Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Bardzo chcielibyśmy napisać tu jakiś chwytliwy sprzedażowy opis, który zapewni tej książce dożywotni sukces, ale każdy opis oznaczałby zdradzenie przynajmniej części fabuły, a nie chcemy wam psuć zabawy.
Grupa Filmowa Darwin
Pierwsza powieść autorstwa niezrównanej Grupy Filmowej Darwin zabierze was do świata, w którym nic nie jest takie, jakie się wydaje.
Wydawca (Sorry, chłopaki, musimy to napisać!)
Ta książka jest szkodliwa i niepoważna!
dr hab. Zygmunt Misztal Proszę mnie nie cytować!
prof. Ilona Krawczycka Ta książka zmieniła moje życie. Gorąco polecam!
Steven Seagal
Jan Jurkowski – aktor, reżyser i scenarzysta. Współzałożyciel Grupy Filmowej Darwin. Regularnie pojawia się na deskach teatrów, występując w spektaklach, m.in. w głośnym Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję.
Marek Hucz – aktor, producent i scenarzysta, jeden z założycieli Grupy Filmowej Darwin. Lubi rysować i konie.
Marcin Osiadacz – dziennikarz, scenarzysta i autor tekstów. Lubi jeść. Najbardziej to słodycze.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 476
Data ważności licencji: 6/17/2031
Copyright © by Marek Hucz & Jan Jurkowski & Marcin Osiadacz
Projekt okładki Michał Jakubik
W projekcie wykorzystano grafiki: oko gada © DGIM studio / Adobe Stock, twarz © Shakila / Adobe Stock
Redaktorka inicjująca Olga Święcicka
Redaktorka prowadząca Katarzyna Kolowca
Redakcja Laura Kaszta
Adiustacja Magdalena Wołoszyn-Cępa
Korekta Magdalena Białek, Karina Bednarska-Markot, Iwona Łaskawiec
Opieka promocyjna Marcin Jarmusz
ISBN 978-83-8427-636-5
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl
Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków
Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]
Wydanie I, Kraków 2026
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotowała Katarzyna Ossowska
W Kaplicy Sykstyńskiej panowała nieznośna duchota. Drzwi nie można było jednak uchylić nawet na milimetr. Zresztą nikt nie ośmieliłby się tego zrobić. Kaplica była zamknięta na klucz, a na klamkach wisiał sznur z papieską pieczęcią.
Stu jedenastu kardynałów ściśniętych przy drewnianych pulpitach w skupieniu zapisywało na skrawkach papieru nazwiska. Jedno z nich należało do tego, który niebawem zostanie nowym papieżem. Co jakiś czas któryś z dostojników zginał kartkę wpół, wstawał i trzymając ją uniesioną, podchodził do ołtarza.
– Powołuję na świadka Chrystusa Pana, który mnie osądzi, że mój głos jest dany na tego, który, według woli Bożej, powinien być, moim zdaniem, wybrany. – Wypowiedziawszy słowa przysięgi, kardynał wrzucał kartkę do ogromnego złotego kielicha.
Całe to zamieszanie z powagą godną renesansowych fresków obserwowali Mojżesz i jego żona, Noe i jego arka, apostołowie, święci, prorocy, a nawet sam Jezus oraz kilku innych uczestników Sądu Ostatecznego.
Gdy wszystkie karteczki wylądowały w stalowym naczyniu, trzej kardynałowie przeszli do liczenia. Ostatni z nich odczytywał na głos treść zapisaną na kartkach i stawiał kreski przy poszczególnych nazwiskach na liście. Trwało to wszystko zdecydowanie za długo. Niektórzy zaczynali się już zastanawiać, czy przypadkiem nie będą musieli powtarzać całego procesu, co oznaczałoby opóźnienie przerwy obiadowej. W końcu zgromadzenie siwych głów usłyszało zdanie, na które z niecierpliwością czekało.
– Mamy większość!
Wzmogły się niespokojne szepty. Kilku starców spojrzało na siebie porozumiewawczo. Coś wisiało w powietrzu.
Kardynał, który obwieścił wynik głosowania, nie wyglądał na zachwyconego. Podszedł jednak do oniemiałego z wrażenia wybrańca i uścisnął mu dłoń.
– Moje gratulacje – rzucił. Te słowa były tak szczere jak jego zeznanie podatkowe.
Nowy papież stał zszokowany, podobnie jak część zgromadzonych, którzy nieśmiało bili mu brawo. W czasie gdy odbierał gratulacje, dwóch kardynałów skrytych w cieniu pod ścianą zajęło się rozmową.
– Jakim cudem? – szepnął jeden.
– Mówiłem, że to był błąd… Mówiłem! – odpowiedział mu towarzysz, upewniwszy się, że nie słyszy ich żadne ciekawskie ucho.
Kartki ze złotego kielicha wylądowały w ogniu, a okrzyki tłumu zgromadzonego na Placu Świętego Piotra mogły oznaczać tylko jedno – nad kaplicą uniósł się biały dym.
Kilku kardynałów, tych najbardziej zdziwionych obrotem spraw, podeszło szybkim krokiem do nowego papieża.
– Ojcze, pozwól za mną – zwrócił się do wybrańca sędziwy ksiądz i gestem dłoni wskazał drogę, po czym niemal niezauważalnie kiwnął głową do kardynała stojącego obok. Ten jakby tylko czekał na znak. Przytaknął i pospiesznie zniknął z pola widzenia.
Papież otoczony wianuszkiem mężczyzn w bieli i szkarłacie wyszedł z kaplicy. Pokonywali kolejne korytarze i drzwi, o których istnieniu nie wiedział nikt poza murami Watykanu. W końcu dotarli do krętych schodów, których koniec pogrążony był w atramentowej ciemności. Jeden z mężczyzn zapalił pochodnię i ruszył pierwszy, przesuwając dłonią po spękanym murze, jak gdyby szukał drogi.
Ojciec Święty z każdym krokiem stawał się coraz bardziej zaciekawiony tym, co czekało go w mroku, choć tłamsił wszelkie widoczne oznaki ekscytacji.
Po chwili światło pochodni rozjaśniło stare drewniane drzwi z metalowymi obiciami. Kardynał pociągnął za rzeźbioną klamkę. Zawiasy jęknęły po latach zapomnienia. Dźwięk kroków odbijał się echem od murów katakumb. Pod nogami chrzęścił żwir.
Znaleźli się w niedużej komnacie o niskim sklepieniu, niemal całkowicie pustej – na samym środku stał jedynie niewielki postument, a na nim mała, niepokojąco niepozorna szkatułka.
