łukasz Zabilski

0,0

Opis

ROK 1802, SAINT-DOMINGUE - RAJ, KTÓRY STAŁ SIĘ PUŁAPKĄ

Na rozkaz Napoleona pięć tysięcy polskich Legionistów trafia na karaibską wyspę, by stłumić bunt niewolników. Zamiast szybkiego zwycięstwa Polacy zastają tam śmiertelną tropikalną gorączkę i zdeterminowanych powstańców walczących o prawo do własnego państwa. Dla narodu, który sam doświadczył zaborów, ta wojna staje się potwornym dylematem moralnym.

Czy Legioniści dotrzymają żołnierskiej przysięgi? A może poprą walczących o niepodległość Haiti?

Poznaj dramatyczną historię dwóch braci, których miłość do tej samej kobiety i walka o przetrwanie zmuszą do dokonania trudnych wyborów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 278

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Książkę dedykuję mojej żonie Małgosi i synowi Szymonowi. Kocham Was.

Rozdział I

Cap-Français

Fala rozbiła się o rufę statku, ale jego masywny kadłub nie poczuł uderzenia. Ocean, jakby urażony tą obojętnością, użył swojej potężnej siły, aby unieść na spiętrzonej wodzie ciężki statek i ponownie rzucić nim jak zabawkowym modelem. Jednostką zachwiało gwałtownie, lecz marynarze przyzwyczajeni do ciągłego bujania się żaglowca nie zwrócili na to najmniejszej uwagi. Mokre, naprężone drewno wydało przeciągłe skrzypnięcie. Właśnie ten dźwięk wyrwał Staszka Radwana z zamyślenia. Spojrzał na brata, który siedział naprzeciw niego, i z zaskoczeniem stwierdził, że Jakub mu się przygląda, jakby czekał na odpowiedni moment, aby coś powiedzieć. Teraz nadarzyła się okazja.

– Co my tu robimy, Staszek? Trzeci miesiąc na tej przeklętej łodzi, upchnięci jak ryby w sieci. – W jego głosie wyraźnie wybrzmiały nuty pretensji, frustracji i goryczy.

Staszek, patrząc mu prosto w oczy, zbierał siły, aby udzielić zdecydowanej odpowiedzi. Wiedział, że jeśli jego brat się rozgniewa i da ponieść emocjom, może się to skończyć rozbiciem kilku Bogu ducha winnych beczek albo przypadkowo uchwyconych w jego silne ręce butelek.

– Wykonujemy rozkazy. Jesteśmy żołnierzami, walczymy tam, gdzie nas wysyłają. – Jego spokój zadziałał na brata kojąco. Staszek zauważył to i dodał jeszcze bardziej opanowany: – Lada dzień dopłyniemy. Słyszałem rozmowę oficera z załogą statku. Prawie jesteśmy.

Zapadła cisza. Jakub, uspokojony nieco, zamyślił się, a po chwili powiedział jakby do siebie:

– „Żołnierzami”? Prędzej najemnikami rzucanymi gdzie popadnie jak mięso armatnie.

Staszek zerknął na kapitana ich oddziału siedzącego na skrzyni przy schodach. Zatopiony we własnych myślach czyścił paznokcie i najwyraźniej nie słyszał ich rozmowy. Przez chwilę chłopak rozważał, czy powiedzieć coś jeszcze, ale uznał, że płomień goryczy w sercu brata został chwilowo opanowany.

W słowach Jakuba było wiele prawdy. Wysłano ich statkami przez wielką wodę na tropikalną wyspę, o której nie mają żadnego pojęcia. „Gdzie leży Saint-Domingue?” – jeszcze trzy miesiące temu to pytanie wielokrotnie padało z ust żołnierzy.

Znów przypomniał sobie dom rodzinny – piętrową kamienicę na warszawskiej Pradze. Obok gabinetu ojca znajdował się jego ulubiony pokój. Biblioteczka składała się z kilkuset książek, stały w niej ozdobny stolik kawowy z czereśniowego drzewa, kanapa z aksamitnym ciemnozielonym obiciem, a w rogu – duży drewniany globus. Ile to razy przyglądał mu się z zaciekawieniem. Kontynenty, rzeki, góry zostały misternie wyryte w drewnie. Pamiętał, jak wodził palcami po ogromnych połaciach oceanów, przyjemnie lśniących, gładkich i miłych w dotyku, jak przyglądał się kontynentom z ich pasmami górskimi oraz zaznaczonymi stolicami państw. Mimo wysiłku i skupienia nie mógł jednak przypomnieć sobie Saint-Domingue, nie pamiętał, aby kiedykolwiek jego dziecięce palce odwiedziły tę wyspę.

Jego wzrok zawsze kierował się w stronę carskiej Rosji. Nieraz słyszał ukradkiem rozmowy dorosłych, którzy właśnie na wschodzie widzieli największe zło. Z trwogą w dziwnie przyciszonym głosie mówili o carze, Rosji, Petersburgu i dalszych krainach aż po Kaukaz i Sybir. Mały Staszek przyglądał się globusowi i z dziwną obawą zapuszczał swoje palce na tereny poddane carowi – ogromne obszary pokryte lasem i lodem. Dziwił się zawsze, że jeden władca jest w stanie panować nad tak rozległym obszarem. Jego dziecięcy umysł nie potrafił pojąć, po co carowi kolejne terytoria, skoro rządzi już tak dużą krainą. Ze znacznie większą przyjemnością chłopiec przyglądał się egzotycznym regionom w Afryce czy Ameryce Południowej. Choć nie był przesadnie skłonny do fantazjowania, to jednak jako dziecko marzył o przygodach na safari czy odkrywaniu tajemniczych świątyń Inków. W tamtym czasie nigdy by nie pomyślał, że zostanie wysłany jako żołnierz Legionów Dąbrowskiego do stłumienia buntu czarnoskórych niewolników na wyspie Saint-Domingue.

Życie pisze różne scenariusze, pomyślał.

– Wody, Staszek. Masz jeszcze odrobinę? – usłyszał stłumiony, niepewny głos siedzącego w letargu obok niego Lucjana Landaua. Chłopak mówił z pochyloną głową, nie miał siły nawet spojrzeć.

