Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Artur Gawron powraca w rodzinne strony, niosąc ze sobą nie tylko bagaż bieszczadzkich wspomnień, ale przede wszystkim palące pragnienie konfrontacji z bratem – Jakubem – którego podejrzewa o najgorszą zbrodnię. Gdy leśnik detektyw próbuje rozwikłać splątane węzły własnej przeszłości, jego siostra, Magdalena Gawron, i komisarz Tomasz Bielik wkraczają w niebezpieczny świat darknetu i fentanylu, który zbiera śmiertelne żniwo wśród lokalnej młodzieży.
Autorka czwartego tomu leśnej serii spod Konina po raz kolejny bezkompromisowo obnaża słabości ludzkiej natury, wkraczając w gąszcz moralnych dylematów i głęboko skrywanych traum. Jak wiele jesteśmy w stanie poświęcić, by chronić tych, których kochamy? I gdzie leży granica między obroną najbliższych a ślepą zemstą?
„Gąszcz” to trzymająca w napięciu historia o lojalności, która staje się przekleństwem, i prawdzie, która potrafi zabić szybciej niż najsilniejsza trucizna. Daj się wciągnąć w labirynt konińskich tajemnic, gdzie za ochronę najbliższych trzeba zapłacić najwyższą cenę.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 495
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
FRAGMENT
Copyright ©Monika Litwinow, 2026
Projekt okładki
Magdalena Batko
Redaktorka prowadząca
Monika Litwinow
Redakcja
Andrea Smolarz
Korekta
Aleksandra Tarnowska
Andrea Smolarz
Skład iłamanie
Magdalena Batko
Tak się składa
ISBN 978-83-977911-1-4
Siechnice 2026
Wydawca
monikalitwinow.pl
Druk ioprawa
Drukarnia Sowa
MONIKA LITWINOW
GĄSZCZ
Nienawidził lasu. Nie tylko teraz, wtych okolicznościach, ale odkąd pamiętał. Nie cierpiał tego, że nigdzie nie mógł usiąść bez ryzyka pobrudzenia się lub kontaktu zrobakami. Zawsze było tam chłodniej iciemniej, aszum liści działał na niego drażniąco. Nie lubił propozycji zabawy patykami, szyszkami iżołędziami, bo były brudne ido niczego się nie nadawały. Na dodatek ścieżki, nierówne ikręte, często donikąd nie prowadziły.
Tymczasem, gdy zdziury wskroni mężczyzny nadal wypływała krew, on klęczał wwilgotnej ściółce imyślał otym, jak bardzo nienawidził lasu jako dziecko iociepłym dywanie, na którym się wtedy bawił. Wyobrażał sobie, jak przez nogawki dżinsów wchodzą żuki ipająki, ale nie potrafił się ruszyć. Przerażony obserwował ciało, sam nie wiedział jak długo, aż szaruga przedświtu zaczęła ustępować miejsca wschodzącemu słońcu.
Jak to się stało? Jak do tego doszło?
Nagłe do jego uszu dobiegł rozdzierający ciszę sygnał syreny pociągu, który przejeżdżał niedaleko. Nareszcie coś wyrwało go zodrętwienia. Poczuł chłód na policzkach idrętwienie wkolanach. Krew na głowie mężczyzny przestała płynąć ipołyskiwać, aon zaczął rozglądać się wokół siebie. Zagajnik był mały inie dość gęsty, by wciągu dnia nie został przez przypadek dostrzeżony przez przejeżdżających tuż obok kierowców. Był zbyt blisko drogi imusiał działać. Teraz.
Zdjął bluzę izłapał przez nią pistolet. Teraz wydał się jeszcze cięższy niż wchwili, kiedy chwycił go po raz pierwszy. Wycierał rękojeść ilufę przekonany, że wtaki właśnie sposób zaciera się odciski palców.
Jakim cudem znalazłem się wtej sytuacji?
– To nie moja wina – powiedział do siebie szeptem imocno pociągnął zasmarkanym nosem. – To nie moja wina. To nie moja wina.
Przed oczami stanęła mu chwila, gdy czarna dziura pistoletu była skierowana prosto na jego czoło. Jego ręce drżały. Chciał położyć broń wpobliżu odpowiedniej dłoni nieżyjącego, ale nie wiedział której. Zacisnął powieki, aby przypomnieć sobie tę scenę, ale nie potrafił. Przecież wszystko wydarzyło się przed chwilą, choć sam teraz nie wiedział, czy minęła godzina, czy zaledwie kilka minut.