W jednej chwili z jego oczu uleciała cała ciekawość. Zastąpiło ją nieposkromione pragnienie. Ruszył w stronę szkatułki z wyciągniętymi rękami. Otworzył ją łapczywie, zajrzał do środka i zamarł.
– Nie rozumiem… Gdzie jest Tajemnica Apokalipsy? – wyszeptał zdezorientowany.
Po drugiej stronie szkatuły, oświetlony lekkim światłem pochodni, pojawił się stary kardynał, który sprowadził wszystkich do katakumb.
– Obawiam się, mój drogi, że twój prymitywny umysł nie potrafiłby jej pojąć – odpowiedział spokojnie.
– Nie rozumiem…
– Nie da się ukryć.
Kardynał uśmiechnął się z politowaniem i sięgnął dłonią do swojej szyi, chwytając fałdę skóry. Pociągnął gwałtownie. Komnatę wypełnił głośny, lepki, urwany dźwięk. Potem nastąpiła cisza przerywana miarowym, świszczącym oddechem.
W oczach nowego papieża malowało się przerażenie z rodzaju tych ostatecznych. Nieodwracalnych. Spoglądał na dłoń kardynała, w której tkwiła maska będąca jeszcze przed chwilą twarzą poczciwego starca. Ze zdartej skóry spływała kleista maź.
– Doszło dzisiaj do wielkiej pomyłki… – zaczął kardynał. – Ale ponieważ cię lubię, dam ci wybór. Możesz żyć długo i szczęśliwie, służąc nam. – Powiódł gestem po skrytych w cieniu postaciach. – Nigdy nie podważając naszych decyzji i zachowując to, co dzisiaj tu zobaczyłeś, wyłącznie dla siebie. Albo…
– Przepadnij, szatanie! Sancte Michael Archangele, defende nos in praelio! Boże, ratuj!
Kolejne słowa ugrzęzły mu w gardle, gdy kardynał jednym szybkim ruchem wbił mu sztylet pod żebra.
– Boga nie ma, jesteśmy tylko my – wyszeptał mu do ucha i przekręcił ostrze w ranie.
Papież osunął się na kamienną podłogę.
■■■
Dzwony biły jak oszalałe. Oklaski wiernych mieszały się z krzykami radości. Wrzawę spotęgowały zniekształcone słowa dochodzące z głośników.
– Habemus Papam!
Tłum na placu przed Bazyliką Świętego Piotra wiwatował ze szczęścia. Przez wrzawę przedarł się pełen nadziei głos.
– Nie lękajcie się! – Głos ten należał do człowieka stojącego na balkonie bazyliki. Mężczyzna z uśmiechem na twarzy machał do wiernych. Do złudzenia przypominał papieża. Nie zgadzał się tylko jeden malutki szczegół. Oczy. Oczy należały do gada.
■■■
– I to był prawdopodobnie pierwszy i ostatni raz, kiedy papieżem rzeczywiście był człowiek. A biorąc pod uwagę to, że był nim jakieś dziesięć minut, to w sumie można uznać, że nie był nim wcale – powiedział chłopak, na którego piersi wisiał identyfikator z imieniem Tomek.
Miał na sobie koszulkę z Hulkiem, spraną bluzę z kapturem, która kiedyś była fioletowa, i przydługie jak na swój wzrost dżinsy. Za jego plecami na ekranie wyświetlała się prezentacja złożona ze zdjęć komnat Watykanu, zagadkowych symboli, map i portretów historycznych postaci.
Tomek kontynuował wykład:
– Reptilianie przeniknęli oczywiście nie tylko w struktury Kościoła katolickiego czy każdej większej religii na świecie, ale też całkowicie zinfiltrowali świat nauki. To jak taka firma matka, która tworzy dwie różne sieci sklepów. Ludzie porównują sobie ceny, sprawdzają promocje, myślą, że mają jakiś wybór, ale tak naprawdę wszystko idzie na koniec do jednej puszki. Dlatego tak ważne jest, żeby było nas jak najwięcej, moi drodzy. Żebyśmy nie dawali się uciszyć ludziom, którzy wolą żyć w nieświadomości, bo to od nas może jutro zależeć los świata… No, to tyle.
Rozległy się brawa, jeśli tak można nazwać kilka pojedynczych oklasków.
Na sali pełnej pustych krzeseł siedziało trzech przysypiających, przebranych za elfy facetów w średnim ludzkim wieku. Łączył ich trzydniowy zarost i przymknięte powieki wskazujące na niedawną drzemkę. Przy drzwiach wejściowych stał wychudzony wolontariusz w koszulce z napisem „PAŁ-CON”. Wymownym gestem wskazywał na nadgarstek, gdzie zapewne znajdował się wyimaginowany zegarek.
– Dobrze, widzę, że czas nam się kończy, ale może ktoś ma jeszcze jakieś pytania? – zagadnął bez nadziei Tomek.
Jeden ze słuchaczy podniósł rękę.
– Po pierwsze, kurde, stary, kawał dobrej roboty, prawda boli prosto w oczy, ale… Bo ja sobie tak myślę i kurde, nie rozumiem. Po co oni w ogóle wybrali człowieka na tego papieża, skoro go zaraz zabili?
– Bardzo dobre pytanie! Też się nad tym zastanawiałem i myślę, że cała ta akcja stanowiła po prostu jeden wielki sabotaż. Nie wiem, czy to był jakiś ruch oporu, czy… czy bunt, ale na stu jedenastu kardynałów było około czterdziestu ludzi, więc żeby wygrać w głosowaniu, co najmniej połowa Reptilian musiała zagłosować wbrew rozkazom, co, podejrzewam, nie skończyło się dla nich najlepiej.
– Ale to po co w ogóle dawali tam ludzi? Nie lepiej było mieć wszystkich kardynałów Reptilian? – pytał dalej gość o aparycji fretki.
– No właśnie! Po co w ogóle dopuszczają ludzi do ważnych stanowisk, jeśli mogą przez nich stracić kontrolę? – dodał drugi słuchacz.
– Nie mam pojęcia, ale jakbym miał zgadywać, to powiedziałbym, że Reptilianie chcą zachować władzę, ale jednocześnie nie chcą rzucać się w oczy. Nas jest mimo wszystko więcej, inaczej by się nie ukrywali. Wolą, żebyśmy sami podejmowali decyzje, które im odpowiadają, i wolą manipulować niż rozkazywać, po prostu. Istnieje w ogóle taka teoria, że ludzie dlatego boją się manekinów i lalek, bo miliony lat temu mieliśmy do czynienia z drapieżnikami, które wyglądały jak my, ale nie były nami, więc na jakimś szczeblu ewolucji zaprogramowało nam się, że powinniśmy się bać czegoś, co wygląda jak człowiek, ale nim nie jest… Reptilianie pewnie zdają sobie z tego sprawę i dlatego wolą nie przeginać z bezpośrednim kontaktem.