W ich położeniu pytanie o wodę było aktem desperacji. Statki załadowano w dużym pośpiechu, co niestety skutkowało brakiem odpowiednich zapasów wody i jedzenia na kilkumiesięczną podróż. Wydzielane przez oficerów i kwatermistrzów racje dzienne okazały się niemal głodowe, a pragnienie męczyło żołnierzy w dzień i w nocy. Staszek spojrzał na swój cynowy kubek, który matowiał już od soli i wilgoci. Na dnie pozostało jeszcze trochę wody.

– Masz, Lucek, napij się, ja nie jestem spragniony – skłamał, podając naczynie. Wiedział, że dobroduszny Lucjan nie ośmieliłby się prosić, gdyby sytuacja nie była krytyczna.

Woda była ciepła i obrzydliwie lepka. Czyszczono ją węglem, ale niewiele to dawało. W drewnianych beczkach, z których raz dziennie ją czerpano, roiło się od insektów i glonów.

Lucjan pociągnął łyk drżącymi wargami. Przed zaborami ten szczupły człowiek o inteligentnym spojrzeniu pracował w bibliotece we Lwowie. Miejsce to, założone przez jezuitów, posiadało wspaniałe zbiory literatury, mężczyzna miał więc dużą wiedzę, a świetna pamięć pozwalała mu robić z niej dobry użytek. Jako żołnierz okazał się mało przydatny, na polu bitwy był strachliwy i zbyt mądry, aby bez namysłu wykonywać rozkazy, jednak oficerowie cenili go ze względu na umiejętność pisania raportów. Potrafił też objaśnić wiele zagadnień związanych z geografią, zwyczajami miejscowej ludności czy religią. Swoje atuty wykazał w kampanii włoskiej, podczas której jego wiedza i inteligencja przypadły do gustu przełożonym. Wątłe ciało Lucjana miało jednak duże trudności, aby przetrwać ponad trzymiesięczną podróż statkiem, w upale, o małych racjach żywności i wody. Wyglądał bardzo źle, nie miał siły się golić, przypominał żebraka. Staszek lubił tego oczytanego kompana i w miarę możliwości troszczył się o jego potrzeby.

– Dziękuję – wyszeptał Lucjan niemal niedosłyszalnym głosem. – Staszek, jeśli w kilka dni nie dopłyniemy do celu, umrę niechybnie. Słowo daję, dłużej nie dam rady.

Staszek spojrzał raz jeszcze na zmarniałe ciało towarzysza.

– Odwagi, Lucek, dopłyniemy. – W swoim tonie usiłował zawrzeć tyle otuchy połączonej z pewnością, ile tylko zdołał.

Na górnym pokładzie rozległy się pokrzykiwania, jakby krótkie ostre komendy. Tłumiła je drewniana podłoga, jednak wyraźnie dało się odczuć, że coś się dzieje. Dźwięk szybkiego biegania, krzyki powtarzane raz po raz. Kapitan się podniósł, wszystkie oczy skierowały się w jego stronę. Jako jedyny miał mundur w jako takim ładzie.

– Radwan, sprawdźcie, co tam się dzieje, tylko migiem!

Staszek zerwał się na równe nogi.

– Tak jest! – odpowiedził bez namysłu.

Był znakomitym żołnierzem w randze podporucznika. Oficerowie cenili jego rozwagę, posłuszeństwo i dokładność wykonywanych poleceń. Zupełnie odwrotną opinią cieszył się jego brat Jakub – wyrywny, ze skłonnością do samowolki, szybki do walki, nieustraszony, ale trudny do poskromienia jak dziki mustang.

Staszek ruszył na schody. Każdy jego krok wywoływał jęknięcie napiętego drewna. Wycieńczone oczy styranych żołnierzy rozbłysły nową nadzieją. Mężczyźni zaczęli szeptać między sobą.

– Jesteśmy na miejscu, w końcu dopłynęliśmy…

– A może zbiera się na sztorm i zwijają żagle?

Jeszcze inni rozpoczęli modlitwy, błagając o koniec podróży.

Promień ostrego światła poraził Staszka. To chwilowe, nieprzyjemne oślepienie utrudniało zorientowanie się w sytuacji.

– Co się dzieje? Skąd taki ruch na pokładzie? – zapytał po francusku przechodzącego szybko przez pokład majtka.

Ten nawet nie spojrzał w jego kierunku. W wielkim pośpiechu wskoczył na maszt i zaczął się wspinać. Staszek rozejrzał się w poszukiwaniu bardziej rozmownego członka załogi. Nieopodal tęgi kucharz przenosił worki z mąką.

– Kapitan wysłał mnie, żeby sprawdzić, co się dzieje. Skąd takie poruszenie na statku? – Swoim tonem podkreślającym żołnierski status starał się wymusić odpowiedź.

Kucharz nic nie odpowiedział, tylko wymownie skinął głową w stronę burty, nie odrywając się od swoich zajęć. Staszek szybko zrozumiał, że przyczyną zamieszania jest coś poza statkiem. Skierował się do barierek na skraju pokładu, a jego oczom ukazała się wyspa. Długi i zielony pas lądu majaczył w oddali.

– Dotarliśmy – wyszeptał, a na jego ustach zagościł słaby uśmiech.

Podróż, która była istną torturą dla nieprzyzwyczajonych do żeglugi polskich żołnierzy, dobiegała końca. Większość mężczyzn przeżyła podróż, choć byli skrajnie wyczerpani. Staszek wspomniał jednak tych, którym się nie udało. Pewnego dnia upał tak dawał się we znaki, że żołnierze ubłagali kapitana, aby zgodził się na kąpiel w wodach oceanu. Przyniosło to ulgę w postaci ochłodzenia, ale dwóch ludzi utonęło, najwyraźniej przeceniwszy swoje umiejętności, a jedna osoba zmarła z powodu ciężkiej rany nogi po ataku rekina. Po tych zdarzeniach większości nie miała już ochoty na morskie kąpiele. Teraz wreszcie widać ziemię. Jak sobie poradzą z postawionym przed nimi zadaniem? Staszek coraz mocniej się zastanawiał, co ich czeka na tym obcym i egzotycznym lądzie.

Żołnierze, którzy wyszli na pokład, mrużyli oczy i przykładali dłonie do czoła, by osłonić obolałe oczy przed ostrym słońcem.