Nagle usłyszał trzask gałęzi od strony drogi. Dostrzegł niewielką, czarną postać, która powoli iostrożnie wchodziła do zagajnika. Wiedział, że musi uciekać. Nikt nie może go tutaj zobaczyć. Tym razem jego instynkt zadziałał prawidłowo. Założył pospiesznie bluzę, zarzucił kaptur na głowę iwzgarbionej pozycji zaczął oddalać się od ciała mężczyzny. Starał się zachowywać jak najciszej, choć wiedział, że on sam również deptał po hałaśliwym podłożu leśnego poszycia.
Dotarł do skrajni drzew ischował się za krzakami. Liczył, że nie został dostrzeżony ibardzo chciał zobaczyć, czy człowiek, być może grzybiarz, znajdzie ciało izawiadomi policję. Drzewa rosły wrównych rzędach, posadzone sztucznie przez człowieka, dlatego od razu zauważył, że postać stoi nad zwłokami nieruchomo. Odniósł wrażenie, że trwało to zbyt długo. Pomyślał, że gdyby on znalazł przypadkowo trupa, wpadłby wpanikę iszybko dzwonił po pomoc.
Wkońcu postać wyjęła coś zkieszeni, ale nie był to telefon. Na pewno nie, gdyż nie dostrzegł żadnej namiastki sztucznego światła odbijającego się wubraniach czy twarzy człowieka. Zrozumiał, że coś pisała na kartce, po czym położyła ją na ziemi. Dziwne. Cholernie dziwne. Postać dostrzegła coś jeszcze obok martwego mężczyzny. Może broń? Czy idiota chciał podnieść broń? To na pewno zasłoniłoby jego odciski palców.
Proszę, niech to będzie idiota.
Niestety okazało się, że prawdziwym idiotą był tak naprawdę on sam. Człowiek trzymał wdłoni telefon, który próbował teraz odblokować. Jak mógł być tak głupi? Jak mógł zapomnieć ojego telefonie? Schował głowę wdłoniach, po czym zaczął uderzać pięścią delikatnie wczoło. Debil, debil, debil!
Uniósł głowę iwtedy dostrzegł, że postać stoi wyprostowana, ale już nie patrzy na ciało. Patrzy prosto przed siebie. Wmiejsce, gdzie on się ukrywał.
Musiał uciekać co sił wnogach.
„Nareszcie czerwone”, pomyślała Magdalena Gawron, trzymając między zębami gumkę do włosów. Lewą dłonią podtrzymywała wysoki kucyk, drugą zaś próbowała wymacać szczotkę spod siedzenia pasażera. Na ostatnim rondzie otwarta duża torba zczarnej skóry spadła zfotela razem zcałą zawartością. Kierująca nie odwracała wzroku od sygnalizacji świetlnej ikolejno chwytała po omacku paczkę chusteczek, portfel, butelkę zwodą (która szczęśliwie tym razem się nie otworzyła), skrobaczkę do szyb (jakże potrzebną wśrodku lata), długopis, tampony icałą resztę. Jest! Magda szybko przeczesała czubek głowy, by żaden nieproszony kosmyk nie odskoczył spod idealnie wygładzonej fryzury. Głaszczącym ruchem dłoni isiłą nawyku przejechała po wygolonym lewym boku nad uchem, aby sprawdzić, czy wypielęgnowana trzy dni temu szczecina jest równa.
Zielone. Kilka aut przed nią ruszyło, kiedy wprawnym ruchem przeplatała kitkę raz za razem. Spoglądała wlusterko wsteczne na kierowcę wsamochodzie za nią, ale facet na szczęście gapił się wtelefon. Płynnym ruchem przeniosła ciężar stóp ze sprzęgła na gaz, poprawiając jeszcze kilka niesfornych kosmyków za uszami. Obyło się bez trąbienia.
Po zjechaniu zWiaduktu Briańskiego wślimaczym tempie dołączyła do konińskiego korka tranzytowego. Sprawcami codziennego porannego zatoru na Kleczewskiej wkierunku Ronda Wyszyńskiego były rzecz jasna ciężarówki kursujące na drodze krajowej numer dwadzieścia pięć. Policjantka usłyszała wRadiu Nowy Świat jeden ze swoich ulubionych kawałków Niny Simone. Podkręciła głośniej „Ain’t Got No, IGot Life?”, agłośniki zamontowane przez poprzedniego właściciela Audi przyjemnie zabuczały. Niezależna stacja zaczęła działalność dopiero dziesięć dni temu, ale od tamtej pory słuchała audycji „Nowy świt” każdego ranka wdrodze do pracy.