– No w sumie logiczne.
– A jak na koniec ten kardynał powiedział, że Boga nie ma, jesteśmy tylko my, to… – zaczął kolejny z facetów w przebraniu elfa, ale Tomek mu przerwał.
– Nie wiem, czy tak dokładnie mówił. Nie było mnie tam. – To powiedziawszy, zaczął pospiesznie chować swoje rzeczy do plecaka.
– A… czyli te dialogi to sam sobie wymyśliłeś?
– No… to znaczy oni mogli tak powiedzieć.
– A powiedzieli?
Nastąpiła chwila niezręcznej ciszy.
■■■
– Drugi dzień PAŁ-CONU! Największego konwentu fantastyki w Polsce. O jedenastej trzydzieści zapraszamy na panel „Czemu anime to nie manga, a manga to nie hentai?”. Uprzejmie prosimy o zachowanie czystości w toaletach i w strefie gastro, bo nie mamy już siły po was sprzątać. – Pierdzący megafon okropnie zniekształcał dźwięk.
Ludzie stojący niedaleko głośników mieli większą szansę na utratę słuchu niż pozyskanie jakichkolwiek informacji.
■■■
W ogromnej hali trzeciego od końca największego konwentu fantastyki w kraju tłoczyły się elfy, krasnoludy, driady, samurajowie zombie, czarodziejki z Księżyca i masa innych magicznych stworzeń, które, zdaniem większej części społeczeństwa, nie istniały.
Tomek, przedzierając się przez tę ciżbę, mijał stanowiska wypełnione po brzegi gadżetami, komiksami i plastikowymi figurkami, do których ustawiły się długie kolejki. Pod sufitem powiewały ogromne chorągwie z napisem „PAŁ-CON”. Z głośników sączyła się muzyka, którą ktoś mógłby uznać za ciekawą. Nie wiem tylko kto.
Szedł przed siebie ze wzrokiem wbitym w podłogę. Nie zauważył, że zbliża się do niego mężczyzna przebrany za wojownika orków. W dłoni trzymał plastikową reklamówkę. Dogonił Tomka i zrównał z nim swój krok.
– Stary, nie uwierzysz! – krzyknął podekscytowany ork, a potem wyjął z torby opasłą księgę ze złotymi zdobieniami. – Patrz! Zobacz! Widzisz? Limitowana edycja Księgi Czerwonego Rodowodu w twardej oprawie, z oryginalnymi ilustracjami Boba Leonarda Connora za trzysta czterdzieści euro! – dodał, jakby właśnie odnalazł rękopis Biblii. – I dla ciebie też mam, to mi później oddasz!
– Dzięki, Kacper. – Tomek chyba właśnie przeliczał euro na złotówki.
– Jezu, jak to pachnie!
Kacper podstawił Tomkowi pod nos otwartą księgę, a potem sam zbliżył ją do twarzy i zaciągnął się mocno.
– Mmm… coś pięknego. A Jolce kupiłem taki wisiorek zielony, nie wiem, czy jej się spodoba, zobaczymy, najwyżej oddam tobie, to dasz mamie. O której ty masz tę swoją prelekcję? Nie chcę się spóźnić.
– No zgadnij.
Mina Kacpra wskazywała na to, że jest bliski rozwiązania tej zagadki.
– Nie, nie, nie, tylko mi nie mów, że… – Kacper wyciągnął telefon z kieszeni. – Nie no, ale jakim cudem? Jezus Maria, przecież zapisałem specjalnie… Ja pierniczę, no o czternastej.
– Luz.
– Nie no, nie luz. Kurde, serio nie mam pojęcia, jak to się dzieje. Stary, przepraszam cię. Naprawdę chciałem przyjść, tylko coś mi się popieprzyło i myślałem… Nie wiem, co myślałem.
To, że Kacper o czymś zapomniał, nie było niczym nowym. Robił tak średnio dwa, trzy razy dziennie właściwie od zawsze. Z czasem Tomek zaczął patrzeć na te pokaźne luki w pamięci Kacpra jak na jego cechę charakteru. Zawodził, ale przynajmniej robił to konsekwentnie.
Tomek przystanął i uspokoił przyjaciela.
– To jak ta prelekcja? Dużo ludzi było? – zapytał Kacper.
– Więcej niż w zeszłym roku.
– Ej, no to zajebiście!
Rozmowę przerwał głośny śmiech za ich plecami. Przy stoisku z materiałami dotyczącymi teorii spiskowych stało dwóch chłopaków. Jeden miał na sobie szatę czarodzieja, długą brodę i szpiczastą czapkę, a drugi – kawałek mózgu wystający z czoła, czerwoną farbę na twarzy oraz zgniłą rękę. Podawali sobie akurat model płaskiej jak naleśnik Ziemi. Zombie wręczył koledze książkę ze stoiska i wskazał na ilustrację przedstawiającą małą klepsydrę wpisaną w okrąg otoczony promieniami. Był to rzekomy znak Reptilian.
– Ale rozumiesz, że ktoś w to wierzy? Są ludzie, którzy na serio tak myślą – ocenił zombie.
– Ja myślę, że nie ma. Że to wszystko jest dla beki. I na koniec okaże się, że ludzie, którzy mówili, że w to wierzą, to tak naprawdę robili sobie jaja. Albo że wszyscy bierzemy udział w eksperymencie na ludzkiej głupocie – odparł czarodziej i obaj wybuchli śmiechem.
– Ej, może trochę szacunku, co? – wtrącił zbliżający się Tomek.
Czarodziej i zombie, zdziwieni tym, że ktoś zwrócił im uwagę, odwrócili się natychmiastowo.
– Ale do czego?
– Do ludzi, którzy mają inną opinię niż wy.
– A widzisz tu kogoś takiego? – powiedział zombie i rozejrzał się dookoła.
– Yyy… Nas?! – zaatakował nieśmiało Kacper.
– Stoicie dosłownie metr od człowieka, którego obrażacie – dodał Tomek.
– Że ja? – zapytał zdezorientowany właściciel stoiska obok. Nikt nie zwrócił na niego uwagi.
– Chcesz mi powiedzieć, że wy naprawdę wierzycie w te brednie? Ale tak szczerze?
Czarodziej zrobił kilka kroków w stronę Tomka. Sytuację należałoby określić jako względnie niebezpieczną.
– Tak.
– Ja pier… Czyli Reptilianie naprawdę są wśród nas, tak?
Tomek przytaknął.