– Odpływają, widzisz? – Jakub wskazał na oddalające się statki. Do tej pory z każdej strony widzieli towarzyszy płynących na wspólną misję. Teraz grupa dwunastu okrętów płynących wspólnie jak ławica ryb zaczęła się rozpraszać. Większość kierowała się dalej, a kilka jednostek zbliżało się do wyspy.

– Dowództwo pewnie chce rozlokować wojsko wzdłuż całego wybrzeża, żeby utrudnić wrogowi rozpoznanie – zauważył Staszek.

– Tak, możliwe. – Jakub spojrzał raz jeszcze w kierunku odpływających kompanów.

– Widziałeś wyspę? Jest ogromna! – Zachwyt w głosie Staszka był wyraźny. Widok istotnie robił wspaniałe wrażenie.

Ich oczom ukazało się długie wybrzeże, ciemnozielone zbocza wpadały do lśniących niebieskich wód.

Od wielu tygodni ciężkie zapachy smoły, żywicy i odór ludzkiego potu przytępiały zmysł węchu. Działał na zwolnionych obrotach, jakby chcąc chronić ludzki umysł. Teraz jednak ożył. Mężczyźni poczuli świeżą morską bryzę oraz trudny do opisania zapach lądu – ziemię, piasek i rośliny, zarówno te żywe, zielone, jak i te martwe, rozkładające się i użyźniające glebę.

W miarę przybliżania się do celu coraz wyraźniej widzieli port. Białe kolonialne budynki wyraźnie kontrastowały z ciemną zielenią wyspy, jakby zostały wzniesione z kości słoniowej. Kilka mniejszych statków zacumowanych przy przystani podskakiwało w rytmie fal. Rybacy wypływali małymi, długimi łódkami napędzanymi siłą ich ramion. Dym unoszący się nad zabudowaniami niósł zapach palonego drzewa i smażonych ryb. Do uszu zaczęły docierać odgłosy miasta – pojedyncze słowa w języku francuskim, dźwięki wydawane przez zwierzęta domowe, gwar tłocznego nadbrzeża. W kierunku statków wypłynęły mniejsze łodzie wiosłowe.

Na pokładzie rozległy się komendy do opuszczenia kotwicy i szalup. Żołnierze zrozumieli, że na odpoczynek muszą jeszcze poczekać. Cały załadunek trzeba przetransportować na wybrzeże.

Jakub Radwan znalazł się w pierwszej łodzi. Energicznie wiosłował, pragnąc jak najszybciej dostać się na stały ląd. Otaczająca ich woda była krystalicznie czysta. Im bliżej wyspy się znajdowali, tym wyraźniej widział piaszczyste dno zatoki, a od czasu do czasu dostrzegał kolorowe ryby umykające przed kadłubem czy wiosłem. Skierował wzrok na długą piaszczystą plażę i rosnące wzdłuż niej palmy. Nigdy nie oglądał czegoś równie pięknego.

Łódź zbliżała się do chwiejnego drewnianego pomostu, na którym stał mężczyzna o chudych nogach, bez koszuli i zlany potem. Wyglądał, jakby całe życie spędził na słońcu, jedynie słomiany kapelusz dawał mu odrobinę cienia.

– Łap linę! – krzyknął po francusku.

Kiedy łódka została stabilnie przywiązana, rozpoczął się wyładunek towaru. Opalony mężczyzna przyjrzał się żołnierzom.

– Podróż nie należała do przyjemnych, co? Gdzie was załadowali?

Jakub znał francuski, dlatego odrzekł:

– Livorno.

Mężczyzna przebiegł wzrokiem po całej postaci Polaka.

– Livorno, powiadasz? Daleka droga. Nie jesteście Francuzami, prawda?

– Nie, jesteśmy Polakami, walczyliśmy w Italii, a teraz skierowano nas tutaj. – Jakub poprawił mundur i ruszył z pakunkiem w stronę lądu. Pomost chwiał się przy każdym jego kroku.

Mężczyzna obejrzał się za nim, ale nie powiedział nic więcej, tylko poszedł rzucić linę kolejnej łodzi.

Fale delikatnie rozbijały się o podtrzymujące pomost słupy. Upał i wielka wilgotność powietrza uderzyły w nowo przybyłych. Wysiłek spowodowany wyładunkiem nie był tak wielki, jak wskazywałby na to obraz mozolnych żołnierzy. Zlani potem i zasapani, ledwo radzili sobie z przenoszeniem ładunku. Powietrze silnie nasiąknięte wilgocią powodowało uczucie ciężkości w płucach. Każdy oddech wiązał się z wysiłkiem, miało się wrażenie, że nie dostarcza on organizmowi tlenu, a jedynie wypełnia płuca, nie dając efektu. Żar lejący się z nieba przypiekał każdą odsłoniętą część ciała, przez co wkrótce karki mężczyzn zrobiły się czerwone i bolące.

Staszek odpowiedzialny za zabranie całego ładunku broni i amunicji przybył na pomost z ostatnim transportem. Umocowawszy łódkę, podszedł do ogorzałego mężczyzny zajętego wiązaniem marynarskich supłów.

– Dobry człowieku, czy to Saint-Domingue?

Mężczyzna spojrzał na niego i uśmiechnął się szyderczo.

– Czy jeden owoc mango można porównać do całego drzewa?

Staszek nie zrozumiał, nie znał jeszcze miejscowych owoców.

– Co masz na myśli?

– Człowieku – mężczyzna się wyprostował – Saint-Domingue to cała kolonia, rozumiesz? A to jeden z jej najlepszych owoców. – Splunął do wody.

– Ale ma jakąś nazwę? – Głos Staszka brzmiał pojednawczo.

– Cap-Français – odparł jego rozmówca, po czym podniósł słomkowy kapelusz, zawachlował nim dwa razy i starł dłonią pot z czoła. – Trafiliście w największe bagno na tej wyspie. Jeśli buntownicy chcą zwyciężyć, będą musieli zdobyć właśnie to miasto. – Splunął ponownie, nałożył kapelusz na głowę i wrócił do poprawiania lin.

Staszek udał się na koniec pomostu, by nadzorować wynoszenie broni.

Zanim zdążył dokładnie się rozejrzeć, usłyszał tętent końskich kopyt. Zbliżał się młody żołnierz trzymający w lewej ręce biały zwinięty dokument. Staszek przyjrzał mu się uważnie. Miał na sobie francuski mundur w nienagannym stanie i lśniące buty, a na jego twarzy gościł zadbany wąs. Staszek przeniósł wzrok na brata i innych zebranych przy skrzyniach. Mundury w nieładzie, brudne, niektóre potargane lub dziurawe. Twarze, zmęczone, wychudzone i zarośnięte. Kontrast był niezwykle wymowny.