Magda stukała dłońmi okierownicę. Siódma pięćdziesiąt cztery. Zdąży. Oile szlag wkońcu nie trafi wartego dwieście milionów złotych Mostu Unii Europejskiej. Magda przypomniała sobie, że kolejne remonty zaplanowano już na przyszły miesiąc. Może warto byłoby się przyzwyczaić do trasy do komendy przez Aleje 1 Maja lub wogóle przez Zatorze. Tak czy siak Konin znowu zwolni, agdy Tosia iJanek wrócą we wrześniu do szkoły, Magda wogóle przestanie się wyrabiać do roboty na ósmą. Nie będzie się skarżyła, byleby tylko dzieciaki przestały uczestniczyć wlekcjach przez Internet. Lekcje zdalne trwające cały poprzedni semestr dały im wszystkim wkość. Dobrze, że Iza wróciła rok temu do domu. Iże po porażce zwłaścicielami niewielkiego mieszkania na Szymanowskiego Magdalena przeniosła się zdziećmi do domu zdużą działką wKazimierzu Biskupim wostatniej chwili przed marcowym lockdownem.
Wjechała na rondo, wyleciała trzecim zjazdem na Poznańską ijuż po dwóch skrzyżowaniach była pod Komendą Miejską Policji wKoninie. Otej godzinie próżno było szukać miejsca pod samym wejściem, dlatego od razu zaparkowała na pierwszym dostrzeżonym miejscu. Zgarnęła rozrzucone rzeczy do torebki, upewniła się, że ma przy sobie legitymację policyjną, wyjęła kabel ładujący ztelefonu, przerywając dziennikarzowi radia zapowiedź zbliżających się newsów oósmej, iwysiadła na oblany słońcem asfalt. Podciągnęła nogawki przylegających dżinsów wtaki sposób, aby nie zasłaniały czerwonych trampek, wszybie auta sprawdziła, czy biała koszulka nigdzie nie odstaje, zacisnęła mocniej kitkę, po czym weszła do chłodnego budynku. Mercedes Bielika stał oczywiście prawie na samych schodach. Prychnęła. Zutęsknieniem czekała na dzień, wktórym buc zacznie długo zapowiadany urlop wMeksyku.
Telefon zawibrował wtylnej kieszeni spodni. Na wyświetlaczu pojawiła się wiadomość, na widok której zwilgotniały jej dłonie. „Dzisiaj wracam”. Przystanęła nieświadomie, zahipnotyzowana dwoma słowami. Cholera by go jasna…
– Dzień dobry, detektyw Gawron – usłyszała ten specyficznie przymulony głos Tomasza, okraszony nutą niezdrowego jak na poniedziałkowy poranek entuzjazmu. Mieszanka gorsza od kofeinowej brei wypluwanej przez automat na korytarzu pod ich wspólnym biurem.
– Jeszcze nie na urlopie, Bielik? – zapytała buńczucznie, nie zaszczycając dryblasa choćby spojrzeniem.
Nie czekała na odpowiedź. Schowała telefon do kieszeni, torebkę rzuciła na swoje krzesło obrotowe, chwyciła butelkę pozostawionej wpiątek wody iopróżniła ją dwoma łapczywymi haustami. Na biurku Tomasza stał duży żółty kubek zfastfoodowej franczyzy ichoć gardziła całą marką, zapach dobrze zaparzonej kawy wprzyzwoitym ekspresie wwiercał się wjej mózg.
– Wiem, wiem – odparł policjant zkpiącym uśmiechem. – Otej porze powinienem dopiero zasypiać wMeksyku ijuż tęskniłaś. Nieudolnie ukrywasz radość zprzymusowego iodgórnego przeniesienia moich wakacji.
– Nie mam dzisiaj siły na ten taniec pełen służbowych uprzejmości – rzuciła ugodowo, choć miała kilka ripost na podorędziu. – Do trzeciej wnocy byłam na łączach zojcem chłopaka, który kumplował się znaszym denatem.
– Za bardzo się przejmujesz – stwierdził zirytującą lekkością, po czym usiadł, dopasowując ciało do swojego fotela obrotowego. Dosłownie „swojego”: Bielik specjalnie kupił model zwyjątkowym wypychaczem miejsca nad tyłkiem, zwysokim oparciem, dopasowującym się do kręgosłupa, iwygodnymi podłokietnikami. Zupełnie jakby zamierzał spędzać wbiurze po dwanaście godzin, aprzynajmniej tak sobie wyobrażał pracę po ogłoszeniu pandemii.