– I pewnie zrobię z siebie idiotę, jak zapytam, ale… Ziemia oczywiście jest płaska, tak?
– Tak – odparli jednocześnie Tomek i Kacper.
Czarodziej parsknął śmiechem. Kilku zaciekawionych rozmową przechodniów zatrzymało się nieopodal.
– I z ośmiu miliardów ludzi nikt tego nigdy nie odkrył ani nie udowodnił.
– Dowodów jest pełno, a ludzi są tylko cztery miliardy – odpowiedział Tomek.
– Kurwa, co za typ.
– Dobra, chodź, bo to nie ma sensu. – Zombie starał się odciągnąć kolegę na bok, ale czarodziej nie zamierzał odpuścić.
– Okej, powiedz mi, bo zawsze chciałem się dowiedzieć, a jakoś żaden płaskoziemiec nigdy nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie. Po co ktoś miałby ukrywać fakt, że Ziemia jest płaska?! Po co?! Co by nam to zmieniło, gdybyśmy się nagle dowiedzieli, że Ziemia jest płaska?!
Tomek nerwowo przestępował z nogi na nogę. Czekał na dobry moment, żeby przerwać czarodziejowi.
– NASA każdego roku dostaje miliardy dolarów na badania kosmosu, satelity, teleskopy, misje kosmiczne, sondy. Naprawdę chciałbyś zrezygnować z takich pieniędzy na ich miejscu? – odpowiedział pytaniem Tomek.
– Chłopie, ale co to ma do rzeczy?! Gdyby Ziemia faktycznie była płaska i ludzie by się o tym dowiedzieli, to co? Nagle NASA nie badałaby kosmosu? Co to, kurwa, za idiotyczny argument! Już pomijając krzywiznę Ziemi, cień na Księżycu, ruch planet, grawitację, to po prostu nie ma najmniejszego powodu, dla którego ktoś miałby to przed nami zatajać! Jak można być takim debilem w tym wieku?!
Tomek pozostał niewzruszony. Nie przejął się też kolejnymi gapiami, którzy zaskakująco szybko zebrali się w pobliżu żywo dyskutujących uczestników konwentu.
– No niestety, taka jest nauka – stwierdził sucho, a ludzie wokół niego jęknęli z zażenowania.
Czarodziej głośno się roześmiał.
– Nie, proszę cię, nie powołuj się na naukę, bo nauka to akurat ostatnia rzecz, która potwierdza to wasze pierdolenie! – wykrzyczał i odwróciwszy się na pięcie, odszedł. – Kurwa mać! I tacy ludzie potem idą na wybory! – rzucił na odchodnym.
Zombie podążył za nim.
Tomek i Kacper, wbici w ziemię jak dwa kołki, obserwowali rozchodzący się tłum konwentowiczów. Niektórzy się śmiali, inni z niedowierzaniem kręcili głowami.
Kacper spojrzał na Tomka ze współczuciem. Mieli długą tradycję zgadzania się we wszystkim. Prawdę mówiąc, gdyby Tomek poprosił go o skoczenie w ogień, ten znalazłby najbliższy pożar i wziął odpowiedni rozbieg.
Kacper poklepał przyjaciela po ramieniu.
– Może kiedyś zrozumieją.
– Musieliby zobaczyć to, co ja.
Za ich plecami ze stoiska wychylił się sprzedawca, który do tej pory ukrywał się za ladą.
– Ja chciałem tylko oznajmić, że nie znam tych dwóch panów tutaj i nie mam nic przeciwko, żebyście kupowali u mnie dla beki! Wręcz zachęcam do kupowania dla beki! – powiedział na tyle głośno, by usłyszeli go rozchodzący się ludzie. – Na wszystko zniżka!
■■■
Sala szkolna wyglądała jak wysypisko małych niechcianych planet. Sześcioro dzieci, każde mające po mniej więcej czternaście ludzkich lat, siedziało w kółku i debatowało z nauczycielką. Otaczały ich modele Układu Słonecznego, meteoryty z podwórkowych kamieni, czarne dziury naszkicowane na kartkach A3 i kilka mgławic wyklejonych z plasteliny. A na parapecie rosła, rzecz jasna, rzeżucha.
– Ale nigdy się nie dowiemy, co jest w czarnej dziurze albo po drugiej stronie czarnej dziury, bo to nie jest żaden portal ani wehikuł czasu! – krzyknął Wojtek.
– Czy ktokolwiek mówi coś o wehikule czasu? Ja tylko uważam, że coś tam musi być – odpowiedziała mu koleżanka. Ton jej głosu wskazywał na to, że może kiedyś zostać prezydentem jakiegoś kraju.
– Tak naprawdę, to nie wiadomo, Zuziu – wtrąciła się nauczycielka. – Właśnie o to chodzi. Cała ta dyskusja wynika z tego, że nie wiemy, co jest w środku czarnej dziury, czy w ogóle jest jakiś środek, może rzeczywiście nic tam nie ma.
– Ale proszę pani, nie ma czegoś takiego jak nic. Zawsze jest coś.
– Tu już wchodzimy w sferę filozoficzną. Czy może istnieć nic?
– Nie może – burknęła pod nosem Zuzanna.
Nauczycielka westchnęła i spojrzała w stronę wojującej z dezinformacją uczennicy.
– Chciałaś coś dodać?
– Tak. Z punktu widzenia fizyki pojęcie nicości jest mniej więcej tak wiarygodne jak zwolnienia z WF-u, które Wojtek wypisuje sobie co środę. No ludzie! Zamiast absolutnej nicości wystarczy wziąć chociażby fizyczną próżnię. I tu wystarczy znać podstawy mechaniki kwantowej, żeby wiedzieć, że kwantowa próżnia to coś zupełnie innego niż jakaś filozoficzna nicość! Czy wy w ogóle nic nie czytacie?!
Pozostałe dzieci przytakiwały, wyglądając przy tym jak orangutany, które przez przypadek skończyły piątą klasę. Nieprzygotowana na taką argumentację nauczycielka pozostała w bezpiecznej przestrzeni podstawy programowej.
– Czy nic nie istnieje? Jeśli wszechświat ciągle się rozrasta, to co jest poza jego granicami? Nic? Czy kosmos w ogóle ma granice? Skąd mamy pewność, że kosmos się powiększa? A kiedy zacznie się wreszcie kurczyć, bo przecież wiemy, że w końcu zacznie, to co wtedy będzie poza nim? Nic? Albo co będzie, kiedy wszystkie gwiazdy we wszechświecie umrą i zniknie jakiekolwiek życie? Czy wtedy będzie nic?
Zuzia schowała twarz w dłoniach i westchnęła.