Żołnierze z dużym zainteresowaniem przyglądali się przybyszowi. Podziwiali zwłaszcza konia – dostojne zwierzę o gniadej maści, z solidnym siodłem i starannie przyciętą grzywą przyciągało wzrok. Wielu z nich dawniej służyło w kawalerii i na ten widok odżyły wspomnienia oraz duma ze służby dla kraju ojców. Przybysz okazał się francuskim oficerem łącznikowym. Przywiózł od szefa sztabu rozkazy, które przyjął pułkownik Zalewski dowodzący transportem. Cała półbrygada została skierowana do starego magazynu na obrzeżach miasta. Zakomenderowano ustawienie się do wymarszu.

Staszek i Jakub bacznie przyglądali się otoczeniu. W niewielkim porcie znajdowało się kilka pomostów, po których kręciło się wielu robotników. Byli to głównie ludzie o ciemnej karnacji, silnie opaleni, przypominający Hiszpanów, których Staszek widział już wcześniej. Więcej uwagi poświęcił osobom o całkiem czarnym kolorze skóry. Przyglądał im się pilnie. Wiedział, że przyjdzie mu walczyć z podobnymi ludźmi. Zwrócił uwagę na ich wyróżniającą się atletyczną budowę ciała i siłę. Nagle usłyszał głos brata:

– Widziałeś, jakie mają ramiona? Silne chłopy, popatrz na tego. – Wskazał skinieniem głowy dużego Kreola niosącego beczkę z jakąś cieczą, pewnie z rumem. – Sam niesie beczkę, którą we dwóch mielibyśmy problem udźwignąć, zwłaszcza z twoim umięśnieniem – ciągnął ironicznie, zerkając na bicepsy brata.

Staszek spojrzał z nieukrywanym podziwem na silnego tragarza.

– Siła na nic się zda, jeśli dobrze strzelasz.

– Racja, ale pod warunkiem, że masz sprawną strzelbę, a z tym różnie bywa.

Jakub był jednym z najlepszych strzelców w jednostce, ale kiedy zobaczył, jaką przydzielono im broń, zaczął mieć wątpliwości, czy da się z niej strzelać. Zamiłowanie do polowania miał od najmłodszych lat i znał się na tym. Biegał po lesie z procą lub ręcznie robionym łukiem i polował na wszystko, co okazało się na tyle nieroztropne, aby znaleźć się w zasięgu jego wzroku.

– Nie martwię się o siebie, braciszku. Ja to choćby z procy trafię, gorzej z tobą – wycedził, po czym lekko wykrzywił usta w zaczepnym uśmieszku.

– No, no, w takiego dużego to i ja trafię.

Staszek faktycznie strzelał gorzej od brata, co było częstą przyczyną przytyków młokosa. Tym razem jednak cieszył się z dobrego nastroju Jakuba. Trudna podróż powoli przechodziła do historii, teraz musieli przeżyć na tej odległej wyspie.

Jakub poszedł za ciosem i wbił kolejną szpilkę:

– No nie wiem… W nocy może być całkiem trudno go dojrzeć!

Bracia się roześmiali.

Żołnierze ruszyli przez miasto za oficerem łącznikowym, kierując się do starych magazynów portowych. Główny plac był wielki i wyłożony kamieniem, a na jego środku dumnie górował maszt z francuską flagą. Materiał szamoczący się w porywach oceanicznego wiatru zdawał się szeptać: „Ta wyspa jest nasza i nie zamierzamy tolerować żadnych buntowników”.

Dalej kolumna podążyła główną ulicą Cap-Français. Uwagę żołnierzy przykuwały murowane kolonialne domy pomalowane na jasne kremowe barwy, z ciemnymi – zielonymi lub niebieskimi – okiennicami. Większość była zamknięta, ale celowo pozostawione szczeliny pozwalały powietrzu dostawać się do dusznych pomieszczeń. Piętro prawie każdego domu zostało ozdobione długim balkonem, na który prowadziły zewnętrzne schody. Konstrukcje okalające budynek niczym falbana u spódnicy hiszpańskiej tancerki wyglądały pięknie i nadawały temu miejscu niezwykłego uroku. Bariery balkonów miały kolor tożsamy z okiennicami.

W centrum miasta wyraźnie wyróżniała się wieża kościoła, choć nie tak okazała jak w metropoliach na kontynencie. Swoją prostotą idealnie wpasowywała się w krajobraz tego miejsca. W wieży znajdował się dzwon, który informował całą okolicę o wybiciu południa.

Po drodze mijali wielu miejscowych. Robotnicy o bujnych zarostach i w rozpiętych koszulach trzymali siekiery i piły, jakby wracali z wyrębu lasu, chłopi dźwigali wielkie kosze wypełnione nieznanymi, zielonymi warzywami, a kobiety niosły pranie albo gliniane dzbany z wodą lub prowadziły gromadki dzieci. Na pozór życie wyglądało normalnie, ale kiedy polscy żołnierze spojrzeli na twarze tubylców, szybko się zorientowali, że nie jest to miasto mające przed sobą świetlaną przyszłość. Ludzie się nie uśmiechali. Mieli oblicza bez wyrazu, jakby przestali kontrolować swoje miny i patrzyli w dal bez konkretnego celu. Brakowało w nich pewności co do kolejnego dnia.

Widok nowych, zmęczonych żołnierzy tylko potwierdził ich obawy – Francuzi mają problem ze stłumieniem buntu.

Rozdział II

Stare magazyny nowym domem

W końcu dotarli na miejsce. Oficer łącznikowy wskazał dwa wielkie, murowane magazyny stojące na zaniedbanym i zarośniętym placu. Jedynie fragment tuż przy wrotach był wydeptany, resztę terenu opanowały samosiejki, krzewy i drzewka rosnące w dzikim nieładzie. Wyglądało to tak, jakby ładunek wywieziono w wielkim pośpiechu. Gdzieniegdzie leżały szczątki rozbitych skrzyń, które zapewne spadły z transportu, ale po towarze nie było już śladu. Miejscowa ludność skrzętnie wysprzątała wszystko, czego nie zabrali koloniści.