Roboty jednak nie ubywało, stare sprawy kryminalne kazano im odstawić do odwołania iprzyłączyli się do działań prewencyjnych, wsparcia szpitali iinnych placówek covidowych. Świat opanował strach, nikt nie mógł odnaleźć się wtej dziwnej, odizolowanej rzeczywistości, za to Bielik miewał się nadzwyczaj świetnie. Wpierwszych miesiącach zrzucił nawet sporo kilogramów. Magda wiedziała, że korzystał zpolicyjnego przywileju chodzenia po pustych ulicach miasta, parkach ilasach, zupełnie jakby robił na złość obywatelom zamkniętym przez długie tygodnie wmieszkaniach. Nie wyglądał już jak wielka litera P zmałą, szarzejącą głową na czubku, lecz jego postawa nadal przywodziła na myśl wieczną tęsknotę za pozycją siedzącą. Czy stał, czy siedział, zawsze garbił swoje sto dziewięćdziesiąt parę centymetrów. Dość szerokie izaokrąglone ramiona ubierał wkoszulę, teraz odwa rozmiary za dużą, achude nogi ukrywał wworkowatych spodniach. Magda była niemal pewna, że coroczne badania sprawnościowe załatwiał (było nie było) pięknymi oczami iopowiastkami oniegdysiejszej służbie wkryminalnych wwojewódzkiej.
Magda nie cierpiała Tomasza każdą komórką swojego organizmu, nie tylko przez jego arogancję, nieuzasadnione samouwielbienie ipowykrzywiany na wszystkie strony kręgosłup moralny, ale głównie przez to, że był cholernie dobry iskuteczny wtej robocie. Zbyt dobry izbyt skuteczny. Poza tym trzymała go na celowniku, odkąd uwziął się na jej brata, leśniczego. Wjednym zzeszłorocznych śledztw podejrzewano nawet Bielika omajstrowanie wdowodach na niekorzyść Artura. Dlatego też odkąd Klimczak zrobił znich partnerów, Magdalena nie zamierzała odpuścić żadnego dnia, aby mu przypominać, jak bardzo nim gardzi.
Tymczasem od sprawy Boryczki minęło sporo czasu, popaprańcy iprzestępcy nie poszli na chorobowe, Artur zwiał wBieszczady, wybuchła pandemia iwylało się sporo innego szamba. Wtej chwili miała już na głowie komplet zmartwień związanych zrodziną. Rozdłubywanie mało pilnych problemów zostawiła na inne czasy, zwłaszcza że robota piętrzyła się ztygodnia na tydzień, anikt nie zmieni jej przydziału. Na pewno nie nowy naczelnik.
Westchnęła znużona komentarzem Tomasza.
– Twoim zdaniem to przesada? Że przejmuję się dzieckiem, które chciało się zabić, ijego załamanym ojcem? Takie to dziwne? Ja nie wiem, co by się musiało stać, żebyś ty, Bielik, poczuł choć maleńki skurcz dupy.
– Dlatego uważam, że kobiety wpolicji…
– Zachowaj ten komentarz dla kumpla twojego pokroju. Masz szansę miło zacząć dzień, nie zmarnuj tego.
Otworzyła służbowego laptopa, wpisała hasło złożone zszesnastu znaków ikliknęła wikonę sieciową.
– Wysyłam ci opinię psychiatry na temat denata, Filipa Kucharskiego, irzeczonego Wiktora Nejmana.
– Doktorek zapowiadał, że przekaże dokumentację dopiero pod koniec tego tygodnia – skomentował Tomasz znutą czegoś, co przy optymistycznym założeniu ibraku bliższej znim znajomości mogło oznaczać uznanie. – Jak przekonałaś Zabłockiego?
– Wysłałam mu fragment nagrania zmonitoringu przy rogatkach. To go przekonało, że ostatnia odmowa przyjęcia chłopca Kucharskich na oddział mogłaby być odebrana przez prasę jako skrajne zaniedbanie, aopinia publiczna zażądałaby krwi.
– Sprytne – stwierdził Bielik wpatrzony wekran swojego komputera. – Choć to bardzo nieładnie udostępniać skatalogowane dowody, Gawron. Co by na to powiedział twój brat? O, przepraszam. Szef.
– Zamknij się, Bielik – warknęła znużona.
Pracowała zdryblasem już dobre osiemnaście miesięcy. Bywało wyboiście, zdarzało się, że jego chamskie docinki potrafiły pójść jej wpięty, ale zazwyczaj były to niezobowiązujące zaczepki. Poznali większość swoich granic, szanowali połowę znich, zreszty robili sobie żarty za obopólnym przyzwoleniem. Nie musieli się lubić. Ważne, że ich współpraca była efektywna.
– Rozumiesz oczywiście – podjął po tym, jak wysiorbał swoją kawę do dna – że wasza pokiereszowana relacja nie jest tajemnicą dla nikogo wtym grajdołku?