– Jak wszystko umrze, nawet jak zgaśnie ostatnia gwiazda, to i tak nie będzie nic, bo dalej będzie materia. To jest niemożliwe, żeby kiedykolwiek było nic.
– Chyba że na początku – rzuciła nauczycielka.
– Na początku czego?
– No właśnie – odparła kobieta, dumna ze swojej pseudofilozoficznej riposty.
– Dobrze, to jak już polecę na pierwszą załogową misję badawczą w głąb czarnej dziury i zobaczę, co tak naprawdę tam jest, to wam zrobię zdjęcie i wyślę.
– Szkoda, że umrzesz, zanim zdążysz cokolwiek zobaczyć. – Wojtek od lewych zwolnień postanowił zaatakować.
– Czemu umrze? – włączyła się do dyskusji inna dziewczynka.
– Bo grawitacja jest tak wielka, że nie wleciałaby tam w jednym kawałku. Rozerwałoby ją. Twój przód wleciałby najpierw, a potem dopiero twój tył.
– Naprawdę? Wow! – Zuzanna uruchomiła tryb sarkastycznego niszczyciela rozmówcy. – Jesteś tak odkrywczy jak tłumaczenie podróży międzygwiezdnych przebijaniem złożonej kartki ołówkiem. Dziękuję.
– No już nie bądźmy tacy złośliwi, Zuziu. Chociaż też nie znoszę tego w filmach. Ale słuchajcie, kochani, pamiętajmy, że technologia cały czas się rozwija i może akurat za dwadzieścia lat, kiedy Zuzka będzie leciała w kosmos, powstaną już statki, które wytrzymają podróż do wnętrza czarnej dziury. Kto wie? No dobrze, a ile mamy rodzajów czarnych dziur?
– Cztery. Supermasywne, gwiezdne, średnie i mikro – wyrecytował jeden z orangutanów.
– A dlaczego? Hm? Po co istnieją cztery rodzaje? Możemy oczywiście uznać, że po prostu tak jest i już, ale nauka codziennie udowadnia nam, że nic nie jest po prostu tak i już. Co, jeśli każda z tych dziur ma jakąś funkcję? Supermasywne to na przykład portale do innych wymiarów, gwiezdne służą do skoków międzyplanetarnych, średnie wysysają złą energię z naszych galaktyk, a mikro to… wehikuły czasu. – Nauczycielka dosyć nieporadnie starała się zaciekawić towarzystwo.
– Teraz brzmi pani jak mój brat – odparła Zuzanna.
– Tak? A czym się zajmuje twój brat?
– Niczym. Jest foliarzem – odpowiedział Wojtek.
– Ej! – Dziewczynka szykowała się do wyprowadzenia prawego sierpowego.
– Wojtku, nie używamy tego słowa.
– No co? Ona sama tak mówi.
– Ja mogę – wycedziła przez zęby Zuzanna.
– Dobrze, kochani, to, że ktoś ma specyficzne poczucie humoru albo czasami coś zakwestionuje, jeszcze naprawdę nie robi z niego…
Odgłos hamowania wdarł się do sali przez otwarte okno, a towarzyszył mu kawałek Spirit in the Sky puszczony na cały regulator z samochodowego radia. Nauczycielka urwała, wyjrzała przez okno i zaczęła się nerwowo uśmiechać.
Po chwili Zuzanna spojrzała w tę samą stronę. Gdyby człowiek mógł zapaść się pod ziemię, to ona właśnie by to zrobiła.
– Proszę, nie…
– Dzień dobry, pani Wójcicka! – krzyknął ktoś zza okna.
■■■
Trudno byłoby określić kolor lakieru furgonetki stojącej przed szkołą, gdyż każdy centymetr karoserii pokrywały teoretycznie spiskowe hasła, przerobione zdjęcia prominentnych polityków z gadzimi oczami oraz Reptilian w różnych decydujących dla historii momentach. Do tego spodki kosmiczne, ptaki-roboty, no i Ziemia – płaska jak pizza, znany ludzki przysmak.
Tomek odrobinę ściszył radio i wyłączył silnik. Siedzący obok Kacper starał się zwrócić uwagę Zuzanny, która w towarzystwie innych dzieci wyszła z budynku i próbowała zrobić wszystko, aby koledzy nie powiązali jej z pstrokatą furgonetką i dwoma mężczyznami w środku.
– Zuzka, Zuzka! Cho! Odwieziemy cię do domu!
■■■
Siła, z jaką trzasnęły drzwi, wskazywała na wrogie nastawienie trzaskającego. Zuzanna wskoczyła na tylne siedzenie i niby przypadkiem zasłoniła twarz dłonią, chroniąc się przed rozpoznaniem przez dzieci wychodzące ze szkoły.
– Co tam słychać? – zapytał Tomek.
Dziewczynka tylko westchnęła ciężko.
– Coś ty zrobił z samochodem? Mama wie?
– No co? Nie podoba ci się?
– Chyba wrócę autobusem.
– A daj spokój. – Tomek najwidoczniej poczuł się urażony.
Kacper chciał ratować sytuację.
– Wiesz, ilu psychopatów kręci się po okolicy? Zwłaszcza w piątki. Człowiek sam się prosi o problemy… Odwieziemy cię. – Oczekiwał chyba jakiejś odpowiedzi, ale ta nie nadeszła, więc mówił dalej: – Ostatnio gdzieś czytałem, że statystycznie każdego dnia spotykamy dwóch wariatów i nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy.
Nastolatka obdarzyła chłopaków wymownym spojrzeniem.
– No co ty nie powiesz.
■■■
Rodzina Tomeckich mieszkała w małym ludzkim domu jednorodzinnym na przedmieściach stolicy. Kremowa elewacja nabierała powoli koloru biszkopta, na którym ktoś zasadził mech. Możliwe, że tym kimś była Irena Tomecka, właścicielka nieruchomości, a oprócz tego matka Tomka i Zuzanny.
Tomek przekręcił klucz w zamku i wszedł razem z siostrą do domu. Irena wyłoniła się z korytarza w tempie wskazującym na zniecierpliwienie.
– Na piechotę szliście, że tak długo?
– Nie, jeszcze odwiozłem Kacpra do kliniki.
Wystrój domu przywodził na myśl film, którego główna bohaterka była na tyle zajęta czymś ważnym, że zapomniała o wystroju domu.
– Zuzka, do lekcji. – Irena odezwała się do córki tonem, który brzmiał jak trzeci dzwonek w teatrze.
Dziewczynka przewróciła oczami.
– Wszyscy astronauci odrabiali lekcje. – Wskazała Zuzannie drogę do pokoju, a potem zerknęła na syna, który nawet nie zdjął butów.
– Wychodzisz?