Żołnierze patrzyli na siebie z niedowierzaniem. Liczyli na normalne koszary z kuchnią polową i możliwością kąpieli, a wyglądało na to, że doprowadzenie tego miejsca do porządku zajmie im co najmniej kilka dni.

Dowódca półbrygady, pułkownik Zalewski, wymienił kilka ostrych zdań z oficerem łącznikowym. Był wyraźnie wściekły, na co Francuz tylko wzruszył ramionami.

Zarządzono podział na dwie grupy. Magazyn z przylegającym pomieszczeniem biurowym przypadł jednostce pułkownika, która miała urządzić tam prowizoryczne dowództwo. Grupa Staszka i Jakuba trafiła do bardziej zniszczonego budynku. Ich kapitan odebrał rozkazy i ruszyli w kierunku przydzielonego im lokum.

– Co za rudera – mruknął Jakub. – Już na statku mieliśmy przytulniej.

– Nie jest tak źle. – Staszek jak zawsze łagodził zderzenie brata z rzeczywistością. – Zobacz: solidne ściany, wrota grube i sprawne, nawet podłoga jest utwardzona.

– Tak, bardzo dziękuję za spanie na utwardzonej podłodze – odparł Jakub z sarkazmem. – Na pewno dostaniemy jakieś prycze, dowództwo już nad tym pracuje.

Po wejściu do środka uderzył ich ostry zapach rumu zmieszany z czymś słodkim, może melasą lub cukrem. Gdzieniegdzie widniały wżarte w podłoże wielkie ciemne plamy rozlanego trunku. Pod ścianą leżał rozsypany biało-brązowy proszek zmieszany z kurzem i ziemią. Pracowite mrówki wynosiły go skwapliwie. Za kilka dni nie zostanie ani ziarenko, pomyślał Staszek. Prostokątne pomieszczenie było przestronne. W rogu, po lewej stronie, przy wrotach znajdowała się mała komórka dla dozorcy lub na dokumenty. Kapitan natychmiast upatrzył ją sobie na własne biuro.

Najbliższe dwa dni upłynęły na porządkowaniu i karczowaniu zarośli wokół magazynów. Żołnierze otrzymali łóżka polowe, koce i małe poduszki. Ustawili posłania w rzędach – dwa pod lewą ścianą, dwa na środku (nogami do siebie) i jeden po prawej. Staszkowi, Jakubowi i ich towarzyszowi Luckowi przypadły miejsca blisko wejścia.

Dokuczały im intensywny upał i wilgotne, parne powietrze. Wnoszenie łóżek, karczowanie zarośli i sprzątanie magazynu stanowiło dla nich w takich warunkach ogromny wysiłek. Równie uciążliwe okazały się owady. Mrówki były wszechobecne, krążyły po magazynie w poszukiwaniu czegokolwiek jadalnego. Początkowo kąsały nowo przybyłych żołnierzy, ale szybko skupiły się też na wszelkich schowanych zapasach. Bolesne ukąszenia stały się codziennością. Wieczorami prawdziwym problemem były komary, które zmuszały żołnierzy do spania z kocami zaciągniętymi na głowę. Mężczyźni woleli gorąco niż swędzące użądlenia.

Od czasu do czasu wybuchało nagłe zamieszanie, gdy ktoś zobaczył węża, który zapuścił się do środka. Przerażeni żołnierze natychmiast go deptali, a nieraz dobywali szabli, by pozbawić nieszczęsnego intruza głowy. Stało się to powodem robienia dowcipów.

Kapitan jednostki, Piotr Kamiński, nie był lubiany. Jego wyniosła postawa działała na wszystkich odpychająco. Wychowany we Francji, czuł się bardziej Francuzem, ale ojciec, polski patriota, nakazał mu wstąpić do Legionów: „To wielki honor dla rodziny” – mawiał. Piotr, a raczej Pierre, jak przedstawiał się francuskim oficerom, był wielkim elegantem. Urodziwy ciemny blondyn ze starannie zaczesanymi włosami, przystrzyżonym wąsikiem i niebieskimi oczami bardziej pasował na bal niż na wojnę. Codzienna pielęgnacja jego ciała i munduru stała się obiektem żartów żołnierskiej kompanii.

Najzagorzalszym hultajem był Zygmunt Walaszek, uciekinier ze Śląska, który musiał czmychać za pobicie pruskich policjantów. Zygmunt nie znosił szykownego wyglądu kapitana. Pewnego wieczoru, gdy Pierre wyszedł pielęgnować swoje nienaganne oficerki, co czynił rytualnie, Zygmunt schwytał w okolicznych krzakach długiego rdzawoczerwonego węża i wpuścił go do komórki sypialnej przystojniaka. Nad ranem magazynem wstrząsnął głośny wrzask, po którym rozległ się dźwięk roztrzaskiwanego dzbana, tłuczonych butelek i przewracanych mebli. Kotłowanie trwało kilka minut. Przerażony kapitan obudził się z wężem wijącym się na jego piersi. W panice zdemolował niemal całe pomieszczenie, siekając szablą beznogiego lokatora. Lucjan, znawca fauny, uspokoił spanikowanego Kamińskiego, że wąż nie był jadowity, ale dodał z rozbrajającą miną, że to… dusiciel. Kapitan dotknął szyi i z szeroko otwartymi oczami przeżywał ulgę z powodu cudem ocalonego życia.

Innym razem Zygmunt umieścił w glinianym naczyniu wielkiego włochatego pająka. Lucek potwierdził, że ukąszenie będzie bolesne, ale nie śmiertelne. Biedny Pierre znów zdemolował swoją kwaterę, gdy wieczorem podniósł koc i ujrzał na poduszce stwora rodem z koszmarów. Ptasznika czekał los podobny do węża.

Kapitan jednak nie był głupcem. Następnego dnia rozpoczęły się wezwania i przesłuchania. Kilku żołnierzy wychodziło z kwatery Kamińskiego ze spuszczonymi głowami. Zygmunt nie został wezwany. Lucjan, jako znawca, był jednym z pierwszych przesłuchanych. Opowiadał później, że kapitan wypytywał go o węże i pająki, a zwłaszcza o to, jak je łapać, unikając ukąszenia. Lucjanowi udało się zachować spokój i na wszystkie pytania odpowiedział rzeczowo.