– Szczęśliwie to nie jest twoja sprawa – odparła obojętnie, choć wziął ją zzaskoczenia. – Możesz wyhamować rumaki irozsiąść się na stanowisku, na którym jesteś. Czas restrukturyzacji za nami.
Dobrze wiedziała, że Bielik ślinił się na stołek Klimczaka od pierwszego dnia po przeniesieniu zPoznania. Poprzedni naczelnik zeszłej wiosny ustąpił ze stanowiska wydziału dochodzeniowo-śledczego, by udać się na wcześniejszą emeryturę, ale wszyscy wfirmie wiedzieli, że cierpiał katusze przez chorobę nowotworową żołądka. Był jedną zpierwszych ofiar koronawirusa wKoninie, choć zwolennicy teorii spiskowych wfirmie perorowali od czasu do czasu, że to naciągana statystyka propagandy strachu.
Jakub jeszcze wmaju ubiegłego roku wyjechał do Piły na szkolenie oficerskie iwarsztaty zzarządzania zasobami ludzkimi. Ledwie wykaraskali się po sprawie młodego Roma, Harmana Garlicha, inagłej śmierci Kaśki Rogozińskiej, kiedy Artur oskarżył brata ozabicie swojej żony, Oleśki, wdwa tysiące czternastym roku. Starszy brat uciekł wBieszczady izostawił ją ztą rujnującą psychikę tajemnicą, by pracowała ramię wramię zKubą, jakby nigdy nic. Wmiędzyczasie młodszy zbraci objął stanowisko naczelnika iMagda zdała sobie sprawę, że już od roku rozmawiają jedynie na gruncie zawodowym, głównie na odprawach, ewentualnie przez pośredników.
Tak, to było jedno zrodzinnych gówien, które nie dawało jej spać po nocach, ateraz Bielik, ni stąd, ni zowąd, postanowił ruszyć coś, co wyjątkowo paskudnie cuchnęło.
– Kwaśna sprawa – kontynuował policjant. – Awiesz, co się dzieje, kiedy wfirmie coś kiśnie? – Spojrzał na koleżankę pytająco, ale Magda dalej usiłowała czytać dokumentację lekarską Wiktora Nejmana. – Ludzie gadają.
– To idź się do nich przyłączyć. Masz wkurzającą tendencję do biadolenia. Będziesz tam pasował.
Odpuścił, aona mogła nareszcie skupić się na historii choroby ikartach wizyt pacjentów.
– Czytasz ten bełkot? – zapytała po kilku minutach, by poprzedni temat ulotnił się między łopatami pracującego wpokoju wentylatora.
– Nie ma co się nakręcać na doktorka. Wiesz, jakie są teraz te kaszojady.
Magda spojrzała na niego zukosa ichoć miała ochotę powiedzieć, co myśli ojego wyssanych zpalca wnioskach dziadersa bez dzieci, musiała przyznać mu rację. Nie powinna wyciągać wniosków iwybierać strony zbyt raptownie.
– Może. Tak czy siak teraz zawiadomienie do prokuratury złożone przez rodziców Filipa Kucharskiego nabrało więcej sensu – westchnęła, po czym zacisnęła wargi wniewypowiedzianej złości.
Chłodny dreszcz galopował po jej plecach zgóry na dół ito nie przez zdawkowy wietrzyk wyrzucany zwysiłkiem przez stary wiatrak. Nie mogła przestać myśleć oswoich dzieciach. Czytała iwyobrażała sobie jednocześnie, jak doktor psychiatrii na oddziale dla niepełnoletnich wSzpitalu Psychiatrycznym wŚwiergu, Ludwik Zabłocki, naprędce notował koślawym pismem wniewielkich rubrykach kolejne zdania na temat koszmaru, jaki przeżywał piętnastolatek:
Myśli samobójcze niedostatecznie skuteczne, by przyjęto pacjenta na oddział po raz trzeci. Stwierdzono powtarzające się konfabulacje. Działania pacjenta mają zadanie zwrócenia na niego uwagi, której nie otrzymuje wdomu. Zalecono wzmożoną obserwację syna przez rodziców. Złożono wniosek osądowe przydzielenie kuratora rodzinie Kucharskich.