– Obiecałem, że wrócę jeszcze do roboty przynajmniej na trzy godziny.
– Okej… – W tym słowie nic nie brzmiało okej.
– A co?
– A nic – odparła zbyt szybko.
Tomek przyjrzał się matce uważnie. Znał to jej spojrzenie. Zwykle miała taki wyraz twarzy, kiedy Tomek nie zauważył czegoś bardzo ważnego, a matka, nie mówiąc mu, o co dokładnie chodzi, zakładała, że syn z miejsca domyśli się, o co dokładnie chodzi.
Po chwili zauważył, że kobieta trzyma w dłoni zdjęcie, z którego uśmiechało się młode małżeństwo z nastoletnim synem.
– Jezu, zapomniałem, przepraszam. Może skoczymy na cmentarz, jak wrócę, co?
– Spokojnie, oni się stamtąd nigdzie nie ruszą. Zresztą to dopiero jutro.
– To pojedźmy jutro. Dobrze?
– Dobrze, dobrze. Pa.
Co ciekawe, w takich sytuacjach szansa, że słowo „dobrze” oznacza tak naprawdę „niedobrze”, wynosi między dziesięć a dziewięćdziesiąt pięć procent.
■■■
Zgodnie z moją wiedzą człowiek psuje się w sposób definitywny średnio po siedemdziesięciu trzech latach. Szybciej psują się natomiast jego komponenty, na przykład zęby. Kacper Czyż zajmował się ich konserwacją, a raczej pomagał swojemu ojcu, który zajmował się ich konserwacją. Tomek Tomecki natomiast, jak wynika z moich informacji, był wysoce wykwalifikowanym specjalistą od technologii radiowo-telewizyjnych.
– Tutaj ma pani tak: sześćdziesiąt pięć cali, 4K ultra HD, smart TV, Wi-Fi, cztery wejścia HDMI, wbudowany odtwarzacz Blu-ray, DVD. – Mówiąc to, Tomek włączył telewizor i przeskoczył po kilku kanałach. – Tunery telewizji naziemnej, kablowej i satelitarnej, kontrola jasności. W ustawieniach ma pani oczywiście tryb filmowy, sportowy i gamingowy, to w zależności, co pani akurat ogląda. Nóżki można regulować. No i ja osobiście zachęcam panią do tego konkretnego egzemplarza, bo to jest model z dwa tysiące dziewiętnastego i co ciekawe, pierwsza seria, jaką wyprodukowali, a liczyła jakieś sto tysięcy egzemplarzy, ma niewielką usterkę w masce szczelinowej, tutaj z boku widać, która blokuje wszelkie przekazy podprogowe naszego rządu.
Szef obserwujący zza kolumny cały ten wywód zacisnął zęby i odchrząknął. Bardzo możliwe, że się czymś zakrztusił.
– Oni się oczywiście szybko połapali, że im sondaże spadają, no ale te sto tysięcy już poszło w świat, więc jeśli nie chce pani mieć wypranego mózgu i wykonywać bezmyślnie poleceń Wielkiego Brata, to szczerze polecam. To samo zresztą było ze słuchawkami ATENA, moja siostra… – Przerwał i zerknął w kierunku rytmicznego pochrząkiwania.
Szef nie znał języka migowego, lecz usilnie starał się przekazać swojemu pracownikowi, że zaraz skróci go o głowę.
– Przepraszam na chwilę – rzucił Tomek do i tak już porządnie zdziwionej klientki i podszedł do szefa, który wynagrodził go groźnym szeptem.
– Co ja ci wczoraj mówiłem?! – cedził przez zęby.
– Żebym nie czekał, aż klient podejdzie z jakimś pytaniem, bo większość klientów boi się odezwać?
– Nie o tym, kurwa, Tomek! O twoim spiskowym pierdoleniu!
– A, to… No, żebym tego nie robił.
– Ponieważ?!
– Stąd wylecę.
– To co ty, kurwa, robisz? – Szef mówił coraz głośniej, nie panując już na tonem.
– Ale musi pan tak przeklinać? Teraz już chyba tak nie można w miejscu pracy.
– Będę, kurwa, przeklinał, bo mnie wkurwiasz, rozumiesz? – wypluł wściekle. – Co ty jej nagadałeś?
– No właśnie same pozytywy, że ten telewizor blokuje…
– Tobie się coś blokuje, tumanie jeden! O czym ty mówisz, do kurwy nędzy?!
Tomek zamilkł. Szef wziął głęboki wdech, a kolor jego twarzy zmienił się z purpury na róż. Otarł ślinę z kącików ust.
– Posłuchaj mnie, Tomuś. Mnie naprawdę gówno obchodzi, co ty masz w głowie i w co ty wierzysz, ale przysięgam ci, jeszcze raz otworzysz gębę na terenie mojego sklepu, to wylatujesz stąd, kurwa, jak teraz i na zawsze, i na wieki wieków amen!
– Ale to jak mam pomagać przy…
– Nie masz, idziesz na kasę, już!
Szef się odwrócił i wyjrzał zza kolumny, upewniając się, że klientka nigdzie się nie ruszyła. Stała tam, rzecz jasna. Usłyszawszy tę rozmowę, mogła już tylko wykorzystać pewną przydatną funkcję ludzkiego mózgu – udawać, że coś, co się przed chwilą stało, tak naprawdę się nie stało, i przejść nad tym do porządku dziennego.
– Za sekundkę do pani wrócę!
■■■
Kacper Czyż nie mieszkał w pierwszej lepszej kawalerce. Nowoczesny budynek, miły portier, muzyka w windzie i nieprzyzwoicie drogi apartament. Taki, na który bierze się kredyt na trzydzieści pięć ziemskich lat. Albo kupują ci go rodzice na urodziny. Innej opcji nie ma. Dla Kacpra pieniądze były czymś pojawiającym się na jego koncie co miesiąc w niewyjaśnionych okolicznościach. Pozwalały czasami kupić coś miłego, ale poza tym nie miały żadnej większej wartości.
Wysiadł z windy. Szybkim krokiem zmierzał w stronę mieszkania. Wyciągnął klucze i zamarł. Drzwi były uchylone. Powoli zajrzał przez szparę, ale nic nie zauważył, wewnątrz panował półmrok. Chwycił klucze niczym zaimprowizowany kastet. Popchnął drzwi i na palcach skierował się do salonu, z którego sączyła się delikatna poświata. Był gotowy zadać śmiertelny cios. Wyskoczył zza rogu z uniesioną pięścią.
– Jezus Maria, Jolka!
– Co?