Wydawało się, że nikt nie puścił pary z gęby. Kamiński udał się do pułkownika Zalewskiego, a ten zastosował odpowiedzialność zbiorową. Wieczorem żołnierze usłyszeli rozkaz zbiórki przed magazynem. Kapitan nakazał im ściągnąć koszule, podnieść muszkiety nad głowy i tak stać do odwołania rozkazu. Broń z każdą chwilą stawała się cięższa, mięśnie drżały, a na nagie torsy ruszyły roje komarów zwabionych zapachem potu. Przez najbliższe dni swędzące bąble przypominały wszystkim o żarcie Zygmunta. Nikt jednak nie miał do niego pretensji. Duch jedności wypełniał magazyn niegorzej niż zapach rozlanego kiedyś rumu.

Innym razem, podczas karczowania zarośli, żołnierze usłyszeli głośne wiwaty. Pobiegli zobaczyć, co się dzieje. Dwóch dawnych mieszkańców Wieliczki, Maciej i Remik, odnalazło zakopaną w ziemi beczkę pełną rumu. Radość była wielka, ale należało zachować to w tajemnicy. Maciej, który w kraju dorabiał nielegalną produkcją, okazał się specjalistą w tej dziedzinie. W sekrecie beczka została rozlana na mniejsze porcje. Gdy tylko kapitan Pierre oddalił się od magazynu, żołnierze urządzili wspaniałą ucztę, a cały trunek szybko zniknął.

Czas, jaki Legiony Dąbrowskiego otrzymały na aklimatyzację, mijał szybko. Wkrótce mieli ruszyć do boju, ale pojawiły się pierwsze oznaki, że wyspa nie jest tak gościnna, na jaką wygląda.

Wielu zaczęło narzekać na bóle głowy i nudności. Początkowo sądzono, że to od upału, ale kolejne przypadki kończyły się wysoką gorączką, a skóra i oczy chorych stawały się żółte. Każdego dnia zwalniało się kilkanaście prycz, a żołnierzy wynoszono na noszach do szpitala polowego.

Rozdział III

Sen o Warszawie

Noce powinny przynosić ulgę. Skwar dnia ustępował, a powiew wiatru znad oceanu chłodził rozpalone ciała, jednak problem stanowiły wszędobylskie komary i ćmy lecące do światła całymi chmarami. Żołnierze próbowali chronić się za pomocą prowizorycznych moskitier, koców i zasłon, ale dawało to mizerny efekt.

Staszek przez kilka nocy nie mógł zmrużyć oka. Niepokoiły go nadchodzący bój i dziwna choroba, która atakowała oddział z coraz większą siłą. Lucjan mówił, że to rodzaj tropikalnej gorączki – malaria lub febra. Zalecał częste mycie rąk i picie wyłącznie czystej wody. Staszek, z natury przezorny, robił wszystko, by ustrzec siebie i brata przed zarazą. Ci, których wysłano do szpitala polowego, rzadko wracali, co jeszcze bardziej go martwiło.

Był już wyczerpany tym ciągłym czuwaniem, zwłaszcza że Jakub zachowywał się całkowicie odwrotnie. Ciągle gdzieś znikał, pił dużo rumu i wymykał się wieczorami do miasta, jak twierdził – dla poznania „egzotycznych walorów wyspy”. Staszek wiedział, że brata trudno utrzymać w miejscu, więc przestrzegał go jedynie, by nie wdawał się w bójki ani nie próbował zrywać „egzotycznych kwiatów”, które mają już właściciela. Afera z udziałem polskiego żołnierza uwodzącego miejscową mogłaby się skończyć karcerem, a w najgorszym razie – egzekucją.

W końcu wykończony Staszek pierwszy raz od wielu dni zapadł w głęboki sen. Organizm domagał się regeneracji, a zszargane nerwy – odpoczynku. Podświadomość miała jednak inne plany i teraz złośliwie wywlekała na wierzch to, co od miesięcy próbował zdusić głęboko w sobie.

Wkrótce ujrzał ciemne, pogrążone w mroku miasto. Jedyne źródło światła stanowił księżyc, którego blada tarcza oblewała trupim blaskiem zniszczone zabudowania. Staszek ruszył naprzód. Pod stopami czuł twarde kamienie. Czy to Warszawa? Znał tę ulicę, te kocie łby i krawężniki. Zrobił kilka kroków, a z mroku wyłoniła się potężna bryła. Wyglądała jak monstrualnych rozmiarów ludzka czaszka osadzona na chodniku. Ciemne oczodoły budziły grozę. Już miał się odwrócić i uciec, gdy zrozumiał, że to nie czaszka – to kamienica, w której się wychował.

Stał przed rodzinnym domem na warszawskiej Pradze. Miejsca przypominające oczodoły okazały się wypalonymi oknami. Pokoje, dawniej słoneczne i jasne, teraz straszyły czernią osmolonych ścian. Podszedł bliżej drzwi wejściowych. Przejście zabarykadowano drewnianymi belkami, skrzyniami, deskami i gruzem. Zrozumiał, że rosyjscy oprawcy zastawili wyjście, zanim podpalili dom. Mieszkańców uwięziono wewnątrz, a przez wybite okna na parterze wrzucono płonące pochodnie.

Serce ścisnęło mu się na myśl o rodzicach i siostrze zamkniętych w tym ognistym więzieniu. W szczelinie pomiędzy belkami dostrzegł coś jasnego. Podszedł, by się przyjrzeć. Gdy znajdował się o krok od celu, pojął, że to ludzka dłoń. Kobieca dłoń ściskająca coś kurczowo. Z jego gardła wydobył się cichy jęk.

Ela…

Elżbieta była oczkiem w głowie rodziny. Energiczna, kochająca taniec i śpiew, pięknie grająca na pianinie. Nazywał ją Słowikiem, bo jej czysty głos napawał go braterską dumą. Teraz jej już nie było. Uklęknął i drżącą ręką spróbował dotknąć palców siostry. Nagle dłoń zmarłej się otworzyła. Na krótkim sznurku zwisał żółty metalowy gwizdek w kształcie słowika. Ten sam, który Staszek wypatrzył kiedyś na wystawie warszawskiego sklepiku. Kupił go dla niej, ale nie zdążył jej wręczyć, ponieważ wybuchły walki i wszystko potoczyło się zbyt szybko. Skąd więc wziął się w jej ręce?