Policjantka pamiętała pierwszą rozmowę zrodzicami Filipa Kucharskiego po śmierci ich syna. Szczątki nastolatka zidentyfikowano rankiem wminioną środę. Fragmenty jego ciała, pogruchotanego przez pociąg, zostały rozrzucone wzdłuż nasypu kolejowego wMłynkach Kraśnickich, od ulicy Rumiankowej aż po Sowią, wnocy zczternastego na piętnastego lipca. Wypadek zatrzymał pociąg Intercity, połączenie zWarszawy do Poznania. Na nagraniu zkamery monitoringu na lokomotywie widać, jak chłopak nagle pojawia się na torach, tuż za przejazdem kolejowym na Rumiankowej, zupełnie jakby czekał na ostatnią chwilę. Jego rower nadal opierał się oszlaban, gdy na miejsce przybyły służby ratownicze ichłopcy zwydziału prewencji.
Magda iTomasz otrzymali przydział do tej sprawy wpiątek popołudniu, zaraz po tym, jak rodzice złożyli zawiadomienie do prokuratury omożliwości popełnienia przestępstwa, nieumyślnego zabójstwa Filipa przez doktora Ludwika Zabłockiego. Jakub, brat Magdaleny ijednocześnie naczelnik wydziału, nadał sprawie priorytet, niestety nie ze względu na straszne okoliczności ifakt, że na szali leżało zdrowie młodzieży przebywającej pod opieką psychiatry. Babcia Filipa Kucharskiego ze strony ojca, Jadwiga Kucharska, była wiceprezeską sądu rejonowego wKoninie. Prawnikami byli również rodzice chłopca. Zarówno Bielik, jak iMagda doskonale wiedzieli, że sprawa szybko zmieni się wpolowanie na czarownice, medialny cyrk ispychologię. Ciśnienie rosło zminuty na minutę, jak wkabinie dekompresyjnej. Oczekiwano od nich błyskawicznego zgromadzenia dowodów doprowadzających doktora Zabłockiego przed sąd tudzież od razu na szafot. Nikt więc nie zwracał uwagi na zatwierdzony urlop jednego ze śledczych ina dawno temu wykupioną wycieczkę do Ameryki Środkowej.
Tomasz przyjął ten obrót spraw ze spokojem, jak przystało na klienta wykupującego dodatkowe ubezpieczenie. Poza tym widział wtej sprawie szansę na spektakularny sukces, chwałę, premię imedale. Magdę mierziła jego motywacja sama wsobie, choć wiedziała, że tak wielka marchewka sprawi, że Tomasz będzie się jeszcze bardziej starał.
Ona nie lubiła załatwiania spraw po łebkach, aczas nie stał po ich stronie. Poza tym Filip Kucharski był piętnastoletnim dzieciakiem. Nie zdążył jeszcze pożyć. Nawet jeżeli miał głęboką depresję iuratowałby go pobyt na oddziale psychiatrycznym, wsprawę mógł być zamieszany ktoś trzeci. Nie wolno wykluczyć takiego założenia tylko dlatego, że nastolatek chorował.
Dlatego też Magda poświęciła weekend na przeczesywanie portali społecznościowych chłopaka, śledzenie jego korespondencji ipoznanie jego najlepszego przyjaciela. Zkomunikatora internetowego dowiedziała się, że był nim Wiktor Nejman, jego rówieśnik zKonina. Chłopcy poznali się na oddziale uZabłockiego jeszcze wzeszłym roku, przed koronawirusem izmasowanym oblężeniem placówek zdrowia psychicznego przez młodzież cierpiącą na depresję, zaburzenia odżywiania, bezsenność ićpającą byle gówno. Służba zdrowia, zarówno publiczna, jak iprywatna, nie była przygotowana na tak wysoką liczbę prób samobójczych.
– Czyli rozmawiałaś ze starym Nejmanem przez pół nocy – podjął Bielik, rozsiadając się wygodniej wfotelu „leniuch deluxe”.
– Zgadza się.
– Coś to wogóle wniosło do naszej sprawy? Obiecuję, że powstrzymam się od komentarzy oprzesadnym zaangażowaniu, zwłaszcza gdy jest się samotną matką zniewielką liczbą wolnych weekendów wroku.
Magda mogłaby się odgryźć. Odbić uwagę na temat jej statusu rodzinnego izawodowego przytykiem ojego wolnych dniach spędzonych wgrach internetowych ifilmowych portalach streamingowych, ale nie chciała tracić na to czasu.
– Według ojca Wiktora źle się działo na oddziale wŚwiergu – zaczęła, wyjmując telefon. Otworzyła aplikację, wktórej prowadziła notatki. – Syn nie opowiadał mu zbyt wiele, nie mają najlepszego kontaktu, za co stary okropnie się obwinia, ale sam go tam zawiózł. Po kilku zdawkowych relacjach ipostach na portalach społecznościowych nabrał jako takiego obrazu oleczeniu uZabłockiego.