Wpatrzona w ekran telewizora, z padem w dłoni, siedziała jego sąsiadka. Przeszkodził jej chyba w jakimś ważnym zadaniu. Kacper dyszał ciężko. Jego życie było na tyle interesujące, że o takich chwilach zagrożenia mógłby opowiadać wnukom.
– Prosiłem cię przecież. Chcesz pograć, to spoko, po to masz klucze, tylko mnie uprzedzaj, że będziesz.
– Dlatego napisałam ci wczoraj.
– Kiedy? – zapytał zdumiony.
– No wczoraj, a ty odpisałeś, że spoko.
Kacper wyjął telefon i sprawdził wiadomości. Jolka miała rację.
– Mówię ci, zrób sobie te badania, bo to przestaje być śmieszne – zaczęła z troską. – Mój tata też tak zapominał, zapominał, wszyscy się śmiali, że tatulek znowu zostawił klucze do garażu, a potem się okazało, że ma guza mózgu wielkości pięści, i dwa miesiące później już go nie było. W sensie taty. Nie guza… Chociaż guz też umarł, jak tata… To co tam słychać? Jak było na tym całym Pałconie?
– Zarąbiście. Musisz się wybrać w przyszłym roku, chyba że znowu podniosą ceny, no ale to wtedy ci pożyczę.
Kacper sięgnął do wypchanej po brzegi torby. Wyciągnął z niej trzy podkoszulki z Tardisem, młotem Thora i twarzą Edwarda Cullena, a do tego limitowaną edycję Księgi Czerwonego Rodowodu z ilustracjami Boba Leonarda Connora. Obserwował Jolkę, kiwającą głową niczym pacjentka szpitala psychiatrycznego, która rozmawiając ze swoim lekarzem prowadzącym o postępach w leczeniu, w międzyczasie planuje ucieczkę.
– Tylko oczywiście spóźniłem się na panel Tomka.
– Chciałeś powiedzieć „zapomniałem o panelu Tomka”.
– To jest dokładnie to, co chciałem powiedzieć… Ale poza tym było spoko.
– A o czym miał być ten jego panel?
– O czym ten panel? O… No nie wiem, bo nie byłem.
Kacper naprędce wycofał się do kuchni i zabrał do rozpakowywania zakupów. Jolka nie zamierzała jednak odpuszczać. Czuł jej świdrujące spojrzenie na plecach.
– A co to za tajemnica? Kacper. O czym był ten panel? No przecież wiem, że wiesz!
Jeszcze przez chwilę udawał, że schowanie kartonu mleka do lodówki to czynność wymagająca co najmniej kilku godzin, ale w końcu zebrał się w sobie i odpowiedział:
– O Reptilianach w Kościele katolickim…
– O Boże, nie…
Jolka się odwróciła i machnęła ręką. Kacper próbował ją zatrzymać.
– Spokojnie, wiem, jak to brzmi, ale ja w to nie wierzę, Jolka! Ja w to nie wierzę. Naprawdę! Tomek mnie poprosił, żebym przyszedł, no to co miałem zrobić? On wierzy w te wszystkie głupoty. Znamy się od liceum, to przecież nie mogę mu teraz powiedzieć. Reptilianie to jest pikuś.
Jolka spojrzała na niego pytająco.
– Może lepiej, żebyś nie wiedziała.
– Może lepiej. Dobra, idę, miśku. Zjadłam ci frytki i kabanosy. I keczup ci się kończy. – Jolka ruszyła w stronę drzwi.
– Super. – W tym momencie pamięć Kacpra zrobiła coś niespotykanego. Zadziałała. – Czekaj, czekaj, mam coś dla ciebie.
– Kacper… Mówiłam ci przecież. – Odwróciła się, próbując ukryć zażenowanie.
– Nie no, wiem. To tylko taka pierdółka.
Podał Jolce niewielki zielony medalik na cienkim złotym łańcuszku. Wyglądał drogo dla ludzi, którzy rozumieją instytucję pieniądza lepiej niż Kacper.
– Dzięki. Ładny – odparła tak delikatnie, jak tylko potrafiła.
Dla Kacpra było to marne pocieszenie. Zabrakło zachwytu, rzucenia się w ramiona i buziaka w policzek. Zabrakło jakiejkolwiek reakcji projektowanej przez naiwną część jego wyobraźni. Tkwiła w nim pewna niewytłumaczalna dla ludzi sprzeczność: choć nie spodziewał się po Jolce innej reakcji, to i tak za każdym razem rozczarowywał się na nowo.
Kiedy tylko Jolka zamknęła za sobą drzwi, Kacper wyjął z kieszeni klucz, którego w swoim komplecie nie miała jego sąsiadka. Otworzył nim drzwi sypialni i wkroczył do miejsca, które wyglądało jak muzeum teoretycznie spiskowych teorii. Zastanawiające plakaty, artykuły z gazet rozwieszone jak pranie pod sufitem. Do tego zdjęcia UFO, Yeti i nawet niezły profil potwora z Loch Ness. Kacper rozejrzał się po pokoju, wyciągnął telefon i wystukał na klawiaturze: „Chipsy, Cola, film?”. Po chwili nadeszła odpowiedź Tomka:
„Akceptuję plan. Centrum Dowodzenia, 40 minut”.
■■■
Szum pracujących komputerów mieszał się z miarowym dźwiękiem sonaru i odgłosami lecącego w telewizji filmu. Jeśli sypialnia Kacpra mogłaby pełnić funkcję muzeum teoretycznie spiskowych teorii, piwnicę Tomka należało nazwać prawdziwym archiwum. Było tu wszystko. Niejeden kosmita mógłby uznać to za lekkie naruszenie prywatności.
– Myślisz, że jak Stephen King pisał To, to miał coś takiego: „Kurde, to jest słaby tytuł, normalnie powinienem to nazwać Coś”?
– Coś, dokładnie – odparł Kacper.
– „Ale już istnieje Coś, zrobili taki film cztery lata temu”.
– Nie wspominając, że to remake, i to na podstawie książki…
– Ale one miały inne tytuły, właśnie o to chodzi. – Tomek wrócił do wczuwania się w Stephena Kinga. – „A teraz powstał film Coś, wielki hit na cały świat, i już nie mogę swojej książki tak nazwać, więc zostaje mi To… IT…” – Odleciał na chwilę w głąb własnych myśli. – To nie jest najlepszy tytuł.
– No nie jest.
– Ciekawe, czy zdaje sobie z tego sprawę.
– King? Czy algorytm, który pisze za niego te książki?
– Też prawda.
Z tej arcyciekawej dyskusji wyrwało ich skrzypienie schodów. Buty Zuzanny pojawiły się na pierwszym stopniu.