Sięgnął po niego, ale sznurek zaczepił się o palce Eli. Pociągnął delikatnie i wtedy ręka siostry zaczęła czernieć od ramienia. Zwęglone ciało kruszyło się i opadało na belki niczym popiół.

– Nie! Nie! – wyrwało się z jego piersi.

Odsunął się gwałtownie, patrząc, jak zwęglony naskórek, mięśnie i ścięgna kruszą się i odsłaniają gołe kości.

Krzyknął „Nie!” po raz ostatni, tym razem naprawdę, i natychmiast się obudził. Był zalany potem. Podniósł się na łóżku i rozejrzał z przerażeniem. W magazynie panował półmrok, inni spali. Sięgnął do kieszeni leżącego obok munduru. Wyczuł metalowy przedmiot, gładki i chłodny. Wyjął mały żółty gwizdek w kształcie ptaszka. Gdyby dmuchnąć w otwór w ogonie, z dzióbka wydobyłby się krystaliczny dźwięk. Ten drobny prezent miał wywołać uśmiech na twarzy Eli.

Przeklęta chciwość władzy. Przeklęci zaborcy, którzy zabrali mi wszystko. To przez nich tu jestem i przez nich pewnie tu zginę.

Ta myśl przyniosła mu dziwną ulgę, ale zaraz przypomniał sobie o bracie. Gdyby był sam, śmierć mogłaby się okazać przyjaciółką, lecz musiał chronić Jakuba. Tak obiecał ojcu.

Wrota magazynu uchyliły się z cichym jękiem. Kilku żołnierzy poruszyło się niespokojnie, zmieniając bok na twardych deskach. Do Staszka podszedł Zbyszek, który właśnie wrócił z wartowni. Trącił go lekko butem w ramię.

– Wstawaj, Staszek. Twoja zmiana. Chłopak na zewnątrz ledwo już stoi, lada chwila wybiją godzinę.

– Jasne, już wstaję – odpowiedział krótko i zaczął po omacku szukać oporządzenia.

Zaspał o kilka minut. Musiał się śpieszyć, by zluzować kolegę na posterunku przed magazynem. Gdyby oficer inspekcyjny zastał wartownika śpiącego na stojąco lub – co gorsza – puste stanowisko, obaj mieliby poważne kłopoty.

Szybko zerknął na łóżko brata. Jakuba nie było. Pod kocem leżały zwinięte ubrania imitujące kształt ciała.

– Gdzieś ty, u diabła, polazł, przeklęty młokosie…? – mruknął pod nosem.

Wychodząc na wartę, zastanawiał się, jak przeprowadzić z bratem poważną rozmowę. Noc była spokojna, choć w oddali słyszał pomruki dżungli – odgłosy nieznanych ptaków i zwierząt, dziwne pokwikiwania i przeciągłe gwizdy. Powietrze pachniało oszałamiającą mieszanką wilgotnej ziemi, roślinności i oceanicznej bryzy. Dotarł na posterunek. Ślady wydeptane w piasku świadczyły o tym, że jego poprzednik krążył, by nie zasnąć. W tych warunkach oparcie się o palmę oznaczało pewny sen, a kapitan uwielbiał nocne kontrole i surowo karał za brak czujności. Choć buntownicy nie podeszli jeszcze pod same magazyny, żołnierze wiedzieli, że krążą w pobliżu. Poza tym miejscowi tylko czekali na okazję, by podwędzić worek mąki czy inne cenne zapasy.

Jakąś godzinę później Staszek odniósł wrażenie, że w oddali coś się poruszyło – mignął mu jakiś niewyraźny cień. Postanowił ostrożnie się zaczaić i sprawdzić, co to takiego. Skontrolował broń i ruszył przed siebie. Starał się iść bezszelestnie, unikał krzewów i stawiał stopy na miękkim piasku. Wkrótce usłyszał, że ktoś się zbliża. Położył się na ziemi i wczołgał pod wielką paproć – a przynajmniej roślinę, która ją przypominała.

Wkrótce ujrzał trzy postacie. Najpierw młodą kobietę o rozpuszczonych, kręconych kruczoczarnych włosach, które zasłaniały część jej twarzy. Jego wzrok przykuła bransoletka z różowych muszelek zawiązana na kostce jej lewej nogi. Kobieta była boso, a muszelki połyskiwały blado w świetle księżyca. Obok niej stał czarnoskóry, silnie zbudowany mężczyzna w rozpiętej do połowy koszuli i z szerokim skórzanym pasem, za którym tkwiła potężna maczeta. Trzeci mężczyzna pozostawał w cieniu.

Staszek przysunął się nieco i zmrużył oczy, jakby to mogło mu dać nadludzką zdolność widzenia w ciemności. Obraz stał się wyraźniejszy i Staszkowi zaparło dech w piersiach. To niemożliwe. Tym trzecim był… Jakub. Jego brat rozmawiał przyciszonym głosem z nieznajomymi.

Staszek wzdrygnął się z wrażenia. Ten gwałtowny ruch spowodował lekki szelest liści. Młoda kobieta, czujna niczym dziki kot, natychmiast odwróciła się w stronę dźwięku. Zwinnym ruchem wydobyła z pochwy przy pasie długi, ostry nóż. Błysk ostrza przeciął mrok, a rozmowa mężczyzn momentalnie ucichła.

Staszek zamknął oczy i zamarł w bezruchu, wstrzymując oddech. Minęło kilka sekund absolutnej, dzwoniącej w uszach ciszy. Gdy w końcu ostrożnie wychylił się z ukrycia, na polanie nikogo już nie było. Po dwójce obcych zostały jedynie poruszające się liście zarośli, gęstwina dżungli stanowiła doskonałą kryjówkę, po Jakubie zaś nie było nawet śladu.

Co to wszystko miało znaczyć? Kim byli ci ludzie i dlaczego mój brat potajemnie się z nimi spotkał?

Reszta warty upłynęła Staszkowi na dręczących rozmyślaniach. Podjął decyzję – rano czeka go poważna rozmowa z niesfornym bratem. Musiał poznać prawdę, zanim będzie za późno.