– Tatuś dowiaduje się oszczegółach zżycia dzieciaka zInternetu? Nic dziwnego, że…
– Na oddziale był syf, kiła imogiła – przerwała mu policjantka. – Dosłownie. Cała przestrzeń wspierała popadanie dzieciaków wdepresje lub utrudniała wyjście zniej. Stare pościele, szare ściany, sprzęt medyczny wyjęty zhorrorów zlat pięćdziesiątych ipaskudne jedzenie.
– Wdupach się poprzewracało – rzucił Bielik, na co Magda odpowiedziała sceptycznym spojrzeniem.
– Terapia była prowadzona po łebkach, amłodzież czuła zkażdej strony niechęć, podobną zresztą do twojej, Bielik – rzuciła ostro. – Zarówno ze strony lekarzy, pielęgniarek, jak icałej obsługi szpitala. Podobno otwarcie mówiono do nich „gówniarze”, lekceważono ich przeżycia ipodejmowane próby odebrania sobie życia.
Tomasz pokiwał głową, ale tym razem zdecydował się odpuścić komentarz. Magda zobaczyła wtym uchyloną na milimetr furtkę. Może dziaders otworzy swój zesztywniały umysł.
– Wiedziałeś, że Polska jest na drugim miejscu wEuropie pod względem liczby samobójstw popełnianych przez dzieci wwieku od jedenastego do siedemnastego roku życia?
Spojrzał na nią zaskoczony.
– Iuważasz, że winę za to ponoszą kiepskie oddziały psychiatryczne? – zapytał cierpko.
– Nieważne jest to, co uważam. Statystyki mówią same za siebie.
– Ciekawe, kto te statystyki prowadzi.
Magda westchnęła zirytowana. Furtka zamknęła się ponownie zjazgoczącym trzaskiem.
– Wkażdym razie ojciec Wiktora, Krzysztof swoją drogą, wiedział, że oddział wŚwiergu nie był idealnym rozwiązaniem dla syna, ale nie wiedział, co innego mógłby dla niego zrobić. Po śmierci żony, amatki Wiktora, kilka lat temu oddalili się od siebie inie potrafił znaleźć drogi powrotnej, jak ładnie się wysłowił – zacytowała swoje notatki. – Młody zaczął wagarować…
– Rozumiem, że opowiadasz mi historię zżycia nieistotnego wsprawie dzieciaka, bo…?
„Bo nie jestem zimną, bezdzietną pipą”, pomyślała, ale zacisnęła tylko szczękę.
– Bo zajmujemy się nieletnimi przebywającymi na oddziale psychiatrycznym pod opieką lekarza oskarżonego ozabójstwo.
– Bardziej interesuje mnie, co przydarzyło się temu nieżyjącemu dzieciakowi, Kucharskiemu – odparł, po czym wrócił spojrzeniem do monitora.
– To się świetnie składa – stwierdziła. – Filip iWiktor zaprzyjaźnili się na tym oddziale. Rozumieli się. Stali się sobie bliscy.
– Tamten nie stracił żadnego zrodziców, prawda?
– No właśnie – rzuciła policjantka. – Ato znaczy, że co innego go dręczyło. Coś, co doprowadziło do najstraszniejszej zmożliwych decyzji, aczego nie ma wtych godnych pożałowania dokumentach od Zabłockiego. Rodzice nie mają pojęcia, co to mogło być, więc jedyna nadzieja wWiktorze.
– Nie rozmawiałaś znim?
– Chciałam – westchnęła ciężko.
– Tatuś się nie zgodził?
Spojrzała na niego zajadle. Dżizas, jak on ją bezkreśnie irytował.
– Wiktora nie ma wdomu od kilku dni. Jest wkontakcie zojcem, cały czas wysyłają sobie wiadomości iKrzysztof nie uważa, że powinniśmy się martwić ochłopaka.
– Ty chyba żartujesz – rzucił Bielik zniedowierzaniem. – Dzieciak zdepresją, podobno również przejawiał skłonności samobójcze, jak sama powiedziałaś, przebywa zdala od rodzica iwszystko jest okej? Ojciec ma wobowiązku wiedzieć!
– Według Krzysztofa nasze pojawienie się wywołałoby uWiktora niepotrzebną panikę. Przechodzi teraz żałobę po stracie najlepszego przyjaciela.
– To gdzie ten gówniarz teraz jest?!
– Serio, Bielik?! – Magda uderzyła wbiurko ze zbyt długo powstrzymywaną wściekłością. – Gówniarz?!
– Przecież nie jestem jego lekarzem – podjął surowo iobojętnie policjant po kilku sekundach. – Nie mówimy wjego obecności, atym bardziej nie zwracam się do niego. Dlaczego tak cię to rusza, jak na niego mówię, czy wogóle co onim myślę?