– Uwaga, schodzę! Proszę wszystkich o włożenie spodni. – Przeskoczywszy kilka schodków, znalazła się na dole. – Co robicie?
– Umieramy w samotności – odpowiedział Tomek.
– To by się zgadzało. À propos, mama mówiła, że jedziecie jutro na cmentarz.
– No.
– O której?
– Nie wiem. Kończę koło szesnastej.
– Dobra, to pojadę z wami.
Tomek mruknął potwierdzająco.
– Zostało coś jeszcze do jedzenia?
– Nie! – krzyknęła na odchodne Zuzanna i zniknęła równie szybko, jak się pojawiła, zostawiając Kacpra zastanawiającego się nad sensem usłyszanych słów.
– Cmentarz? A co się stało? – zapytał.
– Nic nowego… Dałeś Jolce ten medalik?
– Ta…
– I co?
– Nic nowego…
Tomek poklepał przyjaciela po ramieniu. Szukał właściwych słów.
– Niektórzy potrzebują czasu, żeby się do kogoś przekonać. Nie ma się co poddawać. Muszę ją kiedyś poznać.
Kacper zawahał się z odpowiedzią.
– Może lepiej nie.
– Dlaczego?
– Naopowiadałem jej różnych rzeczy o tobie. – Mówiąc to, przybrał minę niewiniątka.
– Jakich rzeczy?
– Prawdziwych.
– Aaa, okej. A ty jesteś oczywiście…
– Ten normalny – dokończył Kacper. – No przepraszam, wyparłem się ciebie wielokrotnie. Uznałem, że jedyna szansa, żeby wzięła mnie na poważnie, to całkowicie ukryć przed nią wszystko, w co wierzę, i udawać kogoś, kim nie jestem.
– Rozumiem. Nie szanuję, ale rozumiem. Są tacy ludzie, dla których zrobiłoby się wszystko. – Tomek znów odpłynął.
– No nie wiem, czy od razu zrobiłbym dla niej wszystko, ale na pewno dużo. – Kacper odczekał zwyczajowe dwie sekundy, które ludzie odczekują, nim upomną się o uwagę rozmówcy, lecz żadna odpowiedź nie nastąpiła.
■■■
Szef uderzył otwartą dłonią o sklepową ladę. Tomek ocknął się z zamyślenia, któremu sprzyjała praca przy kasie. Uśmiechnął się do szefa niezbyt szczerze.
– Pan chciałby dokonać zwrotu.
Po drugiej stronie lady stał wysoki, przystojny i ubrany w drogi garnitur mężczyzna. Wyglądał, jakby nawet za spojrzenie wystawiał fakturę. Jego twarz w tym samym czasie pojawiła się na kilku telewizorach stojących w sklepie. Tomek patrzył na niego z niedowierzaniem.
– Jezu… Pan Brojczak? Marcin Brojczak?!
– Bardzo możliwe – odrzekł Brojczak.
– O kurde… Oglądam pana od początku, naprawdę.
– Dzięki.
– Ludzie mówią, że się pan skończył, ale ja się nie zgadzam. Może się pan sprzedał trochę, ale kurde, no kto by odmówił takiej roboty, nie? Bo pan wcześniej miał program w radiu?
– Tak, tak. Wóz albo przewóz.
– No, no, no, też świetny. Kurde, nie wierzę po prostu!
W tym momencie Tomek zauważył szefa, który bacznie przyglądał mu się zza regału.
– No, ale już zaraz będzie zwrocik gotowy. Jest paragon, wszystko się zgadza.
Brojczak położył na ladzie opakowanie słuchawek. Tomek podniósł je, obejrzał uważnie i zmarszczył brwi. Był to model ATENA.
– He… Moja siostra też takie miała.
– Tak? To jest bardzo dobra firma, tylko te są jakieś uszkodzone chyba. Nie wszystko w nich słychać.
Tomek zastygł, krew odpłynęła mu z twarzy.
– Zabawne.
– Co takiego?
– Gdybyśmy mieli chwilę, to miałbym dla pana super ciekawostkę o tych słuchawkach, ale nie chcę stracić pracy, tak że… – Znowu zerknął na szefa.
Brojczak przechwycił jego spojrzenie.
– Rozumiem.
– Dobrze, no to chyba wszystko z mojej strony. Pieniądze powinny być z powrotem na koncie w ciągu dwóch dni roboczych. Dziękujemy za wybranie naszego sklepu.
Brojczak skinął lekko głową i się odwrócił. Wtedy przez mózg Tomka przedefilował pewien pomysł.
– Przepraszam bardzo! A czy ja mógłbym sobie zdjęcie zrobić? Jedno?
– Jasne, pewnie. – Na krótką chwilę uśmiech Brojczaka zsynchronizował się z uśmiechami jego podobizn na stojących za nim telewizorach.
Tomek wyjął telefon i podał Brojczakowi.
– To może pan zrobi, bo mi się ręce trzęsą.
Dziennikarz wyciągnął rękę z telefonem. Tomek nachylił się nad ladą, żeby znaleźć się w kadrze, i wtedy zauważył spinkę w mankiecie koszuli Brojczaka, którą odsłonił lekko podciągnięty rękaw marynarki. Momentalnie zesztywniał, przeszedł go zimny dreszcz. Przełknął ślinę i uśmiechnął się krzywo do zdjęcia. Cyk.
Na okrągłej spince widniał wyżłobiony symbol klepsydry otoczonej trzema promieniami.
Flesz zdjęcia niemal wypalił ten znak na jego rozszerzonej źrenicy.
– Proszę – powiedział Brojczak.
– Dz-dz-dziękuję bardzo – zająknął się nerwowo Tomek.
Brojczak po raz trzydziesty ósmy uśmiechnął się szeroko i wyszedł, odbierając po drodze służalczy ukłon ze strony szefa sklepu. Tomek odprowadził mężczyznę wzrokiem i kiedy tylko drzwi się zamknęły, a szef zniknął na zapleczu, przeskoczył przez ladę i rzucił się do wyjścia.
Wypadł na ulicę, potrącając jakiegoś przechodnia. Rozejrzał się gorączkowo. Nagle usłyszał ryk silnika. Zza rogu wyjechało sportowe auto. Za kierownicą siedział Brojczak. Tomek pod nosem powtórzył numer rejestracyjny. Potem wyciągnął telefon. Dwa sygnały. Po chwili z drugiej strony odezwał się Kacper:
– Co tam?
– Posłuchaj mnie uważnie. Kod zielony! Powtarzam: kod zielony!
– Co?! – krzyknął z niedowierzaniem Kacper.
I wtedy Tomek wypowiedział dwa słowa, które miały bezpowrotnie zmienić jego życie.
– Znalazłem ich!
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