Rozdział IV

Kawa u kapitana

Słońce prażyło już niemiłosiernie, kiedy Staszek kończył wartę. Zamyślony wrócił do magazynu. Duszne pomieszczenie wciąż było wypełnione chrapaniem żołnierzy. Jakub leżał na swoim miejscu i spał w najlepsze, jak gdyby nigdy nic. Gdy Staszek spojrzał na ubrudzone piaskiem buty, nie miał już wątpliwości, że to jego widział w nocy, choć w głębi duszy wciąż karmił się nadzieją, że to nieprawda.

Z zewnątrz dobiegł dźwięk kuchennego dzwonka – za kwadrans śniadanie. Żołnierze zaczęli się powoli podnosić i ubierać. Niektórzy podchodzili do ustawionej pod ścianą beczki, by przemyć twarze, inni płukali usta rumem. Jakub również usiadł na posłaniu i ziewnął przeciągle. Wyczuł na sobie badawczy wzrok Staszka i spojrzał na brata.

– Jak warta? Wyglądasz, jakby komary wyssały z ciebie całą krew. Coś ty taki blady? Dobrze się czujesz? – zapytał zaczepnie.

Staszek już otwierał usta, by zacząć rozmowę, gdy za plecami usłyszał szorstki głos:

– Radwan! Do mnie, natychmiast!

– Tak jest, panie kapitanie! – odpowiedział Staszek, prostując się, jak na wzorowego żołnierza przystało. Odwrócił się i odszedł.

Jakub odprowadził go wzrokiem, kręcąc głową z dezaprobatą. Nigdy nie potrafił pojąć tego bezwzględnego posłuszeństwa i oddania, które reprezentował jego starszy brat. Uważał to za zachowanie niemal groteskowe.

Chwilę później Staszek stanął w ciasnym pokoiku kapitana Pierre’a Kamińskiego. Mógł się teraz z bliska przyjrzeć, jak przełożony urządził się w dawnym pomieszczeniu biurowym. Drewniane łóżko z prawdziwym siennikiem prezentowało się o niebo lepiej niż ich twarde polowe prycze. Solidny stolik nosił ślady licznych przejść – był porysowany i poobijany, jakby wiele razy lądował na ziemi, a stojące na nim dzban z kawą i porcelanowe francuskie filiżanki wyglądały w tym otoczeniu wręcz nierealnie. Kapitan, wyraźnie dumny ze zdobycznej zastawy, nalewał napój. Celebrował każdy ruch i zerkał ukradkiem, czy podporucznik podziwia ten widok z należytym zachwytem.

– Siadajcie, Radwan – rzucił, wskazując krzesło, które również niejedną walkę miało już za sobą. Być może to nim kapitan próbował kiedyś ubić podrzuconego mu dla żartu pająka. – Kawy? – zapytał niemal dobrotliwie, zauważywszy podkrążone oczy Staszka.

– Chętnie, panie kapitanie. Jestem po nocnej służbie.

– A, racja. Dobra kawa postawi was na nogi.

Podsunął Radwanowi filiżankę ozdobioną prawdopodobnie ręcznie malowaną mozaiką kolorowych papug. Kawa smakowała wybornie, była znacznie mocniejsza i bardziej aromatyczna niż lura podawana do śniadania.

– Lubię was, jesteście dobrym żołnierzem – zaczął uprzejmie Pierre. – Nie miałem z wami żadnych problemów, nazwijmy to… dyscyplinarnych. Rozumiecie, co mam na myśli? – Kapitan wziął spory łyk i spojrzał gościowi prosto w oczy.

– Tak, panie kapitanie, rozumiem.

Staszek się domyślał, o co może chodzić. Wiedział, że Pierre po kilku niewybrednych żartach ze strony podwładnych stał się chorobliwie nieufny. Obawiał się przez chwilę, że dowódca będzie chciał zrobić z niego szpiega, ale na szczęście rozmowa skręciła na inne tory.

– Słyszeliście zapewne, że pułkownik Zalewski otrzymał już rozkazy i wyruszył na zwiad?

Staszek przytaknął skinieniem głowy.

Spis treści

Rozdział I. Cap-Français

Rozdział II. Stare magazyny nowym domem

Rozdział III. Sen o Warszawie

Rozdział IV. Kawa u kapitana

Rozdział V. Bez procesu

Rozdział VI. Samson i Dalila

Rozdział VII. Bezimienne groby

Rozdział VIII. Vómito negro

Rozdział IX. Przewodnik

Rozdział X. Wymarsz

Rozdział XI. Adélia

Rozdział XII. Przeklęta księga

Rozdział XIII. Na tyłach

Rozdział XIV. List

Rozdział XV. Prezent staje się problemem

Rozdział XVI. Inspektor Mercier

Rozdział XVII. Ludzka twarz kapitana

Rozdział XVIII. Cios w brzuch

Rozdział XIX. Twierdza

Rozdział XX. Nowy plan kapitana

Rozdział XXI. Echo masakry

Rozdział XXII. Nowy Julien Renard

Rozdział XXIII. Simon

Rozdział XXIV. Zielona papuga

Rozdział XXV. Płonące trzciny

Rozdział XXVI. Maska opada

Rozdział XXVII. Plakat informacyjny

Rozdział XXVIII. Egzekucja

Rozdział XXIX. W ramionach

Rozdział XXX. Biali Murzyni Europy

Epilog

Posłowie

Lista stron

1

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

39

40

41

42

43

44

45

46

47

48

49

50

51

52

53

55

56

57

58

59

60

61

62

63

64

65

66

67

68

69

70

71

72

73

74

75

76

77

78

79

80

81

82

83

84

85

87

88

89

90

91

92

93

94

95

96

97

98

99

100

101

102

103

104

105

106

107

108

109

110

111

112

113

114

115

116

117

118

119

120

121

122

123

124

125

126

127

128

129

130

131

132

133

134

135

136

137

138

140

141

142

143

144

145

146

147

148

149

150

151

152

153

154

155

156

157

158

159

160

161

162

163

164

165

166

167

168

169

170

171

172

173

174

175

176

177

178

179

180

181

182

183

184

185

186

187

188

189

190

191

192

193

194

195

196

197

198

199

200

201

202

203

204

205

206

207

208

209

210

211

212

213

214

215

216

217

218

219

220

221

222

223

224

225

226

227

228

229

230

231

232

233

234

235

236

237

238

239

240

241

242

243

244

245

246

247

248

249

250

251

252

253

254

255

256

257

258

259

260

261

262

263

264

265

266

267

268

269

270

271

Punkty orientacyjne

Okładka