– Jak wszyscy będziemy tak gadać, dzieciaki przestaną rozmawiać zdorosłymi – odparła zostatnim zrywem złości. – Trochę szacunku cię nie zbawi.
– Aciebie odrobina dystansu – stwierdził cierpko. Spojrzał na koleżankę tak, jakby zamierzał coś dodać, ale jednocześnie chciał ją poklepać po plecach wgeście zrozumienia. – Więc gdzie teraz przebywa ten cały Wiktor?
– Zaszył się wmieszkaniu po babci. Powiedział Krzysztofowi, że nie może inie chce być osaczony przez zamartwiającego się ojca. Potrzebował przestrzeni.
– Itatuś się na to zgodził? – zapytał Bielik, trudząc się, by jego twarz nie zdradziła, co na ten temat myśli.
– To niedaleko, kilka bloków dalej. Krzysztof podobno często chodzi tam na spacery zpsem iwidzi, że woknie pali się światło.
– Cholerne pokolenie zet. Za stary na to jestem.
– To widać.
Magda próbowała się uśmiechnąć jednym kącikiem ust wgeście pojednania, ale kiepsko jej wyszło.
– Czyli co, czekamy bezczynnie, aż dzieciak zdecyduje, że już JEST GOTOWY…? – Tomasz nie mógł się powstrzymać przed wymownym akcentem na dwóch ostatnich słowach.
– Powinniśmy dostać dzisiaj wybebeszone urządzenia Filipa Kucharskiego. – Magda spojrzała na zegarek. – iPad ilaptop. Nie dostałeś żadnych wiadomości otelefonie?
– Sygnał urwał się wchwili wypadku. Ekipa szukała na miejscu urządzenia, bez rezultatów. Jeżeli coś zniego zostało, może leżeć wrowie czy krzakach roztrzaskane na milion kawałków.
– Czyli tylko to, co dostarczyli rodzice zdomu. Teodor iEwa Kucharscy twierdzą, że jeżeli ich syn miał jakieś tajemnice, muszą być gdzieś tam.
– Mało – stwierdził Bielik.
– Wiem. Chciałabym zobaczyć pokój Filipa.
– Nawet na mnie nie patrz, Gawron. To twój brat. Jeśli potrzebujesz jego zgody, musisz do niego iść.
– Mógłbyś nam to ułatwić. – Spojrzała na niego zuniesionymi brwiami. Liczyła, że partner okaże jej odrobinę zrozumienia isam załatwi temat uJakuba.
– Chyba po prostu nie zamierzam być tak wielkoduszny.
Magda przetarła zaciśnięte powieki. Bielik miał rację inie doszukiwała się wjego decyzji wrogiego działania. Wiedziała, że ten cyrk trwa owiele za długo ioskarżenie rzucone przez Artura, niewykluczone, że bardzo błędne, nie powinno rzutować na jej relacje zmłodszym bratem. Atym bardziej zprzełożonym. Jeżeli Jakub był winny, dlaczego leśnik tak to zostawił? Przez lata szukał zabójcy swojej żony. Policjantka podejrzewała, że zaszył się wBieszczadach, bo dotarło do niego, jak bardzo niedorzeczne było to oskarżenie. Choć regularnie rozmawiali ibył uniej kilka dni temu, Artur wyraźnie unikał tematu. Zdecydowała, że szybko to zmieni, jak tylko leśnik wróci po Bruna. Już wystarczy tej greckiej tragedii.
Zapukała do biura Jakuba zzałożeniem, że dzisiaj zachowa się inaczej. Potrzebowała zgody naczelnika na kolejne działania, ale nie tylko. Może był najwyższy czas, by podali sobie ręce wprzyjaznym, siostrzano-braterskim geście.
– Wejść. – Usłyszała po tym, jak zapukała do jego drzwi.
Przekroczyła próg biura naczelnika. Jakub spojrzał na nią, ana jego twarzy nie drgnął choćby jeden mięsień. Magda wiedziała, że to nie było trzymanie emocji na wodzy. To była kara, ta sama, którą raczył ją od roku. Oschłość, odrzucenie, niechęć.
– Jak sprawa Kucharskich? – zapytał, wracając spojrzeniem do notowania. – Jakieś postępy?
Wzięła głęboki wdech. Weszła pewnie izamknęła za sobą drzwi. Wiedziała, po co przyszła, inie zamierzała poddawać się tylko dlatego, że jej młodszy brat zachowywał się dosłownie jak młodszy brat. Zdecydowała się go zaskoczyć.
– Jak tam dzieci?
